Tropy 2: Spadkobiercy

Oto druga część tryptyku napisanego na kanwie snów o Nostradamusie. Akcja i bohaterowie pochodzą ze snu, dane historyczne i nazwiska są efektami moich śledczych poszukiwań. Tekst zagadkowej przepowiedni ujrzałam w wizji i zapamiętałam z niego to, co zapisane.

Ewa Sey

Spadkobiercy

Żywja z ciekawością rozglądała się z ciekawością wokół siebie, gdyż otoczenie wydawało jej się egzotyczne. A jednocześnie dziwnie znajome. W miejscu, w którym przyszło jej się znaleźć przebywało wielu ludzi. Wytwornie ubrani mężczyźni zasiadali na drewnianych krzesłach z wysokimi toczonymi oparciami wzdłuż długiego, dość wąskiego stołu, w wielkiej sali z wysokimi rzeźbionymi drzwiami i stylowym sklepieniem pokrytym skomplikowanymi freskami i zdobieniami. Przez liczne prostokątne okna wpadało popołudniowe światło dnia, tworząc w oparciu o ułożoną mozaikowo posadzkę długie zwężające się jasne graniastosłupy, na których tle wirowały drobinki szarego pyłu.

caumont1

W zabytkowym hotelu miejskim odbywał się właśnie uroczysty zjazd znacznego rodzinnego klanu. Oprócz tych, co zasiedli wzdłuż stołu, inni ważni i mniej ważni bliscy i dalecy krewni stali porozrzucani swobodnymi grupkami w renesansowym wnętrzu. Nieco z boku salonu, odgrodzone ozdobnie kutą barierką znajdowało się miejsce dla najznamienitszych.

portretNostradamus

Patrząc z oddali od strony wejścia do kuchni widziało się w stylowym kryształowym lustrze siedzącego przy małym okrągłym stoliku całkowicie nieruchomo, dostojnie wyglądającego mężczyznę z białą, bardzo starannie przystrzyżoną i zaczesaną brodą. Na oko miał około sześćdziesięciu lat. Ubrany w XVI-wieczny kaftan i beret zajmował miejsce naprzeciw swego syna. Wpatrywał się w niego z wielkim skupieniem jasnymi, spokojnymi, jakby lekko nieobecnymi oczami.

Cesar NostreDame

Syn wydawał się równie postarzały jak ojciec. Nosił prawie identycznie przyciętą posiwiałą brodę, śnieżnobiałą kryzę i z podobną intensywnością patrzył w oczy ojca. Obaj tak głęboko zapadli w siebie, że nie zwracali najmniejszej uwagi na ludzi zgromadzonych wokół.

– Oni się nie poruszą – Żywja usłyszała za sobą cichy śmiech. Odwróciła się i zobaczyła stojącego koło siebie wysokiego eleganckiego mężczyznę w czarnym smokingu, który zagaił z nią rozmowę. – To tylko obrazy. Oba portrety stanowiły przez ponad sto lat własność znanej w Aix rodziny skoligaconej z naszą i są uważane za bardzo ważną symbolicznie spuściznę. Trzeba przyznać, że mają coś w sobie, prawda?
– Tak, są niezwykle autentyczne – przyznała Żywja.
– Wiąże się z nimi pewna tajemnica, przekazywana z pokolenia na pokolenie – kontynuował mężczyzna. – Ale może najpierw się przedstawię… Antoine de Fabri. Widzę, że pani jest tu obca.
– Tak – przyznała Żywja – Znalazłam się w sali przypadkowo. Z ciekawości, muszę przyznać. Pracuję w hotelu jako pomoc kuchenna na czas zjazdu.
– Świetnie, wreszcie ktoś normalny w tym miejscu! Podejdźmy bliżej, sama się pani przekona, że to tylko płótno i olej.

Pan de Fabri podprowadził ją do obu obrazów wiszących naprzeciwko siebie.

– Prezentowany tutaj portret naszego wielkiego wieszcza Nostradamusa jest powiększoną do naturalnych rozmiarów kopią oryginału, namalowanego ręką jego syna Cezara. O, proszę przeczytać napisy w dolnym rogu obrazu.

Żywja w skupieniu odcyfrowała kilka łacińskich wyrazów. Resztę przeczytał na głos pan de Fabri. Po czym swobodnie przetłumaczył z pamięci:

Ten obraz Michela ojca jest Cezara syna
Tenże wykonał onego, acz jego począł ojciec
Tym sposobem ojciec zrodził syna, syn pozostaje także ojcem ojca
I oto dlaczego bogowie śmieją się z niego.

– Nostradamus przepowiedział swemu synowi, że zrozumie i odczyta kiedyś jego proroctwa. Syn nigdy ich nie pojął, żaden duch święty na niego nie spłynął. Nigdy się także nie ożenił i nie zostawił potomków. Jak możemy się przekonać choćby z tego wierszyka, miał do tej przepowiedni stosunek ironiczny. Proroctwo zostało przekazane innej rodzinie. Ale czy ta cała historia panią interesuje? Nie chciałbym zanudzać. Chętnie się nią podzielę, bo dość mam już dźwigania tego śmiesznego ciężaru – zakończył nowo poznany.

Żywja skłoniła głowę, a Antoine de Fabri chwycił delikatnie jej łokieć i skierował ją lekko w inną stronę. Ruszyli powolnym krokiem, jak gdyby przechadzając się po pełnym ludzi zabytkowym wnętrzu dla podziwiania starych obrazów.

– Winny wszystkiemu jest oczywiście sam Nostradamus, a potem jego syn – kontynuował pan de Fabri. – Złożoną drogą dziedziczenia po kądzieli oba portrety, ojca i syna oraz jeszcze jakieś nigdy nieopublikowane notatki Nostradamusa trafiły w ręce rodziny de Fauris. Przepowiednię starannie ukrywano, a od Rewolucji przechowano z narażeniem życia. Obrazy zostały w końcu podarowane społeczeństwu, ale pisaną najcenniejszą spuściznę przekazujemy sobie prywatnie od pokoleń.

Z tonu niektórych zdań Żywja poznała, że jej rozmówca najwyraźniej nie miał najmniejszych pretensji do niesienia sztandaru rodowej przepowiedni.

– Wszyscy synowie, zwłaszcza pierworodni długo wierzyli w owo dziwaczne proroctwo. Potem cedowali je na swoich najstarszych synów. Wielu czekało, aż im się objawią duchowe zdolności i usłyszą obiecaną podpowiedź z zaświatów. Oczywiście daremnie – dodał ze szczególnym półuśmiechem, ni to drwiącym, ni smutnym.
– Czego miałoby ono dotyczyć? – zaciekawiła się Żywja – Tak ogromny szmat czasu świadczy chyba o wielkiej wadze wróżby.
– Rzeczywiście – uśmiechnął się jej rozmówca – Gdyby wziąć ją na serio byłaby to sprawa najważniejsza dla całej ludzkości w tak zwanych czasach ostatnich. Są tacy, którzy uważają, iż czasy te właśnie nadchodzą. A może już nadeszły, któż to wie?

Przechadzali się wzdłuż ściany, na której wisiał długi szereg portretów rodowych przodków, dawnych właścicieli albo utytułowanych rezydentów tego miejsca. Pan de Fabri zatrzymał się przy dwóch z nich.

JulesdeFauris

– Oto Jules de Fauris, przewodniczący parlamentu Prowansji, wielki numizmatyk. Ten następny to jego syn, Alexandre de Fauris, pan na Noyers i Saint-Vincent, ostatni ze swego rodu i nazwiska, zmarł bezdzietnie na początku XIX wieku. On też zajmował się archeologią, numizmatyką oraz różnymi tajemniczymi inskrypcjami. Odziedziczył stanowisko prezydenta po ojcu, który jemu je przekazał jeszcze za swego życia. Taka mała zbieżność, drobne i właściwie nieistotne podobieństwo. Do powtarzającej się historii ojca i syna. Wdowa po nim, pochodząca z naszej rodziny przekazała nam przepowiednię, jako najbliższym powinowatym.

Alexandre-de-Fauris-Saint-Vincent

– Zmarł bezpotomnie, a przecież to jego rodu dotyczył jeden z proroczych wersetów Nostradamusa, pochodzący z pewnego almanachu astrologicznego – dodał jeszcze.
– Co w nim było?
– Proszę mi wybaczyć, jeśli się pomylę. Ale cytuję z pamięci:

Dążenie do hierarchii nie będzie całkiem próżne. Sędziwi zgromadzą się i zjednoczą i staną się prawie niezwyciężeni. Aliści, trzeba uważać na symbol hipopotama i łabędzia, następnie uznana zostanie biała gołębica i jej jednaki par bezżółciowy.

Żywja spojrzała na pana de Fabri szeroko otwartymi oczami.

fauris

– Tak, niezbyt zrozumiałe, jak wszystko, co wyszło spod pióra naszego wieszcza – roześmiał się pan de Fabri – Jednak tyle wiemy, że podwojona biała, a właściwie srebrna gołębica, wraz z podwojonym niejadowitym zielonym wężem znajdowała się w herbie rodziny de Fauris. I tam do ósmego i ostatniego pokolenia oczekiwano narodzin kogoś ważnego, równego parom Francji. To jedna z zagadek, którą bawili się moi przodkowie.

– Czy ktoś już słyszał tę tajemniczą przepowiednię? – spytała prawie szeptem Żywja, aby nie zakłócić szczególnej atmosfery panującej w starożytnym wnętrzu.
– Jak dotąd nie… Jesteśmy już tym mocno zniecierpliwieni – stwierdził z przekąsem jej rozmówca – Trzeba zrozumieć, jakie to niesamowite obowiązki i napięcia niesie ze sobą dla każdego męskiego potomka rodziny. Przed wielu laty zdarzyła się nawet seria tajemniczych morderstw i kradzieży, niektórzy do tej pory nie czują się bezpiecznie. Być może zaszedł jakiś istotny błąd w przekazie, kto wie? Zebraliśmy się tutaj wreszcie na walną naradę. Wszyscy tego nazwiska, choćby pokrewieństwo było już zatarte. Należy wreszcie coś konkretnego postanowić.
– Czy to naprawdę jest aż tak ważne? – zdumiewała się Żywja.
Jednocześnie z ogromnym zakłopotaniem zauważyła nagle biegnącego ku sobie małego czarnego psa. Suczka Miła wyrwała się z uwięzi na zapleczu i wiedziona psim instynktem przedarła przez kuchenne hotelowe pomieszczenia, by dostać się do głównej sali w poszukiwaniu swojej pani. Widać było, że ilość zgromadzonych ludzi mocno ją podnieca i zaciekawia.
– Hm… – Antoine de Fabri potraktował zupełną obojętnością niewielkie zwierzę. Zamyślił się i podrapał w czoło – Sam widziałem przed laty to tajemnicze pismo. Było wydrukowane starą czcionką na pożółkłym czerpanym papierze. Zapamiętałem z lektury jedynie kilka słów. Niestety byłem wtedy jeszcze bardzo młody i głupi. Nie przywiązywałem wagi do tego rodzaju rodzinnych przekazów.
– Jakie to były słowa, można wiedzieć? – dociekała Żywja. Gestem nakazując psu usiąść przy sobie i uspokoić się.

– Owszem. Nie widzę powodu, aby ich nie zdradzić komuś obcemu. Przecież nawet członkowie rodziny nie rozumieją ich sensu. Padły tam słowa: w listopadzie, z czego niektórzy wnoszą, że istnieje termin rozszyfrowania tajemnicy właśnie do listopada roku nieustalonego. Oraz nieco dalej stało wytłuszczonym drukiem: Syn Boży i Człowiek… Doprawdy, nie mam zielonego pojęcia, co miałoby to znaczyć.

– Lubię zagadki – powiedziała Żywja, przytrzymując za obrożę popiskującego psiaka. – Czy mógłby pan sobie coś jeszcze przypomnieć? Choćby drobne i najgłupsze skojarzenie podczas lektury? To niekiedy daje ważną podpowiedź.
Jej rozmówca zamyślił się na dłuższą chwilę.
– Sens tego tekstu przypominam sobie bardzo niejasno. Utkwiła mi w pamięci jednak myśl, że należy zdążyć z rozszyfrowaniem go przed listopadem właśnie?
Oboje spojrzeli znowu na ogrodzone barierką miejsce z boku salonu. Ojciec i syn wpatrywali się w siebie nieustannie, siedząc bez ruchu od stuleci, podobni do siebie nieomal jak dwie krople wody.

– To przecież idiotyzm! – niespodziewanie Żywja usłyszała zniecierpliwiony głośny szept stojącego obok niej pana de Fabri. W tej samej chwili Miła wyrwała jej się z ręki i pobiegła w głąb sali zwabiona posuwistym krokiem usługującego zgromadzonym kelnera, ze skupioną gracją niosącego tacę pełną napojów. Był to jakby moment uwolnienia stłumionej energii, gdyż jednocześnie także Antoine de Fabri drgnął i ruszył zdecydowanie ku siedzącym za długim stołem ważniejszym przedstawicielom rodu. Po chwili stało się jasne, że postanowił wreszcie rozpocząć publiczną dyskusję na interesujący wszystkich temat.
Żywja pozwoliła na razie umknąć psu, gdyż ta scena przykuła jej uwagę.
Jej przewodnik podszedł do długiego stołu, pochylił się ku siedzącym. Zabawnie i obcesowo podrapał najbliższego z nich w brodaty podbródek, a potem drugiego, znajdującego się naprzeciw niego, mówiąc głośno tak, aby wszyscy usłyszeli:
– Dobrze, dobrze, ale ile czasu można tak siedzieć i gapić się w siebie? W końcu znowu syn stał się prawie tak samo stary jak ojciec i wciąż nic!
Po czym obrócił się energicznie na pięcie i wyszedł zamaszystym krokiem z sali.

Wzbudziło to ogólne poruszenie. Rozgorzał szmer dyskusji, a o to chyba chodziło prowokatorowi. Żywja nie czekała już na reakcję rodziny, gdyż czuła, że musi jak najszybciej znaleźć zgubionego psa. Lawirując pomiędzy tłumem dyskutujących, którzy tłocząc się ruszyli w kierunku zaskoczonego seniora rodu, przeszła do innej części sali zapełnionej dalszymi krewnymi. Ci nie czuli się zbytnio związani z naczelnym hasłem rodziny i choć mieli pełne prawo brać udział w zjeździe, przypatrywali się zdarzeniu z dystansu.
Po drodze wypatrywała między nogami stojących i przechodzących ludzi czteronożnej zguby. W końcu zmieszała się z niewielką gromadką zachowujących całkowity spokój osób i po dłuższej chwili z ulgą dostrzegła swoją małą czarną ulubienicę.

Miła biegła z całych sił, jak gdyby goniona przez kogoś za psotę nieposłuszeństwa. W końcu skuliła się w najbliższym kąciku, patrząc z nieśmiałą pokorą i uwagą w górę na ludzi, którzy ją otoczyli. Ktoś wyjął jej z pyska część rury od odkurzacza, którą najpewniej chwyciła gdzieś na zapleczu. Rura była w środku trochę zanieczyszczona czymś czarnym i lepkim jak smoła, ale drożna i ten, co schwytał psa spróbował przez nią popatrzeć. Potem pokiwał głową.

– Panowie, potraktujmy to jako podpowiedź Opatrzności względem dręczącego nas problemu i postawionego właśnie pytania. Owa rura wydaje się znakiem przez nią zesłanym w tym ważnym dla nas momencie. Pozwolę sobie odczytać go jako kanał, który otworzy się i Bóg ześle nam przez niego rozwiązanie, pomimo prób udaremnienia nam tego ze strony ciemnych sił.
– Zgoda – przyznał mu rację inny Fabri i zwrócił się do wszystkich rozglądając się po wnętrzu sali – Czy ktoś z państwa wie, do kogo należy ten piesek?
Żywja natychmiast ukryła się za plecami jakiegoś człowieka. Niestety, jej pies już ją zauważył i zaczął popiskiwać merdając radośnie ogonem i rwąc się w jej stronę.

Reklamy

Tropy 1: Nic

Przyszedł czas na kolejne opowiadanie, w którym znów pojawia się Paryż, ten znany mi ze snów, bo na jawie nigdy – przynajmniej w tym życiu – w nim nie byłam. Pojawia się także wzmianka o panu de Fauris, poznanym w „Pojedynku z cieniem” i zagadka, jaką zostawił Nostradamus do rozwiązania, a o której będą traktować jeszcze dwie następne, powiązane z tą, nowele. Wszystkie napisałam na podstawie snów, wymyślając jedynie imię i nazwisko swej wyższej śniącej formie, jak i nazwisko francuskiego badacza zagadek, o którym śniłam dwa razy i z tych snów pochodzą informacje padające w rozmowie bohaterów „Niczego”. Treść rozmowy, którą ubrałam w słowa przyszła do mnie w dużej mierze drogą bezpośrednią, telepatycznie, towarzyszyły temu wizje tekstów i zapisów w głębszym transie.

Ewa Sey

Tropy

TWOJE PÓŹNE nastanie CEZARZE NOSTRADAMIE, mój synu, pozwoliło mi poświęcić wiele swojego czasu nieustannym nocnym czuwaniom na to, by zastrzec pisemnie tobie pozostawienie pamięci, po cielesnym zgaśnięciu twego progenitora, ku zarazem korzyści ludzkości, o tym, co Boska esencja poprzez astronomiczne obroty dała mi poznać. I stąd, że spodobało się Bogu nieśmiertelnemu, byś nie był ubrany we wrodzoną światłość na tej ziemskiej niwie, & nie chce objawić twych lat, które jeszcze-ć nie nadeszły, aliści twoje miesiące Marsowe niezdolne są przyjąć w swoje słabe zrozumienie tego, co będę zmuszony po mych dniach określić; przeto nie jest możliwym zostawić ci na piśmie tego, co ma być zębem czasu zatarte; albowiem dziedziczne słowo tajemnej przepowiedni będzie w moim żołądku zawarte.

(Michel Nostradamus „List do syna Cezara” 1-3)

Nic

Język francuski uwiódł Żywję Siedliszczankę dawno temu. I pozostawał w sercu ciągle. Jak perła budowana w bolesnym znoju przez morskiego małża.
Szczególna atmosfera Gare du Nord, na którym wysiadała po długiej podróży pociągiem jadącym z Warszawy przez Berlin budziła w niej zawsze namiętną i długo potem odczuwaną tęsknotę za Paryżem. Niekiedy krążyła po dworcowych halach, odbierając wszystkimi zmysłami wszelkie wonie, smaki i słysząc przejmujący gwar tego miejsca. Wysiadywała na peronowych ławkach witając przyjeżdżające i odprawiając odjeżdżające podmiejskie i dalekobieżne pociągi. Obserwowała wymijających ją ludzi z bagażami i bez, innojęzycznych podróżnych o różnych kolorach skóry obładowanych plecakami i torbami turystycznymi toczonymi na kółkach, wypatrując pośród nich znajomych nieznajomych. Niekiedy witała się z długo oczekiwanymi osobami, które znała tylko tam, w tym szczególnym mieście. Albo żegnała z nimi ze ściśnięciem serca i łzami, które o poranku spływały spod powiek schnąc szybko na policzkach. Miała wrażenie, że w tym wyraźnym, choć wyśnionym świecie znali się głęboko i blisko od zawsze lub też łączyła ich wspólna pasja.

Montmartre

Spacerowała nieraz szerokimi bulwarami, albo zagłębiała się w wąskie brukowane  uliczki, zachodząc do nastrojowych kafejek w starych kamienicach w porach najmniejszego ruchu. Choćby po to, aby zza kawiarnianej szyby pogapić się na przechodniów. Albo spotkać tam i porozmawiać z kimś wyczekiwanym. Tak jak to się stało i tym razem.

Gaweł, młody i nader delikatny mężczyzna ubrany w połyskliwą rubaszkę ze śnieżnobiałego jedwabiu, wyszywaną na mankietach i przy kołnierzu w czerwono-błękitne ruskie wzory, poeta i lingwista znający świetnie kilka języków, przyjaciel od kilkunastu lat, z którym nieczęsto się spotykała, ale bardzo obficie niekiedy korespondowali, przyniósł jej właśnie do pokazania rzadki literacki rarytas. Było to dzieło niszowego, acz znanego na świecie francuskiego wieszcza, wydane w osobliwy sposób. Składało się z wielu krótszych i dłuższych utworów, które ich autor pisał i publikował każdego roku przez szesnaście ostatnich lat swego życia. Każda strona była doskonałą kopią wydań oryginalnych. Robionych na czerpanym pergaminowym papierze w różnych rozmiarach i o rozmaitej fakturze.

teksty.gif

Tekst, odbity oryginalnie ręczną prasą był drukowany bardzo różnymi czcionkami, od dużej do maleńkiej, kursywą lub majuskułą, miejscami zamiast liter zdarzały się jakieś dziwne pojedyncze znaczki lub piktogramy. Niektóre wyrazy były specjalnie zapisane z błędem, dodaniem niepotrzebnej litery albo odjęciem potrzebnej, z rzadka niespodziewanie kolorowane. Czasem pochodziły z innych języków, katalońskiego, prowansalskiego, romańskiego, łaciny czy greki. To wszystko miało coś znaczyć, jak wyjaśnił Gaweł.

Od setek lat głowili się nad zagadkowymi zapisami uczeni pasjonaci twórczości poety, uchodzącego powszechnie za wielkiego proroka przyszłości, oraz różni nawiedzeni ignoranci i maniacy z całego świata.
Ponadto wybrane strofy miały swoje numery, ale nie były to numery kolejne. Utrudniało to dodatkowo sam proces czytania i rozumienia treści.

Dzięki tym rękodzielniczym cechom oryginalny tekst sprawiał wręcz czarodziejskie wrażenie. Fascynował tajemniczą i drobiazgowo przemyślaną formą, strukturą i zawartością. Niemożliwą do zrozumienia wprost, a jednocześnie uderzającą silnie w inne zmysły, wzroku, smaku, węchu, dotyku.

– To też ma swoje znaczenie i cel – wyjaśnił Gaweł, sam od czasu do czasu zajmujący się pisaniem własnej poezji i wydawaniem jej w niewielu pomysłowych egzemplarzach. – Całość oddziałuje jednocześnie na obie półkule mózgowe, uruchamiając skojarzenia i wglądy. Przynajmniej u niektórych uzdolnionych ku temu czytelników.

Ponadto żadne tłumaczenie ze starofrancuskiego oryginału nie oddawało szyfru w nim zawartego. W innych językach trzeba było wieloznaczne szczegóły mozolnie omawiać w długich i nudnych przypisach.

– Ten szyfr zdaje się coś ukrywać, ale w istocie nie niesie żadnego sensu – stwierdził w końcu Gaweł. Miał zmęczony wyraz twarzy. Ślęczał nad tłumaczeniem wybranych fragmentów od kilku tygodni, zarywał noce, aby w końcu poczuć to, co właśnie oznajmił.
– Jak to? – zdziwiła się Żywja – Facet tak się przez lata napracował, aby ukryć NIC? Pustkę?
– Raczej Pustość, może w sensie buddyjskim? – wymruczał Gaweł. Zamówił u ładnej kelnerki ciastko z kremem i kawę. Alkohol od kilku lat szkodził mu na żołądek, nawet wino. Miał słabą głowę. Popadał po nim w dziwne i nieprzyjemne stany.
– Takie mam podejrzenie – podkreślił na koniec, z wegetariańskim apetytem zlizując słodki krem z ciastka. – Właściwie osobistą subiektywną pewność. Żeby do tego dojść musisz rzecz dokładnie sama zbadać tak, jak ja.

Żywja z niedowierzaniem zagłębiła się w kilka rymowanych strof na jednej z nieco już pożółkłych pergaminowych płacht.
– Oczywiście opinie mogą być różne – dodał Gaweł. – Na przykład niedawno znalazłem dwa eseje, dwadzieścia lat temu wydane w kilkudziesięciu egzemplarzach w niszowym periodyku ezoterycznym, przez pewnego pasjonata naszego proroka. Interesujące pod kilkoma względami. Zobacz sama – i wyciągnął z papierowej teczki plik kopii reklamowanych utworów.
Żywja sięgnęła po nie z ciekawością. Tekst okazał się trudny do odcyfrowania. Drobny druk, częściowo niewyraźnie odbity na kopiarce, było w nim mnóstwo cytatów pisanych jeszcze drobniejszą kursywą i odniesień do rozległych i licznych przypisów na końcu.
– Możesz przybliżyć temat? Widzę, że poradzę sobie z odczytaniem dopiero w domu, potrzebuję na to więcej czasu.

– Autor tych omówień, wieloletni badacz dzieła wieszcza, nazywa się André Dupont. Nic mi o nim nie wiadomo, poza kilkoma wzmiankami o nim w pracach jednego z bardziej znanych francuskich specjalistów tematu. Dupont zajmuje się (albo zajmował, bo nie wiadomo, czy jeszcze żyje) wyszukiwaniem w oryginalnych pierwszych wydaniach utworów naszego poety właśnie takich niezrozumiałych znaków, sylab, wetkniętych w zdanie znienacka obcych słówek, piktogramów, a także barwionego druku. Starannie je zebrał i poklasyfikował. To on właśnie uznał, że należy je czytać w pierwotnej czasowej kolejności, nie stosując się do numeracji wersetów. Ona być może służy zmyleniu poszukiwaczy kodu. Choć ma też inny cel.
– Czyli najciemniej jest pod latarnią – uśmiechnęła się ze zrozumieniem Żywja.
– Dupont spisał owe znaki, litery i sylaby w rzędy, zgodnie z utworami i datami ich wydawania. Po czym podzielił na „wyrazy” według podanej w tekstach swoistej numeracji. Liczba kolejna wskazywała według niego na ilość liter w wyrazie, bądź odliczał owe litery w wersetach według wskazanej przez autora cyfry. To bardzo skomplikowane. Bawił się w to wiele lat. Najpierw spisując wszystko i licząc ręcznie, z czasem przeszedł na komputer.
– Co takiego miał zamiar w ten sposób odkryć? – zaciekawiła się Żywja.
– Wyszedł z samych deklaracji naszego poety. Że nadejdą czasy, gdy pojawią się jego przyjaciele wcielający tajemnicę, i wtedy zostanie ona zrozumiana.
– Ach, mówisz o braciach krwi, spadkobiercach Poselstwa i szwadronie Boga – kiwnęła głową Żywja. – Rzeczywiście coś takiego napisał.
– Otóż Dupont uznał, że w zrobionych przez niego wyciągach znaków i liter są informacje o tych osobach z przyszłości, ich nazwiska, daty urodzenia i inne szczegóły. Mało tego, także wskazówki na temat ich różnych ziemskich wcieleń. Jego samego interesowała głównie postać naszego poety. Szukał potwierdzenia dla rewelacji pewnego mało znanego jasnowidza, który głosił na podstawie swej wizji, że inkarnował on trzy razy. Wcześniej jako biblijny prorok Daniel, a później jako pewien francuski erudyta i miłośnik starych manuskryptów, żyjący na przełomie wieków XVIII i XIX.
– Czy coś udało mu się odczytać?

Gaweł pochylił się nad jedną ze stron kopii i po krótkiej chwili poszukiwania wzrokiem pokazał wybrany fragment palcem.
– Może to są jakieś nazwiska, trudno potwierdzić, trudno zaprzeczyć. Owa trzecia inkarnacja proroka nazywała się według Duponta: dNeyar. Lub podobnie.

Żywja zagłębiła się na dłuższą chwilę w tekście. Zmarszczyła brwi. Podany szereg dziwnych znaków i bełkotliwie brzmiących słów niewiele jej mówił.

– Prawda? – roześmiał się nagle Gaweł, spoglądając jej prosto w oczy.
– Co takiego?
– Każdy szuka najpierw własnego nazwiska. Ja też się na to nabrałem…
– Prawda – przyznała Żywja. – Ale coś znalazłam. Patrz!
Wskazała palcem nazwisko mLene Vnneav. W przypisach badacz stwierdzał, że podany zapis jest nieadekwatny, bo czcionki, które podaje jako nn w oryginale były odwróconymi do góry nogami literami vv.
– Uwzględniając też fakt, że niegdyś używano czcionki U i V zamiennie, można je odczytać jako Unneau, jakaś woda. Albo Vuve/vive eau – żywa woda. Albo odwracając je jak w lustrze Nuveau, lub nawet Neuv-an.
– Niu ejdż? – Gaweł podniósł brwi.
– Tak jakoś, niwa nowego wieku.
– I co z tego? Podobnie można rozczytać wiele z innych podanych wyrazów, zlepków sylab.
– Znam Marlenę Nuveau. Ze snów.
– O!
– To anioł. Jak sądzę. Choć nie przeczę, że mogła się urodzić jako człowiek, nawet wielokrotnie. Tak samo może być i z innymi. Zastanowię się. Dziękuję za wysiłek, jaki temu poświęciłeś – stwierdziła Żywja. I na koniec zapytała ni w pięć, ni w dziewięć:

– Sam pomyśl. W jaki sposób Pustość mogłaby zrodzić Coś? Jak Nic mogłoby stać się Czymś, a nawet Kimś? Jeśli Nic pozostaje na zawsze tym, czym jest, czy raczej nie jest, to może jedynie podszywać się pod Coś, ubierać w jego formę, udawać i mieszać Coś. A może także na swój sposób żywić się Czymś, zmieniając w Nic, lub coś zbliżonego do Niczego.
– W takim razie może wyczuwam taką grę? Czegoś z Niczym? Lub może prawie z Niczym, bo przecież zero absolutne z definicji nie istnieje – stwierdził spokojnie Gaweł i spytał po chwili:
– Wierzysz w anioły?
– Hm. Nie wierzę w nic poza tym, czego sama doświadczam. Jednak im nie przeszkadza pojawiać się w moich snach. Nie wiem kim lub, czym są. Mają swoje opowieści, poszczególną historię, pamięć, cele, charaktery, życiorysy, imiona. Kochają i nienawidzą, boją się i wierzą, trochę jak my, ludzie. Być może niektórzy z nas mają z nimi więcej wspólnego, niż inni. Kto to wie? Może jedynie nasz autor zagadek.

Gaweł nic nie odrzekł, tylko wpatrywał się w Żywję z nieznacznym uśmiechem na twarzy.
– Ależ nie! Nikim takim nie jestem! – zaprzeczyła gwałtownie Żywja – Albo tak! Jestem nikim albo niczym ubranym w coś czy raczej w kogoś. Oto cała prawda. Której nawet nie muszę udowadniać. Tak jest oczywista.
I wstała od stolika, by udać się w kierunku czegoś, co wciąż spało głębokim snem w swoim łóżku. Coś otworzyło oczy, nic nie rozumiejąc ze snu, który właśnie rozpuszczał się w świetle wschodzącego dnia. A może było na odwrót? Nic otworzyło czyjeś oczy.

 

Pojedynek z cieniem

Przedstawiam moje opowiadanie, które powstało na bazie wizyjnego snu z bodajże 2003 roku. Długo bohaterowie nie mieli swoich prawdziwych nazwisk, tylko miejsce określiłam szybko i precyzyjnie. Odnajdując stare ryciny ukazujące wygląd Bastylii i okalających ją przestrzeni. O ile tekst, który recytował mi szybko i monotonnie głos śnienia także udało się zidentyfikować, a także dwóch panów rewolucjonistów, przewodniczącego Towarzystwa Przyjaciół Czarnych i tego, który usiłował ostrzec króla Ludwika przed szykującym się wzburzeniem tłumów, to narrator, postać, przez którą śniłam, był dla mnie zagadką najdłużej. Odkryłam go dość skomplikowaną drogą śnienia, skojarzeń i poszukiwań. A zaczęło się od pamięci proroka Daniela, która mnie dawno temu zagarnęła całkiem na jawie, a potem we śnie, w którym dowiedziałam się, że Daniel był poprzednią inkarnacją Nostradamusa, i że miał on jeszcze trzecią, ostatnią, urodzonego w XVIII wieku francuskiego erudyty zajmującego się zagadkami. Wystąpił on w innym śnie wizyjnym, w którym odtworzyły mi się szczegóły z jego życia oraz jego wygląd. Posłużyły do identyfikacji, gdy pewnego razu, szukając przy okazji wpisu blogowego informacji o dziedzicach portretu Nostradamusa, namalowanego przez jego syna trafiłam na biografię tego człowieka we francuskiej Wikipedii! Równie długo trwała identyfikacja więźnia Bastylii ogarniętego przez cień. Dopiero zerknięcie na portret starego markiza de Sade przekonało mnie zupełnie, kim była ta postać ze snu. Treść rozmowy dwóch nieznajomych była we śnie podana drogą bezpośrednią, z umysłu do umysłu, może więc zawierać moje niedoskonałe przekręcenia przy ubieraniu sprawy w słowa. A oto opowiadanie.

Ewa Sey

Pojedynek z cieniem

Późną wiosną 1771 roku pogoda była doskonała, zachęcająca do spacerów. Paryż, w którym od kilku tygodni przebywałem, wciąż mnie pociągał i każdego dnia nie potrafiłem oprzeć się pokusie wielogodzinnej przechadzki. Z początku poznawałem stolicę dość chaotycznie i przypadkowo, przebiegając bogate centrum i brudne ulice, śmierdzące rozkrzyczane rynki i nędzne przedmieścia, zaglądając do sięgających nieba gotyckich kościołów i zapełnionych starymi księgami i woluminami magazynów w poszukiwaniu czegoś, co trudno było mi nazwać.
Wszędzie znajdowałem zbutwiały zapach jakiegoś pradawnego świata, którego wielokrotnie w czasie kopiowane ślady już dawno skryły się w głębinach ziemi, w ciszy bezmiaru nocy i krzyku bezliku dni, które nad nim przeszły i przechodzić będą. Woń stęchlizny i czegoś jeszcze, jak narkotyk wciągającego wyobraźnię i serce, nie dawała mi zasnąć, budziła często i zrywała każdego ranka wcześnie, nakazując iść jej tropem. Koniecznie. Nie wiem, po co. I ku czemu.
Wcale nie szło mi o zyskanie uszczęśliwionego poczucia, że oto patrzę na świat jak Paryżanin. Mimo, że byłem prowincjuszem, młokosem nieznającym jeszcze życia, chętnym jego używania, ambitnym i łasym sukcesów. Zdążając za głosem serca, szukałem przede wszystkim jakiegoś impulsu, o którym mógłbym wreszcie pomyśleć, że wprawił mnie w ukierunkowany trwale ruch. I z którym mógłbym wrócić do swego tradycjonalistycznego świata, nie pytając o nic więcej.

W zarozumiałości swojej, a może w skromności, trudno mnie to oceniać, oczekiwałem wizji ukazującej mi sens życia, nie mojego, ale wszystkich ludzi, bo moja droga została już wyznaczona przez nobliwych przodków i rodzinę. I na to wpływu nie miałem. Jednak wierzyłem, że spojrzawszy na swoje zaplanowane życie stąd, z Paryża, serca Europy, niejako z lotu ptaka zobaczę własne zadanie w jakimś niepowtarzalnie szerokim kontekście. Może zrozumiem sens tajemniczych inskrypcji, run, reliefów i płaskorzeźb rytych odwiecznie na murach i portalach kościołów, pałaców i kamienic, wśród kolumn, stiuków i kamiennych figur, albo układanych w mozaikach i witrażach katedry Notre-Dame, wybitych na starych medalach i monetach, na płytach cmentarnych, zapisanych w pachnących kurzem i pleśnią zwojach, traktujących o ukrytym grobowcu Jezusa, lub zaginionych skarbach Rzymian? Od dziecka nosiłem w sobie przekonanie, że na takie zagadki doskonale znam odpowiedź, tylko ją po prostu zapomniałem. I winienem, co najwyżej obudzić swoją pamięć.

Paryż jednak, mimo swej wielkości i przedziwnego piękna, choć wprawiał mnie w pożądane natchnione drżenie, wciąż nie dawał żadnego wyjaśnienia. Jedynie budził zmienne nastroje, jak u rozkapryszonego dziecka, czy dorastającej panienki. Wewnętrzny niedosyt wcale nie znikał i może właśnie z tego powodu, któregoś razu, na przekór wewnętrznemu rozedrganiu uciszyłem swój umysł, zwolniłem kroku.
Przechadzałem się ulicami i alejami wolno, uważnie, bez żadnego celu i planu, śledząc własne myśli i odczucia na widok kamiennych form, posągów i groteskowych zdobień, które odruchowo przykuwały moją uwagę. W końcu zaczęły mi się one wszystkie zdawać jakimś niezrozumiałym pradawnym pismem, mieszczącym dawno zapomniane wyklęte treści i zawierającym opisy zdarzeń, o których nikt z nas, przechodniów nie miał pojęcia. Oglądane z marszu pismo owo przesuwało się na obrzeża umysłu, który już po godzinie zapadał w jakiś półsen, pół jawę, ciało zaś wykonywało przyrodzone ruchy i wybierało samo dla siebie kierunek.

Pewnego dnia niespodziewanie, w trakcie takiej długiej bezmyślnej wędrówki aż za rogatki miasta natknąłem się na coś, co mnie zaciekawiło i jak gdyby przebudziło z paryskiego transu. Przystanąłem, aby przyjrzeć się temu, co tak zainteresowało dwóch ludzi, którzy zatrzymali się i dyskutowali ze sobą najwyraźniej już od dłuższego czasu.

bastylia

Po drugiej stronie placu wznosiła się murowana z kamienia i cegły średniowieczna forteca, od kilku wieków służąca za więzienie. Ponieważ przebywałem w stolicy po raz pierwszy w życiu, od razu zacząłem przyglądać się potężnemu budynkowi okiem rysownika, oceniając i starając się zapamiętać wszelkie architektoniczne detale. Żałowałem, że tym razem nie wziąłem ze sobą szkicownika. Mimo wszystko postanowiłem uwiecznić na papierze tę imponującą budowlę zaraz po powrocie do wynajmowanego mieszkania.

W grubych kamiennych ścianach narożnej baszty wchodzącej w skład zamkowych umocnień z rzadka rozmieszczone były w jednej pionowej linii zakratowane okna wpuszczające do środka niewielką doprawdy ilość światła. Szczyt został zbudowany na szerszej podstawie i okolony zabezpieczającą barierą z kutego żelaza. Tworzyło to na dachu taras widokowy, zapewne – jak sobie natychmiast wyobraziłem – znakomicie nadający się do obserwacji miejskiego życia.
Z dołu, gdzie się znajdowałem widać było teraz stojącego tam szlachcica. Mógł być tak samo naczelnikiem więzienia, jak i jakimś znacznym więźniem, nie potrafiłem tego ocenić. Ubrany w jasne pończochy, atłasowe spodnie i haftowany żakiet włożony na kamizelę i koronkową koszulę z żabotem, w peruce na głowie patrzył nieruchomo przed siebie oparłszy dłonie o żelazną barierkę. Ręce usztywnione przy tym w łokciach i sylwetka odchylona nieco do tyłu zdradzały człowieka pewnego siebie i przywykłego do rozkazywania. Wzrok wbił gdzieś w daleką perspektywę miasta rozciągającą się ze szczytu więziennej budowli.

Po dłuższej chwili kontemplowania z zadartą głową jego sylwetki, rozejrzałem się uważnie wokół siebie. Stwierdziłem, że znajduję się w zacnym towarzystwie dwóch energicznych mężczyzn w sile wieku, którzy przechadzając się po placu wolnym krokiem przystanęli blisko mnie i także przyglądali się ogromnej budowli. Moją mimowolną współobecność przyjęli bez najmniejszego zdziwienia i ani na moment nie ściszyli głosu w rozmowie, którą ze sobą toczyli. Odniosłem wrażenie, że obaj znali już ten bastion od środka i widok człowieka stojącego na szczycie ożywił w nich jakieś wspomnienia. Umilkli jednak na chwilę i spojrzeli na mnie przenikliwie, choć życzliwie, oceniając moją osobę jednym rzutem oka. Kiedy zauważyli, że właśnie na nich patrzę delikatnie skłonili się przede mną, każdy po kolei, kładąc przy tym jedną rękę na sercu, a drugą ujmując w palce trzymany pod pachą trójgraniasty kapelusz.
Zdjąłem i ja swoje nakrycie głowy i przedstawiłem się w zgodzie z dobrymi manierami, które mi okazali pierwsi.
– Pozwolą panowie, jestem Alexandre de Fauris, pochodzę z Aix-en-Provence.
Jednak w zamian nie raczyli dać mi się poznać z imienia i nazwiska, a szybko powrócili do przerwanej rozmowy. Co prawda odniosłem odtąd wrażenie, że natychmiast uprościli swe wywody, abym i ja mógł coś wynieść z ich dyskursu.

– Już od naszych narodzin jesteśmy świadkami procesu, który został wywołany przez zastosowanie wysublimowanej techniki – tłumaczył jeden z nich, wyraźnie skierowując objaśnienie ku mnie. – Wyjątkowo silna i specjalnie skonstruowana camera obscura, która jak księżycowa soczewka skupia światło słonecznej laterna magica od dawna rzuca promień, który w pewnym momencie ma całkowicie rozjaśnić od wewnątrz osłonięty świat. Ta niezwykła technologia sprawi, że w pewnej określonej chwili w jego środku samoistnie zrodzi się monstrum. Zostanie przywołane postanowieniami, działaniami, wyobrażeniami i uczuciami wszystkich jej uczestników. Oczywiście proces inkubacji potwora trwa dłuższy czas. Na koniec pojawi się rzeczywiście pośród ludzi jako jeden z głównych bohaterów, obdarzony świadomością i możliwością podejmowania decyzji.

Musiałem mieć nietęgą minę, gdy zorientowałem się, że przebywam z ludźmi, o których zajęciu i stanie nie mam najmniejszego wyobrażenia. Uznałem jednak szybko, że są filozofami, a zapewne także pisarzami dyskutującymi o jakichś sobie tylko znanych koncepcjach.
– Można wiedzieć, czemu ma to wszystko służyć? – zdecydowałem się włączyć do rozmowy i podjąłem swą rolę przygodnego słuchacza.
– Hm, sprawa jest w istocie bardzo skomplikowana – odparł grzecznie drugi z zagadniętych. – Ale spróbuję ją panu przystępnie objaśnić. Otóż do tej pory stosowano manipulację światem z zewnątrz. Wszelkie święte teksty i nieziemskie postacie, do których modlił się lud, a także trony, wobec których pełzał na kolanach były kreowane i stanowione na wyższym poziomie. Jeśli ukazywały się w niższym świecie to na zasadzie ruchomego obrazu, który odbierał hołdy lub odpowiednio przerażał gawiedź. Sterowało to rozwojem systemów i przekonaniami ludzi, a bóstwom i ich wynagradzanych stanowiskami sługom pozwalało kontrolować wydarzenia w zgodzie z własnymi interesami. Lud zachowywał dzięki temu harmonię ze środowiskiem, ale także pewien rodzaj bierności duchowej i poddaństwa, które czynił z niego nieświadomy tłum niewolników.

Zaiste, styl owej wypowiedzi zdumiał mnie jeszcze bardziej. W mojej głowie zaczęły lęgnąć się pytania przede wszystkim na temat pochodzenia owych ludzi, z którymi wdałem się w rozmowę. Używali pojęć, których nie rozumiałem, mówili o rzeczach niebywałych słowami, które brzmiały w mych uszach obco i dziwacznie. Kim byli? I o czym w istocie rozprawiali?

– Panowie, wybaczcie – skłoniłem się wtedy przed nimi – choć możecie mnie brać za młokosa, to znam dzieła Jana Jakuba Rousseau, czytałem też pisma Monteskiusza i Diderota. Mimo, że rozprawiacie z takim oświeceniem i pewnością siebie o rzeczach boskich i ludzkich, nie jesteście, jak sądzę do końca zwolennikami uzdrawiającego powrotu do natury, zrównania stanów ani oświeconego ateizmu, prawda?

Mężczyźni spojrzeli po sobie z lekkimi uśmiechami na twarzach.

– I tak, i nie – usłyszałem zdawkową odpowiedź – paradoksy istnienia sięgają źródła źródeł i dotyczą wszystkich stworzonych i bytujących odwiecznie istot. Tym niemniej pozwoli pan, że dokończymy naszą rozmowę niezależnie od tego, co pan z niej zdoła dla siebie wynieść.
– Jesteście panowie filozofami, czyż tak? – zapytałem jeszcze.
– Poniekąd tak. Poniekąd nie tylko – odpowiedział pierwszy z mych przygodnych znajomych.
– Zatem nie przeszkadzam – poddałem się – i słucham panów z całą powagą.
– Proces, który dopełnia się w naszych czasach ma na celu ostateczne obudzenie się świadomości duchowego przeznaczenia u wszystkich bez wyjątku rozumnych istot w obrębie tego zawarowanego świata – mój współrozmówca wrócił prędko do tematu.
– Już został zainicjowany bieg zdarzeń wiodących ku wielkiej rewolucji. Ma przynieść ona samoistne obudzenie mocy zawartej w środku utrzymywanych dotąd w złudzeniu niższych światów – podjął spokojnie wywód drugi z mężczyzn. – To, co się ukaże w rezultacie inspirowanych zjawisk nie będzie „domalowane” na planszy przez twórców zastraszających efektów specjalnych na ziemskiej scenie, jak to robiono do tej pory. A ludzie nie będą śnili na jawie za pośrednictwem aktorów o spotkaniu z potworem, gdyż pojawi się on rzeczywiście między nimi. Jednym słowem zrodzi się spośród nich.
– Proszę mi coś wyjaśnić – zadrżałem. – Jeśli diabeł jest naszą wspólną ogólnoludzką projekcją, niejako zmaterializowaną mocą naszych grzesznych pożądań, to nie zaprzeczycie chyba panowie, że na tej samej zasadzie może istnieć także Bóg.
– Co do tego to musi pan uwierzyć nam na słowo, że Bóg istnieje rzeczywiście i niezależnie od nas – uśmiechnął się mój rozmówca.
Podjąłem wspólną zabawę i zacząłem brnąć w swój wywód zgodnie z ich domniemaną koncepcją wszechrzeczy.
– Bóg jednak może nas wchłonąć z powrotem w siebie w każdej chwili?
– Dokładnie tak jak kończy się przedstawienie w teatrze. Zapada kurtyna, gasną światła, aktorzy znikają ze sceny, autor wraca do domu.
– A więc jest prawdziwym potworem! – wykrzyknąłem.
– Sam pan widzi, że każdy medal ma dwie strony – roześmiał się pierwszy z mężczyzn.
– Z tego powodu wymyślił sobie zniszczenie nas w tak okropny sposób? Pozwalając nam, swemu niedoskonałemu i ograniczonemu stworzeniu przemienić się w diabła! A zapewne następnie przykładnie go ukarać unicestwieniem!
– Nadal pan nie rozumie… – spoważniał drugi z nieznajomych i przemówił, zaiste z dziwną pewnością swego – Bóg pokochał ludzi tak bardzo, że postanowił zniknąć dla ich świadomości, przestać istnieć, jeśli ludzie tego tylko chcą. Obdarzył swoje stworzenie wolnością wyboru. To ono samo postanowi o swej przyszłości.
– Ludzkość wciąż nie zna mocy własnej wyobraźni i woli, która zresztą była do tej pory wyręczana i zręcznie sterowana – zamyślił się pierwszy z mężczyzn. – Oto nadchodzą czasy uwolnienia. Ludzie zrobią, co zechcą.
– Wszyscy rozumiemy, że dominuje w nas czynnik grzechu i skłonność do upadku. To ogromne ryzyko… – zasmuciłem się.
– Z tego powodu już od dawna ludzie nie są sami – odparł tajemniczo mój rozmówca.
– Czemu jednak mają być tego aż tak straszliwe konsekwencje? Nie rozumiem.
– To najskuteczniejszy sposób na obudzenie się ze snu i uświadomienie sobie własnej mocy. A tkwienie w grze to przecież nieustanny sen duszy – odpowiedział spokojnie drugi z mężczyzn.
– Strach paraliżuje, ale także mobilizuje wolę przetrwania w stopniu, którego ludzie nie przeczuwają. Cóż to za bóg, który nigdy nie zmierzył się z diabłem i nie zwyciężył go? A przecież powiedziano „bogami jesteście”.
– Łatwo to chyba mówić wam, panowie, którzy stoicie… z boku – stwierdziłem z przekąsem.
– Myli się pan. Bierzemy udział w tej rozgrywce osobiście – pierwszy z nieznajomych niespodziewanie parsknął śmiechem.

Umilkliśmy. Byłem oszołomiony. I nagle poczułem ogarniającą mnie dziwną słabość.
– Cóż ci to, Prowansalczyku? – usłyszałem zaciekawiony i jakby lekko ubawiony głos drugiego z moich rozmówców. Wtem zdało mi się, że ów jego głos oddala się ode mnie i brzmi coraz ciszej – Dotąd nie wierzył pan w diabła, prawda? Niechaj się pan wesprze na mnie…
– Nie, zaraz mi przejdzie – odparłem, ale poczułem, jak krew uderza mi do głowy gwałtowną falą. Doprawdy nie rozumiem, co się ze mną w tamtym momencie stało. Do tej pory pozostaje to dla mnie zagadką. Nie mam pojęcia, czemu pamiętam obrazy, a nie słowa z tego, o czym rozmawiali moi przygodni znajomi.

condorcet

Bo przecież widziałem na własne oczy, pozostając jednocześnie na placu paryskiego przedmieścia, jak pośród ożywionego ruchu w całym kraju zaczyna wyróżniać się pewien znaczny mężczyzna. Było ich w istocie wielu, lecz ten wydał mi się podobny do jednego z moich napotkanych przygodnie na placu rozmówców. Nosił się czarno, wszystkie elementy jego stroju, od stóp do głów były czarne, nawet koszula i żabot oraz pióro u dwurożnego kapelusza.

Mirabeau

W pewnej chwili pojawił się u jego boku inny. Z twarzą szeroką i poważną, z bystrym spojrzeniem wielkich, nieco wybałuszonych oczu przemawiał ze swadą stojąc wprost przed królem w pałacowej sali. Jego poza była pełna uszanowania, lecz ruchy i ton głosu zdecydowane i mocne. Królu, Sire – przemawiał – racz usłuchać dobrej rady, nim stanie się najgorsze!
– Kim jesteście? – wyszeptałem zdumiony.\
Moi towarzysze uśmiechnęli się do siebie.
– Nasze nazwiska nic jeszcze panu nie powiedzą. Tym niemniej grzeczność wymaga przedstawienia się – orzekli. I każdy po kolei wymienił swoje miano, skłaniając przede mną głowę:
– Condorcet.
– Mirabeau. Nota bene, pochodzę z pańskiego miasta, panie de Fauris. Nadzwyczajny zbieg okoliczności, nieprawdaż?
Rzeczywiście, niewiele mi to powiedziało, ale jeszcze raz pochyliłem się przed nimi uniżenie.
– Otóż, panie de Fauris, działamy na rzecz sprawy, która okaże się istotną dla całego świata już za jakieś dwie dziesiątki lat. Proszę posłuchać… – powiedział ściszonym głosem pan Condorcet kładąc przy tym palec na ustach.

W odpowiedzi dobiegł mych uszu płynący jakby wprost z nieba męski głos. Odczytywał szybko monotonnym tonem długi urzędowy tekst jakiejś ważnej prawnej deklaracji.

Ludzie rodzą się i pozostają wolnymi i równymi w prawach. Podstawą różnic społecznych może być tylko wzgląd na pożytek ogółu. Celem wszelkiego zrzeszenia politycznego jest utrzymanie przyrodzonych i niezbywalnych praw człowieka. Prawa te to: wolność, własność, bezpieczeństwo i opór przeciw uciskowi… Wolność polega na tym, że wolno każdemu czynić wszystko, co tylko nie jest ze szkodą drugiego… 

– Wolność, równość, braterstwo! I ty staniesz się świadkiem narodzin nowego przymierza podyktowanego przez niebo, a podpisanego przez wcielone moce ciemności – skomentował wszystko pan Mirabeau. – To początek ostatecznej rozgrywki światła i mroku na tym padole.
– Wyższe stany zachowują się od dawna jak szare króliki. Tymczasem nawet genialnie uzdolnieni ludzie z najniższych klas nie mogą zyskać dla siebie żadnej możliwości rozwoju. Idea światłego władcy chroniącego społeczeństwo we wszystkich aspektach skompromitowała się całkowicie – dodał pan Condorcet.

Kiedy tak staliśmy zamyśleni spojrzałem w kierunku baszty. Wydało mi się, że po jej kamiennych ścianach wspina się wiele pojedynczych ciemnych i anonimowych postaci. Przycupnęły na razie unikając zauważenia z dołu przez możliwych obserwatorów.

Wtedy znów usłyszałem szum własnej krwi w uszach i pulsowanie, które poprzedziło otrzeźwienie. I ocknąłem się. Spojrzałem bardziej bystro i przytomnie. Musiałem stwierdzić, że zapadający zmierzch zaległ już szarością na wysokim szczycie baszty, a pojawiające się na tle nieba dymy z kominów nad kamieniczkami przedmieścia świadczyły, że Paryżanie powrócili do mieszkań i zajęli się przygotowywaniem posiłków.
– Sprzedawcy dymów mnożą się. Zanieczyszczenie, brud i smród zwiększa się wraz z rozwojem miasta i napływem nowych mieszkańców – skomentował ten widok pan Mirabeau. – Taką trującą atmosferę lubią złe duchy. Zbliża się nieuchronnie czas wielkiego przewrotu.
– Panowie, nie udawajcie – stwierdziłem. – Przecież to zostało zaplanowane. Nie byłoby cienia, gdyby najpierw Bóg, czy też bogowie jak twierdzicie, nie dali ludziom prawa i nie zakazali tego, co grzeszne. Mówicie o efektach własnej złośliwej pracy.

Pan Mirabeau spojrzał mi prosto w oczy. Jego twarz była jasna, rysy wygładzone i spokojne, spojrzenie pełne mądrości.
– Pomyśl inaczej, miły młody panie de Fauris. Gdyby nie ta manipulacja, nigdy nie doszłoby do rozdzielenia dobra od zła, miłości od nienawiści, światła od ciemności, Boga od diabła.
– Komu służycie, panowie? – dociekałem uparcie. – Bogu, czy diabłu właśnie?
– Młody człowieku, odpowiedź masz w swoim sercu. Kochamy Go bezwzględnie i pozwalamy Mu być takim, jakim akurat chce być, dobrym czy może złym.
– To szalona miłość – wszedł mu w słowa pan Condorcet. – Na Jego życzenie i z miłości do Niego nie żal nawet podjąć się diabelskiego zadania.

Zasmuciło mnie to wszystko, choć jednocześnie zdało mi się, że zaczynam pojmować sens istnienia cienia.
– Słusznie myślisz – pan Mirabeau położył mi rękę na ramieniu i lekko uścisnął. – Tylko wzajemne przebaczenie i miłość potrafią uruchomić i właściwie skierować drzemiącą w cieniu wszechmoc.
– Musi przecież istnieć plan, który storpeduje demoniczne zakusy – nabrałem nadziei.
– Być może. Nie stanie się to jednak prędko. Ale przyjrzyjmy się temu, co wydarzy się jeszcze za twego życia, panie de Fauris.

**

Markiz de Sade, pomimo ostracyzmu, z którym wciąż się stykał sprawiał wrażenie pozbawionego absolutnie wątpliwości. Oceniał ludzi z dystansem i ironiczną wzgardliwością. Znał ich od ciemnej strony, której często nawet oni sami nie znali, nie chcieli znać. Potrafił ich nawet za to na swój sposób kochać, tak jak kochał samego siebie, bezwzględnie. Przyglądał się ludzkiej naturze, własnej naturze jak uczony grzebiący w odchodach w poszukiwaniu rzadkiego robaka. Był taki zawsze. Nie mieściło mu się w głowie, że coś mogłoby przerosnąć jego wolę i inteligencję.
Porę codziennego wypoczynku na świeżym powietrzu w kolejnym więzieniu, w którym go osadzono poświęcał przeważnie na swobodne puszczenie wodzy wyobraźni, rozluźnienie myśli. Wielogodzinne pisanie w ciemnej chłodnej celi, po ciężkiej nocy przeznaczonej na szczegółowe obmyślenie kolejnej partii tekstu, aby przy pisaniu nie marnować papieru i inkaustu, o które wciąż musiał prosić, nawet domagać się, czekać na nie, pożerało go fizycznie i psychicznie. Stracił apetyt, wychudł. Nie znosił widoku innych więźniów, przeważnie zwykłych rzezimieszków i złodziei. Reagował na nich nerwowo i gwałtownie, na tyle nieprzyjemnie, że swoim uporem wymusił na naczelniku zgodę na taką osobną formę spaceru.
Z dachu bastylii rozciągała się wspaniała panorama Paryża pogrążającego się właśnie w zapadającym zmierzchu. Z kominów domów i kamienic przedmieścia Saint-Antoine, dość luźno rozrzuconych pośród licznych wysokich drzew wznosiły się w górę cienkie smużki szarych dymów. Gdzieś w oddali połyskiwała w ostatnich, ale ostrych promieniach słońca woda Sekwany.
Pozostający w niższych partiach więzienia strażnik zadzwonił jeden raz. Był to sygnał dla markiza, że za kilka minut będzie musiał zejść na dół, pójść ciemnym wilgotnym korytarzem do swojej celi, wrócić do tego, co jeszcze powinien napisać.

de-sade

Książka, w którą zanurkował jak szczupak i do której tak się przywiązał, że właściwie kolejny pobyt w kamiennej twierdzy ledwie zauważał, dawała mu przestrzeń niosącą ulgę, kuszącą wizją osobistej wielkości, a nawet nieśmiertelności. Pisząc ją, cyzelując, ważąc każde słowo, przeżywając scena po scenie rósł we własnych oczach i sięgał po coś, po co niewielu ludzi odważyło się kiedykolwiek w dziejach sięgnąć świadomie. Wyglądał z radością przez okno szeroko otwarte w mroku na tajemniczy ogród okropieństw rozsiewających mdlące i upajające wonie. Wdychał je swobodnie. Nic go tutaj nie mogło zaskoczyć, przestraszyć, kochał odruch wstrętu, to pierwsze uczucie zetknięcia się z zabronieniem, obwarowanym karą zakazem. Kiedy je łamał, z wiekiem coraz łatwiej i prędzej, odkrywał ich absurdalność jak teatralną sztuczkę, na którą tylu się nabrało! I pozwoliło uwięzić w świecie konwenansu, recytowanych bezmyślnie praw i zasad, porządku ustalonego nie wiadomo przez kogo i kiedy. W świecie obłudnym, wykastrowanym, egzaltowanym do rozpęku, nieprawdziwym i nudnym. Gardził nimi i tymi, którzy ich bezmyślnie przestrzegali. Tyle samo, ile siebie wielbił i podziwiał. Za to, że potrafi patrzeć ponurej, okrutnej prawdzie prosto w oczy i jeszcze czerpać z tego przyjemność. Tej przyjemności nigdy nie będzie końca. Starzenie się, ból, choroba, samotność mogą być jej wspaniałą pożywką. Umysł patrzący jasno i czysto, obserwujący naturę bez lęku, przesądów i odrazy pozostaje wolny zawsze i w każdej postaci. Nieśmiertelny, subtelny, obiektywny, dysponujący mocą nieznaną przestraszonym religią i obyczajem rabom i niewolnikom.

Miasto widziane z góry dodawało markizowi energii. Wierzył, że ma mu coś ważnego do przekazania, unaocznienia, uświadomienia. Bo są w nim ludzie, jednostki zaledwie, ale tych nigdy nie było i nie ma wiele, mężczyźni i kobiety, którzy zdolni są pojąć jego przesłanie i ponieść je dalej. Aby uwolnić choćby samych siebie.
W celi czekał na niego manuskrypt „120 dni Sodomy”. Starannie i powoli rozwijał w nim swój twórczy zamysł. Wkraczał stopniowo w nowe przestrzenie, coraz mroczniejsze i bardziej zakazane. Łamał te zakazy, aby w końcu według natchnionego planu, który ujrzał w przebłysku geniuszu na samym początku, dotrzeć do granicy instynktu przetrwania i woli przeżycia fizycznego ciała, pierwotnego dzikiego lęku, który jest podstawą wszelkiego istnienia na tym świecie. I przekroczyć ją. Z rozkoszą. Na którą stać jedynie bogów.
Nie czekając na kolejny sygnał niecierpliwego dzwonka ruszył w kierunku wyjścia z dachu. Nabrał wigoru.

*

Mijały lata. Któregoś razu, gdy markiz jak zazwyczaj schodził do swej kamiennej celi, ktoś w tym samym czasie postanowił wejść tą samą drogą na górę. I nie był to więzienny strażnik, któremu już dawno znudziła się ta codzienna czynność i wolał grać z kolegą w karty w swej strażniczej ciupie.
Po drewnianych, skrzypiących ze starości spiralnych wąskich schodach miarowym krokiem wspinała się ciemna postać, kompletnie nierozpoznawalna w słabo oświetlonym wnętrzu. W istocie był to zlewający się z szarym tłem, nieco tylko od niego ciemniejszy cień.
Zdążający w dół zdecydowanym krokiem markiz widział chwilami wyraźnie jedynie jego połyskujące oczy. Kiedy się zbliżył nie mógł uwierzyć w to, co w nich nagle wyczytał. Jarzyła się w nich krańcowa drwina i bezczelność, szalona pewność siebie i wzgarda.

Markizowi nie mieściło się w głowie, aby ktokolwiek w tym ciasnym miejscu nie ustąpił mu drogi, nie cofnął się i nie skrył w jakimś zakamarku, aby ten mógł go swobodnie wyminąć, nienarażony na jakiekolwiek dotknięcie ani nawet muśnięcie jego oddechu. Tym bardziej, gdy przechodzący nie był z równego mu stanu. Nie zwalniając kroku i nie czyniąc żadnych ostrzegawczych gestów dotarł do miejsca zetknięcia się z niewyraźną postacią.
Nie ustąpiła na krok i nadal wpatrywała się w niego wprost przenikliwymi oczami. Spróbował w takim razie chwycić ją za ubranie, aby – jeśli się i wtedy nie cofnie – zepchnąć ją przemocą w dół. Ku jego zaskoczeniu jednak mroczny kształt majaczący w załomku schodów uchylił się tak szybko i zręcznie przed jego dłońmi, że pan de Sade objął jedynie powietrze. Jednocześnie wydało mu się, że słyszy złośliwie drwiący śmiech. Choć równie dobrze mógł to być poświst wiatru wpadający przez okno w grubym kamiennym murze.
Tego było już za wiele!
– Kim jesteś? – zapytał markiz syczącym z oburzenia głosem. Daremnie usiłował przejrzeć kłębowisko szarości zalegającej w kącie schodów. Dostrzegał w nim niewyraźnie przygarbiony kształt przypominający człowieka. – Jakim prawem w ogóle cię tu widzę? Gadaj zaraz!
– Jestem twoim cieniem – zadrwiła tajemnicza postać, głosem chropawym i o szczególnym brzmieniu. – I dlatego tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.
– Rozkazuję ci natychmiast ustąpić! – wykrzyknął pan de Sade przyjmując budzącą respekt pozę. – To oburzające i godne najwyższej kary stawać mi na drodze!
– I ty mówisz mi o karze? – zachichotała rechotliwie cienista postać – Na Boga! Znam wszystkie twoje grzechy, perwersje, okrucieństwa, zdrady i niesprawiedliwości. Pamiętam każde złamanie prawa, każdą krzywdę i ból, każde zgorszenie, które zasiałeś. Wylęgałem się długo w mroku i długo dojrzewałem do tego wspaniałego momentu. Czas chyba stanąć do pojedynku – śmiał się cień. – Wiem, że brzydzisz się mnie dotknąć, ba, nawet odetchnąć tym samym powietrzem, co ja, ale sam pomyśl… Jestem tobą, twoim prawdziwym ja. I przychodzę po swoją wyłączną własność.
– Nic ci się nie należy, bezczelny głupcze! – wycharczał zduszonym od wściekłości głosem markiz.
– Mylisz się! Moją prawdziwą własnością jest twoje ciało. Jeszcze tylko tego brakuje mi do pełni zaistnienia – szydził cień.

Pan de Sade uznał wtedy, że sprawa zaszła za daleko. Nagle udał, że chwyta za szpadę, której jako więzień został przecież pozbawiony i że dobywa ją. Z wyciągniętym z kieszeni zamiast niej piórem ruszył w rejon, który do tej pory daremnie usiłował prześwietlić wzrokiem.
– Albo się ukorzysz, albo…! – wykrzyknął zadając nagle markowane pchnięcie wprost w ciemny kąt, gdzie skrywał się dziwny wróg.

Pośród nieprzeniknionej szarości nadal spokojnie stała postać sprawiająca wrażenie ulepionej ze zgęstniałego mroku. Markiz spróbował ją chwycić za ubranie na piersiach i w tej samej chwili owionął go przeszywający chłód i odór starego wilgotnego lochu. Cień przesunął się ku niemu i mimo, że trudny do uchwycenia w ręce niespodziewanie oplótł się wokół rozgniewanego mężczyzny. Przez moment sprawiali wrażenie siłujących się ze sobą, gdy niespodziewanie cień okazał się mocniejszy od człowieka. Zupełnie nagle rozrzedził się. Błyskawicznie wniknął we wnętrze pana de Sade i całkowicie zapanował nad jego ciałem.

*

Minęło kilka dni. Była pełnia lata. Na przedmieściu Saint-Antoine trwał zwykły ruch i wymiana towarów. W gorące wczesne popołudnie markiz, jak co dzień przyglądał się z góry ludziom kręcącym się gromadnie na placu u stóp więzienia. Tego dnia oczy markiza pałały szczególną gorączką. W ciągu jednej nocy jego twarz zmieniła się, zbrzydła i postarzała. Coś dziwnego stało się z jego górną wargą, która podciągnęła się do góry w kątach ust tuż nad kłami i już ciągle pozostawała w szczególnie nieprzyjemnym skurczu. Odsłaniała dwa stępiałe na końcach, lekko już pożółkłe zęby, które ukazywał w nieustająco drwiącym uśmiechu.

Sade

Zawisł rękami na żelaznych kratach chroniących okno celi próbując wychylić głowę jak najdalej w kierunku ludzkiego motłochu poruszającego się chaotycznie pod fortecą, niby mrówki na kupie rozrzuconych odpadków. Wtem z jego gardła wydobył się piskliwy zniewieściały głos. Wkładając w niego całą siłę płuc wrzasnął z buńczucznym i prześmiewczym szyderstwem:
– Ratunku! Ratunku! Mordują więźniów Bastylii!

Kilka dni później lud zdobył więzienie i zburzył je.

(Pisane w latach 2004-2017)

Granice światów

Obiecałam opowiedzieć jeszcze o dinozaurach i T-rexie, bo przyszło do mnie nieco więcej informacji, niż te zamieszczone w noweli „Opowieść Ogrodnika” czy Wspólnym Śnieniu. Pewnej nocy wyświetliła mi się w głębokim śnie szczególna historia… Trwała bardzo długo, miała w sobie elementy wizyjnego transu, a fragmenty, które zapominałam, wracały do mnie po wielekroć. Rano pod wpływem wrażenia wyprowadziłam tylko psa na siku, zaparzyłam sobie kawę i usiadłam do komputera, żeby rzecz zapisać. Wstałam od niego wieczorem.
Oto ów sen, zapisany w formie opowiadania. Dodałam od siebie jedynie imiona bohaterom. Wrażenia sensualne relacjonuję wiernie, jakie były.

Ewa Sey

Granice światów

II.
Rozległy kompleks budynków instytutu, wznoszących się nad równie rozległą i bogatą bazą podziemnych pomieszczeń, rozciągał się na skraju zaskakujących w owym pustynnym regionie mokradeł.
– Czy bagienny klimat wam nie szkodzi? – zapytałem patrząc z tarasu wychodzącego na daleką przestrzeń nieskażonej ludzką ingerencją przyrody rozciągającej się zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej. Towarzyszyli mi Ted i Angela, specjaliści od rzeczy, które trudno nawet nazwać jednym słowem. Oprowadzali mnie po terenie należącym do instytutu. Mieli za zadanie pokazać mi wszystko, czego sobie tylko zażyczę i dać odpowiedź na każde moje pytanie.
– Zupełnie nie. To, na co teraz patrzymy to rodzaj hologramu, iluzyjny obraz, który dla naszych zmysłów tak naprawdę nie istnieje – wyjaśniła skwapliwie Angela.
– Czyli mógłbym podejść bliżej i przekonać się, że rosną tam takie same kępy trawy i rzadkie drzewa, jak wszędzie wokół miasteczka? – pytałem dalej, zadziwiony. Ted uśmiechnął się.
– Usiądźmy – zaproponowała Angela. – To dłuższa rozmowa, warto odpocząć, odprężyć się. Co ci podać? Może być cola, woda mineralna, kawa, herbata z lodem albo piwo.
Taras, częściowo oszklony, a częściowo zupełnie odsłonięty na wszelkie wpływy pogody zagospodarowano białymi okrągłymi stolikami i wypoczynkowymi fotelami. Automaty ustawione w głębi przy drzwiach serwowały kilka najpopularniejszych napojów dla chętnych ponapawać się widokiem bezludnego i egzotycznego pustkowia.
– Piwo – powiedziałem. – Te cuda warte są toastu.
Angela po chwili przyniosła mi plastikową szklankę pełną słomkowego, lekko pieniącego się napoju, który zwano tutaj piwem, ale które z piwem – moim zdaniem – niewiele miało wspólnego. Bliżej mu było raczej do jabłecznego cydru, który znałem dobrze z Europy. Nosiło nazwę „Piwo Jemiołak”, a wielki budynek browaru, który je produkował znajdował się na skraju ogrodzonego terenu instytutu i miasteczka.
– Słucham wszelkich objaśnień – przywróciłem temat.

III.
– Widok, na który właśnie patrzymy – rozpoczął z powagą Ted – jest i nie jest iluzyjny. Przedstawia świat, który istnieje rzeczywiście w tym miejscu, ale w innym czasie.
– Czyli bariera, która nas od niego odgradza jest barierą czasu? – zapytałem ze zrozumieniem, I przypomniałem sobie historię chronowizora, który został przed laty uznany przez Watykan za diabelski wynalazek, rozebrany na części, a części owe upłynniono w nieznanych miejscach i stronach. Oto badawczy ludzki umysł znów wpadł na tę samą ideę i sposób. Krótko mówiąc, dostępu do wiedzy nigdy nie da się zniszczyć na zawsze i naprawdę skutecznie.
– Yhm. Faza Alfa projektu ukazała nam w pełni ów obraz, który jednak na początku nie był tak doskonały, jak teraz. Był to rozedrgany i nietrwały miraż. Na tyle fascynujący, że rozpalił nasze umysły i wpadliśmy w istną gorączkę twórczą – kontynuował Ted. – Dokonaliśmy od tamtego czasu wielu odkryć i ustaliliśmy parametry pozwalające zakotwiczyć ów obraz na tyle, że właściwie może być dostępny naszym oczom dzień i noc.
– Hm… Co by było, gdybym tam podszedł? Co zobaczyłbym naprawdę? – spytałem.
– Pewnie byłeś nieraz w trójwymiarowym kinie – dodał Ted. – To podobne wrażenie. Możliwość bycia w tym świecie nieomal naprawdę.
– To jednak było kiedyś. Teraz jest już inaczej – dorzuciła Angela zerkając na mnie przeciągle. – Trwa faza Beta projektu. Budujemy przejście. Wrota innymi słowy.

Zauważyłem, że dłoń Teda, w której trzymał puszkę z colą lekko zadrżała. Działo się to z tłumionego podniecenia. Oczy wlepił w widok rozciągający się przed tarasem, więc nie bił we mnie bezpośrednio ich nadzwyczajny blask. Chyba wszyscy musieli się tutaj specjalnie uczyć skrywać swój entuzjazm i rozgorączkowanie.
– Wokół nas istnieje wiele światów, pomiędzy którymi istnieją podobne przejścia – dodała Angela – Są to jednak światy ludzkie lub zbliżone do ludzkich, dostępne naszej świadomości dość łatwo. Potrafimy nawet wzajemnie się odwiedzać z mieszkańcami niektórych z nich i wymieniać się wiedzą i doświadczeniami.
– Jednak to właściwie czysta zabawa w porównaniu z tym światem, który tutaj widzisz i z zadaniem, który on postawił przed nami – wszedł jej w słowa Ted.
– Dlaczego?
– To świat bardzo zamierzchły, można rzec prastary. Pierwotny.
– Kilkanaście tysięcy lat? – spytałem wlepiając wzrok w mgły zalegające ponad widocznym w oddali zielonym wzgórzem, wznoszącym się w głębi bagiennego obszaru. Po chwili ciszy rzuciłem:
– Kilkaset tysięcy?
– Nie zbadaliśmy go jeszcze dostatecznie. Według wstępnych ocen jest to przynajmniej… sto milionów lat temu. O ile w istocie linia czasu, tak jak ją sobie wyobrażamy w ogóle istnieje – usłyszałem cichą odpowiedź Teda. I głośne przełknięcie resztki coli z jego puszki.
– Choć wydaje się nam biec ona zawsze prosto przed siebie, to jednak tak naprawdę jest pętlą, wirującym po spirali pierścieniem – dodała od siebie Angela.
– Nieźle – westchnąłem z wrażenia. – Uch, to czasy wielkich drapieżnych dinozaurów, czyż nie?
– Tak…
Milczenie.
– Macie zamiar tam wejść?
– Pracujemy nad tym. Trzeba jeszcze wielu przygotowań – stwierdziła Angela.
– Niemniej stoimy w drzwiach i zerkamy przez uchyloną szparę – dodał Ted i było słychać prawdziwą dumę w jego głosie.
Zaczynałem zastanawiać się głębiej nad tym, co kryje się za faktem specjalnego zaproszenia mnie tutaj.

IV.
Nagle uderzył nas w twarz silniejszy podmuch wiatru. Był ciepły i suchy, niósł w sobie smak i zapach pustynnej prerii otaczającej miasteczko.
– Podprowadźcie mnie do szpary, o której mówiliście – powiedziałem z nagłym zdecydowaniem.
Wstaliśmy szybko od stolika, wyrzuciliśmy puste naczynia do kosza i zeszliśmy po kilku stopniach w dół z tarasu. Ruszyliśmy wolnym krokiem ku widokowi rozciągającemu się przed nami w całej swojej rozległości i soczystości barw rozjaśnionych popołudniowym, schodzącym ku zachodowi słońcem.
– Pięknie tutaj, prawda? – stwierdził Ted nie odrywając od niego wzroku.
Istotnie, musiałem mu to przyznać.

V.
Skraj mokradła był wyraźny i przypominał właściwie brzeg rozległego jeziora. Prawie nieprzeźroczysta, gęsta od błota na dnie woda chlupotała i rozbijała się o niego ledwie widocznymi drobnymi falami. Z wody wystawały wysokie trzciny i trawy zasłaniające ogromny podmokły obszar rozciągający się w oddali.
W pewnej odległości spośród trzcin i cienkich, słabo ulistnionych krzewów sterczących wprost z wody i usiłujących w niej rosnąć wznosiło się szerokie płaskowzgórze. Musiał to być właściwie brzeg większego stałego lądu, jak stwierdziłem po lepszym przyjrzeniu się. Był porośnięty żywą zielonością, która z naszego punktu widzenia sprawiała wrażenie szczelnej pokrywy składającej się z miękkiego, wyjątkowo wysokiego mchu. Ów „mech” rósł wszędzie na lądzie jako rodzaj poszycia, nad którym rozciągały się gęstniejące miejscami w całkiem nieprzenikliwe dla naszego wzroku przestrzenie niewiele od niego wyższego młodego lasu.
Nad wszystkim unosiły się mgły i opary. Zakrywały dalszy horyzont białą szczelną zasłoną, która tylko chwilami gdzieniegdzie przecierała się ukazując magiczne dale. Połyskiwały w słońcu niczym obsypane kryształami załamującymi światło pod wszystkimi możliwymi kątami. Promienie zachodzącego słońca nasycały powietrze delikatnym oranżem, który wraz z mglistą bielą oparów, połyskliwością wody i intensywnie żywą zielonością porostów tworzył obraz jakby rodem z fascynującej egzotycznej baśni.
Zatrzymaliśmy się nie dalej jak metr od widocznego bardzo wyraźnie brzegu bagniska.
Ted kucnął i przesypywał w dłoni suchy piasek. Zrobiłem to samo. Była to dobrze mi znana rzeczywistość.
– Podejdź do wody i spróbuj jej tak samo dotknąć – powiedział po chwili Ted.
Posłusznie zbliżyłem się do brzegu. Woda marszczyła się, poruszała i niewątpliwie żyła w swojej rozedrganej połyskliwości tuż koło moich stóp w traperskich butach, chroniących przed kąśliwymi mieszkańcami pustyni. Wyciągnąłem rękę i spróbowałem ją w niej zanurzyć. Iluzja zdawała się trwać jeszcze w odległości milimetra od jej powierzchni. Dotyk jednak zasygnalizował mi coś innego, niż wzrok. Moja dłoń oparła się o płaską, twardą, pionową powierzchnię jak o niewidzialną ścianę.
– Ach, doskonałe złudzenie – wybuchnąłem śmiechem. – Czego dotykam?
Angela podała mi plastikowe okulary, o których dotąd myślałem, że to przeciwsłoneczne lustrzanki. Po założeniu ich ujrzałem przed sobą dwie olbrzymie lśniące kolumny, a między nimi wysokie na kilka metrów zamknięte w tej chwili Wrota. Śmiałem się dalej.
– Wiecie, do tej pory sądziłem, że Wrota Czasu to tylko symbol, kreacja naszego umysłu.
– I masz rację – stwierdził całkiem poważnie Ted. – To, czego teraz tutaj dotykamy jest rzeczywistością pośrednią i umowną.
– Chcę wszystko zobaczyć – postanowiłem nieodwołalnie.
Ted i Angela spojrzeli po sobie, w końcu Angela wzruszyła ramionami, a Ted rozłożył ręce.
– A więc, prosimy – powiedział Ted tonem gospodarza witającego natrętnego gościa.

wrota-czasu

VI.
Podeszliśmy wszyscy do Wrót. Były potężne. Wyglądaliśmy na ich tle jak filigranowe laleczki.
– Dębowe? – zastukałem zgiętym palcem w drewno, z którego wydawały się zbudowane.
– Powiedzmy – zaśmiał się Ted. – W rzeczywistości są to dwie idealnie okrągłe, kamienne kolumny, zawierające rdzeń ze szlifowanego specjalnego kryształu. Stoją tu jednak zakotwiczone w innym wymiarze, dlatego nie widzimy ich bezpośrednio.
Ogromne odrzwia nie były zamknięte do końca. Pozostała między nimi kilkucentymetrowa szpara, przez którą wpadało światło widzianego przez nas wcześniej pra-świata. Przysunąłem do niej dłoń i poczułem ciepły wilgotny powiew powietrza. Zbliżyłem tam nos i wciągnąłem owo powietrze sprzed setek milionów lat w swoje płuca wielkim nieostrożnym haustem. Natychmiast zakrztusiłem się i dłuższą chwilę kasłałem ocierając łzy napływające do oczu.
– Zaskoczony? Mówiłam przecież – zachichotała Angela.
– Cóż za smród! – stwierdziłem wreszcie – Ale można się przyzwyczaić!
Ostrożnie zbliżyłem znów twarz do szpary i dałem się omieść ciepłemu powiewowi. Był lepki, duszny, parny, o ostro-słodkim zapachu butwiejących roślin i gnijącej wody. Po chwili pochyliłem się i tym razem przytknąłem do szczeliny ucho.
– Słyszę, naprawdę słyszę! – ucieszyłem się jak dziecko. – Chlupot wody, szum i jakieś szelesty… Niesamowite!

Wyraz twarzy Teda nie wydawał mi się jednak do końca szczery, zauważyłem to jednym rzutem oka. Był chyba zaniepokojony rozmiarem mojej ciekawości, choć starał się ten niepokój zamaskować. To spostrzeżenie skłoniło mnie do dalszych dociekań.
– Chcę usłyszeć, jak daleko zaszła już w realizacji faza Beta projektu – oznajmiłem dobitnie.
– Doprawdy, niewiele dalej – odezwał się po chwili Ted prawie naturalnym głosem. – Umieściliśmy na skraju prototyp pojazdu dla ewentualnego obserwatora, który kiedyś przekroczy Wrota zupełnie.
– Pokażcie mi to – powiedziałem zdecydowanie.
Ted, dzięki specjalnemu osobistemu połączeniu z bazą głównego komputera miał władzę nad Wrotami. Pod jego dotknięciem uchyliły się nieco więcej, tyle, by człowiek mógł się przecisnąć na drugą stronę.
– Nie skrzypią? – zażartowałem, aby zagłuszyć wzbierające podniecenie. Z wrażenia serce podeszło mi do gardła.

