Głosy

W wielu moich sennych przeżyciach pojawiały się głosy. Odzywały się już w niemowlęctwie, całkiem na jawie, były wtedy wstrętne, szepczące, natarczywe, chichoczące, bełkotliwe i niezrozumiałe. Pamiętam, jak rodzice daremnie usiłowali mnie uspokoić, bo płakałam wniebogłosy ze strachu i udręki. Nie rozumieli co się dzieje. Szybko odkryłam, że wystarczy mi wtedy, gdy się włączają, powiedzieć coś głośno, aby umilkły. Musiało to dziwnie wyglądać, gdy odzywałam się ni stąd ni zowąd do samej siebie, albo w nocy, gdy wszyscy spali. Czasem kamuflowałam sprawę głośnym ziewnięciem, albo, że niby coś mnie ugryzło.

Goya

Gwizdy i nachalne szepty podczas ataków zawrotów głowy (mówiono, że rosnę, ojciec-lekarz nie umiał tego zdiagnozować, starał się nie panikować, być może były to objawy choroby Ménière’a, wszystko minęło samo, gdy dorosłam) budziły we mnie ogromny strach. Pewnego wieczoru chwyciło mnie w łóżku, tak mocno, jak nigdy dotąd. Krzyczałam do ojca:

– Tato, trzymaj mnie! Trzymaj! Bo lecę!

Pewnego razu, jako kilkulatka, bawiłam się na płyciźnie w rzece. Penetrując brzeg nagle trafiłam na wypłukany pod korzeniami przybrzeżnego drzewa dół. Wpadłam w niego i wir zaczął mnie wciągać. Ogarnął mnie wielki spokój i cisza. Jakże wabiąca ku sobie. Nagle wyrwał mnie i uratował z tego śmiertelnego transu ojciec, który zauważył mój kapelusik widoczny jeszcze pod powierzchnią wody.

O ile te pierwsze chichoty uszne i piski zdarzały się na jawie i ktoś obznajomiony z psychiatrią mógłby je podciągnąć pod jakiś objaw chorobowy, to późniejsze moje słyszenia zdarzały się już głównie w transie sennym, albo w snach na jawie. Swego czasu znałam dziewczynę, cierpiącą na anoreksję, która pod wpływem wygłodzenia, ale też lekomanii i nadużywania alkoholu otworzyła się na schizofreniczne głosy. Mogłam sprawę porównać. Zdrowia z chorobą nie da się pomylić. Jej głosy rozlegały się na jawie, przemawiały z torebki, albo puderniczki i nie były przyjazne. Wtrącały się ironicznie, złośliwie, lub mówiły od rzeczy. Ona zaś traktowała je jako jakieś dziwaczne wtajemniczenie i z lubością o nich wspominała, przynajmniej w mojej obecności. Byłam sprawą zainteresowana od strony parapsychologii, i nie wartościowałam jej doznań, ani nie kazałam jej iść do lekarza i przestać gadać głupoty. Wystarczyło mi to naoczne porównanie, by uznać fakt, że nic złego z moją głową i psychiką się nie dzieje.

Owszem, kilka razy w życiu zdarzyło mi się słyszeć głosy na jawie. Osób, których w pobliżu nie było i nie mogło być. Były tak realne, że wyglądałam przez okno, gdy dobiegały z ulicy albo od bramy, albo podchodziłam do drzwi i pytałam kto tam. Nikogo. Zdawało się. Tylko, i chyba nieprzypadkowo, owi ludzie zjawiali się w moim domu po dość krótkim czasie, zawsze niezapowiedzianie. Zatem zaliczam je do zjawisk prekognicyjnych i rodzaju świadomości, nazywanego przez niektórych „świadomością szamańską”. Jestem introwertyczką i samotniczką, przebywam na ogół w ciszy i odosobnieniu przez całe godziny, dnie i noce. Taki tryb życia otwiera umysł na niewidzialne fale także na jawie, nawet bez używania specjalnych metod wchodzenia w trans.

