Z dziennika wzięć zapis 4

Wewnętrzne zmagania i napór sił rodem z nieświadomości zbiorowej (wg nomenklatury jungowskiej) trwały w najlepsze. Nic wtedy nie było łatwe, a ulga, jeśli przychodziła, nie była trwała. Nocni goście, dający się odczuć czasem nawet fizycznie, odczucia telepatyczne przedstawiające mi światy pozbawione światła, ciemne, pełne nienawiści, zawiści i ciężaru wewnętrznego, wizje, jasno-słyszane dźwięki i melodie, przypominały mi, że najwyższe siły jednak czuwają i mają owe nieprzyjemne zjawy na oku… W dzień i przed snem medytowałam, aby wyrównać się i nie poddać ponurym nastrojom, nie pozwolić wciągnąć się pod wodę.

*

2 kwietnia 1999. W nocy długo walczyłam z mrocznymi siłami i obrazami, które znów zaczęły się uporczywie pojawiać w umyśle wbrew mej woli. Zrobiłam szczerą wewnętrzną spowiedź i rachunek sumienia. Przestałam walczyć, wzięłam na siebie wszystko, co wypływało z podświadomości, mimo iż było dziwnie wynaturzone i wstrętne. Znienacka przeleciało obok mnie coś niewielkiego i niewidzialnego, i błyskawicznym ruchem wyciągnęło z mojej twarzy „implant”, po czym natychmiast znikło. Pomyślałam z rozbawieniem, że mógłby to być 30-centymetrowy, tłuściutki aniołek z pomocą. W pokoju rozległ się dziwny dźwięk, podobny do szumu skrzydeł ogromnego ptaka. Trochę mnie przeraził. Ale zaraz potem poczułam lekki ucisk na czaszkę z tyłu głowy i oddziałującą stamtąd czystą, krystaliczną, najwyraźniej chroniącą mnie energię. Trwało to około godziny, potem zasnęłam spokojnie. W dzień przyjrzałam się swojej twarzy, koło nosa był wyraźny ślad po igle i lekkie, zaczerwienione opuchnięcie.

flet

4 kwietnia 1999. Obudził mnie niespodziewany, agresywny atak. Coś skoczyło mi na plecy; zatem znowu wróciło, nie wiem, w jakim celu. Pogodziłam się wewnętrznie z tym, czego doświadczam. A nad ranem w półśnie usłyszałam bardzo prostą melodię graną na zwykłym, drewnianym, wiejskim flecie… chwilę potem zaczął się świt.

5 kwietnia 1999. Wieczorem odczytałam swoje notatki, a w nich opis snu sprzed trzech lat. Zapowiadał wynurzenie się z wód zapomnienia dziwnych, runicznych reliefów wykutych na wielkiej, płaskiej, połyskującej zielonkawą śniedzią okrągłej płycie, pochodzącej jakby z jakiegoś pradawnego eonu. Zgasiwszy światło w pokoju spojrzałam przypadkiem w okno i zauważyłam jasną, wiszącą nisko nad horyzontem gwiazdę. Niedaleko niej dwa mniejsze światła tworzyły razem trójkąt. Przypomniało mi to wizytę lovecraftowskiej Starej Istoty, którą poprzedził sen o trzech gwiazdach i pojazdach należących do bezosobowych istot widocznych na nocnym niebie.

Ledwie zasnęłam jakiś męski głos krzyknął nagle ostrzegawczo: „Almuria!” i zobaczyłam małą dziewczynkę bawiącą się beztrosko w piaskownicy. Niespodziewanie wypełzł z niej ogromny wąż o połyskującej przedziwnie skórze, wzniósł się w górę i próbował ją zaatakować. Wtedy nadbiegł skądś stary ojciec dziewczynki i szpadlem, trzymanym w ręce błyskawicznie odrąbał mu stosunkowo niewielką głowę.

6 kwietnia 1999. Nawiązałam podczas nocnego transu kontakt telepatyczny z kimś niewidzialnym.

10 kwietnia 1999. Pojawiła się istota z gadziej rasy. Jej głos (ostre, przenikliwe świstanie) nie budził żadnych demonicznych skojarzeń (można by go porównać do zapisu dziwnych zaklęć w opowiadaniach Lovecrafta albo pisanego języka hebrajskiego, składającego się jedynie ze spółgłosek. Samogłoski były wymawiane „w umyśle”, być może w innych, niesłyszalnych rejestrach dźwiękowych i to one powodowały, że głos brzmiał tak obco i „sycząco”). Aby mi się przedstawić potwierdziła najpierw prawdziwość dotychczasowych wizji, które odebrałam: tak, wszystko zacznie się realizować według reguł, które już poznałam. Przeszyła mnie przy tym od stóp do głowy błyskawica groźnej energii, podobna do przełamanego pioruna. Skojarzyła mi się z 36 heksagramem Księgi I-Cing: „Gasnące słońce”. Potem zahipnotyzowała mnie bardzo fachowo, przemawiając w swoim szeleszcząco-syczącym języku, którego sens zrozumiałam tak: „Kiedy będę robić zabieg, nie poczujesz żadnego bólu, położysz spokojnie ręce przed sobą, lub z boku, ale nie będziesz nimi niczego utrudniać, ani się bronić…”. To natychmiast skutecznie znieczuliło mi całe plecy, nie odbierając świadomości. Postać ta pobrała z mojej prawej nerki próbkę płynu (również zupełnie bezboleśnie).

12 kwietnia 1999. Poranek zaczął się wielkim biciem serca, a następnie przez głowę przeleciały mi sceny i obrazy wizyjne. Stojąc w oknie balkonu w mieszkaniu na piętrze wołałam ludzi, aby przyszli i zobaczyli, co się dzieje. Wiatr przywiał z bardzo daleka (chyba z południa) wielkie, ciemno-szare strzępy spalonej materii. Ten widok miał w sobie nastrój norwidowskich „lecących szmat zapalonych”. Zahaczały o balustradę, antenę telewizyjną i leciały dalej. Wiedziałam, że są to resztki spalonych ludzi i ich domów.
Potem na ciemnym, ponurym niebie ujrzałam ogromną, jakby zatrzymaną błyskawicę, olbrzymią elektryczną iskrę, rozdzielającą świat na dwie połowy, od wschodu do zachodu. Później górujący krwistoczerwony sierp księżyca w nocy. Oba te obrazy były pełne przerażającego majestatu.
Następnie na niebie, (obserwowałam rzecz przez okno mojego pokoju, wychodzące na zachód) „otworzyły się upusty niebios” i spadały z nich wodospady ciemnej brudnej wody z kamieniami, deszcz meteorów i potop błota. Chwilę później ukazało się dawniej zamieszkane, teraz bezludne, pełne gruzów i pływających śmieci morskie wybrzeże.
Na koniec zaś zajaśniał świat Nowej Ery. Tej wizji towarzyszyła niezwykła muzyka w stylu new age. Był jasny słoneczny dzień. W oddali stało kilka kolorowych (zielonych, czerwonych) domków w kształcie zwykłych prostopadłościanów, w pobliżu których kręcili się młodzi ludzie. W płytkiej i bardzo czystej wodzie strumienia taplało się nagie, szczęśliwe, uśmiechnięte dwu-trzyletnie dziecko. Było jasne, że ci ludzie są całkowicie inni od nas, inaczej myślą, co innego jest im drogie. Oto „stara Ziemia przeminęła” i nikt już tutaj nie ogląda się wstecz.

Reklamy

Senny matrix

Oto opowieść, która mówi o grze toczącej się w Przejawieniu, w ziemskiej materii i świecie małej karmy 1-5 (zobrazowanym symbolicznie przez ruską harmoszkę), z punktu widzenia istot, które bezpośrednio od materii nie zależą. Sen użył obrazu wirtualnej gry, w którą się wchodzi, zapominając o swej pierwotnej postaci. Podobnej do tej, o której opowiadają znane filmy fantastyczne, „Kosiarz umysłów”, „Jumanji”, czy późniejszy „Matrix”.

wirtual

1 kwietnia 1999 roku, (w prima aprilis) przyszedł taki sen:

Jestem mężczyzną. Żyję w miejscu, gdzie panuje pokój i harmonia. W tym świecie, pięknym i doskonałym, opartym na wspólnocie i zgodnej współpracy ze wszystkim, co istnieje, nie ma żadnych nieszczęść, chorób, wrogości, wojen ani śmierci. Znajduje się w nim jednak pewne szczególne urządzenie, służące bardzo wyrafinowanej zabawie. Wygląda jak wielka, rozciągnięta ruska harmoszka wielkości pociągu. Leży na samym brzegu naszego świata, na skraju głębokiej przepaści w zielonych górach. Wewnątrz niej rozciąga się czas, a ludzie tam zamknięci nie mają pojęcia, (bo zapomnieli o tym), że wokół nich panuje niewyobrażalne szczęście.

Któregoś dnia postanawiam doświadczyć tej dziwnej i fascynującej zabawy. Moją intencją nie jest jednak tylko ciekawość i chęć zaznania różnorodnych sytuacji. Nieco wcześniej w Grę wszedł ktoś bardzo mi bliski, a jego powrót zaczął się odwlekać. Jestem szczerze zaniepokojony i wiem, że jeśli pozostanę tu gdzie jestem, taki, jaki jestem, mogę w końcu stanąć oko w oko z osobą, która uzna, że dzieli nas przestrzeń tego, czego doświadczyła w Grze, a o czym ja nie będę miał pojęcia. Postanawiam odnaleźć tę istotę w Grze i zabezpieczyć jakoś jej wyjście, samemu przy okazji gromadząc doświadczenia, które by mnie do niej zbliżyły, a nie oddaliły.

Zabrałem się do tego zadania z uwagą i roztropnością. Ludzie obsługujący Grę wyjaśnili mi szczegółowo zasady jej działania. W regulaminie znajdowało się wiele specjalnych utrudnień, mających służyć doświadczaniu najbardziej skrajnych emocji i przeżyć w trakcie pobytu wewnątrz urządzenia. Podstawowym utrudnieniem była utrata pamięci, gdyż gracz musiał się utożsamić z osobowością jakiejś postaci. Dlatego ważne było, aby już na starcie wybrać okoliczności i rodzaj nauki, które ułatwią osiągnięcie założonego sobie celu jak najprędzej i jak najmniejszym kosztem. W innym wypadku było się zdanym na naturalne procesy ewolucji, panujące w świecie czasu i trzeba było przejść doświadczenia wielu form życia i zaliczyć setki, tysiące biografii, nim wreszcie umysł – znudzony powtarzającymi się negatywnymi bodźcami i doświadczeniami – samodzielnie odkryje sposób wyjścia i szczerze zapragnie to zrobić. Usłyszałem od dozorców wiele uczciwych ostrzeżeń, a nawet rad, abym się z tego wycofał, lecz to pozwoliło mi się bardziej zmobilizować i wewnętrznie przygotować do wykonania obranego zadania. Lepiej było nie lekceważyć możliwych powikłań, toteż w pełni świadomie zdecydowałem się na wejście w czas.

Dostałem się do Gry przez ciasny, długi, workowaty tunel, prowadzący do wnętrza „pociągu”. W ten sposób droga odwrotu nieodwołalnie zamknęła się za mną.

W środku znajdowało się kilka wagonów i przedziałów z niewielką ilością pasażerów. Przechodziłem przez nie po kolei, pilnie rozglądając się wokół siebie i zapoznając się z niektórymi osobami. Wiedziałem, że czegoś szukam, lecz nic nie przykuwało specjalnie mojej uwagi. Zwiedzanie wagonów i przedziałów szybko mi się znudziło, a żadna z poznanych osób nie zainteresowała na dłużej, niż chwilkę. W końcu dowiedziałem się, że jedziemy przez świat z czasów poprzedzających wybuch pierwszej wojny światowej, a w umyśle pojawiła się liczba 18. Wszystko stało się podobne do podróży w Orient-Ekspresie.

W jednym z przedziałów spotkałem nareszcie kobietę, która mi się spodobała, a ja jej. Dotarliśmy razem aż do końcowego wagonu, który jednak okazał się zamknięty. Przedział kończył się harmonijkową kurtyną, za którą oboje mieliśmy nadzieję znaleźć wyjście, ale tak się nie stało. Za zasłoną zaatakował nas nagle jakiś zamaskowany osobnik. Miał wygląd terrorysty, ubrany w długi, szary płaszcz i czarną pończochę zaciągniętą na twarz.

Stoczyłem z nim zwycięską walkę, gdyż z jakichś powodów (być może dlatego, że podawał się za jej ojca) usiłował zabrać mi ukochaną. Kiedy jednak rozłożyłem go na łopatki, okazało się, że dziewczyna znikła i nie miałem innego wyjścia, jak pójść za nią znowu w głąb pociągu. Odszukałem ją w luksusowym wagonie restauracyjnym i odtąd spędzaliśmy czas razem. Aż do chwili, gdy ujrzeliśmy przez okna wielkie, bure chmury dymu na horyzoncie. Nadciągała straszna zawierucha, może wojna. Próbowaliśmy wyjść z pociągu i nawet dotarliśmy do ostatniego wagonu… ale tam znowu nie było z niego wyjścia. Jednak udało nam się spędzić ciekawie czas.

niebo

I tu moja percepcja rozszerzyła się, wyłapując obrazy jak gdyby od początku ciągnące się jednocześnie w zupełnie innej, osobnej linii czasu, dlatego nie wiem, czy działo się to wcześniej, czy później, a może gdzieś obok, lub ponad tamtymi wydarzeniami, a więc przyjmuję, że w przestrzeni wyższego wymiaru, która stała się pierwszą bazą mojego startu w materię. Byłem tam białą istotą, zabezpieczającą sobie powrót dzięki asekuracji współbraci czuwających na zewnątrz i bezpośrednio zaangażowanych w zadanie wpuszczenia w trójwymiar wyzwalającego przekazu światła.

Przebywaliśmy razem w tymczasowym namiocie rozbitym w przestrzeni kosmicznej, pośród niezliczonej ilości gwiazd. Było tam bardzo pięknie, niezwykle, ale w pewnej chwili zginęła gdzieś moja partnerka i zacząłem się zastanawiać, jak ją odnaleźć. Wiedziałem, że muszę to zrobić… Wtedy pojąłem, że trzeba jeszcze wrócić do Gry, bo wciąż – mimo starań – nie została zakończona, a cel – mimo pozorów szczęścia i wolności wcale nie został osiągnięty. Natychmiast wróciłem do punktu wyjścia (i wejścia) i ocknąłem się w ostatnim wagonie przed harmonijkową zasłoną, uporczywie myśląc o sposobie ostatecznego wydostania się z tej dziwnej pułapki.
Wtedy rozległ się z zewnątrz głos człowieka obsługującego Grę. Przypomniał mi mój plan, z którym wszedłem na początku. Powiedział spokojnie:

– Trzeba będzie zagrać trzy razy tę samą rolę.

I w tym momencie obudziłam się na jawie.

Z dziennika wzięć zapis 3

W przedstawianych dzisiaj zapiskach są wizje diaboliczne i obecność anielska, Stara lovecraftowska Istota i wężowy humanoid, skrzydlaty smok, tarcza, oraz UFO zwiastujące śmierć w rodzinie. Wciąż mam wrażenie, że przedstawiciele innych światów, z wyży i z niży, paradowali przede mną po kolei, demonstrując siebie, swoje „moce” i rodzaj świadomości. Przedstawiało mi się Źródło we wszystkich swych przejawieniach i wymiarach. Jaki był tego cel nie mam pojęcia. Nie było w tym, mimo pozorów podobieństwa – brutalnego niszczycielstwa i lekceważenia – z jakim spotykają się na ogół ofiary różnorakich wzięć. Demony nie opętały mnie, gadoidy nie zgwałciły, humanoidy nie użyły jako inkubatora. Być może to także jest przyczyną, że moim przypadkiem nie zainteresował się żaden ufolog, ani teolog, ani egzorcysta, ani ezoteryk.
Niektóre istoty i zjawiska były przerażające, ale jednocześnie w dziwny sposób nie mogły mi zaszkodzić. Owszem, popadłam w silny kryzys nerwowy w pewnym momencie, ale udało mi się z niego wykaraskać stosunkowo szybko o własnych siłach. Wizyty, zabiegi, ataki, implantowanie i wyciąganie implantów lub wstawianie kontr-implantów przeplatać się zaczęły z apokaliptycznymi wizjami przyszłości ludzkiego świata. To one sprawiły, że zajęłam się kilka lat później tłumaczeniem nieznanych u nas tekstów Nostradamusa (można je przeczytać na moim blogu Nostradamus po polsku), w poszukiwaniu jakiegokolwiek potwierdzenia, czy wyjaśnienia tych obrazów.

aliens-et

W nocy 14 lutego 1999 roku ni stąd ni zowąd obudziła mnie ich obecność. Wytwarzali podwyższony poziom energii w całym mieszkaniu, niezwykle czystej, spokojnej, uduchowionej. Takiej energii na pewno nie wydzielają ludzie uwikłani w emocje, iluzje i różnego rodzaju pożądania. Zaczęłam w myślach spontanicznie powtarzać mantrę Om namaha śivaja. W ten sposób dość prędko dostroiłam się do nich i odniosłam wrażenie, że – na ich wzór – zmienia się moja świadomość i sposób odbierania świata. Myślałam o samej sobie zanurzonej w materii i badanych osobach z otoczenia (skądś wiedziałam, że coś takiego dzieje się w sąsiednim mieszkaniu) jako o bardzo interesujących przypadkach z ciekawego świata, który jednak nie jest moim światem. Postrzegałam materię i czas z innej, wyższej perspektywy, trudnej do opisania słowami, abstrakcyjnej i bezosobowej. Była w niej całkowita wolność od ego. W ich sposobie oglądania życia nie było nawet odrobiny emocji. Posiadają naukową ciekawość i pasję intelektualisty, ale zupełnie nie pojmują, co to jest strach o własne ciało, cierpienie, ból, pragnienie czy zachwyt, są to dla nich zjawiska zewnętrzne, naukowo opisywalne i pilnie studiowane „szkiełkiem i okiem”. Bardzo szybko odczułam brak jakiegokolwiek ciepła z ich strony i zatęskniłam za obecnością „mojego ojca”.
Wpadłam w trans i obudziłam się na poziomie drugiego ciała, leżąc na prawym boku. Ktoś stał za mną i poczułam, jak wbija mi w dół pleców grubą igłę. Zabolało, ale nie szarpałam się, tylko jęknęłam i w końcu rozpłakałam się (czując się przy tym jak małe dziecko u lekarza). Istota milczała i spokojnie, fachowo robiła swoje. Nie była wroga. Grubość igły mogła mieć nawet 1,5-2 mm średnicy i sięgała głęboko. Usłyszałam odgłos bulgotania jakiegoś rzadkiego płynu (z pewnością nie była to krew), zasysanego przez tłok. Ocknęłam się po chwili na jawie w zupełnej ciszy. W miejscu pobrania próbki narastał bardzo przykry do zniesienia ból, który odczuwałam jeszcze przez dwa dni. Wymacałam tam wyraźny ślad po ukłuciu, które odbyło się przez kołdrę, tak jakby nie stanowiła żadnej przeszkody.

Wieczorem 14 lutego 1999 roku TVP1 nadała film dokumentalny o sektach satanistycznych. Nie obejrzałam go, ale poczułam narastający niepokój już w kilka minut po emisji. Tej nocy, aż do rana walczyłam z czymś, co spadło na mnie i ogarnęło jak wielki i straszny, nieskończenie mroczny cień. Intuicyjnie zaczęłam powtarzać imię Sai Baby. Nasunęło mi się samo pewnie dlatego, że niedawno rozmawiałam ze znajomym, entuzjastycznie w niego zapatrzonym. Natychmiast moje myśli nabrały mocy dźwięku, słyszałam je, jak gdyby wypowiadane głosem. Cień nie sforsował serca i znikł. Obudziłam się spokojna i bardzo wdzięczna.
Ledwie się zdrzemnęłam, zjawił się ponownie. Tym razem oglądałam go z zewnątrz. Był smoliście czarny. Miał postać rogatego, obupłciowego, hybrydycznego kozła. Baphomet straszył, atakując demoniczną aurą, która usiłowała mnie zagarnąć i wessać w siebie opętańczo. W którymś momencie odniosłam wrażenie, że za chwilę usłyszę – całkiem na jawie –- syczący, przenikliwy głos, przypominający brzmieniem głos dinozauroida, który mnie niedawno odwiedził. Rozlegał się zza otwartych drzwi do drugiego pokoju. Ten głos miał moc, by obudzić mnie z przerażającego transu i czuwał nad zjawami powstającymi w moim mózgu. Kontrolował je!
Kolejny raz zaatakował znienacka. Obudziłam się nagle na poziomie drugiego ciała [tj. astralnej odbitki]. Widziałam nad swoją głową wirującą czarną, niewątpliwie ludzką postać. Wykrzykiwałam w wielkiej panice imię Sai. Wszystko nagle ustało i obudziłam się spokojnie na jawie. Następnym razem ukazał mi się na mgnienie oka ów demoniczny duch. Miał twarz Adolfa Hitlera.
Nad ranem przyśniło mi się, że widzę na ekranie telewizora diabelską postać, wyłączam telewizor z kontaktu, a potem otwieram pudło ze sterującymi guzikami przypominające klawiaturę komputera, które jest częścią odbiornika i znajduję w nim kartę z błogosławieństwem z okazji chrztu i pierwszej komunii świętej… uff, prawdziwa ulga. Odeszło.
Tego samego wieczoru znów jednak poczułam narastanie dziwnego niepokoju. Nauczona doświadczeniem wpatrywałam się przez jakąś godzinę w podarowane mi zdjęcie Sai Baby. Dzięki temu, kiedy położyłam się spać jego wyobrażona postać „położyła się” obok mnie. Ledwie zapadłam w pierwszy półsen, znów zaczął się atak ciemnej siły, nie był już jednak tak straszny jak poprzedni. Nagle poczułam, że otula mnie cudownie świetlista aura i mroczna energia nie ma do mnie najmniejszego dostępu! Czyjś nieznany męski głos próbował daremnie wedrzeć się do mojej psychiki, ale nie sforsował Światła i wkrótce znikł.

Powrót do równowagi emocjonalnej był już teraz kwestią godzin. Przez dwa następne dni prześladowało mnie tylko dziwne wyobrażenie. Była to spalona, smolista ciemność otaczająca mnie zewsząd w postaci łuszczącej się i rozpadającej czarnej skorupy. Nie stanowiła żadnego niebezpieczeństwa, gdyż była tylko tłem, spoza którego przenikało mnie wielkie, krystaliczne, czyste światło. Stopniowo rozpadła się zupełnie i znikła.

15 lutego 1999 roku. Wizja rozżarzonego czerwonawą, radioaktywną poświatą nieba na zachodzie. W umyśle bezpośrednie informacje o ostatecznym złamaniu i zniszczeniu bariery rozciągającej się wokół Ziemi, utrzymującej dotąd wielkie rzesze ludzi w całkowitej ignorancji i iluzji, co do spraw ducha.

Happy cartoon dragon flying

18 lutego 1999 roku. Pojawił się nagle obraz jadowitego węża, wypełzającego zza kamienia. Obudziła mnie z tego silnie wibrująca energia, rozprzestrzeniająca się nad moim ciałem, jak gdyby z jakiejś prostokątnej płaskiej tarczy. Była tak dziwnie falująca, potężna i nieodgadniona, że rozpłakałam się ze strachu (w drugim ciele) i zawołałam w jej kierunku, że bardzo się boję, bo nie rozumiem, co się dzieje. Nie przerywając oddziaływania wibracjami to „coś” pochyliło się nade mną i… polizało dużym, szerokim, psim językiem kilka razy po karku. Ta dziwna i potężna istota miała w sobie czystą, głęboką, opiekuńczą kobiecość jak matka. Jej gest budził zaufanie i całkowicie mnie uspokoił. Zresztą zaraz potem wszystko znikło, tylko w mojej wyobraźni pozostawał jeszcze dość długo obraz długiego, zielono czerwonego latającego smoka.

19 lutego 1999 roku. Poczułam obecność niewidzialnej, potężnej, anielskiej istoty o czystych wibracjach, którymi napełniła całe mieszkanie. Jednocześnie pojawił się proporcjonalnie wobec niej niewielki, wściekle warczący wilk. Istota przemówiła z początku w języku, którego nie znałam i nie potrafiłam zidentyfikować, nie był to żaden europejski ani współczesny język (mógł to być starohebrajski, a może aramejski). Po intonacji zorientowałam się, że jest to, wypowiadana z gorliwą wiarą modlitwa do Boga. Następnie głosem papieża Jana Pawła II powiedziała mi wprost do ucha:
– Wszyscy będą spokojnie zasiadać (wieczorem? w nocy? w ciemności?) przed telewizorami, kiedy niespodziewanie ujawni się straszna zbrodnia. (Tu przemknęła mi myśl o nagłym upadku jakiejś ważnej wpływowej osoby). To zaskoczy i zdziwi wszystkich. Po pierwszym szoku najpierw zapadnie cisza, ale później zacznie się hałas, zamęt i nic już odtąd nie będzie takie, jakie było.
Zaraz potem Anioł jednym ruchem ręki wydostał mnie z ciała i pofrunęłam nad przepięknym widnokręgiem, symbolicznie przedstawiającym moje przyszłe życie. Spotkałam tam nieznanych ludzi, którzy wspominali o tym, co mnie jeszcze czeka, a co rzeczywiście zaczęło się spełniać jakieś dwa lata później.

 

hełm

1 marca 1999 roku. Zaczęłam czytać Apokalipsę. W nocy ukazały się hipnagogiczne odpowiedzi na pytania. Zobaczyłam żołnierza w mundurze khaki i hełmie na głowie. Jego twarz przypominała mapę, wydłużoną ku dołowi, składającą się jakby z dwóch części, w których rozpoznałam: u dołu Afrykę, u góry – południową Europę. Kontury wybrzeży, okalających Morze Śródziemne były smoliście czarne, w środku wiele ciemnych cieni. Robiło to bardzo ponure wrażenie, bo wyglądało jak czaszka dziwnego strasznego stwora. Wkrótce twarz-mapa przemieniła się w ludzką, człowiek ten miał jednak ohydnie długi, niezwykle gruby i zakrzywiony ku dołowi, nochal. Kiedy zadałam pytanie o los religii chrześcijańskiej w Europie, ujrzałam wieżę kościelną z naszego parafialnego kościoła. Jej szczyt był poszarzały, jak gdyby wypalony i pozbawiony dzwonu. Przypominał pusty, ziejący martwą ciemnością oczodół.

6 marca 1999 roku. Nad ranem poczułam najpierw intensywne wibracje w miejscach nad uszami, po czym ukazały się obrazy z przyszłości: Smoliście i upiornie czarny mrok. Ziemia zasnuta przerażającymi chmurami, gdzieniegdzie tylko na obrzeżach chmur błyskało blade światełko. Cienie budynków, wielkich bloków mieszkalnych. Od czasu do czasu błyskały światła pojedynczych, ręcznych latarek, tak jakby ludzie szukali się albo sprawdzali sytuację.
Potem linia czasu jako podziałka na linijce. Wyraźnie zaznaczony na niej próg oddzielał jedno „tysiąclecie” od drugiego. Od strony przyszłości zmierzały ku niemu liczne niewysokie i podobne do siebie jak krople wody humanoidy. Wystający próg zamienił się nagle w dołek. Zrozumiałam, że symbolizuje wielki niespodziewany kryzys.

10.III.1999r. Śr. Od kilku dni zanik apetytu. Jem symbolicznie i raczej z rozsądku. Piję dużo czystej wody, zamiast herbaty, czy kawy. Czuję silne czyszczenie energii, osłabiające nieco ciało fizyczne, bo uruchamia ono toksyny. Pojawiła się także nadwrażliwość na głośniejsze dźwięki. Skurcz lękowy jest bardzo intensywny, czego przyczyną jest także mama, z którą pozostaję ostatnio w jedynym układzie towarzyskim. Wyczuwa, że coś się ze mną dzieje. Brakuje mi ludzi, którzy wzięliby to, co wiem na poważnie, którzy pomogliby mi się wyrównać. Do tego tekst Apokalipsy jest napisany w tak pełnym grozy języku, że dodaje mi tylko ciężaru do niesienia. Wszystko, na co spojrzę wydaje mi się straszne, makabryczne. Nie mogę oglądać telewizji i uśmiechniętych ludzi (w mojej wyobraźni spływa z nich krew, hektolitry krwi), wciąga mnie jakiś ponury lej, rozedrganie, pojawiają się skurcze przełyku i odruchy wymiotne, czasem całe moje ciało drga w jakichś niekontrolowanych skurczach (raz poczułam wtedy silne pulsowanie na karku), prawie nic nie jem.
Mantrowałam, ale w stresie. Pomodliłam się o pomoc, o wsparcie, o miłość, która wyrwałaby mnie z tej przepaści lękowej i wsparła w życiu. Jestem z tym zupełnie sama. W nocy zjawili się. Była to czyjaś przyjazna, czysta Obecność, bez ingerencji. Nad łóżkiem (dużym, małżeńskim moich rodziców) w ścianie było gniazdko, w które wetknięto aż 3 wtyczki z przewodami jednocześnie. 2 z nich rozchodziły się wzdłuż ściany, na prawo i lewo, a trzecia była jakoś połączona z moim ojcem, który leżał w łóżku i był z nią kłopot energetyczny, iskrzyła. Ojciec leżał na odwrót w łóżku, nogami do ściany, a ja obejmowałam go od strony pleców i głaskałam uspokajająco po głowie, próbując przemówić do rozsądku i pocieszyć. Był inny, niż w rzeczywistości, przede wszystkim młodszy (może w moim wieku teraz), miał inny głos, ale za to narzekał i biadał dokładnie jak kiedyś. Przepełniały go rozpaczliwe żale do świata i na swój los. Skarżył się, że kiedy wypełni komuś kupon Toto-lotka, to ten ktoś wygrywa, a jemu nigdy się to nie udało. Perswadowałam mu cierpliwie, że nie czas teraz tym się zajmować, że jest już na to za późno.
[Sen odczytuję w odwróceniu. Istota przybierająca postać ojca usiłowała mnie pocieszyć i wytłumaczyć, że dręczę się podobnie, jak robił to kiedyś mój ojciec. Co sprawia kłopot w przesyłaniu energii i kontakcie.]

ctulhu

12 marca 1999 roku. W świadomym śnie szłam z ojcem ulicą miasta i na nocnym niebie spostrzegłam trzy światła szybko zmieniające kurs. Zaaferowana pokazałam pojazdy ojcu, a on stanowczym tonem kazał mi zatrzymać się i nie ruszać. W tej samej chwili obudziłam się na poziomie drugiego ciała i ujrzałam jak z jednego ze świecących pojazdów wynurza się w błyskawicznym tempie ogromna, pozbawiona głowy i oczu istota. Była ciemna, bezkształtna, właściwie sam olbrzymi korpus, z którego sterczało wiele, wiele kończyn. Skojarzyła mi się ze Starą Istotą z opowiadań H. P. Lovecrafta. To trwało dosłownie ułamek sekundy. Wbiła mi ostrą igłę pod podstawę czaszki, umieściła tam coś i natychmiast znikła. Ból ściągnął mnie błyskawicznie do ciała fizycznego, czyli na jawę i odczuwałam go jeszcze przez dwa dni. Potem pojawiał się sporadycznie, ale intensywnie przez kilka lat.

26 marca 1999 roku. Poprzedniego wieczoru, o godz. 19.05 zaobserwowałam na rozgwieżdżonym niebie – stojąc na podwórzu – przelot jasnego światła na wschód od strony księżyca będącego wtedy prawie w zenicie. Światło było wielkości Wenus i leciało w linii prostej, nie przypominając samolotu. Kiedy jednak znalazło się nade mną, nagle rozbłysło o wiele jaśniej jak lampa, a potem dość szybko zmniejszyło się do rozmiarów punktu i błyskawicznie znikło.
Tej nocy przeżyłam w transie jazdę samochodem, masaż serca, który robił mi jakiś lekarz i trzy-cztery bolesne zastrzyki w klatkę piersiową.

Dwa dni później zmarł nagle, na czwarty zawał serca, w drodze do szpitala mój wujek, wieziony pogotowiem reanimacyjnym. Choć brzmi to jak w bajce o gasnących gwiazdach, to światło podczas lotu rozbłysło dokładnie nad jego domem.

zielony

W środku nocy 31 marca 1999 roku ni stąd ni zowąd zaczęłam rozmyślać o pokrętnych sposobach stosowanych przez gadzie istoty, które najwidoczniej umieściły mi na karku swój implant, a w wyobraźnię wsączyły lęk i zwątpienie. Toteż, kiedy teraz nagle ktoś zjawił się w pokoju, wzięłam go za gada. Ogarnęła mnie znajoma demoniczna energia i instynktownie wykonałam w samoobronie znak krzyża. Natychmiast poczułam, że negatywne wrażenie znika, tak jak maska spadająca z twarzy aktora, ale istota stała dalej, co spowodowało, że wpadłam w panikę i powtarzałam z wielką determinacją, a w końcu nawet złością, formułkę: „W imię Jezusa Chrystusa wypędzam cię!”. Postać ta zachowała jednak stoicki spokój i usiłowała wyciągnąć mi implant z podstawy czaszki, wstrzyknięty tam przez lovecraftowskiego potwora. W końcu szybkim, sprawnym ruchem umieściła coś w okolicy nosa po lewej stronie na mojej twarzy i dokręciła jak śrubkę. W trakcie tej czynności wdała się ze mną, tonem zabawnie opryskliwym, w rozmowę. Był to mężczyzna, niewielkiego wzrostu (ok. 1,2 metra). Dotknęłam jego dłoni, aby sprawdzić, czy nie ma szponów. Miał długie, ostre paznokcie, które wydały mi się na tyle podejrzane, że nie przestawałam protestować. „No, więc pokażę ci się. Możesz mi się przyjrzeć…” – zdecydował się nagle i lekko zeskoczył zza moich pleców na podłogę przy tapczanie, ukucnął, czekając, aż na niego spojrzę. Zasłoniłam sobie oczy, aby nie móc tego zrobić. Bałam się jego widoku i tego, że zobaczę wężową istotę, co już kompletnie odbierze mi rozum. „No, to się baj!” – zrezygnował w końcu i wymówiwszy te wieloznaczne słowa szybko znikł z pokoju, przez okno. W jego głosie było zniecierpliwienie i rodzaj lekkiego pogardliwego rozbawienia wobec mojej panicznej reakcji. Natychmiast pożałowałam, że nie skorzystałam z okazji zobaczenia jednego z moich nocnych gości. I wtedy natychmiast ukazała mi się pod powiekami twarz tej istoty. Głowa kształtem przypominała innych humanoidów – duża, łysa czaszka z niewielkim podbródkiem, wielkie, ciemne, skośne oczy bez białek, ale skóra była zielonkawa, pokryta wężowymi, drobnymi łuskami.