Wsadziłem najpierw w rozchyloną wolną przestrzeń moją ciekawską głowę i dłuższą chwilę chłonąłem poznany wcześniej widok spowitych oparami bagien i odległego zielonego lądu. Płuca pracowały tutaj intensywniej, musiałem o wiele szybciej oddychać, aby się dotlenić.
– Wejdźmy – usłyszałem z tyłu spokojny nagle głos Teda. – Brzeg jest pod naszą kontrolą.

VII.
Przekroczyłem granicę światów pierwszy, za mną weszła Angela, a na koniec Ted. Zmrużyliśmy oczy od ostrego światła słońca, które stąd wydawało się większe. Oczywiście, przyklęknąwszy od razu zanurzyłem dwa palce w wodzie, wskazujący i serdeczny, skrycie czyniąc nimi święty znak.
– Zaiste, mokra – przyznałem z podziwem.
Ted zaprowadził mnie zaraz kilka kroków w bok, gdzie w przybrzeżnych szuwarach ukryto czółno, prymitywnie wydrążone w okorowanym drewnianym pniu. Mogło zmieścić w sobie tylko jedną osobę. Niewiele myśląc wskoczyłem do krypy, która zachwiała się na wodzie pod moim ciężarem i chwyciłem do ręki kij służący do odpychania się od dna.
– Uważaj! Bądź ostrożny! Ten świat jest żywy, istniejący, nie wiadomo, co w nim naprawdę czyha – zawołał Ted. – Nie płyń dalej, niż na odległość sześciu metrów. To granica ochronnej tarczy czasoprzestrzennej. Za nią trzeba być o wiele lepiej przygotowanym.

Odbiłem się od brzegu jednym zdecydowanym odepchnięciem kija. Dno było grząskie, miękkie, ale jeszcze dość płytkie. Dziób czółna szybko wjechał w pierwsze przybrzeżne, niezbyt gęste w tym miejscu szuwary, które rozchyliły się pod jej naporem. Przyklęknąłem na jego dnie, aby lepiej utrzymać równowagę. Położyłem kij obok siebie. Rozpędzona łódka zwolniła naturalnym sposobem, a ja całym sobą oddałem się chłonięciu wrażeń płynących do mnie zewsząd.

Tak naprawdę modliłem się teraz. Z podziwu, miłości i zgrozy.

Ten świat nie był piękny, nie był zdumiewający ani fascynujący. On zwyczajnie… zbijał z nóg.  Ogarnęła mnie mimowolna nabożność w obliczu majestatu dzieła rąk Stwórcy Światów.
Nagle postanowiłem zaryzykować i odbiłem się jeszcze raz od dna. Czółno wpłynęło w obszar wodnych traw, które zasłoniły mi widok brzegu i czekającej tam na mnie pary naukowców.
– Zawracaj, Worren! – zawołał zaniepokojony Ted. – To zbyt niebezpieczne!

Oczarował mnie zielony ląd w oddali, który, jak teraz oceniłem, znajdował się dalej, niż mi się zdało z brzegu. Perspektywa tego świata była chyba inna, być może z powodu odmiennej przeźroczystości powietrza i intensywności nasłonecznienia. Jednocześnie, gdy utrzymywało się nieruchomo wzrok na jednym wybranym punkcie zaczynał on jak gdyby przybliżać się, podobnie jak w lornetce.
Odczekałem dłuższą chwilę, aż ruch czółna prawie zupełnie zanikł i pogrążyłem się w kontemplacji rozciągającego się przede mną obrazu gęstego, choć wyraźnie młodego jeszcze i stosunkowo niewielkiego lasu podszytego zielonym mchem wysokości dorosłego człowieka.

VIII.
Nagły ruch czegoś przemykającego błyskawicznie pomiędzy gałęziami zbudził mnie z zachwytu. Fala adrenaliny uderzyła w mój mózg natychmiastowym hasłem do odwrotu. Ciało samo reagowało i działało pod wpływem niesamowitego strachu, który rozlał się natychmiast w żyłach gorącym strumieniem. Wbiłem kij w dno i pchnąłem krypę ku brzegowi. Tak silnie, że sekundę potem wyskoczyłem z niej na piasek i wpadłem wprost na Teda.
– Cholera, co to było? – bełkotałem odzyskując z trudem równowagę. Obejrzałem się za siebie. Szuwary już się zasunęły, a widoczny w oddali zielony ląd wydawał się nadal nieporuszony, cichy i absolutnie spokojny w swojej baśniowości. – Dinozaur? Prawdziwy dinozaur? Widzieliście?
Nie, niczego nie zauważyli. Nie byli jednak wcale zdziwieni tym, co powiedziałem.
– Oto niesamowite ryzyko wejścia w ten świat – stwierdził Ted, marszcząc brwi. – Nie jesteśmy jeszcze gotowi i kto wie, czy w ogóle kiedykolwiek zdecydujemy się z nim zmierzyć. Sam widok potrafi unicestwić wszelkie reakcje nerwowe, które warunkują zachowanie człowieczeństwa i bezpiecznej samokontroli. A co dopiero mógłby zrobić atak? I rzeczywiste zranienie? Nie sposób przewidzieć, na jakie koszmary naraziłoby to zaatakowanych.
– Och. Był cętkowany jak jaguar! – gadałem jeszcze pod wpływem wrażenia. – Czy nie boicie się, że coś takiego mogłoby wedrzeć się przez Wrota na naszą stronę?
– Nie – uśmiechnęła się łagodnie Angela. – Nasz świat ma pod każdym względem inne i zbyt różne parametry od tego. Żadna z żyjących tu istot nie zdołałaby przenieść się do nas i przeżyć. Można by to porównać do konieczności wdrapania się po pionowej idealnie gładkiej skale wysokiej na tysiąc metrów. Zejście i wejście jest dla nas technologicznie możliwe, jak sam się przekonujesz, ale dla żadnej spośród prymitywnych istot absolutnie nie.
Wróciliśmy tą samą drogą, którą tam weszliśmy.

IX.
Kolejne dni spędziłem w instytucie zwiedzając liczne pracownie i laboratoria, w których również pracowano nad zagadnieniem Wrót, ale pod najróżniejszymi innymi kątami. Naukowcy chętnie pokazywali mi swoje osiągnięcia. Byli z siebie dumni, radośni, zainspirowani i głęboko poruszeni efektami swoich badań. Wziąłem udział w pokazowym wejściu do sąsiedniego świata, które zostało wcześniej uzgodnione przez obie strony. Dane było mi spotkać tam ludzi zajmujących się tym samym tematem, choć przy użyciu nieco innych przyrządów i metod analitycznych. Byli biali, wysocy i inteligentni.
– Porozumiewamy się za pomocą wspólnie uzgodnionych symboli, pisma i znaków. Wpadliśmy na pomysł utworzenia organizacji, które rozwijałyby w różnych liniach czaso-kultur zasady przydatne dla trwania kontaktów. Posyłamy tam najpierw swoich specjalistów, a w zamian przybywają uczeni stamtąd do nas. Trzeba stwierdzić, że to głęboko rozwijający proces.
W praktyce – jak się sam o tym przekonałem – odwiedzanie siebie nawzajem nie było trudniejsze, niż przejście z pokoju do pokoju. W trakcie doświadczania wszystkich tych atrakcji ani na chwilę jednak nie przestałem pamiętać wrażenia, które obudziło we mnie wejście do pra-świata. Nie dawało się po prostu zapomnieć. Ani z niczym porównać.

Z Tedem i Angelą widywałem się już rzadziej i głównie towarzysko, podczas przyjęć i na pół oficjalnych spotkań wieczornych urządzanych przez chętnych do poznania mnie doktorów i profesorów oraz ich żon. Szybko wprowadzali mnie w swoje pomysły i szalone tajemnice.
– W kilku sąsiednich światach utrzymujemy stałe grupy eksploratorów, którzy zmieniają się co jakiś czas. To jedyny sposób zebrania maksymalnie wielu informacji i nauczenia się czegoś o innych kulturach – wyjaśnił mi Mercurio, znawca starożytności. – Możliwa jest w pełni wymiana kulturowa, badawcza oraz… genetyczna.
– Co to znaczy?
– Zdarzają się niekiedy sympatie pomiędzy przedstawicielami odmiennej płci z różnych światów. W zasadzie nie zabraniamy tego. Interesuje nas zagadnienie dziedziczenia cech. Każdy świat ma przecież nieco inne parametry warunkujące zmysły i tym samym wrodzone zdolności. Może to nas nawzajem głęboko wzbogacić – wytłumaczył Mercurio. Po czym przedstawił mi swojego trzyletniego synka, Urania.
Chłopczyk spoglądał na mnie wielkimi ciemnymi oczami matki stojącej przy Mercuriu i grzecznie wyciągnął drobną łapkę w moim kierunku.
– Uranio ma rozwinięte zdolności jasnowidzenia i potrafi już całkiem dobrze czytać myśli – pochwalił się dumnie tata.
– Ten pan chce się bawić w grę, która jest bardzo, bardzo straszna – zademonstrował swoje umiejętności malec.
– Wydaje ci się! – zareagowałem natychmiast. – Nie chcę, aby ktokolwiek zaczął grać w tę grę, dlatego jej pilnuję.
Chłopiec zrobił zdziwioną minkę.
– Ona już się zaczęła, nie wiesz tego?
Przeszył mnie zimny dreszcz. Na szczęście rodzice Urania, zajęci witaniem wchodzących do salonu gości nie usłyszeli dalszego ciągu naszej rozmowy. Między przybyłymi byli także Ted i Angela.
– Ok – pogłaskałem malca po głowie – świetnie, że mi powiedziałeś. Teraz wszystkiego dopilnuję, nie obawiaj się.
Niestety, nie było to takie proste. Ted zbywał moje pytania zdawkowymi odpowiedziami, a Angela konsumowała drinki, które zdawały się ją najbardziej interesować. Sprawili jednak na mnie wrażenie szczególnie niespokojnych i nieobecnych myślami.

wrota

 

X.
Dopiero na drugi dzień dowiedziałem się od nich o nieprzewidzianych efektach ich tajnego przedsięwzięcia. Oboje byli przerażeni i zdruzgotani.
– To „coś” wdarło się w międzywymiarową przestrzeń!
– Jak? Gdzie?
– Nie doceniliśmy energii, refleksu, inteligencji i dzikiej siły przetrwania tych zwierząt – wyszeptał pobladły Ted. – Jedno z nich dostrzegło nas i ruszyło w pogoń. Zdołaliśmy wrócić i przebiec przez Wrota, ale nie udało się ich w porę zatrzasnąć!
– Przecież powiedziałeś, że to niemożliwe, że to przerasta ich możliwości.
– Myliliśmy się! Mają niesamowity instynkt orientacji, bezwzględność i prędkość reakcji przekraczającą wszystko, co znaliśmy do tej pory.
– Gdzie się wdarło? – zmarszczyłem brwi.
– Nie wiemy. Natychmiast znikło z naszych czujników. Przypuszczam, że zostało przyciągnięte przez inny czas i świat, który zachował jakiś rodzaj prymitywnych wibracji – odpowiedziała Angela.
– Trzeba zawiadomić ludzi odpowiedzialnych za kontakty między światami – zdecydowałem od razu, a Ted nie sprzeciwił się niczemu.

XI.
Pierwsze kroki skierowaliśmy do Wrót. Tam Ted postarał się ustalić miniony moment wdarcia się dinozaura w późniejszy świat, aby prześledzić – choćby przy pomocy komputerowych symulacji – jego najbardziej prawdopodobną drogę. Dość długo nie było żadnych wyników, aż nagle całkiem niespodziewanie znaleźliśmy się w punkcie „zero” czasu, o który nam szło. Był to dosłownie ułamek ułamka sekundy. Na nasze szczęście znajdowaliśmy się w pewnej odległości od właśnie zamykających się Wrót, gdy bestia galopująca przed siebie z wysokim i ledwie przez to słyszalnym dla naszych uszu piskiem minęła nas w swoim szaleńczym pędzie naprzód. Zamarliśmy w jednej chwili jak posągi, sparaliżowani strachem przerastającym rozum. Prędkość, mordercza dzikość i agresja, którymi dysponowało to zwierzę przewyższyły wszystkie nasze wyobrażenia.
– Musimy natychmiast ostrzec innych – szepnęła Angela.

W pewnej odległości od Wrót i od naszej trójki zauważyłem Angelę i Teda skamieniałych ze zdumienia w chwili pierwszego wtargnięcia bestii w wyższe światy. Przejęci sytuacją nie zauważyli nas, co błyskawicznie uznałem za dobre w tamtej chwili. Linia czasu rozszczepiła się na dwa tory wydarzeń, a bliźnięta czasowe musiały działać na każdym z nich po swojemu. Aż do chwili zapętlenia i spotkania się oko w oko ze sobą w przyszłości.
Wszystko teraz wydawało się lepsze, niż trwanie w miejscu i czekanie na atak z nierozpoznanej strony. Ruch fizyczny przywrócił mi panowanie nad emocjami.

Puściliśmy się biegiem wzdłuż głównej uliczki pomiędzy budynkami naukowego osiedla, aby zatrzymać się na rozległym strzyżonym trawniku przed najwyższym białym budynkiem, na którym widniał szyld „Jemiołak”. To w nim mieściła się główna baza kontaktowa z sąsiednimi światami. Jak się szybko przekonałem, jej główny zrąb zakotwiczony w czasie teraźniejszym sięgał wyższego wymiaru, niby niewidzialny wieżowiec. Dla zwykłych mieszkańców miasteczka był to zawsze i tylko Browar.

Zauważyłem uchylone okno na parterze. Z piętra powyżej dobiegał przez otwarte okno głośny dźwięk fortepianu. Ktoś bębniąc szaleńczo w klawisze grał jakiś hard rockowy utwór z taką ekspresją, jak gdyby chciał obudzić wszystkich świętych w promieniu kilometra.
– Tam! – wskazałem dłonią.
Niewiele myśląc przebiegliśmy szybko spory obszar starannie strzyżonego trawnika i dotarliśmy do ściany budynku. Zajrzałem przez uchylone okno na parterze. Wszystko zdawało się pozostawać w najlepszym porządku. Niewiele myśląc wskoczyliśmy tędy do środka.
– Rozejdźmy się ostrożnie każde w inną stronę – zdecydowałem – i sprawdźmy sąsiednie pomieszczenia. Jeśli są tam ludzie zwołajmy ich tutaj, aby przygotować się do ucieczki… Niepokoi mnie piętro wyżej. Tam dzieje się coś niezrozumiałego, a grający na fortepianie jakby lekko zbzikował. Może próbuje się z tym czymś dogadać albo ostrzec innych?
– Mój Boże! – szepnęła Angela. – Od niedawna uruchomiliśmy tam podgląd przyszłości!
– Spokojnie, to może być tylko nasza fantazja – Ted położył jej na ramieniu swoją dużą dłoń. – Zajrzę tam sam, i na wszelki wypadek zablokuję przejście, a ty sprawdź sąsiednie pracownie na parterze.

XII.
Z duszą na ramieniu otwieraliśmy jeden po drugim wysokie białe drzwi oddzielające od siebie poszczególne pomieszczenia. Dość szybko odetchnąłem z ulgą. Wszędzie panował zupełny spokój, gdzieniegdzie rozleniwieni strażnicy witali nas ze zdziwieniem, ale sympatycznie, chętnie zapraszając do rozmowy. Zdecydowałem się na razie nikogo nie niepokoić. Prosiłem tylko wszystkich po kolei, aby każdy zbadał swoje otoczenie, a o jakimkolwiek podejrzanym ruchu, niezrozumiałym hałasie czy dziwnym zjawisku niech natychmiast melduje bez sprawdzania przyczyny. My będziemy czekać przez najbliższe kilka godzin w pokoju konferencyjnym.
Z biegiem czasu myśl o pojawieniu się prymitywnego drapieżcy w znanych nam miejscach stawała się dla mnie coraz mniej prawdopodobna. W końcu zawróciłem do saloniku, w którym umówiliśmy się na podsumowujące spotkanie. Zastałem już tam spokojnie rozmawiających ze sobą Teda i Angelę. Siedzieli na sofie czekając na mnie.
– Wszędzie cisza i spokój – zameldował Ted. – Zajrzałem na piętro. Trwa tam wstępny ogląd świata z dość niedalekiej przyszłości. Ale prócz szalonego fortepianisty nie ma w nim niczego podejrzanego. Muzyk w pierwszej chwili wydał mi się do kogoś znajomego podobny. Ale to z pewnością złudzenie. Wielu ludzi jest do siebie podobnych, choć nic ich nie łączy. Uznałem, że jednak warto nam wiedzieć, co tam się dzieje i co może się jeszcze wydarzyć. Podgląd pozostawiłem nadal czynny..
Uspokoiło mnie to trochę, lecz wydłużające się czekanie na wieści od pozostałych strażników i badaczy znów obudziło głębokie rozedrganie serca. Milczałem jednak starając się zachowywać równowagę umysłu i nie siać paniki.
– Boję się czegoś – stwierdziła nagle głośno Angela. – Chciałabym już stąd wyjść.
– Nie możemy zostawić ludzi samych – odpowiedział Ted. – Poczekajmy spokojnie, pewnie ostrzeżenie wszystkich zajmuje więcej czasu, niż sądziliśmy.
– Oczywiście – przyznała mu rację Angela.

A mnie tymczasem wzrastający niepokój pchnął ku oknu, przez które co chwila nerwowo wyglądałem. Już wkrótce siedziałem na parapecie, a jeszcze po chwili podciągnąłem do góry nogi i umieściłem je po zewnętrznej stronie okna. Przytrzymywałem ręką uchylną szybę, aby móc się nią odseparować od wyczuwanego zagrożenia albo od zewnątrz, albo od wewnątrz, w razie gdyby się jakieś nagle rzeczywiście pojawiło. Tu, lub tam.

Wtem przeraźliwa muzyka dobiegająca z piętra umilkła. Zapadła głucha cisza. Równie niesamowita, jak hałas, który czyniła jeszcze przed chwilą.

Nieomal w tej samej chwili ujrzałem kobietę, która wykonała szaleńczy skok z otwartego okna pokoju nad nami wprost na trawnik. Patrzyłem na nią ze zdumieniem i przejmującą serce zgrozą.
Odruchowo wyprostowała się i stanęła naprzeciw nas wcale nas nie widząc. Wszystko toczyło się na moich oczach jak gdyby w zwolnionym tempie. Miała twarz zniekształconą, lekko nabrzmiałą, dziwnie podobną do Angeli. Ale może tylko mi się zdawało…
Ledwie podniosła się na nogi, aby ruszyć biegiem przed siebie ku miasteczku, gdy z góry spadła na nią, wprost z wychylającej się przez okno paszczy gadziej bestii, ogromna kropla krwi.

(Zapisane w Wielki Poniedziałek 2003 roku)

Śnienie synchroniczne: temat 2

Tym razem nie umawialiśmy się na wspólne śnienie, choć pewna gotowość była u mnie i u Pawła. Mnie spontanicznie przyśnił się sen, w którym pojawił się Czarny Kolos. I wtedy sformułował się sam z siebie temat kolejny wspólnego śnienia, które z pewnych względów synchronicznym będę musiała nazwać.

Scarlady

Temat 2: Lilith

Śniłam tak jak to mi się zdarza ostatnio – poziom 6. Wspólna sypialnia domu dusz, gromadząca ponoć (wg JB) wszystkie żyjące aspekty mojej duszy. Wśród jakichś kobiet nieznanych mi, w różnym wieku, siedzących w kucki w kole [jak czarownice] w miejscu sali, gdzie nie ma łóżek, Jolka. Przysiadam się do nich, zapalam długiego cienkiego papierosa, który wygląda jak kadzidło i wciągam dym, jakoś słabo się tli [nie mam upodobania do kultów], w końcu oddaję go Jolce, jako bardziej wprawnej w paleniu, tak papierosów, jak zielska. Kładę jej głowę na kolanach, zerkam z dołu na jej twarz, czy ją czas zmienił. Widzę tylko fragmenty twarzy, nigdy wprost, ale rozróżniam, że nie ma makijażu, spoważniała, przestała być krzykliwa i bezczelna. Wstaję i mówię o niej do znajomego: Ona była kiedyś istną Gwiazdą… Jaką gwiazdą? – dopytuje ten, ale nie składa się odpowiedzieć. Tłumaczę tylko, że zachowywała się po gwiazdorsku. Odsuwam się od dziewczyn, teraz idę w kierunku jego miejsca spania po prawej stronie. Zdejmuję po drodze spodnie, ale zasłania mnie długa koszula, a nawet dwie. Siadam na jego łóżku. Łóżko jest wąskie pojedyncze, ja też takie mam. Z tym, że jego jest nieco szersze od mojego i chwilę rozważam pomysł, aby tu z nim spać tej nocy. Ale rezygnuję. [Jak widać obyczajowość w tej przestrzeni była nader swobodna i nieskrępowana]. Skądś znam tego młodego człowieka – zastanawiam się. Jest dość niespotykanym mężczyzną, jeśli tak go polubiłam. Z boku stoi grubas w wieku odpowiednim, w czarnej połyskliwej koszuli opiętej ciasno na wystającym tłustym brzuchu, pewnie chciałby do mnie zagadać, ale obecność młodego go peszy. Tylko patrzy. Sypialnia była dużą salą z łukowatym sklepieniem, coś zaczęło klekotać w ścianie i pojawiła się grupka „klekarzy”, by znaleźć źródło awarii instalacji, nie było wiadomo czy elektrycznej, czy innej. Zaczęli wycinać dziurę w gipsokartonowej białej płycie (po środku Ekranu snu w kierunku na prawo). Najpierw niewielką, potem coraz większą. W końcu odkryli duże łukowate przejście w czerwonej ceglanej jakby zamkowej ścianie. I sobie poszli. Zajrzałam tam z moim młodym znajomym i ogarnęło mnie zdumienie. Przejście otwierało wlot do ogromnej otchłannej studni, w której sterczał kolosalny czarny mężczyzna, wystawała tylko jego czarna głowa ze świecącymi jasno/biało oczami bez źrenic. Patrzył wprost na nas.

Po obudzeniu się rozpoznałam w młodym znajomym PZ. Wyraz klekarze skojarzył mi się już we śnie z klekotem i bocianami. Zawiera w sobie słowo: lekarz. K-lekarz. Specjaliści od (zwiastowania) narodzin nowej świadomości wykraczającej poza strefę 1-5? (czerwone ceglane wejście to brama 5/6 wiodąca przez karmę). Ów kolos, jak wcale nie cień nie przestraszył nas, był to ktoś budzący szok, ale i podziw, potężny, kto samodzielnie przebrnął przez otchłań i zaczął wyrastać ku górze. Pewnie dobrze, że Jolka przestała gwiazdorzyć, bo potrzeba skromności, aby go/tak ogromny cień zintegrować.

Ten sen, a raczej czarny olbrzym z białymi ślepiami zainteresował Pawła. Wkrótce napisał do mnie:

PZ: Spałem teraz, bo nie spałem w nocy, pytałem kim jest olbrzym z twojego snu… Przyśniła mi się kobieta, która mieszkała pod 12 w bloku. Ciężko było ją tam odnaleźć, nie wpuszczała każdego. Ja ją dobrze znałem. Była nimfomanką, zawsze nago chodziła, zamiast bielizny miała łańcuszki na ciele, srebrne lub złote. Miała z naszym kolegą uprawiać seks. Ale on się bał i zrezygnował, wszystkim kopara opadła, że nie chce (On jest prawiczkiem), ona powiedziała, że nie może tego zainicjować, on musi zacząć, no i mniej więcej tyle. Ja do niej chodziłem po kryjomu przed wszystkimi. Takie wspomnienie we śnie miałem.

ES: Ha, ciekawa postać. Bogini z 12. Ktoś jak Lilith!

PZ: Zdawała się moją przyjaciółką z kiedyś. Ja początkowo myślałem, że mieszka pod nr 6, ale potem przeskoczyłem w inną postać chyba i mówię: nie, ona mieszka 11/12. [Czyli ma swoją delegaturę na 6 poziomie! Jak w moim śnie z Jolką]. Szło się labiryntem. Za pierwszym razem prowadził ktoś inny i szliśmy pod 6. I ślepa uliczka, nikogo tam nie było. Nie szło przejść dalej. Więc cofnęliśmy się, ja zacząłem prowadzić, skręcaliśmy w bok i w górę, i drzwi były do niej po prawej i prosto tam weszliśmy. Po drodze jakaś lokatorka niższego piętra wołała, że my idziemy zapewne do tej kobiety, ja zakryłem twarz, by mnie nie widziała [Niższe poziomy mają nieszczególne zdanie o obyczajowości L.]. Nie chciałem być rozpoznany, potem stałem się na własne życzenie niewidzialny [!] na tych schodach, by mnie nikt nie zobaczył. Do mieszkania weszliśmy bez pukania, kolega otworzył, byłem nieco zdziwiony, bo tak się nie robi [bezceremonialność, czyli nie potrzebuje specjalnych rytuałów i kajania się, żeby się do niej dostać]. Weszliśmy i scena się zmieniła. Nie pamiętam już co się działo, no i potem była akcja z kolegą, który nie chciał wejść w stosunek z nią…

ES: Z wielu względów to ciekawe, co śniłeś. Ta postać Lilith, bo to zapewne ona jak sądzę, to „moja” Liliana z opowieści Ogrodnika! W moim śnie o kolosie wystąpiła jako Jolka (zresztą i we śnie-opowieści wystąpiła z jej rysami). Patrzyłam z dołu na jej twarz w górze, jak na Gwiazdę, która zbladła. Życie tej mojej dawnej znajomej też symbolicznie pasuje do tej postaci. Bezczelna i nieco wulgarna piękność łamiąca serca facetów, kręcąca się przy szkole filmowej, a jej największa rola to statystki, pijanej prostytutki w pewnej erotycznej komedii. Chyba uszykował się samoistnie ciekawy temat.

PZ: Oki! Ciekawie, tylko pomimo tego, że to była Lilith, była bardzo miła wobec mnie. Zobaczymy, co dalej z tego wyniknie.

ES: To prawdziwie stara piękność. Choć czasem śni się jako mała dziewczynka, lolitka, wyuzdana kochanka starych pedofilów.

PZ: Masz może jakiś artykuł o Lilith na blogu?

ES: Nie. Ale ogólnie rzecz biorąc kim i skąd pochodzi opisano na Wikipedii. Można trochę znaleźć na blogach czarownic. Na przykład na blogu Faridy, jest kilka wpisów o Lilith z punktu widzenia psychologii głębi, jako archetypu i cienia kobiecości. Lilith to także obiekt, a raczej jeden z punktów środkowych eliptycznej orbity Księżyca , uwzględniany w astrologii. Można o nim przeczytać na Tarace.

Temat wciągnął mnie samoistnie. Czarny kolos okazał się mniej ważny, niż Jolka – stara gwiazda, która zbladła. Może w rzeczywistości (na jawie tej strony) Lilith to konkretna gwiazda? Lub miejsce na niebie?

PZ: Dziś przed snem poprosiłem WJ o inspiracje odnośnie śnienia, tzn. by mi jakieś pytanie przyszło. Ale nim mnie natchnąć miało do sformułowania pytania, usnąłem.

ES: W moich snach-wizjach nazwano ją najstarszym aniołem świata, którego domeną jest wolność. Ona chroni buntowników i rewolucjonistów. Tych, co staczają się aż do piekła zwodzi, ale chroni tych prawdziwych, wznoszących się. Widziałam jej „prawdziwą twarz”, łysa stara pomarszczona kobieta z męskimi rysami, o skórze w kolorze rudym. W innych snach była wiotka, wysoka i piękna, choć bardzo stara, starość była jej tajemnicą, czasem skrywaną za grubym makijażem. Ale to są sny, czyli symbole przenośnie. Może chodzi o bardzo starą rasę istot z poprzedniego cyklu rozwoju wszechświata. Czyżby to byli moi czachulce SPOZA? Albo ich dusza? Z opowieści Ogrodnika wynika, że zamącili coś w genetyce powstających istot ziemskich w poszukiwaniu rozwiązania dla swego problemu. I maczali palce w powstaniu dinozaurów, które weszły w ewolucję. Ta pobladła Gwiazda z mojego snu (pisana z dużej litery), która przestała być gwiazdą… to podpowiedź… Zaś te łańcuchy na niej, które widziałeś… Chodzi o łańcuchy karmiczne zapewne.

PZ: Mnie się ona śniła jako piękna kształtna kobieta. A taka chuda wysoka, ciemne włosy, kiedyś, jak byłem wśród naukowców obcych, chciała mnie zwieść energią seksualną… ale ją przechytrzyłem. Mówiła we śnie, że taki ładunek energetyczny będzie długo zbierać, a ja jej go pozbawiłem i była pod wrażeniem, że dałem radę.

ES: Śniła mi się wiele razy jej wersja młoda, zapewne ze strumienia wstępującego – jak teraz mniemam. W kilku snach. Zawsze miała na imię Lisek. I była rudawa, piegowata, charakterystyczna (te wizyty rudej Pippi Langstrumpf swego czasu, to pewnie ta sama istota!), w sumie pozytywna osoba, sufrażystka.

Wtedy Paweł podesłał mi zapis swojego niegdysiejszego snu. I tu okazało się, że dzieje się coś szczególnego. Bowiem w tym samym czasie napisała do mnie koleżanka Monika, podsyłająca mi od lat niektóre swoje sny. Teraz też je miała i wydały jej się dziwne. Nie bawi się w śnienie inaczej, lecz medytuje, i uprawia różne techniki, mające przywrócić jej swobodę i uwolnić od karmicznych klątw i trudnej pamięci przodków. Najpierw wyśniła czaszkę (jakby mojego czachulca!) na tarasie w domu dziadków, która jej coś przynosiła w ustach. Później siedziała na kolanach Szatana i całowała się z nim [Lilith w mitach uważano za żonę Szatana]. Szatan wywracał „diabelsko” oczami. We śnie kolejnej nocy schodziła w dół w podziemne lochy i tam natknęła się na „złą królową” podobną do Angeliny Jolie, głaszczącej geparda… Uznałam wstępnie, że to jej cień, lecz teraz opowieść Pawła natchnęła mnie, by nadać owemu cieniowi imię.

PZ: „Widzę kobietę, brunetkę, podobna do Angeliny Jolie z filmu Czarownica, bardzo szybko ruszającą się na boki. Jej twarz nienaturalnie prędko się obracała, wręcz skakała. Lewo lewo lewo Prawo prawo prawo prawo, takie skoki. Obserwując ją, było to bardzo nieprzyjemne odczucie. Czułem od niej coś, co mnie wewnętrznie przerażało, cały byłem rozdygotany i wystraszony. Teraz jak to piszę, to też odczuwam jakiś niepokój, strach przed tą kobietą. W notatniku zapisane mam „była jakby poczwórna, uwięziona w piramidzie, w niewoli ruszała mechanicznie bardzo szybko głową” – ten widok strasznie źle na mnie wpływał, przerażało mnie to. Ktoś jej odchylił głowę do tyłu i przywiązał liną. KLIK. Coś jej zrobili i kobieta była spokojna, patrzyła przed siebie w jeden punkt, wprost na mnie.”

ES: O! Ciekawe. Piramida=matrix, zamknięta przestrzeń, starożytny Egipt. Próba ucieczki, mechanizm, kontrola, uwięzienie. Angelica=Anielica/Jola… kombinuję… Myślę, że mamy o czym myśleć. I śnić.

Monice, niczego jej nie tłumacząc, kazałam zadać pytanie przed snem, kim jest owa „królowa”. Odpisała następnego dnia:

M: Hej Ewo, w dzisiejszym śnie nie było już czarownicy. Za to byłam wraz z moją Mamą i Tatą w mieszkaniu moich Dziadków. Z drugiego pokoju zawołała mnie Mama, żeby mi pokazać wielką ćmę o nazwie Eszeboszoloza (Eschebosholoza), która ukryła się pod biblioteczką w małym pokoju. Ćma już kogoś zaatakowała wcześniej, teraz chciała zaatakować Mamę. Mama miała mi ją pokazać i świeciła tam sobie latarką, ale ja jej nie widziałam. Jakoś po obudzeniu się wiedziałam, że muszę to imię zapisać jako nie sz tylko sch.

Tak mi jakoś zaraz przyszło do głowy, że spotkała Lilith… Sprawdziłam wszystkie swoje tegoroczne sny, w których wystąpiła Monika. I bum! Wszystkie miały symbolikę Lilith, jeden nawet jej wizję.

Monika zaczęła szperać w sieci i odkryła ukryte znaczenie imienia ćmy. A także w ogóle jej motylej postaci… Spójrzcie na ten relief… i szczególny kształt skrzydeł bogini, co przypomina?

Babylon-relief

M: Oooo, Eshebo to taniec izraelski! esh po hebrajsku znaczy ogień i jest rodzaju żeńskiego. A Hebe to bogini i uosobienie młodości, szafarka nektaru i ambrozji na Olimpie. Jest też Shosholoza – taniec jakiegoś plemienia południowo afrykańskiego, [zawołanie] które było śpiewane głównie przez pracowników kopalni i mówiło o ciężkiej pracy. A znaczenie to: Iść do przodu. Lub: zrobić miejsce/przesunąć się dla następnego człowieka. Pomyślałam, że to ma znaczenie. Że ćma to połączone nazwy dwóch tańców. A ja się teraz na taniec zapisałam!

W takim razie i ja zapytałam wieczorem o Lilith, kim/czym jest i czego od nas „chce”, pojawiając się spontanicznie, bez żadnej naszej inicjatywy w snach moich, Pawła i Moniki.

Rwące się, słabe obrazy. Zapamiętałam tyle: pływam chyba motorówką, bo tak szybko po powierzchni wody, w zbiorniku wodnym ograniczonym wysokimi marmurowymi nabrzeżami w kształcie prostokąta. Pęd porywa mnie, jest wspaniale! Ktoś tą łodzią steruje, nie jestem sama. Przewodnik, bo ja zwiedzam to starożytne miejsce i głównie patrzę. Płyniemy po przekątnej w jeden z rogów zbiornika, tam zawracamy szybko wokół jakichś sterczących z wody pozostałości budowlanych, może cokołów i płyniemy znów prosto, tam znów zwrot, jakoś przypomina mi to specjalną pętlę. Rzecz dzieje się w pełnym słońcu. Zbiornik przylega do cypla, na którym sterczą resztki murów kwadratowej świątyni. Strzegą ich chyba trzy, lub cztery postumenty, dwa tuż przed nią, jeden czy dwa w głębi na niej? albo za nią, na których są wielkie niezamknięte pierścienie, osadzone ruchomo, mogły się kiedyś obracać. Wiem, że były w nie kiedyś oprawione zwierciadła ze specjalnego szkła, teraz to już tylko resztki ram. Manipulowano nimi w specjalny sposób, to musiała być wysoka technologia wytwarzająca jakąś energię lub niesamowite zjawiska!

Potem stoję przed okienkiem kasy. Za nim dwaj kasjerzy, urzędnicy. Przy mnie stoi po prawej mężczyzna, który chce u nich załatwić nielegalne pozwolenie na coś. Nie ma potrzebnych papierów. Wrzuca im przez okienko wyszukane i drogie towary żywnościowe, puszki, jakieś starannie opakowane serki. Pojedynczo, urzędujący szybko chowają je i wciąż chcą więcej. Ja zasłaniam mężczyznę tak, aby nikt z zewnątrz nie zauważył dawania łapówki.

Hipnagog: czerwone kobiece usta/Szczelina.

Oto wyniki śledztwa w necie. Sumeryjski relief z Lilith (obrazek powyżej) stojącą na kotach [gepard!] wśród sów trzyma w obu rękach dziwne pętle.
Ma swój odpowiednik w reliefie z innego regionu i innej kultury, bogini Ereszkigal (jak ćmie było na imię?…). Podobnie jak Lilith, skrzydlata Ereszkigal stojąca zamiast na kotach, na koziorożcach, nie trzyma jednak w rękach nic, lub zostało to z jakiegoś powodu wytarte. Jej skrzydła nawet bardziej przypominają skrzydła nocnej ćmy.

ereszkogal_kozio

Egipska Izyda przedstawiana z podobnymi skrzydłami nosiła na głowie lustro w identycznych ramach, które ujrzałam we śnie. Niektórzy utożsamiają te dwie boginie, a ich pozostałością w katolicyzmie może być kult czarnej Madonny.

Izyda

Tak oto zaczyna być zrozumiały dziwny ruch kobiecej twarzy ze snu Pawła, jak i to, że została ona tak mechanicznie unieruchomiona. Patrzenie wprost w oczy to jak w lustro.
Podobnie ja patrzyłam z dołu w górę na twarz Jolki, którą widziałam dziwnie fragmentarycznie z różnych stron, nigdy wprost.

Ogromne zwierciadła, których kształt pozostał odwzorowany na głowie Izydy musiały istnieć przy jakiejś starożytnej świątyni przyległej bezpośrednio do sztucznego zbiornika wodnego. Kapłani tej świątyni potrafili sterować owym urządzeniem, które wytwarzało jakąś przerażającą energię lub zjawiska, dlatego Paweł we śnie był przerażony. Być może miało ono związek z niewidzialnością. Ważna jest również pętla, fragment łańcucha.

Najprawdopodobniej, sądząc ze snu, gdzieś pozostają ślady tej machiny, zapisy lub resztki, które są strzeżone przez państwo, na którego terenie się znajdują.

W Rosji, jeśli wierzyć doniesieniom, od lat pracuje się naukowo nad zastosowaniem zwierciadeł do różnych dziwnych eksperymentów, w tym szuka się drogi poprzez czas. Ich wynalazcą jest niejaki Kozyriew.

Wspólne śnienie. T-rex

TEMAT 1

Dobraliśmy się spontanicznie, nie znając się osobiście.

Uczestnicy: Ewa Sey (ES) – spod znaku Koziorożca, Paweł Zacher (PZ) i Jola Michałowska (JM) – oboje spod Ryb.

Na wstępie zadałam pytania o koszmary oraz, czy kiedykolwiek śnili o dinozaurach. Jola zaprzeczyła w obu przypadkach. Natomiast Paweł…

ES: Miałeś koszmary?
PZ: Hmm, czasem tak. W dzieciństwie najwięcej. Aktualnie raczej nie.
ES: Czy śniły ci się kiedykolwiek dinozaury?
PZ: Taaaaak. Zjadały mnie. Zazwyczaj jakaś arena czy coś, ale to tylko w dzieciństwie. Pamiętam, że uciekałem z areny, po jakichś oponach się wspinałem wokół areny, albo że całe stado dinozaurów biegło i się kryłem.
ES: Widziałeś tyranozaura?
PZ: Tak.
ES: Jakie odczucie?
PZ: Tylko nie wiem, czy to nie z powodu filmu park jurajski. Ogromny i straszny. Zjadał mnie. Wiele razy i się budziłem. Potem już wiedziałem, że mnie zje i się obudzę.
ES: Ciekawiłoby cię pośnić w tym temacie?
PZ: Jasne.

cien

Pytanie przed pierwszym snem wspólnym: Kto/co stoi za postacią tyranozaura ze snów?
Jola nie zna pytania.

ES: sny z nocy 1.VII. 2018
Od razu poczułam jego bliskość. Co za potworność! Byłam w lekkim śnie, właściwie półśnie, dlatego udawało mi się trzymać dystans. Prosiłam też o ochronę wszystkie moje aspekty, czachulca i odmówiłam kilka razy modlitwę pańską, która mnie zawsze uspokaja. Panowała ciemność, pustka, zniszczenie, groza, cienie, wszystko atrybuty Pola umarłych koni, poziomu Nicości na granicy 8/9. Trudno oddać to, co czułam. Były to zmienne nastroje, podminowane paniką mojego „zwierzątka podświadomości” i jednocześnie chęcią przyjrzenia się grozie bliżej i panowania nad sobą. Lękałam się też trochę o współspaczy, może niepotrzebnie wkręcam niewinnych ludzi w taki ponury i, a nuż niebezpieczny temat? Potem weszłam w głębszy sen.
Pamiętam jakąś pochyloną upadającą instalację, była lekka, jakby z plastiku w pastelowych barwach jasnej żółci, pomarańczu i błękitu, przypominała regał z półkami, na których były okrągłe wgłębienia, jak na talerzyki czy kubki, poplamione nieco jakimiś rozlanymi nieczystymi płynami. Akcja toczyła się we wnętrzu mojego domu, który był inny, niż w rzeczywistości i ciemny w środku. Jakiś młody mężczyzna [przewodnik snu] nagrał wideoklip [taśma pamięci], a nic nie pamiętałam. Poprosiłam go, aby odtworzył i przypomniał mi, w czym brałam udział. Powróciłam w ten sposób do czasu, gdy grałam w siatkówkę z drużyną przeciwną. Nie grało się piłką, ale liściem czerwonej kapusty, który był właściwie siny, ciemnogranatowy. Odbijało się go nie rękami, ale trzymaną w ręku pałką w kształcie dużej drewnianej warząchwi [Karma]. Liść był lekki, zwiędły, ja niezbyt silna, uderzałam w nadlatującą kapustę, ale ona nie leciała prosto za siatkę, tylko jak to liść unosiła się w górę i opadała bezwładnie obok. Nawet, gdy udało mi się ją kilka razy trafić, to i tak upadła po naszej stronie boiska. W końcu przy ostatnim gemie dramatycznie chwyciłam nieprzepisowo ów liść i przerzuciłam go rękami za siatkę. Za siatką rozpoznałam w jednej z przeciwniczek dawną znajomą (homoseksualistkę-artystkę), uśmiechającą się z przekąsem na te moje wysiłki, była już starsza i brzydsza, niż ją pamiętam z jawy. Wstrząsnęło mną to, bo była to osoba, która nie cierpiała mojego „determinizmu” i poddawania się „woli gwiazd”, zamiast uporczywie szukać szczęścia wbrew niej. I nagle śpiąca z głową w dole prawej stronie (lekko za mną) Ekranu Snu moja domowniczka zaczęła się wybudzać z tego wideoklipu. Było w niej teraz coś gadziego (pokrewnego z grozą tyranozaura), ponurego, okrutnego, bezwzględnego. Powiedziała coś szybko przez sen, ale nikt nie zrozumiał co. Tym bardziej ona natychmiast to zapomniała, albo nie była tego w ogóle świadoma. Przez chwilę zdawało mi się, że przez jej usta padła obietnica, że wywlecze mnie na 13 metrów za dom w samych skarpetkach i tak zostawi. Zmroziło mnie to, ale we śnie zdawałam sobie sprawę, że nałożyły się warstwy świadomości i nie wiadomo co jest czym i czego dotyczy, i z jakiego czasu pochodzi.
Potem znalazłam się z innym młodym mężczyzną w jakimś wnętrzu. Pomyślałam od razu, że to Paweł. Odnawialiśmy pusty pokój pomalowany na biało. To miała być nasza pracownia. Trzeba było najpierw przetrzeć zabrudzenia na ścianie, poznaczonej czarnymi rysami i zadrapaniami, aby ją znów pobielić. Robiliśmy to każde w innym rogu pokoju. Nagle doszliśmy do jednej konkluzji. Spod białej farby zaczęło się wyłaniać czarne tło, poznaczone białymi liniami drobnych napisów, robionych jakby wydrapanymi kreseczkami/rytami. [Tak się śnią tzw. klątwy rodowe, negatywne zapisy w kodzie genetycznym rodu rzutujące na fatalne wydarzenia w życiu]. Poczułam myśl Pawła, że to jego pamięć dawnych egzorcystycznych zainteresowań i wnętrze zostało stworzone pierwotnie przez jego mistrza-czarnego maga. Nie została usunięta, ale tylko zamaskowana!
– Spierdalajmy stąd! – wykrzyknął i uciekliśmy stamtąd jednocześnie.
Zasnęłam jeszcze raz przed porą wstania. Pamiętam tylko siebie i Pawła we wnętrzu niewielkiego namiotu foliowego (cieplarni) w kształcie piramidy [matrix]. Konstrukcja była z cienkich drewnianych prętów, folia stara i słabo prześwitująca, taka tymczasowa szopka obliczona ledwie na kilka sezonów trwania. [Materiały minusowe, podróbka].
Wstałam nieco rozbita emocjonalnie, rozchybotana. To po pewnym czasie zwykłej codziennej pracy unormowało się.

Ten sen ma różne warstwy znaczeniowe. W najprostszej zapowiedział konflikt w życiu osobistym, (atak destrukcji, na szczęście opartej na fałszywej przesłance jak to film, wydarzył się z ogromną mocą kilka dni później) i zachwiał mocno moim poczuciem stabilizacji. Rozbudzając depresyjne wnioski z dotychczasowego życia, że poddałam się bezwładnie okolicznościom, zamiast walczyć o swoje i odparowywać odważnie ciosy i zarzuty.
W innej warstwie ilustruje sposób przegrywania ogólnie rzecz biorąc. Mówią ci na starcie, że jesteś be, nie mieścisz się w standardzie, że trafisz za to, kim/czym jesteś, co czujesz i co robisz do piekła, bo Bóg tak powiedział, albo obyczaj czy tradycyjne prawo odrzuci cię na margines społecznego bytowania, opluje, wyśmieje, wydrwi albo ukamienuje. I popadasz w zmieszanie, zwątpienie, autodestrukcję, niewiarę w swój potencjał i postawę, wybory i decyzje. Wzmacniasz tym byt „zła osobowego” i trudzisz się bez sukcesu albo bez satysfakcji. Tracąc dojście do źródła mocy w sobie, okradziona/y z energii. Na tym polega ziemska rozgrywka, igranie z „potępieniem wiecznym” i poddaniem się losowi, określonemu przez mniemanie większości.
Jednak był to sen na życzenie, mający zawierać odpowiedź na zadane pytanie. Dlatego znaczenie dywinacyjne i psychologiczne/psychoterapeutyczne znalazło się w nim przy okazji.
Ta sama treść rozpatrywana topograficznie mówi: Tyranozaur (czymkolwiek/kimkolwiek jest owa istota śniąca się pod tą postacią) buszuje na poziomie 8, jako niszczyciel, strach i śmierć. Dotarł tam jako kontroler. Kiedy się tam pojawił instalacja światów zachwiała się. Wielu upadło ze swych zdawało się – stałych i wygodnych pozycji. Istoty z Nieprzejawienia prowadzą niejedną grę, przerzucając na siebie winę (liść kapusty w kolorze „zła osobowego”, kapusta jest warstwowa, więc chodzi o fragmentaryczną świadomość ciała 1-5, popadającą w iluzję tego lub owego, potępioną przez prawo – czerwień i wepchniętą w minusowość – kolor granatowy, przez co musi powtarzać doświadczenia w Małej Karmie) i igrając z potępieniem, które jest urojeniem patrząc z wyższych poziomów. Jedna ze stron wykazała bezwład – dała sobie odebrać na jakiś czas pewność swego, co spowodowało, że zachwiała się równowaga, choć w ostatniej chwili zerwała z przyjętymi zasadami, by jednak mimo wszystko wygrać rundę. Odtworzenie minionego czasu z taśmy video to pętla czasowa, czyli informacja o zamkniętym/odizolowanym świecie, w którym świadomość kręci się deterministycznie w kółko, i musi zdobyć się na nadzwyczajny wysiłek, aby się z niego wydostać. Tyranozaur zapowiedział (opętując świadomość teraźniejszą – nie ma więc mocy pojawić się osobiście – stamtąd, gdzie tkwi, w przeszłości, stąd film we śnie), że dotrze aż do zwierciadła (13) i przepędzi boskich graczy (homoseksualistka=androgyn) zostawiając ich w materii (skarpetki) bez pomocy odgórnej. Może być zatem formą cienia Stwórcy, który chce przejąć dyktat w tej grze. Najstraszliwszą maską Boga. Mój cień ze snu, opętany przez przypomnienie jakiegoś aspektu duszy, który w minionym cyklu brał udział w grze po stronie gadziej, zdradził zamiary tamtej istoty/rasy.
Znajdujemy się w świecie, którego zasady są zdominowane przez ciemność i podyktowane przez gadziego kontrolera. Można się łudzić, że wystarczy myślenie pozytywne/praktyka duchowa i oczyszczająca, aby przestawić rozwój w materii i oczyszczonym ciele 1-5 na dobre i pomyślne tory, zmienić przeznaczenie i osiągnąć stan wyzwolenia. Odkrywamy, że tak nie jest. Że światło zostało zmanipulowane i odcięte od źródła nawet na wysokim poziomie (biel to poziom Nadduszy), w świecie przejawionym jest pozorem, zakrywającym prawdę budzącą paraliżującą grozę (czerń jest barwą Nicości i granicy 8/9, przejścia przez śmierć w Poza-czas). Tego biegu spraw strzeże jakaś stara klątwa, umowa między światłem i ciemnością (barwy były zrównoważone – na czarnym tle białe napisy, na białym – czarne). Naszą siłą jest uświadomienie sobie tego i ucieczka w porę. Skąd? Z materialnej przestrzeni, obwarowanej fatalnym przeznaczeniem nie do przezwyciężenia od wewnątrz. Nim krwiożercza bestia zaatakuje w zgodzie z umową odgórnych potęg. Być może ów zryw i świadomość mają się zrodzić dokładnie w chwili, lub tuż przed atakiem (czymkolwiek on ma być) tyranozaurusa rexa, czyli króla tyrana dinozaurów?
Foliowa piramida/ uosobienie systemu doskonalenia, nietrwała drewniana-minusowa i przemijająca konstrukcja mówi, że Czas zakłamanej Wiedzy o świecie się kończy. Czas jest bliski. Iluzja pryśnie (a raczej się rozsypie, jak słaby tymczasowy stelaż). 

A jakże, szukałam informacji w tekstach Jarka Bzomy. Znalazłam to, co u wszystkich, filozofów, buddystów, zenowców, psychologów głębi i psychiatrów. On nie śnił dinozaurów. (Zdaje się, jest nas śniących o nich spontanicznie, stosunkowo niewielu). Dla uzupełnienia wniosków daję wypis na temat zbliżony. A jednak inny, bo mowa jest o humanoidalnej istocie, a nie Zwierzu (tak, muszę wziąć tę hipotezę pod uwagę, że jest tym samym Zwierzęciem/Bestią, o którym opowiada widzenie Jana!).

J. Bzoma: „Przy przekraczaniu Nicości (8/2) najpierw trzeba pokonać nasz największy cień, Czarnego kolosa (8/1), którego uosabia się z Diabłem czy demonem. To najdłuższy cień, jaki stworzyła nasza ludzka świadomość pod przewodnictwem duszy indywidualnej, uwięziona w Małej (1-5) i Wielkiej (6-8) Karmie. Często jego, czyli naszym przewodnikiem jawi się biały lub czarny pies, pojedynczy z jedną głową, nie tak jak strażnik granicy 5/6 trójgłowy lub trójosobowy Cerber. To Nigredo i Albedo. Pojawiają się albo jeden albo drugi. Albo nas wprowadzają w głąb Nicości 8, albo nas odganiają. Oczywiście czarny dryblas jest naszym odbiciem w niewidocznym stąd zwierciadle, w ścianie Szczeliny 8-12, która stąd wydaje się czarna. Jeżeli uda się nam rozpuścić ów cień pójdziemy dalej.”

Hm, jedynym sposobem na „rozpuszczenie” tyranozaura-smoczego nielota jest dać mu się zjeść. Przejść przez jego gardło i odbyt. Gdzie wtedy trafimy, porażeni największym przerażeniem z możliwych do zniesienia?

Ha, o smoku, jak wszyscy królowie intelektu, też Topograf napisał. Posłuchajmy.

Smok zapewne odpowiada upadłemu aniołowi, Smokowi Przedwiecznemu, ale to nic innego jak wola zstępująca w Przejawienie, wyłaniająca się ze Szczeliny 8-12, pierwotne byty przejawiające się (dualizm skrzydeł), wychodzącymi z Nieprzejawienia przez bramy Nicości 8/2 (ogień). Z tymi aniołami bywa inaczej, niż nam się wmawia. Najpierw muszą „upaść” w Przejawienie, aby potem „wzlecieć” ku Nieprzejawieniu. Smok, czyli skrzydlaty wąż często bywał utożsamiany z Jezusem, tj. ukrzyżowanym wężem. Alchemicy określali go Merkuriuszem. Umarł i zmartwychwstał, mamy zatem w symbolu smoka-węża/Jezusa-Szatana (czyli Logosa) zawartą całą historię Przejawienia.”

Otóż nie mogę uznać tyranozaura za smoka/węża skrzydlatego, ani upadłego anioła, bo nie ma on skrzydeł w tych snach, wygląda dokładnie tak jak tyranozaur, dziki, obdarzony niesamowitym refleksem, sprytem i instynktem przetrwania, upstrzony barwnymi łatami, biegnący z głosem przypominającym wysoki, częściowo niesłyszalny, paraliżujący gwizd, kłapiący zabójczo zębatą szczęką gadzi potwór. W moich snach był istotą dziką i nieokiełznaną w swojej prymitywnej okrutnej pierwotności. Acz szczelnie zamkniętą do wyznaczonego czasu w przestrzeni zawarowanej i pilnie strzeżonej. Historia Przejawienia jest chyba bardziej skomplikowana, niż streszczona w zacytowanym powyżej zdaniu, a prędkie utożsamienia jednego z drugim mogą wprowadzić czytelnika w pomieszanie pojęć. Być może zresztą o to chodzi owej bestii, która wlazłszy gdzie nie trzeba zaczęła odgrywać w świetle projektora/Zwierciadła (poziom 13) boskie formy Wielkiego Czarnego, Demiurga, Serafina, cienia samego nieprzejawionego Boga. I zwodzić na manowce tych, którzy gną przed nimi kolano. Przynajmniej ja, czytając coś takiego, nie tylko u Topografa, popadam w szczególną czujną ostrożność. 

Sny Pawła z tej samej nocy, a raczej poranka:

Jestem w domu, podchodzę do okna, jest noc, widzę na niebie statek ufo! I to dość blisko, nagle zakręca i leci w stronę domu. Wystrzeliwuje coś do piwnicy. Ale nic nie wybucha. Uciekamy całą rodziną do piwnicy. Wchodzą obcy w skafandrach i strzelają, chowamy się. W piwnicy staję twarzą w twarz z jednym z nich. Patrzę mu prosto w oczy, wydaje się być jak bestia, dzikie zwierzę, które można opanować. Wyciągam rękę przed siebie, żeby we mnie nie strzelał. On we mnie celuje. Otwiera kask i wręcza mi broń. Jest po naszej stronie? Początkowo mówię, żeby zabrał broń, bo szli kolejni, którzy, jak zobaczą, że mam broń to nas zabiją, a tylko ten jeden był dla nas miły, strzela do nich. Ja chyba też strzelałem. Coś się podziało i jest walka z ogromną anakondą. Która umie latać.

W drugim śnie: śnił mi się dziadek, który umarł 3 miesiące temu. W śnie wydaje się, jakby żył, tzn. jakby wrócił. Umarł, ale wrócił i jest z nami znowu. Mówił: dlaczego nie chcemy mu pomóc i znaleźć jakiejś innej formy leczenia. Dziadek szukał aparatu do pomiaru cukru, wśród papierów z wynikami badań. Miało być jakieś badanie krwi. Jestem z ojcem jakby w szpitalu. Trzymam ogromną strzykawkę. Ojciec się śmieje, że gdybym nią się wkuł w żyłę, to ją całą przetnę i się wykrwawię – mowa była o aorcie. Pod koniec snu byliśmy smutni licząc na to, że jest szansa, by dziadek znowu ożył???

Piwnica traktuje o czymś z przeszłości. To światy podziemne i minusowe. Zejście do niej jest zstąpieniem do niższego świata, aby się schronić przed skutkami czegoś na niebie. W efekcie wojny w przestworzach 6-8, czyli legendarnej wojny bogów? Jest w nim podłączenie do gadzich istot, niekoniecznie do końca wrogich. Współpraca z nimi zostaje zawarta jakby pod presją innego wspólnego zagrożenia (anakonda). Wąż to postać energii, fali, ale także genetyki, latający, może chodzi o jej możliwości wzbicia się/ewoluowania na wyższe poziomy?
W drugim śnie uosobieniem tej umarłej pamięci/zakończonej fazy doświadczenia jest dziadek. Jego powrót to pętla czasu, świat zamknięty w obrębie koła karmicznego. Cukier oznacza słodycz, miłość, coś odwrotnego do agresywności i złości gadoidów. Uporczywe poszukiwanie sposobu na wejście na wyższy poziom w posiadanej, starej ludzkiej formie. Czyli gra ewolucyjna toczy się od dawna na Ziemi (stąd arena w Pawłowych snach o tyranozaurze) i wraca w powtarzających się cyklach czasu ciągle do punktu wyjścia. Strzykawka symbolizuje chęć wkłucia się w serce (aorta).

„Duchowe serce, mistyczne, a nie organ, to nic innego jak punkt połączenia/kauzal 5” – pisze J. Bzoma – „ Niektórzy sufi mówią, że to miejsce słodkiej wizji, brama boskiej miłości, większość sufich jednak uważa, że to pole bitwy dwóch armii”.
I jeszcze: „Serce z poziomu 8/3 zamknięte, lub otwarte dla poziomu 7/7+ równa się zgodzie, albo jej brakowi przy wstępowaniu w Szczelinę Nieprzejawienia 8-12. Gdy pełne krwi to doświadczenie spotkania z Czerwonym <10.” Czyli z Panem Wielkiej Karmy.

Dziadkowi nie zależy na tym spotkaniu, czyli w poprzednim cyklu chciano kwestię krwawej ofiary ominąć i przezwyciężyć przeznaczenie naszego świata określone przez Wielką Karmę. Smutek jest zastanawiający. Czyżby ktoś chciał/lub już podjął znowu próbę wskrzeszenia czegoś z przeszłości? Co nie wykazało się stosowną dozą empatii i zostało wykasowane w minionej erze?

PZ: Tak sobie myślę. O tym, że są to gadoidy, to już wcześniej wiedziałem. Generalnie w wizji przed zaśnięciem widziałem jakby naukowców, którzy kreowali ten sen w jakimś stopniu, jakby tego tyranozaura sami specjalnie ustawiali. Żeby coś osiągnąć.
Ten wąż mnie ciekawi bardzo. Chyba zapytam o niego dziś w nocy, bo oni wszyscy z nim walczyli, byli tam też inni ludzie. To wyglądało, jakby go nie chcieli wypuścić dalej, tego węża. Żeby się nie przedostał dalej, ale spotkanie oko w oko z tym obcym też było ciekawe bardzo. W jego oczach była zwierzęca natura.

anakonda

Ciekawa jest sprawa z anakondą. Być może to genotyp starych olbrzymich istot, gigantów, biblijnych Nefilim, które zostały wyniszczone z najwyższego polecenia. Jest to w końcu wąż, którego wielkość i długość obrosła w pradawne legendy. Można sobie o nim poczytać choćby w Wikipedii, pod hasłami Sucuriju gigante (anakonda olbrzymia) i Anakonda zielona.

Jarek Bzoma tak wyjaśnia postać węża:

Wszelkie węże we śnie to reprezentacja przestrzeni Duszy szeroko pojętej 6-8. Tak umysł interpretuje falowód tej przestrzeni, jako wodę/ocean, albo jako węża/węże. Fala nie płynie, tylko stoi. Rozwinięcie Kundalini jest tak naprawdę rozprostowaniem zwiniętej i zaburzonej karmicznie fali tego oceanu. Na poziomie 7, gdzie znajduje się biblijny Raj, może pojawić się we śnie ogromny rajski wąż, z którym spotkanie nie jest przyjemne i budzi wielki lęk. Jest strażnikiem uniemożliwiającym powrót przez granicę 5/6.”

Jeśli był to ów strażnik, to sen traktuje o wspólnym interesie ludzi i gadoidów, tych co zleciały z nieba, (dinozaury drapieżne, według niektórych nie są stricte ziemskim gatunkiem i pojawiły się nagle ni stąd ni zowąd pośród całkiem inaczej ewoluujących ziemskich gadów), uwięzionych w niższej przestrzeni naszej planety. Chcą się wydostać, tak jak my, na poziom, gdzie możliwa jest rajska nieśmiertelność.

Kolejna noc z zadaniem na temat tyranozaura, a raczej teraz anakondy ze snu PZ. Niestety u Pawła i mnie – sny nie na temat. Śniła za to Jola (JM). Przypominam, że nie znała tematu naszego wspólnego śnienia.

JM: Hej. Śniły mi się dzieci w korytarzu, w takim przedpokoju. Biegające, rozrabiające, takie dzikie. Odpowiedź: „takie jak dzieci w wieku przedszkolnym.”
ES: Dużo było tych dzieci, jeszcze jakieś charakterystyczne szczegóły?
JM: Kilkoro. Grupa. Niby razem, ale każde osobno. Tak jak naprawdę przedszkolaki razem w grupie, ale każde w swoim świecie.
ES: Barwy, nastrój…?
JM: Nastrój dzikość. Ściany drewnem obite. Taka boazeria.
ES: Wrażenie ciasnoty, zamknięcia?
JM: Tak. Mało miejsca miały. Obijały się o siebie.
ES: Nie były na to złe?
JM: Tak, raczej nie bardzo wiedziały, w którą stronę biegać. Były takie dzikie i zdezorientowane. Po ścianach biegały nawet. I był półmrok. Nie było jasno, słaba żarówka.

Jola śniła o włączeniu starej świadomości w nowe formy, próbie ewolucyjnego ucywilizowania jej przez wprowadzenie do gry. Korytarze to zwoje mózgowe, intelekt, logika. To też symboliczny labirynt, a więc pułapka karmiczna 1-5. Drewniana boazeria mówi o minusowości, czyli zmierzeniu się z pojęciem zła, bycia złym, potępionym. Ludzkość jest taką próbą stworzenia nowego rodzaju istoty, łączącej w sobie pradawną dzikość i agresywność z mocą rozumu i serca. A raczej mającą zdecydować, w którą stronę rozwoju podąży. Jeśli, oczywiście ukończy wstępne przedszkolne nauki.

18 lipca Paweł znów śnił na temat.

PZ: Byłem na jakiejś wyspie, wędkowaliśmy i ktoś wyłowił niby suma, który okazał się ogromnym aligatorem. Trzymali mu pysk, a potem już nie dali rady i zmienił się w tyranozaura. Wspiąłem się na ogrodzenie wokół wyspy (znowu jakby arena), rozbiłem szybę, zeskoczyłem i zacząłem uciekać przed nim. Mówił, że zawsze będzie mnie gonił, aż mnie dopadnie. Zawsze będzie tuż za mną.

Jak cień. Rodem z przeszłości. Hm, swoista gwarancja wiecznego postępu.

Jarosław Bzoma:

„Cień to poziom 8/1 Nigredo/Albedo, jego wielkie zniekształcenia, które wypełniamy urojeniową treścią indywidualną na każdym z poziomów Świadomości Przejawionej, stąd wielość cieni. Cień jest tej samej płci, co doświadczający jego obrazu. Może śnić się jako postać za plecami, niesiona na plecach, bagaż na plecach, lub jako osoba widziana od pleców okiem śniącego stojącego z tyłu za nią (wtedy to opętanie przez cień lub głodnego ducha). Jak zwykł mawiać Jung; im bliżej Źródła Światła, tym rzucany przez nas cień staje się potężniejszy, oczywiście urojeniowo. To nic innego, jak osobista karma czyli forma, która nas tu organizuje, póki nad nią nie zapanujemy.”

Zamieściłam na Transwizjonie „Opowieść Ogrodnika”, żeby przekazać sprawę tyranozaura z moich snów. Przemyka tam jako cień rzucany z zewnątrz na zasłonięte okna pałacu Ogrodnika (w którym było centrum zarządzania). Nie był humanoidem, ani nawet skrzydlatym smokiem. Czyim więc mógł być cieniem?
Nie jest to jedyny sen o nim, ani jedyne opowiadanie napisane na bazie przekazu we śnie. Postaram się istotne fragmenty tych dalszych opowieści dać z czasem na blogu. Rzucą pewnie więcej światła na tę historię, na dzieje świata, w którym wszyscy w końcu tkwimy i choć jest on ponoć iluzją, i nasze cielesne i osobowościowe formy też są iluzją, to jednak warto może odkryć co jest w naszych przekazach i snach baśnią, co symbolem/przenośnią, co skrótem myślowym/informatycznym, co absurdalnym przedmiotem wiary, i jak się miały ha, iluzyjne fakty do jakże iluzyjnej prawdy. Jeśli progresywne śnienie nie pomoże znaleźć tej odpowiedzi, to już tylko wypada nam uruchomić wehikuł czasu i przenieść się w pradzieje Ziemi, aby poznać rzeczywistość i rzeczywiste przyczyny obecnych kłopotów ludzkości.

PZ: Hmm, ciekawe. Fajnie się czyta. Wychodzi na to, że tyranozaur to pierwotna dzika i „zła” energia, którą ciężko ujarzmić i teraz znowu na ziemi mamy szansę zmienić tego dzikiego zwierza wewnątrz planety i pójść w stronę braterstwa, jako planeta. A skubaniec mnie gonił nawet poza areną we śnie! [Potwierdzenie, że dotarł aż do granicy 8/9! i sterroryzował wyższe istoty jako pan czasu] On jest częścią naszej natury w takim razie. Albo tym, co trzeba zmienić, krzyżując z naszą wrodzoną naturą?

23.VII.2018 PZ: Hej, tyranozaur znowu mi się śnił. [Przy okazji innej intencji, którą sobie zadał i która brzmiała:] Jaki jest poziom urzeczywistnienia Namkhai Norbu?

Czogjal Namkhai Norbu – ur. 8.XII.1938 w Derge we wschodnim Tybecie (Kham), buddyjski nauczyciel przekazujący nauki Dzogczen i Anujogi. [Wikipedia]

okladka

Pomijam tu pierwszy sen, który odpowiedział na to pytanie, jako będący nie na temat. Zainteresowanych poziomem urzeczywistnienia mistrza i porównaniem go z Tenzinem Wangyalem Rinpocze odsyłam bezpośrednio do Pawła. W następnych snach – można powiedzieć – Namkhai Norbu osobiście zaszczycił nas pomocą w zrozumieniu badanej kwestii!

PZ: Wczoraj śniłem, że Namkhai Norbu zabrał nas na wyprawę w góry. Był naszym przewodnikiem. Wyglądał na takiego, który robi to od lat, urywał nam zbędne dyskusje i wyruszyliśmy w drogę wchodząc pod lekką górkę. Chciałem nazbierać grzybów, po lewej stronie ekranu śnienia był las. Niestety, Namkhai Norbu skarcił mnie delikatnie, że nie mamy czasu na takie odstępstwa od wędrówki. I nikomu te grzyby nie są potrzebne, tylko przez nie stracimy czas i nie dotrzemy do celu w wyznaczonym czasie.
Dziś. Poprosiłem moją duszę, by udała się do Namhkai i zobaczyła jego najskrytsze myśli, których nikt nie zna. Podczas wyrażania intencji miałem wrażenie ruchu i jakbym wskoczył w pole auryczne mistrza. Zasnąłem.
Ktoś wyjaśnia mi, czym jest naturalny stan umysłu, a raczej ja sam. Było nas 2. Obserwator i ja Paweł. Odczuwam ten stan, mówię: kurczę, to nie ma żadnych fajerwerków tylko obecność bez żadnych wyobrażeń typu jakieś jidamy, przestrzenie itd. Tylko obecność, świadomość, ale to piękne uczucie, choć odrobinę inne, niż z medytacji. Widocznie w medytacji sam coś dokładam, a to była czysta natura umysłu (rigpa)?
Byłem z ojcem nad rzeką (Wisła), w wodzie znajdowało się mnóstwo ryb i to różnego rodzaju, w tym nawet kolorowe, tropikalne, spotykane na rafach koralowych. Ryby się nie bały i swobodnie przepływały obok nas, nawet dawały się dotykać rękoma po swoich ciałach. Uznaliśmy z ojcem, że jest to super miejsce na wędkowanie. Tylko na Wiśle trzeba wykupić opłatę za połów.
Brodząc w wodzie do pasa znalazłem żółwia! I to nie żółwia wodno-lądowego, tylko typowego lądowego żółwia, który wyglądał na wyrzuconego przez ludzi. Miał wielkość zaciśniętej pięści. Zabrałem biedaka na ręce i jak się okazało, w żółwiej skorupie mieszkał mały TYRANOZAUR! Który się dość rzucał i chciał mnie ugryźć. Matka przechodząc obok prawie została przez niego ugryziona. Postanowiłem, że zatrzymam malucha i oswoję go, choć rodzice mi to wybijali z głowy. Uznałem, że jak się nie sprawdzi to wstawię post na facebooka, że znaleziono żółwio-dinozaura i czy ktoś przygarnie.

Paweł dostroił się do poziomu Obserwatora, czyli 7. Różnorodne ryby – to różne rasy i cywilizacje z obszarów 6-8 (tropiki, laguny, archipelagi). Wisła to strumień Świadomości ku Przejawieniu w formie ludzkiej (polska rzeka, Polacy w naszych snach to ziemska rasa w ogólności). Żółw – podpora Ziemi, jego skorupa symbolizuje w I-Cing sferę wokółziemską i mapę świata, zatem tyranozaur opanował całkowicie jeden ze światów, „wyżerając go od środka” i choć pochodzi ze sfery małej karmy to „wyrzucony” na czas rozwoju ludzkości znalazł się w przestrzeni wyższej 1-8 (jako zwierz ziemski 1-5 w wodzie 6-8). W skali wszechświata to lokalny ewenement, ale zajęto się nim, usiłując włączyć odizolowaną groźną formę w pole świadomych istot, przyłączyć pierwotną agresję i dzikość do Świadomości. Oswajaniem go mieli zająć się niebiańscy ochotnicy, z własnej nieprzymuszonej woli.
Swoją drogą, jeśli największą tajemnicą nauczyciela buddyjskiego jest wiedza o tyranozaurze, to można zinterpretować nauki buddyjskie pomijające kwestie moralistyczne jako pewien kamuflaż. Motywowany niepotrzebnością skupiania się na grzybobraniu (braniu halucynogenów czyli wchodzeniu w iluzyjne światy po drodze do odzyskania pełnej Świadomości) w zielonym lesie duchowych wyobrażeń, gdyż cel jest gdzie indziej (dalej/wyżej), inny i ważniejszy. Buddyzm nie straszy Bestią, jak chrześcijaństwo, starając się przejść cichaczem mimo, nie budząc niepotrzebnie niepokoju, ani jego źródła. Choć wychodzi na to, że przynajmniej niektórzy urzeczywistnieni mistrzowie o nim wiedzą.

PZ: Zadałem kolejne pytanie: „Co mam z nim zrobić” albo: „co on oznacza”, już sam nie pamiętam.
Jestem na budowie u kolegi, mówi, że zmienił pracę i mu tu dobrze. Rozleniwiony siedział na fotelu – miał właśnie przerwę i opowiadał, że my na nic nie mamy czasu, bo nas wciąga internet, on nawet telefonu nie ma ze sobą i praca mu idzie wyśmienicie i jeszcze do tego ma kupę czasu na relaks.
Wychodzę przed dom, widzę ogromny kombajn, który właśnie skończył żniwa i podjechał, by zsypać zboże do przyczepy. Podchodzę do niego i nie widzę żadnych ostrzy, które cięły słomę. Trochę mi się to wydaje dziwne. Za to z przodu jest pojemnik pełen zboża i różnego rodzaju robactwa oraz pełno węży! Są dość kolorowe, czarno żółte, bądź czarno niebiesko fioletowe.
Kombajnistów było dwóch, jeden łysy. Strasznie się z nich lał pot, mieli poubierane skórzane kombinezony. Byłem zdziwiony, że pomimo takiego upału oni chodzą w skórzanych strojach. Wspominali, że są od rana na tym polu i jedli śniadanie o 12, byli po drodze na pole w sklepie kupując coś do picia i ekspedientka ich strasznie oszukała, bo skasowała im za napoje około 50 zł.
Poszedłem gdzieś dalej i ukąsił mnie w lewą goleń wąż! Był to mały, czarny lub brązowy zaskroniec. Miał wielki łeb i cienki tułów, podobny był do kijanki, po ugryzieniu od razu umarł jak pszczoła. Miał może 10 cm długości, a łeb wielkości pięści. Nagle pojawiło się krzesło, na którym siadłem i trzymałem nogi w górze, by żaden inny mnie nie ukąsił. Siostra wraz ze szwagrem przybiegli mi na ratunek przed wężami, byli zdziwieni, że nie wołałem o pomoc, przecież byli nieopodal. Ułożyli na trawie kilka poduszek, po których przeszedłem. Na podwórku przy domu rozmawiałem z dziadkiem, który mówił, że rana mi się otwiera, ale mam szczęście, że to zaskroniec.

Na spokojnej dotąd planecie, oddalonej od prężnego i nowoczesnego życia wszechświata (internet – wymiana informacji, ewolucja Świadomości)  pojawia się coś, co psuje zbiory, pożera je i zmienia/różnicuje genetykę (robaki i węże). Pojawiają się strażnicy – dwóch strumieni świadomości (jeden łysy), pochodzą zza zasłony (poziom 12, ubrania ze skóry) i działają na poziomie 8 (upał), Żniwiarze, Monroe-owscy „zbieracze luszu”. Coś niepomyślnego dzieje się na poziomie 5, nie mogą skończyć pracy, tracą energię i równowagę karmiczną (50 zł). Brak zębów w kombajnie może oznaczać system nie potrzebujący do tej pory ostrych rozwiązań, cięć, zbyt łagodny, aby sobie poradzić z pasożytami. Zaskroniec nie jest jadowity, ale jest gadem. To może jakiś rozłam w gadzich rasach? Niektóre ofiarnie (jak pszczoła) posłużyły do połączenia swojej krwi z krwią wizytujących istot, które w ten sposób poczuły się bezpieczniej i rozsiadły się w ziemskiej przestrzeni (krzesło) zasiedlając i oswajając ją niejako (poduszki to zabezpieczenia przed zimnem, ciepło, anty-minusowość), strzegąc także zasad duchowego rodzaju (uniesione stopy nie dotykające ziemi). Połączenie z gadzią bezkrwawą rasą bywa przykre i bolesne dla niektórych, ale nie jest tak straszne, jak atak drapieżnego tyranozaura. Poza tym, są to atawizmy psychiczne z dalekiej przeszłości, której warunki i formy wymarły. Sposobem ich przezwyciężenia jest osiągnięcie stabilnego stanu umysłu i ze świadomością wyrozumiałe znoszenie bólu/cierpienia/niepomyślności, którego źródłem jest negatywna karma. Pojawia się też myśl, że ugryzienie tyranozaura, a nie tylko zaskrońca przynosi o wiele gorsze skutki. W rodzaju trwałego pozostawania w dolnych światach przejawionych? piekłach? A może wyrzucenia świadomości w czas początku i rozpoczynanie ewolucji od nowa? Hm, przyzwoity buddysta o wiecznym potępieniu z pewnością nic nie powie, ani nawet pomyśli. 

PZ: Obudziłem się i poprosiłem o wprowadzenie mnie w ten stan przez Namkhai Norbu, bądź przez jakiegoś innego mistrza.

Śnię, że jestem na wycieczce, zwiedzamy jakiś obszar, jest to park zabaw? Są tam różnego rodzaju nowoczesne technologie, zabawki dla dzieci. Maszyny robiące maskotki itd. Moja dziewczyna chciała już iść, ale ja jeszcze zostałem, robiąc zdjęcia pięknych widoków. Przy fotografowaniu zauważyłem, że cała ta posiadłość jest jakby na ruchomej platformie i obraca się w lewo względem terenu, który tworzy tło! Przedziwne!
Moja dziewczyna gdzieś zniknęła i pojawili się moi koledzy. Chcieliśmy wracać, ale właściciel posesji nas zawrócił i zaproponował nam coś do zwiedzania. Zwiedziliśmy i znów chcieliśmy wrócić do domu, ale właściciel i jego pracownicy zaczęli być dziwnie stanowczy, byśmy jeszcze zostali na kolacji.
Zaczęliśmy jeść, ja zjadłem tylko odrobinę po czym przekazałem kolegom, żeby się wstrzymali, bo w jedzeniu są narkotyki! Zaczęło do nas przychodzić i kręcić się wokół mnóstwo pracowników, którzy piekielnie bali się szefa. Jeden z kolegów zjadł za dużo i był kompletnie naćpany, ja odrobinkę, ale czułem lekko objawy i zacząłem uciekać. Wyskoczyłem poza platformę, ale złapali mnie wojownicy od właściciela. Którzy chcieli mnie wręcz zabić! Byli w tubylczych strojach, spódnicach z liści. Mieli w ręku dzidy. Jak się okazało właściciel chciał, byśmy tam byli jak najdłużej, byśmy zostawili wszystkie pieniądze jakie mamy!
Początkowo mogliśmy odejść, ale im dłużej tam byliśmy, tym szef mniej był skory do pozwolenia nam opuszczenia jego świata, bo miał same zyski z nas!

Obrót w lewo – wir cofający Świadomość w czasie. Zapewne Paweł uległ złudzeniu, będąc w nieruchomym centrum widział świat obracający się w prawo. Narkotyki wprowadzają ją w coraz większą iluzję. Która wydaje się być na rękę szefa, Boga – bo to on jest przecież właścicielem centralnej posiadłości, ale który dla uczestników zaczyna grać rolę odwróconą, tj. istnego piekielnika, można w nim wyczuć kogoś strasznego, jak tyranozaur, który się nie pojawia osobiście, ale ma swoje sługi – działa zza zasłony? Dzicy ludzie to pierwotna prymitywna energia rodem z przeszłości, wyznawcy Zwierza uzurpującego miejsce i rolę boskiej istoty, który ma ambicję ujarzmić najwyższą Świadomość i stać się jej panem. Żąda ofiary z ludzi o wyższej/innej świadomości.
Kreator tego przejawienia nie chce wypuścić aktorów, którzy w nim utknęli wyżej. A może ich świadomość tak uległa złudzeniu, że zaczynają widzieć w Stwórcy bestię? Przedarcie się przez iluzję i strach, jaki budzi utrata przejawionej formy dla umysłu, wydają się wręcz niemożliwe. Jeśli nie zgodzić się świadomie na zostanie ofiarą/złożenie ofiary ze swego iluzyjnego życia. Nie ma z tej iluzji innego wyjścia.
Ot, nauczyciel pozwolił Pawłowi zjeść znalezionego w lesie grzyba.

Jarosław Bzoma „Czy Bóg jest zbiorem wszystkich Dusz?”:

„Obrót w prawo powoduje powstawanie czasu i przestrzeni. Wszechświat musi wirować w prawo i to ten ruch jest przyczyną powstania wszystkiego, co powstało. Dlatego Hindusi mówią o ubijaniu masła przez Boga w czasie stworzenia świata. Materia „wykrzepia się”/„koaguluje” w czasie ruchu wirowego Nieprzejawienia dokoła osi. Wtedy też powstaje czas i przestrzeń. Rdzeń jest w samym środku obrotu wszechświata. Tu powstaje pierwsza materia (Wielki Wybuch) i rozprzestrzenia się, „ciągnąc” za sobą przestrzeń. Ruch jest warunkiem podziału na postrzegającego i postrzegane, do tego właśnie „potrzebuje” czasu i przestrzeni aby wlec z opóźnieniem obwodu względem centrum. […] Wir, który obraca się w prawo, jest kobiecy, rodzi wszechświaty. Stan, Centrum, względem którego wiruje Nieprzejawienie, jest Bogiem. Względem Wiru obraca się pozornie w lewo. Albo odwrotnie, to Wir obraca się pozornie w prawo, bo Centrum wiruje w lewo. To nie do ustalenia, bo to jedynie iluzja obserwującego ten ruch „z zewnątrz”. Kiedy wiruje w lewo czas się „cofa”, a przestrzeń kurczy. Kiedy Wiry się znoszą w Punkcie Źródłowym mamy do czynienia ze Źródłem w stanie potencjalnym. Siłą rzeczy ta pozorność ruchu wnętrza i zewnętrzna powoduje, że zawsze obydwa ruchy są identyczne i sobie równoważne! A ich stan równowagi jest wieczną teraźniejszością.
Ruch w prawo wydobywa. Ruch w lewo pochłania. Gdyby ruch został zatrzymany, Świadomość przestałaby być świadoma samej siebie, czyli przestałaby być sobą. To dziwne, ale wydawałoby się, że końcem ruchu nawet takiego równoważącego się jest bezruch, ale bezruch można spostrzec jedynie względem czegoś co się porusza!”

