Kim jestem?

O Obserwatorze i tożsamości, która w snach może się dowolnie i całkowicie niezauważalnie dla śniącego zmieniać już pisałam na tym blogu tu i tu, oraz tam i tam. Poniższe opowiadanie powstało na bazie jednego przeżycia nocnego bodaj z 2003 roku i właściwie niewiele w nim dodałam od siebie. Dialogi, imiona, skojarzenia. Śniłam ów sen, a może wcale nie był to sen? swoim umysłem, jako ja. Do postaci, którą śniłam doszłam metodą logiczną. Literacka forma była dla mnie sposobem ujarzmienia konfuzji, w jaką popadłam po rozmowie z S. Teraz mogę pamiętać rzecz w trzeciej osobie i mieć dystans. Zresztą, nie była to jedyna historia, jaką przekazały mi istoty metodą umysł-umysł i bohaterowie niebiańskich mitów. Posłuchajcie jednej z nich.

Prorok

Kim jestem?

Jakiś kanał otworzył się w mojej głowie i nagle poczułem w sobie prześmiewczą tożsamość Szatana. Trwało to ułamek sekundy, ale zdążyłem się zatrwożyć.
– Czyżbym to ja nim był? – zapytałem sam siebie zaskoczony i zdumiony, gdy stan utożsamienia znikł tak samo nagle, jak się pojawił.
– Wątpisz w to jeszcze? – zachichotał w odpowiedzi Szatan.
– Jest jeszcze czas. Mogę wygrać – zmobilizowałem siły, aby jakoś oprzeć mu się od wewnątrz.
– Rzeczywiście, masz wybór, ale to jeszcze tylko jedno mgnienie oka. Sam pomyśl, czy cię na to stać.
– Co mogę zrobić?
– Spójrz – odpowiedział mi szatański chichot – Oto leży przed tobą trup Jezusa Chrystusa, cały czerwony, przemieniony w żywą krew. Spróbuj go, zjedz! Zapewniam cię, że jest rozkosznie słodki… Jeśli zdołasz stać się taki jak on, wtedy wygrasz na pewno… – i zaraz potem zapadła głucha cisza.

Pod wpływem tego niesamowitego przebłysku ogarnęły mnie wspomnienia.

Już raz uciekaliśmy z naszej zburzonej stolicy, w kierunku pogórza rozciągniętego gdzieś w głębiach lądu. Trzeba było wrócić do początku i od nowa próbować zmienić bieg spraw. Gwałtownie pociemniałe nad naszymi głowami niebo na długo zakryło się brunatnymi, gęstymi chmurami. Byliśmy świadomi, że musimy znaleźć schronienie, aby przetrwać okres mroku zapadłego po katastrofalnej nawałnicy. Ziemia podległa zjawisku o rozmiarach kosmicznych, a nie lokalnych, jak działo się do tej pory.
Z pociemniałego nieba, na którym nie było widać słońca spadały jeszcze niekiedy pojedyncze kamienie. Upadek każdego wzniecał wiele pyłu, pogłębiał zmrok i gubiliśmy się wtedy z oczu.
Śpieszyłem na czele tych, którzy uciekali i poganiałem maruderów. Niektórzy ciągle jeszcze zwlekali wiedząc, że najgorsze przyjdzie o wiele później. Udało nam się zabrać ze zniszczonej stolicy odwieczną wiedzę zapisaną w świętych zwojach, a także obliczenia czasów i pór, które teraz pracowicie zaszyfrowaliśmy, by nie wpadły w ręce niepowołanych. Nauczyliśmy się haseł i metod rozwiązywania zagadek, żeby odnaleźć drogę w chwili, gdy nadejdą bardziej mroczne i niszczące pamięć czasy. Uczyliśmy ich także nasze dzieci.
Nareszcie, po długiej wędrówce znaleźliśmy dla siebie bezpieczną równinę zamieszkaną przez prymitywną ludność, która pozwoliła nam osiedlić się pośród siebie. Tak samo jak język i stroje, z zapobiegliwym sprytem stopniowo przejęliśmy na własność również większość ich domów. W naszej mieścinie, symbolicznie obwołanej stolicą, połączyliśmy je w jedno, dzięki istniejącemu w tym miejscu pradawnemu systemowi podziemnych schronów, długich korytarzy i rynien doprowadzających świeże powietrze i wodę. Były podobne do tych, z których wyszliśmy szczęśliwie daleko stąd. Przypominały labirynt. Można się było pomiędzy nimi poruszać bezpiecznymi przejściami i schodami nie będąc widzianym z zewnątrz. Mieliśmy przed sobą jeszcze dużo czasu, aby przywyknąć do nowych i obcych warunków, wybrać sobie ulubione zajęcia, towarzystwo, zadzierzgnąć bliskie związki i układy.

Spotkałem tam pewną pannę o płomieniście rudych włosach. Zamieszkała ze mną, obiecawszy mi wierność i najlepszy z możliwych efekt naszej pracy. Imponowała jej panująca pośród nas lojalność, inteligencja, wiedza, spryt i brak względów dla obcych. Była ambitna, wierzyła w możliwość sukcesu i podała mi sposób na pchnięcie przyszłych dziejów w stronę, która mogłaby przynieść nam tym razem zwycięstwo, a nie klęskę. Czasem ogarniały mnie jednak wątpliwości i wtedy zastanawiałem się czy ruda panna jest dobra, czy może zła. Były chwile, gdy wątpiłem w jej uczciwość i oddanie. Była jednak szalona jak nikt z nas, kochała wolność przede wszystkim, a jej twórcza wyobraźnia zdawała się nie mieć granic. W końcu pogubiłem się i przestałem odróżniać, co jest ideą, grą iluzji, a co rzeczywistością i jawą. Tak, to wówczas po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać, kim jestem i co tu naprawdę robię.
Dostałem od niej w prezencie wróżebne karty zawierające prastare runy. Były najgłębszym wtajemniczeniem rodu, z którego pochodziła. Ukryłem talię w królewskim skarbcu. Była pięknie odbita z pieczęci rytych przez mistrza mistrzów, ręcznie malowana i pozłacana, zapakowana w inkrustowane z niezwykłym smakiem puzdro. Karciana wyrocznia przepowiedziała mi „potęgę i chwałę”, a ruda panna zdecydowała się zostać moją żoną.
– Będę żoną króla Ziemi, to postanowione! – oznajmiła stanowczo – A dzięki tym znakom wrytym w pamięć, każdy z tych, którym je przekażemy przypomni sobie wszystko, co będzie potrzebne do wykonania jego misji. I naszego zwycięskiego planu.

W miasteczku dominowali jednak tchórzliwi dewoci bez wyobraźni. Bali się wiedzy zaklętej nie tylko w znakach wyroczni, ale nawet w komentarzach do Xięgi, które rozkazałem spisać. Dokonanych niegdyś przez mędrców ze świętego miasta Atlów i przekazywanych sobie ustnie w obrębie kapłańskiej kasty. Przypisywali im zło, czary i manipulację. Utknęli w swoim uporze jak szaleńcy. Próbowałem ich wielokrotnie przekonywać i nauczać, ale grozili mi klątwą Boga. Za co szczerze Go nienawidziłem. Przyczyną sporu była ona. Kobieta, z którą się związałem. Isabaal. Pogardzali nią, a ona nimi. Dochodziło do kłótni i sporów, także do niszczących starć. Napuszczali na mnie opętanych zabobonnym strachem starców, którzy uwłaczali mi drwiąco.

Już wtedy jasnym się stawało, że marnujemy dany nam czas i wciąż niewiele wskóraliśmy. Niebo, po okresie przejaśnienia znów zaciągało się z wolna, ale nieubłaganie ciemnobrunatnymi obłokami, nieprzepuszczalnymi dla światła. Ich stężała, brudna i ponura barwa dręczyła mnie w snach, zdawała mi się już sięgać głębin niebiańskich przestworzy.

Któregoś posępnego dnia stąpając powoli w górę po wąskich kamiennych schodach pałacu dotarł do mnie starzec Eli. Przysłało go zgromadzenie przerażonych moją nieugiętością mieszkańców miasteczka. Dzierżył w rękach pasterską laskę. Tę samą, którą zapamiętałem w rękach innego starca, sprzed wielu lat, jego nauczyciela. Uspokoił wzburzonych, ale przystanąwszy na progu mej komnaty popadł w prorocze widzenie. Zaczął je wykrzykiwać podniesionym głosem tak, aby tłoczący się za nim zwartą gromadą mężczyźni wszystko słyszeli.

– Królu, przepowiadam czasy, gdy stanie się na wszystko za późno! Nie licz na to, że cokolwiek cię ochroni! Przed Bogiem nigdy nigdzie nikt się nie ukrył, pamiętaj! Oto widzę: spadają na nas z nieba wielkie kamienie. Lecą zrazu wolno, pojedynczo, potem coraz szybciej. Nadciąga potężny deszcz meteorów! Gdy nadejdzie pojmiesz, że nawet w naszych ukrytych i zabezpieczonych podziemnych domach nie przetrwamy, bo jednego dnia, o jednej godzinie runą wszystkie od niebiańskiej ulewy. Będziesz próbował ukryć się w piwnicach, jak szczur, ale nie ma ich wiele. Wciąż za mało, zbyt płytko, aby przetrwać… Słyszysz, królu? Nadciąga burza, o której przecież wiedziałeś od początku! Nie zdążysz niczemu zapobiec. Dosięgnie cię przepowiednia! Żałuj za grzechy póki masz jeszcze czas! Proś o wybaczenie, a być może zostanie ci dane!

Chudy starzec uginał się jakby pod ciężarem sypiących się na niego coraz szybciej niewidzialnych głazów i jęczał już tylko dramatycznie:
– Łup, łup, łuuup!
Ta jego pełna teatralnej ekspresji prorocka opowieść i krzyk obudziły mnie nagle na jawie. Otworzyłem oczy w zupełnej ciszy szarego świtu.

– Masz jeszcze czas. Ale to naprawdę mgnienie oka – chichotał w mojej głowie Szatan.

(2003)

Reklamy

Z dziennika nocnych wejść i wyjść zapis 10

Relacjonuję okres marca 2000 roku. Odebrałam wtedy przepowiednie mające odniesienia do biblijnych proroctw odnośnie końca obecnego cyklu czasu. Sny symboliczne, w których wystąpiły ważne postaci, znanego polskiego astrologa spod znaku Byka, zapewne figury istoty, którą już widziałam i opisałam jako boskiego astrologa, czy też kogoś powieszonego na uschłym drzewie. Są w nich istotne informacje do odkodowania (o wężu-tasiemcu – Apopisie – żywiącym się w wodach, o schodzących i wchodzących bliźniaczych rasach – Bolka i Lolka). Wizyta w światach podziemnych, spotkanie z ognistym pająkiem, i innymi tego typu „sieciowymi” stworami, których J. Bzoma zidentyfikował jako „Bóga” – stwórców objawień i pierwotnych kontrolerów iluzji Przejawienia, zetknięcie z „szatańskim ojcem” oraz inne ciekawostki.

powieszony

6 marca 2000. We śnie widzę dno morza [Ocean Przyczyn, strefa Duszy], jakieś niewielkie, jakby akwariowe rybki, które się odławia do innych akwariów. Z góry na dno opada jakiś płyn, przybiera chwilami kształt gwiazdy, myślę: Kwas siarkowy? Wtedy pada nazwisko: Kwaśniewski [czerwony prezydent, czyli Czerwony >10] i jeszcze: „Papież wtedy nie będzie widziany (albo: słyszany…)” i widzę XVII kartę Tarota: Gwiazda. Pada informacja, że wszyscy ludzie są zaprogramowani na nową erę i program uruchomi się w odpowiedniej chwili.
Ocknęłam się z tego, bo nagle ktoś się koło mnie pojawił. Poprzedzał go leciutki powiew świeżego wiatru. Nieco zaniepokojona spytałam w myślach:
– Kim jesteś?
Ten ktoś przysiadł na moment na brzegu łóżka, tuż koło mnie i usłyszałam spokojną odpowiedź:
– Pan… – po czym natychmiast znikł, a ja obudziłam się na jawie.
Po dłuższym czasie znów w transie słyszałam informacje (i widziałam jakby wertowane strony Xięgi, albo pliki) o tym, że będą liczne i wielkie katastrofy klimatyczne na Ziemi, które zdarzały się już wielokrotnie na końcu Cykli, oraz coś, co zapisano w postaci liter „iii” ustawionych w kształt piramidy schodkowej w trzech rzędach.

7 marca 2000. Pojawiają się mignięcia związane z Ciemnym Bogiem, zdaje się dla kogoś jest to problem do zgryzienia, bo odbieram czyjąś myśl: „Pokopię w tym…” i wtedy rozlega się w mojej głowie mechaniczny męski głos: „To kop!”

8 marca 2000. Sen: zabieram się z jakimś kolegą jego dziwnym, prostopadłościennym samochodzikiem z trzema siedzeniami, ciągniętym przez kanciasty motocykl [podróż ku granicy 8/9]. Dosiada się obok, przy kierownicy jeszcze koleżanka z banku, więc zostawiam ich oboje w samochodzie, a sama jadę motorem z przodu. Zatrzymujemy się przy rzece, na moście [granica], na drodze wiodącej do cmentarza. Wokół ciągną się rozległe przestrzenie pól, krzewów, drzew, niedaleko na prawym brzegu stoi chyląca się i zmurszała drewniana stodoła ze strzechą obrośniętą mchem. Patrząc na to odczuwam przypływ ogromnej miłości do Polski i ze wzruszenia mam łzy w gardle, gdy mówię do stojących na moście (wśród nich jest Adam, moje męskie odbicie w snach), że przecież Polska do przepiękny kraj, choć jednocześnie wydaje mi się, że jestem zbyt sentymentalna, czyniąc to biblijne porównanie. Patrzymy na poobcinany z gałęzi pień starego drzewa rosnącego przy brzegu rzeki, niedaleko mostu. Pochylony niebezpiecznie, ktoś wbił w niego jakieś haki, z których zwisa kawałek liny. Słyszę komentarz, że to ślady po miejscowym legendarnym „kimś” (?), który tutaj został powieszony.
Koło stodoły znajduję leżącą na ziemi, zgubioną przez kogoś maleńką książeczkę z wierszami i jakimiś tekstami. Zdziwiona stwierdzam, że przypominają moje teksty. Wstęp zawiera fragmenty komentarza pióra astrologa Leszka Weresa. Nagle coś jakby się nakłada w moim umyśle z innego czasu i była to jakby rozmowa toczona z Weresem o tym, że wtedy na drodze, w chwili podniesienia książeczki z ziemi, we wtorek spotkałam kosmitów z jakiejś odległej gwiazdy, że oni mnie rozpoznali, namierzyli i mogą się tu zjawić w przeciągu pół godziny.

Obraz: potężna głowa plezjozaura wynurzająca się z wody, szaroczarna. Ogromne fale wzburzonego morza zalewające brzegi lądów.

13 marca 2000. We śnie toczyłam rozmowę z Leszkiem Weresem, który opowiadał o zrobionych niedawno niezwykłych zdjęciach. Sfotografowano na nich straszliwe, przerażające potwory przebywające w głębinach ziemi, w zupełnych ciemnościach. Są podejrzenia, że ich świat zdominował biegun Jang na Ziemi. Widziałam jakiegoś wyłowionego z kanałów ściekowych mężczyznę (działo się to na rynku w mojej miejscowości, w punkcie studzienki kanalizacyjnej na skrzyżowaniu), który umarł tam, w trakcie spotkania się z nimi oko w oko. Głos snu oznajmił, że człowiek, jako korona stworzenia nie może degradować się w głąb. Próbowano go przywrócić do życia i zadysponowano zaniesienie go do księdza. Pomyślałam, że to jednak prawda i Ziemia jest pod okupacją sił Ciemności. Weres zaproponował mi pokazanie zdjęć tych „przerażających majestatycznych istot”, ale po namyśle uznałam, że lepiej mi tego nie robić, bo mam zbyt sugestywną wyobraźnię i odmówiłam. Po chwili wznosiłam się wzdłuż jakiejś liny, czy linii w górę, ku Światłu i obudziłam się. Z przezwyciężanym w sobie rozpaczliwym płaczem, którego źródłem była myśl o odepchnięciu mnie przez ukochaną osobę [przełamanie iluzji oddzielności od Źródła].

15 marca 2000. Na brzegu wody siedzi stary Ojciec i jego dwaj synowie, Bolek i Lolek, obaj łowią ryby. Lolek wyciągnął z radością wielką rybę, a Bolek – węża, który okazał się nieskończenie długi i wijący się w morzu [jak tasiemcowy wąż Apopis]. Było jeszcze coś o powstrzymaniu się przed degradacją i scho+dzeniem w dół, oraz na koniec szłam z kimś wodami mojej Rzeki Życia, która okazała się niebezpiecznie głęboka i woda prawie zaczęła mi sięgać głowy.

17 marca 2000. Wyrwało mnie ze snu wrażenie, że coś przed chwilą zrobiono mi z tyłu czaszki, a istoty, które mnie odwiedziły pochodzą z ciemnej strony. Nie wystraszyłam się, ale kiedy się zjawiły odruchowo zaczęłam recytować modlitwę Ojcze nasz. Czułam potem wokół głowy silną i zagadkową wibrację. Po chwili zapadłam w sen wizyjny: byłam w nim kimś, kto trzymając się liny umocowanej na brzegu zagląda w głąb ciemnej jaskini w ziemi. Światło reflektora odkryło mi, że znajduję się w przeogromnej podziemnej pieczarze, a jej dno ginie gdzieś w nieodgadnionym mroku. Wystraszyłam się i obudziłam.
Chwilę potem znów znalazłam się w tym samym śnie, tym razem jednak już w o wiele głębszym miejscu. Okazało się, że rozpoczęłam wędrówkę (cały czas trzymając się liny) poprzez podziemne, niekończące się światy ciemności. Usłyszałam komentarz, że na poziomie takim-to-a-takim (głęboko, ale jeszcze nie najgłębiej, jakieś 60% drogi do końca) wyjdzie mi na spotkanie istota z piątego wymiaru, zamieszkująca te obszary. Nie zobaczyłam jej, ale odczułam silny powiew energii (w moim umyśle pojawiła się „barwa ognia”), rodzaj wiatru, który wzbudził moją ostrożność i znów zaczęłam odruchowo recytować Ojcze nasz. „Wiatr” omiótł mnie i zdałam sobie sprawę, że mnie sprawdza, równie nieufny jak ja. „Zajrzał” mi do ucha i wtedy zaczęłam słyszeć swoje myśli, tak jak słyszy się głos z zewnątrz, a usłyszawszy moją modlitwę jak gdyby się otworzył („odetchnął” z ulgą) i poczułam przypływ czegoś, co w jakiś sposób było podobne do przyjaźni i ciepła. Nie widziałam tej istoty, ale wyobraziłam ją sobie, jako rodzaj wielkiego pajęczastego stwora. Wkrótce potem ocknęłam się spokojnie na jawie.

21 marca 2000. We śnie leżę na tapczanie i pojawia się obok mnie pijany ojciec [androgyn z Nieprzejawienia]. Jest nieprzyjemny, atakujący, nie chce wyjść i dać mi spokój, choć go o to proszę. Zaczynam widzieć scenę: grupa mężczyzn w kilku rzędach w dziwnych majtkach, to właściwie jedynie czarne kapturki naciągnięte na członek. Wykonują jakieś ruchy grupowo, to chyba występ publiczny, dość egzotyczny. Jeden z nich ma kapturek sięgający jedynie do połowy członka i on przykuwa na moment moją uwagę. Naprzeciw nich siedzi potężna, szeroka, ogromna postać Brodatego Starca, mającego członek ukryty w dużym, niezgrabnym worku, robi ukłon tak głęboki, że jego długa, patriarchalna broda zagina się do góry i zakrywa mu twarz, jak zasłona. Wraca sytuacja z moim męczącym ojcem. Uśmiechając się szczególnie mówi: „A więc nie boisz się ani diabłów, ani mnie?”… i wtedy rozpoznaję w nim Szatana, mojego dziwnego przyjaciela. Potwierdzam, że nie, nie boję się i on znika.

22 marca 2000. Poranne widzenia: najpierw szkielet młodego chłopca, właściwie same żebra z kręgosłupem, bez głowy, z resztkami rozkładającego się ciała na kościach, wypadający z klatki, podobnej do drewnianej skrzyni. Pojawiło się we mnie uczucie współczującego żalu, coś jakby wielka miłość do niego za życia. Nastrój widzenia zabarwił się klimatem właściwym dla obrazów Zdzisława Beksińskiego (prymitywna zwierzęcość śmierci i fizycznego ciała podlegającego rozkładowi).
Następnie ujrzałam szeroką ulicę starożytnego miasta pełną półnagich, białych ludzi, przeważnie mężczyzn z wygolonymi starannie łysymi głowami i w przepaskach na biodrach. [Wyglądało to na starożytny Egipt]. Jasne słońce. Upał. Wśród nich, górując nad tłumem na ulicy pojawiła się przedziwna istota. Była o wiele wyższa od ludzi (miała jakieś 3 metry wzrostu), kosmata (to wyglądało na sterczącą sierść, podobną do kociej), w kolorze ciemnobrązowym i jego różnych odcieniach, z wielką głową o ciemnych, szeroko rozstawionych oczach pszczoły i z potężnym, zagiętym dziobem drapieżnego ptaka. Jakie to dziwne, to jakby pół-człowiek, pół-ptak, a może to tylko maska starożytnego boga, nałożona na głowę przez kapłana-olbrzyma? [Egipcjanie przedstawiali boga Ra z ptasią głową, ale zwali go także Kotem].
Jakby w odpowiedzi zobaczyłam wykluwanie się z jaja maleńkiej, podobnej do larwy, białej istotki-glistki [zapewne to symbol spirali DNA], którą ktoś delikatnie i z wielką uwagą wyjął ze skorupki i przełożył do pudełka, gdzie siedziała już dorosła postać kosmatego brązowego ptaka-duszy, który miał pełnić rolę rodzicielskiego opiekuna tego, co się dopiero narodzi wewnątrz ziemskiego systemu (symbolizowanego przez skrzynię). Następnie zamknął je razem, a pudełko włożył do drewnianej klatki [symbol matrixa]. Na koniec patrzyłam na wysypujące się z koszy, pod nogi białych dziesiątki uciętych murzyńskich głów [prymitywne magiczne koncepcje światopoglądowe], po chwili zasłonił je widok przechodzących obok mężczyzn, dźwigających na ramionach ustawione w czterech rzędach na drewnianym podnośniku, szczelnie zamknięte butelki z jakimś płynem. Pomyślałam: krew? a może wino? [narodziny posłańców Boga, zmieniających ofiary krwawe na chleb i wino].

23.III.2000. We śnie czytam na papierze przypadkiem znaleziony starożytny tekst-przepowiednię. Dwie zwrotki mówią o tym, że w Dniach Ostatnich urodzi się kilku dawnych proroków, występujących z Ramienia Pana (tu widzę na końcu rysunek otwartej dłoni). Głos mówiący potwierdzająco o „tygodniu” i o „trzech”.

25 marca 2000. W czasie, gdy rozważałam sens kabalistycznej Księgi Jecirah obudziłam się w transie. W miejscu łóżka stało biurko, coś przy nim pisałam, gdy nagle wewnątrz pokoju zaczął wiać wiatr, coraz silniejszy. Wirował nade mną, owiewając mi twarz i głowę. Zdumiona przerwałam swoje zajęcie, myśląc, że przecież okno jest zamknięte. Nagle zdałam sobie sprawę, że to Księga Jecirah uruchamia we mnie bezpośredni kontakt z Bogiem, z JHWH i że właściwe jej zrozumienie to klucz do Jego drzwi.
Ojciec jest dziesiątką, Jednym dzielącym się na dwa, potem trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, a potem dziewięć, każdy podział ma swój rodzaj, kształt i specyficzny charakter (wibrację i przestrzeń oddziaływania), po czym znów staje się dziesiątką, ale już o kolejne oczko wyżej, tym razem 10.0.
Wieczorny ból głowy wzmógł się nie do zniesienia. Nad ranem najpierw pojawił się sen, w którym jakaś grupka młodych ludzi, dyskutujących ze sobą na korytarzu szkoły (było wokół ciemno) wypowiadała się pozytywnie o idei, podobnej do tego, co mi przekazano [na temat numeracji poziomów świadomości], a niektórzy z zapałem deklarowali się, że przejdą na „religię tego Persa” [haha, nie zdziwiłabym się, gdyby nie chodziło o grupę śniących trenujących obecnie pod patronatem Jarka Bzomy].
Potem ból skoncentrował się zwłaszcza koło czubka głowy, uporczywie myślałam o obciętych gałęziach drzew, które targałam w dzień na kupkę w ogrodzie (wydały mi się podobne do „pajęczych” istot z Głębi), aż w końcu wpadłam w stan wizyjny: ukazał mi się ekran telewizora, a na nim jakieś energetyczne, ogniste, podłużne błyski, pomyślałam o innej planecie i zaczęłam zapadać w trans. Upadłam na kolana czując coś takiego jak przed rozbłyśnięciem boskiego pioruna i otworzyłam się na jego ukazanie się, ale mimo pogłębiania się stanu oderwania uwagi od zjawisk na ekranie piorun nie pojawił się. Za to usłyszałam pieśń kogoś, kogo wzięłam za Szatana. Towarzyszyło jej z początku przejmujące syczenie węży zgromadzonych wokół niego, potem przekształciła się w jakiś utwór w stylu gotyckiego rocka, a ten ktoś, jako solista śpiewał w dziwnym nieziemskim języku. Zrobiłam na sobie kilka razy znak krzyża, ale jego obecność nie znikała. W końcu jego głos przybrał barwę jakiegoś polskiego rockmana i zrozumiałam kilka słów: „On jest Panem, a ja Jego Cieniem…”, (a może: „Jestem Panem, Jego wcieleniem…”?), po czym zjawisko znikło.
Ból głowy jakby zelżał. Wkrótce ukazała mi się kolorowa, soczysta wizja: kawiarnia, przy jednym stoliku siedzi dwóch redaktorów, jeden drugiemu pokazuje jakiś tekst, dołączam do nich. Sekundę potem widzę, że siedzi tam rzędem chyba sześć dziwnych postaci, podobnych nieco do stylizowanych królów z dawnych portretów rodowych. Do pierwszego z brzegu zwracano się per: Stanlaj…(?), więc mógł mieć coś wspólnego z Anglią, przedostatni był żydowskim rabinem, koło niego siedział inny, brodaty król o stożkowej głowie (rozszerzającej się ku dołowi), ten przypominał polskiego króla, może Jagiellona. Rozmawiali ze sobą i chwilami sprzeczali się, zwłaszcza rabin wydawał się trochę nabzdyczony i uparty, twardo pozostający przy swoim. W rozmowie padła liczba 2000, ale nie zapamiętałam, czego dotyczyła. Pomyślałam, że to 7 aniołów zarządzających poszczególnymi prądami kulturotwórczymi w zachodnim świecie.
Następnie ujrzałam mapę świata, w centrum była Afryka i Europa, po bokach inne kontynenty. I usłyszałam zapłakany wzruszony głos (może mój), wypowiadający po angielsku proste zdanie o Bogu (był w nim zwrot „my God”), jak wyznanie absolutnej wiary.
Przebudziłam się i znów zaraz wróciły wizje. Tym razem zobaczyłam grupę młodych, roześmianych postaci, dziewczyn i chłopców ubranych w przedziwne stroje, rodzaj szat z owiniętej wokół ciała lekkiej materii od stóp do głów w kolorze jasnej krwi. Biegły przed siebie, wśród beztroskich chichotów i przekomarzań, nawołując między sobą: „Obywatelko, obywatelu, chodźmy pobawić się na tym dziwnym Cieniu…”. Usłyszałam w głowie komentarz: „To pokolenie 96…” i ujrzałam, że na spotkanie grupki czerwonych postaci wyszła grupka podobnych ludzi okutanych w czerń. Czarni poprosili: „Użyczcie nam pędzli do malowania”, ale Czerwoni kategorycznie odmówili im jakiejkolwiek pomocy i zgodnie odwróciwszy się do tamtych plecami, odeszli.

Rano sen: wybrałam się w podróż samochodem w jakieś zimne, pokryte lodem miejsce [minusowość] turystyczne. Nocowałam w wielkim szkolnym budynku [poziom 6]. Do pokoju zajrzała gruba niezgrabna pani w niebieskawo-fioletowej sukience, była to tutejsza sprzątaczka, która niespodziewanie powiedziała kilka wrogich zdań pod moim adresem, zarzucając mi coś, co zrobiłam, czy powiedziałam w przeszłości do niej w innym miejscu. Nie mogłam sobie przypomnieć żadnej takiej sprawy. Potem zjawili się jacyś ludzie, zrobiło się tłoczno. Usiłowałam przepowiadać im przyszłość, mówiąc o wizji Czerwonych i Czarnych, którą zinterpretowałam jako zapowiedź Przemienienia i oddzielenia Światła od Ciemności, które wydarzy się w 2014 roku (1996+18=2014), ale oni nie wydawali się zbytnio zainteresowani, pogrążeni w innych, dość przypadkowych rozmowach. W końcu jeden z młodych mężczyzn, siedząc w otoczeniu reszty robił mi wykład, czy też doradzał sposób kontrolowania umysłem zewnętrznych zjawisk, mówiąc: „Znając porę i godzinę jakichś zdarzeń będziesz mogła spotykać się, z kim chcesz i decydować o tym, ile i kiedy będziecie się widywać…”. W wyobraźni pozostała mi postać kropkowanego jaguara.

27 marca 2000. Przed zaśnięciem ukazywały mi się krótkie migawki z Podziemi. Była tam przedziwna pieczara z wieloma głębokimi korytarzami odchodzącymi gdzieś w mrok, ozdobionymi kolumnadą wyglądającą na zbudowaną świadomie, ale mającą niezliczoną ilość lat i z tego powodu przypominającą twór natury. Mignęła mi jakaś istota z czarną, drobną, spotworniałą głową. W dole smolistej twarzy pozbawionej podbródka miała maleńkie wargi, z których sterczały ostre kły i szereg drobnych, szarych zębów, jak u drapieżnego zwierzęcia. Spróbowałam jej się lepiej przyjrzeć, mimo że była bardzo ohydna, ale szybko znikła. Moja percepcja miała w sobie niesamowity spokój władcy tej strasznej krainy i zdałam sobie sprawę, że patrzę „okiem Śiwy”.
W środku nocy wyrwało mnie ze snu skrobanie na czubku głowy, słyszałam zgrzyt kości, bolało, ale poddałam się temu z ufnością. Jednocześnie pojawiły się w moim umyśle informacje o tym, że służy to wzmocnieniu przepływu czystej świetlistej energii duchowej, która będzie miała moc chronienia mnie w życiu.
W następnym śnie obudziło mnie intensywne syczenie węży z tyłu za plecami i ból w kręgosłupie. Na wysokości splotu słonecznego umieszczano mi jakiś półokrągły implant, opasujący jeden z kręgów. Okropnie bolało i płakałam, także ze strachu. Wkrótce jednak wszystko znikło i na jawie poczułam intensywne ciepło rozchodzące się w dół od miejsca z implantem.

28 marca 2000. Znalazłam się w głębokim transie, z którego trudno jest mi się ocknąć, czuję jakieś uderzenia w prawe biodro i fragmentem świadomości rejestruję, że to moja własna ręka uciska to miejsce ciała. Pochłania mnie to, co widzę w sobie. To wąska uliczka w Krakowie. Idę za plecami grupki kilku księży, która zajmuje prawie całą jej szerokość. Jacy oni szczupli i wysocy! Mają ze 3 metry wzrostu. Wszyscy przechodnie schodzą im posłusznie z drogi, nawet księża, malutcy przy nich jak karzełki, przeciskają się boczkiem przy rusztowaniach. Przez głowę przebiega mi myśl o jakiejś sekcie i jej potężnym przywódcy i wychylam się, żeby lepiej go zobaczyć zza pleców innych. Jestem taka niska jak dziecko. Jakaś postać idzie na czele grupy wysokich kapłanów (wszyscy jednak mają w sobie coś z wyglądu żydowskich rabinów) z rozłożonymi niby ptak rękami, szerokie rękawy w kolorze czerwonym tworzą skrzydła, wieje od niego wielką mocą, pomieszaną z grozą. Na głowie ma dziwny kaptur zrobiony ze skóry zwierzęcej, czapka, jak głowa drapieżnika, zachodzi mu na twarz. Oprócz niego idzie trzech innych, bardzo podobnych, i razem tworzą zwarty szereg. Za nimi podążają gapie. Tak, to sam prorok Daniel i jego trzej towarzysze! W końcu przeciskam się do przodu i wyrasta pode mną wielki pies, szary wilczur, niosąc mnie jak koń na swoim grzbiecie.

30 marca 2000. W moim ogrodzie, przez dziurę w płocie po lewej stronie wbiega piekielny pies o czarnym pysku przypominającym nieco twarzyczkę diabła. Zdobywam się na bohaterstwo, wstaję i wielkimi okrzykami: W imię Ojca, i Syna i Ducha świętego! oraz: W imię Jezusa Chrystusa wypędzam cię! wyganiam bestię poza obręb ogrodu. Czuję w sobie wzrastającą moc i pewność siebie. Pies odbiega dość niechętnie, oglądając się za siebie, ale jest posłuszny.
Po obudzeniu się, w stanie półsnu ukazywały mi się kształty konarów z gałęziami, pieńków z wyrastającymi z nich licznymi cienkimi pędami, białych wieloodnóżastych stworów podobnych do kosarzy, pomyślałam, że istoty z 5 wymiaru mają wygląd tworów sieciowych, głowonogów, ośmiornic, krabów i pająków. Teraz ukazywały się w jasnych, białych, lub różowawo-pomarańczowych kolorach i poczułam ciepło w okolicach implantu w kręgosłupie na wysokości splotu słonecznego.

Z dziennika wzięć, czyli wejść i wyjść zapis 9

Kontynuuję opowiadanie. Szeregu kontaktów z niewidzialną Drugą Stroną, podjętych z jej inicjatywy i ciągnących się, jak dotąd już rok drugi.

aztec-pyramid

11.II.2000. Zasnęłam w trakcie rozmyślań o podziale na 4 ciała [Ich opis zamieściłam na blogu nostradamicznym we wpisie o złotym ciele]. Zauważyłam w tym krzyż. Dalej śniła mi się ta sama kwestia w postaci znajomej młodej aktorki [Gracz rodem z Nieprzejawienia], która zamieszkała w Moskwie [poziom 5 przyczynowy, a pewnie jego centrala na 10] i nie chciała wrócić do kraju, mimo biedy, w którą popadła [brak energii zasilającej z dołu?]. Przysłała nam jednak kwadratową płytę kompaktową, każdy z czterech brzegów miał osobną linię nagrania. Wiedza bezpośrednia: każda z ras, powstających z kolejnych podziałów pełniła role „bogów” i opiekunów wobec ras, które z niej powstały, zasiedlając niższy wymiar. Można było sięgnąć świadomością z ich ciał wyżej, o 2, 3 stopnie, ale to były rzadkie przypadki. W końcu jednak ludzie dotarli do granicy „płaskości” (tu zobaczyłam ową aktorkę pokazującą coś na ściennej mapie), od której powinni się odbić w górę, ale… oni zaczęli mieć dzieci ze zwierzętami.
Obudziłam się i w tym momencie usłyszałam w pokoju męski, nieco mechaniczny głos, który powiedział: PIĘTNAŚCIE. I jest to dla mnie absolutna zagadka.

[Obecnie mogę domniemać, na podstawie ustaleń Jarka Bzomy, iż głos Nieprzejawienia powiadomił mnie, że wszystkich poziomów rozwoju tego Wszechświata jest piętnaście.]

12.II.2000. W czytelni bibliotecznej długo przeglądałam albumy o dinozaurach. A potem w nocy czytałam „Dzieje świata” Herberta Wellsa. Sny wizyjne. Widzę ogromną wirującą Galaktykę, mój ojciec dotarł już prawie do samego Centrum, gdy nagle odwrócił się znowu w moją stronę, wraca w swoją przeszłość, pomimo że musi złożyć bardzo prymitywną ofiarę ze swojej krwi i oto nagle przenika mnie Jego boska świadomość JAM JEST…
Następnie trafił do kawiarni w naszej miejscowej remizie, gdzie oblegany przez panie szybko zapomniał, po co tu przybył, podpił sobie i wcale nie chciał przyjść do domu. Poszłam do niego razem z siostrą, mówiąc: „Zajrzałeś do nas tylko na jedno popołudnie, a teraz już od dwóch dni siedzisz tam bez przerwy, chcę cię trochę mieć dla siebie”, ale on wcale nie był chętny naprawić sytuacji. Wyjrzał na chwilę i znów został. W budynku remizy, w sąsiednim pomieszczeniu miał tymczasem otwarty swój „sklepik” jakiś mi nieznany, nadzwyczaj spokojny mężczyzna. Gdy do niego zajrzałyśmy czytał książkę, panował u niego wielki spokój, który w porównaniu z chaosem panującym wokół ojca jeszcze bardziej mnie zdenerwował. Na rogu ulicy ojciec zostawił 2 połączone ze sobą na wzór tandemu rowery, ktoś mógł je ukraść. Były już stare i trochę zardzewiałe, pomalowane żółtą i zieloną farbą, rozszczepiłam je i postawiłam obok siebie… Obudził mnie żal i jakieś takie rozpłakanie, wznoszące się z 2 czakry.
Na podwórzu naszego starego domu pojawiło się wiele osób. Na kocu po środku, otoczony gromadą słuchaczy rozsiadł się Ole Nydhal. Chciałam zaprosić go na nocleg, ale nie umiałam się z nim porozumieć. Pokazałam mu wreszcie swoją książkę [sennik] i powiedziałam po francusku jakieś niezdarne zdanko wyjaśniające, że to ja ją napisałam. Zrozumiał je po chwili, ale nie wydawał mi się zbytnio zainteresowany.
Pole, mnóstwo ludzi, zmierzch, przed nami wysoki, zrujnowany, kilkupiętrowy budynek. Grupa magów „z lewej ręki”, dowodzona przez człowieka o dziwnie blond-tłustej [świńskiej], charakterystycznej twarzy z grubymi, wywiniętymi wargami popisuje się tym, co potrafi. Wymawiają jakieś zaklęcia i oto płyty tworzące ściany ostatniego piętra budynku odpadają same i nawet księżyc zrobił się czarny i zniknął z nieba (jak gdyby odleciał, zjedzony przez czarną plamę Rahu). Tych „magów” jest stosunkowo niewielu, ale robią silne wrażenie, którego my nie pochwalamy i staramy się przed skutkami podziwiania tych sztuczek ostrzec przyglądających się tłumnie ludzi. Nocuję potem w namiocie „cyrkowców”. Jest już stary, jasnoniebieski od wewnątrz, ale niewielkie okienko już nawet nie prześwituje, „zalutowane” czymś z drugiej strony. Słychać wiejący na zewnątrz groźny wiatr, ale w środku jest spokojnie i cicho, przynajmniej na razie. Ktoś jest obok mnie i zaczynam się z nim kochać. W tej samym pomieszczeniu śpi jeszcze ktoś inny, i ta druga osoba również z kimś innym się kocha.
Zmieniamy teren „przedstawienia”, planujemy iść do innej wsi. Martwię się, że nie ma tam wody do umycia się, jest jedynie maleńka, ale brudna struga. Trafiamy jednak (znów pole, ludno). I okazuje się, że jest tam wielka szeroka rzeka (płynie tak jakby w miejscu Luciąży). Jeden z nas, starszy pan wchodzi do niej i okazuje się, że woda sięga mu ledwie do pasa przez całą szerokość rzeki. Obserwujemy go z brzegu i z góry (jak gdyby frunąc nad nim). Mężczyzna trafia przy drugim brzegu na głębinę, odważnie idzie w jej kierunku, aby ją zmierzyć, woda podnosi się i sięga mu już do brody. Wystraszona wołam do niego, aby tego nie robił, nie szedł dalej, bo utonie.
I znów jestem z moim ojcem, na jakiejś górze. Planujemy coś, rozważamy. On jest jakiś taki nieodgadniony, choć sympatyczny i towarzyski, aż za bardzo nawet. W końcu namówił mnie do wspólnego zjazdu w dół, obiecując, że reszta znajomych dotrze tam zaraz za nami. Dałam się namówić i spłynęliśmy w dół stromym strumieniem wody, górską, rwącą rzeką, wypływającą spod budynku na szczycie góry – płynąc dwójkowym kajakiem. Kiedy znalazłam się jednak na dole i spojrzałam na przebytą drogę zdałam sobie sprawę, że nie mam możliwości swobodnego powrotu do miejsca wyjścia, a towarzysze nie wiadomo czy prędko się zjawią. Można tu było jedynie bezradnie czekać. Góra z kwadratowym budynkiem świątyni na szczycie i opadające z jej obu brzegów wody rzek przypominała z wyglądu jakąś meksykańską piramidę. Poczułam lekką złość na ojca, że mnie w to wszystko wplątał. Wtedy usłyszałam głos mówiący: „Ratujemy SAMI SIEBIE” i ten głos mnie przebudził.

17 lutego 2000. Sen wizyjny: w jakiejś starej szopie ze słomą i sianem znaleziono stare indiańskie [czerwone – poziom 5 przyczynowy, drewno – urojeniowość minusowa] bóstwo. Jest to rozgałęziający się kij z dwiema czarnymi głowami na końcach [dualizm wartości, rozszczepienie nurtu czarnego, zstępującego]. Zaczyna się je pokazywać u płotu gospodarstwa [granica ziemskiego wymiaru], ludzie zewsząd masowo pielgrzymują do niego. Zjawiam się i ja (za plecami, jak cień stoi mi jakiś ksiądz), staję w pierwszym rzędzie i podchodzimy z innymi do płotu, wyciągnąwszy dłonie przed siebie, jakby w geście prośby o łaskę. Bóstwo zaczyna „działać” i wtedy moje ręce rozświetla wokół białe, czyste światło. Niestety, z innymi jest inaczej. Na ludzi pada straszna zaraza, wydostaje się diabelska, złośliwa energia, przed którą nie ma żadnego schronienia. Jakoś daje się częściowo zażegnać niebezpieczeństwo, umieszczamy porażonych w jednym miejscu kwarantanny, leżą pokotem, chorzy, ale ich życiu nie grozi niebezpieczeństwo. Robię nad nimi znak krzyża i odchodzę. Spieszę się do domu, gna mnie niepokój o bliskich. Przy schodach (wejście i dom były inne, parterowe) stoją rzędem rowery, zasłaniając drzwi – czuję niecierpliwość. W końcu wchodzę, przeskoczywszy je jakoś, w środku pusto, meble porozrzucane, chaos w środku… a więc trafiło tutaj… Budzi mnie ogromny lęk, rozpacz, wstrząs.
Wizja: nad jakimś wiejskim podwórzem [planeta Ziemia] nadlatujący spodek, brązowy. Toczy się walka z innym spodkiem. Działo się coś intensywnie i wysoko, bardzo prędko, bezwzględnie. Pamiętam Białą Istotę i wieść, że jestem jednym z Dziewięciu. Kiedy się nagle obudziłam czułam ból we wnętrzu pępka jak po wkłuciu cieniutkiej igły.

21 lutego 2000. Nad ranem wizja: piszę na komputerze, chcę wcisnąć polecenie: „Zapisz”, ale na ekranie ukazuje się zestaw dziwnych opcji i nie wiem, jak z tego wyjść. Tymczasem zaczyna się błyskać na dworze, chyba idzie na burzę i muszę coś prędko zrobić, aby uratować tekst. Widzę iskrę strzelającą z kontaktu i odskakuję w głąb pokoju. Rozlega się huk przejeżdżającego pociągu. Przez okno dostrzegam lokomotywę pociągu, jadącą na wschód [poziom przyczynowy, karmiczny], mój dom staje się jakby wagonem, który ona ciągnie. Słyszę z sąsiedztwa okrzyk zdumionej sąsiadki-dewotki: „O Boże!”…
Rano wizja: diaboliczny młody człowiek, widzę go na ekranie TV, albo w oknie, nie pamiętam. Niemiły.

[Tu muszę wtrącić, że ten sen, oprócz przeżycia transformującej – symbol pociągu – drogi w kierunku granicy 8/9 (życia i śmierci) był zapowiedzią trudów zaczynającego się roku. W ciągu kilku następnych miesięcy okaże się, że moja matka choruje na śmiertelną postać raka, czeka mnie opieka nad umierającą, jej śmierć i opuszczenie rodzinnego domu, oto co było wtedy jeszcze przede mną, kompletnie tego nieświadomą]

23 lutego 2000. Przed snem obraz: obejmuje mnie od lewej strony z przodu coś mającego gadzią skórkę, długiego, spłaszczonego na końcu, ciemno połyskującego. Postanowiłam się temu przyjrzeć lepiej i zobaczyłam, że jest to dłoń.

[Dłoń – to Atman z poziomu 7 i powyżej. Jak widać niekoniecznie musi być błękitna, ani nawet humanoidalna]

Pojawiały się krótkie obrazy wizyjne, a w nich znani z „Nieznanego Świata” ezoterycy, a potem sen z ich udziałem. Badali mnie na odległość, próbując różnych diagnoz. [Sny o tych badaniach, całkiem liczne, jak dotąd – hehe – się nie sprawdziły, ale ze względu na spore ciekawostki może je kiedyś zamieszczę]. Nad ranem coś się jakby chciało do mnie zbliżyć, ale wtedy z okolic splotu słonecznego „szurnęły” ku niemu moje smoki i ogniste węże i natychmiast zlikwidowały zagrożenie. Jasny gwint!

24 lutego 2000. Sen: siedzę na sankach [minusowość] na drodze w kierunku sąsiedniej miejscowości. Półmrok. Gdzieś blisko jest stacja PKP (tory) [poziom granicy 8/9] , a koło mnie, poufale, ale z dystansem leży listonosz z miejscowej poczty. Obok przykuca kierownik poczty, starszy, o którym wiem, że łasy jest na kobiety. Rozmawiamy o piwie, którego sporą dostawę sprowadził z Ameryki listonosz. Kiedy nam o tym opowiada wstaje i gestykuluje żywo, z rozmachem. Na to nakłada się inna rozmowa, z kobietą. Ona pyta mnie o „tysiąc i sześćset stadiów” wytłoczonej krwi z wizji św. Jana, a ja tłumaczę, że chodzi o podział zysków pomiędzy Niebo (liczba 1000) i Piekło (liczba 600), dodaję też coś o Żniwiarzu i dochodzę do wniosku, że ptaki jedzące trupy to zmiana koncepcji cielesnej, szykująca się w masowej skali. Zauważam nagle koło siebie, na prętach sanek leżącego żółtego małego kotka w pomarańczowe okrągłe łatki. Z pyszczka przypomina lwa, albo lamparta. Jest trochę niezgrabny, ale budzi moją czułość i chcę go pogłaskać. Kociak zrywa się i przechodzi na leżący po prawej stronie kocyk, siada na brzegu i patrzy na mnie błyszczącymi oczkami. Stwierdzam, że nie będę go zmuszać, bo to wolne stworzenie, widocznie zbyt niedotykalskie.

25 lutego 2000. Chwilami przed snem nagłe odczucie jakby odtykania uszu, lub dokręcania „śrubki” nad uchem. Wizyjne elementy ze snu przedstawiały najpierw barana o dwóch wielkich rogach i kozła z wizji Daniela, leżące na moim podwórzu, oraz przeźroczyste, gęste piwo marki „Magnum” w niskiej szerokiej szklance (czy należy czytać Mag Num?), potem „braci Kumarów” przemieniających się w Białe Istoty, oraz wiadomość, że przez wiele lat tkwiły we mnie specjalnie założone przez nich „zamki”, blokujące ukryte w pamięci rzeczy.

26 lutego 2000, rano 2 razy pod rząd ktoś wchodził do mojego pokoju i znikał przy tapczanie.

cdn.

Opowieść Phila

Przerywam na chwilę wątek zapisu przeżyć sennych w Dzienniku Wzięć. Przedstawiam fragment opowiadania, które zapisałam po intensywnej nocy wizyjnego snu, transu i odbierania informacji w podwyższonym stanie umysłu. Stało się to w 2003 roku. Wtedy przychodziło do mnie wiele takich historii. Sny były tak szczegółowe, rozbudowane fabularnie i całkiem nie moje, że czułam silną potrzebę dania im formy literackiej. Pewnie w taki sposób zeszło i wciąż schodzi na ziemską niwę wiele utworów, opowiadań, powieści, obrazów, poezji, uznanych potem przez ludzi za w jakiś sposób wyprzedzające swój czas. Ta historia też wyprzedzała czas, choć mojego osobistego rozwoju. Sen opowiedział mi zdarzenie kompletnie dla mnie zaskakujące. Miałam wówczas rzadki dostęp do internetu, który po polskiej stronie nie był tak rozbudowany jak teraz. Dopiero kilka lat później, gdy dysponowałam w miarę stałym łączem i lepszym komputerem, odkryłam w sieci rzeczywistego człowieka, którego poznałam w owym śnie. Nazywał się Phil Schneider, i nie żył już, gdy mi się śnił. Niektóre szczegóły zostały przeze mnie dodane (nazwiska, imiona, miejsce), ustalone domyślnie, niektóre padły we śnie (Tutenchamon, Japończycy, Los Alamos), treść rozmowy z Philem i Jarhlem jednak pozostaje niezmieniona, choć zamieniona w dialog. We śnie był to przekaz informacji z umysłu do umysłu, bezpośredni.

Autor: Ewa Sey

Pakt z diabłem

Nazywam się George Romantzef. Jestem urodzonym Amerykaninem rosyjskiego pochodzenia. Przez wiele lat byłem dziennikarzem radiowym, odnoszącym niejakie sukcesy. Trwały one do czasu, gdy pod koniec lata 1995 roku udało mi się nawiązać pewien interesujący kontakt. Z anonimowym człowiekiem, który zadzwonił do naszego radia. Było to w trakcie prowadzonej przeze mnie raz w tygodniu nocnej audycji o spiskowych teoriach i UFO. Cieszyła się ona popularnością w całej środkowej Ameryce. Rozmówca udzielił kilku istotnych wstępnych wyjaśnień. Pracował w jednej z baz wojskowych na terenie naszego stanu. W której więzi się kilka dziwnych obcych istot. Nocne światła na niebie widywane w pobliżu bywają ich statkami. Przerwał wywiad nagle, tłumacząc się, że został namierzony przez służbowy podsłuch. Zadzwonił ponownie na drugi dzień, już poza anteną. Umówiliśmy się na konkretny dzień i godzinę w pewnym odległym miejscu naszego stanu.
O całej sprawie wiedział tylko John Bozz, mój szef. Dał mi kilka dni wolnego na zebranie nowych, być może nietuzinkowych materiałów dziennikarskich.

Droga wiodła daleko w głąb pustyni Nevada. Po kilku godzinach nieprzerwanej jazdy przez pustkowie, gdy szary zmierzch zbliżał się właśnie wielkimi skokami, zajechałem przed niewielki przydrożny motel. Tak, jak w podanej wskazówce znajdował się w nim otwarty całą dobę bar, mieszczący – jak się okazało – zaledwie kilka stolików dla niezbyt często i licznie witających w nim gości.
Na schodkach wiodących na taras okolony metalową barierką i przyległy bezpośrednio do baru, w nieruchomej pozie kontrolującego strażnika stał potężny, czarno ubrany mężczyzna. Biła z niego skupiona siła i zdecydowanie. Musiałem niejako wciągnąć brzuch, by przecisnąć się obok niego idąc tamtędy do drzwi. Będąc człowiekiem dość niskim i tęgawej budowy poczułem się przy nim niepewnie i trochę jak dziecko. Nie poruszył się, żeby ustąpić mi miejsca, ale też nie zabronił iść dalej.
Zatrzymałem się na chwilę w drzwiach wejściowych i rozejrzałem bacznie po wnętrzu nie zawieszając na niczym wzroku, aby na wszelki wypadek nie budzić zbędnego zainteresowania. Zamówiłem przy bufecie u dochodzącego skądś z zaplecza pomarszczonego drobnego barmana, kawę i hamburgera z dużą ilością sałatki i dopiero potem odwróciłem się twarzą do środka. Zdecydowanie zająłem miejsce przy pierwszym z brzegu wolnym stoliku. Byłem jeszcze lekko oszołomiony kilkugodzinną samotną jazdą samochodem, może z tego powodu nie odczuwałem zdenerwowania ani nawet ciekawości. Która mnie przecież tutaj przywiodła.

Położyłem na blacie stołu, obok szybko dostarczonego mi posiłku oprawny w brązową skórę notes i długopis, musnąłem palcami górną kieszeń marynarki i wyczułem uspokajający płaski kształt dyktafonu. Poczułem się przygotowany. Miałem w planie wszystko dokładnie i wszelkimi dostępnymi sposobami zanotować i zapamiętać z tego, co będzie się działo.
Zjadając hamburgera rozejrzałem się uważnie po nielicznych współobecnych. Nastawiłem uszu, aby nie uronić żadnego słówka z tego, o czym podejrzewałem, że się w tym miejscu może rozmawiać.

Po mojej lewej stronie pod ścianą siedział milczący, budzący zaufanie mężczyzna około pięćdziesiątki. Był silnej budowy, z białymi włosami wystającymi spod wojskowej czapeczki z daszkiem, mimo wieczornego chłodu tylko w dżinsach i bawełnianej jasnej koszulce, krótkie rękawki odsłaniały znaczne muskuły jego ramion zakończonych szerokimi dłońmi. Zajmował samotnie stolik w kącie, popijając leniwie jakiś napój. Zdawał się nie interesować poza tym niczym więcej. Ledwie jednak wszedłem do środka, gdy od razu powstał pewien ruch. Podszedł do niego ktoś z głębi pomieszczenia.
Był to bardzo wysoki, na oko czterdziestoletni osobnik, mocno szczupły, wręcz chudy. Stwierdziłem, że obaj mężczyźni musieli się już wcześniej znać lub choćby widywać, gdyż chudemu udało się od razu zagaić rozmowę.
– Przepraszam, czy jesteś Phil?
– Tak – uśmiechnął się, wcale niezdziwiony bezpośredniością starszy z nich.
– Jahrl – przedstawił się chudy wyciągając do niego dłoń.