Cdn.

Z dziennika wzięć zapis 2

Jak poprzednio powstrzymuję się od komentarzy. Zwłaszcza, że gadoidy, czyli reptilianie są modnym tematem od jakiegoś czasu. Wtedy, gdy zdałam sobie sprawę z ich obecności i roli, jaką zajmują na polu Świadomości, wiedziałam o nich dość mało. Najwięcej, jak się okazało, z ksiąg indyjskich. Teraz, przeszukując popularne zasoby grafik internetowych w gadzim temacie niewiele znalazłam rysunków choćby z grubsza podobnych do istot, które widziałam i wyczuwałam.
Zwracam też uwagę, że spotkania z drugą stroną były naprzemienne, jeśli chodzi o coś, co z ludzkiego punktu widzenia można nazwać: dobro i zło, jasne i ciemne. Strach był dozowany i pod jakąś kontrolą. Istoty były różnego autoramentu, włączając także wśród nich bogów i anioły. Zwracam uwagę na wizytę pary w psiej czapce.

anunnaki

19 stycznia 1999 roku. Krótko po północy na dworze zaczęło się coś dziać. Mój stary, kilkunastoletni pies obszczekiwał z młodzieńczą zajadłością i wyraźną wrogością trasę wzdłuż ogrodzenia sąsiada przed domem. Zaniepokoiło mnie to. Poczułam ogarniające mnie wbrew woli nastroje i myśli, które można by scharakteryzować jako demoniczne, złe, opętańcze. I nagle coś się pojawiło koło tapczanu. Byłam zawinięta w kołdrę aż po czubek głowy, ale strach, który poczułam, jeżący włosy na całym ciele, kazał mi się ukryć jeszcze szczelniej. Zaczęłam jak katarynka powtarzać słowa pacierza, a lęk tak się wzmógł, że pomyślałam, iż muszę się przygotować na śmierć.
Odniosłam wrażenie, że to „coś” usiłuje do mnie dotrzeć. Obwąchiwało mnie jak pies, dotykało, muskając kołdrę z zewnątrz i odniosłam wrażenie, że ma szponiaste, zakończone bardzo długimi i ostrymi pazurami, palce. W końcu chyba ustaliło sobie to, co miało ustalić i zaraz usłyszałam dziwny i obcy dźwięk – jego głos. Było to ciche mamrotanie, ostro świszcząco-syczący szept, wypowiadający jakieś niezrozumiałe „mantry”, być może miało mnie uśpić lub coś mi zasugerować, gdyż poczułam, że nie panuję nad swoją świadomością, choć nie straciłam przytomności. Po chwili ujrzałam pod zamkniętymi powiekami wpatrujące się we mnie uważnie i bez mrugnięcia, ogromne, szeroko otwarte, migdałowe oko. Przez dłuższą chwilę istota lustrowała zawartość mojego umysłu, a potem tak samo błyskawicznie jak się pojawiła – znikła z pokoju, przez okno.

dinozaur

Przypominała dinozaura, drapieżnego i groźnego, pochylonego, na zręcznych silnych nogach, bardzo prędkiego, o zwierzęco – zupełnie inaczej, niż ludzkie – wyostrzonych zmysłach, refleksie i percepcji. Była bezwzględnie obojętna i nie bawiła się w dostosowywanie się do ludzkiego świata, tak jak czynili to wcześniej odwiedzający mnie humanoidzi. Znała skuteczne chwyty i używała ich bez liczenia się ze skutkami dla mojej osoby. Mimo to (może właśnie z tego powodu) wydała mi się szczególnie fascynująca, niezwykła i pełna mocy. W trakcie spotkania czułam intensywne oddziaływania na splocie słonecznym, tak jakbym miała tam stalową tarczę [w mojej wyobraźni pokrytą jakimiś dziwnymi runami]. Wydawało mi się także, że jestem szczelnie wraz z głową przykryta kołdrą, ale gdy wszystko minęło okazało się, że jednak twarz mam odkrytą.

20 stycznia 1999 roku. Zaczęło się gorącym, energetycznym „plastrem” na plecach. Następnie pojawiło się coś z tyłu nad głową mające płaską, kwadratową powierzchnię, która zaczęła emitować silnie mrowiącą energię. To oddziaływanie spowodowało drgania w przełyku (w fizycznym ciele) i już po chwili całe gardło i krtań były w ten sposób „potrząsane” i „otrzepywane” z blokujących je drobnych skurczów mięśni. Wszystko trwało kilkanaście sekund, nie więcej. Poczułam silny przepływ energii, tak swędzącej, że zaczęłam pokasływać. Przyłożyłam tam ręce. Po tym zabiegu odczułam także muśnięcie nieco delikatniejszej energii w dolnej partii ciała, która natychmiast usunęła ból receptorów w stopach, dokuczający mi od kilku dni.
W końcu ktoś się nagle zjawił. Drobny nieznajomy mężczyzna. Położył się wzdłuż mojego ciała i wydawało mi się, że w jakiś sposób widzę jego zarys jako szczupły, niewyraźny cień. Powiedział, że ponieważ mam takie możliwości (pomyślałam, że chodzi mu o inicjacje reiki), uruchomi teraz we mnie przepływ energii przez dłonie i już po chwili porobił jakieś znaki. I rzeczywiście, zaraz poczułam, że dłonie robią się bardzo gorące, a trzymanie ich na grasicy i przy gardle łagodzi denerwujące podrażnienie w przełyku (wystarczyło je odjąć, aby od razu się rozkasłać). A on szybko zabrał się do bardziej mechanicznego zabiegu, gdyż poczułam, że usiłuje wbić mi igłę w udo pod lewym pośladkiem. Gdy zabolało, poruszyłam nerwowo nogą, raz, potem drugi, bolało. Usłyszałam nagły szelest w pokoju, gwałtowny ruch, i jednak zdecydowanie zdołał zrobić swoje. Zapiekło. Po czym wszystko natychmiast znikło. Na moim ciele pojawił się jednak wyraźny ślad po ukłuciu, mimo że zastrzyk dostałam bez odsuwania kołdry, tak jakby wcale jej nie było.

21 stycznia 1999 roku. Raz i na bardzo krótko pojawił się ktoś (a może raczej coś?), co ujrzałam kątem oka, jako poruszający się szybko cień. Poczułam niewielki ból po nakłuciu w miejscu starej blizny po ospie na lewym ramieniu. Drobne ukłucia tak szybko następowały po sobie jak w maszynie do szycia, a igła podnosiła się błyskawicznie po jednej linii („nitki”) i od razu ponownie uderzała w ciało. Na koniec „aparat” bardzo szybko i bezboleśnie „wyciągnął” coś znad moich zębów w górnej szczęce po lewej stronie (było to dokuczające mi sporadycznie od roku ognisko zapalne w zatoce okołoszczękowej) i znikł.

Pippi

25 stycznia 1999 roku w nocy nagle zorientowałam się, że dzieje się coś dziwnego. Usłyszałam specyficzny buczący dźwięk wokół siebie, który generował fale energii i uświadomiłam sobie, że unoszę się w powietrzu! Zsunęłam lewą rękę w dół, stwierdzając, iż rzeczywiście – wiszę jakieś 10 centymetrów nad tapczanem. Zaraz potem usłyszałam koło siebie nieznany męski głos przemawiający do mnie łagodnie w stylu: „Dobrze, a ponieważ jesteś taka grzeczna zasłużyłaś sobie na nagrodę…” i w jednej chwili moje usta otworzyły się same i poczułam ukłucie igły w górne dziąsło, nad przednimi zębami. Zabolało i trochę się przestraszyłam. Mogłam jednak otworzyć oczy i ujrzałam jakichś ludzi. Szczupłego lekarza w białym kitlu (dość szybko jednak usunął się z mojego pola widzenia) oraz niewysoką drobną pielęgniareczkę, stojącą z posłusznym pochyleniem głowy i wysłuchującą pilnie poleceń „pana doktora”. Była niska, w nieskazitelnie białym fartuszku, z grzecznym uśmiechem na piegowatej buzi okolonej rudymi włosami, wystającymi spod pielęgniarskiego czepka. Skojarzyła mi się z Pippi Langstrumpf i to mnie rozbawiło, mimo głupiej sytuacji, w której się znajdowałam. Z zapałem powtórzyła polecenie „pana doktora”, w którym było zdanie o „dwóch wiewiórkach”, co nasunęło mi pomysł, że przyjdą jeszcze jakieś nowe wiewiórko-podobne istoty z innej rasy. Tak się jednak nie stało, istoty musiały mówić o moich dwóch zębach-siekaczach, wiewiórczym atrybucie z plakatów reklamujących dzieciom szczoteczkę i pastę do zębów.
[Dwa przednie zęby w symbolice snu oznaczają rodziców, w tym wypadku Matkę i Ojca ze sfery nieprzejawionej].
Obudziłam się z tego nagle, leżąc na wznak, tak jak zasnęłam. Szybko otworzyłam jedno oko, nikogo wokół mnie nie było. Tylko w ustach działo się jeszcze coś dziwnego. Na powierzchni całego górnego podniebienia czułam mechaniczne oddziaływanie jakiejś energii, wygładzającej dziąsła od wewnątrz i rozsuwającej bardzo delikatnie zęby. Prawa dwójka trochę mnie zabolała, gdy docisnęłam szczęki, ale to szybko minęło.

3 lutego 1999 roku. Przy pomocy cienkich wierteł (trochę grubszych od zwykłej igły) istoty umieściły przynajmniej kilka implantów w moich plecach, krzyczałam z bólu, ocknąwszy się w drugim ciele, daremnie. Pod obiema łopatkami i w okolicach obu nerek, także przy kręgosłupie. Głos, o zupełnie innym, niż dotychczas znane brzmieniu (pogłębionym emocjonalnie i wydobywającym się jak gdyby z okolic brzucha), mówiący z początku płynnie po angielsku! (nie znam tego języka) przygotował mnie na otrzymanie jakichś ważnych wiadomości, które mam zapisać i przekazać innym.
Z tekstu lejącego się szybko, bez akcentu, przecinków i kropek, i bez powtórek zapamiętałam informację, że istnieje jakiś ważny prezes, którego osobiste ingerencje są wielką rzadkością, a który polecił zająć się szczególnie moją osobą (a raczej tym, co robię), gdyż zależy mu na współpracy z tymi, którzy potrafią „mędrkować” (przy tym słowie głos jakby się zaciął, próbując utworzyć polskie słowo na bazie rzeczownika mądrość, efekt wyraźnie go nie zadowolił), „a ta dziewczyna potrafi”.

[Hm, prawdopodobnie szło o to, że w żadnej z takich dziwnych sytuacji nie reagowałam psychozą, fanatyzmem religijnym, ani schizofrenią, czyli nie biegłam do księdza czy lekarza, tylko sięgałam do książek, samodzielnie próbując cokolwiek zrozumieć].

4 lutego 1999 roku. Złożyłam długo odwlekaną wizytę dentystce, prosząc o zaplombowanie dolnej lewej trójki, która od miesiąca zaczęła boleśnie dawać o sobie znać. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że ząb jest całkowicie zdrowy i nie ma w nim najmniejszego śladu po ubytku, który był tam jeszcze wczoraj.

13 lutego 1999 roku około 23.30 najpierw zgasło światło w całym domu, a po kilku minutach, mimo wyłączenia zapaliło się samo w drugim pokoju, w którym nikt nie spał. Prawie jednocześnie rozpłakało się na cały głos, obudzone czymś znienacka dziecko siostry, śpiące w mieszkaniu na piętrze. Całą noc byłam dziwnie napięta i czujna, w końcu koło piątej zjawiła się jakaś istota. Jej obecność oznajmiło, przypominające zgniatanie w palcach szeleszczącego papieru, „trzeszczenie powietrza” przy moim uchu. To zaraz wprowadziło mnie w sen. Mimo to wiem dobrze, że robiono mi tej nocy jakieś zabiegi.
Co pewien czas wracałam do przytomności i wyłapywałam nieliczne wrażenia, po czym znów zabierał mnie w nieświadomość usypiający kulisty pocisk energii. Rano okazało się, że pamiętam jednak strzępki wydarzeń, fragmenty snów. Słyszałam głos istoty, przemawiającej na wysokości mojej głowy przy tapczanie. Był inny, niż dotychczas poznane, bardziej bełkotliwy (tak, jakby istota sepleniła, czyli „miała kluski w buzi”). Z potoku monotonnych wyrazów zapamiętałam jedynie słowo „śledziona” i że był to wykład na temat funkcjonowania tego organu w ciele.
Dopiero w dzień nagle przypomniałam sobie, że w pewnym momencie w sąsiednim pokoju pojawiło się coś w rodzaju dwóch buzujących energią, niewidzialnych kul (był to rodzaj odkształcenia w zewnętrznej rzeczywistości, trójwymiarowego zakrzywienia przestrzeni, przesuwającego się swobodnie w powietrzu), które błyskawicznie znalazły się przy moim tapczanie i, przyjąwszy postacie humanoidalnych istot rozsiadły się w fotelach. Jedna z nich była kobietą, druga mężczyzną. Mignęła mi jego poważna, nieco płaska i bez właściwej ludziom mimiki – twarz. Był łysy, o ziemistej cerze, miał spiczaste uszy, głębokie, ciemne oczy, płaskie i bardzo szerokie usta, oraz wystający zdecydowanie, a nawet ze sporą brutalnością, ostry podbródek. Chwilę potem jego obraz zamienił się w negatyw, twarz stała się czarna, jak gdyby zasłonięta czarną maską, a tylko oczy (i uszy) jaśniały. Żeńska istota przybrała kształt niskiej kobiety o wydatnym biuście, ale twarzy nieokreślonej, a na jej głowie zobaczyłam brązową czapkę z doszytymi po obu stronach długimi psimi uszami, a la disneyowski pies Pluto.

[Kilka tygodni później otworzyłam przypadkowo książkę o mitologii greckiej, i przeczytałam na tej stronie, że bóg podziemi Hades (Pluton) pojawiał się między ludźmi w czapce-niewidce z uszami psa. W takim razie jego towarzyszka musiała być Prozerpiną, córką Demeter.]

Z dziennika wzięć zapis 1

Tych zdarzeń komentować nie zamierzam. Niech mówią same za siebie. Notatki z nocnych przeżyć robiłam bardzo skrupulatnie każdego dnia, rozumiejąc, że podlegam jakiemuś szczególnemu „odgórnemu” procesowi, któremu mimo wszystko muszę zaufać. Bo nie mam innego wyjścia. Wizyty nocne powtarzały się zrazu co noc, potem nieco rzadziej aż do 2003 roku. Z czasem zastąpiły go rozbudowane wizyjne sny z „wyższej półki”. Niniejszy zapis wszedł w skład mojej książki „Przemiany w ultrafiolecie” wydanej w 2003 w Wydawnictwie Brama.

*

7 stycznia 1999 roku. Coś się wydarzyło w nocy, czego nie zapamiętałam, a po czym poczułam się bardzo dziwnie. Spędziłam potem prawie cały dzień siedząc nieruchomo na krześle, w specyficznym obezwładnieniu ciała i umysłu.

11 stycznia 1999 roku. Przyśniła mi się postać w mnisim habicie i kapturze, stojąca za drzwiami mojego pokoju. Obudziły mnie… prawdziwe zastrzyki w lewy pośladek.

13 stycznia 1999 roku. W środku nocy ocknęłam się z jakiegoś niepamiętanego transu w swoim łóżku jako… Jezus Chrystus, cały w uśmiechach, bardzo, bardzo szczęśliwy.

14 stycznia 1999 roku. Otworzyłam nagle oczy, wyrwana na jawę z głębokiego snu z jedną tylko, ale za to jakże radosną myślą: „Pochodzę z przyszłości!”

15 stycznia 1999 roku około 3:00 w nocy obudziło mnie nagle coś podobnego do gwałtownego rumoru i okrzyk mamy śpiącej w sąsiednim pokoju, krótki, urwany, jak gdyby napadnięto ją z zaskoczenia. Kiedy jednak ocknęłam się, okazało się, że w domu panuje kompletna cisza, więc uznałam wszystko za sen. Tylko bez żadnego powodu serce biło mi jak oszalałe i nie wiem, z jakiego powodu myślałam uporczywie o białym kosmicie widzianym kiedyś za oknem. Jak gdyby w odpowiedzi na te myśli (i wewnętrzne perswazje w rodzaju: to był tylko sen, nie jawa) rozległy się kilka razy głośne stuknięcia w blaszany parapet okna od zewnątrz i po chwili z pewnej odległości na podwórzu zaszczekał pies – krótko, bez agresji, ale ostrzegawczo.
Nie mogłam zasnąć. Uporczywie analizowałam zapamiętane strzępki snu, z którego właśnie się obudziłam. Majaczyli mi w głowie dwaj moi koledzy, horoskopowi bliźniacy, którzy trzymając się za ręce wyfrunęli z pokoju przez okno, także troje śpiewających dzieci oraz dwie wypalone świece w lichtarzu. Druga zgasła na moich oczach, co mnie zdumiało, gdyż byłam przekonana, że dopiero co nową zapaliłam, a tu tymczasem zostały tylko resztki stearyny i kawałek wypalonego knota. Na koniec zjawiał się w pamięci króciusieńki obraz kilku (może trzech) białych, szczupłych, niewysokich istot w moim pokoju i męski, mechaniczny głos mówiący, że trzeba będzie jeszcze pokłonić się trzy razy. Poza tym bolało mnie prawe biodro i czułam wzmożone mrowienia w gardle. Zdziwił mnie także fakt, że termofor, którym zawsze rozgrzewam stopy w zimie jest jeszcze o tej porze ciepły, zazwyczaj szybko stygnie i powinien już być chłodny.
Około 5:00 rano (odróżniałam tę godzinę, gdyż sąsiad o tej porze codziennie wyjeżdżał do pracy samochodem) zdałam sobie sprawę, że wchodzę w trans. Znienacka poczułam na plecach obecność mężczyzny, znanego mi od lat z wielu wizyt. Uznałam go za ducha mojego ojca. Teraz szeptał mi jakieś informacje do lewego ucha, a ja wiedziałam, że to nie jest mój ojciec! Jego głos brzmiał o wiele młodziej i miał mechaniczne zabarwienie. Jego słowa docierały do mnie niewyraźnie. Słychać było lekki szum i trzaski zakłócające odbiór, trochę jak w źle dostrojonym odbiorniku radiowym. Zrozumiałam tylko, że ostrzega mnie przed spotkaniem z czymś złym w przyszłości, a także podkreśla znaczenie tego, co zaczęłam właśnie zapisywać w komputerze.
– To prawdziwy skarb, pilnuj go – mówił tak najwyraźniej o moich zapiskach, co mnie zdziwiło. Nie miałam o nich (ani tym bardziej o sobie) zbyt wielkiego mniemania. Ponieważ z trudem docierała do mnie treść jego słów, kilkakrotnie poprosiłam go o powtórzenie informacji, a on bardzo cierpliwie powtarzał wszystko od początku. Na koniec zapytał, czy chcę wiedzieć coś jeszcze.
– Tak, powiedz mi, co się wydarzy w moim życiu osobistym.
Skwapliwie i życzliwie przepowiedział mi bieg wypadków, a kiedy skończył, zorientowałam się, że wokół mnie kręci się więcej osób. Naliczyłam trzy. Dwaj krótko ostrzyżeni bruneci we współczesnych ubraniach. Mieli jakieś czarne aparaty w rękach, które wydały mi się podobne do podręcznych magnetofonów, trochę większych od telefonu komórkowego. Obaj byli bliźniaczo do siebie podobni. Rozmawiali swobodnie, a ton ich głosów (taki specyficznie mechanicznie bezosobowy, jak u oddanych pracowników reklamujących wyroby swojej firmy) kazał mi myśleć, że spełniają ściśle określone obowiązki. Ten, co ze mną rozmawiał pozostawał cały czas, jak niewidzialny sobowtór, z tyłu za moimi plecami i do końca nie udało mi się zobaczyć jego twarzy. Jego głos jednak, w porównaniu z bliźniakami był bardziej indywidualny, emocjonalny i tym samym bardziej ludzki. Trzecia, a właściwie czwarta osoba zdawała się bardziej interesująca.

jadeit
Stary człowiek, wyglądający tak, jakby skórę twarzy miał nałożoną jak maskę na swoją głowę, uśmiechał się, a kąciki ust opadały mu po bokach. To samo działo się z jego oczami, które z kolei sprawiały wrażenie większych od otworów na oczy. Poza tym same oczy były przedziwne. Olbrzymie, migdałowe, jasne (w kolorze zielonkawego jadeitu), pokryte kilkoma błonami, zachodzącymi na gałkę oczną z czterech stron, od dołu, z góry i z obu boków, jak cztery jasne półksiężyce. Był kimś innym, na pewno o wiele ważniejszym od dwóch „specjalistów” kręcących się wokół mnie, co dało się wywnioskować z ich zachowania, gdyż on sam żadnym gestem nie podkreślał swej roli.
Zorientowałam się, że robią mi jakiś zabieg, ponieważ ten z tyłu pokazał na dłoni wyciągnięty (pewnie z moich pleców) dość długi pręcik (przypominał cienki, jasnobrązowy gwoździk), otoczony strzępkiem białej, tłustej tkanki. Padł z jego ust krótki komentarz: – No tak…
Bałam się bólu, ale nie poczułam go.
Starzec sprawiał wrażenie, mimo wielkiej brzydoty, kogoś sympatycznego i bliskiego. Jego uśmiech i spojrzenie były pełne dobrotliwej, wyrozumiałej i żartobliwej miłości. Promieniował nią. Uśmiechał się z miłością dosłownie całym sobą. Budził wielkie zaufanie, jak niezwykle kochający, mądry ojciec. Zadawałam pytania, które jednak padały w próżnię. Obserwując specjalistów zastanawiałam się nad światem, w którym przebywają, poza znaną mi, karmicznie uwarunkowaną czasoprzestrzenią, tam gdzie panują inne prawa i skąd można obserwować i kontrolować materię oraz ludzi takich jak ja. Interesowały mnie moje przyszłe wcielenia i to, ile ich jeszcze będzie. Tymczasem jeden ze specjalistów rzucił mimochodem wiadomość, że Franek K. urodzi się jeszcze trzy razy. Pytałam jednak o siebie, nie o niego, a oni udawali, że nie słyszą, zajęci swoimi sprawami.
Ten z tyłu wciąż mnie obejmował w pasie, co silnie mrowiło. Postanowiłam przedstawić swój problem starcowi, a pytając go, czułam się jak małe, ciekawskie dziecko siedzące u stóp mądrego ojca (musiało nastąpić, niepostrzeżenie dla mnie, jeszcze dodatkowe rozdzielenie ciał subtelnych). Patrzył na mnie wciąż uśmiechającymi się oczami. Skóra maski-twarzy zwisała mu zwłaszcza w dolnej partii głowy, tak jakby wcale nie miał podbródka. Ponieważ nie kwapił się do odpowiedzi, zmieniłam w końcu pytanie.

– A ty ile masz lat?

– Tysiąc – odpowiedział po prostu. I dodał – Ale ty będziesz miała już niedługo 250.

Nie dostałam żadnego innego wyjaśnienia. „Specjaliści” (czy może asystenci) wspomnieli jedynie, że przez jakiś czas po zabiegu mogę odczuwać brak energii.
I obudziłam się jak gdyby nigdy nic w swoim łóżku. Do rana ciągnęły się sny wizyjne, z których wyrwał mnie niezbyt głośny męski głos, wydobywający się z mojej prawej ręki, oznajmiający radośnie:
– Wiadomości od Boga!

16 stycznia 1999 roku. Tej nocy męczyło mnie pragnienie. W końcu zmobilizowałam się, usiadłam na brzegu tapczanu i wtedy usłyszałam kilka niezrozumiałych dźwięków, jak gdyby coś szybko odsunęło się ode mnie i potrąciło przy okazji o stolik (sprawdziłam, nie zahaczyłam o nic ręką ani nogą). Wyszłam z lekkim zawrotem głowy do kuchni, napiłam się wody, a gdy wróciłam i zgasiłam światło, zobaczyłam dwie ciemne plamy przed sobą, gdzieś na wysokości ramion (tj. około metra), odsuwające się prędko w głąb pokoju. Trochę się bałam, w łóżku poczułam się bezpieczniej, ale przez dłuższy czas, nim zasnęłam, czułam się dziwnie. Jak gdyby zamieszkała we mnie świadomość (i tożsamość) prastarej, niezwykle mądrej, kosmicznej istoty, nawet „miałam” wielkie, czarne oczy, jak ona. Wtedy zdałam sobie sprawę, że ta tożsamość ogarnęła mnie nie po raz pierwszy w życiu, znam ją z przynajmniej kilku głębokich medytacji. Rano to wrażenie stopniowo zanikło.

17 stycznia 1999 roku. Miałam wizytę przyjaciół. Długo w noc gadaliśmy o głupstwach przy wytrawnym winie. Położyliśmy się spać o pierwszej po północy, a ja myślałam sobie z nadzieją, że chociaż tej nocy będę mieć spokój z powodu obecności ludzi w domu. Nagle zjawił się dobrze mi znany strach. Chwilę potem coś szybko przeturlało się po podłodze. I znów jakiś hałas. Przeleżałam, nie śpiąc prawie do świtu. A rano zobaczyłam ze zdumieniem, że poduszka spod mojej głowy leży dokładnie po środku pokoju, na podłodze!

Cdn.

Ojciec

W świecie snów ważną rolę pełnią rodzice, rodzina w ogóle. Aby dobrze pojąć rodzicielską, ojcowską i matczyną rolę „tam”, należy znać i przemyśleć swoje relacje z rodzicami w świecie na jawie. Napiszę więcej o tym w kolejnym wpisie. Bowiem teraz przedstawiam kogoś, kto zaczął w pewnym momencie grać ważną dla mnie postać po drugiej stronie. Jego życie i osobę ziemską, i nieco stamtąd. Swoją drogą to ważny osobiście moment, bo niedługo minie trzydziestolecie jego śmierci.

Po drugiej stronie

Mały dzieciak na ojcowskiej furmance, zaprzężonej w wyleniałą kobyłę, patrzący wielkimi oczami na wypalone ruiny Warszawy. Dokąd przybyli, aby poratować w biedzie i chłodzie powrotu, stryjeczną rodzinę. Ten widok jeszcze miejscami dymiącego i zabitego bezwzględnie świata zapadł mu w duszę na zawsze. I wracał przez całe życie przy okazjach wspomnień, zwierzeń, smutku. Jako obraz jego do głębi zranionego serca.

ruinyWawy

Skrzywiony do płaczu kilkulatek stojący na krześle obok swego starszego brata z komunijną gromnicą w ręku.

Potem dwunastolatek wędrujący po lesie za grzybami z ukochaną suką o imieniu Wierna. Pies nauczył się świetnie je odnajdywać, a nawet odróżniać jadalne od „psich”.

Następnie gimnazjalista przyjaźniący się z karłem. Zapamiętały mol książkowy, uwielbiający w dzieciństwie opowieści o Tarzanie, Mowglim, Robinsonie Crusoe, książki Coopera i Sienkiewicza. A potem wielbiciel Hemingwaya, Steinbecka, Remarque`a. Znakomity biegacz na krótkie i średnie dystanse, często pomagał przyjacielowi, uciekając z nim przed zgrają kolegów naśmiewających się w ubikacji z „kurdupla” obdarzonego większym przyrodzeniem, niż oni. Karzeł stawiał stopę na jego stopie i w ten sposób, podtrzymywany za ramię mógł biec kilkakrotnie szybciej, niż sam by potrafił. Z czasem stopę zastąpił motor, na który często go zabierał, ku uciesze wiejskiej gawiedzi.

Potem niedoszły student uczelni sportowej, pod przymusem despotycznie nastawionej matki uczący się jak gdyby wbrew sobie medycyny.

Młody lekarz mimo wszystko z powołaniem, pracujący w wiejskiej przychodni.

Zakochany żonkoś, w modnych przyciemnianych okularach, po pracy zajeżdżający motocyklem, aby spotkać się z żoną w jej służbowym pokoiku w drewnianej wiejskiej chacie.

Młody ojciec chodzący niespokojnie z kąta w kąt na korytarzu izby porodowej podczas mozolnego przyjścia na świat pierworodnego dziecka.

Dojrzewający lekarz w biednym polskim trudzie lat sześćdziesiątych. Uczył się być bardziej dla innych, niż dla siebie. Natrętnie stukający do drzwi i okien ludzie, przeważnie chłopi z pobliskich i dalszych wiosek nie dawali mu spokoju przez całą dobę; był jedynym lekarzem w okolicy, który nie zamykał się przed potrzebującymi o żadnej porze dnia i nocy. Wychodził do chorych, telepał się furmanką (o wiele rzadziej jakimś motorem, gdyż o samochodzie nikt jeszcze w tych czasach nie marzył) parę kilometrów w zimnie i deszczu nierzadko kilka razy w ciągu tej samej nocy. Rano zaś szedł na ósmą przyjmować pacjentów do przychodni.

Szybko obsuwający się w depresję, lekomanię, nikotynizm i alkoholizm smutny frustrat, nawiedzany przez nocne zmory i koszmarne cienie. Przeszkadzały mu spać równie skutecznie jak pacjenci.

Jednocześnie lekarz, który miał zawsze czas na wysłuchanie chorych, pogłaskanie dziecka, ulubieniec starszych pań i starszych panów, nierzadko w zaufaniu radzących się u niego w intymnych sprawach. Które wciąż dla nich były ważne. Biorący od pacjentów zapłatę „co łaska”, także w produktach naturalnych, grzybach, drobiu, jajach, gdy nie było pieniędzy, lub w formie pomocy w pracy przy domu.

Z czasem sam coraz bardziej chory na różne wywołane nałogami przypadłości, z pasją opiekujący się miejscową drużyną piłkarską rencista. Wysiadujący na parkowej ławce i zagadujący do każdego, kto przechodził obok, serdecznie i ciepło, czasem z ciętą ironią. Najlepszy kolega wiejskich żulików, którzy zawsze z poświęceniem przynosili go do domu, gdy opadł był z sił. Albo pomagali pozbierać się w trakcie i po ataku padaczki.

W dziwny sposób napełniony coraz czystszą, nieomal chrystusową energią, rzadko myjący się i nieprzejmujący swoim strojem outsider.

Zmarł nagle, w nocy, w pozycji klęczącej. Ksiądz przyspieszył pogrzeb o jeden dzień ze względu na jego niebezpieczną popularność wśród ludu, a przecież był na bakier z kościołem od lat młodzieńczych i to należało napiętnować. Mimo to przyszła niezliczona ilość odprowadzających, wielu dołączyło do kolumny po wyprowadzeniu trumny z kościoła. Rzeczywiście, następnego dnia, gdyby dojechali ludzie z wiosek, mogłaby to już być manifestacja.

Przed wyprowadzeniem z domu trumny z ciałem zjawiła się Katarzynka, głuchoniema kobieta z pobliskiej wsi. Kilka lat wcześniej codziennie współczująco do niej zaglądał, gdy samotnie borykała się ze śmiertelną chorobą starej matki. Czasem nawet pomagał finansowo, choć sam niewiele miał. Długo stała za plecami modlących się, aż wreszcie podjęła decyzję i nieśmiało podszedłszy do nieboszczyka położyła mu w nogach bukiecik polnych kwiatów nazbieranych świeżo na łące. Ten bukiecik pozostał z nim w trumnie jako najcenniejsze podziękowanie.

Cmentarz znajdował się dwa kilometry od kościoła, na wzgórzu za miasteczkiem. Dlatego przy każdym pogrzebie wynajmowano dwie grupy mężczyzn, którzy na zmianę nieśli trumnę na ramionach. Tym razem sami się zgłosili, cała drużyna kolegów od kieliszka. Faceci o czerwonych nalanych twarzach, sinych nosach, w spranych garniturach, nieomal wyrywali sobie trumnę z rąk zmieniając się co kilka minut. Nie dla tego, że była tak ciężka, gdyż ważył już za życia tyle, co chuchro. Ale było ich tak wielu i każdy z nich chciał go osobiście ponieść, choćby raz.

Zgodnie nie wzięli za to pieniędzy od wdowy. Urządzili sobie sami stypę w miejscowej gospodzie. Którą trzeba było na następny dzień zamknąć, aby zlikwidować szkody, które poczynili w pijackim żalu. Na Zaduszki po słowiańsku lali wódkę na jego grób zagryzając chlebem i kiełbasą i opłakując go szczerymi łzami. Wkrótce po kolei wielu z nich odeszło tam za nim.

Mój ojciec.

*

Już wkrótce, zgodnie z obietnicą, którą mi wiele razy składał, zaczął przychodzić z wizytami. Po raz pierwszy kilka nocy po swej śmierci. Kiedy chciałam mu we śnie pokazać drogę, gdzie ma się udać odpowiedział tylko, obejmując mnie: „Ja już wszystko wiem…”. Owo objęcie wprowadziło mnie w trans. Jego dalsze pojawienia się poprzedzał dziwny głęboki sen, w jaki bezwolnie wpadałam. Oprócz stwierdzenia, że: „Kiedy umrę, zobaczysz, oni zaczną ciebie odwiedzać …”, inna jego obietnica brzmiała: „Będę do ciebie przychodził, żeby ci pomagać…”. Może z tego powodu nie bałam się jego wizyt, ani tego, co miał mi do przekazania. Jego obecności towarzyszyło zazwyczaj mrowienie w całym ciele i uczucie jakże słodkiej przyjemności rozlewającej się z głębi serca.

