Gwiezdni ludzie

Od maleńkości żywiłam dziwne przekonanie. I zdziwienie, które prawie nigdy nie znikało. Coś było nie tak z moim ciałem. Powinnam mieć mniej palców u rąk. Stopy takie są śmieszne! Jedzenie jest makabryczną czynnością, wkładasz coś do ust, rozdrabniasz, łykasz i ono leci jakąś obrzydliwą rurą w środku, aby wyjść drugim końcem w postaci śmierdzącej papki… Kiedy się nad tym zastanawiałam ogarniało mnie coś, co Kierkegaard określił był „bojaźnią i drżeniem”.

Gapiłam się maniacko w gwiazdy. Jako dziecko wiejskie miałam do nich nieograniczony dostęp. Uwielbiałam, gdy ojciec – w czasie, gdy mama pracowała na nocnej zmianie – brał mnie do swojego łóżka i opowiadał historie z książek fantastycznych, które pasjami czytał. Moją ulubioną zabawą z dzieciakami z sąsiedztwa było lądowanie na innej planecie. Zbudowałam sobie szałas z desek, naśladujący rakietę, wbiłam kołek w ziemię, który udawał ster i odlatywałam.

Ponoć są to objawy sugerujące gwiezdne pochodzenie duszy. Coś ze mnie pamiętało inne światy. Jednak, rodząc się człowiekiem zyskałam dostęp przez genetykę do pamięci ziemskiej, nie tylko ludzkiej. I szybko zrozumiałam, że hołubienie owej „gwiezdności” jest cechą niedojrzałości. Nie idzie o to, żeby ją odrzucić, wyprzeć, czy zapomnieć, ale włączyć do świadomości jako jeden z wielu aspekt doświadczeń. Będąc ludźmi, urodzonymi w świecie uwarunkowanym prawem przyczyny i skutku, mamy szansę odbić się od dna i wskoczyć choćby oczko wyżej, niż byliśmy. Po co więc wracać w odwiedzone już światy i formy? Po co do nich tęsknić? I po co wypinać się na człowieczeństwo?

Spotkania z „braćmi z kosmosu” zaczęły mi się zdarzać później. Najpierw we śnie i w stanach transu, jak sądzę, wywoływanego z zewnątrz. Nie były to jednak wzięcia opisywane w typowej ufologii, że zjawia się statek, wisi nad domem, snop światła wciąga cię na pokład, dziwni goście przechodzą przez ścianę, brakuje ci potem czasu i masz lukę w pamięci. Te doświadczenia miały zawsze w sobie, oprócz wyczuwalnej obecności istot grzebiących w moim ciele, także element duchowy (którego owe istoty albo nie kontrolowały, albo uwalniały specjalnie). Co tu dużo gadać. Dam po prostu kilka przykładów z wczesnej fazy tych doświadczeń.

