A na pustym polu hula wiatr

Staram się zachowywać kolejność zdarzeń w mojej historii, dlatego muszę teraz opowiedzieć pewien ponury sen. Sen o polu zdechłych koni, czyli pojazdów duszy, jak by orzekł Jarosław Bzoma. Używając sformułowania, które brzmi trochę groteskowo, choć oddaje treść i wyobrażony obraz tego, co można na nim spotkać. Znajduje się ono tuż za bramą granicy 8/9, rozdzielającej życie od śmierci (nie-życia). Panuje tam Nicość, pustka, rozkładająca wszelkie formy świadomości rodem ze światów przejawionych, które przez nią wchodzą. Jak się okazuje malowana wiele razy przez Zdzisława Beksińskiego. Oświetlona „czarnym słońcem” alchemików strefa rozpanoszonego Nigredo.

kon

Wydarzyło się to 12 maja 1998 roku, zaraz po położeniu się spać. Moja świadomość uległa samoistnie rozszerzeniu i w lekkim półśnie zorientowałam się, że przepływa przeze mnie niesamowita fala grozy i śmierci. Ledwie zdążyłam na to zareagować, już byłam w jej całkowitym władaniu. Jedno, co mogłam zrobić to patrzeć i nie poddawać się panice.

Udręka. Ciemność… ciemność… fala mroku, połyskująca upiornie w blasku rąbka śmiertelnie zaćmionego słońca na zasnutym ciemnością niebie… Wielkość, ogrom, wszystko. Fala… groza… ciemność… Byłam wobec tej fali niczym i nikim. Jest wieczny smutek i okrucieństwo śmierci. Strach. Ból bez końca. Wszystko zanurzone w kompletnym milczeniu i czerni połyskującej gdzieniegdzie mrocznymi błyskami. Jest samotność. Rozkład, i nicość. Przestrzenie… dalekie przestrzenie… bez końca przestrzenie… wolne jak puste pola, po których goni wiatr i wichry tańcują ze świstem i nieustającym szumem ze wschodu na zachód. Na zachodzie hula śmierć, już bez końca, na ruinach nie do odbudowania.
Byłam całkowicie zdominowana przez tę potężną ciemną świadomość i tylko mogłam lecieć z jej falą i widzieć to, co ona widzi. Przejął mnie strach i usiłowałam robić znaki leczące w nadziei jakiejkolwiek samoobrony. Znak za znakiem, uparcie. Tak trudno było wykonać uzdrawiający klucz, jak gdyby ręka obracała się pod prąd jakiejś potężnej, przeważającej, okrutnie nieczułej i niszczycielskiej woli. W tej woli była jednak jakaś konsekwencja i zguba wyhodowana w ciągu setek i tysięcy lat przez ludzi pozbawionych nadziei, morderców samych siebie i innych, szalonych władców, pragnących kontrolować materię oraz krwawiące dzieci, dotknięte ich ręką. Była w niej także i moja wieloletnia rozpacz, teraz jedna mikroskopijna kropelka w tej ciemnej rzece okrucieństwa. Na rozległych i pustych polach wiatr wiejący przez szaro-czarną pustkę. Połacie umarłej ziemi odsłaniające miejscami tajemnicę zagłady. Martwe ptaki, zwały martwych ptaków (kruków, kawek, wron) na martwym piasku. I kości. Ludzkie i zwierzęce, pomieszane. Ponad tym wszystkim szum wichru, pędzącego przez pustynię, bez żadnych przeszkód, bez żadnych granic, wskroś krainy umarłych.

Otworzyłam oczy. To jednak wciąż jeszcze przedzierało się przeze mnie, falowało, wciągało mnie w swój ogrom i pełen grozy nastrój tak mocno, że musiałam się zmusić, by poruszyć ciałem i nie ulec transowi z powrotem. Nie zamykałam jakże ciężkich powiek, usiłując się modlić. Słowa ciągle myliły mi się, gubiłam rytm, ale stopniowo zaczynało być coraz lepiej. Wizje odchodziły. Pusta ziemia, obsychająca i owiewana przez wiatr. Skażona atmosfera mroku, w której nie da się żyć, nie ma żadnego życia. Na wschodzie zagłada i śmierć. Na zachodzie wiatr odsłaniający nieludzką prawdę. Tylko tyle. Kto to widzi, umiera, znika. To nie jest świat dla żyjących, czujących.

Koszmarów w podobnym klimacie miałam w okresie dorastania więcej. Jeden z nich zapisałam w dzienniczku, a teraz zamieszczam dla porównania. Na polu zdechłych koni rozkładają się także ideały i idee, jako formy umysłu zbiorowego. Czyli to, czym tylu ludzi się napędza i jara w życiu, uważając za sens wyższy i odwieczny.

Czerwiec 1980. Sen: szeroka, świetlista, ale zabagniona i złowieszcza rzeka przepływająca przez miasto zaczęła wyrzucać ze starych pokładów dna na powierzchnię zwłoki rycerzy i koni z czasów średniowiecza. Środkiem rzeki płynęły dwa sztandary z napisami: „Na bóy, na bóy, za Boga i Oyczyznę”, a ciała były przegniłe i zjedzone przez robaki. Powtórzył się równie wstrętny jak w innym śnie tej nocy, nastrój przerażenia rozkładem i fizyczną śmiercią.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s