Pewnej nocy zaprosił mnie do swego świata.

Weszliśmy wprost z maleńkiej, brukowanej uliczki w starym prowincjonalnym mieście do przytulnej kafejki w stylu lat czterdziestych. Po sposobie zachowania ojca poznałam, że jest w niej stałym bywalcem. Miał także swoje ulubione miejsce przy okrągłym stoliku w głębi. Usiedliśmy oboje właśnie tam.
Rozejrzałam się z wielką uwagą, zafascynowana precyzyjną dokładnością szczegółów tego, co mnie otaczało. Świat mojego taty wydawał się doskonały i bezwzględnie rzeczywisty.

popiol

– Wiesz, nie przypuszczałam, że czasy, o których lubiłeś czytać w książkach są ci aż tak bardzo drogie. Wszystko tutaj wydaje się takie prawdziwe! I trochę, jak w filmie „Popiół i diament”! – szepnęłam zachwycona. Ciemne okulary na twarzy mojego ojca upodabniały go teraz bardzo do aktora, grającego główną rolę w tym filmie, Zbyszka Cybulskiego.

Obok stolika stał drewniany wieszak na ubrania i trochę dalej stare pianino. Zza bufetu wychylała się gruba uśmiechnięta barmanka, w białym krochmalonym fartuszku i koronkowym czepku na głowie. Poczułam się świetnie, a zadowolony ojciec zanucił mi kilka swoich ulubionych piosenek. Były to melodie modne w latach drugiej wojny, śpiewane przez żołnierzy i młodzież walczącą w ruchu oporu. Zaskoczyło mnie to, bo za życia w ogóle nie miał słuchu i nawet nigdy nie próbował tego robić.

Ledwie skończył nucić, w całej kawiarence rozległy się stare utwory z przedwojennych i powojennych płyt. „Czy widzisz te gruzy na szczycie? Tam wróg twój się kryje jak szczur…” – popłynęło najpierw, jak w filmie. Potem zaś ciszej i nostalgicznie „Tango Notturno”… To barmanka świetnie znająca już jego gusty włączyła gramofon z tubą. Zrobiło się bardzo, bardzo przyjemnie i tylko ten stan błogości zakłócali czasem wojskowi, wchodzący i wychodzący jak gdyby bez celu do kafejki. Zastanowiło mnie to.

– Tak jakby coś sprawdzali, albo może kogoś szukali?

– Nie mam pojęcia – odpowiedział zdawkowo ojciec odwracając się od wchodzących plecami. – Może lepiej się tym nie interesować? Świat, w którym żyjesz na co dzień jest pod kontrolą, a ja starałem się nie obudzić niczyjej uwagi.

– Może oni są z twojego poprzedniego życia? – zasugerowałam.

Zastanowił się nad tym poważnie, ale bez konsekwencji.

– Teraz wracam w przeszłość. Tam, gdzie jestem czas nie istnieje.

Zrezygnowałam z dalszych nagabywań, gdyż ogarnęło mnie wrażenie, że rozmawiamy w różnych językach. Moje pytania brzmiały w jego uszach inaczej, niż zamierzyłam. A jego odpowiedzi zdawały się jedynie niezrozumiałymi podpowiedziami na tematy, które jeszcze w ogóle nawet nie przyszły mi do głowy. Spytałam, czy powie mi coś o mojej przyszłości.

– Nie. Nie pozwolono mi – uciął szybko. Tym razem na temat.

Nie nalegałam. To nie wydawało mi się zresztą wtedy bardzo ważne.

Odszedł tak samo nagle, jak się zjawił.

Statki czasu

W poprzednim wpisie poruszyłam temat tożsamości we śnie, która potrafi się dyskretnie, albo mniej dyskretnie zmieniać. Ego jest względne, przypomina ubranie, jest formą jakby zewnętrzną wobec świadomości Obserwatora. Przynależy sieci karmicznej związanej z 5 poziomem świadomości.

okoHorusa

Obserwator (z poziomu 7), którego często nazywam Okiem, gdyż takim symbolem, przypominającym oko Horusa, przedstawiono mi we śnie jego rolę i stabilne, niezmienne położenie na mapie Świadomości pomiędzy stopniami drabiny niebieskiej wiodącymi w dół i stopniami w górę, potrafi odczytywać swobodnie zapisy pamięciowe z różnych czasów, dowolnych osób z przestrzeni materialnej i subtelnej. Czyni to jednak w jakimś swoim potajemnym celu, którego rozwikłać łatwo się nie daje. Być może potrzeba czasu, aby zrozumieć przesłanie. Jak to było ze snem z poprzedniego wpisu, który tak naprawdę przepowiedział mi ważne dla mnie napotkanie człowieka i jego wiedzy, które zdarzyło się prawie 20 lat później.

Ściślej mówiąc, w tego rodzaju snach, śnienie oczami innej osoby nie jest tak do końca „czyste”. Ponieważ zachowujemy naszą pamięć i tożsamość, która dopiero w konfrontacji z obcymi sobie zjawiskami we śnie zaczyna odczuwać, że „coś tu jest grane” i że „to chyba nie ja”. Nie do końca osoba, która śni, Ewa, Jaś, czy Małgosia. Jeśli Obserwator sięga czasem po zasoby informacji z wyższej półki, obie tożsamości są wtedy jednakowo aktywne i na wspólnym sobie poziomie, względnym wobec wiedzy płynącej do nich z góry. W efekcie sen przypomina taniec energii, ubierającej się co chwila w różne postaci.

Takim, zdaje się był sen z 11 grudnia 1998 roku, gdy nad ranem zaczęłam śnić z perspektywy mężczyzny, lat około 40, czyli w moim wieku, mieszkańca Stanów Zjednoczonych. Był on/ja członkiem niewielkiej grupki kilku osób, zajmujących się wiedzą tajemną i badaniem zagadek bytu. Przybył do nich/nas zza Oceanu Balarama i przyniósł im/nam ze sobą ważną tajemnicę.
Tak, czytałem o niej wcześniej w książce Fan…r…. t/l… k…y…`a (?) Pun(v)h…am`a (?), to dla mnie żadna nowość. Teraz widzę, jak moje dłonie wertują ją, czytam tytuł i nazwisko autora na zielonej okładce, ale to migocze i tak trudno spamiętać szczegółowe ułożenie liter. Tom przypomina mi posiadane wydanie PIW w serii w zielonej okładce  „Popol Vuh. Księgi narodu Quiche”. Dysponuje nią od dawna nasza grupa wtajemniczonych, ale dotąd nie korzystałem w praktyce z tej wiedzy, ze względu na starego ojca, którego nie chciałem opuszczać, ani niepokoić. Tytuł książki brzmi „Statki czasu”.
Gdy jeszcze powtarzam sobie w pamięci usłyszany (zapewne wypowiedziany głosem śnienia) tytuł, nazwisko autora zaczyna mi się kojarzyć z „furtkami Pana” i natychmiast pojawia się przypomnienie różnych postaci z Biblii, które poznały także tę tajemnicę, Henocha, Mojżesza, Aarona, Eliasza, Ezechiela, apostoła Filipa, jak również stara legenda o świętym Janie, autorze Apokalipsy, który z woli Jezusa nie umarł, ale gdzieś zniknął.
Książka opisuje sposób przenoszenia się w czasie w dowolne miejsca. Treść dociera do mnie bezpośrednio w podwyższonym stanie świadomości. Skorzystało z tej wiedzy kilka osób dawniej i zatrzymało się we współczesności, gdzie możliwości używania komputerów, internetu i różne wynalazki skusiły ich do osiedlenia się na stałe. Czy naprawdę jestem kimś spośród nich? Siedzę przed komputerem i ogarnia mnie zdumienie. W wyobraźni pojawia się jakaś siła niematerialna, rodzaj spiralnej wirowej fali podwyższonych wibracji, na którą wsiada się, znika w obecnej chwili, krąży w niewidzialnej sferze wokół różnych wydarzeń w przyszłości, jak wokół jakichś wzgórz, czy wysp i wysiada wtedy, gdy się tego zapragnie.
Myślę o niezwykłej sile potrzebnej do wizualizacji takiego statku i, że mnie się to przecież nigdy w życiu nie uda. Żaden ze mnie wybraniec losu. Eksterioryzacja to umiejętność specjalnie utalentowanych, a ja przecież nie potrafię tego stanu (jak i wszystkich innych zmienionych stanów świadomości) wywoływać z własnej woli. One same przychodzą, albo nie.
Wszystkie te informacje podawane są w sposób przyspieszony i panoramiczny, i nie nadążam z ich zapamiętywaniem, a najdziwniejsze jest to, że głos opowiadającego o tym mężczyzny przestaje być w końcu moimi myślami i nagle zaczynam go słyszeć z zewnątrz. Brzmi coraz głośniej i realnieje, jak głos radiowego spikera tak, że w pierwszej chwili po obudzeniu chcę odruchowo wyłączyć radio. I dopiero wtedy uzmysławiam sobie, że już od przynajmniej dziesięciu lat nie stawiam odbiornika obok łóżka, żeby budził mnie do pracy poranny III program, włączający się niegdyś kilka minut przed szóstą! Mało tego, od tylu lat nie chodzę do pracy i w ogóle nie muszę wcześnie wstawać.
Kiedy wróciła mi przytomność ciała fizycznego, głos znikł. Ale po krótkim czasie rozbrzmiał jak codziennie o tej porze dzwon w naszym parafialnym kościele. Była zatem szósta rano. Nie wiedziałam, jak odczytać tę godzinę 5:50 lub 5:55 rano, jednak była to ta sama informacja, jaką dostałam przy innym lądowaniu po wysokiej podróży, gdy zaczęłam krążyć w pętli czasowej. Relacja z tego snu znajduje się we wpisie pt. Gwiezdni ludzie. To była wskazówka, że wracając zahaczam o 5 poziom przyczynowy.
Poza tym 6:00 rano to świt. Dzwon na pobudkę o świcie. Szósty poziom gromadzi zaś aspekty jednej duszy w polu wspólnej dla nich świadomości.

Analizę takiego snu zaczynam od rozdzielenia cech i przedstawienia sobie osoby, którą śniłam. W tym wypadku chodzi o mężczyznę w średnim wieku, mieszkającego w USA i interesującego się tajemnicami i zagadkami tego i nie z tego świata. Oczytanego, zbierającego różnego rodzaju informacje z książek. Który nie dysponuje zdolnościami wędrowania po drugiej stronie. Być może historia z ojcem jest też ważna. I fakt pływania po morzach i oceanach, między wyspami. Istotny jest też głos radiowy…

Tutaj muszę przyznać, podobnie jak zrobiłam to z okazji „rozkminiania” snu o Jarku Bzomie z poprzedniego wpisu, że wiem już o kogo chodzi. Zdałam sobie z tego sprawę bardzo niedawno, po rozmowie przez internet z… Chrisem Miekiną. Dziwnym zbiegiem okoliczności przypomniałam mu wtedy o księdze Popol Vuh i jej tajemnym znaczeniu, co uznał za istotne, ponieważ mocno się przejął Indianami Południowoamerykańskimi i czyni tam swoje podróże. Jest autorem bloga Nowa Atlantyda i licznych mówionych audycji w internetowym radiu Paranormalium, prowadzącym własny kanał „Paralaxa”, przemianowany jakiś czas temu na „Polaraxę” (do łatwego znalezienia na You Tube)… A owe nazwy programów zbliżone są do imienia Balarama, które zapewne zniekształciła moja pamięć po wyjściu na jawę. Wystarczy B zamienić na P, a l na r, żeby wyszło Para-ra-…
Pierwszą część wyśnionego tytułu, nazwisko autora, czyżby można było przypisać Ferluce z Salzburga?

Cel tego przedstawienia mi się 20 lat wcześniej pozostaje dla mnie nieznany. Być może ma to być kolejna ciekawostka na blogu Transwizjon.
Oba sny znalazły się w mojej książce „Przemiany w ultrafiolecie” wydanej w 2003 roku, zatem istnieje dowód, że nie zmyślam.

Wykłady i inicjacje duchowe we śnie

Istnieje możliwość odbierania nauk i duchowych inicjacji w stanie snu i transu. Przecież odległość i czas dla wysokich bytów nie gra roli. Inna sprawa, czy inicjacja dotyczy akurat śniącej osoby. Można ją bowiem przeżyć za pośrednictwem Obserwatora, patrzącego oczami kogoś innego.

Spotkanie z obcą wyższą inteligencją, opisane w tekście Nocni Goście miało w swojej treści zapowiedź ingerencji, ale jeszcze dość długo, kilka miesięcy, nic specjalnego się nie działo. Oprócz częstych wielkich snów i podwyższonych (rozszerzonych) stanów umysłu, które bywały dużo wcześniej i mimo swej zjawiskowości, nie budziły tak wielkiego szoku.

Oto jeden z przykładów inicjacji duchowej, jaką przeżyłam w stanie transu, we własnym łóżku. Tybet mógł pojawić się w moich snach, bo od lat przyjaźniłam się z kilkorgiem buddystów tybetańskich, bywałam z rzadka na medytacjach w sandze, i na wykładach. Co nieco wiedziałam o tej religii i jej największych przedstawicielach, choć jak zawsze praktyka mnie nie pociągnęła. Zbyt wiele jest innych ciekawych rozwiązań, abym mogła poświęcić się jednej ścieżce, takie już mam usposobienie. Swoją drogą, był to jeden z pierwszych snów, w których zaczęli pojawiać się Tybetańczycy, wysoko rozwinięte duchowo istoty, jak myślę bodhisattwowie.

Lhasa

We śnie z 31 kwietnia 1998 roku obudziły mnie dziwne odczucia, płynące z ciała. W stałym, jakby muzycznym rytmie, coś uciskało niektóre punkty na palcach obu moich rąk, zawsze po jednym na obu dłoniach jednocześnie. Sterowało to w jakiś specjalny sposób przepływem energii w rękach i całym ciele.
Stopniowo zaczynało być uroczyście. Rozległa się muzyka tybetańska, która towarzyszyła tym zjawiskom. Pomyślałam, że odbieram jakąś tybetańską Inicjację, to było bardzo przyjemne i wpadłam w rozkoszne rozedrganie i zachwyt. Było dużo świetlistej bieli. Na koniec ukazał się obraz jasnego budynku świątyni w wysokich górach. „Zagrano” nowy, skoczniejszy utwór i obraz szybko zniknął.
W tym momencie usłyszałam przejeżdżający w oddali pociąg, to wszystko działo się cały czas na jawie.

W 1998 roku przyjęłam najpierw inicjację II stopnia reiki, której skutków, w przeciwieństwie do pierwszej dwa lata wcześniej, w ogóle nie odczułam. Były ku temu powody energetyczno-towarzyskie. Ważne jest bowiem z kim taką inicjację odbierasz. Może ci ją ktoś, z czystej chciwości i zazdrości o względy mistrza, zwyczajnie ukraść, albo przynajmniej zablokować całkiem bez twojej wiedzy. Ja, czyli Ego to rzecz względna i iluzyjna.

Dopiero w chwili, gdy 27 września 1998 roku przyjęłam inicjację schronienia w Buddzie i lama Ole Nydhal położył mi na głowie relikwiarz, zawierający prochy wszystkich żyjących do tej pory mistrzów, przeleciał przeze mnie mrowiący prąd energii. To zjawisko (otwierającego się czubka głowy, poprzez który wychodzę na nieskończoną przestrzeń) powtórzyło się jeszcze niezwykle intensywnie następnej nocy, po czym w kilka dni później zrozumiałam sny. I zaczęłam zapisywać znaczenia symboli w słowniczku, który bez problemu został wydany później jako „Symbole senne – znaki na Drodze do Życia”. Sądzę, że ta druga inicjacja rozwaliła mur, jaki zaaplikowano mi podczas pierwszej, i uderzyła we mnie energia obu naraz.

Jako następny przyszedł wykład duchowy, odebrany częściowo w stanie transu, bezpośrednio z umysłu do umysłu. Ów sen dodatkowo jest o tyle ciekawy, że – jak uważam – śniłam osobą Jarka Bzomy, na 20 lat wcześniej, nim go poznałam i nim w ogóle zaczął swoje wykłady internetowe! Nie był to jedyny sen o nim, w jednym z późniejszych usłyszałam nawet wyraz, który – jak teraz wiem – jest jego nazwiskiem. Zawsze interesowały mnie techniki wróżbiarskie i patrzenie w przyszłość, więc i sny często nadbiegały z przyszłości.
Traktuję rzecz jako ciekawostkę, a nie jako przepowiednię nadejścia nowego proroka. Zetknięcie się z topografią snu Bzomy było dla mnie mocnym wstrząsem, nagle zaczęłam rozumieć to, co do mnie przychodziło latami. To ważna chwila w moim rozwoju, więc zapowiedziała się wcześniej.
Na poziomie Obserwatora (7) zmiana tożsamości na należącą do innego człowieka albo istoty niematerialnej, jest niewyczuwalna, jednak ową zmianę nauczyłam się rozpoznawać po odczuciu we śnie, że zachowuję się nie po „swojemu”. Skąd można wiedzieć, że jest się we śnie kimś innym? Ano, nie poznasz tego, dopóki nie zobaczysz swojej cudzej twarzy w lustrze, odbiciu, nie usłyszysz obcego imienia, którym ktoś do ciebie się zwraca, albo nie zaczniesz dziwnie dla siebie się zachowywać i reagować. O ile inną płeć w sobie dość łatwo się wyczuwa, to w przypadku, gdy jest taka sama, w grę muszą wejść cechy, których nie posiadamy na jawie, a którymi dysponujemy w takim śnie. W owym wypadku wskazówką było dla mnie, że przecież z natury nie przemawiam publicznie, ani nie dążę do tego, a także nigdy nie dyskutuję z taką pewnością swego w dużej grupie ludzi.
To zjawisko, w moim wypadku nader częste, śnienie oczami innej osoby opisałam w swoim senniku pod hasłem Cudze sny. Można też śnić kilkoma postaciami jednocześnie, lub po kolei, a przejścia bywają tak subtelne, że trudno je zauważyć. Jak się stało w tym wypadku.

W nocy 30 września 1998 roku, idąc wzdłuż brzegów mojej rzeki życia (jest to rzeczka w mej rodzinnej miejscowości, w której kąpałam się i bawiłam w dzieciństwie, o nazwie nomen omen Luciąża) dotarłam do miejsca za drugim mostem (dla mnie sfera poza-osobista), gdzie odbywał się wykład tybetańskiego lamy. Usiadłam w zespole jego uczniów i wsłuchałam się w to, o czym mówił. Mistrz wspomniał o światach alternatywnych, powoływanych do życia przez wyobraźnię i o trudnych losach zamkniętych w nich czujących istot. Nie pochwalał tego procederu, uważał go za marnotrawstwo energii umysłu.

[Zapisując ten sen nie znałam jeszcze pojęcia egregora].

Przełamując nieśmiałość, odezwałam się nagle. Nie po to, aby się sprzeciwić, ani o coś zapytać, ale dopowiedzieć kilka rzeczy w języku bardziej zrozumiałym dla Europejczyków i podkreślić własne, wyrobione w doświadczeniu (odrobinę jednak odmienne), zdanie na ów temat. Byłam dziwnie pewna tego, co mówię.
Tłumaczyłam przedstawicieli cywilizacji Zachodu, twórców, autorów powieści fantastycznych, komputerowych maniaków i odkrywców, teoretyków nauki (astronomii, fizyki i matematyki) jako ludzi o szczególnej wrażliwości, którzy otrzymują autentyczne przekazy i podpowiedzi z innych światów, przeważnie we śnie. Zaraz w wyobraźni ujrzałam owe światy jako liczne bąble sąsiadujące ze sobą. Wiedza, którą odkrywają służy całej ludzkości oraz wprowadza ważne zmiany jednocześnie u nas, jak u niezliczonej ilości istot zamieszkujących sąsiednie, subtelne i wyższe ewolucyjnie światy. Dzieje się to dzięki wzrastającej w przyspieszonym tempie wrażliwości i otwartości na wiedzę duchową w masowej skali.

Światy alternatywne (nie chodzi o popularnie rozumianą alternatywność z ludzkiego, pojedynczego, linearnego punktu widzenia, ale alternatywę dla kogoś, kto istnieje poza wszelką względnością, w centrum, w samym pępku wszechświata) to skupiska energii ze sfery ewentualności, rodzące się, jak bąble na gotującej się wodzie podstawowej świadomości tu-i-teraz. Nie mają osobnego źródła zasilania w energię. Światy te żywią się przekonaniami, wiarą i rytuałami ludzi generującymi w ten sposób – napędzający ich rozwój – proces naturalnej ewolucji. Zamknięte w nich istoty żyją życiem fragmentarycznym i całkowicie uzależnionym od otaczających je warunków, nie mają większego wpływu na swój świat i to, co się w nim i z nim dzieje. Skazane są na bardzo długie i żmudne dojrzewanie.

Mój umysł skoncentrował się i ujrzałam konstrukcję całości w jednym błysku bezpośredniego rozumienia. Mistrzowie Gry (i oto nagle stałam się jednym z nich, zlewając się z umysłem lamy-Buddy, na którego wykładzie przebywałam) przenikają w liczne przestrzenie i czasy jednocześnie, rozpoznając rzeczywistość przy pomocy wielu różnych przybranych form istot czujących.
Utożsamienie się tylko z jedną rolą powoduje zamknięcie umysłu w klatce pojedynczego życia, które pozbawione perspektywy widzenia z najwyższego poziomu, wydaje się bezsensowne i pełne cierpienia. Czas zaś tak naprawdę pozostaje zawsze radośnie wibrującą wiecznością. Trzeba przypomnieć, nieważne jakim sposobem, tym, którzy zapomnieli o sobie, o tym skąd pochodzą i kim naprawdę są: bogami. To jest zadanie dla mistrzów, którzy odzyskali już pamięć.
Ogarnął mnie uroczysty i poważny nastrój, na tym skończył się stan rozszerzonej świadomości. Teraz weszła akcja snu, zapewne Obserwator przesunął się w kierunku mojej skromnej osoby (lub raczej na odwrót, bo tenże zawsze pozostaje nieruchomy i niezaangażowany). I zobaczyłam akcję z przyszłości „swoimi” oczami.

Lamę zastąpił inny guru, który przeczytał mnóstwo źródłowych tekstów i rzucał specjalistycznymi hasłami i cytatami, jak ryżem w dniu ślubu swojej siostry. Mężczyzna w średnim wieku, z lekkim zarostem, niewysoki. Szybko zaskarbił sobie tym zaufanie i podziw uczniów, ogarniętych podobnymi do jego ambicjami. Prezentował się na niewielkiej scenie, która przypominała salkę kawiarnianą zastawioną stolikami, a jego wielomówność wydała mi się czymś odwrotnym do mego milczenia. Odczułam nagle jakiś stres i poruszenie, siedząc z boku. Znałam zlanie się świadomości z Bogiem, a on mówił o tym samym, korzystając z logiki i „płaskiego” opisu słownego.

Dość często w moich późniejszych przeżyciach pojawiała się forma Sai Baby. Był to modny guru, którym fascynowało się kilkoro moich znajomych. Podarowane mi przez nich zdjęcie przywiezione z Indii stało na półce regału w moim pokoju. Znałam jedną książkę z jego wywiadami, (która mnie znudziła), jakiś film video z jego cudami, i kilka artykułów o nim, napisanych przez bezkrytycznych wyznawców. Nie podzielałam fascynacji, ten czarnowłosy i ciemnoskóry pan w pomarańczowej szacie był mi obojętny, (jak zresztą każdy wcielony nauczyciel-guru), ale dość natrętnie manifestowały się informacje na jego temat wokół mnie. Ilekroć pojawiał się w moich wizjach traktowałam go jako jakiś inny wysoki byt, ubrany w jego skórę.

Na początku 1999 roku otrzymałam błogosławieństwo od istoty, która przybrała formę Sathya Sai Baby. Ukazała się trzy razy w krótkich odstępach czasu, a każdą z wizji poprzedzał wieczorem szczególny stan (na jawie), porównywalny do ogarniającej całe ciało słodkiej miłości. W sposób niezwykle uprzejmy i delikatny, pełen szacunku wobec mojej niewiedzy i paniki z niej wynikającej, patrząc we mnie głęboko kochającymi oczami, przepowiedział mi ważne sytuacje z przyszłości, udzielił rady, jak postąpić i obietnicy pomocy w uzdrowieniu, po czym z jego serca, jak ze źródła buchnęła na mnie energia żywej, najprawdziwszej w świecie chrystusowej miłości, która jeszcze przez pół następnego dnia poruszała mnie do łez.

A na pustym polu hula wiatr

Staram się zachowywać kolejność zdarzeń w mojej historii, dlatego muszę teraz opowiedzieć pewien ponury sen. Sen o polu zdechłych koni, czyli pojazdów duszy, jak by orzekł Jarosław Bzoma. Używając sformułowania, które brzmi trochę groteskowo, choć oddaje treść i wyobrażony obraz tego, co można na nim spotkać. Znajduje się ono tuż za bramą granicy 8/9, rozdzielającej życie od śmierci (nie-życia). Panuje tam Nicość, pustka, rozkładająca wszelkie formy świadomości rodem ze światów przejawionych, które przez nią wchodzą. Jak się okazuje malowana wiele razy przez Zdzisława Beksińskiego. Oświetlona „czarnym słońcem” alchemików strefa rozpanoszonego Nigredo.

kon

Wydarzyło się to 12 maja 1998 roku, zaraz po położeniu się spać. Moja świadomość uległa samoistnie rozszerzeniu i w lekkim półśnie zorientowałam się, że przepływa przeze mnie niesamowita fala grozy i śmierci. Ledwie zdążyłam na to zareagować, już byłam w jej całkowitym władaniu. Jedno, co mogłam zrobić to patrzeć i nie poddawać się panice.

Udręka. Ciemność… ciemność… fala mroku, połyskująca upiornie w blasku rąbka śmiertelnie zaćmionego słońca na zasnutym ciemnością niebie… Wielkość, ogrom, wszystko. Fala… groza… ciemność… Byłam wobec tej fali niczym i nikim. Jest wieczny smutek i okrucieństwo śmierci. Strach. Ból bez końca. Wszystko zanurzone w kompletnym milczeniu i czerni połyskującej gdzieniegdzie mrocznymi błyskami. Jest samotność. Rozkład, i nicość. Przestrzenie… dalekie przestrzenie… bez końca przestrzenie… wolne jak puste pola, po których goni wiatr i wichry tańcują ze świstem i nieustającym szumem ze wschodu na zachód. Na zachodzie hula śmierć, już bez końca, na ruinach nie do odbudowania.
Byłam całkowicie zdominowana przez tę potężną ciemną świadomość i tylko mogłam lecieć z jej falą i widzieć to, co ona widzi. Przejął mnie strach i usiłowałam robić znaki leczące w nadziei jakiejkolwiek samoobrony. Znak za znakiem, uparcie. Tak trudno było wykonać uzdrawiający klucz, jak gdyby ręka obracała się pod prąd jakiejś potężnej, przeważającej, okrutnie nieczułej i niszczycielskiej woli. W tej woli była jednak jakaś konsekwencja i zguba wyhodowana w ciągu setek i tysięcy lat przez ludzi pozbawionych nadziei, morderców samych siebie i innych, szalonych władców, pragnących kontrolować materię oraz krwawiące dzieci, dotknięte ich ręką. Była w niej także i moja wieloletnia rozpacz, teraz jedna mikroskopijna kropelka w tej ciemnej rzece okrucieństwa. Na rozległych i pustych polach wiatr wiejący przez szaro-czarną pustkę. Połacie umarłej ziemi odsłaniające miejscami tajemnicę zagłady. Martwe ptaki, zwały martwych ptaków (kruków, kawek, wron) na martwym piasku. I kości. Ludzkie i zwierzęce, pomieszane. Ponad tym wszystkim szum wichru, pędzącego przez pustynię, bez żadnych przeszkód, bez żadnych granic, wskroś krainy umarłych.

Otworzyłam oczy. To jednak wciąż jeszcze przedzierało się przeze mnie, falowało, wciągało mnie w swój ogrom i pełen grozy nastrój tak mocno, że musiałam się zmusić, by poruszyć ciałem i nie ulec transowi z powrotem. Nie zamykałam jakże ciężkich powiek, usiłując się modlić. Słowa ciągle myliły mi się, gubiłam rytm, ale stopniowo zaczynało być coraz lepiej. Wizje odchodziły. Pusta ziemia, obsychająca i owiewana przez wiatr. Skażona atmosfera mroku, w której nie da się żyć, nie ma żadnego życia. Na wschodzie zagłada i śmierć. Na zachodzie wiatr odsłaniający nieludzką prawdę. Tylko tyle. Kto to widzi, umiera, znika. To nie jest świat dla żyjących, czujących.

Koszmarów w podobnym klimacie miałam w okresie dorastania więcej. Jeden z nich zapisałam w dzienniczku, a teraz zamieszczam dla porównania. Na polu zdechłych koni rozkładają się także ideały i idee, jako formy umysłu zbiorowego. Czyli to, czym tylu ludzi się napędza i jara w życiu, uważając za sens wyższy i odwieczny.

Czerwiec 1980. Sen: szeroka, świetlista, ale zabagniona i złowieszcza rzeka przepływająca przez miasto zaczęła wyrzucać ze starych pokładów dna na powierzchnię zwłoki rycerzy i koni z czasów średniowiecza. Środkiem rzeki płynęły dwa sztandary z napisami: „Na bóy, na bóy, za Boga i Oyczyznę”, a ciała były przegniłe i zjedzone przez robaki. Powtórzył się równie wstrętny jak w innym śnie tej nocy, nastrój przerażenia rozkładem i fizyczną śmiercią.

Nocni goście

W styczniu 1998 roku przypadkowo trafiłam na zjazd gwiezdnych ludzi, zorganizowany prywatnie w Lublinie. Poznałam na nim kilka osób, uważających się za inkarnacje istot kosmicznych, które z jakichś powodów utknęły w ziemskim świecie. W większości nie były z tego zadowolone (zresztą, kto jest zadowolony?) i narzekały na nieumiejętność zintegrowania się z (ludzkim, tj. obcym) otoczeniem. Był między nimi Franek K., 40-letni chemik z Puław, zabawny, gadatliwy i pełen wyobraźni artysta-malarz i poeta, który przez kilka lat przeżywał bezpośrednie spotkania ze „swoimi towarzyszami z gwiazd” we własnej sypialni. Spędziliśmy wiele godzin na burzliwych rozmowach i opowieściach, ale, mimo że temat nas oboje pasjonował i wysłuchiwałam Frankowych rewelacji z tych spotkań bardzo uważnie, długo nie potrafiliśmy się porozumieć. Oceniałam przeżycia Franka jako iluzje senne, mimo że niezwykle realne, to jednak czysto symboliczne przekazy, powiązane z manifestowaniem się w jego umyśle form astralnych i bytów przejściowo nieposiadających ciała fizycznego. Skłaniałam się do poglądu Gustawa Junga wyrażonego w jego książeczce „Nowoczesny mit. Rzeczy widywane na niebie”, gdzie okrągłe pojazdy i światła kwalifikował jako manifestacje Jaźni z poziomu nieświadomości zbiorowej.
Szybko spowodowało to rozłam między nami, gdyż Franek uważał swoje przygody za absolutnie prawdziwe, a pojawianie się istot kosmicznych za realne tak samo, jak odbiera się świat jawy, w którym każdy z nas jest zanurzony na co dzień. Jednej nocy naprawiły mu złamany nos, na co miał dowód, zdjęcie rentgenowskie zrobione dzień wcześniej. O ile mogliśmy spierać się tak naprawdę o słowa i nazwy, i oboje mieć jakąś rację, to fakt ingerencji zjawy sennej/iluzyjnej w życie na jawie i stan fizycznego ciała nieco się kłócił z koncepcją halucynacji rozszczepionego z ciałem umysłu. Choć, ostatecznie, nauka zna przypadki samouleczeń z pomocą siły sugestii. Tu jednak w ciągu nocy zrosła się kość, a poza tym Frankowi, mimo jego nadwrażliwości i zacietrzewienia w poglądach, daleko było do fanatyzmu czy mistycyzmu.
W końcu musiałam przyznać mu rację. Stało się to na przełomie 1998-99 roku, w czasie, gdy Franek został przez swoich towarzyszy i nocnych gości zupełnie opuszczony.

czacha

W czerwcu 1998 roku, podczas popołudniowej medytacji ukazał mi się obraz wielkiej księgi-otwartego oka, z której żywą złotą falą wylewały się znaki, symbole i litery, zlatując na mnie z góry jak oświecająca kaskada. Wnikały przez otwarty czubek głowy i przemieniały moje ciało na swój wzór i podobieństwo. Oddychałam rytmicznie. Było to niezwykle przyjemne doznanie. W modlitwie poprosiłam o wiedzę i mądrość rozróżniającą.
Następnie późnym wieczorem, ledwie odłożyłam wałkowaną od jakiegoś czasu lekturę (nader nudnej) Księgi Mormona i ułożyłam się do snu, gdy przeleciała mi przez głowę złożona informacja, co i jak i abym się nie bała, a potem zjawiło się coś potężnego i budzącego grozę.
Mignęła mi prędko wychylająca się ku mnie z ciemności biała czaszka o wielkich, czarnych, przepastnych oczodołach. Spojrzała z bliska w sam środek mnie. Równie prędko sięgnęła dwoma „szczypcami” (twarde, długie) i wcisnęła mi coś do głowy, lub też objęła czymś mózg w czaszce i dokręciła. Poczułam ucisk dwóch podłużnych „wkrętów” nad lewym i prawym uchem po obu stronach głowy, które wibrowały. I zaraz otworzyłam oczy, zupełnie przytomna, gdyż ingerencja tak samo nagle jak się pojawiła – znikła.

Szybko przeanalizowałam to zdarzenie. Pamiętałam dobrze strzępki podanej informacji, ale zadziwiała mnie jej forma. Przekazana mi wiedza była oczywista, bezpośrednia i poza słowami. Skoncentrowana w rodzaj pigułki i wsunięta do mojej głowy dawała się odczytywać na różne sposoby myślami i wyobrażeniami i ku mojemu zdumieniu to, co wydawało się trwać ułamek sekundy rozciągało się w długie, skomplikowane zdania, gdy tylko skierowałam na jakiś szczegół uwagę.

