Wykłady i inicjacje duchowe we śnie

Istnieje możliwość odbierania nauk i duchowych inicjacji w stanie snu i transu. Przecież odległość i czas dla wysokich bytów nie gra roli. Inna sprawa, czy inicjacja dotyczy akurat śniącej osoby. Można ją bowiem przeżyć za pośrednictwem Obserwatora, patrzącego oczami kogoś innego.

Spotkanie z obcą wyższą inteligencją, opisane w tekście Nocni Goście miało w swojej treści zapowiedź ingerencji, ale jeszcze dość długo, kilka miesięcy, nic specjalnego się nie działo. Oprócz częstych wielkich snów i podwyższonych (rozszerzonych) stanów umysłu, które bywały dużo wcześniej i mimo swej zjawiskowości, nie budziły tak wielkiego szoku.

Oto jeden z przykładów inicjacji duchowej, jaką przeżyłam w stanie transu, we własnym łóżku. Tybet mógł pojawić się w moich snach, bo od lat przyjaźniłam się z kilkorgiem buddystów tybetańskich, bywałam z rzadka na medytacjach w sandze, i na wykładach. Co nieco wiedziałam o tej religii i jej największych przedstawicielach, choć jak zawsze praktyka mnie nie pociągnęła. Zbyt wiele jest innych ciekawych rozwiązań, abym mogła poświęcić się jednej ścieżce, takie już mam usposobienie. Swoją drogą, był to jeden z pierwszych snów, w których zaczęli pojawiać się Tybetańczycy, wysoko rozwinięte duchowo istoty, jak myślę bodhisattwowie.

Lhasa

We śnie z 31 kwietnia 1998 roku obudziły mnie dziwne odczucia, płynące z ciała. W stałym, jakby muzycznym rytmie, coś uciskało niektóre punkty na palcach obu moich rąk, zawsze po jednym na obu dłoniach jednocześnie. Sterowało to w jakiś specjalny sposób przepływem energii w rękach i całym ciele.
Stopniowo zaczynało być uroczyście. Rozległa się muzyka tybetańska, która towarzyszyła tym zjawiskom. Pomyślałam, że odbieram jakąś tybetańską Inicjację, to było bardzo przyjemne i wpadłam w rozkoszne rozedrganie i zachwyt. Było dużo świetlistej bieli. Na koniec ukazał się obraz jasnego budynku świątyni w wysokich górach. „Zagrano” nowy, skoczniejszy utwór i obraz szybko zniknął.
W tym momencie usłyszałam przejeżdżający w oddali pociąg, to wszystko działo się cały czas na jawie.

W 1998 roku przyjęłam najpierw inicjację II stopnia reiki, której skutków, w przeciwieństwie do pierwszej dwa lata wcześniej, w ogóle nie odczułam. Były ku temu powody energetyczno-towarzyskie. Ważne jest bowiem z kim taką inicjację odbierasz. Może ci ją ktoś, z czystej chciwości i zazdrości o względy mistrza, zwyczajnie ukraść, albo przynajmniej zablokować całkiem bez twojej wiedzy. Ja, czyli Ego to rzecz względna i iluzyjna.

Dopiero w chwili, gdy 27 września 1998 roku przyjęłam inicjację schronienia w Buddzie i lama Ole Nydhal położył mi na głowie relikwiarz, zawierający prochy wszystkich żyjących do tej pory mistrzów, przeleciał przeze mnie mrowiący prąd energii. To zjawisko (otwierającego się czubka głowy, poprzez który wychodzę na nieskończoną przestrzeń) powtórzyło się jeszcze niezwykle intensywnie następnej nocy, po czym w kilka dni później zrozumiałam sny. I zaczęłam zapisywać znaczenia symboli w słowniczku, który bez problemu został wydany później jako „Symbole senne – znaki na Drodze do Życia”. Sądzę, że ta druga inicjacja rozwaliła mur, jaki zaaplikowano mi podczas pierwszej, i uderzyła we mnie energia obu naraz.