W nocy 9 września 1988 roku w moim pokoju zjawił się duch zmarłego dwa miesiące wcześniej ojca. Poczułam jego ciepłe, znajome wibracje, ale najwyraźniej ktoś mu towarzyszył. Kilka niewielkich, bliżej nieokreślonych postaci, których obecność bardzo mnie zaniepokoiła. Wystraszona zaczęłam recytować w myśli pacierz „Ojcze nasz”, w nadziei znalezienia ochrony, ale tyle wskórałam, że ojciec zaczął recytować go razem ze mną. Jego głos zmienił się, brzmiał teraz dziwnie obco. Mój strach wzrósł i w tym momencie poczułam ból w prawym biodrze. Było to przeszywające ukłucie czegoś długiego i cienkiego. Wyrywałam się, chcąc się za wszelką cenę obudzić, wiłam się i kręciłam w drugim ciele, ale bez żadnego skutku. Wreszcie poddałam się i na szczęście, po dość krótkim czasie ten okropny ból ustał.
Obudziłam się wystraszona, zdziwiona, z wielką ulgą. Chwilę później zaczął się następny seans.
Niebiańska” dłoń (J. Bzoma odkrył, że to dłoń nad-duszy z poziomu 7 i wyżej) jednym zdecydowanym ruchem ściągnęła ze mnie kołdrę, która w ułamku sekundy zwinęła się w końcu tapczana i od razu, ni stąd ni zowąd – bezbronna i naga – znalazłam się w bezkresnej przestrzeni. Była wypełniona ciemnością. Być może z tego powodu, że ze strachu i pod wpływem zaskoczenia nie przyszło mi do głowy otworzyć oczu. A ja – zamieniona w świadomy atom – czułam się jak ziarenko piasku miotane przez huragan, niemające wpływu na swój los. Wyczuwałam wokół obecność wielu nieznanych istot. Wszystkie były nadzwyczaj potężne, królewskie, przedziwne, wzbudzały grozę i lęk. Przemawiały głosami podobnymi do burzy i pod ich wpływem doznałam rozszerzenia percepcji.
Rejestrowałam odtąd obrazy symboliczne i informacje płynące jednocześnie różnymi kanałami.
Widziałam rozległe oceany na Ziemi i statki na wzburzonym morzu. Usłyszałam głos komunikatu radiowego, nadawanego przez jeden z nich i ujrzałam marynarzy płynących w atomowej łodzi podwodnej, (kojarzącej mi się z zatopionym wrakiem „Titanica”), którzy go odebrali. Wzbudził w nich ogromne poruszenie. Komunikat ogłaszał coś niezwykle ważnego, jak narodziny Jezusa Chrystusa na Ziemi, podawał także dokładne parametry geograficzne, (choć możliwe, że była to data) tego zdarzenia. Szło o jakieś niezwykle rzadkie, acz naturalne zjawisko w przyrodzie. Ujrzałam je jako wybuch ogromnej, SŁOŃCU podobnej energii gdzieś na wschód od statków, jak majestatyczny świt o kosmicznych rozmiarach. Jednocześnie unosiłam się cały czas w przestrzeni, być może na krańcach Układu Słonecznego i słyszałam – powtarzając cały czas w myślach pacierz, aby nie oszaleć ze strachu – przerażające do szpiku kości głosy władców Planet i Żywiołów, którzy przekazali mi, (dlaczego i po co? tylu jest ludzi mądrzejszych i ważniejszych ode mnie) wiadomość, że losy Ziemi wiszą na włosku. Że w jednej chwili, jednym kiwnięciem palca władcy zniszczyliby ją, gdyż Ciemność przeważyła nad Jasnością (poza tym nie stanowi niczego ważnego w życiu wielkiego wszechświata, ot, dalekie, prowincjonalne peryferie), i już od dawna gotowi są w każdej chwili do interwencji, a jednak Ziemia nie zginie. Jej ocalenie zależy całkowicie od woli jednego człowieka, a oni z jakiegoś powodu zmuszeni są ją uszanować.
Ogarnęło mnie zdumienie. Byłam mała jak pyłek. I nieważna jak pyłek. Ujrzałam swoje życie z takiej perspektywy, że zawstydziła mnie moja małość. Spróbowałam się obudzić. Ocknęłam się w innym moim pokoju, z innymi meblami. Weszła akurat moja mama i wyglądała inaczej, niż zwykle. „Wstawaj, już pięć po piątej. Spiesz się do pracy!”. Łatwo zorientowałam się, że to jeszcze sen, więc wytężyłam całą uwagę, żeby wylądować na jawie. W ten sposób budziłam się jeszcze kilka razy, zawsze już całkowicie pewna, że to upragniony port dobrze znanego fizycznego świata. Spoglądałam na zegarek, leżący obok tapczanu, ale za każdym razem pokazywał inną godzinę i po tym poznawałam, że nadal śnię. W końcu fale energii odpłynęły i wyrzuciły mnie na brzeg jawy. Usiadłam w pościeli i sprawdziłam godzinę. Było dopiero wpół do trzeciej, co mnie bardzo zaskoczyło.

Po podróży za granicę życia i śmierci między 8 i 9 poziomem Świadomości, oddzielającą świat nieprzejawiony od przejawionego, trafiłam w pętlę czasową, która istnieje na niższej granicy przyczynowej, pomiędzy 5 i 6 poziomem. Wspomniała o tym śniąca mi się matka, podając godzinę, a tak naprawdę podpowiedź, że krążę od 5 do 5. Numeracja poziomów, o których Jarosław Bzoma wiele opowiada w swoich artykułach i wywiadach, wcale nie jest jego wymysłem. One rzeczywiście pojawiają się w snach, jako obiektywna wiedza i fakt. Przekazano mi to także, bardziej szczegółowo, w późniejszym czasie.

Sen z 1 października 1989 roku. Była noc i na niebie pojawiły się w wielkiej liczbie dyski istot z innych planet. Przerażeni ludzie ukrywali się w domach, nie chcąc o niczym wiedzieć, udawali, że nic szczególnego się nie dzieje. Pragnęli jedynie dawnego, codziennego, dobrze znanego sobie życia. Kosmici reprezentowali wyższy poziom świadomości. Nie byli ich wrogami, ale przybyli na Ziemię, aby zaprowadzić porządek. Miałam z nimi telepatyczny kontakt i usłyszałam zdanie z jakiegoś meldunku przesyłanego z jednego pojazdu do drugiego. Brzmiało: „KORUPCJA (lub: KOLABORACJA) JEST JUŻ FAKTEM…” Nie bałam się. Pragnęłam ich spotkać.