Warto też zajrzeć do świętej Księgi Majów Kicze „Popol Vuh”, gdzie – jak domniemam – opisano przebieg ziemskiej gry od początku do końca (tego, który jest jeszcze przed nami-więźniami czasoprzestrzeni), a w niej pojedynek z zarozumiałą istotą uzurpującą sobie rolę bycia światłem stworzenia w czasach, gdy „nie było jeszcze widać słońca i księżyca”. Tu znajduje się w necie moja nader prosta (darujcie, ale zapisałam ją prawie 20 lat temu) próba wyjaśnienia tego starożytnego zapisu, czyli przetłumaczenia mitu z języka snu na język jawy.

Tak, zdaję sobie sprawę, że to dopiero początek… 😉 Drapieżne dinozaury w snach oznaczają też terror, terroryzm, korporacje „niszczące Ziemię”, tyranię systemu, fanatyzm, rasizm, dziki kapitalizm, totalitarny ucisk, niszczącą wojnę, masowy strach prowadzący do zezwierzęcenia. Tyranozaur oznacza przede wszystkim apokaliptyczną Bestię i koniec czasów, a zatem przeznaczenie/fatum, jak i samospełniającą się przepowiednię. Sterowanie umysłami poprzez sianie strachu. Z innej strony patrząc uosabia boską nieokiełznaną moc, źródło niszczącej energii, które nie poddaje się kontroli rozumu, pierwotny instynkt przetrwania, a zatem wolę życia przezwyciężającą śmierć. Pojawia się tyle pytań przy każdej z tych konkluzji, że może lepiej pomodlić się znowu o uświadamiający sen? 

Z dziennika snów zapis 11

Relacja z kwietnia 2000. Przychodziły wtedy sny z wyższych wymiarów od istot duchowych, być może wiązały się z dziejami „mojej” przygody w światach przejawionych. Pamiętać należy – wiatr i huk to oznaki Ducha świętego. Zdarzały się też dziwne trzaski i rozładowania na jawie. Padają nazwy kosmiczne. Pojawia się Czarny Pająk. Tak naprawdę zwiastował nadchodzącą nieuchronnie śmierć mojej matki. Była to istota z Czarnej Granicy 8/9. Dość zabawne spotkanie we śnie z aniołem Satanaelem. I inne przypomnienia o procesie schodzenia w niższe wymiary. Poza tym kilka wizji odnoszących się do dziejów Ziemi i zapisów ze świętych ksiąg różnych kultur.

drabina

1 kwietnia 2000. Schody na piętro, na nim biurko, za biurkiem siedział ktoś ważny, za jego plecami stała kobieta o imieniu Barbara. Wszyscy wiedzieli, że jest trudna, nieprzystępna, wrogo nastawiona do każdego, kto chce ją bliżej poznać, pełniła rolę strażniczki (ochroniarza). Właśnie patrzyła na mnie teraz dość nieprzyjemnie i odpuściłam sobie próbę zbliżenia się. Po prawej stała inna para ludzi. Nagle zjawił się Pan (był nim mój ojciec) i poczułam powiew lekkiego wiatru. Dmuchnął na Barbarę i ta, ku mojemu zaskoczeniu uśmiechnęła się do mnie i sama rozpoczęła rozmowę, wyraźnie mając ochotę na zaprzyjaźnienie się. Usłyszałam w głowie głos Ojca: DWUNASTU…

Sen: śpię w jakimś pokoju, w którym są 2 tapczany, jeden za drugim. Na tym „nade mną” śpi mama. U jej wezgłowia na regale stoi małe, przenośne radyjko, grające teraz koncert Zbyszka Hołdysa. Wsłuchuję się z przyjemnością w muzykę, jest łagodna i spokojna, tylko głos Hołdysa trochę się chwilami załamuje pod wpływem wzruszenia i słychać, że walczy z płaczem. Po jakichś dwóch-trzech utworach zakończonych długą linią melodyczną już bez słów, nocny program radiowy chyba się skończył, bo zapadła cisza. Po dłuższej chwili tę usypiającą ciszę rozdarł przykry wielki huk, dźwięk przypominający intensywny szum pomiędzy stacjami. Moja mama, wyrwana nagle ze snu krzyknęła z zaskoczenia i trochę trwało, zanim się zorientowała, co się dzieje. Najpierw zaczęła robić mi wyrzuty, że to ja czegoś nie dopilnowałam, że trzymają się mnie głupie żarty. Ja tymczasem pogrążona byłam w głębokim transie, moje ciało spało, a kiedy usiłowałam jej odpowiedzieć wydawało mi się, że mówię na jawie głosem trochę monotonnym, jak ludzie przez sen. Odpowiedziałam: Czego ode mnie chcesz? To ty przecież nie wyłączyłaś radia… Wtedy usłyszałam nieznany mi kobiecy głos, mówiący: UDZIELAM CI NAUKI.

Sny poranne miały zabarwienie wizyjnych, ale była w nich szczególna panoramiczność i przestrzenność widzenia, dlatego nie zapamiętałam ich w całości: mignął mi Ojciec, byłam nim, a jednocześnie sobą, jakieś pomieszczenie pełne przechodzących ludzi. Pewna drobna kobieta chciała koniecznie przejść poza kolejnością przez drzwi, wiodące gdzieś na zewnątrz, do których dostępu broniła krata, strażnicy i kolejka ludzi przepuszczanych przez nie pojedynczo. Miała z tym kłopoty, bo schroniła się za plecami mojego Ojca, gdy pojawiła się w powietrzu ścigająca ją głowa mężczyzny o strasznych, ognistych oczach, oraz próbował dopaść niewielki płaski dysk, krążący dość długo wokół nich w powietrzu z zamiarem ucięcia jej głowy. Dysk nie ośmielił się jednak przekroczyć jakiejś niewidzialnej granicy wokół Ojca. Namówiła mnie, abym ją zabrała ze sobą podstępem. W tym celu poszłyśmy do sąsiedniego pokoju i tam starannie owinęłam ją w długi kawał nieco powycinanego, cienkiego materiału, aby ją przenieść przez Drzwi, podobnie jak Kleopatrę zawiniętą w dywan wniesiono do pałacu Cezara. Zawijając ją, zaczęłam ją rozpytywać o różne rzeczy, tłumacząc się tym, że piszę książkę i chcę, aby wszystko w niej było zgodne z prawdą.
– Którą książkę piszesz? Starą, czy nową? – zapytała.
– Starą. Drugą, ciągle jeszcze tę samą… (tu przebiegło mi przez myśl, że następna będzie jednak dotyczyć przypomnień z innych światów) Kim jesteś? Czy z planety Szarych?
– Nie, jestem z innej rasy, nie tych małych istot z okrągłymi oczami… [miała zatem na myśli niewielkie stare istoty z oczami jak dno kieliszków, a nie chude twardoskóre szaraki z migdałowymi czarnymi oczyskami]. Pochodzę z planety Ceta Reguli (Tauri???? tu pojawiło się we mnie jakieś skojarzenie ze znakiem Byka)
[Słyszenie głosów na tym poziomie nie jest wyraźne, poza tym pamięć potem szwankuje. Być może istota podała nazwę gwiazdy tau Ceta w gwiazdozbiorze Wieloryba]
– Czy jesteś mną?
– Nie, nie jestem.
– Czemu to wszystko służy? Czy będziesz zawsze razem z moim Ojcem, czy jesteście jednością?
– To jest tymczasowy układ. Spotkaliśmy się przypadkiem, połączyliśmy, ale nie wiadomo, co będzie wyżej, co przyjdzie nam jeszcze przeżyć, i czy pozostaniemy ze sobą w wyższych światach, raczej jest to wątpliwe.
Pojawiły się graficzne sceny wizyjne ilustrujące mi zamiary i cel, do którego ona zdąża.

Nostromo

Zobaczyłam ciemną sylwetkę człowieka, przypominającego przerażającego mutanta z IV części „Obcego” z Nostromo, z którym kobieta zamierzała się połączyć, przeszedłszy przez drzwi. Ich seksualne złączenie wyglądało dziwnie, mężczyzna stał na głowie, a kobieta usiadła na nim okrakiem.
W dzień przejrzałam Atlas nieba gwiaździstego i znalazłam na mapie (oprócz gwiazdozbioru Zeta Reticuli) gwiazdozbiór Cetus (Wieloryb), graniczący jednym ze swych boków z gwiazdozbiorem Taurus (Byka).

2 kwietnia 2000. W nocy przeżyłam spotkanie z istotą z mroku i było to coś strasznego. Przypominała wielkiego, smolistego, drapieżnego, wieloodnóżastego pająka, który wczepił się w moje plecy i przemocą manipulował w okolicach prawej łopatki i żołądka. Kiedy próbowałam zrobić w stronę tego niewyobrażalnie ohydnego stwora znak krzyża, moja ręka napotykała tak ogromny opór, że właściwie zostałam sparaliżowana. To przeżycie zszokowało mnie na cały dzień.
Spotkanie z nim poprzedziło nieubłaganą diagnozę lekarską postawioną mojej mamie.

7 kwietnia 2000. Sen o wizycie w Obozie Birkenau, który można znaleźć we wpisie „Nieme ścieżki”.

10 kwietnia 2000. Czytam tekst wiersza, bardzo ładnego, w stylu Adamowym. Potem w dużej bankowej kasie pozamykanej szczelnie ze wszystkich stron, jak pancerny szary sejf siedzi jakiś uprzykrzony, lub tylko miotający się w środku uparcie (?) karzeł. Nagle ktoś z zewnątrz rozwala okienko młotem, mówiąc: DOSTANIESZ WSZYSTKO OPRÓCZ MIŁOŚCI! Obudził mnie śpiew dwóch kobiet, tekst brzmiał: „Kochał w życiu tylko dwie kobiety, tylko córkę i żonę…”

15 kwietnia 2000. Sen miał coś wspólnego z kosmitami i świadomością, że oni są gotowi w każdej chwili pojawić się u mnie. Zakończył go charakterystyczny, elektryczny trzask gdzieś pod sufitem pokoju, który mnie obudził.

16 kwietnia 2000. Zaczęło się już w dzień. O 17.40 z trzaskiem i rumorem coś spadło z góry przed dom, do ogródka (odgłos podobny do upadającej blachy). Po chwili przybiegła sąsiadka, mieszkająca dwa domy dalej, na ogół niekomunikatywna i jej syn. Byli mocno zaaferowani, ponieważ zauważyli coś jak iskrę, wielki błysk w okolicy naszego domu. Pytali, czy nie ma kłopotów z prądem. Nie było żadnych. Doszli do wniosku, że był to gołąb, który zahaczył o druty i spowodował spięcie elektryczne.
Przed snem czytałam książkę Janusza Andrzejewskiego „Dusze boga Re” i zastanawiałam się nad Enneadą bogów egipskich. W stanie półsnu pokazało się kilka migających obrazów: ohydnie wykrzywiona złością twarz jakiejś bogini (Izydy? Neftydy?). Lecę pomiędzy drzewami w wielkiej puszczy, zręcznie i błyskawicznie je wymijając, jak w komputerowej grze. Ściga mnie przewrócone na ziemię… drzewo, korzeniami pokrytymi szarą, wyschniętą ziemią do przodu… Czuję się w tym locie ogromną prehistoryczną ważką.

W nocy sen: mój ojciec odłożył sobie starannie zapasy jedzenia na 3 półkach w lodówce, a ja z nich przyrządziłam sobie posiłek i usiadłam do stołu, aby go zjeść. Na talerzu leżały dwie, przecięte połówki jakiegoś podłużnego, okrągłego placka. Kiedy pojawił się ojciec próbowałam zastawić się stołem-ławą. Ojciec był wściekły, gotowy zabić. Nagle przeleciała przeze mnie świadomość niewielkiej, kosmicznej istoty, jak przypomnienie czegoś z zamierzchłej przeszłości. Myśl: Gra! przychodzi mi przegrać! muszę się na to zgodzić, bo tak się umówiliśmy wcześniej! On ma taką rolę i odgrywa ją właśnie, zwyciężając. Oraz pewność: nie pożyję już długo, to moje ostatnie godziny… Nie było we mnie buntu wobec tego, co miało się stać. To uczucie wydobywało się gdzieś z głębi żołądka. Ojciec był straszliwie rozgniewany, szalony, nieprzewidywalny, a ja go kochałam i nie mogłam nic zrobić, aby się obronić. Obudził mnie odgłos jakby spadającej z nieba wielkiej kropli (łzy?). I bolesny skurcz w splocie słonecznym.

[Ten sen miał powiązanie z jawą takie, że miała dotrzeć do mnie wiadomość o nieuchronnej śmierci matki na raka żołądka]

Chwilę potem znów zasnęłam i znów pojawił się Ojciec. Z zabójczą pasją wpadł do pokoju i podszedł do mnie wielkimi, zdecydowanymi krokami. Obudziłam się nagle wiedząc, że lepiej będzie, jeśli nie zasnę, bo zmierzenie się z tym w transie przerasta moje siły.
Długo nie spałam. Byłam zlana potem, czułam silne uciski w dwóch punktach na skroniach, na czubku głowy i ból głowy, rozchodzący się od czoła. Podczas rozmyślań pojawiła się w końcu charakterystycznie „uśmiechnięta” twarz Szatana. Zaistniała z tyłu mojej głowy. Poczułam ponure i napięciowe energie wokół siebie, ale nie było to zastraszanie z jego strony, tylko zaznaczenie swojej obecności i jak gdyby propozycja, wysunięta znowu wobec mnie: „Słuchaj, w każdej chwili mogę ci pomóc, jak stary kumpel, jeśli tylko poprosisz…”. Miałam wewnętrzną przestrzeń, w której mogłam czuć się niezależna. Pomyślałam, że wolę zginąć z rąk rozgniewanego Ojca, jeśli rzeczywiście na to zasłużyłam, niż wejść w układ z ciemną siłą.
Rano obraz wizyjny: podwójna istota ludzka, jak bracia syjamscy przyklejeni do siebie, idzie w półokrągłych butach przed siebie.

diplodok

26 kwietnia 2000. Obrazy: twarzyczka „człowieka z drewna” [w Popol Vuh nazwa pierwszej nieudanej rasy ludzkiej skonstruowanej przez wyższe istoty], wielkie oczy lemura, w kształcie kwadratu, niewielki wzrost, który sprawił, że wzięłam go z początku za skrzata. Następnie długa, potężna szyja diplodoka zaglądającego między drzewa. Groźniejsza i nieco inna, niż na filmie BBC.

29 kwietnia 2000. Obraz: niewielka kosmiczna istota w skórze człowieka leży zupełnie bezradnie na ziemi, a na jej piersiach stoi kilkoma odnóżami czarny, pająkowaty, smoliście czarny stwór ze sfery Mroku.
Sen: siedzę za biurkiem w jakimś biurze. Wszystko szło dobrze, póki koleżanka z działu bankowego nie powiedziała mi poważnym, spokojnym głosem o jakiejś niewykonanej na czas wpłacie pieniężnej, co może skończyć się karą. Przeszukuję biurko, nic. Zaglądam w końcu do szafki koleżanki i tam chwyta mnie coś w rodzaju prądu, nie idzie zajrzeć głębiej. Ogłaszam wszystkim: Tam nie mogę sprawdzić, bo zobaczcie! i pokazuję im swoją lewą dłoń. Czubek małego palca wykrzywiał się sam do wewnątrz, resztą palców czułam silne, odpychające napięcie. Z szafki wypada prawie pusty pojemnik po tuszu do drukarki, wrzucam go tam z powrotem, zamykam trzaśnięciem szafkę i siadam przy swoim biurku. Raz sprowokowane jednak złe moce ujawniły się i z szafki wydostaje się anioł Satanael. Ubrany w biały, atłasowy strój kapłański z „rogatą”, kanciastą czapką w kolorze biało-różowo-czerwonawym na głowie. Zaczynam egzorcyzmy krzycząc wielkim głosem, odważnie: Diable, wypędzam cię! Diable, wypędzam cię! i robiąc wielkie znaki krzyża w jego kierunku. W pomieszczeniu zaczyna wiać świszczący wiatr i wylatywać przez otwarte drzwi. Satanael jednak pozostaje na miejscu, uśmiecha się w milczeniu, a ja obudziłam się nieco zdezorientowana, co do jego intencji.
Jasnowidzenie: czarna, niewielka kulka nadlatuje w kierunku mojej twarzy, lękam się, że to znowu jakiś implant, ale nic nie mogę zrobić, budzę się.

30 kwietnia 2000. Czekamy na Ra, który przylatuje co 145.500 lat i podsumowuje postępy świadomości na Ziemi. Istoty, które są z Nim mają odpowiednie przyrządy, którymi badają jakość dawnych populacji, dotykając nimi starych kości. Urządzenie wyświetla im poziom toksyn, choroby i obciążenia organizmów, które żyły przed wiekami. Do porównań ze stanem współcześnie zastanym – służą im mumie. Zdarza się, że przylatują istoty z otoczenia Ra w mniejszych odstępach czasu, one „doglądają ziemski ogród” i zabierają ze sobą tych, którzy już doszli do ich poziomu rozwoju. W takim właśnie czasie, teraz zostaje zabrana na ich pokład moja matka, już zupełnie niezainteresowana ziemskim życiem. Ojciec zaś zapada w senny trans. Pozostaje mi jedynie stara babka (szczupła, uśmiechnięta, pomarszczona, podobna do znajomej „gwiezdnej”), bardzo chętna mi pomóc i pomimo starości wcale nie spiesząca się do odejścia.
Potem schodzę z piętra mojego domu po drabince. Najpierw muszę przecisnąć się przez pofalowane kraty, ale one przybierają kształt zgodny z moim ciałem, więc nie są zbyt wielką przeszkodą. Mimo to wysokość grozi katastrofą w razie upadku. Trzymam się kurczowo brzegu okienka, na parapecie leży śnieg, brzeg drabinki jest oblodzony. Udaje mi się jednak dość zręcznie dostać do niej i schodzę co drugi stopień w dół kilkoma „krokami”. Ostatni stopień jest przerwany w połowie i nieumiejętne schwytanie go dłonią przy schodzeniu na ziemię (drabinka kończy się na tyle wysoko, że trzeba zeskakiwać) sprawia mi ból. Poza tym mam na nogach tylko jeden, prawy but, lewa stopa jest goła i trafiam przy zeskakiwaniu na raniący gruz, leżący pod ścianą, ale jakoś się w końcu udaje.

Cdn.

Opowieść Ogrodnika

Zamieszczam fragmenty opowiadania, które powstało na kanwie szczególnego snu, jednego z wielu, sprzed lat piętnastu. Sami rozpoznacie jego znaczenie, wiedząc – dzięki pracy Topografa – kim jest Ogrodnik, kim Lilith, kim Matka i Córka, a także stodoła, szczelina i jabłoń. W tej historii zawarte są dzieje Ziemi poprzedzające powstanie ludzkiej rasy. Pojawiają się dinozaury, dinozauroidy, olbrzymy, a także najważniejszy z nich – tyranozaur. Imiona i nazwy zostały zmyślone przeze mnie, poza jedynym Lomp-Sai, (Śląska Lompa z kopalni), w którym można się domyślać istoty, która Topografowi przedstawiła się jako Ferluca z Salzburga, czyli Lucyfer.

Autor: Ewa Sey

Ze wspomnień Ogrodnika

Zdarzyło się gdzieś na rozproszonych obrzeżach Galaktyki, w pobliżu delty Świętej Rzeki wlewającej tędy swoje mleczne fale w wielkie zabagnione stawiszcze Oriona, które wtenczas nie nosiło jeszcze tej nazwy, a Kolebką Sandura nazwane zostało. Ową przestrzeń z dawien dawna wykorzystywano jako urlopową, a także szkoleniową osobliwość. Ze względu na żyzność całej strefy i jej niezwykłego życiodajnego potencjału przyciągała wiele ciekawych i uczonych istot.
Kiedy, ja Sandur narodziłem się i osiągnąłem dojrzałość, zostałem mianowany namiestnikiem Rządu na okolicę, czyli gospodarem tej jakże odległej od Jądra prowincji. Wystawiłem pałac, a następnie otoczyłem go zgoła niewielkim, lecz starannie uprawianym ogrodem. Nigdy nie lubiłem wystawności. Pożyteczność była moją cechą naczelną. I tego też przede wszystkim od mych podwładnych wymagałem.
Wkrótce po mej intronizacji zaczęło ściągać tu coraz więcej galaktycznego luda. Niektórzy tylko przelotnie zaglądali, inni pozostawiali swoich obserwatorów i ambasadorów, jeszcze inni zakładali mniej lub bardziej trwałe kolonie na różnych wyspach i wysepkach Dorzecza, w zakolach i na skarpach ujścia Rzeki. Robili to w różnych własnych celach. Czysto rozrywkowych, strategicznych, badawczych, doświadczalnych bądź użytecznych. Dozorowałem ich pobyt, czasem służąc pomocą, strażą, wskazówkami, doświadczeniem, a czasem sprawdzając czy trzymają się procedury.
Właściwie nie było nigdy wielkich trudności. Aż do chwili, gdy nie zawiały jakieś kapryśne wiatry z innych kierunków, niż dotąd i nie sprowadziły kłopotliwych wydarzeń.

Nim to się jednak stało nasze dotąd sielankowe okolice stopniowo zaczęły się zmieniać. Dzięki odwiecznym Przebywającym wciąż odkrywałem nowe sposoby uprawy naszej Delty. Dzieliłem z mymi wspólnikami prawdziwą namiętność siania, sadzenia i rozmnażania. Staliśmy się niepokojącymi siebie rywalami, przerzucającymi się pomysłami i unowocześnieniami, upiększeniami i udoskonaleniami wprowadzanych do uprawy gatunków.
Mimo, że czuwałem z całą namiętnością do swej pracy przyznaję, że dałem się zaskoczyć. Nie wiedzieć, czemu czy komu. Żywe i coraz bardziej świadome światy, których pomyślności strzegłem rozwinęły się w trudnym dla nas myśląt, kierunku. Długo nie interweniowałem, obserwując bieg spraw w obawie, by nie zakłócić czegoś, czego mogłem właściwie nie rozumieć. Moje postanowienia i rozkazy dążyły przede wszystkim do utrzymania równowagi. Która jednak coraz częściej zaczynała się chwiać. Oko w końcu uznało, że jest to wyzwanie. Rhsshathowie zachowywali się uprzejmie, jednak ich plony rosły, nasze zaś malały. Wyspy u ujścia zarastały intensywnie mnożącą się roślinnością, pogrążającą w półmrocznym cieniu światy zwierzęce, tworzone przez mrowia wieloodnóżastych żyjątek pełzających po omacku w wiecznym cieniu, przeszywającym chłodzie, dusznym upale i wilgoci, zastawiających pułapki, pożerających się nawzajem i lęgnących krocie iście wściekłych mutacji.

Niebezpieczeństwo zaczęło stawać się  groźne nawet dla nas. Myślęta wciąż przybywały tu siłą rozpędu i rosnącego w ich sercach przywiązania, utrzymywały swoje niewielkie placówki i wypadowe bazy, ale niestety, pośród grzęzawisk Dorzecza zaczęły grasować pierwotnie dzikie, drapieżne potwory, dinozaury. Nie imała się ich żadna kontrola, przekraczały wszelkie ograniczenia, omijały czujniki i co rusz dochodziło do przerażających spotkań, a nawet do bezwzględnych krwawych ataków. Z moimi niewielkimi lokalnymi mocami mogłem jedynie monitorować zagospodarowaną przestrzeń i rozsyłać stałe ostrzeżenia przed jakąkolwiek nieuwagą. Wciąż jednak znajdowali się głupcy, którzy dawali się zaskoczyć i wpadali w zęby tych nienasyconych bestii. Nie było ich wiele, może kilka, napaści również zdarzały się stosunkowo rzadko. Ale każdy taki wypadek wstrząsał do głębi jestestwem każdego z nas i nastrój zagrożenia narastał. Zacząłem rozważać zarządzenie całkowitego odwrotu.
Na razie liczyłem na wsparcie i pomoc ze strony Rządu. Słałem wieści, wnioski, zapytania i prośby na bieżąco. Przedstawiciele Biura Połączeń odbierali je bez komentarzy, niczego nie obiecując. Byliśmy jednak pod obserwacją. Tak przynajmniej mnie zapewniano.

W ten czas napięty i pełen niepewności przybyła w Dorzecze Liliana, z dość liczną świtą swych pobratymców. Wiedziałem, jak wszyscy o jej nieuchronnie postępującej genetycznej chorobie. Nabawiła się jej w innym obszarze Galaktyki niezmiernie dawno temu. Żyła już tak długo, że nikt nie mógł być pewny, czy nie stało się to jeszcze przed końcem wszystkich rzeczy i początkiem obecnych. Prawdę znała jedynie ona, a do dzielenia się nią skora nie była, z powodów, których nikt z nas, później narodzonych nie rozumiał.
Teraz miałem sposobność na własne oczy przekonać się, że czuła się jeszcze dość dobrze. Odnawiała swoją formę tak, jak zawsze ją odnawialiśmy, my alfy, jednak stopniowo pogarszało ono swą jakość i zdolności. Jej skóra z wolna szarzała i marszczyła się, ciało chudło i wiotczało, jednak Liliana zachowywała ciągle budzący szacunek szyk wysoko urodzonej istoty i spojrzenie pięknej, niezwykle inteligentnej kobiety. Tutaj, w Sandurskiej Kolebce, wykorzystując żyzność pierwotnego rezerwatu miała nadzieję odzyskać dawne siły.

Tyranosaurus-Tyranozaur-T-rex

Tymczasem znów ukazały się te potwory. Całkiem blisko. Swoim zbójeckim zwyczajem wyłoniły się znienacka spośród nadrzecznych chaszczy i porwały przypadkowych podróżników przebywających na przybrzeżnej łączce. Zrobiły to kilkakrotnie, atakując zawsze od innej strony. Oczywiście spotkanie z nimi było ostatnią sekundą ich życia.

Zgłosili się mieszkańcy narażonych na atak placówek. Było ich kilka, na szczęście nielicznych grup. Większość z nich schroniła się na terenie mej posiadłości, która trwała jak bezpieczna przystań na szczycie najwyższego wzniesienia w okolicy. Zaraz potem wezwałem ich do głównej pałacowej sali na naradę. Wyjaśniłem na wstępie:

– Strefa nasza od dawna już skażona jest różnymi zwierzęcymi chorobami. Musicie uświadomić sobie, że choruje tutaj większość gatunków zwierząt, a nawet roślin.
– Czemu dowiadujemy się o tym dopiero teraz? – zdumiał się pionek Prianssów.
– Szczegółowe analizy zleciłem wykonać niedawno. Dotąd bazowaliśmy na danych przekazywanych nam przez Rhsshathów. Nie sygnalizowali żadnych niekorzystnych zmian w ich zakresie. Dopiero atak śmiertelny kazał mi się wszystkiemu przyjrzeć dokładnie. I przestać im ufać.
– Czy choroby są dla nas niebezpieczne?
– Zrobiliśmy wszystkie stosowne badania – oznajmiłem. – Choroby nie są dla nas groźne, jeszcze, lecz tak znaczna ich ilość przekracza wszystkie możliwe parametry… Hm, jest w tym dziwnym miejscowym zjawisku jakaś ukryta prawidłowość, którą moi specjaliści starają się zrozumieć. Wyniki są analizowane w najwyższych kręgach. Tylko to przekazuję, co wiem z całą pewnością.
– Czy nie powinniśmy stąd po prostu odejść? – odezwał się ktoś z niedawnych przybyszy.
– Być może tak – skwapliwie podtrzymałem jego myśl. – Dopóki wnioski uczonych nie pozwolą na jasną ocenę typu zagrożenia, jego głównej przyczyny i możliwych konsekwencji, mogę was jedynie przestrzec przed zbyt bliskimi i częstymi kontaktami z tutejszą florą i fauną. Zachowujcie zawsze, na Boga, roztropność i czujność!
– To bardzo ciekawe, co mówisz, o, Dostojny – usłyszałem jednak w odpowiedzi. – Chętnie pomożemy w szczegółowych badaniach i doświadczeniach.
– Tak. Lecz zasięg jego i natężenie są w istocie niepokojące. Nie jestem tego w stanie sam ocenić – starałem się nie okazywać zniecierpliwienia – Wnioski wyciągane są w wyższych kręgach, my jedynie służymy doświadczeniem.
– Kiedy będziemy wiedzieć coś pewnego?
– Czekamy – odparłem sucho.
– A jaka jest twoja rada, o, Dostojny?
– Jesteśmy w trudnym położeniu, choć liczę, że przejściowo. Zadecydujcie sami, biorąc pod rozwagę moje słowa. Nie lekceważcie niczego niepokojącego. Takiego rozmiaru i rodzaju zagrożenia nie uwzględniono w naszych przepisach. Zapewne nikomu nie przyszło do głowy, że może gdziekolwiek kiedykolwiek dojść aż do takiej anomalii. Tylko z powodu braku porównania Rząd pozwala jeszcze na pobyt ludzi w Dorzeczu.
Na chwilę zamilkłem i powiodłem wzrokiem po zebranych. Milczeli. Dokończyłem:
– Ponieważ jestem tu jego jedynym przedstawicielem i ode mnie zależy ocena ogólna muszę rzec, że uwzględniam konieczność wydania polecenia natychmiastowego odwrotu. Nie można wykluczyć, że ilość degenerujących chorób i uporczywość skażenia nimi okaże się równie dla nas groźna, jak jakość. Jestem zwolennikiem tezy, że obszar Dorzecza, a zwłaszcza ujścia Rzeki, będzie musiał zostać poddany dłuższej kwarantannie. Jakkolwiek taki bieg spraw byłby dla mnie bolesny.

Wkrótce doniesiono mi, że Liliana ze swoją świtą planuje wyjazd. Poparłem gorąco tę decyzję. I poczułem ulgę. Jej natura wydawała mi się zbyt nieposkromiona, aby móc poradzić sobie w tak trudnej, wymagającej karności i zachowania ciągłej uwagi sytuacji.
Udałem się do zajętej przez nich części pałacu. Idąc obok głównego wejścia mijało się przejście wiodące do mojej osobistej łaźni, służącej mi do zwyczajowych oczyszczeń po każdym wyjściu na zewnątrz i pobycie w niższym świecie.
Ze zdziwieniem odkryłem, że ekipa Liliany podłączyła w niej własny przewód i przeciągnęła go, począwszy od umieszczonego w łaźni stosu zasilającego wir pralni, aż do okrągłego okna. Wyjrzałem przez nie. Przewód, niby ogromny wąż wił się w kilku skrętach i znikał gdzieś daleko w ogrodzie. Drugi jego koniec podłączony był do zasysacza, który został teraz wzbogacony o dodatkowy filtr ze zbiornikiem, gromadzącym uzyskiwany destylat.
– Nie mam zamiaru czekać, aż skończycie – odezwałem się do jednego z cherlawych lilianowców obsługującego urządzenie, niezadowolony z użycia go bez mego pozwolenia.
Obsługujący spojrzał na mnie nieprzeniknionymi czarnymi oczami i usunął się na bok, by pozwolić wejść Lilianie, czuwającej gdzieś blisko.
– Wytrzymasz, odlatujemy stąd za kilka godzin – odpowiedziała mi chłodno. – To jest nam niezbędne. Zrozum…
Była wysoką, nadmiernie wiotką istotą o wielkich oczach i długich szczupłych rękach zakończonych czteropalczastymi dłońmi. Jej wiek, jak i wiek jej rasy ginął w przepaściach czasu odmierzanego wielkimi okresami obrotu galaktyki wokół Solis. Choroba zmieniła ją już na tyle, że trudno było nie zauważyć postępującej utraty empatii, wyższych uczuć i ciepła w psychice. Chłodna obojętność, która od niej biła nawet w zwykłej rozmowie zbijała każdego z tropu, także i mnie.
Od jakiegoś czasu, wraz z grupą swoich naukowców odwiedzała takie pierwotne i nieliczne, jak nasz światy, usiłując znaleźć lekarstwo dla siebie i za wszelką cenę powstrzymać postępujące nieuchronnie wyrodnienie ciała. W tej chwili również przeprowadzali jakieś swoje doświadczenie. Którego nawet nie próbowałem zrozumieć.

Wtem w oknie na zasuniętych w dużej części wewnętrznych zasłonach (Liliana i jej kompania coraz gorzej znosili pełne dzienne światło) ukazał się na ich powierzchni przesuwający się prędko ogromny cień. Jakkolwiek było to fizycznie niemożliwe z powodu uwarunkowań i solidnych zabezpieczeń naszego wysoko położonego obszaru, to tuż obok pałacu ukazał się i błyskawicznie przemknął tyranozaur!
Natychmiast zarządziłem najwyższą gotowość i skupienie. Zamknęliśmy szczelnie i zamaskowaliśmy wszystkie wejścia i otwory obserwacyjne. Sami zgromadziliśmy się wewnątrz największej sali pałacu odsuwając się dla bezpieczeństwa nawet od ścian. Dinozaur nie powinien atakować nieruchomego, zatem martwego w jego oczach budynku, ale lepiej było nie prowokować go dodatkowo żadnym ruchem, głosem czy spojrzeniem. W jednej chwili nastała całkowita cisza, wstrzymaliśmy nawet oddechy. Po dłuższym czasie pozwoliła mi się nieco uspokoić. Zbadałem dane ze wszystkich czujników monitorujących stale otoczenie i w końcu postanowiłem wyjść ostrożnie na zewnątrz. Czułem się w obowiązku ostrzec innych, którzy mogli przebywać w pobliżu.

Na terenie bezpośrednio zależnym od pałacu wznosiła się ogromna stodoła, a tuż obok dużo mniejszy ogrodowy magazyn. Gromadziliśmy w nim czasem nadwyżki plonów, a na co dzień służył do przechowywania aparatów i narzędzi potrzebnych do uprawy ogrodu. Pomiędzy nimi rosła stosunkowo niewielkich rozmiarów dzika jabłoń. Drzewo to niedawno zaszczepiliśmy najlepszymi odmianami owoców. Rokowało w przyszłości znaczne zbiory z kształtowanego przez nas świata. Ze względu na jego wczesną niedojrzałość jabłoń i tę chronioną strefę ogrodu omijaliśmy, nie ingerując w rozwój, zgodnie z rządowym poleceniem.
W tej chwili zauważyłem kilkoro ludzi pod stodołą, więc udałem się w tamtą stronę. Sam nie czułem się bezpiecznie. W razie napaści upatrzyłem sobie jabłoń. Jej nisko zwieszające się konary mogły mi posłużyć za osłonę. Powinny zniechęcić tak olbrzymią bestię do ataku. Znałem niedoskonałość jej wzroku, postrzegającego jedynie ruch i kształty ogólne otoczenia. Niestety, przeliczyłem się w swoim planie.
Nagle zza stodoły wychyliło się niewielkie zwierzę.
Był to także gad, dinozaur, jednak pochodził z jakiegoś nieznanego mi rodzaju. Nie byłem w stanie ustalić, czy jest drapieżny. Mógł to być jeden z roślinożernych łagodnych dinozaurów, ale wolałem wziąć pod uwagę gorsze założenie, choćby z tego powodu, że zbliżył się tak szybko i bez namysłu. Poruszał się na czterech łapach, jego tylne nogi były większe i bardziej umięśnione od przednich. Nie posiadał ogona, a jego pysk… właśnie… przypominał oblicze istoty rozumnej o wiele bardziej, niż znane mi gady.

Staliśmy naprzeciw siebie w napiętym bezruchu. Zwierzę wpatrywało się we mnie okrągłymi czarnymi oczami, w których błyszczała bezczelna ciekawość i najwyraźniej jakiś rodzaj rozsądku! Oceniłem natychmiast, że było na tyle niewielkie, iż mogło swobodnie wejść pod konary jabłoni i mnie pod nią zaatakować.
Zadrżałem lekko, ale nie dałem nic po sobie poznać. Nie wykonując gwałtownych ruchów rozejrzałem się wokół siebie, aby znaleźć może inną kryjówkę. Niestety, błyskawicznie zza drugiego rogu stodoły wychyliło się drugie, takie samo zwierzę. Oba wyglądały na tak sprytne, że natychmiast straciłem nadzieję, że zdołam się przed nimi gdziekolwiek ukryć.

Szczęśliwie resztka kolonistów, którzy kręcili się wcześniej koło ogrodowych budynków zdążyła zniknąć. Na wzgórzu zostałem sam z ową parą potworowatych spryciarzy. Nie miałem jednak sposobności odetchnąć. Albowiem u wrót stodoły ukazała się jeszcze jedna, tym razem żeńska, dwunożna istota. Dinozauroid.
Zdumiałem się. Czegoś podobnego nie widziałem, ani nie spodziewałem się kiedykolwiek zobaczyć! Miała wzrost dorastającej dziewczynki. Jak my wszyscy stała prosto na dwóch kończynach, lecz jej śniada skóra wyglądała na o wiele grubszą i twardszą od naszej. Jej twarz miała w sobie jakiś cień podobieństwa do spryciarzy, którzy osaczyli mnie z dwóch stron. Uśmiechała się miło. Hm, w wyrazie jej oblicza było coś krowiego.
– Na Boga, cóż to takiego? – znieruchomiałem, już tylko śledząc wzrokiem to, co się wokół mnie dzieje.
Dwaj spryciarze i gadzia dziewczynka stali również, naprzeciw, wpatrując się we mnie swymi przenikliwymi okrągłymi oczami. Bez ruchu.

Wtenczas zdarzenia zaczęły biec jedno za drugim. Już właściwie ani na chwilę nie wychodziłem ze zdumienia. Nagle usłyszałem dobiegające z dala buńczuczne okrzyki i pohukiwania. Obejrzałem się za siebie.
Na teren mojego ogrodu przybyła grupka kilku wysokich młodych mężczyzn. Trzymali w rękach łuki i długie, twarde, ostre i sprężyste strzały. Ścigali tyranozaura!
– Oszaleli? Nie zdają sobie sprawy, z czym mają do czynienia!? Przecież ten potwór nawet nie zauważy tych ich strzałek – pomyślałem.
A jednak… Młodzi myśliwi wyglądali na absolutnie spokojnych, bez śladu strachu. Rozglądali się bystro wokół siebie, w skupieniu wypatrując krwiożerczego potwora. Musiałem przyznać, że wyglądało na to, iż ten przed nimi uciekał! I wszystko przyśpieszyło jeszcze bardziej, niż do tej pory.

Ktoś wreszcie wyszedł ku mnie. Była to jedna z dwóch kobiet, które zjawiły się tu poprzedzone drużyną łuczników, istnych młodych bogów. Znałem je dobrze. I zrozumiałem, że nadeszło wsparcie. Tak długo przeze mnie oczekiwany ruch ze strony galaktycznego Rządu.
Powitałem z szacunkiem Matki, (przez niektórych zwane babkami lub też matronami), czyli gwiezdne akuszerki. To one czuwały przy moim poczęciu i narodzinach. Tak samo jak przy pojawieniu się większości istot, które dane było mi znać. Obie, matka i córka, były spokojne i radosne, otwarte i przyjazne. Przedstawiły mi najpierw gadzią dziewczynkę. Chwilę potem, pokazując dłońmi na spryciarzy przyznały się, że zdołały wyhodować mniej krwiożercze gadzie rasy, niż kiedykolwiek samoistnie rozwinęły się w kosmosie.
– Udało nam się sprawić, że zaczęły poddawać się duchowej obróbce i pomyślnie weszły w ewolucję – wyjaśniła mi Matka. Poznałem oto przedstawicieli udoskonalonego genetycznie gatunku.
– Co prawda daleko im jeszcze do naszej subtelności czy rodzaju smaku, ale przy umiejętnym postępowaniu można z nimi nawiązać twórczą więź i coś u nich zyskać. Oczywiście, przede wszystkim bezpieczeństwo – dodała druga z Matek.

Ledwie to usłyszałem, na nasze wzniesienie wjechały olbrzymie maszyny i rozrzuciły na polach wielkie kloce sprasowanej karmy. Była ciemna jak gleba i zrobiona ze słomianej sieczki pomieszanej z jakąś substancją roślinnego pochodzenia, nieznaną mi. Przypominała sypką czarną kawę i rzeczywiście dowiedziałem się zaraz, że jest mocna i pobudzająca jak kofeina, o ile nie mocniejsza.
– Na razie tyle wskórałyśmy – uśmiechnęła się Matka. – Dinozaury zgodziły się przejść z krwi na karmę roślinną, lecz potrzebują się nieźle napakować używkami, aby nie czuć głodu krwi. A teraz spójrz! Zobacz, jak to zrobiłyśmy.

Z porośniętych młodym lasem mokradeł obok wzgórza wybiegły pojedyncze niewielkie sztuki miejscowych drapieżników zwabionych zapachem żywych istot. Podrzucono im na przynętę roślinożerne gady, które jednak – jak się okazało – były tylko nadmuchanymi atrapami zwierząt. Drapieżniki skakały na nie, wbijały w nie swoje ostre zakrzywione do wewnątrz zęby, chcąc wyssać z nich krew, a z gumowej lalki wylatywało ze świstem powietrze i zaraz zamieniała się w pustą płachtę. Zszokowane tym i przerażone uciekały w ogromnym popłochu, aż w końcu po pewnym czasie poczuły wściekły głód. W ten sposób zostały zmuszone przejść na karmę zastępczą, z sieczko-kawy.
W stosunkowo krótkim czasie pozwoliły się oswoić, a Matki wyhodowały z nich rasę łagodnych olbrzymów. Przedstawiono mi jednego z nich. Był to wielki białowłosy mężczyzna z pomarszczoną niczym starzec twarzą, niezwykle silny fizycznie. Żywił się podawaną mu białkową substancją w formie maleńkich granulek i wiele się nauczył od Matek. Był nadzwyczaj inteligentny i pojętny. Tylko…
– Tylko, gdy opanuje całą wiedzę, którą mu powoli przekazujemy – pomyślałem przyglądając mu się podejrzliwie – czy nie zbuntuje się przeciw swoim hodowcom? Przecież fakt, że został sztucznie stworzony, przestawiony podstępem i siłą na inną karmę i oszukany, co do swego pochodzenia może go w końcu rozwścieczyć! A z takim przeciwnikiem, który oprócz fizycznej siły zyskał jeszcze inteligencję możemy sobie nie poradzić! – Nie ośmieliłem się jednak wyrzec tego głośno, zaś Matki zdawały się całkowicie spokojne, co do swego pupila.

Z kolei rasa dinozauroidów została przeznaczona do hybrydyzacji z nami, myślętami. Przez głowę przemknęły mi różne wnioski z doświadczenia, które nabyłem podczas długiego zasiadania w Dorzeczu. Mógł to być szok dla samych człekoidalnych istot, gdy zaczną dysponować ciałem skłaniającym je do podstępu, drapieżności i okrucieństwa. Co w nich wtedy zwycięży? Zimna gadzia czy nasza światła i myśląca natura?

Po objaśnieniu i przedstawieniu mi wszelkich rodzajów przybyłych sił i sposobów działania, moja ogrodowa uprawa zaczęła się zmieniać. Planowo i z wielką przezornością przetransformowano ją w scenę Wielkiej Gry. O jej rozpoczęciu zdecydowano gdzieś w najwyższych kręgach. Dlatego z mej strony żadnego sprzeciwu, ani odwołania być nie mogło.
Na początek wytyczono obszar i otoczono ów plac ścisłą energetyczną siecią tworzącą ochronną tarczę. Wydostanie się z areny stało się wręcz niemożliwe, bez spełnienia założonych odgórnie zasad i celu. Widzowie wylegli tłumnie ze swych skrytek, mniejszych i większych baz i placówek i poobsiadali ogrodzenie dookoła. Krwiożercze potwory mające przetransformować się w łagodne zwierzęta i w końcu w inteligentne istoty, takie jak my, a może nawet doskonalsze od nas, budziły powszechne zdumienie, niedowierzanie i zachwyt.

Ja sam znalazłem się w pierwszym rzędzie przeznaczonym dla oficjeli z centrali. Dostałem miejsce obok wysokiego, ciemnowłosego i ciemnookiego mężczyzny, przysłanego do nas z ramienia Senatu w jakimś bliżej niewyjaśnionym celu. Mogłem wreszcie przyjrzeć mu się dokładnie i zaspokoić ciekawość, dawno żywioną. Natychmiast zauważyłem, że jego wygląd jest w pewien ulotny, ale natrętny sposób podobny do Liliany. Przy swym znacznym wzroście i szczupłości miał też takie samo chłodne, obojętne, a jednocześnie niezwykle bystre i przenikliwe spojrzenie, które sprawiało, że każdy szybko tracił przy nim pewność siebie.
Lomp-sai miał, jak się wkrótce okazało, swój prywatny wielki plan przejęcia kontroli nad Grą i jej przebiegiem. Z początku nikt z nas nie zdawał sobie z tego sprawy, sądząc najwyżej, że działa w zgodzie z tajnymi zleceniami rządowymi.

Teren areny, mimo że działy się na niej przemiany zgoła ciekawe i pożyteczne, był jednak wciąż miejscem powtarzających się ataków tyranozaura. Wkraczał on do akcji zazwyczaj w chwili naszego bliskiego powodzenia. Jakim miały stać się narodziny doskonałego dziecięcia. Wyhodowane z takim trudem człekoidy nie były zdolne poradzić sobie z rozmiarem okrutnej dzikości i przewagi fizycznej tego potwora. On jeden spośród drapieżców nie dał się w żaden sposób okiełznać i zachował swój odwieczny krwiożerczy smak.
Po wielu nieudanych próbach usunięcia go zupełnie z rozgrywki, gdy zjawiał się nagle z całą swą zatrważającą mocą, nie dopuszczając do naszej wygranej, na obradach zwołanego z tego powodu wiecu zasiadający u mego boku Lomp-sai zerknął na mnie porozumiewawczo. I już zaraz przekonałem się, że swoją nadzwyczajną aktywnością próbuje rozluźnić i rozbujać sieć zabezpieczającą arenę. Uznałem z początku, że jego działania wyglądają na inteligentne i korzystne dla kreowanego świata. Lomp-sai stworzył samodzielny nadzorczy plan, w którego urzeczywistnieniu, wraz z wieloma innymi osobistościami podjąłem się go wesprzeć, mimo, że nie zyskał jeszcze odgórnej akceptacji. Nie widziałem w nim zrazu nic niebezpiecznego, ot, odważną próbę wprowadzenia przyśpieszonych i jakże koniecznych dla przyszłego powodzenia zmian w obrębie areny.
Wtem, nie spodziewając się niczego, znalazłem się wraz z grupą mych współbraci w samym środku krwawej jatki. Znów pojawił się, nie wiadomo skąd, nadbiegający z porażającym świadomość piskiem gadzi potwór, rujnując wszystkie nasze wysiłki.
– O, nie! – sprzeciwiłem się w owej chwili.
Miałem jeszcze wybór. Wiedziałem, że jest to też chwila, gdy giętka i rozciągliwa do pewnego stopnia sieć tarczy, siłą bezwładu i we właściwym sobie rytmie zaczyna wracać do swego pierwotnego położenia, niosąc krótkotrwałą szansę wydostania się na zewnątrz. Dołączyło do mnie jeszcze kilka osobistości, będących wcześniej wspólnikami Lomp-sai, które tak jak i ja, znalazły się w pułapce, namówione przekonywującą wizją powodzenia. Pod wpływem przerażającego szoku i konfrontacji z krwawą bestią stwierdziły, że z pewnością nie pozostaną w niej dłużej.

Odcumowaliśmy nasz statek i poszybowaliśmy w przestworza. Siła grawitacji zatrzymała nas na granicy sieci rozciągniętej wokół ziemskiej areny. Statek obrócił się i zawisł na orbicie, wychwytując częścią swej gładkiej powierzchni światło słońca i odbijając go jak wielka lampa, rozpalona nagle w środku nocy. Stamtąd szybko i z determinacją porzuciwszy ciało przedostałem się na bezpieczną stronę za zasłoną, odradzając się na powrót w mojej rasie.
Nasz prędki odwrót, który już za chwilę nie mógłby się powieść, spowodował, że szaleniec stracił równowagę. Objął swym nadzorem nowy ziemski księżyc, lecz pozostał z wierną sobie ekipą w obrębie zagrodzenia. Odtąd musiał radzić sobie sam. Kolejna szansa rozluźnienia dozoru miała przytrafić się za dziesiątki tysięcy lat, w rozumieniu czasu tych, którzy pozostali wewnątrz.

Ledwie odzyskałem pamięć i doszedłem do przytomnego myślenia uznałem, zastanowiwszy się, że Lomp-sai musiał znać już wcześniej taki, a nie inny bieg spraw. Tylko, na Boga najwyższego, dlaczego tak się przy niej szaleńczo upierał? Przyglądaliśmy mu się odtąd uważnie spoza, nie mając prawa, wedle ustalonych zasad, wtrącić się jakkolwiek w przebieg gry, w której zaczął w ten sposób uczestniczyć osobiście.

Po dramatycznym wydostaniu się z zawarowanej strefy wróciłem do mego pałacu na szczycie. Już zmieniony, nieskory do pochopnych sprzeciwów. Na rozkaz, który w pewnej chwili przypłynął, zleciłem pomalowanie wszystkich framug okien i drzwi w piękne czerwone odcienie. I obsadzenie ogrodu różami. Nadal doglądam i nadzoruję sprawy z wysokości, cierpliwie czekając na skutki ewolucji zwierząt, pozostawionych samym sobie w obrębie areny. Doszło już do wielu korzystnych mutacji. Niedawno spojrzały na mnie wielkimi okrągłymi oczami dzikie koty.

Nie jestem sam na strażniczym stanowisku. Przybyło wielu obserwatorów. Z niży i z wysokości. I wciąż przybywa. Wyczekujemy chwili, gdy będzie można wreszcie zjawić się tam osobiście. I wprowadzić krew królewską w obręb odciętego od nas pierwotnego świata, ku przewidywanemu zwycięskiemu końcowi.

(Zapisane 3 stycznia 2004)

Modlitwa upadłego

Istniała kiedyś pierwsza księga, napisana w dawnych czasach, ale oblicze jej zakryte jest przed badaczem i myślicielem. Wspaniały był to opis i opowieść o tym, jak zakończyło się tworzenie całego nieba i ziemi…
(Popol Vuh. Księga narodu Quiché)

…zobaczyłem Anioła, który rozpostarł swe ramiona, obejmując języki ognia & został pochłonięty i powstał jako Eliasz. Zważ. Ten Anioł, który teraz stał się Diabłem. Jest mym szczególnym przyjacielem: często studiujemy Biblię razem w jej infernalnych albo diabolicznych sensach, które świat pozna jak zasłuży. Mam także; Biblię Piekła, którą świat otrzyma czy chce tego, czy nie.
(Wiliam Blake „Małżeństwo Nieba & Piekła”)

Nie moja wina,
nie moja wina,
że diabeł przypomina,
że Pan JEST!
(Piosenka, którą śpiewałam kiedyś we śnie)

Upuaut

Modlitwa upadłego

Upuaucie, zamykający drogę w zimną ciemność tym, którzy czują, jeszcze czują, nie zatracili się w mdłej nieszczerości. Psiogłowy mocarzu o naturze straszliwego wilka mieszkańca przepastnej pustyni, stojący na straży wrót piekielnych wespół ze swym bliźniakiem Anubisem. Panie umarłych zapomnianych na zawsze, leżących w grozie przedwiecznej ciszy z zastygłym na twarzach okrzykiem bezradnego strachu, bólu. Piekło jest tutaj wśród zabłąkanych żywych umarłych, a ty strzeżesz jego drugiej strony, świata głodnych zjaw snujących się wieczyście po dolinie śmierci.

Kanikuło prażąca niemiłosiernym słońcem i zsyłająca zarazy na przeklętych za nic. Słucham, daję ci się przeniknąć, to twój czas, bracie Syriuszu.

Podnoszę razem z tobą prawą rękę i grożę zaciśniętą pięścią.
Jak można odpuszczać grzechy, nie będąc tobą choćby przez moment? Nie spojrzawszy sobie prosto w psią twarz, w wilcze oczy?

Strażniku cienia wyklętego przez Boga i ludzi i wygnanego na pustynię, po której błąka się jak wiecznie głodny wyrzutek. Naucz mnie być sobą. Stać się prawdą chodzącą, czującą, żywą.

(16.04.2005)

Kim jestem?

O Obserwatorze i tożsamości, która w snach może się dowolnie i całkowicie niezauważalnie dla śniącego zmieniać już pisałam na tym blogu tu i tu, oraz tam i tam. Poniższe opowiadanie powstało na bazie jednego przeżycia nocnego bodaj z 2003 roku i właściwie niewiele w nim dodałam od siebie. Dialogi, imiona, skojarzenia. Śniłam ów sen, a może wcale nie był to sen? swoim umysłem, jako ja. Do postaci, którą śniłam doszłam metodą logiczną. Literacka forma była dla mnie sposobem ujarzmienia konfuzji, w jaką popadłam po rozmowie z S. Teraz mogę pamiętać rzecz w trzeciej osobie i mieć dystans. Zresztą, nie była to jedyna historia, jaką przekazały mi istoty metodą umysł-umysł i bohaterowie niebiańskich mitów. Posłuchajcie jednej z nich.

Prorok

Kim jestem?

Jakiś kanał otworzył się w mojej głowie i nagle poczułem w sobie prześmiewczą tożsamość Szatana. Trwało to ułamek sekundy, ale zdążyłem się zatrwożyć.
– Czyżbym to ja nim był? – zapytałem sam siebie zaskoczony i zdumiony, gdy stan utożsamienia znikł tak samo nagle, jak się pojawił.
– Wątpisz w to jeszcze? – zachichotał w odpowiedzi Szatan.
– Jest jeszcze czas. Mogę wygrać – zmobilizowałem siły, aby jakoś oprzeć mu się od wewnątrz.
– Rzeczywiście, masz wybór, ale to jeszcze tylko jedno mgnienie oka. Sam pomyśl, czy cię na to stać.
– Co mogę zrobić?
– Spójrz – odpowiedział mi szatański chichot – Oto leży przed tobą trup Jezusa Chrystusa, cały czerwony, przemieniony w żywą krew. Spróbuj go, zjedz! Zapewniam cię, że jest rozkosznie słodki… Jeśli zdołasz stać się taki jak on, wtedy wygrasz na pewno… – i zaraz potem zapadła głucha cisza.

Pod wpływem tego niesamowitego przebłysku ogarnęły mnie wspomnienia.

Już raz uciekaliśmy z naszej zburzonej stolicy, w kierunku pogórza rozciągniętego gdzieś w głębiach lądu. Trzeba było wrócić do początku i od nowa próbować zmienić bieg spraw. Gwałtownie pociemniałe nad naszymi głowami niebo na długo zakryło się brunatnymi, gęstymi chmurami. Byliśmy świadomi, że musimy znaleźć schronienie, aby przetrwać okres mroku zapadłego po katastrofalnej nawałnicy. Ziemia podległa zjawisku o rozmiarach kosmicznych, a nie lokalnych, jak działo się do tej pory.
Z pociemniałego nieba, na którym nie było widać słońca spadały jeszcze niekiedy pojedyncze kamienie. Upadek każdego wzniecał wiele pyłu, pogłębiał zmrok i gubiliśmy się wtedy z oczu.
Śpieszyłem na czele tych, którzy uciekali i poganiałem maruderów. Niektórzy ciągle jeszcze zwlekali wiedząc, że najgorsze przyjdzie o wiele później. Udało nam się zabrać ze zniszczonej stolicy odwieczną wiedzę zapisaną w świętych zwojach, a także obliczenia czasów i pór, które teraz pracowicie zaszyfrowaliśmy, by nie wpadły w ręce niepowołanych. Nauczyliśmy się haseł i metod rozwiązywania zagadek, żeby odnaleźć drogę w chwili, gdy nadejdą bardziej mroczne i niszczące pamięć czasy. Uczyliśmy ich także nasze dzieci.
Nareszcie, po długiej wędrówce znaleźliśmy dla siebie bezpieczną równinę zamieszkaną przez prymitywną ludność, która pozwoliła nam osiedlić się pośród siebie. Tak samo jak język i stroje, z zapobiegliwym sprytem stopniowo przejęliśmy na własność również większość ich domów. W naszej mieścinie, symbolicznie obwołanej stolicą, połączyliśmy je w jedno, dzięki istniejącemu w tym miejscu pradawnemu systemowi podziemnych schronów, długich korytarzy i rynien doprowadzających świeże powietrze i wodę. Były podobne do tych, z których wyszliśmy szczęśliwie daleko stąd. Przypominały labirynt. Można się było pomiędzy nimi poruszać bezpiecznymi przejściami i schodami nie będąc widzianym z zewnątrz. Mieliśmy przed sobą jeszcze dużo czasu, aby przywyknąć do nowych i obcych warunków, wybrać sobie ulubione zajęcia, towarzystwo, zadzierzgnąć bliskie związki i układy.

Spotkałem tam pewną pannę o płomieniście rudych włosach. Zamieszkała ze mną, obiecawszy mi wierność i najlepszy z możliwych efekt naszej pracy. Imponowała jej panująca pośród nas lojalność, inteligencja, wiedza, spryt i brak względów dla obcych. Była ambitna, wierzyła w możliwość sukcesu i podała mi sposób na pchnięcie przyszłych dziejów w stronę, która mogłaby przynieść nam tym razem zwycięstwo, a nie klęskę. Czasem ogarniały mnie jednak wątpliwości i wtedy zastanawiałem się czy ruda panna jest dobra, czy może zła. Były chwile, gdy wątpiłem w jej uczciwość i oddanie. Była jednak szalona jak nikt z nas, kochała wolność przede wszystkim, a jej twórcza wyobraźnia zdawała się nie mieć granic. W końcu pogubiłem się i przestałem odróżniać, co jest ideą, grą iluzji, a co rzeczywistością i jawą. Tak, to wówczas po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać, kim jestem i co tu naprawdę robię.
Dostałem od niej w prezencie wróżebne karty zawierające prastare runy. Były najgłębszym wtajemniczeniem rodu, z którego pochodziła. Ukryłem talię w królewskim skarbcu. Była pięknie odbita z pieczęci rytych przez mistrza mistrzów, ręcznie malowana i pozłacana, zapakowana w inkrustowane z niezwykłym smakiem puzdro. Karciana wyrocznia przepowiedziała mi „potęgę i chwałę”, a ruda panna zdecydowała się zostać moją żoną.
– Będę żoną króla Ziemi, to postanowione! – oznajmiła stanowczo – A dzięki tym znakom wrytym w pamięć, każdy z tych, którym je przekażemy przypomni sobie wszystko, co będzie potrzebne do wykonania jego misji. I naszego zwycięskiego planu.

W miasteczku dominowali jednak tchórzliwi dewoci bez wyobraźni. Bali się wiedzy zaklętej nie tylko w znakach wyroczni, ale nawet w komentarzach do Xięgi, które rozkazałem spisać. Dokonanych niegdyś przez mędrców ze świętego miasta Atlów i przekazywanych sobie ustnie w obrębie kapłańskiej kasty. Przypisywali im zło, czary i manipulację. Utknęli w swoim uporze jak szaleńcy. Próbowałem ich wielokrotnie przekonywać i nauczać, ale grozili mi klątwą Boga. Za co szczerze Go nienawidziłem. Przyczyną sporu była ona. Kobieta, z którą się związałem. Isabaal. Pogardzali nią, a ona nimi. Dochodziło do kłótni i sporów, także do niszczących starć. Napuszczali na mnie opętanych zabobonnym strachem starców, którzy uwłaczali mi drwiąco.

Już wtedy jasnym się stawało, że marnujemy dany nam czas i wciąż niewiele wskóraliśmy. Niebo, po okresie przejaśnienia znów zaciągało się z wolna, ale nieubłaganie ciemnobrunatnymi obłokami, nieprzepuszczalnymi dla światła. Ich stężała, brudna i ponura barwa dręczyła mnie w snach, zdawała mi się już sięgać głębin niebiańskich przestworzy.

Któregoś posępnego dnia stąpając powoli w górę po wąskich kamiennych schodach pałacu dotarł do mnie starzec Eli. Przysłało go zgromadzenie przerażonych moją nieugiętością mieszkańców miasteczka. Dzierżył w rękach pasterską laskę. Tę samą, którą zapamiętałem w rękach innego starca, sprzed wielu lat, jego nauczyciela. Uspokoił wzburzonych, ale przystanąwszy na progu mej komnaty popadł w prorocze widzenie. Zaczął je wykrzykiwać podniesionym głosem tak, aby tłoczący się za nim zwartą gromadą mężczyźni wszystko słyszeli.

– Królu, przepowiadam czasy, gdy stanie się na wszystko za późno! Nie licz na to, że cokolwiek cię ochroni! Przed Bogiem nigdy nigdzie nikt się nie ukrył, pamiętaj! Oto widzę: spadają na nas z nieba wielkie kamienie. Lecą zrazu wolno, pojedynczo, potem coraz szybciej. Nadciąga potężny deszcz meteorów! Gdy nadejdzie pojmiesz, że nawet w naszych ukrytych i zabezpieczonych podziemnych domach nie przetrwamy, bo jednego dnia, o jednej godzinie runą wszystkie od niebiańskiej ulewy. Będziesz próbował ukryć się w piwnicach, jak szczur, ale nie ma ich wiele. Wciąż za mało, zbyt płytko, aby przetrwać… Słyszysz, królu? Nadciąga burza, o której przecież wiedziałeś od początku! Nie zdążysz niczemu zapobiec. Dosięgnie cię przepowiednia! Żałuj za grzechy póki masz jeszcze czas! Proś o wybaczenie, a być może zostanie ci dane!

Chudy starzec uginał się jakby pod ciężarem sypiących się na niego coraz szybciej niewidzialnych głazów i jęczał już tylko dramatycznie:
– Łup, łup, łuuup!
Ta jego pełna teatralnej ekspresji prorocka opowieść i krzyk obudziły mnie nagle na jawie. Otworzyłem oczy w zupełnej ciszy szarego świtu.

– Masz jeszcze czas. Ale to naprawdę mgnienie oka – chichotał w mojej głowie Szatan.

(2003)

Z dziennika nocnych wejść i wyjść zapis 10

Relacjonuję okres marca 2000 roku. Odebrałam wtedy przepowiednie mające odniesienia do biblijnych proroctw odnośnie końca obecnego cyklu czasu. Sny symboliczne, w których wystąpiły ważne postaci, znanego polskiego astrologa spod znaku Byka, zapewne figury istoty, którą już widziałam i opisałam jako boskiego astrologa, czy też kogoś powieszonego na uschłym drzewie. Są w nich istotne informacje do odkodowania (o wężu-tasiemcu – Apopisie – żywiącym się w wodach, o schodzących i wchodzących bliźniaczych rasach – Bolka i Lolka). Wizyta w światach podziemnych, spotkanie z ognistym pająkiem, i innymi tego typu „sieciowymi” stworami, których J. Bzoma zidentyfikował jako „Bóga” – stwórców objawień i pierwotnych kontrolerów iluzji Przejawienia, zetknięcie z „szatańskim ojcem” oraz inne ciekawostki.

powieszony

6 marca 2000. We śnie widzę dno morza [Ocean Przyczyn, strefa Duszy], jakieś niewielkie, jakby akwariowe rybki, które się odławia do innych akwariów. Z góry na dno opada jakiś płyn, przybiera chwilami kształt gwiazdy, myślę: Kwas siarkowy? Wtedy pada nazwisko: Kwaśniewski [czerwony prezydent, czyli Czerwony >10] i jeszcze: „Papież wtedy nie będzie widziany (albo: słyszany…)” i widzę XVII kartę Tarota: Gwiazda. Pada informacja, że wszyscy ludzie są zaprogramowani na nową erę i program uruchomi się w odpowiedniej chwili.
Ocknęłam się z tego, bo nagle ktoś się koło mnie pojawił. Poprzedzał go leciutki powiew świeżego wiatru. Nieco zaniepokojona spytałam w myślach:
– Kim jesteś?
Ten ktoś przysiadł na moment na brzegu łóżka, tuż koło mnie i usłyszałam spokojną odpowiedź:
– Pan… – po czym natychmiast znikł, a ja obudziłam się na jawie.
Po dłuższym czasie znów w transie słyszałam informacje (i widziałam jakby wertowane strony Xięgi, albo pliki) o tym, że będą liczne i wielkie katastrofy klimatyczne na Ziemi, które zdarzały się już wielokrotnie na końcu Cykli, oraz coś, co zapisano w postaci liter „iii” ustawionych w kształt piramidy schodkowej w trzech rzędach.

7 marca 2000. Pojawiają się mignięcia związane z Ciemnym Bogiem, zdaje się dla kogoś jest to problem do zgryzienia, bo odbieram czyjąś myśl: „Pokopię w tym…” i wtedy rozlega się w mojej głowie mechaniczny męski głos: „To kop!”

8 marca 2000. Sen: zabieram się z jakimś kolegą jego dziwnym, prostopadłościennym samochodzikiem z trzema siedzeniami, ciągniętym przez kanciasty motocykl [podróż ku granicy 8/9]. Dosiada się obok, przy kierownicy jeszcze koleżanka z banku, więc zostawiam ich oboje w samochodzie, a sama jadę motorem z przodu. Zatrzymujemy się przy rzece, na moście [granica], na drodze wiodącej do cmentarza. Wokół ciągną się rozległe przestrzenie pól, krzewów, drzew, niedaleko na prawym brzegu stoi chyląca się i zmurszała drewniana stodoła ze strzechą obrośniętą mchem. Patrząc na to odczuwam przypływ ogromnej miłości do Polski i ze wzruszenia mam łzy w gardle, gdy mówię do stojących na moście (wśród nich jest Adam, moje męskie odbicie w snach), że przecież Polska do przepiękny kraj, choć jednocześnie wydaje mi się, że jestem zbyt sentymentalna, czyniąc to biblijne porównanie. Patrzymy na poobcinany z gałęzi pień starego drzewa rosnącego przy brzegu rzeki, niedaleko mostu. Pochylony niebezpiecznie, ktoś wbił w niego jakieś haki, z których zwisa kawałek liny. Słyszę komentarz, że to ślady po miejscowym legendarnym „kimś” (?), który tutaj został powieszony.
Koło stodoły znajduję leżącą na ziemi, zgubioną przez kogoś maleńką książeczkę z wierszami i jakimiś tekstami. Zdziwiona stwierdzam, że przypominają moje teksty. Wstęp zawiera fragmenty komentarza pióra astrologa Leszka Weresa. Nagle coś jakby się nakłada w moim umyśle z innego czasu i była to jakby rozmowa toczona z Weresem o tym, że wtedy na drodze, w chwili podniesienia książeczki z ziemi, we wtorek spotkałam kosmitów z jakiejś odległej gwiazdy, że oni mnie rozpoznali, namierzyli i mogą się tu zjawić w przeciągu pół godziny.

Obraz: potężna głowa plezjozaura wynurzająca się z wody, szaroczarna. Ogromne fale wzburzonego morza zalewające brzegi lądów.

13 marca 2000. We śnie toczyłam rozmowę z Leszkiem Weresem, który opowiadał o zrobionych niedawno niezwykłych zdjęciach. Sfotografowano na nich straszliwe, przerażające potwory przebywające w głębinach ziemi, w zupełnych ciemnościach. Są podejrzenia, że ich świat zdominował biegun Jang na Ziemi. Widziałam jakiegoś wyłowionego z kanałów ściekowych mężczyznę (działo się to na rynku w mojej miejscowości, w punkcie studzienki kanalizacyjnej na skrzyżowaniu), który umarł tam, w trakcie spotkania się z nimi oko w oko. Głos snu oznajmił, że człowiek, jako korona stworzenia nie może degradować się w głąb. Próbowano go przywrócić do życia i zadysponowano zaniesienie go do księdza. Pomyślałam, że to jednak prawda i Ziemia jest pod okupacją sił Ciemności. Weres zaproponował mi pokazanie zdjęć tych „przerażających majestatycznych istot”, ale po namyśle uznałam, że lepiej mi tego nie robić, bo mam zbyt sugestywną wyobraźnię i odmówiłam. Po chwili wznosiłam się wzdłuż jakiejś liny, czy linii w górę, ku Światłu i obudziłam się. Z przezwyciężanym w sobie rozpaczliwym płaczem, którego źródłem była myśl o odepchnięciu mnie przez ukochaną osobę [przełamanie iluzji oddzielności od Źródła].

15 marca 2000. Na brzegu wody siedzi stary Ojciec i jego dwaj synowie, Bolek i Lolek, obaj łowią ryby. Lolek wyciągnął z radością wielką rybę, a Bolek – węża, który okazał się nieskończenie długi i wijący się w morzu [jak tasiemcowy wąż Apopis]. Było jeszcze coś o powstrzymaniu się przed degradacją i scho+dzeniem w dół, oraz na koniec szłam z kimś wodami mojej Rzeki Życia, która okazała się niebezpiecznie głęboka i woda prawie zaczęła mi sięgać głowy.

17 marca 2000. Wyrwało mnie ze snu wrażenie, że coś przed chwilą zrobiono mi z tyłu czaszki, a istoty, które mnie odwiedziły pochodzą z ciemnej strony. Nie wystraszyłam się, ale kiedy się zjawiły odruchowo zaczęłam recytować modlitwę Ojcze nasz. Czułam potem wokół głowy silną i zagadkową wibrację. Po chwili zapadłam w sen wizyjny: byłam w nim kimś, kto trzymając się liny umocowanej na brzegu zagląda w głąb ciemnej jaskini w ziemi. Światło reflektora odkryło mi, że znajduję się w przeogromnej podziemnej pieczarze, a jej dno ginie gdzieś w nieodgadnionym mroku. Wystraszyłam się i obudziłam.
Chwilę potem znów znalazłam się w tym samym śnie, tym razem jednak już w o wiele głębszym miejscu. Okazało się, że rozpoczęłam wędrówkę (cały czas trzymając się liny) poprzez podziemne, niekończące się światy ciemności. Usłyszałam komentarz, że na poziomie takim-to-a-takim (głęboko, ale jeszcze nie najgłębiej, jakieś 60% drogi do końca) wyjdzie mi na spotkanie istota z piątego wymiaru, zamieszkująca te obszary. Nie zobaczyłam jej, ale odczułam silny powiew energii (w moim umyśle pojawiła się „barwa ognia”), rodzaj wiatru, który wzbudził moją ostrożność i znów zaczęłam odruchowo recytować Ojcze nasz. „Wiatr” omiótł mnie i zdałam sobie sprawę, że mnie sprawdza, równie nieufny jak ja. „Zajrzał” mi do ucha i wtedy zaczęłam słyszeć swoje myśli, tak jak słyszy się głos z zewnątrz, a usłyszawszy moją modlitwę jak gdyby się otworzył („odetchnął” z ulgą) i poczułam przypływ czegoś, co w jakiś sposób było podobne do przyjaźni i ciepła. Nie widziałam tej istoty, ale wyobraziłam ją sobie, jako rodzaj wielkiego pajęczastego stwora. Wkrótce potem ocknęłam się spokojnie na jawie.

21 marca 2000. We śnie leżę na tapczanie i pojawia się obok mnie pijany ojciec [androgyn z Nieprzejawienia]. Jest nieprzyjemny, atakujący, nie chce wyjść i dać mi spokój, choć go o to proszę. Zaczynam widzieć scenę: grupa mężczyzn w kilku rzędach w dziwnych majtkach, to właściwie jedynie czarne kapturki naciągnięte na członek. Wykonują jakieś ruchy grupowo, to chyba występ publiczny, dość egzotyczny. Jeden z nich ma kapturek sięgający jedynie do połowy członka i on przykuwa na moment moją uwagę. Naprzeciw nich siedzi potężna, szeroka, ogromna postać Brodatego Starca, mającego członek ukryty w dużym, niezgrabnym worku, robi ukłon tak głęboki, że jego długa, patriarchalna broda zagina się do góry i zakrywa mu twarz, jak zasłona. Wraca sytuacja z moim męczącym ojcem. Uśmiechając się szczególnie mówi: „A więc nie boisz się ani diabłów, ani mnie?”… i wtedy rozpoznaję w nim Szatana, mojego dziwnego przyjaciela. Potwierdzam, że nie, nie boję się i on znika.

22 marca 2000. Poranne widzenia: najpierw szkielet młodego chłopca, właściwie same żebra z kręgosłupem, bez głowy, z resztkami rozkładającego się ciała na kościach, wypadający z klatki, podobnej do drewnianej skrzyni. Pojawiło się we mnie uczucie współczującego żalu, coś jakby wielka miłość do niego za życia. Nastrój widzenia zabarwił się klimatem właściwym dla obrazów Zdzisława Beksińskiego (prymitywna zwierzęcość śmierci i fizycznego ciała podlegającego rozkładowi).
Następnie ujrzałam szeroką ulicę starożytnego miasta pełną półnagich, białych ludzi, przeważnie mężczyzn z wygolonymi starannie łysymi głowami i w przepaskach na biodrach. [Wyglądało to na starożytny Egipt]. Jasne słońce. Upał. Wśród nich, górując nad tłumem na ulicy pojawiła się przedziwna istota. Była o wiele wyższa od ludzi (miała jakieś 3 metry wzrostu), kosmata (to wyglądało na sterczącą sierść, podobną do kociej), w kolorze ciemnobrązowym i jego różnych odcieniach, z wielką głową o ciemnych, szeroko rozstawionych oczach pszczoły i z potężnym, zagiętym dziobem drapieżnego ptaka. Jakie to dziwne, to jakby pół-człowiek, pół-ptak, a może to tylko maska starożytnego boga, nałożona na głowę przez kapłana-olbrzyma? [Egipcjanie przedstawiali boga Ra z ptasią głową, ale zwali go także Kotem].
Jakby w odpowiedzi zobaczyłam wykluwanie się z jaja maleńkiej, podobnej do larwy, białej istotki-glistki [zapewne to symbol spirali DNA], którą ktoś delikatnie i z wielką uwagą wyjął ze skorupki i przełożył do pudełka, gdzie siedziała już dorosła postać kosmatego brązowego ptaka-duszy, który miał pełnić rolę rodzicielskiego opiekuna tego, co się dopiero narodzi wewnątrz ziemskiego systemu (symbolizowanego przez skrzynię). Następnie zamknął je razem, a pudełko włożył do drewnianej klatki [symbol matrixa]. Na koniec patrzyłam na wysypujące się z koszy, pod nogi białych dziesiątki uciętych murzyńskich głów [prymitywne magiczne koncepcje światopoglądowe], po chwili zasłonił je widok przechodzących obok mężczyzn, dźwigających na ramionach ustawione w czterech rzędach na drewnianym podnośniku, szczelnie zamknięte butelki z jakimś płynem. Pomyślałam: krew? a może wino? [narodziny posłańców Boga, zmieniających ofiary krwawe na chleb i wino].

23.III.2000. We śnie czytam na papierze przypadkiem znaleziony starożytny tekst-przepowiednię. Dwie zwrotki mówią o tym, że w Dniach Ostatnich urodzi się kilku dawnych proroków, występujących z Ramienia Pana (tu widzę na końcu rysunek otwartej dłoni). Głos mówiący potwierdzająco o „tygodniu” i o „trzech”.

25 marca 2000. W czasie, gdy rozważałam sens kabalistycznej Księgi Jecirah obudziłam się w transie. W miejscu łóżka stało biurko, coś przy nim pisałam, gdy nagle wewnątrz pokoju zaczął wiać wiatr, coraz silniejszy. Wirował nade mną, owiewając mi twarz i głowę. Zdumiona przerwałam swoje zajęcie, myśląc, że przecież okno jest zamknięte. Nagle zdałam sobie sprawę, że to Księga Jecirah uruchamia we mnie bezpośredni kontakt z Bogiem, z JHWH i że właściwe jej zrozumienie to klucz do Jego drzwi.
Ojciec jest dziesiątką, Jednym dzielącym się na dwa, potem trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, a potem dziewięć, każdy podział ma swój rodzaj, kształt i specyficzny charakter (wibrację i przestrzeń oddziaływania), po czym znów staje się dziesiątką, ale już o kolejne oczko wyżej, tym razem 10.0.
Wieczorny ból głowy wzmógł się nie do zniesienia. Nad ranem najpierw pojawił się sen, w którym jakaś grupka młodych ludzi, dyskutujących ze sobą na korytarzu szkoły (było wokół ciemno) wypowiadała się pozytywnie o idei, podobnej do tego, co mi przekazano [na temat numeracji poziomów świadomości], a niektórzy z zapałem deklarowali się, że przejdą na „religię tego Persa” [haha, nie zdziwiłabym się, gdyby nie chodziło o grupę śniących trenujących obecnie pod patronatem Jarka Bzomy].
Potem ból skoncentrował się zwłaszcza koło czubka głowy, uporczywie myślałam o obciętych gałęziach drzew, które targałam w dzień na kupkę w ogrodzie (wydały mi się podobne do „pajęczych” istot z Głębi), aż w końcu wpadłam w stan wizyjny: ukazał mi się ekran telewizora, a na nim jakieś energetyczne, ogniste, podłużne błyski, pomyślałam o innej planecie i zaczęłam zapadać w trans. Upadłam na kolana czując coś takiego jak przed rozbłyśnięciem boskiego pioruna i otworzyłam się na jego ukazanie się, ale mimo pogłębiania się stanu oderwania uwagi od zjawisk na ekranie piorun nie pojawił się. Za to usłyszałam pieśń kogoś, kogo wzięłam za Szatana. Towarzyszyło jej z początku przejmujące syczenie węży zgromadzonych wokół niego, potem przekształciła się w jakiś utwór w stylu gotyckiego rocka, a ten ktoś, jako solista śpiewał w dziwnym nieziemskim języku. Zrobiłam na sobie kilka razy znak krzyża, ale jego obecność nie znikała. W końcu jego głos przybrał barwę jakiegoś polskiego rockmana i zrozumiałam kilka słów: „On jest Panem, a ja Jego Cieniem…”, (a może: „Jestem Panem, Jego wcieleniem…”?), po czym zjawisko znikło.
Ból głowy jakby zelżał. Wkrótce ukazała mi się kolorowa, soczysta wizja: kawiarnia, przy jednym stoliku siedzi dwóch redaktorów, jeden drugiemu pokazuje jakiś tekst, dołączam do nich. Sekundę potem widzę, że siedzi tam rzędem chyba sześć dziwnych postaci, podobnych nieco do stylizowanych królów z dawnych portretów rodowych. Do pierwszego z brzegu zwracano się per: Stanlaj…(?), więc mógł mieć coś wspólnego z Anglią, przedostatni był żydowskim rabinem, koło niego siedział inny, brodaty król o stożkowej głowie (rozszerzającej się ku dołowi), ten przypominał polskiego króla, może Jagiellona. Rozmawiali ze sobą i chwilami sprzeczali się, zwłaszcza rabin wydawał się trochę nabzdyczony i uparty, twardo pozostający przy swoim. W rozmowie padła liczba 2000, ale nie zapamiętałam, czego dotyczyła. Pomyślałam, że to 7 aniołów zarządzających poszczególnymi prądami kulturotwórczymi w zachodnim świecie.
Następnie ujrzałam mapę świata, w centrum była Afryka i Europa, po bokach inne kontynenty. I usłyszałam zapłakany wzruszony głos (może mój), wypowiadający po angielsku proste zdanie o Bogu (był w nim zwrot „my God”), jak wyznanie absolutnej wiary.
Przebudziłam się i znów zaraz wróciły wizje. Tym razem zobaczyłam grupę młodych, roześmianych postaci, dziewczyn i chłopców ubranych w przedziwne stroje, rodzaj szat z owiniętej wokół ciała lekkiej materii od stóp do głów w kolorze jasnej krwi. Biegły przed siebie, wśród beztroskich chichotów i przekomarzań, nawołując między sobą: „Obywatelko, obywatelu, chodźmy pobawić się na tym dziwnym Cieniu…”. Usłyszałam w głowie komentarz: „To pokolenie 96…” i ujrzałam, że na spotkanie grupki czerwonych postaci wyszła grupka podobnych ludzi okutanych w czerń. Czarni poprosili: „Użyczcie nam pędzli do malowania”, ale Czerwoni kategorycznie odmówili im jakiejkolwiek pomocy i zgodnie odwróciwszy się do tamtych plecami, odeszli.