Pomieszczenie baru było na tyle małe, że niektóre słowa i nawet całe zdania z ich rozmowy dobiegały wyraźnie moich uszu.

Chudy dostał przyzwolenie i dosiadł się do Phila. Rzucił temat wspólnej służby w armii na terenie pobliskiej bazy w zakazanej strefie. Phil chętnie dał się wciągnąć w rozmowę i zauważyłem po jednym jego rzucie oka na mnie, że nie przeszkadza mu, że jej słucham.
– Owszem, służyłem tu w okolicach. Przed laty, nieco wcześniej od ciebie – odparł z uśmiechem. – Mogę także cośkolwiek powiedzieć na temat pewnych oficjalnie ukrytych szczegółów działań naszego rządu, które poznałem osobiście. Potwierdzić niektóre plotki, a niektórym zaprzeczyć. Czemu nie?

Wymienili ze sobą jeszcze kilka zdań nieco bardziej ściszonymi głosami i mogłem jedynie z poruszeń ich ciał, rąk, spojrzeń i wyrazów twarzy domyślić się, że rozmawiają także o mnie. Starszy z mężczyzn patrzył w moją stronę jasnym wzrokiem zupełnie bez skrępowania, gdy tymczasem Jahrl zadał mu jakieś pytanie. Phil skinął głową na potwierdzenie i już po chwili okazało się to równoznaczne z pozwoleniem udzielenia mi wyjaśnień.
Jahrl, wstając od stolika klepnął Phila dłonią po ramieniu i zdecydowanym krokiem ruszył w moją stronę. Nieomal w tej samej chwili stał wprost przede mną. Starszy spokojnie przyglądał się tej scenie z boku zupełnie nie wtrącając się w jej przebieg.

Przedstawiłem się mojemu informatorowi szybko i zdawkowo. Z bliska zauważyłem, że Jahrl trzyma cały czas swoje zaciśnięte w pięści dłonie w kieszeniach motocyklowej kurtki z brązowej skóry. Okazało się też, że nie ma zamiaru siadać. Stał po drugiej stronie stołu, naprzeciwko, wysoki i cienki jak pęd trzciny, wybujały w górę na jakieś sześć i pół stopy, co wprawiło mnie w zmieszanie. Musiałem zadzierać głowę, aby widzieć jego pozbawioną zarostu bladą twarz i nie uronić żadnego słowa. Utrudniało to znacznie pisanie w notesie. Tymczasem chudzielec bez zbędnych wstępów, ani nawet sprawdzenia moich dokumentów potwierdzających tożsamość rozpoczął swoją opowieść.

Z początku próbowałem ją notować. Chciałem z tych zapisków zbudować dłuższy szczegółowy tekst, dlatego, gdy już zaczął opowiadanie kilkakrotnie usiłowałem mu przerwać prosząc o powtórzenie umykających mi informacji. Ale on od początku zachowywał się tak, jakby w ogóle mnie nie słyszał. Mówił prędko, cały czas wyprostowany jak struna, z oczami świecącymi niby dwie zapalone latarki. Słowa biegły za sobą ciurkiem coraz szybciej i szybciej, aż ledwie nadążałem ze zrozumieniem tego, co mi przekazywał.
Zorientowałem się, że nie dam rady uprosić go o wolniejsze tempo i chcąc nie chcąc porzuciłem notowanie. Tuż przed rozmową włączyłem dyktafon ukryty na piersi i teraz miałem nadzieję, że przy jego pomocy ostatecznie odtworzę wszelkie informacje. Spróbowałem jedynie wsłuchać się w padające słowa, aby maksymalnie dużo zapamiętać z tego dziwnego wykładu.
Mam wieloletnią wprawę w robieniu wywiadów i reportaży, dlatego nie traciłem nadziei, że reszta automatycznie przypomni mi się podczas pisania.

Umysł mojego informatora z jakichś nieznanych przyczyn funkcjonował według parametrów, których nikt z ludzi, przynajmniej nikt zwyczajny, po prostu nie posiada.
– Może został specjalnie wytrenowany przy pomocy jakiejś supertajnej technologii – pomyślałem, usiłując z trudem zdążyć za seriami skojarzeń, obrazów, faktów, liczb, numerów, dat, nazw, miejsc, imion padających z prędkością karabinu maszynowego. Pamięć Jahrla zdawała się magazynować nieskończoną ilość informacji encyklopedycznych. Na dokładkę potrafił z nich swobodnie i do woli korzystać. Z równą prędkością zmieniał temat, a raczej poszerzał go o poboczne uzupełnienia i uzupełnienia uzupełnień.
Z powodu mechanicznego, wręcz nieludzkiego tempa jego mowy pozbawionej wszelkiej tonacji, w mojej pamięci pozostały jedynie strzępy kilku powiązanych ze sobą opowieści. Powtórzyłem je sobie kilka razy w myślach, gdy już ten szalony przekaz ustał. Wszystko po to, aby napisać choćby to żałośnie krótkie opowiadanie.

tuts-xray-of-skull

Teraz jestem pewien jedynie tego, że Jahrl rozpoczął od historii znalezienia przed wielu laty w starym grobowcu na pustyni ciał kilku zamordowanych istot kosmicznych. Każda zawinięta była w półprzeźroczysty biały muślinowy całun. Najdelikatniejsze płótna stosowano przy pochówku członków królewskich rodów, jednak grobowiec do królewskich nie należał. Jedna z nich miała drewnianą nogę. Badania tomograficzne i genetyczne owej mumii potwierdziły jej pokrewieństwo z linią królów przed nią i po niej. Była jednak pół-człowiekiem, kosmiczną hybrydą. Ta historia jest powszechnie znana jako odkrycie grobowca Tutenchamona. Odnaleziono w nim jednak ciała niepasujące do założeń archeologów.

Niebywała prędkość relacji zmusiła mnie do nadzwyczajnej koncentracji umysłu i uwagi. Słuchając pilnie straciłem niezauważalnie kontakt z otoczeniem, ba, nawet czuciem własnego ciała. Prawdopodobnie nawet popadłem w jakiś rodzaj hipnozy wywołanej monotonnym głosem Jahrla. Opowiadał dalej o plemieniu Danitów, które pełniło w Egipcie ważną rolę. Znali rytuały, modlitwy i sposoby zamykające najstraszliwszą ze straszliwych energię w zaklętym kręgu, potrafili ją postawić na straży i chronić się przed nią. W mojej pamięci pozostał obraz mężczyzny w średnim wieku ubranego w starożytny strój ortodoksyjnego żyda. Dotąd nie miałem pojęcia, jak ubierali się Żydzi przed tysiącami lat, ale zaintrygowany sprawdziłem w źródłowych książkach. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że ujrzałem coś rzeczywistego, choć tego wcześniej zupełnie nie wiedziałem. Mężczyzna nosił przepasaną plecionym sznurem szarą płócienną tunikę. Na jego twarzy o wybitnie semickich rysach sterczała egipska czarna zwężająca się bródka, taka sama jak te, które nosili faraonowie. Czy dane mi zostało zobaczyć Mojżesza? A może Józefa? Syna kulawego Jakuba, którego biodro zesztywniało po walce z nienazwaną istotą? Nie potrafię tego stwierdzić, ale zauważyłem, że w momencie, gdy Jahrl opowiadał o tym człowieku Phil lekko uśmiechnął się pod nosem do swoich myśli.
– To właśnie on uczestniczył w nadzwyczaj ważnym tajnym spotkaniu zwołanym z ramienia dominującego w starożytnym świecie imperium. Spotkanie odbyło się w skalnej jaskini, wokół której rozciągała się bezludna kamienista pustynia. Tam ZABIŁ sześć osób spośród tych, co ku niemu wyszli. Powodem było to, że rozpoznał, iż NIE MA W NICH NIC LUDZKIEGO.

Jahrl dodał na koniec, że tajny Wspólny Rząd składający się z przedstawicieli kilku najwyżej zaawansowanych technologicznie krajów Ziemi nawiązał już kontakt z owymi istotami penetrującymi naszą planetę od dawien dawna. Po raz pierwszy oficjalnie zameldowali o nich żołnierze kawalerii amerykańskiej, którzy w pogoni za bandytami weszli do pewnej pieczary znajdującej się na granicy z Meksykiem. Wydarzyło się to na początku wieku.
– One z pewnych powodów nie są dobre – Jahrl zwolnił w tym momencie tempo i spojrzał mi głęboko w oczy.
– Czemu? – zapytałem, z trudem przełykając ślinę. Ponieważ, jak się okazało zaschło mi w ustach.
I chudzielec znów rozpędził się z wyjaśnieniami.
– Chodzi o ważną, potężną, mroczną i straszną istotę, która stoi za nimi. Sprawuje kontrolę nad nieświadomym jej istnienia światem. Jest to pojedyncza istota, prastara, ponura, zawzięta i kompletnie nieprzewidywalna.
– Jak wygląda?
– Chudy nieprzyjemny humanoid drobnej postury z krogulczym nosem – tu jakimś cudem telepatii nieomal ukazał się cień tego obrazu w moim umyśle. Po tej odpowiedzi słuchałem dalej nie przerywając:
– Kontakty przedstawicieli ziemskiego rządu z tym starym władcą zachodzą w ścisłej tajemnicy. Towarzyszą im zawsze elitarne oddziały komandosów.

Nagle pomyślałem przez ułamek ułamka sekundy, (bo na tyle pozwalał mi mój informator), o tych młodych, wybitnie inteligentnych, wykształconych, specjalnie dobranych i wytrenowanych ludziach, którzy ujrzeli na własne oczy przerażająco mroczną obcość i nie zwariowali. Kim są? A może jeden z nich stoi teraz przede mną?
– Ludzie z ziemskiego rządu najchętniej zerwaliby męczący ich i dręczący pakt z ową istotą, ale boją się straszliwych konsekwencji tego zerwania dla niewinnych obywateli. Zdecydowali się podjąć z nią pojedynek, najtrudniejszy z trudnych – zakończył swoją przyspieszoną perorę Jahrl.

Zaczęła wracać mi świadomość jawy. Okazało się, że obok mnie siedzi przy stoliku uśmiechający się Phil kiwający głową ze zrozumieniem. Musiał dosiąść się do nas w trakcie mojego wywiadu z chudzielcem, czego zaaferowany, w ogóle nie zauważyłem. Jahrl o pałającym spojrzeniu skończył właśnie swoją nieludzko przyspieszoną relację. I krótko przedstawił mi osobę swego starszego towarzysza.
– Phil jest już na emeryturze i zgodził się opowiedzieć coś niecoś o swojej pracy i doświadczeniu.
Phil kiwnął głową i przejął opowieść. Przywróciło mi to poczucie rzeczywistości. On przynajmniej wydawał się normalnym człowiekiem.

– Jestem z zawodu geologiem. Pracowałem przy budowie wielu podziemnych baz wojskowych na terenie Stanów. Niejedno widziałem, nie wiem jednak, co cię najbardziej interesuje. Będę się trzymał głównego tematu poruszonego przez Jahrla.
– Zgoda – chwyciłem za notes i długopis, wreszcie mogły mi się do czegoś przydać.

Phil-Schneider

– Pracowałem między innymi w bazie Los Alamos, która ma wiele kondygnacji ukrytych pomieszczeń wiodących głęboko pod ziemię. Natomiast na ogromnej pustynnej powierzchni za wysokim szczelnym ogrodzeniem ze stalowej siatki sterczy w górę wiele długich rzędów ciemnych tarcz, anten, kamer i reflektorów. Są to urządzenia monitorujące i stanowiące część systemu energetycznego tego miejsca.
– Według ciebie, do czego służy to laboratorium?
– Oficjalnie do badań nad energią atomową, przewidywania niebezpieczeństw związanych z jej pozyskiwaniem i używaniem oraz do ostrzegania. Niektórzy jednak wykorzystują jego najnowocześniejsze w świecie urządzenia do kontrolowania wszystkich i wszystkiego – odpowiedział Phil. I zaraz dodał:
– Sprzęt monitorujący i wszystkie czujniki połączone ze sobą zdalnym komputerowym systemem zostały zaprojektowane i wybudowane przez Japończyków. Oni najlepiej znają się na elektronice, miniaturyzacji i mają najnowsze technologie na świecie. Sądzę, że chodzi im o to samo, co naszym. Zbudowanie sztucznej inteligencji.
– Aha – spojrzałem mu wprost w oczy domyślając się – dlatego naszych trapi myśl, że prowadzone tam badania i zebrane informacje nie są do końca bezpieczne, bo twórcy oprogramowania nie są Amerykanami i nadal dysponują jego planami.
– Owszem – przyznał Phil, uśmiechnąwszy się wieloznacznie. – Dlatego tym gorzej dla twórców.
Po czym opowiedział mi o swoim spotkaniu z obcymi na dnie wierconej sztolni, którą daremnie usiłował pogłębić w podziemnych przepaściach bazy wraz ze swoim geologicznym zespołem. Nikt z kilkudziesięciu wysłanych wcześniej przed nim żołnierzy nie przeżył spotkania. Jedynie on, dzięki użyciu pistoletu zdołał się wydostać, ciężko raniony i napromieniowany jakimś świństwem, wyciągnięty w ostatniej chwili na powierzchnię przez ofiarnego strażnika.
– Oni dają się zabić, choć z trudem. Nie są duchami. Mają ciała, ale ich struktura przypomina bardziej grzyba, niż jakikolwiek inny żywy organizm. Zamieszkują iście piekielne groty i oddychają smrodliwymi gazami – orzekł na koniec, jakby lekko zdziwiony tym faktem i dodał filozoficznie – Gdy pakt zostanie zerwany nie wątpię, że ujawni się coś, co od tysiącleci tkwi skryte w głębi, w czeluściach otchłani i ono bezwzględnie zaatakuje wszystkich.

Wręcz nieludzki bieg słów Jahrla i moja wzmożona koncentracja umysłu sprawiły, że po powrocie do domu musiałem poświęcić kilka dni na dojście do siebie. Ostatnia scena spotkania z nim, gdy wreszcie podał mi na pożegnanie skrywaną w kieszeni kurtki rękę i uścisnąłem sześciopalczastą szczupłą chłodną dłoń w milczącym zaskoczeniu, zapadła mi najgłębiej w pamięć. I długo się otrząsałem z nienazywalnego wrażenia.

John Bozz, mój szef odezwał się zaraz po mym powrocie, ciekaw wyników spotkania.
– Masz coś interesującego? Warto było jechać? – dopytywał przez telefon.
Tymczasem byłem, mimo przespanej nocy i spokojnej powrotnej jazdy samochodem przez pustynię, zmęczony i rozczarowany. Umówiłem się z nim następnego rana w siedzibie radia. Miałem jeszcze trochę czasu na zebranie informacji w całość i wszystko, co się z tym wiąże, a więc na sprawdzenie źródeł merytorycznych i dokumentów związanych z tematem w archiwach bibliotecznych i prasowych.
Przede wszystkim najbardziej rozczarowujący fakt był taki, że dyktafon nie zadziałał. Mimo, że taśma przesuwała się nie nagrał się na niej żaden dźwięk, poza kilkunastosekundowym piskliwym wstępem. Dysponowałem jedynie notatkami z rozmowy z Philem oraz zapisem kilku zapamiętanych przez siebie z tyrady Jahrla informacji.
Było to oczywiście za mało, aby przedstawić słuchaczom mojej audycji jakiekolwiek niezbite dowody na odbyte spotkanie oraz podać jego treść, choćby w zarysie.

Mogłem jedynie ująć wszelkie zapamiętane szczegóły w opowiadanie, co niniejszym właśnie czynię. Jak każdemu dziennikarzowi, nie daje mi to jednak żadnej satysfakcji. Czy na tym zależało moim informatorom? Aby ich relacja straciła wartość dokumentu, wyszła poza ramy rzeczywistości i faktu i zyskała najwyżej status jeszcze jednego pomysłu w stylu naukowej fantastyki?

John nawykły do takich spudłowanych zleceń zlecił jednak rutynowe zbadanie dyktafonowej taśmy radiowemu dźwiękowcowi. I tu okazało się, że piskliwy dźwięk zarejestrowany na początku poddaje się obróbce. Zwolniony wielokrotnie i obniżony odpowiednio dla ludzkich uszu pozwolił nam usłyszeć pierwsze zdanie wypowiedziane przez Jahrla do mnie.
– Witaj, Romantzev. Jestem tu po to, aby pomóc ci zrozumieć, kim jesteś…

(Fragment większej całości)

Z dziennika wzięć zapis 8

Gady, węże i prehistoryczne potwory i ważki, Gra z Szatanem tocząca się na Ziemi od najdawniejszych czasów… W mojej głowie odtwarzały się bez ustanku przedziwne historie. Których daremnie szukać w świętych annałach ludzkości.

plezjo

2 lutego 2000 w nocy zaczęłam rozmyślać o Wężu Śesza. Odniosłam wrażenie, że moje ciało zawiera pamięć prehistorycznej ery, w której wąż pojawił się na Ziemi. Uwalniały się jakieś obrazy, wstręty, biologizmy, nastroje, ale wszystko zbyt ulotne, żeby opisać. Nagle weszłam w trans.
Ujrzałam ogromne wężowe zwierzę wodne, podobne do Potwora z Loch Ness i usłyszałam bardzo groźne dźwięki, przypominające warczenie, a raczej porykiwanie. Było to pełne ogromnej, ale kontrolowanej siły. W pewnym momencie potężny ryk przemienił się w głos, który oznajmił: „Największą winę ponosi ten, kto potępia własne ciało!”, po czym głos zaczął śpiewać w nieznanym mi języku. Była to pieśń mocy. Wśród niezrozumiałych słów Wąż wymówił z przyjaźnią moje imię, Ewa, co wzięłam za błogosławieństwo. Po czym ocknęłam się na jawie.

ważka

Po krótkim następnym śnie obudził mnie odgłos zjawienia się jakiejś istoty. Niewielka, chwilę stała w nogach tapczanu, po czym jak spory, dźwięczący w powietrzu sztywnymi skrzydłami owad (gigantyczna ważka) przefrunęła na moje plecy i usiadła na karku, po czym natychmiast wrażenie obecności znikło. Ogromna ważka nasunęła mi wyobrażenie pierwotnych lasów prastarej Ziemi i tak już zostało. Pod zamkniętymi powiekami mignął mi nagle siedzący mi na karku… tygrys w brązowo-żółto-czerwone pasy, a właściwie 2 tygrysy, siedzące jeden drugiemu na plecach. Balamowie [opisani w Popol-Vuh]? A więc oni istnieją naprawdę! Obserwowałam siebie. Nie bałam się, więc istota była przyjazna. Już wkrótce coś się zaczęło dziać z moją głową, jak gdyby dziwna energia rozsadzała ją od środka, a czaszka była dla niej zbyt „sztywna” i twarda, aż do lekkiego bólu. To trwało dość długo. Zapadałam w krótkie transy i sny. Raz usłyszałam piękny kobiecy głos, który zawołał: „Ziem!”. Innym razem poczułam charakterystyczny ból w języku, w miejscu, w którym Indianie przewlekali sobie otwór, aby nawiązać kontakt z bóstwami, a wraz z wrażeniami astralnymi dotyku usłyszałam odgłosy jakiejś rozmowy pomiędzy mężczyzną i kobietą. Mężczyzna próbował „ujarzmić”, „zmusić do czegoś” kobietę, która mówiła do niego dziwnie ostro.

Następnego wieczoru, gdy czytałam książkę o staroegipskich kultach, w pokoju coś wyraźnie i z trzaskiem błysnęło złotym kolorem tuż pod sufitem i poczułam się podłączona do dziwnego prądu, który wydał mi się znajomy. Postanowiłam zasnąć, aby dowiedzieć się czyja to wizyta.
Tej nocy przypomniało mi się, jak wraz z kimś, kogo nazwałam Szatanem (z dużej litery), odbyliśmy wspólnie kilka Gier w innych eonach czasu. Uczestniczyliśmy razem w Grze o kryptonimie Żółw, (która doprowadziła do ukształtowania się skorupiaków z pierwotnej żywej materii w ziemskim oceanie, a potem wyjścia płazów na ląd). W Grze pod nazwą Ryba porzuciłem eksperyment, tj. wnikanie świadomością w ciemność, uznając bezcelowość dalszego podążania w głąb przestrzeni pozbawionej wiedzy o sobie. Wtedy dopadł mnie wściekły wąż zamieszkujący zewnętrzną sferę wibracji pierwszej czakry, raniąc mnie agresywnym i wściekłym kąsaniem.
Było to straszne, bolesne przeżycie i udało mi się je przejść tylko dlatego, że teraz podczas przypomnienia tego ataku ciągle pamiętałam, że to tylko sen, z którego się w końcu obudzę. Szatan jednak pozostał w przymierzu z Mrokiem, aby tu, w świecie ludzi, dokończyć mecz. W ten sposób zajrzałam w głąb czeluści i na jej dnie zobaczyłam twarz diabła. Paradoksalnie rozpoznałam w niej swoje odbicie, własny cień.

W innych snach uzupełnił mi tę historię. Był w niej nagły żal za zmarnowanie czasu na trwanie w iluzyjnym przekonaniu o wysokiej pozycji władcy Ziemi, podczas, gdy inni mistrzowie zdobywali tymczasem kolejne punkty i „ozdobne tatuaże” na swoich ciałach, straszny gniew na siebie i determinacja, aby wykazać się na koniec i w każdy możliwy sposób wspomóc proces ratowania efektów Planu. W którymś momencie swojego rozwoju zauważył, że oszalał i w konsekwencji „odstaje”, czyli pojął swój błąd. Zaczął go osobiście – wraz z tymi, którzy poszli za nim w trudną powrotną drogę – skrupulatnie wszystko naprawiać, odwróciwszy się od samego siebie z przeszłości.

Później jeszcze kilkakrotnie ogarnęła mnie chmura energii, sprowadzająca przedziwną ekstazę. Męski głos zaśpiewał pieśń po hebrajsku, po czym przeszedł na polski i na tle undergroundowej muzyki rockowej, której towarzyszyło niesamowite syczenie „płaszcza węży” zza moich pleców, oznajmił, przenikając sobą każdą komórkę mojego ciała:

– Jestem szatanem i jestem Śiwą. Jestem panem. Jestem twoim cieniem.

Innego razu obudziłam się w stanie snu na jawie i ze zdumieniem wymacałam i zobaczyłam w swojej pościeli liczne, ogromne, zielonkawe węże, czuwające nade mną z wielką uwagą i spokojem.

4 lutego 2000. Pojawiły się za mną wielkie, syczące przejmująco węże (nie był to język dinozauroidów), znieczuliły i unieruchomiły mnie tym głosem, pozostała mi jednak jasność umysłu. Po czym wierciły twardym wiertłem wprost w podstawie mojej czaszki, gdzie wcześniej wetknął mi implant wieloodnóżasty potwór. Towarzyszył im dziwny, podobny do pająka stwór z energii, koloru ognia, wielkości stołu, stojący w głębi pokoju. Odniosłam wrażenie, że pochodził z głębi Ziemi, ze sfer płynnej lawy i był jakimś „aniołem”, czyli istotą pozamaterialną, kontrolującą niższe światy.

Następnej nocy znowu zjawiło się w pokoju coś podobnego. Wiedziałam, bo czułam to, że pochodzi z ciemnej strony, ale zachowywało dystans, stojąc w okolicy regału z piramidką. Chyba było świadome, że mogłoby mnie zbyt przerazić, gdyby się zbliżyło. Dostałam od tej istoty sen, który wyjaśnił mi zasady odwróconej gry, wymyślonej dawno temu przez szatana, wchodzącego w ewolucyjny układ z mrokiem.

[J. Bzoma o pajęczych istotach:
„Pająki mogą to być twórcy objawień. Byty pierwotne, które same siebie nazywają Bóga. Wyglądają jak dziwny pojazd czy pająk, skłębienie korzeniopodobnych odnóży, który nogami może sięgać horyzontu.”]

Przez cztery dni odczuwałam dziwne bóle rąk i pod obiema pachami, przypominały ból po ukąszeniach, ale nie było najmniejszego śladu ukłuć, ugryzień, czy obrzmiałości. Pojawiły się też różne uciski, mrowienia i swędzenia u podstawy czaszki.

8.II.2000. Sen z przepływem informacji o zasadach gry, które wymyślił Szatan. Polegały na tym, że niektórzy uprzywilejowani w ziemskim systemie inkarnowali co jakiś czas z pomocą całego piekła. Ono sprzyjało im do jakiegoś ściśle obliczonego momentu (ten moment wyznaczała ilość zabitych i zgubionych ludzi w ciągu poprzedniego życia, dlatego im zbrodni było więcej, tym lepiej), po czym opuszczało go i zabierało po śmierci do siebie. Wiedza o sposobach wywoływania diabłów i takich zasad została ukryta i można się do niej dokopać. Na ciekawskich czyha już przygotowany piekielny haczyk.

Obudziła mnie obecność czegoś ciemnego, z głębi, ale… przyjaznego. Stało w okolicach regału z piramidą. Zrobiłam znak krzyża, nie uciekło. Może ten sen był informacją od niego.

Rano słyszałam muzykę polskich zespołów rockowych, tekst traktował o Bogu. Przyśniły mi się także jadowite osy atakujące dom i włażące w każdą szparę przez zamknięte okna i drzwi. Uciekaliśmy wcześniej, ale one były bardzo namolne. Podlewałam je trutką. Jedna zagryzła dwie inne, całkiem czarne, z wściekłością frunęła ku górze, ale tam nagle rozbiła się o sufit i upadła.

[J. Bzoma o osach:
„Osy, gniazdo os to kościół katolicki, „żywiący się papierem”, „przeżuwający papier” i „budujący z papieru”, którego przedstawiciele potrafią boleśnie i wspólnie atakować każdego, kto przeczy ich budowli i nie wyznaje obyczaju. Kontrastowe pasy na odwłoku i żądła pełne jadu to zjadliwa agresja.”]

9.II.2000. Ktoś zrobił mi zastrzyk w miejsce po zębie trzonowym i oznajmił: „Martwica!”, co mnie zaniepokoiło, że pod dziąsłem znajduje się jakaś czarna kość. Resztę pamiętam tak fragmentarycznie, że nie nadaje się do zapisu. W wyobraźni pojawia się postać młodego mężczyzny w długiej czerwonej szacie.

apopis

10 lutego 2000. Sen: Wąż starodawny [Obraz, który mi się ukazał w przeżyciu łudząco przypominał staroegipskie, rysunkowe przedstawienia Węża Apopisa w tekstach piramid], czarno-szary, nieskończenie długi, przypominający wijącego się w niezliczonych splotach tasiemca z wielozębną paszczą, kłapiącą wokół siebie z ogromną złością – jest wściekły. Spadł tu na Ziemię dawno temu, podarował swoją wiedzę wybranym. Tymczasem jego ludzie niewiele z niej pamiętają i przystąpią do rozgrywki kompletnie nieprzygotowani.

Obudził mnie gwałtowny i bolesny atak na splot słoneczny. Zdawało mi się, że leżę odwrotnie (zjawisko odbierałam w trzecim ciele), a u wezgłowia tapczanu szalał szary wijący, kłębiący i miotający się Cień. Uderzenia w splot były nieporównywalne z niczym, czego dotychczas zaznałam, gwałtowne i głębokie skurcze prawie zapierały mi dech. Zaczęłam powtarzać imiona, aby odnaleźć równowagę. Czułam, że to gdzieś jest, tuż za bramą świadomości.

I rzeczywiście, ledwie zapadłam w półsen, już wróciło. Tym razem było to coś wrogiego, atakującego od strony pleców. Sięgnęłam lewą ręką; ugryzły mnie i wściekle podrapały dzikie, czarne koty. Pamiętałam, że to świat astralny, toteż nie cofnęłam ręki, choć bardzo bolało i zaczęłam je wyrzucać stamtąd, mówiąc w myślach: „W imię Jezusa Chrystusa wypędzam was!” Zrobiłam kilka razy znak krzyża, na co zareagowały cofnięciem się. W końcu odskoczyły i wybiegły przez otwarte drzwi z pokoju, nadal wściekłe i groźnie oglądające się za siebie na progu. Przypominały raczej koto-psy, a może niewielkie pantero-wilki, o charakterystycznie pochylonej sylwetce hien. Było ich przynajmniej pięć, może sześć.

Identyfikacja

Jedno z dziwniejszych spotkań po drugiej stronie. Wciąż mnie ono zastanawia. Zwłaszcza kwestia identyfikacji istoty, która mi się ukazała. W owym czasie wzięłam ją za Szatana, ale nie tego z rogami i kopytami, lecz Szatana modernistów, Buntownika, Przeciwnika w Grze, Satanaela, ewentualnie jego poplecznika Lucyfera. Z treści rozmowy wynika, że jest bratem kogoś, kogo moja świadomość identyfikuje jako dobrego Boga. Można sądzić (ale to tylko nieudolny ciąg logicznego myślenia, żadna wiedza bezpośrednia), iż chodzi o Chrystusa w sensie Pana Wielkiej Karmy, Wielkiego Czerwonego. Który ma brata bliźniaka, niektórzy właśnie jego identyfikują z Lucyferem. W każdym razie identyfikacja wartości, jak i tożsamości w owej wizji, jak i w snach w ogólności, bywa zaskakująca, odwrotna, i nie należy mieć pewności, kto „tam” i „tu” jest dobry albo zły, ciemny albo jasny. Podział wartości jest istotny tylko w świecie Małej Karmy (1-5).

satanael

1.II.2000. Sen wizyjny: leżę z mamą w pokoju na piętrze. Już niedużo zostało czasu na sen, bo zegar pokazuje przed 6 (albo 7.00), a tu wchodzi nieproszony pijany ojciec (niższy, niż w rzeczywistości). Boję się trochę o mamę, a poza tym chcę jeszcze trochę pospać przed pójściem do pracy. [W tym czasie od dawna już nie pracowałam w systemie, a ojciec nie żył kilkanaście lat, czyli zaszło cofnięcie w czasie]. On tymczasem jakby nie słyszał, usiadł w fotelu, przewracał w jakimś transie oczami, po czym zasnął. Dopiero po dłuższym czasie obudził się, ja krzyknęłam: „Idź sobie!” i on posłusznie poszedł na dół. Zobaczyłam z okna, że wszedł do pomieszczenia klubu piłkarskiego, na którego progu siedział piłkarz ubrany w polskie barwy narodowe.

[To wstęp, mówiący na jakim poziomie się znalazłam. Pijany ojciec to androgyn ze strefy nieprzejawionej schodzący w Grę, czyli w przejawiony wyższy – a dla niego niższy – świat rozgrywających Grę. Rozważając zaś sen jako projekcję to osobnik ów – jako Ja z wysokiej półki – pokazał mi mnie samą. Żyjąc w materii śpię i śnię, pozostając w iluzji – bo to oznacza stan pijany – owszem, bywam w transie – przewracanie oczami – ale niewiele jeszcze z tego rozumiem. Obudzę się później i zapewne zrobię coś, po co tu zeszłam, albo z czym mnie posłano…]

Przebudziłam się i zupełnie nagle spadł na mnie istny koszmar. Ogrom straszliwej, paraliżującej do trzewi energii. Wstrząs zetknięcia bezwzględnie uniósł mnie do góry i chwilę w ten sposób trzymał pod sufitem [to granica 8/9]. Akurat weszła do pokoju mama, znieruchomiała w progu oniemiała z przerażenia, patrząc na mnie szeroko otworzonymi oczami. [Moja ziemska mama była osobą trzymającą się kurczowo dogmatów w obliczu wszystkiego, co wydało jej się szalone i chore, choć wystarczyło, że było tylko inne]. Pomyślałam, że „chwyciło mnie” coś naprawdę dziwnego. Po chwili ocknęłam się w łóżku, w miarę spokojna.
Po jakimś czasie łagodnie weszłam w trans. Poczułam, że zjawiły się jakieś istoty i robią zabieg na moim prawym górnym zębie trzonowym, delikatnie i bez bólu, więc się nie wystraszyłam. Z tego nagle przeniosłam się do wyższej rzeczywistości.

Znalazłam się we wnętrzu drogiego samochodu osobowego, limuzyny, na tylnym siedzeniu. Koło mnie siedział nieduży drobnej budowy mężczyzna, niezbyt piękny, którego najpierw wzięłam za mojego ojca. Mogłam z nim rozmawiać świadomie, nie było żadnych zakłóceń. Spytałam go o to, kim jestem… Odpowiedział nie wprost: „No, tak, byłem kiedyś taki jak ty, ale muszę powiedzieć, że nie podoba mi się twoje ciało i ubranie [albo: braki?]. Trudno, już się z tym pogodziłem”.
Zrobiło mi się z jakiegoś powodu przykro, a jego twardość zaskoczyła mnie. Nie spodziewałam się tego po własnym tacie. Przyjrzałam mu się w takim razie lepiej.

Miał kobiece, niezbyt duże piersi pod białą bawełnianą koszulką, twarz o charakterystycznym uśmiechu podniesionych sztucznie dwóch kącików ust [podobnie do istoty towarzyszącej Pippi Langstrumpf w psiej czapce, którą wzięłam za boga Plutona] i ten zaskakujący chłód w obejściu. Chciałam go zapytać o jakieś przepowiednie, ale zapomniałam. On wybiegł na chwilę z samochodu i rozmawiał z jakimiś ludźmi w innym, stojącym z boku, zobaczyłam siedzącą w nim podobnie, jak ja na tylnym siedzeniu ładną młodą dziewczynę o białej gładkiej twarzy. Akcja toczyła się w nowoczesnym mieście, widziałam bloki i ulice. Nagle wpadł mi do rąk przez uchylone okienko w samochodzie pozłacany pieniążek z cyfrą 4 Gr, obejrzałam go i ucieszyłam się, że dostałam coś na pamiątkę od Ojca. Następnie wrócił (przez ułamek sekundy widziałam go jako śnieżnobiałą istotę z czarnymi oczami, która dosłownie wefrunęła do wnętrza limuzyny i przybrała poprzednią postać) i jeszcze o czymś rozmawialiśmy, ale pozostało mi po tej rozmowie rozczarowanie i zwątpienie w siebie.

[4 grosze wskazują na minusowy świat z poziomu 4 mentalnego, w którym wtedy tkwiło moje myślenie o sobie i świecie. Była to w istocie podpowiedź-rada, że muszę podnieść swoje poczucie wartości. Być może ma to też inny sens, co biorę pod uwagę. Niemniej zastanowiła mnie ta duża litera w słowie Grosze, zrozumiałam ją jako skrót od wyrażenia Czterech Graczy, czyli Czwarty Gracz]

Opowiedział mi, że wszystko wygląda inaczej, niż z pozoru się sądzi. O systemie Boga, że to rodzaj stalinizmu, gdzie ciemne masy utrzymują w równowadze Jedynego ze swoimi Sługami. A na pytanie, które mu zadałam odparł: „Jesteś ofiarą Mroku”… i to mną wstrząsnęło. Ocknęłam się na jawie i zaczęłam analizować całe spotkanie.

[Sens tej opowieści jest taki, że w świecie materii, w którym teraz żyję i tkwi moja świadomość 1-5, rządzonej przez „czerwonych” panuje doktryna jedynego sprawiedliwego Boga. To świat zasilający w energię wyższe kreacje. Istnieje w niej sfera minusowa, zimna, Mroku, rządzona przez mroczny boski cień, dlatego nie potrafię właściwie ocenić cech istot z wyższych poziomów Przejawienia. O tym cieniu dostanę później więcej informacji]

I znów zapadłam w trans, unosiłam się w jakiejś ciemnej przestrzeni i usłyszałam głos Boga, rozróżniam go, tak wibruje głos Tysiącletniej Istoty. Spytałam Go, czy to prawda, że jest ich dwóch i że toczy walkę ze swoim Ciemnym Bratem. [Pytania zadawały mi się same] Odpowiedział, że tak i coś jeszcze, co zapomniałam, a co kazało mi myśleć, że ta walka jest zaaranżowaną Grą w niższych światach, mającą na celu tworzenie życia i nowych świadomych istot.

Znów się przebudziłam i znów wylądowałam w świecie tej istoty, którą mogłabym wtedy nazwać Przeciwnikiem, nie zapytawszy jej przez gapiostwo o imię. Bloki, ulice, jacyś ludzie przechadzający się obok. Przeciwnik był jednym z nich i niczym się nie wyróżniał. Pokazywał mi swój świat. Nie bałam się go. Trochę ogarniał mnie lęk, gdy z nagła ktoś przechodził, ale nikt mi nie robił krzywdy. Tylko postacie były nieco dziwne, niektóre jakby zakapturzone. Jeden z mężczyzn miał na głowie klatkę z drutu [pomyślałam, że w ochronie przed drapieżnymi ptakami wydziobującymi oczy]. Jakieś stare kobiety pod kioskiem rozmawiały o Nim z wielkim współczuciem, jako o kimś, kogo tam wśród nich nie ma. Podobno został gdzieś „zamrożony”. [Zamrożenie wskazuje na świat piekielny i utknięcie w minusowości]. Kobiety miały stare, pomarszczone twarze i szeroko otwierały usta, co przypominało opadniętą szczękę trupa [tak śnią się istoty spoza granicy 8/9, gdzie nikt nie jest żywy względem Przejawienia].

Sam Przeciwnik oprowadzał mnie po swoich włościach z pewną dumą. Zaproponował mi, abym zaczęła dla niego pracować, w zamian zostanę „boginką”. Nie był namolny z tą propozycją. A mnie wydała się tylko tak nieprawdopodobna, że aż zabawna. W pewnej chwili zauważyłam, że starannie unika odkrycia, kim jest przez ludzi, których mijaliśmy. Kiedy mówiłam do niego wprost coś w rodzaju: „to wszystko przecież z siebie wykreowałeś”, on nagle zrobił porozumiewawczą minę, abym umilkła, gdyż obok siedział na parkowej ławce jakiś młody chłopak.
I znów się obudziłam na jawie. Czułam wielkie ciepło na plecach. To budzenie się służyło chyba lepszemu zapamiętaniu spotkania, dlatego było mi dawkowane w pamięci. Bo dość szybko wróciłam do świata ze snu.

Teraz pokazano mi wyroki karzące na niektórych. Zobaczyłam młodego mężczyznę w wielkim, niebieskim szalu na szyi, na którego z prawdziwą złością rzuciła klątwę kobieta (piękna, wściekła), mówiąc: „A tego powiesić! Tak, aby poczuł!”. I został powieszony „na suchej gałęzi” wysokiego uschłego drzewa rosnącego w kącie. Krzyczał z panicznego strachu, a sznur zaciskał się powoli na jego szyi, tak, że żył długo, szarpiąc się i wyjąc z narastającego bólu. Próbował owinąć sobie szyję niebieskim szalem, zarzucił go sobie na głowę, ale zaciskający się sznur był nieubłagany. [Tę sekwencję mogłabym poniekąd przypisać bolesnym skutkom emocjonalnym, których doświadczałam od dziecka, począwszy od trudnych 3-dniowych narodzin z owiniętą pępowiną na szyi].
To się zaczęło przeplatać ze snem i zapamiętałam z niego bardziej sens, niż przebieg akcji. Śniłam poprzez kobietę o jakichś niezwykłych zdolnościach, która ogłosiła publicznie swoje 3 imiona (tu zobaczyłam je napisane coś jak: Than. Ta-Na-Ga?) i działała wraz z drugą kobietą na wielką skalę. Odmawiały wszelkiej współpracy z jakimś ruchem (tu zobaczyłam je schodzące z szerokich schodów przed budynkiem pałacowym), została także mianowana na kogoś w rodzaju doradcy prezydenta i robiła niesamowitą wprost karierę. Oraz wyrwane z kontekstu sceny, które zostały mi w pamięci:
– Stoję w gromadce jakichś ludzi. Ktoś podał mi miękki słodki owoc, gryzę go, ale okazuje się w środku twardawy, więc go wypluwam na dłoń. Przypomina brzoskwinię o fioletowym odcieniu. Stojący koło mnie niski chłopak, który mnie nim poczęstował pyta: „Zjesz go, czy mam ci to podać w zastrzykach?”…
– Coś się dzieje z moim komputerem. Ekran gaśnie. Na drukarce jest niewielkie „okienko”, które rozbłyskuje niebieskim światłem.

[Zapewne była to odpowiedź na moje zapomniane pytanie o przepowiednię].

Z dziennika wzięć zapis 7

Doświadczenia po Drugiej Stronie biegły swoim tempem i we własnym nieprzewidywalnym rodzaju. Przede wszystkim przynosiły wiedzę. Starałam się w miarę swoich skromnych możliwości ją zgłębiać i analizować. W tym czasie nie miałam żadnego kontaktu z internetem, najbliższe biblioteki, gminna i wojewódzka, były słabo zaopatrzone w książki o interesującej mnie tematyce, w dużej mierze byłam zdana na siebie, intuicję, szczęście, że coś samo wpadnie mi do rąk. Wiele informacji, które otwierały się w mojej głowie bezpośrednio zapamiętywałam szczątkowo, z błędami. Z czasem powtarzały się i budowały większy i bardziej spójny obraz rzeczywistości i Boga. Niektóre z nich posłużyły mi potem do konstrukcji opowiadań fantazmatycznych.

dlon

13.IX.1999. W środku nocy obudziłam się nagle w drugim ciele, uciekając przed bólem i dłońmi jakiejś istoty, usiłującej zrobić mi zabieg. Wnętrze pokoju wydawało mi się inne (gdzie indziej?), a ja leżałam na prawym boku i usiłowałam odwrócić się na wznak, czego mi zabraniano, gdyż badanie (zabieg) dotyczyło strefy w dole kręgosłupa i nerek. Poczułam czyjąś przytrzymującą mnie delikatnie, ale bardzo stanowczo, dłoń. Potem już leżałam na wznak, a istota usiłowała wbić mi jednocześnie dwie igły w miejsca pod nosem, w które „ugryzł” mnie niedawno astralny wąż. Bałam się bólu i trochę się wierciłam, ale właściwie wszystko było doskonale znieczulone, a moja świadomość niewyłączona. Podczas tego wiercenia się uchyliłam na ułamek sekundy powieki i właściwie po raz pierwszy udało mi się ujrzeć twarzą w twarz tę siedzącą teraz na brzegu łóżka – istotę. Spodobała mi się! Choć była dziwna. Bardzo drobna, lekka, szczuplutka jakoś tak po owadziemu, zupełnie biała i pozbawiona owłosienia, z dużą głową i płaską twarzą bez najmniejszego śladu nosa, ust czy uszu, lecz za to z wielkimi, migdałowymi, czarnymi oczami, płci niemożliwej do określenia nawet intuicyjnie.
Przemknęła mi przez głowę wzmianka z Bhagavatam o śnieżnobiałym Indrze. Natychmiast poczułam do niej/niego sympatię i zaufanie. Byłam wobec niej/niego jak zwierzątko, o które się dba w celu, którego nie potrafi ono pojąć, ale to uczucie – przynajmniej teraz, po wysiłku, jaki włożyłam w zrozumienie tego, co mi się przydarza – nie było przykre.
Udało mu się wreszcie wbić igły i wyciągnąć to coś umieszczone w kości twarzoczaszki. Był z tego niezwykle zadowolony i usłyszałam jego słowa (chyba telepatycznie, bo nie był to „potok słów”), coś jak: „Miej (lub: miejmy) nadzieję, że nie jest to implant”… I tu przemknęły mi przez głowę ewentualne skutki takiego „zaszczepienia”: stan opętania i groźne ataki demonicznych duchów. Ale czułam się dobrze, istota natychmiast znikła, a ja obudziłam się na jawie w zupełnej ciszy.

18.I.2000. Obudziłam się w drugim ciele. Za moją głową stała jakaś istota i mówiła w obcym, nieznanym mi i nigdy niesłyszanym języku. Byłam unieruchomiona do zabiegu. Dostałam trochę bolesny zastrzyk w prawą pachwinę i potem jeszcze gdzieś, nie pamiętam gdzie. Być może była jeszcze jedna istota, koło mnie. Nie byłam wystraszona, ale nie lubię zastrzyków. Wsłuchiwałam się w język Tego Przy Głowie, próbując cokolwiek zapamiętać, ale nic mi w pamięci nie zostało. Słowa były wymawiane wyraźnie, z prostym akcentem, troszkę jak sanskryt. W końcu, korzystając z jakiejś przerwy poprosiłam: „A może byście tak wyleczyli mi brzuch?” i wtedy – prawie zaraz dostałam zastrzyk w otworzone gardło, głęboko w podniebienie, właściwie już w komorze nosowej. Pomyślałam: „Kurczę, on dostaje mi się stąd do mózgu… Może tam jest jakieś ognisko ropy, zablokowany odpływ?”. Zabolało, igła weszła w kość i obsunęła się lekko. Nagle za mną zrobił się jakiś ruch (mogłam spojrzeć, ale zaciskałam powieki, bojąc się patrzeć), usłyszałam jak druga, męska istota mówi pod nosem: „Zdurniałeś!” i szybko wyjmuje igłę z mojego gardła. Coś poszło nie tak, bo ratujący powiedział jeszcze pod nosem do poprzednika: „Fajtłapa!” i szybko obudziłam się na jawie, czując jeszcze długo mechaniczne „masowanie” zranionego miejsca przez jakąś energię.

22.I.2000. Stan wizyjny: śpię gościnnie w pokoju ojca na dole i czytam teksty komputerowo wydrukowane na wielu kartkach białego papieru. Wtem przybiega od strony bramy siostrzenica, narzekając na czekoladki według ekstra-przepisu, które dostała od kogoś, ale one nie dają się zjeść. Wyglądają z zewnątrz bardzo apetycznie, ale w środku są gumiaste i coraz gorsze w smaku. Piecze się je zostawiając zaczyn starych w nowym cieście, otóż to nowe jest za każdym razem gorsze i trudniejsze do przełknięcia. Zdecydowała się je ostatecznie wyrzucić.
Ja w tym czasie czytam pilnie tekst na kartce. Słowa i zdania są wyraźne i czytelne, a poza tym czyta mi je kobiecy głos (przebiegła mi przez głowę myśl o młodej dziewczynie, w którą przetransformował się kiedyś Ojciec), ale jest tego tak dużo, że nic konkretnego nie zapamiętuję, oprócz wrażenia, że wiadomości dotyczą atlantydzkiej kultury, która dominowała niegdyś na Ziemi. Zorganizowano tam przynajmniej kilka bardzo ważnych światowych zjazdów („zjazd zebrzydłowiecki”?) uczonych, dyskutujących nad jakimś odkryciem i problemem, który z niego wyniknął. W tekście padało wiele naukowych nazw, kojarzących mi się z substancjami chemicznymi i hormonalnymi, „mezoni..ina” itp. Kiedy się z tego snu ocknęłam na jawie stwierdziłam, że czuję silne ciepło wzdłuż kręgosłupa na wysokości 2 czakry.
I znów coś podobnego na mnie spada (tak, to szczególnie świetlisty stan umysłu, który do tej pory zdarzał mi się rzadko, a teraz prawie ciągle i mam wrażenie, że się pogłębia). Tym razem mówi mój Ojciec, to jakiś tekst, który jak gdyby mi dyktował, w każdym razie słowa układały się w moim stylu wyrażania myśli. Była to opowieść o dwóch rasach ludzkich, które powstaną z obecnej (tu zrozumiałam, że dwie kobiety, w które się kiedyś przetransformował oznaczają te dwie rasy), a które wywędrują w kosmos, jedna z nich powróci na Ziemię i zacznie cofać się w swoją przeszłość, w tym na Atlantydę. Tam podejmie Wielką Grę, w której zasady zostały ustalone przez poprzedniego Wielkiego Gracza, który ustanowił archetyp Zła i będą musieli zmierzyć się z tą rolą i energią, ale to tak naprawdę rodzaj egzaminu, który krótko potrwa. Po nim uzyskają nowe możliwości i jako nowa rasa (typ) Bogów zostaną rozesłani po wszechświecie, aby tam uczyć innych, niżej stojących. Jednak nigdy już żaden z Nich nie ustanowi tego rodzaju Gry, stosując łagodniejsze formy. Ponadto zrozumiałam, że należę do tej trzeciej, wyższej rasy i nigdy już nie wrócę w niższe światy.

Nad ranem sen w świetlistym stanie wizyjnym: do mojego okna od pokoju zaglądają z zewnątrz dwaj chłopcy. Z jakiegoś powodu nie reaguję, myśląc, że sami sobie pójdą i rzeczywiście po chwili odchodzą. Ale zamiast iść do bramy, idą w głąb podwórza (co przykuwa mój wzrok do okna, bo z obawą myślę, że chcą może coś ukraść), stają między domem a oficyną, patrząc na drzwi do niej i zamieniają się w dwie dziewczynki, po czym śpiewają radośnie jakąś polską piosenkę ludową. Obudził mnie z tego delikatny, pojedynczy dźwięk dzwoneczka.

24.I.2000. Przepłynęła przeze mnie wiedza o 7 dzielącym się na 2×3, a także o zasadzie poczwórnego ciała, czułam to wszystko na sobie i mój umysł wykonał drogę wraz z tymi liczbami. Wyjaśniono mi także, na jakiej zasadzie zrobiona została zasłona na poziomie 5 przez sobowtóra, który zaczął się dzielić w materii, w niej umieściwszy swoje pożądanie.
Nad ranem ocknęłam się w drugim ciele i ujrzałam u wezgłowia tapczanu przycupniętą niewielką postać z błyszczącymi oczami, jakby szarej sowy. Pomyślałam o puchaczach strzegących czeluści z Popol Vuh. Tymczasem ktoś z zewnątrz usiłował zrobić mi coś na czole, jakby znak (zdjąć go, albo zostawić, nie wiem). W jego ruchach była przemoc, brutalny przymus, więc to mnie mocno wystraszyło i odruchowo zrobiłam ochraniające znaki reiki. Po chwili ocknęłam się na jawie z silnym uciskiem w „trzecim oku”.

25.I.2000. Przepłynęła przeze mnie świadomość anielska, hierarchia, Ojciec jako pień, z którego wszystko wynika (ekspanuje na zasadzie wypustek identycznych kształtem i jakością z Ojcem), ja jestem taką wypustką, och. Zawołałam wewnętrznie: Tato, tato!, a on ujawnił się w fali Trwania, Podpory, z której wyrastam, jak Jego dziecko, Syn.
Rano zapadłam w półtrans, czułam ciepło na plecach i wibracje w dwóch punktach nad obiema nerkami. Pojawiały się niezbyt wyraźne wizje:
– śpiewający piosenkę żydowską starszy człowiek
– kobiety rosyjskie, w uśmiechach, ich polifoniczny śpiew milknący w tle
– za biurkiem dziwna stojąca postać, jakby cała w srebrnych pancerzach, hełm przypomina kosmiczny.

26.I.200. W nocy ktoś się zjawił w pokoju. Zapadłam w nader dziwny stan umysłu. Otwierały się karty Xięgi i przenikały jedna drugą. Przypominało to wertowanie plików w komputerze. Próbowałam czytać. Teksty dotyczyły jakby moich wspomnień z wyższych światów. O pojedynku z Ciemnym, który zaczął się już na wysokościach, zatem stąd go znam. Czy o tym napiszę kiedyś trzecią książkę? Na innej stronie była wiadomość, że wydanie tej książki może wstrząsnąć ludźmi na tyle, że ujawni się to, co ukryte w mroku.

Potem poczułam, jakby spryskiwano moją głowę świetlistym lepkim sprayem. Ktoś narysował palcem na moim czole kształt kilku- (chyba siedmio-) ramiennej gwiazdy i powiedział: „Zrób coś z tym zapachem, wypierz się lepiej”, co mnie mocno zawstydziło i wyszedł z pokoju drzwiami. Po chwili usłyszałam zza okna rozmowę kilku mężczyzn, namawiających jednego, aby szedł gdzieś z nimi. Ale ten stwierdził, że chce przy mnie jeszcze zostać. Powiedzieli: „Przecież są teraz nowocześniejsze sposoby i tylko je zastosuj…”. „Zostanę” – powiedział jednak ten, co był przy mnie – „To moje dziecko”.
Następnie we śnie wizyjnym wchodziłam do mieszkania dwóch koleżanek z dzieciństwa na piętrze starej kamienicy w rynku. Wydało mi się jakieś dziwnie znajome. Matka jednej z nich odebrała mnie prosto z autobusu (przystanek był pod oknami owej kamieniczki) i nie zdążyłam jej powiedzieć, że trzeba zaczekać na kogoś, kto ma jeszcze przyjechać, a z kim się tam umówiłam. Zostawiła mnie samą w pokoju, a sama wróciła na przystanek czekać.

[Ów przystanek to moje prywatne przejście graniczne 5/6. Przynajmniej kilka razy właśnie tam działa się akcja istotnych snów na jawie]

Wtedy wszedł do tego pokoju „mój ojciec” (rozpoznaję go po nastroju, jaki we mnie budzi). Był ubrany w brązowy wygodny uniform, wyglądał na około 30 lat i powiedział: „Chodź”, a ja poszłam za nim, czując się jednak głupio. Miałam wszystkie odczucia posiadania ciała i gnębiła mnie zawstydzająca myśl, że jestem w koszuli nocnej, mam na pewno zmierzwione włosy i ogólnie śmiesznie wyglądam. Zaprowadził mnie do drugiego pokoju, w którym stało sześciu, bardzo podobnych do niego ludzi, mężczyzn w brązowych uniformach. Byli mili i dyskretni. Ojciec powiedział: „To moje dziecko” i poszedł za biurko, które stało w rogu pokoju, oni stanęli w dwóch rzędach po obu bokach, przyglądając mi się w milczeniu. Czułam ich sympatię, ale zwyczajnie zamurowało mnie! „Nic nie powiesz?” – podpowiedział mi wreszcie ojciec. Odezwałam się więc: „Dzień dobry”, naprawdę nie wiedząc, czego mogę od nich chcieć. Zdałam sobie przy okazji sprawę, jakim jestem odludkiem, zamkniętym w sobie. Kiedy wypowiadałam te słowa zdawało mi się przez moment, że mam inne, bardziej pełne wargi, niż dotąd, a zatem inną (cudzą) twarz.