Nie chcemy zrobić ci krzywdy. Niczego się nie bój, przestraszysz się, ale to minie. Jesteśmy SPOZA.

DZIAŁAMY I INGERUJEMY W WASZ ŚWIAT STĄD, GDZIE PRZEBYWAMY. ZMIENIAMY TERAZ COŚ WAŻNEGO U SIEBIE, CO JEST WAŻNE TAKŻE DLA WAS. JESTEŚCIE DLA NAS KLUCZEM.

Zaczęłam analizować zapamiętany obraz i wkrótce zauważyłam, że patrzyła na mnie śnieżnobiała (świetlista) twarz bez nosa, z niewielkim podbródkiem, łysą głową i przeogromnymi czarnymi oczami, a nie żadna czaszka. Cały czas czułam silny ucisk po obu stronach głowy i mrowienie, które przekonywały mnie wciąż na nowo, że to nie jest sen. Przez kilka minut przeraźliwie wyły psy przed domem. Dokładnie tak samo reagują na wysokie, niesłyszalne dla człowieka dźwięki i na duchy, o czym przekonałam się w noc przed pogrzebem ojca. Byłam spokojna, choć zaintrygowana, czujna. Zwiększyła się zdolność widzenia plastycznych obrazów pod zamkniętymi powiekami. Próbowałam coś w ten sposób „zobaczyć”.

Wchodzenie w głąb ziemi, czarnej, mrocznej. Wyszłam stamtąd.

Duża powierzchnia złożona z jakichś drobnych, plecionych części, tworząca jak gdyby rozległą metaliczną sieć, ciemno-szaro-brązowa.

Psy umilkły w końcu na dworze i znów ogarnęły mnie podwyższone wibracje. Mrowienie. Wtedy najzwyczajniej w świecie pojawiła się czyjaś spokojna dłoń o długich, szczupłych, węźlastych palcach. Dotknęła mojej głowy tuż koło lewego ucha i chwilę podtrzymywała. Zachowałam cały czas przytomność, ale wolałam nie otwierać oczu. Potem dotyk znikł, a pod zamkniętymi powiekami ukazały się obrazy.

Przedstawiały twarze dwóch-trzech istot, z profilu i en face. Białe, bez żadnego wyrazu, głowy pozbawione nosów, o ogromnych migdałowych, czarnych oczach. Istoty były niewielkie i bez wyraźnych cech płciowych. Przypominały dzieci, nie tylko zewnętrznie, ale i poprzez rozsiewaną wokół siebie sympatyczną, dobrotliwą i niewinną aurę.

I znów obrazy. Fragment szczupłej, czteropalczastej dłoni, pomiędzy trzema długimi palcami szara sierść, jak u szczura lub myszy. Płaskie, szerokie usta bez warg istoty, którą ujrzałam przed chwilą, a która wtedy przecież prawie nie miała ust. Wewnątrz twarde płytki kostne (fiszbiny) służące do miażdżenia pokarmu, z początku białe, potem szare. Poruszały się, trąc o siebie, a usta jakby mówiły. Czasem wylewała się z nich czysta woda.

I na tym przekaz się skończył. Oszołomiona jeszcze długo przewracałam się w pościeli. Rozejrzałam się dokładnie wokół siebie. Przez okno wpadało, jak co noc, światło ulicznej lampy i rzucało blady cień na ścianę koło tapczanu. Na skraju tego cienia błyszczała jasna, biała plamka światła, wielkości złotówki. Zaintrygowało mnie to. Rozejrzałam się, nie było żadnego powodu, który usprawiedliwiałby istnienie tego światełka akurat w tym miejscu (w oknie nie było zasłon ani żaluzji, za oknem również niczego, co powodowałoby takie punktowe rozjaśnienie). Nie potrafiłam sobie przypomnieć, czy ta plamka bywa tam zawsze. Podniosłam się i zbliżyłam twarz do światełka, aby lepiej mu się przyjrzeć. I zbaraniałam! Ze światełka spojrzało na mnie ogromne, rozwarte, czarne oko, jak gdybym zajrzała w okular powiększającej lunety!
Wystraszona zamknęłam oczy i nakryłam się kołdrą po czubek głowy. Po kilku godzinach zdołałam w końcu zasnąć. Później wielokrotnie w nocy sprawdzałam to miejsce na ścianie. W bladym blasku lampy wpadającym z ulicy nie pojawiła się już nigdy żadna, choćby odrobinę jaśniejsza plamka.

Cdn.

PS.1 Szukając ilustracji do tego wpisu w internetowych zasobach nie znalazłam odpowiedniej. Żaden wariant obcych zapamiętanych przez wziętych nie pasuje do wyglądu istoty, która mnie odwiedziła. Przede wszystkim jej nieproporcjonalnie wielka głowa miała tylko oczy, brakowało nosa i ust, lub były tak śladowe, że ich nie zauważyłam. Istota była niewielka, choć trudno oceniać wielkość, bo to jest między wymiarami sprawa względna, potrafiła się pod tym względem zmieniać, ale ogólnie dałabym jej jakieś 60–70 cm wzrostu. Szczupłe, czteropalczaste dłonie. I przede wszystkim przeczysta świetlistość całej postaci.

PS.2 Analizując znaczenie obrazów wizyjnych, które towarzyszyły spotkaniu, były to istoty, które wyewoluowały na Ziemi-Alfa, o której wspomniała mi dużo wcześniej Xięga.

Numeracja poziomów śnienia

Wielokrotnie sny wyjaśniały mi zasady numerowania poziomów, które w końcu doprowadziły mnie na trop tego, co szczegółowo zbadał i objaśnia Jarosław Bzoma. Ślady moich domysłów znajdują się w książce „Przemiany w ultrafiolecie” z 2003 roku. Jest to dowód, że numeracja i „poziomizacja” snów, jak i topografia „geograficzna” (na ten temat popełniłam przed laty nawet spore opowiadanie, wychodząc od globusa – symbolu pełni Świadomości, a jednym z jego bohaterów jest nomen omen – topograf królewski) są czymś obiektywnym wobec naszych umysłów. I nie jest to wymysł ani Jarka, ani mój, ani starożytnych joginów, którzy uporządkowali naukę o czakrach i ciałach subtelnych. Lecz sprawa dla czujnych umysłów możliwa do odczytania i zrozumienia. Co właśnie zostało uczynione.

Podam teraz kilka przykładów swoich sennych przekazów, na dowód niedowiarkom i ku umocnieniu tylko wierzących, którzy chcieliby wejść ze zrozumieniem i pewnością, że nie padają ofiarą sugestii, na drogę Śnienia.

mag-ilustrace

W 1997 roku przez 3 miesiące codziennie medytowałam nad kartami Tarota marsylskiego. Wkrótce przyszedł sen wizyjny w podniesionym paśmie świadomości.
Ujrzałam w nim Maga, mistrza Gry pod postacią niskiego, grubawego, starszego mężczyzny w białej, rozchełstanej na piersiach koszuli, z podwiniętymi do łokci rękawami, radośnie uśmiechającego się do mnie w amerykańskim stylu, tak, że mogłam zobaczyć rząd lśniących, wielkich, białych i równiutkich zębów. Stał za laboratoryjnym stołem i w rękach trzymał model cząsteczki atomu, w którym szczególnie ważna była liczba 5.

Ten sen dotyczył aktu stworzenia życia w materii i obowiązujących w niej zasad (poziom 5). Zęby w ustach Kreatora, czyli widoczne w Szczelinie, to doskonałe świetliste istoty bytujące w Nieprzejawieniu. Jak na modelu Człowieka Kosmicznego, głowa Maga z uśmiechem to Absolut, biała rozchełstana koszula to sfera duszy i serca, dwoje rąk to dwa strumienie zstępujący i wstępujący (jedna ręka uniesiona w górę), a laboratoryjny stół, za którym stał (jak na karcie I. Mag) zakrywający ciało od pasa w dół – to poziomy materialne 1-5.

I zaraz potem przyszedł kolejny sen (wizyjny, postaci konturowe, jak z filmu animowanego, świetliste):
Jest grupa kilku graczy. Grają w karty, stojąc na ulicy-drodze. Rozgrywka ma określoną ilość rund. Ten, kto wygrywa jedną rundę, rzuca w następnej swój atut jako wyzwanie, dyktując reszcie swoje warunki, a w ostatniej następuje rozstrzygnięcie zwycięstwa całej partii. Trudno mi powiedzieć, ilu ich jest, chyba czterech, (choć za każdym stoi drugi, jako jego cień i także stara się zaistnieć w Grze, tocząc jakby odbity w lustrze pojedynek) wysokich, młodych, inteligentnych mężczyzn. Jest tam również mały chłopiec (piąty, a także dziewiąty), który nie uczestniczy w Grze, ale roznosi wszystkim karty i zatrzymuje się za każdym razem przy kolejnym wygrywającym.
Gra chwilami przypomina szachy (w trakcie rozgrywek następuje zamiana miejsc). Zwycięzcą przedostatniej rundy był atut świni, którego wszyscy do tej pory starali się z jakichś powodów unikać, a to zagroziło pozycji reszty rozgrywających. Wtedy wszyscy zgodnie uczynili świnię swoją mocą, uwzględniając jej siłę w swoich kartach i przyłączając ją do grona zwycięskich atutów. W ten sposób sytuacja wróciła do normy i szczęśliwie zharmonizowała się.

W tym przekazie nie tylko były poziomy rozwoju, różne manifestacje świadomości na każdym, ale i sugestia o istnieniu planowych cykli czasu, gdy manifestują się charakterystyczne dla danego poziomu wydarzenia. Prowadzące do wyewoluowania kolejnych „ciał” dla nowego rodzaju świadomości. Przynależy to Przeznaczeniu, co Jarosław Bzoma zwie Koniecznością.

Nieco później w pewnym śnie mój umysł zaczął sam rozważać procesy transformacji Świadomości na bazie liczby dziesięć. (O ile rozgryzłam wtedy zasadę 10 na bazie znaczenia numerologicznego liczb, oraz fakt trzykrotnego powrotu istot już wyzwolonych w Przejawienie, to nawet wpadłam na zasadę poziomów.)
To nieuchronny program rozwoju, przez który muszą przejść doskonalące się byty, aby osiągnąć poziom najwyższy, Dziesiąty i tam rozpocząć następną, własną już grę jako Jedynka. Ów poziom Dziesiątki zainicjuje coś nowego, wielkiego, ważnego, twórczego i trzeba wtedy będzie zacząć znów liczyć od Jeden.
Jesteśmy teraz w Czwartym Stworzeniu – myślę i wiem. (Poziom mentalny 4)
Czeka nas jeszcze przejście przez Szóste Stworzenie, gdy energie spolaryzują się na ciemne i jasne, nienawidzące siebie nawzajem. (Kontra wobec poziomu 6, m. in. szpitala dusz).
I widzę głowę Lecha Wałęsy jakby za jakąś pleksiglasową szybą, w którą daremnie walę z wściekłością wielkim młotem, chcąc go zniszczyć, lecz tamten kompletnie nie reaguje i nic mu nie jest. (Solidarność, czerwień, sprzeciw, granica 5/6. Tarcza ochronna, której ciemność nie potrafi sforsować. Różnica wibracji. Za szybą/tarczą/granicą wspólnota serc i umysłów to dusza i naddusza, czyli poziomy 6-8. Ciemność nie jest w stanie ogarnąć światła!)
Teraz Dziewięć. Dziesięć!!!
I proszę, zaczynamy od Nowa!
Od Jeden…

25 marca 2000 roku. W czasie, gdy rozważałam sens kabalistycznej Księgi Jecirah obudziłam się w transie. W miejscu łóżka stało biurko, coś przy nim pisałam, gdy nagle wewnątrz pokoju zaczął wiać wiatr, coraz silniejszy. Wirował nade mną, owiewając mi twarz i głowę. Zdumiona przerwałam swoje zajęcie, myśląc, że przecież okno jest zamknięte. Nagle zdałam sobie sprawę, że to sama Xięga, jako Księga Jecirah uruchamia we mnie bezpośredni kontakt z Bogiem i, że właściwe jej zrozumienie to klucz do Jego drzwi.
Drogą bezpośrednią, z umysłu do umysłu przypłynęła wiedza:
Ojciec jest dziesiątką, Jednym dzielącym się na dwa, potem trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, a potem dziewięć. Każdy podział ma swój rodzaj, kształt i specyficzny charakter (wibrację i przestrzeń oddziaływania), po czym znów staje się dziesiątką, ale już o kolejne oczko wyżej, tym razem 10.0.

*

Dodam jeszcze, że J. Bzoma uważa, że wszystkie liczby, jakie występują we śnie, czy to numer pokoju, telefonu, czy data odnoszą się do poziomów Świadomości. Uważam, że w większości tak jest, ale… niekiedy przychodzą również daty wydarzeń. Może komuś takiemu jak ja, czyli wróżom i astrologom, badającym cykle. Ale o tym napiszę przy innej okazji.

Xięga, część 4

Tego nie ma w biblijnej Genesis. Być może zostało usunięte. Być może zaszyfrowane. A jego pozostałością jest w Biblii dziwnie okrutne prawo mojżeszowe, każące zabijać czarowników, a także klątwo-błogosławieństwa rzucane na potomków, czy wrogów.
Xięga tak oto opowiedziała mi historię powstania na Ziemi, w pradawnych czasach czegoś, co stworzyło zagrażające życiu zakłócenie. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o Grzybie i długo zachodziłam w głowę, co oznacza. Można owo zakłócenie rozumieć, jako zaaranżowaną odgórnie pierwotną przyczynę powstania świata minusowego, piekielnego, jak by to nazwał Jarosław Bzoma. Rządzonego przez Zło Osobowe. Nie były to jedyne informacje, jakie do mnie dotarły na ten temat, i do tego jeszcze wrócę. Rola owego ujemnego, pasożytującego „trzeciego” świata jest chyba bardziej tragiczna dla naszej planety, jak i ludzi, niż daje się pomyśleć, kwalifikując i wartościując rzeczywistość tylko na pozytywną i negatywną.

Taoizm dzieli wszystko na dwie zasady, żeńską i męską, ziemską i niebiańską. Ziemska jest równie „dobra” jak Niebiańska, więc owo rozdwojenie nie jest moralnie kwalifikowane. Niemniej w starożytnych poglądach zawartych nieco w Księdze I-Cing czy przechowanych w feng-szuei, zasada ziemska, żeńska jest także/bywa destrukcyjna, mściwa i zła. Podobnie zasada męska, niebiańska bywa egocentryczna, ambitna ponad miarę i uparta, co sprawom na dobre nie wychodzi, rodząc z jednej strony degenerację i zbrodnię, z drugiej niekończące się wojny.

W mitologii indyjskiej istnieje opowieść o potworze Rahu, przeciętym na pół i wyrzuconym na orbitę ziemską, gdzie nieustannie i bezskutecznie usiłuje się połączyć w całość. Astrologowie uważają, że chodzi o węzły księżycowe, w Europie nazywane Głową i Ogonem smoczym, w indyjskiej astrologii Rahu i Ketu. Są to punkty przecięcia przez orbitę Księżyca ziemskiej ekliptyki, związane z zaćmieniami słońca i księżyca. W horoskopie niosą one człowiekowi z jednej strony szczęśliwe zbiegi okoliczności, z drugiej zaś pecha, poniżenie i brak okazji wybicia się.

Historię opowiedzianą mi przez dwie sędziwe istoty można najsilniej skojarzyć z odkryciem polskiego astronoma w latach 50-tych, dwóch pyłowych księżyców orbitujących wokół Ziemi w pobliżu widzialnego Księżyca. Od nazwiska odkrywcy zwie się je księżycami Kordylewskiego, a mimo, że zostały sfotografowane, dotąd  są kwestionowane lub uważane za zjawisko przemijające i okazjonalne. Jednak nie udowodniono jeszcze ani ich istnienia, ani nieistnienia.

Z kulami dziwnej energii bombardującymi Ziemię miałam jeszcze spotkania kilka razy. Raz nawet na jawie, w dzień, czego byli świadkowie, moi sąsiedzi, (o ile o to chodziło, a nie o przypadkową zbieżność, o której świadczyłby sen, jaki miałam następnej nocy). Opiszę to przy innej okazji.

Okres czasu, podany mi przez istoty jest identyczny z tym zapisanym w Objawieniu św. Jana, jak i w Księdze Daniela. Co naprawdę oznacza, jaki przelicznik czasu można zastosować, aby odszyfrować informację, nie ośmielę się twierdzić, że wiem.

Tymczasem kontynuuję opowieść Xięgi.

3ksiezyce

Xięga, cd.

5.

Xięga istnieje od zawsze i po wieczność, w niezmiennym punkcie przestrzeni, do którego dotrzeć jest najtrudniej w świecie. Łatwo jest ją sobie wyobrazić i umieścić powyżej wierzchołka głowy, jednak otwiera się tylko wtedy, gdy sama tego zechce. Obdarzona jest świadomością, gdyż dokładnie zna tego, kto po nią sięga. Mimo wszystko pozostaje zbiorem informacji zapisanych świetlnym pismem w przestrzeni nie większej, niż pyłek kurzu. A do tego zbioru trzeba mieć klucz.

Drobina świetlistego pyłu rzuca niekiedy krąg blasku wielkości złotówki. Potrafi ukazać się w miejscu, gdzie zalega cień i znikąd nie ma dostępu światła. W zasłoniętym nocą pokoju sypialnym na ścianie przy łóżku, we wnętrzu szafy albo pod biurkiem. Nie da się dotknąć ani schwycić w dłonie, ale kiedyś udało mi się w nią spojrzeć z bliska, zajrzeć w głąb. Krążek światła okazał się czymś w rodzaju mikroskopowego okularu. Z drugiego końca patrzyła na mnie drobna biała istota o ogromnych czarnych oczach. Widziała mnie, tak jak ja ją.

Potrafiła się z tego krążka świetlnego wynurzyć cała, ale nigdy nie byłam tego bezpośrednim świadkiem. Jedynie rano budziłam się ze strzępami przypomnień z nocy. Przepaścistych oczu czy dłoni manipulujących zdecydowanie przy mojej głowie lub nerkach. Dłoni o bardzo długich, szczupłych czterech palcach.

Zostawały mi po tych wizytach ogniki światła w głowie. Czułam mrowiący ucisk w kilku punktach czaszki. Z biegiem czasu ogniki uwalniały tkwiący w nich zapis. Po kolei, stopniowo. Jedna po drugiej. Trwało to kilka tygodni, miesięcy. Aż do następnej wizyty dziwnego gościa.

Którejś nocy wyszły mi na spotkanie dwie istoty. Sędziwe, bliźniacze, białe, o szerokich, uśmiechających się faliście ustach i bystrych czarnych wielkich oczach. Na ich płaskich drobnych twarzach ledwie wystawały maleńkie kostki nosowe. Jeden z nich wydał mi się nieco starszy. Różniło go od drugiego połyskliwe spojrzenie okrągłych oczu. Jego wyraz.

Xięga przemawiała przez nich.

Zaczęło się miliony, setki milionów i miliardy lat temu. W czasach, gdy na Ziemi dopiero powstawało życie. Ale została już obsiana i zapłodniona. Coś nagle spadło na nią z nieba. To nie było dobre. Było ciemne, najciemniejsze. Spowodowało jednak niebywały skok rozwojowy pierwszych organizmów. Każdy z gatunków wskoczył od razu oczko wyżej. Bo pojawiło się coś, przed czym musiały szaleńczo się bronić, aby przetrwać. Pożerająca pustka.

Życie zwyciężyło. W wyniku intensywnych mutacji i pojedynków między prymitywnymi organizmami utworzyła się ogromna ilość plazmy, która w końcu oderwała się od planety i poszybowała w przestrzeń kosmiczną. Do tej pory okrąża Ziemię jako chmura pyłu, bombardując od czasu do czasu jej powierzchnię trującymi kulami, które się od niej niekiedy odrywają. Kule zawierają rodzaj zarodników, którymi grzyb próbuje wciąż na nowo skazić glebę, ciała i umysły żyjących.

Pleśń odporna na najtrudniejsze kosmiczne warunki, wnikając w ciała ziemskich istot potajemnie je zatruwa i zniekształca. To ona przyczyniła się do powstania zapomnienia, złudzeń, a z nimi odstępstwa. Zrodziła choroby, szaleństwo, rozpacz i okrutną radość zła. W wielu okresach zakończonych katastrofą.

Skażeni kosmicznym grzybem popadali w smutek, rozpacz, gniew, zawiść, w końcu w perwersję i drapieżne okrucieństwo. Mrok podstępnie wnikał w mózgi i serca. Płuca ogarniało zaflegmienie. Chorzy zaczynali nieustannie odpluwać. Brak tchu sprawiał, że mogli jedynie zanikać. Tak też rozpoczęły się złorzeczenia. Najstraszniejsze klątwy i bluźnierstwa posługiwały się grzybem. A raczej to grzyb posługiwał się nimi. Wzmacniając wokół siebie najciemniejszą z ciemnych ochronną granicę. To było smutne, groziło przerwaniem eksperymentu „Ziemia”.

– W pierwszej chwili chcieliśmy się poddać – oznajmił jeden z dwóch. – Epidemia postępowała szybciej, niż wszystko, co można było przeciw niej zastosować. To jednak cofnęłoby nas do poziomu, który pragnęliśmy przezwyciężyć. Rozważaliśmy opcję zniszczenia Ziemi w wielkim wybuchu. Tylko to mogło unicestwić rozwijające się skażenie i oczyścić pole.

– Jednak pojawił się ktoś, kto zdecydował inaczej – dodał drugi. W jego oczach pojawiał się błysk, który uznałam za uśmiech. – Zgodziliśmy się mu pomóc. Jego plan i gotowość przejścia przez najgorsze dawały ułamek szansy, że się uda.

– Istniał jedyny sposób, aby spróbować zwyciężyć. Należało zbudować kult oraz rytuał, który by go przeniósł poprzez czas. A wraz z nim podstawowe informacje higieniczne i zasady zachowania równowagi. W świecie pogłębiającej się niepamięci.

Obaj przemawiali razem, choć osobno.

– Wymagało to wielu, wielu lat trudu i cierpienia. Odradzania się w skażonym świecie i podtrzymywania zapory, gdy zaczynała się walić – słuchałam.

– Ci, co zostali wyklęci, przepędzeni, ukamienowani w imię danego im prawa często upadali i stawali się przeciwnikami – przekazywał pierwszy. Jego wzrok migotał iskierkami diabolicznego dowcipu. Pomyślałam, że zna życie od drugiej, tej wyklętej strony.

– Dostawali się wtedy we władzę grzyba, który rozpoczynał swój niedostrzegalny rozkład. Jedni zauważali to i zwracali się na nowo ku prawu, uznając jego potrzebę i słuszność, wracała im świadomość. Zyskali przy tym wyrozumiałą mądrość, której wcześniej nie mieli. Byli jednak tacy, którzy upadali i stawali się diabłami.

– Musieliśmy nieustannie czuwać i wracać, aby prawo nie zwyrodniało, nie przemieniło się w narzędzie złego – uzupełnił drugi. – To my tworzyliśmy kulty i systemy i to my burzyliśmy je, gdy okazały się nieskuteczne. W ich miejsce budowaliśmy inne, ulepszone. Wciąż od nowa paktując z siłami ciemności, byleby odroczyć ostateczny wyrok.

Ziemia została poddana kwarantannie. Otoczona, zamknięta zamkami automatycznie kurczącymi się i zaciskającymi, nikt od wewnątrz nie jest w stanie ich rozerwać. Niby soczewka skupiła w sobie ciemność, wokół której zgromadziły się czujne siły, gotowe w każdej chwili ją zniszczyć.

– Ktoś jednak nie chce, aby zginęła – wyjaśnił pierwszy. – Ktoś postanowił wejść do pułapki. Ktoś drobny i bezbronny. Jemu służą Smoki i Węże, chroniąc go na dnie przepaści. A on je łagodnie powstrzymuje od niszczącego czynu.

– Są Moce, dolne i górne, odwieczne, istniejące – oznajmił drugi i dodał – Zawarły ze sobą pakt. Jeśli ktoś spośród nich zostanie uwięziony na dłużej niż 42 miesiące bezwzględnie ją zniszczą. Zerwą zasłony, wyzwolą więźnia. Reszta nieodwołalnie upadnie w czyhającą czeluść otchłani.

Odcinek ostatni istnieje, ale pozostaje zatrzymany w prywatnym archiwum.

< Xięga, część 1
< Xięga, część 2
< Xięga, część 3

Bóg i Jego kulty

Kult wiąże się z tradycją, praktyką, rytuałami i czcią, oddawaną takiej czy innej formie i imieniu Boga. Indie posiadają tych form nieskończoną ilość, a jogini mają też wiedzę na temat skutków duchowych, jakie można osiągnąć oddając się takiej czy innej praktyce wiary. Chrześcijanie są święcie przekonani, że ich kult jest najprawdziwszy, podobnie jak mahometanie, że ich. Medytacja z jidamem, czyli wizualizowanie sobie wybranej formy boskiej w sercu i wzywanie boskiego imienia, aby się z nim utożsamić i przeżyć „odlot”, stosowana jest nie tylko w hinduizmie czy buddyzmie, ale również w katolicyzmie, pod innymi nazwaniami oczywiście.

thanka

Osobiście nie praktykuję żadnego kultu i mam do wszelkich zbiorowych czci stosunek iście „żydowski”. Pierwsze, odrzucone przez kościół katolicki przykazanie zakazujące oddawania czci jakiemukolwiek obrazowi Boga niewidzialnego i nieznanego jest jakoś naturalnie wyryte w moim sercu. Wrodzony racjonalizm, krytycyzm, dystans powodują, że zmuszanie się do emocji na widok jakichś symboli pachnie mi fałszem na kilometr. A fałszu nie lubię nade wszystko. I sądzę, że Bóg również nie. Lepsza dla Niego jest szczera i prosta niewiara, niż sentymentalna czy faryzejska i interesowna pobożność.

Pewną formą kultu stały się nowoczesne medytacje mające prowadzić do polepszenia jakości życia, poprawy zdrowia, spełnienia życzeń itp. Wiele zapożyczyły z odwiecznych sposobów na uwolnienie z karmy i dostąpienie łaski Boga. Wizualizacja wymarzonego celu, techniki autohipnotyczne, użycie oddechu, kolorów, mudr, gestów, afirmowania w miejsce mantrowania, diety, pochłaniają czas, uwagę, parte ambicją i wolą sukcesu praktykującego taką magię. Religijne medytacje o tyle są czystsze i korzystniejsze, że za cel mają dosięgnięcie Boga, zyskanie Jego Świadomości i uwolnienia od bólu i cierpienia. Dzisiejszy świat w bardzo szybkim tempie masowo schodzi na psy pod tym względem. Zwabiony przemijającym złudnym sukcesem i próżnością.

I ja, mimo dystansu, próbowałam w latach 90-tych różnych sposobów na polepszenie swojego przygnębiającego życia i imałam się najbardziej szalonych praktyk, żeby sobie pomóc. Przekonałam się, że – oprócz otwarcia się na energie Drugiej Strony i kontakt, którym w żaden sposób nie zarządzałam – niewiele, albo nic mi one nie dały. W rzeczywistym sensie. Życie toczyło się jak się toczyło, raczej pod górkę i cuda szerokim łukiem mnie omijały, jak zawsze. Nie pomagały psychoanalizy i terapie, afirmacje, przemeblowania pokoju według zasad feng-szuei (winne były ogólniejsze układy miejsca, których zmienić się nie dało), specjalne oddychanie, odblokowywanie traumy narodzin, wizualizacje pomyślności, lecznicze znaki reiki na odległość, modlitwy z intencją, ani nawet skamląca pokora wobec Boga. Jak tkwiłam w życiowej d…, tak tkwiłam. Astrologia pomagała o tyle, że dzięki jej znajomości omijałam niebezpieczne związki, nie zgadzając się zawczasu na kolejne przegrane. I znosiłam cierpliwie niepomyślności. Niektórzy znajomi uznali, że właśnie dlatego mi się nie wiedzie, bo wierzę w układy planet! Że niby winien jest mój determinizm. Ale ja akurat w tym temacie swoje wiem, i wiem na pewno. Kilka oparzeń, które sobie zafundowałam, lekceważąc „gwiazdy”, przekonało mnie o tym dostatecznie.

Przeznaczenie ma swój czas. I niczym go nie przyspieszysz, ani nie ominiesz. Wiele rzeczy można złagodzić odpowiednią świadomością, ale nie unikaniem losu, albo narzucaniem mu wędzidła swojego Ego. Przyszła taka chwila w moim życiu, że wszystkie więzy puściły, jak zaczarowane, dziesięcioletnie afirmacje spełniły się w ciągu miesiąca. I tych więzów nie mogłam zerwać wcześniej, bo były karmiczne.

Co do rodzaju, pozycji i skuteczności kultów Boga zyskałam kiedyś objaśniający przekaz senny z „górnej półki”. Był bardzo piękny, zatem przytoczę go zamiast dalszych „mądrych” wywodów w tym temacie.

W nocy z 8 na 9 listopada 1997 roku znalazłam się w gigantycznej katedrze. Po obu jej bokach ciągnęły się niezliczone nawy. W każdej z nich przebywała spora grupa wyznawców, klęczących, kłaniających się, mantrujących święte sylaby i odmawiających litanie. Wszyscy byli skupieni na modlitwie do jakiejś ustawionej na ołtarzu świętej figury. W każdej nawie stał inny obiekt kultu. Poczułam, że jestem obdarowana możliwością widzenia tych różnorodnych, czczonych przez ludzi form Boga. Nie każdy mógł je dostrzec i nawet ci, którzy modlili się o to cierpliwie i systematycznie całymi latami, często przyjmowali ich istnienie tylko na wiarę.

Widok był niezwykły, wciągający. W każdej z naw, nad głowami modlącego się tłumu dominowało (wisząc w powietrzu, lub stojąc jako posąg na ołtarzu), ich odrębne bóstwo. Każde z nich przypominało kolorowy, trójwymiarowy hologram i błyszczało przepięknym złotym kolorem. Rozpoznałam Matkę Boską w wieńcu z gwiazd, potężnego czterorękiego Wisznu, uśmiechniętego Gowindę z fletem w dłoniach i girlandą kwiatów na szyi, siedzącego w medytacji Buddę, Jezusa błogosławiącego cierpiących. Ponadto były tam inne, nieznane mi wyobrażenia bogów, o których można przeczytać w podręcznikach religioznawczych lub kronikach historycznych i trudno mi je było nazwać. Bóstwa afrykańskie, indiańskie, syberyjskie, australijskie, wyspiarskie, może nawet atlantydzkie. Niektóre z nich sprawiały wrażenie zupełnie pierwotnych, na pół zwierzęcych, totemicznych, dzikich i archaicznych. Każde koncentrowało na sobie uwagę wielu osób i idealnie odzwierciedlało poziom rozwoju ich świadomości, cele życiowe i przekonania moralne.
Patrząc na to zauważyłam
(jakby się obudziwszy w tym śnie), że leżę prawie pośrodku tej niesamowicie ogromnej świątyni na czymś, co przypomina prostą pryczę. Wokół mnie snuje się mnóstwo ludzi, z których większość zmierza w znane sobie części kościoła, inni słuchają modłów i zastanawiają się, w której nawie przystanąć. Panuje tłok i zamieszanie. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Zaczęłam się zastanawiać, co wypada teraz uczynić, bo przecież spać w tym przechodnim miejscu długo się nie da. Trochę zdezorientowana zsunęłam nogi z łóżka na ozdobną posadzkę, udając, że podejmuję jakąś ważną decyzję, tak jak inni. Wtedy obok kolumny, przy której mieściło się moje legowisko dostrzegłam 12-letniego rozweselonego chłopca, podobnego do mego kolegi z dzieciństwa, Wiesława (Wiedzący, jak sławić Boga). Był ubrany w zwykłe dżinsy i flanelową koszulę w kratkę. Przez nikogo niedostrzeżony i nierozpoznany skinął na mnie ręką.

W jednej chwili mój umysł rozszerzył się i natychmiast – drogą z umysłu do umysłu – wchłonęłam jego przekaz. Dowiedziałam się, że ten – pełen absolutnej wolności od obowiązujących w świadomości wyznawców przekonań, aspekt swojej boskiej dziecięcości, z której wyłaniają się nowe cudowne światy, pokazuje bardzo nielicznym. Jedynie tym, którzy kierują się głosem serca, bez liczenia się z czymkolwiek z zewnątrz, bo kochają go absolutnie i pozwalają mu być takim, jaki jest i jaki akurat chce być, godząc się nawet na rolę diabła, gdyby tylko przyszedł mu do głowy taki pomysł.

Porwała mnie ekstaza miłości i radości. Uniosłam się wysoko, cała roziskrzona żywą energią. I ogarnął prosty, wibrujący śmiech boga. Ale łobuziak z niego, cha, cha!

*

Sen zawarł mnóstwo informacji i symboli. Oto niektóre z nich, słowami Jarka Bzomy:

Złoto–perlisty, złoty kolor – kolor ciała buddycznego. Poziom Metatrona śni się w złotych kolorach. Ukazuje się czasem jako pusta szata, pokryta złotym płaszczem wytłoczonym we wszystkich bogów, jacy kiedykolwiek byli wyobrażeni na świecie.

Poziom brahmaniczny 8/3 – poziom świetlistych bogów, świat form Świadomości opierających się rozpadowi, Metatrona, jeszcze po przejawionej stronie Granicy 8/9. To poziom bytów określanych w hinduizmie Dewami, realizującymi się w kontrolowaniu rozpadu form Świadomości w Nicość 8/2.

Dziecko – otworzony do naszej eksploracji kolejny wyższy (starszy) poziom Świadomości, w snach dziecko jest tak naprawdę starsze od nas. To osobowa forma badanego poziomu. W snach może symbolizować młode pokolenie, przyszłość. To symbol potencjału wzrostowego z wyższego poziomu.

Ponieważ chłopiec miał 12 lat, należy wziąć też pod uwagę i tę liczbę.

Poziom dwunasty – Świątynia.