Spiewajace-anioly

Po latach, w czasach nawały wizyt z Drugiej Strony, słyszałam już inne głosy. Przemawiające po polsku, albo w obcych językach, których nie znam, znam słabo, nie tyle, aby rozumieć w nich przekaz, oraz w takich, które dawno wymarły. Oprócz francuskiego, niemieckiego, angielskiego, rosyjskiego, cygańskiego słyszałam teksty po staropersku, aramejsku, grecku, w starohebrajskim, czy w sanskrycie. Niektóre odbierałam jako przepiękny śpiew-melorecytację „chórów anielskich i archanielskich”, naładowany atmosferą Sacrum (po jednym z takich przeżyć ocknęłam się na jawie ze złożonymi jak do modlitwy rękami), a niektóre wstrząsały i zdecydowanie się różniły od głosów „kosmitów”. W podwyższonym stanie świadomości dobiegały mnie potężne, przejmujące do głębi mantry śpiewane głosami bogów poruszających się gdzieś w kosmosie w ogromnych pojazdach.

Czym innym są głosy duchów zmarłych. Często skrzekliwe, skrzypiące. Znaczy: spoza granicy życia i śmierci. O duchach jeszcze opowiem. Przekonałam się kilka razy, że śmierć w bliskim otoczeniu zapowiada mi wcześniej słyszana we śnie zbiorowa kościelna modlitwa, albo śpiew kobiet, idących za pogrzebem.

Głos, a raczej dźwięk, który wstrząsa najgłębiej – potężny huk, zamieniający w pyłek kurzu całe jestestwo – jest głosem Najwyższej Jaźni, Boga (Dharmaty, jak mawiają buddyści) i nie da się go z niczym pomylić. Czasem zastępują go, czy zapowiadają kontakt z nieprzejawioną najwyższą sferą – grzmoty burzy i pioruny, trzaski i skwierczenia wyładowań elektrycznych, najczęściej urywające sen. Osoby bogów Jowisza, słowiańskiego Peruna czy majańskiego Huracana mających władzę nad gromami i błyskawicami wskazują na tę najwyższą – patrząc od naszej strony – energię Świadomości. Chrześcijanie mówią w tym wypadku o trąbach anielskich.

Pierwszy raz usłyszałam ów przejmujący huk w 1985 roku. Poprzedził go sen, w którym byłam mnichem dobrowolnie wystawiającym się na pioruny nadchodzącej zawieruchy. Mnich ów zgodził się wypełnić coś ważnego, chociaż mógł spokojnie żyć w swojej pustelni na uboczu. Gdy stanął na szczycie wąskiej kładki wbijającej się w głąb jeziora i odważnie odrzucił kaptur z głowy, rozległ się ogłuszający huk burzy, który otoczył mnie ze wszystkich stron, wyrywając z ciała jak liść.

Pewnej nocy w 1986 roku usłyszałam na jawie przyjazny męski głos, rozlegający się z jakiegoś punktu nad głową, który wypowiedział zaskakujące słowa:
– W imię Jezusa Chrystusa wypędzam cię! – po czym z mojego splotu słonecznego wydostała się uciekająca gdzieś z szaleńczym krzykiem energia. Odebrałam ją jako formę czarnego wściekłego wilka. W umyśle zaś otworzyła się wielowymiarowa przestrzeń, która pomogła mi pojąć mnóstwo spraw na nowy sposób.

Była to jedna z metod, jakie stosowała wobec mego zablokowania Druga Strona. Wciąż nie byłam gotowa mentalnie na kontakt. Jezus Chrystus, jako dla osoby wychowanej w społeczeństwie chrześcijańskim był autorytetem moralnym chcąc nie chcąc, i kojarzył się jednoznacznie z dobrem, nie złem.
Potem wielokrotnie używałam tego egzorcyzmu, atakowana w transie przez różne nieprzyjemne byty. I powiem jedno, zawsze był skuteczny.

