Xięga, część 3 czyli Wojna w Orionie

Kolejny wgląd w Xięgę. Biblioteka ma swoje zakamarki, do których dostęp bywa utrudniony. Są siły, które jak w poprzedniej części, wprowadzają chaos i nieporządek, aby utrudnić możliwość poznania pewnych informacji. Albo ich właściwe zrozumienie. Zapewne po to, aby nimi sterować w umysłach pozbawionych pamięci i wiedzy ludzi. Są też takie, które je chronią. W tym wypadku osoba bibliotekarza, występującego pod nieobecność żony jest nie tylko moim przewodnikiem, ale i dysponentem zapisu, Ojcem z poziomów nieprzejawionych, który śni się czasem jako sklerotyczny staruszek. Zważywszy jego kresowe pochodzenie zapewne jest to poziom 10 i mniej, niż 10, czerwonego równoramiennego krzyża, skąd startuje (w dół, ku Przejawieniu) Wielka Karma.
Część symboliczną owego snu zakończył bezpośredni wgląd i przepływ informacji z odczytu, tak intensywny i prędki, że minęło dużo czasu, nim udało mi się je wszystkie odtworzyć. Pomogła mi w tym analiza szeregu snów wizyjnych z innych miesięcy i lat.
Oczywiście, odtworzenie szczegółów oparte na interpretacji symbolicznej warstwy przekazu opiera się na mojej logice, zawsze niedoskonałej wiedzy i może być miejscami obarczone błędem, bądź przekręcone. Zawsze uratować mnie może forma literacka, wszak styl fantastyczny dopuszcza rojenia od-autorskie.
Akcję pozostawiam niezmienioną, jedynie podsuwam jej zrozumienie. Nazwa planety padła we śnie, jak i nazwa inteligentnego budulca gwiezdnego okrętu.
W większości wszystko toczy się na wysokich poziomach, bliskich czarnej dziury i granicy 8/9. Czym i kim są w gruncie rzeczy bohaterowie wydarzeń, gadzie bestie, nieśmiertelni panowie, a także wieża nad jeziorem (odpowiednik mitycznej góry Meru, czy Axis mundi), otchłanne morze (hind. Morze Przyczyn), można się domyślać. Zwłaszcza liznąwszy choćby trochę systematyki poczynionej przez Jarosława Bzomę, a dotyczącej egregorów i ich rezydentów, kryształowego wiru i pamięci karmicznej. O pewnych niuansach dotyczących tzw. poprzednich wcieleń – choć w największej części zgadzam się z J.B., że jest ona przynależna sieci karmicznej, a nie istocie świadomości, która się w danym splocie rodzi, to jednak biorę też pod uwagę inne sugestie na ten temat ze snów. Są istoty, które postanowiły z jakichś – zdaje się różnych gatunkowo powodów – nie rozstawać się ze swym „urojeniowym ja”, tożsamością i pozycją. I w jakiś sposób panują nad procesem w świecie Małej Karmy. Mając lepszy dostęp do zapisu genetycznej pamięci rodu. Może to służyć różnym celom, i „dobrym” i „złym”, w każdym razie pozwala na toczenie gry w czasoprzestrzeni istotom, które od niej mniej zależą, albo nawet wcale.
Historie bohaterów, biorących udział w II wojnie światów śniły mi się po wielekroć, z różnych punktów widzenia i stanowią trzon większej ilości opowiadań. Zaszyfrowanych językiem snów.

Orion

Xięga, cd.

4.

Ze snów wiedziałam już, czego pragnę i nie ustawałam w przywoływaniu następnego wglądu we wszystkowiedzącą Xięgę. W końcu udało mi się trafić na jej fragment w gminnej bibliotece. Tyle razy tam chodziłam i nigdy nie natknęłam się na tę pozycję! A przecież doskonale znałam rozkład, tematykę, kolejność autorów i wszystkie tytuły w każdym zakamarku księgozbioru. Dzięki sympatii do mego ojca, wielkiego miłośnika książek, żywionej przez małżeńską parę bibliotekarzy miałam wolny wstęp między półki od dziecka. I robiłam to najczęściej jak się dało, od kiedy tylko nauczyłam się czytać.