[Wg J.Bzomy kolor brązowy to brudny kauzalny, czyli odnosi się do minusowości 5 poziomu, cokolwiek to znaczy i znaczyło w wypadku tego przeżycia…]

Wówczas zjawił się niewysoki, korpulentny mężczyzna w krótkich do pół uda bufiastych spodenkach zdobnych w czarno-białą szachownicę. Przypominały strój aktora z commedii dell`arte i były jak gdyby od wewnątrz wypchane na biodrach, co nadawało jego płaskiej i chudej sylwetce okrągławy wygląd. Wydawał się nieco starszy od Brązowych, choć było to raczej wrażenie, niż wygląd. Do tego jego rysy były nieco inne od wszystkich znanych mi ludzkich ras.
– Pokażę ci coś – oznajmił i poszedł za swoje biurko, które stało w drugim końcu pokoju. Włączył stojący tam telewizor i na ekranie ukazały się dwie siedzące kobiety. Jedna była długowłosą pięknością i wpatrywała się w drugą, w której domyśliłam się nagle samej siebie, choć z początku była odwrócona tyłem. Długowłosa miała silnie pomalowane czerwoną szminką zmysłowe wargi. Wtem druga odwróciła się i ze zdumieniem stwierdziłam, że nie jest do mnie podobna, choć przecież czułam, że to ja. Była drobniejsza, mniejsza, a jej twarz przypominała nieukształtowaną dziwną formę z wydatnym nosem z garbkiem i dużymi oczami. Tylko te usta, tak samo zmysłowe i pomalowane czerwoną szminką!
Na tym seans się skończył i wylądowałam od razu na jawie w łóżku. Ale mój umysł działał jeszcze długo na zasadzie Księgi. Zaczęłam słyszeć głos męski czytający tekst jakiegoś pliku. Mówił o Starym Bogu (tu wymienił imię podobne do: Natr…m), który stworzył dawno temu zasady bezwzględnego posłuszeństwa Mu, i który – nie wiadomo dlaczego – zgodził się przegrać, ustąpić Nowemu Bogu, a raczej Bogom. Oni toczą z nim pojedynek, wygrali już go, potem ustanowią Swoje zasady i nigdy już nie będą tak okrutne. Choć szanują moc Starego Boga i nie mogą być pewni, czy kiedyś znów nie zechce powstać.

[Był to pierwszy raz, gdy usłyszałam od istot z Drugiej Strony o Starym Bogu. Bardzo długo, a właściwie trwa to dotąd, usiłowałam odnaleźć go w mitologiach i księgach świętych. Mam kilka koncepcji, jednak pewności żadnej, że któraś z nich jest prawidłowa…]

29.I.2000. Chyba zrozumiałam Starego Boga. I alchemicznego Chrystusa. Przed snem rozmyślałam o tym w sporym napięciu, przedstawiając sobie dzieje ekspansji ludzkości w ciemność, aż nagle poczułam, jak rzeczywiście przypłynęła Moc, złota, autentyczna. Energia przelewała się i kapała złotymi kroplami z moich palców. Mogłam błogosławić i przeklinać jednocześnie, bo to działa jak miecz obosieczny.
Rano wizja: powielający się Adamowie. Wzór mężczyzny ze skrzyżowanymi na piersiach rękami (jak egipscy faraonowie) przecinany jakąś siłą, rozdwajający się i powielający jednocześnie w dwóch rzędach, jeden na lewo, drugi na prawo.

30.I.2000. Ktoś w nocy położył mi niedużą dłoń na oczach. We śnie znalazłam się w ubikacji w dużym budynku. Mały kranik przy ścianie do umycia rąk, ręczniki w rogu. Towarzyszył mi „Sai Baba”, który umył sobie włosy i przefarbował się zupełnie na czarno, po chwili zobaczyłam go w murzyńskiej, kręconej fryzurze, miał czarne ciało. Przebrany w jakieś zawoje wyszedł, nie tłumacząc gdzie. Przedtem powiedział mi w sposób bezpośredni (widziałam to na ekranie komputera w postaci rysunkowych dodatków w moich zapiskach, w tym niektóre żarzyły się), że zrobi istną rewolucję, że będą zniszczenia na całej Ziemi, że przeżyją ją tylko młodzi ludzie, tak do trzydziestki, że zostanie uwolniona gigantyczna larwa głodnych duchów… Przeleciało mi przez głowę niejasno, że przeszedł bardzo dawno temu samotnie przez Ciemność, narodził się z niej i teraz spirala ewolucji, choć dzieje się to bardzo rzadko, zmusza wszystkie istoty do przejścia przez podobne doświadczenie po 3 razy, ale to minie. Nadeszła bibliotekarka upominać się o coś, co pożyczyłam od niej i napominać mnie autorytarnym głosem.

Gadające księgi

Wizyty nocnych gości stawały się rzadsze, niepostrzeżenie przeszły w sny wizyjne. Z elementami transu. Rozbudowane, wielowątkowe, co noc. Po kilka takich w ciągu jednej nocy. Umiałam je świetnie zapamiętywać, zapisywałam wszystko po kolei zaraz rano. Zaczęłam już pracę nad tekstem, który stał się bazą drugiej części mojej książki „Przemiany w ultrafiolecie”. W tym celu usiłowałam porównać ze sobą przekazy kilku najstarszych źródeł, Biblii, majańskiej Popol Vuh i indyjskich mitów zapisanych w Śrimad Bhagavatam (przy okazji chwalę się swoimi próbami jego przełożenia, bez krisznaickich przeinaczeń). Szybko zauważyłam, że sny z tymi przemyśleniami współpracują. I tak odkryłam zasadę śnienia na życzenie, którą po latach zastosował i nazwał śnieniem progresywnym, Jarosław Bzoma.
Dzięki swemu doświadczeniu zrozumiałam, że najstarsze święte zapisy i mity o stworzeniu świata dotyczą „wydarzeń” czy zjawisk z wyższych wymiarów. Są one opowiedziane językiem snu, uniwersalną mową symboli. Zatem odczytywanie ich literalnie może prowadzić jedynie do drwienia z nieprawdopodobnych absurdów przez racjonalizujących ateistów i materialistyczne umysły. Próba takiego mojego odczytu „Popol Vuh” wciąż jest do odnalezienia w internecie. Przeczytałam ją sobie niedawno z pewnym rozbawieniem i jednocześnie ulgą, że przecież mogłam odlecieć w interpretacji jeszcze bardziej.

*

12.IX.1999. Czytam Księgę Rodzaju, medytując nad znaczeniem najstarszych zapisów. W nich liczy się każde słowo, każda kropka i przecinek. W nocy wizja.
Po środku cmentarza rośnie ogromne drzewo ze zwieszającymi się konarami. W jego pobliżu, właściwie w obrębie jego korony wyrasta z ziemi coś jak czarno-szary, plamisty, sztywny, pozbawiony prawie zupełnie gałęzi – badyl, podobny nieco do bambusa, drzewo-chwast, próbujące zaistnieć w cieniu. Pojawiają się ludzie, którzy mieli coś wspólnego ze zjedzeniem owocu z tego drugiego niby-drzewa. Mężczyźni w szarawych garniturach, z teczkami ważniaków w dłoniach, wypinający napuszenie tłuste brzuchy do przodu, powyginani w przedziwnych, śmiesznych i nienaturalnych pozach. Jak zrzuceni z nieba aniołowie nadęci pychą. Albo inaczej opowiedziana historia stworzenia hierarchicznego świata rywalizującego z Centrum, przez antychrystów. [Czyt. Xięga, część 2]

babel

19.IX.1999. Czytam jakieś pismo, a jednocześnie jego treść „wyświetla mi się” w umyśle. Informacje dotyczą starożytnego kraju Szinear. Otóż pojawiły się tam kulty istot demonicznych, przywołujące gadzie i sprzymierzone z nimi inne istoty. Tamci za pojawianie się brali swoistą zapłatę: ból, cierpienie, strach. Płacili złotem? [zapłata była w złocie] wtajemniczeniami w wiedzę? (np. astrologię). Ludzie budowali im „wieże”, na których lądowały ich pojazdy. Szczegóły niestety, zatarte.

27.IX.1999. Stany wizyjne z przepływem energii, ale nie zawierały nic istotnego. Pamiętam, że patrzyłam z piętra w dół w okno mieszkania w oficynie i stał tam włączony telewizor. Ekran pokazywał – bardzo kolorowe i wyraźne – obrazy lasów, przyrody itd., co mnie rozczarowało. Potem ukazał mi się dziwny osobnik, o wielkich białych oczach ze zwężonymi źrenicami jak u kota, świecącymi z twarzy porośniętej w całości gęstymi, choć krótkimi włoskami. Nie wiedziałam co o nim myśleć, wahałam się w dwie strony, albo demon zakrywający swoją tożsamość, albo… ja.

Xibalba

29.IX.1999. Czytam „Popol Vuh” Księgę Rady Narodu Quiche, czyli Indian Majów z Gwademali. Jest w niej dużo odniesień i zbieżności z Biblią, a także zaszyfrowanych wzmianek o… posągach, służących do przywoływania mocy bogów z wyższych wymiarów.

draco

1 października 1999. W moim pokoju stał telewizor. Na ekranie ukazało się zbliżenie kosmity o krokodylim wyglądzie. I już po chwili ta postać patrzyła na mnie wprost, bardzo uważnie, spoza ekranu. Był to czarny dinozaur, o „twarzy” pokrytej skórą podobną do krokodylej, wydłużonym po krokodylowemu pysku i dużych, smoliście czarnych, migdałowych oczach. Miał skrzydła pokryte czarną błoną, podobne do nietoperza. Spoglądał na mnie bardzo uważnie, był groźny i dziwny, przepełniony niesamowitą energią. Potrafiłby z pewnością działać z krańcowym okrucieństwem. Pomyślałam o majańskich „panach Xibalba” i poczułam wielki respekt, ale nie była to trwoga. Raczej głęboki i, zdaje się, wzajemny szacunek, choć pełen nieustannego napięcia i czujności z obu stron.

[J. Bzoma uważa, że wszystko, co ukazuje ekran telewizora czy komputera we śnie, to transmisja od Boga, a obraz przedstawia nas samych. Zatem nasuwa się ciekawy wniosek…]

14.X.1999. W nocy sen pogłębiony o tych, którzy przeszli w czas Prehistorii, aby stanąć oko w oko z diabłem, niestety szczegóły zapomniałam. Obrazy:
– czarne, błyszczące, gładkie, wielkie czaszki, jakby rzeźby z czarnego szlachetnego kamienia, 3-4;
– wielki blok z tego samego czarnego kamienia, w którym wycięto te czaszki, widzę puste, jasne otwory w nim;
– grupa czarno ubranych kapłanów w ciemności nocy;
– zasada dwóch… weszli tam we dwóch, po dwóch, każdy ze swą parą, aby zbudować podstawy, piramidę, dzięki której można będzie wrócić, lub przywołać innych, resztę, jeden zostaje tu-teraz, drugi przechodzi, potem się zamieniają tak, aby nie było pustego miejsca.

jelen.png

15.X.1999. Obudziła mnie obecność istot. Niewysokie, jednakowe. Mojemu wewnętrznemu oku ukazał się jeleń. Promieniowało z niego wielkie, krystalicznie białe światło i patrzył na mnie szeroko otwartymi, czarnymi i dobrotliwymi oczami Białej Istoty. Goście delikatnie skrobali kość prawego biodra i wyjęli coś, co natychmiast zapomniałam, choć miałam świadomość jawy. Potem prawie do świtu, kilka godzin leżałam bezsennie, czując, że ktoś jest, ciepło na plecach, trzeszczenie koło ucha.

17.X.1999. Czytam książki o Atlantydzie. Moim zdaniem Hans S. Bellamy [w książce „Atlantyda: przyczyny zagłady pradawnego lądu”] był blisko, widząc w Apokalipsie opis zagłady tego lądu, ale zbyt logiczny umysł odciągnął go od tropu i wyprowadził, jak wielu innych – na manowce. Inni, ściągają zewsząd dowody archeologiczne i kulturowe, po pewnym czasie zaczyna to nudzić. Panoszy się myślenie linearne, a tą drogą niewiele można wskórać i nawet trudno pojąć tę przedziwną fascynację, którą odczuwają fanatycy Atlantydy, szukając jej w bibliotekach i na dnie mórz. Narzuca mi się wniosek, że Atlantydzi sami, dla dobra własnego Planu zadbali o to, aby zapomniano o tym lądzie i o tamtych czasach.

20.X.1999. Znów to mdlenie wieczorem, czuję nawet w ustach słodki smak i mrowienie na podniebieniu, co u licha? Zaczęłam czytać „Mitologię Azteków”, przyglądałam się z zainteresowaniem zdjęciom piramid i figurek o dwóch twarzach i trzech oczach, postaci Starego Boga niosącego na plecach ogień (Tohil?) i namalowanej twarzy-masce boga Deszczu.
W nocy sen, który był zbyt prędki i dziwny, aby go zapamiętać, miał elementy rozszerzonego panoramicznie myślenia, abstrakcja, mało obrazów. Pojawił się ktoś o kwadratowej głowie (podobnej do głowy posągu Atlanta na wybrzeżu Jukatanu), niewielki, twardy, z kamienia? Gra. Gracz. Pionek w grze? przez którego stawia swoje stopy na Ziemi Najwyższy? To było archaiczne, nieznane mi zupełnie. Jego przekaz był bardzo dziwny, rodzaj percepcji świata kompletnie nieznany, zjawiła mi się w umyśle jakaś data z kalendarza Majów, coś jak 7-coś tam. Mógłby być straszny w tej dziwności, bo nieprzewidywalny i nie mający chrześcijańskich wzorców dobroci i przebaczeniu, dziki, ale mądry, pierwotny. W jego „oczach” ludzie to pionki, wszystko co żyje to pionki w Grze.
Kiedy się ocknęłam odniosłam wrażenie, że ktoś jest w pokoju, w okolicy regału z ustawioną na nim papierową piramidką, mocny, nieodgadniony, trzasnęła podłoga, gdy się poruszył. Odczuwałam także silne mrowienie z tyłu głowy, u podstawy czaszki lekki ból i wyżej jakby plastry z chłodnej, pozytywnej energii.
I znów sen, to było jak odbiór jakiejś wiadomości telepatycznie. Zapamiętałam: „Jesteśmy w pieczarze… (padła nazwa, której nie dosłyszałam)” – treść się zatarła. Jest ich kilku, znów pojawiła się Data-imię, z której zapamiętałam liczbę 11, składającą się z dwóch członów, coś jak 9+2, wszyscy z kamienia, mali, jakby dziecinne figurki, które mają osobowość i myślą o sobie „ja”.
Obudziłam się z myślą: bogowie z Atlantydy, Tohil, Avilix, Hacawitz wciąż tu są, na Ziemi, czekają. Odczułam ich potęgę, dziwność, to nie są tylko mechanizmy, to wypustki w materię jakichś duchowych, konkretnych jestestw!

26.X.1999. Ze snu o Jahwe przebudził mnie nagle męski głos, rozlegający się jak gdyby w pokoju, wysoko nade mną. Zdumiony czymś i zaskoczony wykrzyknął: „O rany!”. Obudziłam się wystraszona.
Rano sen o Abrahamie, góra czegoś wielkiego i mądrego, jakby zestaw wszystkich ważnych informacji na jego temat podana w jednej chwili, szczegółów nie zapamiętałam.

27.X.1999. O 19.20 mignęła mi za oknem pokoju, na wschodnim niebie kula jasnego światła, spadająca szybko ku dołowi skośnym ruchem. Jej lot zniknął za drzewem, które rośnie przed domem. Światło było zbyt jasne jak na samolot, a race chyba nie spadają płaskim lotem. Pomyślałam sobie: tak jak przed śmiercią wujka „oni” coś zapowiadają. Ale co?
Przed snem przeczytałam 3 artykuły w 5 numerze „Nexusa”. Jeden to uczona „nawijka” Laurence`a Gardnera o tajemnicy użycia krwi w starożytnym Sumerze, służącej do hodowli ludzi, różniących się czymś genetycznie od reszty. Potem relacja Alberta K. Bendera ze spotkania z „MIBami” (czarno ubrani, nieprzyjemni faceci pachnący siarką) w ich bazie na Antarktydzie. Następnie wywiad z niejakim drem Andersonem opowiadającym o pracach specjalnej grupy naukowców amerykańskich nad dyskiem z tajemniczymi napisami pozostawionymi przez „Stwórców Skrzydeł”, znalezionym w odkrytym niedawno kompleksie komór w kanionie Nowego Meksyku, otóż byli to podobno podróżnicy w czasie. Prace nad tajemnicą czasu i zmiany przyszłości są ponoć ostro prowadzone w USA, w kooperacji z grupą istot kosmicznych, w każdym razie nie są to szarzy… A jeśli nie oni, to kto?
Ledwie przysnęłam poczułam, że dzieje się z moim umysłem coś niepokojącego. Migały jakieś obrazy, zniekształcone twarze, percepcja gadzia, a więc intelekt rozwinięty do n-tej potęgi i zupełny brak uczuć. Odniosłam wrażenie, że chodzi o istoty, które przedstawiły się Benderowi.
Rozbudziłam się i zaczęłam mantrować w umyśle, aby zachować koncentrację, zrobiłam znak równoramiennego krzyża. Waliło mi w splocie słonecznym, położyłam tam ręce. I rozbolała mnie głowa (co zdarza mi się bardzo rzadko). Czułam, że muszę zachować czujność i pozostać na jawie. Zastanawiałam się „skąd to wyszło”… Z „Nexusa”? To możliwe, pismo jest tak naładowane podejrzliwością, że nie może oddziaływać na podświadomość pozytywnie.
W krótkich przerwach w skupieniu migały dalej obrazy i zorientowałam się, że dotyczą tajemnicy krwi… Ogromne Skrzydła czegoś jak ptak, lecące na wprost mnie, to było majestatyczne i groźne. W wielkiej, wysokiej kamiennej komnacie unoszący się pod sufitem czterej ludzie z rozłożonymi rękami, jak 4 krzyże, spoglądający uważnie w dół. Twarz kobiety, zniekształcona jak posąg egipski, miała coś wspólnego z Sumerem, pomyślałam, że to Isztar… Szklane naczynie, podobne do wielkiego puchara, pełne czerwonego, rzadkiego płynu, wiedziałam, że to rozcieńczona krew, mieszano go i nalewano do czegoś.

Jecirah

28.X.1999. Przed snem długo studiowałam w pamięci I część Księgi Jecirah. Zaczęły się tworzyć wielkie obrazy i skojarzenia, bardzo ciekawe i poruszające, choć czułam, że to dopiero wstęp. W nocy obudziłam się w transie, w miejscu łóżka stało biurko, pisałam przy nim, gdy nagle zaczął wiać wiatr wewnątrz pokoju, coraz silniejszy, owiewał mi twarz i głowę. Zdumiona przerwałam zajęcie, myśląc, że przecież okno jest zamknięte. Nagle zdałam sobie sprawę, że to Księga Jecirah uruchamia we mnie bezpośredni kontakt z Bogiem, ona jest kluczem do Jego drzwi.

29.X.1999. Przed snem rozmyślałam o Samsonie, próbując pojąć sens tej biblijnej historii. I nagle ukazał się. Obraz potężnego, krępego mężczyzny siedzącego na podwyższeniu, wkładał (lub wyjmował) z niedużego worka kamienne kule. Myśl: Samson był olbrzymem, na koniec obcięto mu członek, nie włosy.
To powiązało mi się z dawnym snem o zadziwiającej pamiątce pozostawionej przez Olbrzymów w Hebronie i zasnęłam z prośbą, aby ta zagadka mi się ukazała, bo może jest zaszyfrowana w historii o Samsonie. Ale, choć Hebron co rusz wracał jako pojęcie, późniejszy sen dotyczył czegoś innego.

30.X.1999. W nocy zdawało mi się, że od strony ściany czuwa całkiem blisko mnie ciemna istota ze skrzydłami nietoperza, Pan Xibalba.

31.X.1999. Ukazano mi czasy po katastrofie atlantydzkiej. Z nieba zleciały ogniste kule i zniszczyły ogromny obszar na Ziemi. Część ludzi przybyła do Egiptu, który był kulturową i cywilizacyjną „wypustką” starej kultury i też tam było ryzyko „kary z nieba”, ale weszli oni w gęsty las, który – mieli nadzieję – że ich ochroni. Były to czasy wielkiego prymitywizmu duchowego. Ludzie modlili się, składali ofiary, urządzali rytuały itp. jedynie w materialnych celach, aby przywołać potrzebne im do życia i szczęścia zjawiska… Hebrajczycy byli potomkami tych, którzy mieli obietnicę, że w ich linii genetycznej urodzi się Następca (czyj, nie wyjaśniono), stąd wziął się zwyczaj obrzezania. Kapłani egipscy niekiedy urządzali rodzaj spotkań, rytuałów z przedstawicielami innych linii przekazu, służyło im to do przywoływania i wywoływania różnorakich energii i robienia przepowiedni. Hebrajczycy byli im wtedy bardzo pomocni, gdyż plemię Dana (mieszkające na egipskiej pustyni) potrafiło sobie radzić z najbardziej ponurą i smutną energią, która się niekiedy pojawiała. Tu przyśniły mi się dwa zwoje papirusu i coś jeszcze (nie wiem co), złożone razem przez kapłanów, oraz fala dźwięku, muzyki o nastroju porównywalnym z marszem żałobnym, ale o wiele bardziej dołującym i wciągającym w depresję, która „spadała” na Danitów, a oni nią sterowali, poruszając rękami, jak dyrygenci, albo wirtuozi klawiatury, w ten sposób łagodzili przez rozproszenie jej wydźwięk i moc.

Z dziennika wzięć zapis 6

Przewidywanie przyszłości, którą od dziecka intuicyjnie postrzegałam jako już spełnioną, ale jeszcze przede mną, przed nami wszystkimi, szybko stało się moją główną pasją. Stąd wzięło się studiowanie systemów wróżebnych. Od astrologii przez Tarota i I-Cing, po sny i symbole. Nie uważam się za kogoś wybitnego w tej materii. Ani tym bardziej jasnowidzącego. Mój umysł na jawie działa jak najbardziej racjonalnie, nie jestem skora do zbytniego entuzjazmu, zachwytu i bezkrytyczność mi nie grozi. Nawet, jeśli coś zdarzy mi się zobaczyć we śnie, czy w hipnagogicznych obrazach, to nigdy nie jestem pewna swej interpretacji danego zwidu. Dlatego wolę go opisać bez wyciągania wniosków. Tyle razy, wróżąc z tego i owego, przekonałam się, że umysł racjonalizujący „znaki” i symbole zbyt skory jest iść na skróty w stronę najbardziej przez siebie ulubioną, a całkiem niezgodną z przekazem symbolicznym, jak się potem okazuje. Staram się więc teraz zostawić „prywatę” i skupić się na jak najściślej opisanym widzeniu.

W niniejszym odcinku zwracam uwagę na notatkę o widzeniu Tronującej Bezimiennej Istoty, nawiązującej do wielu ikonograficznych przedstawień i malunków na suficie kopuły kościołów Tronującego Chrystusa.

tronujący.jpg

*

28 maja 1999 roku. Sen wizyjny: widzę dwie długie, starożytne, śródziemnomorskie ulice. Wiele domów zburzonych, zaniedbanych, wyludnionych. Obok nich rośnie gęsta i wysoka, dawno niestrzyżona trawa. Praży ostre letnie słońce Południa. Nieliczne grupki ludzi wałęsają się bez celu. Wiedzą, że umrą i urządzają sobie orgie w rodzaju weneckiego karnawału śmierci z czasów epidemii dżumy.

14 czerwca 1999 roku. Widzę młodego mężczyznę w żołnierskim, polowym mundurze zwisającego głową w dół z helikoptera, jest podtrzymywany za nogi. Wkrótce stopniowo zaczyna się zsuwać, jak gdyby ktoś go puścił. U publiczności wieje grozą, że spadnie, ale nie! Wisi tak do góry nogami w powietrzu, niczego się nie trzymając! Myśl, że używa energii antygrawitacyjnej. Wtedy rozlega się w moich uszach szatański śmiech, istny chichot bestii.
Tymczasem niżej, jakby na jakiejś półce (cała akcja dzieje się w starożytnej, olbrzymiej, kamiennej sali) stoi niewysoki, grubawy zakonnik w beżowym habicie i obiema rękami robi jakieś znaki. Widzę pył czystej złotej energii rozsypujący się wokół niego. W pewnej odległości, jakby w tle, stoi jeszcze ktoś, mnich, ale wysoki, szczupły, ubrany na czarno, słabiej widoczny, jak gdyby jego cień. Wkrótce człowiek wiszący głową w dół zaczyna z wolna opadać.

8 lipca 1999 roku. Widzę Włochy ogarnięte niesamowitymi, gwałtownymi przemianami pod wpływem terroru czarnego Niszczyciela, zmuszającego kapłanów do samobójstw. Ukazuje się grupa czarno ubranych mnichów, na pół spalonych i żywcem rozkładających się. Wstrętnych, z pałającymi demonicznie oczami, którzy w nasuniętych na głowy kapturach, wchodzą jeden za drugim po schodach w górę. To straszna sekta rodem z najgłębszego piekła, wychodząca na powierzchnię zewnętrznego świata i pnąca się do władzy.
Innym razem, jako kontrę wobec tamtej siły widzę na tle morza ognia potężnego, walczącego rycerza w srebrzystej zbroi. Wizja grupy rycerzy, młodych ludzi w hełmach, pancerzach, w płaszczach z krzyżami i niebieskich dżinsach powtórzyła się kilkakrotnie.

6 września 1999 roku. Ukazały mi się cztery małe, bliźniacze ludziki, staruszkowie, drobne karzełki z idealnie okrągłymi, jak dno kieliszków, wytrzeszczonymi oczami bez powiek. Wprowadzali mnie do czegoś podobnego do wielkiej instytucji charytatywnej. Oznajmili, że to coś strasznego, co musi się wydarzyć, a czego wszyscy się boją, będzie służyło wielkiemu dobru w przyszłości i żeby starać się nie bać, ufać i w pełni zaakceptować ten proces.

cropped-czaszka-aztecka-z-narodowego-muzeum-ant.jpg

[Z powodu wyglądu owych staruszków polubiłam glinianą główkę aztecką z podobnym do nich motywem oczu i stąd znalazła się ona na czółku tego bloga.]

8 września 1999 roku. Ze snu wizyjnego o czymś wrogim i złym obudziła mnie w drugim ciele obecność, gdzieś na wysokości splotu słonecznego, węża. Nagle zaatakował i ukąsił mnie dwoma zaostrzonymi i szeroko rozstawionymi zębami w twarz, u podstawy nosa. Nie czułam bólu ani strachu (byłam chroniona) i ocknęłam się zupełnie spokojna.
Wkrótce, na jawie, usłyszałam znajome trzaski koło ucha. Były to jakieś magnetycznie chłodne, przyjemne i oczyszczające oddziaływania z tyłu głowy. I z tego nagle rozległ się śpiew. Śpiewała, pochylając się blisko przy mojej głowie, drobna, żeńska istota (poznana wcześniej jako Pippi Langstrumpf), wysokim, cienkim głosem w nieznanym języku. Melodia była bardzo prosta, oparta na kilku nutach, rytmiczna jak w mantrze. Postanowiłam się włączyć i w myślach zanuciłam wraz z nią, posługując się sylabami „la, la, la”.
Wtedy wpadłam w trans i zaczęłam słyszeć pewną rozmowę z przyszłości, oraz zobaczyłam sytuacje dziejące się po śmierci mojej mamy. [W owym czasie mama miała się dobrze, zachorowała jednak śmiertelnie w 2000 roku]. W którymś momencie zjawił się „ojciec”, dotknął mojego ramienia i powiedział uspokajającym tonem: „Nie martw się, przyjdzie jeszcze taki czas, gdy poczujesz, że ten świat nie jest taki ważny (lub: wart uwagi)…”.

10 września 1999 roku. Pisałam we śnie tekst o tożsamości apokaliptycznego jeźdźca na białym koniu z Sai Babą. W pewnej chwili ekran komputera przygasł, a wyłączony – działał nadal, ukazując na czarnym ekranie jedynie słowo name i kiedy zdumiona zastanawiałam się, co z tym zrobić, nagle pojawiła się w pokoju, po mojej lewej stronie, na tle okna wychodzącego na wschód, pionowa czerwona iskra energii w powietrzu, jak zminiaturyzowany piorun. Zasyczała charakterystycznie i z mocą, a ja poczułam to samo, co wtedy, gdy przedstawiał mi się „Kriszna” rozbłyskiem lampy i telewizora, wyłączonego z sieci. Stan umysłu nie do opisania – „skwierczący”, jakby z wewnątrz pioruna.

Po chwili zauważyłam, że w pokoju zrobiło się jaśniej. Spojrzałam w górę, żeby znaleźć źródło oświetlenia i zobaczyłam, że sufit stał się przeźroczysty, jak ze szkła, stanowiąc teraz coś podobnego do (niewidzialnej, ale konkretnej) granicy pomiędzy wymiarami, że tamtędy pada światło dziennego słońca, a także, że stamtąd, z góry, jakby z tronu wiszącego w powietrzu spogląda na mnie w dół uśmiechająca się serdecznie i żartobliwie postać (obrysowana graficznym konturem), szarawa, niewysoka, spowita w jakąś długą, spływającą jak zasłona wokół tronu, szatę, o bardzo niewyraźnych rysach twarzy, jakby za mgłą, ale wyraźnie i znajomo błyszczących oczach, z głową okoloną także znajomą wielką, czarną czupryną. I na tym się skończyło.

*

W ostatnim przypadku podaję notatki z różnych wypowiedzi Jarka Bzomy:

Drganie Źródłowego Punktu wraz ze swym odbiciem wystarcza, aby wykreować cały widzialny świat. W snach doświadczamy go jako zgrzytliwą jak szkło wibrację oddzielania się, która daje się usłyszeć jako głos Orła czy Ducha Świętego, zależnie od systemu przekonań śniącego. Głos drapieżnego ptaka, wibracja Kryształowego Wiru, Głos Ducha Świętego, wibracja tworząca Przejawienie wyłania się z Nicości, z Bramy Szczeliny 8-12.

Widok do góry nogami na suficie (lub postać stojąca na głowie) to przekroczenie granicy 8/9.

Szklana ściana oznacza granicę czasu. Ale w nieco innym sensie, niż to nam się wydaje. To element kryształowego muru na granicy ze Szczeliną 8-12. Ma związek z podróżowaniem w czasie, bo za tą szklaną ścianą nie ma już czasu.

Włosy jak piorunki, sterczące naokoło głowy miewają bóstwa planetarne, byty apollińskie, bóg Słońca.

Czarne Słońce to pojęcie alchemiczne, związane z fazą Nigredo, bóstwo poziomu 8.

Poziom 8 – brahmaniczny, trójwarstwowy, to: Złota korona 8.3; szata, czasem inne królewskie/kapłańskie atrybuty. Przechodzi w zasłonę bytu/Zwierciadło, Paroket 8/9, generuje impuls do przejawiania się Nieprzejawienia Szczeliny 8-12 i do szukania form swojego wyrazu. Śni się jako stożkowy, złoty pełen ornamentów płaszcz pusty w środku. Przypomina strój liturgiczny prawosławnego popa, czy kapłański w ogólności.

Androgyn – w Nieprzejawieniu 8-12 ich androgyniczność początkowo jawi się jako albo Matka albo Ojciec, po czym, im wyżej, czyli na poziomie 11 i 12, tym są coraz bardziej jednym równocześnie, aż do fazy Androgyna o uszminkowanej cyrkowo twarzy. Im bliżej punktu Źródłowego, im szybciej porusza się wir, tym bardziej Androgyn jest zrównoważony.

Co do nazwania owej istoty. Najbardziej pasuje do niej/niego określenie Bezimienny (stąd na ekranie ukazał się tylko wyraz name, a nie konkretne imię). Obraz zawierał wszelkie cechy prowadzące w górę. Metatron, który jest czarny, posiada płaszcz i swój tron, jawi się jednak po tej stronie granicy 8/9. Twarz za mgłą brahmaniczną to tożsamość bóstwa, jawiącego się w Nicości powyżej granicy Nieprzejawienia jako Czarne Słońce alchemików. Był to zapewne androgyn, uśmiechający się dowcipnie, zamiast sennej symboliki w postaci umalowanej twarzy.

Z dziennika wzięć zapis 5

Zawsze interesowały mnie proroctwa i wiele na ten temat czytałam i rozmyślałam. Jako dziecko zastanawiałam się na temat proroków (biblijnych i innych), i zadawałam sobie pytania, w jaki sposób widzieli przyszłość. Co się wtedy dzieje z człowiekiem? Jak to jest jasnowidzieć? I wiedzieć, że przemawia przez ciebie/kogoś Bóg albo anioł, nie człowiek. Mało tego, znać daty i być skądś pewnym ich spełnienia. Czy to nie jakieś szaleństwo? Wymysł? Fantazja? Halucynacja?
Nie znajdowałam na nie odpowiedzi czytając dzieła znanych psychologów, psychoanalityków i psychiatrów. Niewiele ich było w filozofii. I nawet, gdy już wpadły mi do rąk teksty mistyków chrześcijańskich, czy teozofów dalej nie rozumiałam, jak to się dzieje w praktyce i skąd się bierze. Wróżąc z Tarota nigdy nie miałam żadnych nadzwyczajnych odczuć czy widzeń. Choć zdarzało mi się śnić problemy jakiejś osoby jeszcze przed samym spotkaniem z nią.
Tymczasem w okresie, z którego zdaję tutaj relację zaczęły pojawiać się autentyczne widzenia przyszłości. Atmosfera tych widzeń była tak niesamowita, że do tej pory ich wspomnienie nie jest mi obojętne. Przez długi czas nie potrafiłam odnaleźć w sobie dystansu do nich, dlatego moja książka, w której się znalazły nie nabrała odpowiednich lotów. Zabrakło najzwyczajniej dowcipu.

prorok
To trudne, przekazywać innym, którzy nigdy nie doświadczyli podobnych stanów, takie treści. Pewnie łatwiej zostać szaleńczym prorokiem tarzającym się w piasku pustyni na oczach drwiącego tłumu i wykrzykującym groźby zagłady w imieniu Boga. Niż potraktować je jak każdą inną rzecz możliwą na tym świecie, zewnętrzną, zracjonalizowaną. Ostatecznie ma się drugą opcję (Cienia): samemu drwić z innych, napawając się świadomością, że zginą marnie, gdy nadejdzie czas ostatni i wyznaczony na bezpowrotne wyjście z materii.
Ale dość o tym. Co było dalej, sami posłuchajcie…

*

Po spotkaniu z boskim astrologiem, obudził mnie ogromny, zygzakowaty piorun rozdzierający niebo na pół i uderzający z hukiem i grozą w jakieś miejsce daleko na zachodzie. Wrażenie było tak realne, że kiedy ocknęłam się z tego na jawie w łóżku, nie udało mi się już zasnąć do samego rana.

27 kwietnia 1999. Sen w głębokim transie ukazał mi dalszą przyszłość. Najpierw będzie kilka lat kryzysu i nadzwyczajnej mobilizacji sił wszystkich ludzi, po którym przyjdzie pokój i wielka radość. Sucho, gorąco. Potem pojawił się ogromny i groźny wir w ciemnym morzu i na moją głowę spadło z góry coś ogromnego, twardego jak kamień, bezwzględnie niszczącego. Nic z tym nie da się zrobić. Pojawiła się data: 2020 rok, jako jakiś ważny nieuchronny fakt. Dalej było mokro, deszczowo, coraz bardziej mokro, zaczęłam się bać, myślałam o jakimś dachu nad głową i ten lęk mnie obudził.

29 kwietnia 1999. Wieczorem przeglądałam atlas geograficzny i wpatrywałam się w mapę naszego kontynentu. W nocy weszłam w głęboki stan wizyjny.
Ukazała mi się płaska, przypominająca trójwymiarową, kolorową płytkę mapa Europy, unosząca się na wodach oceanu. Duża część kontynentu od południa zaznaczona była ciemnym kolorem. Cień pokrywał półwyspy Apeniński i Bałkański, Wybrzeże Dalmatyńskie, połowę Francji i tylko niewielkie wyspy na północy oraz cała Wschodnia Europa świeciły jasną, słoneczną barwą. Polskę oddzielał od strefy cienia jedynie wąski paseczek lądu. Kiedy przyglądałam się temu płyta kontynentu nagle mocno zadrżała i podniosła wody Morza Śródziemnego, zalewając znaczny obszar Półwyspu Apenińskiego i południowej Francji. Mój wzrok przesunął się nad całą planetą (przypominającą kolorowy globus) i zobaczyłam, że ziemia trzęsie się także po drugiej stronie półkuli, w okolicach Ameryki Środkowej i Północnej. Kontynent amerykański zaczął się gwałtownie zmieniać, a wody oceanu wtargnęły daleko w głąb lądu.
Następny obraz to zapełniony ludźmi stadion piłkarski. Przyglądałam się zgromadzonej widowni jak gdyby okiem kamery, rejestrującej wydarzenia, raz robiąc plan ogólny, a innym razem zbliżenia obrazu. Na widowni zauważyłam puste miejsca, nieliczne i przez to niewidoczne z daleka. To byli ci, którzy znikną na zawsze z materii, mistrzowie Gry. [Po latach nie jestem pewna słuszności tego wniosku. Puste miejsca mogły oznaczać równie dobrze tych, którzy na ową radość się nie załapią, a zatem stosunkowo niewielu ich]. Widownia obrazowała resztę ludzi, którzy w wyniku Wielkiego Meczu dostąpią ewolucji świadomości. Było tam wiele młodych, radosnych, niesamowicie szczęśliwych osób. Chwilę potem ujrzałam boisko piłkarskie, przedzielone kreską pośrodku. Obydwie jego części błyszczały oślepiająco białym światłem.

Kiedy się obudziłam i odzyskałam kontakt z fizycznym ciałem, moje uszy rejestrowały jeszcze długo przetworzone dźwięki płynące z ulicy. Ilekroć przejeżdżał jakiś samochód, jego warkot odbijał się jak gdyby od licznych cienkich płytek anteny telewizyjnej, zamontowanej na balkonie i docierał do mojego umysłu jako chóralne, pełne entuzjazmu okrzyki wielkiej rzeszy młodych ludzi zgromadzonych na stadionie: Dziękujemy! Dziękujemy! Dziękujemy! Okrzyki te słyszałam nawet po otwarciu oczu i całkowitym oprzytomnieniu.

6 maja 1999 roku. Znalazłam się w nieprzyjemnym transie. Coś mnie bezwzględnie i bardzo silnie wyciągało z ciała, przyłożywszy do kręgosłupa, w okolicy kości ogonowej i karku dwie „przyssawki”, czyli gorące, mrowiące plastry. Wyskoczyłam szybko, siłą woli na jawę. Okazało się, że jestem dość spokojna, nie czułam strachu, który zawsze wzbudza demoniczna energia, ale dziwne „plastry” oddziaływały cały czas z wielką siłą. Zaczęłam powtarzać mantrę Om namaha śivaja, potem imię Jezusa Chrystusa, aby skupić umysł. Osiągnęłam tyle, że dotarła do mnie telepatycznie aura osobowości jakiejś istoty (lub istot).
Była to gromada istot tworzących specyficzny, totalitarny świat, w którym ich wspólna świadomość pozostawała zogniskowana na czymś wyższym względem nich, podającym się za jedynego boga, co sprowadzało pojedyncze istnienie do roli bio-robota. Odczułam ich zamierzchłość i pomyślałam, że pewnie wyewoluowały dawno temu i odegrały ważną rolę w wykreowaniu materialnej potęgi jakiegoś starożytnego lądu, może Atlantydy.
Podczas mantrowania bez problemu wizualizowałam Sai Babę jako obrońcę oraz znak krzyża, i to dziwne, złowrogie oddziaływanie nie miało na mnie wpływu. Usłyszałam kilka razy w pokoju jakieś stuki i przesunięcia. Poczułam także dotknięcie na karku, u podstawy czaszki, a potem przy lewym uchu. Ilekroć się zdrzemnęłam, od razu wciągała mnie ta straszna siła i musiałam się szybko budzić. Na jawie nie bałam się, ale czekałam z utęsknieniem, aż to wszystko się skończy. Dzięki wzywaniu imienia Sai udało mi się nie zasnąć aż do świtu.

[Dziś powiedziałabym, że było to spotkanie z egregorem imperium, rodem z Atlkantydy, po potopie Egipskiego, Babilońskiego, potem Rzymskiego i obecnie Kościoła Katolickiego, energetyczne plastry informowały o zakresie poziomów, przez niego objętych zasadą pożywiania się, obejmujących całe Przejawienie 1-8]

15 maja 1999 roku. Wieczorem mój umysł uporczywie krążył wokół różnych apokaliptycznych zagadnień, i nie zauważyłam nawet, jak te myśli przeszły w sen. Niespodziewanie coś strzeliło i zastukało w pokoju, cały czas byłam przekonana, że to jawa. I wtedy nagle, na ułamek sekundy pojawił się obraz jasnego księżyca w zenicie na czystym nocnym niebie i troszkę na ukos pod nim, (ale blisko) mignęła biała, okrągła, pełna miłości twarz i wielkie, kochające oczy znanej mi skądś dobrze istoty.
Potem zdawało mi się, że krążą koło mnie dwie lub trzy małe kulki połyskliwej, malachitowej zieleni, i niespodziewanie poczułam coś takiego, jakby wychyliła się ze mnie uduchowiona, męska postać o natchnionym wyrazie twarzy (ogarnęło mnie zdumienie, że tak wzniośle wygląda moje ciało subtelne i potrafię być w tak głębokiej ekstazie) i już po chwili wracałam skądś, przez nocne podwórze, schody, ganek, pokój do sypialni… położyłam się, a w łóżku – ja, śniąca teraz o tym, że idę!
Wniknęłam w ciało, głowa zaczęła pulsować energią, słyszałam brzęczenie w uszach, to trochę trwało, zanim nastąpiło całkowite sklejenie w jedno.
Przejrzałam zasoby pamięci, ale nic prócz tego, co opisałam, w niej nie znalazłam. Czułam jeszcze przez chwilę mrowienie w kilku (trzech) palcach prawej dłoni, jak gdyby były niematerialne i teraz dopasowywały się do ciała fizycznego.

Pamiętam inne przeżycia tego rodzaju, gdy czułam odklejanie się od ciała fizycznego, które mimo to pozostawało całkowicie świadome, co przypominało dwie kalki niezbyt ściśle nałożone na siebie. Zdarzyło mi się też kilka razy odruchowo poprawiać na sobie kołdrę, albo drapać się po nosie… trzecią ręką.

18 maja 1999 roku. Jeszcze przed zaśnięciem zapadłam w zmieniony stan świadomości. Część mnie była na wyższym poziomie wibracji, ale świadomość jawy utrzymywała zwykłe rozeznanie, co tworzyło napięcie i niemożność skupienia się. Pojawiały się wewnętrzne obrazy, które wyrywały mnie natychmiast ze snu. Cały czas była w nich przestrzeń.

narajana
W ten sposób – nagły i wyrywający – ukazało mi się wnętrze wielkiego, gotyckiego kościoła. W miejscu ołtarza, w wysokiej łukowatej kamiennej wnęce stała bardzo szczupła i wysoka aż po sklepienie, kilkumetrowa postać Pana, z ośmioma, może dziesięcioma długimi cienkimi rękami. Uśmiechał się pięknym i subtelnym uśmiechem młodego Syna Boga.

Babaji

Miał twarz podobną do Babajiego, którą znam z fotografii. Temu obrazowi towarzyszył niezwykły nastrój wcielonej bożej mocy, nie do opisania słowami.

Boski astrolog

Pisałam już o moich spotkaniach ze Starcem. Być może to on manifestował się także w postaci kroków niewidzialnej istoty, które słyszałam kilkakrotnie w życiu. Można o nich przeczytać choćby we wpisach: PoczątekZ dziennika wzięć zapis 1.

pustelnik

Każdy powie, starzec to archetyp. Posiada swojego przedstawiciela w arkanach wielkich Tarota, jako Pustelnik. Oznaczony w nim liczbą 9, ma bezpośrednie powiązanie z arkanem 18 (1+8=9) Księżyc.

ksiezyc

Dotyczą go w takim razie powtarzające się cykle czasu i ostateczne zakończenie cyklu. Z ciemnością, pustką nocy, zaćmieniem i jednocześnie oświeceniem wewnętrznym, jako alchemiczna faza Nigredo, która podlega Saturnowi.
Saturn w moim horoskopie akurat pełni nadzwyczajną rolę, jako władca absolutny wszystkich planet. Jak sądzę, nie jest to żaden przypadek.

Sięgając do wiedzy naukowej dowiemy się, że:

Starzec, Stary Mędrzec to jeden z głównych archetypów. We śnie reprezentuje pierwiastek duchowy, mądrość kultury, uosobienie mędrca, dojrzałości, wewnętrznego, duchowego przewodnika. W sensie negatywnym pojawia się jako despotyczny, egoistyczny, zarozumiały i uparty staruch. W terapii cechy Starego Mędrca mogą być przypisywane terapeucie, podobnie jak mistrzowi duchowemu w życiu religijnym (guru). Osoba niedojrzała może ulegać wewnętrznemu obrazowi mędrca wcielając się w osobowość maniczną. [Wikipedia]

Jeszcze z wypowiedzi Jarosława Bzomy dowiedzieć się można, iż:

Archetypy to stadia rozwojowe poziomów Świadomości, czyli stopień realizacji Przejawienia na matrycy archetypu, na konkretnym poziomie Świadomości przejawionej… Wszystkie archetypy z poziomu 8/1 mają samoświadomość i swoje ‘ja’ tak samo wykrystalizowane i egoistyczne jak nasze, ludzkie. Owe liczne osobowości wspólnego strumienia Świadomości wciąż wydobywają się z naszego ja numer jeden w przeróżnych okolicznościach, z jakimi musimy się konfrontować w życiu. Najczęściej odbywa się to dla naszego ‘ja’ nieuchwytnie.
Generalnie, „staruszkowie we śnie to stare formy świadomości”. Dodam, naszej lub zbiorowej. Bo, jeśli o mnie chodzi, większość snów nie dotyczy mnie osobiście. Widuję postaci archetypowe odnoszące się do narodu, kontynentu, bądź ludzkości, niekiedy całej Ziemi.
W snach można spotkać także Starca brzydkiego i upiornego. Taki, bywało dręczył mnie w okresie dorastania. Jest to „urojeniowo minusowa postać Boga, czyli Czarny 8/1 osobiście. Uosabia cały zestaw negatywnych rojeń, z którymi staje się we śnie twarzą w twarz.”
Tak, właśnie. Starzec, czy to dobrotliwy czy upiorny, jest Czarnym. Wielkim czasem, Mahakalą. Metatronem-Saturnem. Sześcioskrzydłym serafinem. Tu odsyłam do artykułów Jarka Bzomy na ten temat na jego stronie Śnienie progresywne.

Kontynuuję dziennik wzięć, acz niniej uwydatniam z niego jedno ciekawe przeżycie nocne. I spotkanie ze Starcem, który pojawił się jako astrolog, znawca przeznaczenia i cyklów planetarnych. Na koniec dowcipnie zasugerował, że jest tą samą istotą, która ukazuje mi się z Drugiej Strony pod przebraniem Sai Baby.

Kryszna

17 kwietnia 1999. Cały wieczór spędziłam na lekturze Bhagavatpurany. Nabrałam ochoty do medytacji według przepisu mędrca Kapili. Przed snem długo wizualizowałam w sercu czterorękiego, ciemnoniebieskiego Krisznę, stojącego na kwiecie lotosu, którego łodyga wyrasta z mojego pępka. Towarzyszył mu nieustannie wibrujący w otwartej przestrzeni dźwięk Om.
W nocy znalazłam się w gabinecie redakcyjnym sławnego polskiego astrologa, który uprzejmie posadził mnie przy swoim biurku. Przez chwilę jeszcze zagniewany krzyczał na kogoś za drzwiami, po czym uspokojony podjął ze mną rozmowę. Był to starszy mężczyzna około 70-tki, niewysokiego wzrostu, o zaokrąglonych kształtach, miał wydatny orli nos. Zachowywał się naturalnie i spontanicznie. W rozmowie potwierdził wszystko, co już wiedziałam. Otóż prawdą jest, że niedługo, w lecie, w dniu świątecznym odbędzie się inauguracja Wielkiego Meczu. Wszystkie bilety na tę niecodzienną imprezę zostały już dawno rozprzedane, tylu było chętnych w niej uczestniczyć. Prawdą jest także, że stosunkowo niewielka grupa terrorystów przygotowała środki, aby niespodziewanie i z zaskoczenia dokonać eksplozji materiałów wybuchowych na pełnym widzów stadionie Gry. Nagły wybuch, wyrywający duszę z ciała fizycznego zaskoczy wielu.

Przez moment doświadczałam wyrwania z ciała pod wpływem rozbłyśnięcia niesamowitego światła, które skojarzyło mi się z eksplozją jądrową. To szokujące przeżycie na pewno przerazi tych, którzy na co dzień nie myślą o sprawach ostatecznych, ale nie zabija ono Świadomości. Jakoś mnie to uspokoiło.

prahlada

Starzec wspomniał następnie o słudze Boga, małym Prahladzie z mitu o Panu Nereszimha, czyli Człekolwie, który z całą pewnością pokona zło na Ziemi. Miał w sobie wiele promiennej równowagi i stałości, które sprowokowały mnie do zastanowienia się głębiej nad jego pochodzeniem. Toteż w końcu spytałam (chcąc się także pochwalić swoją wiedzą astrologiczną):

– Czy jesteś może spod znaku Byka?

Patrzył na mnie dobrotliwie. Długo milczał, tak jakby mówił: – Zastanów się. Przyjdzie czas, gdy wszystko sama zrozumiesz. Po czym obudziłam się na jawie, zastanawiając się nad problemem jego tożsamości.
I zaraz wpadłam w głęboki trans. Ocknęłam się w świadomym śnie, w którym siedząc za biurkiem robiłam opis tego spotkania. Przedstawiając w nim starca bezwiednie nazwałam go Kriszną i wtedy wydarzyło się coś bardzo dziwnego. Stojąca z boku, wyłączona z kontaktu lampka rozbłysła kilkakrotnie niezwykłym światłem. To samo stało się z (także wyłączonym z prądu) telewizorem, którego prawa połowa ekranu zaświeciła wieloma intensywnymi, soczystymi barwami. Zaskoczona tym, zdumiona i trochę wystraszona, weszłam w niedoświadczany dotąd nigdy w życiu stan świadomości.

Było to jak obudzenie się po Drugiej Stronie, która jest stroną prawdziwą. Zajrzałam na moment za zasłonę iluzji materialnej i kosmicznej. Mój umysł stał się skupiony, jasny, rzeczywisty, pełen wiedzy, samoświetlisty, niezależny od czasu i przestrzeni, potężny, boski. W ten sposób upewniłam się, że gdzie indziej istnieje cudowny, wieczny, pełen życia i żywych istot świat, o którym ludzie zamknięci w trójwymiarowej, a nawet i czterowymiarowej przestrzeni, nie mają pojęcia. Po czym wszystko nagle ustało i otworzyłam oczy na tak zwanej jawie.
Oto była odpowiedź. Nie słowami, w które można uwierzyć, lub nie, ale w bezpośrednim doświadczeniu.
Rano z zaskoczeniem znalazłam leżącą na podłodze książkę o Sai Babie. Musiała w nocy sama spaść z półki, strącona czyjąś niewidzialną ręką.

*

Dla lepszego zrozumienia tego przeżycia sennego jeszcze fragment wypowiedzi J. Bzomy:

Ekran telewizora, komputera, kinowyto zwierciadło, połączone z transmisją danych z wybranych przez nas samych poziomów, widząc np. oblicze boskie albo innego stwora w telewizorze widzimy tak naprawdę siebie. Obraz Boga, albo raczej jego aktywnej w przejawieniu formy, to takie Coś, co chrześcijanie nazywają Duchem Świętym. Przekazuje obraz samego Szefa.

Z dziennika wzięć zapis 4

Wewnętrzne zmagania i napór sił rodem z nieświadomości zbiorowej (wg nomenklatury jungowskiej) trwały w najlepsze. Nic wtedy nie było łatwe, a ulga, jeśli przychodziła, nie była trwała. Nocni goście, dający się odczuć czasem nawet fizycznie, odczucia telepatyczne przedstawiające mi światy pozbawione światła, ciemne, pełne nienawiści, zawiści i ciężaru wewnętrznego, wizje, jasno-słyszane dźwięki i melodie, przypominały mi, że najwyższe siły jednak czuwają i mają owe nieprzyjemne zjawy na oku… W dzień i przed snem medytowałam, aby wyrównać się i nie poddać ponurym nastrojom, nie pozwolić wciągnąć się pod wodę.

*

2 kwietnia 1999. W nocy długo walczyłam z mrocznymi siłami i obrazami, które znów zaczęły się uporczywie pojawiać w umyśle wbrew mej woli. Zrobiłam szczerą wewnętrzną spowiedź i rachunek sumienia. Przestałam walczyć, wzięłam na siebie wszystko, co wypływało z podświadomości, mimo iż było dziwnie wynaturzone i wstrętne. Znienacka przeleciało obok mnie coś niewielkiego i niewidzialnego, i błyskawicznym ruchem wyciągnęło z mojej twarzy „implant”, po czym natychmiast znikło. Pomyślałam z rozbawieniem, że mógłby to być 30-centymetrowy, tłuściutki aniołek z pomocą. W pokoju rozległ się dziwny dźwięk, podobny do szumu skrzydeł ogromnego ptaka. Trochę mnie przeraził. Ale zaraz potem poczułam lekki ucisk na czaszkę z tyłu głowy i oddziałującą stamtąd czystą, krystaliczną, najwyraźniej chroniącą mnie energię. Trwało to około godziny, potem zasnęłam spokojnie. W dzień przyjrzałam się swojej twarzy, koło nosa był wyraźny ślad po igle i lekkie, zaczerwienione opuchnięcie.

flet

4 kwietnia 1999. Obudził mnie niespodziewany, agresywny atak. Coś skoczyło mi na plecy; zatem znowu wróciło, nie wiem, w jakim celu. Pogodziłam się wewnętrznie z tym, czego doświadczam. A nad ranem w półśnie usłyszałam bardzo prostą melodię graną na zwykłym, drewnianym, wiejskim flecie… chwilę potem zaczął się świt.

