Nieme ścieżki

I przyszedł czas, gdy zajęłam się czymś, co niektórzy nazwaliby praktyką duchową. Dla mnie były to eksperymenty, ćwiczenia, potrzeba opanowania świata emocji, wymykających się ciągle spod ręki, jak dzikie koty i osiągnięcia celów życiowych. Ścieżka, którą poszłam była moja, wybierana intuicyjnie, czasem dzięki cudzej inspiracji, czasem w natchnieniu. Upadek komuny spowodował, że zaczęły ukazywać się książki, których do tej pory nie było na rynku. Także I-Cing, astrologia i tarot wyszły z podziemia.

jogin

Liznęłam – poznając samodzielnie owe ujawniające się nowinki – wszystko, co wydało mi się inspirujące. Huna, afirmacje pozytywne, słuchanie muzyki relaksującej lub głosu prowadzącego autohipnozę, rebirthing i joga oddechu połączona z tantrą, lecznicze głodówki, medytacja z jidamem (wybraną formą boską), mantry, mudry, elementy hatha-jogi (nigdy nie byłam zbyt zręczna, ale opanowałam pozycję półlotosu, lotos na kilkanaście minut), wizualizacja, feng-szuei, reiki i czakry, w końcu medytacja buddyjska (tybetańska) i zen. Efekty stosowania każdej techniki były różne i szybko mnie nudziły. Ale to akurat mój charakter. Zawsze pielęgnuję kilka zainteresowań z różnych dziedzin i przechodzę od jednego do drugiego w spontanicznych chwilach. Poświęcam się jednemu przez kilka miesięcy, nawet rok, po czym odkładam całkowicie na bok aż do następnego razu. Rezultaty tym sposobem przychodzą wolniej, jednak są pełniejsze, wzbogacone o szczegóły i doświadczenia, których może nie mieć ktoś, kto zdąża tylko jedną ścieżką.

W efekcie nauczyłam swoje ciało oddechu kontrolowanego, połączonego z wizualizacją (kolorów, energii) i wybraną mantrą. Dość szybko zarzuciłam ten trening, stosując go sporadycznie, gdyż spowodował nadwrażliwość pod każdym względem. Słuch tak się wyostrzył, że nawet cicha mowa wydawała mi się krzykiem nie do zniesienia. Odczucia energetyczne w ciele, mrowienia, telepatia nie pozwalały zwyczajnie żyć, pracować, kontaktować się z ludźmi. Jednak doszłam do tego, że mogłam medytować wiele godzin bez przerwy, cały dzień i noc, a nawet dłużej.

Wspomnę teraz o przyczynach, które wywołały, czy raczej przywołały pewne przeżycie wizyjne, które można określić jako istny koszmar. Osoby, którym je opowiedziałam, wskazując na fakt, iż zostało wywołane intensywnym rytmicznym oddychaniem hiperwentylującym, mającym przywołać wspomnienie z narodzin, aby je przeżyć świadomie i potem rozproszyć, stwierdzały jednomyślnie i ze zgrozą, że nadmiar praktyki może zaszkodzić.

Tymczasem mnie nie zaszkodziło, ale przede wszystkim zdumiało. I dało mocno do myślenia. Jak zawsze polecane przez nauczycieli tego czy owego, ćwiczenia nie wywoływały u mnie reklamowanego efektu. Jedynie prowokowały coś, co reagowało, czekało na moją gotowość i szło własnym zadanym szlakiem, znanym mi od lat.

W nocy 10 grudnia 1994 roku, na drugi dzień po intensywnym seansie oddechowym znalazłam się w grupie ludzi, którzy na zapleczu zamkniętego sklepu z obuwiem urządzili sobie towarzyską imprezę. Pośrodku pokoju stał wielki, zastawiony jedzeniem stół. Niektórzy jedli, pili, inni tańczyli, rozmawiali, a kilka osób wlepiało oczy w ekrany dwóch kolorowych telewizorów, na których leciały jakieś amerykańskie videoklipy z ciemnoskórymi wykonawcami. Oglądanie zachodnich stacji było zabronione przez władze hitlerowskie, toteż trzęsłam się ze strachu i niepokoju, przewidując najgorsze, być może obławę i aresztowania. Odrzuciłam wreszcie fałszywe bohaterstwo i składając błagalnie dłonie zaczęłam płaczliwie prosić jednego z oglądających telewizję ludzi, młodzieńca w punkowej, nabijanej ćwiekami kurtce, aby wyłączył odbiorniki i wraz z kolegami poszedł do domu, bo mam złe przeczucia i czegoś strasznie się boję. Spojrzał na mnie leniwie znad puszki z piwem i wzruszył ramionami: „I co z tego, ja też się boję”.