Ekstaza

Wypada zacząć od teorii. Zainteresowanych szczegółowymi kwalifikacjami wewnętrznych stanów psychicznych możliwych do osiągnięcia i doznania w wyniku praktyki duchowej odsyłam do autorów zajmujących się indyjską jogą, bądź samych indyjskich ksiąg, traktujących o tej delikatnej i nieuchwytnej materii. Od siebie polecam na początek książkę „Patańdżali i joga” Mircei Eliade, zwarte kompedium najważniejszych informacji w tym temacie, zaczerpniętych z podstawowych starożytnych dzieł hinduizmu (i nie tylko), czyli Jogasutr, Wedanty, Puran, Mahabharaty, Gity, starożytnych komentatorów i joginów.

Dla przybliżenia tematu w prosty sposób daję krótki opis ze swojego sennika, czyli książeczki „Symbole senne – znaki na Drodze do Życia”.

Ekstaza – euforyczny stan psychiczny poprzedzony i wywołany przepływem energii przez ciało, zdarza się w snach świadomych, wizyjnych i inspirowanych. Umyka opisowi, gdyż jego podstawową cechą jest przekroczenie znanej z jawy percepcji umysłu i wyjście świadomości poza znane jej rozróżnienia, czas i posiadaną wiedzę. Trwa przeważnie krótko, może jej towarzyszyć eksterioryzacja i kontakt z postaciami spoza trójwymiarowej przestrzeni, w której na co dzień prosperuje nasz umysł i zmysły. Miewa wielki, harmonizujący i uzdrawiający wpływ na psychikę, a czasem ciało fizyczne.

Eksterioryzacja – zjawisko dość często spontanicznie doświadczane we śnie i zapamiętywane jako lot w górze, czasem jako wysiadanie z samochodu (obrazującego ciało fizyczne). Spowodowane oddzieleniem się ciała astralnego od fizycznego. Może to być wywołane wielkim strachem we śnie lub odwrotnie ekstatyczną błogością. Eksterioryzować świadomie można się nauczyć. Wiele elementów e. zawierają świadome sny, a więc specyficzny dźwięk podczas wchodzenia w trans (brzęczenie, buczenie, dzwonienie), lot przez tunel ku światłu, gdzie zaczyna się świat snu, odbierany wszystkimi zmysłami ciała i w pełnej świadomości. Powrót odbywa się na odwróconej zasadzie i odczuwa się go jako pewien wstrząs, powodujący natychmiastowe obudzenie się w ciele fizycznym. Czasem udaje się dotknąć srebrnego sznura, cienkiego i rozciągliwego przewodu wyrastającego spomiędzy łopatek na plecach, który łączy ciało fizyczne z subtelnym odpowiednikiem. Daje się on rozciągać na kosmiczne odległości i zawsze ściąga bezpiecznie wędrowca do pogrążonego w swoistym letargu ciała fizycznego.

jogin

A jako przykład jednego z możliwych wewnętrznych doznań, wykraczających poza fizyczne zmysły i wszelkie pojęcia znane z jawy, przedstawiam swój sen-nie-sen. Ma on pewne cechy ufologiczne, religijne, spotkania z duchowymi mistrzami i pobierania nauk z wysokich poziomów. Zatem wszystko w jednym!

*

Wieczorem 16 sierpnia 1994 roku ogarnęła mnie niezrozumiała ochota, by położyć się spać w innym pokoju, z którego okno wychodzi na podwórze. I tam niespodziewanie weszłam od razu w głęboki trans.

Zaraz po zamknięciu oczu wyrwała mnie z ciała fizycznego fala energii. Uniosłam się nad nim i z ciekawością wyjrzałam przez okno na podwórze. Ku mojemu zdziwieniu nie było ciemno. Podwórze było rozświetlone bladym światłem, tworzącym szarówkę. W jego głębi na tle budynku gospodarczego zobaczyłam grupę około dziesięciu ludzi, siedzących na różne sposoby wokół centralnej postaci młodego, pięknego mężczyzny z długimi do ramion włosami. Z jego wnętrza emanował iskrzący się żywy blask krystalicznie czystego światła. A więc to on był źródłem oświetlenia! Wiedziałam wprost, że jest mistrzem, synem bożym, jego imię nie wydało mi się istotne. Kiedy tak mu się z fascynacją przyglądałam, podniósł nagle oczy i nasze spojrzenia się spotkały. W tej samej chwili dobiegł mnie prąd energii o niesamowitej mocy.
Błyskawicznie popłynął wzdłuż moich rąk, tułowia i nóg, a ja przestraszyłam się, (bo to bolało), że moje fizyczne przecież ciało nie wytrzyma takiego natężenia, że popęka i rozsypie się jak krucha szklanka. Nad moją głową rozbłysła żarówka oślepiająco białym światłem. To z niej płynął strumień, przelewający się teraz przez moje udręczone ciało i sprawiał, że stopniowo jednak wzrastałam i przemieniałam się od wewnątrz w kogoś świetlistego, zupełnie innego, niż dotąd.

Zaaferowana przeżywaniem światła nie zauważyłam jak mistrz z uczniami znikł, a kiedy odzyskałam równowagę, na podwórzu rozgrywała się już inna scena.

Przed domem, w odległości najwyżej metra nad ziemią unosił się teraz kosmiczny pojazd. Miał kształt idealnej piramidy, błyszczał jak zrobiony z kryształu. Na przedniej ściance widniały – blisko czubka – dwa romboidalne okienka. Swoją wielkością zajmował przestrzeń między budynkiem gospodarczym a domem, nie był ani zbyt wielki, ani zbyt mały, w sam raz, aby pomieścić swobodnie kilkoro ludzi. Nie pamiętam, jakim sposobem wyszedł z niego człowiek. Mężczyzna. Niezwykle szczupły i wysoki, mógł mieć nawet 3 metry wzrostu. Patrzył w moją stronę i najwyraźniej zauważył mnie za okienną szybą, gdyż uśmiechnął się i podniósł dłoń w geście pozdrowienia. Ogarnęło mnie wzruszenie, miłosne. Wiedziałam, że reprezentował potęgę cywilizacji ludzi z Ziemi, jednej z niezliczonej ilości podobnych do niej we wszechświecie, połączonych jedną wiedzą i jednym celem. Nie zdziwiła mnie także własna myśl, że stoję oko w oko z przemienionym człowiekiem przyszłości, który w swoim idealnym ciele, bytującym w sferze wiecznego teraz, kontaktuje się poprzez bramę w czasoprzestrzeni z jedną ze swoich licznych replik, wysłanych w przeszłość. Być może, aby naprawić jakieś błędy popełnione dawno temu, przeszkadzające mu stać się jednością z wieloma. Pozdrowiłam go złożeniem dłoni i skinieniem głowy. I w tej samej chwili mój umysł… Boże, co się z nim dzieje?… utożsamił się z nim, rozszerzył i otworzył.
Wszystko stało się oczywiste w ułamku sekundy! Znalazłam się wewnątrz wspólnoty tych doskonałych istot, połączonej miłością tak żywą i pełną absolutnego oddania sobie nawzajem, tak wibrującą, tak falującą, tak nieskończenie wzrastającą, tak namiętną, tak orgiastyczną i ekstatyczną, że nie da się z nią porównać żadnego, nawet najrozkoszniejszego ziemskiego doznania.

Potem wszystko skurczyło się, znikło i otworzyłam przytomnie oczy po środku nocy, w pustym cichym pokoju, jak zawsze, jak zwykle.

Budynek gospodarczy to makieta sfery nieprzejawienia, czyli poziomów 9-13. Pojazd  pojawił się w strefie przejawionego ducha 6-8. Jego reprezentacją była żarówka nad moją głową, do której zostałam podłączona. Obserwowałam go przez szybę pokoju, czyli granicę 5/6, ze swojego domu, czyli ciała mentalnego i poziomu 4.

Kształt piramidy i geometria okienek wyjaśnia Jarosław Bzoma tak:

Figury geometryczne mogą pojawić się na poziomie duszy 7, ponieważ Atman jest tak naprawdę Brahmanem. Romby, kwadraty, koła, trójkąty, wielościany pochodzą z poziomu brahmanicznego, Nicości 8 i śnią się na tym i wyższym poziomie. Towarzyszy temu świadomość relacji między figurami i ich znaczenia.

Tu jednak jest pewien niuans. Krystaliczność. Trzeba więc brać pod uwagę, że pojazd reprezentował poziom wyższy, niż tylko Brahman.

Świątynia, zamek, też Szklana Góra nie jest niczym innym jak wirem swoim najgęściejszym bezwymiarowym punktem skierowanym ku górze. Niektórym śni się jako zamek na szklanej górze albo szklany pałac (tak jak w baśniach).

Oraz to:

Kryształowy Wir pochodzi z wnętrza Szczeliny 8-12.

Xięga, część 3 czyli Wojna w Orionie

Kolejny wgląd w Xięgę. Biblioteka ma swoje zakamarki, do których dostęp bywa utrudniony. Są siły, które jak w poprzedniej części, wprowadzają chaos i nieporządek, aby utrudnić możliwość poznania pewnych informacji. Albo ich właściwe zrozumienie. Zapewne po to, aby nimi sterować w umysłach pozbawionych pamięci i wiedzy ludzi. Są też takie, które je chronią. W tym wypadku osoba bibliotekarza, występującego pod nieobecność żony jest nie tylko moim przewodnikiem, ale i dysponentem zapisu, Ojcem z poziomów nieprzejawionych, który śni się czasem jako sklerotyczny staruszek. Zważywszy jego kresowe pochodzenie zapewne jest to poziom 10 i mniej, niż 10, czerwonego równoramiennego krzyża, skąd startuje (w dół, ku Przejawieniu) Wielka Karma.
Część symboliczną owego snu zakończył bezpośredni wgląd i przepływ informacji z odczytu, tak intensywny i prędki, że minęło dużo czasu, nim udało mi się je wszystkie odtworzyć. Pomogła mi w tym analiza szeregu snów wizyjnych z innych miesięcy i lat.
Oczywiście, odtworzenie szczegółów oparte na interpretacji symbolicznej warstwy przekazu opiera się na mojej logice, zawsze niedoskonałej wiedzy i może być miejscami obarczone błędem, bądź przekręcone. Zawsze uratować mnie może forma literacka, wszak styl fantastyczny dopuszcza rojenia od-autorskie.
Akcję pozostawiam niezmienioną, jedynie podsuwam jej zrozumienie. Nazwa planety padła we śnie, jak i nazwa inteligentnego budulca gwiezdnego okrętu.
W większości wszystko toczy się na wysokich poziomach, bliskich czarnej dziury i granicy 8/9. Czym i kim są w gruncie rzeczy bohaterowie wydarzeń, gadzie bestie, nieśmiertelni panowie, a także wieża nad jeziorem (odpowiednik mitycznej góry Meru, czy Axis mundi), otchłanne morze (hind. Morze Przyczyn), można się domyślać. Zwłaszcza liznąwszy choćby trochę systematyki poczynionej przez Jarosława Bzomę, a dotyczącej egregorów i ich rezydentów, kryształowego wiru i pamięci karmicznej. O pewnych niuansach dotyczących tzw. poprzednich wcieleń – choć w największej części zgadzam się z J.B., że jest ona przynależna sieci karmicznej, a nie istocie świadomości, która się w danym splocie rodzi, to jednak biorę też pod uwagę inne sugestie na ten temat ze snów. Są istoty, które postanowiły z jakichś – zdaje się różnych gatunkowo powodów – nie rozstawać się ze swym „urojeniowym ja”, tożsamością i pozycją. I w jakiś sposób panują nad procesem w świecie Małej Karmy. Mając lepszy dostęp do zapisu genetycznej pamięci rodu. Może to służyć różnym celom, i „dobrym” i „złym”, w każdym razie pozwala na toczenie gry w czasoprzestrzeni istotom, które od niej mniej zależą, albo nawet wcale.
Historie bohaterów, biorących udział w II wojnie światów śniły mi się po wielekroć, z różnych punktów widzenia i stanowią trzon większej ilości opowiadań. Zaszyfrowanych językiem snów.

Orion

Xięga, cd.

4.

Ze snów wiedziałam już, czego pragnę i nie ustawałam w przywoływaniu następnego wglądu we wszystkowiedzącą Xięgę. W końcu udało mi się trafić na jej fragment w gminnej bibliotece. Tyle razy tam chodziłam i nigdy nie natknęłam się na tę pozycję! A przecież doskonale znałam rozkład, tematykę, kolejność autorów i wszystkie tytuły w każdym zakamarku księgozbioru. Dzięki sympatii do mego ojca, wielkiego miłośnika książek, żywionej przez małżeńską parę bibliotekarzy miałam wolny wstęp między półki od dziecka. I robiłam to najczęściej jak się dało, od kiedy tylko nauczyłam się czytać.

Książkę, o której mówię wskazał mi dopiero stary bibliotekarz, pan Utopinetz. Prywatnie wielki miłośnik grzybiarstwa, co dodatkowo połączyło go węzłem przyjaźni z moim ojcem, również namiętnym grzybiarzem. Pan Utopinetz studiował życie grzybów z wielkim zaangażowaniem. Miał zwyczaj siadać w lesie przy grzybie i patrzeć godzinami, jak rośnie. Miał swoją teorię. Twierdził, że grzyby rosną skokowo. Powiększają się co jakiś czas w jednej chwili.

Kiedy zwierzyłam mu się, że sama nie wiem, czego dzisiaj chcę, bo większość napisanych książek dobrze już znam, a mam ochotę przeczytać coś naprawdę ciekawego i ta ciekawość mnie ssie, zapytał swoim zabawnym lwowskim akcentem, jaki temat interesuje mnie najbardziej.

– Coś pomiędzy fantastyką a dokumentem, kosmologią a filozofią, snem a jawą – odparłam.

Wstał zza swojego odrapanego biurka i ruszył pierwszy starczym drobnym krokiem.

– Chodź za mną – powiedział cicho. Mówił mi po imieniu, gdyż znał mnie od zawsze.

Szurając przydeptanymi filcowymi papuciami po starannie wyszorowanej i zamiecionej drewnianej podłodze zaprowadził mnie do niewielkiej pakamery, w której nigdy do tej pory nie byłam. Sądziłam, że za nieustannie zamkniętymi drzwiami mieści się coś w rodzaju kuchenki dla pracowników albo przedłużenia kartotek bibliotecznych.

– Ojej! – aż westchnęłam od progu.

Stał tam regał ze starymi książkami.

– Odłożyłem je, bo już nie nadają się do wypożyczania, tak są zużyte. A zniszczyć ich nie miałem serca – stwierdził pan Utopinetz, który jako rodowity kresowiak lubił wspominać o sercu.

Przechyliwszy głowę na bok wprawnie przesunęłam nieruchomymi oczami po grzbietach wytartych od czytelniczych rąk książek. I zaraz pewnym ruchem sięgnęłam po to, co okazało się bardzo cennym wypisem z odwiecznej Xięgi. Na najwyższej półce stała trylogia pod tytułem: Historia wojny w Orionie. Dłonie mi zadrżały.

– Zerknij w opowieść o walce z gadzimi istotami, które po pierwszej wojnie światów zostały zrzucone na Ziemię… Teraz toczy się druga wojna i my bierzemy w niej udział – bąknął pan Utopinetz, który jak się okazało, świetnie znał jej treść. Ucieszył się, że ją wybrałam.

– Doskonale. To rzeczywiście bardzo ciekawe.

Przeczytałam całość z zapartym tchem. Zaraz po powrocie do domu.

diozaury

Pierwszy tom opowiadał historię, która wydarzyła się dawno temu na planecie zwanej Batrin, co w ziemskim języku znaczy Starzec.  Zaś tom drugi traktował o sprawach skądinąd, które do tego doprowadziły.

Zaczęło się od tego, że jeden z czterech obejrzał się za siebie. A oto potwór wyłonił się z morskich głębin. Z jakiegoś powodu czwarty przystanął. Wtedy bestia zauważyła go.
Poruszała się błyskawicznie. Przyskoczyła ku niemu i jednym kłapnięciem zębatych szczęk pożarła, przez chwilę szamocząc jeszcze jego bezwładnym, krwawiącym obficie ciałem w wodzie. Natychmiast nadbiegł z głębi wód drugi podobny potwór. Oba były samicami z gatunków tyranosaurus rex i allosaurus maximus. Zaczęły zażarcie walczyć ze sobą.

Wróciwszy na Batrin, to Xięga oznajmiła, że w odróżnieniu od Ziemi-Alfa, w toku dziejów zapanował na niej ustrój komunistyczny. Ten system zmuszał poszczególnych ludzi do mrówczej pracy na rzecz wspólnoty i nakazywał porzucenie jednostkowych potrzeb i różnic pod groźbą kary śmierci lub biologicznego i psychicznego okaleczenia. Z czasem zarzucono stosowanie bezpośredniego przymusu. System wykształcił samodoskonalącą się metodę oszukiwania obywateli przy pomocy technologii medialnych i ogromnych masowych ceremonii wprawiających w zbiorowy trans. Ludzie żyli w złudzeniu indywidualnych potrzeb zaspokajanych przez bezosobowe korporacyjne twory gospodarcze i wzorce przez nie propagowane. Potrzeby były sztucznie generowane i sterowane metodą kontroli umysłów i systemem nagród. Stosowano eugenikę i genetyczną modyfikację, zwierzęce łączenie się w rodziny przemieniono w zawodowe funkcje opiekuńcze realizowane w państwowych placówkach, rozród przestał być przypadkowy, tak samo stan zdrowia i liczebność populacji. Wraz z podatnością na choroby zniwelowano w końcu agresję, przestępczość, różnorodność ras, kultur i języków. Znikła religia, jej rolę przejął kult technologii i sztuka wielkich masowych przedstawień i sportowych igrzysk. Pokarm wytwarzano w fabrykach, w końcu stał się syntetyczny i wywierał wpływ na psychikę ludzi tak, że nie byli w stanie się sprzeciwić, ani powrócić do tego, od czego wyszli.

Systemem zasłon zarządzała ukryta za nimi elita. W życiu społecznym odgrywająca rolę zwykłych obywateli. Na jej szczycie stał król panujący nad nieświadomymi jego istnienia masami. W żadnym razie ogół go nie wybierał, nawet nie miał pojęcia, że ktoś taki istnieje. Był głową rodu władców, i to krew decydowała o jego roli. Moc zbiorowości służyła mu. Ród zaś rezydował za zasłoną materialną w niezmiennie wygodnych warunkach, dysponując dostępem do wspólnej pamięci i technologii wcieleń, niosących w praktyce długowieczność fizyczną i nieśmiertelność kształtowanej i niesionej niezmiennie przez tysiąclecia tożsamości.

Krew z czasem zdegenerowała się. Czas bliski był końca cyklu planetarnego trwania. Klan rządzący urósł tak w pychę, że sam wpadł w pułapkę przez siebie zastawioną. Zdecydował się wykorzystać energię Najwyższego w swoich miałkich celach przetrwania. Samodoskonalący się system zasłon, niwelując problemy przeludnionej planety ukształtował sztuczną inteligencję, a ta przejęła pamięć zbiorową. Zaszczepiona w prymitywne struktury biologiczne zaczęła mnożyć się jak bakterie, wymykając się spod kontroli jej projektantów. Równowaga świadomości i nieświadomości została nagle zakłócona, a z biegiem czasu dusza planety pożarta i unicestwiona przez agresywny cień, który wyniknął z zagrzybionych światów. Na Batrin pozostawały jeszcze ciała dawnych jej mieszkańców, sług swoich panów, ożywione jak kukiełki tym czymś nie do opisania wrogim, podstępnym, fałszywym i w istocie swojej pustym i bezdusznie okrutnym. Degradowały się w szybkim tempie, niszcząc i pożerając siebie nawzajem.

Panowie Batrin, w dramatycznym akcie przeżycia za wszelką cenę, spróbowali wydostać się ze swojego świata zbudowanym zawczasu okrętem. Jego graffetowy człon sterujący obdarzony był sztuczną świadomością i zapisem pamięci rodu. Zapadli w nieskończoną śpiączkę złożeni w chronionych pojemnikach przypominających grobowce. Ich cherlawe bezpłciowe ciała nie dawały im szans na przeżycie. Wraz z nimi przenosiło się coś, co poszukiwało nowych dawców niezbędnego dla swego istnienia żywego pokarmu, dusz. Okręt krążył nieskończenie długo wokół gwiazdy Przejścia, licząc na zbieg okoliczności, który pozwoliłby mu wydostać się z pętli czasu.

Tymczasem w trakcie wojennego starcia oba potwory zostały zbombardowane przez armie trzech Sprzymierzonych. W wyniku ich zwycięstwa wzeszła na niebie cudownie błękitna zorza, okolona pierścieniem błyszczących złotych gwiazd. Ustanowiono połączenie i unię. Trójka ocalałych bohaterów historii nie mogła jej uczcić wiedząc, że nie jest to jeszcze koniec walki.

– Przyczajmy się, obserwujmy – postanowili. – Gady na pewno wymyśliły jakiś podstęp.

Osiedli na skraju Oriona, u ujścia Świętej Rzeki, w miejscu Kolebką zwanym. Trapił ich tajemny niepokój. Który sprawiał, że nigdy nie przestawali czuwać.

wieża

Tom trzeci traktował o dziejach drugiej kosmicznej wojny, która miała dokonać się na Ziemi. Bo tutaj ostatecznie został zrzucony wrogi czynnik. Na wysokościach powstał program działający w czasie. Strzegła go wieża, sięgająca najwyższych wymiarów, zakotwiczona teraz na kamiennych ziemskich podwalinach i wzniesiona w spokojnym równinnym rejonie na skraju słodkiego jeziora bardzo blisko morskiego brzegu. Zgodnie z Planem Planów główni rezydenci wieży i pełni poświęcenia ochotnicy z wysokich światów, mieli schodzić z niej w dół wymiennie, po kolei, parami. W celu ochrony ich pamięci o przyczynie i celu. Gdyby powrót na górę wydłużał się, albo nawet dramatycznie załamał, w planie były ekspedycje ratujące i przywracające zgubione wartości wraz z wiedzą o nadchodzącym końcu rzeczy. Nieśmiertelny duch z wieży, zachowujący znajomość wszystkich wcieleń mógł osiąść na którymś z ich ziemskich potomków, po czym pomóc im wrócić do strażnicy. Tak miało się dziać, aż do wyznaczonego nieodwołanie przez ukazanie się Solis, terminu ostatecznego starcia.

U kresu mieli zejść z wieży wszyscy biorący udział w rozgrywce, nawet trzej naczelnicy, głowa projektu. Robiąc to jako ostatni.

Wreszcie któregoś letniego, nader słonecznego dnia wleciał do ich wiejskiej chaty przez otwarte okno duży, czarny jak smoła owad. Osaczyli go, zabili i dokładnie obejrzeli. Była to odrażająca hybryda muchy i pszczoły. Istota na poły ziemska, na poły niebiańska, z niży i z wyży zarazem. Skażona i zagrzybiona, zamykająca w sobie skalany skarb. Wszyscy w milczeniu spojrzeli na siebie. Ponura świadomość ścisnęła ich serca. Oto zaczynający się lęgnąć pomiot bestii mógł wykluć się tutaj z pozostawionych przez nie gdzieś w ukrytym miejscu jaj. Jedyna nadzieja była w tym, że pamięć zawarta w genach złotych pszczół nie da się zniszczyć, przezwycięży spleśniałe mroczne skłonności i odezwie się samoistnie w chwili starcia. Przeważając szalę zwycięstwa nad cieniem.

Cdn.

< Xięga 1
< Xięga 2

Xięga – część 2

Xięga powracała konsekwentnie, budząc energie, trans i pozwalając  w siebie wejrzeć, a wtedy towarzyszyły jej sny symboliczne. To dzięki nim właściwie, a nie psychoanalitykom, zorientowałam się, że osoby ze snów, znane na jawie, są formami dla czegoś/kogoś innego, kto przybiera ich postać w jakimś symbolicznym i czytelnym dla śniącego celu.
Najważniejszymi postaciami w życiu są rodzice. W tak ważkich snach, jak wgląd w kronikę Akaszy, reprezentują oni matkę i ojca z nieba. Duchowe byty, nieprzejawione lub przejawione wysoko. Mogą wtajemniczyć choćby w dzieje twojej duszy…
Wracając do poprzedniej części opowieści, łatwiej jest też już chyba sobie wyobrazić kogo reprezentowała moja babka, właścicielka Biblioteki.
Dwaj moi kuzyni z niniejszej części to ja sama w potrojeniu. „Trzy osoby/istoty to objaw wyższych poziomów powyżej granicy 5/6.” (J. Bzoma).
Podwójna forma mego ojca miała za zadanie unaocznić obniżenie jego pozycji i przejawienie się nieprzejawionego ojca na niższym poziomie. Co wyjaśnia zapis w Xiędze.

Dysk

Xięga cd.

3.

Po latach znów się tam znalazłam, jak czasami w dzieciństwie, ukradkiem przed babką chowającą klucz od gościnnego pokoju w kuchennym kredensie. Byłam już dorosła, dziadkowie nie żyli, lecz wejścia do pokoju strzegli teraz ich dwaj synowie spadkobiercy.

Nie byłam sama. Miałam młodszych od siebie towarzyszy. Byli to moi stryjeczni bracia, Mirosław i Sławomir. Aby odnaleźć odwieczną Xięgę dostaliśmy się we trójkę do gościnnego pokoju w domu naszych dziadków, który po ich śmierci stał się ich mieszkaniem. Opowiedziałam kuzynom o jej niewidzialnych mocach i zapalili się, aby ją poznać. Działaliśmy szybko i w napięciu. Taki był plan: dostać się i czym prędzej zaczerpnąć trochę wiedzy, ile się da, choćby cokolwiek. Przekręciłam duży żelazny klucz w zamku pomalowanych na biało drzwi, który przed chwilą wyciągnęłam z kredensowej szuflady.

Wsunęliśmy się chyłkiem do pokoju. Pachniało w nim długotrwałą, lekko spleśniałą wilgocią i starymi meblami. Zalegał cień, gdyż zasłonięte story w oknie wychodzącym na zachód nie wpuszczały zbyt wiele światła. Odsunęłam szybkę chroniącą księgozbiór przed kurzem. Była gruba, kryształowa, z kwiatowymi wzorami rżniętymi na szlifowanych obrzeżach. Zawsze zacinała się w jednym miejscu i tu trzeba było unieść ją nieco do góry i użyć cierpliwego nacisku, aby ją przesunąć i umożliwić sięgnięcie po najciekawsze pozycje na półkach. Jedno z nas pozostało przy drzwiach nasłuchując z palcem na ustach. Cicho, cicho…

We dwójkę chwytaliśmy zachłannie to, co wpadło nam w ręce. Każde inną książkę. Ja od razu sięgnęłam po Xięgę, którą już zaczęłam poznawać, o której marzyłam i od dawna czekałam na kolejne otwarcie.

Ułożyłam ją na jadalnym stole, dużym, okrągłym, z toczonymi ozdobnie nogami. Niegdyś z okazji świąt i rodzinnego zjazdu babka rozsuwała go w dużo większą elipsę, nakrywała białym haftowanym własnoręcznie obrusem i ustawiała na nim porcelanową zastawę pełną przysmaków. Tylko ona umiała takie przyrządzać. Od czasu jej odejścia stół lepił się od zwilgotniałego kurzu, osłonięty wyburzałą narzutą na łóżko zamiast obrusa. W zamykanym, dawniej gościnnym pokoju gromadzono bezużyteczne przedmioty i graty, panował przykry dla oka bałagan. Nie miałam jednak czasu na żale, wspominki, ani też namaszczenie czy zachwyt. Otworzyłam Xięgę na chybił trafił i zaczęłam szybko wertować ilustrowane strony. Usiłowałam zapamiętać jak najwięcej, nim ta możliwość zostanie mi odebrana. I czytałam pilnie w nerwowym i czujnym pośpiechu.

Xięga zdawała się odpowiadać na moje najgłębsze pytanie. Którego nawet nie zdążyłam sobie jeszcze zadać. Otworzyła się na stronie, która z miejsca przykuła moją uwagę. Tekst mówił o tym, że w pradawnych czasach rozwinęła się rasa istot, które osiągnęły tak wysoki poziom rozwoju, że przedostały się „na drugą stronę wszechświata”, weszły w anty-świat.

Wtem owa strona zamieniła się w rodzaj trójwymiarowego ekranu. Pojawiła się na nim forma kuli z punktowym jądrem (jak model wszechświata lub atomu), a owe istoty odbyły drogę z jednego brzegu kuli na drugi, przeciwległy na niej, przemieszczając się po linii prostej przecinającej jej środek. Była to grupa Antychrysta, jak przeczytałam. Następnie ustanowiła w niższej przestrzeni, w której się uprzednio narodziła i z której już była wyszła – hierarchię rządzącą zogniskowaną na tym „nieomal najwyższym poziomie”, który zdołała osiągnąć.

Nagle pojęłam, kim był mój ojciec. I na czym polegało jego szaleństwo, któremu oddawał się w moich snach całą duszą.

W tej samej chwili zastukał niecierpliwie do drzwi, a mój drugi kuzyn, Mirosław otworzył je przed nim z pobladłą twarzą, drżąc na ciele. Jego stryj, a mój ojciec był mężczyzną w średnim wieku, wysokim, szczupłym, lekko przygarbionym, z kilkudniowym zarostem na wychudzonej twarzy, z powodu wieloletniego nałogu palenia często pokasłującym i chrząkającym. Ubrany niechlujnie, z błyszczącymi niezdrowo oczami okazał się być teraz pod wpływem alkoholu, a ja wiedziałam, że od dawna bywa taki prawie ciągle.

Nawet, gdy stał już w otwartych drzwiach łykałam jeszcze ostatki informacji z Xięgi. Póki mi jej nie odbierze i nie schowa znowu na półce biblioteczki.

Należałam do innej grupy istot, dzieci tych, co zrodzili się z tych, którzy pojawili się z anty-materialnego świata i znów tam odeszli.

– Tak! – wykrzyknęłam przyciskając Xięgę do siebie – Mam takie samo prawo, jak ty, tato, poznać tę książkę. Należy też do mnie. Nie możesz zabronić mi jej czytać!

Kuzyni poparli mnie w tym żądaniu. Nie było to łatwe. Alkoholizm trwale zmienił z natury dobroduszny charakter naszych ojców na uparty i podejrzliwy. Mój od lat był ogarnięty chorobliwą manią, stał się podstępny i złośliwy. Miewał niepoczytalne ataki gniewu i zdawało się wtedy, że nie wie, co czyni, wpadał w istny szał.

Powód nałogu i udręki chyba nie był mu znany. Żył jakąś swoją wewnętrzną rozterką, rozszczepieniem na dwoje i co najwyżej starał się o tym zapomnieć. Za wszelką cenę zapomnieć, przestać czuć. Upijał się codziennie, zażywał uspokajające leki i narkotyki, a serce wciąż odwracało się od zadanej mu roli. Jego ból był przerażający, nierozwiązywalny jak gordyjski węzeł, głęboki jak otchłań.

Tylko dzięki wiedzy, jaką podsunęła mi Xięga zdołałam wyegzekwować od niego pozwolenie na korzystanie ze zbiorów mojej babki. Miałam do nich te same prawa, co on. On tych praw przecież nie ustanowił, istniały przed nim.

– Dobrze – zgodził się po chwili namysłu, niechętnie.

Był tutaj szefem antychrystów w parze z towarzyszącym mu jak cień młodszym bratem, a moim stryjem. Paląc papierosy naradzali się teraz wspólnie, co robić. I na czas tej narady wyprosili nas z pokoju do kuchni obok. Z przykrością rozstałam się z Xięgą, pozostawiwszy ją na stole, zamkniętą.

Minęło sporo czasu i w końcu zaczęłam niecierpliwie krążyć po kuchni, podsłuchiwać pod drzwiami pokoju, aż w końcu delikatnie pchnęłam je palcem, uchyliły się. Były tylko przymknięte. Ojciec zauważył ten ruch i zaraz otworzył je od swojej strony. Wpuścił nas do zadymionego wnętrza z widoczną niechęcią na wykrzywionej od wieloletniej depresji twarzy.

– Zgoda, możecie przejrzeć wszystkie pozycje z biblioteki, ale mają wrócić na swoje miejsca. Żadnej nie może zabraknąć. Macie na to godzinę.

Oczywiście, nic nie stało w biblioteczce tak, jak przedtem. Świetnie pamiętałam ułożenie książek. Babka była dokładna, nigdy nie zmieniała ich miejsc w rzędach. Potrafiła po tym poznać, czy ktoś dobierał się do księgozbioru bez jej wiedzy.

Pozwolenie mego ojca było pozorne. Zdałam sobie sprawę, że zanim z powrotem wpuścił nas do środka starannie je wszystkie przejrzał. Większość interesujących pozycji odłożył dla siebie. Zauważyłam na stole spory stos leżących tomów i podeszłam do niego. Od razu sięgnęłam po ukrytą wśród nich odwieczną Xięgę, aby czytać dalej. Ojciec natychmiast zareagował i wyjął mi ją z rąk. Położył ją na wierzchu stosu przytrzymując dłonią o pożółkłych od palenia tytoniu palcach. Był wściekły, ale panował jeszcze nad sobą. Trząsł się.

– Czemu nie te? – zapytałam go wprost.

– Chciałbym je sobie przypomnieć pierwszy – wytłumaczył się obłudnie, chrząkając. – Jednak sama zobacz, o tam, ile możesz przez ten czas przeczytać. Same najlepsze kawałki są dla ciebie – wskazał drugą ręką na mocno uszczuploną biblioteczkę i rozkaszlał się nieprzyjemnie.

Niechętnie podeszłam do półek, głęboko rozczarowana. Pozostała mi jakąś przygodowa historia wyprawy na inny kontynent i coś jeszcze, niewiele istotne dla odpowiedzi, które chciałam uzyskać. Jeden z moich kuzynów wybrał zbiór zapisów o drugiej wojnie światowej zgromadzonych przez niemieckiego historyka. Drugi zaś opasłe dzieje chrześcijaństwa w Europie.

Cdn.