Rano sen: wybrałam się w podróż samochodem w jakieś zimne, pokryte lodem miejsce [minusowość] turystyczne. Nocowałam w wielkim szkolnym budynku [poziom 6]. Do pokoju zajrzała gruba niezgrabna pani w niebieskawo-fioletowej sukience, była to tutejsza sprzątaczka, która niespodziewanie powiedziała kilka wrogich zdań pod moim adresem, zarzucając mi coś, co zrobiłam, czy powiedziałam w przeszłości do niej w innym miejscu. Nie mogłam sobie przypomnieć żadnej takiej sprawy. Potem zjawili się jacyś ludzie, zrobiło się tłoczno. Usiłowałam przepowiadać im przyszłość, mówiąc o wizji Czerwonych i Czarnych, którą zinterpretowałam jako zapowiedź Przemienienia i oddzielenia Światła od Ciemności, które wydarzy się w 2014 roku (1996+18=2014), ale oni nie wydawali się zbytnio zainteresowani, pogrążeni w innych, dość przypadkowych rozmowach. W końcu jeden z młodych mężczyzn, siedząc w otoczeniu reszty robił mi wykład, czy też doradzał sposób kontrolowania umysłem zewnętrznych zjawisk, mówiąc: „Znając porę i godzinę jakichś zdarzeń będziesz mogła spotykać się, z kim chcesz i decydować o tym, ile i kiedy będziecie się widywać…”. W wyobraźni pozostała mi postać kropkowanego jaguara.

27 marca 2000. Przed zaśnięciem ukazywały mi się krótkie migawki z Podziemi. Była tam przedziwna pieczara z wieloma głębokimi korytarzami odchodzącymi gdzieś w mrok, ozdobionymi kolumnadą wyglądającą na zbudowaną świadomie, ale mającą niezliczoną ilość lat i z tego powodu przypominającą twór natury. Mignęła mi jakaś istota z czarną, drobną, spotworniałą głową. W dole smolistej twarzy pozbawionej podbródka miała maleńkie wargi, z których sterczały ostre kły i szereg drobnych, szarych zębów, jak u drapieżnego zwierzęcia. Spróbowałam jej się lepiej przyjrzeć, mimo że była bardzo ohydna, ale szybko znikła. Moja percepcja miała w sobie niesamowity spokój władcy tej strasznej krainy i zdałam sobie sprawę, że patrzę „okiem Śiwy”.
W środku nocy wyrwało mnie ze snu skrobanie na czubku głowy, słyszałam zgrzyt kości, bolało, ale poddałam się temu z ufnością. Jednocześnie pojawiły się w moim umyśle informacje o tym, że służy to wzmocnieniu przepływu czystej świetlistej energii duchowej, która będzie miała moc chronienia mnie w życiu.
W następnym śnie obudziło mnie intensywne syczenie węży z tyłu za plecami i ból w kręgosłupie. Na wysokości splotu słonecznego umieszczano mi jakiś półokrągły implant, opasujący jeden z kręgów. Okropnie bolało i płakałam, także ze strachu. Wkrótce jednak wszystko znikło i na jawie poczułam intensywne ciepło rozchodzące się w dół od miejsca z implantem.

28 marca 2000. Znalazłam się w głębokim transie, z którego trudno jest mi się ocknąć, czuję jakieś uderzenia w prawe biodro i fragmentem świadomości rejestruję, że to moja własna ręka uciska to miejsce ciała. Pochłania mnie to, co widzę w sobie. To wąska uliczka w Krakowie. Idę za plecami grupki kilku księży, która zajmuje prawie całą jej szerokość. Jacy oni szczupli i wysocy! Mają ze 3 metry wzrostu. Wszyscy przechodnie schodzą im posłusznie z drogi, nawet księża, malutcy przy nich jak karzełki, przeciskają się boczkiem przy rusztowaniach. Przez głowę przebiega mi myśl o jakiejś sekcie i jej potężnym przywódcy i wychylam się, żeby lepiej go zobaczyć zza pleców innych. Jestem taka niska jak dziecko. Jakaś postać idzie na czele grupy wysokich kapłanów (wszyscy jednak mają w sobie coś z wyglądu żydowskich rabinów) z rozłożonymi niby ptak rękami, szerokie rękawy w kolorze czerwonym tworzą skrzydła, wieje od niego wielką mocą, pomieszaną z grozą. Na głowie ma dziwny kaptur zrobiony ze skóry zwierzęcej, czapka, jak głowa drapieżnika, zachodzi mu na twarz. Oprócz niego idzie trzech innych, bardzo podobnych, i razem tworzą zwarty szereg. Za nimi podążają gapie. Tak, to sam prorok Daniel i jego trzej towarzysze! W końcu przeciskam się do przodu i wyrasta pode mną wielki pies, szary wilczur, niosąc mnie jak koń na swoim grzbiecie.

30 marca 2000. W moim ogrodzie, przez dziurę w płocie po lewej stronie wbiega piekielny pies o czarnym pysku przypominającym nieco twarzyczkę diabła. Zdobywam się na bohaterstwo, wstaję i wielkimi okrzykami: W imię Ojca, i Syna i Ducha świętego! oraz: W imię Jezusa Chrystusa wypędzam cię! wyganiam bestię poza obręb ogrodu. Czuję w sobie wzrastającą moc i pewność siebie. Pies odbiega dość niechętnie, oglądając się za siebie, ale jest posłuszny.
Po obudzeniu się, w stanie półsnu ukazywały mi się kształty konarów z gałęziami, pieńków z wyrastającymi z nich licznymi cienkimi pędami, białych wieloodnóżastych stworów podobnych do kosarzy, pomyślałam, że istoty z 5 wymiaru mają wygląd tworów sieciowych, głowonogów, ośmiornic, krabów i pająków. Teraz ukazywały się w jasnych, białych, lub różowawo-pomarańczowych kolorach i poczułam ciepło w okolicach implantu w kręgosłupie na wysokości splotu słonecznego.

Z dziennika wzięć, czyli wejść i wyjść zapis 9

Kontynuuję opowiadanie. Szeregu kontaktów z niewidzialną Drugą Stroną, podjętych z jej inicjatywy i ciągnących się, jak dotąd już rok drugi.

aztec-pyramid

11.II.2000. Zasnęłam w trakcie rozmyślań o podziale na 4 ciała [Ich opis zamieściłam na blogu nostradamicznym we wpisie o złotym ciele]. Zauważyłam w tym krzyż. Dalej śniła mi się ta sama kwestia w postaci znajomej młodej aktorki [Gracz rodem z Nieprzejawienia], która zamieszkała w Moskwie [poziom 5 przyczynowy, a pewnie jego centrala na 10] i nie chciała wrócić do kraju, mimo biedy, w którą popadła [brak energii zasilającej z dołu?]. Przysłała nam jednak kwadratową płytę kompaktową, każdy z czterech brzegów miał osobną linię nagrania. Wiedza bezpośrednia: każda z ras, powstających z kolejnych podziałów pełniła role „bogów” i opiekunów wobec ras, które z niej powstały, zasiedlając niższy wymiar. Można było sięgnąć świadomością z ich ciał wyżej, o 2, 3 stopnie, ale to były rzadkie przypadki. W końcu jednak ludzie dotarli do granicy „płaskości” (tu zobaczyłam ową aktorkę pokazującą coś na ściennej mapie), od której powinni się odbić w górę, ale… oni zaczęli mieć dzieci ze zwierzętami.
Obudziłam się i w tym momencie usłyszałam w pokoju męski, nieco mechaniczny głos, który powiedział: PIĘTNAŚCIE. I jest to dla mnie absolutna zagadka.

[Obecnie mogę domniemać, na podstawie ustaleń Jarka Bzomy, iż głos Nieprzejawienia powiadomił mnie, że wszystkich poziomów rozwoju tego Wszechświata jest piętnaście.]

12.II.2000. W czytelni bibliotecznej długo przeglądałam albumy o dinozaurach. A potem w nocy czytałam „Dzieje świata” Herberta Wellsa. Sny wizyjne. Widzę ogromną wirującą Galaktykę, mój ojciec dotarł już prawie do samego Centrum, gdy nagle odwrócił się znowu w moją stronę, wraca w swoją przeszłość, pomimo że musi złożyć bardzo prymitywną ofiarę ze swojej krwi i oto nagle przenika mnie Jego boska świadomość JAM JEST…
Następnie trafił do kawiarni w naszej miejscowej remizie, gdzie oblegany przez panie szybko zapomniał, po co tu przybył, podpił sobie i wcale nie chciał przyjść do domu. Poszłam do niego razem z siostrą, mówiąc: „Zajrzałeś do nas tylko na jedno popołudnie, a teraz już od dwóch dni siedzisz tam bez przerwy, chcę cię trochę mieć dla siebie”, ale on wcale nie był chętny naprawić sytuacji. Wyjrzał na chwilę i znów został. W budynku remizy, w sąsiednim pomieszczeniu miał tymczasem otwarty swój „sklepik” jakiś mi nieznany, nadzwyczaj spokojny mężczyzna. Gdy do niego zajrzałyśmy czytał książkę, panował u niego wielki spokój, który w porównaniu z chaosem panującym wokół ojca jeszcze bardziej mnie zdenerwował. Na rogu ulicy ojciec zostawił 2 połączone ze sobą na wzór tandemu rowery, ktoś mógł je ukraść. Były już stare i trochę zardzewiałe, pomalowane żółtą i zieloną farbą, rozszczepiłam je i postawiłam obok siebie… Obudził mnie żal i jakieś takie rozpłakanie, wznoszące się z 2 czakry.
Na podwórzu naszego starego domu pojawiło się wiele osób. Na kocu po środku, otoczony gromadą słuchaczy rozsiadł się Ole Nydhal. Chciałam zaprosić go na nocleg, ale nie umiałam się z nim porozumieć. Pokazałam mu wreszcie swoją książkę [sennik] i powiedziałam po francusku jakieś niezdarne zdanko wyjaśniające, że to ja ją napisałam. Zrozumiał je po chwili, ale nie wydawał mi się zbytnio zainteresowany.
Pole, mnóstwo ludzi, zmierzch, przed nami wysoki, zrujnowany, kilkupiętrowy budynek. Grupa magów „z lewej ręki”, dowodzona przez człowieka o dziwnie blond-tłustej [świńskiej], charakterystycznej twarzy z grubymi, wywiniętymi wargami popisuje się tym, co potrafi. Wymawiają jakieś zaklęcia i oto płyty tworzące ściany ostatniego piętra budynku odpadają same i nawet księżyc zrobił się czarny i zniknął z nieba (jak gdyby odleciał, zjedzony przez czarną plamę Rahu). Tych „magów” jest stosunkowo niewielu, ale robią silne wrażenie, którego my nie pochwalamy i staramy się przed skutkami podziwiania tych sztuczek ostrzec przyglądających się tłumnie ludzi. Nocuję potem w namiocie „cyrkowców”. Jest już stary, jasnoniebieski od wewnątrz, ale niewielkie okienko już nawet nie prześwituje, „zalutowane” czymś z drugiej strony. Słychać wiejący na zewnątrz groźny wiatr, ale w środku jest spokojnie i cicho, przynajmniej na razie. Ktoś jest obok mnie i zaczynam się z nim kochać. W tej samym pomieszczeniu śpi jeszcze ktoś inny, i ta druga osoba również z kimś innym się kocha.
Zmieniamy teren „przedstawienia”, planujemy iść do innej wsi. Martwię się, że nie ma tam wody do umycia się, jest jedynie maleńka, ale brudna struga. Trafiamy jednak (znów pole, ludno). I okazuje się, że jest tam wielka szeroka rzeka (płynie tak jakby w miejscu Luciąży). Jeden z nas, starszy pan wchodzi do niej i okazuje się, że woda sięga mu ledwie do pasa przez całą szerokość rzeki. Obserwujemy go z brzegu i z góry (jak gdyby frunąc nad nim). Mężczyzna trafia przy drugim brzegu na głębinę, odważnie idzie w jej kierunku, aby ją zmierzyć, woda podnosi się i sięga mu już do brody. Wystraszona wołam do niego, aby tego nie robił, nie szedł dalej, bo utonie.
I znów jestem z moim ojcem, na jakiejś górze. Planujemy coś, rozważamy. On jest jakiś taki nieodgadniony, choć sympatyczny i towarzyski, aż za bardzo nawet. W końcu namówił mnie do wspólnego zjazdu w dół, obiecując, że reszta znajomych dotrze tam zaraz za nami. Dałam się namówić i spłynęliśmy w dół stromym strumieniem wody, górską, rwącą rzeką, wypływającą spod budynku na szczycie góry – płynąc dwójkowym kajakiem. Kiedy znalazłam się jednak na dole i spojrzałam na przebytą drogę zdałam sobie sprawę, że nie mam możliwości swobodnego powrotu do miejsca wyjścia, a towarzysze nie wiadomo czy prędko się zjawią. Można tu było jedynie bezradnie czekać. Góra z kwadratowym budynkiem świątyni na szczycie i opadające z jej obu brzegów wody rzek przypominała z wyglądu jakąś meksykańską piramidę. Poczułam lekką złość na ojca, że mnie w to wszystko wplątał. Wtedy usłyszałam głos mówiący: „Ratujemy SAMI SIEBIE” i ten głos mnie przebudził.

17 lutego 2000. Sen wizyjny: w jakiejś starej szopie ze słomą i sianem znaleziono stare indiańskie [czerwone – poziom 5 przyczynowy, drewno – urojeniowość minusowa] bóstwo. Jest to rozgałęziający się kij z dwiema czarnymi głowami na końcach [dualizm wartości, rozszczepienie nurtu czarnego, zstępującego]. Zaczyna się je pokazywać u płotu gospodarstwa [granica ziemskiego wymiaru], ludzie zewsząd masowo pielgrzymują do niego. Zjawiam się i ja (za plecami, jak cień stoi mi jakiś ksiądz), staję w pierwszym rzędzie i podchodzimy z innymi do płotu, wyciągnąwszy dłonie przed siebie, jakby w geście prośby o łaskę. Bóstwo zaczyna „działać” i wtedy moje ręce rozświetla wokół białe, czyste światło. Niestety, z innymi jest inaczej. Na ludzi pada straszna zaraza, wydostaje się diabelska, złośliwa energia, przed którą nie ma żadnego schronienia. Jakoś daje się częściowo zażegnać niebezpieczeństwo, umieszczamy porażonych w jednym miejscu kwarantanny, leżą pokotem, chorzy, ale ich życiu nie grozi niebezpieczeństwo. Robię nad nimi znak krzyża i odchodzę. Spieszę się do domu, gna mnie niepokój o bliskich. Przy schodach (wejście i dom były inne, parterowe) stoją rzędem rowery, zasłaniając drzwi – czuję niecierpliwość. W końcu wchodzę, przeskoczywszy je jakoś, w środku pusto, meble porozrzucane, chaos w środku… a więc trafiło tutaj… Budzi mnie ogromny lęk, rozpacz, wstrząs.
Wizja: nad jakimś wiejskim podwórzem [planeta Ziemia] nadlatujący spodek, brązowy. Toczy się walka z innym spodkiem. Działo się coś intensywnie i wysoko, bardzo prędko, bezwzględnie. Pamiętam Białą Istotę i wieść, że jestem jednym z Dziewięciu. Kiedy się nagle obudziłam czułam ból we wnętrzu pępka jak po wkłuciu cieniutkiej igły.

21 lutego 2000. Nad ranem wizja: piszę na komputerze, chcę wcisnąć polecenie: „Zapisz”, ale na ekranie ukazuje się zestaw dziwnych opcji i nie wiem, jak z tego wyjść. Tymczasem zaczyna się błyskać na dworze, chyba idzie na burzę i muszę coś prędko zrobić, aby uratować tekst. Widzę iskrę strzelającą z kontaktu i odskakuję w głąb pokoju. Rozlega się huk przejeżdżającego pociągu. Przez okno dostrzegam lokomotywę pociągu, jadącą na wschód [poziom przyczynowy, karmiczny], mój dom staje się jakby wagonem, który ona ciągnie. Słyszę z sąsiedztwa okrzyk zdumionej sąsiadki-dewotki: „O Boże!”…
Rano wizja: diaboliczny młody człowiek, widzę go na ekranie TV, albo w oknie, nie pamiętam. Niemiły.

[Tu muszę wtrącić, że ten sen, oprócz przeżycia transformującej – symbol pociągu – drogi w kierunku granicy 8/9 (życia i śmierci) był zapowiedzią trudów zaczynającego się roku. W ciągu kilku następnych miesięcy okaże się, że moja matka choruje na śmiertelną postać raka, czeka mnie opieka nad umierającą, jej śmierć i opuszczenie rodzinnego domu, oto co było wtedy jeszcze przede mną, kompletnie tego nieświadomą]

23 lutego 2000. Przed snem obraz: obejmuje mnie od lewej strony z przodu coś mającego gadzią skórkę, długiego, spłaszczonego na końcu, ciemno połyskującego. Postanowiłam się temu przyjrzeć lepiej i zobaczyłam, że jest to dłoń.

[Dłoń – to Atman z poziomu 7 i powyżej. Jak widać niekoniecznie musi być błękitna, ani nawet humanoidalna]

Pojawiały się krótkie obrazy wizyjne, a w nich znani z „Nieznanego Świata” ezoterycy, a potem sen z ich udziałem. Badali mnie na odległość, próbując różnych diagnoz. [Sny o tych badaniach, całkiem liczne, jak dotąd – hehe – się nie sprawdziły, ale ze względu na spore ciekawostki może je kiedyś zamieszczę]. Nad ranem coś się jakby chciało do mnie zbliżyć, ale wtedy z okolic splotu słonecznego „szurnęły” ku niemu moje smoki i ogniste węże i natychmiast zlikwidowały zagrożenie. Jasny gwint!

24 lutego 2000. Sen: siedzę na sankach [minusowość] na drodze w kierunku sąsiedniej miejscowości. Półmrok. Gdzieś blisko jest stacja PKP (tory) [poziom granicy 8/9] , a koło mnie, poufale, ale z dystansem leży listonosz z miejscowej poczty. Obok przykuca kierownik poczty, starszy, o którym wiem, że łasy jest na kobiety. Rozmawiamy o piwie, którego sporą dostawę sprowadził z Ameryki listonosz. Kiedy nam o tym opowiada wstaje i gestykuluje żywo, z rozmachem. Na to nakłada się inna rozmowa, z kobietą. Ona pyta mnie o „tysiąc i sześćset stadiów” wytłoczonej krwi z wizji św. Jana, a ja tłumaczę, że chodzi o podział zysków pomiędzy Niebo (liczba 1000) i Piekło (liczba 600), dodaję też coś o Żniwiarzu i dochodzę do wniosku, że ptaki jedzące trupy to zmiana koncepcji cielesnej, szykująca się w masowej skali. Zauważam nagle koło siebie, na prętach sanek leżącego żółtego małego kotka w pomarańczowe okrągłe łatki. Z pyszczka przypomina lwa, albo lamparta. Jest trochę niezgrabny, ale budzi moją czułość i chcę go pogłaskać. Kociak zrywa się i przechodzi na leżący po prawej stronie kocyk, siada na brzegu i patrzy na mnie błyszczącymi oczkami. Stwierdzam, że nie będę go zmuszać, bo to wolne stworzenie, widocznie zbyt niedotykalskie.

25 lutego 2000. Chwilami przed snem nagłe odczucie jakby odtykania uszu, lub dokręcania „śrubki” nad uchem. Wizyjne elementy ze snu przedstawiały najpierw barana o dwóch wielkich rogach i kozła z wizji Daniela, leżące na moim podwórzu, oraz przeźroczyste, gęste piwo marki „Magnum” w niskiej szerokiej szklance (czy należy czytać Mag Num?), potem „braci Kumarów” przemieniających się w Białe Istoty, oraz wiadomość, że przez wiele lat tkwiły we mnie specjalnie założone przez nich „zamki”, blokujące ukryte w pamięci rzeczy.

26 lutego 2000, rano 2 razy pod rząd ktoś wchodził do mojego pokoju i znikał przy tapczanie.

cdn.

Opowieść Phila

Przerywam na chwilę wątek zapisu przeżyć sennych w Dzienniku Wzięć. Przedstawiam fragment opowiadania, które zapisałam po intensywnej nocy wizyjnego snu, transu i odbierania informacji w podwyższonym stanie umysłu. Stało się to w 2003 roku. Wtedy przychodziło do mnie wiele takich historii. Sny były tak szczegółowe, rozbudowane fabularnie i całkiem nie moje, że czułam silną potrzebę dania im formy literackiej. Pewnie w taki sposób zeszło i wciąż schodzi na ziemską niwę wiele utworów, opowiadań, powieści, obrazów, poezji, uznanych potem przez ludzi za w jakiś sposób wyprzedzające swój czas. Ta historia też wyprzedzała czas, choć mojego osobistego rozwoju. Sen opowiedział mi zdarzenie kompletnie dla mnie zaskakujące. Miałam wówczas rzadki dostęp do internetu, który po polskiej stronie nie był tak rozbudowany jak teraz. Dopiero kilka lat później, gdy dysponowałam w miarę stałym łączem i lepszym komputerem, odkryłam w sieci rzeczywistego człowieka, którego poznałam w owym śnie. Nazywał się Phil Schneider, i nie żył już, gdy mi się śnił. Niektóre szczegóły zostały przeze mnie dodane (nazwiska, imiona, miejsce), ustalone domyślnie, niektóre padły we śnie (Tutenchamon, Japończycy, Los Alamos), treść rozmowy z Philem i Jarhlem jednak pozostaje niezmieniona, choć zamieniona w dialog. We śnie był to przekaz informacji z umysłu do umysłu, bezpośredni.

Autor: Ewa Sey

Pakt z diabłem

Nazywam się George Romantzef. Jestem urodzonym Amerykaninem rosyjskiego pochodzenia. Przez wiele lat byłem dziennikarzem radiowym, odnoszącym niejakie sukcesy. Trwały one do czasu, gdy pod koniec lata 1995 roku udało mi się nawiązać pewien interesujący kontakt. Z anonimowym człowiekiem, który zadzwonił do naszego radia. Było to w trakcie prowadzonej przeze mnie raz w tygodniu nocnej audycji o spiskowych teoriach i UFO. Cieszyła się ona popularnością w całej środkowej Ameryce. Rozmówca udzielił kilku istotnych wstępnych wyjaśnień. Pracował w jednej z baz wojskowych na terenie naszego stanu. W której więzi się kilka dziwnych obcych istot. Nocne światła na niebie widywane w pobliżu bywają ich statkami. Przerwał wywiad nagle, tłumacząc się, że został namierzony przez służbowy podsłuch. Zadzwonił ponownie na drugi dzień, już poza anteną. Umówiliśmy się na konkretny dzień i godzinę w pewnym odległym miejscu naszego stanu.
O całej sprawie wiedział tylko John Bozz, mój szef. Dał mi kilka dni wolnego na zebranie nowych, być może nietuzinkowych materiałów dziennikarskich.

Droga wiodła daleko w głąb pustyni Nevada. Po kilku godzinach nieprzerwanej jazdy przez pustkowie, gdy szary zmierzch zbliżał się właśnie wielkimi skokami, zajechałem przed niewielki przydrożny motel. Tak, jak w podanej wskazówce znajdował się w nim otwarty całą dobę bar, mieszczący – jak się okazało – zaledwie kilka stolików dla niezbyt często i licznie witających w nim gości.
Na schodkach wiodących na taras okolony metalową barierką i przyległy bezpośrednio do baru, w nieruchomej pozie kontrolującego strażnika stał potężny, czarno ubrany mężczyzna. Biła z niego skupiona siła i zdecydowanie. Musiałem niejako wciągnąć brzuch, by przecisnąć się obok niego idąc tamtędy do drzwi. Będąc człowiekiem dość niskim i tęgawej budowy poczułem się przy nim niepewnie i trochę jak dziecko. Nie poruszył się, żeby ustąpić mi miejsca, ale też nie zabronił iść dalej.
Zatrzymałem się na chwilę w drzwiach wejściowych i rozejrzałem bacznie po wnętrzu nie zawieszając na niczym wzroku, aby na wszelki wypadek nie budzić zbędnego zainteresowania. Zamówiłem przy bufecie u dochodzącego skądś z zaplecza pomarszczonego drobnego barmana, kawę i hamburgera z dużą ilością sałatki i dopiero potem odwróciłem się twarzą do środka. Zdecydowanie zająłem miejsce przy pierwszym z brzegu wolnym stoliku. Byłem jeszcze lekko oszołomiony kilkugodzinną samotną jazdą samochodem, może z tego powodu nie odczuwałem zdenerwowania ani nawet ciekawości. Która mnie przecież tutaj przywiodła.

Położyłem na blacie stołu, obok szybko dostarczonego mi posiłku oprawny w brązową skórę notes i długopis, musnąłem palcami górną kieszeń marynarki i wyczułem uspokajający płaski kształt dyktafonu. Poczułem się przygotowany. Miałem w planie wszystko dokładnie i wszelkimi dostępnymi sposobami zanotować i zapamiętać z tego, co będzie się działo.
Zjadając hamburgera rozejrzałem się uważnie po nielicznych współobecnych. Nastawiłem uszu, aby nie uronić żadnego słówka z tego, o czym podejrzewałem, że się w tym miejscu może rozmawiać.

Po mojej lewej stronie pod ścianą siedział milczący, budzący zaufanie mężczyzna około pięćdziesiątki. Był silnej budowy, z białymi włosami wystającymi spod wojskowej czapeczki z daszkiem, mimo wieczornego chłodu tylko w dżinsach i bawełnianej jasnej koszulce, krótkie rękawki odsłaniały znaczne muskuły jego ramion zakończonych szerokimi dłońmi. Zajmował samotnie stolik w kącie, popijając leniwie jakiś napój. Zdawał się nie interesować poza tym niczym więcej. Ledwie jednak wszedłem do środka, gdy od razu powstał pewien ruch. Podszedł do niego ktoś z głębi pomieszczenia.
Był to bardzo wysoki, na oko czterdziestoletni osobnik, mocno szczupły, wręcz chudy. Stwierdziłem, że obaj mężczyźni musieli się już wcześniej znać lub choćby widywać, gdyż chudemu udało się od razu zagaić rozmowę.
– Przepraszam, czy jesteś Phil?
– Tak – uśmiechnął się, wcale niezdziwiony bezpośredniością starszy z nich.
– Jahrl – przedstawił się chudy wyciągając do niego dłoń.

Pomieszczenie baru było na tyle małe, że niektóre słowa i nawet całe zdania z ich rozmowy dobiegały wyraźnie moich uszu.

Chudy dostał przyzwolenie i dosiadł się do Phila. Rzucił temat wspólnej służby w armii na terenie pobliskiej bazy w zakazanej strefie. Phil chętnie dał się wciągnąć w rozmowę i zauważyłem po jednym jego rzucie oka na mnie, że nie przeszkadza mu, że jej słucham.
– Owszem, służyłem tu w okolicach. Przed laty, nieco wcześniej od ciebie – odparł z uśmiechem. – Mogę także cośkolwiek powiedzieć na temat pewnych oficjalnie ukrytych szczegółów działań naszego rządu, które poznałem osobiście. Potwierdzić niektóre plotki, a niektórym zaprzeczyć. Czemu nie?

Wymienili ze sobą jeszcze kilka zdań nieco bardziej ściszonymi głosami i mogłem jedynie z poruszeń ich ciał, rąk, spojrzeń i wyrazów twarzy domyślić się, że rozmawiają także o mnie. Starszy z mężczyzn patrzył w moją stronę jasnym wzrokiem zupełnie bez skrępowania, gdy tymczasem Jahrl zadał mu jakieś pytanie. Phil skinął głową na potwierdzenie i już po chwili okazało się to równoznaczne z pozwoleniem udzielenia mi wyjaśnień.
Jahrl, wstając od stolika klepnął Phila dłonią po ramieniu i zdecydowanym krokiem ruszył w moją stronę. Nieomal w tej samej chwili stał wprost przede mną. Starszy spokojnie przyglądał się tej scenie z boku zupełnie nie wtrącając się w jej przebieg.

Przedstawiłem się mojemu informatorowi szybko i zdawkowo. Z bliska zauważyłem, że Jahrl trzyma cały czas swoje zaciśnięte w pięści dłonie w kieszeniach motocyklowej kurtki z brązowej skóry. Okazało się też, że nie ma zamiaru siadać. Stał po drugiej stronie stołu, naprzeciwko, wysoki i cienki jak pęd trzciny, wybujały w górę na jakieś sześć i pół stopy, co wprawiło mnie w zmieszanie. Musiałem zadzierać głowę, aby widzieć jego pozbawioną zarostu bladą twarz i nie uronić żadnego słowa. Utrudniało to znacznie pisanie w notesie. Tymczasem chudzielec bez zbędnych wstępów, ani nawet sprawdzenia moich dokumentów potwierdzających tożsamość rozpoczął swoją opowieść.

Z początku próbowałem ją notować. Chciałem z tych zapisków zbudować dłuższy szczegółowy tekst, dlatego, gdy już zaczął opowiadanie kilkakrotnie usiłowałem mu przerwać prosząc o powtórzenie umykających mi informacji. Ale on od początku zachowywał się tak, jakby w ogóle mnie nie słyszał. Mówił prędko, cały czas wyprostowany jak struna, z oczami świecącymi niby dwie zapalone latarki. Słowa biegły za sobą ciurkiem coraz szybciej i szybciej, aż ledwie nadążałem ze zrozumieniem tego, co mi przekazywał.
Zorientowałem się, że nie dam rady uprosić go o wolniejsze tempo i chcąc nie chcąc porzuciłem notowanie. Tuż przed rozmową włączyłem dyktafon ukryty na piersi i teraz miałem nadzieję, że przy jego pomocy ostatecznie odtworzę wszelkie informacje. Spróbowałem jedynie wsłuchać się w padające słowa, aby maksymalnie dużo zapamiętać z tego dziwnego wykładu.
Mam wieloletnią wprawę w robieniu wywiadów i reportaży, dlatego nie traciłem nadziei, że reszta automatycznie przypomni mi się podczas pisania.

Umysł mojego informatora z jakichś nieznanych przyczyn funkcjonował według parametrów, których nikt z ludzi, przynajmniej nikt zwyczajny, po prostu nie posiada.
– Może został specjalnie wytrenowany przy pomocy jakiejś supertajnej technologii – pomyślałem, usiłując z trudem zdążyć za seriami skojarzeń, obrazów, faktów, liczb, numerów, dat, nazw, miejsc, imion padających z prędkością karabinu maszynowego. Pamięć Jahrla zdawała się magazynować nieskończoną ilość informacji encyklopedycznych. Na dokładkę potrafił z nich swobodnie i do woli korzystać. Z równą prędkością zmieniał temat, a raczej poszerzał go o poboczne uzupełnienia i uzupełnienia uzupełnień.
Z powodu mechanicznego, wręcz nieludzkiego tempa jego mowy pozbawionej wszelkiej tonacji, w mojej pamięci pozostały jedynie strzępy kilku powiązanych ze sobą opowieści. Powtórzyłem je sobie kilka razy w myślach, gdy już ten szalony przekaz ustał. Wszystko po to, aby napisać choćby to żałośnie krótkie opowiadanie.

tuts-xray-of-skull

Teraz jestem pewien jedynie tego, że Jahrl rozpoczął od historii znalezienia przed wielu laty w starym grobowcu na pustyni ciał kilku zamordowanych istot kosmicznych. Każda zawinięta była w półprzeźroczysty biały muślinowy całun. Najdelikatniejsze płótna stosowano przy pochówku członków królewskich rodów, jednak grobowiec do królewskich nie należał. Jedna z nich miała drewnianą nogę. Badania tomograficzne i genetyczne owej mumii potwierdziły jej pokrewieństwo z linią królów przed nią i po niej. Była jednak pół-człowiekiem, kosmiczną hybrydą. Ta historia jest powszechnie znana jako odkrycie grobowca Tutenchamona. Odnaleziono w nim jednak ciała niepasujące do założeń archeologów.

Niebywała prędkość relacji zmusiła mnie do nadzwyczajnej koncentracji umysłu i uwagi. Słuchając pilnie straciłem niezauważalnie kontakt z otoczeniem, ba, nawet czuciem własnego ciała. Prawdopodobnie nawet popadłem w jakiś rodzaj hipnozy wywołanej monotonnym głosem Jahrla. Opowiadał dalej o plemieniu Danitów, które pełniło w Egipcie ważną rolę. Znali rytuały, modlitwy i sposoby zamykające najstraszliwszą ze straszliwych energię w zaklętym kręgu, potrafili ją postawić na straży i chronić się przed nią. W mojej pamięci pozostał obraz mężczyzny w średnim wieku ubranego w starożytny strój ortodoksyjnego żyda. Dotąd nie miałem pojęcia, jak ubierali się Żydzi przed tysiącami lat, ale zaintrygowany sprawdziłem w źródłowych książkach. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że ujrzałem coś rzeczywistego, choć tego wcześniej zupełnie nie wiedziałem. Mężczyzna nosił przepasaną plecionym sznurem szarą płócienną tunikę. Na jego twarzy o wybitnie semickich rysach sterczała egipska czarna zwężająca się bródka, taka sama jak te, które nosili faraonowie. Czy dane mi zostało zobaczyć Mojżesza? A może Józefa? Syna kulawego Jakuba, którego biodro zesztywniało po walce z nienazwaną istotą? Nie potrafię tego stwierdzić, ale zauważyłem, że w momencie, gdy Jahrl opowiadał o tym człowieku Phil lekko uśmiechnął się pod nosem do swoich myśli.
– To właśnie on uczestniczył w nadzwyczaj ważnym tajnym spotkaniu zwołanym z ramienia dominującego w starożytnym świecie imperium. Spotkanie odbyło się w skalnej jaskini, wokół której rozciągała się bezludna kamienista pustynia. Tam ZABIŁ sześć osób spośród tych, co ku niemu wyszli. Powodem było to, że rozpoznał, iż NIE MA W NICH NIC LUDZKIEGO.

Jahrl dodał na koniec, że tajny Wspólny Rząd składający się z przedstawicieli kilku najwyżej zaawansowanych technologicznie krajów Ziemi nawiązał już kontakt z owymi istotami penetrującymi naszą planetę od dawien dawna. Po raz pierwszy oficjalnie zameldowali o nich żołnierze kawalerii amerykańskiej, którzy w pogoni za bandytami weszli do pewnej pieczary znajdującej się na granicy z Meksykiem. Wydarzyło się to na początku wieku.
– One z pewnych powodów nie są dobre – Jahrl zwolnił w tym momencie tempo i spojrzał mi głęboko w oczy.
– Czemu? – zapytałem, z trudem przełykając ślinę. Ponieważ, jak się okazało zaschło mi w ustach.
I chudzielec znów rozpędził się z wyjaśnieniami.
– Chodzi o ważną, potężną, mroczną i straszną istotę, która stoi za nimi. Sprawuje kontrolę nad nieświadomym jej istnienia światem. Jest to pojedyncza istota, prastara, ponura, zawzięta i kompletnie nieprzewidywalna.
– Jak wygląda?
– Chudy nieprzyjemny humanoid drobnej postury z krogulczym nosem – tu jakimś cudem telepatii nieomal ukazał się cień tego obrazu w moim umyśle. Po tej odpowiedzi słuchałem dalej nie przerywając:
– Kontakty przedstawicieli ziemskiego rządu z tym starym władcą zachodzą w ścisłej tajemnicy. Towarzyszą im zawsze elitarne oddziały komandosów.

Nagle pomyślałem przez ułamek ułamka sekundy, (bo na tyle pozwalał mi mój informator), o tych młodych, wybitnie inteligentnych, wykształconych, specjalnie dobranych i wytrenowanych ludziach, którzy ujrzeli na własne oczy przerażająco mroczną obcość i nie zwariowali. Kim są? A może jeden z nich stoi teraz przede mną?
– Ludzie z ziemskiego rządu najchętniej zerwaliby męczący ich i dręczący pakt z ową istotą, ale boją się straszliwych konsekwencji tego zerwania dla niewinnych obywateli. Zdecydowali się podjąć z nią pojedynek, najtrudniejszy z trudnych – zakończył swoją przyspieszoną perorę Jahrl.

Zaczęła wracać mi świadomość jawy. Okazało się, że obok mnie siedzi przy stoliku uśmiechający się Phil kiwający głową ze zrozumieniem. Musiał dosiąść się do nas w trakcie mojego wywiadu z chudzielcem, czego zaaferowany, w ogóle nie zauważyłem. Jahrl o pałającym spojrzeniu skończył właśnie swoją nieludzko przyspieszoną relację. I krótko przedstawił mi osobę swego starszego towarzysza.
– Phil jest już na emeryturze i zgodził się opowiedzieć coś niecoś o swojej pracy i doświadczeniu.
Phil kiwnął głową i przejął opowieść. Przywróciło mi to poczucie rzeczywistości. On przynajmniej wydawał się normalnym człowiekiem.

– Jestem z zawodu geologiem. Pracowałem przy budowie wielu podziemnych baz wojskowych na terenie Stanów. Niejedno widziałem, nie wiem jednak, co cię najbardziej interesuje. Będę się trzymał głównego tematu poruszonego przez Jahrla.
– Zgoda – chwyciłem za notes i długopis, wreszcie mogły mi się do czegoś przydać.

Phil-Schneider

– Pracowałem między innymi w bazie Los Alamos, która ma wiele kondygnacji ukrytych pomieszczeń wiodących głęboko pod ziemię. Natomiast na ogromnej pustynnej powierzchni za wysokim szczelnym ogrodzeniem ze stalowej siatki sterczy w górę wiele długich rzędów ciemnych tarcz, anten, kamer i reflektorów. Są to urządzenia monitorujące i stanowiące część systemu energetycznego tego miejsca.
– Według ciebie, do czego służy to laboratorium?
– Oficjalnie do badań nad energią atomową, przewidywania niebezpieczeństw związanych z jej pozyskiwaniem i używaniem oraz do ostrzegania. Niektórzy jednak wykorzystują jego najnowocześniejsze w świecie urządzenia do kontrolowania wszystkich i wszystkiego – odpowiedział Phil. I zaraz dodał:
– Sprzęt monitorujący i wszystkie czujniki połączone ze sobą zdalnym komputerowym systemem zostały zaprojektowane i wybudowane przez Japończyków. Oni najlepiej znają się na elektronice, miniaturyzacji i mają najnowsze technologie na świecie. Sądzę, że chodzi im o to samo, co naszym. Zbudowanie sztucznej inteligencji.
– Aha – spojrzałem mu wprost w oczy domyślając się – dlatego naszych trapi myśl, że prowadzone tam badania i zebrane informacje nie są do końca bezpieczne, bo twórcy oprogramowania nie są Amerykanami i nadal dysponują jego planami.
– Owszem – przyznał Phil, uśmiechnąwszy się wieloznacznie. – Dlatego tym gorzej dla twórców.
Po czym opowiedział mi o swoim spotkaniu z obcymi na dnie wierconej sztolni, którą daremnie usiłował pogłębić w podziemnych przepaściach bazy wraz ze swoim geologicznym zespołem. Nikt z kilkudziesięciu wysłanych wcześniej przed nim żołnierzy nie przeżył spotkania. Jedynie on, dzięki użyciu pistoletu zdołał się wydostać, ciężko raniony i napromieniowany jakimś świństwem, wyciągnięty w ostatniej chwili na powierzchnię przez ofiarnego strażnika.
– Oni dają się zabić, choć z trudem. Nie są duchami. Mają ciała, ale ich struktura przypomina bardziej grzyba, niż jakikolwiek inny żywy organizm. Zamieszkują iście piekielne groty i oddychają smrodliwymi gazami – orzekł na koniec, jakby lekko zdziwiony tym faktem i dodał filozoficznie – Gdy pakt zostanie zerwany nie wątpię, że ujawni się coś, co od tysiącleci tkwi skryte w głębi, w czeluściach otchłani i ono bezwzględnie zaatakuje wszystkich.

Wręcz nieludzki bieg słów Jahrla i moja wzmożona koncentracja umysłu sprawiły, że po powrocie do domu musiałem poświęcić kilka dni na dojście do siebie. Ostatnia scena spotkania z nim, gdy wreszcie podał mi na pożegnanie skrywaną w kieszeni kurtki rękę i uścisnąłem sześciopalczastą szczupłą chłodną dłoń w milczącym zaskoczeniu, zapadła mi najgłębiej w pamięć. I długo się otrząsałem z nienazywalnego wrażenia.

John Bozz, mój szef odezwał się zaraz po mym powrocie, ciekaw wyników spotkania.
– Masz coś interesującego? Warto było jechać? – dopytywał przez telefon.
Tymczasem byłem, mimo przespanej nocy i spokojnej powrotnej jazdy samochodem przez pustynię, zmęczony i rozczarowany. Umówiłem się z nim następnego rana w siedzibie radia. Miałem jeszcze trochę czasu na zebranie informacji w całość i wszystko, co się z tym wiąże, a więc na sprawdzenie źródeł merytorycznych i dokumentów związanych z tematem w archiwach bibliotecznych i prasowych.
Przede wszystkim najbardziej rozczarowujący fakt był taki, że dyktafon nie zadziałał. Mimo, że taśma przesuwała się nie nagrał się na niej żaden dźwięk, poza kilkunastosekundowym piskliwym wstępem. Dysponowałem jedynie notatkami z rozmowy z Philem oraz zapisem kilku zapamiętanych przez siebie z tyrady Jahrla informacji.
Było to oczywiście za mało, aby przedstawić słuchaczom mojej audycji jakiekolwiek niezbite dowody na odbyte spotkanie oraz podać jego treść, choćby w zarysie.

Mogłem jedynie ująć wszelkie zapamiętane szczegóły w opowiadanie, co niniejszym właśnie czynię. Jak każdemu dziennikarzowi, nie daje mi to jednak żadnej satysfakcji. Czy na tym zależało moim informatorom? Aby ich relacja straciła wartość dokumentu, wyszła poza ramy rzeczywistości i faktu i zyskała najwyżej status jeszcze jednego pomysłu w stylu naukowej fantastyki?

John nawykły do takich spudłowanych zleceń zlecił jednak rutynowe zbadanie dyktafonowej taśmy radiowemu dźwiękowcowi. I tu okazało się, że piskliwy dźwięk zarejestrowany na początku poddaje się obróbce. Zwolniony wielokrotnie i obniżony odpowiednio dla ludzkich uszu pozwolił nam usłyszeć pierwsze zdanie wypowiedziane przez Jahrla do mnie.
– Witaj, Romantzev. Jestem tu po to, aby pomóc ci zrozumieć, kim jesteś…

(Fragment większej całości)

Z dziennika wzięć zapis 8

Gady, węże i prehistoryczne potwory i ważki, Gra z Szatanem tocząca się na Ziemi od najdawniejszych czasów… W mojej głowie odtwarzały się bez ustanku przedziwne historie. Których daremnie szukać w świętych annałach ludzkości.

plezjo

2 lutego 2000 w nocy zaczęłam rozmyślać o Wężu Śesza. Odniosłam wrażenie, że moje ciało zawiera pamięć prehistorycznej ery, w której wąż pojawił się na Ziemi. Uwalniały się jakieś obrazy, wstręty, biologizmy, nastroje, ale wszystko zbyt ulotne, żeby opisać. Nagle weszłam w trans.
Ujrzałam ogromne wężowe zwierzę wodne, podobne do Potwora z Loch Ness i usłyszałam bardzo groźne dźwięki, przypominające warczenie, a raczej porykiwanie. Było to pełne ogromnej, ale kontrolowanej siły. W pewnym momencie potężny ryk przemienił się w głos, który oznajmił: „Największą winę ponosi ten, kto potępia własne ciało!”, po czym głos zaczął śpiewać w nieznanym mi języku. Była to pieśń mocy. Wśród niezrozumiałych słów Wąż wymówił z przyjaźnią moje imię, Ewa, co wzięłam za błogosławieństwo. Po czym ocknęłam się na jawie.

ważka

Po krótkim następnym śnie obudził mnie odgłos zjawienia się jakiejś istoty. Niewielka, chwilę stała w nogach tapczanu, po czym jak spory, dźwięczący w powietrzu sztywnymi skrzydłami owad (gigantyczna ważka) przefrunęła na moje plecy i usiadła na karku, po czym natychmiast wrażenie obecności znikło. Ogromna ważka nasunęła mi wyobrażenie pierwotnych lasów prastarej Ziemi i tak już zostało. Pod zamkniętymi powiekami mignął mi nagle siedzący mi na karku… tygrys w brązowo-żółto-czerwone pasy, a właściwie 2 tygrysy, siedzące jeden drugiemu na plecach. Balamowie [opisani w Popol-Vuh]? A więc oni istnieją naprawdę! Obserwowałam siebie. Nie bałam się, więc istota była przyjazna. Już wkrótce coś się zaczęło dziać z moją głową, jak gdyby dziwna energia rozsadzała ją od środka, a czaszka była dla niej zbyt „sztywna” i twarda, aż do lekkiego bólu. To trwało dość długo. Zapadałam w krótkie transy i sny. Raz usłyszałam piękny kobiecy głos, który zawołał: „Ziem!”. Innym razem poczułam charakterystyczny ból w języku, w miejscu, w którym Indianie przewlekali sobie otwór, aby nawiązać kontakt z bóstwami, a wraz z wrażeniami astralnymi dotyku usłyszałam odgłosy jakiejś rozmowy pomiędzy mężczyzną i kobietą. Mężczyzna próbował „ujarzmić”, „zmusić do czegoś” kobietę, która mówiła do niego dziwnie ostro.

Następnego wieczoru, gdy czytałam książkę o staroegipskich kultach, w pokoju coś wyraźnie i z trzaskiem błysnęło złotym kolorem tuż pod sufitem i poczułam się podłączona do dziwnego prądu, który wydał mi się znajomy. Postanowiłam zasnąć, aby dowiedzieć się czyja to wizyta.
Tej nocy przypomniało mi się, jak wraz z kimś, kogo nazwałam Szatanem (z dużej litery), odbyliśmy wspólnie kilka Gier w innych eonach czasu. Uczestniczyliśmy razem w Grze o kryptonimie Żółw, (która doprowadziła do ukształtowania się skorupiaków z pierwotnej żywej materii w ziemskim oceanie, a potem wyjścia płazów na ląd). W Grze pod nazwą Ryba porzuciłem eksperyment, tj. wnikanie świadomością w ciemność, uznając bezcelowość dalszego podążania w głąb przestrzeni pozbawionej wiedzy o sobie. Wtedy dopadł mnie wściekły wąż zamieszkujący zewnętrzną sferę wibracji pierwszej czakry, raniąc mnie agresywnym i wściekłym kąsaniem.
Było to straszne, bolesne przeżycie i udało mi się je przejść tylko dlatego, że teraz podczas przypomnienia tego ataku ciągle pamiętałam, że to tylko sen, z którego się w końcu obudzę. Szatan jednak pozostał w przymierzu z Mrokiem, aby tu, w świecie ludzi, dokończyć mecz. W ten sposób zajrzałam w głąb czeluści i na jej dnie zobaczyłam twarz diabła. Paradoksalnie rozpoznałam w niej swoje odbicie, własny cień.

W innych snach uzupełnił mi tę historię. Był w niej nagły żal za zmarnowanie czasu na trwanie w iluzyjnym przekonaniu o wysokiej pozycji władcy Ziemi, podczas, gdy inni mistrzowie zdobywali tymczasem kolejne punkty i „ozdobne tatuaże” na swoich ciałach, straszny gniew na siebie i determinacja, aby wykazać się na koniec i w każdy możliwy sposób wspomóc proces ratowania efektów Planu. W którymś momencie swojego rozwoju zauważył, że oszalał i w konsekwencji „odstaje”, czyli pojął swój błąd. Zaczął go osobiście – wraz z tymi, którzy poszli za nim w trudną powrotną drogę – skrupulatnie wszystko naprawiać, odwróciwszy się od samego siebie z przeszłości.

Później jeszcze kilkakrotnie ogarnęła mnie chmura energii, sprowadzająca przedziwną ekstazę. Męski głos zaśpiewał pieśń po hebrajsku, po czym przeszedł na polski i na tle undergroundowej muzyki rockowej, której towarzyszyło niesamowite syczenie „płaszcza węży” zza moich pleców, oznajmił, przenikając sobą każdą komórkę mojego ciała:

– Jestem szatanem i jestem Śiwą. Jestem panem. Jestem twoim cieniem.

Innego razu obudziłam się w stanie snu na jawie i ze zdumieniem wymacałam i zobaczyłam w swojej pościeli liczne, ogromne, zielonkawe węże, czuwające nade mną z wielką uwagą i spokojem.

4 lutego 2000. Pojawiły się za mną wielkie, syczące przejmująco węże (nie był to język dinozauroidów), znieczuliły i unieruchomiły mnie tym głosem, pozostała mi jednak jasność umysłu. Po czym wierciły twardym wiertłem wprost w podstawie mojej czaszki, gdzie wcześniej wetknął mi implant wieloodnóżasty potwór. Towarzyszył im dziwny, podobny do pająka stwór z energii, koloru ognia, wielkości stołu, stojący w głębi pokoju. Odniosłam wrażenie, że pochodził z głębi Ziemi, ze sfer płynnej lawy i był jakimś „aniołem”, czyli istotą pozamaterialną, kontrolującą niższe światy.

Następnej nocy znowu zjawiło się w pokoju coś podobnego. Wiedziałam, bo czułam to, że pochodzi z ciemnej strony, ale zachowywało dystans, stojąc w okolicy regału z piramidką. Chyba było świadome, że mogłoby mnie zbyt przerazić, gdyby się zbliżyło. Dostałam od tej istoty sen, który wyjaśnił mi zasady odwróconej gry, wymyślonej dawno temu przez szatana, wchodzącego w ewolucyjny układ z mrokiem.

[J. Bzoma o pajęczych istotach:
„Pająki mogą to być twórcy objawień. Byty pierwotne, które same siebie nazywają Bóga. Wyglądają jak dziwny pojazd czy pająk, skłębienie korzeniopodobnych odnóży, który nogami może sięgać horyzontu.”]

Przez cztery dni odczuwałam dziwne bóle rąk i pod obiema pachami, przypominały ból po ukąszeniach, ale nie było najmniejszego śladu ukłuć, ugryzień, czy obrzmiałości. Pojawiły się też różne uciski, mrowienia i swędzenia u podstawy czaszki.

8.II.2000. Sen z przepływem informacji o zasadach gry, które wymyślił Szatan. Polegały na tym, że niektórzy uprzywilejowani w ziemskim systemie inkarnowali co jakiś czas z pomocą całego piekła. Ono sprzyjało im do jakiegoś ściśle obliczonego momentu (ten moment wyznaczała ilość zabitych i zgubionych ludzi w ciągu poprzedniego życia, dlatego im zbrodni było więcej, tym lepiej), po czym opuszczało go i zabierało po śmierci do siebie. Wiedza o sposobach wywoływania diabłów i takich zasad została ukryta i można się do niej dokopać. Na ciekawskich czyha już przygotowany piekielny haczyk.

Obudziła mnie obecność czegoś ciemnego, z głębi, ale… przyjaznego. Stało w okolicach regału z piramidą. Zrobiłam znak krzyża, nie uciekło. Może ten sen był informacją od niego.

Rano słyszałam muzykę polskich zespołów rockowych, tekst traktował o Bogu. Przyśniły mi się także jadowite osy atakujące dom i włażące w każdą szparę przez zamknięte okna i drzwi. Uciekaliśmy wcześniej, ale one były bardzo namolne. Podlewałam je trutką. Jedna zagryzła dwie inne, całkiem czarne, z wściekłością frunęła ku górze, ale tam nagle rozbiła się o sufit i upadła.

[J. Bzoma o osach:
„Osy, gniazdo os to kościół katolicki, „żywiący się papierem”, „przeżuwający papier” i „budujący z papieru”, którego przedstawiciele potrafią boleśnie i wspólnie atakować każdego, kto przeczy ich budowli i nie wyznaje obyczaju. Kontrastowe pasy na odwłoku i żądła pełne jadu to zjadliwa agresja.”]

9.II.2000. Ktoś zrobił mi zastrzyk w miejsce po zębie trzonowym i oznajmił: „Martwica!”, co mnie zaniepokoiło, że pod dziąsłem znajduje się jakaś czarna kość. Resztę pamiętam tak fragmentarycznie, że nie nadaje się do zapisu. W wyobraźni pojawia się postać młodego mężczyzny w długiej czerwonej szacie.

apopis

10 lutego 2000. Sen: Wąż starodawny [Obraz, który mi się ukazał w przeżyciu łudząco przypominał staroegipskie, rysunkowe przedstawienia Węża Apopisa w tekstach piramid], czarno-szary, nieskończenie długi, przypominający wijącego się w niezliczonych splotach tasiemca z wielozębną paszczą, kłapiącą wokół siebie z ogromną złością – jest wściekły. Spadł tu na Ziemię dawno temu, podarował swoją wiedzę wybranym. Tymczasem jego ludzie niewiele z niej pamiętają i przystąpią do rozgrywki kompletnie nieprzygotowani.

Obudził mnie gwałtowny i bolesny atak na splot słoneczny. Zdawało mi się, że leżę odwrotnie (zjawisko odbierałam w trzecim ciele), a u wezgłowia tapczanu szalał szary wijący, kłębiący i miotający się Cień. Uderzenia w splot były nieporównywalne z niczym, czego dotychczas zaznałam, gwałtowne i głębokie skurcze prawie zapierały mi dech. Zaczęłam powtarzać imiona, aby odnaleźć równowagę. Czułam, że to gdzieś jest, tuż za bramą świadomości.

I rzeczywiście, ledwie zapadłam w półsen, już wróciło. Tym razem było to coś wrogiego, atakującego od strony pleców. Sięgnęłam lewą ręką; ugryzły mnie i wściekle podrapały dzikie, czarne koty. Pamiętałam, że to świat astralny, toteż nie cofnęłam ręki, choć bardzo bolało i zaczęłam je wyrzucać stamtąd, mówiąc w myślach: „W imię Jezusa Chrystusa wypędzam was!” Zrobiłam kilka razy znak krzyża, na co zareagowały cofnięciem się. W końcu odskoczyły i wybiegły przez otwarte drzwi z pokoju, nadal wściekłe i groźnie oglądające się za siebie na progu. Przypominały raczej koto-psy, a może niewielkie pantero-wilki, o charakterystycznie pochylonej sylwetce hien. Było ich przynajmniej pięć, może sześć.

Identyfikacja

Jedno z dziwniejszych spotkań po drugiej stronie. Jakże długo mnie ono zastanawiało! Zwłaszcza kwestia identyfikacji istoty, która mi się ukazała. W owym czasie wzięłam ją za Szatana, ale nie tego z rogami i kopytami, lecz Szatana modernistów, Buntownika, Przeciwnika w Grze, Satanaela, ewentualnie jego poplecznika Lucyfera. Dopiero po latach, zupełnie niedawno, odkryłam kim, a raczej czym dla mnie jest owa istota. Z czasem zapewne wyjaśnię jej status bliżej, lecz wymaga to poruszenia jeszcze kwestii poprzedniego życia, czyli reinkarnacji. W każdym razie identyfikacja wartości, jak i tożsamości w owej wizji, jak i w snach w ogólności, bywa zaskakująca, odwrotna, i nie należy mieć pewności, kto „tam” i „tu” jest dobry albo zły, ciemny albo jasny. Podział wartości na dobre i złe jest istotny tylko w świecie małej karmy (1-5).

powieszony

1.II.2000. Sen wizyjny: leżę z mamą w pokoju na piętrze. Już niedużo zostało czasu na sen, bo zegar pokazuje przed 6 (albo 7.00), a tu wchodzi nieproszony pijany ojciec (niższy, niż w rzeczywistości). Boję się trochę o mamę, a poza tym chcę jeszcze trochę pospać przed pójściem do pracy. [W tym czasie od dawna już nie pracowałam w systemie, a ojciec nie żył kilkanaście lat]. On tymczasem jakby nie słyszał, usiadł w fotelu, przewracał w jakimś transie oczami, po czym zasnął. Dopiero po dłuższym czasie obudził się, ja krzyknęłam: „Idź sobie!” i on posłusznie poszedł na dół. Zobaczyłam z okna, że wszedł do pomieszczenia klubu piłkarskiego, na którego progu siedział piłkarz ubrany w polskie barwy narodowe.

[Pijany ojciec to androgyn ze strefy nieprzejawionej schodzący w Grę, czyli w przejawiony wyższy – a dla niego niższy – świat rozgrywających Grę. Rozważając zaś sen jako projekcję to osobnik ów – jako Ja z wysokiej półki – pokazał mi mnie samą. Żyjąc w materii śpię i śnię, pozostając w iluzji – bo to oznacza stan pijany – owszem, bywam w transie – przewracanie oczami – ale niewiele jeszcze z tego rozumiem. Obudzę się później i zapewne zrobię coś, po co tu zeszłam, albo z czym siebie tam posłałam…]

Przebudziłam się i zupełnie nagle spadł na mnie istny koszmar. Ogrom straszliwej, paraliżującej do trzewi energii. Wstrząs zetknięcia bezwzględnie uniósł mnie do góry i chwilę w ten sposób trzymał pod sufitem [to granica 8/9]. Akurat weszła do pokoju mama, znieruchomiała w progu oniemiała z przerażenia, patrząc na mnie szeroko otworzonymi oczami. [Moja ziemska mama była osobą trzymającą się kurczowo dogmatów w obliczu wszystkiego, co wydało jej się szalone i chore, choć wystarczyło, że było tylko inne]. Pomyślałam, że „chwyciło mnie” coś naprawdę dziwnego. Po chwili ocknęłam się w łóżku, w miarę spokojna.
Po jakimś czasie łagodnie weszłam w trans. Poczułam, że zjawiły się jakieś istoty i robią zabieg na moim prawym górnym zębie trzonowym, delikatnie i bez bólu, więc się nie wystraszyłam. Z tego nagle przeniosłam się do wyższej rzeczywistości.

Znalazłam się we wnętrzu drogiego samochodu osobowego, limuzyny, na tylnym siedzeniu. Koło mnie siedział nieduży drobnej budowy mężczyzna, niezbyt piękny, którego najpierw odruchowo wzięłam za mojego ojca. Mogłam z nim rozmawiać świadomie, nie było żadnych zakłóceń. Spytałam go o to, kim jestem… Odpowiedział nie wprost: „No, tak, byłem kiedyś taki jak ty, ale muszę powiedzieć, że nie podoba mi się twoje ciało i ubranie [albo: braki?]. Trudno, już się z tym pogodziłem”.
Zrobiło mi się z jakiegoś powodu przykro, a jego twardość zaskoczyła mnie. Nie spodziewałam się tego po własnym tacie. Przyjrzałam mu się w takim razie lepiej.

Miał kobiece, niezbyt duże piersi pod białą bawełnianą koszulką, twarz o charakterystycznym uśmiechu podniesionych sztucznie dwóch kącików ust [podobnie do istoty towarzyszącej Pippi Langstrumpf w psiej czapce] i ten zaskakujący chłód w obejściu. Chciałam go zapytać o jakieś przepowiednie, ale zapomniałam. On wybiegł na chwilę z samochodu i rozmawiał z jakimiś ludźmi w innym, stojącym z boku, zobaczyłam siedzącą w nim podobnie, jak ja na tylnym siedzeniu ładną młodą dziewczynę o białej gładkiej twarzy. Akcja toczyła się w nowoczesnym mieście, widziałam bloki i ulice. Nagle wpadł mi do rąk przez uchylone okienko w samochodzie pozłacany pieniążek z cyfrą 4 Gr, obejrzałam go i ucieszyłam się, że dostałam coś na pamiątkę od Ojca. Następnie wrócił (przez ułamek sekundy widziałam go jako śnieżnobiałą istotę z czarnymi oczami, która dosłownie wefrunęła do wnętrza limuzyny i przybrała poprzednią postać) i jeszcze o czymś rozmawialiśmy, ale pozostało mi po tej rozmowie rozczarowanie i zwątpienie w siebie.

[4 grosze wskazują na minusowy świat z poziomu 4 mentalnego, w którym wtedy tkwiło moje myślenie o sobie. Była to w istocie podpowiedź-rada, że muszę podnieść swoje poczucie wartości. Niemniej zastanowiła mnie ta duża litera w słowie Grosze.]

Opowiedział mi, że wszystko wygląda inaczej, niż z pozoru się sądzi. O systemie Boga, że to rodzaj stalinizmu, gdzie ciemne masy utrzymują w równowadze Jedynego ze swoimi Sługami. A na pytanie, które mu zadałam odparł: „Jesteś ofiarą Mroku”… i to mną wstrząsnęło. Ocknęłam się na jawie i zaczęłam analizować całe spotkanie.

I znów zapadłam w trans, unosiłam się w jakiejś ciemnej przestrzeni i usłyszałam głos Boga, rozróżniam go, tak wibruje głos Tysiącletniej Istoty. Spytałam Go, czy to prawda, że jest ich dwóch i że toczy walkę ze swoim Ciemnym Bratem. [Pytania zadawały mi się same] Odpowiedział, że tak i coś jeszcze, co zapomniałam, a co kazało mi myśleć, że ta walka jest zaaranżowaną Grą w niższych światach, mającą na celu tworzenie życia i nowych świadomych istot.

Znów się przebudziłam i znów wylądowałam w świecie tej istoty, którą mogłabym wtedy nazwać Przeciwnikiem [a raczej teraz powiedziałabym, to ja byłam jego Przeciwniczką], nie zapytawszy jej przez gapiostwo o imię. Bloki, ulice, jacyś ludzie przechadzający się obok. Przeciwnik był jednym z nich i niczym się nie wyróżniał. Pokazywał mi swój świat. Nie bałam się go. Trochę ogarniał mnie lęk, gdy z nagła ktoś przechodził, ale nikt mi nie robił krzywdy. Tylko postacie były nieco dziwne, niektóre jakby zakapturzone. Jeden z mężczyzn miał na głowie klatkę z drutu (pomyślałam, że w ochronie przed drapieżnymi ptakami wydziobującymi oczy). Jakieś stare kobiety pod kioskiem rozmawiały o nim z wielkim współczuciem, jako o kimś, kogo tam wśród nich nie ma. Podobno został gdzieś „zamrożony”. [Zamrożenie wskazuje na utknięcie w minusowości]. Kobiety miały stare, pomarszczone twarze i szeroko otwierały usta, co przypominało opadniętą szczękę trupa [tak śnią się istoty spoza granicy 8/9, gdzie nikt nie jest żywy względem Przejawienia].

Sam Przeciwnik oprowadzał mnie po swoich włościach z pewną dumą. Zaproponował mi, abym zaczęła dla niego pracować, w zamian zostanę „boginką”. Nie był namolny z tą propozycją. A mnie wydała się tylko tak nieprawdopodobna, że aż zabawna. W pewnej chwili zauważyłam, że starannie unika odkrycia, kim jest przez ludzi, których mijaliśmy. Kiedy mówiłam do niego wprost coś w rodzaju: „to wszystko przecież z siebie wykreowałeś”, on nagle zrobił porozumiewawczą minę, abym umilkła, gdyż obok siedział na parkowej ławce jakiś młody chłopak.
I znów się obudziłam na jawie. Czułam wielkie ciepło na plecach. To budzenie się służyło chyba lepszemu zapamiętaniu spotkania, dlatego było mi dawkowane w pamięci. Bo dość szybko wróciłam do świata ze snu.

Teraz pokazano mi wyroki karzące na niektórych. Zobaczyłam młodego mężczyznę w wielkim, niebieskim szalu na szyi, na którego z prawdziwą złością rzuciła klątwę kobieta (piękna, wściekła), mówiąc: „A tego powiesić! Tak, aby poczuł!”. I został powieszony „na suchej gałęzi” wysokiego uschłego drzewa rosnącego w kącie. Krzyczał z panicznego strachu, a sznur zaciskał się powoli na jego szyi, tak, że żył długo, szarpiąc się i wyjąc z narastającego bólu. Próbował owinąć sobie szyję niebieskim szalem, zarzucił go sobie na głowę, ale pętla zaciskała się nieubłaganie. [Tę sekwencję mogłabym poniekąd przypisać bolesnym skutkom emocjonalnym, których doświadczałam od dziecka, począwszy od trudnych 3-dniowych narodzin z owiniętą pępowiną na szyi].
To się zaczęło przeplatać ze snem i zapamiętałam z niego bardziej sens, niż przebieg akcji. Śniłam poprzez kobietę o jakichś niezwykłych zdolnościach, która ogłosiła publicznie swoje 3 imiona (tu zobaczyłam je napisane coś jak: Than. Ta-Na-Ga?) i działała wraz z drugą kobietą na wielką skalę. Odmawiały wszelkiej współpracy z jakimś ruchem (tu zobaczyłam je schodzące z szerokich schodów przed budynkiem pałacowym), została także mianowana na kogoś w rodzaju doradcy prezydenta i robiła niesamowitą wprost karierę. Oraz wyrwane z kontekstu sceny, które zostały mi w pamięci:
– Stoję w gromadce jakichś ludzi. Ktoś podał mi miękki słodki owoc, gryzę go, ale okazuje się w środku twardy, więc go wypluwam na dłoń. Przypomina brzoskwinię o fioletowym odcieniu. Stojący koło mnie niski chłopak, który mnie nim poczęstował pyta: „Zjesz go, czy mam ci to podać w zastrzykach?”…
– Coś się dzieje z moim komputerem. Ekran gaśnie. Na drukarce jest niewielkie „okienko”, które rozbłyskuje niebieskim światłem.

[Zapewne była to odpowiedź na moje zapomniane pytanie o przepowiednię].

Z dziennika wzięć zapis 7

Doświadczenia po Drugiej Stronie biegły swoim tempem i we własnym nieprzewidywalnym rodzaju. Przede wszystkim przynosiły wiedzę. Starałam się w miarę swoich skromnych możliwości ją zgłębiać i analizować. W tym czasie nie miałam żadnego kontaktu z internetem, najbliższe biblioteki, gminna i wojewódzka, były słabo zaopatrzone w książki o interesującej mnie tematyce, w dużej mierze byłam zdana na siebie, intuicję, szczęście, że coś samo wpadnie mi do rąk. Wiele informacji, które otwierały się w mojej głowie bezpośrednio zapamiętywałam szczątkowo, z błędami. Z czasem powtarzały się i budowały większy i bardziej spójny obraz rzeczywistości i Boga. Niektóre z nich posłużyły mi potem do konstrukcji opowiadań fantazmatycznych.

dlon

13.IX.1999. W środku nocy obudziłam się nagle w drugim ciele, uciekając przed bólem i dłońmi jakiejś istoty, usiłującej zrobić mi zabieg. Wnętrze pokoju wydawało mi się inne (gdzie indziej?), a ja leżałam na prawym boku i usiłowałam odwrócić się na wznak, czego mi zabraniano, gdyż badanie (zabieg) dotyczyło strefy w dole kręgosłupa i nerek. Poczułam czyjąś przytrzymującą mnie delikatnie, ale bardzo stanowczo, dłoń. Potem już leżałam na wznak, a istota usiłowała wbić mi jednocześnie dwie igły w miejsca pod nosem, w które „ugryzł” mnie niedawno astralny wąż. Bałam się bólu i trochę się wierciłam, ale właściwie wszystko było doskonale znieczulone, a moja świadomość niewyłączona. Podczas tego wiercenia się uchyliłam na ułamek sekundy powieki i właściwie po raz pierwszy udało mi się ujrzeć twarzą w twarz tę siedzącą teraz na brzegu łóżka – istotę. Spodobała mi się! Choć była dziwna. Bardzo drobna, lekka, szczuplutka jakoś tak po owadziemu, zupełnie biała i pozbawiona owłosienia, z dużą głową i płaską twarzą bez najmniejszego śladu nosa, ust czy uszu, lecz za to z wielkimi, migdałowymi, czarnymi oczami, płci niemożliwej do określenia nawet intuicyjnie.
Przemknęła mi przez głowę wzmianka z Bhagavatam o śnieżnobiałym Indrze. Natychmiast poczułam do niej/niego sympatię i zaufanie. Byłam wobec niej/niego jak zwierzątko, o które się dba w celu, którego nie potrafi ono pojąć, ale to uczucie – przynajmniej teraz, po wysiłku, jaki włożyłam w zrozumienie tego, co mi się przydarza – nie było przykre.
Udało mu się wreszcie wbić igły i wyciągnąć to coś umieszczone w kości twarzoczaszki. Był z tego niezwykle zadowolony i usłyszałam jego słowa (chyba telepatycznie, bo nie był to „potok słów”), coś jak: „Miej (lub: miejmy) nadzieję, że nie jest to implant”… I tu przemknęły mi przez głowę ewentualne skutki takiego „zaszczepienia”: stan opętania i groźne ataki demonicznych duchów. Ale czułam się dobrze, istota natychmiast znikła, a ja obudziłam się na jawie w zupełnej ciszy.

18.I.2000. Obudziłam się w drugim ciele. Za moją głową stała jakaś istota i mówiła w obcym, nieznanym mi i nigdy niesłyszanym języku. Byłam unieruchomiona do zabiegu. Dostałam trochę bolesny zastrzyk w prawą pachwinę i potem jeszcze gdzieś, nie pamiętam gdzie. Być może była jeszcze jedna istota, koło mnie. Nie byłam wystraszona, ale nie lubię zastrzyków. Wsłuchiwałam się w język Tego Przy Głowie, próbując cokolwiek zapamiętać, ale nic mi w pamięci nie zostało. Słowa były wymawiane wyraźnie, z prostym akcentem, troszkę jak sanskryt. W końcu, korzystając z jakiejś przerwy poprosiłam: „A może byście tak wyleczyli mi brzuch?” i wtedy – prawie zaraz dostałam zastrzyk w otworzone gardło, głęboko w podniebienie, właściwie już w komorze nosowej. Pomyślałam: „Kurczę, on dostaje mi się stąd do mózgu… Może tam jest jakieś ognisko ropy, zablokowany odpływ?”. Zabolało, igła weszła w kość i obsunęła się lekko. Nagle za mną zrobił się jakiś ruch (mogłam spojrzeć, ale zaciskałam powieki, bojąc się patrzeć), usłyszałam jak druga, męska istota mówi pod nosem: „Zdurniałeś!” i szybko wyjmuje igłę z mojego gardła. Coś poszło nie tak, bo ratujący powiedział jeszcze pod nosem do poprzednika: „Fajtłapa!” i szybko obudziłam się na jawie, czując jeszcze długo mechaniczne „masowanie” zranionego miejsca przez jakąś energię.

22.I.2000. Stan wizyjny: śpię gościnnie w pokoju ojca na dole i czytam teksty komputerowo wydrukowane na wielu kartkach białego papieru. Wtem przybiega od strony bramy siostrzenica, narzekając na czekoladki według ekstra-przepisu, które dostała od kogoś, ale one nie dają się zjeść. Wyglądają z zewnątrz bardzo apetycznie, ale w środku są gumiaste i coraz gorsze w smaku. Piecze się je zostawiając zaczyn starych w nowym cieście, otóż to nowe jest za każdym razem gorsze i trudniejsze do przełknięcia. Zdecydowała się je ostatecznie wyrzucić.
Ja w tym czasie czytam pilnie tekst na kartce. Słowa i zdania są wyraźne i czytelne, a poza tym czyta mi je kobiecy głos (przebiegła mi przez głowę myśl o młodej dziewczynie, w którą przetransformował się kiedyś Ojciec), ale jest tego tak dużo, że nic konkretnego nie zapamiętuję, oprócz wrażenia, że wiadomości dotyczą atlantydzkiej kultury, która dominowała niegdyś na Ziemi. Zorganizowano tam przynajmniej kilka bardzo ważnych światowych zjazdów („zjazd zebrzydłowiecki”?) uczonych, dyskutujących nad jakimś odkryciem i problemem, który z niego wyniknął. W tekście padało wiele naukowych nazw, kojarzących mi się z substancjami chemicznymi i hormonalnymi, „mezoni..ina” itp. Kiedy się z tego snu ocknęłam na jawie stwierdziłam, że czuję silne ciepło wzdłuż kręgosłupa na wysokości 2 czakry.
I znów coś podobnego na mnie spada (tak, to szczególnie świetlisty stan umysłu, który do tej pory zdarzał mi się rzadko, a teraz prawie ciągle i mam wrażenie, że się pogłębia). Tym razem mówi mój Ojciec, to jakiś tekst, który jak gdyby mi dyktował, w każdym razie słowa układały się w moim stylu wyrażania myśli. Była to opowieść o dwóch rasach ludzkich, które powstaną z obecnej (tu zrozumiałam, że dwie kobiety, w które się kiedyś przetransformował oznaczają te dwie rasy), a które wywędrują w kosmos, jedna z nich powróci na Ziemię i zacznie cofać się w swoją przeszłość, w tym na Atlantydę. Tam podejmie Wielką Grę, w której zasady zostały ustalone przez poprzedniego Wielkiego Gracza, który ustanowił archetyp Zła i będą musieli zmierzyć się z tą rolą i energią, ale to tak naprawdę rodzaj egzaminu, który krótko potrwa. Po nim uzyskają nowe możliwości i jako nowa rasa (typ) Bogów zostaną rozesłani po wszechświecie, aby tam uczyć innych, niżej stojących. Jednak nigdy już żaden z Nich nie ustanowi tego rodzaju Gry, stosując łagodniejsze formy. Ponadto zrozumiałam, że należę do tej trzeciej, wyższej rasy i nigdy już nie wrócę w niższe światy.

Nad ranem sen w świetlistym stanie wizyjnym: do mojego okna od pokoju zaglądają z zewnątrz dwaj chłopcy. Z jakiegoś powodu nie reaguję, myśląc, że sami sobie pójdą i rzeczywiście po chwili odchodzą. Ale zamiast iść do bramy, idą w głąb podwórza (co przykuwa mój wzrok do okna, bo z obawą myślę, że chcą może coś ukraść), stają między domem a oficyną, patrząc na drzwi do niej i zamieniają się w dwie dziewczynki, po czym śpiewają radośnie jakąś polską piosenkę ludową. Obudził mnie z tego delikatny, pojedynczy dźwięk dzwoneczka.

24.I.2000. Przepłynęła przeze mnie wiedza o 7 dzielącym się na 2×3, a także o zasadzie poczwórnego ciała, czułam to wszystko na sobie i mój umysł wykonał drogę wraz z tymi liczbami. Wyjaśniono mi także, na jakiej zasadzie zrobiona została zasłona na poziomie 5 przez sobowtóra, który zaczął się dzielić w materii, w niej umieściwszy swoje pożądanie.
Nad ranem ocknęłam się w drugim ciele i ujrzałam u wezgłowia tapczanu przycupniętą niewielką postać z błyszczącymi oczami, jakby szarej sowy. Pomyślałam o puchaczach strzegących czeluści z Popol Vuh. Tymczasem ktoś z zewnątrz usiłował zrobić mi coś na czole, jakby znak (zdjąć go, albo zostawić, nie wiem). W jego ruchach była przemoc, brutalny przymus, więc to mnie mocno wystraszyło i odruchowo zrobiłam ochraniające znaki reiki. Po chwili ocknęłam się na jawie z silnym uciskiem w „trzecim oku”.

25.I.2000. Przepłynęła przeze mnie świadomość anielska, hierarchia, Ojciec jako pień, z którego wszystko wynika (ekspanuje na zasadzie wypustek identycznych kształtem i jakością z Ojcem), ja jestem taką wypustką, och. Zawołałam wewnętrznie: Tato, tato!, a on ujawnił się w fali Trwania, Podpory, z której wyrastam, jak Jego dziecko, Syn.
Rano zapadłam w półtrans, czułam ciepło na plecach i wibracje w dwóch punktach nad obiema nerkami. Pojawiały się niezbyt wyraźne wizje:
– śpiewający piosenkę żydowską starszy człowiek
– kobiety rosyjskie, w uśmiechach, ich polifoniczny śpiew milknący w tle
– za biurkiem dziwna stojąca postać, jakby cała w srebrnych pancerzach, hełm przypomina kosmiczny.

26.I.200. W nocy ktoś się zjawił w pokoju. Zapadłam w nader dziwny stan umysłu. Otwierały się karty Xięgi i przenikały jedna drugą. Przypominało to wertowanie plików w komputerze. Próbowałam czytać. Teksty dotyczyły jakby moich wspomnień z wyższych światów. O pojedynku z Ciemnym, który zaczął się już na wysokościach, zatem stąd go znam. Czy o tym napiszę kiedyś trzecią książkę? Na innej stronie była wiadomość, że wydanie tej książki może wstrząsnąć ludźmi na tyle, że ujawni się to, co ukryte w mroku.

Potem poczułam, jakby spryskiwano moją głowę świetlistym lepkim sprayem. Ktoś narysował palcem na moim czole kształt kilku- (chyba siedmio-) ramiennej gwiazdy i powiedział: „Zrób coś z tym zapachem, wypierz się lepiej”, co mnie mocno zawstydziło i wyszedł z pokoju drzwiami. Po chwili usłyszałam zza okna rozmowę kilku mężczyzn, namawiających jednego, aby szedł gdzieś z nimi. Ale ten stwierdził, że chce przy mnie jeszcze zostać. Powiedzieli: „Przecież są teraz nowocześniejsze sposoby i tylko je zastosuj…”. „Zostanę” – powiedział jednak ten, co był przy mnie – „To moje dziecko”.
Następnie we śnie wizyjnym wchodziłam do mieszkania dwóch koleżanek z dzieciństwa na piętrze starej kamienicy w rynku. Wydało mi się jakieś dziwnie znajome. Matka jednej z nich odebrała mnie prosto z autobusu (przystanek był pod oknami owej kamieniczki) i nie zdążyłam jej powiedzieć, że trzeba zaczekać na kogoś, kto ma jeszcze przyjechać, a z kim się tam umówiłam. Zostawiła mnie samą w pokoju, a sama wróciła na przystanek czekać.

[Ów przystanek to moje prywatne przejście graniczne 5/6. Przynajmniej kilka razy właśnie tam działa się akcja istotnych snów na jawie]

Wtedy wszedł do tego pokoju „mój ojciec” (rozpoznaję go po nastroju, jaki we mnie budzi). Był ubrany w brązowy wygodny uniform, wyglądał na około 30 lat i powiedział: „Chodź”, a ja poszłam za nim, czując się jednak głupio. Miałam wszystkie odczucia posiadania ciała i gnębiła mnie zawstydzająca myśl, że jestem w koszuli nocnej, mam na pewno zmierzwione włosy i ogólnie śmiesznie wyglądam. Zaprowadził mnie do drugiego pokoju, w którym stało sześciu, bardzo podobnych do niego ludzi, mężczyzn w brązowych uniformach. Byli mili i dyskretni. Ojciec powiedział: „To moje dziecko” i poszedł za biurko, które stało w rogu pokoju, oni stanęli w dwóch rzędach po obu bokach, przyglądając mi się w milczeniu. Czułam ich sympatię, ale zwyczajnie zamurowało mnie! „Nic nie powiesz?” – podpowiedział mi wreszcie ojciec. Odezwałam się więc: „Dzień dobry”, naprawdę nie wiedząc, czego mogę od nich chcieć. Zdałam sobie przy okazji sprawę, jakim jestem odludkiem, zamkniętym w sobie. Kiedy wypowiadałam te słowa zdawało mi się przez moment, że mam inne, bardziej pełne wargi, niż dotąd, a zatem inną (cudzą) twarz.

