O mnie

Pokrótce:

ewa

Przebywam po tej stronie od grudnia 1961 roku. Urodziłam się pod znakiem Koziorożca. To ważne o tyle, że zauważyłam, iż Koziorożce często miewają „nie-swoje sny”, w których pojawiają się tematy zbiorowe, polityczne, nierzadko z przepowiedniami na przyszłość. Pewnie dlatego, że są urodzonymi strategami.
Narodziny były trudne, trwały 3 doby, w końcu wyciągnięto mnie nieomal uduszoną pępowiną. Ten uraz najprawdopodobniej zaważył na moim skrajnie introwertycznym usposobieniu i fakcie, że wizje pamiętam jeszcze z łóżeczka niemowlęcego.

Nie należę do osób religijnych czy bujających w obłokach. Do kościoła przestałam chodzić jako dziecko, nikt mnie za to nie karcił, takie były czasy. Ksiądz podczas lekcji na plebanii opowiadał takie dyrdymały, że nie byłam w stanie udawać, że w nie wierzę. W wieku 13-17 lat zgłębiałam filozofów materialistycznych, oświeceniowych, ateistów, psychoanalityków i fantastykę naukową. Cierpiałam – rosnąc – na ataki silnych zawrotów głowy, przy których osuwałam się na ziemię, trudne do zniesienia bóle głowy i mdłości trwały po nich kilka dni. Czasem atakom towarzyszył wysoki pisk, albo dziwne bełkotliwe głosy słyszane w głowie.
W wieku 18-25 lat zaczęły mnie – oprócz koszmarnych snów – dręczyć prawie każdej nocy spontaniczne wyjścia z ciała. I co za tym idzie głęboka nerwica i bezsenność. Te sprawy nie mieściły się nijak w moim światopoglądzie. Mając 23 lata zaczęłam czytywać książki katolickich autorów, podsuwane mi przez kolegę kleryka, mającego nadzieję mnie nawrócić. Wydawały mi się nieznośnie ckliwe, ale Biblia zrobiła na mnie wrażenie. Wiele razy do niej wracałam, w różnych tłumaczeniach. Otworzył się kanał zainteresowań duchowych, poznałam utwory głównych mistyków chrześcijańskich, a także nauczycieli różnych kościołów protestanckich. Wielokrotnie wracałam do Tomasza a Kempis, świętego Franciszka i Mistrza Eckharta. Wkrótce przyszła fascynacja Wedamiświętymi księgami rozprowadzanymi przez Towarzystwo Świadomości Kriszny, które szybko, wraz z ruchami buddyjskimi opanowało niszę w rozchwianej światopoglądowo Polsce po-komunistycznej. Paradoksalnie to one pogodziły mnie z religią katolicką, bo wreszcie zrozumiałam o co w niej chodzi (lub raczej o co powinno chodzić)! Oprócz tego czytałam wszystko, co dotyczyło ufologii.
W tym samym czasie zachwyciła mnie astrologia i zgłębiałam ją samodzielnie, posiłkując się podręcznikami i pismami drukowanymi na powielaczach przez kluby astrologów i psychotroników z Trójmiasta, Łodzi, Poznania i Wrocławia. Wkrótce też pojawiły się karty Tarota. I podobnie Księga I-Cing. Nie mając żadnych zabobonnych ani wykształceniowych uprzedzeń do ezoteryki, poznawałam nowe dziedziny z pasją i nader samodzielnie. Nigdy mnie nic nie prześladowało z tego powodu, choć po latach nieświadomie ściągnęłam na siebie, oglądając różne talie w internecie, zbiorową larwę głodnych duchów związanych z katolicką klątwą rzuconą na tarota. Przeszłam ten atak jako inicjację, udało mi się dzięki medytacji nad kartami samodzielnie odzyskać siły i zapanować ostatecznie nad lękiem. Od tej pory doceniam siłę ukrytą w wersji marsylskiej.

W latach 90-tych przyjaźniłam się z (nieżyjącym już) Piotrem Burskim z Łodzi, mistrzem reiki. Inicjował mnie na pierwszy i drugi stopień, ale przede wszystkim miałam możliwość obcować z energiami i uduchowioną wyobraźnią na warsztatach, które urządzał każdego miesiąca. Osobiście nie czuję się jednak nadzwyczajnie uzdolniona w tym kierunku. Poznałam także ludzi praktykujących buddyzm tybetański, bywałam na zlotach i wykładach ich guru Ole Nydhala, gdzie przy okazji wzięłam schronienie w Buddzie. Medytowałam różnymi sposobami, z których ostatecznie najwięcej dała mi praca z oddechem (rebirthing, krija-joga), wizualizacja kart tarota (marsylskiego) oraz medytacja zen.
Inicjacje coś we mnie uruchomiły, a może tylko skierowały w górę. W efekcie napisałam swoją pierwszą książeczkę, która wyszła w Studiu Astropsychologii w 1999 roku „Symbole senne – znaki na drodze do Życia”. Dostałam za nią całkiem dużo pochwał od czytelników i czytelniczek, uważających ją za bardzo praktyczny i spełniający się w życiu sennik.