< Xięga – 1

Xięga – część 1

Kronika, bądź Księga Akaszy (Akaśa), każdy chyba wie o co chodzi. We śnie daje się czytać, przynajmniej niektórym. A może wielu, tylko nie zdają sobie z tego sprawy? Występuje pod różnymi postaciami symbolicznymi, np. drzewa owocowego. Zebrałam kiedyś sny, w których pozwoliła mi na wgląd w siebie. Nie szukałam go specjalnie, ani tym bardziej nie zadawałam pytań. Większość ludzi chciałaby przecież, jeśli nie poznać własny zapis, to dotyczący jakiejś ziemskiej historii. Tymczasem wizyjne wglądy pojawiały się same, ukazując mi temat, który nawet nie przyszedłby mi wtedy do głowy. Zdarzało się to sporadycznie, zwłaszcza w latach osiemdziesiątych. Miały zawsze w sobie element wchodzenia w głęboki trans, rozszerzonego widzenia, bezpośredniego wglądu i wtajemniczenia w przeszłość. Spisałam je w formie fantazmatycznego opowiadania. Oto jego część wstępna. Tak naprawdę opisująca dzieje tych, którzy po latach zaczęli mnie rzeczywiście odwiedzać, być może tych, z którymi jestem jakoś związana dziejami duszy, a czy działo się to we śnie, tego nie potwierdzę.

kroniki1

Xięga

1.

Dom mojej babki miał wiele zakamarków, do których zabraniano wchodzić nam, dzieciom. Należał do nich strych z ogromną ilością niepotrzebnych, a całkowicie fascynujących mnie przedmiotów, spiżarnia pełna beczek, beczułek, półek ze słojami i wiszących na hakach pęt suszącego się czosnku, cebuli i kiełbas, piwnica, do której schodziło się po drabince otwarłszy klapę w drewnianej podłodze w kuchni oraz pokój gościnny z biblioteką w środku i białym kaflowym piecem. Zimą i wiosną dziadek rozpalał w nim ogień tylko podczas wizyt gości z daleka, przeważnie w porze wielkich świąt, poza tym stał pusty, cichy i odcięty od codziennego życia.

W tym pokoju, w drewnianej oszklonej szafie bibliotecznej znajdowały się równo ustawione, oprawne w sztywne okładki książki. Ich przeczytanie było moim gorącym pragnieniem, wręcz pożądaniem. Czasami pod nieobecność babki w domu (była wiejską położną pracującą o różnych porach dnia i nocy), gdy zmęczony po swej kolejarskiej pracy dziadek zdrzemnął się w bujanym fotelu, udawało mi się niepostrzeżenie wyciągnąć klucz z szuflady kuchennego kredensu i wejść cichaczem do tajemnego pokoju.

Mickiewicz

W napięciu przebiegałam wzrokiem tytuły i nazwiska autorów tłoczone pozłacanymi albo ciemnoniebieskimi literami na grzbietach książek. Babka była miłośniczką swoich bibliotecznych zbiorów i najcenniejsze z nich kazała w introligatorni oprawić w jednakowe okładki z jasnozielonego lub wiśniowo czerwonego płótna. Były wśród nich popularne powieści, które najszybciej ze wszystkich pozwolono mi przeczytać. Książki Jamesa Coopera, Jacka Londona, Daniela Defoe, Sienkiewicza, okrutne romanse sióstr Brontë i Mary Schelley, patriotyczne powieści Marii Rodziewiczówny, przerażające baśnie braci Grimm, piękne i smutne Andersena oraz oczywiście, ilustrowane niesamowitymi rycinami Andriollego poezje Adama Mickiewicza. Wszystkie podpisane, opatrzone datą i osobiście opieczętowane przez moją babkę. Na ścianie tuż obok biblioteczki wisiał duży olejny portret starego i posiwiałego już Wieszcza, który, z dłonią wsuniętą za pazuchę zapiętego pod szyją surduta patrzył na mnie podczas moich ukradkowych lustracji dziwnym spojrzeniem wiecznie otwartych i wodzących za mną oczu na okolonej białą kozią brodą pomarszczonej i brzydkiej twarzy.

Pośród tego cudownego dla dziecka zestawu wetknięta na najwyższą półkę tkwiła gruba książka w twardej kolorowej oprawie, której tytuł i autor już dawno umknęły mojej pamięci. W dzieciństwie przeglądałam ją wielokrotnie wdrapując się na krzesło, aby móc jej dosięgnąć i daremnie znowu i znowu próbować dociec jej prawdziwej treści. Przypuszczam, że dotyczyła jakichś biologicznych wtajemniczeń w życie komórkowe na Ziemi. I tym się różniła od reszty książek, że zawierała liczne barwne ryciny.

Z biegiem lat owa książka zaczęła ukazywać mi się w osobliwych snach jako odwieczna Xięga. Wydawała mi się wtedy doskonała i absolutnie niezgłębiona. Brałam ją do ręki z nabożną czcią przeczuwając bezcenną, acz zupełnie dla mnie niezrozumiałą wagę jej zawartości.

2.

Znalazłam ją pewnego razu w formie wielkiej opasłej książki w czarnej sztywnej okładce. Przypominała do złudzenia jakiś tom z dzieł wiecznie żywego Włodzimierza Lenina, wszechwiedzącego Karola Marksa lub wszechmocnego Józefa Stalina wydawanych po wojnie w milionowych nakładach. I których nieskazitelnie równiutkie rzędy zapełniały półki państwowych bibliotek w Polsce, od najmniejszych wiejskich i gminnych po największe wojewódzkie, uczelniane i narodowe. Papier był w niej gruby i kredowy, litery duże i wyraźne, jakby drukowane dla dalekowidzów albo małych dzieci. Zawierała mnóstwo różnobarwnych obrazków na każdej stronie.

Jej tytuł brzmiał: Czy socjalizm to komunizm? Zaś wnętrze zawierało dokładny opis życia na innej planecie. Nazwę ją teraz po swojemu Ziemią-Alfa, bo jej nazwy w księdze nie znalazłam. Lub może ją przeoczyłam.

Liczne, drobiazgowe i barwne ilustracje przedstawiały jej mieszkańców w średniowiecznych zbrojach z mieczami w ręku. Mieli podobną do naszej erę podziału wartości na dobre i złe, sporów ideowych i starć na śmierć i życie. A co z tego wynika także czasy krwawych krucjat religijnych i wojen o zwycięstwo prawdziwego wizerunku Boga nad fałszywym.

Strona po stronie, rozdział po rozdziale dzieje ludzkości z Ziemi-Alfa zmieniały się i upodabniały do nam współczesnych. Wybuchła wielka ideologiczna wojna, która pogrążyła jedyny wielki kontynent na owej Ziemi we krwi i zniszczeniu. Katastrofy i zarazy zdziesiątkowały ludność. Przetrwali nieliczni. Na gruzach swego świata zrozumieli, że koniecznie muszą coś zmienić. Ostatecznie porzucić wszystko to, co jest źródłem konfliktów i zła w ich naturze.

Xięga dokładnie obrazowała nowe obyczaje, które pośród siebie sami wprowadzili. Alfianie, wszyscy niezależnie od płci i wieku w pewnym momencie swej historii zaczęli korzystać z pisuarów, które nazywano bidetami. Siadało się na nich okrakiem podwiązując się specjalnymi łańcuszkami, twarzą do ściany.

Po latach, które minęły od przejrzenia owej dziwnej księgi zrozumiałam, że zasiadanie przed ścianą musiało być podobne do japońskiej praktyki zazen. Raz w życiu zdarzyło mi się w niej uczestniczyć. Zgromadziło się na niej blisko dwadzieścia osób. Medytację prowadził doświadczony mentor, przechadzający się za plecami zasiadających, z kijem w ręku. Dostaliśmy radę, aby liczyć swoje oddechy. I nie reagować na żadne myśli i odczucia, jak i bodźce z zewnątrz. Na przykład odgłosy z nastawionego na cały regulator telewizora, w którym nadawano akurat mecz z mistrzostw świata w piłce nożnej.
Ludzie siedzący koło mnie w kręgu bardzo się męczyli. Daleko im było do uspokojenia, a w miarę upływu czasu chyba coraz dalej. Niektórzy nie potrafili ukryć zniecierpliwienia, napięcia i udręki, wzdychali, a nawet pojękiwali cicho. Mnie jednak szybko zrobiło się przyjemnie.

Zapomniałam o ścianie. I o telewizorze. Rzadkie przerwy na medytację w marszu, dla rozciągnięcia przykurczonych mięśni wprowadziły mnie jeszcze głębiej w wewnętrzny świat. Oddechy dotleniły mózg do tego stopnia, że szybko zaczęłam zapadać w trans. Ciało drżało spontanicznie trochę jak podczas uprawiania miłości. Czas mijał niezauważalnie. W chwili, gdy przeciwna drużyna wbiła gola do naszej bramki poczułam na plecach uderzenie kija mentora. Potem drugie. Niewiele później zakończono medytację.
Uczestnicy odrywali oczy od ściany z głośnymi wyrazami ulgi i radości, prostowali ramiona, rozcierali zmartwiałe mięśnie. Przyznawali się, że zasiadanie przez kilka godzin w milczeniu było dla nich prawdziwą torturą. I gadatliwie omawiali szczegóły swoich przeżyć.
W ich opowiadaniach przeważał wewnętrzny chaos, zmęczenie oczekiwaniem na końcowy gong i narastająca złość ciała na wymuszoną sytuację bezruchu. Właściwie tylko ja byłam zadowolona i gotowa siedzieć jeszcze przynajmniej drugie tyle. Milczałam wciąż zanurzona w przeżywaniu wewnętrznej ciszy. Mentor orzekł, że musimy ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Czyli siedzieć, siedzieć i siedzieć. Aż przestaniemy czuć ciało i irytację, a także nawet przyjemny odlot. Co jest wyżej czy poza tym, nie zdradził. Podejrzewam, że sam, mimo długoletnich ćwiczeń jeszcze tego nie wiedział.

Xięga ciągnęła dalej dzieje socjalistycznego przewrotu.

Na Ziemi-Alfa pod wpływem masowej praktyki zasiadania na bidetach średniowieczne zabobony nareszcie odpłynęły w przeszłość, utraciły wszelki wpływ. Poglądy na życie skrajnie się zmieniły i odtąd ludzie dobrowolnie praktykowali samooczyszczenie. Modny obowiązek przeszedł w codzienny i powszechny zwyczaj. Ludzie odkryli wspólny cel, zasmakowali w nim. Zapragnęli świadomie osiągnąć poziom wspólnego umysłu. On stał się dla nich najważniejszym celem. I prawem.

Najpierw znikły kłótnie i żądza władzy. Potem stopniowo nadmierne przywiązanie do samych siebie i siebie nawzajem. Ludzie porzucili materialne cele i zwrócili się do wewnątrz, gdzie odkryli wrota w inny świat. Niezależnie od wieku, pochodzenia, poziomu inteligencji czy płci z radością łączyli się w duchową jedność. Z biegiem czasu jednostki stawały się do siebie coraz bardziej podobne. W końcu nawet całkowicie zanikły fizyczne różnice pomiędzy kobietami i mężczyznami. Taki był ich wybór.

Rozwój cywilizacji na Ziemi-Alfa osiągnął tak wysoki poziom i powszechny zasięg, że w pewnej chwili narodziła się wspólna dusza planety. Duchowa matka roju bezpłciowych robotnic, który zatracił po drodze wszelkie indywidualne różnice dawała w zamian jednostce odczucie pełni w miłosnym związku z każdą z nich. I możliwość samodzielnego dysponowania mocą wspólnoty, zbiorową pamięcią i inteligencją. W chwili, gdy jej dzieci zdobyły dorosłość i synowską tożsamość wystąpiła jako ich królowa. Ostatecznie oderwała się od planety niby nabrzmiała powietrzem bańka mydlana i lekko poszybowała w kosmos w poszukiwaniu nowych światów do zasiedlenia.

Dłuższą chwilę wpatrywałam się jeszcze w rysunek eliptycznej orbity Ziemi-Alfa. Była to naprawdę niewielka planetka. Na linii orbity zaznaczono najbliższy słońcu punkt peryhelium. To z niego nastąpiło oderwanie.

Cdn.

Xięga – 2 >

Nieme ścieżki

I przyszedł czas, gdy zajęłam się czymś, co niektórzy nazwaliby praktyką duchową. Dla mnie były to eksperymenty, ćwiczenia, potrzeba opanowania świata emocji, wymykających się ciągle spod ręki, jak dzikie koty i osiągnięcia celów życiowych. Ścieżka, którą poszłam była moja, wybierana intuicyjnie, czasem dzięki cudzej inspiracji, czasem w natchnieniu. Upadek komuny spowodował, że zaczęły ukazywać się książki, których do tej pory nie było na rynku. Także I-Cing, astrologia i tarot wyszły z podziemia.

jogin

Liznęłam – poznając samodzielnie owe ujawniające się nowinki – wszystko, co wydało mi się inspirujące. Huna, afirmacje pozytywne, słuchanie muzyki relaksującej lub głosu prowadzącego autohipnozę, rebirthing i joga oddechu połączona z tantrą, lecznicze głodówki, medytacja z jidamem (wybraną formą boską), mantry, mudry, elementy hatha-jogi (nigdy nie byłam zbyt zręczna, ale opanowałam pozycję półlotosu, lotos na kilkanaście minut), wizualizacja, feng-szuei, reiki i czakry, w końcu medytacja buddyjska (tybetańska) i zen. Efekty stosowania każdej techniki były różne i szybko mnie nudziły. Ale to akurat mój charakter. Zawsze pielęgnuję kilka zainteresowań z różnych dziedzin i przechodzę od jednego do drugiego w spontanicznych chwilach. Poświęcam się jednemu przez kilka miesięcy, nawet rok, po czym odkładam całkowicie na bok aż do następnego razu. Rezultaty tym sposobem przychodzą wolniej, jednak są pełniejsze, wzbogacone o szczegóły i doświadczenia, których może nie mieć ktoś, kto zdąża tylko jedną ścieżką.

W efekcie nauczyłam swoje ciało oddechu kontrolowanego, połączonego z wizualizacją (kolorów, energii) i wybraną mantrą. Dość szybko zarzuciłam ten trening, stosując go sporadycznie, gdyż spowodował nadwrażliwość pod każdym względem. Słuch tak się wyostrzył, że nawet cicha mowa wydawała mi się krzykiem nie do zniesienia. Odczucia energetyczne w ciele, mrowienia, telepatia nie pozwalały zwyczajnie żyć, pracować, kontaktować się z ludźmi. Jednak doszłam do tego, że mogłam medytować wiele godzin bez przerwy, cały dzień i noc, a nawet dłużej.

Wspomnę teraz o przyczynach, które wywołały, czy raczej przywołały pewne przeżycie wizyjne, które można określić jako istny koszmar. Osoby, którym je opowiedziałam, wskazując na fakt, iż zostało wywołane intensywnym rytmicznym oddychaniem hiperwentylującym, mającym przywołać wspomnienie z narodzin, aby je przeżyć świadomie i potem rozproszyć, stwierdzały jednomyślnie i ze zgrozą, że nadmiar praktyki może zaszkodzić.

Tymczasem mnie nie zaszkodziło, ale przede wszystkim zdumiało. I dało mocno do myślenia. Jak zawsze polecane przez nauczycieli tego czy owego, ćwiczenia nie wywoływały u mnie reklamowanego efektu. Jedynie prowokowały coś, co reagowało, czekało na moją gotowość i szło własnym zadanym szlakiem, znanym mi od lat.

W nocy 10 grudnia 1994 roku, na drugi dzień po intensywnym seansie oddechowym znalazłam się w grupie ludzi, którzy na zapleczu zamkniętego sklepu z obuwiem urządzili sobie towarzyską imprezę. Pośrodku pokoju stał wielki, zastawiony jedzeniem stół. Niektórzy jedli, pili, inni tańczyli, rozmawiali, a kilka osób wlepiało oczy w ekrany dwóch kolorowych telewizorów, na których leciały jakieś amerykańskie videoklipy z ciemnoskórymi wykonawcami. Oglądanie zachodnich stacji było zabronione przez władze hitlerowskie, toteż trzęsłam się ze strachu i niepokoju, przewidując najgorsze, być może obławę i aresztowania. Odrzuciłam wreszcie fałszywe bohaterstwo i składając błagalnie dłonie zaczęłam płaczliwie prosić jednego z oglądających telewizję ludzi, młodzieńca w punkowej, nabijanej ćwiekami kurtce, aby wyłączył odbiorniki i wraz z kolegami poszedł do domu, bo mam złe przeczucia i czegoś strasznie się boję. Spojrzał na mnie leniwie znad puszki z piwem i wzruszył ramionami: „I co z tego, ja też się boję”.

obóz

No, i stało się! Znalazłam się w długiej kolejce osób, stłoczonych przed wejściem do obozu. Ludzie stojący w ogonku przede mną i za mną zaciekawieni rozglądali się dookoła, dyskutowali na temat nowej sytuacji i tego, co ich czeka za czerwonym ceglanym murem. Panowała szarówka. Większość raczej bez obaw oceniała swoją przyszłość. Za kutą bramą, trochę z boku, stała na apelu, oddzielona od nas ogrodzeniem z kolczastego drutu, grupa przyzwoicie ubranych więźniarek. Niedaleko nich bawiło się kilkoro roześmianych dzieci. Nie, tu nie mogło być źle, jakoś się przeczeka! Tylko, co znaczy ten wstrętny, przenikający mózg niezrozumiałym, strasznym podejrzeniem, słodkawy odór, unoszący się nad obozem, tworząc przerażająco ponurą aurę? Kolejka stopniowo posuwała się do przodu, nowo przybyli kolejno przekraczali bramę i droga odwrotu nieodwołanie zamykała się za nimi.

Z trudem oswajałam się z nową rzeczywistością. Byłam przerażona do szpiku kości. Teren obozu, w skład którego wchodziło wiele podłużnych, szarych i zimnych baraków, pokrywało grząskie błoto i glina. Wszyscy chodzili ubrani w pasiaki. Ktoś mi wyjaśnił, że przestrzeń całego obozu rozciąga się na obszarze wielu hektarów i nazywa się Birkenau. Otaczały mnie kobiety. Pracując, obserwowałam z boku grupkę niemieckich dozorczyń, stojących przy bramie: oschłych, grubych, prymitywnych i wulgarnych bab. Jedna z nich odpowiadała właśnie na pytania jakiejś Serbki czy Chorwatki koślawym zdaniem: Ne rozumlem i rechotała do swoich koleżanek. Nad wszystkim i wszędzie unosił się ciągle charakterystyczny swąd i drobny popiół z nieustannie spalanych w krematorium ciał, nadając miejscu upiorny nastrój. W obozie można było spotkać kręcącego się tu i ówdzie starszego, umundurowanego Niemca, który budził powszechną sympatię, ponieważ starał się pomagać więźniom w drobnych sprawach. Dawał papierosy, roznosił wiadomości i pocieszające słowa.

Natknęłam się na pewną więźniarkę, która pokazała mi schowany w podłużnej kieszonce po lewej stronie, niewielki notesik i ogryzek ołówka. Przejrzałam go i zdziwiło mnie, że wszystkie kartki w nim są puste, ale jednocześnie ponumerowane i to w specyficzny sposób. Najpierw od 1 do (zdaje się) 87, potem od 1 do 38, i znowu od 1 aż do jakiejś 3-cyfrowej, kończącej się zerem liczby. Więźniarka wyjaśniła mi, że zrobiła tak na pamiątkę i dla dobra osób, które zginęły w obozie, a które poznała i pokochała tutaj.

Zaczęło się zmierzchać.

Nagle z oddali rozległy się głośne i liczne huki wystrzałów z dział armatnich i karabinów maszynowych. Zbliżali się Rosjanie, a wszyscy wokół mnie, i ja także z nimi, wpadli w panikę, że to Niemcy rozstrzeliwują pozostałych przy życiu więźniów. Atmosfera strachu i terroru zagęściła się i ogarnęła mnie zaduma nad nieuchronnością losu ludzi zamkniętych w klatkach, jak króliki hodowane na rzeź. Tkwili wewnątrz bezwzględnego nieludzkiego systemu. Każdy był tylko trybem w bezdusznej maszynie. Jakaś kobieta pokazała mi swoje pożółkłe już, wielokrotnie oglądane zdjęcie z małą, ukochaną córeczką w ramionach. Przeszył mnie wtedy jej matczyny żal i rozpacz po stracie dziecka. Gdy wypuściła je z ręki, ujrzałam całe stosy takich zdjęć rozwiewane przez wiatr po terenie obozu. Była już stara, zrozpaczona i wystraszona. Wpadła w histerię i zaczęła głośno i szaleńczo krzyczeć. Podbiegł do niej jakiś więzień, chwycił ją i zasłonił jej usta. Kobieta powoli cichła i osunęła się bezwładnie na ziemię.

Ostrzał obozu wreszcie umilkł i zgromadziliśmy się w jakimś na pół zburzonym budynku, przypominającym ruiny kościoła albo podpiwniczonego zamku, by wspólnie odprawić nabożeństwo i modlić się, na co Niemcy [!] wyrazili zgodę. Zauważyłam leżącego pod murem niewysokiego człowieka o śniadej skórze i obcych rysach twarzy.
Trzymał w rękach drewniany, równoramienny krzyż z figurką Jezusa z Montany. Z głębi budynku rozlegała się przejmująco śpiewana na głosy cerkiewna pieśń. Śniady człowiek zastanawiał się chwilę i wreszcie wymówił bardzo niezdarnie obce sobie słowo:

– Czer-kwia.

W grupie zebranych zaczęła się toczyć dyskusja o totalitaryzmie jako o próbie przejęcia świadomego nadzoru nad naturalnymi procesami ewolucyjnymi. A mnie ogarnęła zbuntowana myśl, że nienawidzę wszelkich mechanicznych procesów, systemów ani kontroli.

Obudził mnie krzyk, żal, strach i nienawiść i byłam głęboko poruszona tym przeżyciem jeszcze przez kilka dni. Słodkawy zapach i smak krematoryjnego pyłu czułam do następnego ranka, a przez następne dni co rusz wybuchałam dramatycznym płaczem.

To ważny sen i potrzebuje klucza, aby go zrozumieć. Został opowiedziany przez wyższą świadomość i dotyczył systemu w niższym świecie, naszym świecie, ograniczonym porządkiem karmicznym. Przyrównanie do obozu koncentracyjnego, gdzie wolna wola praktycznie nie istnieje, z którego jest tylko jedno wyjście, przez komin, czyli śmierć unicestwiającą ciało i pamięć, a z nim zdobyte doświadczenie, jest zasadne jak najbardziej. Sen zaczyna się gdzieś na wysokościach, w strefie egregora zogniskowanego na podziale wartości i dualizmie dobra i zła (dwa telewizory). Myślokształt wydaje się zbudowany na wierze w stawienie oddolnego oporu siłą tzw. pozytywnej karmy, wiary w ideał wolności, samodzielnego dążenia do niej. Rezydenci miewają się tam dobrze przez jakiś czas, spijając miodek nagród za minione zasługi, ale w końcu muszą znów upaść w ciało. Materialne warunki to okrutny reżim kontrolowany przez istoty nadzorcze.

Jarosław Bzoma uważa Niemców ze snów Polaków za byty z poziomu 8, „niemowów”, cywilizację posiadającą wspólną świadomość rozbudowaną dzięki telepatycznej komunikacji między jednostkami. Odpowiadałoby to jednym z czterech rodzajów istot zamieszkujących Brahmalokę, według Wed. Zbadałam moje sny wizyjne, w których wystąpili i muszę to potwierdzić. Nie są to istoty złe, czy okrutne, jednak rodzaj świadomości, który rozwinęły sprawia, że nie rozumieją, co to ból i nieszczęście (przynależne wszak niższym wymiarom), ani też współczucie. Bywają jednak wśród nich jednostki/grupy, które jakiś rodzaj współczucia, pewnie na zasadzie telepatii, rozwijają, lub z jakichś względów chcą to zrobić.

Sen wspomina o wojnie (drugiej wojnie – to ważne!), toczącej się gdzieś na zewnątrz, od której zależą losy istot zamkniętych i zagubionych może bezpowrotnie w systemie. Zatem Niemowy i Czerwoni (Sowieci ze snu) są jej uczestnikami. Ostatnia część snu wydaje się być przepowiednią. Wyzwolenia spowodowanego wynikiem wojny na wysokościach. Wewnątrz systemu pojawi się narodzony przedstawiciel góry, reprezentant Jezusa z Montany (z Góry, ale też stanu, znanego z wielkiego oporu Indian wobec białych kolonizatorów), czyli inkarnacja Czerwonego spoza granicy 8/9. Kolor jego skóry, śniady odpowiada indiańskiej, czerwonej rasie, ale też wskazywałby na strumień zstępujący.
Słowo, które usłyszałam zawiera wiele treści. Czerwona krew (wyjście z systemu karmicznego przez krew, czyli cierpienie i śmierć przyjęte jako drogowskaz), czerwony kwiat – róża, osiągnięcie nowej świadomości (zapraszam do zapoznania się z tym symbolem w przepowiedniach Nostradamusa), czerw krwi – zaczyn nowego, przemiana, Cerkiew – wschodnia świątynia, czyli ze strefy Czerwonego<10, świt.
Na krótki czas pojawienia się tej osobistości w życiu ziemskim mają zostać rozluźnione reżimowe więzy, a ludzie, którzy przetrwają zobaczą drogę wyjścia. Nowa świadomość odrzuci zasady zadające cierpienie, subiektywnie nieznane i niezakwalifikowane przez boską świadomość.

Na koniec muszę przedstawić jeszcze jeden sen z motywem obozu koncentracyjnego. Przyszedł kilka lat później. Zawiera uzupełnienia co do charakteru istot niemych, zafascynowanych zamkniętym światem i nie mających o nim wyobrażenia, przynajmniej takiego, jakiego byśmy sobie życzyli.

7 kwietnia 2000. Widzę postać „czarnego” Pana. Zmierza w kierunku bramy do oświęcimskiego obozu, uśmiecha się pod nosem, tak jakby chciał zrobić jakiś kawał.

Ląduję w grupie znajomych kobiet-Niemek, które robią sobie wycieczkę poznawczą do Oświęcimia w czasie trwającej wojny. Strażnicy nie wpuszczają nas poza dozwolone miejsca, krążymy jedynie w pobliżu. Dochodzą nas tylko jakieś plotki, zakazane przecieki o tym, że wewnątrz panuje istny koszmar. Znajdujemy się w dużej betonowej sali z oknami na wysokości głowy, za którymi widać zasieki, dalej baraki i czarne dymy unoszące się nad obozem, sprawiające niezwykle ponure i straszne wrażenie, ale ludzi stąd nie widać, jest za daleko. Opowiadam, że w tym kącie zgwałcono jakąś niewinną dziewczynkę, i zaraz jakaś dziewczyna „od nas” wciska się w ten kąt, chcąc „wczuć się” w małą, traktuje to dziwnie lekko, nie przejmując się. Wspominam też o tym, że więźniowie są zmuszani do pracy ponad swoje siły w brudzie i błocie, żyją w nieludzkich warunkach, ale chyba nikt mi nie wierzy.
Zwiedzamy niewielki cmentarz poza obozem. Groby są usypane z ziemi i wyrastają na nich rośliny warzywne. Jedną z nich wyrywam, to chwast, udaję wtedy przed przechodzącym blisko strażnikiem, że wierzę we wszystko i „staram się” o dobry plon. Strażnik przygląda mi się i kiwa głową z zadowoleniem, mówiąc: gut, gut… i coś jeszcze po niemiecku, czego nie rozumiem, ale nie chcę, aby się połapał, że jestem obca i mruczę coś niezrozumiale pod nosem. To brzmi jak potwierdzenie i zostaje za takie przyjęte. Na wąskiej ścieżce pomiędzy grobami dostrzegam dwa duże, białe buraki pastewne „zasadzone” korzeniami do góry, wystającymi ponad powierzchnią, ktoś je tutaj zakopał, może ukrył. Nieco dalej trzeci, mniejszy burak pływa w dołku ze zgniłą wodą.

Patrzę ze smutkiem i przejęciem z oddali, przez okno w jakimś budynku w mieście na „dymy Birkenau”, czarną, ponurą chmurę unoszącą się sponad obozu w niebo.

W tym śnie jest kilka ważnych informacji, wymagających dłuższego wyjaśniania. Dojdę do nich stopniowo, przywołując inne sny wizyjne.

Bóg i Jego słudzy

Wrócę jeszcze do kwestii głosów, jak i manifestacji boskich istot i Boga w snach. To ważna kwestia, o której nigdy za mało opowiadać. Analiza większej ilości zanotowanych doświadczeń może dać lepszy i głębszy pogląd na sprawę.

Krótko: towarzyszy im zawsze trans, wywołany przepływem energii w ciele. Trans wprowadza umysł na podwyższony poziom świadomości, który właściwie trudno opisać. Nie ma nic wspólnego z ograniczeniami doświadczanymi na jawie, w ciele fizycznym. I nie ma związku z tożsamością owego ciała (czyli tzw. Ego).

Ponieważ nie posiadam większych doświadczeń z psychodelikami trudno jest mi rzecz porównać. Czy potrafią dać podobne przeżycie.
Kilka razy w życiu sztachnęłam się towarzysko zielem, bez większych skutków, które obserwowałam jednak u innych. Ponieważ dymu w płucach nie lubię, nigdy specjalnie nie szukałam tej wątpliwej przyjemności. Raz czy dwa zjadłam kilka grzybków, ale oprócz ataku dobrego humoru nic nie wniosły i nic nie dały. Z tego powodu nie ciągnęło mnie do eksperymentowania z zażywaniem stymulatorów. Po co? Jeśli miałam odjazdy tak niesamowite bez najmniejszego wysiłku, ani nawet wyrażenia własnej chęci ku temu?

W czasach szkolnych, (he, gdy uważałam się za ateistkę i zgłębiałam pilnie filozofię materialistyczną), pewnej nocy ot, tak – zjawił się przy mnie ktoś mądry i cierpliwy. Jego obecność, mimo że niefizyczna wydała mi się przejmująco realna. Przesłał mi wiedzę z umysłu do umysłu:
– Bóg istnieje. Jako obiektywna konkretna Osoba. Jego współ-przebywający z Nim słudzy pozostają świadomi Jego wszechmocy i władzy, i w pełni się na nie zgadzają, gdziekolwiek przychodzi im żyć i cokolwiek robić. Rozpoznają swój los od początku do końca. Akceptują go. Zdają sobie sprawę z prawa przyczyny i skutku i rodząc się pragną tylko tego, co ma się zdarzyć. Oddanie i wierność Bogu obdarowuje ich wiedzą o przyszłości. Nie walczą z nią, nie próbują jej także zmieniać według własnych niedoskonałych pomysłów, ale przyjmują jako wolę Najwyższego. Bóg, dzięki temu oddaniu, zdolny jest obdarzyć ich w zamian własną wiedzą i mocą, a oni – utożsamieni z nią – kontrolują to, co ma się zdarzyć z boskiego poziomu świadomości. Nie istnieje tam subiektywne odczucie odrębności, gdyż wszystko, co czyni się z wierności wobec Boga jest zawsze dobre i pełne. Jako dzieci Boga są tacy jak On, połączeni z Nim nierozerwalną jednością. A On działa poprzez nich, jak przez samego siebie, pomagając im w najtrudniejszych chwilach, niczym samemu sobie.

Jeszcze wtedy nic nie wiedziałam o bhaktach i Bogu, przeczytałam całe filozoficzne uzasadnienie takiego poglądu w Śrimad Bhagavatam i Bhagavad Gicie jakieś 10-12 lat później. Samo dzieło jest tendencyjnie przetłumaczone i należy zgłębić język oryginału, żeby dotrzeć do bogobojnych zaciemnień, jakie wprowadził w tłumaczenie pobożny Hindus, wyznawca wymierającej sekty krisznaickiej, dla którego angielski był językiem wyuczonym. Niemniej, pewnie z powodu tego przekazu i jakiejś wrodzonej intuicji, którą żywię, nie pociąga mnie całkowite rozpuszczenie się w świadomości Boga (czy raczej w Jego aurze, jak twierdzi starożytne wedyjskie pismo). Wolę pozostawać z Nim w wiecznej relacji oddania. Jest to relacja miłosna, twórcza i nieprzewidywalna pewnie dla każdej strony.

W nocy z 18/19 kwietnia 1995 roku przyśniła mi się jakaś historia o kontakcie z kosmitami, gdy nagle poczułam, że trans się pogłębia i uzyskuję w nim pełną świadomość. Zaczynam obserwować i zapamiętywać świat z różnych punktów i poziomów jednocześnie.
W tym podniesionym stanie umysłu zobaczyłam człowieka, o którym powiedziano mi, że działa pod ich wpływem, jak zdalnie sterowany mechanizm. Ułożony w dziecinnej kołysce w pozycji embriona zasnął, a ja dotknęłam go lewą stopą i wtedy przebudziłam się w rozszerzonej przestrzeni świadomości, gdzie nie kontrolowałam niczego.
Zewsząd rozlegał się majestatyczny i potężny chór głosów, który przemawiał tylko do mnie. Przypominałby niezrozumiały bełkot (ten sam, znany mi od dziecka!), gdyby nie – przebijający się z niego jeden, wyraźniejszy głos, męski. Brzmiał dla moich zdumionych uszu tak, jak gdyby został przepuszczony przez elektryczny megafon lub głośnik komputera, a w tym, co mówił – długo i szczegółowo – było wyjaśnienie, że właśnie wprowadzają mnie (na razie jedynie na próbę) na podwyższony poziom umysłu, na którym możliwy będzie kontakt z nimi, a który poznam lepiej w przyszłości. Pewne ważne informacje zostały zakodowane w moim mózgu i uruchomią się w wyznaczonym czasie. Napiszę kiedyś książkę, którą przeczyta wielu ludzi? Głos brzmiał łagodnie i przyjaźnie, ale i tak czegoś się nagle wystraszyłam. Przemknęło mi przez głowę w błyskawicznym skrócie to, czego ma dotyczyć przekaz i ogarnął mnie trudny do opisania skurcz emocjonalny.
– I zobacz sama… Przestraszyłaś się… A nie mówiłem? – zażartował „Megafon” i trans nagle, w piorunującym tempie zaczął znikać. Towarzyszyło temu przykre wrażenie pośpiesznego kurczenia się i zmniejszania do ograniczonej i jakże prymitywnej, zwierzęcej osobowości, po czym ocknęłam się na jawie.