[Wg J.Bzomy kolor brązowy to brudny kauzalny, czyli odnosi się do minusowości 5 poziomu, cokolwiek to znaczy i znaczyło w wypadku tego przeżycia…]

Wówczas zjawił się niewysoki, korpulentny mężczyzna w krótkich do pół uda bufiastych spodenkach zdobnych w czarno-białą szachownicę. Przypominały strój aktora z commedii dell`arte i były jak gdyby od wewnątrz wypchane na biodrach, co nadawało jego płaskiej i chudej sylwetce okrągławy wygląd. Wydawał się nieco starszy od Brązowych, choć było to raczej wrażenie, niż wygląd. Do tego jego rysy były nieco inne od wszystkich znanych mi ludzkich ras.
– Pokażę ci coś – oznajmił i poszedł za swoje biurko, które stało w drugim końcu pokoju. Włączył stojący tam telewizor i na ekranie ukazały się dwie siedzące kobiety. Jedna była długowłosą pięknością i wpatrywała się w drugą, w której domyśliłam się nagle samej siebie, choć z początku była odwrócona tyłem. Długowłosa miała silnie pomalowane czerwoną szminką zmysłowe wargi. Wtem druga odwróciła się i ze zdumieniem stwierdziłam, że nie jest do mnie podobna, choć przecież czułam, że to ja. Była drobniejsza, mniejsza, a jej twarz przypominała nieukształtowaną dziwną formę z wydatnym nosem z garbkiem i dużymi oczami. Tylko te usta, tak samo zmysłowe i pomalowane czerwoną szminką!
Na tym seans się skończył i wylądowałam od razu na jawie w łóżku. Ale mój umysł działał jeszcze długo na zasadzie Księgi. Zaczęłam słyszeć głos męski czytający tekst jakiegoś pliku. Mówił o Starym Bogu (tu wymienił imię podobne do: Natr…m), który stworzył dawno temu zasady bezwzględnego posłuszeństwa Mu, i który – nie wiadomo dlaczego – zgodził się przegrać, ustąpić Nowemu Bogu, a raczej Bogom. Oni toczą z nim pojedynek, wygrali już go, potem ustanowią Swoje zasady i nigdy już nie będą tak okrutne. Choć szanują moc Starego Boga i nie mogą być pewni, czy kiedyś znów nie zechce powstać.

[Był to pierwszy raz, gdy usłyszałam od istot z Drugiej Strony o Starym Bogu. Bardzo długo, a właściwie trwa to dotąd, usiłowałam odnaleźć go w mitologiach i księgach świętych. Mam kilka koncepcji, jednak pewności żadnej, że któraś z nich jest prawidłowa…]

29.I.2000. Chyba zrozumiałam Starego Boga. I alchemicznego Chrystusa. Przed snem rozmyślałam o tym w sporym napięciu, przedstawiając sobie dzieje ekspansji ludzkości w ciemność, aż nagle poczułam, jak rzeczywiście przypłynęła Moc, złota, autentyczna. Energia przelewała się i kapała złotymi kroplami z moich palców. Mogłam błogosławić i przeklinać jednocześnie, bo to działa jak miecz obosieczny.
Rano wizja: powielający się Adamowie. Wzór mężczyzny ze skrzyżowanymi na piersiach rękami (jak egipscy faraonowie) przecinany jakąś siłą, rozdwajający się i powielający jednocześnie w dwóch rzędach, jeden na lewo, drugi na prawo.

30.I.2000. Ktoś w nocy położył mi niedużą dłoń na oczach. We śnie znalazłam się w ubikacji w dużym budynku. Mały kranik przy ścianie do umycia rąk, ręczniki w rogu. Towarzyszył mi „Sai Baba”, który umył sobie włosy i przefarbował się zupełnie na czarno, po chwili zobaczyłam go w murzyńskiej, kręconej fryzurze, miał czarne ciało. Przebrany w jakieś zawoje wyszedł, nie tłumacząc gdzie. Przedtem powiedział mi w sposób bezpośredni (widziałam to na ekranie komputera w postaci rysunkowych dodatków w moich zapiskach, w tym niektóre żarzyły się), że zrobi istną rewolucję, że będą zniszczenia na całej Ziemi, że przeżyją ją tylko młodzi ludzie, tak do trzydziestki, że zostanie uwolniona gigantyczna larwa głodnych duchów… Przeleciało mi przez głowę niejasno, że przeszedł bardzo dawno temu samotnie przez Ciemność, narodził się z niej i teraz spirala ewolucji, choć dzieje się to bardzo rzadko, zmusza wszystkie istoty do przejścia przez podobne doświadczenie po 3 razy, ale to minie. Nadeszła bibliotekarka upominać się o coś, co pożyczyłam od niej i napominać mnie autorytarnym głosem.

Gadające księgi

Wizyty nocnych gości stawały się rzadsze, niepostrzeżenie przeszły w sny wizyjne. Z elementami transu. Rozbudowane, wielowątkowe, co noc. Po kilka takich w ciągu jednej nocy. Umiałam je świetnie zapamiętywać, zapisywałam wszystko po kolei zaraz rano. Zaczęłam już pracę nad tekstem, który stał się bazą drugiej części mojej książki „Przemiany w ultrafiolecie”. W tym celu usiłowałam porównać ze sobą przekazy kilku najstarszych źródeł, Biblii, majańskiej Popol Vuh i indyjskich mitów zapisanych w Śrimad Bhagavatam (przy okazji chwalę się swoimi próbami jego przełożenia, bez krisznaickich przeinaczeń). Szybko zauważyłam, że sny z tymi przemyśleniami współpracują. I tak odkryłam zasadę śnienia na życzenie, którą po latach zastosował i nazwał śnieniem progresywnym, Jarosław Bzoma.
Dzięki swemu doświadczeniu zrozumiałam, że najstarsze święte zapisy i mity o stworzeniu świata dotyczą „wydarzeń” czy zjawisk z wyższych wymiarów. Są one opowiedziane językiem snu, uniwersalną mową symboli. Zatem odczytywanie ich literalnie może prowadzić jedynie do drwienia z nieprawdopodobnych absurdów przez racjonalizujących ateistów i materialistyczne umysły. Próba takiego mojego odczytu „Popol Vuh” wciąż jest do odnalezienia w internecie. Przeczytałam ją sobie niedawno z pewnym rozbawieniem i jednocześnie ulgą, że przecież mogłam odlecieć w interpretacji jeszcze bardziej.

*

12.IX.1999. Czytam Księgę Rodzaju, medytując nad znaczeniem najstarszych zapisów. W nich liczy się każde słowo, każda kropka i przecinek. W nocy wizja.
Po środku cmentarza rośnie ogromne drzewo ze zwieszającymi się konarami. W jego pobliżu, właściwie w obrębie jego korony wyrasta z ziemi coś jak czarno-szary, plamisty, sztywny, pozbawiony prawie zupełnie gałęzi – badyl, podobny nieco do bambusa, drzewo-chwast, próbujące zaistnieć w cieniu. Pojawiają się ludzie, którzy mieli coś wspólnego ze zjedzeniem owocu z tego drugiego niby-drzewa. Mężczyźni w szarawych garniturach, z teczkami ważniaków w dłoniach, wypinający napuszenie tłuste brzuchy do przodu, powyginani w przedziwnych, śmiesznych i nienaturalnych pozach. Jak zrzuceni z nieba aniołowie nadęci pychą. Albo inaczej opowiedziana historia stworzenia hierarchicznego świata rywalizującego z Centrum, przez antychrystów. [Czyt. Xięga, część 2]

babel

19.IX.1999. Czytam jakieś pismo, a jednocześnie jego treść „wyświetla mi się” w umyśle. Informacje dotyczą starożytnego kraju Szinear. Otóż pojawiły się tam kulty istot demonicznych, przywołujące gadzie i sprzymierzone z nimi inne istoty. Tamci za pojawianie się brali swoistą zapłatę: ból, cierpienie, strach. Płacili złotem? [zapłata była w złocie] wtajemniczeniami w wiedzę? (np. astrologię). Ludzie budowali im „wieże”, na których lądowały ich pojazdy. Szczegóły niestety, zatarte.

27.IX.1999. Stany wizyjne z przepływem energii, ale nie zawierały nic istotnego. Pamiętam, że patrzyłam z piętra w dół w okno mieszkania w oficynie i stał tam włączony telewizor. Ekran pokazywał – bardzo kolorowe i wyraźne – obrazy lasów, przyrody itd., co mnie rozczarowało. Potem ukazał mi się dziwny osobnik, o wielkich białych oczach ze zwężonymi źrenicami jak u kota, świecącymi z twarzy porośniętej w całości gęstymi, choć krótkimi włoskami. Nie wiedziałam co o nim myśleć, wahałam się w dwie strony, albo demon zakrywający swoją tożsamość, albo… ja.

Xibalba

29.IX.1999. Czytam „Popol Vuh” Księgę Rady Narodu Quiche, czyli Indian Majów z Gwademali. Jest w niej dużo odniesień i zbieżności z Biblią, a także zaszyfrowanych wzmianek o… posągach, służących do przywoływania mocy bogów z wyższych wymiarów.

draco

1 października 1999. W moim pokoju stał telewizor. Na ekranie ukazało się zbliżenie kosmity o krokodylim wyglądzie. I już po chwili ta postać patrzyła na mnie wprost, bardzo uważnie, spoza ekranu. Był to czarny dinozaur, o „twarzy” pokrytej skórą podobną do krokodylej, wydłużonym po krokodylowemu pysku i dużych, smoliście czarnych, migdałowych oczach. Miał skrzydła pokryte czarną błoną, podobne do nietoperza. Spoglądał na mnie bardzo uważnie, był groźny i dziwny, przepełniony niesamowitą energią. Potrafiłby z pewnością działać z krańcowym okrucieństwem. Pomyślałam o majańskich „panach Xibalba” i poczułam wielki respekt, ale nie była to trwoga. Raczej głęboki i, zdaje się, wzajemny szacunek, choć pełen nieustannego napięcia i czujności z obu stron.

[J. Bzoma uważa, że wszystko, co ukazuje ekran telewizora czy komputera we śnie, to transmisja od Boga, a obraz przedstawia nas samych. Zatem nasuwa się ciekawy wniosek…]

14.X.1999. W nocy sen pogłębiony o tych, którzy przeszli w czas Prehistorii, aby stanąć oko w oko z diabłem, niestety szczegóły zapomniałam. Obrazy:
– czarne, błyszczące, gładkie, wielkie czaszki, jakby rzeźby z czarnego szlachetnego kamienia, 3-4;
– wielki blok z tego samego czarnego kamienia, w którym wycięto te czaszki, widzę puste, jasne otwory w nim;
– grupa czarno ubranych kapłanów w ciemności nocy;
– zasada dwóch… weszli tam we dwóch, po dwóch, każdy ze swą parą, aby zbudować podstawy, piramidę, dzięki której można będzie wrócić, lub przywołać innych, resztę, jeden zostaje tu-teraz, drugi przechodzi, potem się zamieniają tak, aby nie było pustego miejsca.

jelen.png

15.X.1999. Obudziła mnie obecność istot. Niewysokie, jednakowe. Mojemu wewnętrznemu oku ukazał się jeleń. Promieniowało z niego wielkie, krystalicznie białe światło i patrzył na mnie szeroko otwartymi, czarnymi i dobrotliwymi oczami Białej Istoty. Goście delikatnie skrobali kość prawego biodra i wyjęli coś, co natychmiast zapomniałam, choć miałam świadomość jawy. Potem prawie do świtu, kilka godzin leżałam bezsennie, czując, że ktoś jest, ciepło na plecach, trzeszczenie koło ucha.

17.X.1999. Czytam książki o Atlantydzie. Moim zdaniem Hans S. Bellamy [w książce „Atlantyda: przyczyny zagłady pradawnego lądu”] był blisko, widząc w Apokalipsie opis zagłady tego lądu, ale zbyt logiczny umysł odciągnął go od tropu i wyprowadził, jak wielu innych – na manowce. Inni, ściągają zewsząd dowody archeologiczne i kulturowe, po pewnym czasie zaczyna to nudzić. Panoszy się myślenie linearne, a tą drogą niewiele można wskórać i nawet trudno pojąć tę przedziwną fascynację, którą odczuwają fanatycy Atlantydy, szukając jej w bibliotekach i na dnie mórz. Narzuca mi się wniosek, że Atlantydzi sami, dla dobra własnego Planu zadbali o to, aby zapomniano o tym lądzie i o tamtych czasach.

20.X.1999. Znów to mdlenie wieczorem, czuję nawet w ustach słodki smak i mrowienie na podniebieniu, co u licha? Zaczęłam czytać „Mitologię Azteków”, przyglądałam się z zainteresowaniem zdjęciom piramid i figurek o dwóch twarzach i trzech oczach, postaci Starego Boga niosącego na plecach ogień (Tohil?) i namalowanej twarzy-masce boga Deszczu.
W nocy sen, który był zbyt prędki i dziwny, aby go zapamiętać, miał elementy rozszerzonego panoramicznie myślenia, abstrakcja, mało obrazów. Pojawił się ktoś o kwadratowej głowie (podobnej do głowy posągu Atlanta na wybrzeżu Jukatanu), niewielki, twardy, z kamienia? Gra. Gracz. Pionek w grze? przez którego stawia swoje stopy na Ziemi Najwyższy? To było archaiczne, nieznane mi zupełnie. Jego przekaz był bardzo dziwny, rodzaj percepcji świata kompletnie nieznany, zjawiła mi się w umyśle jakaś data z kalendarza Majów, coś jak 7-coś tam. Mógłby być straszny w tej dziwności, bo nieprzewidywalny i nie mający chrześcijańskich wzorców dobroci i przebaczeniu, dziki, ale mądry, pierwotny. W jego „oczach” ludzie to pionki, wszystko co żyje to pionki w Grze.
Kiedy się ocknęłam odniosłam wrażenie, że ktoś jest w pokoju, w okolicy regału z ustawioną na nim papierową piramidką, mocny, nieodgadniony, trzasnęła podłoga, gdy się poruszył. Odczuwałam także silne mrowienie z tyłu głowy, u podstawy czaszki lekki ból i wyżej jakby plastry z chłodnej, pozytywnej energii.
I znów sen, to było jak odbiór jakiejś wiadomości telepatycznie. Zapamiętałam: „Jesteśmy w pieczarze… (padła nazwa, której nie dosłyszałam)” – treść się zatarła. Jest ich kilku, znów pojawiła się Data-imię, z której zapamiętałam liczbę 11, składającą się z dwóch członów, coś jak 9+2, wszyscy z kamienia, mali, jakby dziecinne figurki, które mają osobowość i myślą o sobie „ja”.
Obudziłam się z myślą: bogowie z Atlantydy, Tohil, Avilix, Hacawitz wciąż tu są, na Ziemi, czekają. Odczułam ich potęgę, dziwność, to nie są tylko mechanizmy, to wypustki w materię jakichś duchowych, konkretnych jestestw!

26.X.1999. Ze snu o Jahwe przebudził mnie nagle męski głos, rozlegający się jak gdyby w pokoju, wysoko nade mną. Zdumiony czymś i zaskoczony wykrzyknął: „O rany!”. Obudziłam się wystraszona.
Rano sen o Abrahamie, góra czegoś wielkiego i mądrego, jakby zestaw wszystkich ważnych informacji na jego temat podana w jednej chwili, szczegółów nie zapamiętałam.

27.X.1999. O 19.20 mignęła mi za oknem pokoju, na wschodnim niebie kula jasnego światła, spadająca szybko ku dołowi skośnym ruchem. Jej lot zniknął za drzewem, które rośnie przed domem. Światło było zbyt jasne jak na samolot, a race chyba nie spadają płaskim lotem. Pomyślałam sobie: tak jak przed śmiercią wujka „oni” coś zapowiadają. Ale co?
Przed snem przeczytałam 3 artykuły w 5 numerze „Nexusa”. Jeden to uczona „nawijka” Laurence`a Gardnera o tajemnicy użycia krwi w starożytnym Sumerze, służącej do hodowli ludzi, różniących się czymś genetycznie od reszty. Potem relacja Alberta K. Bendera ze spotkania z „MIBami” (czarno ubrani, nieprzyjemni faceci pachnący siarką) w ich bazie na Antarktydzie. Następnie wywiad z niejakim drem Andersonem opowiadającym o pracach specjalnej grupy naukowców amerykańskich nad dyskiem z tajemniczymi napisami pozostawionymi przez „Stwórców Skrzydeł”, znalezionym w odkrytym niedawno kompleksie komór w kanionie Nowego Meksyku, otóż byli to podobno podróżnicy w czasie. Prace nad tajemnicą czasu i zmiany przyszłości są ponoć ostro prowadzone w USA, w kooperacji z grupą istot kosmicznych, w każdym razie nie są to szarzy… A jeśli nie oni, to kto?
Ledwie przysnęłam poczułam, że dzieje się z moim umysłem coś niepokojącego. Migały jakieś obrazy, zniekształcone twarze, percepcja gadzia, a więc intelekt rozwinięty do n-tej potęgi i zupełny brak uczuć. Odniosłam wrażenie, że chodzi o istoty, które przedstawiły się Benderowi.
Rozbudziłam się i zaczęłam mantrować w umyśle, aby zachować koncentrację, zrobiłam znak równoramiennego krzyża. Waliło mi w splocie słonecznym, położyłam tam ręce. I rozbolała mnie głowa (co zdarza mi się bardzo rzadko). Czułam, że muszę zachować czujność i pozostać na jawie. Zastanawiałam się „skąd to wyszło”… Z „Nexusa”? To możliwe, pismo jest tak naładowane podejrzliwością, że nie może oddziaływać na podświadomość pozytywnie.
W krótkich przerwach w skupieniu migały dalej obrazy i zorientowałam się, że dotyczą tajemnicy krwi… Ogromne Skrzydła czegoś jak ptak, lecące na wprost mnie, to było majestatyczne i groźne. W wielkiej, wysokiej kamiennej komnacie unoszący się pod sufitem czterej ludzie z rozłożonymi rękami, jak 4 krzyże, spoglądający uważnie w dół. Twarz kobiety, zniekształcona jak posąg egipski, miała coś wspólnego z Sumerem, pomyślałam, że to Isztar… Szklane naczynie, podobne do wielkiego puchara, pełne czerwonego, rzadkiego płynu, wiedziałam, że to rozcieńczona krew, mieszano go i nalewano do czegoś.

Jecirah

28.X.1999. Przed snem długo studiowałam w pamięci I część Księgi Jecirah. Zaczęły się tworzyć wielkie obrazy i skojarzenia, bardzo ciekawe i poruszające, choć czułam, że to dopiero wstęp. W nocy obudziłam się w transie, w miejscu łóżka stało biurko, pisałam przy nim, gdy nagle zaczął wiać wiatr wewnątrz pokoju, coraz silniejszy, owiewał mi twarz i głowę. Zdumiona przerwałam zajęcie, myśląc, że przecież okno jest zamknięte. Nagle zdałam sobie sprawę, że to Księga Jecirah uruchamia we mnie bezpośredni kontakt z Bogiem, ona jest kluczem do Jego drzwi.

29.X.1999. Przed snem rozmyślałam o Samsonie, próbując pojąć sens tej biblijnej historii. I nagle ukazał się. Obraz potężnego, krępego mężczyzny siedzącego na podwyższeniu, wkładał (lub wyjmował) z niedużego worka kamienne kule. Myśl: Samson był olbrzymem, na koniec obcięto mu członek, nie włosy.
To powiązało mi się z dawnym snem o zadziwiającej pamiątce pozostawionej przez Olbrzymów w Hebronie i zasnęłam z prośbą, aby ta zagadka mi się ukazała, bo może jest zaszyfrowana w historii o Samsonie. Ale, choć Hebron co rusz wracał jako pojęcie, późniejszy sen dotyczył czegoś innego.

30.X.1999. W nocy zdawało mi się, że od strony ściany czuwa całkiem blisko mnie ciemna istota ze skrzydłami nietoperza, Pan Xibalba.

31.X.1999. Ukazano mi czasy po katastrofie atlantydzkiej. Z nieba zleciały ogniste kule i zniszczyły ogromny obszar na Ziemi. Część ludzi przybyła do Egiptu, który był kulturową i cywilizacyjną „wypustką” starej kultury i też tam było ryzyko „kary z nieba”, ale weszli oni w gęsty las, który – mieli nadzieję – że ich ochroni. Były to czasy wielkiego prymitywizmu duchowego. Ludzie modlili się, składali ofiary, urządzali rytuały itp. jedynie w materialnych celach, aby przywołać potrzebne im do życia i szczęścia zjawiska… Hebrajczycy byli potomkami tych, którzy mieli obietnicę, że w ich linii genetycznej urodzi się Następca (czyj, nie wyjaśniono), stąd wziął się zwyczaj obrzezania. Kapłani egipscy niekiedy urządzali rodzaj spotkań, rytuałów z przedstawicielami innych linii przekazu, służyło im to do przywoływania i wywoływania różnorakich energii i robienia przepowiedni. Hebrajczycy byli im wtedy bardzo pomocni, gdyż plemię Dana (mieszkające na egipskiej pustyni) potrafiło sobie radzić z najbardziej ponurą i smutną energią, która się niekiedy pojawiała. Tu przyśniły mi się dwa zwoje papirusu i coś jeszcze (nie wiem co), złożone razem przez kapłanów, oraz fala dźwięku, muzyki o nastroju porównywalnym z marszem żałobnym, ale o wiele bardziej dołującym i wciągającym w depresję, która „spadała” na Danitów, a oni nią sterowali, poruszając rękami, jak dyrygenci, albo wirtuozi klawiatury, w ten sposób łagodzili przez rozproszenie jej wydźwięk i moc.

Z dziennika wzięć zapis 6

Przewidywanie przyszłości, którą od dziecka intuicyjnie postrzegałam jako już spełnioną, ale jeszcze przede mną, przed nami wszystkimi, szybko stało się moją główną pasją. Stąd wzięło się studiowanie systemów wróżebnych. Od astrologii przez Tarota i I-Cing, po sny i symbole. Nie uważam się za kogoś wybitnego w tej materii. Ani tym bardziej jasnowidzącego. Mój umysł na jawie działa jak najbardziej racjonalnie, nie jestem skora do zbytniego entuzjazmu, zachwytu i bezkrytyczność mi nie grozi. Nawet, jeśli coś zdarzy mi się zobaczyć we śnie, czy w hipnagogicznych obrazach, to nigdy nie jestem pewna swej interpretacji danego zwidu. Dlatego wolę go opisać bez wyciągania wniosków. Tyle razy, wróżąc z tego i owego, przekonałam się, że umysł racjonalizujący „znaki” i symbole zbyt skory jest iść na skróty w stronę najbardziej przez siebie ulubioną, a całkiem niezgodną z przekazem symbolicznym, jak się potem okazuje. Staram się więc teraz zostawić „prywatę” i skupić się na jak najściślej opisanym widzeniu.

W niniejszym odcinku zwracam uwagę na notatkę o widzeniu Tronującej Bezimiennej Istoty, nawiązującej do wielu ikonograficznych przedstawień i malunków na suficie kopuły kościołów Tronującego Chrystusa.

tronujący.jpg

*

28 maja 1999 roku. Sen wizyjny: widzę dwie długie, starożytne, śródziemnomorskie ulice. Wiele domów zburzonych, zaniedbanych, wyludnionych. Obok nich rośnie gęsta i wysoka, dawno niestrzyżona trawa. Praży ostre letnie słońce Południa. Nieliczne grupki ludzi wałęsają się bez celu. Wiedzą, że umrą i urządzają sobie orgie w rodzaju weneckiego karnawału śmierci z czasów epidemii dżumy.

14 czerwca 1999 roku. Widzę młodego mężczyznę w żołnierskim, polowym mundurze zwisającego głową w dół z helikoptera, jest podtrzymywany za nogi. Wkrótce stopniowo zaczyna się zsuwać, jak gdyby ktoś go puścił. U publiczności wieje grozą, że spadnie, ale nie! Wisi tak do góry nogami w powietrzu, niczego się nie trzymając! Myśl, że używa energii antygrawitacyjnej. Wtedy rozlega się w moich uszach szatański śmiech, istny chichot bestii.
Tymczasem niżej, jakby na jakiejś półce (cała akcja dzieje się w starożytnej, olbrzymiej, kamiennej sali) stoi niewysoki, grubawy zakonnik w beżowym habicie i obiema rękami robi jakieś znaki. Widzę pył czystej złotej energii rozsypujący się wokół niego. W pewnej odległości, jakby w tle, stoi jeszcze ktoś, mnich, ale wysoki, szczupły, ubrany na czarno, słabiej widoczny, jak gdyby jego cień. Wkrótce człowiek wiszący głową w dół zaczyna z wolna opadać.

8 lipca 1999 roku. Widzę Włochy ogarnięte niesamowitymi, gwałtownymi przemianami pod wpływem terroru czarnego Niszczyciela, zmuszającego kapłanów do samobójstw. Ukazuje się grupa czarno ubranych mnichów, na pół spalonych i żywcem rozkładających się. Wstrętnych, z pałającymi demonicznie oczami, którzy w nasuniętych na głowy kapturach, wchodzą jeden za drugim po schodach w górę. To straszna sekta rodem z najgłębszego piekła, wychodząca na powierzchnię zewnętrznego świata i pnąca się do władzy.
Innym razem, jako kontrę wobec tamtej siły widzę na tle morza ognia potężnego, walczącego rycerza w srebrzystej zbroi. Wizja grupy rycerzy, młodych ludzi w hełmach, pancerzach, w płaszczach z krzyżami i niebieskich dżinsach powtórzyła się kilkakrotnie.

6 września 1999 roku. Ukazały mi się cztery małe, bliźniacze ludziki, staruszkowie, drobne karzełki z idealnie okrągłymi, jak dno kieliszków, wytrzeszczonymi oczami bez powiek. Wprowadzali mnie do czegoś podobnego do wielkiej instytucji charytatywnej. Oznajmili, że to coś strasznego, co musi się wydarzyć, a czego wszyscy się boją, będzie służyło wielkiemu dobru w przyszłości i żeby starać się nie bać, ufać i w pełni zaakceptować ten proces.

cropped-czaszka-aztecka-z-narodowego-muzeum-ant.jpg

[Z powodu wyglądu owych staruszków polubiłam glinianą główkę aztecką z podobnym do nich motywem oczu i stąd znalazła się ona na czółku tego bloga.]

8 września 1999 roku. Ze snu wizyjnego o czymś wrogim i złym obudziła mnie w drugim ciele obecność, gdzieś na wysokości splotu słonecznego, węża. Nagle zaatakował i ukąsił mnie dwoma zaostrzonymi i szeroko rozstawionymi zębami w twarz, u podstawy nosa. Nie czułam bólu ani strachu (byłam chroniona) i ocknęłam się zupełnie spokojna.
Wkrótce, na jawie, usłyszałam znajome trzaski koło ucha. Były to jakieś magnetycznie chłodne, przyjemne i oczyszczające oddziaływania z tyłu głowy. I z tego nagle rozległ się śpiew. Śpiewała, pochylając się blisko przy mojej głowie, drobna, żeńska istota (poznana wcześniej jako Pippi Langstrumpf), wysokim, cienkim głosem w nieznanym języku. Melodia była bardzo prosta, oparta na kilku nutach, rytmiczna jak w mantrze. Postanowiłam się włączyć i w myślach zanuciłam wraz z nią, posługując się sylabami „la, la, la”.
Wtedy wpadłam w trans i zaczęłam słyszeć pewną rozmowę z przyszłości, oraz zobaczyłam sytuacje dziejące się po śmierci mojej mamy. [W owym czasie mama miała się dobrze, zachorowała jednak śmiertelnie w 2000 roku]. W którymś momencie zjawił się „ojciec”, dotknął mojego ramienia i powiedział uspokajającym tonem: „Nie martw się, przyjdzie jeszcze taki czas, gdy poczujesz, że ten świat nie jest taki ważny (lub: wart uwagi)…”.

10 września 1999 roku. Pisałam we śnie tekst o tożsamości apokaliptycznego jeźdźca na białym koniu z Sai Babą. W pewnej chwili ekran komputera przygasł, a wyłączony – działał nadal, ukazując na czarnym ekranie jedynie słowo name i kiedy zdumiona zastanawiałam się, co z tym zrobić, nagle pojawiła się w pokoju, po mojej lewej stronie, na tle okna wychodzącego na wschód, pionowa czerwona iskra energii w powietrzu, jak zminiaturyzowany piorun. Zasyczała charakterystycznie i z mocą, a ja poczułam to samo, co wtedy, gdy przedstawiał mi się „Kriszna” rozbłyskiem lampy i telewizora, wyłączonego z sieci. Stan umysłu nie do opisania – „skwierczący”, jakby z wewnątrz pioruna.

Po chwili zauważyłam, że w pokoju zrobiło się jaśniej. Spojrzałam w górę, żeby znaleźć źródło oświetlenia i zobaczyłam, że sufit stał się przeźroczysty, jak ze szkła, stanowiąc teraz coś podobnego do (niewidzialnej, ale konkretnej) granicy pomiędzy wymiarami, że tamtędy pada światło dziennego słońca, a także, że stamtąd, z góry, jakby z tronu wiszącego w powietrzu spogląda na mnie w dół uśmiechająca się serdecznie i żartobliwie postać (obrysowana graficznym konturem), szarawa, niewysoka, spowita w jakąś długą, spływającą jak zasłona wokół tronu, szatę, o bardzo niewyraźnych rysach twarzy, jakby za mgłą, ale wyraźnie i znajomo błyszczących oczach, z głową okoloną także znajomą wielką, czarną czupryną. I na tym się skończyło.

*

W ostatnim przypadku podaję notatki z różnych wypowiedzi Jarka Bzomy:

Drganie Źródłowego Punktu wraz ze swym odbiciem wystarcza, aby wykreować cały widzialny świat. W snach doświadczamy go jako zgrzytliwą jak szkło wibrację oddzielania się, która daje się usłyszeć jako głos Orła czy Ducha Świętego, zależnie od systemu przekonań śniącego. Głos drapieżnego ptaka, wibracja Kryształowego Wiru, Głos Ducha Świętego, wibracja tworząca Przejawienie wyłania się z Nicości, z Bramy Szczeliny 8-12.

Widok do góry nogami na suficie (lub postać stojąca na głowie) to przekroczenie granicy 8/9.

Szklana ściana oznacza granicę czasu. Ale w nieco innym sensie, niż to nam się wydaje. To element kryształowego muru na granicy ze Szczeliną 8-12. Ma związek z podróżowaniem w czasie, bo za tą szklaną ścianą nie ma już czasu.

Włosy jak piorunki, sterczące naokoło głowy miewają bóstwa planetarne, byty apollińskie, bóg Słońca.

Czarne Słońce to pojęcie alchemiczne, związane z fazą Nigredo, bóstwo poziomu 8.

Poziom 8 – brahmaniczny, trójwarstwowy, to: Złota korona 8.3; szata, czasem inne królewskie/kapłańskie atrybuty. Przechodzi w zasłonę bytu/Zwierciadło, Paroket 8/9, generuje impuls do przejawiania się Nieprzejawienia Szczeliny 8-12 i do szukania form swojego wyrazu. Śni się jako stożkowy, złoty pełen ornamentów płaszcz pusty w środku. Przypomina strój liturgiczny prawosławnego popa, czy kapłański w ogólności.

Androgyn – w Nieprzejawieniu 8-12 ich androgyniczność początkowo jawi się jako albo Matka albo Ojciec, po czym, im wyżej, czyli na poziomie 11 i 12, tym są coraz bardziej jednym równocześnie, aż do fazy Androgyna o uszminkowanej cyrkowo twarzy. Im bliżej punktu Źródłowego, im szybciej porusza się wir, tym bardziej Androgyn jest zrównoważony.

Co do nazwania owej istoty. Najbardziej pasuje do niej/niego określenie Bezimienny (stąd na ekranie ukazał się tylko wyraz name, a nie konkretne imię). Obraz zawierał wszelkie cechy prowadzące w górę. Metatron, który jest czarny, posiada płaszcz i swój tron, jawi się jednak po tej stronie granicy 8/9. Twarz za mgłą brahmaniczną to tożsamość bóstwa, jawiącego się w Nicości powyżej granicy Nieprzejawienia jako Czarne Słońce alchemików. Był to zapewne androgyn, uśmiechający się dowcipnie, zamiast sennej symboliki w postaci umalowanej twarzy.

Z dziennika wzięć zapis 5

Zawsze interesowały mnie proroctwa i wiele na ten temat czytałam i rozmyślałam. Jako dziecko zastanawiałam się na temat proroków (biblijnych i innych), i zadawałam sobie pytania, w jaki sposób widzieli przyszłość. Co się wtedy dzieje z człowiekiem? Jak to jest jasnowidzieć? I wiedzieć, że przemawia przez ciebie/kogoś Bóg albo anioł, nie człowiek. Mało tego, znać daty i być skądś pewnym ich spełnienia. Czy to nie jakieś szaleństwo? Wymysł? Fantazja? Halucynacja?
Nie znajdowałam na nie odpowiedzi czytając dzieła znanych psychologów, psychoanalityków i psychiatrów. Niewiele ich było w filozofii. I nawet, gdy już wpadły mi do rąk teksty mistyków chrześcijańskich, czy teozofów dalej nie rozumiałam, jak to się dzieje w praktyce i skąd się bierze. Wróżąc z Tarota nigdy nie miałam żadnych nadzwyczajnych odczuć czy widzeń. Choć zdarzało mi się śnić problemy jakiejś osoby jeszcze przed samym spotkaniem z nią.
Tymczasem w okresie, z którego zdaję tutaj relację zaczęły pojawiać się autentyczne widzenia przyszłości. Atmosfera tych widzeń była tak niesamowita, że do tej pory ich wspomnienie nie jest mi obojętne. Przez długi czas nie potrafiłam odnaleźć w sobie dystansu do nich, dlatego moja książka, w której się znalazły nie nabrała odpowiednich lotów. Zabrakło najzwyczajniej dowcipu.

prorok
To trudne, przekazywać innym, którzy nigdy nie doświadczyli podobnych stanów, takie treści. Pewnie łatwiej zostać szaleńczym prorokiem tarzającym się w piasku pustyni na oczach drwiącego tłumu i wykrzykującym groźby zagłady w imieniu Boga. Niż potraktować je jak każdą inną rzecz możliwą na tym świecie, zewnętrzną, zracjonalizowaną. Ostatecznie ma się drugą opcję (Cienia): samemu drwić z innych, napawając się świadomością, że zginą marnie, gdy nadejdzie czas ostatni i wyznaczony na bezpowrotne wyjście z materii.
Ale dość o tym. Co było dalej, sami posłuchajcie…

*

Po spotkaniu z boskim astrologiem, obudził mnie ogromny, zygzakowaty piorun rozdzierający niebo na pół i uderzający z hukiem i grozą w jakieś miejsce daleko na zachodzie. Wrażenie było tak realne, że kiedy ocknęłam się z tego na jawie w łóżku, nie udało mi się już zasnąć do samego rana.

27 kwietnia 1999. Sen w głębokim transie ukazał mi dalszą przyszłość. Najpierw będzie kilka lat kryzysu i nadzwyczajnej mobilizacji sił wszystkich ludzi, po którym przyjdzie pokój i wielka radość. Sucho, gorąco. Potem pojawił się ogromny i groźny wir w ciemnym morzu i na moją głowę spadło z góry coś ogromnego, twardego jak kamień, bezwzględnie niszczącego. Nic z tym nie da się zrobić. Pojawiła się data: 2020 rok, jako jakiś ważny nieuchronny fakt. Dalej było mokro, deszczowo, coraz bardziej mokro, zaczęłam się bać, myślałam o jakimś dachu nad głową i ten lęk mnie obudził.

29 kwietnia 1999. Wieczorem przeglądałam atlas geograficzny i wpatrywałam się w mapę naszego kontynentu. W nocy weszłam w głęboki stan wizyjny.
Ukazała mi się płaska, przypominająca trójwymiarową, kolorową płytkę mapa Europy, unosząca się na wodach oceanu. Duża część kontynentu od południa zaznaczona była ciemnym kolorem. Cień pokrywał półwyspy Apeniński i Bałkański, Wybrzeże Dalmatyńskie, połowę Francji i tylko niewielkie wyspy na północy oraz cała Wschodnia Europa świeciły jasną, słoneczną barwą. Polskę oddzielał od strefy cienia jedynie wąski paseczek lądu. Kiedy przyglądałam się temu płyta kontynentu nagle mocno zadrżała i podniosła wody Morza Śródziemnego, zalewając znaczny obszar Półwyspu Apenińskiego i południowej Francji. Mój wzrok przesunął się nad całą planetą (przypominającą kolorowy globus) i zobaczyłam, że ziemia trzęsie się także po drugiej stronie półkuli, w okolicach Ameryki Środkowej i Północnej. Kontynent amerykański zaczął się gwałtownie zmieniać, a wody oceanu wtargnęły daleko w głąb lądu.
Następny obraz to zapełniony ludźmi stadion piłkarski. Przyglądałam się zgromadzonej widowni jak gdyby okiem kamery, rejestrującej wydarzenia, raz robiąc plan ogólny, a innym razem zbliżenia obrazu. Na widowni zauważyłam puste miejsca, nieliczne i przez to niewidoczne z daleka. To byli ci, którzy znikną na zawsze z materii, mistrzowie Gry. [Po latach nie jestem pewna słuszności tego wniosku. Puste miejsca mogły oznaczać równie dobrze tych, którzy na ową radość się nie załapią, a zatem stosunkowo niewielu ich]. Widownia obrazowała resztę ludzi, którzy w wyniku Wielkiego Meczu dostąpią ewolucji świadomości. Było tam wiele młodych, radosnych, niesamowicie szczęśliwych osób. Chwilę potem ujrzałam boisko piłkarskie, przedzielone kreską pośrodku. Obydwie jego części błyszczały oślepiająco białym światłem.

Kiedy się obudziłam i odzyskałam kontakt z fizycznym ciałem, moje uszy rejestrowały jeszcze długo przetworzone dźwięki płynące z ulicy. Ilekroć przejeżdżał jakiś samochód, jego warkot odbijał się jak gdyby od licznych cienkich płytek anteny telewizyjnej, zamontowanej na balkonie i docierał do mojego umysłu jako chóralne, pełne entuzjazmu okrzyki wielkiej rzeszy młodych ludzi zgromadzonych na stadionie: Dziękujemy! Dziękujemy! Dziękujemy! Okrzyki te słyszałam nawet po otwarciu oczu i całkowitym oprzytomnieniu.

6 maja 1999 roku. Znalazłam się w nieprzyjemnym transie. Coś mnie bezwzględnie i bardzo silnie wyciągało z ciała, przyłożywszy do kręgosłupa, w okolicy kości ogonowej i karku dwie „przyssawki”, czyli gorące, mrowiące plastry. Wyskoczyłam szybko, siłą woli na jawę. Okazało się, że jestem dość spokojna, nie czułam strachu, który zawsze wzbudza demoniczna energia, ale dziwne „plastry” oddziaływały cały czas z wielką siłą. Zaczęłam powtarzać mantrę Om namaha śivaja, potem imię Jezusa Chrystusa, aby skupić umysł. Osiągnęłam tyle, że dotarła do mnie telepatycznie aura osobowości jakiejś istoty (lub istot).
Była to gromada istot tworzących specyficzny, totalitarny świat, w którym ich wspólna świadomość pozostawała zogniskowana na czymś wyższym względem nich, podającym się za jedynego boga, co sprowadzało pojedyncze istnienie do roli bio-robota. Odczułam ich zamierzchłość i pomyślałam, że pewnie wyewoluowały dawno temu i odegrały ważną rolę w wykreowaniu materialnej potęgi jakiegoś starożytnego lądu, może Atlantydy.
Podczas mantrowania bez problemu wizualizowałam Sai Babę jako obrońcę oraz znak krzyża, i to dziwne, złowrogie oddziaływanie nie miało na mnie wpływu. Usłyszałam kilka razy w pokoju jakieś stuki i przesunięcia. Poczułam także dotknięcie na karku, u podstawy czaszki, a potem przy lewym uchu. Ilekroć się zdrzemnęłam, od razu wciągała mnie ta straszna siła i musiałam się szybko budzić. Na jawie nie bałam się, ale czekałam z utęsknieniem, aż to wszystko się skończy. Dzięki wzywaniu imienia Sai udało mi się nie zasnąć aż do świtu.

[Dziś powiedziałabym, że było to spotkanie z egregorem imperium, rodem z Atlkantydy, po potopie Egipskiego, Babilońskiego, potem Rzymskiego i obecnie Kościoła Katolickiego, energetyczne plastry informowały o zakresie poziomów, przez niego objętych zasadą pożywiania się, obejmujących całe Przejawienie 1-8]

15 maja 1999 roku. Wieczorem mój umysł uporczywie krążył wokół różnych apokaliptycznych zagadnień, i nie zauważyłam nawet, jak te myśli przeszły w sen. Niespodziewanie coś strzeliło i zastukało w pokoju, cały czas byłam przekonana, że to jawa. I wtedy nagle, na ułamek sekundy pojawił się obraz jasnego księżyca w zenicie na czystym nocnym niebie i troszkę na ukos pod nim, (ale blisko) mignęła biała, okrągła, pełna miłości twarz i wielkie, kochające oczy znanej mi skądś dobrze istoty.
Potem zdawało mi się, że krążą koło mnie dwie lub trzy małe kulki połyskliwej, malachitowej zieleni, i niespodziewanie poczułam coś takiego, jakby wychyliła się ze mnie uduchowiona, męska postać o natchnionym wyrazie twarzy (ogarnęło mnie zdumienie, że tak wzniośle wygląda moje ciało subtelne i potrafię być w tak głębokiej ekstazie) i już po chwili wracałam skądś, przez nocne podwórze, schody, ganek, pokój do sypialni… położyłam się, a w łóżku – ja, śniąca teraz o tym, że idę!
Wniknęłam w ciało, głowa zaczęła pulsować energią, słyszałam brzęczenie w uszach, to trochę trwało, zanim nastąpiło całkowite sklejenie w jedno.
Przejrzałam zasoby pamięci, ale nic prócz tego, co opisałam, w niej nie znalazłam. Czułam jeszcze przez chwilę mrowienie w kilku (trzech) palcach prawej dłoni, jak gdyby były niematerialne i teraz dopasowywały się do ciała fizycznego.

Pamiętam inne przeżycia tego rodzaju, gdy czułam odklejanie się od ciała fizycznego, które mimo to pozostawało całkowicie świadome, co przypominało dwie kalki niezbyt ściśle nałożone na siebie. Zdarzyło mi się też kilka razy odruchowo poprawiać na sobie kołdrę, albo drapać się po nosie… trzecią ręką.

18 maja 1999 roku. Jeszcze przed zaśnięciem zapadłam w zmieniony stan świadomości. Część mnie była na wyższym poziomie wibracji, ale świadomość jawy utrzymywała zwykłe rozeznanie, co tworzyło napięcie i niemożność skupienia się. Pojawiały się wewnętrzne obrazy, które wyrywały mnie natychmiast ze snu. Cały czas była w nich przestrzeń.

narajana
W ten sposób – nagły i wyrywający – ukazało mi się wnętrze wielkiego, gotyckiego kościoła. W miejscu ołtarza, w wysokiej łukowatej kamiennej wnęce stała bardzo szczupła i wysoka aż po sklepienie, kilkumetrowa postać Pana, z ośmioma, może dziesięcioma długimi cienkimi rękami. Uśmiechał się pięknym i subtelnym uśmiechem młodego Syna Boga.

Babaji

Miał twarz podobną do Babajiego, którą znam z fotografii. Temu obrazowi towarzyszył niezwykły nastrój wcielonej bożej mocy, nie do opisania słowami.

Boski astrolog

Pisałam już o moich spotkaniach ze Starcem. Być może to on manifestował się także w postaci kroków niewidzialnej istoty, które słyszałam kilkakrotnie w życiu. Można o nich przeczytać choćby we wpisach: PoczątekZ dziennika wzięć zapis 1.

pustelnik

Każdy powie, starzec to archetyp. Posiada swojego przedstawiciela w arkanach wielkich Tarota, jako Pustelnik. Oznaczony w nim liczbą 9, ma bezpośrednie powiązanie z arkanem 18 (1+8=9) Księżyc.

ksiezyc

Dotyczą go w takim razie powtarzające się cykle czasu i ostateczne zakończenie cyklu. Z ciemnością, pustką nocy, zaćmieniem i jednocześnie oświeceniem wewnętrznym, jako alchemiczna faza Nigredo, która podlega Saturnowi.
Saturn w moim horoskopie akurat pełni nadzwyczajną rolę, jako władca absolutny wszystkich planet. Jak sądzę, nie jest to żaden przypadek.

Sięgając do wiedzy naukowej dowiemy się, że:

Starzec, Stary Mędrzec to jeden z głównych archetypów. We śnie reprezentuje pierwiastek duchowy, mądrość kultury, uosobienie mędrca, dojrzałości, wewnętrznego, duchowego przewodnika. W sensie negatywnym pojawia się jako despotyczny, egoistyczny, zarozumiały i uparty staruch. W terapii cechy Starego Mędrca mogą być przypisywane terapeucie, podobnie jak mistrzowi duchowemu w życiu religijnym (guru). Osoba niedojrzała może ulegać wewnętrznemu obrazowi mędrca wcielając się w osobowość maniczną. [Wikipedia]

Jeszcze z wypowiedzi Jarosława Bzomy dowiedzieć się można, iż:

Archetypy to stadia rozwojowe poziomów Świadomości, czyli stopień realizacji Przejawienia na matrycy archetypu, na konkretnym poziomie Świadomości przejawionej… Wszystkie archetypy z poziomu 8/1 mają samoświadomość i swoje ‘ja’ tak samo wykrystalizowane i egoistyczne jak nasze, ludzkie. Owe liczne osobowości wspólnego strumienia Świadomości wciąż wydobywają się z naszego ja numer jeden w przeróżnych okolicznościach, z jakimi musimy się konfrontować w życiu. Najczęściej odbywa się to dla naszego ‘ja’ nieuchwytnie.
Generalnie, „staruszkowie we śnie to stare formy świadomości”. Dodam, naszej lub zbiorowej. Bo, jeśli o mnie chodzi, większość snów nie dotyczy mnie osobiście. Widuję postaci archetypowe odnoszące się do narodu, kontynentu, bądź ludzkości, niekiedy całej Ziemi.
W snach można spotkać także Starca brzydkiego i upiornego. Taki, bywało dręczył mnie w okresie dorastania. Jest to „urojeniowo minusowa postać Boga, czyli Czarny 8/1 osobiście. Uosabia cały zestaw negatywnych rojeń, z którymi staje się we śnie twarzą w twarz.”
Tak, właśnie. Starzec, czy to dobrotliwy czy upiorny, jest Czarnym. Wielkim czasem, Mahakalą. Metatronem-Saturnem. Sześcioskrzydłym serafinem. Tu odsyłam do artykułów Jarka Bzomy na ten temat na jego stronie Śnienie progresywne.

Kontynuuję dziennik wzięć, acz niniej uwydatniam z niego jedno ciekawe przeżycie nocne. I spotkanie ze Starcem, który pojawił się jako astrolog, znawca przeznaczenia i cyklów planetarnych. Na koniec dowcipnie zasugerował, że jest tą samą istotą, która ukazuje mi się z Drugiej Strony pod przebraniem Sai Baby.

Kryszna

17 kwietnia 1999. Cały wieczór spędziłam na lekturze Bhagavatpurany. Nabrałam ochoty do medytacji według przepisu mędrca Kapili. Przed snem długo wizualizowałam w sercu czterorękiego, ciemnoniebieskiego Krisznę, stojącego na kwiecie lotosu, którego łodyga wyrasta z mojego pępka. Towarzyszył mu nieustannie wibrujący w otwartej przestrzeni dźwięk Om.
W nocy znalazłam się w gabinecie redakcyjnym sławnego polskiego astrologa, który uprzejmie posadził mnie przy swoim biurku. Przez chwilę jeszcze zagniewany krzyczał na kogoś za drzwiami, po czym uspokojony podjął ze mną rozmowę. Był to starszy mężczyzna około 70-tki, niewysokiego wzrostu, o zaokrąglonych kształtach, miał wydatny orli nos. Zachowywał się naturalnie i spontanicznie. W rozmowie potwierdził wszystko, co już wiedziałam. Otóż prawdą jest, że niedługo, w lecie, w dniu świątecznym odbędzie się inauguracja Wielkiego Meczu. Wszystkie bilety na tę niecodzienną imprezę zostały już dawno rozprzedane, tylu było chętnych w niej uczestniczyć. Prawdą jest także, że stosunkowo niewielka grupa terrorystów przygotowała środki, aby niespodziewanie i z zaskoczenia dokonać eksplozji materiałów wybuchowych na pełnym widzów stadionie Gry. Nagły wybuch, wyrywający duszę z ciała fizycznego zaskoczy wielu.

Przez moment doświadczałam wyrwania z ciała pod wpływem rozbłyśnięcia niesamowitego światła, które skojarzyło mi się z eksplozją jądrową. To szokujące przeżycie na pewno przerazi tych, którzy na co dzień nie myślą o sprawach ostatecznych, ale nie zabija ono Świadomości. Jakoś mnie to uspokoiło.

prahlada

Starzec wspomniał następnie o słudze Boga, małym Prahladzie z mitu o Panu Nereszimha, czyli Człekolwie, który z całą pewnością pokona zło na Ziemi. Miał w sobie wiele promiennej równowagi i stałości, które sprowokowały mnie do zastanowienia się głębiej nad jego pochodzeniem. Toteż w końcu spytałam (chcąc się także pochwalić swoją wiedzą astrologiczną):

– Czy jesteś może spod znaku Byka?

Patrzył na mnie dobrotliwie. Długo milczał, tak jakby mówił: – Zastanów się. Przyjdzie czas, gdy wszystko sama zrozumiesz. Po czym obudziłam się na jawie, zastanawiając się nad problemem jego tożsamości.
I zaraz wpadłam w głęboki trans. Ocknęłam się w świadomym śnie, w którym siedząc za biurkiem robiłam opis tego spotkania. Przedstawiając w nim starca bezwiednie nazwałam go Kriszną i wtedy wydarzyło się coś bardzo dziwnego. Stojąca z boku, wyłączona z kontaktu lampka rozbłysła kilkakrotnie niezwykłym światłem. To samo stało się z (także wyłączonym z prądu) telewizorem, którego prawa połowa ekranu zaświeciła wieloma intensywnymi, soczystymi barwami. Zaskoczona tym, zdumiona i trochę wystraszona, weszłam w niedoświadczany dotąd nigdy w życiu stan świadomości.

Było to jak obudzenie się po Drugiej Stronie, która jest stroną prawdziwą. Zajrzałam na moment za zasłonę iluzji materialnej i kosmicznej. Mój umysł stał się skupiony, jasny, rzeczywisty, pełen wiedzy, samoświetlisty, niezależny od czasu i przestrzeni, potężny, boski. W ten sposób upewniłam się, że gdzie indziej istnieje cudowny, wieczny, pełen życia i żywych istot świat, o którym ludzie zamknięci w trójwymiarowej, a nawet i czterowymiarowej przestrzeni, nie mają pojęcia. Po czym wszystko nagle ustało i otworzyłam oczy na tak zwanej jawie.
Oto była odpowiedź. Nie słowami, w które można uwierzyć, lub nie, ale w bezpośrednim doświadczeniu.
Rano z zaskoczeniem znalazłam leżącą na podłodze książkę o Sai Babie. Musiała w nocy sama spaść z półki, strącona czyjąś niewidzialną ręką.

*

Dla lepszego zrozumienia tego przeżycia sennego jeszcze fragment wypowiedzi J. Bzomy:

Ekran telewizora, komputera, kinowyto zwierciadło, połączone z transmisją danych z wybranych przez nas samych poziomów, widząc np. oblicze boskie albo innego stwora w telewizorze widzimy tak naprawdę siebie. Obraz Boga, albo raczej jego aktywnej w przejawieniu formy, to takie Coś, co chrześcijanie nazywają Duchem Świętym. Przekazuje obraz samego Szefa.

Z dziennika wzięć zapis 4

Wewnętrzne zmagania i napór sił rodem z nieświadomości zbiorowej (wg nomenklatury jungowskiej) trwały w najlepsze. Nic wtedy nie było łatwe, a ulga, jeśli przychodziła, nie była trwała. Nocni goście, dający się odczuć czasem nawet fizycznie, odczucia telepatyczne przedstawiające mi światy pozbawione światła, ciemne, pełne nienawiści, zawiści i ciężaru wewnętrznego, wizje, jasno-słyszane dźwięki i melodie, przypominały mi, że najwyższe siły jednak czuwają i mają owe nieprzyjemne zjawy na oku… W dzień i przed snem medytowałam, aby wyrównać się i nie poddać ponurym nastrojom, nie pozwolić wciągnąć się pod wodę.

*

2 kwietnia 1999. W nocy długo walczyłam z mrocznymi siłami i obrazami, które znów zaczęły się uporczywie pojawiać w umyśle wbrew mej woli. Zrobiłam szczerą wewnętrzną spowiedź i rachunek sumienia. Przestałam walczyć, wzięłam na siebie wszystko, co wypływało z podświadomości, mimo iż było dziwnie wynaturzone i wstrętne. Znienacka przeleciało obok mnie coś niewielkiego i niewidzialnego, i błyskawicznym ruchem wyciągnęło z mojej twarzy „implant”, po czym natychmiast znikło. Pomyślałam z rozbawieniem, że mógłby to być 30-centymetrowy, tłuściutki aniołek z pomocą. W pokoju rozległ się dziwny dźwięk, podobny do szumu skrzydeł ogromnego ptaka. Trochę mnie przeraził. Ale zaraz potem poczułam lekki ucisk na czaszkę z tyłu głowy i oddziałującą stamtąd czystą, krystaliczną, najwyraźniej chroniącą mnie energię. Trwało to około godziny, potem zasnęłam spokojnie. W dzień przyjrzałam się swojej twarzy, koło nosa był wyraźny ślad po igle i lekkie, zaczerwienione opuchnięcie.

flet

4 kwietnia 1999. Obudził mnie niespodziewany, agresywny atak. Coś skoczyło mi na plecy; zatem znowu wróciło, nie wiem, w jakim celu. Pogodziłam się wewnętrznie z tym, czego doświadczam. A nad ranem w półśnie usłyszałam bardzo prostą melodię graną na zwykłym, drewnianym, wiejskim flecie… chwilę potem zaczął się świt.

5 kwietnia 1999. Wieczorem odczytałam swoje notatki, a w nich opis snu sprzed trzech lat. Zapowiadał wynurzenie się z wód zapomnienia dziwnych, runicznych reliefów wykutych na wielkiej, płaskiej, połyskującej zielonkawą śniedzią okrągłej płycie, pochodzącej jakby z jakiegoś pradawnego eonu. Zgasiwszy światło w pokoju spojrzałam przypadkiem w okno i zauważyłam jasną, wiszącą nisko nad horyzontem gwiazdę. Niedaleko niej dwa mniejsze światła tworzyły razem trójkąt. Przypomniało mi to wizytę lovecraftowskiej Starej Istoty, którą poprzedził sen o trzech gwiazdach i pojazdach należących do bezosobowych istot widocznych na nocnym niebie.

Ledwie zasnęłam jakiś męski głos krzyknął nagle ostrzegawczo: „Almuria!” i zobaczyłam małą dziewczynkę bawiącą się beztrosko w piaskownicy. Niespodziewanie wypełzł z niej ogromny wąż o połyskującej przedziwnie skórze, wzniósł się w górę i próbował ją zaatakować. Wtedy nadbiegł skądś stary ojciec dziewczynki i szpadlem, trzymanym w ręce błyskawicznie odrąbał mu stosunkowo niewielką głowę.

6 kwietnia 1999. Nawiązałam podczas nocnego transu kontakt telepatyczny z kimś niewidzialnym.

10 kwietnia 1999. Pojawiła się istota z gadziej rasy. Jej głos (ostre, przenikliwe świstanie) nie budził żadnych demonicznych skojarzeń (można by go porównać do zapisu dziwnych zaklęć w opowiadaniach Lovecrafta albo pisanego języka hebrajskiego, składającego się jedynie ze spółgłosek. Samogłoski były wymawiane „w umyśle”, być może w innych, niesłyszalnych rejestrach dźwiękowych i to one powodowały, że głos brzmiał tak obco i „sycząco”). Aby mi się przedstawić potwierdziła najpierw prawdziwość dotychczasowych wizji, które odebrałam: tak, wszystko zacznie się realizować według reguł, które już poznałam. Przeszyła mnie przy tym od stóp do głowy błyskawica groźnej energii, podobna do przełamanego pioruna. Skojarzyła mi się z 36 heksagramem Księgi I-Cing: „Gasnące słońce”. Potem zahipnotyzowała mnie bardzo fachowo, przemawiając w swoim szeleszcząco-syczącym języku, którego sens zrozumiałam tak: „Kiedy będę robić zabieg, nie poczujesz żadnego bólu, położysz spokojnie ręce przed sobą, lub z boku, ale nie będziesz nimi niczego utrudniać, ani się bronić…”. To natychmiast skutecznie znieczuliło mi całe plecy, nie odbierając świadomości. Postać ta pobrała z mojej prawej nerki próbkę płynu (również zupełnie bezboleśnie).

12 kwietnia 1999. Poranek zaczął się wielkim biciem serca, a następnie przez głowę przeleciały mi sceny i obrazy wizyjne. Stojąc w oknie balkonu w mieszkaniu na piętrze wołałam ludzi, aby przyszli i zobaczyli, co się dzieje. Wiatr przywiał z bardzo daleka (chyba z południa) wielkie, ciemno-szare strzępy spalonej materii. Ten widok miał w sobie nastrój norwidowskich „lecących szmat zapalonych”. Zahaczały o balustradę, antenę telewizyjną i leciały dalej. Wiedziałam, że są to resztki spalonych ludzi i ich domów.
Potem na ciemnym, ponurym niebie ujrzałam ogromną, jakby zatrzymaną błyskawicę, olbrzymią elektryczną iskrę, rozdzielającą świat na dwie połowy, od wschodu do zachodu. Później górujący krwistoczerwony sierp księżyca w nocy. Oba te obrazy były pełne przerażającego majestatu.
Następnie na niebie, (obserwowałam rzecz przez okno mojego pokoju, wychodzące na zachód) „otworzyły się upusty niebios” i spadały z nich wodospady ciemnej brudnej wody z kamieniami, deszcz meteorów i potop błota. Chwilę później ukazało się dawniej zamieszkane, teraz bezludne, pełne gruzów i pływających śmieci morskie wybrzeże.
Na koniec zaś zajaśniał świat Nowej Ery. Tej wizji towarzyszyła niezwykła muzyka w stylu new age. Był jasny słoneczny dzień. W oddali stało kilka kolorowych (zielonych, czerwonych) domków w kształcie zwykłych prostopadłościanów, w pobliżu których kręcili się młodzi ludzie. W płytkiej i bardzo czystej wodzie strumienia taplało się nagie, szczęśliwe, uśmiechnięte dwu-trzyletnie dziecko. Było jasne, że ci ludzie są całkowicie inni od nas, inaczej myślą, co innego jest im drogie. Oto „stara Ziemia przeminęła” i nikt już tutaj nie ogląda się wstecz.

Senny matrix

Oto opowieść, która mówi o grze toczącej się w Przejawieniu, w ziemskiej materii i świecie małej karmy 1-5 (zobrazowanym symbolicznie przez ruską harmoszkę), z punktu widzenia istot, które bezpośrednio od materii nie zależą. Sen użył obrazu wirtualnej gry, w którą się wchodzi, zapominając o swej pierwotnej postaci. Podobnej do tej, o której opowiadają znane filmy fantastyczne, „Kosiarz umysłów”, „Jumanji”, czy późniejszy „Matrix”.

wirtual

1 kwietnia 1999 roku, (w prima aprilis) przyszedł taki sen:

Jestem mężczyzną. Żyję w miejscu, gdzie panuje pokój i harmonia. W tym świecie, pięknym i doskonałym, opartym na wspólnocie i zgodnej współpracy ze wszystkim, co istnieje, nie ma żadnych nieszczęść, chorób, wrogości, wojen ani śmierci. Znajduje się w nim jednak pewne szczególne urządzenie, służące bardzo wyrafinowanej zabawie. Wygląda jak wielka, rozciągnięta ruska harmoszka wielkości pociągu. Leży na samym brzegu naszego świata, na skraju głębokiej przepaści w zielonych górach. Wewnątrz niej rozciąga się czas, a ludzie tam zamknięci nie mają pojęcia, (bo zapomnieli o tym), że wokół nich panuje niewyobrażalne szczęście.

Któregoś dnia postanawiam doświadczyć tej dziwnej i fascynującej zabawy. Moją intencją nie jest jednak tylko ciekawość i chęć zaznania różnorodnych sytuacji. Nieco wcześniej w Grę wszedł ktoś bardzo mi bliski, a jego powrót zaczął się odwlekać. Jestem szczerze zaniepokojony i wiem, że jeśli pozostanę tu gdzie jestem, taki, jaki jestem, mogę w końcu stanąć oko w oko z osobą, która uzna, że dzieli nas przestrzeń tego, czego doświadczyła w Grze, a o czym ja nie będę miał pojęcia. Postanawiam odnaleźć tę istotę w Grze i zabezpieczyć jakoś jej wyjście, samemu przy okazji gromadząc doświadczenia, które by mnie do niej zbliżyły, a nie oddaliły.

Zabrałem się do tego zadania z uwagą i roztropnością. Ludzie obsługujący Grę wyjaśnili mi szczegółowo zasady jej działania. W regulaminie znajdowało się wiele specjalnych utrudnień, mających służyć doświadczaniu najbardziej skrajnych emocji i przeżyć w trakcie pobytu wewnątrz urządzenia. Podstawowym utrudnieniem była utrata pamięci, gdyż gracz musiał się utożsamić z osobowością jakiejś postaci. Dlatego ważne było, aby już na starcie wybrać okoliczności i rodzaj nauki, które ułatwią osiągnięcie założonego sobie celu jak najprędzej i jak najmniejszym kosztem. W innym wypadku było się zdanym na naturalne procesy ewolucji, panujące w świecie czasu i trzeba było przejść doświadczenia wielu form życia i zaliczyć setki, tysiące biografii, nim wreszcie umysł – znudzony powtarzającymi się negatywnymi bodźcami i doświadczeniami – samodzielnie odkryje sposób wyjścia i szczerze zapragnie to zrobić. Usłyszałem od dozorców wiele uczciwych ostrzeżeń, a nawet rad, abym się z tego wycofał, lecz to pozwoliło mi się bardziej zmobilizować i wewnętrznie przygotować do wykonania obranego zadania. Lepiej było nie lekceważyć możliwych powikłań, toteż w pełni świadomie zdecydowałem się na wejście w czas.

Dostałem się do Gry przez ciasny, długi, workowaty tunel, prowadzący do wnętrza „pociągu”. W ten sposób droga odwrotu nieodwołalnie zamknęła się za mną.

W środku znajdowało się kilka wagonów i przedziałów z niewielką ilością pasażerów. Przechodziłem przez nie po kolei, pilnie rozglądając się wokół siebie i zapoznając się z niektórymi osobami. Wiedziałem, że czegoś szukam, lecz nic nie przykuwało specjalnie mojej uwagi. Zwiedzanie wagonów i przedziałów szybko mi się znudziło, a żadna z poznanych osób nie zainteresowała na dłużej, niż chwilkę. W końcu dowiedziałem się, że jedziemy przez świat z czasów poprzedzających wybuch pierwszej wojny światowej, a w umyśle pojawiła się liczba 18. Wszystko stało się podobne do podróży w Orient-Ekspresie.

W jednym z przedziałów spotkałem nareszcie kobietę, która mi się spodobała, a ja jej. Dotarliśmy razem aż do końcowego wagonu, który jednak okazał się zamknięty. Przedział kończył się harmonijkową kurtyną, za którą oboje mieliśmy nadzieję znaleźć wyjście, ale tak się nie stało. Za zasłoną zaatakował nas nagle jakiś zamaskowany osobnik. Miał wygląd terrorysty, ubrany w długi, szary płaszcz i czarną pończochę zaciągniętą na twarz.

Stoczyłem z nim zwycięską walkę, gdyż z jakichś powodów (być może dlatego, że podawał się za jej ojca) usiłował zabrać mi ukochaną. Kiedy jednak rozłożyłem go na łopatki, okazało się, że dziewczyna znikła i nie miałem innego wyjścia, jak pójść za nią znowu w głąb pociągu. Odszukałem ją w luksusowym wagonie restauracyjnym i odtąd spędzaliśmy czas razem. Aż do chwili, gdy ujrzeliśmy przez okna wielkie, bure chmury dymu na horyzoncie. Nadciągała straszna zawierucha, może wojna. Próbowaliśmy wyjść z pociągu i nawet dotarliśmy do ostatniego wagonu… ale tam znowu nie było z niego wyjścia. Jednak udało nam się spędzić ciekawie czas.

niebo

I tu moja percepcja rozszerzyła się, wyłapując obrazy jak gdyby od początku ciągnące się jednocześnie w zupełnie innej, osobnej linii czasu, dlatego nie wiem, czy działo się to wcześniej, czy później, a może gdzieś obok, lub ponad tamtymi wydarzeniami, a więc przyjmuję, że w przestrzeni wyższego wymiaru, która stała się pierwszą bazą mojego startu w materię. Byłem tam białą istotą, zabezpieczającą sobie powrót dzięki asekuracji współbraci czuwających na zewnątrz i bezpośrednio zaangażowanych w zadanie wpuszczenia w trójwymiar wyzwalającego przekazu światła.

Przebywaliśmy razem w tymczasowym namiocie rozbitym w przestrzeni kosmicznej, pośród niezliczonej ilości gwiazd. Było tam bardzo pięknie, niezwykle, ale w pewnej chwili zginęła gdzieś moja partnerka i zacząłem się zastanawiać, jak ją odnaleźć. Wiedziałem, że muszę to zrobić… Wtedy pojąłem, że trzeba jeszcze wrócić do Gry, bo wciąż – mimo starań – nie została zakończona, a cel – mimo pozorów szczęścia i wolności wcale nie został osiągnięty. Natychmiast wróciłem do punktu wyjścia (i wejścia) i ocknąłem się w ostatnim wagonie przed harmonijkową zasłoną, uporczywie myśląc o sposobie ostatecznego wydostania się z tej dziwnej pułapki.
Wtedy rozległ się z zewnątrz głos człowieka obsługującego Grę. Przypomniał mi mój plan, z którym wszedłem na początku. Powiedział spokojnie:

– Trzeba będzie zagrać trzy razy tę samą rolę.

I w tym momencie obudziłam się na jawie.

Z dziennika wzięć zapis 3

W przedstawianych dzisiaj zapiskach są wizje diaboliczne i obecność anielska, Stara lovecraftowska Istota i wężowy humanoid, skrzydlaty smok, tarcza, oraz UFO zwiastujące śmierć w rodzinie. Wciąż mam wrażenie, że przedstawiciele innych światów, z wyży i z niży, paradowali przede mną po kolei, demonstrując siebie, swoje „moce” i rodzaj świadomości. Przedstawiało mi się Źródło we wszystkich swych przejawieniach i wymiarach. Jaki był tego cel nie mam pojęcia. Nie było w tym, mimo pozorów podobieństwa – brutalnego niszczycielstwa i lekceważenia – z jakim spotykają się na ogół ofiary różnorakich wzięć. Demony nie opętały mnie, gadoidy nie zgwałciły, humanoidy nie użyły jako inkubatora. Być może to także jest przyczyną, że moim przypadkiem nie zainteresował się żaden ufolog, ani teolog, ani egzorcysta, ani ezoteryk.
Niektóre istoty i zjawiska były przerażające, ale jednocześnie w dziwny sposób nie mogły mi zaszkodzić. Owszem, popadłam w silny kryzys nerwowy w pewnym momencie, ale udało mi się z niego wykaraskać stosunkowo szybko o własnych siłach. Wizyty, zabiegi, ataki, implantowanie i wyciąganie implantów lub wstawianie kontr-implantów przeplatać się zaczęły z apokaliptycznymi wizjami przyszłości ludzkiego świata. To one sprawiły, że zajęłam się kilka lat później tłumaczeniem nieznanych u nas tekstów Nostradamusa (można je przeczytać na moim blogu Nostradamus po polsku), w poszukiwaniu jakiegokolwiek potwierdzenia, czy wyjaśnienia tych obrazów.

aliens-et

W nocy 14 lutego 1999 roku ni stąd ni zowąd obudziła mnie ich obecność. Wytwarzali podwyższony poziom energii w całym mieszkaniu, niezwykle czystej, spokojnej, uduchowionej. Takiej energii na pewno nie wydzielają ludzie uwikłani w emocje, iluzje i różnego rodzaju pożądania. Zaczęłam w myślach spontanicznie powtarzać mantrę Om namaha śivaja. W ten sposób dość prędko dostroiłam się do nich i odniosłam wrażenie, że – na ich wzór – zmienia się moja świadomość i sposób odbierania świata. Myślałam o samej sobie zanurzonej w materii i badanych osobach z otoczenia (skądś wiedziałam, że coś takiego dzieje się w sąsiednim mieszkaniu) jako o bardzo interesujących przypadkach z ciekawego świata, który jednak nie jest moim światem. Postrzegałam materię i czas z innej, wyższej perspektywy, trudnej do opisania słowami, abstrakcyjnej i bezosobowej. Była w niej całkowita wolność od ego. W ich sposobie oglądania życia nie było nawet odrobiny emocji. Posiadają naukową ciekawość i pasję intelektualisty, ale zupełnie nie pojmują, co to jest strach o własne ciało, cierpienie, ból, pragnienie czy zachwyt, są to dla nich zjawiska zewnętrzne, naukowo opisywalne i pilnie studiowane „szkiełkiem i okiem”. Bardzo szybko odczułam brak jakiegokolwiek ciepła z ich strony i zatęskniłam za obecnością „mojego ojca”.
Wpadłam w trans i obudziłam się na poziomie drugiego ciała, leżąc na prawym boku. Ktoś stał za mną i poczułam, jak wbija mi w dół pleców grubą igłę. Zabolało, ale nie szarpałam się, tylko jęknęłam i w końcu rozpłakałam się (czując się przy tym jak małe dziecko u lekarza). Istota milczała i spokojnie, fachowo robiła swoje. Nie była wroga. Grubość igły mogła mieć nawet 1,5-2 mm średnicy i sięgała głęboko. Usłyszałam odgłos bulgotania jakiegoś rzadkiego płynu (z pewnością nie była to krew), zasysanego przez tłok. Ocknęłam się po chwili na jawie w zupełnej ciszy. W miejscu pobrania próbki narastał bardzo przykry do zniesienia ból, który odczuwałam jeszcze przez dwa dni. Wymacałam tam wyraźny ślad po ukłuciu, które odbyło się przez kołdrę, tak jakby nie stanowiła żadnej przeszkody.

Wieczorem 14 lutego 1999 roku TVP1 nadała film dokumentalny o sektach satanistycznych. Nie obejrzałam go, ale poczułam narastający niepokój już w kilka minut po emisji. Tej nocy, aż do rana walczyłam z czymś, co spadło na mnie i ogarnęło jak wielki i straszny, nieskończenie mroczny cień. Intuicyjnie zaczęłam powtarzać imię Sai Baby. Nasunęło mi się samo pewnie dlatego, że niedawno rozmawiałam ze znajomym, entuzjastycznie w niego zapatrzonym. Natychmiast moje myśli nabrały mocy dźwięku, słyszałam je, jak gdyby wypowiadane głosem. Cień nie sforsował serca i znikł. Obudziłam się spokojna i bardzo wdzięczna.
Ledwie się zdrzemnęłam, zjawił się ponownie. Tym razem oglądałam go z zewnątrz. Był smoliście czarny. Miał postać rogatego, obupłciowego, hybrydycznego kozła. Baphomet straszył, atakując demoniczną aurą, która usiłowała mnie zagarnąć i wessać w siebie opętańczo. W którymś momencie odniosłam wrażenie, że za chwilę usłyszę – całkiem na jawie –- syczący, przenikliwy głos, przypominający brzmieniem głos dinozauroida, który mnie niedawno odwiedził. Rozlegał się zza otwartych drzwi do drugiego pokoju. Ten głos miał moc, by obudzić mnie z przerażającego transu i czuwał nad zjawami powstającymi w moim mózgu. Kontrolował je!
Kolejny raz zaatakował znienacka. Obudziłam się nagle na poziomie drugiego ciała [tj. astralnej odbitki]. Widziałam nad swoją głową wirującą czarną, niewątpliwie ludzką postać. Wykrzykiwałam w wielkiej panice imię Sai. Wszystko nagle ustało i obudziłam się spokojnie na jawie. Następnym razem ukazał mi się na mgnienie oka ów demoniczny duch. Miał twarz Adolfa Hitlera.
Nad ranem przyśniło mi się, że widzę na ekranie telewizora diabelską postać, wyłączam telewizor z kontaktu, a potem otwieram pudło ze sterującymi guzikami przypominające klawiaturę komputera, które jest częścią odbiornika i znajduję w nim kartę z błogosławieństwem z okazji chrztu i pierwszej komunii świętej… uff, prawdziwa ulga. Odeszło.
Tego samego wieczoru znów jednak poczułam narastanie dziwnego niepokoju. Nauczona doświadczeniem wpatrywałam się przez jakąś godzinę w podarowane mi zdjęcie Sai Baby. Dzięki temu, kiedy położyłam się spać jego wyobrażona postać „położyła się” obok mnie. Ledwie zapadłam w pierwszy półsen, znów zaczął się atak ciemnej siły, nie był już jednak tak straszny jak poprzedni. Nagle poczułam, że otula mnie cudownie świetlista aura i mroczna energia nie ma do mnie najmniejszego dostępu! Czyjś nieznany męski głos próbował daremnie wedrzeć się do mojej psychiki, ale nie sforsował Światła i wkrótce znikł.

Powrót do równowagi emocjonalnej był już teraz kwestią godzin. Przez dwa następne dni prześladowało mnie tylko dziwne wyobrażenie. Była to spalona, smolista ciemność otaczająca mnie zewsząd w postaci łuszczącej się i rozpadającej czarnej skorupy. Nie stanowiła żadnego niebezpieczeństwa, gdyż była tylko tłem, spoza którego przenikało mnie wielkie, krystaliczne, czyste światło. Stopniowo rozpadła się zupełnie i znikła.

15 lutego 1999 roku. Wizja rozżarzonego czerwonawą, radioaktywną poświatą nieba na zachodzie. W umyśle bezpośrednie informacje o ostatecznym złamaniu i zniszczeniu bariery rozciągającej się wokół Ziemi, utrzymującej dotąd wielkie rzesze ludzi w całkowitej ignorancji i iluzji, co do spraw ducha.

Happy cartoon dragon flying

18 lutego 1999 roku. Pojawił się nagle obraz jadowitego węża, wypełzającego zza kamienia. Obudziła mnie z tego silnie wibrująca energia, rozprzestrzeniająca się nad moim ciałem, jak gdyby z jakiejś prostokątnej płaskiej tarczy. Była tak dziwnie falująca, potężna i nieodgadniona, że rozpłakałam się ze strachu (w drugim ciele) i zawołałam w jej kierunku, że bardzo się boję, bo nie rozumiem, co się dzieje. Nie przerywając oddziaływania wibracjami to „coś” pochyliło się nade mną i… polizało dużym, szerokim, psim językiem kilka razy po karku. Ta dziwna i potężna istota miała w sobie czystą, głęboką, opiekuńczą kobiecość jak matka. Jej gest budził zaufanie i całkowicie mnie uspokoił. Zresztą zaraz potem wszystko znikło, tylko w mojej wyobraźni pozostawał jeszcze dość długo obraz długiego, zielono czerwonego latającego smoka.

19 lutego 1999 roku. Poczułam obecność niewidzialnej, potężnej, anielskiej istoty o czystych wibracjach, którymi napełniła całe mieszkanie. Jednocześnie pojawił się proporcjonalnie wobec niej niewielki, wściekle warczący wilk. Istota przemówiła z początku w języku, którego nie znałam i nie potrafiłam zidentyfikować, nie był to żaden europejski ani współczesny język (mógł to być starohebrajski, a może aramejski). Po intonacji zorientowałam się, że jest to, wypowiadana z gorliwą wiarą modlitwa do Boga. Następnie głosem papieża Jana Pawła II powiedziała mi wprost do ucha:
– Wszyscy będą spokojnie zasiadać (wieczorem? w nocy? w ciemności?) przed telewizorami, kiedy niespodziewanie ujawni się straszna zbrodnia. (Tu przemknęła mi myśl o nagłym upadku jakiejś ważnej wpływowej osoby). To zaskoczy i zdziwi wszystkich. Po pierwszym szoku najpierw zapadnie cisza, ale później zacznie się hałas, zamęt i nic już odtąd nie będzie takie, jakie było.
Zaraz potem Anioł jednym ruchem ręki wydostał mnie z ciała i pofrunęłam nad przepięknym widnokręgiem, symbolicznie przedstawiającym moje przyszłe życie. Spotkałam tam nieznanych ludzi, którzy wspominali o tym, co mnie jeszcze czeka, a co rzeczywiście zaczęło się spełniać jakieś dwa lata później.

 

hełm

1 marca 1999 roku. Zaczęłam czytać Apokalipsę. W nocy ukazały się hipnagogiczne odpowiedzi na pytania. Zobaczyłam żołnierza w mundurze khaki i hełmie na głowie. Jego twarz przypominała mapę, wydłużoną ku dołowi, składającą się jakby z dwóch części, w których rozpoznałam: u dołu Afrykę, u góry – południową Europę. Kontury wybrzeży, okalających Morze Śródziemne były smoliście czarne, w środku wiele ciemnych cieni. Robiło to bardzo ponure wrażenie, bo wyglądało jak czaszka dziwnego strasznego stwora. Wkrótce twarz-mapa przemieniła się w ludzką, człowiek ten miał jednak ohydnie długi, niezwykle gruby i zakrzywiony ku dołowi, nochal. Kiedy zadałam pytanie o los religii chrześcijańskiej w Europie, ujrzałam wieżę kościelną z naszego parafialnego kościoła. Jej szczyt był poszarzały, jak gdyby wypalony i pozbawiony dzwonu. Przypominał pusty, ziejący martwą ciemnością oczodół.

6 marca 1999 roku. Nad ranem poczułam najpierw intensywne wibracje w miejscach nad uszami, po czym ukazały się obrazy z przyszłości: Smoliście i upiornie czarny mrok. Ziemia zasnuta przerażającymi chmurami, gdzieniegdzie tylko na obrzeżach chmur błyskało blade światełko. Cienie budynków, wielkich bloków mieszkalnych. Od czasu do czasu błyskały światła pojedynczych, ręcznych latarek, tak jakby ludzie szukali się albo sprawdzali sytuację.
Potem linia czasu jako podziałka na linijce. Wyraźnie zaznaczony na niej próg oddzielał jedno „tysiąclecie” od drugiego. Od strony przyszłości zmierzały ku niemu liczne niewysokie i podobne do siebie jak krople wody humanoidy. Wystający próg zamienił się nagle w dołek. Zrozumiałam, że symbolizuje wielki niespodziewany kryzys.

10.III.1999r. Śr. Od kilku dni zanik apetytu. Jem symbolicznie i raczej z rozsądku. Piję dużo czystej wody, zamiast herbaty, czy kawy. Czuję silne czyszczenie energii, osłabiające nieco ciało fizyczne, bo uruchamia ono toksyny. Pojawiła się także nadwrażliwość na głośniejsze dźwięki. Skurcz lękowy jest bardzo intensywny, czego przyczyną jest także mama, z którą pozostaję ostatnio w jedynym układzie towarzyskim. Wyczuwa, że coś się ze mną dzieje. Brakuje mi ludzi, którzy wzięliby to, co wiem na poważnie, którzy pomogliby mi się wyrównać. Do tego tekst Apokalipsy jest napisany w tak pełnym grozy języku, że dodaje mi tylko ciężaru do niesienia. Wszystko, na co spojrzę wydaje mi się straszne, makabryczne. Nie mogę oglądać telewizji i uśmiechniętych ludzi (w mojej wyobraźni spływa z nich krew, hektolitry krwi), wciąga mnie jakiś ponury lej, rozedrganie, pojawiają się skurcze przełyku i odruchy wymiotne, czasem całe moje ciało drga w jakichś niekontrolowanych skurczach (raz poczułam wtedy silne pulsowanie na karku), prawie nic nie jem.
Mantrowałam, ale w stresie. Pomodliłam się o pomoc, o wsparcie, o miłość, która wyrwałaby mnie z tej przepaści lękowej i wsparła w życiu. Jestem z tym zupełnie sama. W nocy zjawili się. Była to czyjaś przyjazna, czysta Obecność, bez ingerencji. Nad łóżkiem (dużym, małżeńskim moich rodziców) w ścianie było gniazdko, w które wetknięto aż 3 wtyczki z przewodami jednocześnie. 2 z nich rozchodziły się wzdłuż ściany, na prawo i lewo, a trzecia była jakoś połączona z moim ojcem, który leżał w łóżku i był z nią kłopot energetyczny, iskrzyła. Ojciec leżał na odwrót w łóżku, nogami do ściany, a ja obejmowałam go od strony pleców i głaskałam uspokajająco po głowie, próbując przemówić do rozsądku i pocieszyć. Był inny, niż w rzeczywistości, przede wszystkim młodszy (może w moim wieku teraz), miał inny głos, ale za to narzekał i biadał dokładnie jak kiedyś. Przepełniały go rozpaczliwe żale do świata i na swój los. Skarżył się, że kiedy wypełni komuś kupon Toto-lotka, to ten ktoś wygrywa, a jemu nigdy się to nie udało. Perswadowałam mu cierpliwie, że nie czas teraz tym się zajmować, że jest już na to za późno.
[Sen odczytuję w odwróceniu. Istota przybierająca postać ojca usiłowała mnie pocieszyć i wytłumaczyć, że dręczę się podobnie, jak robił to kiedyś mój ojciec. Co sprawia kłopot w przesyłaniu energii i kontakcie.]

ctulhu

12 marca 1999 roku. W świadomym śnie szłam z ojcem ulicą miasta i na nocnym niebie spostrzegłam trzy światła szybko zmieniające kurs. Zaaferowana pokazałam pojazdy ojcu, a on stanowczym tonem kazał mi zatrzymać się i nie ruszać. W tej samej chwili obudziłam się na poziomie drugiego ciała i ujrzałam jak z jednego ze świecących pojazdów wynurza się w błyskawicznym tempie ogromna, pozbawiona głowy i oczu istota. Była ciemna, bezkształtna, właściwie sam olbrzymi korpus, z którego sterczało wiele, wiele kończyn. Skojarzyła mi się ze Starą Istotą z opowiadań H. P. Lovecrafta. To trwało dosłownie ułamek sekundy. Wbiła mi ostrą igłę pod podstawę czaszki, umieściła tam coś i natychmiast znikła. Ból ściągnął mnie błyskawicznie do ciała fizycznego, czyli na jawę i odczuwałam go jeszcze przez dwa dni. Potem pojawiał się sporadycznie, ale intensywnie przez kilka lat.