W tamtym mniej więcej czasie poznałam przypadkowo, na prywatnym zjeździe w Lublinie, grupkę tzw. „gwiezdnych ludzi”, czyli osób uważających się za wcielenia istot kosmicznych. I ja we wczesnym dzieciństwie miałam takie szczególne przekonanie, jednak nie poczułam się wśród nich jak wśród swoich. Byłam już chyba „zbyt ludzka”. Niemniej znajomość z Frankiem Koterem z Puław, chemikiem, hodowcą róż, malarzem, poetą i autorem opowiadań w stylu Brunona Schulza, zaowocowała obfitą korespondencją i kilkoma spotkaniami, podczas których otworzył się dla mnie świat tzw. podróży astralnych, poza ciałem, które uprawiał Franek. Jego historie były naprawdę fascynujące i do niczego, o czym dotąd czytałam niepodobne. Pamiętam, jak powątpiewałam w realność przeżyć Franka, traktując je mimo wszystko jako rodzaj śnienia, i jak wtedy Franek oburzał się na moją tępotę. „Przekonasz się, że to nie sen, kiedy przyjdą do ciebie!” – usłyszałam. I bach. Zjawili się u mnie. Za to Franek przestał latać!

Przeżycia, które na mnie wtedy spadły i trzymały w szachu przez kilka lat dokładnie zapisywałam. Zamieściłam je później w książce, która wyszła w Wydawnictwie Brama w 2003 roku pt. „Przemiany w ultrafiolecie”. Książka zainteresowała kilka osób, w tym pana Lecha Robakiewicza z pisma „Gnosis”, ale nigdy nie okazała się rewelacyjna czy poszukiwana. Teraz napisałabym ją zupełnie inaczej. W czasach, gdy powstawała miałam kłopot z osiągnięciem dystansu do treści, które do mnie „waliły drzwiami i oknami”, bombardując mnie wręcz każdej nocy. Mimo starań nie zdołałam wyzbyć się patosu, odzyskać zwykłego poziomu sceptycyzmu, ani uruchomić w sobie poczucia humoru. Kontakt z wysokimi energiami, tak długi i intensywny budzi w psychice reakcje psychotyczne i większość energii – o ile człowiek wie, co się z nim naprawdę dzieje – idzie na utrzymanie równowagi pomiędzy odczuciami a umysłem, jawą, a stanem snu czy transu. Potrzeba nieraz dużo czasu, aby przyswoić nowe treści i wrócić do zwykłego życia. Fakty są takie, że to, co do mnie przyszło nie pasuje do niczego, co daje się zmieścić w jakiejś jednej teorii albo doktrynie, czy to szczegółowej, czy eklektycznej.

Zdecydowałam się zaprezentować zapisy z tamtych lat, częściowo wchodzące w skład owej książki, a częściowo uzupełnione na bazie zebranych notatek, na niniejszej stronie.

Jeśli miałabym wskazać na jakiś rodzaj wiedzy o przedstawianych tu zjawiskach i podpowiedzieć, gdzie szukać zrozumienia, to są to książki i wypowiedzi Jarosława Bzomy. Śnił mi się kilkakrotnie przed laty, więc mam podstawę uważać jego pojawienie się za realizację szerszego planu oświecania, podjętego na wysokościach (nieźle brzmi, prawda?). Zaznaczam jednak, że jego wnioski wysnute są na bazie sterowanego intencją śnienia nieświadomego (progresywnego), odpowiednio interpretowanego pod kątem zadanego przed snem pytania. Owe sny w inny sposób wkraczają w rejony, które ja eksplorowałam (a może to one eksplorowały mnie?), acz wnoszą bardzo wiele w możliwość interpretacji tego, co mnie spotkało spontanicznie. Choć pomijają sprawę wizji i jasnowidzenia, zawierają istotne kwestie, które mogę potwierdzić i uzupełnić. Same sny Jarosława są dla mnie tak kuriozalne, i w dużej mierze nudne (przepraszam Śniącego i jego wielbicieli, ale to prawda i wcale nie krytyka), że wnioski, które z nich potrafił wysnuć zadziwiają mnie prawdziwym geniuszem logicznego umysłu i skojarzeń. Jeśli ktoś zada sobie trud poznania obu opowieści, zapewne dojdzie do podobnych konkluzji. Zachęcam do krytycznych porównań! Odnoszę bowiem wrażenie, iż w jakiś sposób Jarosław Bzoma uzupełnił swoją penetracją, inteligencją i logiką to, czego mnie brakło, i może jest też tak na odwrót.

Oprócz dwóch pierwszych książeczek wydałam do obecnego czasu także – „Tarot Mistrza Gry” podręcznik dla początkujących i zaawansowanych tarocistów, „Kalendarz Tebański – symbole stopni Zodiaku” – interpretację 360 starożytnych symboli zodiakalnego koła dla astrologów tradycyjnych, „Proroctwa Mistrza Nostradamusa” – pierwsze tłumaczenie na polski ponad tysiąca czterowierszy Maga z Salon, oraz „I-Cing – Księgę Źródła”. Wszystkie pod starą wersją mego rodowego nazwiska Seydlitz.

Od lat prowadzę różne blogi w internecie oraz forum dyskusyjne o Księdze i-Cing. Usiłuję także przekazać to, co przychodzi do mnie w snach wizyjnych w postaci opowiadań fantazmatycznych. Jednak, jak dotąd żaden wydawca nie zainteresował się efektami moich literackich wysiłków. Pewnie czas nie po temu.

W 2005 roku przeprowadziłam się z Warszawy na Podlasie, mieszkam w prawosławnej wiosce na pograniczu, żyję z rolnictwa, prowadzę maleńkie gospodarstwo z kozami. Kocham przyrodę, zwierzęta i żyję tak, jak żyli moi dziadkowie. Realizuję się jako śniący swoje odludek.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s