Książkę, o której mówię wskazał mi dopiero stary bibliotekarz, pan Utopinetz. Prywatnie wielki miłośnik grzybiarstwa, co dodatkowo połączyło go węzłem przyjaźni z moim ojcem, również namiętnym grzybiarzem. Pan Utopinetz studiował życie grzybów z wielkim zaangażowaniem. Miał zwyczaj siadać w lesie przy grzybie i patrzeć godzinami, jak rośnie. Miał swoją teorię. Twierdził, że grzyby rosną skokowo. Powiększają się co jakiś czas w jednej chwili.

Kiedy zwierzyłam mu się, że sama nie wiem, czego dzisiaj chcę, bo większość napisanych książek dobrze już znam, a mam ochotę przeczytać coś naprawdę ciekawego i ta ciekawość mnie ssie, zapytał swoim zabawnym lwowskim akcentem, jaki temat interesuje mnie najbardziej.

– Coś pomiędzy fantastyką a dokumentem, kosmologią a filozofią, snem a jawą – odparłam.

Wstał zza swojego odrapanego biurka i ruszył pierwszy starczym drobnym krokiem.

– Chodź za mną – powiedział cicho. Mówił mi po imieniu, gdyż znał mnie od zawsze.

Szurając przydeptanymi filcowymi papuciami po starannie wyszorowanej i zamiecionej drewnianej podłodze zaprowadził mnie do niewielkiej pakamery, w której nigdy do tej pory nie byłam. Sądziłam, że za nieustannie zamkniętymi drzwiami mieści się coś w rodzaju kuchenki dla pracowników albo przedłużenia kartotek bibliotecznych.

– Ojej! – aż westchnęłam od progu.

Stał tam regał ze starymi książkami.

– Odłożyłem je, bo już nie nadają się do wypożyczania, tak są zużyte. A zniszczyć ich nie miałem serca – stwierdził pan Utopinetz, który jako rodowity kresowiak lubił wspominać o sercu.

Przechyliwszy głowę na bok wprawnie przesunęłam nieruchomymi oczami po grzbietach wytartych od czytelniczych rąk książek. I zaraz pewnym ruchem sięgnęłam po to, co okazało się bardzo cennym wypisem z odwiecznej Xięgi. Na najwyższej półce stała trylogia pod tytułem: Historia wojny w Orionie. Dłonie mi zadrżały.

– Zerknij w opowieść o walce z gadzimi istotami, które po pierwszej wojnie światów zostały zrzucone na Ziemię… Teraz toczy się druga wojna i my bierzemy w niej udział – bąknął pan Utopinetz, który jak się okazało, świetnie znał jej treść. Ucieszył się, że ją wybrałam.

– Doskonale. To rzeczywiście bardzo ciekawe.

Przeczytałam całość z zapartym tchem. Zaraz po powrocie do domu.

diozaury

Pierwszy tom opowiadał historię, która wydarzyła się dawno temu na planecie zwanej Batrin, co w ziemskim języku znaczy Starzec.  Zaś tom drugi traktował o sprawach skądinąd, które do tego doprowadziły.

Zaczęło się od tego, że jeden z czterech obejrzał się za siebie. A oto potwór wyłonił się z morskich głębin. Z jakiegoś powodu czwarty przystanął. Wtedy bestia zauważyła go.
Poruszała się błyskawicznie. Przyskoczyła ku niemu i jednym kłapnięciem zębatych szczęk pożarła, przez chwilę szamocząc jeszcze jego bezwładnym, krwawiącym obficie ciałem w wodzie. Natychmiast nadbiegł z głębi wód drugi podobny potwór. Oba były samicami z gatunków tyranosaurus rex i allosaurus maximus. Zaczęły zażarcie walczyć ze sobą.