26 marca 1999 roku. Poprzedniego wieczoru, o godz. 19.05 zaobserwowałam na rozgwieżdżonym niebie – stojąc na podwórzu – przelot jasnego światła na wschód od strony księżyca będącego wtedy prawie w zenicie. Światło było wielkości Wenus i leciało w linii prostej, nie przypominając samolotu. Kiedy jednak znalazło się nade mną, nagle rozbłysło o wiele jaśniej jak lampa, a potem dość szybko zmniejszyło się do rozmiarów punktu i błyskawicznie znikło.
Tej nocy przeżyłam w transie jazdę samochodem, masaż serca, który robił mi jakiś lekarz i trzy-cztery bolesne zastrzyki w klatkę piersiową.

Dwa dni później zmarł nagle, na czwarty zawał serca, w drodze do szpitala mój wujek, wieziony pogotowiem reanimacyjnym. Choć brzmi to jak w bajce o gasnących gwiazdach, to światło podczas lotu rozbłysło dokładnie nad jego domem.

zielony

W środku nocy 31 marca 1999 roku ni stąd ni zowąd zaczęłam rozmyślać o pokrętnych sposobach stosowanych przez gadzie istoty, które najwidoczniej umieściły mi na karku swój implant, a w wyobraźnię wsączyły lęk i zwątpienie. Toteż, kiedy teraz nagle ktoś zjawił się w pokoju, wzięłam go za gada. Ogarnęła mnie znajoma demoniczna energia i instynktownie wykonałam w samoobronie znak krzyża. Natychmiast poczułam, że negatywne wrażenie znika, tak jak maska spadająca z twarzy aktora, ale istota stała dalej, co spowodowało, że wpadłam w panikę i powtarzałam z wielką determinacją, a w końcu nawet złością, formułkę: „W imię Jezusa Chrystusa wypędzam cię!”. Postać ta zachowała jednak stoicki spokój i usiłowała wyciągnąć mi implant z podstawy czaszki, wstrzyknięty tam przez lovecraftowskiego potwora. W końcu szybkim, sprawnym ruchem umieściła coś w okolicy nosa po lewej stronie na mojej twarzy i dokręciła jak śrubkę. W trakcie tej czynności wdała się ze mną, tonem zabawnie opryskliwym, w rozmowę. Był to mężczyzna, niewielkiego wzrostu (ok. 1,2 metra). Dotknęłam jego dłoni, aby sprawdzić, czy nie ma szponów. Miał długie, ostre paznokcie, które wydały mi się na tyle podejrzane, że nie przestawałam protestować. „No, więc pokażę ci się. Możesz mi się przyjrzeć…” – zdecydował się nagle i lekko zeskoczył zza moich pleców na podłogę przy tapczanie, ukucnął, czekając, aż na niego spojrzę. Zasłoniłam sobie oczy, aby nie móc tego zrobić. Bałam się jego widoku i tego, że zobaczę wężową istotę, co już kompletnie odbierze mi rozum. „No, to się baj!” – zrezygnował w końcu i wymówiwszy te wieloznaczne słowa szybko znikł z pokoju, przez okno. W jego głosie było zniecierpliwienie i rodzaj lekkiego pogardliwego rozbawienia wobec mojej panicznej reakcji. Natychmiast pożałowałam, że nie skorzystałam z okazji zobaczenia jednego z moich nocnych gości. I wtedy natychmiast ukazała mi się pod powiekami twarz tej istoty. Głowa kształtem przypominała innych humanoidów – duża, łysa czaszka z niewielkim podbródkiem, wielkie, ciemne, skośne oczy bez białek, ale skóra była zielonkawa, pokryta wężowymi, drobnymi łuskami.

Cdn.

Z dziennika wzięć zapis 2

Jak poprzednio powstrzymuję się od komentarzy. Zwłaszcza, że gadoidy, czyli reptilianie są modnym tematem od jakiegoś czasu. Wtedy, gdy zdałam sobie sprawę z ich obecności i roli, jaką zajmują na polu Świadomości, wiedziałam o nich dość mało. Najwięcej, jak się okazało, z ksiąg indyjskich. Teraz, przeszukując popularne zasoby grafik internetowych w gadzim temacie niewiele znalazłam rysunków choćby z grubsza podobnych do istot, które widziałam i wyczuwałam.
Zwracam też uwagę, że spotkania z drugą stroną były naprzemienne, jeśli chodzi o coś, co z ludzkiego punktu widzenia można nazwać: dobro i zło, jasne i ciemne. Strach był dozowany i pod jakąś kontrolą. Istoty były różnego autoramentu, włączając także wśród nich bogów i anioły. Zwracam uwagę na wizytę pary w psiej czapce.

anunnaki

19 stycznia 1999 roku. Krótko po północy na dworze zaczęło się coś dziać. Mój stary, kilkunastoletni pies obszczekiwał z młodzieńczą zajadłością i wyraźną wrogością trasę wzdłuż ogrodzenia sąsiada przed domem. Zaniepokoiło mnie to. Poczułam ogarniające mnie wbrew woli nastroje i myśli, które można by scharakteryzować jako demoniczne, złe, opętańcze. I nagle coś się pojawiło koło tapczanu. Byłam zawinięta w kołdrę aż po czubek głowy, ale strach, który poczułam, jeżący włosy na całym ciele, kazał mi się ukryć jeszcze szczelniej. Zaczęłam jak katarynka powtarzać słowa pacierza, a lęk tak się wzmógł, że pomyślałam, iż muszę się przygotować na śmierć.
Odniosłam wrażenie, że to „coś” usiłuje do mnie dotrzeć. Obwąchiwało mnie jak pies, dotykało, muskając kołdrę z zewnątrz i odniosłam wrażenie, że ma szponiaste, zakończone bardzo długimi i ostrymi pazurami, palce. W końcu chyba ustaliło sobie to, co miało ustalić i zaraz usłyszałam dziwny i obcy dźwięk – jego głos. Było to ciche mamrotanie, ostro świszcząco-syczący szept, wypowiadający jakieś niezrozumiałe „mantry”, być może miało mnie uśpić lub coś mi zasugerować, gdyż poczułam, że nie panuję nad swoją świadomością, choć nie straciłam przytomności. Po chwili ujrzałam pod zamkniętymi powiekami wpatrujące się we mnie uważnie i bez mrugnięcia, ogromne, szeroko otwarte, migdałowe oko. Przez dłuższą chwilę istota lustrowała zawartość mojego umysłu, a potem tak samo błyskawicznie jak się pojawiła – znikła z pokoju, przez okno.

dinozaur

Przypominała dinozaura, drapieżnego i groźnego, pochylonego, na zręcznych silnych nogach, bardzo prędkiego, o zwierzęco – zupełnie inaczej, niż ludzkie – wyostrzonych zmysłach, refleksie i percepcji. Była bezwzględnie obojętna i nie bawiła się w dostosowywanie się do ludzkiego świata, tak jak czynili to wcześniej odwiedzający mnie humanoidzi. Znała skuteczne chwyty i używała ich bez liczenia się ze skutkami dla mojej osoby. Mimo to (może właśnie z tego powodu) wydała mi się szczególnie fascynująca, niezwykła i pełna mocy. W trakcie spotkania czułam intensywne oddziaływania na splocie słonecznym, tak jakbym miała tam stalową tarczę [w mojej wyobraźni pokrytą jakimiś dziwnymi runami]. Wydawało mi się także, że jestem szczelnie wraz z głową przykryta kołdrą, ale gdy wszystko minęło okazało się, że jednak twarz mam odkrytą.

20 stycznia 1999 roku. Zaczęło się gorącym, energetycznym „plastrem” na plecach. Następnie pojawiło się coś z tyłu nad głową mające płaską, kwadratową powierzchnię, która zaczęła emitować silnie mrowiącą energię. To oddziaływanie spowodowało drgania w przełyku (w fizycznym ciele) i już po chwili całe gardło i krtań były w ten sposób „potrząsane” i „otrzepywane” z blokujących je drobnych skurczów mięśni. Wszystko trwało kilkanaście sekund, nie więcej. Poczułam silny przepływ energii, tak swędzącej, że zaczęłam pokasływać. Przyłożyłam tam ręce. Po tym zabiegu odczułam także muśnięcie nieco delikatniejszej energii w dolnej partii ciała, która natychmiast usunęła ból receptorów w stopach, dokuczający mi od kilku dni.
W końcu ktoś się nagle zjawił. Drobny nieznajomy mężczyzna. Położył się wzdłuż mojego ciała i wydawało mi się, że w jakiś sposób widzę jego zarys jako szczupły, niewyraźny cień. Powiedział, że ponieważ mam takie możliwości (pomyślałam, że chodzi mu o inicjacje reiki), uruchomi teraz we mnie przepływ energii przez dłonie i już po chwili porobił jakieś znaki. I rzeczywiście, zaraz poczułam, że dłonie robią się bardzo gorące, a trzymanie ich na grasicy i przy gardle łagodzi denerwujące podrażnienie w przełyku (wystarczyło je odjąć, aby od razu się rozkasłać). A on szybko zabrał się do bardziej mechanicznego zabiegu, gdyż poczułam, że usiłuje wbić mi igłę w udo pod lewym pośladkiem. Gdy zabolało, poruszyłam nerwowo nogą, raz, potem drugi, bolało. Usłyszałam nagły szelest w pokoju, gwałtowny ruch, i jednak zdecydowanie zdołał zrobić swoje. Zapiekło. Po czym wszystko natychmiast znikło. Na moim ciele pojawił się jednak wyraźny ślad po ukłuciu, mimo że zastrzyk dostałam bez odsuwania kołdry, tak jakby wcale jej nie było.

21 stycznia 1999 roku. Raz i na bardzo krótko pojawił się ktoś (a może raczej coś?), co ujrzałam kątem oka, jako poruszający się szybko cień. Poczułam niewielki ból po nakłuciu w miejscu starej blizny po ospie na lewym ramieniu. Drobne ukłucia tak szybko następowały po sobie jak w maszynie do szycia, a igła podnosiła się błyskawicznie po jednej linii („nitki”) i od razu ponownie uderzała w ciało. Na koniec „aparat” bardzo szybko i bezboleśnie „wyciągnął” coś znad moich zębów w górnej szczęce po lewej stronie (było to dokuczające mi sporadycznie od roku ognisko zapalne w zatoce okołoszczękowej) i znikł.

Pippi

25 stycznia 1999 roku w nocy nagle zorientowałam się, że dzieje się coś dziwnego. Usłyszałam specyficzny buczący dźwięk wokół siebie, który generował fale energii i uświadomiłam sobie, że unoszę się w powietrzu! Zsunęłam lewą rękę w dół, stwierdzając, iż rzeczywiście – wiszę jakieś 10 centymetrów nad tapczanem. Zaraz potem usłyszałam koło siebie nieznany męski głos przemawiający do mnie łagodnie w stylu: „Dobrze, a ponieważ jesteś taka grzeczna zasłużyłaś sobie na nagrodę…” i w jednej chwili moje usta otworzyły się same i poczułam ukłucie igły w górne dziąsło, nad przednimi zębami. Zabolało i trochę się przestraszyłam. Mogłam jednak otworzyć oczy i ujrzałam jakichś ludzi. Szczupłego lekarza w białym kitlu (dość szybko jednak usunął się z mojego pola widzenia) oraz niewysoką drobną pielęgniareczkę, stojącą z posłusznym pochyleniem głowy i wysłuchującą pilnie poleceń „pana doktora”. Była niska, w nieskazitelnie białym fartuszku, z grzecznym uśmiechem na piegowatej buzi okolonej rudymi włosami, wystającymi spod pielęgniarskiego czepka. Skojarzyła mi się z Pippi Langstrumpf i to mnie rozbawiło, mimo głupiej sytuacji, w której się znajdowałam. Z zapałem powtórzyła polecenie „pana doktora”, w którym było zdanie o „dwóch wiewiórkach”, co nasunęło mi pomysł, że przyjdą jeszcze jakieś nowe wiewiórko-podobne istoty z innej rasy. Tak się jednak nie stało, istoty musiały mówić o moich dwóch zębach-siekaczach, wiewiórczym atrybucie z plakatów reklamujących dzieciom szczoteczkę i pastę do zębów.

[Z podręcznego sennika: Dwa przednie zęby w symbolice snu oznaczają rodziców, w tym wypadku Matkę i Ojca ze sfery nieprzejawionej].

Obudziłam się z tego nagle, leżąc na wznak, tak jak zasnęłam. Szybko otworzyłam jedno oko, nikogo wokół mnie nie było. Tylko w ustach działo się jeszcze coś dziwnego. Na powierzchni całego górnego podniebienia czułam mechaniczne oddziaływanie jakiejś energii, wygładzającej dziąsła od wewnątrz i rozsuwającej bardzo delikatnie zęby. Prawa dwójka trochę mnie zabolała, gdy docisnęłam szczęki, ale to szybko minęło.

3 lutego 1999 roku. Przy pomocy cienkich wierteł (trochę grubszych od zwykłej igły) istoty umieściły przynajmniej kilka implantów w moich plecach, krzyczałam z bólu, ocknąwszy się w drugim ciele, daremnie. Pod obiema łopatkami i w okolicach obu nerek, także przy kręgosłupie. Głos, o zupełnie innym, niż dotychczas znane brzmieniu (pogłębionym emocjonalnie i wydobywającym się jak gdyby z okolic brzucha), mówiący z początku płynnie po angielsku! (nie znam tego języka) przygotował mnie na otrzymanie jakichś ważnych wiadomości, które mam zapisać i przekazać innym.
Z tekstu lejącego się szybko, bez akcentu, przecinków i kropek, i bez powtórek zapamiętałam informację, że istnieje jakiś ważny prezes, którego osobiste ingerencje są wielką rzadkością, a który polecił zająć się szczególnie moją osobą (a raczej tym, co robię), gdyż zależy mu na współpracy z tymi, którzy potrafią „mędrkować” (przy tym słowie głos jakby się zaciął, próbując utworzyć polskie słowo na bazie rzeczownika mądrość, efekt wyraźnie go nie zadowolił), „a ta dziewczyna potrafi”.

[Hm, prawdopodobnie szło o to, że w żadnej z takich dziwnych sytuacji nie reagowałam psychozą, fanatyzmem religijnym, ani schizofrenią, czyli nie biegłam do księdza czy lekarza, tylko sięgałam do książek, samodzielnie próbując cokolwiek zrozumieć].

4 lutego 1999 roku. Złożyłam długo odwlekaną wizytę dentystce, prosząc o zaplombowanie dolnej lewej trójki, która od miesiąca zaczęła boleśnie dawać o sobie znać. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że ząb jest całkowicie zdrowy i nie ma w nim najmniejszego śladu po ubytku, który był tam jeszcze wczoraj.

13 lutego 1999 roku około 23.30 najpierw zgasło światło w całym domu, a po kilku minutach, mimo wyłączenia zapaliło się samo w drugim pokoju, w którym nikt nie spał. Prawie jednocześnie rozpłakało się na cały głos, obudzone czymś znienacka dziecko siostry, śpiące w mieszkaniu na piętrze. Całą noc byłam dziwnie napięta i czujna, w końcu koło piątej zjawiła się jakaś istota. Jej obecność oznajmiło, przypominające zgniatanie w palcach szeleszczącego papieru, „trzeszczenie powietrza” przy moim uchu. To zaraz wprowadziło mnie w sen. Mimo to wiem dobrze, że robiono mi tej nocy jakieś zabiegi.
Co pewien czas wracałam do przytomności i wyłapywałam nieliczne wrażenia, po czym znów zabierał mnie w nieświadomość usypiający kulisty pocisk energii. Rano okazało się, że pamiętam jednak strzępki wydarzeń, fragmenty snów. Słyszałam głos istoty, przemawiającej na wysokości mojej głowy przy tapczanie. Był inny, niż dotychczas poznane, bardziej bełkotliwy (tak, jakby istota sepleniła, czyli „miała kluski w buzi”). Z potoku monotonnych wyrazów zapamiętałam jedynie słowo „śledziona” i że był to wykład na temat funkcjonowania tego organu w ciele.
Dopiero w dzień nagle przypomniałam sobie, że w pewnym momencie w sąsiednim pokoju pojawiło się coś w rodzaju dwóch buzujących energią, niewidzialnych kul (był to rodzaj odkształcenia w zewnętrznej rzeczywistości, trójwymiarowego zakrzywienia przestrzeni, przesuwającego się swobodnie w powietrzu), które błyskawicznie znalazły się przy moim tapczanie i, przyjąwszy postacie humanoidalnych istot rozsiadły się w fotelach. Jedna z nich była kobietą, druga mężczyzną. Mignęła mi jego poważna, nieco płaska i bez właściwej ludziom mimiki – twarz. Był łysy, o ziemistej cerze, miał spiczaste uszy, głębokie, ciemne oczy, płaskie i bardzo szerokie usta, oraz wystający zdecydowanie, a nawet ze sporą brutalnością, ostry podbródek. Chwilę potem jego obraz zamienił się w negatyw, twarz stała się czarna, jak gdyby zasłonięta czarną maską, a tylko oczy (i uszy) jaśniały. Żeńska istota przybrała kształt niskiej kobiety o wydatnym biuście, ale twarzy nieokreślonej, a na jej głowie zobaczyłam brązową czapkę z doszytymi po obu stronach długimi psimi uszami, a la disneyowski pies Pluto.

[Kilka tygodni później otworzyłam przypadkowo książkę o mitologii greckiej, i przeczytałam na tej stronie, że bóg podziemi Hades (Pluton) pojawiał się między ludźmi w czapce-niewidce z uszami psa. W takim razie jego towarzyszka musiała być Prozerpiną, córką Demeter.]

Z dziennika wzięć zapis 1

Tych zdarzeń komentować nie zamierzam. Niech mówią same za siebie. Notatki z nocnych przeżyć robiłam bardzo skrupulatnie każdego dnia, rozumiejąc, że podlegam jakiemuś szczególnemu „odgórnemu” procesowi, któremu mimo wszystko muszę zaufać. Bo nie mam innego wyjścia. Wizyty nocne powtarzały się zrazu co noc, potem nieco rzadziej aż do 2003 roku. Z czasem zastąpiły go rozbudowane wizyjne sny z „wyższej półki”. Niniejszy zapis wszedł w skład mojej książki „Przemiany w ultrafiolecie” wydanej w 2003 w Wydawnictwie Brama.

*

7 stycznia 1999 roku. Coś się wydarzyło w nocy, czego nie zapamiętałam, a po czym poczułam się bardzo dziwnie. Spędziłam potem prawie cały dzień siedząc nieruchomo na krześle, w specyficznym obezwładnieniu ciała i umysłu.

11 stycznia 1999 roku. Przyśniła mi się postać w mnisim habicie i kapturze, stojąca za drzwiami mojego pokoju. Obudziły mnie… prawdziwe zastrzyki w lewy pośladek.

13 stycznia 1999 roku. W środku nocy ocknęłam się z jakiegoś niepamiętanego transu w swoim łóżku jako… Jezus Chrystus, cały w uśmiechach, bardzo, bardzo szczęśliwy.

14 stycznia 1999 roku. Otworzyłam nagle oczy, wyrwana na jawę z głębokiego snu z jedną tylko, ale za to jakże radosną myślą: „Pochodzę z przyszłości!”

15 stycznia 1999 roku około 3:00 w nocy obudziło mnie nagle coś podobnego do gwałtownego rumoru i okrzyk mamy śpiącej w sąsiednim pokoju, krótki, urwany, jak gdyby napadnięto ją z zaskoczenia. Kiedy jednak ocknęłam się, okazało się, że w domu panuje kompletna cisza, więc uznałam wszystko za sen. Tylko bez żadnego powodu serce biło mi jak oszalałe i nie wiem, z jakiego powodu myślałam uporczywie o białym kosmicie widzianym kiedyś za oknem. Jak gdyby w odpowiedzi na te myśli (i wewnętrzne perswazje w rodzaju: to był tylko sen, nie jawa) rozległy się kilka razy głośne stuknięcia w blaszany parapet okna od zewnątrz i po chwili z pewnej odległości na podwórzu zaszczekał pies – krótko, bez agresji, ale ostrzegawczo.
Nie mogłam zasnąć. Uporczywie analizowałam zapamiętane strzępki snu, z którego właśnie się obudziłam. Majaczyli mi w głowie dwaj moi koledzy, horoskopowi bliźniacy, którzy trzymając się za ręce wyfrunęli z pokoju przez okno, także troje śpiewających dzieci oraz dwie wypalone świece w lichtarzu. Druga zgasła na moich oczach, co mnie zdumiało, gdyż byłam przekonana, że dopiero co nową zapaliłam, a tu tymczasem zostały tylko resztki stearyny i kawałek wypalonego knota. Na koniec zjawiał się w pamięci króciusieńki obraz kilku (może trzech) białych, szczupłych, niewysokich istot w moim pokoju i męski, mechaniczny głos mówiący, że trzeba będzie jeszcze pokłonić się trzy razy. Poza tym bolało mnie prawe biodro i czułam wzmożone mrowienia w gardle. Zdziwił mnie także fakt, że termofor, którym zawsze rozgrzewam stopy w zimie jest jeszcze o tej porze ciepły, zazwyczaj szybko stygnie i powinien już być chłodny.
Około 5:00 rano (odróżniałam tę godzinę, gdyż sąsiad o tej porze codziennie wyjeżdżał do pracy samochodem) zdałam sobie sprawę, że wchodzę w trans. Znienacka poczułam na plecach obecność mężczyzny, znanego mi od lat z wielu wizyt. Uznałam go za ducha mojego ojca. Teraz szeptał mi jakieś informacje do lewego ucha, a ja wiedziałam, że to nie jest mój ojciec! Jego głos brzmiał o wiele młodziej i miał mechaniczne zabarwienie. Jego słowa docierały do mnie niewyraźnie. Słychać było lekki szum i trzaski zakłócające odbiór, trochę jak w źle dostrojonym odbiorniku radiowym. Zrozumiałam tylko, że ostrzega mnie przed spotkaniem z czymś złym w przyszłości, a także podkreśla znaczenie tego, co zaczęłam właśnie zapisywać w komputerze.
– To prawdziwy skarb, pilnuj go – mówił tak najwyraźniej o moich zapiskach, co mnie zdziwiło. Nie miałam o nich (ani tym bardziej o sobie) zbyt wielkiego mniemania. Ponieważ z trudem docierała do mnie treść jego słów, kilkakrotnie poprosiłam go o powtórzenie informacji, a on bardzo cierpliwie powtarzał wszystko od początku. Na koniec zapytał, czy chcę wiedzieć coś jeszcze.
– Tak, powiedz mi, co się wydarzy w moim życiu osobistym.
Skwapliwie i życzliwie przepowiedział mi bieg wypadków, a kiedy skończył, zorientowałam się, że wokół mnie kręci się więcej osób. Naliczyłam trzy. Dwaj krótko ostrzyżeni bruneci we współczesnych ubraniach. Mieli jakieś czarne aparaty w rękach, które wydały mi się podobne do podręcznych magnetofonów, trochę większych od telefonu komórkowego. Obaj byli bliźniaczo do siebie podobni. Rozmawiali swobodnie, a ton ich głosów (taki specyficznie mechanicznie bezosobowy, jak u oddanych pracowników reklamujących wyroby swojej firmy) kazał mi myśleć, że spełniają ściśle określone obowiązki. Ten, co ze mną rozmawiał pozostawał cały czas, jak niewidzialny sobowtór, z tyłu za moimi plecami i do końca nie udało mi się zobaczyć jego twarzy. Jego głos jednak, w porównaniu z bliźniakami był bardziej indywidualny, emocjonalny i tym samym bardziej ludzki. Trzecia, a właściwie czwarta osoba zdawała się bardziej interesująca.

jadeit
Stary człowiek, wyglądający tak, jakby skórę twarzy miał nałożoną jak maskę na swoją głowę, uśmiechał się, a kąciki ust opadały mu po bokach. To samo działo się z jego oczami, które z kolei sprawiały wrażenie większych od otworów na oczy. Poza tym same oczy były przedziwne. Olbrzymie, migdałowe, jasne (w kolorze zielonkawego jadeitu), pokryte kilkoma błonami, zachodzącymi na gałkę oczną z czterech stron, od dołu, z góry i z obu boków, jak cztery jasne półksiężyce. Był kimś innym, na pewno o wiele ważniejszym od dwóch „specjalistów” kręcących się wokół mnie, co dało się wywnioskować z ich zachowania, gdyż on sam żadnym gestem nie podkreślał swej roli.
Zorientowałam się, że robią mi jakiś zabieg, ponieważ ten z tyłu pokazał na dłoni wyciągnięty (pewnie z moich pleców) dość długi pręcik (przypominał cienki, jasnobrązowy gwoździk), otoczony strzępkiem białej, tłustej tkanki. Padł z jego ust krótki komentarz: – No tak…
Bałam się bólu, ale nie poczułam go.
Starzec sprawiał wrażenie, mimo wielkiej brzydoty, kogoś sympatycznego i bliskiego. Jego uśmiech i spojrzenie były pełne dobrotliwej, wyrozumiałej i żartobliwej miłości. Promieniował nią. Uśmiechał się z miłością dosłownie całym sobą. Budził wielkie zaufanie, jak niezwykle kochający, mądry ojciec. Zadawałam pytania, które jednak padały w próżnię. Obserwując specjalistów zastanawiałam się nad światem, w którym przebywają, poza znaną mi, karmicznie uwarunkowaną czasoprzestrzenią, tam gdzie panują inne prawa i skąd można obserwować i kontrolować materię oraz ludzi takich jak ja. Interesowały mnie moje przyszłe wcielenia i to, ile ich jeszcze będzie. Tymczasem jeden ze specjalistów rzucił mimochodem wiadomość, że Franek K. urodzi się jeszcze trzy razy. Pytałam jednak o siebie, nie o niego, a oni udawali, że nie słyszą, zajęci swoimi sprawami.
Ten z tyłu wciąż mnie obejmował w pasie, co silnie mrowiło. Postanowiłam przedstawić swój problem starcowi, a pytając go, czułam się jak małe, ciekawskie dziecko siedzące u stóp mądrego ojca (musiało nastąpić, niepostrzeżenie dla mnie, jeszcze dodatkowe rozdzielenie ciał subtelnych). Patrzył na mnie wciąż uśmiechającymi się oczami. Skóra maski-twarzy zwisała mu zwłaszcza w dolnej partii głowy, tak jakby wcale nie miał podbródka. Ponieważ nie kwapił się do odpowiedzi, zmieniłam w końcu pytanie.

– A ty ile masz lat?

– Tysiąc – odpowiedział po prostu. I dodał – Ale ty będziesz miała już niedługo 250.

Nie dostałam żadnego innego wyjaśnienia. „Specjaliści” (czy może asystenci) wspomnieli jedynie, że przez jakiś czas po zabiegu mogę odczuwać brak energii.
I obudziłam się jak gdyby nigdy nic w swoim łóżku. Do rana ciągnęły się sny wizyjne, z których wyrwał mnie niezbyt głośny męski głos, wydobywający się z mojej prawej ręki, oznajmiający radośnie:
– Wiadomości od Boga!

16 stycznia 1999 roku. Tej nocy męczyło mnie pragnienie. W końcu zmobilizowałam się, usiadłam na brzegu tapczanu i wtedy usłyszałam kilka niezrozumiałych dźwięków, jak gdyby coś szybko odsunęło się ode mnie i potrąciło przy okazji o stolik (sprawdziłam, nie zahaczyłam o nic ręką ani nogą). Wyszłam z lekkim zawrotem głowy do kuchni, napiłam się wody, a gdy wróciłam i zgasiłam światło, zobaczyłam dwie ciemne plamy przed sobą, gdzieś na wysokości ramion (tj. około metra), odsuwające się prędko w głąb pokoju. Trochę się bałam, w łóżku poczułam się bezpieczniej, ale przez dłuższy czas, nim zasnęłam, czułam się dziwnie. Jak gdyby zamieszkała we mnie świadomość (i tożsamość) prastarej, niezwykle mądrej, kosmicznej istoty, nawet „miałam” wielkie, czarne oczy, jak ona. Wtedy zdałam sobie sprawę, że ta tożsamość ogarnęła mnie nie po raz pierwszy w życiu, znam ją z przynajmniej kilku głębokich medytacji. Rano to wrażenie stopniowo zanikło.

17 stycznia 1999 roku. Miałam wizytę przyjaciół. Długo w noc gadaliśmy o głupstwach przy wytrawnym winie. Położyliśmy się spać o pierwszej po północy, a ja myślałam sobie z nadzieją, że chociaż tej nocy będę mieć spokój z powodu obecności ludzi w domu. Nagle zjawił się dobrze mi znany strach. Chwilę potem coś szybko przeturlało się po podłodze. I znów jakiś hałas. Przeleżałam, nie śpiąc prawie do świtu. A rano zobaczyłam ze zdumieniem, że poduszka spod mojej głowy leży dokładnie po środku pokoju, na podłodze!

Cdn.

Ojciec

W świecie snów ważną rolę pełnią rodzice, rodzina w ogóle. Aby dobrze pojąć rodzicielską, ojcowską i matczyną rolę „tam”, należy znać i przemyśleć swoje relacje z rodzicami w świecie na jawie. Napiszę więcej o tym w kolejnym wpisie. Bowiem teraz przedstawiam kogoś, kto zaczął w pewnym momencie grać ważną dla mnie postać po drugiej stronie. Jego życie i osobę ziemską, i nieco stamtąd. Swoją drogą to ważny osobiście moment, bo niedługo minie trzydziestolecie jego śmierci.

Po drugiej stronie

Mały dzieciak na ojcowskiej furmance, zaprzężonej w wyleniałą kobyłę, patrzący wielkimi oczami na wypalone ruiny Warszawy. Dokąd przybyli, aby poratować w biedzie i chłodzie powrotu, stryjeczną rodzinę. Ten widok jeszcze miejscami dymiącego i zabitego bezwzględnie świata zapadł mu w duszę na zawsze. I wracał przez całe życie przy okazjach wspomnień, zwierzeń, smutku. Jako obraz jego do głębi zranionego serca.

ruinyWawy

Skrzywiony do płaczu kilkulatek stojący na krześle obok swego starszego brata z komunijną gromnicą w ręku.

Potem dwunastolatek wędrujący po lesie za grzybami z ukochaną suką o imieniu Wierna. Pies nauczył się świetnie je odnajdywać, a nawet odróżniać jadalne od „psich”.

Następnie gimnazjalista przyjaźniący się z karłem. Zapamiętały mol książkowy, uwielbiający w dzieciństwie opowieści o Tarzanie, Mowglim, Robinsonie Crusoe, książki Coopera i Sienkiewicza. A potem wielbiciel Hemingwaya, Steinbecka, Remarque`a. Znakomity biegacz na krótkie i średnie dystanse, często pomagał przyjacielowi, uciekając z nim przed zgrają kolegów naśmiewających się w ubikacji z „kurdupla” obdarzonego większym przyrodzeniem, niż oni. Karzeł stawiał stopę na jego stopie i w ten sposób, podtrzymywany za ramię mógł biec kilkakrotnie szybciej, niż sam by potrafił. Z czasem stopę zastąpił motor, na który często go zabierał, ku uciesze wiejskiej gawiedzi.

Potem niedoszły student uczelni sportowej, pod przymusem despotycznie nastawionej matki uczący się jak gdyby wbrew sobie medycyny.

Młody lekarz mimo wszystko z powołaniem, pracujący w wiejskiej przychodni.

Zakochany żonkoś, w modnych przyciemnianych okularach, po pracy zajeżdżający motocyklem, aby spotkać się z żoną w jej służbowym pokoiku w drewnianej wiejskiej chacie.

Młody ojciec chodzący niespokojnie z kąta w kąt na korytarzu izby porodowej podczas mozolnego przyjścia na świat pierworodnego dziecka.

Dojrzewający lekarz w biednym polskim trudzie lat sześćdziesiątych. Uczył się być bardziej dla innych, niż dla siebie. Natrętnie stukający do drzwi i okien ludzie, przeważnie chłopi z pobliskich i dalszych wiosek nie dawali mu spokoju przez całą dobę; był jedynym lekarzem w okolicy, który nie zamykał się przed potrzebującymi o żadnej porze dnia i nocy. Wychodził do chorych, telepał się furmanką (o wiele rzadziej jakimś motorem, gdyż o samochodzie nikt jeszcze w tych czasach nie marzył) parę kilometrów w zimnie i deszczu nierzadko kilka razy w ciągu tej samej nocy. Rano zaś szedł na ósmą przyjmować pacjentów do przychodni.

Szybko obsuwający się w depresję, lekomanię, nikotynizm i alkoholizm smutny frustrat, nawiedzany przez nocne zmory i koszmarne cienie. Przeszkadzały mu spać równie skutecznie jak pacjenci.

Jednocześnie lekarz, który miał zawsze czas na wysłuchanie chorych, pogłaskanie dziecka, ulubieniec starszych pań i starszych panów, nierzadko w zaufaniu radzących się u niego w intymnych sprawach. Które wciąż dla nich były ważne. Biorący od pacjentów zapłatę „co łaska”, także w produktach naturalnych, grzybach, drobiu, jajach, gdy nie było pieniędzy, lub w formie pomocy w pracy przy domu.

Z czasem sam coraz bardziej chory na różne wywołane nałogami przypadłości, z pasją opiekujący się miejscową drużyną piłkarską rencista. Wysiadujący na parkowej ławce i zagadujący do każdego, kto przechodził obok, serdecznie i ciepło, czasem z ciętą ironią. Najlepszy kolega wiejskich żulików, którzy zawsze z poświęceniem przynosili go do domu, gdy opadł był z sił. Albo pomagali pozbierać się w trakcie i po ataku padaczki.

W dziwny sposób napełniony coraz czystszą, nieomal chrystusową energią, rzadko myjący się i nieprzejmujący swoim strojem outsider.

Zmarł nagle, w nocy, w pozycji klęczącej. Ksiądz przyspieszył pogrzeb o jeden dzień ze względu na jego niebezpieczną popularność wśród ludu, a przecież był na bakier z kościołem od lat młodzieńczych i to należało napiętnować. Mimo to przyszła niezliczona ilość odprowadzających, wielu dołączyło do kolumny po wyprowadzeniu trumny z kościoła. Rzeczywiście, następnego dnia, gdyby dojechali ludzie z wiosek, mogłaby to już być manifestacja.

Przed wyprowadzeniem z domu trumny z ciałem zjawiła się Katarzynka, głuchoniema kobieta z pobliskiej wsi. Kilka lat wcześniej codziennie współczująco do niej zaglądał, gdy samotnie borykała się ze śmiertelną chorobą starej matki. Czasem nawet pomagał finansowo, choć sam niewiele miał. Długo stała za plecami modlących się, aż wreszcie podjęła decyzję i nieśmiało podszedłszy do nieboszczyka położyła mu w nogach bukiecik polnych kwiatów nazbieranych świeżo na łące. Ten bukiecik pozostał z nim w trumnie jako najcenniejsze podziękowanie.

Cmentarz znajdował się dwa kilometry od kościoła, na wzgórzu za miasteczkiem. Dlatego przy każdym pogrzebie wynajmowano dwie grupy mężczyzn, którzy na zmianę nieśli trumnę na ramionach. Tym razem sami się zgłosili, cała drużyna kolegów od kieliszka. Faceci o czerwonych nalanych twarzach, sinych nosach, w spranych garniturach, nieomal wyrywali sobie trumnę z rąk zmieniając się co kilka minut. Nie dla tego, że była tak ciężka, gdyż ważył już za życia tyle, co chuchro. Ale było ich tak wielu i każdy z nich chciał go osobiście ponieść, choćby raz.

Zgodnie nie wzięli za to pieniędzy od wdowy. Urządzili sobie sami stypę w miejscowej gospodzie. Którą trzeba było na następny dzień zamknąć, aby zlikwidować szkody, które poczynili w pijackim żalu. Na Zaduszki po słowiańsku lali wódkę na jego grób zagryzając chlebem i kiełbasą i opłakując go szczerymi łzami. Wkrótce po kolei wielu z nich odeszło tam za nim.

Mój ojciec.

*

Już wkrótce, zgodnie z obietnicą, którą mi wiele razy składał, zaczął przychodzić z wizytami. Po raz pierwszy kilka nocy po swej śmierci. Kiedy chciałam mu we śnie pokazać drogę, gdzie ma się udać odpowiedział tylko, obejmując mnie: „Ja już wszystko wiem…”. Owo objęcie wprowadziło mnie w trans. Jego dalsze pojawienia się poprzedzał dziwny głęboki sen, w jaki bezwolnie wpadałam. Oprócz stwierdzenia, że: „Kiedy umrę, zobaczysz, oni zaczną ciebie odwiedzać …”, inna jego obietnica brzmiała: „Będę do ciebie przychodził, żeby ci pomagać…”. Może z tego powodu nie bałam się jego wizyt, ani tego, co miał mi do przekazania. Jego obecności towarzyszyło zazwyczaj mrowienie w całym ciele i uczucie jakże słodkiej przyjemności rozlewającej się z głębi serca.

Pewnej nocy zaprosił mnie do swego świata.

Weszliśmy wprost z maleńkiej, brukowanej uliczki w starym prowincjonalnym mieście do przytulnej kafejki w stylu lat czterdziestych. Po sposobie zachowania ojca poznałam, że jest w niej stałym bywalcem. Miał także swoje ulubione miejsce przy okrągłym stoliku w głębi. Usiedliśmy oboje właśnie tam.
Rozejrzałam się z wielką uwagą, zafascynowana precyzyjną dokładnością szczegółów tego, co mnie otaczało. Świat mojego taty wydawał się doskonały i bezwzględnie rzeczywisty.

popiol

– Wiesz, nie przypuszczałam, że czasy, o których lubiłeś czytać w książkach są ci aż tak bardzo drogie. Wszystko tutaj wydaje się takie prawdziwe! I trochę, jak w filmie „Popiół i diament”! – szepnęłam zachwycona. Ciemne okulary na twarzy mojego ojca upodabniały go teraz bardzo do aktora, grającego główną rolę w tym filmie, Zbyszka Cybulskiego.

Obok stolika stał drewniany wieszak na ubrania i trochę dalej stare pianino. Zza bufetu wychylała się gruba uśmiechnięta barmanka, w białym krochmalonym fartuszku i koronkowym czepku na głowie. Poczułam się świetnie, a zadowolony ojciec zanucił mi kilka swoich ulubionych piosenek. Były to melodie modne w latach drugiej wojny, śpiewane przez żołnierzy i młodzież walczącą w ruchu oporu. Zaskoczyło mnie to, bo za życia w ogóle nie miał słuchu i nawet nigdy nie próbował tego robić.

Ledwie skończył nucić, w całej kawiarence rozległy się stare utwory z przedwojennych i powojennych płyt. „Czy widzisz te gruzy na szczycie? Tam wróg twój się kryje jak szczur…” – popłynęło najpierw, jak w filmie. Potem zaś ciszej i nostalgicznie „Tango Notturno”… To barmanka świetnie znająca już jego gusty włączyła gramofon z tubą. Zrobiło się bardzo, bardzo przyjemnie i tylko ten stan błogości zakłócali czasem wojskowi, wchodzący i wychodzący jak gdyby bez celu do kafejki. Zastanowiło mnie to.

– Tak jakby coś sprawdzali, albo może kogoś szukali?

– Nie mam pojęcia – odpowiedział zdawkowo ojciec odwracając się od wchodzących plecami. – Może lepiej się tym nie interesować? Świat, w którym żyjesz na co dzień jest pod kontrolą, a ja starałem się nie obudzić niczyjej uwagi.

– Może oni są z twojego poprzedniego życia? – zasugerowałam.

Zastanowił się nad tym poważnie, ale bez konsekwencji.

– Teraz wracam w przeszłość. Tam, gdzie jestem czas nie istnieje.

Zrezygnowałam z dalszych nagabywań, gdyż ogarnęło mnie wrażenie, że rozmawiamy w różnych językach. Moje pytania brzmiały w jego uszach inaczej, niż zamierzyłam. A jego odpowiedzi zdawały się jedynie niezrozumiałymi podpowiedziami na tematy, które jeszcze w ogóle nawet nie przyszły mi do głowy. Spytałam, czy powie mi coś o mojej przyszłości.

– Nie. Nie pozwolono mi – uciął szybko. Tym razem na temat.

Nie nalegałam. To nie wydawało mi się zresztą wtedy bardzo ważne.

Odszedł tak samo nagle, jak się zjawił.

Statki czasu

W poprzednim wpisie poruszyłam temat tożsamości we śnie, która potrafi się dyskretnie, albo mniej dyskretnie zmieniać. Ego jest względne, przypomina ubranie, jest formą jakby zewnętrzną wobec świadomości Obserwatora. Przynależy sieci karmicznej związanej z 5 poziomem świadomości.

okoHorusa

Obserwator (z poziomu 7), którego często nazywam Okiem, gdyż takim symbolem, przypominającym oko Horusa, przedstawiono mi we śnie jego rolę i stabilne, niezmienne położenie na mapie Świadomości pomiędzy stopniami drabiny niebieskiej wiodącymi w dół i stopniami w górę, potrafi odczytywać swobodnie zapisy pamięciowe z różnych czasów, dowolnych osób z przestrzeni materialnej i subtelnej. Czyni to jednak w jakimś swoim potajemnym celu, którego rozwikłać łatwo się nie daje. Być może potrzeba czasu, aby zrozumieć przesłanie. Jak to było ze snem z poprzedniego wpisu, który tak naprawdę przepowiedział mi ważne dla mnie napotkanie człowieka i jego wiedzy, które zdarzyło się prawie 20 lat później.

Ściślej mówiąc, w tego rodzaju snach, śnienie oczami innej osoby nie jest tak do końca „czyste”. Ponieważ zachowujemy naszą pamięć i tożsamość, która dopiero w konfrontacji z obcymi sobie zjawiskami we śnie zaczyna odczuwać, że „coś tu jest grane” i że „to chyba nie ja”. Nie do końca osoba, która śni, Ewa, Jaś, czy Małgosia. Jeśli Obserwator sięga czasem po zasoby informacji z wyższej półki, obie tożsamości są wtedy jednakowo aktywne i na wspólnym sobie poziomie, względnym wobec wiedzy płynącej do nich z góry. W efekcie sen przypomina taniec energii, ubierającej się co chwila w różne postaci.

Takim, zdaje się był sen z 11 grudnia 1998 roku, gdy nad ranem zaczęłam śnić z perspektywy mężczyzny, lat około 40, czyli w moim wieku, mieszkańca Stanów Zjednoczonych. Był on/ja członkiem niewielkiej grupki kilku osób, zajmujących się wiedzą tajemną i badaniem zagadek bytu. Przybył do nich/nas zza Oceanu Balarama i przyniósł im/nam ze sobą ważną tajemnicę.
Tak, czytałem o niej wcześniej w książce Fan…r…. t/l… k…y…`a (?) Pun(v)h…am`a (?), to dla mnie żadna nowość. Teraz widzę, jak moje dłonie wertują ją, czytam tytuł i nazwisko autora na zielonej okładce, ale to migocze i tak trudno spamiętać szczegółowe ułożenie liter. Tom przypomina mi posiadane wydanie PIW w serii w zielonej okładce  „Popol Vuh. Księgi narodu Quiche”. Dysponuje nią od dawna nasza grupa wtajemniczonych, ale dotąd nie korzystałem w praktyce z tej wiedzy, ze względu na starego ojca, którego nie chciałem opuszczać, ani niepokoić. Tytuł książki brzmi „Statki czasu”.
Gdy jeszcze powtarzam sobie w pamięci usłyszany (zapewne wypowiedziany głosem śnienia) tytuł, nazwisko autora zaczyna mi się kojarzyć z „furtkami Pana” i natychmiast pojawia się przypomnienie różnych postaci z Biblii, które poznały także tę tajemnicę, Henocha, Mojżesza, Aarona, Eliasza, Ezechiela, apostoła Filipa, jak również stara legenda o świętym Janie, autorze Apokalipsy, który z woli Jezusa nie umarł, ale gdzieś zniknął.
Książka opisuje sposób przenoszenia się w czasie w dowolne miejsca. Treść dociera do mnie bezpośrednio w podwyższonym stanie świadomości. Skorzystało z tej wiedzy kilka osób dawniej i zatrzymało się we współczesności, gdzie możliwości używania komputerów, internetu i różne wynalazki skusiły ich do osiedlenia się na stałe. Czy naprawdę jestem kimś spośród nich? Siedzę przed komputerem i ogarnia mnie zdumienie. W wyobraźni pojawia się jakaś siła niematerialna, rodzaj spiralnej wirowej fali podwyższonych wibracji, na którą wsiada się, znika w obecnej chwili, krąży w niewidzialnej sferze wokół różnych wydarzeń w przyszłości, jak wokół jakichś wzgórz, czy wysp i wysiada wtedy, gdy się tego zapragnie.
Myślę o niezwykłej sile potrzebnej do wizualizacji takiego statku i, że mnie się to przecież nigdy w życiu nie uda. Żaden ze mnie wybraniec losu. Eksterioryzacja to umiejętność specjalnie utalentowanych, a ja przecież nie potrafię tego stanu (jak i wszystkich innych zmienionych stanów świadomości) wywoływać z własnej woli. One same przychodzą, albo nie.
Wszystkie te informacje podawane są w sposób przyspieszony i panoramiczny, i nie nadążam z ich zapamiętywaniem, a najdziwniejsze jest to, że głos opowiadającego o tym mężczyzny przestaje być w końcu moimi myślami i nagle zaczynam go słyszeć z zewnątrz. Brzmi coraz głośniej i realnieje, jak głos radiowego spikera tak, że w pierwszej chwili po obudzeniu chcę odruchowo wyłączyć radio. I dopiero wtedy uzmysławiam sobie, że już od przynajmniej dziesięciu lat nie stawiam odbiornika obok łóżka, żeby budził mnie do pracy poranny III program, włączający się niegdyś kilka minut przed szóstą! Mało tego, od tylu lat nie chodzę do pracy i w ogóle nie muszę wcześnie wstawać.
Kiedy wróciła mi przytomność ciała fizycznego, głos znikł. Ale po krótkim czasie rozbrzmiał jak codziennie o tej porze dzwon w naszym parafialnym kościele. Była zatem szósta rano. Nie wiedziałam, jak odczytać tę godzinę 5:50 lub 5:55 rano, jednak była to ta sama informacja, jaką dostałam przy innym lądowaniu po wysokiej podróży, gdy zaczęłam krążyć w pętli czasowej. Relacja z tego snu znajduje się we wpisie pt. Gwiezdni ludzie. To była wskazówka, że wracając zahaczam o 5 poziom przyczynowy.
Poza tym 6:00 rano to świt. Dzwon na pobudkę o świcie. Szósty poziom gromadzi zaś aspekty jednej duszy w polu wspólnej dla nich świadomości.

Analizę takiego snu zaczynam od rozdzielenia cech i przedstawienia sobie osoby, którą śniłam. W tym wypadku chodzi o mężczyznę w średnim wieku, mieszkającego w USA i interesującego się tajemnicami i zagadkami tego i nie z tego świata. Oczytanego, zbierającego różnego rodzaju informacje z książek. Który nie dysponuje zdolnościami wędrowania po drugiej stronie. Być może historia z ojcem jest też ważna. I fakt pływania po morzach i oceanach, między wyspami. Istotny jest też głos radiowy…

Tutaj muszę przyznać, podobnie jak zrobiłam to z okazji „rozkminiania” snu o Jarku Bzomie z poprzedniego wpisu, że wiem już o kogo chodzi. Zdałam sobie z tego sprawę bardzo niedawno, po rozmowie przez internet z… Chrisem Miekiną. Dziwnym zbiegiem okoliczności przypomniałam mu wtedy o księdze Popol Vuh i jej tajemnym znaczeniu, co uznał za istotne, ponieważ mocno się przejął Indianami Południowoamerykańskimi i czyni tam swoje podróże. Jest autorem bloga Nowa Atlantyda i licznych mówionych audycji w internetowym radiu Paranormalium, prowadzącym własny kanał „Paralaxa”, przemianowany jakiś czas temu na „Polaraxę” (do łatwego znalezienia na You Tube)… A owe nazwy programów zbliżone są do imienia Balarama, które zapewne zniekształciła moja pamięć po wyjściu na jawę. Wystarczy B zamienić na P, a l na r, żeby wyszło Para-ra-…
Pierwszą część wyśnionego tytułu, nazwisko autora, czyżby można było przypisać Ferluce z Salzburga?

Cel tego przedstawienia mi się 20 lat wcześniej pozostaje dla mnie nieznany. Być może ma to być kolejna ciekawostka na blogu Transwizjon.
Oba sny znalazły się w mojej książce „Przemiany w ultrafiolecie” wydanej w 2003 roku, zatem istnieje dowód, że nie zmyślam.

Wykłady i inicjacje duchowe we śnie

Istnieje możliwość odbierania nauk i duchowych inicjacji w stanie snu i transu. Przecież odległość i czas dla wysokich bytów nie gra roli. Inna sprawa, czy inicjacja dotyczy akurat śniącej osoby. Można ją bowiem przeżyć za pośrednictwem Obserwatora, patrzącego oczami kogoś innego.

Spotkanie z obcą wyższą inteligencją, opisane w tekście Nocni Goście miało w swojej treści zapowiedź ingerencji, ale jeszcze dość długo, kilka miesięcy, nic specjalnego się nie działo. Oprócz częstych wielkich snów i podwyższonych (rozszerzonych) stanów umysłu, które bywały dużo wcześniej i mimo swej zjawiskowości, nie budziły tak wielkiego szoku.

Oto jeden z przykładów inicjacji duchowej, jaką przeżyłam w stanie transu, we własnym łóżku. Tybet mógł pojawić się w moich snach, bo od lat przyjaźniłam się z kilkorgiem buddystów tybetańskich, bywałam z rzadka na medytacjach w sandze, i na wykładach. Co nieco wiedziałam o tej religii i jej największych przedstawicielach, choć jak zawsze praktyka mnie nie pociągnęła. Zbyt wiele jest innych ciekawych rozwiązań, abym mogła poświęcić się jednej ścieżce, takie już mam usposobienie. Swoją drogą, był to jeden z pierwszych snów, w których zaczęli pojawiać się Tybetańczycy, wysoko rozwinięte duchowo istoty, jak myślę bodhisattwowie.

Lhasa

We śnie z 31 kwietnia 1998 roku obudziły mnie dziwne odczucia, płynące z ciała. W stałym, jakby muzycznym rytmie, coś uciskało niektóre punkty na palcach obu moich rąk, zawsze po jednym na obu dłoniach jednocześnie. Sterowało to w jakiś specjalny sposób przepływem energii w rękach i całym ciele.
Stopniowo zaczynało być uroczyście. Rozległa się muzyka tybetańska, która towarzyszyła tym zjawiskom. Pomyślałam, że odbieram jakąś tybetańską Inicjację, to było bardzo przyjemne i wpadłam w rozkoszne rozedrganie i zachwyt. Było dużo świetlistej bieli. Na koniec ukazał się obraz jasnego budynku świątyni w wysokich górach. „Zagrano” nowy, skoczniejszy utwór i obraz szybko zniknął.
W tym momencie usłyszałam przejeżdżający w oddali pociąg, to wszystko działo się cały czas na jawie.

W 1998 roku przyjęłam najpierw inicjację II stopnia reiki, której skutków, w przeciwieństwie do pierwszej dwa lata wcześniej, w ogóle nie odczułam. Były ku temu powody energetyczno-towarzyskie. Ważne jest bowiem z kim taką inicjację odbierasz. Może ci ją ktoś, z czystej chciwości i zazdrości o względy mistrza, zwyczajnie ukraść, albo przynajmniej zablokować całkiem bez twojej wiedzy. Ja, czyli Ego to rzecz względna i iluzyjna.

Dopiero w chwili, gdy 27 września 1998 roku przyjęłam inicjację schronienia w Buddzie i lama Ole Nydhal położył mi na głowie relikwiarz, zawierający prochy wszystkich żyjących do tej pory mistrzów, przeleciał przeze mnie mrowiący prąd energii. To zjawisko (otwierającego się czubka głowy, poprzez który wychodzę na nieskończoną przestrzeń) powtórzyło się jeszcze niezwykle intensywnie następnej nocy, po czym w kilka dni później zrozumiałam sny. I zaczęłam zapisywać znaczenia symboli w słowniczku, który bez problemu został wydany później jako „Symbole senne – znaki na Drodze do Życia”. Sądzę, że ta druga inicjacja rozwaliła mur, jaki zaaplikowano mi podczas pierwszej, i uderzyła we mnie energia obu naraz.

Jako następny przyszedł wykład duchowy, odebrany częściowo w stanie transu, bezpośrednio z umysłu do umysłu. Ów sen dodatkowo jest o tyle ciekawy, że – jak uważam – śniłam osobą Jarka Bzomy, na 20 lat wcześniej, nim go poznałam i nim w ogóle zaczął swoje wykłady internetowe! Nie był to jedyny sen o nim, w jednym z późniejszych usłyszałam nawet wyraz, który – jak teraz wiem – jest jego nazwiskiem. Zawsze interesowały mnie techniki wróżbiarskie i patrzenie w przyszłość, więc i sny często nadbiegały z przyszłości.
Traktuję rzecz jako ciekawostkę, a nie jako przepowiednię nadejścia nowego proroka. Zetknięcie się z topografią snu Bzomy było dla mnie mocnym wstrząsem, nagle zaczęłam rozumieć to, co do mnie przychodziło latami. To ważna chwila w moim rozwoju, więc zapowiedziała się wcześniej.
Na poziomie Obserwatora (7) zmiana tożsamości na należącą do innego człowieka albo istoty niematerialnej, jest niewyczuwalna, jednak ową zmianę nauczyłam się rozpoznawać po odczuciu we śnie, że zachowuję się nie po „swojemu”. Skąd można wiedzieć, że jest się we śnie kimś innym? Ano, nie poznasz tego, dopóki nie zobaczysz swojej cudzej twarzy w lustrze, odbiciu, nie usłyszysz obcego imienia, którym ktoś do ciebie się zwraca, albo nie zaczniesz dziwnie dla siebie się zachowywać i reagować. O ile inną płeć w sobie dość łatwo się wyczuwa, to w przypadku, gdy jest taka sama, w grę muszą wejść cechy, których nie posiadamy na jawie, a którymi dysponujemy w takim śnie. W owym wypadku wskazówką było dla mnie, że przecież z natury nie przemawiam publicznie, ani nie dążę do tego, a także nigdy nie dyskutuję z taką pewnością swego w dużej grupie ludzi.
To zjawisko, w moim wypadku nader częste, śnienie oczami innej osoby opisałam w swoim senniku pod hasłem Cudze sny. Można też śnić kilkoma postaciami jednocześnie, lub po kolei, a przejścia bywają tak subtelne, że trudno je zauważyć. Jak się stało w tym wypadku.

W nocy 30 września 1998 roku, idąc wzdłuż brzegów mojej rzeki życia (jest to rzeczka w mej rodzinnej miejscowości, w której kąpałam się i bawiłam w dzieciństwie, o nazwie nomen omen Luciąża) dotarłam do miejsca za drugim mostem (dla mnie sfera poza-osobista), gdzie odbywał się wykład tybetańskiego lamy. Usiadłam w zespole jego uczniów i wsłuchałam się w to, o czym mówił. Mistrz wspomniał o światach alternatywnych, powoływanych do życia przez wyobraźnię i o trudnych losach zamkniętych w nich czujących istot. Nie pochwalał tego procederu, uważał go za marnotrawstwo energii umysłu.

[Zapisując ten sen nie znałam jeszcze pojęcia egregora].

Przełamując nieśmiałość, odezwałam się nagle. Nie po to, aby się sprzeciwić, ani o coś zapytać, ale dopowiedzieć kilka rzeczy w języku bardziej zrozumiałym dla Europejczyków i podkreślić własne, wyrobione w doświadczeniu (odrobinę jednak odmienne), zdanie na ów temat. Byłam dziwnie pewna tego, co mówię.
Tłumaczyłam przedstawicieli cywilizacji Zachodu, twórców, autorów powieści fantastycznych, komputerowych maniaków i odkrywców, teoretyków nauki (astronomii, fizyki i matematyki) jako ludzi o szczególnej wrażliwości, którzy otrzymują autentyczne przekazy i podpowiedzi z innych światów, przeważnie we śnie. Zaraz w wyobraźni ujrzałam owe światy jako liczne bąble sąsiadujące ze sobą. Wiedza, którą odkrywają służy całej ludzkości oraz wprowadza ważne zmiany jednocześnie u nas, jak u niezliczonej ilości istot zamieszkujących sąsiednie, subtelne i wyższe ewolucyjnie światy. Dzieje się to dzięki wzrastającej w przyspieszonym tempie wrażliwości i otwartości na wiedzę duchową w masowej skali.

Światy alternatywne (nie chodzi o popularnie rozumianą alternatywność z ludzkiego, pojedynczego, linearnego punktu widzenia, ale alternatywę dla kogoś, kto istnieje poza wszelką względnością, w centrum, w samym pępku wszechświata) to skupiska energii ze sfery ewentualności, rodzące się, jak bąble na gotującej się wodzie podstawowej świadomości tu-i-teraz. Nie mają osobnego źródła zasilania w energię. Światy te żywią się przekonaniami, wiarą i rytuałami ludzi generującymi w ten sposób – napędzający ich rozwój – proces naturalnej ewolucji. Zamknięte w nich istoty żyją życiem fragmentarycznym i całkowicie uzależnionym od otaczających je warunków, nie mają większego wpływu na swój świat i to, co się w nim i z nim dzieje. Skazane są na bardzo długie i żmudne dojrzewanie.

Mój umysł skoncentrował się i ujrzałam konstrukcję całości w jednym błysku bezpośredniego rozumienia. Mistrzowie Gry (i oto nagle stałam się jednym z nich, zlewając się z umysłem lamy-Buddy, na którego wykładzie przebywałam) przenikają w liczne przestrzenie i czasy jednocześnie, rozpoznając rzeczywistość przy pomocy wielu różnych przybranych form istot czujących.
Utożsamienie się tylko z jedną rolą powoduje zamknięcie umysłu w klatce pojedynczego życia, które pozbawione perspektywy widzenia z najwyższego poziomu, wydaje się bezsensowne i pełne cierpienia. Czas zaś tak naprawdę pozostaje zawsze radośnie wibrującą wiecznością. Trzeba przypomnieć, nieważne jakim sposobem, tym, którzy zapomnieli o sobie, o tym skąd pochodzą i kim naprawdę są: bogami. To jest zadanie dla mistrzów, którzy odzyskali już pamięć.
Ogarnął mnie uroczysty i poważny nastrój, na tym skończył się stan rozszerzonej świadomości. Teraz weszła akcja snu, zapewne Obserwator przesunął się w kierunku mojej skromnej osoby (lub raczej na odwrót, bo tenże zawsze pozostaje nieruchomy i niezaangażowany). I zobaczyłam akcję z przyszłości „swoimi” oczami.

Lamę zastąpił inny guru, który przeczytał mnóstwo źródłowych tekstów i rzucał specjalistycznymi hasłami i cytatami, jak ryżem w dniu ślubu swojej siostry. Mężczyzna w średnim wieku, z lekkim zarostem, niewysoki. Szybko zaskarbił sobie tym zaufanie i podziw uczniów, ogarniętych podobnymi do jego ambicjami. Prezentował się na niewielkiej scenie, która przypominała salkę kawiarnianą zastawioną stolikami, a jego wielomówność wydała mi się czymś odwrotnym do mego milczenia. Odczułam nagle jakiś stres i poruszenie, siedząc z boku. Znałam zlanie się świadomości z Bogiem, a on mówił o tym samym, korzystając z logiki i „płaskiego” opisu słownego.

Dość często w moich późniejszych przeżyciach pojawiała się forma Sai Baby. Był to modny guru, którym fascynowało się kilkoro moich znajomych. Podarowane mi przez nich zdjęcie przywiezione z Indii stało na półce regału w moim pokoju. Znałam jedną książkę z jego wywiadami, (która mnie znudziła), jakiś film video z jego cudami, i kilka artykułów o nim, napisanych przez bezkrytycznych wyznawców. Nie podzielałam fascynacji, ten czarnowłosy i ciemnoskóry pan w pomarańczowej szacie był mi obojętny, (jak zresztą każdy wcielony nauczyciel-guru), ale dość natrętnie manifestowały się informacje na jego temat wokół mnie. Ilekroć pojawiał się w moich wizjach traktowałam go jako jakiś inny wysoki byt, ubrany w jego skórę.

Na początku 1999 roku otrzymałam błogosławieństwo od istoty, która przybrała formę Sathya Sai Baby. Ukazała się trzy razy w krótkich odstępach czasu, a każdą z wizji poprzedzał wieczorem szczególny stan (na jawie), porównywalny do ogarniającej całe ciało słodkiej miłości. W sposób niezwykle uprzejmy i delikatny, pełen szacunku wobec mojej niewiedzy i paniki z niej wynikającej, patrząc we mnie głęboko kochającymi oczami, przepowiedział mi ważne sytuacje z przyszłości, udzielił rady, jak postąpić i obietnicy pomocy w uzdrowieniu, po czym z jego serca, jak ze źródła buchnęła na mnie energia żywej, najprawdziwszej w świecie chrystusowej miłości, która jeszcze przez pół następnego dnia poruszała mnie do łez.

A na pustym polu hula wiatr

Staram się zachowywać kolejność zdarzeń w mojej historii, dlatego muszę teraz opowiedzieć pewien ponury sen. Sen o polu zdechłych koni, czyli pojazdów duszy, jak by orzekł Jarosław Bzoma. Używając sformułowania, które brzmi trochę groteskowo, choć oddaje treść i wyobrażony obraz tego, co można na nim spotkać. Znajduje się ono tuż za bramą granicy 8/9, rozdzielającej życie od śmierci (nie-życia). Panuje tam Nicość, pustka, rozkładająca wszelkie formy świadomości rodem ze światów przejawionych, które przez nią wchodzą. Jak się okazuje malowana wiele razy przez Zdzisława Beksińskiego. Oświetlona „czarnym słońcem” alchemików strefa rozpanoszonego Nigredo.

kon

Wydarzyło się to 12 maja 1998 roku, zaraz po położeniu się spać. Moja świadomość uległa samoistnie rozszerzeniu i w lekkim półśnie zorientowałam się, że przepływa przeze mnie niesamowita fala grozy i śmierci. Ledwie zdążyłam na to zareagować, już byłam w jej całkowitym władaniu. Jedno, co mogłam zrobić to patrzeć i nie poddawać się panice.

Udręka. Ciemność… ciemność… fala mroku, połyskująca upiornie w blasku rąbka śmiertelnie zaćmionego słońca na zasnutym ciemnością niebie… Wielkość, ogrom, wszystko. Fala… groza… ciemność… Byłam wobec tej fali niczym i nikim. Jest wieczny smutek i okrucieństwo śmierci. Strach. Ból bez końca. Wszystko zanurzone w kompletnym milczeniu i czerni połyskującej gdzieniegdzie mrocznymi błyskami. Jest samotność. Rozkład, i nicość. Przestrzenie… dalekie przestrzenie… bez końca przestrzenie… wolne jak puste pola, po których goni wiatr i wichry tańcują ze świstem i nieustającym szumem ze wschodu na zachód. Na zachodzie hula śmierć, już bez końca, na ruinach nie do odbudowania.
Byłam całkowicie zdominowana przez tę potężną ciemną świadomość i tylko mogłam lecieć z jej falą i widzieć to, co ona widzi. Przejął mnie strach i usiłowałam robić znaki leczące w nadziei jakiejkolwiek samoobrony. Znak za znakiem, uparcie. Tak trudno było wykonać uzdrawiający klucz, jak gdyby ręka obracała się pod prąd jakiejś potężnej, przeważającej, okrutnie nieczułej i niszczycielskiej woli. W tej woli była jednak jakaś konsekwencja i zguba wyhodowana w ciągu setek i tysięcy lat przez ludzi pozbawionych nadziei, morderców samych siebie i innych, szalonych władców, pragnących kontrolować materię oraz krwawiące dzieci, dotknięte ich ręką. Była w niej także i moja wieloletnia rozpacz, teraz jedna mikroskopijna kropelka w tej ciemnej rzece okrucieństwa. Na rozległych i pustych polach wiatr wiejący przez szaro-czarną pustkę. Połacie umarłej ziemi odsłaniające miejscami tajemnicę zagłady. Martwe ptaki, zwały martwych ptaków (kruków, kawek, wron) na martwym piasku. I kości. Ludzkie i zwierzęce, pomieszane. Ponad tym wszystkim szum wichru, pędzącego przez pustynię, bez żadnych przeszkód, bez żadnych granic, wskroś krainy umarłych.

Otworzyłam oczy. To jednak wciąż jeszcze przedzierało się przeze mnie, falowało, wciągało mnie w swój ogrom i pełen grozy nastrój tak mocno, że musiałam się zmusić, by poruszyć ciałem i nie ulec transowi z powrotem. Nie zamykałam jakże ciężkich powiek, usiłując się modlić. Słowa ciągle myliły mi się, gubiłam rytm, ale stopniowo zaczynało być coraz lepiej. Wizje odchodziły. Pusta ziemia, obsychająca i owiewana przez wiatr. Skażona atmosfera mroku, w której nie da się żyć, nie ma żadnego życia. Na wschodzie zagłada i śmierć. Na zachodzie wiatr odsłaniający nieludzką prawdę. Tylko tyle. Kto to widzi, umiera, znika. To nie jest świat dla żyjących, czujących.

Koszmarów w podobnym klimacie miałam w okresie dorastania więcej. Jeden z nich zapisałam w dzienniczku, a teraz zamieszczam dla porównania. Na polu zdechłych koni rozkładają się także ideały i idee, jako formy umysłu zbiorowego. Czyli to, czym tylu ludzi się napędza i jara w życiu, uważając za sens wyższy i odwieczny.

Czerwiec 1980. Sen: szeroka, świetlista, ale zabagniona i złowieszcza rzeka przepływająca przez miasto zaczęła wyrzucać ze starych pokładów dna na powierzchnię zwłoki rycerzy i koni z czasów średniowiecza. Środkiem rzeki płynęły dwa sztandary z napisami: „Na bóy, na bóy, za Boga i Oyczyznę”, a ciała były przegniłe i zjedzone przez robaki. Powtórzył się równie wstrętny jak w innym śnie tej nocy, nastrój przerażenia rozkładem i fizyczną śmiercią.

Nocni goście

W styczniu 1998 roku przypadkowo trafiłam na zjazd gwiezdnych ludzi, zorganizowany prywatnie w Lublinie. Poznałam na nim kilka osób, uważających się za inkarnacje istot kosmicznych, które z jakichś powodów utknęły w ziemskim świecie. W większości nie były z tego zadowolone (zresztą, kto jest zadowolony?) i narzekały na nieumiejętność zintegrowania się z (ludzkim, tj. obcym) otoczeniem. Był między nimi Franek K., 40-letni chemik z Puław, zabawny, gadatliwy i pełen wyobraźni artysta-malarz i poeta, który przez kilka lat przeżywał bezpośrednie spotkania ze „swoimi towarzyszami z gwiazd” we własnej sypialni. Spędziliśmy wiele godzin na burzliwych rozmowach i opowieściach, ale, mimo że temat nas oboje pasjonował i wysłuchiwałam Frankowych rewelacji z tych spotkań bardzo uważnie, długo nie potrafiliśmy się porozumieć. Oceniałam przeżycia Franka jako iluzje senne, mimo że niezwykle realne, to jednak czysto symboliczne przekazy, powiązane z manifestowaniem się w jego umyśle form astralnych i bytów przejściowo nieposiadających ciała fizycznego. Skłaniałam się do poglądu Gustawa Junga wyrażonego w jego książeczce „Nowoczesny mit. Rzeczy widywane na niebie”, gdzie okrągłe pojazdy i światła kwalifikował jako manifestacje Jaźni z poziomu nieświadomości zbiorowej.
Szybko spowodowało to rozłam między nami, gdyż Franek uważał swoje przygody za absolutnie prawdziwe, a pojawianie się istot kosmicznych za realne tak samo, jak odbiera się świat jawy, w którym każdy z nas jest zanurzony na co dzień. Jednej nocy naprawiły mu złamany nos, na co miał dowód, zdjęcie rentgenowskie zrobione dzień wcześniej. O ile mogliśmy spierać się tak naprawdę o słowa i nazwy, i oboje mieć jakąś rację, to fakt ingerencji zjawy sennej/iluzyjnej w życie na jawie i stan fizycznego ciała nieco się kłócił z koncepcją halucynacji rozszczepionego z ciałem umysłu. Choć, ostatecznie, nauka zna przypadki samouleczeń z pomocą siły sugestii. Tu jednak w ciągu nocy zrosła się kość, a poza tym Frankowi, mimo jego nadwrażliwości i zacietrzewienia w poglądach, daleko było do fanatyzmu czy mistycyzmu.
W końcu musiałam przyznać mu rację. Stało się to na przełomie 1998-99 roku, w czasie, gdy Franek został przez swoich towarzyszy i nocnych gości zupełnie opuszczony.

czacha

W czerwcu 1998 roku, podczas popołudniowej medytacji ukazał mi się obraz wielkiej księgi-otwartego oka, z której żywą złotą falą wylewały się znaki, symbole i litery, zlatując na mnie z góry jak oświecająca kaskada. Wnikały przez otwarty czubek głowy i przemieniały moje ciało na swój wzór i podobieństwo. Oddychałam rytmicznie. Było to niezwykle przyjemne doznanie. W modlitwie poprosiłam o wiedzę i mądrość rozróżniającą.
Następnie późnym wieczorem, ledwie odłożyłam wałkowaną od jakiegoś czasu lekturę (nader nudnej) Księgi Mormona i ułożyłam się do snu, gdy przeleciała mi przez głowę złożona informacja, co i jak i abym się nie bała, a potem zjawiło się coś potężnego i budzącego grozę.
Mignęła mi prędko wychylająca się ku mnie z ciemności biała czaszka o wielkich, czarnych, przepastnych oczodołach. Spojrzała z bliska w sam środek mnie. Równie prędko sięgnęła dwoma „szczypcami” (twarde, długie) i wcisnęła mi coś do głowy, lub też objęła czymś mózg w czaszce i dokręciła. Poczułam ucisk dwóch podłużnych „wkrętów” nad lewym i prawym uchem po obu stronach głowy, które wibrowały. I zaraz otworzyłam oczy, zupełnie przytomna, gdyż ingerencja tak samo nagle jak się pojawiła – znikła.

Szybko przeanalizowałam to zdarzenie. Pamiętałam dobrze strzępki podanej informacji, ale zadziwiała mnie jej forma. Przekazana mi wiedza była oczywista, bezpośrednia i poza słowami. Skoncentrowana w rodzaj pigułki i wsunięta do mojej głowy dawała się odczytywać na różne sposoby myślami i wyobrażeniami i ku mojemu zdumieniu to, co wydawało się trwać ułamek sekundy rozciągało się w długie, skomplikowane zdania, gdy tylko skierowałam na jakiś szczegół uwagę.

Nie chcemy zrobić ci krzywdy. Niczego się nie bój, przestraszysz się, ale to minie. Jesteśmy SPOZA.

DZIAŁAMY I INGERUJEMY W WASZ ŚWIAT STĄD, GDZIE PRZEBYWAMY. ZMIENIAMY TERAZ COŚ WAŻNEGO U SIEBIE, CO JEST WAŻNE TAKŻE DLA WAS. JESTEŚCIE DLA NAS KLUCZEM.

Zaczęłam analizować zapamiętany obraz i wkrótce zauważyłam, że patrzyła na mnie śnieżnobiała (świetlista) twarz bez nosa, z niewielkim podbródkiem, łysą głową i przeogromnymi czarnymi oczami, a nie żadna czaszka. Cały czas czułam silny ucisk po obu stronach głowy i mrowienie, które przekonywały mnie wciąż na nowo, że to nie jest sen. Przez kilka minut przeraźliwie wyły psy przed domem. Dokładnie tak samo reagują na wysokie, niesłyszalne dla człowieka dźwięki i na duchy, o czym przekonałam się w noc przed pogrzebem ojca. Byłam spokojna, choć zaintrygowana, czujna. Zwiększyła się zdolność widzenia plastycznych obrazów pod zamkniętymi powiekami. Próbowałam coś w ten sposób „zobaczyć”.

Wchodzenie w głąb ziemi, czarnej, mrocznej. Wyszłam stamtąd.

Duża powierzchnia złożona z jakichś drobnych, plecionych części, tworząca jak gdyby rozległą metaliczną sieć, ciemno-szaro-brązowa.

Psy umilkły w końcu na dworze i znów ogarnęły mnie podwyższone wibracje. Mrowienie. Wtedy najzwyczajniej w świecie pojawiła się czyjaś spokojna dłoń o długich, szczupłych, węźlastych palcach. Dotknęła mojej głowy tuż koło lewego ucha i chwilę podtrzymywała. Zachowałam cały czas przytomność, ale wolałam nie otwierać oczu. Potem dotyk znikł, a pod zamkniętymi powiekami ukazały się obrazy.

Przedstawiały twarze dwóch-trzech istot, z profilu i en face. Białe, bez żadnego wyrazu, głowy pozbawione nosów, o ogromnych migdałowych, czarnych oczach. Istoty były niewielkie i bez wyraźnych cech płciowych. Przypominały dzieci, nie tylko zewnętrznie, ale i poprzez rozsiewaną wokół siebie sympatyczną, dobrotliwą i niewinną aurę.

I znów obrazy. Fragment szczupłej, czteropalczastej dłoni, pomiędzy trzema długimi palcami szara sierść, jak u szczura lub myszy. Płaskie, szerokie usta bez warg istoty, którą ujrzałam przed chwilą, a która wtedy przecież prawie nie miała ust. Wewnątrz twarde płytki kostne (fiszbiny) służące do miażdżenia pokarmu, z początku białe, potem szare. Poruszały się, trąc o siebie, a usta jakby mówiły. Czasem wylewała się z nich czysta woda.

I na tym przekaz się skończył. Oszołomiona jeszcze długo przewracałam się w pościeli. Rozejrzałam się dokładnie wokół siebie. Przez okno wpadało, jak co noc, światło ulicznej lampy i rzucało blady cień na ścianę koło tapczanu. Na skraju tego cienia błyszczała jasna, biała plamka światła, wielkości złotówki. Zaintrygowało mnie to. Rozejrzałam się, nie było żadnego powodu, który usprawiedliwiałby istnienie tego światełka akurat w tym miejscu (w oknie nie było zasłon ani żaluzji, za oknem również niczego, co powodowałoby takie punktowe rozjaśnienie). Nie potrafiłam sobie przypomnieć, czy ta plamka bywa tam zawsze. Podniosłam się i zbliżyłam twarz do światełka, aby lepiej mu się przyjrzeć. I zbaraniałam! Ze światełka spojrzało na mnie ogromne, rozwarte, czarne oko, jak gdybym zajrzała w okular powiększającej lunety!
Wystraszona zamknęłam oczy i nakryłam się kołdrą po czubek głowy. Po kilku godzinach zdołałam w końcu zasnąć. Później wielokrotnie w nocy sprawdzałam to miejsce na ścianie. W bladym blasku lampy wpadającym z ulicy nie pojawiła się już nigdy żadna, choćby odrobinę jaśniejsza plamka.

Cdn.

PS.1 Szukając ilustracji do tego wpisu w internetowych zasobach nie znalazłam odpowiedniej. Żaden wariant obcych zapamiętanych przez wziętych nie pasuje do wyglądu istoty, która mnie odwiedziła. Przede wszystkim jej nieproporcjonalnie wielka głowa miała tylko oczy, brakowało nosa i ust, lub były tak śladowe, że ich nie zauważyłam. Istota była niewielka, choć trudno oceniać wielkość, bo to jest między wymiarami sprawa względna, potrafiła się pod tym względem zmieniać, ale ogólnie dałabym jej jakieś 60–70 cm wzrostu. Szczupłe, czteropalczaste dłonie. I przede wszystkim przeczysta świetlistość całej postaci.

PS.2 Analizując znaczenie obrazów wizyjnych, które towarzyszyły spotkaniu, były to istoty, które wyewoluowały na Ziemi-Alfa, o której wspomniała mi dużo wcześniej Xięga.

Numeracja poziomów śnienia

Wielokrotnie sny wyjaśniały mi zasady numerowania poziomów, które w końcu doprowadziły mnie na trop tego, co szczegółowo zbadał i objaśnia Jarosław Bzoma. Ślady moich domysłów znajdują się w książce „Przemiany w ultrafiolecie” z 2003 roku. Jest to dowód, że numeracja i „poziomizacja” snów, jak i topografia „geograficzna” (na ten temat popełniłam przed laty nawet spore opowiadanie, wychodząc od globusa – symbolu pełni Świadomości, a jednym z jego bohaterów jest nomen omen – topograf królewski) są czymś obiektywnym wobec naszych umysłów. I nie jest to wymysł ani Jarka, ani mój, ani starożytnych joginów, którzy uporządkowali naukę o czakrach i ciałach subtelnych. Lecz sprawa dla czujnych umysłów możliwa do odczytania i zrozumienia. Co właśnie zostało uczynione.

Podam teraz kilka przykładów swoich sennych przekazów, na dowód niedowiarkom i ku umocnieniu tylko wierzących, którzy chcieliby wejść ze zrozumieniem i pewnością, że nie padają ofiarą sugestii, na drogę Śnienia.

mag-ilustrace

W 1997 roku przez 3 miesiące codziennie medytowałam nad kartami Tarota marsylskiego. Wkrótce przyszedł sen wizyjny w podniesionym paśmie świadomości.
Ujrzałam w nim Maga, mistrza Gry pod postacią niskiego, grubawego, starszego mężczyzny w białej, rozchełstanej na piersiach koszuli, z podwiniętymi do łokci rękawami, radośnie uśmiechającego się do mnie w amerykańskim stylu, tak, że mogłam zobaczyć rząd lśniących, wielkich, białych i równiutkich zębów. Stał za laboratoryjnym stołem i w rękach trzymał model cząsteczki atomu, w którym szczególnie ważna była liczba 5.

Ten sen dotyczył aktu stworzenia życia w materii i obowiązujących w niej zasad (poziom 5). Zęby w ustach Kreatora, czyli widoczne w Szczelinie, to doskonałe świetliste istoty bytujące w Nieprzejawieniu. Jak na modelu Człowieka Kosmicznego, głowa Maga z uśmiechem to Absolut, biała rozchełstana koszula to sfera duszy i serca, dwoje rąk to dwa strumienie zstępujący i wstępujący (jedna ręka uniesiona w górę), a laboratoryjny stół, za którym stał (jak na karcie I. Mag) zakrywający ciało od pasa w dół – to poziomy materialne 1-5.