obóz

No, i stało się! Znalazłam się w długiej kolejce osób, stłoczonych przed wejściem do obozu. Ludzie stojący w ogonku przede mną i za mną zaciekawieni rozglądali się dookoła, dyskutowali na temat nowej sytuacji i tego, co ich czeka za czerwonym ceglanym murem. Panowała szarówka. Większość raczej bez obaw oceniała swoją przyszłość. Za kutą bramą, trochę z boku, stała na apelu, oddzielona od nas ogrodzeniem z kolczastego drutu, grupa przyzwoicie ubranych więźniarek. Niedaleko nich bawiło się kilkoro roześmianych dzieci. Nie, tu nie mogło być źle, jakoś się przeczeka! Tylko, co znaczy ten wstrętny, przenikający mózg niezrozumiałym, strasznym podejrzeniem, słodkawy odór, unoszący się nad obozem, tworząc przerażająco ponurą aurę? Kolejka stopniowo posuwała się do przodu, nowo przybyli kolejno przekraczali bramę i droga odwrotu nieodwołanie zamykała się za nimi.

Z trudem oswajałam się z nową rzeczywistością. Byłam przerażona do szpiku kości. Teren obozu, w skład którego wchodziło wiele podłużnych, szarych i zimnych baraków, pokrywało grząskie błoto i glina. Wszyscy chodzili ubrani w pasiaki. Ktoś mi wyjaśnił, że przestrzeń całego obozu rozciąga się na obszarze wielu hektarów i nazywa się Birkenau. Otaczały mnie kobiety. Pracując, obserwowałam z boku grupkę niemieckich dozorczyń, stojących przy bramie: oschłych, grubych, prymitywnych i wulgarnych bab. Jedna z nich odpowiadała właśnie na pytania jakiejś Serbki czy Chorwatki koślawym zdaniem: Ne rozumlem i rechotała do swoich koleżanek. Nad wszystkim i wszędzie unosił się ciągle charakterystyczny swąd i drobny popiół z nieustannie spalanych w krematorium ciał, nadając miejscu upiorny nastrój. W obozie można było spotkać kręcącego się tu i ówdzie starszego, umundurowanego Niemca, który budził powszechną sympatię, ponieważ starał się pomagać więźniom w drobnych sprawach. Dawał papierosy, roznosił wiadomości i pocieszające słowa.

Natknęłam się na pewną więźniarkę, która pokazała mi schowany w podłużnej kieszonce po lewej stronie, niewielki notesik i ogryzek ołówka. Przejrzałam go i zdziwiło mnie, że wszystkie kartki w nim są puste, ale jednocześnie ponumerowane i to w specyficzny sposób. Najpierw od 1 do (zdaje się) 87, potem od 1 do 38, i znowu od 1 aż do jakiejś 3-cyfrowej, kończącej się zerem liczby. Więźniarka wyjaśniła mi, że zrobiła tak na pamiątkę i dla dobra osób, które zginęły w obozie, a które poznała i pokochała tutaj.

Zaczęło się zmierzchać.

Nagle z oddali rozległy się głośne i liczne huki wystrzałów z dział armatnich i karabinów maszynowych. Zbliżali się Rosjanie, a wszyscy wokół mnie, i ja także z nimi, wpadli w panikę, że to Niemcy rozstrzeliwują pozostałych przy życiu więźniów. Atmosfera strachu i terroru zagęściła się i ogarnęła mnie zaduma nad nieuchronnością losu ludzi zamkniętych w klatkach, jak króliki hodowane na rzeź. Tkwili wewnątrz bezwzględnego nieludzkiego systemu. Każdy był tylko trybem w bezdusznej maszynie. Jakaś kobieta pokazała mi swoje pożółkłe już, wielokrotnie oglądane zdjęcie z małą, ukochaną córeczką w ramionach. Przeszył mnie wtedy jej matczyny żal i rozpacz po stracie dziecka. Gdy wypuściła je z ręki, ujrzałam całe stosy takich zdjęć rozwiewane przez wiatr po terenie obozu. Była już stara, zrozpaczona i wystraszona. Wpadła w histerię i zaczęła głośno i szaleńczo krzyczeć. Podbiegł do niej jakiś więzień, chwycił ją i zasłonił jej usta. Kobieta powoli cichła i osunęła się bezwładnie na ziemię.