Wróciwszy na Batrin, to Xięga oznajmiła, że w odróżnieniu od Ziemi-Alfa, w toku dziejów zapanował na niej ustrój komunistyczny. Ten system zmuszał poszczególnych ludzi do mrówczej pracy na rzecz wspólnoty i nakazywał porzucenie jednostkowych potrzeb i różnic pod groźbą kary śmierci lub biologicznego i psychicznego okaleczenia. Z czasem zarzucono stosowanie bezpośredniego przymusu. System wykształcił samodoskonalącą się metodę oszukiwania obywateli przy pomocy technologii medialnych i ogromnych masowych ceremonii wprawiających w zbiorowy trans. Ludzie żyli w złudzeniu indywidualnych potrzeb zaspokajanych przez bezosobowe korporacyjne twory gospodarcze i wzorce przez nie propagowane. Potrzeby były sztucznie generowane i sterowane metodą kontroli umysłów i systemem nagród. Stosowano eugenikę i genetyczną modyfikację, zwierzęce łączenie się w rodziny przemieniono w zawodowe funkcje opiekuńcze realizowane w państwowych placówkach, rozród przestał być przypadkowy, tak samo stan zdrowia i liczebność populacji. Wraz z podatnością na choroby zniwelowano w końcu agresję, przestępczość, różnorodność ras, kultur i języków. Znikła religia, jej rolę przejął kult technologii i sztuka wielkich masowych przedstawień i sportowych igrzysk. Pokarm wytwarzano w fabrykach, w końcu stał się syntetyczny i wywierał wpływ na psychikę ludzi tak, że nie byli w stanie się sprzeciwić, ani powrócić do tego, od czego wyszli.

Systemem zasłon zarządzała ukryta za nimi elita. W życiu społecznym odgrywająca rolę zwykłych obywateli. Na jej szczycie stał król panujący nad nieświadomymi jego istnienia masami. W żadnym razie ogół go nie wybierał, nawet nie miał pojęcia, że ktoś taki istnieje. Był głową rodu władców, i to krew decydowała o jego roli. Moc zbiorowości służyła mu. Ród zaś rezydował za zasłoną materialną w niezmiennie wygodnych warunkach, dysponując dostępem do wspólnej pamięci i technologii wcieleń, niosących w praktyce długowieczność fizyczną i nieśmiertelność kształtowanej i niesionej niezmiennie przez tysiąclecia tożsamości.

Krew z czasem zdegenerowała się. Czas bliski był końca cyklu planetarnego trwania. Klan rządzący urósł tak w pychę, że sam wpadł w pułapkę przez siebie zastawioną. Zdecydował się wykorzystać energię Najwyższego w swoich miałkich celach przetrwania. Samodoskonalący się system zasłon, niwelując problemy przeludnionej planety ukształtował sztuczną inteligencję, a ta przejęła pamięć zbiorową. Zaszczepiona w prymitywne struktury biologiczne zaczęła mnożyć się jak bakterie, wymykając się spod kontroli jej projektantów. Równowaga świadomości i nieświadomości została nagle zakłócona, a z biegiem czasu dusza planety pożarta i unicestwiona przez agresywny cień, który wyniknął z zagrzybionych światów. Na Batrin pozostawały jeszcze ciała dawnych jej mieszkańców, sług swoich panów, ożywione jak kukiełki tym czymś nie do opisania wrogim, podstępnym, fałszywym i w istocie swojej pustym i bezdusznie okrutnym. Degradowały się w szybkim tempie, niszcząc i pożerając siebie nawzajem.