5 kwietnia 1999. Wieczorem odczytałam swoje notatki, a w nich opis snu sprzed trzech lat. Zapowiadał wynurzenie się z wód zapomnienia dziwnych, runicznych reliefów wykutych na wielkiej, płaskiej, połyskującej zielonkawą śniedzią okrągłej płycie, pochodzącej jakby z jakiegoś pradawnego eonu. Zgasiwszy światło w pokoju spojrzałam przypadkiem w okno i zauważyłam jasną, wiszącą nisko nad horyzontem gwiazdę. Niedaleko niej dwa mniejsze światła tworzyły razem trójkąt. Przypomniało mi to wizytę lovecraftowskiej Starej Istoty, którą poprzedził sen o trzech gwiazdach i pojazdach należących do bezosobowych istot widocznych na nocnym niebie.

Ledwie zasnęłam jakiś męski głos krzyknął nagle ostrzegawczo: „Almuria!” i zobaczyłam małą dziewczynkę bawiącą się beztrosko w piaskownicy. Niespodziewanie wypełzł z niej ogromny wąż o połyskującej przedziwnie skórze, wzniósł się w górę i próbował ją zaatakować. Wtedy nadbiegł skądś stary ojciec dziewczynki i szpadlem, trzymanym w ręce błyskawicznie odrąbał mu stosunkowo niewielką głowę.

6 kwietnia 1999. Nawiązałam podczas nocnego transu kontakt telepatyczny z kimś niewidzialnym.

10 kwietnia 1999. Pojawiła się istota z gadziej rasy. Jej głos (ostre, przenikliwe świstanie) nie budził żadnych demonicznych skojarzeń (można by go porównać do zapisu dziwnych zaklęć w opowiadaniach Lovecrafta albo pisanego języka hebrajskiego, składającego się jedynie ze spółgłosek. Samogłoski były wymawiane „w umyśle”, być może w innych, niesłyszalnych rejestrach dźwiękowych i to one powodowały, że głos brzmiał tak obco i „sycząco”). Aby mi się przedstawić potwierdziła najpierw prawdziwość dotychczasowych wizji, które odebrałam: tak, wszystko zacznie się realizować według reguł, które już poznałam. Przeszyła mnie przy tym od stóp do głowy błyskawica groźnej energii, podobna do przełamanego pioruna. Skojarzyła mi się z 36 heksagramem Księgi I-Cing: „Gasnące słońce”. Potem zahipnotyzowała mnie bardzo fachowo, przemawiając w swoim szeleszcząco-syczącym języku, którego sens zrozumiałam tak: „Kiedy będę robić zabieg, nie poczujesz żadnego bólu, położysz spokojnie ręce przed sobą, lub z boku, ale nie będziesz nimi niczego utrudniać, ani się bronić…”. To natychmiast skutecznie znieczuliło mi całe plecy, nie odbierając świadomości. Postać ta pobrała z mojej prawej nerki próbkę płynu (również zupełnie bezboleśnie).

12 kwietnia 1999. Poranek zaczął się wielkim biciem serca, a następnie przez głowę przeleciały mi sceny i obrazy wizyjne. Stojąc w oknie balkonu w mieszkaniu na piętrze wołałam ludzi, aby przyszli i zobaczyli, co się dzieje. Wiatr przywiał z bardzo daleka (chyba z południa) wielkie, ciemno-szare strzępy spalonej materii. Ten widok miał w sobie nastrój norwidowskich „lecących szmat zapalonych”. Zahaczały o balustradę, antenę telewizyjną i leciały dalej. Wiedziałam, że są to resztki spalonych ludzi i ich domów.
Potem na ciemnym, ponurym niebie ujrzałam ogromną, jakby zatrzymaną błyskawicę, olbrzymią elektryczną iskrę, rozdzielającą świat na dwie połowy, od wschodu do zachodu. Później górujący krwistoczerwony sierp księżyca w nocy. Oba te obrazy były pełne przerażającego majestatu.
Następnie na niebie, (obserwowałam rzecz przez okno mojego pokoju, wychodzące na zachód) „otworzyły się upusty niebios” i spadały z nich wodospady ciemnej brudnej wody z kamieniami, deszcz meteorów i potop błota. Chwilę później ukazało się dawniej zamieszkane, teraz bezludne, pełne gruzów i pływających śmieci morskie wybrzeże.
Na koniec zaś zajaśniał świat Nowej Ery. Tej wizji towarzyszyła niezwykła muzyka w stylu new age. Był jasny słoneczny dzień. W oddali stało kilka kolorowych (zielonych, czerwonych) domków w kształcie zwykłych prostopadłościanów, w pobliżu których kręcili się młodzi ludzie. W płytkiej i bardzo czystej wodzie strumienia taplało się nagie, szczęśliwe, uśmiechnięte dwu-trzyletnie dziecko. Było jasne, że ci ludzie są całkowicie inni od nas, inaczej myślą, co innego jest im drogie. Oto „stara Ziemia przeminęła” i nikt już tutaj nie ogląda się wstecz.

Senny matrix

Oto opowieść, która mówi o grze toczącej się w Przejawieniu, w ziemskiej materii i świecie małej karmy 1-5 (zobrazowanym symbolicznie przez ruską harmoszkę), z punktu widzenia istot, które bezpośrednio od materii nie zależą. Sen użył obrazu wirtualnej gry, w którą się wchodzi, zapominając o swej pierwotnej postaci. Podobnej do tej, o której opowiadają znane filmy fantastyczne, „Kosiarz umysłów”, „Jumanji”, czy późniejszy „Matrix”.

wirtual

1 kwietnia 1999 roku, (w prima aprilis) przyszedł taki sen:

Jestem mężczyzną. Żyję w miejscu, gdzie panuje pokój i harmonia. W tym świecie, pięknym i doskonałym, opartym na wspólnocie i zgodnej współpracy ze wszystkim, co istnieje, nie ma żadnych nieszczęść, chorób, wrogości, wojen ani śmierci. Znajduje się w nim jednak pewne szczególne urządzenie, służące bardzo wyrafinowanej zabawie. Wygląda jak wielka, rozciągnięta ruska harmoszka wielkości pociągu. Leży na samym brzegu naszego świata, na skraju głębokiej przepaści w zielonych górach. Wewnątrz niej rozciąga się czas, a ludzie tam zamknięci nie mają pojęcia, (bo zapomnieli o tym), że wokół nich panuje niewyobrażalne szczęście.

Któregoś dnia postanawiam doświadczyć tej dziwnej i fascynującej zabawy. Moją intencją nie jest jednak tylko ciekawość i chęć zaznania różnorodnych sytuacji. Nieco wcześniej w Grę wszedł ktoś bardzo mi bliski, a jego powrót zaczął się odwlekać. Jestem szczerze zaniepokojony i wiem, że jeśli pozostanę tu gdzie jestem, taki, jaki jestem, mogę w końcu stanąć oko w oko z osobą, która uzna, że dzieli nas przestrzeń tego, czego doświadczyła w Grze, a o czym ja nie będę miał pojęcia. Postanawiam odnaleźć tę istotę w Grze i zabezpieczyć jakoś jej wyjście, samemu przy okazji gromadząc doświadczenia, które by mnie do niej zbliżyły, a nie oddaliły.

Zabrałem się do tego zadania z uwagą i roztropnością. Ludzie obsługujący Grę wyjaśnili mi szczegółowo zasady jej działania. W regulaminie znajdowało się wiele specjalnych utrudnień, mających służyć doświadczaniu najbardziej skrajnych emocji i przeżyć w trakcie pobytu wewnątrz urządzenia. Podstawowym utrudnieniem była utrata pamięci, gdyż gracz musiał się utożsamić z osobowością jakiejś postaci. Dlatego ważne było, aby już na starcie wybrać okoliczności i rodzaj nauki, które ułatwią osiągnięcie założonego sobie celu jak najprędzej i jak najmniejszym kosztem. W innym wypadku było się zdanym na naturalne procesy ewolucji, panujące w świecie czasu i trzeba było przejść doświadczenia wielu form życia i zaliczyć setki, tysiące biografii, nim wreszcie umysł – znudzony powtarzającymi się negatywnymi bodźcami i doświadczeniami – samodzielnie odkryje sposób wyjścia i szczerze zapragnie to zrobić. Usłyszałem od dozorców wiele uczciwych ostrzeżeń, a nawet rad, abym się z tego wycofał, lecz to pozwoliło mi się bardziej zmobilizować i wewnętrznie przygotować do wykonania obranego zadania. Lepiej było nie lekceważyć możliwych powikłań, toteż w pełni świadomie zdecydowałem się na wejście w czas.

Dostałem się do Gry przez ciasny, długi, workowaty tunel, prowadzący do wnętrza „pociągu”. W ten sposób droga odwrotu nieodwołalnie zamknęła się za mną.

W środku znajdowało się kilka wagonów i przedziałów z niewielką ilością pasażerów. Przechodziłem przez nie po kolei, pilnie rozglądając się wokół siebie i zapoznając się z niektórymi osobami. Wiedziałem, że czegoś szukam, lecz nic nie przykuwało specjalnie mojej uwagi. Zwiedzanie wagonów i przedziałów szybko mi się znudziło, a żadna z poznanych osób nie zainteresowała na dłużej, niż chwilkę. W końcu dowiedziałem się, że jedziemy przez świat z czasów poprzedzających wybuch pierwszej wojny światowej, a w umyśle pojawiła się liczba 18. Wszystko stało się podobne do podróży w Orient-Ekspresie.

W jednym z przedziałów spotkałem nareszcie kobietę, która mi się spodobała, a ja jej. Dotarliśmy razem aż do końcowego wagonu, który jednak okazał się zamknięty. Przedział kończył się harmonijkową kurtyną, za którą oboje mieliśmy nadzieję znaleźć wyjście, ale tak się nie stało. Za zasłoną zaatakował nas nagle jakiś zamaskowany osobnik. Miał wygląd terrorysty, ubrany w długi, szary płaszcz i czarną pończochę zaciągniętą na twarz.

Stoczyłem z nim zwycięską walkę, gdyż z jakichś powodów (być może dlatego, że podawał się za jej ojca) usiłował zabrać mi ukochaną. Kiedy jednak rozłożyłem go na łopatki, okazało się, że dziewczyna znikła i nie miałem innego wyjścia, jak pójść za nią znowu w głąb pociągu. Odszukałem ją w luksusowym wagonie restauracyjnym i odtąd spędzaliśmy czas razem. Aż do chwili, gdy ujrzeliśmy przez okna wielkie, bure chmury dymu na horyzoncie. Nadciągała straszna zawierucha, może wojna. Próbowaliśmy wyjść z pociągu i nawet dotarliśmy do ostatniego wagonu… ale tam znowu nie było z niego wyjścia. Jednak udało nam się spędzić ciekawie czas.

niebo

I tu moja percepcja rozszerzyła się, wyłapując obrazy jak gdyby od początku ciągnące się jednocześnie w zupełnie innej, osobnej linii czasu, dlatego nie wiem, czy działo się to wcześniej, czy później, a może gdzieś obok, lub ponad tamtymi wydarzeniami, a więc przyjmuję, że w przestrzeni wyższego wymiaru, która stała się pierwszą bazą mojego startu w materię. Byłem tam białą istotą, zabezpieczającą sobie powrót dzięki asekuracji współbraci czuwających na zewnątrz i bezpośrednio zaangażowanych w zadanie wpuszczenia w trójwymiar wyzwalającego przekazu światła.

Przebywaliśmy razem w tymczasowym namiocie rozbitym w przestrzeni kosmicznej, pośród niezliczonej ilości gwiazd. Było tam bardzo pięknie, niezwykle, ale w pewnej chwili zginęła gdzieś moja partnerka i zacząłem się zastanawiać, jak ją odnaleźć. Wiedziałem, że muszę to zrobić… Wtedy pojąłem, że trzeba jeszcze wrócić do Gry, bo wciąż – mimo starań – nie została zakończona, a cel – mimo pozorów szczęścia i wolności wcale nie został osiągnięty. Natychmiast wróciłem do punktu wyjścia (i wejścia) i ocknąłem się w ostatnim wagonie przed harmonijkową zasłoną, uporczywie myśląc o sposobie ostatecznego wydostania się z tej dziwnej pułapki.
Wtedy rozległ się z zewnątrz głos człowieka obsługującego Grę. Przypomniał mi mój plan, z którym wszedłem na początku. Powiedział spokojnie:

– Trzeba będzie zagrać trzy razy tę samą rolę.

I w tym momencie obudziłam się na jawie.

Z dziennika wzięć zapis 3

W przedstawianych dzisiaj zapiskach są wizje diaboliczne i obecność anielska, Stara lovecraftowska Istota i wężowy humanoid, skrzydlaty smok, tarcza, oraz UFO zwiastujące śmierć w rodzinie. Wciąż mam wrażenie, że przedstawiciele innych światów, z wyży i z niży, paradowali przede mną po kolei, demonstrując siebie, swoje „moce” i rodzaj świadomości. Przedstawiało mi się Źródło we wszystkich swych przejawieniach i wymiarach. Jaki był tego cel nie mam pojęcia. Nie było w tym, mimo pozorów podobieństwa – brutalnego niszczycielstwa i lekceważenia – z jakim spotykają się na ogół ofiary różnorakich wzięć. Demony nie opętały mnie, gadoidy nie zgwałciły, humanoidy nie użyły jako inkubatora. Być może to także jest przyczyną, że moim przypadkiem nie zainteresował się żaden ufolog, ani teolog, ani egzorcysta, ani ezoteryk.
Niektóre istoty i zjawiska były przerażające, ale jednocześnie w dziwny sposób nie mogły mi zaszkodzić. Owszem, popadłam w silny kryzys nerwowy w pewnym momencie, ale udało mi się z niego wykaraskać stosunkowo szybko o własnych siłach. Wizyty, zabiegi, ataki, implantowanie i wyciąganie implantów lub wstawianie kontr-implantów przeplatać się zaczęły z apokaliptycznymi wizjami przyszłości ludzkiego świata. To one sprawiły, że zajęłam się kilka lat później tłumaczeniem nieznanych u nas tekstów Nostradamusa (można je przeczytać na moim blogu Nostradamus po polsku), w poszukiwaniu jakiegokolwiek potwierdzenia, czy wyjaśnienia tych obrazów.

aliens-et

W nocy 14 lutego 1999 roku ni stąd ni zowąd obudziła mnie ich obecność. Wytwarzali podwyższony poziom energii w całym mieszkaniu, niezwykle czystej, spokojnej, uduchowionej. Takiej energii na pewno nie wydzielają ludzie uwikłani w emocje, iluzje i różnego rodzaju pożądania. Zaczęłam w myślach spontanicznie powtarzać mantrę Om namaha śivaja. W ten sposób dość prędko dostroiłam się do nich i odniosłam wrażenie, że – na ich wzór – zmienia się moja świadomość i sposób odbierania świata. Myślałam o samej sobie zanurzonej w materii i badanych osobach z otoczenia (skądś wiedziałam, że coś takiego dzieje się w sąsiednim mieszkaniu) jako o bardzo interesujących przypadkach z ciekawego świata, który jednak nie jest moim światem. Postrzegałam materię i czas z innej, wyższej perspektywy, trudnej do opisania słowami, abstrakcyjnej i bezosobowej. Była w niej całkowita wolność od ego. W ich sposobie oglądania życia nie było nawet odrobiny emocji. Posiadają naukową ciekawość i pasję intelektualisty, ale zupełnie nie pojmują, co to jest strach o własne ciało, cierpienie, ból, pragnienie czy zachwyt, są to dla nich zjawiska zewnętrzne, naukowo opisywalne i pilnie studiowane „szkiełkiem i okiem”. Bardzo szybko odczułam brak jakiegokolwiek ciepła z ich strony i zatęskniłam za obecnością „mojego ojca”.
Wpadłam w trans i obudziłam się na poziomie drugiego ciała, leżąc na prawym boku. Ktoś stał za mną i poczułam, jak wbija mi w dół pleców grubą igłę. Zabolało, ale nie szarpałam się, tylko jęknęłam i w końcu rozpłakałam się (czując się przy tym jak małe dziecko u lekarza). Istota milczała i spokojnie, fachowo robiła swoje. Nie była wroga. Grubość igły mogła mieć nawet 1,5-2 mm średnicy i sięgała głęboko. Usłyszałam odgłos bulgotania jakiegoś rzadkiego płynu (z pewnością nie była to krew), zasysanego przez tłok. Ocknęłam się po chwili na jawie w zupełnej ciszy. W miejscu pobrania próbki narastał bardzo przykry do zniesienia ból, który odczuwałam jeszcze przez dwa dni. Wymacałam tam wyraźny ślad po ukłuciu, które odbyło się przez kołdrę, tak jakby nie stanowiła żadnej przeszkody.

Wieczorem 14 lutego 1999 roku TVP1 nadała film dokumentalny o sektach satanistycznych. Nie obejrzałam go, ale poczułam narastający niepokój już w kilka minut po emisji. Tej nocy, aż do rana walczyłam z czymś, co spadło na mnie i ogarnęło jak wielki i straszny, nieskończenie mroczny cień. Intuicyjnie zaczęłam powtarzać imię Sai Baby. Nasunęło mi się samo pewnie dlatego, że niedawno rozmawiałam ze znajomym, entuzjastycznie w niego zapatrzonym. Natychmiast moje myśli nabrały mocy dźwięku, słyszałam je, jak gdyby wypowiadane głosem. Cień nie sforsował serca i znikł. Obudziłam się spokojna i bardzo wdzięczna.
Ledwie się zdrzemnęłam, zjawił się ponownie. Tym razem oglądałam go z zewnątrz. Był smoliście czarny. Miał postać rogatego, obupłciowego, hybrydycznego kozła. Baphomet straszył, atakując demoniczną aurą, która usiłowała mnie zagarnąć i wessać w siebie opętańczo. W którymś momencie odniosłam wrażenie, że za chwilę usłyszę – całkiem na jawie –- syczący, przenikliwy głos, przypominający brzmieniem głos dinozauroida, który mnie niedawno odwiedził. Rozlegał się zza otwartych drzwi do drugiego pokoju. Ten głos miał moc, by obudzić mnie z przerażającego transu i czuwał nad zjawami powstającymi w moim mózgu. Kontrolował je!
Kolejny raz zaatakował znienacka. Obudziłam się nagle na poziomie drugiego ciała [tj. astralnej odbitki]. Widziałam nad swoją głową wirującą czarną, niewątpliwie ludzką postać. Wykrzykiwałam w wielkiej panice imię Sai. Wszystko nagle ustało i obudziłam się spokojnie na jawie. Następnym razem ukazał mi się na mgnienie oka ów demoniczny duch. Miał twarz Adolfa Hitlera.
Nad ranem przyśniło mi się, że widzę na ekranie telewizora diabelską postać, wyłączam telewizor z kontaktu, a potem otwieram pudło ze sterującymi guzikami przypominające klawiaturę komputera, które jest częścią odbiornika i znajduję w nim kartę z błogosławieństwem z okazji chrztu i pierwszej komunii świętej… uff, prawdziwa ulga. Odeszło.
Tego samego wieczoru znów jednak poczułam narastanie dziwnego niepokoju. Nauczona doświadczeniem wpatrywałam się przez jakąś godzinę w podarowane mi zdjęcie Sai Baby. Dzięki temu, kiedy położyłam się spać jego wyobrażona postać „położyła się” obok mnie. Ledwie zapadłam w pierwszy półsen, znów zaczął się atak ciemnej siły, nie był już jednak tak straszny jak poprzedni. Nagle poczułam, że otula mnie cudownie świetlista aura i mroczna energia nie ma do mnie najmniejszego dostępu! Czyjś nieznany męski głos próbował daremnie wedrzeć się do mojej psychiki, ale nie sforsował Światła i wkrótce znikł.

Powrót do równowagi emocjonalnej był już teraz kwestią godzin. Przez dwa następne dni prześladowało mnie tylko dziwne wyobrażenie. Była to spalona, smolista ciemność otaczająca mnie zewsząd w postaci łuszczącej się i rozpadającej czarnej skorupy. Nie stanowiła żadnego niebezpieczeństwa, gdyż była tylko tłem, spoza którego przenikało mnie wielkie, krystaliczne, czyste światło. Stopniowo rozpadła się zupełnie i znikła.

15 lutego 1999 roku. Wizja rozżarzonego czerwonawą, radioaktywną poświatą nieba na zachodzie. W umyśle bezpośrednie informacje o ostatecznym złamaniu i zniszczeniu bariery rozciągającej się wokół Ziemi, utrzymującej dotąd wielkie rzesze ludzi w całkowitej ignorancji i iluzji, co do spraw ducha.

Happy cartoon dragon flying

18 lutego 1999 roku. Pojawił się nagle obraz jadowitego węża, wypełzającego zza kamienia. Obudziła mnie z tego silnie wibrująca energia, rozprzestrzeniająca się nad moim ciałem, jak gdyby z jakiejś prostokątnej płaskiej tarczy. Była tak dziwnie falująca, potężna i nieodgadniona, że rozpłakałam się ze strachu (w drugim ciele) i zawołałam w jej kierunku, że bardzo się boję, bo nie rozumiem, co się dzieje. Nie przerywając oddziaływania wibracjami to „coś” pochyliło się nade mną i… polizało dużym, szerokim, psim językiem kilka razy po karku. Ta dziwna i potężna istota miała w sobie czystą, głęboką, opiekuńczą kobiecość jak matka. Jej gest budził zaufanie i całkowicie mnie uspokoił. Zresztą zaraz potem wszystko znikło, tylko w mojej wyobraźni pozostawał jeszcze dość długo obraz długiego, zielono czerwonego latającego smoka.

19 lutego 1999 roku. Poczułam obecność niewidzialnej, potężnej, anielskiej istoty o czystych wibracjach, którymi napełniła całe mieszkanie. Jednocześnie pojawił się proporcjonalnie wobec niej niewielki, wściekle warczący wilk. Istota przemówiła z początku w języku, którego nie znałam i nie potrafiłam zidentyfikować, nie był to żaden europejski ani współczesny język (mógł to być starohebrajski, a może aramejski). Po intonacji zorientowałam się, że jest to, wypowiadana z gorliwą wiarą modlitwa do Boga. Następnie głosem papieża Jana Pawła II powiedziała mi wprost do ucha:
– Wszyscy będą spokojnie zasiadać (wieczorem? w nocy? w ciemności?) przed telewizorami, kiedy niespodziewanie ujawni się straszna zbrodnia. (Tu przemknęła mi myśl o nagłym upadku jakiejś ważnej wpływowej osoby). To zaskoczy i zdziwi wszystkich. Po pierwszym szoku najpierw zapadnie cisza, ale później zacznie się hałas, zamęt i nic już odtąd nie będzie takie, jakie było.
Zaraz potem Anioł jednym ruchem ręki wydostał mnie z ciała i pofrunęłam nad przepięknym widnokręgiem, symbolicznie przedstawiającym moje przyszłe życie. Spotkałam tam nieznanych ludzi, którzy wspominali o tym, co mnie jeszcze czeka, a co rzeczywiście zaczęło się spełniać jakieś dwa lata później.

 

hełm

1 marca 1999 roku. Zaczęłam czytać Apokalipsę. W nocy ukazały się hipnagogiczne odpowiedzi na pytania. Zobaczyłam żołnierza w mundurze khaki i hełmie na głowie. Jego twarz przypominała mapę, wydłużoną ku dołowi, składającą się jakby z dwóch części, w których rozpoznałam: u dołu Afrykę, u góry – południową Europę. Kontury wybrzeży, okalających Morze Śródziemne były smoliście czarne, w środku wiele ciemnych cieni. Robiło to bardzo ponure wrażenie, bo wyglądało jak czaszka dziwnego strasznego stwora. Wkrótce twarz-mapa przemieniła się w ludzką, człowiek ten miał jednak ohydnie długi, niezwykle gruby i zakrzywiony ku dołowi, nochal. Kiedy zadałam pytanie o los religii chrześcijańskiej w Europie, ujrzałam wieżę kościelną z naszego parafialnego kościoła. Jej szczyt był poszarzały, jak gdyby wypalony i pozbawiony dzwonu. Przypominał pusty, ziejący martwą ciemnością oczodół.

6 marca 1999 roku. Nad ranem poczułam najpierw intensywne wibracje w miejscach nad uszami, po czym ukazały się obrazy z przyszłości: Smoliście i upiornie czarny mrok. Ziemia zasnuta przerażającymi chmurami, gdzieniegdzie tylko na obrzeżach chmur błyskało blade światełko. Cienie budynków, wielkich bloków mieszkalnych. Od czasu do czasu błyskały światła pojedynczych, ręcznych latarek, tak jakby ludzie szukali się albo sprawdzali sytuację.
Potem linia czasu jako podziałka na linijce. Wyraźnie zaznaczony na niej próg oddzielał jedno „tysiąclecie” od drugiego. Od strony przyszłości zmierzały ku niemu liczne niewysokie i podobne do siebie jak krople wody humanoidy. Wystający próg zamienił się nagle w dołek. Zrozumiałam, że symbolizuje wielki niespodziewany kryzys.

10.III.1999r. Śr. Od kilku dni zanik apetytu. Jem symbolicznie i raczej z rozsądku. Piję dużo czystej wody, zamiast herbaty, czy kawy. Czuję silne czyszczenie energii, osłabiające nieco ciało fizyczne, bo uruchamia ono toksyny. Pojawiła się także nadwrażliwość na głośniejsze dźwięki. Skurcz lękowy jest bardzo intensywny, czego przyczyną jest także mama, z którą pozostaję ostatnio w jedynym układzie towarzyskim. Wyczuwa, że coś się ze mną dzieje. Brakuje mi ludzi, którzy wzięliby to, co wiem na poważnie, którzy pomogliby mi się wyrównać. Do tego tekst Apokalipsy jest napisany w tak pełnym grozy języku, że dodaje mi tylko ciężaru do niesienia. Wszystko, na co spojrzę wydaje mi się straszne, makabryczne. Nie mogę oglądać telewizji i uśmiechniętych ludzi (w mojej wyobraźni spływa z nich krew, hektolitry krwi), wciąga mnie jakiś ponury lej, rozedrganie, pojawiają się skurcze przełyku i odruchy wymiotne, czasem całe moje ciało drga w jakichś niekontrolowanych skurczach (raz poczułam wtedy silne pulsowanie na karku), prawie nic nie jem.
Mantrowałam, ale w stresie. Pomodliłam się o pomoc, o wsparcie, o miłość, która wyrwałaby mnie z tej przepaści lękowej i wsparła w życiu. Jestem z tym zupełnie sama. W nocy zjawili się. Była to czyjaś przyjazna, czysta Obecność, bez ingerencji. Nad łóżkiem (dużym, małżeńskim moich rodziców) w ścianie było gniazdko, w które wetknięto aż 3 wtyczki z przewodami jednocześnie. 2 z nich rozchodziły się wzdłuż ściany, na prawo i lewo, a trzecia była jakoś połączona z moim ojcem, który leżał w łóżku i był z nią kłopot energetyczny, iskrzyła. Ojciec leżał na odwrót w łóżku, nogami do ściany, a ja obejmowałam go od strony pleców i głaskałam uspokajająco po głowie, próbując przemówić do rozsądku i pocieszyć. Był inny, niż w rzeczywistości, przede wszystkim młodszy (może w moim wieku teraz), miał inny głos, ale za to narzekał i biadał dokładnie jak kiedyś. Przepełniały go rozpaczliwe żale do świata i na swój los. Skarżył się, że kiedy wypełni komuś kupon Toto-lotka, to ten ktoś wygrywa, a jemu nigdy się to nie udało. Perswadowałam mu cierpliwie, że nie czas teraz tym się zajmować, że jest już na to za późno.
[Sen odczytuję w odwróceniu. Istota przybierająca postać ojca usiłowała mnie pocieszyć i wytłumaczyć, że dręczę się podobnie, jak robił to kiedyś mój ojciec. Co sprawia kłopot w przesyłaniu energii i kontakcie.]

ctulhu

12 marca 1999 roku. W świadomym śnie szłam z ojcem ulicą miasta i na nocnym niebie spostrzegłam trzy światła szybko zmieniające kurs. Zaaferowana pokazałam pojazdy ojcu, a on stanowczym tonem kazał mi zatrzymać się i nie ruszać. W tej samej chwili obudziłam się na poziomie drugiego ciała i ujrzałam jak z jednego ze świecących pojazdów wynurza się w błyskawicznym tempie ogromna, pozbawiona głowy i oczu istota. Była ciemna, bezkształtna, właściwie sam olbrzymi korpus, z którego sterczało wiele, wiele kończyn. Skojarzyła mi się ze Starą Istotą z opowiadań H. P. Lovecrafta. To trwało dosłownie ułamek sekundy. Wbiła mi ostrą igłę pod podstawę czaszki, umieściła tam coś i natychmiast znikła. Ból ściągnął mnie błyskawicznie do ciała fizycznego, czyli na jawę i odczuwałam go jeszcze przez dwa dni. Potem pojawiał się sporadycznie, ale intensywnie przez kilka lat.

26 marca 1999 roku. Poprzedniego wieczoru, o godz. 19.05 zaobserwowałam na rozgwieżdżonym niebie – stojąc na podwórzu – przelot jasnego światła na wschód od strony księżyca będącego wtedy prawie w zenicie. Światło było wielkości Wenus i leciało w linii prostej, nie przypominając samolotu. Kiedy jednak znalazło się nade mną, nagle rozbłysło o wiele jaśniej jak lampa, a potem dość szybko zmniejszyło się do rozmiarów punktu i błyskawicznie znikło.
Tej nocy przeżyłam w transie jazdę samochodem, masaż serca, który robił mi jakiś lekarz i trzy-cztery bolesne zastrzyki w klatkę piersiową.

Dwa dni później zmarł nagle, na czwarty zawał serca, w drodze do szpitala mój wujek, wieziony pogotowiem reanimacyjnym. Choć brzmi to jak w bajce o gasnących gwiazdach, to światło podczas lotu rozbłysło dokładnie nad jego domem.

zielony

W środku nocy 31 marca 1999 roku ni stąd ni zowąd zaczęłam rozmyślać o pokrętnych sposobach stosowanych przez gadzie istoty, które najwidoczniej umieściły mi na karku swój implant, a w wyobraźnię wsączyły lęk i zwątpienie. Toteż, kiedy teraz nagle ktoś zjawił się w pokoju, wzięłam go za gada. Ogarnęła mnie znajoma demoniczna energia i instynktownie wykonałam w samoobronie znak krzyża. Natychmiast poczułam, że negatywne wrażenie znika, tak jak maska spadająca z twarzy aktora, ale istota stała dalej, co spowodowało, że wpadłam w panikę i powtarzałam z wielką determinacją, a w końcu nawet złością, formułkę: „W imię Jezusa Chrystusa wypędzam cię!”. Postać ta zachowała jednak stoicki spokój i usiłowała wyciągnąć mi implant z podstawy czaszki, wstrzyknięty tam przez lovecraftowskiego potwora. W końcu szybkim, sprawnym ruchem umieściła coś w okolicy nosa po lewej stronie na mojej twarzy i dokręciła jak śrubkę. W trakcie tej czynności wdała się ze mną, tonem zabawnie opryskliwym, w rozmowę. Był to mężczyzna, niewielkiego wzrostu (ok. 1,2 metra). Dotknęłam jego dłoni, aby sprawdzić, czy nie ma szponów. Miał długie, ostre paznokcie, które wydały mi się na tyle podejrzane, że nie przestawałam protestować. „No, więc pokażę ci się. Możesz mi się przyjrzeć…” – zdecydował się nagle i lekko zeskoczył zza moich pleców na podłogę przy tapczanie, ukucnął, czekając, aż na niego spojrzę. Zasłoniłam sobie oczy, aby nie móc tego zrobić. Bałam się jego widoku i tego, że zobaczę wężową istotę, co już kompletnie odbierze mi rozum. „No, to się baj!” – zrezygnował w końcu i wymówiwszy te wieloznaczne słowa szybko znikł z pokoju, przez okno. W jego głosie było zniecierpliwienie i rodzaj lekkiego pogardliwego rozbawienia wobec mojej panicznej reakcji. Natychmiast pożałowałam, że nie skorzystałam z okazji zobaczenia jednego z moich nocnych gości. I wtedy natychmiast ukazała mi się pod powiekami twarz tej istoty. Głowa kształtem przypominała innych humanoidów – duża, łysa czaszka z niewielkim podbródkiem, wielkie, ciemne, skośne oczy bez białek, ale skóra była zielonkawa, pokryta wężowymi, drobnymi łuskami.

Cdn.

Z dziennika wzięć zapis 2

Jak poprzednio powstrzymuję się od komentarzy. Zwłaszcza, że gadoidy, czyli reptilianie są modnym tematem od jakiegoś czasu. Wtedy, gdy zdałam sobie sprawę z ich obecności i roli, jaką zajmują na polu Świadomości, wiedziałam o nich dość mało. Najwięcej, jak się okazało, z ksiąg indyjskich. Teraz, przeszukując popularne zasoby grafik internetowych w gadzim temacie niewiele znalazłam rysunków choćby z grubsza podobnych do istot, które widziałam i wyczuwałam.
Zwracam też uwagę, że spotkania z drugą stroną były naprzemienne, jeśli chodzi o coś, co z ludzkiego punktu widzenia można nazwać: dobro i zło, jasne i ciemne. Strach był dozowany i pod jakąś kontrolą. Istoty były różnego autoramentu, włączając także wśród nich bogów i anioły. Zwracam uwagę na wizytę pary w psiej czapce.

anunnaki

19 stycznia 1999 roku. Krótko po północy na dworze zaczęło się coś dziać. Mój stary, kilkunastoletni pies obszczekiwał z młodzieńczą zajadłością i wyraźną wrogością trasę wzdłuż ogrodzenia sąsiada przed domem. Zaniepokoiło mnie to. Poczułam ogarniające mnie wbrew woli nastroje i myśli, które można by scharakteryzować jako demoniczne, złe, opętańcze. I nagle coś się pojawiło koło tapczanu. Byłam zawinięta w kołdrę aż po czubek głowy, ale strach, który poczułam, jeżący włosy na całym ciele, kazał mi się ukryć jeszcze szczelniej. Zaczęłam jak katarynka powtarzać słowa pacierza, a lęk tak się wzmógł, że pomyślałam, iż muszę się przygotować na śmierć.
Odniosłam wrażenie, że to „coś” usiłuje do mnie dotrzeć. Obwąchiwało mnie jak pies, dotykało, muskając kołdrę z zewnątrz i odniosłam wrażenie, że ma szponiaste, zakończone bardzo długimi i ostrymi pazurami, palce. W końcu chyba ustaliło sobie to, co miało ustalić i zaraz usłyszałam dziwny i obcy dźwięk – jego głos. Było to ciche mamrotanie, ostro świszcząco-syczący szept, wypowiadający jakieś niezrozumiałe „mantry”, być może miało mnie uśpić lub coś mi zasugerować, gdyż poczułam, że nie panuję nad swoją świadomością, choć nie straciłam przytomności. Po chwili ujrzałam pod zamkniętymi powiekami wpatrujące się we mnie uważnie i bez mrugnięcia, ogromne, szeroko otwarte, migdałowe oko. Przez dłuższą chwilę istota lustrowała zawartość mojego umysłu, a potem tak samo błyskawicznie jak się pojawiła – znikła z pokoju, przez okno.

dinozaur

Przypominała dinozaura, drapieżnego i groźnego, pochylonego, na zręcznych silnych nogach, bardzo prędkiego, o zwierzęco – zupełnie inaczej, niż ludzkie – wyostrzonych zmysłach, refleksie i percepcji. Była bezwzględnie obojętna i nie bawiła się w dostosowywanie się do ludzkiego świata, tak jak czynili to wcześniej odwiedzający mnie humanoidzi. Znała skuteczne chwyty i używała ich bez liczenia się ze skutkami dla mojej osoby. Mimo to (może właśnie z tego powodu) wydała mi się szczególnie fascynująca, niezwykła i pełna mocy. W trakcie spotkania czułam intensywne oddziaływania na splocie słonecznym, tak jakbym miała tam stalową tarczę [w mojej wyobraźni pokrytą jakimiś dziwnymi runami]. Wydawało mi się także, że jestem szczelnie wraz z głową przykryta kołdrą, ale gdy wszystko minęło okazało się, że jednak twarz mam odkrytą.

20 stycznia 1999 roku. Zaczęło się gorącym, energetycznym „plastrem” na plecach. Następnie pojawiło się coś z tyłu nad głową mające płaską, kwadratową powierzchnię, która zaczęła emitować silnie mrowiącą energię. To oddziaływanie spowodowało drgania w przełyku (w fizycznym ciele) i już po chwili całe gardło i krtań były w ten sposób „potrząsane” i „otrzepywane” z blokujących je drobnych skurczów mięśni. Wszystko trwało kilkanaście sekund, nie więcej. Poczułam silny przepływ energii, tak swędzącej, że zaczęłam pokasływać. Przyłożyłam tam ręce. Po tym zabiegu odczułam także muśnięcie nieco delikatniejszej energii w dolnej partii ciała, która natychmiast usunęła ból receptorów w stopach, dokuczający mi od kilku dni.
W końcu ktoś się nagle zjawił. Drobny nieznajomy mężczyzna. Położył się wzdłuż mojego ciała i wydawało mi się, że w jakiś sposób widzę jego zarys jako szczupły, niewyraźny cień. Powiedział, że ponieważ mam takie możliwości (pomyślałam, że chodzi mu o inicjacje reiki), uruchomi teraz we mnie przepływ energii przez dłonie i już po chwili porobił jakieś znaki. I rzeczywiście, zaraz poczułam, że dłonie robią się bardzo gorące, a trzymanie ich na grasicy i przy gardle łagodzi denerwujące podrażnienie w przełyku (wystarczyło je odjąć, aby od razu się rozkasłać). A on szybko zabrał się do bardziej mechanicznego zabiegu, gdyż poczułam, że usiłuje wbić mi igłę w udo pod lewym pośladkiem. Gdy zabolało, poruszyłam nerwowo nogą, raz, potem drugi, bolało. Usłyszałam nagły szelest w pokoju, gwałtowny ruch, i jednak zdecydowanie zdołał zrobić swoje. Zapiekło. Po czym wszystko natychmiast znikło. Na moim ciele pojawił się jednak wyraźny ślad po ukłuciu, mimo że zastrzyk dostałam bez odsuwania kołdry, tak jakby wcale jej nie było.

21 stycznia 1999 roku. Raz i na bardzo krótko pojawił się ktoś (a może raczej coś?), co ujrzałam kątem oka, jako poruszający się szybko cień. Poczułam niewielki ból po nakłuciu w miejscu starej blizny po ospie na lewym ramieniu. Drobne ukłucia tak szybko następowały po sobie jak w maszynie do szycia, a igła podnosiła się błyskawicznie po jednej linii („nitki”) i od razu ponownie uderzała w ciało. Na koniec „aparat” bardzo szybko i bezboleśnie „wyciągnął” coś znad moich zębów w górnej szczęce po lewej stronie (było to dokuczające mi sporadycznie od roku ognisko zapalne w zatoce okołoszczękowej) i znikł.

Pippi

25 stycznia 1999 roku w nocy nagle zorientowałam się, że dzieje się coś dziwnego. Usłyszałam specyficzny buczący dźwięk wokół siebie, który generował fale energii i uświadomiłam sobie, że unoszę się w powietrzu! Zsunęłam lewą rękę w dół, stwierdzając, iż rzeczywiście – wiszę jakieś 10 centymetrów nad tapczanem. Zaraz potem usłyszałam koło siebie nieznany męski głos przemawiający do mnie łagodnie w stylu: „Dobrze, a ponieważ jesteś taka grzeczna zasłużyłaś sobie na nagrodę…” i w jednej chwili moje usta otworzyły się same i poczułam ukłucie igły w górne dziąsło, nad przednimi zębami. Zabolało i trochę się przestraszyłam. Mogłam jednak otworzyć oczy i ujrzałam jakichś ludzi. Szczupłego lekarza w białym kitlu (dość szybko jednak usunął się z mojego pola widzenia) oraz niewysoką drobną pielęgniareczkę, stojącą z posłusznym pochyleniem głowy i wysłuchującą pilnie poleceń „pana doktora”. Była niska, w nieskazitelnie białym fartuszku, z grzecznym uśmiechem na piegowatej buzi okolonej rudymi włosami, wystającymi spod pielęgniarskiego czepka. Skojarzyła mi się z Pippi Langstrumpf i to mnie rozbawiło, mimo głupiej sytuacji, w której się znajdowałam. Z zapałem powtórzyła polecenie „pana doktora”, w którym było zdanie o „dwóch wiewiórkach”, co nasunęło mi pomysł, że przyjdą jeszcze jakieś nowe wiewiórko-podobne istoty z innej rasy. Tak się jednak nie stało, istoty musiały mówić o moich dwóch zębach-siekaczach, wiewiórczym atrybucie z plakatów reklamujących dzieciom szczoteczkę i pastę do zębów.

[Z podręcznego sennika: Dwa przednie zęby w symbolice snu oznaczają rodziców, w tym wypadku Matkę i Ojca ze sfery nieprzejawionej].

Obudziłam się z tego nagle, leżąc na wznak, tak jak zasnęłam. Szybko otworzyłam jedno oko, nikogo wokół mnie nie było. Tylko w ustach działo się jeszcze coś dziwnego. Na powierzchni całego górnego podniebienia czułam mechaniczne oddziaływanie jakiejś energii, wygładzającej dziąsła od wewnątrz i rozsuwającej bardzo delikatnie zęby. Prawa dwójka trochę mnie zabolała, gdy docisnęłam szczęki, ale to szybko minęło.

3 lutego 1999 roku. Przy pomocy cienkich wierteł (trochę grubszych od zwykłej igły) istoty umieściły przynajmniej kilka implantów w moich plecach, krzyczałam z bólu, ocknąwszy się w drugim ciele, daremnie. Pod obiema łopatkami i w okolicach obu nerek, także przy kręgosłupie. Głos, o zupełnie innym, niż dotychczas znane brzmieniu (pogłębionym emocjonalnie i wydobywającym się jak gdyby z okolic brzucha), mówiący z początku płynnie po angielsku! (nie znam tego języka) przygotował mnie na otrzymanie jakichś ważnych wiadomości, które mam zapisać i przekazać innym.
Z tekstu lejącego się szybko, bez akcentu, przecinków i kropek, i bez powtórek zapamiętałam informację, że istnieje jakiś ważny prezes, którego osobiste ingerencje są wielką rzadkością, a który polecił zająć się szczególnie moją osobą (a raczej tym, co robię), gdyż zależy mu na współpracy z tymi, którzy potrafią „mędrkować” (przy tym słowie głos jakby się zaciął, próbując utworzyć polskie słowo na bazie rzeczownika mądrość, efekt wyraźnie go nie zadowolił), „a ta dziewczyna potrafi”.

[Hm, prawdopodobnie szło o to, że w żadnej z takich dziwnych sytuacji nie reagowałam psychozą, fanatyzmem religijnym, ani schizofrenią, czyli nie biegłam do księdza czy lekarza, tylko sięgałam do książek, samodzielnie próbując cokolwiek zrozumieć].

4 lutego 1999 roku. Złożyłam długo odwlekaną wizytę dentystce, prosząc o zaplombowanie dolnej lewej trójki, która od miesiąca zaczęła boleśnie dawać o sobie znać. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że ząb jest całkowicie zdrowy i nie ma w nim najmniejszego śladu po ubytku, który był tam jeszcze wczoraj.

13 lutego 1999 roku około 23.30 najpierw zgasło światło w całym domu, a po kilku minutach, mimo wyłączenia zapaliło się samo w drugim pokoju, w którym nikt nie spał. Prawie jednocześnie rozpłakało się na cały głos, obudzone czymś znienacka dziecko siostry, śpiące w mieszkaniu na piętrze. Całą noc byłam dziwnie napięta i czujna, w końcu koło piątej zjawiła się jakaś istota. Jej obecność oznajmiło, przypominające zgniatanie w palcach szeleszczącego papieru, „trzeszczenie powietrza” przy moim uchu. To zaraz wprowadziło mnie w sen. Mimo to wiem dobrze, że robiono mi tej nocy jakieś zabiegi.
Co pewien czas wracałam do przytomności i wyłapywałam nieliczne wrażenia, po czym znów zabierał mnie w nieświadomość usypiający kulisty pocisk energii. Rano okazało się, że pamiętam jednak strzępki wydarzeń, fragmenty snów. Słyszałam głos istoty, przemawiającej na wysokości mojej głowy przy tapczanie. Był inny, niż dotychczas poznane, bardziej bełkotliwy (tak, jakby istota sepleniła, czyli „miała kluski w buzi”). Z potoku monotonnych wyrazów zapamiętałam jedynie słowo „śledziona” i że był to wykład na temat funkcjonowania tego organu w ciele.
Dopiero w dzień nagle przypomniałam sobie, że w pewnym momencie w sąsiednim pokoju pojawiło się coś w rodzaju dwóch buzujących energią, niewidzialnych kul (był to rodzaj odkształcenia w zewnętrznej rzeczywistości, trójwymiarowego zakrzywienia przestrzeni, przesuwającego się swobodnie w powietrzu), które błyskawicznie znalazły się przy moim tapczanie i, przyjąwszy postacie humanoidalnych istot rozsiadły się w fotelach. Jedna z nich była kobietą, druga mężczyzną. Mignęła mi jego poważna, nieco płaska i bez właściwej ludziom mimiki – twarz. Był łysy, o ziemistej cerze, miał spiczaste uszy, głębokie, ciemne oczy, płaskie i bardzo szerokie usta, oraz wystający zdecydowanie, a nawet ze sporą brutalnością, ostry podbródek. Chwilę potem jego obraz zamienił się w negatyw, twarz stała się czarna, jak gdyby zasłonięta czarną maską, a tylko oczy (i uszy) jaśniały. Żeńska istota przybrała kształt niskiej kobiety o wydatnym biuście, ale twarzy nieokreślonej, a na jej głowie zobaczyłam brązową czapkę z doszytymi po obu stronach długimi psimi uszami, a la disneyowski pies Pluto.

[Kilka tygodni później otworzyłam przypadkowo książkę o mitologii greckiej, i przeczytałam na tej stronie, że bóg podziemi Hades (Pluton) pojawiał się między ludźmi w czapce-niewidce z uszami psa. W takim razie jego towarzyszka musiała być Prozerpiną, córką Demeter.]

Z dziennika wzięć zapis 1

Tych zdarzeń komentować nie zamierzam. Niech mówią same za siebie. Notatki z nocnych przeżyć robiłam bardzo skrupulatnie każdego dnia, rozumiejąc, że podlegam jakiemuś szczególnemu „odgórnemu” procesowi, któremu mimo wszystko muszę zaufać. Bo nie mam innego wyjścia. Wizyty nocne powtarzały się zrazu co noc, potem nieco rzadziej aż do 2003 roku. Z czasem zastąpiły go rozbudowane wizyjne sny z „wyższej półki”. Niniejszy zapis wszedł w skład mojej książki „Przemiany w ultrafiolecie” wydanej w 2003 w Wydawnictwie Brama.

*

7 stycznia 1999 roku. Coś się wydarzyło w nocy, czego nie zapamiętałam, a po czym poczułam się bardzo dziwnie. Spędziłam potem prawie cały dzień siedząc nieruchomo na krześle, w specyficznym obezwładnieniu ciała i umysłu.

11 stycznia 1999 roku. Przyśniła mi się postać w mnisim habicie i kapturze, stojąca za drzwiami mojego pokoju. Obudziły mnie… prawdziwe zastrzyki w lewy pośladek.

13 stycznia 1999 roku. W środku nocy ocknęłam się z jakiegoś niepamiętanego transu w swoim łóżku jako… Jezus Chrystus, cały w uśmiechach, bardzo, bardzo szczęśliwy.

14 stycznia 1999 roku. Otworzyłam nagle oczy, wyrwana na jawę z głębokiego snu z jedną tylko, ale za to jakże radosną myślą: „Pochodzę z przyszłości!”

15 stycznia 1999 roku około 3:00 w nocy obudziło mnie nagle coś podobnego do gwałtownego rumoru i okrzyk mamy śpiącej w sąsiednim pokoju, krótki, urwany, jak gdyby napadnięto ją z zaskoczenia. Kiedy jednak ocknęłam się, okazało się, że w domu panuje kompletna cisza, więc uznałam wszystko za sen. Tylko bez żadnego powodu serce biło mi jak oszalałe i nie wiem, z jakiego powodu myślałam uporczywie o białym kosmicie widzianym kiedyś za oknem. Jak gdyby w odpowiedzi na te myśli (i wewnętrzne perswazje w rodzaju: to był tylko sen, nie jawa) rozległy się kilka razy głośne stuknięcia w blaszany parapet okna od zewnątrz i po chwili z pewnej odległości na podwórzu zaszczekał pies – krótko, bez agresji, ale ostrzegawczo.
Nie mogłam zasnąć. Uporczywie analizowałam zapamiętane strzępki snu, z którego właśnie się obudziłam. Majaczyli mi w głowie dwaj moi koledzy, horoskopowi bliźniacy, którzy trzymając się za ręce wyfrunęli z pokoju przez okno, także troje śpiewających dzieci oraz dwie wypalone świece w lichtarzu. Druga zgasła na moich oczach, co mnie zdumiało, gdyż byłam przekonana, że dopiero co nową zapaliłam, a tu tymczasem zostały tylko resztki stearyny i kawałek wypalonego knota. Na koniec zjawiał się w pamięci króciusieńki obraz kilku (może trzech) białych, szczupłych, niewysokich istot w moim pokoju i męski, mechaniczny głos mówiący, że trzeba będzie jeszcze pokłonić się trzy razy. Poza tym bolało mnie prawe biodro i czułam wzmożone mrowienia w gardle. Zdziwił mnie także fakt, że termofor, którym zawsze rozgrzewam stopy w zimie jest jeszcze o tej porze ciepły, zazwyczaj szybko stygnie i powinien już być chłodny.
Około 5:00 rano (odróżniałam tę godzinę, gdyż sąsiad o tej porze codziennie wyjeżdżał do pracy samochodem) zdałam sobie sprawę, że wchodzę w trans. Znienacka poczułam na plecach obecność mężczyzny, znanego mi od lat z wielu wizyt. Uznałam go za ducha mojego ojca. Teraz szeptał mi jakieś informacje do lewego ucha, a ja wiedziałam, że to nie jest mój ojciec! Jego głos brzmiał o wiele młodziej i miał mechaniczne zabarwienie. Jego słowa docierały do mnie niewyraźnie. Słychać było lekki szum i trzaski zakłócające odbiór, trochę jak w źle dostrojonym odbiorniku radiowym. Zrozumiałam tylko, że ostrzega mnie przed spotkaniem z czymś złym w przyszłości, a także podkreśla znaczenie tego, co zaczęłam właśnie zapisywać w komputerze.
– To prawdziwy skarb, pilnuj go – mówił tak najwyraźniej o moich zapiskach, co mnie zdziwiło. Nie miałam o nich (ani tym bardziej o sobie) zbyt wielkiego mniemania. Ponieważ z trudem docierała do mnie treść jego słów, kilkakrotnie poprosiłam go o powtórzenie informacji, a on bardzo cierpliwie powtarzał wszystko od początku. Na koniec zapytał, czy chcę wiedzieć coś jeszcze.
– Tak, powiedz mi, co się wydarzy w moim życiu osobistym.
Skwapliwie i życzliwie przepowiedział mi bieg wypadków, a kiedy skończył, zorientowałam się, że wokół mnie kręci się więcej osób. Naliczyłam trzy. Dwaj krótko ostrzyżeni bruneci we współczesnych ubraniach. Mieli jakieś czarne aparaty w rękach, które wydały mi się podobne do podręcznych magnetofonów, trochę większych od telefonu komórkowego. Obaj byli bliźniaczo do siebie podobni. Rozmawiali swobodnie, a ton ich głosów (taki specyficznie mechanicznie bezosobowy, jak u oddanych pracowników reklamujących wyroby swojej firmy) kazał mi myśleć, że spełniają ściśle określone obowiązki. Ten, co ze mną rozmawiał pozostawał cały czas, jak niewidzialny sobowtór, z tyłu za moimi plecami i do końca nie udało mi się zobaczyć jego twarzy. Jego głos jednak, w porównaniu z bliźniakami był bardziej indywidualny, emocjonalny i tym samym bardziej ludzki. Trzecia, a właściwie czwarta osoba zdawała się bardziej interesująca.

jadeit
Stary człowiek, wyglądający tak, jakby skórę twarzy miał nałożoną jak maskę na swoją głowę, uśmiechał się, a kąciki ust opadały mu po bokach. To samo działo się z jego oczami, które z kolei sprawiały wrażenie większych od otworów na oczy. Poza tym same oczy były przedziwne. Olbrzymie, migdałowe, jasne (w kolorze zielonkawego jadeitu), pokryte kilkoma błonami, zachodzącymi na gałkę oczną z czterech stron, od dołu, z góry i z obu boków, jak cztery jasne półksiężyce. Był kimś innym, na pewno o wiele ważniejszym od dwóch „specjalistów” kręcących się wokół mnie, co dało się wywnioskować z ich zachowania, gdyż on sam żadnym gestem nie podkreślał swej roli.
Zorientowałam się, że robią mi jakiś zabieg, ponieważ ten z tyłu pokazał na dłoni wyciągnięty (pewnie z moich pleców) dość długi pręcik (przypominał cienki, jasnobrązowy gwoździk), otoczony strzępkiem białej, tłustej tkanki. Padł z jego ust krótki komentarz: – No tak…
Bałam się bólu, ale nie poczułam go.
Starzec sprawiał wrażenie, mimo wielkiej brzydoty, kogoś sympatycznego i bliskiego. Jego uśmiech i spojrzenie były pełne dobrotliwej, wyrozumiałej i żartobliwej miłości. Promieniował nią. Uśmiechał się z miłością dosłownie całym sobą. Budził wielkie zaufanie, jak niezwykle kochający, mądry ojciec. Zadawałam pytania, które jednak padały w próżnię. Obserwując specjalistów zastanawiałam się nad światem, w którym przebywają, poza znaną mi, karmicznie uwarunkowaną czasoprzestrzenią, tam gdzie panują inne prawa i skąd można obserwować i kontrolować materię oraz ludzi takich jak ja. Interesowały mnie moje przyszłe wcielenia i to, ile ich jeszcze będzie. Tymczasem jeden ze specjalistów rzucił mimochodem wiadomość, że Franek K. urodzi się jeszcze trzy razy. Pytałam jednak o siebie, nie o niego, a oni udawali, że nie słyszą, zajęci swoimi sprawami.
Ten z tyłu wciąż mnie obejmował w pasie, co silnie mrowiło. Postanowiłam przedstawić swój problem starcowi, a pytając go, czułam się jak małe, ciekawskie dziecko siedzące u stóp mądrego ojca (musiało nastąpić, niepostrzeżenie dla mnie, jeszcze dodatkowe rozdzielenie ciał subtelnych). Patrzył na mnie wciąż uśmiechającymi się oczami. Skóra maski-twarzy zwisała mu zwłaszcza w dolnej partii głowy, tak jakby wcale nie miał podbródka. Ponieważ nie kwapił się do odpowiedzi, zmieniłam w końcu pytanie.