Ostrzał obozu wreszcie umilkł i zgromadziliśmy się w jakimś na pół zburzonym budynku, przypominającym ruiny kościoła albo podpiwniczonego zamku, by wspólnie odprawić nabożeństwo i modlić się, na co Niemcy [!] wyrazili zgodę. Zauważyłam leżącego pod murem niewysokiego człowieka o śniadej skórze i obcych rysach twarzy.
Trzymał w rękach drewniany, równoramienny krzyż z figurką Jezusa z Montany. Z głębi budynku rozlegała się przejmująco śpiewana na głosy cerkiewna pieśń. Śniady człowiek zastanawiał się chwilę i wreszcie wymówił bardzo niezdarnie obce sobie słowo:

– Czer-kwia.

W grupie zebranych zaczęła się toczyć dyskusja o totalitaryzmie jako o próbie przejęcia świadomego nadzoru nad naturalnymi procesami ewolucyjnymi. A mnie ogarnęła zbuntowana myśl, że nienawidzę wszelkich mechanicznych procesów, systemów ani kontroli.

Obudził mnie krzyk, żal, strach i nienawiść i byłam głęboko poruszona tym przeżyciem jeszcze przez kilka dni. Słodkawy zapach i smak krematoryjnego pyłu czułam do następnego ranka, a przez następne dni co rusz wybuchałam dramatycznym płaczem.

To ważny sen i potrzebuje klucza, aby go zrozumieć. Został opowiedziany przez wyższą świadomość i dotyczył systemu w niższym świecie, naszym świecie, ograniczonym porządkiem karmicznym. Przyrównanie do obozu koncentracyjnego, gdzie wolna wola praktycznie nie istnieje, z którego jest tylko jedno wyjście, przez komin, czyli śmierć unicestwiającą ciało i pamięć, a z nim zdobyte doświadczenie, jest zasadne jak najbardziej. Sen zaczyna się gdzieś na wysokościach, w strefie egregora zogniskowanego na podziale wartości i dualizmie dobra i zła (dwa telewizory). Myślokształt wydaje się zbudowany na wierze w stawienie oddolnego oporu siłą tzw. pozytywnej karmy, wiary w ideał wolności, samodzielnego dążenia do niej. Rezydenci miewają się tam dobrze przez jakiś czas, spijając miodek nagród za minione zasługi, ale w końcu muszą znów upaść w ciało. Materialne warunki to okrutny reżim kontrolowany przez istoty nadzorcze.

Jarosław Bzoma uważa Niemców ze snów Polaków za byty z poziomu 8, „niemowów”, cywilizację posiadającą wspólną świadomość rozbudowaną dzięki telepatycznej komunikacji między jednostkami. Odpowiadałoby to jednym z czterech rodzajów istot zamieszkujących Brahmalokę, według Wed. Zbadałam moje sny wizyjne, w których wystąpili i muszę to potwierdzić. Nie są to istoty złe, czy okrutne, jednak rodzaj świadomości, który rozwinęły sprawia, że nie rozumieją, co to ból i nieszczęście (przynależne wszak niższym wymiarom), ani też współczucie. Bywają jednak wśród nich jednostki/grupy, które jakiś rodzaj współczucia, pewnie na zasadzie telepatii, rozwijają, lub z jakichś względów chcą to zrobić.