Jako następny przyszedł wykład duchowy, odebrany częściowo w stanie transu, bezpośrednio z umysłu do umysłu. Ów sen dodatkowo jest o tyle ciekawy, że – jak uważam – śniłam osobą Jarka Bzomy, na 20 lat wcześniej, nim go poznałam i nim w ogóle zaczął swoje wykłady internetowe! Nie był to jedyny sen o nim, w jednym z późniejszych usłyszałam nawet wyraz, który – jak teraz wiem – jest jego nazwiskiem. Zawsze interesowały mnie techniki wróżbiarskie i patrzenie w przyszłość, więc i sny często nadbiegały z przyszłości.
Traktuję rzecz jako ciekawostkę, a nie jako przepowiednię nadejścia nowego proroka. Zetknięcie się z topografią snu Bzomy było dla mnie mocnym wstrząsem, nagle zaczęłam rozumieć to, co do mnie przychodziło latami. To ważna chwila w moim rozwoju, więc zapowiedziała się wcześniej.
Na poziomie Obserwatora (7) zmiana tożsamości na należącą do innego człowieka albo istoty niematerialnej, jest niewyczuwalna, jednak ową zmianę nauczyłam się rozpoznawać po odczuciu we śnie, że zachowuję się nie po „swojemu”. Skąd można wiedzieć, że jest się we śnie kimś innym? Ano, nie poznasz tego, dopóki nie zobaczysz swojej cudzej twarzy w lustrze, odbiciu, nie usłyszysz obcego imienia, którym ktoś do ciebie się zwraca, albo nie zaczniesz dziwnie dla siebie się zachowywać i reagować. O ile inną płeć w sobie dość łatwo się wyczuwa, to w przypadku, gdy jest taka sama, w grę muszą wejść cechy, których nie posiadamy na jawie, a którymi dysponujemy w takim śnie. W owym wypadku wskazówką było dla mnie, że przecież z natury nie przemawiam publicznie, ani nie dążę do tego, a także nigdy nie dyskutuję z taką pewnością swego w dużej grupie ludzi.
To zjawisko, w moim wypadku nader częste, śnienie oczami innej osoby opisałam w swoim senniku pod hasłem Cudze sny. Można też śnić kilkoma postaciami jednocześnie, lub po kolei, a przejścia bywają tak subtelne, że trudno je zauważyć. Jak się stało w tym wypadku.

W nocy 30 września 1998 roku, idąc wzdłuż brzegów mojej rzeki życia (jest to rzeczka w mej rodzinnej miejscowości, w której kąpałam się i bawiłam w dzieciństwie, o nazwie nomen omen Luciąża) dotarłam do miejsca za drugim mostem (dla mnie sfera poza-osobista), gdzie odbywał się wykład tybetańskiego lamy. Usiadłam w zespole jego uczniów i wsłuchałam się w to, o czym mówił. Mistrz wspomniał o światach alternatywnych, powoływanych do życia przez wyobraźnię i o trudnych losach zamkniętych w nich czujących istot. Nie pochwalał tego procederu, uważał go za marnotrawstwo energii umysłu.

[Zapisując ten sen nie znałam jeszcze pojęcia egregora].

Przełamując nieśmiałość, odezwałam się nagle. Nie po to, aby się sprzeciwić, ani o coś zapytać, ale dopowiedzieć kilka rzeczy w języku bardziej zrozumiałym dla Europejczyków i podkreślić własne, wyrobione w doświadczeniu (odrobinę jednak odmienne), zdanie na ów temat. Byłam dziwnie pewna tego, co mówię.
Tłumaczyłam przedstawicieli cywilizacji Zachodu, twórców, autorów powieści fantastycznych, komputerowych maniaków i odkrywców, teoretyków nauki (astronomii, fizyki i matematyki) jako ludzi o szczególnej wrażliwości, którzy otrzymują autentyczne przekazy i podpowiedzi z innych światów, przeważnie we śnie. Zaraz w wyobraźni ujrzałam owe światy jako liczne bąble sąsiadujące ze sobą. Wiedza, którą odkrywają służy całej ludzkości oraz wprowadza ważne zmiany jednocześnie u nas, jak u niezliczonej ilości istot zamieszkujących sąsiednie, subtelne i wyższe ewolucyjnie światy. Dzieje się to dzięki wzrastającej w przyspieszonym tempie wrażliwości i otwartości na wiedzę duchową w masowej skali.