– A ty ile masz lat?

– Tysiąc – odpowiedział po prostu. I dodał – Ale ty będziesz miała już niedługo 250.

Nie dostałam żadnego innego wyjaśnienia. „Specjaliści” (czy może asystenci) wspomnieli jedynie, że przez jakiś czas po zabiegu mogę odczuwać brak energii.
I obudziłam się jak gdyby nigdy nic w swoim łóżku. Do rana ciągnęły się sny wizyjne, z których wyrwał mnie niezbyt głośny męski głos, wydobywający się z mojej prawej ręki, oznajmiający radośnie:
– Wiadomości od Boga!

16 stycznia 1999 roku. Tej nocy męczyło mnie pragnienie. W końcu zmobilizowałam się, usiadłam na brzegu tapczanu i wtedy usłyszałam kilka niezrozumiałych dźwięków, jak gdyby coś szybko odsunęło się ode mnie i potrąciło przy okazji o stolik (sprawdziłam, nie zahaczyłam o nic ręką ani nogą). Wyszłam z lekkim zawrotem głowy do kuchni, napiłam się wody, a gdy wróciłam i zgasiłam światło, zobaczyłam dwie ciemne plamy przed sobą, gdzieś na wysokości ramion (tj. około metra), odsuwające się prędko w głąb pokoju. Trochę się bałam, w łóżku poczułam się bezpieczniej, ale przez dłuższy czas, nim zasnęłam, czułam się dziwnie. Jak gdyby zamieszkała we mnie świadomość (i tożsamość) prastarej, niezwykle mądrej, kosmicznej istoty, nawet „miałam” wielkie, czarne oczy, jak ona. Wtedy zdałam sobie sprawę, że ta tożsamość ogarnęła mnie nie po raz pierwszy w życiu, znam ją z przynajmniej kilku głębokich medytacji. Rano to wrażenie stopniowo zanikło.

17 stycznia 1999 roku. Miałam wizytę przyjaciół. Długo w noc gadaliśmy o głupstwach przy wytrawnym winie. Położyliśmy się spać o pierwszej po północy, a ja myślałam sobie z nadzieją, że chociaż tej nocy będę mieć spokój z powodu obecności ludzi w domu. Nagle zjawił się dobrze mi znany strach. Chwilę potem coś szybko przeturlało się po podłodze. I znów jakiś hałas. Przeleżałam, nie śpiąc prawie do świtu. A rano zobaczyłam ze zdumieniem, że poduszka spod mojej głowy leży dokładnie po środku pokoju, na podłodze!

Cdn.

Ojciec

W świecie snów ważną rolę pełnią rodzice, rodzina w ogóle. Aby dobrze pojąć rodzicielską, ojcowską i matczyną rolę „tam”, należy znać i przemyśleć swoje relacje z rodzicami w świecie na jawie. Napiszę więcej o tym w kolejnym wpisie. Bowiem teraz przedstawiam kogoś, kto zaczął w pewnym momencie grać ważną dla mnie postać po drugiej stronie. Jego życie i osobę ziemską, i nieco stamtąd. Swoją drogą to ważny osobiście moment, bo niedługo minie trzydziestolecie jego śmierci.

Po drugiej stronie

Mały dzieciak na ojcowskiej furmance, zaprzężonej w wyleniałą kobyłę, patrzący wielkimi oczami na wypalone ruiny Warszawy. Dokąd przybyli, aby poratować w biedzie i chłodzie powrotu, stryjeczną rodzinę. Ten widok jeszcze miejscami dymiącego i zabitego bezwzględnie świata zapadł mu w duszę na zawsze. I wracał przez całe życie przy okazjach wspomnień, zwierzeń, smutku. Jako obraz jego do głębi zranionego serca.

ruinyWawy

Skrzywiony do płaczu kilkulatek stojący na krześle obok swego starszego brata z komunijną gromnicą w ręku.

Potem dwunastolatek wędrujący po lesie za grzybami z ukochaną suką o imieniu Wierna. Pies nauczył się świetnie je odnajdywać, a nawet odróżniać jadalne od „psich”.

Następnie gimnazjalista przyjaźniący się z karłem. Zapamiętały mol książkowy, uwielbiający w dzieciństwie opowieści o Tarzanie, Mowglim, Robinsonie Crusoe, książki Coopera i Sienkiewicza. A potem wielbiciel Hemingwaya, Steinbecka, Remarque`a. Znakomity biegacz na krótkie i średnie dystanse, często pomagał przyjacielowi, uciekając z nim przed zgrają kolegów naśmiewających się w ubikacji z „kurdupla” obdarzonego większym przyrodzeniem, niż oni. Karzeł stawiał stopę na jego stopie i w ten sposób, podtrzymywany za ramię mógł biec kilkakrotnie szybciej, niż sam by potrafił. Z czasem stopę zastąpił motor, na który często go zabierał, ku uciesze wiejskiej gawiedzi.

Potem niedoszły student uczelni sportowej, pod przymusem despotycznie nastawionej matki uczący się jak gdyby wbrew sobie medycyny.

Młody lekarz mimo wszystko z powołaniem, pracujący w wiejskiej przychodni.

Zakochany żonkoś, w modnych przyciemnianych okularach, po pracy zajeżdżający motocyklem, aby spotkać się z żoną w jej służbowym pokoiku w drewnianej wiejskiej chacie.

Młody ojciec chodzący niespokojnie z kąta w kąt na korytarzu izby porodowej podczas mozolnego przyjścia na świat pierworodnego dziecka.

Dojrzewający lekarz w biednym polskim trudzie lat sześćdziesiątych. Uczył się być bardziej dla innych, niż dla siebie. Natrętnie stukający do drzwi i okien ludzie, przeważnie chłopi z pobliskich i dalszych wiosek nie dawali mu spokoju przez całą dobę; był jedynym lekarzem w okolicy, który nie zamykał się przed potrzebującymi o żadnej porze dnia i nocy. Wychodził do chorych, telepał się furmanką (o wiele rzadziej jakimś motorem, gdyż o samochodzie nikt jeszcze w tych czasach nie marzył) parę kilometrów w zimnie i deszczu nierzadko kilka razy w ciągu tej samej nocy. Rano zaś szedł na ósmą przyjmować pacjentów do przychodni.

Szybko obsuwający się w depresję, lekomanię, nikotynizm i alkoholizm smutny frustrat, nawiedzany przez nocne zmory i koszmarne cienie. Przeszkadzały mu spać równie skutecznie jak pacjenci.

Jednocześnie lekarz, który miał zawsze czas na wysłuchanie chorych, pogłaskanie dziecka, ulubieniec starszych pań i starszych panów, nierzadko w zaufaniu radzących się u niego w intymnych sprawach. Które wciąż dla nich były ważne. Biorący od pacjentów zapłatę „co łaska”, także w produktach naturalnych, grzybach, drobiu, jajach, gdy nie było pieniędzy, lub w formie pomocy w pracy przy domu.

Z czasem sam coraz bardziej chory na różne wywołane nałogami przypadłości, z pasją opiekujący się miejscową drużyną piłkarską rencista. Wysiadujący na parkowej ławce i zagadujący do każdego, kto przechodził obok, serdecznie i ciepło, czasem z ciętą ironią. Najlepszy kolega wiejskich żulików, którzy zawsze z poświęceniem przynosili go do domu, gdy opadł był z sił. Albo pomagali pozbierać się w trakcie i po ataku padaczki.

W dziwny sposób napełniony coraz czystszą, nieomal chrystusową energią, rzadko myjący się i nieprzejmujący swoim strojem outsider.

Zmarł nagle, w nocy, w pozycji klęczącej. Ksiądz przyspieszył pogrzeb o jeden dzień ze względu na jego niebezpieczną popularność wśród ludu, a przecież był na bakier z kościołem od lat młodzieńczych i to należało napiętnować. Mimo to przyszła niezliczona ilość odprowadzających, wielu dołączyło do kolumny po wyprowadzeniu trumny z kościoła. Rzeczywiście, następnego dnia, gdyby dojechali ludzie z wiosek, mogłaby to już być manifestacja.

Przed wyprowadzeniem z domu trumny z ciałem zjawiła się Katarzynka, głuchoniema kobieta z pobliskiej wsi. Kilka lat wcześniej codziennie współczująco do niej zaglądał, gdy samotnie borykała się ze śmiertelną chorobą starej matki. Czasem nawet pomagał finansowo, choć sam niewiele miał. Długo stała za plecami modlących się, aż wreszcie podjęła decyzję i nieśmiało podszedłszy do nieboszczyka położyła mu w nogach bukiecik polnych kwiatów nazbieranych świeżo na łące. Ten bukiecik pozostał z nim w trumnie jako najcenniejsze podziękowanie.

Cmentarz znajdował się dwa kilometry od kościoła, na wzgórzu za miasteczkiem. Dlatego przy każdym pogrzebie wynajmowano dwie grupy mężczyzn, którzy na zmianę nieśli trumnę na ramionach. Tym razem sami się zgłosili, cała drużyna kolegów od kieliszka. Faceci o czerwonych nalanych twarzach, sinych nosach, w spranych garniturach, nieomal wyrywali sobie trumnę z rąk zmieniając się co kilka minut. Nie dla tego, że była tak ciężka, gdyż ważył już za życia tyle, co chuchro. Ale było ich tak wielu i każdy z nich chciał go osobiście ponieść, choćby raz.

Zgodnie nie wzięli za to pieniędzy od wdowy. Urządzili sobie sami stypę w miejscowej gospodzie. Którą trzeba było na następny dzień zamknąć, aby zlikwidować szkody, które poczynili w pijackim żalu. Na Zaduszki po słowiańsku lali wódkę na jego grób zagryzając chlebem i kiełbasą i opłakując go szczerymi łzami. Wkrótce po kolei wielu z nich odeszło tam za nim.

Mój ojciec.

*

Już wkrótce, zgodnie z obietnicą, którą mi wiele razy składał, zaczął przychodzić z wizytami. Po raz pierwszy kilka nocy po swej śmierci. Kiedy chciałam mu we śnie pokazać drogę, gdzie ma się udać odpowiedział tylko, obejmując mnie: „Ja już wszystko wiem…”. Owo objęcie wprowadziło mnie w trans. Jego dalsze pojawienia się poprzedzał dziwny głęboki sen, w jaki bezwolnie wpadałam. Oprócz stwierdzenia, że: „Kiedy umrę, zobaczysz, oni zaczną ciebie odwiedzać …”, inna jego obietnica brzmiała: „Będę do ciebie przychodził, żeby ci pomagać…”. Może z tego powodu nie bałam się jego wizyt, ani tego, co miał mi do przekazania. Jego obecności towarzyszyło zazwyczaj mrowienie w całym ciele i uczucie jakże słodkiej przyjemności rozlewającej się z głębi serca.

Pewnej nocy zaprosił mnie do swego świata.

Weszliśmy wprost z maleńkiej, brukowanej uliczki w starym prowincjonalnym mieście do przytulnej kafejki w stylu lat czterdziestych. Po sposobie zachowania ojca poznałam, że jest w niej stałym bywalcem. Miał także swoje ulubione miejsce przy okrągłym stoliku w głębi. Usiedliśmy oboje właśnie tam.
Rozejrzałam się z wielką uwagą, zafascynowana precyzyjną dokładnością szczegółów tego, co mnie otaczało. Świat mojego taty wydawał się doskonały i bezwzględnie rzeczywisty.

popiol

– Wiesz, nie przypuszczałam, że czasy, o których lubiłeś czytać w książkach są ci aż tak bardzo drogie. Wszystko tutaj wydaje się takie prawdziwe! I trochę, jak w filmie „Popiół i diament”! – szepnęłam zachwycona. Ciemne okulary na twarzy mojego ojca upodabniały go teraz bardzo do aktora, grającego główną rolę w tym filmie, Zbyszka Cybulskiego.

Obok stolika stał drewniany wieszak na ubrania i trochę dalej stare pianino. Zza bufetu wychylała się gruba uśmiechnięta barmanka, w białym krochmalonym fartuszku i koronkowym czepku na głowie. Poczułam się świetnie, a zadowolony ojciec zanucił mi kilka swoich ulubionych piosenek. Były to melodie modne w latach drugiej wojny, śpiewane przez żołnierzy i młodzież walczącą w ruchu oporu. Zaskoczyło mnie to, bo za życia w ogóle nie miał słuchu i nawet nigdy nie próbował tego robić.

Ledwie skończył nucić, w całej kawiarence rozległy się stare utwory z przedwojennych i powojennych płyt. „Czy widzisz te gruzy na szczycie? Tam wróg twój się kryje jak szczur…” – popłynęło najpierw, jak w filmie. Potem zaś ciszej i nostalgicznie „Tango Notturno”… To barmanka świetnie znająca już jego gusty włączyła gramofon z tubą. Zrobiło się bardzo, bardzo przyjemnie i tylko ten stan błogości zakłócali czasem wojskowi, wchodzący i wychodzący jak gdyby bez celu do kafejki. Zastanowiło mnie to.

– Tak jakby coś sprawdzali, albo może kogoś szukali?

– Nie mam pojęcia – odpowiedział zdawkowo ojciec odwracając się od wchodzących plecami. – Może lepiej się tym nie interesować? Świat, w którym żyjesz na co dzień jest pod kontrolą, a ja starałem się nie obudzić niczyjej uwagi.

– Może oni są z twojego poprzedniego życia? – zasugerowałam.

Zastanowił się nad tym poważnie, ale bez konsekwencji.

– Teraz wracam w przeszłość. Tam, gdzie jestem czas nie istnieje.

Zrezygnowałam z dalszych nagabywań, gdyż ogarnęło mnie wrażenie, że rozmawiamy w różnych językach. Moje pytania brzmiały w jego uszach inaczej, niż zamierzyłam. A jego odpowiedzi zdawały się jedynie niezrozumiałymi podpowiedziami na tematy, które jeszcze w ogóle nawet nie przyszły mi do głowy. Spytałam, czy powie mi coś o mojej przyszłości.

– Nie. Nie pozwolono mi – uciął szybko. Tym razem na temat.

Nie nalegałam. To nie wydawało mi się zresztą wtedy bardzo ważne.

Odszedł tak samo nagle, jak się zjawił.

Statki czasu

W poprzednim wpisie poruszyłam temat tożsamości we śnie, która potrafi się dyskretnie, albo mniej dyskretnie zmieniać. Ego jest względne, przypomina ubranie, jest formą jakby zewnętrzną wobec świadomości Obserwatora. Przynależy sieci karmicznej związanej z 5 poziomem świadomości.

okoHorusa

Obserwator (z poziomu 7), którego często nazywam Okiem, gdyż takim symbolem, przypominającym oko Horusa, przedstawiono mi we śnie jego rolę i stabilne, niezmienne położenie na mapie Świadomości pomiędzy stopniami drabiny niebieskiej wiodącymi w dół i stopniami w górę, potrafi odczytywać swobodnie zapisy pamięciowe z różnych czasów, dowolnych osób z przestrzeni materialnej i subtelnej. Czyni to jednak w jakimś swoim potajemnym celu, którego rozwikłać łatwo się nie daje. Być może potrzeba czasu, aby zrozumieć przesłanie. Jak to było ze snem z poprzedniego wpisu, który tak naprawdę przepowiedział mi ważne dla mnie napotkanie człowieka i jego wiedzy, które zdarzyło się prawie 20 lat później.

Ściślej mówiąc, w tego rodzaju snach, śnienie oczami innej osoby nie jest tak do końca „czyste”. Ponieważ zachowujemy naszą pamięć i tożsamość, która dopiero w konfrontacji z obcymi sobie zjawiskami we śnie zaczyna odczuwać, że „coś tu jest grane” i że „to chyba nie ja”. Nie do końca osoba, która śni, Ewa, Jaś, czy Małgosia. Jeśli Obserwator sięga czasem po zasoby informacji z wyższej półki, obie tożsamości są wtedy jednakowo aktywne i na wspólnym sobie poziomie, względnym wobec wiedzy płynącej do nich z góry. W efekcie sen przypomina taniec energii, ubierającej się co chwila w różne postaci.

Takim, zdaje się był sen z 11 grudnia 1998 roku, gdy nad ranem zaczęłam śnić z perspektywy mężczyzny, lat około 40, czyli w moim wieku, mieszkańca Stanów Zjednoczonych. Był on/ja członkiem niewielkiej grupki kilku osób, zajmujących się wiedzą tajemną i badaniem zagadek bytu. Przybył do nich/nas zza Oceanu Balarama i przyniósł im/nam ze sobą ważną tajemnicę.
Tak, czytałem o niej wcześniej w książce Fan…r…. t/l… k…y…`a (?) Pun(v)h…am`a (?), to dla mnie żadna nowość. Teraz widzę, jak moje dłonie wertują ją, czytam tytuł i nazwisko autora na zielonej okładce, ale to migocze i tak trudno spamiętać szczegółowe ułożenie liter. Tom przypomina mi posiadane wydanie PIW w serii w zielonej okładce  „Popol Vuh. Księgi narodu Quiche”. Dysponuje nią od dawna nasza grupa wtajemniczonych, ale dotąd nie korzystałem w praktyce z tej wiedzy, ze względu na starego ojca, którego nie chciałem opuszczać, ani niepokoić. Tytuł książki brzmi „Statki czasu”.
Gdy jeszcze powtarzam sobie w pamięci usłyszany (zapewne wypowiedziany głosem śnienia) tytuł, nazwisko autora zaczyna mi się kojarzyć z „furtkami Pana” i natychmiast pojawia się przypomnienie różnych postaci z Biblii, które poznały także tę tajemnicę, Henocha, Mojżesza, Aarona, Eliasza, Ezechiela, apostoła Filipa, jak również stara legenda o świętym Janie, autorze Apokalipsy, który z woli Jezusa nie umarł, ale gdzieś zniknął.
Książka opisuje sposób przenoszenia się w czasie w dowolne miejsca. Treść dociera do mnie bezpośrednio w podwyższonym stanie świadomości. Skorzystało z tej wiedzy kilka osób dawniej i zatrzymało się we współczesności, gdzie możliwości używania komputerów, internetu i różne wynalazki skusiły ich do osiedlenia się na stałe. Czy naprawdę jestem kimś spośród nich? Siedzę przed komputerem i ogarnia mnie zdumienie. W wyobraźni pojawia się jakaś siła niematerialna, rodzaj spiralnej wirowej fali podwyższonych wibracji, na którą wsiada się, znika w obecnej chwili, krąży w niewidzialnej sferze wokół różnych wydarzeń w przyszłości, jak wokół jakichś wzgórz, czy wysp i wysiada wtedy, gdy się tego zapragnie.
Myślę o niezwykłej sile potrzebnej do wizualizacji takiego statku i, że mnie się to przecież nigdy w życiu nie uda. Żaden ze mnie wybraniec losu. Eksterioryzacja to umiejętność specjalnie utalentowanych, a ja przecież nie potrafię tego stanu (jak i wszystkich innych zmienionych stanów świadomości) wywoływać z własnej woli. One same przychodzą, albo nie.
Wszystkie te informacje podawane są w sposób przyspieszony i panoramiczny, i nie nadążam z ich zapamiętywaniem, a najdziwniejsze jest to, że głos opowiadającego o tym mężczyzny przestaje być w końcu moimi myślami i nagle zaczynam go słyszeć z zewnątrz. Brzmi coraz głośniej i realnieje, jak głos radiowego spikera tak, że w pierwszej chwili po obudzeniu chcę odruchowo wyłączyć radio. I dopiero wtedy uzmysławiam sobie, że już od przynajmniej dziesięciu lat nie stawiam odbiornika obok łóżka, żeby budził mnie do pracy poranny III program, włączający się niegdyś kilka minut przed szóstą! Mało tego, od tylu lat nie chodzę do pracy i w ogóle nie muszę wcześnie wstawać.
Kiedy wróciła mi przytomność ciała fizycznego, głos znikł. Ale po krótkim czasie rozbrzmiał jak codziennie o tej porze dzwon w naszym parafialnym kościele. Była zatem szósta rano. Nie wiedziałam, jak odczytać tę godzinę 5:50 lub 5:55 rano, jednak była to ta sama informacja, jaką dostałam przy innym lądowaniu po wysokiej podróży, gdy zaczęłam krążyć w pętli czasowej. Relacja z tego snu znajduje się we wpisie pt. Gwiezdni ludzie. To była wskazówka, że wracając zahaczam o 5 poziom przyczynowy.
Poza tym 6:00 rano to świt. Dzwon na pobudkę o świcie. Szósty poziom gromadzi zaś aspekty jednej duszy w polu wspólnej dla nich świadomości.

Analizę takiego snu zaczynam od rozdzielenia cech i przedstawienia sobie osoby, którą śniłam. W tym wypadku chodzi o mężczyznę w średnim wieku, mieszkającego w USA i interesującego się tajemnicami i zagadkami tego i nie z tego świata. Oczytanego, zbierającego różnego rodzaju informacje z książek. Który nie dysponuje zdolnościami wędrowania po drugiej stronie. Być może historia z ojcem jest też ważna. I fakt pływania po morzach i oceanach, między wyspami. Istotny jest też głos radiowy…

Tutaj muszę przyznać, podobnie jak zrobiłam to z okazji „rozkminiania” snu o Jarku Bzomie z poprzedniego wpisu, że wiem już o kogo chodzi. Zdałam sobie z tego sprawę bardzo niedawno, po rozmowie przez internet z… Chrisem Miekiną. Dziwnym zbiegiem okoliczności przypomniałam mu wtedy o księdze Popol Vuh i jej tajemnym znaczeniu, co uznał za istotne, ponieważ mocno się przejął Indianami Południowoamerykańskimi i czyni tam swoje podróże. Jest autorem bloga Nowa Atlantyda i licznych mówionych audycji w internetowym radiu Paranormalium, prowadzącym własny kanał „Paralaxa”, przemianowany jakiś czas temu na „Polaraxę” (do łatwego znalezienia na You Tube)… A owe nazwy programów zbliżone są do imienia Balarama, które zapewne zniekształciła moja pamięć po wyjściu na jawę. Wystarczy B zamienić na P, a l na r, żeby wyszło Para-ra-…
Pierwszą część wyśnionego tytułu, nazwisko autora, czyżby można było przypisać Ferluce z Salzburga?

Cel tego przedstawienia mi się 20 lat wcześniej pozostaje dla mnie nieznany. Być może ma to być kolejna ciekawostka na blogu Transwizjon.
Oba sny znalazły się w mojej książce „Przemiany w ultrafiolecie” wydanej w 2003 roku, zatem istnieje dowód, że nie zmyślam.

Wykłady i inicjacje duchowe we śnie

Istnieje możliwość odbierania nauk i duchowych inicjacji w stanie snu i transu. Przecież odległość i czas dla wysokich bytów nie gra roli. Inna sprawa, czy inicjacja dotyczy akurat śniącej osoby. Można ją bowiem przeżyć za pośrednictwem Obserwatora, patrzącego oczami kogoś innego.

Spotkanie z obcą wyższą inteligencją, opisane w tekście Nocni Goście miało w swojej treści zapowiedź ingerencji, ale jeszcze dość długo, kilka miesięcy, nic specjalnego się nie działo. Oprócz częstych wielkich snów i podwyższonych (rozszerzonych) stanów umysłu, które bywały dużo wcześniej i mimo swej zjawiskowości, nie budziły tak wielkiego szoku.

Oto jeden z przykładów inicjacji duchowej, jaką przeżyłam w stanie transu, we własnym łóżku. Tybet mógł pojawić się w moich snach, bo od lat przyjaźniłam się z kilkorgiem buddystów tybetańskich, bywałam z rzadka na medytacjach w sandze, i na wykładach. Co nieco wiedziałam o tej religii i jej największych przedstawicielach, choć jak zawsze praktyka mnie nie pociągnęła. Zbyt wiele jest innych ciekawych rozwiązań, abym mogła poświęcić się jednej ścieżce, takie już mam usposobienie. Swoją drogą, był to jeden z pierwszych snów, w których zaczęli pojawiać się Tybetańczycy, wysoko rozwinięte duchowo istoty, jak myślę bodhisattwowie.

Lhasa

We śnie z 31 kwietnia 1998 roku obudziły mnie dziwne odczucia, płynące z ciała. W stałym, jakby muzycznym rytmie, coś uciskało niektóre punkty na palcach obu moich rąk, zawsze po jednym na obu dłoniach jednocześnie. Sterowało to w jakiś specjalny sposób przepływem energii w rękach i całym ciele.
Stopniowo zaczynało być uroczyście. Rozległa się muzyka tybetańska, która towarzyszyła tym zjawiskom. Pomyślałam, że odbieram jakąś tybetańską Inicjację, to było bardzo przyjemne i wpadłam w rozkoszne rozedrganie i zachwyt. Było dużo świetlistej bieli. Na koniec ukazał się obraz jasnego budynku świątyni w wysokich górach. „Zagrano” nowy, skoczniejszy utwór i obraz szybko zniknął.
W tym momencie usłyszałam przejeżdżający w oddali pociąg, to wszystko działo się cały czas na jawie.

W 1998 roku przyjęłam najpierw inicjację II stopnia reiki, której skutków, w przeciwieństwie do pierwszej dwa lata wcześniej, w ogóle nie odczułam. Były ku temu powody energetyczno-towarzyskie. Ważne jest bowiem z kim taką inicjację odbierasz. Może ci ją ktoś, z czystej chciwości i zazdrości o względy mistrza, zwyczajnie ukraść, albo przynajmniej zablokować całkiem bez twojej wiedzy. Ja, czyli Ego to rzecz względna i iluzyjna.

Dopiero w chwili, gdy 27 września 1998 roku przyjęłam inicjację schronienia w Buddzie i lama Ole Nydhal położył mi na głowie relikwiarz, zawierający prochy wszystkich żyjących do tej pory mistrzów, przeleciał przeze mnie mrowiący prąd energii. To zjawisko (otwierającego się czubka głowy, poprzez który wychodzę na nieskończoną przestrzeń) powtórzyło się jeszcze niezwykle intensywnie następnej nocy, po czym w kilka dni później zrozumiałam sny. I zaczęłam zapisywać znaczenia symboli w słowniczku, który bez problemu został wydany później jako „Symbole senne – znaki na Drodze do Życia”. Sądzę, że ta druga inicjacja rozwaliła mur, jaki zaaplikowano mi podczas pierwszej, i uderzyła we mnie energia obu naraz.

Jako następny przyszedł wykład duchowy, odebrany częściowo w stanie transu, bezpośrednio z umysłu do umysłu. Ów sen dodatkowo jest o tyle ciekawy, że – jak uważam – śniłam osobą Jarka Bzomy, na 20 lat wcześniej, nim go poznałam i nim w ogóle zaczął swoje wykłady internetowe! Nie był to jedyny sen o nim, w jednym z późniejszych usłyszałam nawet wyraz, który – jak teraz wiem – jest jego nazwiskiem. Zawsze interesowały mnie techniki wróżbiarskie i patrzenie w przyszłość, więc i sny często nadbiegały z przyszłości.
Traktuję rzecz jako ciekawostkę, a nie jako przepowiednię nadejścia nowego proroka. Zetknięcie się z topografią snu Bzomy było dla mnie mocnym wstrząsem, nagle zaczęłam rozumieć to, co do mnie przychodziło latami. To ważna chwila w moim rozwoju, więc zapowiedziała się wcześniej.
Na poziomie Obserwatora (7) zmiana tożsamości na należącą do innego człowieka albo istoty niematerialnej, jest niewyczuwalna, jednak ową zmianę nauczyłam się rozpoznawać po odczuciu we śnie, że zachowuję się nie po „swojemu”. Skąd można wiedzieć, że jest się we śnie kimś innym? Ano, nie poznasz tego, dopóki nie zobaczysz swojej cudzej twarzy w lustrze, odbiciu, nie usłyszysz obcego imienia, którym ktoś do ciebie się zwraca, albo nie zaczniesz dziwnie dla siebie się zachowywać i reagować. O ile inną płeć w sobie dość łatwo się wyczuwa, to w przypadku, gdy jest taka sama, w grę muszą wejść cechy, których nie posiadamy na jawie, a którymi dysponujemy w takim śnie. W owym wypadku wskazówką było dla mnie, że przecież z natury nie przemawiam publicznie, ani nie dążę do tego, a także nigdy nie dyskutuję z taką pewnością swego w dużej grupie ludzi.
To zjawisko, w moim wypadku nader częste, śnienie oczami innej osoby opisałam w swoim senniku pod hasłem Cudze sny. Można też śnić kilkoma postaciami jednocześnie, lub po kolei, a przejścia bywają tak subtelne, że trudno je zauważyć. Jak się stało w tym wypadku.

W nocy 30 września 1998 roku, idąc wzdłuż brzegów mojej rzeki życia (jest to rzeczka w mej rodzinnej miejscowości, w której kąpałam się i bawiłam w dzieciństwie, o nazwie nomen omen Luciąża) dotarłam do miejsca za drugim mostem (dla mnie sfera poza-osobista), gdzie odbywał się wykład tybetańskiego lamy. Usiadłam w zespole jego uczniów i wsłuchałam się w to, o czym mówił. Mistrz wspomniał o światach alternatywnych, powoływanych do życia przez wyobraźnię i o trudnych losach zamkniętych w nich czujących istot. Nie pochwalał tego procederu, uważał go za marnotrawstwo energii umysłu.

[Zapisując ten sen nie znałam jeszcze pojęcia egregora].

Przełamując nieśmiałość, odezwałam się nagle. Nie po to, aby się sprzeciwić, ani o coś zapytać, ale dopowiedzieć kilka rzeczy w języku bardziej zrozumiałym dla Europejczyków i podkreślić własne, wyrobione w doświadczeniu (odrobinę jednak odmienne), zdanie na ów temat. Byłam dziwnie pewna tego, co mówię.
Tłumaczyłam przedstawicieli cywilizacji Zachodu, twórców, autorów powieści fantastycznych, komputerowych maniaków i odkrywców, teoretyków nauki (astronomii, fizyki i matematyki) jako ludzi o szczególnej wrażliwości, którzy otrzymują autentyczne przekazy i podpowiedzi z innych światów, przeważnie we śnie. Zaraz w wyobraźni ujrzałam owe światy jako liczne bąble sąsiadujące ze sobą. Wiedza, którą odkrywają służy całej ludzkości oraz wprowadza ważne zmiany jednocześnie u nas, jak u niezliczonej ilości istot zamieszkujących sąsiednie, subtelne i wyższe ewolucyjnie światy. Dzieje się to dzięki wzrastającej w przyspieszonym tempie wrażliwości i otwartości na wiedzę duchową w masowej skali.

Światy alternatywne (nie chodzi o popularnie rozumianą alternatywność z ludzkiego, pojedynczego, linearnego punktu widzenia, ale alternatywę dla kogoś, kto istnieje poza wszelką względnością, w centrum, w samym pępku wszechświata) to skupiska energii ze sfery ewentualności, rodzące się, jak bąble na gotującej się wodzie podstawowej świadomości tu-i-teraz. Nie mają osobnego źródła zasilania w energię. Światy te żywią się przekonaniami, wiarą i rytuałami ludzi generującymi w ten sposób – napędzający ich rozwój – proces naturalnej ewolucji. Zamknięte w nich istoty żyją życiem fragmentarycznym i całkowicie uzależnionym od otaczających je warunków, nie mają większego wpływu na swój świat i to, co się w nim i z nim dzieje. Skazane są na bardzo długie i żmudne dojrzewanie.

Mój umysł skoncentrował się i ujrzałam konstrukcję całości w jednym błysku bezpośredniego rozumienia. Mistrzowie Gry (i oto nagle stałam się jednym z nich, zlewając się z umysłem lamy-Buddy, na którego wykładzie przebywałam) przenikają w liczne przestrzenie i czasy jednocześnie, rozpoznając rzeczywistość przy pomocy wielu różnych przybranych form istot czujących.
Utożsamienie się tylko z jedną rolą powoduje zamknięcie umysłu w klatce pojedynczego życia, które pozbawione perspektywy widzenia z najwyższego poziomu, wydaje się bezsensowne i pełne cierpienia. Czas zaś tak naprawdę pozostaje zawsze radośnie wibrującą wiecznością. Trzeba przypomnieć, nieważne jakim sposobem, tym, którzy zapomnieli o sobie, o tym skąd pochodzą i kim naprawdę są: bogami. To jest zadanie dla mistrzów, którzy odzyskali już pamięć.
Ogarnął mnie uroczysty i poważny nastrój, na tym skończył się stan rozszerzonej świadomości. Teraz weszła akcja snu, zapewne Obserwator przesunął się w kierunku mojej skromnej osoby (lub raczej na odwrót, bo tenże zawsze pozostaje nieruchomy i niezaangażowany). I zobaczyłam akcję z przyszłości „swoimi” oczami.

Lamę zastąpił inny guru, który przeczytał mnóstwo źródłowych tekstów i rzucał specjalistycznymi hasłami i cytatami, jak ryżem w dniu ślubu swojej siostry. Mężczyzna w średnim wieku, z lekkim zarostem, niewysoki. Szybko zaskarbił sobie tym zaufanie i podziw uczniów, ogarniętych podobnymi do jego ambicjami. Prezentował się na niewielkiej scenie, która przypominała salkę kawiarnianą zastawioną stolikami, a jego wielomówność wydała mi się czymś odwrotnym do mego milczenia. Odczułam nagle jakiś stres i poruszenie, siedząc z boku. Znałam zlanie się świadomości z Bogiem, a on mówił o tym samym, korzystając z logiki i „płaskiego” opisu słownego.

Dość często w moich późniejszych przeżyciach pojawiała się forma Sai Baby. Był to modny guru, którym fascynowało się kilkoro moich znajomych. Podarowane mi przez nich zdjęcie przywiezione z Indii stało na półce regału w moim pokoju. Znałam jedną książkę z jego wywiadami, (która mnie znudziła), jakiś film video z jego cudami, i kilka artykułów o nim, napisanych przez bezkrytycznych wyznawców. Nie podzielałam fascynacji, ten czarnowłosy i ciemnoskóry pan w pomarańczowej szacie był mi obojętny, (jak zresztą każdy wcielony nauczyciel-guru), ale dość natrętnie manifestowały się informacje na jego temat wokół mnie. Ilekroć pojawiał się w moich wizjach traktowałam go jako jakiś inny wysoki byt, ubrany w jego skórę.

Na początku 1999 roku otrzymałam błogosławieństwo od istoty, która przybrała formę Sathya Sai Baby. Ukazała się trzy razy w krótkich odstępach czasu, a każdą z wizji poprzedzał wieczorem szczególny stan (na jawie), porównywalny do ogarniającej całe ciało słodkiej miłości. W sposób niezwykle uprzejmy i delikatny, pełen szacunku wobec mojej niewiedzy i paniki z niej wynikającej, patrząc we mnie głęboko kochającymi oczami, przepowiedział mi ważne sytuacje z przyszłości, udzielił rady, jak postąpić i obietnicy pomocy w uzdrowieniu, po czym z jego serca, jak ze źródła buchnęła na mnie energia żywej, najprawdziwszej w świecie chrystusowej miłości, która jeszcze przez pół następnego dnia poruszała mnie do łez.

A na pustym polu hula wiatr

Staram się zachowywać kolejność zdarzeń w mojej historii, dlatego muszę teraz opowiedzieć pewien ponury sen. Sen o polu zdechłych koni, czyli pojazdów duszy, jak by orzekł Jarosław Bzoma. Używając sformułowania, które brzmi trochę groteskowo, choć oddaje treść i wyobrażony obraz tego, co można na nim spotkać. Znajduje się ono tuż za bramą granicy 8/9, rozdzielającej życie od śmierci (nie-życia). Panuje tam Nicość, pustka, rozkładająca wszelkie formy świadomości rodem ze światów przejawionych, które przez nią wchodzą. Jak się okazuje malowana wiele razy przez Zdzisława Beksińskiego. Oświetlona „czarnym słońcem” alchemików strefa rozpanoszonego Nigredo.

kon

Wydarzyło się to 12 maja 1998 roku, zaraz po położeniu się spać. Moja świadomość uległa samoistnie rozszerzeniu i w lekkim półśnie zorientowałam się, że przepływa przeze mnie niesamowita fala grozy i śmierci. Ledwie zdążyłam na to zareagować, już byłam w jej całkowitym władaniu. Jedno, co mogłam zrobić to patrzeć i nie poddawać się panice.

Udręka. Ciemność… ciemność… fala mroku, połyskująca upiornie w blasku rąbka śmiertelnie zaćmionego słońca na zasnutym ciemnością niebie… Wielkość, ogrom, wszystko. Fala… groza… ciemność… Byłam wobec tej fali niczym i nikim. Jest wieczny smutek i okrucieństwo śmierci. Strach. Ból bez końca. Wszystko zanurzone w kompletnym milczeniu i czerni połyskującej gdzieniegdzie mrocznymi błyskami. Jest samotność. Rozkład, i nicość. Przestrzenie… dalekie przestrzenie… bez końca przestrzenie… wolne jak puste pola, po których goni wiatr i wichry tańcują ze świstem i nieustającym szumem ze wschodu na zachód. Na zachodzie hula śmierć, już bez końca, na ruinach nie do odbudowania.
Byłam całkowicie zdominowana przez tę potężną ciemną świadomość i tylko mogłam lecieć z jej falą i widzieć to, co ona widzi. Przejął mnie strach i usiłowałam robić znaki leczące w nadziei jakiejkolwiek samoobrony. Znak za znakiem, uparcie. Tak trudno było wykonać uzdrawiający klucz, jak gdyby ręka obracała się pod prąd jakiejś potężnej, przeważającej, okrutnie nieczułej i niszczycielskiej woli. W tej woli była jednak jakaś konsekwencja i zguba wyhodowana w ciągu setek i tysięcy lat przez ludzi pozbawionych nadziei, morderców samych siebie i innych, szalonych władców, pragnących kontrolować materię oraz krwawiące dzieci, dotknięte ich ręką. Była w niej także i moja wieloletnia rozpacz, teraz jedna mikroskopijna kropelka w tej ciemnej rzece okrucieństwa. Na rozległych i pustych polach wiatr wiejący przez szaro-czarną pustkę. Połacie umarłej ziemi odsłaniające miejscami tajemnicę zagłady. Martwe ptaki, zwały martwych ptaków (kruków, kawek, wron) na martwym piasku. I kości. Ludzkie i zwierzęce, pomieszane. Ponad tym wszystkim szum wichru, pędzącego przez pustynię, bez żadnych przeszkód, bez żadnych granic, wskroś krainy umarłych.

Otworzyłam oczy. To jednak wciąż jeszcze przedzierało się przeze mnie, falowało, wciągało mnie w swój ogrom i pełen grozy nastrój tak mocno, że musiałam się zmusić, by poruszyć ciałem i nie ulec transowi z powrotem. Nie zamykałam jakże ciężkich powiek, usiłując się modlić. Słowa ciągle myliły mi się, gubiłam rytm, ale stopniowo zaczynało być coraz lepiej. Wizje odchodziły. Pusta ziemia, obsychająca i owiewana przez wiatr. Skażona atmosfera mroku, w której nie da się żyć, nie ma żadnego życia. Na wschodzie zagłada i śmierć. Na zachodzie wiatr odsłaniający nieludzką prawdę. Tylko tyle. Kto to widzi, umiera, znika. To nie jest świat dla żyjących, czujących.

Koszmarów w podobnym klimacie miałam w okresie dorastania więcej. Jeden z nich zapisałam w dzienniczku, a teraz zamieszczam dla porównania. Na polu zdechłych koni rozkładają się także ideały i idee, jako formy umysłu zbiorowego. Czyli to, czym tylu ludzi się napędza i jara w życiu, uważając za sens wyższy i odwieczny.

Czerwiec 1980. Sen: szeroka, świetlista, ale zabagniona i złowieszcza rzeka przepływająca przez miasto zaczęła wyrzucać ze starych pokładów dna na powierzchnię zwłoki rycerzy i koni z czasów średniowiecza. Środkiem rzeki płynęły dwa sztandary z napisami: „Na bóy, na bóy, za Boga i Oyczyznę”, a ciała były przegniłe i zjedzone przez robaki. Powtórzył się równie wstrętny jak w innym śnie tej nocy, nastrój przerażenia rozkładem i fizyczną śmiercią.

Nocni goście

W styczniu 1998 roku przypadkowo trafiłam na zjazd gwiezdnych ludzi, zorganizowany prywatnie w Lublinie. Poznałam na nim kilka osób, uważających się za inkarnacje istot kosmicznych, które z jakichś powodów utknęły w ziemskim świecie. W większości nie były z tego zadowolone (zresztą, kto jest zadowolony?) i narzekały na nieumiejętność zintegrowania się z (ludzkim, tj. obcym) otoczeniem. Był między nimi Franek K., 40-letni chemik z Puław, zabawny, gadatliwy i pełen wyobraźni artysta-malarz i poeta, który przez kilka lat przeżywał bezpośrednie spotkania ze „swoimi towarzyszami z gwiazd” we własnej sypialni. Spędziliśmy wiele godzin na burzliwych rozmowach i opowieściach, ale, mimo że temat nas oboje pasjonował i wysłuchiwałam Frankowych rewelacji z tych spotkań bardzo uważnie, długo nie potrafiliśmy się porozumieć. Oceniałam przeżycia Franka jako iluzje senne, mimo że niezwykle realne, to jednak czysto symboliczne przekazy, powiązane z manifestowaniem się w jego umyśle form astralnych i bytów przejściowo nieposiadających ciała fizycznego. Skłaniałam się do poglądu Gustawa Junga wyrażonego w jego książeczce „Nowoczesny mit. Rzeczy widywane na niebie”, gdzie okrągłe pojazdy i światła kwalifikował jako manifestacje Jaźni z poziomu nieświadomości zbiorowej.
Szybko spowodowało to rozłam między nami, gdyż Franek uważał swoje przygody za absolutnie prawdziwe, a pojawianie się istot kosmicznych za realne tak samo, jak odbiera się świat jawy, w którym każdy z nas jest zanurzony na co dzień. Jednej nocy naprawiły mu złamany nos, na co miał dowód, zdjęcie rentgenowskie zrobione dzień wcześniej. O ile mogliśmy spierać się tak naprawdę o słowa i nazwy, i oboje mieć jakąś rację, to fakt ingerencji zjawy sennej/iluzyjnej w życie na jawie i stan fizycznego ciała nieco się kłócił z koncepcją halucynacji rozszczepionego z ciałem umysłu. Choć, ostatecznie, nauka zna przypadki samouleczeń z pomocą siły sugestii. Tu jednak w ciągu nocy zrosła się kość, a poza tym Frankowi, mimo jego nadwrażliwości i zacietrzewienia w poglądach, daleko było do fanatyzmu czy mistycyzmu.
W końcu musiałam przyznać mu rację. Stało się to na przełomie 1998-99 roku, w czasie, gdy Franek został przez swoich towarzyszy i nocnych gości zupełnie opuszczony.

czacha

W czerwcu 1998 roku, podczas popołudniowej medytacji ukazał mi się obraz wielkiej księgi-otwartego oka, z której żywą złotą falą wylewały się znaki, symbole i litery, zlatując na mnie z góry jak oświecająca kaskada. Wnikały przez otwarty czubek głowy i przemieniały moje ciało na swój wzór i podobieństwo. Oddychałam rytmicznie. Było to niezwykle przyjemne doznanie. W modlitwie poprosiłam o wiedzę i mądrość rozróżniającą.
Następnie późnym wieczorem, ledwie odłożyłam wałkowaną od jakiegoś czasu lekturę (nader nudnej) Księgi Mormona i ułożyłam się do snu, gdy przeleciała mi przez głowę złożona informacja, co i jak i abym się nie bała, a potem zjawiło się coś potężnego i budzącego grozę.
Mignęła mi prędko wychylająca się ku mnie z ciemności biała czaszka o wielkich, czarnych, przepastnych oczodołach. Spojrzała z bliska w sam środek mnie. Równie prędko sięgnęła dwoma „szczypcami” (twarde, długie) i wcisnęła mi coś do głowy, lub też objęła czymś mózg w czaszce i dokręciła. Poczułam ucisk dwóch podłużnych „wkrętów” nad lewym i prawym uchem po obu stronach głowy, które wibrowały. I zaraz otworzyłam oczy, zupełnie przytomna, gdyż ingerencja tak samo nagle jak się pojawiła – znikła.

Szybko przeanalizowałam to zdarzenie. Pamiętałam dobrze strzępki podanej informacji, ale zadziwiała mnie jej forma. Przekazana mi wiedza była oczywista, bezpośrednia i poza słowami. Skoncentrowana w rodzaj pigułki i wsunięta do mojej głowy dawała się odczytywać na różne sposoby myślami i wyobrażeniami i ku mojemu zdumieniu to, co wydawało się trwać ułamek sekundy rozciągało się w długie, skomplikowane zdania, gdy tylko skierowałam na jakiś szczegół uwagę.

Nie chcemy zrobić ci krzywdy. Niczego się nie bój, przestraszysz się, ale to minie. Jesteśmy SPOZA.

DZIAŁAMY I INGERUJEMY W WASZ ŚWIAT STĄD, GDZIE PRZEBYWAMY. ZMIENIAMY TERAZ COŚ WAŻNEGO U SIEBIE, CO JEST WAŻNE TAKŻE DLA WAS. JESTEŚCIE DLA NAS KLUCZEM.

Zaczęłam analizować zapamiętany obraz i wkrótce zauważyłam, że patrzyła na mnie śnieżnobiała (świetlista) twarz bez nosa, z niewielkim podbródkiem, łysą głową i przeogromnymi czarnymi oczami, a nie żadna czaszka. Cały czas czułam silny ucisk po obu stronach głowy i mrowienie, które przekonywały mnie wciąż na nowo, że to nie jest sen. Przez kilka minut przeraźliwie wyły psy przed domem. Dokładnie tak samo reagują na wysokie, niesłyszalne dla człowieka dźwięki i na duchy, o czym przekonałam się w noc przed pogrzebem ojca. Byłam spokojna, choć zaintrygowana, czujna. Zwiększyła się zdolność widzenia plastycznych obrazów pod zamkniętymi powiekami. Próbowałam coś w ten sposób „zobaczyć”.

Wchodzenie w głąb ziemi, czarnej, mrocznej. Wyszłam stamtąd.

Duża powierzchnia złożona z jakichś drobnych, plecionych części, tworząca jak gdyby rozległą metaliczną sieć, ciemno-szaro-brązowa.

Psy umilkły w końcu na dworze i znów ogarnęły mnie podwyższone wibracje. Mrowienie. Wtedy najzwyczajniej w świecie pojawiła się czyjaś spokojna dłoń o długich, szczupłych, węźlastych palcach. Dotknęła mojej głowy tuż koło lewego ucha i chwilę podtrzymywała. Zachowałam cały czas przytomność, ale wolałam nie otwierać oczu. Potem dotyk znikł, a pod zamkniętymi powiekami ukazały się obrazy.

Przedstawiały twarze dwóch-trzech istot, z profilu i en face. Białe, bez żadnego wyrazu, głowy pozbawione nosów, o ogromnych migdałowych, czarnych oczach. Istoty były niewielkie i bez wyraźnych cech płciowych. Przypominały dzieci, nie tylko zewnętrznie, ale i poprzez rozsiewaną wokół siebie sympatyczną, dobrotliwą i niewinną aurę.

I znów obrazy. Fragment szczupłej, czteropalczastej dłoni, pomiędzy trzema długimi palcami szara sierść, jak u szczura lub myszy. Płaskie, szerokie usta bez warg istoty, którą ujrzałam przed chwilą, a która wtedy przecież prawie nie miała ust. Wewnątrz twarde płytki kostne (fiszbiny) służące do miażdżenia pokarmu, z początku białe, potem szare. Poruszały się, trąc o siebie, a usta jakby mówiły. Czasem wylewała się z nich czysta woda.

I na tym przekaz się skończył. Oszołomiona jeszcze długo przewracałam się w pościeli. Rozejrzałam się dokładnie wokół siebie. Przez okno wpadało, jak co noc, światło ulicznej lampy i rzucało blady cień na ścianę koło tapczanu. Na skraju tego cienia błyszczała jasna, biała plamka światła, wielkości złotówki. Zaintrygowało mnie to. Rozejrzałam się, nie było żadnego powodu, który usprawiedliwiałby istnienie tego światełka akurat w tym miejscu (w oknie nie było zasłon ani żaluzji, za oknem również niczego, co powodowałoby takie punktowe rozjaśnienie). Nie potrafiłam sobie przypomnieć, czy ta plamka bywa tam zawsze. Podniosłam się i zbliżyłam twarz do światełka, aby lepiej mu się przyjrzeć. I zbaraniałam! Ze światełka spojrzało na mnie ogromne, rozwarte, czarne oko, jak gdybym zajrzała w okular powiększającej lunety!
Wystraszona zamknęłam oczy i nakryłam się kołdrą po czubek głowy. Po kilku godzinach zdołałam w końcu zasnąć. Później wielokrotnie w nocy sprawdzałam to miejsce na ścianie. W bladym blasku lampy wpadającym z ulicy nie pojawiła się już nigdy żadna, choćby odrobinę jaśniejsza plamka.

Cdn.

PS.1 Szukając ilustracji do tego wpisu w internetowych zasobach nie znalazłam odpowiedniej. Żaden wariant obcych zapamiętanych przez wziętych nie pasuje do wyglądu istoty, która mnie odwiedziła. Przede wszystkim jej nieproporcjonalnie wielka głowa miała tylko oczy, brakowało nosa i ust, lub były tak śladowe, że ich nie zauważyłam. Istota była niewielka, choć trudno oceniać wielkość, bo to jest między wymiarami sprawa względna, potrafiła się pod tym względem zmieniać, ale ogólnie dałabym jej jakieś 60–70 cm wzrostu. Szczupłe, czteropalczaste dłonie. I przede wszystkim przeczysta świetlistość całej postaci.

PS.2 Analizując znaczenie obrazów wizyjnych, które towarzyszyły spotkaniu, były to istoty, które wyewoluowały na Ziemi-Alfa, o której wspomniała mi dużo wcześniej Xięga.

Numeracja poziomów śnienia

Wielokrotnie sny wyjaśniały mi zasady numerowania poziomów, które w końcu doprowadziły mnie na trop tego, co szczegółowo zbadał i objaśnia Jarosław Bzoma. Ślady moich domysłów znajdują się w książce „Przemiany w ultrafiolecie” z 2003 roku. Jest to dowód, że numeracja i „poziomizacja” snów, jak i topografia „geograficzna” (na ten temat popełniłam przed laty nawet spore opowiadanie, wychodząc od globusa – symbolu pełni Świadomości, a jednym z jego bohaterów jest nomen omen – topograf królewski) są czymś obiektywnym wobec naszych umysłów. I nie jest to wymysł ani Jarka, ani mój, ani starożytnych joginów, którzy uporządkowali naukę o czakrach i ciałach subtelnych. Lecz sprawa dla czujnych umysłów możliwa do odczytania i zrozumienia. Co właśnie zostało uczynione.

Podam teraz kilka przykładów swoich sennych przekazów, na dowód niedowiarkom i ku umocnieniu tylko wierzących, którzy chcieliby wejść ze zrozumieniem i pewnością, że nie padają ofiarą sugestii, na drogę Śnienia.

mag-ilustrace

W 1997 roku przez 3 miesiące codziennie medytowałam nad kartami Tarota marsylskiego. Wkrótce przyszedł sen wizyjny w podniesionym paśmie świadomości.
Ujrzałam w nim Maga, mistrza Gry pod postacią niskiego, grubawego, starszego mężczyzny w białej, rozchełstanej na piersiach koszuli, z podwiniętymi do łokci rękawami, radośnie uśmiechającego się do mnie w amerykańskim stylu, tak, że mogłam zobaczyć rząd lśniących, wielkich, białych i równiutkich zębów. Stał za laboratoryjnym stołem i w rękach trzymał model cząsteczki atomu, w którym szczególnie ważna była liczba 5.

Ten sen dotyczył aktu stworzenia życia w materii i obowiązujących w niej zasad (poziom 5). Zęby w ustach Kreatora, czyli widoczne w Szczelinie, to doskonałe świetliste istoty bytujące w Nieprzejawieniu. Jak na modelu Człowieka Kosmicznego, głowa Maga z uśmiechem to Absolut, biała rozchełstana koszula to sfera duszy i serca, dwoje rąk to dwa strumienie zstępujący i wstępujący (jedna ręka uniesiona w górę), a laboratoryjny stół, za którym stał (jak na karcie I. Mag) zakrywający ciało od pasa w dół – to poziomy materialne 1-5.