Inny sen z tej samej nocy. Stałam na wiejskiej drodze. Na nocnym niebie ukazały się trzy (obwiedzione graficznym konturem) gigantyczne krzyże. Z ramion każdego z nich zwisały i powiewały na wietrze długie kolorowe szarfy sięgające ziemi. Na ich widok uklękłam przepełniona uczuciem czci. Wkrótce zobaczyłam idących w moim kierunku ludzi. Szli od strony krzyży, liczną i uporządkowaną gromadą. Podbiegłam do nich. Wydali mi się dziwni. Szczupli, niewysocy, łysi, z wielkimi oczami, w białych szatach, milczący, identyczni. Pojęłam, że nie są ludźmi, choć ich przypominają. Niebiańskie, pełne współczującej miłości, istoty dobrowolnie zmierzały w materialny świat, niewątpliwie z jakąś misją. Nagle zapragnęłam znaleźć się pośród nich, być taka jak oni. Ruszyłam wraz z nimi tam, dokąd szli.

Jak widać, moja świadomość we śnie kompletnie ignorowała przekonania żywione na jawie. Bóg, anioły, Moce, Panowania i Trony, święci, 144 tysiące wybranych i cały ten religijny sztafaż istniał, objawiał się wraz z kosmitami, planetami, wzięciami, implantowaniem i nic sobie nie robił z moich zaprzeczeń i wątpliwości w świecie jawnym. Sen wizyjny, który towarzyszył przekazowi od boskich bytów był ilustracją symboliczną.
Morze to świat zapomnienia, przejawiony, w którym znalazła się ekipa niebiańskich wysłanników, jako załoga statku podwodnego. Utknęła w niższych światach, wprowadzając w nich jakiś program chroniący przekaz duchowy w linii czasu, by rodząc się w ograniczonym ciele móc obudzić innych w chwili otrzymania sygnału o porze powrotu. Owa chwila jest ściśle wyznaczana przez jakiś wielki cykl kosmiczny, w którym ukazuje się Solis (pozostanę przy wyśnionej nazwie owej białej gwiazdy). I jest jakoś związana z proroctwem Jezusa o zmartwychwstaniu. Chodzi o moment, który będzie mógł być wykorzystany do wydostania się z dolnego świata w najwyższy rejon, uosobiony przez Solis.

Oczywiście ateista, buddysta, zenowiec albo ufolog popatrzy na moją osobę, jako ofiarę odgórnego zaprogramowania, wiążącego mnie w świecie iluzji. Należy je zlekceważyć i rozpuścić, praktykować medytacje oczyszczające, czcić Pustość, albo poddać się leczniczej regresji i hipnozie – powie. Zresztą, niejeden mi to już sugerował. Chrześcijanin z kolei może mieć wątpliwości co do źródła przekazu, identyfikując kosmitów z demonami, fałszem i złem.

Szkopuł w tym, że wciąż, mimo tego rodzaju przeżyć (których w przyszłości miało być o wiele więcej i bardziej spektakularnych) pozostaję człowiekiem nie-wiary. Należę z natury do ludzi, którym wiara jest do niczego niepotrzebna. Dzięki tym wglądom, za którymi nigdy nie biegałam, które mnie osaczyły odgórnie i zapewne są efektem manipulacji, jakiej się świadomie poddałam na innym poziomie przed narodzinami, mogę powiedzieć, że nie muszę wierzyć i nie wierzę, ja zwyczajnie wiem. Jeśli czegoś nie wiem, wiem, że nie wiem. I tyle.

Przeżycie z nocy 14 lipca 1990 roku skończyło się szokiem. Doznałam wzniesienia świadomości i przekazano mi drogą z umysłu do umysłu wieść, że inteligentni mieszkańcy wszechświata są od dawna bardzo blisko Ziemi i od lat ingerują w ludzkie życie. Inspirują wynalazców, techników, myślicieli, pisarzy, reżyserów filmowych, plastyków, konsekwentnie stwarzając warunki dla swego ujawnienia się.