W 1994 roku obudził mnie nagle w nocy męski, młody, miły głos, mantrujący w jednym rytmie i nie wiedzieć, z jakiego powodu po angielsku! słowa:

– I`AM, I`AM, I`AM, I`AM, I`AM, I`AM, I`AM, I`AM… (jestem, jestem, jestem, jestem…)

Wibracja i potęga, które mu towarzyszyły były tak niesamowite, że otworzyłam oczy zupełnie pewna, iż gdyby choć na chwilę przestał to powtarzać, to cały świat, Ziemia i widzialny kosmos rozwiałyby się jak fatamorgana, a my wszyscy wraz z nią.
Kim w istocie był śpiewający ową mantrę można się domyśleć.
To przeżycie często do mnie wraca. I dziękuję za nie siłom wyższym. Świetnie pomaga na zwątpienie w sens.

Język angielski, użyty przez Mantrującego, jak i inne języki, a z nimi kraje i kontynenty, miasta, wsie, ulice i miejsca prywatne przynależą do zagadnienia topografii snu. Dużo o tym pisze i mówi Jarosław Bzoma. Zainteresowanym polecam zapoznać się z tematem, bo jest naprawdę ważny dla kogoś, kto chce rozumieć swe poruszenia po światach niejawnych. Odkryłam to zagadnienie jakieś 20 lat temu, i zapisałam w senniku „Symbole senne – znaki na drodze do Życia” pod hasłem Języki obce, co następuje:

Zdarza się słyszeć, a nawet mówić swobodnie w jakimś obcym języku, o którym mamy na jawie bardzo niewielkie pojęcie. Oznacza to, że przekazujemy informację w formie i na tematy symbolizowane przez charakterystyczne dla danego narodu cechy. Czym innym jest jednak słyszenie nawet całych przemówień w obcych językach w jasnosłyszącym transie, poprzedzającym świadomy czy wizyjny sen. Przeważnie treść tych przemówień pozostaje zagadką, a ich celem jest obudzenie w świadomości odpowiednich emocji, które bardzo szybko wprowadzają śniącego w głębszy trans. Bywa, że słyszymy ludzi mówiących w języku, którego nie znamy i trudno nam wtedy cokolwiek zrozumieć. Istnieje jednak w podświadomości coś, co można nazwać automatycznym tłumaczem języków i jeśli tylko zrozumienie słów staje się problemem, świadomość potrafi natychmiast i spontanicznie przestawić odbierany przekaz na język rodzimy.

Oraz pod hasłem Nazwy w snach:

Należy zwrócić uwagę na słowa i sylaby, z których się składają, gdyż mogą w nich być zawarte ważne skojarzenia i podpowiedzi, co do sensu danego symbolu we śnie. Każdy może mieć zupełnie indywidualny zestaw miejsc, miejscowości, nazwisk, nazw ulic, które mu się śnią stale jako określone symboliczne strefy. Podobnie jest z państwami, choć tu największą rolę grają historyczne uwarunkowania i stereotypowe cechy, jaki dany naród przypisuje innemu i mniej w tym indywidualizmu.

Co do mówienia po angielsku:

Oznacza to na ogół ambicję awansowania w sensie cywilizacyjnym i kulturowym. We śnie może chodzić o dobrą opinię w tradycyjnym, konserwatywnym i powszechnie szanowanym sensie. Uznane przez wszystkich wartości i hierarchie.

(Teraz dodam: to oznaka globalności i zbiorowej świadomości ludzkości jako takiej, zatem przekaz w języku angielskim dla nie-Anglika odnosi się do wszystkich ludzi i ma światową skalę. Ponadto to już Nostradamus odkrył, stosując przymiotnik angelique w dwu- a nawet trój-znacznym sensie: anielski-angielski-angelicki).

Istnieje jeszcze głos komentatora snu, nazywany też głosem śnienia. Męski, żeński, nieznany. Wyższa świadomość daje nim podpowiedzi, lub odpowiedzi. Jeśli o mnie chodzi, bywa, że zaczynam je rozumieć dopiero po dłuższym czasie, gdy jakieś zdarzenia się wypełnią.

Reklamy

1 myśl w temacie “Głosy”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s