Bóg i Jego kulty

Kult wiąże się z tradycją, praktyką, rytuałami i czcią, oddawaną takiej czy innej formie i imieniu Boga. Indie posiadają tych form nieskończoną ilość, a jogini mają też wiedzę na temat skutków duchowych, jakie można osiągnąć oddając się takiej czy innej praktyce wiary. Chrześcijanie są święcie przekonani, że ich kult jest najprawdziwszy, podobnie jak mahometanie, że ich. Medytacja z jidamem, czyli wizualizowanie sobie wybranej formy boskiej w sercu i wzywanie boskiego imienia, aby się z nim utożsamić i przeżyć „odlot”, stosowana jest nie tylko w hinduizmie czy buddyzmie, ale również w katolicyzmie, pod innymi nazwaniami oczywiście.

thanka

Osobiście nie praktykuję żadnego kultu i mam do wszelkich zbiorowych czci stosunek iście „żydowski”. Pierwsze, odrzucone przez kościół katolicki przykazanie zakazujące oddawania czci jakiemukolwiek obrazowi Boga niewidzialnego i nieznanego jest jakoś naturalnie wyryte w moim sercu. Wrodzony racjonalizm, krytycyzm, dystans powodują, że zmuszanie się do emocji na widok jakichś symboli pachnie mi fałszem na kilometr. A fałszu nie lubię nade wszystko. I sądzę, że Bóg również nie. Lepsza dla Niego jest szczera i prosta niewiara, niż sentymentalna czy faryzejska i interesowna pobożność.

Pewną formą kultu stały się nowoczesne medytacje mające prowadzić do polepszenia jakości życia, poprawy zdrowia, spełnienia życzeń itp. Wiele zapożyczyły z odwiecznych sposobów na uwolnienie z karmy i dostąpienie łaski Boga. Wizualizacja wymarzonego celu, techniki autohipnotyczne, użycie oddechu, kolorów, mudr, gestów, afirmowania w miejsce mantrowania, diety, pochłaniają czas, uwagę, parte ambicją i wolą sukcesu praktykującego taką magię. Religijne medytacje o tyle są czystsze i korzystniejsze, że za cel mają dosięgnięcie Boga, zyskanie Jego Świadomości i uwolnienia od bólu i cierpienia. Dzisiejszy świat w bardzo szybkim tempie masowo schodzi na psy pod tym względem. Zwabiony przemijającym złudnym sukcesem i próżnością.

I ja, mimo dystansu, próbowałam w latach 90-tych różnych sposobów na polepszenie swojego przygnębiającego życia i imałam się najbardziej szalonych praktyk, żeby sobie pomóc. Przekonałam się, że – oprócz otwarcia się na energie Drugiej Strony i kontakt, którym w żaden sposób nie zarządzałam – niewiele, albo nic mi one nie dały. W rzeczywistym sensie. Życie toczyło się jak się toczyło, raczej pod górkę i cuda szerokim łukiem mnie omijały, jak zawsze. Nie pomagały psychoanalizy i terapie, afirmacje, przemeblowania pokoju według zasad feng-szuei (winne były ogólniejsze układy miejsca, których zmienić się nie dało), specjalne oddychanie, odblokowywanie traumy narodzin, wizualizacje pomyślności, lecznicze znaki reiki na odległość, modlitwy z intencją, ani nawet skamląca pokora wobec Boga. Jak tkwiłam w życiowej d…, tak tkwiłam. Astrologia pomagała o tyle, że dzięki jej znajomości omijałam niebezpieczne związki, nie zgadzając się zawczasu na kolejne przegrane. I znosiłam cierpliwie niepomyślności. Niektórzy znajomi uznali, że właśnie dlatego mi się nie wiedzie, bo wierzę w układy planet! Że niby winien jest mój determinizm. Ale ja akurat w tym temacie swoje wiem, i wiem na pewno. Kilka oparzeń, które sobie zafundowałam, lekceważąc „gwiazdy”, przekonało mnie o tym dostatecznie.

Przeznaczenie ma swój czas. I niczym go nie przyspieszysz, ani nie ominiesz. Wiele rzeczy można złagodzić odpowiednią świadomością, ale nie unikaniem losu, albo narzucaniem mu wędzidła swojego Ego. Przyszła taka chwila w moim życiu, że wszystkie więzy puściły, jak zaczarowane, dziesięcioletnie afirmacje spełniły się w ciągu miesiąca. I tych więzów nie mogłam zerwać wcześniej, bo były karmiczne.

Co do rodzaju, pozycji i skuteczności kultów Boga zyskałam kiedyś objaśniający przekaz senny z „górnej półki”. Był bardzo piękny, zatem przytoczę go zamiast dalszych „mądrych” wywodów w tym temacie.