I zaraz potem przyszedł kolejny sen (wizyjny, postaci konturowe, jak z filmu animowanego, świetliste):
Jest grupa kilku graczy. Grają w karty, stojąc na ulicy-drodze. Rozgrywka ma określoną ilość rund. Ten, kto wygrywa jedną rundę, rzuca w następnej swój atut jako wyzwanie, dyktując reszcie swoje warunki, a w ostatniej następuje rozstrzygnięcie zwycięstwa całej partii. Trudno mi powiedzieć, ilu ich jest, chyba czterech, (choć za każdym stoi drugi, jako jego cień i także stara się zaistnieć w Grze, tocząc jakby odbity w lustrze pojedynek) wysokich, młodych, inteligentnych mężczyzn. Jest tam również mały chłopiec (piąty, a także dziewiąty), który nie uczestniczy w Grze, ale roznosi wszystkim karty i zatrzymuje się za każdym razem przy kolejnym wygrywającym.
Gra chwilami przypomina szachy (w trakcie rozgrywek następuje zamiana miejsc). Zwycięzcą przedostatniej rundy był atut świni, którego wszyscy do tej pory starali się z jakichś powodów unikać, a to zagroziło pozycji reszty rozgrywających. Wtedy wszyscy zgodnie uczynili świnię swoją mocą, uwzględniając jej siłę w swoich kartach i przyłączając ją do grona zwycięskich atutów. W ten sposób sytuacja wróciła do normy i szczęśliwie zharmonizowała się.

W tym przekazie nie tylko były poziomy rozwoju, różne manifestacje świadomości na każdym, ale i sugestia o istnieniu planowych cykli czasu, gdy manifestują się charakterystyczne dla danego poziomu wydarzenia. Prowadzące do wyewoluowania kolejnych „ciał” dla nowego rodzaju świadomości. Przynależy to Przeznaczeniu, co Jarosław Bzoma zwie Koniecznością.

Nieco później w pewnym śnie mój umysł zaczął sam rozważać procesy transformacji Świadomości na bazie liczby dziesięć. (O ile rozgryzłam wtedy zasadę 10 na bazie znaczenia numerologicznego liczb, oraz fakt trzykrotnego powrotu istot już wyzwolonych w Przejawienie, to nawet wpadłam na zasadę poziomów.)
To nieuchronny program rozwoju, przez który muszą przejść doskonalące się byty, aby osiągnąć poziom najwyższy, Dziesiąty i tam rozpocząć następną, własną już grę jako Jedynka. Ów poziom Dziesiątki zainicjuje coś nowego, wielkiego, ważnego, twórczego i trzeba wtedy będzie zacząć znów liczyć od Jeden.
Jesteśmy teraz w Czwartym Stworzeniu – myślę i wiem. (Poziom mentalny 4)
Czeka nas jeszcze przejście przez Szóste Stworzenie, gdy energie spolaryzują się na ciemne i jasne, nienawidzące siebie nawzajem. (Kontra wobec poziomu 6, m. in. szpitala dusz).
I widzę głowę Lecha Wałęsy jakby za jakąś pleksiglasową szybą, w którą daremnie walę z wściekłością wielkim młotem, chcąc go zniszczyć, lecz tamten kompletnie nie reaguje i nic mu nie jest. (Solidarność, czerwień, sprzeciw, granica 5/6. Tarcza ochronna, której ciemność nie potrafi sforsować. Różnica wibracji. Za szybą/tarczą/granicą wspólnota serc i umysłów to dusza i naddusza, czyli poziomy 6-8. Ciemność nie jest w stanie ogarnąć światła!)
Teraz Dziewięć. Dziesięć!!!
I proszę, zaczynamy od Nowa!
Od Jeden…

25 marca 2000 roku. W czasie, gdy rozważałam sens kabalistycznej Księgi Jecirah obudziłam się w transie. W miejscu łóżka stało biurko, coś przy nim pisałam, gdy nagle wewnątrz pokoju zaczął wiać wiatr, coraz silniejszy. Wirował nade mną, owiewając mi twarz i głowę. Zdumiona przerwałam swoje zajęcie, myśląc, że przecież okno jest zamknięte. Nagle zdałam sobie sprawę, że to sama Xięga, jako Księga Jecirah uruchamia we mnie bezpośredni kontakt z Bogiem i, że właściwe jej zrozumienie to klucz do Jego drzwi.
Drogą bezpośrednią, z umysłu do umysłu przypłynęła wiedza:
Ojciec jest dziesiątką, Jednym dzielącym się na dwa, potem trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, a potem dziewięć. Każdy podział ma swój rodzaj, kształt i specyficzny charakter (wibrację i przestrzeń oddziaływania), po czym znów staje się dziesiątką, ale już o kolejne oczko wyżej, tym razem 10.0.

*

Dodam jeszcze, że J. Bzoma uważa, że wszystkie liczby, jakie występują we śnie, czy to numer pokoju, telefonu, czy data odnoszą się do poziomów Świadomości. Uważam, że w większości tak jest, ale… niekiedy przychodzą również daty wydarzeń. Może komuś takiemu jak ja, czyli wróżom i astrologom, badającym cykle. Ale o tym napiszę przy innej okazji.

Xięga, część 4

Tego nie ma w biblijnej Genesis. Być może zostało usunięte. Być może zaszyfrowane. A jego pozostałością jest w Biblii dziwnie okrutne prawo mojżeszowe, każące zabijać czarowników, a także klątwo-błogosławieństwa rzucane na potomków, czy wrogów.
Xięga tak oto opowiedziała mi historię powstania na Ziemi, w pradawnych czasach czegoś, co stworzyło zagrażające życiu zakłócenie. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o Grzybie i długo zachodziłam w głowę, co oznacza. Można owo zakłócenie rozumieć, jako zaaranżowaną odgórnie pierwotną przyczynę powstania świata minusowego, piekielnego, jak by to nazwał Jarosław Bzoma. Rządzonego przez Zło Osobowe. Nie były to jedyne informacje, jakie do mnie dotarły na ten temat, i do tego jeszcze wrócę. Rola owego ujemnego, pasożytującego „trzeciego” świata jest chyba bardziej tragiczna dla naszej planety, jak i ludzi, niż daje się pomyśleć, kwalifikując i wartościując rzeczywistość tylko na pozytywną i negatywną.

Taoizm dzieli wszystko na dwie zasady, żeńską i męską, ziemską i niebiańską. Ziemska jest równie „dobra” jak Niebiańska, więc owo rozdwojenie nie jest moralnie kwalifikowane. Niemniej w starożytnych poglądach zawartych nieco w Księdze I-Cing czy przechowanych w feng-szuei, zasada ziemska, żeńska jest także/bywa destrukcyjna, mściwa i zła. Podobnie zasada męska, niebiańska bywa egocentryczna, ambitna ponad miarę i uparta, co sprawom na dobre nie wychodzi, rodząc z jednej strony degenerację i zbrodnię, z drugiej niekończące się wojny.

W mitologii indyjskiej istnieje opowieść o potworze Rahu, przeciętym na pół i wyrzuconym na orbitę ziemską, gdzie nieustannie i bezskutecznie usiłuje się połączyć w całość. Astrologowie uważają, że chodzi o węzły księżycowe, w Europie nazywane Głową i Ogonem smoczym, w indyjskiej astrologii Rahu i Ketu. Są to punkty przecięcia przez orbitę Księżyca ziemskiej ekliptyki, związane z zaćmieniami słońca i księżyca. W horoskopie niosą one człowiekowi z jednej strony szczęśliwe zbiegi okoliczności, z drugiej zaś pecha, poniżenie i brak okazji wybicia się.

Historię opowiedzianą mi przez dwie sędziwe istoty można najsilniej skojarzyć z odkryciem polskiego astronoma w latach 50-tych, dwóch pyłowych księżyców orbitujących wokół Ziemi w pobliżu widzialnego Księżyca. Od nazwiska odkrywcy zwie się je księżycami Kordylewskiego, a mimo, że zostały sfotografowane, dotąd  są kwestionowane lub uważane za zjawisko przemijające i okazjonalne. Jednak nie udowodniono jeszcze ani ich istnienia, ani nieistnienia.

Z kulami dziwnej energii bombardującymi Ziemię miałam jeszcze spotkania kilka razy. Raz nawet na jawie, w dzień, czego byli świadkowie, moi sąsiedzi, (o ile o to chodziło, a nie o przypadkową zbieżność, o której świadczyłby sen, jaki miałam następnej nocy). Opiszę to przy innej okazji.

Okres czasu, podany mi przez istoty jest identyczny z tym zapisanym w Objawieniu św. Jana, jak i w Księdze Daniela. Co naprawdę oznacza, jaki przelicznik czasu można zastosować, aby odszyfrować informację, nie ośmielę się twierdzić, że wiem.

Tymczasem kontynuuję opowieść Xięgi.

3ksiezyce

Xięga, cd.

5.

Xięga istnieje od zawsze i po wieczność, w niezmiennym punkcie przestrzeni, do którego dotrzeć jest najtrudniej w świecie. Łatwo jest ją sobie wyobrazić i umieścić powyżej wierzchołka głowy, jednak otwiera się tylko wtedy, gdy sama tego zechce. Obdarzona jest świadomością, gdyż dokładnie zna tego, kto po nią sięga. Mimo wszystko pozostaje zbiorem informacji zapisanych świetlnym pismem w przestrzeni nie większej, niż pyłek kurzu. A do tego zbioru trzeba mieć klucz.

Drobina świetlistego pyłu rzuca niekiedy krąg blasku wielkości złotówki. Potrafi ukazać się w miejscu, gdzie zalega cień i znikąd nie ma dostępu światła. W zasłoniętym nocą pokoju sypialnym na ścianie przy łóżku, we wnętrzu szafy albo pod biurkiem. Nie da się dotknąć ani schwycić w dłonie, ale kiedyś udało mi się w nią spojrzeć z bliska, zajrzeć w głąb. Krążek światła okazał się czymś w rodzaju mikroskopowego okularu. Z drugiego końca patrzyła na mnie drobna biała istota o ogromnych czarnych oczach. Widziała mnie, tak jak ja ją.

Potrafiła się z tego krążka świetlnego wynurzyć cała, ale nigdy nie byłam tego bezpośrednim świadkiem. Jedynie rano budziłam się ze strzępami przypomnień z nocy. Przepaścistych oczu czy dłoni manipulujących zdecydowanie przy mojej głowie lub nerkach. Dłoni o bardzo długich, szczupłych czterech palcach.

Zostawały mi po tych wizytach ogniki światła w głowie. Czułam mrowiący ucisk w kilku punktach czaszki. Z biegiem czasu ogniki uwalniały tkwiący w nich zapis. Po kolei, stopniowo. Jedna po drugiej. Trwało to kilka tygodni, miesięcy. Aż do następnej wizyty dziwnego gościa.

Którejś nocy wyszły mi na spotkanie dwie istoty. Sędziwe, bliźniacze, białe, o szerokich, uśmiechających się faliście ustach i bystrych czarnych wielkich oczach. Na ich płaskich drobnych twarzach ledwie wystawały maleńkie kostki nosowe. Jeden z nich wydał mi się nieco starszy. Różniło go od drugiego połyskliwe spojrzenie okrągłych oczu. Jego wyraz.

Xięga przemawiała przez nich.

Zaczęło się miliony, setki milionów i miliardy lat temu. W czasach, gdy na Ziemi dopiero powstawało życie. Ale została już obsiana i zapłodniona. Coś nagle spadło na nią z nieba. To nie było dobre. Było ciemne, najciemniejsze. Spowodowało jednak niebywały skok rozwojowy pierwszych organizmów. Każdy z gatunków wskoczył od razu oczko wyżej. Bo pojawiło się coś, przed czym musiały szaleńczo się bronić, aby przetrwać. Pożerająca pustka.

Życie zwyciężyło. W wyniku intensywnych mutacji i pojedynków między prymitywnymi organizmami utworzyła się ogromna ilość plazmy, która w końcu oderwała się od planety i poszybowała w przestrzeń kosmiczną. Do tej pory okrąża Ziemię jako chmura pyłu, bombardując od czasu do czasu jej powierzchnię trującymi kulami, które się od niej niekiedy odrywają. Kule zawierają rodzaj zarodników, którymi grzyb próbuje wciąż na nowo skazić glebę, ciała i umysły żyjących.

Pleśń odporna na najtrudniejsze kosmiczne warunki, wnikając w ciała ziemskich istot potajemnie je zatruwa i zniekształca. To ona przyczyniła się do powstania zapomnienia, złudzeń, a z nimi odstępstwa. Zrodziła choroby, szaleństwo, rozpacz i okrutną radość zła. W wielu okresach zakończonych katastrofą.

Skażeni kosmicznym grzybem popadali w smutek, rozpacz, gniew, zawiść, w końcu w perwersję i drapieżne okrucieństwo. Mrok podstępnie wnikał w mózgi i serca. Płuca ogarniało zaflegmienie. Chorzy zaczynali nieustannie odpluwać. Brak tchu sprawiał, że mogli jedynie zanikać. Tak też rozpoczęły się złorzeczenia. Najstraszniejsze klątwy i bluźnierstwa posługiwały się grzybem. A raczej to grzyb posługiwał się nimi. Wzmacniając wokół siebie najciemniejszą z ciemnych ochronną granicę. To było smutne, groziło przerwaniem eksperymentu „Ziemia”.

– W pierwszej chwili chcieliśmy się poddać – oznajmił jeden z dwóch. – Epidemia postępowała szybciej, niż wszystko, co można było przeciw niej zastosować. To jednak cofnęłoby nas do poziomu, który pragnęliśmy przezwyciężyć. Rozważaliśmy opcję zniszczenia Ziemi w wielkim wybuchu. Tylko to mogło unicestwić rozwijające się skażenie i oczyścić pole.

– Jednak pojawił się ktoś, kto zdecydował inaczej – dodał drugi. W jego oczach pojawiał się błysk, który uznałam za uśmiech. – Zgodziliśmy się mu pomóc. Jego plan i gotowość przejścia przez najgorsze dawały ułamek szansy, że się uda.

– Istniał jedyny sposób, aby spróbować zwyciężyć. Należało zbudować kult oraz rytuał, który by go przeniósł poprzez czas. A wraz z nim podstawowe informacje higieniczne i zasady zachowania równowagi. W świecie pogłębiającej się niepamięci.

Obaj przemawiali razem, choć osobno.

– Wymagało to wielu, wielu lat trudu i cierpienia. Odradzania się w skażonym świecie i podtrzymywania zapory, gdy zaczynała się walić – słuchałam.

– Ci, co zostali wyklęci, przepędzeni, ukamienowani w imię danego im prawa często upadali i stawali się przeciwnikami – przekazywał pierwszy. Jego wzrok migotał iskierkami diabolicznego dowcipu. Pomyślałam, że zna życie od drugiej, tej wyklętej strony.

– Dostawali się wtedy we władzę grzyba, który rozpoczynał swój niedostrzegalny rozkład. Jedni zauważali to i zwracali się na nowo ku prawu, uznając jego potrzebę i słuszność, wracała im świadomość. Zyskali przy tym wyrozumiałą mądrość, której wcześniej nie mieli. Byli jednak tacy, którzy upadali i stawali się diabłami.

– Musieliśmy nieustannie czuwać i wracać, aby prawo nie zwyrodniało, nie przemieniło się w narzędzie złego – uzupełnił drugi. – To my tworzyliśmy kulty i systemy i to my burzyliśmy je, gdy okazały się nieskuteczne. W ich miejsce budowaliśmy inne, ulepszone. Wciąż od nowa paktując z siłami ciemności, byleby odroczyć ostateczny wyrok.

Ziemia została poddana kwarantannie. Otoczona, zamknięta zamkami automatycznie kurczącymi się i zaciskającymi, nikt od wewnątrz nie jest w stanie ich rozerwać. Niby soczewka skupiła w sobie ciemność, wokół której zgromadziły się czujne siły, gotowe w każdej chwili ją zniszczyć.

– Ktoś jednak nie chce, aby zginęła – wyjaśnił pierwszy. – Ktoś postanowił wejść do pułapki. Ktoś drobny i bezbronny. Jemu służą Smoki i Węże, chroniąc go na dnie przepaści. A on je łagodnie powstrzymuje od niszczącego czynu.

– Są Moce, dolne i górne, odwieczne, istniejące – oznajmił drugi i dodał – Zawarły ze sobą pakt. Jeśli ktoś spośród nich zostanie uwięziony na dłużej niż 42 miesiące bezwzględnie ją zniszczą. Zerwą zasłony, wyzwolą więźnia. Reszta nieodwołalnie upadnie w czyhającą czeluść otchłani.

Odcinek ostatni istnieje, ale pozostaje zatrzymany w prywatnym archiwum.

< Xięga, część 1
< Xięga, część 2
< Xięga, część 3

Bóg i Jego kulty

Kult wiąże się z tradycją, praktyką, rytuałami i czcią, oddawaną takiej czy innej formie i imieniu Boga. Indie posiadają tych form nieskończoną ilość, a jogini mają też wiedzę na temat skutków duchowych, jakie można osiągnąć oddając się takiej czy innej praktyce wiary. Chrześcijanie są święcie przekonani, że ich kult jest najprawdziwszy, podobnie jak mahometanie, że ich. Medytacja z jidamem, czyli wizualizowanie sobie wybranej formy boskiej w sercu i wzywanie boskiego imienia, aby się z nim utożsamić i przeżyć „odlot”, stosowana jest nie tylko w hinduizmie czy buddyzmie, ale również w katolicyzmie, pod innymi nazwaniami oczywiście.

thanka

Osobiście nie praktykuję żadnego kultu i mam do wszelkich zbiorowych czci stosunek iście „żydowski”. Pierwsze, odrzucone przez kościół katolicki przykazanie zakazujące oddawania czci jakiemukolwiek obrazowi Boga niewidzialnego i nieznanego jest jakoś naturalnie wyryte w moim sercu. Wrodzony racjonalizm, krytycyzm, dystans powodują, że zmuszanie się do emocji na widok jakichś symboli pachnie mi fałszem na kilometr. A fałszu nie lubię nade wszystko. I sądzę, że Bóg również nie. Lepsza dla Niego jest szczera i prosta niewiara, niż sentymentalna czy faryzejska i interesowna pobożność.

Pewną formą kultu stały się nowoczesne medytacje mające prowadzić do polepszenia jakości życia, poprawy zdrowia, spełnienia życzeń itp. Wiele zapożyczyły z odwiecznych sposobów na uwolnienie z karmy i dostąpienie łaski Boga. Wizualizacja wymarzonego celu, techniki autohipnotyczne, użycie oddechu, kolorów, mudr, gestów, afirmowania w miejsce mantrowania, diety, pochłaniają czas, uwagę, parte ambicją i wolą sukcesu praktykującego taką magię. Religijne medytacje o tyle są czystsze i korzystniejsze, że za cel mają dosięgnięcie Boga, zyskanie Jego Świadomości i uwolnienia od bólu i cierpienia. Dzisiejszy świat w bardzo szybkim tempie masowo schodzi na psy pod tym względem. Zwabiony przemijającym złudnym sukcesem i próżnością.

I ja, mimo dystansu, próbowałam w latach 90-tych różnych sposobów na polepszenie swojego przygnębiającego życia i imałam się najbardziej szalonych praktyk, żeby sobie pomóc. Przekonałam się, że – oprócz otwarcia się na energie Drugiej Strony i kontakt, którym w żaden sposób nie zarządzałam – niewiele, albo nic mi one nie dały. W rzeczywistym sensie. Życie toczyło się jak się toczyło, raczej pod górkę i cuda szerokim łukiem mnie omijały, jak zawsze. Nie pomagały psychoanalizy i terapie, afirmacje, przemeblowania pokoju według zasad feng-szuei (winne były ogólniejsze układy miejsca, których zmienić się nie dało), specjalne oddychanie, odblokowywanie traumy narodzin, wizualizacje pomyślności, lecznicze znaki reiki na odległość, modlitwy z intencją, ani nawet skamląca pokora wobec Boga. Jak tkwiłam w życiowej d…, tak tkwiłam. Astrologia pomagała o tyle, że dzięki jej znajomości omijałam niebezpieczne związki, nie zgadzając się zawczasu na kolejne przegrane. I znosiłam cierpliwie niepomyślności. Niektórzy znajomi uznali, że właśnie dlatego mi się nie wiedzie, bo wierzę w układy planet! Że niby winien jest mój determinizm. Ale ja akurat w tym temacie swoje wiem, i wiem na pewno. Kilka oparzeń, które sobie zafundowałam, lekceważąc „gwiazdy”, przekonało mnie o tym dostatecznie.

Przeznaczenie ma swój czas. I niczym go nie przyspieszysz, ani nie ominiesz. Wiele rzeczy można złagodzić odpowiednią świadomością, ale nie unikaniem losu, albo narzucaniem mu wędzidła swojego Ego. Przyszła taka chwila w moim życiu, że wszystkie więzy puściły, jak zaczarowane, dziesięcioletnie afirmacje spełniły się w ciągu miesiąca. I tych więzów nie mogłam zerwać wcześniej, bo były karmiczne.

Co do rodzaju, pozycji i skuteczności kultów Boga zyskałam kiedyś objaśniający przekaz senny z „górnej półki”. Był bardzo piękny, zatem przytoczę go zamiast dalszych „mądrych” wywodów w tym temacie.

W nocy z 8 na 9 listopada 1997 roku znalazłam się w gigantycznej katedrze. Po obu jej bokach ciągnęły się niezliczone nawy. W każdej z nich przebywała spora grupa wyznawców, klęczących, kłaniających się, mantrujących święte sylaby i odmawiających litanie. Wszyscy byli skupieni na modlitwie do jakiejś ustawionej na ołtarzu świętej figury. W każdej nawie stał inny obiekt kultu. Poczułam, że jestem obdarowana możliwością widzenia tych różnorodnych, czczonych przez ludzi form Boga. Nie każdy mógł je dostrzec i nawet ci, którzy modlili się o to cierpliwie i systematycznie całymi latami, często przyjmowali ich istnienie tylko na wiarę.

Widok był niezwykły, wciągający. W każdej z naw, nad głowami modlącego się tłumu dominowało (wisząc w powietrzu, lub stojąc jako posąg na ołtarzu), ich odrębne bóstwo. Każde z nich przypominało kolorowy, trójwymiarowy hologram i błyszczało przepięknym złotym kolorem. Rozpoznałam Matkę Boską w wieńcu z gwiazd, potężnego czterorękiego Wisznu, uśmiechniętego Gowindę z fletem w dłoniach i girlandą kwiatów na szyi, siedzącego w medytacji Buddę, Jezusa błogosławiącego cierpiących. Ponadto były tam inne, nieznane mi wyobrażenia bogów, o których można przeczytać w podręcznikach religioznawczych lub kronikach historycznych i trudno mi je było nazwać. Bóstwa afrykańskie, indiańskie, syberyjskie, australijskie, wyspiarskie, może nawet atlantydzkie. Niektóre z nich sprawiały wrażenie zupełnie pierwotnych, na pół zwierzęcych, totemicznych, dzikich i archaicznych. Każde koncentrowało na sobie uwagę wielu osób i idealnie odzwierciedlało poziom rozwoju ich świadomości, cele życiowe i przekonania moralne.
Patrząc na to zauważyłam
(jakby się obudziwszy w tym śnie), że leżę prawie pośrodku tej niesamowicie ogromnej świątyni na czymś, co przypomina prostą pryczę. Wokół mnie snuje się mnóstwo ludzi, z których większość zmierza w znane sobie części kościoła, inni słuchają modłów i zastanawiają się, w której nawie przystanąć. Panuje tłok i zamieszanie. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Zaczęłam się zastanawiać, co wypada teraz uczynić, bo przecież spać w tym przechodnim miejscu długo się nie da. Trochę zdezorientowana zsunęłam nogi z łóżka na ozdobną posadzkę, udając, że podejmuję jakąś ważną decyzję, tak jak inni. Wtedy obok kolumny, przy której mieściło się moje legowisko dostrzegłam 12-letniego rozweselonego chłopca, podobnego do mego kolegi z dzieciństwa, Wiesława (Wiedzący, jak sławić Boga). Był ubrany w zwykłe dżinsy i flanelową koszulę w kratkę. Przez nikogo niedostrzeżony i nierozpoznany skinął na mnie ręką.

W jednej chwili mój umysł rozszerzył się i natychmiast – drogą z umysłu do umysłu – wchłonęłam jego przekaz. Dowiedziałam się, że ten – pełen absolutnej wolności od obowiązujących w świadomości wyznawców przekonań, aspekt swojej boskiej dziecięcości, z której wyłaniają się nowe cudowne światy, pokazuje bardzo nielicznym. Jedynie tym, którzy kierują się głosem serca, bez liczenia się z czymkolwiek z zewnątrz, bo kochają go absolutnie i pozwalają mu być takim, jaki jest i jaki akurat chce być, godząc się nawet na rolę diabła, gdyby tylko przyszedł mu do głowy taki pomysł.

Porwała mnie ekstaza miłości i radości. Uniosłam się wysoko, cała roziskrzona żywą energią. I ogarnął prosty, wibrujący śmiech boga. Ale łobuziak z niego, cha, cha!

*

Sen zawarł mnóstwo informacji i symboli. Oto niektóre z nich, słowami Jarka Bzomy:

Złoto–perlisty, złoty kolor – kolor ciała buddycznego. Poziom Metatrona śni się w złotych kolorach. Ukazuje się czasem jako pusta szata, pokryta złotym płaszczem wytłoczonym we wszystkich bogów, jacy kiedykolwiek byli wyobrażeni na świecie.

Poziom brahmaniczny 8/3 – poziom świetlistych bogów, świat form Świadomości opierających się rozpadowi, Metatrona, jeszcze po przejawionej stronie Granicy 8/9. To poziom bytów określanych w hinduizmie Dewami, realizującymi się w kontrolowaniu rozpadu form Świadomości w Nicość 8/2.

Dziecko – otworzony do naszej eksploracji kolejny wyższy (starszy) poziom Świadomości, w snach dziecko jest tak naprawdę starsze od nas. To osobowa forma badanego poziomu. W snach może symbolizować młode pokolenie, przyszłość. To symbol potencjału wzrostowego z wyższego poziomu.

Ponieważ chłopiec miał 12 lat, należy wziąć też pod uwagę i tę liczbę.

Poziom dwunasty – Świątynia.

Ekstaza

Wypada zacząć od teorii. Zainteresowanych szczegółowymi kwalifikacjami wewnętrznych stanów psychicznych możliwych do osiągnięcia i doznania w wyniku praktyki duchowej odsyłam do autorów zajmujących się indyjską jogą, bądź samych indyjskich ksiąg, traktujących o tej delikatnej i nieuchwytnej materii. Od siebie polecam na początek książkę „Patańdżali i joga” Mircei Eliade, zwarte kompedium najważniejszych informacji w tym temacie, zaczerpniętych z podstawowych starożytnych dzieł hinduizmu (i nie tylko), czyli Jogasutr, Wedanty, Puran, Mahabharaty, Gity, starożytnych komentatorów i joginów.

Dla przybliżenia tematu w prosty sposób daję krótki opis ze swojego sennika, czyli książeczki „Symbole senne – znaki na Drodze do Życia”.

Ekstaza – euforyczny stan psychiczny poprzedzony i wywołany przepływem energii przez ciało, zdarza się w snach świadomych, wizyjnych i inspirowanych. Umyka opisowi, gdyż jego podstawową cechą jest przekroczenie znanej z jawy percepcji umysłu i wyjście świadomości poza znane jej rozróżnienia, czas i posiadaną wiedzę. Trwa przeważnie krótko, może jej towarzyszyć eksterioryzacja i kontakt z postaciami spoza trójwymiarowej przestrzeni, w której na co dzień prosperuje nasz umysł i zmysły. Miewa wielki, harmonizujący i uzdrawiający wpływ na psychikę, a czasem ciało fizyczne.

Eksterioryzacja – zjawisko dość często spontanicznie doświadczane we śnie i zapamiętywane jako lot w górze, czasem jako wysiadanie z samochodu (obrazującego ciało fizyczne). Spowodowane oddzieleniem się ciała astralnego od fizycznego. Może to być wywołane wielkim strachem we śnie lub odwrotnie ekstatyczną błogością. Eksterioryzować świadomie można się nauczyć. Wiele elementów e. zawierają świadome sny, a więc specyficzny dźwięk podczas wchodzenia w trans (brzęczenie, buczenie, dzwonienie), lot przez tunel ku światłu, gdzie zaczyna się świat snu, odbierany wszystkimi zmysłami ciała i w pełnej świadomości. Powrót odbywa się na odwróconej zasadzie i odczuwa się go jako pewien wstrząs, powodujący natychmiastowe obudzenie się w ciele fizycznym. Czasem udaje się dotknąć srebrnego sznura, cienkiego i rozciągliwego przewodu wyrastającego spomiędzy łopatek na plecach, który łączy ciało fizyczne z subtelnym odpowiednikiem. Daje się on rozciągać na kosmiczne odległości i zawsze ściąga bezpiecznie wędrowca do pogrążonego w swoistym letargu ciała fizycznego.

jogin

A jako przykład jednego z możliwych wewnętrznych doznań, wykraczających poza fizyczne zmysły i wszelkie pojęcia znane z jawy, przedstawiam swój sen-nie-sen. Ma on pewne cechy ufologiczne, religijne, spotkania z duchowymi mistrzami i pobierania nauk z wysokich poziomów. Zatem wszystko w jednym!

*

Wieczorem 16 sierpnia 1994 roku ogarnęła mnie niezrozumiała ochota, by położyć się spać w innym pokoju, z którego okno wychodzi na podwórze. I tam niespodziewanie weszłam od razu w głęboki trans.

Zaraz po zamknięciu oczu wyrwała mnie z ciała fizycznego fala energii. Uniosłam się nad nim i z ciekawością wyjrzałam przez okno na podwórze. Ku mojemu zdziwieniu nie było ciemno. Podwórze było rozświetlone bladym światłem, tworzącym szarówkę. W jego głębi na tle budynku gospodarczego zobaczyłam grupę około dziesięciu ludzi, siedzących na różne sposoby wokół centralnej postaci młodego, pięknego mężczyzny z długimi do ramion włosami. Z jego wnętrza emanował iskrzący się żywy blask krystalicznie czystego światła. A więc to on był źródłem oświetlenia! Wiedziałam wprost, że jest mistrzem, synem bożym, jego imię nie wydało mi się istotne. Kiedy tak mu się z fascynacją przyglądałam, podniósł nagle oczy i nasze spojrzenia się spotkały. W tej samej chwili dobiegł mnie prąd energii o niesamowitej mocy.
Błyskawicznie popłynął wzdłuż moich rąk, tułowia i nóg, a ja przestraszyłam się, (bo to bolało), że moje fizyczne przecież ciało nie wytrzyma takiego natężenia, że popęka i rozsypie się jak krucha szklanka. Nad moją głową rozbłysła żarówka oślepiająco białym światłem. To z niej płynął strumień, przelewający się teraz przez moje udręczone ciało i sprawiał, że stopniowo jednak wzrastałam i przemieniałam się od wewnątrz w kogoś świetlistego, zupełnie innego, niż dotąd.

Zaaferowana przeżywaniem światła nie zauważyłam jak mistrz z uczniami znikł, a kiedy odzyskałam równowagę, na podwórzu rozgrywała się już inna scena.

Przed domem, w odległości najwyżej metra nad ziemią unosił się teraz kosmiczny pojazd. Miał kształt idealnej piramidy, błyszczał jak zrobiony z kryształu. Na przedniej ściance widniały – blisko czubka – dwa romboidalne okienka. Swoją wielkością zajmował przestrzeń między budynkiem gospodarczym a domem, nie był ani zbyt wielki, ani zbyt mały, w sam raz, aby pomieścić swobodnie kilkoro ludzi. Nie pamiętam, jakim sposobem wyszedł z niego człowiek. Mężczyzna. Niezwykle szczupły i wysoki, mógł mieć nawet 3 metry wzrostu. Patrzył w moją stronę i najwyraźniej zauważył mnie za okienną szybą, gdyż uśmiechnął się i podniósł dłoń w geście pozdrowienia. Ogarnęło mnie wzruszenie, miłosne. Wiedziałam, że reprezentował potęgę cywilizacji ludzi z Ziemi, jednej z niezliczonej ilości podobnych do niej we wszechświecie, połączonych jedną wiedzą i jednym celem. Nie zdziwiła mnie także własna myśl, że stoję oko w oko z przemienionym człowiekiem przyszłości, który w swoim idealnym ciele, bytującym w sferze wiecznego teraz, kontaktuje się poprzez bramę w czasoprzestrzeni z jedną ze swoich licznych replik, wysłanych w przeszłość. Być może, aby naprawić jakieś błędy popełnione dawno temu, przeszkadzające mu stać się jednością z wieloma. Pozdrowiłam go złożeniem dłoni i skinieniem głowy. I w tej samej chwili mój umysł… Boże, co się z nim dzieje?… utożsamił się z nim, rozszerzył i otworzył.
Wszystko stało się oczywiste w ułamku sekundy! Znalazłam się wewnątrz wspólnoty tych doskonałych istot, połączonej miłością tak żywą i pełną absolutnego oddania sobie nawzajem, tak wibrującą, tak falującą, tak nieskończenie wzrastającą, tak namiętną, tak orgiastyczną i ekstatyczną, że nie da się z nią porównać żadnego, nawet najrozkoszniejszego ziemskiego doznania.

Potem wszystko skurczyło się, znikło i otworzyłam przytomnie oczy po środku nocy, w pustym cichym pokoju, jak zawsze, jak zwykle.

Budynek gospodarczy to makieta sfery nieprzejawienia, czyli poziomów 9-13. Pojazd  pojawił się w strefie przejawionego ducha 6-8. Jego reprezentacją była żarówka nad moją głową, do której zostałam podłączona. Obserwowałam go przez szybę pokoju, czyli granicę 5/6, ze swojego domu, czyli ciała mentalnego i poziomu 4.

Kształt piramidy i geometria okienek wyjaśnia Jarosław Bzoma tak:

Figury geometryczne mogą pojawić się na poziomie duszy 7, ponieważ Atman jest tak naprawdę Brahmanem. Romby, kwadraty, koła, trójkąty, wielościany pochodzą z poziomu brahmanicznego, Nicości 8 i śnią się na tym i wyższym poziomie. Towarzyszy temu świadomość relacji między figurami i ich znaczenia.

Tu jednak jest pewien niuans. Krystaliczność. Trzeba więc brać pod uwagę, że pojazd reprezentował poziom wyższy, niż tylko Brahman.

Świątynia, zamek, też Szklana Góra nie jest niczym innym jak wirem swoim najgęściejszym bezwymiarowym punktem skierowanym ku górze. Niektórym śni się jako zamek na szklanej górze albo szklany pałac (tak jak w baśniach).

Oraz to:

Kryształowy Wir pochodzi z wnętrza Szczeliny 8-12.

Xięga, część 3 czyli Wojna w Orionie

Kolejny wgląd w Xięgę. Biblioteka ma swoje zakamarki, do których dostęp bywa utrudniony. Są siły, które jak w poprzedniej części, wprowadzają chaos i nieporządek, aby utrudnić możliwość poznania pewnych informacji. Albo ich właściwe zrozumienie. Zapewne po to, aby nimi sterować w umysłach pozbawionych pamięci i wiedzy ludzi. Są też takie, które je chronią. W tym wypadku osoba bibliotekarza, występującego pod nieobecność żony jest nie tylko moim przewodnikiem, ale i dysponentem zapisu, Ojcem z poziomów nieprzejawionych, który śni się czasem jako sklerotyczny staruszek. Zważywszy jego kresowe pochodzenie zapewne jest to poziom 10 i mniej, niż 10, czerwonego równoramiennego krzyża, skąd startuje (w dół, ku Przejawieniu) Wielka Karma.
Część symboliczną owego snu zakończył bezpośredni wgląd i przepływ informacji z odczytu, tak intensywny i prędki, że minęło dużo czasu, nim udało mi się je wszystkie odtworzyć. Pomogła mi w tym analiza szeregu snów wizyjnych z innych miesięcy i lat.
Oczywiście, odtworzenie szczegółów oparte na interpretacji symbolicznej warstwy przekazu opiera się na mojej logice, zawsze niedoskonałej wiedzy i może być miejscami obarczone błędem, bądź przekręcone. Zawsze uratować mnie może forma literacka, wszak styl fantastyczny dopuszcza rojenia od-autorskie.
Akcję pozostawiam niezmienioną, jedynie podsuwam jej zrozumienie. Nazwa planety padła we śnie, jak i nazwa inteligentnego budulca gwiezdnego okrętu.
W większości wszystko toczy się na wysokich poziomach, bliskich czarnej dziury i granicy 8/9. Czym i kim są w gruncie rzeczy bohaterowie wydarzeń, gadzie bestie, nieśmiertelni panowie, a także wieża nad jeziorem (odpowiednik mitycznej góry Meru, czy Axis mundi), otchłanne morze (hind. Morze Przyczyn), można się domyślać. Zwłaszcza liznąwszy choćby trochę systematyki poczynionej przez Jarosława Bzomę, a dotyczącej egregorów i ich rezydentów, kryształowego wiru i pamięci karmicznej. O pewnych niuansach dotyczących tzw. poprzednich wcieleń – choć w największej części zgadzam się z J.B., że jest ona przynależna sieci karmicznej, a nie istocie świadomości, która się w danym splocie rodzi, to jednak biorę też pod uwagę inne sugestie na ten temat ze snów. Są istoty, które postanowiły z jakichś – zdaje się różnych gatunkowo powodów – nie rozstawać się ze swym „urojeniowym ja”, tożsamością i pozycją. I w jakiś sposób panują nad procesem w świecie Małej Karmy. Mając lepszy dostęp do zapisu genetycznej pamięci rodu. Może to służyć różnym celom, i „dobrym” i „złym”, w każdym razie pozwala na toczenie gry w czasoprzestrzeni istotom, które od niej mniej zależą, albo nawet wcale.
Historie bohaterów, biorących udział w II wojnie światów śniły mi się po wielekroć, z różnych punktów widzenia i stanowią trzon większej ilości opowiadań. Zaszyfrowanych językiem snów.

Orion

Xięga, cd.

4.

Ze snów wiedziałam już, czego pragnę i nie ustawałam w przywoływaniu następnego wglądu we wszystkowiedzącą Xięgę. W końcu udało mi się trafić na jej fragment w gminnej bibliotece. Tyle razy tam chodziłam i nigdy nie natknęłam się na tę pozycję! A przecież doskonale znałam rozkład, tematykę, kolejność autorów i wszystkie tytuły w każdym zakamarku księgozbioru. Dzięki sympatii do mego ojca, wielkiego miłośnika książek, żywionej przez małżeńską parę bibliotekarzy miałam wolny wstęp między półki od dziecka. I robiłam to najczęściej jak się dało, od kiedy tylko nauczyłam się czytać.

Książkę, o której mówię wskazał mi dopiero stary bibliotekarz, pan Utopinetz. Prywatnie wielki miłośnik grzybiarstwa, co dodatkowo połączyło go węzłem przyjaźni z moim ojcem, również namiętnym grzybiarzem. Pan Utopinetz studiował życie grzybów z wielkim zaangażowaniem. Miał zwyczaj siadać w lesie przy grzybie i patrzeć godzinami, jak rośnie. Miał swoją teorię. Twierdził, że grzyby rosną skokowo. Powiększają się co jakiś czas w jednej chwili.

Kiedy zwierzyłam mu się, że sama nie wiem, czego dzisiaj chcę, bo większość napisanych książek dobrze już znam, a mam ochotę przeczytać coś naprawdę ciekawego i ta ciekawość mnie ssie, zapytał swoim zabawnym lwowskim akcentem, jaki temat interesuje mnie najbardziej.

– Coś pomiędzy fantastyką a dokumentem, kosmologią a filozofią, snem a jawą – odparłam.

Wstał zza swojego odrapanego biurka i ruszył pierwszy starczym drobnym krokiem.

– Chodź za mną – powiedział cicho. Mówił mi po imieniu, gdyż znał mnie od zawsze.

Szurając przydeptanymi filcowymi papuciami po starannie wyszorowanej i zamiecionej drewnianej podłodze zaprowadził mnie do niewielkiej pakamery, w której nigdy do tej pory nie byłam. Sądziłam, że za nieustannie zamkniętymi drzwiami mieści się coś w rodzaju kuchenki dla pracowników albo przedłużenia kartotek bibliotecznych.

– Ojej! – aż westchnęłam od progu.

Stał tam regał ze starymi książkami.

– Odłożyłem je, bo już nie nadają się do wypożyczania, tak są zużyte. A zniszczyć ich nie miałem serca – stwierdził pan Utopinetz, który jako rodowity kresowiak lubił wspominać o sercu.

Przechyliwszy głowę na bok wprawnie przesunęłam nieruchomymi oczami po grzbietach wytartych od czytelniczych rąk książek. I zaraz pewnym ruchem sięgnęłam po to, co okazało się bardzo cennym wypisem z odwiecznej Xięgi. Na najwyższej półce stała trylogia pod tytułem: Historia wojny w Orionie. Dłonie mi zadrżały.

– Zerknij w opowieść o walce z gadzimi istotami, które po pierwszej wojnie światów zostały zrzucone na Ziemię… Teraz toczy się druga wojna i my bierzemy w niej udział – bąknął pan Utopinetz, który jak się okazało, świetnie znał jej treść. Ucieszył się, że ją wybrałam.

– Doskonale. To rzeczywiście bardzo ciekawe.

Przeczytałam całość z zapartym tchem. Zaraz po powrocie do domu.

diozaury

Pierwszy tom opowiadał historię, która wydarzyła się dawno temu na planecie zwanej Batrin, co w ziemskim języku znaczy Starzec.  Zaś tom drugi traktował o sprawach skądinąd, które do tego doprowadziły.

Zaczęło się od tego, że jeden z czterech obejrzał się za siebie. A oto potwór wyłonił się z morskich głębin. Z jakiegoś powodu czwarty przystanął. Wtedy bestia zauważyła go.
Poruszała się błyskawicznie. Przyskoczyła ku niemu i jednym kłapnięciem zębatych szczęk pożarła, przez chwilę szamocząc jeszcze jego bezwładnym, krwawiącym obficie ciałem w wodzie. Natychmiast nadbiegł z głębi wód drugi podobny potwór. Oba były samicami z gatunków tyranosaurus rex i allosaurus maximus. Zaczęły zażarcie walczyć ze sobą.

Wróciwszy na Batrin, to Xięga oznajmiła, że w odróżnieniu od Ziemi-Alfa, w toku dziejów zapanował na niej ustrój komunistyczny. Ten system zmuszał poszczególnych ludzi do mrówczej pracy na rzecz wspólnoty i nakazywał porzucenie jednostkowych potrzeb i różnic pod groźbą kary śmierci lub biologicznego i psychicznego okaleczenia. Z czasem zarzucono stosowanie bezpośredniego przymusu. System wykształcił samodoskonalącą się metodę oszukiwania obywateli przy pomocy technologii medialnych i ogromnych masowych ceremonii wprawiających w zbiorowy trans. Ludzie żyli w złudzeniu indywidualnych potrzeb zaspokajanych przez bezosobowe korporacyjne twory gospodarcze i wzorce przez nie propagowane. Potrzeby były sztucznie generowane i sterowane metodą kontroli umysłów i systemem nagród. Stosowano eugenikę i genetyczną modyfikację, zwierzęce łączenie się w rodziny przemieniono w zawodowe funkcje opiekuńcze realizowane w państwowych placówkach, rozród przestał być przypadkowy, tak samo stan zdrowia i liczebność populacji. Wraz z podatnością na choroby zniwelowano w końcu agresję, przestępczość, różnorodność ras, kultur i języków. Znikła religia, jej rolę przejął kult technologii i sztuka wielkich masowych przedstawień i sportowych igrzysk. Pokarm wytwarzano w fabrykach, w końcu stał się syntetyczny i wywierał wpływ na psychikę ludzi tak, że nie byli w stanie się sprzeciwić, ani powrócić do tego, od czego wyszli.

Systemem zasłon zarządzała ukryta za nimi elita. W życiu społecznym odgrywająca rolę zwykłych obywateli. Na jej szczycie stał król panujący nad nieświadomymi jego istnienia masami. W żadnym razie ogół go nie wybierał, nawet nie miał pojęcia, że ktoś taki istnieje. Był głową rodu władców, i to krew decydowała o jego roli. Moc zbiorowości służyła mu. Ród zaś rezydował za zasłoną materialną w niezmiennie wygodnych warunkach, dysponując dostępem do wspólnej pamięci i technologii wcieleń, niosących w praktyce długowieczność fizyczną i nieśmiertelność kształtowanej i niesionej niezmiennie przez tysiąclecia tożsamości.

Krew z czasem zdegenerowała się. Czas bliski był końca cyklu planetarnego trwania. Klan rządzący urósł tak w pychę, że sam wpadł w pułapkę przez siebie zastawioną. Zdecydował się wykorzystać energię Najwyższego w swoich miałkich celach przetrwania. Samodoskonalący się system zasłon, niwelując problemy przeludnionej planety ukształtował sztuczną inteligencję, a ta przejęła pamięć zbiorową. Zaszczepiona w prymitywne struktury biologiczne zaczęła mnożyć się jak bakterie, wymykając się spod kontroli jej projektantów. Równowaga świadomości i nieświadomości została nagle zakłócona, a z biegiem czasu dusza planety pożarta i unicestwiona przez agresywny cień, który wyniknął z zagrzybionych światów. Na Batrin pozostawały jeszcze ciała dawnych jej mieszkańców, sług swoich panów, ożywione jak kukiełki tym czymś nie do opisania wrogim, podstępnym, fałszywym i w istocie swojej pustym i bezdusznie okrutnym. Degradowały się w szybkim tempie, niszcząc i pożerając siebie nawzajem.

Panowie Batrin, w dramatycznym akcie przeżycia za wszelką cenę, spróbowali wydostać się ze swojego świata zbudowanym zawczasu okrętem. Jego graffetowy człon sterujący obdarzony był sztuczną świadomością i zapisem pamięci rodu. Zapadli w nieskończoną śpiączkę złożeni w chronionych pojemnikach przypominających grobowce. Ich cherlawe bezpłciowe ciała nie dawały im szans na przeżycie. Wraz z nimi przenosiło się coś, co poszukiwało nowych dawców niezbędnego dla swego istnienia żywego pokarmu, dusz. Okręt krążył nieskończenie długo wokół gwiazdy Przejścia, licząc na zbieg okoliczności, który pozwoliłby mu wydostać się z pętli czasu.

Tymczasem w trakcie wojennego starcia oba potwory zostały zbombardowane przez armie trzech Sprzymierzonych. W wyniku ich zwycięstwa wzeszła na niebie cudownie błękitna zorza, okolona pierścieniem błyszczących złotych gwiazd. Ustanowiono połączenie i unię. Trójka ocalałych bohaterów historii nie mogła jej uczcić wiedząc, że nie jest to jeszcze koniec walki.

– Przyczajmy się, obserwujmy – postanowili. – Gady na pewno wymyśliły jakiś podstęp.

Osiedli na skraju Oriona, u ujścia Świętej Rzeki, w miejscu Kolebką zwanym. Trapił ich tajemny niepokój. Który sprawiał, że nigdy nie przestawali czuwać.

wieża

Tom trzeci traktował o dziejach drugiej kosmicznej wojny, która miała dokonać się na Ziemi. Bo tutaj ostatecznie został zrzucony wrogi czynnik. Na wysokościach powstał program działający w czasie. Strzegła go wieża, sięgająca najwyższych wymiarów, zakotwiczona teraz na kamiennych ziemskich podwalinach i wzniesiona w spokojnym równinnym rejonie na skraju słodkiego jeziora bardzo blisko morskiego brzegu. Zgodnie z Planem Planów główni rezydenci wieży i pełni poświęcenia ochotnicy z wysokich światów, mieli schodzić z niej w dół wymiennie, po kolei, parami. W celu ochrony ich pamięci o przyczynie i celu. Gdyby powrót na górę wydłużał się, albo nawet dramatycznie załamał, w planie były ekspedycje ratujące i przywracające zgubione wartości wraz z wiedzą o nadchodzącym końcu rzeczy. Nieśmiertelny duch z wieży, zachowujący znajomość wszystkich wcieleń mógł osiąść na którymś z ich ziemskich potomków, po czym pomóc im wrócić do strażnicy. Tak miało się dziać, aż do wyznaczonego nieodwołanie przez ukazanie się Solis, terminu ostatecznego starcia.

U kresu mieli zejść z wieży wszyscy biorący udział w rozgrywce, nawet trzej naczelnicy, głowa projektu. Robiąc to jako ostatni.

Wreszcie któregoś letniego, nader słonecznego dnia wleciał do ich wiejskiej chaty przez otwarte okno duży, czarny jak smoła owad. Osaczyli go, zabili i dokładnie obejrzeli. Była to odrażająca hybryda muchy i pszczoły. Istota na poły ziemska, na poły niebiańska, z niży i z wyży zarazem. Skażona i zagrzybiona, zamykająca w sobie skalany skarb. Wszyscy w milczeniu spojrzeli na siebie. Ponura świadomość ścisnęła ich serca. Oto zaczynający się lęgnąć pomiot bestii mógł wykluć się tutaj z pozostawionych przez nie gdzieś w ukrytym miejscu jaj. Jedyna nadzieja była w tym, że pamięć zawarta w genach złotych pszczół nie da się zniszczyć, przezwycięży spleśniałe mroczne skłonności i odezwie się samoistnie w chwili starcia. Przeważając szalę zwycięstwa nad cieniem.

Cdn.

< Xięga 1
< Xięga 2

Xięga – część 2

Xięga powracała konsekwentnie, budząc energie, trans i pozwalając  w siebie wejrzeć, a wtedy towarzyszyły jej sny symboliczne. To dzięki nim właściwie, a nie psychoanalitykom, zorientowałam się, że osoby ze snów, znane na jawie, są formami dla czegoś/kogoś innego, kto przybiera ich postać w jakimś symbolicznym i czytelnym dla śniącego celu.
Najważniejszymi postaciami w życiu są rodzice. W tak ważkich snach, jak wgląd w kronikę Akaszy, reprezentują oni matkę i ojca z nieba. Duchowe byty, nieprzejawione lub przejawione wysoko. Mogą wtajemniczyć choćby w dzieje twojej duszy…
Wracając do poprzedniej części opowieści, łatwiej jest też już chyba sobie wyobrazić kogo reprezentowała moja babka, właścicielka Biblioteki.
Dwaj moi kuzyni z niniejszej części to ja sama w potrojeniu. „Trzy osoby/istoty to objaw wyższych poziomów powyżej granicy 5/6.” (J. Bzoma).
Podwójna forma mego ojca miała za zadanie unaocznić obniżenie jego pozycji i przejawienie się nieprzejawionego ojca na niższym poziomie. Co wyjaśnia zapis w Xiędze.

Dysk

Xięga cd.

3.

Po latach znów się tam znalazłam, jak czasami w dzieciństwie, ukradkiem przed babką chowającą klucz od gościnnego pokoju w kuchennym kredensie. Byłam już dorosła, dziadkowie nie żyli, lecz wejścia do pokoju strzegli teraz ich dwaj synowie spadkobiercy.

Nie byłam sama. Miałam młodszych od siebie towarzyszy. Byli to moi stryjeczni bracia, Mirosław i Sławomir. Aby odnaleźć odwieczną Xięgę dostaliśmy się we trójkę do gościnnego pokoju w domu naszych dziadków, który po ich śmierci stał się ich mieszkaniem. Opowiedziałam kuzynom o jej niewidzialnych mocach i zapalili się, aby ją poznać. Działaliśmy szybko i w napięciu. Taki był plan: dostać się i czym prędzej zaczerpnąć trochę wiedzy, ile się da, choćby cokolwiek. Przekręciłam duży żelazny klucz w zamku pomalowanych na biało drzwi, który przed chwilą wyciągnęłam z kredensowej szuflady.

Wsunęliśmy się chyłkiem do pokoju. Pachniało w nim długotrwałą, lekko spleśniałą wilgocią i starymi meblami. Zalegał cień, gdyż zasłonięte story w oknie wychodzącym na zachód nie wpuszczały zbyt wiele światła. Odsunęłam szybkę chroniącą księgozbiór przed kurzem. Była gruba, kryształowa, z kwiatowymi wzorami rżniętymi na szlifowanych obrzeżach. Zawsze zacinała się w jednym miejscu i tu trzeba było unieść ją nieco do góry i użyć cierpliwego nacisku, aby ją przesunąć i umożliwić sięgnięcie po najciekawsze pozycje na półkach. Jedno z nas pozostało przy drzwiach nasłuchując z palcem na ustach. Cicho, cicho…

We dwójkę chwytaliśmy zachłannie to, co wpadło nam w ręce. Każde inną książkę. Ja od razu sięgnęłam po Xięgę, którą już zaczęłam poznawać, o której marzyłam i od dawna czekałam na kolejne otwarcie.

Ułożyłam ją na jadalnym stole, dużym, okrągłym, z toczonymi ozdobnie nogami. Niegdyś z okazji świąt i rodzinnego zjazdu babka rozsuwała go w dużo większą elipsę, nakrywała białym haftowanym własnoręcznie obrusem i ustawiała na nim porcelanową zastawę pełną przysmaków. Tylko ona umiała takie przyrządzać. Od czasu jej odejścia stół lepił się od zwilgotniałego kurzu, osłonięty wyburzałą narzutą na łóżko zamiast obrusa. W zamykanym, dawniej gościnnym pokoju gromadzono bezużyteczne przedmioty i graty, panował przykry dla oka bałagan. Nie miałam jednak czasu na żale, wspominki, ani też namaszczenie czy zachwyt. Otworzyłam Xięgę na chybił trafił i zaczęłam szybko wertować ilustrowane strony. Usiłowałam zapamiętać jak najwięcej, nim ta możliwość zostanie mi odebrana. I czytałam pilnie w nerwowym i czujnym pośpiechu.

Xięga zdawała się odpowiadać na moje najgłębsze pytanie. Którego nawet nie zdążyłam sobie jeszcze zadać. Otworzyła się na stronie, która z miejsca przykuła moją uwagę. Tekst mówił o tym, że w pradawnych czasach rozwinęła się rasa istot, które osiągnęły tak wysoki poziom rozwoju, że przedostały się „na drugą stronę wszechświata”, weszły w anty-świat.