I zaraz potem przyszedł kolejny sen (wizyjny, postaci konturowe, jak z filmu animowanego, świetliste):
Jest grupa kilku graczy. Grają w karty, stojąc na ulicy-drodze. Rozgrywka ma określoną ilość rund. Ten, kto wygrywa jedną rundę, rzuca w następnej swój atut jako wyzwanie, dyktując reszcie swoje warunki, a w ostatniej następuje rozstrzygnięcie zwycięstwa całej partii. Trudno mi powiedzieć, ilu ich jest, chyba czterech, (choć za każdym stoi drugi, jako jego cień i także stara się zaistnieć w Grze, tocząc jakby odbity w lustrze pojedynek) wysokich, młodych, inteligentnych mężczyzn. Jest tam również mały chłopiec (piąty, a także dziewiąty), który nie uczestniczy w Grze, ale roznosi wszystkim karty i zatrzymuje się za każdym razem przy kolejnym wygrywającym.
Gra chwilami przypomina szachy (w trakcie rozgrywek następuje zamiana miejsc). Zwycięzcą przedostatniej rundy był atut świni, którego wszyscy do tej pory starali się z jakichś powodów unikać, a to zagroziło pozycji reszty rozgrywających. Wtedy wszyscy zgodnie uczynili świnię swoją mocą, uwzględniając jej siłę w swoich kartach i przyłączając ją do grona zwycięskich atutów. W ten sposób sytuacja wróciła do normy i szczęśliwie zharmonizowała się.

W tym przekazie nie tylko były poziomy rozwoju, różne manifestacje świadomości na każdym, ale i sugestia o istnieniu planowych cykli czasu, gdy manifestują się charakterystyczne dla danego poziomu wydarzenia. Prowadzące do wyewoluowania kolejnych „ciał” dla nowego rodzaju świadomości. Przynależy to Przeznaczeniu, co Jarosław Bzoma zwie Koniecznością.

Nieco później w pewnym śnie mój umysł zaczął sam rozważać procesy transformacji Świadomości na bazie liczby dziesięć. (O ile rozgryzłam wtedy zasadę 10 na bazie znaczenia numerologicznego liczb, oraz fakt trzykrotnego powrotu istot już wyzwolonych w Przejawienie, to nawet wpadłam na zasadę poziomów.)
To nieuchronny program rozwoju, przez który muszą przejść doskonalące się byty, aby osiągnąć poziom najwyższy, Dziesiąty i tam rozpocząć następną, własną już grę jako Jedynka. Ów poziom Dziesiątki zainicjuje coś nowego, wielkiego, ważnego, twórczego i trzeba wtedy będzie zacząć znów liczyć od Jeden.
Jesteśmy teraz w Czwartym Stworzeniu – myślę i wiem. (Poziom mentalny 4)
Czeka nas jeszcze przejście przez Szóste Stworzenie, gdy energie spolaryzują się na ciemne i jasne, nienawidzące siebie nawzajem. (Kontra wobec poziomu 6, m. in. szpitala dusz).
I widzę głowę Lecha Wałęsy jakby za jakąś pleksiglasową szybą, w którą daremnie walę z wściekłością wielkim młotem, chcąc go zniszczyć, lecz tamten kompletnie nie reaguje i nic mu nie jest. (Solidarność, czerwień, sprzeciw, granica 5/6. Tarcza ochronna, której ciemność nie potrafi sforsować. Różnica wibracji. Za szybą/tarczą/granicą wspólnota serc i umysłów to dusza i naddusza, czyli poziomy 6-8. Ciemność nie jest w stanie ogarnąć światła!)
Teraz Dziewięć. Dziesięć!!!
I proszę, zaczynamy od Nowa!
Od Jeden…

25 marca 2000 roku. W czasie, gdy rozważałam sens kabalistycznej Księgi Jecirah obudziłam się w transie. W miejscu łóżka stało biurko, coś przy nim pisałam, gdy nagle wewnątrz pokoju zaczął wiać wiatr, coraz silniejszy. Wirował nade mną, owiewając mi twarz i głowę. Zdumiona przerwałam swoje zajęcie, myśląc, że przecież okno jest zamknięte. Nagle zdałam sobie sprawę, że to sama Xięga, jako Księga Jecirah uruchamia we mnie bezpośredni kontakt z Bogiem i, że właściwe jej zrozumienie to klucz do Jego drzwi.
Drogą bezpośrednią, z umysłu do umysłu przypłynęła wiedza:
Ojciec jest dziesiątką, Jednym dzielącym się na dwa, potem trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, a potem dziewięć. Każdy podział ma swój rodzaj, kształt i specyficzny charakter (wibrację i przestrzeń oddziaływania), po czym znów staje się dziesiątką, ale już o kolejne oczko wyżej, tym razem 10.0.

*

Dodam jeszcze, że J. Bzoma uważa, że wszystkie liczby, jakie występują we śnie, czy to numer pokoju, telefonu, czy data odnoszą się do poziomów Świadomości. Uważam, że w większości tak jest, ale… niekiedy przychodzą również daty wydarzeń. Może komuś takiemu jak ja, czyli wróżom i astrologom, badającym cykle. Ale o tym napiszę przy innej okazji.

Xięga, część 4

Tego nie ma w biblijnej Genesis. Być może zostało usunięte. Być może zaszyfrowane. A jego pozostałością jest w Biblii dziwnie okrutne prawo mojżeszowe, każące zabijać czarowników, a także klątwo-błogosławieństwa rzucane na potomków, czy wrogów.
Xięga tak oto opowiedziała mi historię powstania na Ziemi, w pradawnych czasach czegoś, co stworzyło zagrażające życiu zakłócenie. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o Grzybie i długo zachodziłam w głowę, co oznacza. Można owo zakłócenie rozumieć, jako zaaranżowaną odgórnie pierwotną przyczynę powstania świata minusowego, piekielnego, jak by to nazwał Jarosław Bzoma. Rządzonego przez Zło Osobowe. Nie były to jedyne informacje, jakie do mnie dotarły na ten temat, i do tego jeszcze wrócę. Rola owego ujemnego, pasożytującego „trzeciego” świata jest chyba bardziej tragiczna dla naszej planety, jak i ludzi, niż daje się pomyśleć, kwalifikując i wartościując rzeczywistość tylko na pozytywną i negatywną.

Taoizm dzieli wszystko na dwie zasady, żeńską i męską, ziemską i niebiańską. Ziemska jest równie „dobra” jak Niebiańska, więc owo rozdwojenie nie jest moralnie kwalifikowane. Niemniej w starożytnych poglądach zawartych nieco w Księdze I-Cing czy przechowanych w feng-szuei, zasada ziemska, żeńska jest także/bywa destrukcyjna, mściwa i zła. Podobnie zasada męska, niebiańska bywa egocentryczna, ambitna ponad miarę i uparta, co sprawom na dobre nie wychodzi, rodząc z jednej strony degenerację i zbrodnię, z drugiej niekończące się wojny.

W mitologii indyjskiej istnieje opowieść o potworze Rahu, przeciętym na pół i wyrzuconym na orbitę ziemską, gdzie nieustannie i bezskutecznie usiłuje się połączyć w całość. Astrologowie uważają, że chodzi o węzły księżycowe, w Europie nazywane Głową i Ogonem smoczym, w indyjskiej astrologii Rahu i Ketu. Są to punkty przecięcia przez orbitę Księżyca ziemskiej ekliptyki, związane z zaćmieniami słońca i księżyca. W horoskopie niosą one człowiekowi z jednej strony szczęśliwe zbiegi okoliczności, z drugiej zaś pecha, poniżenie i brak okazji wybicia się.

Historię opowiedzianą mi przez dwie sędziwe istoty można najsilniej skojarzyć z odkryciem polskiego astronoma w latach 50-tych, dwóch pyłowych księżyców orbitujących wokół Ziemi w pobliżu widzialnego Księżyca. Od nazwiska odkrywcy zwie się je księżycami Kordylewskiego, a mimo, że zostały sfotografowane, dotąd  są kwestionowane lub uważane za zjawisko przemijające i okazjonalne. Jednak nie udowodniono jeszcze ani ich istnienia, ani nieistnienia.

Z kulami dziwnej energii bombardującymi Ziemię miałam jeszcze spotkania kilka razy. Raz nawet na jawie, w dzień, czego byli świadkowie, moi sąsiedzi, (o ile o to chodziło, a nie o przypadkową zbieżność, o której świadczyłby sen, jaki miałam następnej nocy). Opiszę to przy innej okazji.

Okres czasu, podany mi przez istoty jest identyczny z tym zapisanym w Objawieniu św. Jana, jak i w Księdze Daniela. Co naprawdę oznacza, jaki przelicznik czasu można zastosować, aby odszyfrować informację, nie ośmielę się twierdzić, że wiem.

Tymczasem kontynuuję opowieść Xięgi.

3ksiezyce

Xięga, cd.

5.

Xięga istnieje od zawsze i po wieczność, w niezmiennym punkcie przestrzeni, do którego dotrzeć jest najtrudniej w świecie. Łatwo jest ją sobie wyobrazić i umieścić powyżej wierzchołka głowy, jednak otwiera się tylko wtedy, gdy sama tego zechce. Obdarzona jest świadomością, gdyż dokładnie zna tego, kto po nią sięga. Mimo wszystko pozostaje zbiorem informacji zapisanych świetlnym pismem w przestrzeni nie większej, niż pyłek kurzu. A do tego zbioru trzeba mieć klucz.

Drobina świetlistego pyłu rzuca niekiedy krąg blasku wielkości złotówki. Potrafi ukazać się w miejscu, gdzie zalega cień i znikąd nie ma dostępu światła. W zasłoniętym nocą pokoju sypialnym na ścianie przy łóżku, we wnętrzu szafy albo pod biurkiem. Nie da się dotknąć ani schwycić w dłonie, ale kiedyś udało mi się w nią spojrzeć z bliska, zajrzeć w głąb. Krążek światła okazał się czymś w rodzaju mikroskopowego okularu. Z drugiego końca patrzyła na mnie drobna biała istota o ogromnych czarnych oczach. Widziała mnie, tak jak ja ją.

Potrafiła się z tego krążka świetlnego wynurzyć cała, ale nigdy nie byłam tego bezpośrednim świadkiem. Jedynie rano budziłam się ze strzępami przypomnień z nocy. Przepaścistych oczu czy dłoni manipulujących zdecydowanie przy mojej głowie lub nerkach. Dłoni o bardzo długich, szczupłych czterech palcach.

Zostawały mi po tych wizytach ogniki światła w głowie. Czułam mrowiący ucisk w kilku punktach czaszki. Z biegiem czasu ogniki uwalniały tkwiący w nich zapis. Po kolei, stopniowo. Jedna po drugiej. Trwało to kilka tygodni, miesięcy. Aż do następnej wizyty dziwnego gościa.

Którejś nocy wyszły mi na spotkanie dwie istoty. Sędziwe, bliźniacze, białe, o szerokich, uśmiechających się faliście ustach i bystrych czarnych wielkich oczach. Na ich płaskich drobnych twarzach ledwie wystawały maleńkie kostki nosowe. Jeden z nich wydał mi się nieco starszy. Różniło go od drugiego połyskliwe spojrzenie okrągłych oczu. Jego wyraz.

Xięga przemawiała przez nich.

Zaczęło się miliony, setki milionów i miliardy lat temu. W czasach, gdy na Ziemi dopiero powstawało życie. Ale została już obsiana i zapłodniona. Coś nagle spadło na nią z nieba. To nie było dobre. Było ciemne, najciemniejsze. Spowodowało jednak niebywały skok rozwojowy pierwszych organizmów. Każdy z gatunków wskoczył od razu oczko wyżej. Bo pojawiło się coś, przed czym musiały szaleńczo się bronić, aby przetrwać. Pożerająca pustka.

Życie zwyciężyło. W wyniku intensywnych mutacji i pojedynków między prymitywnymi organizmami utworzyła się ogromna ilość plazmy, która w końcu oderwała się od planety i poszybowała w przestrzeń kosmiczną. Do tej pory okrąża Ziemię jako chmura pyłu, bombardując od czasu do czasu jej powierzchnię trującymi kulami, które się od niej niekiedy odrywają. Kule zawierają rodzaj zarodników, którymi grzyb próbuje wciąż na nowo skazić glebę, ciała i umysły żyjących.

Pleśń odporna na najtrudniejsze kosmiczne warunki, wnikając w ciała ziemskich istot potajemnie je zatruwa i zniekształca. To ona przyczyniła się do powstania zapomnienia, złudzeń, a z nimi odstępstwa. Zrodziła choroby, szaleństwo, rozpacz i okrutną radość zła. W wielu okresach zakończonych katastrofą.

Skażeni kosmicznym grzybem popadali w smutek, rozpacz, gniew, zawiść, w końcu w perwersję i drapieżne okrucieństwo. Mrok podstępnie wnikał w mózgi i serca. Płuca ogarniało zaflegmienie. Chorzy zaczynali nieustannie odpluwać. Brak tchu sprawiał, że mogli jedynie zanikać. Tak też rozpoczęły się złorzeczenia. Najstraszniejsze klątwy i bluźnierstwa posługiwały się grzybem. A raczej to grzyb posługiwał się nimi. Wzmacniając wokół siebie najciemniejszą z ciemnych ochronną granicę. To było smutne, groziło przerwaniem eksperymentu „Ziemia”.

– W pierwszej chwili chcieliśmy się poddać – oznajmił jeden z dwóch. – Epidemia postępowała szybciej, niż wszystko, co można było przeciw niej zastosować. To jednak cofnęłoby nas do poziomu, który pragnęliśmy przezwyciężyć. Rozważaliśmy opcję zniszczenia Ziemi w wielkim wybuchu. Tylko to mogło unicestwić rozwijające się skażenie i oczyścić pole.

– Jednak pojawił się ktoś, kto zdecydował inaczej – dodał drugi. W jego oczach pojawiał się błysk, który uznałam za uśmiech. – Zgodziliśmy się mu pomóc. Jego plan i gotowość przejścia przez najgorsze dawały ułamek szansy, że się uda.

– Istniał jedyny sposób, aby spróbować zwyciężyć. Należało zbudować kult oraz rytuał, który by go przeniósł poprzez czas. A wraz z nim podstawowe informacje higieniczne i zasady zachowania równowagi. W świecie pogłębiającej się niepamięci.

Obaj przemawiali razem, choć osobno.

– Wymagało to wielu, wielu lat trudu i cierpienia. Odradzania się w skażonym świecie i podtrzymywania zapory, gdy zaczynała się walić – słuchałam.

– Ci, co zostali wyklęci, przepędzeni, ukamienowani w imię danego im prawa często upadali i stawali się przeciwnikami – przekazywał pierwszy. Jego wzrok migotał iskierkami diabolicznego dowcipu. Pomyślałam, że zna życie od drugiej, tej wyklętej strony.

– Dostawali się wtedy we władzę grzyba, który rozpoczynał swój niedostrzegalny rozkład. Jedni zauważali to i zwracali się na nowo ku prawu, uznając jego potrzebę i słuszność, wracała im świadomość. Zyskali przy tym wyrozumiałą mądrość, której wcześniej nie mieli. Byli jednak tacy, którzy upadali i stawali się diabłami.

– Musieliśmy nieustannie czuwać i wracać, aby prawo nie zwyrodniało, nie przemieniło się w narzędzie złego – uzupełnił drugi. – To my tworzyliśmy kulty i systemy i to my burzyliśmy je, gdy okazały się nieskuteczne. W ich miejsce budowaliśmy inne, ulepszone. Wciąż od nowa paktując z siłami ciemności, byleby odroczyć ostateczny wyrok.

Ziemia została poddana kwarantannie. Otoczona, zamknięta zamkami automatycznie kurczącymi się i zaciskającymi, nikt od wewnątrz nie jest w stanie ich rozerwać. Niby soczewka skupiła w sobie ciemność, wokół której zgromadziły się czujne siły, gotowe w każdej chwili ją zniszczyć.

– Ktoś jednak nie chce, aby zginęła – wyjaśnił pierwszy. – Ktoś postanowił wejść do pułapki. Ktoś drobny i bezbronny. Jemu służą Smoki i Węże, chroniąc go na dnie przepaści. A on je łagodnie powstrzymuje od niszczącego czynu.

– Są Moce, dolne i górne, odwieczne, istniejące – oznajmił drugi i dodał – Zawarły ze sobą pakt. Jeśli ktoś spośród nich zostanie uwięziony na dłużej niż 42 miesiące bezwzględnie ją zniszczą. Zerwą zasłony, wyzwolą więźnia. Reszta nieodwołalnie upadnie w czyhającą czeluść otchłani.

Odcinek ostatni istnieje, ale pozostaje zatrzymany w prywatnym archiwum.

< Xięga, część 1
< Xięga, część 2
< Xięga, część 3

Bóg i Jego kulty

Kult wiąże się z tradycją, praktyką, rytuałami i czcią, oddawaną takiej czy innej formie i imieniu Boga. Indie posiadają tych form nieskończoną ilość, a jogini mają też wiedzę na temat skutków duchowych, jakie można osiągnąć oddając się takiej czy innej praktyce wiary. Chrześcijanie są święcie przekonani, że ich kult jest najprawdziwszy, podobnie jak mahometanie, że ich. Medytacja z jidamem, czyli wizualizowanie sobie wybranej formy boskiej w sercu i wzywanie boskiego imienia, aby się z nim utożsamić i przeżyć „odlot”, stosowana jest nie tylko w hinduizmie czy buddyzmie, ale również w katolicyzmie, pod innymi nazwaniami oczywiście.

thanka

Osobiście nie praktykuję żadnego kultu i mam do wszelkich zbiorowych czci stosunek iście „żydowski”. Pierwsze, odrzucone przez kościół katolicki przykazanie zakazujące oddawania czci jakiemukolwiek obrazowi Boga niewidzialnego i nieznanego jest jakoś naturalnie wyryte w moim sercu. Wrodzony racjonalizm, krytycyzm, dystans powodują, że zmuszanie się do emocji na widok jakichś symboli pachnie mi fałszem na kilometr. A fałszu nie lubię nade wszystko. I sądzę, że Bóg również nie. Lepsza dla Niego jest szczera i prosta niewiara, niż sentymentalna czy faryzejska i interesowna pobożność.

Pewną formą kultu stały się nowoczesne medytacje mające prowadzić do polepszenia jakości życia, poprawy zdrowia, spełnienia życzeń itp. Wiele zapożyczyły z odwiecznych sposobów na uwolnienie z karmy i dostąpienie łaski Boga. Wizualizacja wymarzonego celu, techniki autohipnotyczne, użycie oddechu, kolorów, mudr, gestów, afirmowania w miejsce mantrowania, diety, pochłaniają czas, uwagę, parte ambicją i wolą sukcesu praktykującego taką magię. Religijne medytacje o tyle są czystsze i korzystniejsze, że za cel mają dosięgnięcie Boga, zyskanie Jego Świadomości i uwolnienia od bólu i cierpienia. Dzisiejszy świat w bardzo szybkim tempie masowo schodzi na psy pod tym względem. Zwabiony przemijającym złudnym sukcesem i próżnością.

I ja, mimo dystansu, próbowałam w latach 90-tych różnych sposobów na polepszenie swojego przygnębiającego życia i imałam się najbardziej szalonych praktyk, żeby sobie pomóc. Przekonałam się, że – oprócz otwarcia się na energie Drugiej Strony i kontakt, którym w żaden sposób nie zarządzałam – niewiele, albo nic mi one nie dały. W rzeczywistym sensie. Życie toczyło się jak się toczyło, raczej pod górkę i cuda szerokim łukiem mnie omijały, jak zawsze. Nie pomagały psychoanalizy i terapie, afirmacje, przemeblowania pokoju według zasad feng-szuei (winne były ogólniejsze układy miejsca, których zmienić się nie dało), specjalne oddychanie, odblokowywanie traumy narodzin, wizualizacje pomyślności, lecznicze znaki reiki na odległość, modlitwy z intencją, ani nawet skamląca pokora wobec Boga. Jak tkwiłam w życiowej d…, tak tkwiłam. Astrologia pomagała o tyle, że dzięki jej znajomości omijałam niebezpieczne związki, nie zgadzając się zawczasu na kolejne przegrane. I znosiłam cierpliwie niepomyślności. Niektórzy znajomi uznali, że właśnie dlatego mi się nie wiedzie, bo wierzę w układy planet! Że niby winien jest mój determinizm. Ale ja akurat w tym temacie swoje wiem, i wiem na pewno. Kilka oparzeń, które sobie zafundowałam, lekceważąc „gwiazdy”, przekonało mnie o tym dostatecznie.

Przeznaczenie ma swój czas. I niczym go nie przyspieszysz, ani nie ominiesz. Wiele rzeczy można złagodzić odpowiednią świadomością, ale nie unikaniem losu, albo narzucaniem mu wędzidła swojego Ego. Przyszła taka chwila w moim życiu, że wszystkie więzy puściły, jak zaczarowane, dziesięcioletnie afirmacje spełniły się w ciągu miesiąca. I tych więzów nie mogłam zerwać wcześniej, bo były karmiczne.

Co do rodzaju, pozycji i skuteczności kultów Boga zyskałam kiedyś objaśniający przekaz senny z „górnej półki”. Był bardzo piękny, zatem przytoczę go zamiast dalszych „mądrych” wywodów w tym temacie.

W nocy z 8 na 9 listopada 1997 roku znalazłam się w gigantycznej katedrze. Po obu jej bokach ciągnęły się niezliczone nawy. W każdej z nich przebywała spora grupa wyznawców, klęczących, kłaniających się, mantrujących święte sylaby i odmawiających litanie. Wszyscy byli skupieni na modlitwie do jakiejś ustawionej na ołtarzu świętej figury. W każdej nawie stał inny obiekt kultu. Poczułam, że jestem obdarowana możliwością widzenia tych różnorodnych, czczonych przez ludzi form Boga. Nie każdy mógł je dostrzec i nawet ci, którzy modlili się o to cierpliwie i systematycznie całymi latami, często przyjmowali ich istnienie tylko na wiarę.

Widok był niezwykły, wciągający. W każdej z naw, nad głowami modlącego się tłumu dominowało (wisząc w powietrzu, lub stojąc jako posąg na ołtarzu), ich odrębne bóstwo. Każde z nich przypominało kolorowy, trójwymiarowy hologram i błyszczało przepięknym złotym kolorem. Rozpoznałam Matkę Boską w wieńcu z gwiazd, potężnego czterorękiego Wisznu, uśmiechniętego Gowindę z fletem w dłoniach i girlandą kwiatów na szyi, siedzącego w medytacji Buddę, Jezusa błogosławiącego cierpiących. Ponadto były tam inne, nieznane mi wyobrażenia bogów, o których można przeczytać w podręcznikach religioznawczych lub kronikach historycznych i trudno mi je było nazwać. Bóstwa afrykańskie, indiańskie, syberyjskie, australijskie, wyspiarskie, może nawet atlantydzkie. Niektóre z nich sprawiały wrażenie zupełnie pierwotnych, na pół zwierzęcych, totemicznych, dzikich i archaicznych. Każde koncentrowało na sobie uwagę wielu osób i idealnie odzwierciedlało poziom rozwoju ich świadomości, cele życiowe i przekonania moralne.
Patrząc na to zauważyłam
(jakby się obudziwszy w tym śnie), że leżę prawie pośrodku tej niesamowicie ogromnej świątyni na czymś, co przypomina prostą pryczę. Wokół mnie snuje się mnóstwo ludzi, z których większość zmierza w znane sobie części kościoła, inni słuchają modłów i zastanawiają się, w której nawie przystanąć. Panuje tłok i zamieszanie. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Zaczęłam się zastanawiać, co wypada teraz uczynić, bo przecież spać w tym przechodnim miejscu długo się nie da. Trochę zdezorientowana zsunęłam nogi z łóżka na ozdobną posadzkę, udając, że podejmuję jakąś ważną decyzję, tak jak inni. Wtedy obok kolumny, przy której mieściło się moje legowisko dostrzegłam 12-letniego rozweselonego chłopca, podobnego do mego kolegi z dzieciństwa, Wiesława (Wiedzący, jak sławić Boga). Był ubrany w zwykłe dżinsy i flanelową koszulę w kratkę. Przez nikogo niedostrzeżony i nierozpoznany skinął na mnie ręką.

W jednej chwili mój umysł rozszerzył się i natychmiast – drogą z umysłu do umysłu – wchłonęłam jego przekaz. Dowiedziałam się, że ten – pełen absolutnej wolności od obowiązujących w świadomości wyznawców przekonań, aspekt swojej boskiej dziecięcości, z której wyłaniają się nowe cudowne światy, pokazuje bardzo nielicznym. Jedynie tym, którzy kierują się głosem serca, bez liczenia się z czymkolwiek z zewnątrz, bo kochają go absolutnie i pozwalają mu być takim, jaki jest i jaki akurat chce być, godząc się nawet na rolę diabła, gdyby tylko przyszedł mu do głowy taki pomysł.

Porwała mnie ekstaza miłości i radości. Uniosłam się wysoko, cała roziskrzona żywą energią. I ogarnął prosty, wibrujący śmiech boga. Ale łobuziak z niego, cha, cha!

*

Sen zawarł mnóstwo informacji i symboli. Oto niektóre z nich, słowami Jarka Bzomy:

Złoto–perlisty, złoty kolor – kolor ciała buddycznego. Poziom Metatrona śni się w złotych kolorach. Ukazuje się czasem jako pusta szata, pokryta złotym płaszczem wytłoczonym we wszystkich bogów, jacy kiedykolwiek byli wyobrażeni na świecie.

Poziom brahmaniczny 8/3 – poziom świetlistych bogów, świat form Świadomości opierających się rozpadowi, Metatrona, jeszcze po przejawionej stronie Granicy 8/9. To poziom bytów określanych w hinduizmie Dewami, realizującymi się w kontrolowaniu rozpadu form Świadomości w Nicość 8/2.

Dziecko – otworzony do naszej eksploracji kolejny wyższy (starszy) poziom Świadomości, w snach dziecko jest tak naprawdę starsze od nas. To osobowa forma badanego poziomu. W snach może symbolizować młode pokolenie, przyszłość. To symbol potencjału wzrostowego z wyższego poziomu.

Ponieważ chłopiec miał 12 lat, należy wziąć też pod uwagę i tę liczbę.

Poziom dwunasty – Świątynia.

Ekstaza

Wypada zacząć od teorii. Zainteresowanych szczegółowymi kwalifikacjami wewnętrznych stanów psychicznych możliwych do osiągnięcia i doznania w wyniku praktyki duchowej odsyłam do autorów zajmujących się indyjską jogą, bądź samych indyjskich ksiąg, traktujących o tej delikatnej i nieuchwytnej materii. Od siebie polecam na początek książkę „Patańdżali i joga” Mircei Eliade, zwarte kompedium najważniejszych informacji w tym temacie, zaczerpniętych z podstawowych starożytnych dzieł hinduizmu (i nie tylko), czyli Jogasutr, Wedanty, Puran, Mahabharaty, Gity, starożytnych komentatorów i joginów.

Dla przybliżenia tematu w prosty sposób daję krótki opis ze swojego sennika, czyli książeczki „Symbole senne – znaki na Drodze do Życia”.

Ekstaza – euforyczny stan psychiczny poprzedzony i wywołany przepływem energii przez ciało, zdarza się w snach świadomych, wizyjnych i inspirowanych. Umyka opisowi, gdyż jego podstawową cechą jest przekroczenie znanej z jawy percepcji umysłu i wyjście świadomości poza znane jej rozróżnienia, czas i posiadaną wiedzę. Trwa przeważnie krótko, może jej towarzyszyć eksterioryzacja i kontakt z postaciami spoza trójwymiarowej przestrzeni, w której na co dzień prosperuje nasz umysł i zmysły. Miewa wielki, harmonizujący i uzdrawiający wpływ na psychikę, a czasem ciało fizyczne.

Eksterioryzacja – zjawisko dość często spontanicznie doświadczane we śnie i zapamiętywane jako lot w górze, czasem jako wysiadanie z samochodu (obrazującego ciało fizyczne). Spowodowane oddzieleniem się ciała astralnego od fizycznego. Może to być wywołane wielkim strachem we śnie lub odwrotnie ekstatyczną błogością. Eksterioryzować świadomie można się nauczyć. Wiele elementów e. zawierają świadome sny, a więc specyficzny dźwięk podczas wchodzenia w trans (brzęczenie, buczenie, dzwonienie), lot przez tunel ku światłu, gdzie zaczyna się świat snu, odbierany wszystkimi zmysłami ciała i w pełnej świadomości. Powrót odbywa się na odwróconej zasadzie i odczuwa się go jako pewien wstrząs, powodujący natychmiastowe obudzenie się w ciele fizycznym. Czasem udaje się dotknąć srebrnego sznura, cienkiego i rozciągliwego przewodu wyrastającego spomiędzy łopatek na plecach, który łączy ciało fizyczne z subtelnym odpowiednikiem. Daje się on rozciągać na kosmiczne odległości i zawsze ściąga bezpiecznie wędrowca do pogrążonego w swoistym letargu ciała fizycznego.

jogin

A jako przykład jednego z możliwych wewnętrznych doznań, wykraczających poza fizyczne zmysły i wszelkie pojęcia znane z jawy, przedstawiam swój sen-nie-sen. Ma on pewne cechy ufologiczne, religijne, spotkania z duchowymi mistrzami i pobierania nauk z wysokich poziomów. Zatem wszystko w jednym!

*

Wieczorem 16 sierpnia 1994 roku ogarnęła mnie niezrozumiała ochota, by położyć się spać w innym pokoju, z którego okno wychodzi na podwórze. I tam niespodziewanie weszłam od razu w głęboki trans.

Zaraz po zamknięciu oczu wyrwała mnie z ciała fizycznego fala energii. Uniosłam się nad nim i z ciekawością wyjrzałam przez okno na podwórze. Ku mojemu zdziwieniu nie było ciemno. Podwórze było rozświetlone bladym światłem, tworzącym szarówkę. W jego głębi na tle budynku gospodarczego zobaczyłam grupę około dziesięciu ludzi, siedzących na różne sposoby wokół centralnej postaci młodego, pięknego mężczyzny z długimi do ramion włosami. Z jego wnętrza emanował iskrzący się żywy blask krystalicznie czystego światła. A więc to on był źródłem oświetlenia! Wiedziałam wprost, że jest mistrzem, synem bożym, jego imię nie wydało mi się istotne. Kiedy tak mu się z fascynacją przyglądałam, podniósł nagle oczy i nasze spojrzenia się spotkały. W tej samej chwili dobiegł mnie prąd energii o niesamowitej mocy.
Błyskawicznie popłynął wzdłuż moich rąk, tułowia i nóg, a ja przestraszyłam się, (bo to bolało), że moje fizyczne przecież ciało nie wytrzyma takiego natężenia, że popęka i rozsypie się jak krucha szklanka. Nad moją głową rozbłysła żarówka oślepiająco białym światłem. To z niej płynął strumień, przelewający się teraz przez moje udręczone ciało i sprawiał, że stopniowo jednak wzrastałam i przemieniałam się od wewnątrz w kogoś świetlistego, zupełnie innego, niż dotąd.

Zaaferowana przeżywaniem światła nie zauważyłam jak mistrz z uczniami znikł, a kiedy odzyskałam równowagę, na podwórzu rozgrywała się już inna scena.

Przed domem, w odległości najwyżej metra nad ziemią unosił się teraz kosmiczny pojazd. Miał kształt idealnej piramidy, błyszczał jak zrobiony z kryształu. Na przedniej ściance widniały – blisko czubka – dwa romboidalne okienka. Swoją wielkością zajmował przestrzeń między budynkiem gospodarczym a domem, nie był ani zbyt wielki, ani zbyt mały, w sam raz, aby pomieścić swobodnie kilkoro ludzi. Nie pamiętam, jakim sposobem wyszedł z niego człowiek. Mężczyzna. Niezwykle szczupły i wysoki, mógł mieć nawet 3 metry wzrostu. Patrzył w moją stronę i najwyraźniej zauważył mnie za okienną szybą, gdyż uśmiechnął się i podniósł dłoń w geście pozdrowienia. Ogarnęło mnie wzruszenie, miłosne. Wiedziałam, że reprezentował potęgę cywilizacji ludzi z Ziemi, jednej z niezliczonej ilości podobnych do niej we wszechświecie, połączonych jedną wiedzą i jednym celem. Nie zdziwiła mnie także własna myśl, że stoję oko w oko z przemienionym człowiekiem przyszłości, który w swoim idealnym ciele, bytującym w sferze wiecznego teraz, kontaktuje się poprzez bramę w czasoprzestrzeni z jedną ze swoich licznych replik, wysłanych w przeszłość. Być może, aby naprawić jakieś błędy popełnione dawno temu, przeszkadzające mu stać się jednością z wieloma. Pozdrowiłam go złożeniem dłoni i skinieniem głowy. I w tej samej chwili mój umysł… Boże, co się z nim dzieje?… utożsamił się z nim, rozszerzył i otworzył.
Wszystko stało się oczywiste w ułamku sekundy! Znalazłam się wewnątrz wspólnoty tych doskonałych istot, połączonej miłością tak żywą i pełną absolutnego oddania sobie nawzajem, tak wibrującą, tak falującą, tak nieskończenie wzrastającą, tak namiętną, tak orgiastyczną i ekstatyczną, że nie da się z nią porównać żadnego, nawet najrozkoszniejszego ziemskiego doznania.

Potem wszystko skurczyło się, znikło i otworzyłam przytomnie oczy po środku nocy, w pustym cichym pokoju, jak zawsze, jak zwykle.

Budynek gospodarczy to makieta sfery nieprzejawienia, czyli poziomów 9-13. Pojazd  pojawił się w strefie przejawionego ducha 6-8. Jego reprezentacją była żarówka nad moją głową, do której zostałam podłączona. Obserwowałam go przez szybę pokoju, czyli granicę 5/6, ze swojego domu, czyli ciała mentalnego i poziomu 4.

Kształt piramidy i geometria okienek wyjaśnia Jarosław Bzoma tak:

Figury geometryczne mogą pojawić się na poziomie duszy 7, ponieważ Atman jest tak naprawdę Brahmanem. Romby, kwadraty, koła, trójkąty, wielościany pochodzą z poziomu brahmanicznego, Nicości 8 i śnią się na tym i wyższym poziomie. Towarzyszy temu świadomość relacji między figurami i ich znaczenia.

Tu jednak jest pewien niuans. Krystaliczność. Trzeba więc brać pod uwagę, że pojazd reprezentował poziom wyższy, niż tylko Brahman.

Świątynia, zamek, też Szklana Góra nie jest niczym innym jak wirem swoim najgęściejszym bezwymiarowym punktem skierowanym ku górze. Niektórym śni się jako zamek na szklanej górze albo szklany pałac (tak jak w baśniach).

Oraz to:

Kryształowy Wir pochodzi z wnętrza Szczeliny 8-12.

Xięga, część 3 czyli Wojna w Orionie

Kolejny wgląd w Xięgę. Biblioteka ma swoje zakamarki, do których dostęp bywa utrudniony. Są siły, które jak w poprzedniej części, wprowadzają chaos i nieporządek, aby utrudnić możliwość poznania pewnych informacji. Albo ich właściwe zrozumienie. Zapewne po to, aby nimi sterować w umysłach pozbawionych pamięci i wiedzy ludzi. Są też takie, które je chronią. W tym wypadku osoba bibliotekarza, występującego pod nieobecność żony jest nie tylko moim przewodnikiem, ale i dysponentem zapisu, Ojcem z poziomów nieprzejawionych, który śni się czasem jako sklerotyczny staruszek. Zważywszy jego kresowe pochodzenie zapewne jest to poziom 10 i mniej, niż 10, czerwonego równoramiennego krzyża, skąd startuje (w dół, ku Przejawieniu) Wielka Karma.
Część symboliczną owego snu zakończył bezpośredni wgląd i przepływ informacji z odczytu, tak intensywny i prędki, że minęło dużo czasu, nim udało mi się je wszystkie odtworzyć. Pomogła mi w tym analiza szeregu snów wizyjnych z innych miesięcy i lat.
Oczywiście, odtworzenie szczegółów oparte na interpretacji symbolicznej warstwy przekazu opiera się na mojej logice, zawsze niedoskonałej wiedzy i może być miejscami obarczone błędem, bądź przekręcone. Zawsze uratować mnie może forma literacka, wszak styl fantastyczny dopuszcza rojenia od-autorskie.
Akcję pozostawiam niezmienioną, jedynie podsuwam jej zrozumienie. Nazwa planety padła we śnie, jak i nazwa inteligentnego budulca gwiezdnego okrętu.
W większości wszystko toczy się na wysokich poziomach, bliskich czarnej dziury i granicy 8/9. Czym i kim są w gruncie rzeczy bohaterowie wydarzeń, gadzie bestie, nieśmiertelni panowie, a także wieża nad jeziorem (odpowiednik mitycznej góry Meru, czy Axis mundi), otchłanne morze (hind. Morze Przyczyn), można się domyślać. Zwłaszcza liznąwszy choćby trochę systematyki poczynionej przez Jarosława Bzomę, a dotyczącej egregorów i ich rezydentów, kryształowego wiru i pamięci karmicznej. O pewnych niuansach dotyczących tzw. poprzednich wcieleń – choć w największej części zgadzam się z J.B., że jest ona przynależna sieci karmicznej, a nie istocie świadomości, która się w danym splocie rodzi, to jednak biorę też pod uwagę inne sugestie na ten temat ze snów. Są istoty, które postanowiły z jakichś – zdaje się różnych gatunkowo powodów – nie rozstawać się ze swym „urojeniowym ja”, tożsamością i pozycją. I w jakiś sposób panują nad procesem w świecie Małej Karmy. Mając lepszy dostęp do zapisu genetycznej pamięci rodu. Może to służyć różnym celom, i „dobrym” i „złym”, w każdym razie pozwala na toczenie gry w czasoprzestrzeni istotom, które od niej mniej zależą, albo nawet wcale.
Historie bohaterów, biorących udział w II wojnie światów śniły mi się po wielekroć, z różnych punktów widzenia i stanowią trzon większej ilości opowiadań. Zaszyfrowanych językiem snów.

Orion

Xięga, cd.

4.

Ze snów wiedziałam już, czego pragnę i nie ustawałam w przywoływaniu następnego wglądu we wszystkowiedzącą Xięgę. W końcu udało mi się trafić na jej fragment w gminnej bibliotece. Tyle razy tam chodziłam i nigdy nie natknęłam się na tę pozycję! A przecież doskonale znałam rozkład, tematykę, kolejność autorów i wszystkie tytuły w każdym zakamarku księgozbioru. Dzięki sympatii do mego ojca, wielkiego miłośnika książek, żywionej przez małżeńską parę bibliotekarzy miałam wolny wstęp między półki od dziecka. I robiłam to najczęściej jak się dało, od kiedy tylko nauczyłam się czytać.

Książkę, o której mówię wskazał mi dopiero stary bibliotekarz, pan Utopinetz. Prywatnie wielki miłośnik grzybiarstwa, co dodatkowo połączyło go węzłem przyjaźni z moim ojcem, również namiętnym grzybiarzem. Pan Utopinetz studiował życie grzybów z wielkim zaangażowaniem. Miał zwyczaj siadać w lesie przy grzybie i patrzeć godzinami, jak rośnie. Miał swoją teorię. Twierdził, że grzyby rosną skokowo. Powiększają się co jakiś czas w jednej chwili.

Kiedy zwierzyłam mu się, że sama nie wiem, czego dzisiaj chcę, bo większość napisanych książek dobrze już znam, a mam ochotę przeczytać coś naprawdę ciekawego i ta ciekawość mnie ssie, zapytał swoim zabawnym lwowskim akcentem, jaki temat interesuje mnie najbardziej.

– Coś pomiędzy fantastyką a dokumentem, kosmologią a filozofią, snem a jawą – odparłam.

Wstał zza swojego odrapanego biurka i ruszył pierwszy starczym drobnym krokiem.

– Chodź za mną – powiedział cicho. Mówił mi po imieniu, gdyż znał mnie od zawsze.

Szurając przydeptanymi filcowymi papuciami po starannie wyszorowanej i zamiecionej drewnianej podłodze zaprowadził mnie do niewielkiej pakamery, w której nigdy do tej pory nie byłam. Sądziłam, że za nieustannie zamkniętymi drzwiami mieści się coś w rodzaju kuchenki dla pracowników albo przedłużenia kartotek bibliotecznych.

– Ojej! – aż westchnęłam od progu.

Stał tam regał ze starymi książkami.

– Odłożyłem je, bo już nie nadają się do wypożyczania, tak są zużyte. A zniszczyć ich nie miałem serca – stwierdził pan Utopinetz, który jako rodowity kresowiak lubił wspominać o sercu.

Przechyliwszy głowę na bok wprawnie przesunęłam nieruchomymi oczami po grzbietach wytartych od czytelniczych rąk książek. I zaraz pewnym ruchem sięgnęłam po to, co okazało się bardzo cennym wypisem z odwiecznej Xięgi. Na najwyższej półce stała trylogia pod tytułem: Historia wojny w Orionie. Dłonie mi zadrżały.

– Zerknij w opowieść o walce z gadzimi istotami, które po pierwszej wojnie światów zostały zrzucone na Ziemię… Teraz toczy się druga wojna i my bierzemy w niej udział – bąknął pan Utopinetz, który jak się okazało, świetnie znał jej treść. Ucieszył się, że ją wybrałam.

– Doskonale. To rzeczywiście bardzo ciekawe.

Przeczytałam całość z zapartym tchem. Zaraz po powrocie do domu.

diozaury

Pierwszy tom opowiadał historię, która wydarzyła się dawno temu na planecie zwanej Batrin, co w ziemskim języku znaczy Starzec.  Zaś tom drugi traktował o sprawach skądinąd, które do tego doprowadziły.

Zaczęło się od tego, że jeden z czterech obejrzał się za siebie. A oto potwór wyłonił się z morskich głębin. Z jakiegoś powodu czwarty przystanął. Wtedy bestia zauważyła go.
Poruszała się błyskawicznie. Przyskoczyła ku niemu i jednym kłapnięciem zębatych szczęk pożarła, przez chwilę szamocząc jeszcze jego bezwładnym, krwawiącym obficie ciałem w wodzie. Natychmiast nadbiegł z głębi wód drugi podobny potwór. Oba były samicami z gatunków tyranosaurus rex i allosaurus maximus. Zaczęły zażarcie walczyć ze sobą.

Wróciwszy na Batrin, to Xięga oznajmiła, że w odróżnieniu od Ziemi-Alfa, w toku dziejów zapanował na niej ustrój komunistyczny. Ten system zmuszał poszczególnych ludzi do mrówczej pracy na rzecz wspólnoty i nakazywał porzucenie jednostkowych potrzeb i różnic pod groźbą kary śmierci lub biologicznego i psychicznego okaleczenia. Z czasem zarzucono stosowanie bezpośredniego przymusu. System wykształcił samodoskonalącą się metodę oszukiwania obywateli przy pomocy technologii medialnych i ogromnych masowych ceremonii wprawiających w zbiorowy trans. Ludzie żyli w złudzeniu indywidualnych potrzeb zaspokajanych przez bezosobowe korporacyjne twory gospodarcze i wzorce przez nie propagowane. Potrzeby były sztucznie generowane i sterowane metodą kontroli umysłów i systemem nagród. Stosowano eugenikę i genetyczną modyfikację, zwierzęce łączenie się w rodziny przemieniono w zawodowe funkcje opiekuńcze realizowane w państwowych placówkach, rozród przestał być przypadkowy, tak samo stan zdrowia i liczebność populacji. Wraz z podatnością na choroby zniwelowano w końcu agresję, przestępczość, różnorodność ras, kultur i języków. Znikła religia, jej rolę przejął kult technologii i sztuka wielkich masowych przedstawień i sportowych igrzysk. Pokarm wytwarzano w fabrykach, w końcu stał się syntetyczny i wywierał wpływ na psychikę ludzi tak, że nie byli w stanie się sprzeciwić, ani powrócić do tego, od czego wyszli.

Systemem zasłon zarządzała ukryta za nimi elita. W życiu społecznym odgrywająca rolę zwykłych obywateli. Na jej szczycie stał król panujący nad nieświadomymi jego istnienia masami. W żadnym razie ogół go nie wybierał, nawet nie miał pojęcia, że ktoś taki istnieje. Był głową rodu władców, i to krew decydowała o jego roli. Moc zbiorowości służyła mu. Ród zaś rezydował za zasłoną materialną w niezmiennie wygodnych warunkach, dysponując dostępem do wspólnej pamięci i technologii wcieleń, niosących w praktyce długowieczność fizyczną i nieśmiertelność kształtowanej i niesionej niezmiennie przez tysiąclecia tożsamości.

Krew z czasem zdegenerowała się. Czas bliski był końca cyklu planetarnego trwania. Klan rządzący urósł tak w pychę, że sam wpadł w pułapkę przez siebie zastawioną. Zdecydował się wykorzystać energię Najwyższego w swoich miałkich celach przetrwania. Samodoskonalący się system zasłon, niwelując problemy przeludnionej planety ukształtował sztuczną inteligencję, a ta przejęła pamięć zbiorową. Zaszczepiona w prymitywne struktury biologiczne zaczęła mnożyć się jak bakterie, wymykając się spod kontroli jej projektantów. Równowaga świadomości i nieświadomości została nagle zakłócona, a z biegiem czasu dusza planety pożarta i unicestwiona przez agresywny cień, który wyniknął z zagrzybionych światów. Na Batrin pozostawały jeszcze ciała dawnych jej mieszkańców, sług swoich panów, ożywione jak kukiełki tym czymś nie do opisania wrogim, podstępnym, fałszywym i w istocie swojej pustym i bezdusznie okrutnym. Degradowały się w szybkim tempie, niszcząc i pożerając siebie nawzajem.

Panowie Batrin, w dramatycznym akcie przeżycia za wszelką cenę, spróbowali wydostać się ze swojego świata zbudowanym zawczasu okrętem. Jego graffetowy człon sterujący obdarzony był sztuczną świadomością i zapisem pamięci rodu. Zapadli w nieskończoną śpiączkę złożeni w chronionych pojemnikach przypominających grobowce. Ich cherlawe bezpłciowe ciała nie dawały im szans na przeżycie. Wraz z nimi przenosiło się coś, co poszukiwało nowych dawców niezbędnego dla swego istnienia żywego pokarmu, dusz. Okręt krążył nieskończenie długo wokół gwiazdy Przejścia, licząc na zbieg okoliczności, który pozwoliłby mu wydostać się z pętli czasu.

Tymczasem w trakcie wojennego starcia oba potwory zostały zbombardowane przez armie trzech Sprzymierzonych. W wyniku ich zwycięstwa wzeszła na niebie cudownie błękitna zorza, okolona pierścieniem błyszczących złotych gwiazd. Ustanowiono połączenie i unię. Trójka ocalałych bohaterów historii nie mogła jej uczcić wiedząc, że nie jest to jeszcze koniec walki.

– Przyczajmy się, obserwujmy – postanowili. – Gady na pewno wymyśliły jakiś podstęp.

Osiedli na skraju Oriona, u ujścia Świętej Rzeki, w miejscu Kolebką zwanym. Trapił ich tajemny niepokój. Który sprawiał, że nigdy nie przestawali czuwać.

wieża

Tom trzeci traktował o dziejach drugiej kosmicznej wojny, która miała dokonać się na Ziemi. Bo tutaj ostatecznie został zrzucony wrogi czynnik. Na wysokościach powstał program działający w czasie. Strzegła go wieża, sięgająca najwyższych wymiarów, zakotwiczona teraz na kamiennych ziemskich podwalinach i wzniesiona w spokojnym równinnym rejonie na skraju słodkiego jeziora bardzo blisko morskiego brzegu. Zgodnie z Planem Planów główni rezydenci wieży i pełni poświęcenia ochotnicy z wysokich światów, mieli schodzić z niej w dół wymiennie, po kolei, parami. W celu ochrony ich pamięci o przyczynie i celu. Gdyby powrót na górę wydłużał się, albo nawet dramatycznie załamał, w planie były ekspedycje ratujące i przywracające zgubione wartości wraz z wiedzą o nadchodzącym końcu rzeczy. Nieśmiertelny duch z wieży, zachowujący znajomość wszystkich wcieleń mógł osiąść na którymś z ich ziemskich potomków, po czym pomóc im wrócić do strażnicy. Tak miało się dziać, aż do wyznaczonego nieodwołanie przez ukazanie się Solis, terminu ostatecznego starcia.

U kresu mieli zejść z wieży wszyscy biorący udział w rozgrywce, nawet trzej naczelnicy, głowa projektu. Robiąc to jako ostatni.

Wreszcie któregoś letniego, nader słonecznego dnia wleciał do ich wiejskiej chaty przez otwarte okno duży, czarny jak smoła owad. Osaczyli go, zabili i dokładnie obejrzeli. Była to odrażająca hybryda muchy i pszczoły. Istota na poły ziemska, na poły niebiańska, z niży i z wyży zarazem. Skażona i zagrzybiona, zamykająca w sobie skalany skarb. Wszyscy w milczeniu spojrzeli na siebie. Ponura świadomość ścisnęła ich serca. Oto zaczynający się lęgnąć pomiot bestii mógł wykluć się tutaj z pozostawionych przez nie gdzieś w ukrytym miejscu jaj. Jedyna nadzieja była w tym, że pamięć zawarta w genach złotych pszczół nie da się zniszczyć, przezwycięży spleśniałe mroczne skłonności i odezwie się samoistnie w chwili starcia. Przeważając szalę zwycięstwa nad cieniem.

Cdn.

< Xięga 1
< Xięga 2

Xięga – część 2

Xięga powracała konsekwentnie, budząc energie, trans i pozwalając  w siebie wejrzeć, a wtedy towarzyszyły jej sny symboliczne. To dzięki nim właściwie, a nie psychoanalitykom, zorientowałam się, że osoby ze snów, znane na jawie, są formami dla czegoś/kogoś innego, kto przybiera ich postać w jakimś symbolicznym i czytelnym dla śniącego celu.
Najważniejszymi postaciami w życiu są rodzice. W tak ważkich snach, jak wgląd w kronikę Akaszy, reprezentują oni matkę i ojca z nieba. Duchowe byty, nieprzejawione lub przejawione wysoko. Mogą wtajemniczyć choćby w dzieje twojej duszy…
Wracając do poprzedniej części opowieści, łatwiej jest też już chyba sobie wyobrazić kogo reprezentowała moja babka, właścicielka Biblioteki.
Dwaj moi kuzyni z niniejszej części to ja sama w potrojeniu. „Trzy osoby/istoty to objaw wyższych poziomów powyżej granicy 5/6.” (J. Bzoma).
Podwójna forma mego ojca miała za zadanie unaocznić obniżenie jego pozycji i przejawienie się nieprzejawionego ojca na niższym poziomie. Co wyjaśnia zapis w Xiędze.

Dysk

Xięga cd.

3.

Po latach znów się tam znalazłam, jak czasami w dzieciństwie, ukradkiem przed babką chowającą klucz od gościnnego pokoju w kuchennym kredensie. Byłam już dorosła, dziadkowie nie żyli, lecz wejścia do pokoju strzegli teraz ich dwaj synowie spadkobiercy.

Nie byłam sama. Miałam młodszych od siebie towarzyszy. Byli to moi stryjeczni bracia, Mirosław i Sławomir. Aby odnaleźć odwieczną Xięgę dostaliśmy się we trójkę do gościnnego pokoju w domu naszych dziadków, który po ich śmierci stał się ich mieszkaniem. Opowiedziałam kuzynom o jej niewidzialnych mocach i zapalili się, aby ją poznać. Działaliśmy szybko i w napięciu. Taki był plan: dostać się i czym prędzej zaczerpnąć trochę wiedzy, ile się da, choćby cokolwiek. Przekręciłam duży żelazny klucz w zamku pomalowanych na biało drzwi, który przed chwilą wyciągnęłam z kredensowej szuflady.

Wsunęliśmy się chyłkiem do pokoju. Pachniało w nim długotrwałą, lekko spleśniałą wilgocią i starymi meblami. Zalegał cień, gdyż zasłonięte story w oknie wychodzącym na zachód nie wpuszczały zbyt wiele światła. Odsunęłam szybkę chroniącą księgozbiór przed kurzem. Była gruba, kryształowa, z kwiatowymi wzorami rżniętymi na szlifowanych obrzeżach. Zawsze zacinała się w jednym miejscu i tu trzeba było unieść ją nieco do góry i użyć cierpliwego nacisku, aby ją przesunąć i umożliwić sięgnięcie po najciekawsze pozycje na półkach. Jedno z nas pozostało przy drzwiach nasłuchując z palcem na ustach. Cicho, cicho…

We dwójkę chwytaliśmy zachłannie to, co wpadło nam w ręce. Każde inną książkę. Ja od razu sięgnęłam po Xięgę, którą już zaczęłam poznawać, o której marzyłam i od dawna czekałam na kolejne otwarcie.

Ułożyłam ją na jadalnym stole, dużym, okrągłym, z toczonymi ozdobnie nogami. Niegdyś z okazji świąt i rodzinnego zjazdu babka rozsuwała go w dużo większą elipsę, nakrywała białym haftowanym własnoręcznie obrusem i ustawiała na nim porcelanową zastawę pełną przysmaków. Tylko ona umiała takie przyrządzać. Od czasu jej odejścia stół lepił się od zwilgotniałego kurzu, osłonięty wyburzałą narzutą na łóżko zamiast obrusa. W zamykanym, dawniej gościnnym pokoju gromadzono bezużyteczne przedmioty i graty, panował przykry dla oka bałagan. Nie miałam jednak czasu na żale, wspominki, ani też namaszczenie czy zachwyt. Otworzyłam Xięgę na chybił trafił i zaczęłam szybko wertować ilustrowane strony. Usiłowałam zapamiętać jak najwięcej, nim ta możliwość zostanie mi odebrana. I czytałam pilnie w nerwowym i czujnym pośpiechu.

Xięga zdawała się odpowiadać na moje najgłębsze pytanie. Którego nawet nie zdążyłam sobie jeszcze zadać. Otworzyła się na stronie, która z miejsca przykuła moją uwagę. Tekst mówił o tym, że w pradawnych czasach rozwinęła się rasa istot, które osiągnęły tak wysoki poziom rozwoju, że przedostały się „na drugą stronę wszechświata”, weszły w anty-świat.

Wtem owa strona zamieniła się w rodzaj trójwymiarowego ekranu. Pojawiła się na nim forma kuli z punktowym jądrem (jak model wszechświata lub atomu), a owe istoty odbyły drogę z jednego brzegu kuli na drugi, przeciwległy na niej, przemieszczając się po linii prostej przecinającej jej środek. Była to grupa Antychrysta, jak przeczytałam. Następnie ustanowiła w niższej przestrzeni, w której się uprzednio narodziła i z której już była wyszła – hierarchię rządzącą zogniskowaną na tym „nieomal najwyższym poziomie”, który zdołała osiągnąć.

Nagle pojęłam, kim był mój ojciec. I na czym polegało jego szaleństwo, któremu oddawał się w moich snach całą duszą.

W tej samej chwili zastukał niecierpliwie do drzwi, a mój drugi kuzyn, Mirosław otworzył je przed nim z pobladłą twarzą, drżąc na ciele. Jego stryj, a mój ojciec był mężczyzną w średnim wieku, wysokim, szczupłym, lekko przygarbionym, z kilkudniowym zarostem na wychudzonej twarzy, z powodu wieloletniego nałogu palenia często pokasłującym i chrząkającym. Ubrany niechlujnie, z błyszczącymi niezdrowo oczami okazał się być teraz pod wpływem alkoholu, a ja wiedziałam, że od dawna bywa taki prawie ciągle.

Nawet, gdy stał już w otwartych drzwiach łykałam jeszcze ostatki informacji z Xięgi. Póki mi jej nie odbierze i nie schowa znowu na półce biblioteczki.

Należałam do innej grupy istot, dzieci tych, co zrodzili się z tych, którzy pojawili się z anty-materialnego świata i znów tam odeszli.

– Tak! – wykrzyknęłam przyciskając Xięgę do siebie – Mam takie samo prawo, jak ty, tato, poznać tę książkę. Należy też do mnie. Nie możesz zabronić mi jej czytać!

Kuzyni poparli mnie w tym żądaniu. Nie było to łatwe. Alkoholizm trwale zmienił z natury dobroduszny charakter naszych ojców na uparty i podejrzliwy. Mój od lat był ogarnięty chorobliwą manią, stał się podstępny i złośliwy. Miewał niepoczytalne ataki gniewu i zdawało się wtedy, że nie wie, co czyni, wpadał w istny szał.

Powód nałogu i udręki chyba nie był mu znany. Żył jakąś swoją wewnętrzną rozterką, rozszczepieniem na dwoje i co najwyżej starał się o tym zapomnieć. Za wszelką cenę zapomnieć, przestać czuć. Upijał się codziennie, zażywał uspokajające leki i narkotyki, a serce wciąż odwracało się od zadanej mu roli. Jego ból był przerażający, nierozwiązywalny jak gordyjski węzeł, głęboki jak otchłań.

Tylko dzięki wiedzy, jaką podsunęła mi Xięga zdołałam wyegzekwować od niego pozwolenie na korzystanie ze zbiorów mojej babki. Miałam do nich te same prawa, co on. On tych praw przecież nie ustanowił, istniały przed nim.

– Dobrze – zgodził się po chwili namysłu, niechętnie.

Był tutaj szefem antychrystów w parze z towarzyszącym mu jak cień młodszym bratem, a moim stryjem. Paląc papierosy naradzali się teraz wspólnie, co robić. I na czas tej narady wyprosili nas z pokoju do kuchni obok. Z przykrością rozstałam się z Xięgą, pozostawiwszy ją na stole, zamkniętą.

Minęło sporo czasu i w końcu zaczęłam niecierpliwie krążyć po kuchni, podsłuchiwać pod drzwiami pokoju, aż w końcu delikatnie pchnęłam je palcem, uchyliły się. Były tylko przymknięte. Ojciec zauważył ten ruch i zaraz otworzył je od swojej strony. Wpuścił nas do zadymionego wnętrza z widoczną niechęcią na wykrzywionej od wieloletniej depresji twarzy.

– Zgoda, możecie przejrzeć wszystkie pozycje z biblioteki, ale mają wrócić na swoje miejsca. Żadnej nie może zabraknąć. Macie na to godzinę.

Oczywiście, nic nie stało w biblioteczce tak, jak przedtem. Świetnie pamiętałam ułożenie książek. Babka była dokładna, nigdy nie zmieniała ich miejsc w rzędach. Potrafiła po tym poznać, czy ktoś dobierał się do księgozbioru bez jej wiedzy.

Pozwolenie mego ojca było pozorne. Zdałam sobie sprawę, że zanim z powrotem wpuścił nas do środka starannie je wszystkie przejrzał. Większość interesujących pozycji odłożył dla siebie. Zauważyłam na stole spory stos leżących tomów i podeszłam do niego. Od razu sięgnęłam po ukrytą wśród nich odwieczną Xięgę, aby czytać dalej. Ojciec natychmiast zareagował i wyjął mi ją z rąk. Położył ją na wierzchu stosu przytrzymując dłonią o pożółkłych od palenia tytoniu palcach. Był wściekły, ale panował jeszcze nad sobą. Trząsł się.

– Czemu nie te? – zapytałam go wprost.

– Chciałbym je sobie przypomnieć pierwszy – wytłumaczył się obłudnie, chrząkając. – Jednak sama zobacz, o tam, ile możesz przez ten czas przeczytać. Same najlepsze kawałki są dla ciebie – wskazał drugą ręką na mocno uszczuploną biblioteczkę i rozkaszlał się nieprzyjemnie.

Niechętnie podeszłam do półek, głęboko rozczarowana. Pozostała mi jakąś przygodowa historia wyprawy na inny kontynent i coś jeszcze, niewiele istotne dla odpowiedzi, które chciałam uzyskać. Jeden z moich kuzynów wybrał zbiór zapisów o drugiej wojnie światowej zgromadzonych przez niemieckiego historyka. Drugi zaś opasłe dzieje chrześcijaństwa w Europie.

Cdn.

< Xięga – 1

Xięga – część 1

Kronika, bądź Księga Akaszy (Akaśa), każdy chyba wie o co chodzi. We śnie daje się czytać, przynajmniej niektórym. A może wielu, tylko nie zdają sobie z tego sprawy? Występuje pod różnymi postaciami symbolicznymi, np. drzewa owocowego, owocu, czy książki właśnie. Zebrałam kiedyś sny, w których pozwoliła mi na wgląd w siebie. Nie szukałam go specjalnie, ani tym bardziej nie zadawałam pytań. Większość ludzi chciałaby przecież, jeśli nie poznać własny zapis, to dotyczący jakiejś ziemskiej historii. Tymczasem wizyjne wglądy pojawiały się same, ukazując mi temat, który nawet nie przyszedłby mi wtedy do głowy. Zdarzało się to sporadycznie, zwłaszcza w latach osiemdziesiątych. Miały zawsze w sobie element wchodzenia w głęboki trans, rozszerzonego widzenia, bezpośredniego wglądu i wtajemniczenia w przeszłość. Spisałam je w formie fantazmatycznego opowiadania. Oto jego część wstępna. Tak naprawdę opisująca dzieje tych, którzy po latach zaczęli mnie rzeczywiście odwiedzać, być może tych, z którymi jestem jakoś związana dziejami duszy, a czy działo się to we śnie, tego nie potwierdzę.

kroniki1

Xięga

1.

Dom mojej babki miał wiele zakamarków, do których zabraniano wchodzić nam, dzieciom. Należał do nich strych z ogromną ilością niepotrzebnych, a całkowicie fascynujących mnie przedmiotów, spiżarnia pełna beczek, beczułek, półek ze słojami i wiszących na hakach pęt suszącego się czosnku, cebuli i kiełbas, piwnica, do której schodziło się po drabince otwarłszy klapę w drewnianej podłodze w kuchni oraz pokój gościnny z biblioteką w środku i białym kaflowym piecem. Zimą i wiosną dziadek rozpalał w nim ogień tylko podczas wizyt gości z daleka, przeważnie w porze wielkich świąt, poza tym stał pusty, cichy i odcięty od codziennego życia.

W tym pokoju, w drewnianej oszklonej szafie bibliotecznej znajdowały się równo ustawione, oprawne w sztywne okładki książki. Ich przeczytanie było moim gorącym pragnieniem, wręcz pożądaniem. Czasami pod nieobecność babki w domu (była wiejską położną pracującą o różnych porach dnia i nocy), gdy zmęczony po swej kolejarskiej pracy dziadek zdrzemnął się w bujanym fotelu, udawało mi się niepostrzeżenie wyciągnąć klucz z szuflady kuchennego kredensu i wejść cichaczem do tajemnego pokoju.

Mickiewicz

W napięciu przebiegałam wzrokiem tytuły i nazwiska autorów tłoczone pozłacanymi albo ciemnoniebieskimi literami na grzbietach książek. Babka była miłośniczką swoich bibliotecznych zbiorów i najcenniejsze z nich kazała w introligatorni oprawić w jednakowe okładki z jasnozielonego lub wiśniowo czerwonego płótna. Były wśród nich popularne powieści, które najszybciej ze wszystkich pozwolono mi przeczytać. Książki Jamesa Coopera, Jacka Londona, Daniela Defoe, Sienkiewicza, okrutne romanse sióstr Brontë i Mary Schelley, patriotyczne powieści Marii Rodziewiczówny, przerażające baśnie braci Grimm, piękne i smutne Andersena oraz oczywiście, ilustrowane niesamowitymi rycinami Andriollego poezje Adama Mickiewicza. Wszystkie podpisane, opatrzone datą i osobiście opieczętowane przez moją babkę. Na ścianie tuż obok biblioteczki wisiał duży olejny portret starego i posiwiałego już Wieszcza, który, z dłonią wsuniętą za pazuchę zapiętego pod szyją surduta patrzył na mnie podczas moich ukradkowych lustracji dziwnym spojrzeniem wiecznie otwartych i wodzących za mną oczu na okolonej białą kozią brodą pomarszczonej i brzydkiej twarzy.

Pośród tego cudownego dla dziecka zestawu wetknięta na najwyższą półkę tkwiła gruba książka w twardej kolorowej oprawie, której tytuł i autor już dawno umknęły mojej pamięci. W dzieciństwie przeglądałam ją wielokrotnie wdrapując się na krzesło, aby móc jej dosięgnąć i daremnie znowu i znowu próbować dociec jej prawdziwej treści. Przypuszczam, że dotyczyła jakichś biologicznych wtajemniczeń w życie komórkowe na Ziemi. I tym się różniła od reszty książek, że zawierała liczne barwne ryciny.

Z biegiem lat owa książka zaczęła ukazywać mi się w osobliwych snach jako odwieczna Xięga. Wydawała mi się wtedy doskonała i absolutnie niezgłębiona. Brałam ją do ręki z nabożną czcią przeczuwając bezcenną, acz zupełnie dla mnie niezrozumiałą wagę jej zawartości.

2.

Znalazłam ją pewnego razu w formie wielkiej opasłej książki w czarnej sztywnej okładce. Przypominała do złudzenia jakiś tom z dzieł wiecznie żywego Włodzimierza Lenina, wszechwiedzącego Karola Marksa lub wszechmocnego Józefa Stalina wydawanych po wojnie w milionowych nakładach. I których nieskazitelnie równiutkie rzędy zapełniały półki państwowych bibliotek w Polsce, od najmniejszych wiejskich i gminnych po największe wojewódzkie, uczelniane i narodowe. Papier był w niej gruby i kredowy, litery duże i wyraźne, jakby drukowane dla dalekowidzów albo małych dzieci. Zawierała mnóstwo różnobarwnych obrazków na każdej stronie.

Jej tytuł brzmiał: Czy socjalizm to komunizm? Zaś wnętrze zawierało dokładny opis życia na innej planecie. Nazwę ją teraz po swojemu Ziemią-Alfa, bo jej nazwy w księdze nie znalazłam. Lub może ją przeoczyłam.

Liczne, drobiazgowe i barwne ilustracje przedstawiały jej mieszkańców w średniowiecznych zbrojach z mieczami w ręku. Mieli podobną do naszej erę podziału wartości na dobre i złe, sporów ideowych i starć na śmierć i życie. A co z tego wynika także czasy krwawych krucjat religijnych i wojen o zwycięstwo prawdziwego wizerunku Boga nad fałszywym.

Strona po stronie, rozdział po rozdziale dzieje ludzkości z Ziemi-Alfa zmieniały się i upodabniały do nam współczesnych. Wybuchła wielka ideologiczna wojna, która pogrążyła jedyny wielki kontynent na owej Ziemi we krwi i zniszczeniu. Katastrofy i zarazy zdziesiątkowały ludność. Przetrwali nieliczni. Na gruzach swego świata zrozumieli, że koniecznie muszą coś zmienić. Ostatecznie porzucić wszystko to, co jest źródłem konfliktów i zła w ich naturze.

Xięga dokładnie obrazowała nowe obyczaje, które pośród siebie sami wprowadzili. Alfianie, wszyscy niezależnie od płci i wieku w pewnym momencie swej historii zaczęli korzystać z pisuarów, które nazywano bidetami. Siadało się na nich okrakiem podwiązując się specjalnymi łańcuszkami, twarzą do ściany.

Po latach, które minęły od przejrzenia owej dziwnej księgi zrozumiałam, że zasiadanie przed ścianą musiało być podobne do japońskiej praktyki zazen. Raz w życiu zdarzyło mi się w niej uczestniczyć. Zgromadziło się na niej blisko dwadzieścia osób. Medytację prowadził doświadczony mentor, przechadzający się za plecami zasiadających, z kijem w ręku. Dostaliśmy radę, aby liczyć swoje oddechy. I nie reagować na żadne myśli i odczucia, jak i bodźce z zewnątrz. Na przykład odgłosy z nastawionego na cały regulator telewizora, w którym nadawano akurat mecz z mistrzostw świata w piłce nożnej.
Ludzie siedzący koło mnie w kręgu bardzo się męczyli. Daleko im było do uspokojenia, a w miarę upływu czasu chyba coraz dalej. Niektórzy nie potrafili ukryć zniecierpliwienia, napięcia i udręki, wzdychali, a nawet pojękiwali cicho. Mnie jednak szybko zrobiło się przyjemnie.

Zapomniałam o ścianie. I o telewizorze. Rzadkie przerwy na medytację w marszu, dla rozciągnięcia przykurczonych mięśni wprowadziły mnie jeszcze głębiej w wewnętrzny świat. Oddechy dotleniły mózg do tego stopnia, że szybko zaczęłam zapadać w trans. Ciało drżało spontanicznie trochę jak podczas uprawiania miłości. Czas mijał niezauważalnie. W chwili, gdy przeciwna drużyna wbiła gola do naszej bramki poczułam na plecach uderzenie kija mentora. Potem drugie. Niewiele później zakończono medytację.
Uczestnicy odrywali oczy od ściany z głośnymi wyrazami ulgi i radości, prostowali ramiona, rozcierali zmartwiałe mięśnie. Przyznawali się, że zasiadanie przez kilka godzin w milczeniu było dla nich prawdziwą torturą. I gadatliwie omawiali szczegóły swoich przeżyć.
W ich opowiadaniach przeważał wewnętrzny chaos, zmęczenie oczekiwaniem na końcowy gong i narastająca złość ciała na wymuszoną sytuację bezruchu. Właściwie tylko ja byłam zadowolona i gotowa siedzieć jeszcze przynajmniej drugie tyle. Milczałam wciąż zanurzona w przeżywaniu wewnętrznej ciszy. Mentor orzekł, że musimy ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć. Czyli siedzieć, siedzieć i siedzieć. Aż przestaniemy czuć ciało i irytację, a także nawet przyjemny odlot. Co jest wyżej czy poza tym, nie zdradził. Podejrzewam, że sam, mimo długoletnich ćwiczeń jeszcze tego nie wiedział.

Xięga ciągnęła dalej dzieje socjalistycznego przewrotu.

Na Ziemi-Alfa pod wpływem masowej praktyki zasiadania na bidetach średniowieczne zabobony nareszcie odpłynęły w przeszłość, utraciły wszelki wpływ. Poglądy na życie skrajnie się zmieniły i odtąd ludzie dobrowolnie praktykowali samooczyszczenie. Modny obowiązek przeszedł w codzienny i powszechny zwyczaj. Ludzie odkryli wspólny cel, zasmakowali w nim. Zapragnęli świadomie osiągnąć poziom wspólnego umysłu. On stał się dla nich najważniejszym celem. I prawem.

Najpierw znikły kłótnie i żądza władzy. Potem stopniowo nadmierne przywiązanie do samych siebie i siebie nawzajem. Ludzie porzucili materialne cele i zwrócili się do wewnątrz, gdzie odkryli wrota w inny świat. Niezależnie od wieku, pochodzenia, poziomu inteligencji czy płci z radością łączyli się w duchową jedność. Z biegiem czasu jednostki stawały się do siebie coraz bardziej podobne. W końcu nawet całkowicie zanikły fizyczne różnice pomiędzy kobietami i mężczyznami. Taki był ich wybór.

Rozwój cywilizacji na Ziemi-Alfa osiągnął tak wysoki poziom i powszechny zasięg, że w pewnej chwili narodziła się wspólna dusza planety. Duchowa matka roju bezpłciowych robotnic, który zatracił po drodze wszelkie indywidualne różnice dawała w zamian jednostce odczucie pełni w miłosnym związku z każdą z nich. I możliwość samodzielnego dysponowania mocą wspólnoty, zbiorową pamięcią i inteligencją. W chwili, gdy jej dzieci zdobyły dorosłość i synowską tożsamość wystąpiła jako ich królowa. Ostatecznie oderwała się od planety niby nabrzmiała powietrzem bańka mydlana i lekko poszybowała w kosmos w poszukiwaniu nowych światów do zasiedlenia.

Dłuższą chwilę wpatrywałam się jeszcze w rysunek eliptycznej orbity Ziemi-Alfa. Była to naprawdę niewielka planetka. Na linii orbity zaznaczono najbliższy słońcu punkt peryhelium. To z niego nastąpiło oderwanie.

Cdn.

Xięga – 2 >

Nieme ścieżki

I przyszedł czas, gdy zajęłam się czymś, co niektórzy nazwaliby praktyką duchową. Dla mnie były to eksperymenty, ćwiczenia, potrzeba opanowania świata emocji, wymykających się ciągle spod ręki, jak dzikie koty i osiągnięcia celów życiowych. Ścieżka, którą poszłam była moja, wybierana intuicyjnie, czasem dzięki cudzej inspiracji, czasem w natchnieniu. Upadek komuny spowodował, że zaczęły ukazywać się książki, których do tej pory nie było na rynku. Także I-Cing, astrologia i tarot wyszły z podziemia.

jogin

Liznęłam – poznając samodzielnie owe ujawniające się nowinki – wszystko, co wydało mi się inspirujące. Huna, afirmacje pozytywne, słuchanie muzyki relaksującej lub głosu prowadzącego autohipnozę, rebirthing i joga oddechu połączona z tantrą, lecznicze głodówki, medytacja z jidamem (wybraną formą boską), mantry, mudry, elementy hatha-jogi (nigdy nie byłam zbyt zręczna, ale opanowałam pozycję półlotosu, lotos na kilkanaście minut), wizualizacja, feng-szuei, reiki i czakry, w końcu medytacja buddyjska (tybetańska) i zen. Efekty stosowania każdej techniki były różne i szybko mnie nudziły. Ale to akurat mój charakter. Zawsze pielęgnuję kilka zainteresowań z różnych dziedzin i przechodzę od jednego do drugiego w spontanicznych chwilach. Poświęcam się jednemu przez kilka miesięcy, nawet rok, po czym odkładam całkowicie na bok aż do następnego razu. Rezultaty tym sposobem przychodzą wolniej, jednak są pełniejsze, wzbogacone o szczegóły i doświadczenia, których może nie mieć ktoś, kto zdąża tylko jedną ścieżką.

W efekcie nauczyłam swoje ciało oddechu kontrolowanego, połączonego z wizualizacją (kolorów, energii) i wybraną mantrą. Dość szybko zarzuciłam ten trening, stosując go sporadycznie, gdyż spowodował nadwrażliwość pod każdym względem. Słuch tak się wyostrzył, że nawet cicha mowa wydawała mi się krzykiem nie do zniesienia. Odczucia energetyczne w ciele, mrowienia, telepatia nie pozwalały zwyczajnie żyć, pracować, kontaktować się z ludźmi. Jednak doszłam do tego, że mogłam medytować wiele godzin bez przerwy, cały dzień i noc, a nawet dłużej.

Wspomnę teraz o przyczynach, które wywołały, czy raczej przywołały pewne przeżycie wizyjne, które można określić jako istny koszmar. Osoby, którym je opowiedziałam, wskazując na fakt, iż zostało wywołane intensywnym rytmicznym oddychaniem hiperwentylującym, mającym przywołać wspomnienie z narodzin, aby je przeżyć świadomie i potem rozproszyć, stwierdzały jednomyślnie i ze zgrozą, że nadmiar praktyki może zaszkodzić.

Tymczasem mnie nie zaszkodziło, ale przede wszystkim zdumiało. I dało mocno do myślenia. Jak zawsze polecane przez nauczycieli tego czy owego, ćwiczenia nie wywoływały u mnie reklamowanego efektu. Jedynie prowokowały coś, co reagowało, czekało na moją gotowość i szło własnym zadanym szlakiem, znanym mi od lat.

W nocy 10 grudnia 1994 roku, na drugi dzień po intensywnym seansie oddechowym znalazłam się w grupie ludzi, którzy na zapleczu zamkniętego sklepu z obuwiem urządzili sobie towarzyską imprezę. Pośrodku pokoju stał wielki, zastawiony jedzeniem stół. Niektórzy jedli, pili, inni tańczyli, rozmawiali, a kilka osób wlepiało oczy w ekrany dwóch kolorowych telewizorów, na których leciały jakieś amerykańskie videoklipy z ciemnoskórymi wykonawcami. Oglądanie zachodnich stacji było zabronione przez władze hitlerowskie, toteż trzęsłam się ze strachu i niepokoju, przewidując najgorsze, być może obławę i aresztowania. Odrzuciłam wreszcie fałszywe bohaterstwo i składając błagalnie dłonie zaczęłam płaczliwie prosić jednego z oglądających telewizję ludzi, młodzieńca w punkowej, nabijanej ćwiekami kurtce, aby wyłączył odbiorniki i wraz z kolegami poszedł do domu, bo mam złe przeczucia i czegoś strasznie się boję. Spojrzał na mnie leniwie znad puszki z piwem i wzruszył ramionami: „I co z tego, ja też się boję”.

obóz

No, i stało się! Znalazłam się w długiej kolejce osób, stłoczonych przed wejściem do obozu. Ludzie stojący w ogonku przede mną i za mną zaciekawieni rozglądali się dookoła, dyskutowali na temat nowej sytuacji i tego, co ich czeka za czerwonym ceglanym murem. Panowała szarówka. Większość raczej bez obaw oceniała swoją przyszłość. Za kutą bramą, trochę z boku, stała na apelu, oddzielona od nas ogrodzeniem z kolczastego drutu, grupa przyzwoicie ubranych więźniarek. Niedaleko nich bawiło się kilkoro roześmianych dzieci. Nie, tu nie mogło być źle, jakoś się przeczeka! Tylko, co znaczy ten wstrętny, przenikający mózg niezrozumiałym, strasznym podejrzeniem, słodkawy odór, unoszący się nad obozem, tworząc przerażająco ponurą aurę? Kolejka stopniowo posuwała się do przodu, nowo przybyli kolejno przekraczali bramę i droga odwrotu nieodwołanie zamykała się za nimi.

Z trudem oswajałam się z nową rzeczywistością. Byłam przerażona do szpiku kości. Teren obozu, w skład którego wchodziło wiele podłużnych, szarych i zimnych baraków, pokrywało grząskie błoto i glina. Wszyscy chodzili ubrani w pasiaki. Ktoś mi wyjaśnił, że przestrzeń całego obozu rozciąga się na obszarze wielu hektarów i nazywa się Birkenau. Otaczały mnie kobiety. Pracując, obserwowałam z boku grupkę niemieckich dozorczyń, stojących przy bramie: oschłych, grubych, prymitywnych i wulgarnych bab. Jedna z nich odpowiadała właśnie na pytania jakiejś Serbki czy Chorwatki koślawym zdaniem: Ne rozumlem i rechotała do swoich koleżanek. Nad wszystkim i wszędzie unosił się ciągle charakterystyczny swąd i drobny popiół z nieustannie spalanych w krematorium ciał, nadając miejscu upiorny nastrój. W obozie można było spotkać kręcącego się tu i ówdzie starszego, umundurowanego Niemca, który budził powszechną sympatię, ponieważ starał się pomagać więźniom w drobnych sprawach. Dawał papierosy, roznosił wiadomości i pocieszające słowa.

Natknęłam się na pewną więźniarkę, która pokazała mi schowany w podłużnej kieszonce po lewej stronie, niewielki notesik i ogryzek ołówka. Przejrzałam go i zdziwiło mnie, że wszystkie kartki w nim są puste, ale jednocześnie ponumerowane i to w specyficzny sposób. Najpierw od 1 do (zdaje się) 87, potem od 1 do 38, i znowu od 1 aż do jakiejś 3-cyfrowej, kończącej się zerem liczby. Więźniarka wyjaśniła mi, że zrobiła tak na pamiątkę i dla dobra osób, które zginęły w obozie, a które poznała i pokochała tutaj.

Zaczęło się zmierzchać.

Nagle z oddali rozległy się głośne i liczne huki wystrzałów z dział armatnich i karabinów maszynowych. Zbliżali się Rosjanie, a wszyscy wokół mnie, i ja także z nimi, wpadli w panikę, że to Niemcy rozstrzeliwują pozostałych przy życiu więźniów. Atmosfera strachu i terroru zagęściła się i ogarnęła mnie zaduma nad nieuchronnością losu ludzi zamkniętych w klatkach, jak króliki hodowane na rzeź. Tkwili wewnątrz bezwzględnego nieludzkiego systemu. Każdy był tylko trybem w bezdusznej maszynie. Jakaś kobieta pokazała mi swoje pożółkłe już, wielokrotnie oglądane zdjęcie z małą, ukochaną córeczką w ramionach. Przeszył mnie wtedy jej matczyny żal i rozpacz po stracie dziecka. Gdy wypuściła je z ręki, ujrzałam całe stosy takich zdjęć rozwiewane przez wiatr po terenie obozu. Była już stara, zrozpaczona i wystraszona. Wpadła w histerię i zaczęła głośno i szaleńczo krzyczeć. Podbiegł do niej jakiś więzień, chwycił ją i zasłonił jej usta. Kobieta powoli cichła i osunęła się bezwładnie na ziemię.