Owa mechaniczność głosu jest istotna. Jarosław Bzoma opowiada o istotach ze sfery nieprzejawienia, które śnią się jako androgyny, umalowane pajace, czasem homoseksualiści. Ta ich forma znana jest w sztuce od dawna. Znaleźć je można w pantomimie, commedii dell`arte, w malarstwie Boscha czy Beksińskiego, w kartach Tarota, w filmach (np. „Imaginarium doktora Parnassusa”)… Kilka razy widziałam je zza zasłony symbolicznego snu i mają wygląd tylko nieco zbliżony. Mechaniczny sztuczny głos w przeżyciu poza ciałem jest wskazaniem na to samo źródło przekazu. Sferę zaczynającą się poza granicą 8/9, poziomy od 10 do 12, gdzie egzystują nieśmiertelni bogowie.

Usta

Ktoś mógłby stwierdzić, że doświadczyłam podstępnego wpływu, który miał zachwiać moją równowagą psychiczną. Sugerując mi, że mam zostać prorokiem, lub kimś podobnym, w każdym razie nieprzeciętnym. Może to objaw choroby dwubiegunowej, psychozy, manii? Efekt rozchwiania, wyparcia, skutek traumy, choćby porodowej?

Hm, przekonanie o swej nieprzeciętności żywiłam od zawsze! Zwyczajnie porównując się z innymi, z tym, o czym i co myślą, co czują, jak postępują. Nie było to nigdy coś, co dawało radość. Raczej udrękę poczucia inności, niosło samotność i odstawanie od wszystkich.
Do tego byłam molem książkowym, podobnie jak mój ojciec. Przez wiele lat czytałam po kilka książek dziennie, nawet do dziesięciu. Szybko przeczytałam wszystkie książki z dostępnych mi bibliotek, także te dla dorosłych. Do niektórych wracałam wiele razy. Ale z pisaniem było jakoś gorzej. Zwyczajnie nie miałam o czym pisać. Próbowałam wymyślać, ale sama czułam, że to beznadziejne. Brakowało zdolności. I zdawałam sobie z tego sprawę.

Od dawna prowadzę proste i skromne życie, tuż przy ziemi. Przepowiednię z owego snu (jak i parę innych tego rodzaju) traktuję dotąd ironicznie. Może Bóg się pomylił, a może skierował przesłanie do większej ilości ludzi, a ja je przypadkiem „podsłuchałam”? Luzik.

Kimże jest „ja”? Iluzją. Przywiązaniem do tego, co przemijające, ulotne i złudne. Świadomość tego nigdy mnie nie opuszcza. Ciało fizyczne, z jego ograniczeniami, wraz z formą Ego, w nim zawartą to balast zakotwiczający w poczuciu bezpiecznego ulokowania w Tym, co nie przemija nigdy. W Tym, i wobec Tego. I to jest dobre, najlepsze.

Niemniej, rzeczywiście wiele informacji uruchomiło się w mojej pamięci kilka lat później. I coś tam napisałam, wydałam. To chyba nie przypadek. Co do recepcji owej mojej „twórczości” mam jednak spore zastrzeżenia. Tak, jak również i do jej jakości i ważności. Ale, może jeszcze wszystko przed nami?
Jak mawiał Kubuś FatalistaKażda kula, która wylatuje na świat z rusznicy, ma swój adres”.
Jak i każdy bat od pana, który wylądował na grzbiecie jego sługi „widocznie był zapisany w górze”.

Przejście przez śmierć

Wiele snów wizyjnych, które do mnie przychodziły (i jeszcze niekiedy z rzadka zaglądają) to całe opowieści, historie. Alegoryczne, stylizowane, inspirujące, fantastyczne, fabularne. Pełne barw, szczegółów, głosów, zmian planów akcji. Byłam w nich na ogół obserwatorem, czasem tylko podczepiając się pod różnych bohaterów. Którzy z całą pewnością nie byli mną, w czym szybko się orientowałam.  Bywało, że śniły mi się przez całą noc, a potem od rana czułam przemożną potrzebę ich zapisania. I robiłam to nieraz aż do nocy, ledwie znajdując chwilę na zaparzenie sobie kawy. Szybko doszłam do tego, że aby oddać ich treść i siłę muszę spróbować „przerobić je” na nowelę. Przeróbki polegały na tym, że wymyślałam bohaterom imiona i nazwiska, miejsca, wkładałam w ich usta słowa dialogów, choć i to nie zawsze, bo część z tych danych pochodziła ze snu.
Oto jedna z takich wyśnionych nowelek. Sen zawiera ważne przesłanie. I być może wskazówkę jak należy rozumieć ostatnie słowo, które pada z ust bohatera.
Proszę wybaczyć w razie czego – literackie niedociągnięcia. Treść jest oddana ściśle tak, jak przyszła we śnie.
Jeśliby zastosować do odczytu zasady topografii snu to mamy tu tak naprawdę zgromadzenie istot gdzieś na granicy 8/9. Przewodzi im Czarny, czyli Metatron, stwórca świata przejawionego. Szwajcarski instytut, jak CERN, to wir, a białe kafelki na ścianach sali mówią o kryształowym wirze w centrum nieprzejawienia. Pojawia się Atman, bóg ofiarnik Odyn, naddusza ludzkości, który oznajmia Czarnemu, że efekt tego przejawienia świata niekoniecznie będzie po myśli żyjących komfortowo bóstw. Toczy się pojedynek na wysokościach, który zamieni śmierć w życie, dając nieśmiertelną formę nowej świadomości.

Odin

Przejście przez śmierć

W chłodnym laboratoryjnym wnętrzu auli znanego szwajcarskiego instytutu naukowego widać było mężczyznę ubranego w elegancki czarny garnitur kupiony w jednym z najlepszych światowych domów mody. Stał milcząc w nieruchomej pozie na tle sterylnej, wyłożonej białymi płytkami ściany, odwrócony twarzą do publiczności z napięciem oczekującej na rozpoczęcie nagrania. Wypełnioną już widownię urządzono z wielu rzędów rozkładanych krzeseł ustawionych w dwóch sektorach. Stwarzało to żywy klimat naukowego odczytu w autentycznym pomieszczeniu.

Frank Nobfler był dziennikarzem prowadzącym od kilku lat popularny program telewizyjny. Po czterdziestce, wysoki, przystojny i doskonale ułożony reprezentował elitę światłej cywilizacji Zachodu pozbawioną wszelkich zabobonnych lęków przed poznaniem prawdy. W swoim znanym na świecie cyklu zajmował się przedstawianiem opinii publicznej najnowszych teorii i wynalazków nauki i techniki. Wraz z nimi zaś – ludzi, którzy coś nowego i ważnego odkryli i sformułowali, a co uznawano za wytyczające nowy kierunek rozwoju ludzkości. Bywali wśród nich laureaci nagrody Nobla, pracownicy wielkich i największych laboratoriów i koncernów, znani lekarze, fizycy, chemicy, matematycy oraz filozofowie i duchowni oceniający z etycznego punktu widzenia niektóre nowinki, zwłaszcza z dziedziny genetyki i biotechnologii. Nobfler miał zwyczaj zapraszać najzagorzalszych krytyków przedstawianych wynalazków, aby poprzez ostrą dyskusję toczoną na żywo, uświadomić widzom wszelkie możliwe argumenty za i przeciw przedstawianym kwestiom. Jego program miał wielką siłę opiniotwórczą. Liczył się z nią każdy, kto chciał cokolwiek znaczyć w omawianych dziedzinach.

Wtem skończyła się zapowiedź i dano oczekiwany znak. Ruszyły kamery przesyłając obraz z wnętrza sali drogą satelitarną na cały świat. Nobfler zaczął przedstawiać zaproszonych gości. Dzisiejszy program dotyczył tematu transhumanizmu, nieśmiertelności i przy okazji sztucznej inteligencji.

W tej samej chwili swoje miejsce na widowni zajmował pośpiesznie starszy mężczyzna. Wyglądał na bliskiego siedemdziesiątki. Zjawił się tutaj na podobnych zasadach, co każdy z zaproszonych przez Franka Nobflera widzów. W odpowiedzi na propozycję wystąpienia zadeklarował swoją wypowiedź przeciwko proponowanym zastosowaniom naukowych odkryć. Uzyskał na to zgodę prowadzącego i jego wypowiedź została przewidziana w programie. Niemało już o nim tu i ówdzie słyszano, a jego kontrowersyjne poglądy – przedstawiane w Internecie, prasie i literaturze pod pseudonimem Elias Odin – bulwersowały wiele osób. Nikt go jednak do tej pory jeszcze nie widział.
Starzec miał na sobie porządne, nowe i czyste ubranie, rozpiętą swobodnie marynarkę odkrywającą bawełnianą koszulkę o jasnej, acz nieokreślonej barwie, spodnie w innym kolorze, niż marynarka oraz duży ciemnoniebieski kapelusz z artystycznie zagiętym w dół szerokim rondem. Rondo przysłaniało mu tajemniczo jedno oko. Mimo to wyglądał niechlujnie. Marynarka miała zbyt długie rękawy i za szerokie ramiona, spodnie były bez kantów, za długie i opadające, a kapelusz wymięty i ponaciągany. Wydawał się przebranym łachmaniarzem. Tego wrażenia dopełniały jego długie do ramion, proste, tłuste, wiszące w strąkach siwe włosy. Był gładko ogolony, miał przenikliwe i błyszczące spojrzenie, które ze skupieniem kierował teraz prosto w prowadzącego.

Ledwie wszedł i usiadł na krześle, a w tym czasie Frank Nobfler skończył wstępne przedstawianie głównych osób i tematu spotkania, natychmiast zaczął podniesionym tonem wygłaszać coś wszem i wobec. To sprawiło, że – aby nie wywołać zbędnego chaosu na sali – został poproszony przez Nobflera bliżej.

Dziennikarz przyglądał się pilnie i początkowo z wielką ciekawością podchodzącemu do niego mężczyźnie, który stanowił w tym miejscu pewną sensację. Jednak wkrótce wszyscy odczuli jego rozczarowanie i nagły dystans. Ta jego ledwie dostrzegalna i maskowana wyszukaną grzecznością reakcja prędko udzieliła się publiczności. Wygląd starca nie budził zaufania i jakże się różnił od czystego, dopiętego na ostatni guzik garniturowego wizerunku prezentera i reszty gości.

Elias Odin zdążając ku scenie przejściem pomiędzy krzesłami nie przerywał swej rozpoczętej wypowiedzi. Dopiero, kiedy stanął koło Nobflera odwrócił się twarzą do kamery i widowni. Wciąż jednak mówił tonem nawiedzonego, do tego dziwnie pokrętnie, symbolami.

– Powtarzam! Dla tego, kto rzeczywiście pragnie wyjść z pułapki czasoprzestrzeni konieczne jest przejście przez śmierć. Najważniejszy jest akt dobrowolnej zgody na nią wyrażony w sercu, wobec Boga, który jest Miłością i Przebaczeniem. Oraz przyjęcie Ofiary Krwi za nieuchronność. Nie da się inaczej, Człowieku! W przeciwnym razie pozostaniesz tutaj usiłując bez końca odnaleźć sposób na niemożliwą w tym spłaszczonym i rozdwojonym świecie nieśmiertelność.

Niechęć dziennikarza wyraźnie rosła. W końcu przerwał upartemu starcowi:

– Proszę państwa, oto stoi przed nami słynny Elijas Odin!

W zamian został potraktowany ironicznym spojrzeniem i uśmieszkiem na cienkich wargach, więc Nobfler stwierdził z przekąsem wszem i wobec:

– Proszę wybaczyć, ale pański wygląd wydaje się przynajmniej osobliwy. Być może z tego powodu pańska wypowiedź nie brzmi tak przekonująco, jak w wypowiedziach prasowych.

– Włożyłem to uroczyste ubranie z okazji ostatecznego zakończenia mojej życiowej misji i odejścia, które właśnie się zbliża – usłyszał w odpowiedzi.

Eliasa Odina znano z wielu profetycznych, a jednocześnie merytorycznie świetnie uzasadnionych wypowiedzi, którymi wzbudzał w niektórych ludziach nabożny lęk. Teraz jego religijnie podszyte słowa w zestawieniu z niechlujnym wyglądem i szaleńczym zachowaniem zrodziły przeciwną reakcję. Dziennikarz natychmiast skrzywił się z nieukrywaną niechęcią. W zdecydowany sposób skończył krępująco głupią rozmowę z przybyłym. Szybko i z uprzejmą wprawą podziękował mu za wygłoszenie swoich poglądów, (do których oczywiście każdy w tym programie miał święte prawo). Jednocześnie dyskretnym ruchem ręki dał sygnał widowni, aby pożegnała go burzliwymi oklaskami. Starzec zareagował na nie bardzo spokojnie i bez sprzeciwu skierował się wzdłuż pokrytej kwadratami białych płytek ściany ku wyjściu z sali.

Wtedy nagle padł cichy wygłuszony strzał. Precyzyjnie wymierzona pojedyncza kula snajpera trafiła bezbłędnie, stary człowiek upadł bezwładnie na podłogę. Jego ciało zastygło nieruchomo w pozycji porzuconego właśnie na podłodze ubrania. Jednocześnie na ścianie pojawiła się wielka plama krwi, która wytrysnęła z jego przebitego kulą serca.

Wszyscy zerwali się z krzeseł z okrzykiem zgrozy ogarnięci panicznym przerażeniem.
Kamery rejestrowały każdy szczegół pokazując do końca wydarzenie, które właśnie na żywo obiegało cały świat.

Frank Nobfler próbował zachowywać spokój, przynajmniej zewnętrznie. Przysunął się bliżej ściany i ręką odsuwał od siebie naciskających w przestrachu ludzi usiłujących wydostać się z sali i chaotycznie szturmujących drzwi wyjściowe. Ktoś z ochrony zaczął go osłaniać, a ponieważ utknął na dłuższą chwilę w tłumie, wbił zafascynowany wzrok w czerwoną plamę na lśniącej ścianie obok. Najwyraźniej coś przykuło jego uwagę. Na tyle silnie, że zapomniał o panującym wokół bezładzie i strachu przed niezidentyfikowanym zabójcą.

Tak, to pod wpływem stresu i ogólnej paniki musiał wejść w jakąś zbiorową hipnozę, bo inaczej tego zrozumieć się nie da!

Dostrzegł nagle w połyskującej w świetle telewizyjnych jupiterów krwawej plamie odbicie twarzy długowłosego starca. Starzec żył i trzymał w ręku zapaloną świecę. Mało tego, jego twarz z jednym okiem przysłoniętym rondem kapelusza wychyliła się z owej plamy ku dziennikarzowi. To wcale nie był płaski obraz, a trójwymiarowa figura! Nobfler widział wyraźnie długie tłuste strąki jego posiwiałych włosów. Mógłby ich dotknąć, chwycić, gdyby tylko umiał przełamać dziwny paraliż ciała, który go ogarnął.

Starzec dłuższą chwilę wpatrywał się błyszczącymi oczami w osłupiałego dziennikarza. Po czym wymówił przenikliwym szeptem wprost do jego ucha jedno słowo. Nikt, oprócz Nobflera go nie usłyszał.

– ARMAGEDDON!

I znikł.

(Zapisane w 2003 roku)

Gwiezdni ludzie

Od maleńkości żywiłam dziwne przekonanie. I zdziwienie, które prawie nigdy nie znikało. Coś było nie tak z moim ciałem. Powinnam mieć mniej palców u rąk. Stopy takie są śmieszne! Jedzenie jest makabryczną czynnością, wkładasz coś do ust, rozdrabniasz, łykasz i ono leci jakąś obrzydliwą rurą w środku, aby wyjść drugim końcem w postaci śmierdzącej papki… Kiedy się nad tym zastanawiałam ogarniało mnie coś, co Kierkegaard określił był „bojaźnią i drżeniem”.

Gapiłam się maniacko w gwiazdy. Jako dziecko wiejskie miałam do nich nieograniczony dostęp. Uwielbiałam, gdy ojciec – w czasie, gdy mama pracowała na nocnej zmianie – brał mnie do swojego łóżka i opowiadał historie z książek fantastycznych, które pasjami czytał. Moją ulubioną zabawą z dzieciakami z sąsiedztwa było lądowanie na innej planecie. Zbudowałam sobie szałas z desek, naśladujący rakietę, wbiłam kołek w ziemię, który udawał ster i odlatywałam.

Ponoć są to objawy sugerujące gwiezdne pochodzenie duszy. Coś ze mnie pamiętało inne światy. Jednak, rodząc się człowiekiem zyskałam dostęp przez genetykę do pamięci ziemskiej, nie tylko ludzkiej. I szybko zrozumiałam, że hołubienie owej „gwiezdności” jest cechą niedojrzałości. Nie idzie o to, żeby ją odrzucić, wyprzeć, czy zapomnieć, ale włączyć do świadomości jako jeden z wielu aspekt doświadczeń. Będąc ludźmi, urodzonymi w świecie uwarunkowanym prawem przyczyny i skutku, mamy szansę odbić się od dna i wskoczyć choćby oczko wyżej, niż byliśmy. Po co więc wracać w odwiedzone już światy i formy? Po co do nich tęsknić? I po co wypinać się na człowieczeństwo?

Spotkania z „braćmi z kosmosu” zaczęły mi się zdarzać później. Najpierw we śnie i w stanach transu, jak sądzę, wywoływanego z zewnątrz. Nie były to jednak wzięcia opisywane w typowej ufologii, że zjawia się statek, wisi nad domem, snop światła wciąga cię na pokład, dziwni goście przechodzą przez ścianę, brakuje ci potem czasu i masz lukę w pamięci. Te doświadczenia miały zawsze w sobie, oprócz wyczuwalnej obecności istot grzebiących w moim ciele, także element duchowy (którego owe istoty albo nie kontrolowały, albo uwalniały specjalnie). Co tu dużo gadać. Dam po prostu kilka przykładów z wczesnej fazy tych doświadczeń.

W nocy 9 września 1988 roku w moim pokoju zjawił się duch zmarłego dwa miesiące wcześniej ojca. Poczułam jego ciepłe, znajome wibracje, ale najwyraźniej ktoś mu towarzyszył. Kilka niewielkich, bliżej nieokreślonych postaci, których obecność bardzo mnie zaniepokoiła. Wystraszona zaczęłam recytować w myśli pacierz „Ojcze nasz”, w nadziei znalezienia ochrony, ale tyle wskórałam, że ojciec zaczął recytować go razem ze mną. Jego głos zmienił się, brzmiał teraz dziwnie obco. Mój strach wzrósł i w tym momencie poczułam ból w prawym biodrze. Było to przeszywające ukłucie czegoś długiego i cienkiego. Wyrywałam się, chcąc się za wszelką cenę obudzić, wiłam się i kręciłam w drugim ciele, ale bez żadnego skutku. Wreszcie poddałam się i na szczęście, po dość krótkim czasie ten okropny ból ustał.
Obudziłam się wystraszona, zdziwiona, z wielką ulgą. Chwilę później zaczął się następny seans.
Niebiańska” dłoń (J. Bzoma odkrył, że to dłoń nad-duszy z poziomu 7 i wyżej) jednym zdecydowanym ruchem ściągnęła ze mnie kołdrę, która w ułamku sekundy zwinęła się w końcu tapczana i od razu, ni stąd ni zowąd – bezbronna i naga – znalazłam się w bezkresnej przestrzeni. Była wypełniona ciemnością. Być może z tego powodu, że ze strachu i pod wpływem zaskoczenia nie przyszło mi do głowy otworzyć oczu. A ja – zamieniona w świadomy atom – czułam się jak ziarenko piasku miotane przez huragan, niemające wpływu na swój los. Wyczuwałam wokół obecność wielu nieznanych istot. Wszystkie były nadzwyczaj potężne, królewskie, przedziwne, wzbudzały grozę i lęk. Przemawiały głosami podobnymi do burzy i pod ich wpływem doznałam rozszerzenia percepcji.
Rejestrowałam odtąd obrazy symboliczne i informacje płynące jednocześnie różnymi kanałami.
Widziałam rozległe oceany na Ziemi i statki na wzburzonym morzu. Usłyszałam głos komunikatu radiowego, nadawanego przez jeden z nich i ujrzałam marynarzy płynących w atomowej łodzi podwodnej, (kojarzącej mi się z zatopionym wrakiem „Titanica”), którzy go odebrali. Wzbudził w nich ogromne poruszenie. Komunikat ogłaszał coś niezwykle ważnego, jak narodziny Jezusa Chrystusa na Ziemi, podawał także dokładne parametry geograficzne, (choć możliwe, że była to data) tego zdarzenia. Szło o jakieś niezwykle rzadkie, acz naturalne zjawisko w przyrodzie. Ujrzałam je jako wybuch ogromnej, SŁOŃCU podobnej energii gdzieś na wschód od statków, jak majestatyczny świt o kosmicznych rozmiarach. Jednocześnie unosiłam się cały czas w przestrzeni, być może na krańcach Układu Słonecznego i słyszałam – powtarzając cały czas w myślach pacierz, aby nie oszaleć ze strachu – przerażające do szpiku kości głosy władców Planet i Żywiołów, którzy przekazali mi, (dlaczego i po co? tylu jest ludzi mądrzejszych i ważniejszych ode mnie) wiadomość, że losy Ziemi wiszą na włosku. Że w jednej chwili, jednym kiwnięciem palca władcy zniszczyliby ją, gdyż Ciemność przeważyła nad Jasnością (poza tym nie stanowi niczego ważnego w życiu wielkiego wszechświata, ot, dalekie, prowincjonalne peryferie), i już od dawna gotowi są w każdej chwili do interwencji, a jednak Ziemia nie zginie. Jej ocalenie zależy całkowicie od woli jednego człowieka, a oni z jakiegoś powodu zmuszeni są ją uszanować.
Ogarnęło mnie zdumienie. Byłam mała jak pyłek. I nieważna jak pyłek. Ujrzałam swoje życie z takiej perspektywy, że zawstydziła mnie moja małość. Spróbowałam się obudzić. Ocknęłam się w innym moim pokoju, z innymi meblami. Weszła akurat moja mama i wyglądała inaczej, niż zwykle. „Wstawaj, już pięć po piątej. Spiesz się do pracy!”. Łatwo zorientowałam się, że to jeszcze sen, więc wytężyłam całą uwagę, żeby wylądować na jawie. W ten sposób budziłam się jeszcze kilka razy, zawsze już całkowicie pewna, że to upragniony port dobrze znanego fizycznego świata. Spoglądałam na zegarek, leżący obok tapczanu, ale za każdym razem pokazywał inną godzinę i po tym poznawałam, że nadal śnię. W końcu fale energii odpłynęły i wyrzuciły mnie na brzeg jawy. Usiadłam w pościeli i sprawdziłam godzinę. Było dopiero wpół do trzeciej, co mnie bardzo zaskoczyło.

Po podróży za granicę życia i śmierci między 8 i 9 poziomem Świadomości, oddzielającą świat nieprzejawiony od przejawionego, trafiłam w pętlę czasową, która istnieje na niższej granicy przyczynowej, pomiędzy 5 i 6 poziomem. Wspomniała o tym śniąca mi się matka, podając godzinę, a tak naprawdę podpowiedź, że krążę od 5 do 5. Numeracja poziomów, o których Jarosław Bzoma wiele opowiada w swoich artykułach i wywiadach, wcale nie jest jego wymysłem. One rzeczywiście pojawiają się w snach, jako obiektywna wiedza i fakt. Przekazano mi to także, bardziej szczegółowo, w późniejszym czasie.

Sen z 1 października 1989 roku. Była noc i na niebie pojawiły się w wielkiej liczbie dyski istot z innych planet. Przerażeni ludzie ukrywali się w domach, nie chcąc o niczym wiedzieć, udawali, że nic szczególnego się nie dzieje. Pragnęli jedynie dawnego, codziennego, dobrze znanego sobie życia. Kosmici reprezentowali wyższy poziom świadomości. Nie byli ich wrogami, ale przybyli na Ziemię, aby zaprowadzić porządek. Miałam z nimi telepatyczny kontakt i usłyszałam zdanie z jakiegoś meldunku przesyłanego z jednego pojazdu do drugiego. Brzmiało: „KORUPCJA (lub: KOLABORACJA) JEST JUŻ FAKTEM…” Nie bałam się. Pragnęłam ich spotkać.

Inny sen z tej samej nocy. Stałam na wiejskiej drodze. Na nocnym niebie ukazały się trzy (obwiedzione graficznym konturem) gigantyczne krzyże. Z ramion każdego z nich zwisały i powiewały na wietrze długie kolorowe szarfy sięgające ziemi. Na ich widok uklękłam przepełniona uczuciem czci. Wkrótce zobaczyłam idących w moim kierunku ludzi. Szli od strony krzyży, liczną i uporządkowaną gromadą. Podbiegłam do nich. Wydali mi się dziwni. Szczupli, niewysocy, łysi, z wielkimi oczami, w białych szatach, milczący, identyczni. Pojęłam, że nie są ludźmi, choć ich przypominają. Niebiańskie, pełne współczującej miłości, istoty dobrowolnie zmierzały w materialny świat, niewątpliwie z jakąś misją. Nagle zapragnęłam znaleźć się pośród nich, być taka jak oni. Ruszyłam wraz z nimi tam, dokąd szli.

Jak widać, moja świadomość we śnie kompletnie ignorowała przekonania żywione na jawie. Bóg, anioły, Moce, Panowania i Trony, święci, 144 tysiące wybranych i cały ten religijny sztafaż istniał, objawiał się wraz z kosmitami, planetami, wzięciami, implantowaniem i nic sobie nie robił z moich zaprzeczeń i wątpliwości w świecie jawnym. Sen wizyjny, który towarzyszył przekazowi od boskich bytów był ilustracją symboliczną.
Morze to świat zapomnienia, przejawiony, w którym znalazła się ekipa niebiańskich wysłanników, jako załoga statku podwodnego. Utknęła w niższych światach, wprowadzając w nich jakiś program chroniący przekaz duchowy w linii czasu, by rodząc się w ograniczonym ciele móc obudzić innych w chwili otrzymania sygnału o porze powrotu. Owa chwila jest ściśle wyznaczana przez jakiś wielki cykl kosmiczny, w którym ukazuje się Solis (pozostanę przy wyśnionej nazwie owej białej gwiazdy). I jest jakoś związana z proroctwem Jezusa o zmartwychwstaniu. Chodzi o moment, który będzie mógł być wykorzystany do wydostania się z dolnego świata w najwyższy rejon, uosobiony przez Solis.

Oczywiście ateista, buddysta, zenowiec albo ufolog popatrzy na moją osobę, jako ofiarę odgórnego zaprogramowania, wiążącego mnie w świecie iluzji. Należy je zlekceważyć i rozpuścić, praktykować medytacje oczyszczające, czcić Pustość, albo poddać się leczniczej regresji i hipnozie – powie. Zresztą, niejeden mi to już sugerował. Chrześcijanin z kolei może mieć wątpliwości co do źródła przekazu, identyfikując kosmitów z demonami, fałszem i złem.

Szkopuł w tym, że wciąż, mimo tego rodzaju przeżyć (których w przyszłości miało być o wiele więcej i bardziej spektakularnych) pozostaję człowiekiem nie-wiary. Należę z natury do ludzi, którym wiara jest do niczego niepotrzebna. Dzięki tym wglądom, za którymi nigdy nie biegałam, które mnie osaczyły odgórnie i zapewne są efektem manipulacji, jakiej się świadomie poddałam na innym poziomie przed narodzinami, mogę powiedzieć, że nie muszę wierzyć i nie wierzę, ja zwyczajnie wiem. Jeśli czegoś nie wiem, wiem, że nie wiem. I tyle.

Przeżycie z nocy 14 lipca 1990 roku skończyło się szokiem. Doznałam wzniesienia świadomości i przekazano mi drogą z umysłu do umysłu wieść, że inteligentni mieszkańcy wszechświata są od dawna bardzo blisko Ziemi i od lat ingerują w ludzkie życie. Inspirują wynalazców, techników, myślicieli, pisarzy, reżyserów filmowych, plastyków, konsekwentnie stwarzając warunki dla swego ujawnienia się.

kosmita
Nagle poczułam ich obecność bardzo blisko. Ktoś stał za oknem pokoju, wołając mnie po imieniu. Spojrzałam w tamtą stronę i w jednej chwili sparaliżował mnie strach.
Choć mieszkałam wtedy na parterze, okno znajdowało się na wysokości około 2,5 metra od ziemi i trudno było w nie zajrzeć człowiekowi bez wchodzenia na drabinę. Tymczasem ktoś tam stał! Był widoczny dość wyraźnie (mimo nocy) za szybą, mniej więcej od pasa. Myśl o drabinie nawet nie przyszła mi do głowy. To wszystko było tak nieprawdopodobne, (aby ją wnieść do ogródka i dobrze ustawić, omijając krzewy ktoś musiałby narobić wiele hałasu, poza tym wcześniej z pewnością obszczekałyby go moje dwa podwórzowe psy).
Istota była biała jak śnieg, sprawiała wrażenie nagiej. Jej ręce były bardzo szczupłe, jakby pozbawione mięśni, a głowa w proporcji do reszty ciała ogromna, biała, łysa, o wąskim i cofniętym, ledwie zarysowanym podbródku. Najdziwniejsze w niej jednak były wielkie, migdałowe oczy bez powiek. W ich spojrzeniu mieściło się coś tak niepojętego, nieprzewidywalnego, bez wyrazu, jak w oczach owada. Była obca, z absolutnie innego świata i to, co mnie tak nagle wtedy przeraziło to fakt, że nie rozumiem, nawet nie potrafię sobie wyobrazić czego ode mnie może chcieć! Jest dobra czy zła? I czym się kieruje, spoglądając tak absurdalnie zza okna? Miałam wrażenie, że zwyczajnie unosi się w powietrzu.
Panika wróciła mnie do ciała fizycznego. Zaciskałam powieki, aby nie spojrzeć w okno i broń Boże, nie potwierdzić istnienia tego… czegoś. Wydawało mi się, że jeśli przetrwam atak lęku i nie otworzę oczu aż do świtu, będzie mi potem łatwiej przyjąć, że to, co zobaczyłam było tylko sennym koszmarem. Tymczasem pod powiekami wykwitła karta Tarota: 6 mieczy. Oprócz odnawiającego przejścia przez wielki kryzys symbolizuje również dużą odległość (także w czasie przyszłym), podróż przez morze, przestrzeń, ostateczne porzucenie domu, bezpowrotną emigrację. Na karcie, której w tych czasach używałam, był rysunek statku żaglowego widzianego od dzioba, (co mogło sugerować kształt dysku) i ogarnęło mnie przeświadczenie, że chodzi o statek międzygwiezdny. Zachowałam czujność do samego rana. Udało mi się nie otworzyć oczu. Nie udało mi się jednak w żaden sposób zasnąć. Serce tłukło się jak u złapanego ptaka przez długie godziny.

Ten paraliżujący strach, jeżący dosłownie włosy na całym ciele, to charakterystyczna reakcja podświadomości na bliską obecność obcego. Człowiek posiada podświadomość zwierzęcego rodzaju, która instynktownie wyczuwa wszystko, czego nie zna.

Kolejne spotkanie odbyło się 25 września 1992 roku. Znalazłam się nagle gdzieś bardzo daleko… Egipt? Na piaszczystej pustyni stała ogromna, kamienna głowa o czterech nieruchomych, wykutych w granicie twarzach, zwróconych ku czterem stronom świata. Ta niezwykła prastara rzeźba, wysoka na 2000 metrów była nieznanego pochodzenia… Unosiłam się w kosmicznej przestrzeni. Nie miałam tam żadnego ciała, po prostu obserwowałam. Niezwykła cisza i spokój ogarnęły mój umysł. Widziałam planety, płynące powoli i majestatycznie w kosmosie, a może to ja przesuwałam się względem nich… Na jednej z nich spostrzegłam – patrząc z wielkiej wysokości – ogromne kamienne piramidy. O wiele większe, niż te z Egiptu, chociaż podobne. Sprawiały wrażenie nader archaicznych, spowijała je atmosfera milionów lat trwania. I skądś wiedziałam, że ta planeta, jak Ziemia umiera.
Pokazano mi mapę… i wtedy poczułam, że mam wracać. Do moich oczu zbliżyła się dłoń. Na tle międzyplanetarnej przestrzeni i niebotycznych, prastarych piramid szczupła biała dłoń o bardzo długich trzech węźlastych palcach i niewielkim, równie szczupłym kciuku. Przyjaźnie otwarta. A może błogosławiąca?
Obudziłam się nagle, leżąc na wznak, z bijącym szaleńczo sercem. Była druga w nocy. Chwilę później zjawił się „duch mojego ojca”. Nakrył mnie troskliwie kołdrą i głośno ziewnął, jakby chciał powiedzieć: A teraz śpij spokojnie, moje dziecko.
Rzeczywiście, do rana nic się już nie wydarzyło.

Znów pojawił się element dłoni. I świadomość obserwatora. Czy to baza, nieziemska, obca, z której pochodzę i której jestem częścią? Takie pytanie może paść, ale czy owo przeżycie daje na nie odpowiedź, nie wiem. Zważywszy rzeczy, które jeszcze miały do mnie przyjść.

Głosy

W wielu moich sennych przeżyciach pojawiały się głosy. Odzywały się już w niemowlęctwie, całkiem na jawie, były wtedy wstrętne, szepczące, natarczywe, chichoczące, bełkotliwe i niezrozumiałe. Pamiętam, jak rodzice daremnie usiłowali mnie uspokoić, bo płakałam wniebogłosy ze strachu i udręki. Nie rozumieli co się dzieje. Szybko odkryłam, że wystarczy mi wtedy, gdy się włączają, powiedzieć coś głośno, aby umilkły. Musiało to dziwnie wyglądać, gdy odzywałam się ni stąd ni zowąd do samej siebie, albo w nocy, gdy wszyscy spali. Czasem kamuflowałam sprawę głośnym ziewnięciem, albo, że niby coś mnie ugryzło.