Światy alternatywne (nie chodzi o popularnie rozumianą alternatywność z ludzkiego, pojedynczego, linearnego punktu widzenia, ale alternatywę dla kogoś, kto istnieje poza wszelką względnością, w centrum, w samym pępku wszechświata) to skupiska energii ze sfery ewentualności, rodzące się, jak bąble na gotującej się wodzie podstawowej świadomości tu-i-teraz. Nie mają osobnego źródła zasilania w energię. Światy te żywią się przekonaniami, wiarą i rytuałami ludzi generującymi w ten sposób – napędzający ich rozwój – proces naturalnej ewolucji. Zamknięte w nich istoty żyją życiem fragmentarycznym i całkowicie uzależnionym od otaczających je warunków, nie mają większego wpływu na swój świat i to, co się w nim i z nim dzieje. Skazane są na bardzo długie i żmudne dojrzewanie.

Mój umysł skoncentrował się i ujrzałam konstrukcję całości w jednym błysku bezpośredniego rozumienia. Mistrzowie Gry (i oto nagle stałam się jednym z nich, zlewając się z umysłem lamy-Buddy, na którego wykładzie przebywałam) przenikają w liczne przestrzenie i czasy jednocześnie, rozpoznając rzeczywistość przy pomocy wielu różnych przybranych form istot czujących.
Utożsamienie się tylko z jedną rolą powoduje zamknięcie umysłu w klatce pojedynczego życia, które pozbawione perspektywy widzenia z najwyższego poziomu, wydaje się bezsensowne i pełne cierpienia. Czas zaś tak naprawdę pozostaje zawsze radośnie wibrującą wiecznością. Trzeba przypomnieć, nieważne jakim sposobem, tym, którzy zapomnieli o sobie, o tym skąd pochodzą i kim naprawdę są: bogami. To jest zadanie dla mistrzów, którzy odzyskali już pamięć.
Ogarnął mnie uroczysty i poważny nastrój, na tym skończył się stan rozszerzonej świadomości. Teraz weszła akcja snu, zapewne Obserwator przesunął się w kierunku mojej skromnej osoby (lub raczej na odwrót, bo tenże zawsze pozostaje nieruchomy i niezaangażowany). I zobaczyłam akcję z przyszłości „swoimi” oczami.

Lamę zastąpił inny guru, który przeczytał mnóstwo źródłowych tekstów i rzucał specjalistycznymi hasłami i cytatami, jak ryżem w dniu ślubu swojej siostry. Mężczyzna w średnim wieku, z lekkim zarostem, niewysoki. Szybko zaskarbił sobie tym zaufanie i podziw uczniów, ogarniętych podobnymi do jego ambicjami. Prezentował się na niewielkiej scenie, która przypominała salkę kawiarnianą zastawioną stolikami, a jego wielomówność wydała mi się czymś odwrotnym do mego milczenia. Odczułam nagle jakiś stres i poruszenie, siedząc z boku. Znałam zlanie się świadomości z Bogiem, a on mówił o tym samym, korzystając z logiki i „płaskiego” opisu słownego.

Dość często w moich późniejszych przeżyciach pojawiała się forma Sai Baby. Był to modny guru, którym fascynowało się kilkoro moich znajomych. Podarowane mi przez nich zdjęcie przywiezione z Indii stało na półce regału w moim pokoju. Znałam jedną książkę z jego wywiadami, (która mnie znudziła), jakiś film video z jego cudami, i kilka artykułów o nim, napisanych przez bezkrytycznych wyznawców. Nie podzielałam fascynacji, ten czarnowłosy i ciemnoskóry pan w pomarańczowej szacie był mi obojętny, (jak zresztą każdy wcielony nauczyciel-guru), ale dość natrętnie manifestowały się informacje na jego temat wokół mnie. Ilekroć pojawiał się w moich wizjach traktowałam go jako jakiś inny wysoki byt, ubrany w jego skórę.

Na początku 1999 roku otrzymałam błogosławieństwo od istoty, która przybrała formę Sathya Sai Baby. Ukazała się trzy razy w krótkich odstępach czasu, a każdą z wizji poprzedzał wieczorem szczególny stan (na jawie), porównywalny do ogarniającej całe ciało słodkiej miłości. W sposób niezwykle uprzejmy i delikatny, pełen szacunku wobec mojej niewiedzy i paniki z niej wynikającej, patrząc we mnie głęboko kochającymi oczami, przepowiedział mi ważne sytuacje z przyszłości, udzielił rady, jak postąpić i obietnicy pomocy w uzdrowieniu, po czym z jego serca, jak ze źródła buchnęła na mnie energia żywej, najprawdziwszej w świecie chrystusowej miłości, która jeszcze przez pół następnego dnia poruszała mnie do łez.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s