Wtem owa strona zamieniła się w rodzaj trójwymiarowego ekranu. Pojawiła się na nim forma kuli z punktowym jądrem (jak model wszechświata lub atomu), a owe istoty odbyły drogę z jednego brzegu kuli na drugi, przeciwległy na niej, przemieszczając się po linii prostej przecinającej jej środek. Była to grupa Antychrysta, jak przeczytałam. Następnie ustanowiła w niższej przestrzeni, w której się uprzednio narodziła i z której już była wyszła – hierarchię rządzącą zogniskowaną na tym „nieomal najwyższym poziomie”, który zdołała osiągnąć.

Nagle pojęłam, kim był mój ojciec. I na czym polegało jego szaleństwo, któremu oddawał się w moich snach całą duszą.

W tej samej chwili zastukał niecierpliwie do drzwi, a mój drugi kuzyn, Mirosław otworzył je przed nim z pobladłą twarzą, drżąc na ciele. Jego stryj, a mój ojciec był mężczyzną w średnim wieku, wysokim, szczupłym, lekko przygarbionym, z kilkudniowym zarostem na wychudzonej twarzy, z powodu wieloletniego nałogu palenia często pokasłującym i chrząkającym. Ubrany niechlujnie, z błyszczącymi niezdrowo oczami okazał się być teraz pod wpływem alkoholu, a ja wiedziałam, że od dawna bywa taki prawie ciągle.

Nawet, gdy stał już w otwartych drzwiach łykałam jeszcze ostatki informacji z Xięgi. Póki mi jej nie odbierze i nie schowa znowu na półce biblioteczki.

Należałam do innej grupy istot, dzieci tych, co zrodzili się z tych, którzy pojawili się z anty-materialnego świata i znów tam odeszli.

– Tak! – wykrzyknęłam przyciskając Xięgę do siebie – Mam takie samo prawo, jak ty, tato, poznać tę książkę. Należy też do mnie. Nie możesz zabronić mi jej czytać!

Kuzyni poparli mnie w tym żądaniu. Nie było to łatwe. Alkoholizm trwale zmienił z natury dobroduszny charakter naszych ojców na uparty i podejrzliwy. Mój od lat był ogarnięty chorobliwą manią, stał się podstępny i złośliwy. Miewał niepoczytalne ataki gniewu i zdawało się wtedy, że nie wie, co czyni, wpadał w istny szał.

Powód nałogu i udręki chyba nie był mu znany. Żył jakąś swoją wewnętrzną rozterką, rozszczepieniem na dwoje i co najwyżej starał się o tym zapomnieć. Za wszelką cenę zapomnieć, przestać czuć. Upijał się codziennie, zażywał uspokajające leki i narkotyki, a serce wciąż odwracało się od zadanej mu roli. Jego ból był przerażający, nierozwiązywalny jak gordyjski węzeł, głęboki jak otchłań.

Tylko dzięki wiedzy, jaką podsunęła mi Xięga zdołałam wyegzekwować od niego pozwolenie na korzystanie ze zbiorów mojej babki. Miałam do nich te same prawa, co on. On tych praw przecież nie ustanowił, istniały przed nim.

– Dobrze – zgodził się po chwili namysłu, niechętnie.

Był tutaj szefem antychrystów w parze z towarzyszącym mu jak cień młodszym bratem, a moim stryjem. Paląc papierosy naradzali się teraz wspólnie, co robić. I na czas tej narady wyprosili nas z pokoju do kuchni obok. Z przykrością rozstałam się z Xięgą, pozostawiwszy ją na stole, zamkniętą.

Minęło sporo czasu i w końcu zaczęłam niecierpliwie krążyć po kuchni, podsłuchiwać pod drzwiami pokoju, aż w końcu delikatnie pchnęłam je palcem, uchyliły się. Były tylko przymknięte. Ojciec zauważył ten ruch i zaraz otworzył je od swojej strony. Wpuścił nas do zadymionego wnętrza z widoczną niechęcią na wykrzywionej od wieloletniej depresji twarzy.

– Zgoda, możecie przejrzeć wszystkie pozycje z biblioteki, ale mają wrócić na swoje miejsca. Żadnej nie może zabraknąć. Macie na to godzinę.

Oczywiście, nic nie stało w biblioteczce tak, jak przedtem. Świetnie pamiętałam ułożenie książek. Babka była dokładna, nigdy nie zmieniała ich miejsc w rzędach. Potrafiła po tym poznać, czy ktoś dobierał się do księgozbioru bez jej wiedzy.

Pozwolenie mego ojca było pozorne. Zdałam sobie sprawę, że zanim z powrotem wpuścił nas do środka starannie je wszystkie przejrzał. Większość interesujących pozycji odłożył dla siebie. Zauważyłam na stole spory stos leżących tomów i podeszłam do niego. Od razu sięgnęłam po ukrytą wśród nich odwieczną Xięgę, aby czytać dalej. Ojciec natychmiast zareagował i wyjął mi ją z rąk. Położył ją na wierzchu stosu przytrzymując dłonią o pożółkłych od palenia tytoniu palcach. Był wściekły, ale panował jeszcze nad sobą. Trząsł się.

– Czemu nie te? – zapytałam go wprost.

– Chciałbym je sobie przypomnieć pierwszy – wytłumaczył się obłudnie, chrząkając. – Jednak sama zobacz, o tam, ile możesz przez ten czas przeczytać. Same najlepsze kawałki są dla ciebie – wskazał drugą ręką na mocno uszczuploną biblioteczkę i rozkaszlał się nieprzyjemnie.

Niechętnie podeszłam do półek, głęboko rozczarowana. Pozostała mi jakąś przygodowa historia wyprawy na inny kontynent i coś jeszcze, niewiele istotne dla odpowiedzi, które chciałam uzyskać. Jeden z moich kuzynów wybrał zbiór zapisów o drugiej wojnie światowej zgromadzonych przez niemieckiego historyka. Drugi zaś opasłe dzieje chrześcijaństwa w Europie.

Cdn.

< Xięga – 1

Xięga – część 1

Kronika, bądź Księga Akaszy (Akaśa), każdy chyba wie o co chodzi. We śnie daje się czytać, przynajmniej niektórym. A może wielu, tylko nie zdają sobie z tego sprawy? Występuje pod różnymi postaciami symbolicznymi, np. drzewa owocowego. Zebrałam kiedyś sny, w których pozwoliła mi na wgląd w siebie. Nie szukałam go specjalnie, ani tym bardziej nie zadawałam pytań. Większość ludzi chciałaby przecież, jeśli nie poznać własny zapis, to dotyczący jakiejś ziemskiej historii. Tymczasem wizyjne wglądy pojawiały się same, ukazując mi temat, który nawet nie przyszedłby mi wtedy do głowy. Zdarzało się to sporadycznie, zwłaszcza w latach osiemdziesiątych. Miały zawsze w sobie element wchodzenia w głęboki trans, rozszerzonego widzenia, bezpośredniego wglądu i wtajemniczenia w przeszłość. Spisałam je w formie fantazmatycznego opowiadania. Oto jego część wstępna. Tak naprawdę opisująca dzieje tych, którzy po latach zaczęli mnie rzeczywiście odwiedzać, być może tych, z którymi jestem jakoś związana dziejami duszy, a czy działo się to we śnie, tego nie potwierdzę.

kroniki1

Xięga

1.

Dom mojej babki miał wiele zakamarków, do których zabraniano wchodzić nam, dzieciom. Należał do nich strych z ogromną ilością niepotrzebnych, a całkowicie fascynujących mnie przedmiotów, spiżarnia pełna beczek, beczułek, półek ze słojami i wiszących na hakach pęt suszącego się czosnku, cebuli i kiełbas, piwnica, do której schodziło się po drabince otwarłszy klapę w drewnianej podłodze w kuchni oraz pokój gościnny z biblioteką w środku i białym kaflowym piecem. Zimą i wiosną dziadek rozpalał w nim ogień tylko podczas wizyt gości z daleka, przeważnie w porze wielkich świąt, poza tym stał pusty, cichy i odcięty od codziennego życia.

W tym pokoju, w drewnianej oszklonej szafie bibliotecznej znajdowały się równo ustawione, oprawne w sztywne okładki książki. Ich przeczytanie było moim gorącym pragnieniem, wręcz pożądaniem. Czasami pod nieobecność babki w domu (była wiejską położną pracującą o różnych porach dnia i nocy), gdy zmęczony po swej kolejarskiej pracy dziadek zdrzemnął się w bujanym fotelu, udawało mi się niepostrzeżenie wyciągnąć klucz z szuflady kuchennego kredensu i wejść cichaczem do tajemnego pokoju.

Mickiewicz

W napięciu przebiegałam wzrokiem tytuły i nazwiska autorów tłoczone pozłacanymi albo ciemnoniebieskimi literami na grzbietach książek. Babka była miłośniczką swoich bibliotecznych zbiorów i najcenniejsze z nich kazała w introligatorni oprawić w jednakowe okładki z jasnozielonego lub wiśniowo czerwonego płótna. Były wśród nich popularne powieści, które najszybciej ze wszystkich pozwolono mi przeczytać. Książki Jamesa Coopera, Jacka Londona, Daniela Defoe, Sienkiewicza, okrutne romanse sióstr Brontë i Mary Schelley, patriotyczne powieści Marii Rodziewiczówny, przerażające baśnie braci Grimm, piękne i smutne Andersena oraz oczywiście, ilustrowane niesamowitymi rycinami Andriollego poezje Adama Mickiewicza. Wszystkie podpisane, opatrzone datą i osobiście opieczętowane przez moją babkę. Na ścianie tuż obok biblioteczki wisiał duży olejny portret starego i posiwiałego już Wieszcza, który, z dłonią wsuniętą za pazuchę zapiętego pod szyją surduta patrzył na mnie podczas moich ukradkowych lustracji dziwnym spojrzeniem wiecznie otwartych i wodzących za mną oczu na okolonej białą kozią brodą pomarszczonej i brzydkiej twarzy.

Pośród tego cudownego dla dziecka zestawu wetknięta na najwyższą półkę tkwiła gruba książka w twardej kolorowej oprawie, której tytuł i autor już dawno umknęły mojej pamięci. W dzieciństwie przeglądałam ją wielokrotnie wdrapując się na krzesło, aby móc jej dosięgnąć i daremnie znowu i znowu próbować dociec jej prawdziwej treści. Przypuszczam, że dotyczyła jakichś biologicznych wtajemniczeń w życie komórkowe na Ziemi. I tym się różniła od reszty książek, że zawierała liczne barwne ryciny.

Z biegiem lat owa książka zaczęła ukazywać mi się w osobliwych snach jako odwieczna Xięga. Wydawała mi się wtedy doskonała i absolutnie niezgłębiona. Brałam ją do ręki z nabożną czcią przeczuwając bezcenną, acz zupełnie dla mnie niezrozumiałą wagę jej zawartości.

2.

Znalazłam ją pewnego razu w formie wielkiej opasłej książki w czarnej sztywnej okładce. Przypominała do złudzenia jakiś tom z dzieł wiecznie żywego Włodzimierza Lenina, wszechwiedzącego Karola Marksa lub wszechmocnego Józefa Stalina wydawanych po wojnie w milionowych nakładach. I których nieskazitelnie równiutkie rzędy zapełniały półki państwowych bibliotek w Polsce, od najmniejszych wiejskich i gminnych po największe wojewódzkie, uczelniane i narodowe. Papier był w niej gruby i kredowy, litery duże i wyraźne, jakby drukowane dla dalekowidzów albo małych dzieci. Zawierała mnóstwo różnobarwnych obrazków na każdej stronie.

Jej tytuł brzmiał: Czy socjalizm to komunizm? Zaś wnętrze zawierało dokładny opis życia na innej planecie. Nazwę ją teraz po swojemu Ziemią-Alfa, bo jej nazwy w księdze nie znalazłam. Lub może ją przeoczyłam.

Liczne, drobiazgowe i barwne ilustracje przedstawiały jej mieszkańców w średniowiecznych zbrojach z mieczami w ręku. Mieli podobną do naszej erę podziału wartości na dobre i złe, sporów ideowych i starć na śmierć i życie. A co z tego wynika także czasy krwawych krucjat religijnych i wojen o zwycięstwo prawdziwego wizerunku Boga nad fałszywym.

Strona po stronie, rozdział po rozdziale dzieje ludzkości z Ziemi-Alfa zmieniały się i upodabniały do nam współczesnych. Wybuchła wielka ideologiczna wojna, która pogrążyła jedyny wielki kontynent na owej Ziemi we krwi i zniszczeniu. Katastrofy i zarazy zdziesiątkowały ludność. Przetrwali nieliczni. Na gruzach swego świata zrozumieli, że koniecznie muszą coś zmienić. Ostatecznie porzucić wszystko to, co jest źródłem konfliktów i zła w ich naturze.

Xięga dokładnie obrazowała nowe obyczaje, które pośród siebie sami wprowadzili. Alfianie, wszyscy niezależnie od płci i wieku w pewnym momencie swej historii zaczęli korzystać z pisuarów, które nazywano bidetami. Siadało się na nich okrakiem podwiązując się specjalnymi łańcuszkami, twarzą do ściany.

Po latach, które minęły od przejrzenia owej dziwnej księgi zrozumiałam, że zasiadanie przed ścianą musiało być podobne do japońskiej praktyki zazen. Raz w życiu zdarzyło mi się w niej uczestniczyć. Zgromadziło się na niej blisko dwadzieścia osób. Medytację prowadził doświadczony mentor, przechadzający się za plecami zasiadających, z kijem w ręku. Dostaliśmy radę, aby liczyć swoje oddechy. I nie reagować na żadne myśli i odczucia, jak i bodźce z zewnątrz. Na przykład odgłosy z nastawionego na cały regulator telewizora, w którym nadawano akurat mecz z mistrzostw świata w piłce nożnej.
Ludzie siedzący koło mnie w kręgu bardzo się męczyli. Daleko im było do uspokojenia, a w miarę upływu czasu chyba coraz dalej. Niektórzy nie potrafili ukryć zniecierpliwienia, napięcia i udręki, wzdychali, a nawet pojękiwali cicho. Mnie jednak szybko zrobiło się przyjemnie.

Zapomniałam o ścianie. I o telewizorze. Rzadkie przerwy na medytację w marszu, dla rozciągnięcia przykurczonych mięśni wprowadziły mnie jeszcze głębiej w wewnętrzny świat. Oddechy dotleniły mózg do tego stopnia, że szybko zaczęłam zapadać w trans. Ciało drżało spontanicznie trochę jak podczas uprawiania miłości. Czas mijał niezauważalnie. W chwili, gdy przeciwna drużyna wbiła gola do naszej bramki poczułam na plecach uderzenie kija mentora. Potem drugie. Niewiele później zakończono medytację.
Uczestnicy odrywali oczy od ściany z głośnymi wyrazami ulgi i radości, prostowali ramiona, rozcierali zmartwiałe mięśnie. Przyznawali się, że zasiadanie przez kilka godzin w milczeniu było dla nich prawdziwą torturą. I gadatliwie omawiali szczegóły swoich przeżyć.
W ich opowiadaniach przeważał wewnętrzny chaos, zmęczenie oczekiwaniem na końcowy gong i narastająca złość ciała na wymuszoną sytuację bezruchu. Właściwie tylko ja byłam zadowolona i gotowa siedzieć jeszcze przynajmniej drugie tyle. Milczałam wciąż zanurzona w przeżywaniu wewnętrznej ciszy. Mentor orzekł, że musimy ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Czyli siedzieć, siedzieć i siedzieć. Aż przestaniemy czuć ciało i irytację, a także nawet przyjemny odlot. Co jest wyżej czy poza tym, nie zdradził. Podejrzewam, że sam, mimo długoletnich ćwiczeń jeszcze tego nie wiedział.

Xięga ciągnęła dalej dzieje socjalistycznego przewrotu.

Na Ziemi-Alfa pod wpływem masowej praktyki zasiadania na bidetach średniowieczne zabobony nareszcie odpłynęły w przeszłość, utraciły wszelki wpływ. Poglądy na życie skrajnie się zmieniły i odtąd ludzie dobrowolnie praktykowali samooczyszczenie. Modny obowiązek przeszedł w codzienny i powszechny zwyczaj. Ludzie odkryli wspólny cel, zasmakowali w nim. Zapragnęli świadomie osiągnąć poziom wspólnego umysłu. On stał się dla nich najważniejszym celem. I prawem.

Najpierw znikły kłótnie i żądza władzy. Potem stopniowo nadmierne przywiązanie do samych siebie i siebie nawzajem. Ludzie porzucili materialne cele i zwrócili się do wewnątrz, gdzie odkryli wrota w inny świat. Niezależnie od wieku, pochodzenia, poziomu inteligencji czy płci z radością łączyli się w duchową jedność. Z biegiem czasu jednostki stawały się do siebie coraz bardziej podobne. W końcu nawet całkowicie zanikły fizyczne różnice pomiędzy kobietami i mężczyznami. Taki był ich wybór.

Rozwój cywilizacji na Ziemi-Alfa osiągnął tak wysoki poziom i powszechny zasięg, że w pewnej chwili narodziła się wspólna dusza planety. Duchowa matka roju bezpłciowych robotnic, który zatracił po drodze wszelkie indywidualne różnice dawała w zamian jednostce odczucie pełni w miłosnym związku z każdą z nich. I możliwość samodzielnego dysponowania mocą wspólnoty, zbiorową pamięcią i inteligencją. W chwili, gdy jej dzieci zdobyły dorosłość i synowską tożsamość wystąpiła jako ich królowa. Ostatecznie oderwała się od planety niby nabrzmiała powietrzem bańka mydlana i lekko poszybowała w kosmos w poszukiwaniu nowych światów do zasiedlenia.

Dłuższą chwilę wpatrywałam się jeszcze w rysunek eliptycznej orbity Ziemi-Alfa. Była to naprawdę niewielka planetka. Na linii orbity zaznaczono najbliższy słońcu punkt peryhelium. To z niego nastąpiło oderwanie.

Cdn.

Xięga – 2 >

Nieme ścieżki

I przyszedł czas, gdy zajęłam się czymś, co niektórzy nazwaliby praktyką duchową. Dla mnie były to eksperymenty, ćwiczenia, potrzeba opanowania świata emocji, wymykających się ciągle spod ręki, jak dzikie koty i osiągnięcia celów życiowych. Ścieżka, którą poszłam była moja, wybierana intuicyjnie, czasem dzięki cudzej inspiracji, czasem w natchnieniu. Upadek komuny spowodował, że zaczęły ukazywać się książki, których do tej pory nie było na rynku. Także I-Cing, astrologia i tarot wyszły z podziemia.

jogin

Liznęłam – poznając samodzielnie owe ujawniające się nowinki – wszystko, co wydało mi się inspirujące. Huna, afirmacje pozytywne, słuchanie muzyki relaksującej lub głosu prowadzącego autohipnozę, rebirthing i joga oddechu połączona z tantrą, lecznicze głodówki, medytacja z jidamem (wybraną formą boską), mantry, mudry, elementy hatha-jogi (nigdy nie byłam zbyt zręczna, ale opanowałam pozycję półlotosu, lotos na kilkanaście minut), wizualizacja, feng-szuei, reiki i czakry, w końcu medytacja buddyjska (tybetańska) i zen. Efekty stosowania każdej techniki były różne i szybko mnie nudziły. Ale to akurat mój charakter. Zawsze pielęgnuję kilka zainteresowań z różnych dziedzin i przechodzę od jednego do drugiego w spontanicznych chwilach. Poświęcam się jednemu przez kilka miesięcy, nawet rok, po czym odkładam całkowicie na bok aż do następnego razu. Rezultaty tym sposobem przychodzą wolniej, jednak są pełniejsze, wzbogacone o szczegóły i doświadczenia, których może nie mieć ktoś, kto zdąża tylko jedną ścieżką.

W efekcie nauczyłam swoje ciało oddechu kontrolowanego, połączonego z wizualizacją (kolorów, energii) i wybraną mantrą. Dość szybko zarzuciłam ten trening, stosując go sporadycznie, gdyż spowodował nadwrażliwość pod każdym względem. Słuch tak się wyostrzył, że nawet cicha mowa wydawała mi się krzykiem nie do zniesienia. Odczucia energetyczne w ciele, mrowienia, telepatia nie pozwalały zwyczajnie żyć, pracować, kontaktować się z ludźmi. Jednak doszłam do tego, że mogłam medytować wiele godzin bez przerwy, cały dzień i noc, a nawet dłużej.

Wspomnę teraz o przyczynach, które wywołały, czy raczej przywołały pewne przeżycie wizyjne, które można określić jako istny koszmar. Osoby, którym je opowiedziałam, wskazując na fakt, iż zostało wywołane intensywnym rytmicznym oddychaniem hiperwentylującym, mającym przywołać wspomnienie z narodzin, aby je przeżyć świadomie i potem rozproszyć, stwierdzały jednomyślnie i ze zgrozą, że nadmiar praktyki może zaszkodzić.

Tymczasem mnie nie zaszkodziło, ale przede wszystkim zdumiało. I dało mocno do myślenia. Jak zawsze polecane przez nauczycieli tego czy owego, ćwiczenia nie wywoływały u mnie reklamowanego efektu. Jedynie prowokowały coś, co reagowało, czekało na moją gotowość i szło własnym zadanym szlakiem, znanym mi od lat.

W nocy 10 grudnia 1994 roku, na drugi dzień po intensywnym seansie oddechowym znalazłam się w grupie ludzi, którzy na zapleczu zamkniętego sklepu z obuwiem urządzili sobie towarzyską imprezę. Pośrodku pokoju stał wielki, zastawiony jedzeniem stół. Niektórzy jedli, pili, inni tańczyli, rozmawiali, a kilka osób wlepiało oczy w ekrany dwóch kolorowych telewizorów, na których leciały jakieś amerykańskie videoklipy z ciemnoskórymi wykonawcami. Oglądanie zachodnich stacji było zabronione przez władze hitlerowskie, toteż trzęsłam się ze strachu i niepokoju, przewidując najgorsze, być może obławę i aresztowania. Odrzuciłam wreszcie fałszywe bohaterstwo i składając błagalnie dłonie zaczęłam płaczliwie prosić jednego z oglądających telewizję ludzi, młodzieńca w punkowej, nabijanej ćwiekami kurtce, aby wyłączył odbiorniki i wraz z kolegami poszedł do domu, bo mam złe przeczucia i czegoś strasznie się boję. Spojrzał na mnie leniwie znad puszki z piwem i wzruszył ramionami: „I co z tego, ja też się boję”.

obóz

No, i stało się! Znalazłam się w długiej kolejce osób, stłoczonych przed wejściem do obozu. Ludzie stojący w ogonku przede mną i za mną zaciekawieni rozglądali się dookoła, dyskutowali na temat nowej sytuacji i tego, co ich czeka za czerwonym ceglanym murem. Panowała szarówka. Większość raczej bez obaw oceniała swoją przyszłość. Za kutą bramą, trochę z boku, stała na apelu, oddzielona od nas ogrodzeniem z kolczastego drutu, grupa przyzwoicie ubranych więźniarek. Niedaleko nich bawiło się kilkoro roześmianych dzieci. Nie, tu nie mogło być źle, jakoś się przeczeka! Tylko, co znaczy ten wstrętny, przenikający mózg niezrozumiałym, strasznym podejrzeniem, słodkawy odór, unoszący się nad obozem, tworząc przerażająco ponurą aurę? Kolejka stopniowo posuwała się do przodu, nowo przybyli kolejno przekraczali bramę i droga odwrotu nieodwołanie zamykała się za nimi.

Z trudem oswajałam się z nową rzeczywistością. Byłam przerażona do szpiku kości. Teren obozu, w skład którego wchodziło wiele podłużnych, szarych i zimnych baraków, pokrywało grząskie błoto i glina. Wszyscy chodzili ubrani w pasiaki. Ktoś mi wyjaśnił, że przestrzeń całego obozu rozciąga się na obszarze wielu hektarów i nazywa się Birkenau. Otaczały mnie kobiety. Pracując, obserwowałam z boku grupkę niemieckich dozorczyń, stojących przy bramie: oschłych, grubych, prymitywnych i wulgarnych bab. Jedna z nich odpowiadała właśnie na pytania jakiejś Serbki czy Chorwatki koślawym zdaniem: Ne rozumlem i rechotała do swoich koleżanek. Nad wszystkim i wszędzie unosił się ciągle charakterystyczny swąd i drobny popiół z nieustannie spalanych w krematorium ciał, nadając miejscu upiorny nastrój. W obozie można było spotkać kręcącego się tu i ówdzie starszego, umundurowanego Niemca, który budził powszechną sympatię, ponieważ starał się pomagać więźniom w drobnych sprawach. Dawał papierosy, roznosił wiadomości i pocieszające słowa.

Natknęłam się na pewną więźniarkę, która pokazała mi schowany w podłużnej kieszonce po lewej stronie, niewielki notesik i ogryzek ołówka. Przejrzałam go i zdziwiło mnie, że wszystkie kartki w nim są puste, ale jednocześnie ponumerowane i to w specyficzny sposób. Najpierw od 1 do (zdaje się) 87, potem od 1 do 38, i znowu od 1 aż do jakiejś 3-cyfrowej, kończącej się zerem liczby. Więźniarka wyjaśniła mi, że zrobiła tak na pamiątkę i dla dobra osób, które zginęły w obozie, a które poznała i pokochała tutaj.

Zaczęło się zmierzchać.

Nagle z oddali rozległy się głośne i liczne huki wystrzałów z dział armatnich i karabinów maszynowych. Zbliżali się Rosjanie, a wszyscy wokół mnie, i ja także z nimi, wpadli w panikę, że to Niemcy rozstrzeliwują pozostałych przy życiu więźniów. Atmosfera strachu i terroru zagęściła się i ogarnęła mnie zaduma nad nieuchronnością losu ludzi zamkniętych w klatkach, jak króliki hodowane na rzeź. Tkwili wewnątrz bezwzględnego nieludzkiego systemu. Każdy był tylko trybem w bezdusznej maszynie. Jakaś kobieta pokazała mi swoje pożółkłe już, wielokrotnie oglądane zdjęcie z małą, ukochaną córeczką w ramionach. Przeszył mnie wtedy jej matczyny żal i rozpacz po stracie dziecka. Gdy wypuściła je z ręki, ujrzałam całe stosy takich zdjęć rozwiewane przez wiatr po terenie obozu. Była już stara, zrozpaczona i wystraszona. Wpadła w histerię i zaczęła głośno i szaleńczo krzyczeć. Podbiegł do niej jakiś więzień, chwycił ją i zasłonił jej usta. Kobieta powoli cichła i osunęła się bezwładnie na ziemię.

Ostrzał obozu wreszcie umilkł i zgromadziliśmy się w jakimś na pół zburzonym budynku, przypominającym ruiny kościoła albo podpiwniczonego zamku, by wspólnie odprawić nabożeństwo i modlić się, na co Niemcy [!] wyrazili zgodę. Zauważyłam leżącego pod murem niewysokiego człowieka o śniadej skórze i obcych rysach twarzy.
Trzymał w rękach drewniany, równoramienny krzyż z figurką Jezusa z Montany. Z głębi budynku rozlegała się przejmująco śpiewana na głosy cerkiewna pieśń. Śniady człowiek zastanawiał się chwilę i wreszcie wymówił bardzo niezdarnie obce sobie słowo:

– Czer-kwia.

W grupie zebranych zaczęła się toczyć dyskusja o totalitaryzmie jako o próbie przejęcia świadomego nadzoru nad naturalnymi procesami ewolucyjnymi. A mnie ogarnęła zbuntowana myśl, że nienawidzę wszelkich mechanicznych procesów, systemów ani kontroli.

Obudził mnie krzyk, żal, strach i nienawiść i byłam głęboko poruszona tym przeżyciem jeszcze przez kilka dni. Słodkawy zapach i smak krematoryjnego pyłu czułam do następnego ranka, a przez następne dni co rusz wybuchałam dramatycznym płaczem.

To ważny sen i potrzebuje klucza, aby go zrozumieć. Został opowiedziany przez wyższą świadomość i dotyczył systemu w niższym świecie, naszym świecie, ograniczonym porządkiem karmicznym. Przyrównanie do obozu koncentracyjnego, gdzie wolna wola praktycznie nie istnieje, z którego jest tylko jedno wyjście, przez komin, czyli śmierć unicestwiającą ciało i pamięć, a z nim zdobyte doświadczenie, jest zasadne jak najbardziej. Sen zaczyna się gdzieś na wysokościach, w strefie egregora zogniskowanego na podziale wartości i dualizmie dobra i zła (dwa telewizory). Myślokształt wydaje się zbudowany na wierze w stawienie oddolnego oporu siłą tzw. pozytywnej karmy, wiary w ideał wolności, samodzielnego dążenia do niej. Rezydenci miewają się tam dobrze przez jakiś czas, spijając miodek nagród za minione zasługi, ale w końcu muszą znów upaść w ciało. Materialne warunki to okrutny reżim kontrolowany przez istoty nadzorcze.

Jarosław Bzoma uważa Niemców ze snów Polaków za byty z poziomu 8, „niemowów”, cywilizację posiadającą wspólną świadomość rozbudowaną dzięki telepatycznej komunikacji między jednostkami. Odpowiadałoby to jednym z czterech rodzajów istot zamieszkujących Brahmalokę, według Wed. Zbadałam moje sny wizyjne, w których wystąpili i muszę to potwierdzić. Nie są to istoty złe, czy okrutne, jednak rodzaj świadomości, który rozwinęły sprawia, że nie rozumieją, co to ból i nieszczęście (przynależne wszak niższym wymiarom), ani też współczucie. Bywają jednak wśród nich jednostki/grupy, które jakiś rodzaj współczucia, pewnie na zasadzie telepatii, rozwijają, lub z jakichś względów chcą to zrobić.

Sen wspomina o wojnie (drugiej wojnie – to ważne!), toczącej się gdzieś na zewnątrz, od której zależą losy istot zamkniętych i zagubionych może bezpowrotnie w systemie. Zatem Niemowy i Czerwoni (Sowieci ze snu) są jej uczestnikami. Ostatnia część snu wydaje się być przepowiednią. Wyzwolenia spowodowanego wynikiem wojny na wysokościach. Wewnątrz systemu pojawi się narodzony przedstawiciel góry, reprezentant Jezusa z Montany (z Góry, ale też stanu, znanego z wielkiego oporu Indian wobec białych kolonizatorów), czyli inkarnacja Czerwonego spoza granicy 8/9. Kolor jego skóry, śniady odpowiada indiańskiej, czerwonej rasie, ale też wskazywałby na strumień zstępujący.
Słowo, które usłyszałam zawiera wiele treści. Czerwona krew (wyjście z systemu karmicznego przez krew, czyli cierpienie i śmierć przyjęte jako drogowskaz), czerwony kwiat – róża, osiągnięcie nowej świadomości (zapraszam do zapoznania się z tym symbolem w przepowiedniach Nostradamusa), czerw krwi – zaczyn nowego, przemiana, Cerkiew – wschodnia świątynia, czyli ze strefy Czerwonego<10, świt.
Na krótki czas pojawienia się tej osobistości w życiu ziemskim mają zostać rozluźnione reżimowe więzy, a ludzie, którzy przetrwają zobaczą drogę wyjścia. Nowa świadomość odrzuci zasady zadające cierpienie, subiektywnie nieznane i niezakwalifikowane przez boską świadomość.

Na koniec muszę przedstawić jeszcze jeden sen z motywem obozu koncentracyjnego. Przyszedł kilka lat później. Zawiera uzupełnienia co do charakteru istot niemych, zafascynowanych zamkniętym światem i nie mających o nim wyobrażenia, przynajmniej takiego, jakiego byśmy sobie życzyli.

7 kwietnia 2000. Widzę postać „czarnego” Pana. Zmierza w kierunku bramy do oświęcimskiego obozu, uśmiecha się pod nosem, tak jakby chciał zrobić jakiś kawał.

Ląduję w grupie znajomych kobiet-Niemek, które robią sobie wycieczkę poznawczą do Oświęcimia w czasie trwającej wojny. Strażnicy nie wpuszczają nas poza dozwolone miejsca, krążymy jedynie w pobliżu. Dochodzą nas tylko jakieś plotki, zakazane przecieki o tym, że wewnątrz panuje istny koszmar. Znajdujemy się w dużej betonowej sali z oknami na wysokości głowy, za którymi widać zasieki, dalej baraki i czarne dymy unoszące się nad obozem, sprawiające niezwykle ponure i straszne wrażenie, ale ludzi stąd nie widać, jest za daleko. Opowiadam, że w tym kącie zgwałcono jakąś niewinną dziewczynkę, i zaraz jakaś dziewczyna „od nas” wciska się w ten kąt, chcąc „wczuć się” w małą, traktuje to dziwnie lekko, nie przejmując się. Wspominam też o tym, że więźniowie są zmuszani do pracy ponad swoje siły w brudzie i błocie, żyją w nieludzkich warunkach, ale chyba nikt mi nie wierzy.
Zwiedzamy niewielki cmentarz poza obozem. Groby są usypane z ziemi i wyrastają na nich rośliny warzywne. Jedną z nich wyrywam, to chwast, udaję wtedy przed przechodzącym blisko strażnikiem, że wierzę we wszystko i „staram się” o dobry plon. Strażnik przygląda mi się i kiwa głową z zadowoleniem, mówiąc: gut, gut… i coś jeszcze po niemiecku, czego nie rozumiem, ale nie chcę, aby się połapał, że jestem obca i mruczę coś niezrozumiale pod nosem. To brzmi jak potwierdzenie i zostaje za takie przyjęte. Na wąskiej ścieżce pomiędzy grobami dostrzegam dwa duże, białe buraki pastewne „zasadzone” korzeniami do góry, wystającymi ponad powierzchnią, ktoś je tutaj zakopał, może ukrył. Nieco dalej trzeci, mniejszy burak pływa w dołku ze zgniłą wodą.

Patrzę ze smutkiem i przejęciem z oddali, przez okno w jakimś budynku w mieście na „dymy Birkenau”, czarną, ponurą chmurę unoszącą się sponad obozu w niebo.

W tym śnie jest kilka ważnych informacji, wymagających dłuższego wyjaśniania. Dojdę do nich stopniowo, przywołując inne sny wizyjne.

Bóg i Jego słudzy

Wrócę jeszcze do kwestii głosów, jak i manifestacji boskich istot i Boga w snach. To ważna kwestia, o której nigdy za mało opowiadać. Analiza większej ilości zanotowanych doświadczeń może dać lepszy i głębszy pogląd na sprawę.

Krótko: towarzyszy im zawsze trans, wywołany przepływem energii w ciele. Trans wprowadza umysł na podwyższony poziom świadomości, który właściwie trudno opisać. Nie ma nic wspólnego z ograniczeniami doświadczanymi na jawie, w ciele fizycznym. I nie ma związku z tożsamością owego ciała (czyli tzw. Ego).

Ponieważ nie posiadam większych doświadczeń z psychodelikami trudno jest mi rzecz porównać. Czy potrafią dać podobne przeżycie.
Kilka razy w życiu sztachnęłam się towarzysko zielem, bez większych skutków, które obserwowałam jednak u innych. Ponieważ dymu w płucach nie lubię, nigdy specjalnie nie szukałam tej wątpliwej przyjemności. Raz czy dwa zjadłam kilka grzybków, ale oprócz ataku dobrego humoru nic nie wniosły i nic nie dały. Z tego powodu nie ciągnęło mnie do eksperymentowania z zażywaniem stymulatorów. Po co? Jeśli miałam odjazdy tak niesamowite bez najmniejszego wysiłku, ani nawet wyrażenia własnej chęci ku temu?

W czasach szkolnych, (he, gdy uważałam się za ateistkę i zgłębiałam pilnie filozofię materialistyczną), pewnej nocy ot, tak – zjawił się przy mnie ktoś mądry i cierpliwy. Jego obecność, mimo że niefizyczna wydała mi się przejmująco realna. Przesłał mi wiedzę z umysłu do umysłu:
– Bóg istnieje. Jako obiektywna konkretna Osoba. Jego współ-przebywający z Nim słudzy pozostają świadomi Jego wszechmocy i władzy, i w pełni się na nie zgadzają, gdziekolwiek przychodzi im żyć i cokolwiek robić. Rozpoznają swój los od początku do końca. Akceptują go. Zdają sobie sprawę z prawa przyczyny i skutku i rodząc się pragną tylko tego, co ma się zdarzyć. Oddanie i wierność Bogu obdarowuje ich wiedzą o przyszłości. Nie walczą z nią, nie próbują jej także zmieniać według własnych niedoskonałych pomysłów, ale przyjmują jako wolę Najwyższego. Bóg, dzięki temu oddaniu, zdolny jest obdarzyć ich w zamian własną wiedzą i mocą, a oni – utożsamieni z nią – kontrolują to, co ma się zdarzyć z boskiego poziomu świadomości. Nie istnieje tam subiektywne odczucie odrębności, gdyż wszystko, co czyni się z wierności wobec Boga jest zawsze dobre i pełne. Jako dzieci Boga są tacy jak On, połączeni z Nim nierozerwalną jednością. A On działa poprzez nich, jak przez samego siebie, pomagając im w najtrudniejszych chwilach, niczym samemu sobie.

Jeszcze wtedy nic nie wiedziałam o bhaktach i Bogu, przeczytałam całe filozoficzne uzasadnienie takiego poglądu w Śrimad Bhagavatam i Bhagavad Gicie jakieś 10-12 lat później. Samo dzieło jest tendencyjnie przetłumaczone i należy zgłębić język oryginału, żeby dotrzeć do bogobojnych zaciemnień, jakie wprowadził w tłumaczenie pobożny Hindus, wyznawca wymierającej sekty krisznaickiej, dla którego angielski był językiem wyuczonym. Niemniej, pewnie z powodu tego przekazu i jakiejś wrodzonej intuicji, którą żywię, nie pociąga mnie całkowite rozpuszczenie się w świadomości Boga (czy raczej w Jego aurze, jak twierdzi starożytne wedyjskie pismo). Wolę pozostawać z Nim w wiecznej relacji oddania. Jest to relacja miłosna, twórcza i nieprzewidywalna pewnie dla każdej strony.

W nocy z 18/19 kwietnia 1995 roku przyśniła mi się jakaś historia o kontakcie z kosmitami, gdy nagle poczułam, że trans się pogłębia i uzyskuję w nim pełną świadomość. Zaczynam obserwować i zapamiętywać świat z różnych punktów i poziomów jednocześnie.
W tym podniesionym stanie umysłu zobaczyłam człowieka, o którym powiedziano mi, że działa pod ich wpływem, jak zdalnie sterowany mechanizm. Ułożony w dziecinnej kołysce w pozycji embriona zasnął, a ja dotknęłam go lewą stopą i wtedy przebudziłam się w rozszerzonej przestrzeni świadomości, gdzie nie kontrolowałam niczego.
Zewsząd rozlegał się majestatyczny i potężny chór głosów, który przemawiał tylko do mnie. Przypominałby niezrozumiały bełkot (ten sam, znany mi od dziecka!), gdyby nie – przebijający się z niego jeden, wyraźniejszy głos, męski. Brzmiał dla moich zdumionych uszu tak, jak gdyby został przepuszczony przez elektryczny megafon lub głośnik komputera, a w tym, co mówił – długo i szczegółowo – było wyjaśnienie, że właśnie wprowadzają mnie (na razie jedynie na próbę) na podwyższony poziom umysłu, na którym możliwy będzie kontakt z nimi, a który poznam lepiej w przyszłości. Pewne ważne informacje zostały zakodowane w moim mózgu i uruchomią się w wyznaczonym czasie. Napiszę kiedyś książkę, którą przeczyta wielu ludzi? Głos brzmiał łagodnie i przyjaźnie, ale i tak czegoś się nagle wystraszyłam. Przemknęło mi przez głowę w błyskawicznym skrócie to, czego ma dotyczyć przekaz i ogarnął mnie trudny do opisania skurcz emocjonalny.
– I zobacz sama… Przestraszyłaś się… A nie mówiłem? – zażartował „Megafon” i trans nagle, w piorunującym tempie zaczął znikać. Towarzyszyło temu przykre wrażenie pośpiesznego kurczenia się i zmniejszania do ograniczonej i jakże prymitywnej, zwierzęcej osobowości, po czym ocknęłam się na jawie.

Owa mechaniczność głosu jest istotna. Jarosław Bzoma opowiada o istotach ze sfery nieprzejawienia, które śnią się jako androgyny, umalowane pajace, czasem homoseksualiści. Ta ich forma znana jest w sztuce od dawna. Znaleźć je można w pantomimie, commedii dell`arte, w malarstwie Boscha czy Beksińskiego, w kartach Tarota, w filmach (np. „Imaginarium doktora Parnassusa”)… Kilka razy widziałam je zza zasłony symbolicznego snu i mają wygląd tylko nieco zbliżony. Mechaniczny sztuczny głos w przeżyciu poza ciałem jest wskazaniem na to samo źródło przekazu. Sferę zaczynającą się poza granicą 8/9, poziomy od 10 do 12, gdzie egzystują nieśmiertelni bogowie.

Usta

Ktoś mógłby stwierdzić, że doświadczyłam podstępnego wpływu, który miał zachwiać moją równowagą psychiczną. Sugerując mi, że mam zostać prorokiem, lub kimś podobnym, w każdym razie nieprzeciętnym. Może to objaw choroby dwubiegunowej, psychozy, manii? Efekt rozchwiania, wyparcia, skutek traumy, choćby porodowej?

Hm, przekonanie o swej nieprzeciętności żywiłam od zawsze! Zwyczajnie porównując się z innymi, z tym, o czym i co myślą, co czują, jak postępują. Nie było to nigdy coś, co dawało radość. Raczej udrękę poczucia inności, niosło samotność i odstawanie od wszystkich.
Do tego byłam molem książkowym, podobnie jak mój ojciec. Przez wiele lat czytałam po kilka książek dziennie, nawet do dziesięciu. Szybko przeczytałam wszystkie książki z dostępnych mi bibliotek, także te dla dorosłych. Do niektórych wracałam wiele razy. Ale z pisaniem było jakoś gorzej. Zwyczajnie nie miałam o czym pisać. Próbowałam wymyślać, ale sama czułam, że to beznadziejne. Brakowało zdolności. I zdawałam sobie z tego sprawę.

Od dawna prowadzę proste i skromne życie, tuż przy ziemi. Przepowiednię z owego snu (jak i parę innych tego rodzaju) traktuję dotąd ironicznie. Może Bóg się pomylił, a może skierował przesłanie do większej ilości ludzi, a ja je przypadkiem „podsłuchałam”? Luzik.

Kimże jest „ja”? Iluzją. Przywiązaniem do tego, co przemijające, ulotne i złudne. Świadomość tego nigdy mnie nie opuszcza. Ciało fizyczne, z jego ograniczeniami, wraz z formą Ego, w nim zawartą to balast zakotwiczający w poczuciu bezpiecznego ulokowania w Tym, co nie przemija nigdy. W Tym, i wobec Tego. I to jest dobre, najlepsze.

Niemniej, rzeczywiście wiele informacji uruchomiło się w mojej pamięci kilka lat później. I coś tam napisałam, wydałam. To chyba nie przypadek. Co do recepcji owej mojej „twórczości” mam jednak spore zastrzeżenia. Tak, jak również i do jej jakości i ważności. Ale, może jeszcze wszystko przed nami?
Jak mawiał Kubuś FatalistaKażda kula, która wylatuje na świat z rusznicy, ma swój adres”.
Jak i każdy bat od pana, który wylądował na grzbiecie jego sługi „widocznie był zapisany w górze”.

Przejście przez śmierć

Wiele snów wizyjnych, które do mnie przychodziły (i jeszcze niekiedy z rzadka zaglądają) to całe opowieści, historie. Alegoryczne, stylizowane, inspirujące, fantastyczne, fabularne. Pełne barw, szczegółów, głosów, zmian planów akcji. Byłam w nich na ogół obserwatorem, czasem tylko podczepiając się pod różnych bohaterów. Którzy z całą pewnością nie byli mną, w czym szybko się orientowałam.  Bywało, że śniły mi się przez całą noc, a potem od rana czułam przemożną potrzebę ich zapisania. I robiłam to nieraz aż do nocy, ledwie znajdując chwilę na zaparzenie sobie kawy. Szybko doszłam do tego, że aby oddać ich treść i siłę muszę spróbować „przerobić je” na nowelę. Przeróbki polegały na tym, że wymyślałam bohaterom imiona i nazwiska, miejsca, wkładałam w ich usta słowa dialogów, choć i to nie zawsze, bo część z tych danych pochodziła ze snu.
Oto jedna z takich wyśnionych nowelek. Sen zawiera ważne przesłanie. I być może wskazówkę jak należy rozumieć ostatnie słowo, które pada z ust bohatera.
Proszę wybaczyć w razie czego – literackie niedociągnięcia. Treść jest oddana ściśle tak, jak przyszła we śnie.
Jeśliby zastosować do odczytu zasady topografii snu to mamy tu tak naprawdę zgromadzenie istot gdzieś na granicy 8/9. Przewodzi im Czarny, czyli Metatron, stwórca świata przejawionego. Szwajcarski instytut, jak CERN, to wir, a białe kafelki na ścianach sali mówią o kryształowym wirze w centrum nieprzejawienia. Pojawia się Atman, bóg ofiarnik Odyn, naddusza ludzkości, który oznajmia Czarnemu, że efekt tego przejawienia świata niekoniecznie będzie po myśli żyjących komfortowo bóstw. Toczy się pojedynek na wysokościach, który zamieni śmierć w życie, dając nieśmiertelną formę nowej świadomości.

Odin

Przejście przez śmierć

W chłodnym laboratoryjnym wnętrzu auli znanego szwajcarskiego instytutu naukowego widać było mężczyznę ubranego w elegancki czarny garnitur kupiony w jednym z najlepszych światowych domów mody. Stał milcząc w nieruchomej pozie na tle sterylnej, wyłożonej białymi płytkami ściany, odwrócony twarzą do publiczności z napięciem oczekującej na rozpoczęcie nagrania. Wypełnioną już widownię urządzono z wielu rzędów rozkładanych krzeseł ustawionych w dwóch sektorach. Stwarzało to żywy klimat naukowego odczytu w autentycznym pomieszczeniu.

Frank Nobfler był dziennikarzem prowadzącym od kilku lat popularny program telewizyjny. Po czterdziestce, wysoki, przystojny i doskonale ułożony reprezentował elitę światłej cywilizacji Zachodu pozbawioną wszelkich zabobonnych lęków przed poznaniem prawdy. W swoim znanym na świecie cyklu zajmował się przedstawianiem opinii publicznej najnowszych teorii i wynalazków nauki i techniki. Wraz z nimi zaś – ludzi, którzy coś nowego i ważnego odkryli i sformułowali, a co uznawano za wytyczające nowy kierunek rozwoju ludzkości. Bywali wśród nich laureaci nagrody Nobla, pracownicy wielkich i największych laboratoriów i koncernów, znani lekarze, fizycy, chemicy, matematycy oraz filozofowie i duchowni oceniający z etycznego punktu widzenia niektóre nowinki, zwłaszcza z dziedziny genetyki i biotechnologii. Nobfler miał zwyczaj zapraszać najzagorzalszych krytyków przedstawianych wynalazków, aby poprzez ostrą dyskusję toczoną na żywo, uświadomić widzom wszelkie możliwe argumenty za i przeciw przedstawianym kwestiom. Jego program miał wielką siłę opiniotwórczą. Liczył się z nią każdy, kto chciał cokolwiek znaczyć w omawianych dziedzinach.

Wtem skończyła się zapowiedź i dano oczekiwany znak. Ruszyły kamery przesyłając obraz z wnętrza sali drogą satelitarną na cały świat. Nobfler zaczął przedstawiać zaproszonych gości. Dzisiejszy program dotyczył tematu transhumanizmu, nieśmiertelności i przy okazji sztucznej inteligencji.

W tej samej chwili swoje miejsce na widowni zajmował pośpiesznie starszy mężczyzna. Wyglądał na bliskiego siedemdziesiątki. Zjawił się tutaj na podobnych zasadach, co każdy z zaproszonych przez Franka Nobflera widzów. W odpowiedzi na propozycję wystąpienia zadeklarował swoją wypowiedź przeciwko proponowanym zastosowaniom naukowych odkryć. Uzyskał na to zgodę prowadzącego i jego wypowiedź została przewidziana w programie. Niemało już o nim tu i ówdzie słyszano, a jego kontrowersyjne poglądy – przedstawiane w Internecie, prasie i literaturze pod pseudonimem Elias Odin – bulwersowały wiele osób. Nikt go jednak do tej pory jeszcze nie widział.
Starzec miał na sobie porządne, nowe i czyste ubranie, rozpiętą swobodnie marynarkę odkrywającą bawełnianą koszulkę o jasnej, acz nieokreślonej barwie, spodnie w innym kolorze, niż marynarka oraz duży ciemnoniebieski kapelusz z artystycznie zagiętym w dół szerokim rondem. Rondo przysłaniało mu tajemniczo jedno oko. Mimo to wyglądał niechlujnie. Marynarka miała zbyt długie rękawy i za szerokie ramiona, spodnie były bez kantów, za długie i opadające, a kapelusz wymięty i ponaciągany. Wydawał się przebranym łachmaniarzem. Tego wrażenia dopełniały jego długie do ramion, proste, tłuste, wiszące w strąkach siwe włosy. Był gładko ogolony, miał przenikliwe i błyszczące spojrzenie, które ze skupieniem kierował teraz prosto w prowadzącego.

Ledwie wszedł i usiadł na krześle, a w tym czasie Frank Nobfler skończył wstępne przedstawianie głównych osób i tematu spotkania, natychmiast zaczął podniesionym tonem wygłaszać coś wszem i wobec. To sprawiło, że – aby nie wywołać zbędnego chaosu na sali – został poproszony przez Nobflera bliżej.

Dziennikarz przyglądał się pilnie i początkowo z wielką ciekawością podchodzącemu do niego mężczyźnie, który stanowił w tym miejscu pewną sensację. Jednak wkrótce wszyscy odczuli jego rozczarowanie i nagły dystans. Ta jego ledwie dostrzegalna i maskowana wyszukaną grzecznością reakcja prędko udzieliła się publiczności. Wygląd starca nie budził zaufania i jakże się różnił od czystego, dopiętego na ostatni guzik garniturowego wizerunku prezentera i reszty gości.

Elias Odin zdążając ku scenie przejściem pomiędzy krzesłami nie przerywał swej rozpoczętej wypowiedzi. Dopiero, kiedy stanął koło Nobflera odwrócił się twarzą do kamery i widowni. Wciąż jednak mówił tonem nawiedzonego, do tego dziwnie pokrętnie, symbolami.

– Powtarzam! Dla tego, kto rzeczywiście pragnie wyjść z pułapki czasoprzestrzeni konieczne jest przejście przez śmierć. Najważniejszy jest akt dobrowolnej zgody na nią wyrażony w sercu, wobec Boga, który jest Miłością i Przebaczeniem. Oraz przyjęcie Ofiary Krwi za nieuchronność. Nie da się inaczej, Człowieku! W przeciwnym razie pozostaniesz tutaj usiłując bez końca odnaleźć sposób na niemożliwą w tym spłaszczonym i rozdwojonym świecie nieśmiertelność.

Niechęć dziennikarza wyraźnie rosła. W końcu przerwał upartemu starcowi:

– Proszę państwa, oto stoi przed nami słynny Elijas Odin!

W zamian został potraktowany ironicznym spojrzeniem i uśmieszkiem na cienkich wargach, więc Nobfler stwierdził z przekąsem wszem i wobec:

– Proszę wybaczyć, ale pański wygląd wydaje się przynajmniej osobliwy. Być może z tego powodu pańska wypowiedź nie brzmi tak przekonująco, jak w wypowiedziach prasowych.

– Włożyłem to uroczyste ubranie z okazji ostatecznego zakończenia mojej życiowej misji i odejścia, które właśnie się zbliża – usłyszał w odpowiedzi.

Eliasa Odina znano z wielu profetycznych, a jednocześnie merytorycznie świetnie uzasadnionych wypowiedzi, którymi wzbudzał w niektórych ludziach nabożny lęk. Teraz jego religijnie podszyte słowa w zestawieniu z niechlujnym wyglądem i szaleńczym zachowaniem zrodziły przeciwną reakcję. Dziennikarz natychmiast skrzywił się z nieukrywaną niechęcią. W zdecydowany sposób skończył krępująco głupią rozmowę z przybyłym. Szybko i z uprzejmą wprawą podziękował mu za wygłoszenie swoich poglądów, (do których oczywiście każdy w tym programie miał święte prawo). Jednocześnie dyskretnym ruchem ręki dał sygnał widowni, aby pożegnała go burzliwymi oklaskami. Starzec zareagował na nie bardzo spokojnie i bez sprzeciwu skierował się wzdłuż pokrytej kwadratami białych płytek ściany ku wyjściu z sali.

Wtedy nagle padł cichy wygłuszony strzał. Precyzyjnie wymierzona pojedyncza kula snajpera trafiła bezbłędnie, stary człowiek upadł bezwładnie na podłogę. Jego ciało zastygło nieruchomo w pozycji porzuconego właśnie na podłodze ubrania. Jednocześnie na ścianie pojawiła się wielka plama krwi, która wytrysnęła z jego przebitego kulą serca.

Wszyscy zerwali się z krzeseł z okrzykiem zgrozy ogarnięci panicznym przerażeniem.
Kamery rejestrowały każdy szczegół pokazując do końca wydarzenie, które właśnie na żywo obiegało cały świat.

Frank Nobfler próbował zachowywać spokój, przynajmniej zewnętrznie. Przysunął się bliżej ściany i ręką odsuwał od siebie naciskających w przestrachu ludzi usiłujących wydostać się z sali i chaotycznie szturmujących drzwi wyjściowe. Ktoś z ochrony zaczął go osłaniać, a ponieważ utknął na dłuższą chwilę w tłumie, wbił zafascynowany wzrok w czerwoną plamę na lśniącej ścianie obok. Najwyraźniej coś przykuło jego uwagę. Na tyle silnie, że zapomniał o panującym wokół bezładzie i strachu przed niezidentyfikowanym zabójcą.