Ostrzał obozu wreszcie umilkł i zgromadziliśmy się w jakimś na pół zburzonym budynku, przypominającym ruiny kościoła albo podpiwniczonego zamku, by wspólnie odprawić nabożeństwo i modlić się, na co Niemcy [!] wyrazili zgodę. Zauważyłam leżącego pod murem niewysokiego człowieka o śniadej skórze i obcych rysach twarzy.
Trzymał w rękach drewniany, równoramienny krzyż z figurką Jezusa z Montany. Z głębi budynku rozlegała się przejmująco śpiewana na głosy cerkiewna pieśń. Śniady człowiek zastanawiał się chwilę i wreszcie wymówił bardzo niezdarnie obce sobie słowo:

– Czer-kwia.

W grupie zebranych zaczęła się toczyć dyskusja o totalitaryzmie jako o próbie przejęcia świadomego nadzoru nad naturalnymi procesami ewolucyjnymi. A mnie ogarnęła zbuntowana myśl, że nienawidzę wszelkich mechanicznych procesów, systemów ani kontroli.

Obudził mnie krzyk, żal, strach i nienawiść i byłam głęboko poruszona tym przeżyciem jeszcze przez kilka dni. Słodkawy zapach i smak krematoryjnego pyłu czułam do następnego ranka, a przez następne dni co rusz wybuchałam dramatycznym płaczem.

To ważny sen i potrzebuje klucza, aby go zrozumieć. Został opowiedziany przez wyższą świadomość i dotyczył systemu w niższym świecie, naszym świecie, ograniczonym porządkiem karmicznym. Przyrównanie do obozu koncentracyjnego, gdzie wolna wola praktycznie nie istnieje, z którego jest tylko jedno wyjście, przez komin, czyli śmierć unicestwiającą ciało i pamięć, a z nim zdobyte doświadczenie, jest zasadne jak najbardziej. Sen zaczyna się gdzieś na wysokościach, w strefie egregora zogniskowanego na podziale wartości i dualizmie dobra i zła (dwa telewizory). Myślokształt wydaje się zbudowany na wierze w stawienie oddolnego oporu siłą tzw. pozytywnej karmy, wiary w ideał wolności, samodzielnego dążenia do niej. Rezydenci miewają się tam dobrze przez jakiś czas, spijając miodek nagród za minione zasługi, ale w końcu muszą znów upaść w ciało. Materialne warunki to okrutny reżim kontrolowany przez istoty nadzorcze.

Jarosław Bzoma uważa Niemców ze snów Polaków za byty z poziomu 8, „niemowów”, cywilizację posiadającą wspólną świadomość rozbudowaną dzięki telepatycznej komunikacji między jednostkami. Odpowiadałoby to jednym z czterech rodzajów istot zamieszkujących Brahmalokę, według Wed. Zbadałam moje sny wizyjne, w których wystąpili i muszę to potwierdzić. Nie są to istoty złe, czy okrutne, jednak rodzaj świadomości, który rozwinęły sprawia, że nie rozumieją, co to ból i nieszczęście (przynależne wszak niższym wymiarom), ani też współczucie. Bywają jednak wśród nich jednostki/grupy, które jakiś rodzaj współczucia, pewnie na zasadzie telepatii, rozwijają, lub z jakichś względów chcą to zrobić.

Sen wspomina o wojnie (drugiej wojnie – to ważne!), toczącej się gdzieś na zewnątrz, od której zależą losy istot zamkniętych i zagubionych może bezpowrotnie w systemie. Zatem Niemowy i Czerwoni (Sowieci ze snu) są jej uczestnikami. Ostatnia część snu wydaje się być przepowiednią. Wyzwolenia spowodowanego wynikiem wojny na wysokościach. Wewnątrz systemu pojawi się narodzony przedstawiciel góry, reprezentant Jezusa z Montany (z Góry, ale też stanu, znanego z wielkiego oporu Indian wobec białych kolonizatorów), czyli inkarnacja Czerwonego spoza granicy 8/9. Kolor jego skóry, śniady odpowiada indiańskiej, czerwonej rasie, ale też wskazywałby na strumień zstępujący.
Słowo, które usłyszałam zawiera wiele treści. Czerwona krew (wyjście z systemu karmicznego przez krew, czyli cierpienie i śmierć przyjęte jako drogowskaz), czerwony kwiat – róża, osiągnięcie nowej świadomości (zapraszam do zapoznania się z tym symbolem w przepowiedniach Nostradamusa), czerw krwi – zaczyn nowego, przemiana, Cerkiew – wschodnia świątynia, czyli ze strefy Czerwonego<10, świt.
Na krótki czas pojawienia się tej osobistości w życiu ziemskim mają zostać rozluźnione reżimowe więzy, a ludzie, którzy przetrwają zobaczą drogę wyjścia. Nowa świadomość odrzuci zasady zadające cierpienie, subiektywnie nieznane i niezakwalifikowane przez boską świadomość.

Na koniec muszę przedstawić jeszcze jeden sen z motywem obozu koncentracyjnego. Przyszedł kilka lat później. Zawiera uzupełnienia co do charakteru istot niemych, zafascynowanych zamkniętym światem i nie mających o nim wyobrażenia, przynajmniej takiego, jakiego byśmy sobie życzyli.

7 kwietnia 2000. Widzę postać „czarnego” Pana. Zmierza w kierunku bramy do oświęcimskiego obozu, uśmiecha się pod nosem, tak jakby chciał zrobić jakiś kawał.

Ląduję w grupie znajomych kobiet-Niemek, które robią sobie wycieczkę poznawczą do Oświęcimia w czasie trwającej wojny. Strażnicy nie wpuszczają nas poza dozwolone miejsca, krążymy jedynie w pobliżu. Dochodzą nas tylko jakieś plotki, zakazane przecieki o tym, że wewnątrz panuje istny koszmar. Znajdujemy się w dużej betonowej sali z oknami na wysokości głowy, za którymi widać zasieki, dalej baraki i czarne dymy unoszące się nad obozem, sprawiające niezwykle ponure i straszne wrażenie, ale ludzi stąd nie widać, jest za daleko. Opowiadam, że w tym kącie zgwałcono jakąś niewinną dziewczynkę, i zaraz jakaś dziewczyna „od nas” wciska się w ten kąt, chcąc „wczuć się” w małą, traktuje to dziwnie lekko, nie przejmując się. Wspominam też o tym, że więźniowie są zmuszani do pracy ponad swoje siły w brudzie i błocie, żyją w nieludzkich warunkach, ale chyba nikt mi nie wierzy.
Zwiedzamy niewielki cmentarz poza obozem. Groby są usypane z ziemi i wyrastają na nich rośliny warzywne. Jedną z nich wyrywam, to chwast, udaję wtedy przed przechodzącym blisko strażnikiem, że wierzę we wszystko i „staram się” o dobry plon. Strażnik przygląda mi się i kiwa głową z zadowoleniem, mówiąc: gut, gut… i coś jeszcze po niemiecku, czego nie rozumiem, ale nie chcę, aby się połapał, że jestem obca i mruczę coś niezrozumiale pod nosem. To brzmi jak potwierdzenie i zostaje za takie przyjęte. Na wąskiej ścieżce pomiędzy grobami dostrzegam dwa duże, białe buraki pastewne „zasadzone” korzeniami do góry, wystającymi ponad powierzchnią, ktoś je tutaj zakopał, może ukrył. Nieco dalej trzeci, mniejszy burak pływa w dołku ze zgniłą wodą.

Patrzę ze smutkiem i przejęciem z oddali, przez okno w jakimś budynku w mieście na „dymy Birkenau”, czarną, ponurą chmurę unoszącą się sponad obozu w niebo.

W tym śnie jest kilka ważnych informacji, wymagających dłuższego wyjaśniania. Dojdę do nich stopniowo, przywołując inne sny wizyjne.

Bóg i Jego słudzy

Wrócę jeszcze do kwestii głosów, jak i manifestacji boskich istot i Boga w snach. To ważna kwestia, o której nigdy za mało opowiadać. Analiza większej ilości zanotowanych doświadczeń może dać lepszy i głębszy pogląd na sprawę.

Krótko: towarzyszy im zawsze trans, wywołany przepływem energii w ciele. Trans wprowadza umysł na podwyższony poziom świadomości, który właściwie trudno opisać. Nie ma nic wspólnego z ograniczeniami doświadczanymi na jawie, w ciele fizycznym. I nie ma związku z tożsamością owego ciała (czyli tzw. Ego).

Ponieważ nie posiadam większych doświadczeń z psychodelikami trudno jest mi rzecz porównać. Czy potrafią dać podobne przeżycie.
Kilka razy w życiu sztachnęłam się towarzysko zielem, bez większych skutków, które obserwowałam jednak u innych. Ponieważ dymu w płucach nie lubię, nigdy specjalnie nie szukałam tej wątpliwej przyjemności. Raz czy dwa zjadłam kilka grzybków, ale oprócz ataku dobrego humoru nic nie wniosły i nic nie dały. Z tego powodu nie ciągnęło mnie do eksperymentowania z zażywaniem stymulatorów. Po co? Jeśli miałam odjazdy tak niesamowite bez najmniejszego wysiłku, ani nawet wyrażenia własnej chęci ku temu?

W czasach szkolnych, (he, gdy uważałam się za ateistkę i zgłębiałam pilnie filozofię materialistyczną), pewnej nocy ot, tak – zjawił się przy mnie ktoś mądry i cierpliwy. Jego obecność, mimo że niefizyczna wydała mi się przejmująco realna. Przesłał mi wiedzę z umysłu do umysłu:
– Bóg istnieje. Jako obiektywna konkretna Osoba. Jego współ-przebywający z Nim słudzy pozostają świadomi Jego wszechmocy i władzy, i w pełni się na nie zgadzają, gdziekolwiek przychodzi im żyć i cokolwiek robić. Rozpoznają swój los od początku do końca. Akceptują go. Zdają sobie sprawę z prawa przyczyny i skutku i rodząc się pragną tylko tego, co ma się zdarzyć. Oddanie i wierność Bogu obdarowuje ich wiedzą o przyszłości. Nie walczą z nią, nie próbują jej także zmieniać według własnych niedoskonałych pomysłów, ale przyjmują jako wolę Najwyższego. Bóg, dzięki temu oddaniu, zdolny jest obdarzyć ich w zamian własną wiedzą i mocą, a oni – utożsamieni z nią – kontrolują to, co ma się zdarzyć z boskiego poziomu świadomości. Nie istnieje tam subiektywne odczucie odrębności, gdyż wszystko, co czyni się z wierności wobec Boga jest zawsze dobre i pełne. Jako dzieci Boga są tacy jak On, połączeni z Nim nierozerwalną jednością. A On działa poprzez nich, jak przez samego siebie, pomagając im w najtrudniejszych chwilach, niczym samemu sobie.

Jeszcze wtedy nic nie wiedziałam o bhaktach i Bogu, przeczytałam całe filozoficzne uzasadnienie takiego poglądu w Śrimad Bhagavatam i Bhagavad Gicie jakieś 10-12 lat później. Samo dzieło jest tendencyjnie przetłumaczone i należy zgłębić język oryginału, żeby dotrzeć do bogobojnych zaciemnień, jakie wprowadził w tłumaczenie pobożny Hindus, wyznawca wymierającej sekty krisznaickiej, dla którego angielski był językiem wyuczonym. Niemniej, pewnie z powodu tego przekazu i jakiejś wrodzonej intuicji, którą żywię, nie pociąga mnie całkowite rozpuszczenie się w świadomości Boga (czy raczej w Jego aurze, jak twierdzi starożytne wedyjskie pismo). Wolę pozostawać z Nim w wiecznej relacji oddania. Jest to relacja miłosna, twórcza i nieprzewidywalna pewnie dla każdej strony.

W nocy z 18/19 kwietnia 1995 roku przyśniła mi się jakaś historia o kontakcie z kosmitami, gdy nagle poczułam, że trans się pogłębia i uzyskuję w nim pełną świadomość. Zaczynam obserwować i zapamiętywać świat z różnych punktów i poziomów jednocześnie.
W tym podniesionym stanie umysłu zobaczyłam człowieka, o którym powiedziano mi, że działa pod ich wpływem, jak zdalnie sterowany mechanizm. Ułożony w dziecinnej kołysce w pozycji embriona zasnął, a ja dotknęłam go lewą stopą i wtedy przebudziłam się w rozszerzonej przestrzeni świadomości, gdzie nie kontrolowałam niczego.
Zewsząd rozlegał się majestatyczny i potężny chór głosów, który przemawiał tylko do mnie. Przypominałby niezrozumiały bełkot (ten sam, znany mi od dziecka!), gdyby nie – przebijający się z niego jeden, wyraźniejszy głos, męski. Brzmiał dla moich zdumionych uszu tak, jak gdyby został przepuszczony przez elektryczny megafon lub głośnik komputera, a w tym, co mówił – długo i szczegółowo – było wyjaśnienie, że właśnie wprowadzają mnie (na razie jedynie na próbę) na podwyższony poziom umysłu, na którym możliwy będzie kontakt z nimi, a który poznam lepiej w przyszłości. Pewne ważne informacje zostały zakodowane w moim mózgu i uruchomią się w wyznaczonym czasie. Napiszę kiedyś książkę, którą przeczyta wielu ludzi? Głos brzmiał łagodnie i przyjaźnie, ale i tak czegoś się nagle wystraszyłam. Przemknęło mi przez głowę w błyskawicznym skrócie to, czego ma dotyczyć przekaz i ogarnął mnie trudny do opisania skurcz emocjonalny.
– I zobacz sama… Przestraszyłaś się… A nie mówiłem? – zażartował „Megafon” i trans nagle, w piorunującym tempie zaczął znikać. Towarzyszyło temu przykre wrażenie pośpiesznego kurczenia się i zmniejszania do ograniczonej i jakże prymitywnej, zwierzęcej osobowości, po czym ocknęłam się na jawie.

Owa mechaniczność głosu jest istotna. Jarosław Bzoma opowiada o istotach ze sfery nieprzejawienia, które śnią się jako androgyny, umalowane pajace, czasem homoseksualiści. Ta ich forma znana jest w sztuce od dawna. Znaleźć je można w pantomimie, commedii dell`arte, w malarstwie Boscha czy Beksińskiego, w kartach Tarota, w filmach (np. „Imaginarium doktora Parnassusa”)… Kilka razy widziałam je zza zasłony symbolicznego snu i mają wygląd tylko nieco zbliżony. Mechaniczny sztuczny głos w przeżyciu poza ciałem jest wskazaniem na to samo źródło przekazu. Sferę zaczynającą się poza granicą 8/9, poziomy od 10 do 12, gdzie egzystują nieśmiertelni bogowie.

Usta

Ktoś mógłby stwierdzić, że doświadczyłam podstępnego wpływu, który miał zachwiać moją równowagą psychiczną. Sugerując mi, że mam zostać prorokiem, lub kimś podobnym, w każdym razie nieprzeciętnym. Może to objaw choroby dwubiegunowej, psychozy, manii? Efekt rozchwiania, wyparcia, skutek traumy, choćby porodowej?

Hm, przekonanie o swej nieprzeciętności żywiłam od zawsze! Zwyczajnie porównując się z innymi, z tym, o czym i co myślą, co czują, jak postępują. Nie było to nigdy coś, co dawało radość. Raczej udrękę poczucia inności, niosło samotność i odstawanie od wszystkich.
Do tego byłam molem książkowym, podobnie jak mój ojciec. Przez wiele lat czytałam po kilka książek dziennie, nawet do dziesięciu. Szybko przeczytałam wszystkie książki z dostępnych mi bibliotek, także te dla dorosłych. Do niektórych wracałam wiele razy. Ale z pisaniem było jakoś gorzej. Zwyczajnie nie miałam o czym pisać. Próbowałam wymyślać, ale sama czułam, że to beznadziejne. Brakowało zdolności. I zdawałam sobie z tego sprawę.

Od dawna prowadzę proste i skromne życie, tuż przy ziemi. Przepowiednię z owego snu (jak i parę innych tego rodzaju) traktuję dotąd ironicznie. Może Bóg się pomylił, a może skierował przesłanie do większej ilości ludzi, a ja je przypadkiem „podsłuchałam”? Luzik.

Kimże jest „ja”? Iluzją. Przywiązaniem do tego, co przemijające, ulotne i złudne. Świadomość tego nigdy mnie nie opuszcza. Ciało fizyczne, z jego ograniczeniami, wraz z formą Ego, w nim zawartą to balast zakotwiczający w poczuciu bezpiecznego ulokowania w Tym, co nie przemija nigdy. W Tym, i wobec Tego. I to jest dobre, najlepsze.

Niemniej, rzeczywiście wiele informacji uruchomiło się w mojej pamięci kilka lat później. I coś tam napisałam, wydałam. To chyba nie przypadek. Co do recepcji owej mojej „twórczości” mam jednak spore zastrzeżenia. Tak, jak również i do jej jakości i ważności. Ale, może jeszcze wszystko przed nami?
Jak mawiał Kubuś FatalistaKażda kula, która wylatuje na świat z rusznicy, ma swój adres”.
Jak i każdy bat od pana, który wylądował na grzbiecie jego sługi „widocznie był zapisany w górze”.

Przejście przez śmierć

Wiele snów wizyjnych, które do mnie przychodziły (i jeszcze niekiedy z rzadka zaglądają) to całe opowieści, historie. Alegoryczne, stylizowane, inspirujące, fantastyczne, fabularne. Pełne barw, szczegółów, głosów, zmian planów akcji. Byłam w nich na ogół obserwatorem, czasem tylko podczepiając się pod różnych bohaterów. Którzy z całą pewnością nie byli mną, w czym szybko się orientowałam.  Bywało, że śniły mi się przez całą noc, a potem od rana czułam przemożną potrzebę ich zapisania. I robiłam to nieraz aż do nocy, ledwie znajdując chwilę na zaparzenie sobie kawy. Szybko doszłam do tego, że aby oddać ich treść i siłę muszę spróbować „przerobić je” na nowelę. Przeróbki polegały na tym, że wymyślałam bohaterom imiona i nazwiska, miejsca, wkładałam w ich usta słowa dialogów, choć i to nie zawsze, bo część z tych danych pochodziła ze snu.
Oto jedna z takich wyśnionych nowelek. Sen zawiera ważne przesłanie. I być może wskazówkę jak należy rozumieć ostatnie słowo, które pada z ust bohatera.
Proszę wybaczyć w razie czego – literackie niedociągnięcia. Treść jest oddana ściśle tak, jak przyszła we śnie.
Jeśliby zastosować do odczytu zasady topografii snu to mamy tu tak naprawdę zgromadzenie istot gdzieś na granicy 8/9. Przewodzi im Czarny, czyli Metatron, stwórca świata przejawionego. Szwajcarski instytut, jak CERN, to wir, a białe kafelki na ścianach sali mówią o kryształowym wirze w centrum nieprzejawienia. Pojawia się Atman, bóg ofiarnik Odyn, naddusza ludzkości, który oznajmia Czarnemu, że efekt tego przejawienia świata niekoniecznie będzie po myśli żyjących komfortowo bóstw. Toczy się pojedynek na wysokościach, który zamieni śmierć w życie, dając nieśmiertelną formę nowej świadomości.

Odin

Przejście przez śmierć

W chłodnym laboratoryjnym wnętrzu auli znanego szwajcarskiego instytutu naukowego widać było mężczyznę ubranego w elegancki czarny garnitur kupiony w jednym z najlepszych światowych domów mody. Stał milcząc w nieruchomej pozie na tle sterylnej, wyłożonej białymi płytkami ściany, odwrócony twarzą do publiczności z napięciem oczekującej na rozpoczęcie nagrania. Wypełnioną już widownię urządzono z wielu rzędów rozkładanych krzeseł ustawionych w dwóch sektorach. Stwarzało to żywy klimat naukowego odczytu w autentycznym pomieszczeniu.

Frank Nobfler był dziennikarzem prowadzącym od kilku lat popularny program telewizyjny. Po czterdziestce, wysoki, przystojny i doskonale ułożony reprezentował elitę światłej cywilizacji Zachodu pozbawioną wszelkich zabobonnych lęków przed poznaniem prawdy. W swoim znanym na świecie cyklu zajmował się przedstawianiem opinii publicznej najnowszych teorii i wynalazków nauki i techniki. Wraz z nimi zaś – ludzi, którzy coś nowego i ważnego odkryli i sformułowali, a co uznawano za wytyczające nowy kierunek rozwoju ludzkości. Bywali wśród nich laureaci nagrody Nobla, pracownicy wielkich i największych laboratoriów i koncernów, znani lekarze, fizycy, chemicy, matematycy oraz filozofowie i duchowni oceniający z etycznego punktu widzenia niektóre nowinki, zwłaszcza z dziedziny genetyki i biotechnologii. Nobfler miał zwyczaj zapraszać najzagorzalszych krytyków przedstawianych wynalazków, aby poprzez ostrą dyskusję toczoną na żywo, uświadomić widzom wszelkie możliwe argumenty za i przeciw przedstawianym kwestiom. Jego program miał wielką siłę opiniotwórczą. Liczył się z nią każdy, kto chciał cokolwiek znaczyć w omawianych dziedzinach.

Wtem skończyła się zapowiedź i dano oczekiwany znak. Ruszyły kamery przesyłając obraz z wnętrza sali drogą satelitarną na cały świat. Nobfler zaczął przedstawiać zaproszonych gości. Dzisiejszy program dotyczył tematu transhumanizmu, nieśmiertelności i przy okazji sztucznej inteligencji.

W tej samej chwili swoje miejsce na widowni zajmował pośpiesznie starszy mężczyzna. Wyglądał na bliskiego siedemdziesiątki. Zjawił się tutaj na podobnych zasadach, co każdy z zaproszonych przez Franka Nobflera widzów. W odpowiedzi na propozycję wystąpienia zadeklarował swoją wypowiedź przeciwko proponowanym zastosowaniom naukowych odkryć. Uzyskał na to zgodę prowadzącego i jego wypowiedź została przewidziana w programie. Niemało już o nim tu i ówdzie słyszano, a jego kontrowersyjne poglądy – przedstawiane w Internecie, prasie i literaturze pod pseudonimem Elias Odin – bulwersowały wiele osób. Nikt go jednak do tej pory jeszcze nie widział.
Starzec miał na sobie porządne, nowe i czyste ubranie, rozpiętą swobodnie marynarkę odkrywającą bawełnianą koszulkę o jasnej, acz nieokreślonej barwie, spodnie w innym kolorze, niż marynarka oraz duży ciemnoniebieski kapelusz z artystycznie zagiętym w dół szerokim rondem. Rondo przysłaniało mu tajemniczo jedno oko. Mimo to wyglądał niechlujnie. Marynarka miała zbyt długie rękawy i za szerokie ramiona, spodnie były bez kantów, za długie i opadające, a kapelusz wymięty i ponaciągany. Wydawał się przebranym łachmaniarzem. Tego wrażenia dopełniały jego długie do ramion, proste, tłuste, wiszące w strąkach siwe włosy. Był gładko ogolony, miał przenikliwe i błyszczące spojrzenie, które ze skupieniem kierował teraz prosto w prowadzącego.

Ledwie wszedł i usiadł na krześle, a w tym czasie Frank Nobfler skończył wstępne przedstawianie głównych osób i tematu spotkania, natychmiast zaczął podniesionym tonem wygłaszać coś wszem i wobec. To sprawiło, że – aby nie wywołać zbędnego chaosu na sali – został poproszony przez Nobflera bliżej.

Dziennikarz przyglądał się pilnie i początkowo z wielką ciekawością podchodzącemu do niego mężczyźnie, który stanowił w tym miejscu pewną sensację. Jednak wkrótce wszyscy odczuli jego rozczarowanie i nagły dystans. Ta jego ledwie dostrzegalna i maskowana wyszukaną grzecznością reakcja prędko udzieliła się publiczności. Wygląd starca nie budził zaufania i jakże się różnił od czystego, dopiętego na ostatni guzik garniturowego wizerunku prezentera i reszty gości.

Elias Odin zdążając ku scenie przejściem pomiędzy krzesłami nie przerywał swej rozpoczętej wypowiedzi. Dopiero, kiedy stanął koło Nobflera odwrócił się twarzą do kamery i widowni. Wciąż jednak mówił tonem nawiedzonego, do tego dziwnie pokrętnie, symbolami.

– Powtarzam! Dla tego, kto rzeczywiście pragnie wyjść z pułapki czasoprzestrzeni konieczne jest przejście przez śmierć. Najważniejszy jest akt dobrowolnej zgody na nią wyrażony w sercu, wobec Boga, który jest Miłością i Przebaczeniem. Oraz przyjęcie Ofiary Krwi za nieuchronność. Nie da się inaczej, Człowieku! W przeciwnym razie pozostaniesz tutaj usiłując bez końca odnaleźć sposób na niemożliwą w tym spłaszczonym i rozdwojonym świecie nieśmiertelność.

Niechęć dziennikarza wyraźnie rosła. W końcu przerwał upartemu starcowi:

– Proszę państwa, oto stoi przed nami słynny Elijas Odin!

W zamian został potraktowany ironicznym spojrzeniem i uśmieszkiem na cienkich wargach, więc Nobfler stwierdził z przekąsem wszem i wobec:

– Proszę wybaczyć, ale pański wygląd wydaje się przynajmniej osobliwy. Być może z tego powodu pańska wypowiedź nie brzmi tak przekonująco, jak w wypowiedziach prasowych.

– Włożyłem to uroczyste ubranie z okazji ostatecznego zakończenia mojej życiowej misji i odejścia, które właśnie się zbliża – usłyszał w odpowiedzi.

Eliasa Odina znano z wielu profetycznych, a jednocześnie merytorycznie świetnie uzasadnionych wypowiedzi, którymi wzbudzał w niektórych ludziach nabożny lęk. Teraz jego religijnie podszyte słowa w zestawieniu z niechlujnym wyglądem i szaleńczym zachowaniem zrodziły przeciwną reakcję. Dziennikarz natychmiast skrzywił się z nieukrywaną niechęcią. W zdecydowany sposób skończył krępująco głupią rozmowę z przybyłym. Szybko i z uprzejmą wprawą podziękował mu za wygłoszenie swoich poglądów, (do których oczywiście każdy w tym programie miał święte prawo). Jednocześnie dyskretnym ruchem ręki dał sygnał widowni, aby pożegnała go burzliwymi oklaskami. Starzec zareagował na nie bardzo spokojnie i bez sprzeciwu skierował się wzdłuż pokrytej kwadratami białych płytek ściany ku wyjściu z sali.

Wtedy nagle padł cichy wygłuszony strzał. Precyzyjnie wymierzona pojedyncza kula snajpera trafiła bezbłędnie, stary człowiek upadł bezwładnie na podłogę. Jego ciało zastygło nieruchomo w pozycji porzuconego właśnie na podłodze ubrania. Jednocześnie na ścianie pojawiła się wielka plama krwi, która wytrysnęła z jego przebitego kulą serca.

Wszyscy zerwali się z krzeseł z okrzykiem zgrozy ogarnięci panicznym przerażeniem.
Kamery rejestrowały każdy szczegół pokazując do końca wydarzenie, które właśnie na żywo obiegało cały świat.

Frank Nobfler próbował zachowywać spokój, przynajmniej zewnętrznie. Przysunął się bliżej ściany i ręką odsuwał od siebie naciskających w przestrachu ludzi usiłujących wydostać się z sali i chaotycznie szturmujących drzwi wyjściowe. Ktoś z ochrony zaczął go osłaniać, a ponieważ utknął na dłuższą chwilę w tłumie, wbił zafascynowany wzrok w czerwoną plamę na lśniącej ścianie obok. Najwyraźniej coś przykuło jego uwagę. Na tyle silnie, że zapomniał o panującym wokół bezładzie i strachu przed niezidentyfikowanym zabójcą.

Tak, to pod wpływem stresu i ogólnej paniki musiał wejść w jakąś zbiorową hipnozę, bo inaczej tego zrozumieć się nie da!

Dostrzegł nagle w połyskującej w świetle telewizyjnych jupiterów krwawej plamie odbicie twarzy długowłosego starca. Starzec żył i trzymał w ręku zapaloną świecę. Mało tego, jego twarz z jednym okiem przysłoniętym rondem kapelusza wychyliła się z owej plamy ku dziennikarzowi. To wcale nie był płaski obraz, a trójwymiarowa figura! Nobfler widział wyraźnie długie tłuste strąki jego posiwiałych włosów. Mógłby ich dotknąć, chwycić, gdyby tylko umiał przełamać dziwny paraliż ciała, który go ogarnął.

Starzec dłuższą chwilę wpatrywał się błyszczącymi oczami w osłupiałego dziennikarza. Po czym wymówił przenikliwym szeptem wprost do jego ucha jedno słowo. Nikt, oprócz Nobflera go nie usłyszał.

– ARMAGEDDON!

I znikł.

(Zapisane w 2003 roku)

Gwiezdni ludzie

Od maleńkości żywiłam dziwne przekonanie. I zdziwienie, które prawie nigdy nie znikało. Coś było nie tak z moim ciałem. Powinnam mieć mniej palców u rąk. Stopy takie są śmieszne! Jedzenie jest makabryczną czynnością, wkładasz coś do ust, rozdrabniasz, łykasz i ono leci jakąś obrzydliwą rurą w środku, aby wyjść drugim końcem w postaci śmierdzącej papki… Kiedy się nad tym zastanawiałam ogarniało mnie coś, co Kierkegaard określił był „bojaźnią i drżeniem”.

Gapiłam się maniacko w gwiazdy. Jako dziecko wiejskie miałam do nich nieograniczony dostęp. Uwielbiałam, gdy ojciec – w czasie, gdy mama pracowała na nocnej zmianie – brał mnie do swojego łóżka i opowiadał historie z książek fantastycznych, które pasjami czytał. Moją ulubioną zabawą z dzieciakami z sąsiedztwa było lądowanie na innej planecie. Zbudowałam sobie szałas z desek, naśladujący rakietę, wbiłam kołek w ziemię, który udawał ster i odlatywałam.

Ponoć są to objawy sugerujące gwiezdne pochodzenie duszy. Coś ze mnie pamiętało inne światy. Jednak, rodząc się człowiekiem zyskałam dostęp przez genetykę do pamięci ziemskiej, nie tylko ludzkiej. I szybko zrozumiałam, że hołubienie owej „gwiezdności” jest cechą niedojrzałości. Nie idzie o to, żeby ją odrzucić, wyprzeć, czy zapomnieć, ale włączyć do świadomości jako jeden z wielu aspekt doświadczeń. Będąc ludźmi, urodzonymi w świecie uwarunkowanym prawem przyczyny i skutku, mamy szansę odbić się od dna i wskoczyć choćby oczko wyżej, niż byliśmy. Po co więc wracać w odwiedzone już światy i formy? Po co do nich tęsknić? I po co wypinać się na człowieczeństwo?

Spotkania z „braćmi z kosmosu” zaczęły mi się zdarzać później. Najpierw we śnie i w stanach transu, jak sądzę, wywoływanego z zewnątrz. Nie były to jednak wzięcia opisywane w typowej ufologii, że zjawia się statek, wisi nad domem, snop światła wciąga cię na pokład, dziwni goście przechodzą przez ścianę, brakuje ci potem czasu i masz lukę w pamięci. Te doświadczenia miały zawsze w sobie, oprócz wyczuwalnej obecności istot grzebiących w moim ciele, także element duchowy (którego owe istoty albo nie kontrolowały, albo uwalniały specjalnie). Co tu dużo gadać. Dam po prostu kilka przykładów z wczesnej fazy tych doświadczeń.

W nocy 9 września 1988 roku w moim pokoju zjawił się duch zmarłego dwa miesiące wcześniej ojca. Poczułam jego ciepłe, znajome wibracje, ale najwyraźniej ktoś mu towarzyszył. Kilka niewielkich, bliżej nieokreślonych postaci, których obecność bardzo mnie zaniepokoiła. Wystraszona zaczęłam recytować w myśli pacierz „Ojcze nasz”, w nadziei znalezienia ochrony, ale tyle wskórałam, że ojciec zaczął recytować go razem ze mną. Jego głos zmienił się, brzmiał teraz dziwnie obco. Mój strach wzrósł i w tym momencie poczułam ból w prawym biodrze. Było to przeszywające ukłucie czegoś długiego i cienkiego. Wyrywałam się, chcąc się za wszelką cenę obudzić, wiłam się i kręciłam w drugim ciele, ale bez żadnego skutku. Wreszcie poddałam się i na szczęście, po dość krótkim czasie ten okropny ból ustał.
Obudziłam się wystraszona, zdziwiona, z wielką ulgą. Chwilę później zaczął się następny seans.
Niebiańska” dłoń (J. Bzoma odkrył, że to dłoń nad-duszy z poziomu 7 i wyżej) jednym zdecydowanym ruchem ściągnęła ze mnie kołdrę, która w ułamku sekundy zwinęła się w końcu tapczana i od razu, ni stąd ni zowąd – bezbronna i naga – znalazłam się w bezkresnej przestrzeni. Była wypełniona ciemnością. Być może z tego powodu, że ze strachu i pod wpływem zaskoczenia nie przyszło mi do głowy otworzyć oczu. A ja – zamieniona w świadomy atom – czułam się jak ziarenko piasku miotane przez huragan, niemające wpływu na swój los. Wyczuwałam wokół obecność wielu nieznanych istot. Wszystkie były nadzwyczaj potężne, królewskie, przedziwne, wzbudzały grozę i lęk. Przemawiały głosami podobnymi do burzy i pod ich wpływem doznałam rozszerzenia percepcji.
Rejestrowałam odtąd obrazy symboliczne i informacje płynące jednocześnie różnymi kanałami.
Widziałam rozległe oceany na Ziemi i statki na wzburzonym morzu. Usłyszałam głos komunikatu radiowego, nadawanego przez jeden z nich i ujrzałam marynarzy płynących w atomowej łodzi podwodnej, (kojarzącej mi się z zatopionym wrakiem „Titanica”), którzy go odebrali. Wzbudził w nich ogromne poruszenie. Komunikat ogłaszał coś niezwykle ważnego, jak narodziny Jezusa Chrystusa na Ziemi, podawał także dokładne parametry geograficzne, (choć możliwe, że była to data) tego zdarzenia. Szło o jakieś niezwykle rzadkie, acz naturalne zjawisko w przyrodzie. Ujrzałam je jako wybuch ogromnej, SŁOŃCU podobnej energii gdzieś na wschód od statków, jak majestatyczny świt o kosmicznych rozmiarach. Jednocześnie unosiłam się cały czas w przestrzeni, być może na krańcach Układu Słonecznego i słyszałam – powtarzając cały czas w myślach pacierz, aby nie oszaleć ze strachu – przerażające do szpiku kości głosy władców Planet i Żywiołów, którzy przekazali mi, (dlaczego i po co? tylu jest ludzi mądrzejszych i ważniejszych ode mnie) wiadomość, że losy Ziemi wiszą na włosku. Że w jednej chwili, jednym kiwnięciem palca władcy zniszczyliby ją, gdyż Ciemność przeważyła nad Jasnością (poza tym nie stanowi niczego ważnego w życiu wielkiego wszechświata, ot, dalekie, prowincjonalne peryferie), i już od dawna gotowi są w każdej chwili do interwencji, a jednak Ziemia nie zginie. Jej ocalenie zależy całkowicie od woli jednego człowieka, a oni z jakiegoś powodu zmuszeni są ją uszanować.
Ogarnęło mnie zdumienie. Byłam mała jak pyłek. I nieważna jak pyłek. Ujrzałam swoje życie z takiej perspektywy, że zawstydziła mnie moja małość. Spróbowałam się obudzić. Ocknęłam się w innym moim pokoju, z innymi meblami. Weszła akurat moja mama i wyglądała inaczej, niż zwykle. „Wstawaj, już pięć po piątej. Spiesz się do pracy!”. Łatwo zorientowałam się, że to jeszcze sen, więc wytężyłam całą uwagę, żeby wylądować na jawie. W ten sposób budziłam się jeszcze kilka razy, zawsze już całkowicie pewna, że to upragniony port dobrze znanego fizycznego świata. Spoglądałam na zegarek, leżący obok tapczanu, ale za każdym razem pokazywał inną godzinę i po tym poznawałam, że nadal śnię. W końcu fale energii odpłynęły i wyrzuciły mnie na brzeg jawy. Usiadłam w pościeli i sprawdziłam godzinę. Było dopiero wpół do trzeciej, co mnie bardzo zaskoczyło.

Po podróży za granicę życia i śmierci między 8 i 9 poziomem Świadomości, oddzielającą świat nieprzejawiony od przejawionego, trafiłam w pętlę czasową, która istnieje na niższej granicy przyczynowej, pomiędzy 5 i 6 poziomem. Wspomniała o tym śniąca mi się matka, podając godzinę, a tak naprawdę podpowiedź, że krążę od 5 do 5. Numeracja poziomów, o których Jarosław Bzoma wiele opowiada w swoich artykułach i wywiadach, wcale nie jest jego wymysłem. One rzeczywiście pojawiają się w snach, jako obiektywna wiedza i fakt. Przekazano mi to także, bardziej szczegółowo, w późniejszym czasie.

Sen z 1 października 1989 roku. Była noc i na niebie pojawiły się w wielkiej liczbie dyski istot z innych planet. Przerażeni ludzie ukrywali się w domach, nie chcąc o niczym wiedzieć, udawali, że nic szczególnego się nie dzieje. Pragnęli jedynie dawnego, codziennego, dobrze znanego sobie życia. Kosmici reprezentowali wyższy poziom świadomości. Nie byli ich wrogami, ale przybyli na Ziemię, aby zaprowadzić porządek. Miałam z nimi telepatyczny kontakt i usłyszałam zdanie z jakiegoś meldunku przesyłanego z jednego pojazdu do drugiego. Brzmiało: „KORUPCJA (lub: KOLABORACJA) JEST JUŻ FAKTEM…” Nie bałam się. Pragnęłam ich spotkać.

Inny sen z tej samej nocy. Stałam na wiejskiej drodze. Na nocnym niebie ukazały się trzy (obwiedzione graficznym konturem) gigantyczne krzyże. Z ramion każdego z nich zwisały i powiewały na wietrze długie kolorowe szarfy sięgające ziemi. Na ich widok uklękłam przepełniona uczuciem czci. Wkrótce zobaczyłam idących w moim kierunku ludzi. Szli od strony krzyży, liczną i uporządkowaną gromadą. Podbiegłam do nich. Wydali mi się dziwni. Szczupli, niewysocy, łysi, z wielkimi oczami, w białych szatach, milczący, identyczni. Pojęłam, że nie są ludźmi, choć ich przypominają. Niebiańskie, pełne współczującej miłości, istoty dobrowolnie zmierzały w materialny świat, niewątpliwie z jakąś misją. Nagle zapragnęłam znaleźć się pośród nich, być taka jak oni. Ruszyłam wraz z nimi tam, dokąd szli.

Jak widać, moja świadomość we śnie kompletnie ignorowała przekonania żywione na jawie. Bóg, anioły, Moce, Panowania i Trony, święci, 144 tysiące wybranych i cały ten religijny sztafaż istniał, objawiał się wraz z kosmitami, planetami, wzięciami, implantowaniem i nic sobie nie robił z moich zaprzeczeń i wątpliwości w świecie jawnym. Sen wizyjny, który towarzyszył przekazowi od boskich bytów był ilustracją symboliczną.
Morze to świat zapomnienia, przejawiony, w którym znalazła się ekipa niebiańskich wysłanników, jako załoga statku podwodnego. Utknęła w niższych światach, wprowadzając w nich jakiś program chroniący przekaz duchowy w linii czasu, by rodząc się w ograniczonym ciele móc obudzić innych w chwili otrzymania sygnału o porze powrotu. Owa chwila jest ściśle wyznaczana przez jakiś wielki cykl kosmiczny, w którym ukazuje się Solis (pozostanę przy wyśnionej nazwie owej białej gwiazdy). I jest jakoś związana z proroctwem Jezusa o zmartwychwstaniu. Chodzi o moment, który będzie mógł być wykorzystany do wydostania się z dolnego świata w najwyższy rejon, uosobiony przez Solis.

Oczywiście ateista, buddysta, zenowiec albo ufolog popatrzy na moją osobę, jako ofiarę odgórnego zaprogramowania, wiążącego mnie w świecie iluzji. Należy je zlekceważyć i rozpuścić, praktykować medytacje oczyszczające, czcić Pustość, albo poddać się leczniczej regresji i hipnozie – powie. Zresztą, niejeden mi to już sugerował. Chrześcijanin z kolei może mieć wątpliwości co do źródła przekazu, identyfikując kosmitów z demonami, fałszem i złem.

Szkopuł w tym, że wciąż, mimo tego rodzaju przeżyć (których w przyszłości miało być o wiele więcej i bardziej spektakularnych) pozostaję człowiekiem nie-wiary. Należę z natury do ludzi, którym wiara jest do niczego niepotrzebna. Dzięki tym wglądom, za którymi nigdy nie biegałam, które mnie osaczyły odgórnie i zapewne są efektem manipulacji, jakiej się świadomie poddałam na innym poziomie przed narodzinami, mogę powiedzieć, że nie muszę wierzyć i nie wierzę, ja zwyczajnie wiem. Jeśli czegoś nie wiem, wiem, że nie wiem. I tyle.

Przeżycie z nocy 14 lipca 1990 roku skończyło się szokiem. Doznałam wzniesienia świadomości i przekazano mi drogą z umysłu do umysłu wieść, że inteligentni mieszkańcy wszechświata są od dawna bardzo blisko Ziemi i od lat ingerują w ludzkie życie. Inspirują wynalazców, techników, myślicieli, pisarzy, reżyserów filmowych, plastyków, konsekwentnie stwarzając warunki dla swego ujawnienia się.

kosmita
Nagle poczułam ich obecność bardzo blisko. Ktoś stał za oknem pokoju, wołając mnie po imieniu. Spojrzałam w tamtą stronę i w jednej chwili sparaliżował mnie strach.
Choć mieszkałam wtedy na parterze, okno znajdowało się na wysokości około 2,5 metra od ziemi i trudno było w nie zajrzeć człowiekowi bez wchodzenia na drabinę. Tymczasem ktoś tam stał! Był widoczny dość wyraźnie (mimo nocy) za szybą, mniej więcej od pasa. Myśl o drabinie nawet nie przyszła mi do głowy. To wszystko było tak nieprawdopodobne, (aby ją wnieść do ogródka i dobrze ustawić, omijając krzewy ktoś musiałby narobić wiele hałasu, poza tym wcześniej z pewnością obszczekałyby go moje dwa podwórzowe psy).
Istota była biała jak śnieg, sprawiała wrażenie nagiej. Jej ręce były bardzo szczupłe, jakby pozbawione mięśni, a głowa w proporcji do reszty ciała ogromna, biała, łysa, o wąskim i cofniętym, ledwie zarysowanym podbródku. Najdziwniejsze w niej jednak były wielkie, migdałowe oczy bez powiek. W ich spojrzeniu mieściło się coś tak niepojętego, nieprzewidywalnego, bez wyrazu, jak w oczach owada. Była obca, z absolutnie innego świata i to, co mnie tak nagle wtedy przeraziło to fakt, że nie rozumiem, nawet nie potrafię sobie wyobrazić czego ode mnie może chcieć! Jest dobra czy zła? I czym się kieruje, spoglądając tak absurdalnie zza okna? Miałam wrażenie, że zwyczajnie unosi się w powietrzu.
Panika wróciła mnie do ciała fizycznego. Zaciskałam powieki, aby nie spojrzeć w okno i broń Boże, nie potwierdzić istnienia tego… czegoś. Wydawało mi się, że jeśli przetrwam atak lęku i nie otworzę oczu aż do świtu, będzie mi potem łatwiej przyjąć, że to, co zobaczyłam było tylko sennym koszmarem. Tymczasem pod powiekami wykwitła karta Tarota: 6 mieczy. Oprócz odnawiającego przejścia przez wielki kryzys symbolizuje również dużą odległość (także w czasie przyszłym), podróż przez morze, przestrzeń, ostateczne porzucenie domu, bezpowrotną emigrację. Na karcie, której w tych czasach używałam, był rysunek statku żaglowego widzianego od dzioba, (co mogło sugerować kształt dysku) i ogarnęło mnie przeświadczenie, że chodzi o statek międzygwiezdny. Zachowałam czujność do samego rana. Udało mi się nie otworzyć oczu. Nie udało mi się jednak w żaden sposób zasnąć. Serce tłukło się jak u złapanego ptaka przez długie godziny.

Ten paraliżujący strach, jeżący dosłownie włosy na całym ciele, to charakterystyczna reakcja podświadomości na bliską obecność obcego. Człowiek posiada podświadomość zwierzęcego rodzaju, która instynktownie wyczuwa wszystko, czego nie zna.

Kolejne spotkanie odbyło się 25 września 1992 roku. Znalazłam się nagle gdzieś bardzo daleko… Egipt? Na piaszczystej pustyni stała ogromna, kamienna głowa o czterech nieruchomych, wykutych w granicie twarzach, zwróconych ku czterem stronom świata. Ta niezwykła prastara rzeźba, wysoka na 2000 metrów była nieznanego pochodzenia… Unosiłam się w kosmicznej przestrzeni. Nie miałam tam żadnego ciała, po prostu obserwowałam. Niezwykła cisza i spokój ogarnęły mój umysł. Widziałam planety, płynące powoli i majestatycznie w kosmosie, a może to ja przesuwałam się względem nich… Na jednej z nich spostrzegłam – patrząc z wielkiej wysokości – ogromne kamienne piramidy. O wiele większe, niż te z Egiptu, chociaż podobne. Sprawiały wrażenie nader archaicznych, spowijała je atmosfera milionów lat trwania. I skądś wiedziałam, że ta planeta, jak Ziemia umiera.
Pokazano mi mapę… i wtedy poczułam, że mam wracać. Do moich oczu zbliżyła się dłoń. Na tle międzyplanetarnej przestrzeni i niebotycznych, prastarych piramid szczupła biała dłoń o bardzo długich trzech węźlastych palcach i niewielkim, równie szczupłym kciuku. Przyjaźnie otwarta. A może błogosławiąca?
Obudziłam się nagle, leżąc na wznak, z bijącym szaleńczo sercem. Była druga w nocy. Chwilę później zjawił się „duch mojego ojca”. Nakrył mnie troskliwie kołdrą i głośno ziewnął, jakby chciał powiedzieć: A teraz śpij spokojnie, moje dziecko.
Rzeczywiście, do rana nic się już nie wydarzyło.

Znów pojawił się element dłoni. I świadomość obserwatora. Czy to baza, nieziemska, obca, z której pochodzę i której jestem częścią? Takie pytanie może paść, ale czy owo przeżycie daje na nie odpowiedź, nie wiem. Zważywszy rzeczy, które jeszcze miały do mnie przyjść.

Głosy

W wielu moich sennych przeżyciach pojawiały się głosy. Odzywały się już w niemowlęctwie, całkiem na jawie, były wtedy wstrętne, szepczące, natarczywe, chichoczące, bełkotliwe i niezrozumiałe. Pamiętam, jak rodzice daremnie usiłowali mnie uspokoić, bo płakałam wniebogłosy ze strachu i udręki. Nie rozumieli co się dzieje. Szybko odkryłam, że wystarczy mi wtedy, gdy się włączają, powiedzieć coś głośno, aby umilkły. Musiało to dziwnie wyglądać, gdy odzywałam się ni stąd ni zowąd do samej siebie, albo w nocy, gdy wszyscy spali. Czasem kamuflowałam sprawę głośnym ziewnięciem, albo, że niby coś mnie ugryzło.

Goya

Gwizdy i nachalne szepty podczas ataków zawrotów głowy (mówiono, że rosnę, ojciec-lekarz nie umiał tego zdiagnozować, starał się nie panikować, być może były to objawy choroby Ménière’a, wszystko minęło samo, gdy dorosłam) budziły we mnie ogromny strach. Pewnego wieczoru chwyciło mnie w łóżku, tak mocno, jak nigdy dotąd. Krzyczałam do ojca:

– Tato, trzymaj mnie! Trzymaj! Bo lecę!

Pewnego razu, jako kilkulatka, bawiłam się na płyciźnie w rzece. Penetrując brzeg nagle trafiłam na wypłukany pod korzeniami przybrzeżnego drzewa dół. Wpadłam w niego i wir zaczął mnie wciągać. Ogarnął mnie wielki spokój i cisza. Jakże wabiąca ku sobie. Nagle wyrwał mnie i uratował z tego śmiertelnego transu ojciec, który zauważył mój kapelusik widoczny jeszcze pod powierzchnią wody.

O ile te pierwsze chichoty uszne i piski zdarzały się na jawie i ktoś obznajomiony z psychiatrią mógłby je podciągnąć pod jakiś objaw chorobowy, to późniejsze moje słyszenia zdarzały się już głównie w transie sennym, albo w snach na jawie. Swego czasu znałam dziewczynę, cierpiącą na anoreksję, która pod wpływem wygłodzenia, ale też lekomanii i nadużywania alkoholu otworzyła się na schizofreniczne głosy. Mogłam sprawę porównać. Zdrowia z chorobą nie da się pomylić. Jej głosy rozlegały się na jawie, przemawiały z torebki, albo puderniczki i nie były przyjazne. Wtrącały się ironicznie, złośliwie, lub mówiły od rzeczy. Ona zaś traktowała je jako jakieś dziwaczne wtajemniczenie i z lubością o nich wspominała, przynajmniej w mojej obecności. Byłam sprawą zainteresowana od strony parapsychologii, i nie wartościowałam jej doznań, ani nie kazałam jej iść do lekarza i przestać gadać głupoty. Wystarczyło mi to naoczne porównanie, by uznać fakt, że nic złego z moją głową i psychiką się nie dzieje.

Owszem, kilka razy w życiu zdarzyło mi się słyszeć głosy na jawie. Osób, których w pobliżu nie było i nie mogło być. Były tak realne, że wyglądałam przez okno, gdy dobiegały z ulicy albo od bramy, albo podchodziłam do drzwi i pytałam kto tam. Nikogo. Zdawało się. Tylko, i chyba nieprzypadkowo, owi ludzie zjawiali się w moim domu po dość krótkim czasie, zawsze niezapowiedzianie. Zatem zaliczam je do zjawisk prekognicyjnych i rodzaju świadomości, nazywanego przez niektórych „świadomością szamańską”. Jestem introwertyczką i samotniczką, przebywam na ogół w ciszy i odosobnieniu przez całe godziny, dnie i noce. Taki tryb życia otwiera umysł na niewidzialne fale także na jawie, nawet bez używania specjalnych metod wchodzenia w trans.

Spiewajace-anioly

Po latach, w czasach nawały wizyt z Drugiej Strony, słyszałam już inne głosy. Przemawiające po polsku, albo w obcych językach, których nie znam, znam słabo, nie tyle, aby rozumieć w nich przekaz, oraz w takich, które dawno wymarły. Oprócz francuskiego, niemieckiego, angielskiego, rosyjskiego, cygańskiego słyszałam teksty po staropersku, aramejsku, grecku, w starohebrajskim, czy w sanskrycie. Niektóre odbierałam jako przepiękny śpiew-melorecytację „chórów anielskich i archanielskich”, naładowany atmosferą Sacrum (po jednym z takich przeżyć ocknęłam się na jawie ze złożonymi jak do modlitwy rękami), a niektóre wstrząsały i zdecydowanie się różniły od głosów „kosmitów”. W podwyższonym stanie świadomości dobiegały mnie potężne, przejmujące do głębi mantry śpiewane głosami bogów poruszających się gdzieś w kosmosie w ogromnych pojazdach.

Czym innym są głosy duchów zmarłych. Często skrzekliwe, skrzypiące. Znaczy: spoza granicy życia i śmierci. O duchach jeszcze opowiem. Przekonałam się kilka razy, że śmierć w bliskim otoczeniu zapowiada mi wcześniej słyszana we śnie zbiorowa kościelna modlitwa, albo śpiew kobiet, idących za pogrzebem.

Głos, a raczej dźwięk, który wstrząsa najgłębiej – potężny huk, zamieniający w pyłek kurzu całe jestestwo – jest głosem Najwyższej Jaźni, Boga (Dharmaty, jak mawiają buddyści) i nie da się go z niczym pomylić. Czasem zastępują go, czy zapowiadają kontakt z nieprzejawioną najwyższą sferą – grzmoty burzy i pioruny, trzaski i skwierczenia wyładowań elektrycznych, najczęściej urywające sen. Osoby bogów Jowisza, słowiańskiego Peruna czy majańskiego Huracana mających władzę nad gromami i błyskawicami wskazują na tę najwyższą – patrząc od naszej strony – energię Świadomości. Chrześcijanie mówią w tym wypadku o trąbach anielskich.

Pierwszy raz usłyszałam ów przejmujący huk w 1985 roku. Poprzedził go sen, w którym byłam mnichem dobrowolnie wystawiającym się na pioruny nadchodzącej zawieruchy. Mnich ów zgodził się wypełnić coś ważnego, chociaż mógł spokojnie żyć w swojej pustelni na uboczu. Gdy stanął na szczycie wąskiej kładki wbijającej się w głąb jeziora i odważnie odrzucił kaptur z głowy, rozległ się ogłuszający huk burzy, który otoczył mnie ze wszystkich stron, wyrywając z ciała jak liść.

Pewnej nocy w 1986 roku usłyszałam na jawie przyjazny męski głos, rozlegający się z jakiegoś punktu nad głową, który wypowiedział zaskakujące słowa:
– W imię Jezusa Chrystusa wypędzam cię! – po czym z mojego splotu słonecznego wydostała się uciekająca gdzieś z szaleńczym krzykiem energia. Odebrałam ją jako formę czarnego wściekłego wilka. W umyśle zaś otworzyła się wielowymiarowa przestrzeń, która pomogła mi pojąć mnóstwo spraw na nowy sposób.

Była to jedna z metod, jakie stosowała wobec mego zablokowania Druga Strona. Wciąż nie byłam gotowa mentalnie na kontakt. Jezus Chrystus, jako dla osoby wychowanej w społeczeństwie chrześcijańskim był autorytetem moralnym chcąc nie chcąc, i kojarzył się jednoznacznie z dobrem, nie złem.
Potem wielokrotnie używałam tego egzorcyzmu, atakowana w transie przez różne nieprzyjemne byty. I powiem jedno, zawsze był skuteczny.

W 1994 roku obudził mnie nagle w nocy męski, młody, miły głos, mantrujący w jednym rytmie i nie wiedzieć, z jakiego powodu po angielsku! słowa:

– I`AM, I`AM, I`AM, I`AM, I`AM, I`AM, I`AM, I`AM… (jestem, jestem, jestem, jestem…)

Wibracja i potęga, które mu towarzyszyły były tak niesamowite, że otworzyłam oczy zupełnie pewna, iż gdyby choć na chwilę przestał to powtarzać, to cały świat, Ziemia i widzialny kosmos rozwiałyby się jak fatamorgana, a my wszyscy wraz z nią.
Kim w istocie był śpiewający ową mantrę można się domyśleć.
To przeżycie często do mnie wraca. I dziękuję za nie siłom wyższym. Świetnie pomaga na zwątpienie w sens.

Język angielski, użyty przez Mantrującego, jak i inne języki, a z nimi kraje i kontynenty, miasta, wsie, ulice i miejsca prywatne przynależą do zagadnienia topografii snu. Dużo o tym pisze i mówi Jarosław Bzoma. Zainteresowanym polecam zapoznać się z tematem, bo jest naprawdę ważny dla kogoś, kto chce rozumieć swe poruszenia po światach niejawnych. Odkryłam to zagadnienie jakieś 20 lat temu, i zapisałam w senniku „Symbole senne – znaki na drodze do Życia” pod hasłem Języki obce, co następuje:

Zdarza się słyszeć, a nawet mówić swobodnie w jakimś obcym języku, o którym mamy na jawie bardzo niewielkie pojęcie. Oznacza to, że przekazujemy informację w formie i na tematy symbolizowane przez charakterystyczne dla danego narodu cechy. Czym innym jest jednak słyszenie nawet całych przemówień w obcych językach w jasnosłyszącym transie, poprzedzającym świadomy czy wizyjny sen. Przeważnie treść tych przemówień pozostaje zagadką, a ich celem jest obudzenie w świadomości odpowiednich emocji, które bardzo szybko wprowadzają śniącego w głębszy trans. Bywa, że słyszymy ludzi mówiących w języku, którego nie znamy i trudno nam wtedy cokolwiek zrozumieć. Istnieje jednak w podświadomości coś, co można nazwać automatycznym tłumaczem języków i jeśli tylko zrozumienie słów staje się problemem, świadomość potrafi natychmiast i spontanicznie przestawić odbierany przekaz na język rodzimy.

Oraz pod hasłem Nazwy w snach:

Należy zwrócić uwagę na słowa i sylaby, z których się składają, gdyż mogą w nich być zawarte ważne skojarzenia i podpowiedzi, co do sensu danego symbolu we śnie. Każdy może mieć zupełnie indywidualny zestaw miejsc, miejscowości, nazwisk, nazw ulic, które mu się śnią stale jako określone symboliczne strefy. Podobnie jest z państwami, choć tu największą rolę grają historyczne uwarunkowania i stereotypowe cechy, jaki dany naród przypisuje innemu i mniej w tym indywidualizmu.

Co do mówienia po angielsku:

Oznacza to na ogół ambicję awansowania w sensie cywilizacyjnym i kulturowym. We śnie może chodzić o dobrą opinię w tradycyjnym, konserwatywnym i powszechnie szanowanym sensie. Uznane przez wszystkich wartości i hierarchie.

(Teraz dodam: to oznaka globalności i zbiorowej świadomości ludzkości jako takiej, zatem przekaz w języku angielskim dla nie-Anglika odnosi się do wszystkich ludzi i ma światową skalę. Ponadto to już Nostradamus odkrył, stosując przymiotnik angelique w dwu- a nawet trój-znacznym sensie: anielski-angielski-angelicki).

Istnieje jeszcze głos komentatora snu, nazywany też głosem śnienia. Męski, żeński, nieznany. Wyższa świadomość daje nim podpowiedzi, lub odpowiedzi. Jeśli o mnie chodzi, bywa, że zaczynam je rozumieć dopiero po dłuższym czasie, gdy jakieś zdarzenia się wypełnią.

Druga strona

W 1975 roku miałam 13 lat. Zapisałam wtedy w swoim pamiętniku, co następuje:

Na polskim spytałam cicho Gośkę:
– Czy chciałabyś być niczym?
Gosia zamyśliła się całkiem poważnie.
– Nie – odpowiedziała w końcu.
– A dlaczego?
– To byłoby bardzo nudne.
– Nie myślałabyś przecież, byłabyś czasem.
– Nie mogę sobie tego wyobrazić.
A ja nie mogę nic na to poradzić…

Rozmyślania o niczym mocno mnie wtedy zajmowały. Z dumą zerwałam wszelkie swoje związki z kościołem.
Rok później zanotowałam wiersz bez tytułu. Bo pisałam wtedy wiersze, a nawet dwa czy trzy udało mi się wydrukować w jakimś harcerskim pisemku dla młodzieży. Byłam dość ponurą egzystencjalistką.

Już początek życia przerobiłam
programuję swoją przyszłość
na przyszłość
żeby umrzeć w odpowiednim
czasie

Zapisywałam dręczące mnie koszmary, czując, że są ważne, choć nie rozumiałam dlaczego. Znikąd pomocy. Nigdzie wiedzy na ten temat. Teraz je rozumiem i mogę powiedzieć, że druga strona usiłowała się ze mną skontaktować uporczywie i często. Odbierałam to niekiedy jako wizyty kogoś nierozpoznawalnego, czasem usiłującego mnie zahipnotyzować. Niewidzialna, ale wyczuwalna istota, mężczyzna, wchodziła drzwiami do mojego pokoju, podchodziła do łóżka, pochylała się i – na ogół zaraz wyskakiwałam siłą woli i przestrachu na jawę, do rana usiłując nie zasnąć i nie dać się wciągnąć w coś, co nie mieściło mi się w głowie. Albo odbierałam te wizyty jako demoniczne zakusy. Kilka razy była to jakby nadlatująca skądś kula, unosiła się chwilę nade mną, śpiącą lub usiłującą zasnąć, po czym przybierała ludzką formę. Zarejestrowałam kilka pierwszych przekazów informacji „stamtąd” w snach. Ha, czasem udawało się im ominąć moje ograniczenia!

koszmar

Notatka z 22 września 1985 roku

We śnie nastrój końca, wielkiej tragedii wiszącej w powietrzu nad całym światem, być może już się skończyła ostatnia wojna, ciemno, zimno. Śpię na jakiejś drewnianej pryczy pod cienkim kocem, który wciąż zsuwa mi się z nóg. Obok mnie ktoś leży, nie wiem kto. Budzę się, wstaję, idę gdzieś i wiem, że cały świat, wręcz cały kosmos jest już skończony, życia zostało niewiele i nie na długo, i to jest wrażenie nie do opisania ponure i apokaliptyczne. Obok mnie idzie ten ktoś, kogo nie pamiętam, rozmawiamy. I nagle z naszej rozmowy wykwita ważna prawda. Dostaję bezpośredni przekaz, z umysłu do umysłu, bez słów.
Świat jest dwoisty. Prócz tego, na którym teraz przebywamy w fizycznych ciałach i skazanego na zagładę, istnieje jeszcze inny, źródło jego odbicia, świat niematerialny, rzucający cień. Dostać się do niego można jedynie przez śmierć. A więc śmierć nie jest wcale końcem, ale wielką przemianą! Umierając urodzę się do życia w innym wymiarze.
Nasz świat nie ma wiele wspólnego z tamtym światem poza tym, że zamieszkują go te same (takie same?) istoty, tyle, że w innych postaciach. Jedynym wspólnym i niezmiennym elementem obu jest ogromna biała gwiazda bytująca gdzieś w centrum wszechświata. Podobna do słońca. Ona jest taka sama (tym samym?) tu i tam, po jednej i po drugiej stronie.

Nie był to mój pierwszy trans we śnie. O innych napiszę osobno. Ale chyba pierwszy z rodzaju tych, w których energie płynące przez ciało wprowadzają świadomość na wysoki poziom, który nie jest podobny do tego, na którym prosperujemy na co dzień jako ludzie. Na tym poziomie informacje płyną z zewnątrz (tj. od różnych wysokich bytów) w przyspieszony i telepatyczny sposób. Świadomość nie jest ograniczona „ziemską” pamięcią i logiką, przyswaja wiedzę bezpośrednio, poza słowami, o wiele szybciej, niż można sobie na jawie wyobrazić i różnymi sposobami w jednym czasie. Na przykład śnisz wtedy i uczestniczysz w akcji owego snu jako postać, a jednocześnie odczuwasz podwyższone wibracje energii w ciele fizycznym i zdajesz sobie sprawę, że leżysz w pościeli i śnisz. Odbieranym informacjom towarzyszy czasem dźwięk (głos snu, lub głos informatora), a czasem osobny obraz ułatwiający zapamiętanie treści. W tym samym momencie przeżywasz również reakcje na owe treści, zdziwienie, strach, zaskoczenie, niedowierzanie…

Sam powyższy przekaz teraz wydaje się prościutki, był jednym z pierwszych, ale w tym czasie zdumiał mnie do głębi. I swoją formą zaistnienia, i treścią. Owa szczególna gwiazda pojawiła się później w wizjach rodem z Kroniki Akaszy, gdzie nosiła nazwę Solis.
Wtedy wciąż byłam jednak zdeklarowaną ateistką i zjawy senne traktowałam jak iluzje, owszem, często koszmarne, ale zawsze fantazje mózgowe, rodem z podświadomości fizycznego ciała…

Początek

sfery

Pamiętam. Frunęłam nad moją rodziną, tatą, mamą prowadzącą wózek z moją maleńką siostrą i nad sobą, jadącą za nimi na białym składanym rowerku. To był sen wizyjny i z przyszłości, bo taki rowerek dostałam po kilku latach, jako prezent na pierwszą komunię.

O innym śnie długo byłam przekonana, że zdarzył się naprawdę. Już będąc dorosłą osobą zapytałam o to zdarzenie mamę. Nie potwierdziła. Czyli śniłam o tym, że w ogrodzie przy domu, w słoneczny letni dzień pochylałam się nad kwiatem róży. I wtedy wpadła mi do nosa pszczoła. Poczułam ogromny ból, po czym z nosa buchnął mi gwałtowny strumień czerwonej krwi. Krzyczałam ze strachu, nadbiegli dorośli i wyjęli owada przy pomocy szczypiec.
Ufolodzy traktują takie przypomnienia jako zakamuflowany w pamięci efekt wzięcia i instalowania w ciele implantu obcych. Służącego śledzeniu, bądź kontroli rodem z wyższego wymiaru. Analizując to, co mi się później przytrafiało w świecie niejawnym – nie zaprzeczę, że tak właśnie mogło być. Ale pewności ani dowodów nie mam, więc powstrzymuję się od twierdzenia.

Powtarzały się też iście demoniczne koszmary, o czarnym, śmiejącym się złośliwie wilku, czyhającym na mnie pod łóżkiem albo na szafie. Kilka razy usiłował chwycić mnie za rękę, raz nawet udało mu się ją odgryźć, na czym natychmiast obudziłam się.

Wkrótce moi rodzice zaczynają budować dom. I już jest prawie zbudowany, stoi wersja surowa, na parterze stolarz urządził sobie warsztat, są już zamykane na klucz drzwi wejściowe, niektóre drzwi wewnętrzne, podłogi na parterze, ale piętro jeszcze całkiem surowe, brakuje łazienki, pieca itp. Mama niekiedy, w porze kłótni z ojcem, zabierała mnie i siostrę do nowego domu. Miałyśmy wtedy jakieś 8-7 lat. Pewnej nocy, kiedy spałyśmy we trzy w prowizorycznie urządzonym pokoju na parterze usłyszałam ciężkie stąpanie, dobiegające z piętra. Kroki bardzo powolne, ciężkie, wyraźne. Jakby kogoś starego, kto poruszał się bardzo powoli. Zamarłam, łudząc się, że mi się zdaje, albo śni. I wtedy okazało się, że nie. Mama spytała głośno i bohatersko, drżącym głosem:

– Kto tam?

Nikt nie odpowiedział. Po chwili ciszy niewidzialne nogi znów zaczęły kroczyć. Tym razem schodziły z góry, powolutku, po schodach, stopień po stopniu. Ku nam, leżącym w pokoju bez drzwi. I odrętwiałym z potwornego strachu.

Kroki zeszły i… zapadła zupełna cisza. Do rana nic się nie wydarzyło.

Nie zapomniałam o tym nigdy. Gdzieś tkwiło pod skórą zdeklarowanej ateistki. Minęło trochę czasu. Mam teraz oto jakieś 20 lat. Przebywam w domu sama z ojcem, mama z siostrą wyjechały na wczasy. Oboje oglądamy telewizję w pokoju ojca na parterze. Mój pokój jest na piętrze, niedawno wykończony. Ojciec usypia na nudnym filmie. Ja jeszcze oglądam. Gdy nagle… znów te kroki. Powolne, głośne, posuwiste, szurające po podłodze, z pewnością starego człowieka. I znów, drżąc cała w sobie, łudzę się, że może mi się zdaje… Wtedy ojciec budzi się na chwilę. I nagle krzyczy na cały głos:

– Kto tam, do jasnej cholery chodzi?!

Kroki po chwili cichną. Ojciec znów zasypia. Rano nic nie pamięta ze zdarzenia.
Obejrzałam program telewizyjny do samego końca, ale wreszcie musiałam, z duszą na ramieniu, pójść do siebie na górę… Nic więcej się nie stało.

Znów minęło wiele lat i przeszło mnóstwo spotkań po tamtej stronie. W kwietniu 2005 roku przyszedł sen na jawie… a wraz z nim pojawił się dziwny starzec, w moim ówczesnym warszawskim mieszkaniu. Opisałam to dokładnie na blogu Transwizje (kliknij), więc tutaj nie będę tego spotkania powtarzać. Kto chce, może się zapoznać ze szczegółami. Był to jednak sen, nie jawa ani zjawisko materialne, doświadczane przez kilka osób równocześnie.

Jarek Bzoma od snów progresywnych radzi zadać pytanie przed snem. Niedawno wróciły do mnie wspomnienia starczych kroków i takie pytanie zadałam, owszem. We śnie znalazłam się w swoim dawnym pokoju na piętrze, leżąc na łóżku ustawionym przy ścianie z wmurowanymi w nią szklanymi drzwiami balkonowymi, (choć w rzeczywistości nie było tam balkonu, ani tym bardziej oszklonej ściany). Owe szklane drzwi były zasłonięte zasłonką. Zerknęłam za nią i zauważyłam ze zdumieniem czającą się z zewnątrz przy murze, na wysokości parteru, więc niżej, postać młodej dziennikarki. Czyhała na jakąkolwiek możliwość podejrzenia mnie przez szybę! Odwróciłam się i spojrzałam na ścianę naprzeciw wezgłowia łóżka. I szczęka mi opadła. Nie było żadnej ściany, tylko uchylone wielkie czyste okno, wychodzące na nieskończoną jasną przestrzeń…

Czy była to jakaś odpowiedź, albo choćby podpowiedź? Nie mam pojęcia. Świat pomiędzy, granice światów, wgląd i podgląd… W tej sprawie nie potrafię wyciągnąć wniosków ze snu-odpowiedzi. Ani pojąć języka, w którym mi jej udzielono. A nawet jeśli jakieś są, to czy mogę w nie wierzyć?

O mnie

Pokrótce:

ewa

Przebywam po tej stronie od grudnia 1961 roku. Urodziłam się pod znakiem Koziorożca. To ważne o tyle, że zauważyłam, iż Koziorożce często miewają „nie-swoje sny”, w których pojawiają się tematy zbiorowe, polityczne, nierzadko z przepowiedniami na przyszłość. Pewnie dlatego, że są urodzonymi strategami.
Narodziny były trudne, trwały 3 doby, w końcu wyciągnięto mnie nieomal uduszoną pępowiną. Ten uraz najprawdopodobniej zaważył na moim skrajnie introwertycznym usposobieniu i fakcie, że wizje pamiętam jeszcze z łóżeczka niemowlęcego.

Nie należę do osób religijnych czy bujających w obłokach. Do kościoła przestałam chodzić jako dziecko, nikt mnie za to nie karcił, takie były czasy. Ksiądz podczas lekcji na plebanii opowiadał takie dyrdymały, że nie byłam w stanie udawać, że w nie wierzę. W wieku 13-17 lat zgłębiałam filozofów materialistycznych, oświeceniowych, ateistów, psychoanalityków i fantastykę naukową. Cierpiałam – rosnąc – na ataki silnych zawrotów głowy, przy których osuwałam się na ziemię, trudne do zniesienia bóle głowy i mdłości trwały po nich kilka dni. Czasem atakom towarzyszył wysoki pisk, albo dziwne bełkotliwe głosy słyszane w głowie.
W wieku 18-25 lat zaczęły mnie – oprócz koszmarnych snów – dręczyć prawie każdej nocy spontaniczne wyjścia z ciała. I co za tym idzie głęboka nerwica i bezsenność. Te sprawy nie mieściły się nijak w moim światopoglądzie. Mając 23 lata zaczęłam czytywać książki katolickich autorów, podsuwane mi przez kolegę kleryka, mającego nadzieję mnie nawrócić. Wydawały mi się nieznośnie ckliwe, ale Biblia zrobiła na mnie wrażenie. Wiele razy do niej wracałam, w różnych tłumaczeniach. Otworzył się kanał zainteresowań duchowych, poznałam utwory głównych mistyków chrześcijańskich, a także nauczycieli różnych kościołów protestanckich. Wielokrotnie wracałam do Tomasza a Kempis, świętego Franciszka i Mistrza Eckharta. Wkrótce przyszła fascynacja Wedamiświętymi księgami rozprowadzanymi przez Towarzystwo Świadomości Kriszny, które szybko, wraz z ruchami buddyjskimi opanowało niszę w rozchwianej światopoglądowo Polsce po-komunistycznej. Paradoksalnie to one pogodziły mnie z religią katolicką, bo wreszcie zrozumiałam o co w niej chodzi (lub raczej o co powinno chodzić)! Oprócz tego czytałam wszystko, co dotyczyło ufologii.
W tym samym czasie zachwyciła mnie astrologia i zgłębiałam ją samodzielnie, posiłkując się podręcznikami i pismami drukowanymi na powielaczach przez kluby astrologów i psychotroników z Trójmiasta, Łodzi, Poznania i Wrocławia. Wkrótce też pojawiły się karty Tarota. I podobnie Księga I-Cing. Nie mając żadnych zabobonnych ani wykształceniowych uprzedzeń do ezoteryki, poznawałam nowe dziedziny z pasją i nader samodzielnie. Nigdy mnie nic nie prześladowało z tego powodu, choć po latach nieświadomie ściągnęłam na siebie, oglądając różne talie w internecie, zbiorową larwę głodnych duchów związanych z katolicką klątwą rzuconą na tarota. Przeszłam ten atak jako inicjację, udało mi się dzięki medytacji nad kartami samodzielnie odzyskać siły i zapanować ostatecznie nad lękiem. Od tej pory doceniam siłę ukrytą w wersji marsylskiej.

W latach 90-tych przyjaźniłam się z (nieżyjącym już) Piotrem Burskim z Łodzi, mistrzem reiki. Inicjował mnie na pierwszy i drugi stopień, ale przede wszystkim miałam możliwość obcować z energiami i uduchowioną wyobraźnią na warsztatach, które urządzał każdego miesiąca. Osobiście nie czuję się jednak nadzwyczajnie uzdolniona w tym kierunku. Poznałam także ludzi praktykujących buddyzm tybetański, bywałam na zlotach i wykładach ich guru Ole Nydhala, gdzie przy okazji wzięłam schronienie w Buddzie. Medytowałam różnymi sposobami, z których ostatecznie najwięcej dała mi praca z oddechem (rebirthing, krija-joga), wizualizacja kart tarota (marsylskiego) oraz medytacja zen.
Inicjacje coś we mnie uruchomiły, a może tylko skierowały w górę. W efekcie napisałam swoją pierwszą książeczkę, która wyszła w Studiu Astropsychologii w 1999 roku „Symbole senne – znaki na drodze do Życia”. Dostałam za nią całkiem dużo pochwał od czytelników i czytelniczek, uważających ją za bardzo praktyczny i spełniający się w życiu sennik.

W tamtym mniej więcej czasie poznałam przypadkowo, na prywatnym zjeździe w Lublinie, grupkę tzw. „gwiezdnych ludzi”, czyli osób uważających się za wcielenia istot kosmicznych. I ja we wczesnym dzieciństwie miałam takie szczególne przekonanie, jednak nie poczułam się wśród nich jak wśród swoich. Byłam już chyba „zbyt ludzka”. Niemniej znajomość z Frankiem Koterem z Puław, chemikiem, hodowcą róż, malarzem, poetą i autorem opowiadań w stylu Brunona Schulza, zaowocowała obfitą korespondencją i kilkoma spotkaniami, podczas których otworzył się dla mnie świat tzw. podróży astralnych, poza ciałem, które uprawiał Franek. Jego historie były naprawdę fascynujące i do niczego, o czym dotąd czytałam niepodobne. Pamiętam, jak powątpiewałam w realność przeżyć Franka, traktując je mimo wszystko jako rodzaj śnienia, i jak wtedy Franek oburzał się na moją tępotę. „Przekonasz się, że to nie sen, kiedy przyjdą do ciebie!” – usłyszałam. I bach. Zjawili się u mnie. Za to Franek przestał latać!

Przeżycia, które na mnie wtedy spadły i trzymały w szachu przez kilka lat dokładnie zapisywałam. Zamieściłam je później w książce, która wyszła w Wydawnictwie Brama w 2003 roku pt. „Przemiany w ultrafiolecie”. Książka zainteresowała kilka osób, w tym pana Lecha Robakiewicza z pisma „Gnosis”, ale nigdy nie okazała się rewelacyjna czy poszukiwana. Teraz napisałabym ją zupełnie inaczej. W czasach, gdy powstawała miałam kłopot z osiągnięciem dystansu do treści, które do mnie „waliły drzwiami i oknami”, bombardując mnie wręcz każdej nocy. Mimo starań nie zdołałam wyzbyć się patosu, odzyskać zwykłego poziomu sceptycyzmu, ani uruchomić w sobie poczucia humoru. Kontakt z wysokimi energiami, tak długi i intensywny budzi w psychice reakcje psychotyczne i większość energii – o ile człowiek wie, co się z nim naprawdę dzieje – idzie na utrzymanie równowagi pomiędzy odczuciami a umysłem, jawą, a stanem snu czy transu. Potrzeba nieraz dużo czasu, aby przyswoić nowe treści i wrócić do zwykłego życia. Fakty są takie, że to, co do mnie przyszło nie pasuje do niczego, co daje się zmieścić w jakiejś jednej teorii albo doktrynie, czy to szczegółowej, czy eklektycznej.

Zdecydowałam się zaprezentować zapisy z tamtych lat, częściowo wchodzące w skład owej książki, a częściowo uzupełnione na bazie zebranych notatek, na niniejszej stronie.

Jeśli miałabym wskazać na jakiś rodzaj wiedzy o przedstawianych tu zjawiskach i podpowiedzieć, gdzie szukać zrozumienia, to są to książki i wypowiedzi Jarosława Bzomy. Śnił mi się kilkakrotnie przed laty, więc mam podstawę uważać jego pojawienie się za realizację szerszego planu oświecania, podjętego na wysokościach (nieźle brzmi, prawda?). Zaznaczam jednak, że jego wnioski wysnute są na bazie sterowanego intencją śnienia nieświadomego (progresywnego), odpowiednio interpretowanego pod kątem zadanego przed snem pytania. Owe sny w inny sposób wkraczają w rejony, które ja eksplorowałam (a może to one eksplorowały mnie?), acz wnoszą bardzo wiele w możliwość interpretacji tego, co mnie spotkało spontanicznie. Choć pomijają sprawę wizji i jasnowidzenia, zawierają istotne kwestie, które mogę potwierdzić i uzupełnić. Same sny Jarosława są dla mnie tak kuriozalne, i w dużej mierze nudne (przepraszam Śniącego i jego wielbicieli, ale to prawda i wcale nie krytyka), że wnioski, które z nich potrafił wysnuć zadziwiają mnie prawdziwym geniuszem logicznego umysłu i skojarzeń. Jeśli ktoś zada sobie trud poznania obu opowieści, zapewne dojdzie do podobnych konkluzji. Zachęcam do krytycznych porównań! Odnoszę bowiem wrażenie, iż w jakiś sposób Jarosław Bzoma uzupełnił swoją penetracją, inteligencją i logiką to, czego mnie brakło, i może jest też tak na odwrót.

Oprócz dwóch pierwszych książeczek wydałam do obecnego czasu także – „Tarot Mistrza Gry” podręcznik dla początkujących i zaawansowanych tarocistów, „Kalendarz Tebański – symbole stopni Zodiaku” – interpretację 360 starożytnych symboli zodiakalnego koła dla astrologów tradycyjnych, „Proroctwa Mistrza Nostradamusa” – pierwsze tłumaczenie na polski ponad tysiąca czterowierszy Maga z Salon, oraz „I-Cing – Księgę Źródła”. Wszystkie pod starą wersją mego rodowego nazwiska Seydlitz.

Od lat prowadzę różne blogi w internecie oraz forum dyskusyjne o Księdze i-Cing. Usiłuję także przekazać to, co przychodzi do mnie w snach wizyjnych w postaci opowiadań fantazmatycznych. Jednak, jak dotąd żaden wydawca nie zainteresował się efektami moich literackich wysiłków. Pewnie czas nie po temu.

W 2005 roku przeprowadziłam się z Warszawy na Podlasie, mieszkam w prawosławnej wiosce na pograniczu, żyję z rolnictwa, prowadzę maleńkie gospodarstwo z kozami. Kocham przyrodę, zwierzęta i żyję tak, jak żyli moi dziadkowie. Realizuję się jako śniący swoje odludek.