Panowie Batrin, w dramatycznym akcie przeżycia za wszelką cenę, spróbowali wydostać się ze swojego świata zbudowanym zawczasu okrętem. Jego graffetowy człon sterujący obdarzony był sztuczną świadomością i zapisem pamięci rodu. Zapadli w nieskończoną śpiączkę złożeni w chronionych pojemnikach przypominających grobowce. Ich cherlawe bezpłciowe ciała nie dawały im szans na przeżycie. Wraz z nimi przenosiło się coś, co poszukiwało nowych dawców niezbędnego dla swego istnienia żywego pokarmu, dusz. Okręt krążył nieskończenie długo wokół gwiazdy Przejścia, licząc na zbieg okoliczności, który pozwoliłby mu wydostać się z pętli czasu.

Tymczasem w trakcie wojennego starcia oba potwory zostały zbombardowane przez armie trzech Sprzymierzonych. W wyniku ich zwycięstwa wzeszła na niebie cudownie błękitna zorza, okolona pierścieniem błyszczących złotych gwiazd. Ustanowiono połączenie i unię. Trójka ocalałych bohaterów historii nie mogła jej uczcić wiedząc, że nie jest to jeszcze koniec walki.

– Przyczajmy się, obserwujmy – postanowili. – Gady na pewno wymyśliły jakiś podstęp.

Osiedli na skraju Oriona, u ujścia Świętej Rzeki, w miejscu Kolebką zwanym. Trapił ich tajemny niepokój. Który sprawiał, że nigdy nie przestawali czuwać.

wieża

Tom trzeci traktował o dziejach drugiej kosmicznej wojny, która miała dokonać się na Ziemi. Bo tutaj ostatecznie został zrzucony wrogi czynnik. Na wysokościach powstał program działający w czasie. Strzegła go wieża, sięgająca najwyższych wymiarów, zakotwiczona teraz na kamiennych ziemskich podwalinach i wzniesiona w spokojnym równinnym rejonie na skraju słodkiego jeziora bardzo blisko morskiego brzegu. Zgodnie z Planem Planów główni rezydenci wieży i pełni poświęcenia ochotnicy z wysokich światów, mieli schodzić z niej w dół wymiennie, po kolei, parami. W celu ochrony ich pamięci o przyczynie i celu. Gdyby powrót na górę wydłużał się, albo nawet dramatycznie załamał, w planie były ekspedycje ratujące i przywracające zgubione wartości wraz z wiedzą o nadchodzącym końcu rzeczy. Nieśmiertelny duch z wieży, zachowujący znajomość wszystkich wcieleń mógł osiąść na którymś z ich ziemskich potomków, po czym pomóc im wrócić do strażnicy. Tak miało się dziać, aż do wyznaczonego nieodwołanie przez ukazanie się Solis, terminu ostatecznego starcia.

U kresu mieli zejść z wieży wszyscy biorący udział w rozgrywce, nawet trzej naczelnicy, głowa projektu. Robiąc to jako ostatni.

Wreszcie któregoś letniego, nader słonecznego dnia wleciał do ich wiejskiej chaty przez otwarte okno duży, czarny jak smoła owad. Osaczyli go, zabili i dokładnie obejrzeli. Była to odrażająca hybryda muchy i pszczoły. Istota na poły ziemska, na poły niebiańska, z niży i z wyży zarazem. Skażona i zagrzybiona, zamykająca w sobie skalany skarb. Wszyscy w milczeniu spojrzeli na siebie. Ponura świadomość ścisnęła ich serca. Oto zaczynający się lęgnąć pomiot bestii mógł wykluć się tutaj z pozostawionych przez nie gdzieś w ukrytym miejscu jaj. Jedyna nadzieja była w tym, że pamięć zawarta w genach złotych pszczół nie da się zniszczyć, przezwycięży spleśniałe mroczne skłonności i odezwie się samoistnie w chwili starcia. Przeważając szalę zwycięstwa nad cieniem.

Cdn.

< Xięga 1
< Xięga 2

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s