Tak, to pod wpływem stresu i ogólnej paniki musiał wejść w jakąś zbiorową hipnozę, bo inaczej tego zrozumieć się nie da!

Dostrzegł nagle w połyskującej w świetle telewizyjnych jupiterów krwawej plamie odbicie twarzy długowłosego starca. Starzec żył i trzymał w ręku zapaloną świecę. Mało tego, jego twarz z jednym okiem przysłoniętym rondem kapelusza wychyliła się z owej plamy ku dziennikarzowi. To wcale nie był płaski obraz, a trójwymiarowa figura! Nobfler widział wyraźnie długie tłuste strąki jego posiwiałych włosów. Mógłby ich dotknąć, chwycić, gdyby tylko umiał przełamać dziwny paraliż ciała, który go ogarnął.

Starzec dłuższą chwilę wpatrywał się błyszczącymi oczami w osłupiałego dziennikarza. Po czym wymówił przenikliwym szeptem wprost do jego ucha jedno słowo. Nikt, oprócz Nobflera go nie usłyszał.

– ARMAGEDDON!

I znikł.

(Zapisane w 2003 roku)

Gwiezdni ludzie

Od maleńkości żywiłam dziwne przekonanie. I zdziwienie, które prawie nigdy nie znikało. Coś było nie tak z moim ciałem. Powinnam mieć mniej palców u rąk. Stopy takie są śmieszne! Jedzenie jest makabryczną czynnością, wkładasz coś do ust, rozdrabniasz, łykasz i ono leci jakąś obrzydliwą rurą w środku, aby wyjść drugim końcem w postaci śmierdzącej papki… Kiedy się nad tym zastanawiałam ogarniało mnie coś, co Kierkegaard określił był „bojaźnią i drżeniem”.

Gapiłam się maniacko w gwiazdy. Jako dziecko wiejskie miałam do nich nieograniczony dostęp. Uwielbiałam, gdy ojciec – w czasie, gdy mama pracowała na nocnej zmianie – brał mnie do swojego łóżka i opowiadał historie z książek fantastycznych, które pasjami czytał. Moją ulubioną zabawą z dzieciakami z sąsiedztwa było lądowanie na innej planecie. Zbudowałam sobie szałas z desek, naśladujący rakietę, wbiłam kołek w ziemię, który udawał ster i odlatywałam.

Ponoć są to objawy sugerujące gwiezdne pochodzenie duszy. Coś ze mnie pamiętało inne światy. Jednak, rodząc się człowiekiem zyskałam dostęp przez genetykę do pamięci ziemskiej, nie tylko ludzkiej. I szybko zrozumiałam, że hołubienie owej „gwiezdności” jest cechą niedojrzałości. Nie idzie o to, żeby ją odrzucić, wyprzeć, czy zapomnieć, ale włączyć do świadomości jako jeden z wielu aspekt doświadczeń. Będąc ludźmi, urodzonymi w świecie uwarunkowanym prawem przyczyny i skutku, mamy szansę odbić się od dna i wskoczyć choćby oczko wyżej, niż byliśmy. Po co więc wracać w odwiedzone już światy i formy? Po co do nich tęsknić? I po co wypinać się na człowieczeństwo?

Spotkania z „braćmi z kosmosu” zaczęły mi się zdarzać później. Najpierw we śnie i w stanach transu, jak sądzę, wywoływanego z zewnątrz. Nie były to jednak wzięcia opisywane w typowej ufologii, że zjawia się statek, wisi nad domem, snop światła wciąga cię na pokład, dziwni goście przechodzą przez ścianę, brakuje ci potem czasu i masz lukę w pamięci. Te doświadczenia miały zawsze w sobie, oprócz wyczuwalnej obecności istot grzebiących w moim ciele, także element duchowy (którego owe istoty albo nie kontrolowały, albo uwalniały specjalnie). Co tu dużo gadać. Dam po prostu kilka przykładów z wczesnej fazy tych doświadczeń.

W nocy 9 września 1988 roku w moim pokoju zjawił się duch zmarłego dwa miesiące wcześniej ojca. Poczułam jego ciepłe, znajome wibracje, ale najwyraźniej ktoś mu towarzyszył. Kilka niewielkich, bliżej nieokreślonych postaci, których obecność bardzo mnie zaniepokoiła. Wystraszona zaczęłam recytować w myśli pacierz „Ojcze nasz”, w nadziei znalezienia ochrony, ale tyle wskórałam, że ojciec zaczął recytować go razem ze mną. Jego głos zmienił się, brzmiał teraz dziwnie obco. Mój strach wzrósł i w tym momencie poczułam ból w prawym biodrze. Było to przeszywające ukłucie czegoś długiego i cienkiego. Wyrywałam się, chcąc się za wszelką cenę obudzić, wiłam się i kręciłam w drugim ciele, ale bez żadnego skutku. Wreszcie poddałam się i na szczęście, po dość krótkim czasie ten okropny ból ustał.
Obudziłam się wystraszona, zdziwiona, z wielką ulgą. Chwilę później zaczął się następny seans.
Niebiańska” dłoń (J. Bzoma odkrył, że to dłoń nad-duszy z poziomu 7 i wyżej) jednym zdecydowanym ruchem ściągnęła ze mnie kołdrę, która w ułamku sekundy zwinęła się w końcu tapczana i od razu, ni stąd ni zowąd – bezbronna i naga – znalazłam się w bezkresnej przestrzeni. Była wypełniona ciemnością. Być może z tego powodu, że ze strachu i pod wpływem zaskoczenia nie przyszło mi do głowy otworzyć oczu. A ja – zamieniona w świadomy atom – czułam się jak ziarenko piasku miotane przez huragan, niemające wpływu na swój los. Wyczuwałam wokół obecność wielu nieznanych istot. Wszystkie były nadzwyczaj potężne, królewskie, przedziwne, wzbudzały grozę i lęk. Przemawiały głosami podobnymi do burzy i pod ich wpływem doznałam rozszerzenia percepcji.
Rejestrowałam odtąd obrazy symboliczne i informacje płynące jednocześnie różnymi kanałami.
Widziałam rozległe oceany na Ziemi i statki na wzburzonym morzu. Usłyszałam głos komunikatu radiowego, nadawanego przez jeden z nich i ujrzałam marynarzy płynących w atomowej łodzi podwodnej, (kojarzącej mi się z zatopionym wrakiem „Titanica”), którzy go odebrali. Wzbudził w nich ogromne poruszenie. Komunikat ogłaszał coś niezwykle ważnego, jak narodziny Jezusa Chrystusa na Ziemi, podawał także dokładne parametry geograficzne, (choć możliwe, że była to data) tego zdarzenia. Szło o jakieś niezwykle rzadkie, acz naturalne zjawisko w przyrodzie. Ujrzałam je jako wybuch ogromnej, SŁOŃCU podobnej energii gdzieś na wschód od statków, jak majestatyczny świt o kosmicznych rozmiarach. Jednocześnie unosiłam się cały czas w przestrzeni, być może na krańcach Układu Słonecznego i słyszałam – powtarzając cały czas w myślach pacierz, aby nie oszaleć ze strachu – przerażające do szpiku kości głosy władców Planet i Żywiołów, którzy przekazali mi, (dlaczego i po co? tylu jest ludzi mądrzejszych i ważniejszych ode mnie) wiadomość, że losy Ziemi wiszą na włosku. Że w jednej chwili, jednym kiwnięciem palca władcy zniszczyliby ją, gdyż Ciemność przeważyła nad Jasnością (poza tym nie stanowi niczego ważnego w życiu wielkiego wszechświata, ot, dalekie, prowincjonalne peryferie), i już od dawna gotowi są w każdej chwili do interwencji, a jednak Ziemia nie zginie. Jej ocalenie zależy całkowicie od woli jednego człowieka, a oni z jakiegoś powodu zmuszeni są ją uszanować.
Ogarnęło mnie zdumienie. Byłam mała jak pyłek. I nieważna jak pyłek. Ujrzałam swoje życie z takiej perspektywy, że zawstydziła mnie moja małość. Spróbowałam się obudzić. Ocknęłam się w innym moim pokoju, z innymi meblami. Weszła akurat moja mama i wyglądała inaczej, niż zwykle. „Wstawaj, już pięć po piątej. Spiesz się do pracy!”. Łatwo zorientowałam się, że to jeszcze sen, więc wytężyłam całą uwagę, żeby wylądować na jawie. W ten sposób budziłam się jeszcze kilka razy, zawsze już całkowicie pewna, że to upragniony port dobrze znanego fizycznego świata. Spoglądałam na zegarek, leżący obok tapczanu, ale za każdym razem pokazywał inną godzinę i po tym poznawałam, że nadal śnię. W końcu fale energii odpłynęły i wyrzuciły mnie na brzeg jawy. Usiadłam w pościeli i sprawdziłam godzinę. Było dopiero wpół do trzeciej, co mnie bardzo zaskoczyło.

Po podróży za granicę życia i śmierci między 8 i 9 poziomem Świadomości, oddzielającą świat nieprzejawiony od przejawionego, trafiłam w pętlę czasową, która istnieje na niższej granicy przyczynowej, pomiędzy 5 i 6 poziomem. Wspomniała o tym śniąca mi się matka, podając godzinę, a tak naprawdę podpowiedź, że krążę od 5 do 5. Numeracja poziomów, o których Jarosław Bzoma wiele opowiada w swoich artykułach i wywiadach, wcale nie jest jego wymysłem. One rzeczywiście pojawiają się w snach, jako obiektywna wiedza i fakt. Przekazano mi to także, bardziej szczegółowo, w późniejszym czasie.

Sen z 1 października 1989 roku. Była noc i na niebie pojawiły się w wielkiej liczbie dyski istot z innych planet. Przerażeni ludzie ukrywali się w domach, nie chcąc o niczym wiedzieć, udawali, że nic szczególnego się nie dzieje. Pragnęli jedynie dawnego, codziennego, dobrze znanego sobie życia. Kosmici reprezentowali wyższy poziom świadomości. Nie byli ich wrogami, ale przybyli na Ziemię, aby zaprowadzić porządek. Miałam z nimi telepatyczny kontakt i usłyszałam zdanie z jakiegoś meldunku przesyłanego z jednego pojazdu do drugiego. Brzmiało: „KORUPCJA (lub: KOLABORACJA) JEST JUŻ FAKTEM…” Nie bałam się. Pragnęłam ich spotkać.

Inny sen z tej samej nocy. Stałam na wiejskiej drodze. Na nocnym niebie ukazały się trzy (obwiedzione graficznym konturem) gigantyczne krzyże. Z ramion każdego z nich zwisały i powiewały na wietrze długie kolorowe szarfy sięgające ziemi. Na ich widok uklękłam przepełniona uczuciem czci. Wkrótce zobaczyłam idących w moim kierunku ludzi. Szli od strony krzyży, liczną i uporządkowaną gromadą. Podbiegłam do nich. Wydali mi się dziwni. Szczupli, niewysocy, łysi, z wielkimi oczami, w białych szatach, milczący, identyczni. Pojęłam, że nie są ludźmi, choć ich przypominają. Niebiańskie, pełne współczującej miłości, istoty dobrowolnie zmierzały w materialny świat, niewątpliwie z jakąś misją. Nagle zapragnęłam znaleźć się pośród nich, być taka jak oni. Ruszyłam wraz z nimi tam, dokąd szli.

Jak widać, moja świadomość we śnie kompletnie ignorowała przekonania żywione na jawie. Bóg, anioły, Moce, Panowania i Trony, święci, 144 tysiące wybranych i cały ten religijny sztafaż istniał, objawiał się wraz z kosmitami, planetami, wzięciami, implantowaniem i nic sobie nie robił z moich zaprzeczeń i wątpliwości w świecie jawnym. Sen wizyjny, który towarzyszył przekazowi od boskich bytów był ilustracją symboliczną.
Morze to świat zapomnienia, przejawiony, w którym znalazła się ekipa niebiańskich wysłanników, jako załoga statku podwodnego. Utknęła w niższych światach, wprowadzając w nich jakiś program chroniący przekaz duchowy w linii czasu, by rodząc się w ograniczonym ciele móc obudzić innych w chwili otrzymania sygnału o porze powrotu. Owa chwila jest ściśle wyznaczana przez jakiś wielki cykl kosmiczny, w którym ukazuje się Solis (pozostanę przy wyśnionej nazwie owej białej gwiazdy). I jest jakoś związana z proroctwem Jezusa o zmartwychwstaniu. Chodzi o moment, który będzie mógł być wykorzystany do wydostania się z dolnego świata w najwyższy rejon, uosobiony przez Solis.

Oczywiście ateista, buddysta, zenowiec albo ufolog popatrzy na moją osobę, jako ofiarę odgórnego zaprogramowania, wiążącego mnie w świecie iluzji. Należy je zlekceważyć i rozpuścić, praktykować medytacje oczyszczające, czcić Pustość, albo poddać się leczniczej regresji i hipnozie – powie. Zresztą, niejeden mi to już sugerował. Chrześcijanin z kolei może mieć wątpliwości co do źródła przekazu, identyfikując kosmitów z demonami, fałszem i złem.

Szkopuł w tym, że wciąż, mimo tego rodzaju przeżyć (których w przyszłości miało być o wiele więcej i bardziej spektakularnych) pozostaję człowiekiem nie-wiary. Należę z natury do ludzi, którym wiara jest do niczego niepotrzebna. Dzięki tym wglądom, za którymi nigdy nie biegałam, które mnie osaczyły odgórnie i zapewne są efektem manipulacji, jakiej się świadomie poddałam na innym poziomie przed narodzinami, mogę powiedzieć, że nie muszę wierzyć i nie wierzę, ja zwyczajnie wiem. Jeśli czegoś nie wiem, wiem, że nie wiem. I tyle.

Przeżycie z nocy 14 lipca 1990 roku skończyło się szokiem. Doznałam wzniesienia świadomości i przekazano mi drogą z umysłu do umysłu wieść, że inteligentni mieszkańcy wszechświata są od dawna bardzo blisko Ziemi i od lat ingerują w ludzkie życie. Inspirują wynalazców, techników, myślicieli, pisarzy, reżyserów filmowych, plastyków, konsekwentnie stwarzając warunki dla swego ujawnienia się.

kosmita
Nagle poczułam ich obecność bardzo blisko. Ktoś stał za oknem pokoju, wołając mnie po imieniu. Spojrzałam w tamtą stronę i w jednej chwili sparaliżował mnie strach.
Choć mieszkałam wtedy na parterze, okno znajdowało się na wysokości około 2,5 metra od ziemi i trudno było w nie zajrzeć człowiekowi bez wchodzenia na drabinę. Tymczasem ktoś tam stał! Był widoczny dość wyraźnie (mimo nocy) za szybą, mniej więcej od pasa. Myśl o drabinie nawet nie przyszła mi do głowy. To wszystko było tak nieprawdopodobne, (aby ją wnieść do ogródka i dobrze ustawić, omijając krzewy ktoś musiałby narobić wiele hałasu, poza tym wcześniej z pewnością obszczekałyby go moje dwa podwórzowe psy).
Istota była biała jak śnieg, sprawiała wrażenie nagiej. Jej ręce były bardzo szczupłe, jakby pozbawione mięśni, a głowa w proporcji do reszty ciała ogromna, biała, łysa, o wąskim i cofniętym, ledwie zarysowanym podbródku. Najdziwniejsze w niej jednak były wielkie, migdałowe oczy bez powiek. W ich spojrzeniu mieściło się coś tak niepojętego, nieprzewidywalnego, bez wyrazu, jak w oczach owada. Była obca, z absolutnie innego świata i to, co mnie tak nagle wtedy przeraziło to fakt, że nie rozumiem, nawet nie potrafię sobie wyobrazić czego ode mnie może chcieć! Jest dobra czy zła? I czym się kieruje, spoglądając tak absurdalnie zza okna? Miałam wrażenie, że zwyczajnie unosi się w powietrzu.
Panika wróciła mnie do ciała fizycznego. Zaciskałam powieki, aby nie spojrzeć w okno i broń Boże, nie potwierdzić istnienia tego… czegoś. Wydawało mi się, że jeśli przetrwam atak lęku i nie otworzę oczu aż do świtu, będzie mi potem łatwiej przyjąć, że to, co zobaczyłam było tylko sennym koszmarem. Tymczasem pod powiekami wykwitła karta Tarota: 6 mieczy. Oprócz odnawiającego przejścia przez wielki kryzys symbolizuje również dużą odległość (także w czasie przyszłym), podróż przez morze, przestrzeń, ostateczne porzucenie domu, bezpowrotną emigrację. Na karcie, której w tych czasach używałam, był rysunek statku żaglowego widzianego od dzioba, (co mogło sugerować kształt dysku) i ogarnęło mnie przeświadczenie, że chodzi o statek międzygwiezdny. Zachowałam czujność do samego rana. Udało mi się nie otworzyć oczu. Nie udało mi się jednak w żaden sposób zasnąć. Serce tłukło się jak u złapanego ptaka przez długie godziny.

Ten paraliżujący strach, jeżący dosłownie włosy na całym ciele, to charakterystyczna reakcja podświadomości na bliską obecność obcego. Człowiek posiada podświadomość zwierzęcego rodzaju, która instynktownie wyczuwa wszystko, czego nie zna.

Kolejne spotkanie odbyło się 25 września 1992 roku. Znalazłam się nagle gdzieś bardzo daleko… Egipt? Na piaszczystej pustyni stała ogromna, kamienna głowa o czterech nieruchomych, wykutych w granicie twarzach, zwróconych ku czterem stronom świata. Ta niezwykła prastara rzeźba, wysoka na 2000 metrów była nieznanego pochodzenia… Unosiłam się w kosmicznej przestrzeni. Nie miałam tam żadnego ciała, po prostu obserwowałam. Niezwykła cisza i spokój ogarnęły mój umysł. Widziałam planety, płynące powoli i majestatycznie w kosmosie, a może to ja przesuwałam się względem nich… Na jednej z nich spostrzegłam – patrząc z wielkiej wysokości – ogromne kamienne piramidy. O wiele większe, niż te z Egiptu, chociaż podobne. Sprawiały wrażenie nader archaicznych, spowijała je atmosfera milionów lat trwania. I skądś wiedziałam, że ta planeta, jak Ziemia umiera.
Pokazano mi mapę… i wtedy poczułam, że mam wracać. Do moich oczu zbliżyła się dłoń. Na tle międzyplanetarnej przestrzeni i niebotycznych, prastarych piramid szczupła biała dłoń o bardzo długich trzech węźlastych palcach i niewielkim, równie szczupłym kciuku. Przyjaźnie otwarta. A może błogosławiąca?
Obudziłam się nagle, leżąc na wznak, z bijącym szaleńczo sercem. Była druga w nocy. Chwilę później zjawił się „duch mojego ojca”. Nakrył mnie troskliwie kołdrą i głośno ziewnął, jakby chciał powiedzieć: A teraz śpij spokojnie, moje dziecko.
Rzeczywiście, do rana nic się już nie wydarzyło.

Znów pojawił się element dłoni. I świadomość obserwatora. Czy to baza, nieziemska, obca, z której pochodzę i której jestem częścią? Takie pytanie może paść, ale czy owo przeżycie daje na nie odpowiedź, nie wiem. Zważywszy rzeczy, które jeszcze miały do mnie przyjść.

Głosy

W wielu moich sennych przeżyciach pojawiały się głosy. Odzywały się już w niemowlęctwie, całkiem na jawie, były wtedy wstrętne, szepczące, natarczywe, chichoczące, bełkotliwe i niezrozumiałe. Pamiętam, jak rodzice daremnie usiłowali mnie uspokoić, bo płakałam wniebogłosy ze strachu i udręki. Nie rozumieli co się dzieje. Szybko odkryłam, że wystarczy mi wtedy, gdy się włączają, powiedzieć coś głośno, aby umilkły. Musiało to dziwnie wyglądać, gdy odzywałam się ni stąd ni zowąd do samej siebie, albo w nocy, gdy wszyscy spali. Czasem kamuflowałam sprawę głośnym ziewnięciem, albo, że niby coś mnie ugryzło.

Goya

Gwizdy i nachalne szepty podczas ataków zawrotów głowy (mówiono, że rosnę, ojciec-lekarz nie umiał tego zdiagnozować, starał się nie panikować, być może były to objawy choroby Ménière’a, wszystko minęło samo, gdy dorosłam) budziły we mnie ogromny strach. Pewnego wieczoru chwyciło mnie w łóżku, tak mocno, jak nigdy dotąd. Krzyczałam do ojca:

– Tato, trzymaj mnie! Trzymaj! Bo lecę!

Pewnego razu, jako kilkulatka, bawiłam się na płyciźnie w rzece. Penetrując brzeg nagle trafiłam na wypłukany pod korzeniami przybrzeżnego drzewa dół. Wpadłam w niego i wir zaczął mnie wciągać. Ogarnął mnie wielki spokój i cisza. Jakże wabiąca ku sobie. Nagle wyrwał mnie i uratował z tego śmiertelnego transu ojciec, który zauważył mój kapelusik widoczny jeszcze pod powierzchnią wody.

O ile te pierwsze chichoty uszne i piski zdarzały się na jawie i ktoś obznajomiony z psychiatrią mógłby je podciągnąć pod jakiś objaw chorobowy, to późniejsze moje słyszenia zdarzały się już głównie w transie sennym, albo w snach na jawie. Swego czasu znałam dziewczynę, cierpiącą na anoreksję, która pod wpływem wygłodzenia, ale też lekomanii i nadużywania alkoholu otworzyła się na schizofreniczne głosy. Mogłam sprawę porównać. Zdrowia z chorobą nie da się pomylić. Jej głosy rozlegały się na jawie, przemawiały z torebki, albo puderniczki i nie były przyjazne. Wtrącały się ironicznie, złośliwie, lub mówiły od rzeczy. Ona zaś traktowała je jako jakieś dziwaczne wtajemniczenie i z lubością o nich wspominała, przynajmniej w mojej obecności. Byłam sprawą zainteresowana od strony parapsychologii, i nie wartościowałam jej doznań, ani nie kazałam jej iść do lekarza i przestać gadać głupoty. Wystarczyło mi to naoczne porównanie, by uznać fakt, że nic złego z moją głową i psychiką się nie dzieje.

Owszem, kilka razy w życiu zdarzyło mi się słyszeć głosy na jawie. Osób, których w pobliżu nie było i nie mogło być. Były tak realne, że wyglądałam przez okno, gdy dobiegały z ulicy albo od bramy, albo podchodziłam do drzwi i pytałam kto tam. Nikogo. Zdawało się. Tylko, i chyba nieprzypadkowo, owi ludzie zjawiali się w moim domu po dość krótkim czasie, zawsze niezapowiedzianie. Zatem zaliczam je do zjawisk prekognicyjnych i rodzaju świadomości, nazywanego przez niektórych „świadomością szamańską”. Jestem introwertyczką i samotniczką, przebywam na ogół w ciszy i odosobnieniu przez całe godziny, dnie i noce. Taki tryb życia otwiera umysł na niewidzialne fale także na jawie, nawet bez używania specjalnych metod wchodzenia w trans.

Spiewajace-anioly

Po latach, w czasach nawały wizyt z Drugiej Strony, słyszałam już inne głosy. Przemawiające po polsku, albo w obcych językach, których nie znam, znam słabo, nie tyle, aby rozumieć w nich przekaz, oraz w takich, które dawno wymarły. Oprócz francuskiego, niemieckiego, angielskiego, rosyjskiego, cygańskiego słyszałam teksty po staropersku, aramejsku, grecku, w starohebrajskim, czy w sanskrycie. Niektóre odbierałam jako przepiękny śpiew-melorecytację „chórów anielskich i archanielskich”, naładowany atmosferą Sacrum (po jednym z takich przeżyć ocknęłam się na jawie ze złożonymi jak do modlitwy rękami), a niektóre wstrząsały i zdecydowanie się różniły od głosów „kosmitów”. W podwyższonym stanie świadomości dobiegały mnie potężne, przejmujące do głębi mantry śpiewane głosami bogów poruszających się gdzieś w kosmosie w ogromnych pojazdach.

Czym innym są głosy duchów zmarłych. Często skrzekliwe, skrzypiące. Znaczy: spoza granicy życia i śmierci. O duchach jeszcze opowiem. Przekonałam się kilka razy, że śmierć w bliskim otoczeniu zapowiada mi wcześniej słyszana we śnie zbiorowa kościelna modlitwa, albo śpiew kobiet, idących za pogrzebem.

Głos, a raczej dźwięk, który wstrząsa najgłębiej – potężny huk, zamieniający w pyłek kurzu całe jestestwo – jest głosem Najwyższej Jaźni, Boga (Dharmaty, jak mawiają buddyści) i nie da się go z niczym pomylić. Czasem zastępują go, czy zapowiadają kontakt z nieprzejawioną najwyższą sferą – grzmoty burzy i pioruny, trzaski i skwierczenia wyładowań elektrycznych, najczęściej urywające sen. Osoby bogów Jowisza, słowiańskiego Peruna czy majańskiego Huracana mających władzę nad gromami i błyskawicami wskazują na tę najwyższą – patrząc od naszej strony – energię Świadomości. Chrześcijanie mówią w tym wypadku o trąbach anielskich.

Pierwszy raz usłyszałam ów przejmujący huk w 1985 roku. Poprzedził go sen, w którym byłam mnichem dobrowolnie wystawiającym się na pioruny nadchodzącej zawieruchy. Mnich ów zgodził się wypełnić coś ważnego, chociaż mógł spokojnie żyć w swojej pustelni na uboczu. Gdy stanął na szczycie wąskiej kładki wbijającej się w głąb jeziora i odważnie odrzucił kaptur z głowy, rozległ się ogłuszający huk burzy, który otoczył mnie ze wszystkich stron, wyrywając z ciała jak liść.

Pewnej nocy w 1986 roku usłyszałam na jawie przyjazny męski głos, rozlegający się z jakiegoś punktu nad głową, który wypowiedział zaskakujące słowa:
– W imię Jezusa Chrystusa wypędzam cię! – po czym z mojego splotu słonecznego wydostała się uciekająca gdzieś z szaleńczym krzykiem energia. Odebrałam ją jako formę czarnego wściekłego wilka. W umyśle zaś otworzyła się wielowymiarowa przestrzeń, która pomogła mi pojąć mnóstwo spraw na nowy sposób.

Była to jedna z metod, jakie stosowała wobec mego zablokowania Druga Strona. Wciąż nie byłam gotowa mentalnie na kontakt. Jezus Chrystus, jako dla osoby wychowanej w społeczeństwie chrześcijańskim był autorytetem moralnym chcąc nie chcąc, i kojarzył się jednoznacznie z dobrem, nie złem.
Potem wielokrotnie używałam tego egzorcyzmu, atakowana w transie przez różne nieprzyjemne byty. I powiem jedno, zawsze był skuteczny.

W 1994 roku obudził mnie nagle w nocy męski, młody, miły głos, mantrujący w jednym rytmie i nie wiedzieć, z jakiego powodu po angielsku! słowa:

– I`AM, I`AM, I`AM, I`AM, I`AM, I`AM, I`AM, I`AM… (jestem, jestem, jestem, jestem…)

Wibracja i potęga, które mu towarzyszyły były tak niesamowite, że otworzyłam oczy zupełnie pewna, iż gdyby choć na chwilę przestał to powtarzać, to cały świat, Ziemia i widzialny kosmos rozwiałyby się jak fatamorgana, a my wszyscy wraz z nią.
Kim w istocie był śpiewający ową mantrę można się domyśleć.
To przeżycie często do mnie wraca. I dziękuję za nie siłom wyższym. Świetnie pomaga na zwątpienie w sens.

Język angielski, użyty przez Mantrującego, jak i inne języki, a z nimi kraje i kontynenty, miasta, wsie, ulice i miejsca prywatne przynależą do zagadnienia topografii snu. Dużo o tym pisze i mówi Jarosław Bzoma. Zainteresowanym polecam zapoznać się z tematem, bo jest naprawdę ważny dla kogoś, kto chce rozumieć swe poruszenia po światach niejawnych. Odkryłam to zagadnienie jakieś 20 lat temu, i zapisałam w senniku „Symbole senne – znaki na drodze do Życia” pod hasłem Języki obce, co następuje:

Zdarza się słyszeć, a nawet mówić swobodnie w jakimś obcym języku, o którym mamy na jawie bardzo niewielkie pojęcie. Oznacza to, że przekazujemy informację w formie i na tematy symbolizowane przez charakterystyczne dla danego narodu cechy. Czym innym jest jednak słyszenie nawet całych przemówień w obcych językach w jasnosłyszącym transie, poprzedzającym świadomy czy wizyjny sen. Przeważnie treść tych przemówień pozostaje zagadką, a ich celem jest obudzenie w świadomości odpowiednich emocji, które bardzo szybko wprowadzają śniącego w głębszy trans. Bywa, że słyszymy ludzi mówiących w języku, którego nie znamy i trudno nam wtedy cokolwiek zrozumieć. Istnieje jednak w podświadomości coś, co można nazwać automatycznym tłumaczem języków i jeśli tylko zrozumienie słów staje się problemem, świadomość potrafi natychmiast i spontanicznie przestawić odbierany przekaz na język rodzimy.

Oraz pod hasłem Nazwy w snach:

Należy zwrócić uwagę na słowa i sylaby, z których się składają, gdyż mogą w nich być zawarte ważne skojarzenia i podpowiedzi, co do sensu danego symbolu we śnie. Każdy może mieć zupełnie indywidualny zestaw miejsc, miejscowości, nazwisk, nazw ulic, które mu się śnią stale jako określone symboliczne strefy. Podobnie jest z państwami, choć tu największą rolę grają historyczne uwarunkowania i stereotypowe cechy, jaki dany naród przypisuje innemu i mniej w tym indywidualizmu.

Co do mówienia po angielsku:

Oznacza to na ogół ambicję awansowania w sensie cywilizacyjnym i kulturowym. We śnie może chodzić o dobrą opinię w tradycyjnym, konserwatywnym i powszechnie szanowanym sensie. Uznane przez wszystkich wartości i hierarchie.

(Teraz dodam: to oznaka globalności i zbiorowej świadomości ludzkości jako takiej, zatem przekaz w języku angielskim dla nie-Anglika odnosi się do wszystkich ludzi i ma światową skalę).

Istnieje jeszcze głos komentatora snu, nazywany też głosem śnienia. Męski, żeński, nieznany. Wyższa świadomość daje nim podpowiedzi, lub odpowiedzi. Jeśli o mnie chodzi, bywa, że zaczynam je rozumieć dopiero po dłuższym czasie, gdy jakieś zdarzenia się wypełnią.

Druga strona

W 1975 roku miałam 13 lat. Zapisałam wtedy w swoim pamiętniku, co następuje:

Na polskim spytałam cicho Gośkę:
– Czy chciałabyś być niczym?
Gosia zamyśliła się całkiem poważnie.
– Nie – odpowiedziała w końcu.
– A dlaczego?
– To byłoby bardzo nudne.
– Nie myślałabyś przecież, byłabyś czasem.
– Nie mogę sobie tego wyobrazić.
A ja nie mogę nic na to poradzić…

Rozmyślania o niczym mocno mnie wtedy zajmowały. Z dumą zerwałam wszelkie swoje związki z kościołem.
Rok później zanotowałam wiersz bez tytułu. Bo pisałam wtedy wiersze, a nawet dwa czy trzy udało mi się wydrukować w jakimś harcerskim pisemku dla młodzieży. Byłam dość ponurą egzystencjalistką.

Już początek życia przerobiłam
programuję swoją przyszłość
na przyszłość
żeby umrzeć w odpowiednim
czasie

Zapisywałam dręczące mnie koszmary, czując, że są ważne, choć nie rozumiałam dlaczego. Znikąd pomocy. Nigdzie wiedzy na ten temat. Teraz je rozumiem i mogę powiedzieć, że druga strona usiłowała się ze mną skontaktować uporczywie i często. Odbierałam to niekiedy jako wizyty kogoś nierozpoznawalnego, czasem usiłującego mnie zahipnotyzować. Niewidzialna, ale wyczuwalna istota, mężczyzna, wchodziła drzwiami do mojego pokoju, podchodziła do łóżka, pochylała się i – na ogół zaraz wyskakiwałam siłą woli i przestrachu na jawę, do rana usiłując nie zasnąć i nie dać się wciągnąć w coś, co nie mieściło mi się w głowie. Albo odbierałam te wizyty jako demoniczne zakusy. Kilka razy była to jakby nadlatująca skądś kula, unosiła się chwilę nade mną, śpiącą lub usiłującą zasnąć, po czym przybierała ludzką formę. Zarejestrowałam kilka pierwszych przekazów informacji „stamtąd” w snach. Ha, czasem udawało się im ominąć moje ograniczenia!

koszmar

Notatka z 22 września 1985 roku

We śnie nastrój końca, wielkiej tragedii wiszącej w powietrzu nad całym światem, być może już się skończyła ostatnia wojna, ciemno, zimno. Śpię na jakiejś drewnianej pryczy pod cienkim kocem, który wciąż zsuwa mi się z nóg. Obok mnie ktoś leży, nie wiem kto. Budzę się, wstaję, idę gdzieś i wiem, że cały świat, wręcz cały kosmos jest już skończony, życia zostało niewiele i nie na długo, i to jest wrażenie nie do opisania ponure i apokaliptyczne. Obok mnie idzie ten ktoś, kogo nie pamiętam, rozmawiamy. I nagle z naszej rozmowy wykwita ważna prawda. Dostaję bezpośredni przekaz, z umysłu do umysłu, bez słów.
Świat jest dwoisty. Prócz tego, na którym teraz przebywamy w fizycznych ciałach i skazanego na zagładę, istnieje jeszcze inny, źródło jego odbicia, świat niematerialny, rzucający cień. Dostać się do niego można jedynie przez śmierć. A więc śmierć nie jest wcale końcem, ale wielką przemianą! Umierając urodzę się do życia w innym wymiarze.
Nasz świat nie ma wiele wspólnego z tamtym światem poza tym, że zamieszkują go te same (takie same?) istoty, tyle, że w innych postaciach. Jedynym wspólnym i niezmiennym elementem obu jest ogromna biała gwiazda bytująca gdzieś w centrum wszechświata. Podobna do słońca. Ona jest taka sama (tym samym?) tu i tam, po jednej i po drugiej stronie.

Nie był to mój pierwszy trans we śnie. O innych napiszę osobno. Ale chyba pierwszy z rodzaju tych, w których energie płynące przez ciało wprowadzają świadomość na wysoki poziom, który nie jest podobny do tego, na którym prosperujemy na co dzień jako ludzie. Na tym poziomie informacje płyną z zewnątrz (tj. od różnych wysokich bytów) w przyspieszony i telepatyczny sposób. Świadomość nie jest ograniczona „ziemską” pamięcią i logiką, przyswaja wiedzę bezpośrednio, poza słowami, o wiele szybciej, niż można sobie na jawie wyobrazić i różnymi sposobami w jednym czasie. Na przykład śnisz wtedy i uczestniczysz w akcji owego snu jako postać, a jednocześnie odczuwasz podwyższone wibracje energii w ciele fizycznym i zdajesz sobie sprawę, że leżysz w pościeli i śnisz. Odbieranym informacjom towarzyszy czasem dźwięk (głos snu, lub głos informatora), a czasem osobny obraz ułatwiający zapamiętanie treści. W tym samym momencie przeżywasz również reakcje na owe treści, zdziwienie, strach, zaskoczenie, niedowierzanie…

Sam powyższy przekaz teraz wydaje się prościutki, był jednym z pierwszych, ale w tym czasie zdumiał mnie do głębi. I swoją formą zaistnienia, i treścią. Owa szczególna gwiazda pojawiła się później w wizjach rodem z Kroniki Akaszy, gdzie nosiła nazwę Solis.
Wtedy wciąż byłam jednak zdeklarowaną ateistką i zjawy senne traktowałam jak iluzje, owszem, często koszmarne, ale zawsze fantazje mózgowe, rodem z podświadomości fizycznego ciała…

Początek

sfery

Pamiętam. Frunęłam nad moją rodziną, tatą, mamą prowadzącą wózek z moją maleńką siostrą i nad sobą, jadącą za nimi na białym składanym rowerku. To był sen wizyjny i z przyszłości, bo taki rowerek dostałam po kilku latach, jako prezent na pierwszą komunię.

O innym śnie długo byłam przekonana, że zdarzył się naprawdę. Już będąc dorosłą osobą zapytałam o to zdarzenie mamę. Nie potwierdziła. Czyli śniłam o tym, że w ogrodzie przy domu, w słoneczny letni dzień pochylałam się nad kwiatem róży. I wtedy wpadła mi do nosa pszczoła. Poczułam ogromny ból, po czym z nosa buchnął mi gwałtowny strumień czerwonej krwi. Krzyczałam ze strachu, nadbiegli dorośli i wyjęli owada przy pomocy szczypiec.
Ufolodzy traktują takie przypomnienia jako zakamuflowany w pamięci efekt wzięcia i instalowania w ciele implantu obcych. Służącego śledzeniu, bądź kontroli rodem z wyższego wymiaru. Analizując to, co mi się później przytrafiało w świecie niejawnym – nie zaprzeczę, że tak właśnie mogło być. Ale pewności ani dowodów nie mam, więc powstrzymuję się od twierdzenia.

Powtarzały się też iście demoniczne koszmary, o czarnym, śmiejącym się złośliwie wilku, czyhającym na mnie pod łóżkiem albo na szafie. Kilka razy usiłował chwycić mnie za rękę, raz nawet udało mu się ją odgryźć, na czym natychmiast obudziłam się.

Wkrótce moi rodzice zaczynają budować dom. I już jest prawie zbudowany, stoi wersja surowa, na parterze stolarz urządził sobie warsztat, są już zamykane na klucz drzwi wejściowe, niektóre drzwi wewnętrzne, podłogi na parterze, ale piętro jeszcze całkiem surowe, brakuje łazienki, pieca itp. Mama niekiedy, w porze kłótni z ojcem, zabierała mnie i siostrę do nowego domu. Miałyśmy wtedy jakieś 8-7 lat. Pewnej nocy, kiedy spałyśmy we trzy w prowizorycznie urządzonym pokoju na parterze usłyszałam ciężkie stąpanie, dobiegające z piętra. Kroki bardzo powolne, ciężkie, wyraźne. Jakby kogoś starego, kto poruszał się bardzo powoli. Zamarłam, łudząc się, że mi się zdaje, albo śni. I wtedy okazało się, że nie. Mama spytała głośno i bohatersko, drżącym głosem:

– Kto tam?

Nikt nie odpowiedział. Po chwili ciszy niewidzialne nogi znów zaczęły kroczyć. Tym razem schodziły z góry, powolutku, po schodach, stopień po stopniu. Ku nam, leżącym w pokoju bez drzwi. I odrętwiałym z potwornego strachu.

Kroki zeszły i… zapadła zupełna cisza. Do rana nic się nie wydarzyło.

Nie zapomniałam o tym nigdy. Gdzieś tkwiło pod skórą zdeklarowanej ateistki. Minęło trochę czasu. Mam teraz oto jakieś 20 lat. Przebywam w domu sama z ojcem, mama z siostrą wyjechały na wczasy. Oboje oglądamy telewizję w pokoju ojca na parterze. Mój pokój jest na piętrze, niedawno wykończony. Ojciec usypia na nudnym filmie. Ja jeszcze oglądam. Gdy nagle… znów te kroki. Powolne, głośne, posuwiste, szurające po podłodze, z pewnością starego człowieka. I znów, drżąc cała w sobie, łudzę się, że może mi się zdaje… Wtedy ojciec budzi się na chwilę. I nagle krzyczy na cały głos:

– Kto tam, do jasnej cholery chodzi?!

Kroki po chwili cichną. Ojciec znów zasypia. Rano nic nie pamięta ze zdarzenia.
Obejrzałam program telewizyjny do samego końca, ale wreszcie musiałam, z duszą na ramieniu, pójść do siebie na górę… Nic więcej się nie stało.

Znów minęło wiele lat i przeszło mnóstwo spotkań po tamtej stronie. W kwietniu 2005 roku przyszedł sen na jawie… a wraz z nim pojawił się dziwny starzec, w moim ówczesnym warszawskim mieszkaniu. Opisałam to dokładnie na blogu Transwizje (kliknij), więc tutaj nie będę tego spotkania powtarzać. Kto chce, może się zapoznać ze szczegółami. Był to jednak sen, nie jawa ani zjawisko materialne, doświadczane przez kilka osób równocześnie.

Jarek Bzoma od snów progresywnych radzi zadać pytanie przed snem. Niedawno wróciły do mnie wspomnienia starczych kroków i takie pytanie zadałam, owszem. We śnie znalazłam się w swoim dawnym pokoju na piętrze, leżąc na łóżku ustawionym przy ścianie z wmurowanymi w nią szklanymi drzwiami balkonowymi, (choć w rzeczywistości nie było tam balkonu, ani tym bardziej oszklonej ściany). Owe szklane drzwi były zasłonięte zasłonką. Zerknęłam za nią i zauważyłam ze zdumieniem czającą się z zewnątrz przy murze, na wysokości parteru, więc niżej, postać młodej dziennikarki. Czyhała na jakąkolwiek możliwość podejrzenia mnie przez szybę! Odwróciłam się i spojrzałam na ścianę naprzeciw wezgłowia łóżka. I szczęka mi opadła. Nie było żadnej ściany, tylko uchylone wielkie czyste okno, wychodzące na nieskończoną jasną przestrzeń…

Czy była to jakaś odpowiedź, albo choćby podpowiedź? Nie mam pojęcia. Świat pomiędzy, granice światów, wgląd i podgląd… W tej sprawie nie potrafię wyciągnąć wniosków ze snu-odpowiedzi. Ani pojąć języka, w którym mi jej udzielono. A nawet jeśli jakieś są, to czy mogę w nie wierzyć?

O mnie

Pokrótce:

ewa

Przebywam po tej stronie od grudnia 1961 roku. Urodziłam się pod znakiem Koziorożca. To ważne o tyle, że zauważyłam, iż Koziorożce często miewają „nie-swoje sny”, w których pojawiają się tematy zbiorowe, polityczne, nierzadko z przepowiedniami na przyszłość. Pewnie dlatego, że są urodzonymi strategami.
Narodziny były trudne, trwały 3 doby, w końcu wyciągnięto mnie nieomal uduszoną pępowiną. Ten uraz najprawdopodobniej zaważył na moim skrajnie introwertycznym usposobieniu i fakcie, że wizje pamiętam jeszcze z łóżeczka niemowlęcego.

Nie należę do osób religijnych czy bujających w obłokach. Do kościoła przestałam chodzić jako dziecko, nikt mnie za to nie karcił, takie były czasy. Ksiądz podczas lekcji na plebanii opowiadał takie dyrdymały, że nie byłam w stanie udawać, że w nie wierzę. W wieku 13-17 lat zgłębiałam filozofów materialistycznych, oświeceniowych, ateistów, psychoanalityków i fantastykę naukową. Cierpiałam – rosnąc – na ataki silnych zawrotów głowy, przy których osuwałam się na ziemię, trudne do zniesienia bóle głowy i mdłości trwały po nich kilka dni. Czasem atakom towarzyszył wysoki pisk, albo dziwne bełkotliwe głosy słyszane w głowie.
W wieku 18-25 lat zaczęły mnie – oprócz koszmarnych snów – dręczyć prawie każdej nocy spontaniczne wyjścia z ciała. I co za tym idzie głęboka nerwica i bezsenność. Te sprawy nie mieściły się nijak w moim światopoglądzie. Mając 23 lata zaczęłam czytywać książki katolickich autorów, podsuwane mi przez kolegę kleryka, mającego nadzieję mnie nawrócić. Wydawały mi się nieznośnie ckliwe, ale Biblia zrobiła na mnie wrażenie. Wiele razy do niej wracałam, w różnych tłumaczeniach. Otworzył się kanał zainteresowań duchowych, poznałam utwory głównych mistyków chrześcijańskich, a także nauczycieli różnych kościołów protestanckich. Wielokrotnie wracałam do Tomasza a Kempis, świętego Franciszka i Mistrza Eckharta. Wkrótce przyszła fascynacja Wedamiświętymi księgami rozprowadzanymi przez Towarzystwo Świadomości Kriszny, które szybko, wraz z ruchami buddyjskimi opanowało niszę w rozchwianej światopoglądowo Polsce po-komunistycznej. Paradoksalnie to one pogodziły mnie z religią katolicką, wreszcie zrozumiałam o co w niej chodzi! Oprócz tego czytałam wszystko, co dotyczyło ufologii.
W tym samym czasie zachwyciła mnie astrologia i zgłębiałam ją samodzielnie, posiłkując się podręcznikami i pismami drukowanymi na powielaczach przez kluby astrologów i psychotroników z Trójmiasta, Łodzi, Poznania i Wrocławia. Wkrótce też pojawiły się karty Tarota. I podobnie Księga I-Cing. Nie mając żadnych zabobonnych uprzedzeń do ezoteryki, poznawałam nowe dziedziny z pasją i nader samodzielnie. Nigdy mnie nic nie prześladowało z tego powodu, choć po latach nieświadomie ściągnęłam na siebie, oglądając różne talie w internecie, zbiorową larwę głodnych duchów związanych z katolicką klątwą rzuconą na tarota. Przeszłam ten atak jako inicjację, udało mi się dzięki medytacji nad kartami samodzielnie odzyskać siły i zapanować ostatecznie nad lękiem. Od tej pory doceniam siłę ukrytą w wersji marsylskiej.

W latach 90-tych przyjaźniłam się z (nieżyjącym już) Piotrem Burskim z Łodzi, mistrzem reiki. Inicjował mnie na pierwszy i drugi stopień, ale przede wszystkim miałam możliwość obcować z energiami i uduchowioną wyobraźnią na warsztatach, które urządzał każdego miesiąca. Poznałam także ludzi praktykujących buddyzm tybetański, bywałam na zlotach i wykładach ich guru Ole Nydhala, wzięłam schronienie w Buddzie. Nigdy żadna religia czy praktyka nie wciągnęła mnie dostatecznie głęboko, mam wrodzony dystans wobec wszelkich kultów i ideologii, ale okazywałam sympatię i zainteresowanie każdą nową wiedzą. I dużo na te tematy dyskutowałam. Medytując różnymi sposobami, z których ostatecznie najwięcej dała mi praca z oddechem, wizualizacja kart tarota (marsylskiego) oraz medytacja zen.
Inicjacje coś we mnie uruchomiły, a może tylko skierowały w górę. W efekcie napisałam swoją pierwszą książeczkę, która wyszła w Studiu Astropsychologii w 1999 roku „Symbole senne – znaki na drodze do Życia”. Dostałam za nią całkiem dużo pochwał od czytelników i czytelniczek, uważających ją za bardzo praktyczny i spełniający się w życiu sennik. Obecnie bodajże trzykrotny nakład dawno został wyczerpany, a wydawnictwo nie jest zainteresowane wznowieniem. Umowa, którą ze mną podpisano była na tyle podstępna (co zauważyłam po latach), że nie jestem już w stanie odzyskać praw autorskich do swojego tekstu.

W tamtym mniej więcej czasie poznałam przypadkowo, na prywatnym zjeździe w Lublinie, grupkę tzw. „gwiezdnych ludzi”, czyli osób uważających się za wcielenia istot kosmicznych. I ja we wczesnym dzieciństwie miałam takie przekonanie, jednak nie poczułam się wśród nich jak wśród swoich. Byłam już chyba „zbyt ludzka”. Niemniej znajomość z Frankiem Koterem z Puław, chemikiem, hodowcą róż, malarzem, poetą i autorem opowiadań w stylu Brunona Schulza, zaowocowała obfitą korespondencją i kilkoma spotkaniami, podczas których otworzył się dla mnie świat tzw. podróży astralnych, poza ciałem, które uprawiał Franek. Jego historie były naprawdę fascynujące i do niczego, o czym dotąd czytałam niepodobne. Pamiętam, jak powątpiewałam w realność przeżyć Franka, traktując je mimo wszystko jako rodzaj śnienia, i jak wtedy Franek oburzał się na moją tępotę. „Przekonasz się, że to nie sen, kiedy przyjdą do ciebie!” – usłyszałam. I bach. Zjawili się u mnie. Za to Franek przestał latać!

Przeżycia, które na mnie wtedy spadły i trzymały w kleszczach przez kilka lat dokładnie zapisywałam. Zamieściłam je później, po tematycznym uszeregowaniu w książce, która wyszła w Wydawnictwie Brama w 2003 roku pt. „Przemiany w ultrafiolecie”. Książka zainteresowała kilka osób, w tym pana Lecha Robakiewicza z pisma „Gnosis”, ale nigdy nie okazała się rewelacyjna czy poszukiwana. Teraz napisałabym ją zupełnie inaczej. Rezygnując zupełnie z części teoretycznej. W czasach, gdy powstawała miałam kłopot z osiągnięciem dystansu do treści, które do mnie „waliły drzwiami i oknami”, bombardując mnie bez przerwy. Mimo starań nie zdołałam wyzbyć się patosu, odzyskać zwykłego poziomu sceptycyzmu, ani uruchomić w sobie poczucia humoru. Kontakt z wysokimi energiami, tak długi i intensywny budzi w psychice reakcje psychotyczne i większość energii – o ile człowiek wie, co się z nim naprawdę dzieje – idzie na utrzymanie równowagi pomiędzy odczuciami a umysłem, jawą, a stanem snu czy transu. Potrzeba nieraz dużo czasu, aby przyswoić nowe treści i wrócić do zwykłego życia. Poza tym sama treść, w której przekaz o Jezusie Chrystusie i zmartwychwstaniu był nader ważny kłóciła się z przekonaniami wykształconych i pretendujących do nauczania ezoteryków na tyle, że nie zebrała żadnych recenzji ani publicznych uwag. Odnoszę do tej pory wrażenie, że istnieje jakaś mentalna blokada dzieląca mnie od ludzi, których szanuję, a którzy zapewne uważają mnie za jakąś fanatyczną chrześcijankę czy osobę religijnie i wizyjnie nawiedzoną. Podobnie praktykujący chrześcijanie czy buddyści muszą się zetknąć, czytając mój opis, z czymś, co przeważnie odrzucają, np. kwestią UFO, kosmitów, gadoidów, bogów, diabłów i aniołów. Ci, co uprawiają świadome śnienie, OOBE, wizualizacje, channeling, hunę, regresje i wglądy trzecim okiem również musieliby zrezygnować z wielu swoich dogmatów i stwierdzeń, żeby móc przyjąć całość bez zastrzeżeń. Z kolei ufolodzy nie łykają Jezusa Chrystusa i biblijnego wątku. Najwygodniej jest więc zignorować taką opowieść.

Prawda jest taka, że mój przekaz nie pasuje do niczego, co daje się zmieścić w jakiejś jednej teorii albo doktrynie, czy to szczegółowej, czy eklektycznej.

Zdecydowałam się zgromadzić zapisy z tamtych lat, częściowo wchodzące w skład owej książki, a częściowo uzupełnione na bazie zebranych notatek, na niniejszej stronie. Uważam, że pozostają ciągle ważne i po coś owe treści zeszły w świat jawy. Może jeszcze posłużą komuś zainteresowanemu, kto nie ma uprzedzeń, ani religijnych ani anty-religijnych, do wysnucia własnych wniosków albo choćby wyobrażenia sobie tego, co istnieje po drugiej niewidzialnej stronie. Nie wspieram się przy tym żadną nauką, teoriami, schematami, porównaniami, filozofiami, gnozami, doktrynami ani nauczaniami, niech same przeżycia, które przyszły spontanicznie posłużą za bazę do ewentualnych przemyśleń, skojarzeń, dociekań.

Jeśli miałabym wskazać na jakiś rodzaj wiedzy o przedstawianych tu zjawiskach i podpowiedzieć, gdzie szukać zrozumienia, to są to książki i wypowiedzi Jarosława Bzomy. Śnił mi się kilkakrotnie przed laty, zatem uważam jego pojawienie się za realizację szerszego planu oświecania, podjętego na wysokościach (nieźle brzmi, prawda?). Zaznaczam jednak, że jego wnioski wysnute są na bazie sterowanego intencją śnienia nieświadomego (progresywnego), odpowiednio interpretowanego pod kątem zadanego przed snem pytania. Owe sny w inny sposób wkraczają w rejony, które ja eksplorowałam, acz wnoszą bardzo wiele w możliwość interpretacji tego, co mnie spotkało. Są istotne kwestie, które mogę potwierdzić i uzupełnić. Same sny Jarosława są dla mnie tak kuriozalne, i w dużej mierze nudne (przepraszam Śniącego i jego wielbicieli, ale to prawda i wcale nie krytyka), że wnioski, które z nich potrafił wysnuć zadziwiają prawdziwym geniuszem logicznego umysłu i skojarzeń. Jeśli ktoś zada sobie trud poznania obu opowieści, zapewne dojdzie do podobnych konkluzji. Zachęcam do krytycznych porównań! Odnoszę bowiem wrażenie, iż w jakiś sposób Jarosław Bzoma uzupełnił swoją penetracją i logiką to, czego mnie brakło, i może jest też tak na odwrót.

Oprócz dwóch pierwszych książeczek wydałam do obecnego czasu także – „Tarot Mistrza Gry” podręcznik dla początkujących i zaawansowanych tarocistów, „Kalendarz Tebański – symbole stopni Zodiaku” – interpretację 360 starożytnych symboli zodiakalnego koła dla astrologów tradycyjnych, „Proroctwa Mistrza Nostradamusa” – pierwsze tłumaczenie na polski ponad tysiąca czterowierszy Maga z Salon, oraz „I-Cing – Księgę Źródła”. Wszystkie pod starą wersją mego rodowego nazwiska Seydlitz.

Od lat prowadzę różne blogi w internecie oraz forum dyskusyjne o Księdze i-Cing.

W 2005 roku przeprowadziłam się z Warszawy na Podlasie, mieszkam w prawosławnej wiosce na pograniczu, żyję z rolnictwa, prowadzę maleńkie gospodarstwo z kozami. Kocham przyrodę, zwierzęta i żyję tak, jak żyli moi dziadkowie. Realizuję się jako śniący swoje odludek.