Goya

Gwizdy i nachalne szepty podczas ataków zawrotów głowy (mówiono, że rosnę, ojciec-lekarz nie umiał tego zdiagnozować, starał się nie panikować, być może były to objawy choroby Ménière’a, wszystko minęło samo, gdy dorosłam) budziły we mnie ogromny strach. Pewnego wieczoru chwyciło mnie w łóżku, tak mocno, jak nigdy dotąd. Krzyczałam do ojca:

– Tato, trzymaj mnie! Trzymaj! Bo lecę!

Pewnego razu, jako kilkulatka, bawiłam się na płyciźnie w rzece. Penetrując brzeg nagle trafiłam na wypłukany pod korzeniami przybrzeżnego drzewa dół. Wpadłam w niego i wir zaczął mnie wciągać. Ogarnął mnie wielki spokój i cisza. Jakże wabiąca ku sobie. Nagle wyrwał mnie i uratował z tego śmiertelnego transu ojciec, który zauważył mój kapelusik widoczny jeszcze pod powierzchnią wody.

O ile te pierwsze chichoty uszne i piski zdarzały się na jawie i ktoś obznajomiony z psychiatrią mógłby je podciągnąć pod jakiś objaw chorobowy, to późniejsze moje słyszenia zdarzały się już głównie w transie sennym, albo w snach na jawie. Swego czasu znałam dziewczynę, cierpiącą na anoreksję, która pod wpływem wygłodzenia, ale też lekomanii i nadużywania alkoholu otworzyła się na schizofreniczne głosy. Mogłam sprawę porównać. Zdrowia z chorobą nie da się pomylić. Jej głosy rozlegały się na jawie, przemawiały z torebki, albo puderniczki i nie były przyjazne. Wtrącały się ironicznie, złośliwie, lub mówiły od rzeczy. Ona zaś traktowała je jako jakieś dziwaczne wtajemniczenie i z lubością o nich wspominała, przynajmniej w mojej obecności. Byłam sprawą zainteresowana od strony parapsychologii, i nie wartościowałam jej doznań, ani nie kazałam jej iść do lekarza i przestać gadać głupoty. Wystarczyło mi to naoczne porównanie, by uznać fakt, że nic złego z moją głową i psychiką się nie dzieje.

Owszem, kilka razy w życiu zdarzyło mi się słyszeć głosy na jawie. Osób, których w pobliżu nie było i nie mogło być. Były tak realne, że wyglądałam przez okno, gdy dobiegały z ulicy albo od bramy, albo podchodziłam do drzwi i pytałam kto tam. Nikogo. Zdawało się. Tylko, i chyba nieprzypadkowo, owi ludzie zjawiali się w moim domu po dość krótkim czasie, zawsze niezapowiedzianie. Zatem zaliczam je do zjawisk prekognicyjnych i rodzaju świadomości, nazywanego przez niektórych „świadomością szamańską”. Jestem introwertyczką i samotniczką, przebywam na ogół w ciszy i odosobnieniu przez całe godziny, dnie i noce. Taki tryb życia otwiera umysł na niewidzialne fale także na jawie, nawet bez używania specjalnych metod wchodzenia w trans.

Spiewajace-anioly

Po latach, w czasach nawały wizyt z Drugiej Strony, słyszałam już inne głosy. Przemawiające po polsku, albo w obcych językach, których nie znam, znam słabo, nie tyle, aby rozumieć w nich przekaz, oraz w takich, które dawno wymarły. Oprócz francuskiego, niemieckiego, angielskiego, rosyjskiego, cygańskiego słyszałam teksty po staropersku, aramejsku, grecku, w starohebrajskim, czy w sanskrycie. Niektóre odbierałam jako przepiękny śpiew-melorecytację „chórów anielskich i archanielskich”, naładowany atmosferą Sacrum (po jednym z takich przeżyć ocknęłam się na jawie ze złożonymi jak do modlitwy rękami), a niektóre wstrząsały i zdecydowanie się różniły od głosów „kosmitów”. W podwyższonym stanie świadomości dobiegały mnie potężne, przejmujące do głębi mantry śpiewane głosami bogów poruszających się gdzieś w kosmosie w ogromnych pojazdach.

Czym innym są głosy duchów zmarłych. Często skrzekliwe, skrzypiące. Znaczy: spoza granicy życia i śmierci. O duchach jeszcze opowiem. Przekonałam się kilka razy, że śmierć w bliskim otoczeniu zapowiada mi wcześniej słyszana we śnie zbiorowa kościelna modlitwa, albo śpiew kobiet, idących za pogrzebem.

Głos, a raczej dźwięk, który wstrząsa najgłębiej – potężny huk, zamieniający w pyłek kurzu całe jestestwo – jest głosem Najwyższej Jaźni, Boga (Dharmaty, jak mawiają buddyści) i nie da się go z niczym pomylić. Czasem zastępują go, czy zapowiadają kontakt z nieprzejawioną najwyższą sferą – grzmoty burzy i pioruny, trzaski i skwierczenia wyładowań elektrycznych, najczęściej urywające sen. Osoby bogów Jowisza, słowiańskiego Peruna czy majańskiego Huracana mających władzę nad gromami i błyskawicami wskazują na tę najwyższą – patrząc od naszej strony – energię Świadomości. Chrześcijanie mówią w tym wypadku o trąbach anielskich.

Pierwszy raz usłyszałam ów przejmujący huk w 1985 roku. Poprzedził go sen, w którym byłam mnichem dobrowolnie wystawiającym się na pioruny nadchodzącej zawieruchy. Mnich ów zgodził się wypełnić coś ważnego, chociaż mógł spokojnie żyć w swojej pustelni na uboczu. Gdy stanął na szczycie wąskiej kładki wbijającej się w głąb jeziora i odważnie odrzucił kaptur z głowy, rozległ się ogłuszający huk burzy, który otoczył mnie ze wszystkich stron, wyrywając z ciała jak liść.

Pewnej nocy w 1986 roku usłyszałam na jawie przyjazny męski głos, rozlegający się z jakiegoś punktu nad głową, który wypowiedział zaskakujące słowa:
– W imię Jezusa Chrystusa wypędzam cię! – po czym z mojego splotu słonecznego wydostała się uciekająca gdzieś z szaleńczym krzykiem energia. Odebrałam ją jako formę czarnego wściekłego wilka. W umyśle zaś otworzyła się wielowymiarowa przestrzeń, która pomogła mi pojąć mnóstwo spraw na nowy sposób.

Była to jedna z metod, jakie stosowała wobec mego zablokowania Druga Strona. Wciąż nie byłam gotowa mentalnie na kontakt. Jezus Chrystus, jako dla osoby wychowanej w społeczeństwie chrześcijańskim był autorytetem moralnym chcąc nie chcąc, i kojarzył się jednoznacznie z dobrem, nie złem.
Potem wielokrotnie używałam tego egzorcyzmu, atakowana w transie przez różne nieprzyjemne byty. I powiem jedno, zawsze był skuteczny.

W 1994 roku obudził mnie nagle w nocy męski, młody, miły głos, mantrujący w jednym rytmie i nie wiedzieć, z jakiego powodu po angielsku! słowa:

– I`AM, I`AM, I`AM, I`AM, I`AM, I`AM, I`AM, I`AM… (jestem, jestem, jestem, jestem…)

Wibracja i potęga, które mu towarzyszyły były tak niesamowite, że otworzyłam oczy zupełnie pewna, iż gdyby choć na chwilę przestał to powtarzać, to cały świat, Ziemia i widzialny kosmos rozwiałyby się jak fatamorgana, a my wszyscy wraz z nią.
Kim w istocie był śpiewający ową mantrę można się domyśleć.
To przeżycie często do mnie wraca. I dziękuję za nie siłom wyższym. Świetnie pomaga na zwątpienie w sens.

Język angielski, użyty przez Mantrującego, jak i inne języki, a z nimi kraje i kontynenty, miasta, wsie, ulice i miejsca prywatne przynależą do zagadnienia topografii snu. Dużo o tym pisze i mówi Jarosław Bzoma. Zainteresowanym polecam zapoznać się z tematem, bo jest naprawdę ważny dla kogoś, kto chce rozumieć swe poruszenia po światach niejawnych. Odkryłam to zagadnienie jakieś 20 lat temu, i zapisałam w senniku „Symbole senne – znaki na drodze do Życia” pod hasłem Języki obce, co następuje:

Zdarza się słyszeć, a nawet mówić swobodnie w jakimś obcym języku, o którym mamy na jawie bardzo niewielkie pojęcie. Oznacza to, że przekazujemy informację w formie i na tematy symbolizowane przez charakterystyczne dla danego narodu cechy. Czym innym jest jednak słyszenie nawet całych przemówień w obcych językach w jasnosłyszącym transie, poprzedzającym świadomy czy wizyjny sen. Przeważnie treść tych przemówień pozostaje zagadką, a ich celem jest obudzenie w świadomości odpowiednich emocji, które bardzo szybko wprowadzają śniącego w głębszy trans. Bywa, że słyszymy ludzi mówiących w języku, którego nie znamy i trudno nam wtedy cokolwiek zrozumieć. Istnieje jednak w podświadomości coś, co można nazwać automatycznym tłumaczem języków i jeśli tylko zrozumienie słów staje się problemem, świadomość potrafi natychmiast i spontanicznie przestawić odbierany przekaz na język rodzimy.

Oraz pod hasłem Nazwy w snach:

Należy zwrócić uwagę na słowa i sylaby, z których się składają, gdyż mogą w nich być zawarte ważne skojarzenia i podpowiedzi, co do sensu danego symbolu we śnie. Każdy może mieć zupełnie indywidualny zestaw miejsc, miejscowości, nazwisk, nazw ulic, które mu się śnią stale jako określone symboliczne strefy. Podobnie jest z państwami, choć tu największą rolę grają historyczne uwarunkowania i stereotypowe cechy, jaki dany naród przypisuje innemu i mniej w tym indywidualizmu.

Co do mówienia po angielsku:

Oznacza to na ogół ambicję awansowania w sensie cywilizacyjnym i kulturowym. We śnie może chodzić o dobrą opinię w tradycyjnym, konserwatywnym i powszechnie szanowanym sensie. Uznane przez wszystkich wartości i hierarchie.

(Teraz dodam: to oznaka globalności i zbiorowej świadomości ludzkości jako takiej, zatem przekaz w języku angielskim dla nie-Anglika odnosi się do wszystkich ludzi i ma światową skalę).

Istnieje jeszcze głos komentatora snu, nazywany też głosem śnienia. Męski, żeński, nieznany. Wyższa świadomość daje nim podpowiedzi, lub odpowiedzi. Jeśli o mnie chodzi, bywa, że zaczynam je rozumieć dopiero po dłuższym czasie, gdy jakieś zdarzenia się wypełnią.

Druga strona

W 1975 roku miałam 13 lat. Zapisałam wtedy w swoim pamiętniku, co następuje:

Na polskim spytałam cicho Gośkę:
– Czy chciałabyś być niczym?
Gosia zamyśliła się całkiem poważnie.
– Nie – odpowiedziała w końcu.
– A dlaczego?
– To byłoby bardzo nudne.
– Nie myślałabyś przecież, byłabyś czasem.
– Nie mogę sobie tego wyobrazić.
A ja nie mogę nic na to poradzić…

Rozmyślania o niczym mocno mnie wtedy zajmowały. Z dumą zerwałam wszelkie swoje związki z kościołem.
Rok później zanotowałam wiersz bez tytułu. Bo pisałam wtedy wiersze, a nawet dwa czy trzy udało mi się wydrukować w jakimś harcerskim pisemku dla młodzieży. Byłam dość ponurą egzystencjalistką.

Już początek życia przerobiłam
programuję swoją przyszłość
na przyszłość
żeby umrzeć w odpowiednim
czasie

Zapisywałam dręczące mnie koszmary, czując, że są ważne, choć nie rozumiałam dlaczego. Znikąd pomocy. Nigdzie wiedzy na ten temat. Teraz je rozumiem i mogę powiedzieć, że druga strona usiłowała się ze mną skontaktować uporczywie i często. Odbierałam to niekiedy jako wizyty kogoś nierozpoznawalnego, czasem usiłującego mnie zahipnotyzować. Niewidzialna, ale wyczuwalna istota, mężczyzna, wchodziła drzwiami do mojego pokoju, podchodziła do łóżka, pochylała się i – na ogół zaraz wyskakiwałam siłą woli i przestrachu na jawę, do rana usiłując nie zasnąć i nie dać się wciągnąć w coś, co nie mieściło mi się w głowie. Albo odbierałam te wizyty jako demoniczne zakusy. Kilka razy była to jakby nadlatująca skądś kula, unosiła się chwilę nade mną, śpiącą lub usiłującą zasnąć, po czym przybierała ludzką formę. Zarejestrowałam kilka pierwszych przekazów informacji „stamtąd” w snach. Ha, czasem udawało się im ominąć moje ograniczenia!

koszmar

Notatka z 22 września 1985 roku

We śnie nastrój końca, wielkiej tragedii wiszącej w powietrzu nad całym światem, być może już się skończyła ostatnia wojna, ciemno, zimno. Śpię na jakiejś drewnianej pryczy pod cienkim kocem, który wciąż zsuwa mi się z nóg. Obok mnie ktoś leży, nie wiem kto. Budzę się, wstaję, idę gdzieś i wiem, że cały świat, wręcz cały kosmos jest już skończony, życia zostało niewiele i nie na długo, i to jest wrażenie nie do opisania ponure i apokaliptyczne. Obok mnie idzie ten ktoś, kogo nie pamiętam, rozmawiamy. I nagle z naszej rozmowy wykwita ważna prawda. Dostaję bezpośredni przekaz, z umysłu do umysłu, bez słów.
Świat jest dwoisty. Prócz tego, na którym teraz przebywamy w fizycznych ciałach i skazanego na zagładę, istnieje jeszcze inny, źródło jego odbicia, świat niematerialny, rzucający cień. Dostać się do niego można jedynie przez śmierć. A więc śmierć nie jest wcale końcem, ale wielką przemianą! Umierając urodzę się do życia w innym wymiarze.
Nasz świat nie ma wiele wspólnego z tamtym światem poza tym, że zamieszkują go te same (takie same?) istoty, tyle, że w innych postaciach. Jedynym wspólnym i niezmiennym elementem obu jest ogromna biała gwiazda bytująca gdzieś w centrum wszechświata. Podobna do słońca. Ona jest taka sama (tym samym?) tu i tam, po jednej i po drugiej stronie.

Nie był to mój pierwszy trans we śnie. O innych napiszę osobno. Ale chyba pierwszy z rodzaju tych, w których energie płynące przez ciało wprowadzają świadomość na wysoki poziom, który nie jest podobny do tego, na którym prosperujemy na co dzień jako ludzie. Na tym poziomie informacje płyną z zewnątrz (tj. od różnych wysokich bytów) w przyspieszony i telepatyczny sposób. Świadomość nie jest ograniczona „ziemską” pamięcią i logiką, przyswaja wiedzę bezpośrednio, poza słowami, o wiele szybciej, niż można sobie na jawie wyobrazić i różnymi sposobami w jednym czasie. Na przykład śnisz wtedy i uczestniczysz w akcji owego snu jako postać, a jednocześnie odczuwasz podwyższone wibracje energii w ciele fizycznym i zdajesz sobie sprawę, że leżysz w pościeli i śnisz. Odbieranym informacjom towarzyszy czasem dźwięk (głos snu, lub głos informatora), a czasem osobny obraz ułatwiający zapamiętanie treści. W tym samym momencie przeżywasz również reakcje na owe treści, zdziwienie, strach, zaskoczenie, niedowierzanie…

Sam powyższy przekaz teraz wydaje się prościutki, był jednym z pierwszych, ale w tym czasie zdumiał mnie do głębi. I swoją formą zaistnienia, i treścią. Owa szczególna gwiazda pojawiła się później w wizjach rodem z Kroniki Akaszy, gdzie nosiła nazwę Solis.
Wtedy wciąż byłam jednak zdeklarowaną ateistką i zjawy senne traktowałam jak iluzje, owszem, często koszmarne, ale zawsze fantazje mózgowe, rodem z podświadomości fizycznego ciała…

Początek

sfery

Pamiętam. Frunęłam nad moją rodziną, tatą, mamą prowadzącą wózek z moją maleńką siostrą i nad sobą, jadącą za nimi na białym składanym rowerku. To był sen wizyjny i z przyszłości, bo taki rowerek dostałam po kilku latach, jako prezent na pierwszą komunię.

O innym śnie długo byłam przekonana, że zdarzył się naprawdę. Już będąc dorosłą osobą zapytałam o to zdarzenie mamę. Nie potwierdziła. Czyli śniłam o tym, że w ogrodzie przy domu, w słoneczny letni dzień pochylałam się nad kwiatem róży. I wtedy wpadła mi do nosa pszczoła. Poczułam ogromny ból, po czym z nosa buchnął mi gwałtowny strumień czerwonej krwi. Krzyczałam ze strachu, nadbiegli dorośli i wyjęli owada przy pomocy szczypiec.
Ufolodzy traktują takie przypomnienia jako zakamuflowany w pamięci efekt wzięcia i instalowania w ciele implantu obcych. Służącego śledzeniu, bądź kontroli rodem z wyższego wymiaru. Analizując to, co mi się później przytrafiało w świecie niejawnym – nie zaprzeczę, że tak właśnie mogło być. Ale pewności ani dowodów nie mam, więc powstrzymuję się od twierdzenia.

Powtarzały się też iście demoniczne koszmary, o czarnym, śmiejącym się złośliwie wilku, czyhającym na mnie pod łóżkiem albo na szafie. Kilka razy usiłował chwycić mnie za rękę, raz nawet udało mu się ją odgryźć, na czym natychmiast obudziłam się.

Wkrótce moi rodzice zaczynają budować dom. I już jest prawie zbudowany, stoi wersja surowa, na parterze stolarz urządził sobie warsztat, są już zamykane na klucz drzwi wejściowe, niektóre drzwi wewnętrzne, podłogi na parterze, ale piętro jeszcze całkiem surowe, brakuje łazienki, pieca itp. Mama niekiedy, w porze kłótni z ojcem, zabierała mnie i siostrę do nowego domu. Miałyśmy wtedy jakieś 8-7 lat. Pewnej nocy, kiedy spałyśmy we trzy w prowizorycznie urządzonym pokoju na parterze usłyszałam ciężkie stąpanie, dobiegające z piętra. Kroki bardzo powolne, ciężkie, wyraźne. Jakby kogoś starego, kto poruszał się bardzo powoli. Zamarłam, łudząc się, że mi się zdaje, albo śni. I wtedy okazało się, że nie. Mama spytała głośno i bohatersko, drżącym głosem:

– Kto tam?

Nikt nie odpowiedział. Po chwili ciszy niewidzialne nogi znów zaczęły kroczyć. Tym razem schodziły z góry, powolutku, po schodach, stopień po stopniu. Ku nam, leżącym w pokoju bez drzwi. I odrętwiałym z potwornego strachu.

Kroki zeszły i… zapadła zupełna cisza. Do rana nic się nie wydarzyło.

Nie zapomniałam o tym nigdy. Gdzieś tkwiło pod skórą zdeklarowanej ateistki. Minęło trochę czasu. Mam teraz oto jakieś 20 lat. Przebywam w domu sama z ojcem, mama z siostrą wyjechały na wczasy. Oboje oglądamy telewizję w pokoju ojca na parterze. Mój pokój jest na piętrze, niedawno wykończony. Ojciec usypia na nudnym filmie. Ja jeszcze oglądam. Gdy nagle… znów te kroki. Powolne, głośne, posuwiste, szurające po podłodze, z pewnością starego człowieka. I znów, drżąc cała w sobie, łudzę się, że może mi się zdaje… Wtedy ojciec budzi się na chwilę. I nagle krzyczy na cały głos:

– Kto tam, do jasnej cholery chodzi?!

Kroki po chwili cichną. Ojciec znów zasypia. Rano nic nie pamięta ze zdarzenia.
Obejrzałam program telewizyjny do samego końca, ale wreszcie musiałam, z duszą na ramieniu, pójść do siebie na górę… Nic więcej się nie stało.

Znów minęło wiele lat i przeszło mnóstwo spotkań po tamtej stronie. W kwietniu 2005 roku przyszedł sen na jawie… a wraz z nim pojawił się dziwny starzec, w moim ówczesnym warszawskim mieszkaniu. Opisałam to dokładnie na blogu Transwizje (kliknij), więc tutaj nie będę tego spotkania powtarzać. Kto chce, może się zapoznać ze szczegółami. Był to jednak sen, nie jawa ani zjawisko materialne, doświadczane przez kilka osób równocześnie.

Jarek Bzoma od snów progresywnych radzi zadać pytanie przed snem. Niedawno wróciły do mnie wspomnienia starczych kroków i takie pytanie zadałam, owszem. We śnie znalazłam się w swoim dawnym pokoju na piętrze, leżąc na łóżku ustawionym przy ścianie z wmurowanymi w nią szklanymi drzwiami balkonowymi, (choć w rzeczywistości nie było tam balkonu, ani tym bardziej oszklonej ściany). Owe szklane drzwi były zasłonięte zasłonką. Zerknęłam za nią i zauważyłam ze zdumieniem czającą się z zewnątrz przy murze, na wysokości parteru, więc niżej, postać młodej dziennikarki. Czyhała na jakąkolwiek możliwość podejrzenia mnie przez szybę! Odwróciłam się i spojrzałam na ścianę naprzeciw wezgłowia łóżka. I szczęka mi opadła. Nie było żadnej ściany, tylko uchylone wielkie czyste okno, wychodzące na nieskończoną jasną przestrzeń…

Czy była to jakaś odpowiedź, albo choćby podpowiedź? Nie mam pojęcia. Świat pomiędzy, granice światów, wgląd i podgląd… W tej sprawie nie potrafię wyciągnąć wniosków ze snu-odpowiedzi. Ani pojąć języka, w którym mi jej udzielono. A nawet jeśli jakieś są, to czy mogę w nie wierzyć?

O mnie

Pokrótce:

ewa

Przebywam po tej stronie od grudnia 1961 roku. Urodziłam się pod znakiem Koziorożca. To ważne o tyle, że zauważyłam, iż Koziorożce często miewają „nie-swoje sny”, w których pojawiają się tematy zbiorowe, polityczne, nierzadko z przepowiedniami na przyszłość. Pewnie dlatego, że są urodzonymi strategami.

Narodziny były trudne, trwały 3 doby, w końcu wyciągnięto mnie nieomal uduszoną pępowiną. Ten uraz najprawdopodobniej zaważył na moim skrajnie introwertycznym usposobieniu i fakcie, że wizje pamiętam jeszcze z łóżeczka niemowlęcego.

Nie należę do osób religijnych czy bujających w obłokach. Do kościoła przestałam chodzić jako dziecko, nikt mnie za to nie karcił, takie były czasy. Ksiądz podczas lekcji na plebanii opowiadał takie dyrdymały, że nie byłam w stanie udawać, że w nie wierzę. W wieku 13-17 lat zgłębiałam filozofów materialistycznych, oświeceniowych, ateistów, psychoanalityków i fantastykę naukową. Cierpiałam – rosnąc – na ataki silnych zawrotów głowy, przy których osuwałam się na ziemię, trudne do zniesienia bóle głowy i mdłości trwały po nich kilka dni. Czasem atakom towarzyszył wysoki pisk, albo dziwne bełkotliwe głosy słyszane w głowie.

W wieku 18-25 lat zaczęły mnie – oprócz koszmarnych snów – dręczyć prawie każdej nocy spontaniczne wyjścia z ciała. I co za tym idzie głęboka nerwica i bezsenność. Te sprawy nie mieściły się nijak w moim światopoglądzie. Mając 23 lata zaczęłam czytywać książki katolickich autorów, podsuwane mi przez kolegę kleryka, mającego nadzieję mnie nawrócić. Wydawały mi się nieznośnie ckliwe, ale Biblia zrobiła na mnie wrażenie. Wiele razy do niej wracałam, w różnych tłumaczeniach. Otworzył się kanał zainteresowań duchowych, poznałam utwory głównych mistyków chrześcijańskich, a także nauczycieli różnych kościołów protestanckich. Wielokrotnie wracałam do Tomasza a Kempis, świętego Franciszka i Mistrza Eckharta. Wkrótce przyszła fascynacja Wedamiświętymi księgami rozprowadzanymi przez Towarzystwo Świadomości Kriszny, które szybko, wraz z ruchami buddyjskimi opanowało niszę w rozchwianej światopoglądowo Polsce po-komunistycznej. Paradoksalnie to one pogodziły mnie z religią katolicką, wreszcie zrozumiałam o co w niej chodzi! Oprócz tego czytałam wszystko, co dotyczyło ufologii.

W tym samym czasie zachwyciła mnie astrologia i zgłębiałam ją samodzielnie, posiłkując się podręcznikami i pismami drukowanymi na powielaczach przez kluby astrologów i psychotroników z Trójmiasta, Łodzi, Poznania i Wrocławia. Wkrótce też pojawiły się karty Tarota. I podobnie Księga I-Cing. Nie mając żadnych zabobonnych uprzedzeń do ezoteryki, poznawałam nowe dziedziny z pasją i nader samodzielnie. Nigdy mnie nic nie prześladowało z tego powodu, choć po latach nieświadomie ściągnęłam na siebie, oglądając różne talie w internecie, zbiorową larwę głodnych duchów związanych z katolicką klątwą rzuconą na tarota. Przeszłam ten atak jako inicjację, udało mi się dzięki medytacji nad kartami samodzielnie odzyskać siły i zapanować ostatecznie nad lękiem. Od tej pory doceniam siłę ukrytą w wersji marsylskiej.

W latach 90-tych przyjaźniłam się z (nieżyjącym już) Piotrem Burskim z Łodzi, mistrzem reiki. Inicjował mnie na pierwszy i drugi stopień, ale przede wszystkim miałam możliwość obcować z energiami i uduchowioną wyobraźnią na warsztatach, które urządzał każdego miesiąca. Poznałam także ludzi praktykujących buddyzm tybetański, bywałam na zlotach i wykładach ich guru Ole Nydhala, wzięłam schronienie w Buddzie. Nigdy żadna religia czy praktyka nie wciągnęła mnie dostatecznie głęboko, mam wrodzony dystans wobec wszelkich kultów i ideologii, ale okazywałam sympatię i zainteresowanie każdą nową wiedzą. I dużo na te tematy dyskutowałam. Medytując różnymi sposobami, z których ostatecznie najwięcej dała mi praca z oddechem, wizualizacja kart tarota (marsylskiego) oraz medytacja zen.

Inicjacje coś we mnie uruchomiły, a może tylko skierowały w górę. W efekcie napisałam swoją pierwszą książeczkę, która wyszła w Studiu Astropsychologii w 1999 roku „Symbole senne – znaki na drodze do Życia”. Dostałam za nią całkiem dużo pochwał od czytelników i czytelniczek, uważających ją za bardzo praktyczny i spełniający się w życiu sennik. Obecnie bodajże trzykrotny nakład dawno został wyczerpany, a wydawnictwo nie jest zainteresowane wznowieniem. Umowa, którą ze mną podpisano była na tyle podstępna (co zauważyłam po latach), że nie jestem już w stanie odzyskać praw autorskich do swojego tekstu.

W tym mniej więcej czasie poznałam przypadkowo, na prywatnym zjeździe w Lublinie, grupkę tzw. „gwiezdnych ludzi”, czyli osób uważających się za wcielenia istot kosmicznych. I ja we wczesnym dzieciństwie miałam takie przekonanie, jednak nie poczułam się wśród nich jak wśród swoich. Byłam już chyba „zbyt ludzka”. Niemniej znajomość z Frankiem Koterem z Puław, chemikiem, hodowcą róż, malarzem, poetą i autorem opowiadań w stylu Brunona Schulza, zaowocowała obfitą korespondencją i kilkoma spotkaniami, podczas których otworzył się dla mnie świat tzw. podróży astralnych, poza ciałem, które uprawiał Franek. Jego historie były naprawdę fascynujące i do niczego, o czym dotąd czytałam niepodobne. Pamiętam, jak powątpiewałam w realność przeżyć Franka, traktując je mimo wszystko jako rodzaj śnienia, i jak wtedy Franek oburzał się na moją tępotę. „Przekonasz się, że to nie sen, kiedy przyjdą do ciebie!” – usłyszałam. I bach. Zjawili się u mnie. Za to Franek przestał latać!

Przeżycia, które na mnie wtedy spadły i trzymały w kleszczach przez kilka lat dokładnie zapisywałam. Zamieściłam je później, po tematycznym uszeregowaniu w książce, która wyszła w Wydawnictwie Brama w 2003 roku pt. „Przemiany w ultrafiolecie”. Książka zainteresowała kilka osób, w tym pana Lecha Robakiewicza z pisma „Gnosis”, ale nigdy nie okazała się rewelacyjna czy poszukiwana. Teraz napisałabym ją zupełnie inaczej. Rezygnując zupełnie z części teoretycznej. W czasach, gdy powstawała miałam kłopot z osiągnięciem dystansu do treści, które do mnie „waliły drzwiami i oknami”, bombardując mnie bez przerwy. Mimo starań nie zdołałam wyzbyć się patosu, odzyskać zwykłego poziomu sceptycyzmu, ani uruchomić w sobie poczucia humoru. Kontakt z wysokimi energiami, tak długi i intensywny budzi w psychice reakcje psychotyczne i większość energii – o ile człowiek wie, co się z nim naprawdę dzieje – idzie na utrzymanie równowagi pomiędzy odczuciami a umysłem, jawą, a stanem snu czy transu. Potrzeba nieraz dużo czasu, aby przyswoić nowe treści i wrócić do życia. Poza tym sama treść, w której przekaz o Jezusie Chrystusie i zmartwychwstaniu był nader ważny kłóciła się z przekonaniami wykształconych i pretendujących do nauczania ezoteryków na tyle, że nie zebrała żadnych recenzji ani publicznych uwag. Odnoszę do tej pory wrażenie, że istnieje jakaś mentalna blokada dzieląca mnie od ludzi, których szanuję, a którzy zapewne uważają mnie za jakąś fanatyczną chrześcijankę czy osobę religijnie i wizyjnie nawiedzoną. Podobnie praktykujący chrześcijanie czy buddyści muszą się zetknąć, czytając mój opis, z czymś, co przeważnie odrzucają, np. kwestią UFO, kosmitów, gadoidów, bogów, diabłów i aniołów. Ci, co uprawiają świadome śnienie, OOBE, wizualizacje, channeling, hunę, regresje i wglądy trzecim okiem również musieliby zrezygnować z wielu swoich dogmatów i stwierdzeń, żeby móc przyjąć całość bez zastrzeżeń. Z kolei ufolodzy nie łykają Jezusa Chrystusa i biblijnego wątku. Najwygodniej jest więc zignorować taką opowieść.

Prawda jest taka, że mój przekaz nie pasuje do niczego, co daje się zmieścić w jakiejś jednej teorii albo doktrynie, czy to szczegółowej, czy eklektycznej.

Zdecydowałam się zgromadzić zapisy z tamtych lat, częściowo wchodzące w skład owej książki, a częściowo uzupełnione na bazie zebranych notatek, na niniejszej stronie. Uważam, że pozostają ciągle ważne i po coś owe treści zeszły w świat jawy. Może jeszcze posłużą komuś zainteresowanemu, kto nie ma uprzedzeń, ani religijnych ani anty-religijnych, do wysnucia własnych wniosków albo choćby wyobrażenia sobie tego, co istnieje po drugiej niewidzialnej stronie. Nie wspieram się przy tym żadną nauką, teoriami, schematami, porównaniami, filozofiami, gnozami, doktrynami ani nauczaniami, niech same przeżycia, które przyszły spontanicznie posłużą za bazę do ewentualnych przemyśleń, skojarzeń, dociekań.

Jeśli miałabym wskazać na jakiś rodzaj wiedzy o przedstawianych tu zjawiskach i podpowiedzieć, gdzie szukać zrozumienia, to są to książki i wypowiedzi Jarosława Bzomy. Śnił mi się kilkakrotnie przed laty, zatem uważam jego pojawienie się za realizację szerszego planu oświecania, podjętego na wysokościach (nieźle brzmi, prawda?). Zaznaczam jednak, że jego wnioski wysnute są na bazie sterowanego intencją śnienia nieświadomego (progresywnego), odpowiednio interpretowanego pod kątem zadanego przed snem pytania. Owe sny w inny sposób wkraczają w rejony, które ja eksplorowałam, acz wnoszą bardzo wiele w możliwość interpretacji tego, co mnie spotkało. Są istotne kwestie, które mogę potwierdzić i uzupełnić. Same sny Jarosława są dla mnie tak kuriozalne, i w dużej mierze nudne (przepraszam Śniącego i jego wielbicieli, ale to prawda i wcale nie krytyka), że wnioski, które z nich potrafił wysnuć zadziwiają prawdziwym geniuszem logicznego umysłu i skojarzeń. Jeśli ktoś zada sobie trud poznania obu opowieści, zapewne dojdzie do podobnych konkluzji. Zachęcam do krytycznych porównań! Odnoszę bowiem wrażenie, iż w jakiś sposób Jarosław Bzoma uzupełnił swoją penetracją i logiką to, czego mnie brakło, i może jest też tak na odwrót.

Oprócz dwóch pierwszych książeczek wydałam do obecnego czasu także – „Tarot Mistrza Gry” podręcznik dla początkujących i zaawansowanych tarocistów, „Kalendarz Tebański – symbole stopni Zodiaku” – interpretację 360 starożytnych symboli zodiakalnego koła dla astrologów tradycyjnych, „Proroctwa Mistrza Nostradamusa” – pierwsze tłumaczenie na polski ponad tysiąca czterowierszy Maga z Salon, oraz „I-Cing – Księgę Źródła”. Wszystkie pod starą wersją mego rodowego nazwiska Seydlitz.

Od lat prowadzę różne blogi w internecie oraz forum dyskusyjne o Księdze i-Cing.

W 2005 roku przeprowadziłam się z Warszawy na Podlasie, mieszkam w prawosławnej wiosce na pograniczu, żyję z rolnictwa, prowadzę maleńkie gospodarstwo z kozami. Kocham przyrodę, zwierzęta i żyję tak, jak żyli moi dziadkowie. Realizuję się jako śniący swoje odludek.