W nocy z 8 na 9 listopada 1997 roku znalazłam się w gigantycznej katedrze. Po obu jej bokach ciągnęły się niezliczone nawy. W każdej z nich przebywała spora grupa wyznawców, klęczących, kłaniających się, mantrujących święte sylaby i odmawiających litanie. Wszyscy byli skupieni na modlitwie do jakiejś ustawionej na ołtarzu świętej figury. W każdej nawie stał inny obiekt kultu. Poczułam, że jestem obdarowana możliwością widzenia tych różnorodnych, czczonych przez ludzi form Boga. Nie każdy mógł je dostrzec i nawet ci, którzy modlili się o to cierpliwie i systematycznie całymi latami, często przyjmowali ich istnienie tylko na wiarę.

Widok był niezwykły, wciągający. W każdej z naw, nad głowami modlącego się tłumu dominowało (wisząc w powietrzu, lub stojąc jako posąg na ołtarzu), ich odrębne bóstwo. Każde z nich przypominało kolorowy, trójwymiarowy hologram i błyszczało przepięknym złotym kolorem. Rozpoznałam Matkę Boską w wieńcu z gwiazd, potężnego czterorękiego Wisznu, uśmiechniętego Gowindę z fletem w dłoniach i girlandą kwiatów na szyi, siedzącego w medytacji Buddę, Jezusa błogosławiącego cierpiących. Ponadto były tam inne, nieznane mi wyobrażenia bogów, o których można przeczytać w podręcznikach religioznawczych lub kronikach historycznych i trudno mi je było nazwać. Bóstwa afrykańskie, indiańskie, syberyjskie, australijskie, wyspiarskie, może nawet atlantydzkie. Niektóre z nich sprawiały wrażenie zupełnie pierwotnych, na pół zwierzęcych, totemicznych, dzikich i archaicznych. Każde koncentrowało na sobie uwagę wielu osób i idealnie odzwierciedlało poziom rozwoju ich świadomości, cele życiowe i przekonania moralne.
Patrząc na to zauważyłam
(jakby się obudziwszy w tym śnie), że leżę prawie pośrodku tej niesamowicie ogromnej świątyni na czymś, co przypomina prostą pryczę. Wokół mnie snuje się mnóstwo ludzi, z których większość zmierza w znane sobie części kościoła, inni słuchają modłów i zastanawiają się, w której nawie przystanąć. Panuje tłok i zamieszanie. Nikt nie zwraca na mnie uwagi. Zaczęłam się zastanawiać, co wypada teraz uczynić, bo przecież spać w tym przechodnim miejscu długo się nie da. Trochę zdezorientowana zsunęłam nogi z łóżka na ozdobną posadzkę, udając, że podejmuję jakąś ważną decyzję, tak jak inni. Wtedy obok kolumny, przy której mieściło się moje legowisko dostrzegłam 12-letniego rozweselonego chłopca, podobnego do mego kolegi z dzieciństwa, Wiesława (Wiedzący, jak sławić Boga). Był ubrany w zwykłe dżinsy i flanelową koszulę w kratkę. Przez nikogo niedostrzeżony i nierozpoznany skinął na mnie ręką.

W jednej chwili mój umysł rozszerzył się i natychmiast – drogą z umysłu do umysłu – wchłonęłam jego przekaz. Dowiedziałam się, że ten – pełen absolutnej wolności od obowiązujących w świadomości wyznawców przekonań, aspekt swojej boskiej dziecięcości, z której wyłaniają się nowe cudowne światy, pokazuje bardzo nielicznym. Jedynie tym, którzy kierują się głosem serca, bez liczenia się z czymkolwiek z zewnątrz, bo kochają go absolutnie i pozwalają mu być takim, jaki jest i jaki akurat chce być, godząc się nawet na rolę diabła, gdyby tylko przyszedł mu do głowy taki pomysł.

Porwała mnie ekstaza miłości i radości. Uniosłam się wysoko, cała roziskrzona żywą energią. I ogarnął prosty, wibrujący śmiech boga. Ale łobuziak z niego, cha, cha!

*

Sen zawarł mnóstwo informacji i symboli. Oto niektóre z nich, słowami Jarka Bzomy:

Złoto–perlisty, złoty kolor – kolor ciała buddycznego. Poziom Metatrona śni się w złotych kolorach. Ukazuje się czasem jako pusta szata, pokryta złotym płaszczem wytłoczonym we wszystkich bogów, jacy kiedykolwiek byli wyobrażeni na świecie.

Poziom brahmaniczny 8/3 – poziom świetlistych bogów, świat form Świadomości opierających się rozpadowi, Metatrona, jeszcze po przejawionej stronie Granicy 8/9. To poziom bytów określanych w hinduizmie Dewami, realizującymi się w kontrolowaniu rozpadu form Świadomości w Nicość 8/2.

Dziecko – otworzony do naszej eksploracji kolejny wyższy (starszy) poziom Świadomości, w snach dziecko jest tak naprawdę starsze od nas. To osobowa forma badanego poziomu. W snach może symbolizować młode pokolenie, przyszłość. To symbol potencjału wzrostowego z wyższego poziomu.

Ponieważ chłopiec miał 12 lat, należy wziąć też pod uwagę i tę liczbę.

Poziom dwunasty – Świątynia.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s