kosmita
Nagle poczułam ich obecność bardzo blisko. Ktoś stał za oknem pokoju, wołając mnie po imieniu. Spojrzałam w tamtą stronę i w jednej chwili sparaliżował mnie strach.
Choć mieszkałam wtedy na parterze, okno znajdowało się na wysokości około 2,5 metra od ziemi i trudno było w nie zajrzeć człowiekowi bez wchodzenia na drabinę. Tymczasem ktoś tam stał! Był widoczny dość wyraźnie (mimo nocy) za szybą, mniej więcej od pasa. Myśl o drabinie nawet nie przyszła mi do głowy. To wszystko było tak nieprawdopodobne, (aby ją wnieść do ogródka i dobrze ustawić, omijając krzewy ktoś musiałby narobić wiele hałasu, poza tym wcześniej z pewnością obszczekałyby go moje dwa podwórzowe psy).
Istota była biała jak śnieg, sprawiała wrażenie nagiej. Jej ręce były bardzo szczupłe, jakby pozbawione mięśni, a głowa w proporcji do reszty ciała ogromna, biała, łysa, o wąskim i cofniętym, ledwie zarysowanym podbródku. Najdziwniejsze w niej jednak były wielkie, migdałowe oczy bez powiek. W ich spojrzeniu mieściło się coś tak niepojętego, nieprzewidywalnego, bez wyrazu, jak w oczach owada. Była obca, z absolutnie innego świata i to, co mnie tak nagle wtedy przeraziło to fakt, że nie rozumiem, nawet nie potrafię sobie wyobrazić czego ode mnie może chcieć! Jest dobra czy zła? I czym się kieruje, spoglądając tak absurdalnie zza okna? Miałam wrażenie, że zwyczajnie unosi się w powietrzu.
Panika wróciła mnie do ciała fizycznego. Zaciskałam powieki, aby nie spojrzeć w okno i broń Boże, nie potwierdzić istnienia tego… czegoś. Wydawało mi się, że jeśli przetrwam atak lęku i nie otworzę oczu aż do świtu, będzie mi potem łatwiej przyjąć, że to, co zobaczyłam było tylko sennym koszmarem. Tymczasem pod powiekami wykwitła karta Tarota: 6 mieczy. Oprócz odnawiającego przejścia przez wielki kryzys symbolizuje również dużą odległość (także w czasie przyszłym), podróż przez morze, przestrzeń, ostateczne porzucenie domu, bezpowrotną emigrację. Na karcie, której w tych czasach używałam, był rysunek statku żaglowego widzianego od dzioba, (co mogło sugerować kształt dysku) i ogarnęło mnie przeświadczenie, że chodzi o statek międzygwiezdny. Zachowałam czujność do samego rana. Udało mi się nie otworzyć oczu. Nie udało mi się jednak w żaden sposób zasnąć. Serce tłukło się jak u złapanego ptaka przez długie godziny.

Ten paraliżujący strach, jeżący dosłownie włosy na całym ciele, to charakterystyczna reakcja podświadomości na bliską obecność obcego. Człowiek posiada podświadomość zwierzęcego rodzaju, która instynktownie wyczuwa wszystko, czego nie zna.

Kolejne spotkanie odbyło się 25 września 1992 roku. Znalazłam się nagle gdzieś bardzo daleko… Egipt? Na piaszczystej pustyni stała ogromna, kamienna głowa o czterech nieruchomych, wykutych w granicie twarzach, zwróconych ku czterem stronom świata. Ta niezwykła prastara rzeźba, wysoka na 2000 metrów była nieznanego pochodzenia… Unosiłam się w kosmicznej przestrzeni. Nie miałam tam żadnego ciała, po prostu obserwowałam. Niezwykła cisza i spokój ogarnęły mój umysł. Widziałam planety, płynące powoli i majestatycznie w kosmosie, a może to ja przesuwałam się względem nich… Na jednej z nich spostrzegłam – patrząc z wielkiej wysokości – ogromne kamienne piramidy. O wiele większe, niż te z Egiptu, chociaż podobne. Sprawiały wrażenie nader archaicznych, spowijała je atmosfera milionów lat trwania. I skądś wiedziałam, że ta planeta, jak Ziemia umiera.
Pokazano mi mapę… i wtedy poczułam, że mam wracać. Do moich oczu zbliżyła się dłoń. Na tle międzyplanetarnej przestrzeni i niebotycznych, prastarych piramid szczupła biała dłoń o bardzo długich trzech węźlastych palcach i niewielkim, równie szczupłym kciuku. Przyjaźnie otwarta. A może błogosławiąca?
Obudziłam się nagle, leżąc na wznak, z bijącym szaleńczo sercem. Była druga w nocy. Chwilę później zjawił się „duch mojego ojca”. Nakrył mnie troskliwie kołdrą i głośno ziewnął, jakby chciał powiedzieć: A teraz śpij spokojnie, moje dziecko.
Rzeczywiście, do rana nic się już nie wydarzyło.

Znów pojawił się element dłoni. I świadomość obserwatora. Czy to baza, nieziemska, obca, z której pochodzę i której jestem częścią? Takie pytanie może paść, ale czy owo przeżycie daje na nie odpowiedź, nie wiem. Zważywszy rzeczy, które jeszcze miały do mnie przyjść.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s