Sen wspomina o wojnie (drugiej wojnie – to ważne!), toczącej się gdzieś na zewnątrz, od której zależą losy istot zamkniętych i zagubionych może bezpowrotnie w systemie. Zatem Niemowy i Czerwoni (Sowieci ze snu) są jej uczestnikami. Ostatnia część snu wydaje się być przepowiednią. Wyzwolenia spowodowanego wynikiem wojny na wysokościach. Wewnątrz systemu pojawi się narodzony przedstawiciel góry, reprezentant Jezusa z Montany (z Góry, ale też stanu, znanego z wielkiego oporu Indian wobec białych kolonizatorów), czyli inkarnacja Czerwonego spoza granicy 8/9. Kolor jego skóry, śniady odpowiada indiańskiej, czerwonej rasie, ale też wskazywałby na strumień zstępujący.
Słowo, które usłyszałam zawiera wiele treści. Czerwona krew (wyjście z systemu karmicznego przez krew, czyli cierpienie i śmierć przyjęte jako drogowskaz), czerwony kwiat – róża, osiągnięcie nowej świadomości (zapraszam do zapoznania się z tym symbolem w przepowiedniach Nostradamusa), czerw krwi – zaczyn nowego, przemiana, Cerkiew – wschodnia świątynia, czyli ze strefy Czerwonego<10, świt.
Na krótki czas pojawienia się tej osobistości w życiu ziemskim mają zostać rozluźnione reżimowe więzy, a ludzie, którzy przetrwają zobaczą drogę wyjścia. Nowa świadomość odrzuci zasady zadające cierpienie, subiektywnie nieznane i niezakwalifikowane przez boską świadomość.

Na koniec muszę przedstawić jeszcze jeden sen z motywem obozu koncentracyjnego. Przyszedł kilka lat później. Zawiera uzupełnienia co do charakteru istot niemych, zafascynowanych zamkniętym światem i nie mających o nim wyobrażenia, przynajmniej takiego, jakiego byśmy sobie życzyli.

7 kwietnia 2000. Widzę postać „czarnego” Pana. Zmierza w kierunku bramy do oświęcimskiego obozu, uśmiecha się pod nosem, tak jakby chciał zrobić jakiś kawał.

Ląduję w grupie znajomych kobiet-Niemek, które robią sobie wycieczkę poznawczą do Oświęcimia w czasie trwającej wojny. Strażnicy nie wpuszczają nas poza dozwolone miejsca, krążymy jedynie w pobliżu. Dochodzą nas tylko jakieś plotki, zakazane przecieki o tym, że wewnątrz panuje istny koszmar. Znajdujemy się w dużej betonowej sali z oknami na wysokości głowy, za którymi widać zasieki, dalej baraki i czarne dymy unoszące się nad obozem, sprawiające niezwykle ponure i straszne wrażenie, ale ludzi stąd nie widać, jest za daleko. Opowiadam, że w tym kącie zgwałcono jakąś niewinną dziewczynkę, i zaraz jakaś dziewczyna „od nas” wciska się w ten kąt, chcąc „wczuć się” w małą, traktuje to dziwnie lekko, nie przejmując się. Wspominam też o tym, że więźniowie są zmuszani do pracy ponad swoje siły w brudzie i błocie, żyją w nieludzkich warunkach, ale chyba nikt mi nie wierzy.
Zwiedzamy niewielki cmentarz poza obozem. Groby są usypane z ziemi i wyrastają na nich rośliny warzywne. Jedną z nich wyrywam, to chwast, udaję wtedy przed przechodzącym blisko strażnikiem, że wierzę we wszystko i „staram się” o dobry plon. Strażnik przygląda mi się i kiwa głową z zadowoleniem, mówiąc: gut, gut… i coś jeszcze po niemiecku, czego nie rozumiem, ale nie chcę, aby się połapał, że jestem obca i mruczę coś niezrozumiale pod nosem. To brzmi jak potwierdzenie i zostaje za takie przyjęte. Na wąskiej ścieżce pomiędzy grobami dostrzegam dwa duże, białe buraki pastewne „zasadzone” korzeniami do góry, wystającymi ponad powierzchnią, ktoś je tutaj zakopał, może ukrył. Nieco dalej trzeci, mniejszy burak pływa w dołku ze zgniłą wodą.

Patrzę ze smutkiem i przejęciem z oddali, przez okno w jakimś budynku w mieście na „dymy Birkenau”, czarną, ponurą chmurę unoszącą się sponad obozu w niebo.

W tym śnie jest kilka ważnych informacji, wymagających dłuższego wyjaśniania. Dojdę do nich stopniowo, przywołując inne sny wizyjne.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s