Statki czasu

W poprzednim wpisie poruszyłam temat tożsamości we śnie, która potrafi się dyskretnie, albo mniej dyskretnie zmieniać. Ego jest względne, przypomina ubranie, jest formą jakby zewnętrzną wobec świadomości Obserwatora. Przynależy sieci karmicznej związanej z 5 poziomem świadomości.

okoHorusa

Obserwator (z poziomu 7), którego często nazywam Okiem, gdyż takim symbolem, przypominającym oko Horusa, przedstawiono mi we śnie jego rolę i stabilne, niezmienne położenie na mapie Świadomości pomiędzy stopniami drabiny niebieskiej wiodącymi w dół i stopniami w górę, potrafi odczytywać swobodnie zapisy pamięciowe z różnych czasów, dowolnych osób z przestrzeni materialnej i subtelnej. Czyni to jednak w jakimś swoim potajemnym celu, którego rozwikłać łatwo się nie daje. Być może potrzeba czasu, aby zrozumieć przesłanie. Jak to było ze snem z poprzedniego wpisu, który tak naprawdę przepowiedział mi ważne dla mnie napotkanie człowieka i jego wiedzy, które zdarzyło się prawie 20 lat później.

Ściślej mówiąc, w tego rodzaju snach, śnienie oczami innej osoby nie jest tak do końca „czyste”. Ponieważ zachowujemy naszą pamięć i tożsamość, która dopiero w konfrontacji z obcymi sobie zjawiskami we śnie zaczyna odczuwać, że „coś tu jest grane” i że „to chyba nie ja”. Nie do końca osoba, która śni, Ewa, Jaś, czy Małgosia. Jeśli Obserwator sięga czasem po zasoby informacji z wyższej półki, obie tożsamości są wtedy jednakowo aktywne i na wspólnym sobie poziomie, względnym wobec wiedzy płynącej do nich z góry. W efekcie sen przypomina taniec energii, ubierającej się co chwila w różne postaci.

Takim, zdaje się był sen z 11 grudnia 1998 roku, gdy nad ranem zaczęłam śnić z perspektywy mężczyzny, lat około 40, czyli w moim wieku, mieszkańca Stanów Zjednoczonych. Był on/ja członkiem niewielkiej grupki kilku osób, zajmujących się wiedzą tajemną i badaniem zagadek bytu. Przybył do nich/nas zza Oceanu Balarama i przyniósł im/nam ze sobą ważną tajemnicę.
Tak, czytałem o niej wcześniej w książce Fan…r…. t/l… k…y…`a (?) Pun(v)h…am`a (?), to dla mnie żadna nowość. Teraz widzę, jak moje dłonie wertują ją, czytam tytuł i nazwisko autora na zielonej okładce, ale to migocze i tak trudno spamiętać szczegółowe ułożenie liter. Tom przypomina mi posiadane wydanie PIW w serii w zielonej okładce  „Popol Vuh. Księgi narodu Quiche”. Dysponuje nią od dawna nasza grupa wtajemniczonych, ale dotąd nie korzystałem w praktyce z tej wiedzy, ze względu na starego ojca, którego nie chciałem opuszczać, ani niepokoić. Tytuł książki brzmi „Statki czasu”.
Gdy jeszcze powtarzam sobie w pamięci usłyszany (zapewne wypowiedziany głosem śnienia) tytuł, nazwisko autora zaczyna mi się kojarzyć z „furtkami Pana” i natychmiast pojawia się przypomnienie różnych postaci z Biblii, które poznały także tę tajemnicę, Henocha, Mojżesza, Aarona, Eliasza, Ezechiela, apostoła Filipa, jak również stara legenda o świętym Janie, autorze Apokalipsy, który z woli Jezusa nie umarł, ale gdzieś zniknął.
Książka opisuje sposób przenoszenia się w czasie w dowolne miejsca. Treść dociera do mnie bezpośrednio w podwyższonym stanie świadomości. Skorzystało z tej wiedzy kilka osób dawniej i zatrzymało się we współczesności, gdzie możliwości używania komputerów, internetu i różne wynalazki skusiły ich do osiedlenia się na stałe. Czy naprawdę jestem kimś spośród nich? Siedzę przed komputerem i ogarnia mnie zdumienie. W wyobraźni pojawia się jakaś siła niematerialna, rodzaj spiralnej wirowej fali podwyższonych wibracji, na którą wsiada się, znika w obecnej chwili, krąży w niewidzialnej sferze wokół różnych wydarzeń w przyszłości, jak wokół jakichś wzgórz, czy wysp i wysiada wtedy, gdy się tego zapragnie.
Myślę o niezwykłej sile potrzebnej do wizualizacji takiego statku i, że mnie się to przecież nigdy w życiu nie uda. Żaden ze mnie wybraniec losu. Eksterioryzacja to umiejętność specjalnie utalentowanych, a ja przecież nie potrafię tego stanu (jak i wszystkich innych zmienionych stanów świadomości) wywoływać z własnej woli. One same przychodzą, albo nie.
Wszystkie te informacje podawane są w sposób przyspieszony i panoramiczny, i nie nadążam z ich zapamiętywaniem, a najdziwniejsze jest to, że głos opowiadającego o tym mężczyzny przestaje być w końcu moimi myślami i nagle zaczynam go słyszeć z zewnątrz. Brzmi coraz głośniej i realnieje, jak głos radiowego spikera tak, że w pierwszej chwili po obudzeniu chcę odruchowo wyłączyć radio. I dopiero wtedy uzmysławiam sobie, że już od przynajmniej dziesięciu lat nie stawiam odbiornika obok łóżka, żeby budził mnie do pracy poranny III program, włączający się niegdyś kilka minut przed szóstą! Mało tego, od tylu lat nie chodzę do pracy i w ogóle nie muszę wcześnie wstawać.
Kiedy wróciła mi przytomność ciała fizycznego, głos znikł. Ale po krótkim czasie rozbrzmiał jak codziennie o tej porze dzwon w naszym parafialnym kościele. Była zatem szósta rano. Nie wiedziałam, jak odczytać tę godzinę 5:50 lub 5:55 rano, jednak była to ta sama informacja, jaką dostałam przy innym lądowaniu po wysokiej podróży, gdy zaczęłam krążyć w pętli czasowej. Relacja z tego snu znajduje się we wpisie pt. Gwiezdni ludzie. To była wskazówka, że wracając zahaczam o 5 poziom przyczynowy.
Poza tym 6:00 rano to świt. Dzwon na pobudkę o świcie. Szósty poziom gromadzi zaś aspekty jednej duszy w polu wspólnej dla nich świadomości.

Analizę takiego snu zaczynam od rozdzielenia cech i przedstawienia sobie osoby, którą śniłam. W tym wypadku chodzi o mężczyznę w średnim wieku, mieszkającego w USA i interesującego się tajemnicami i zagadkami tego i nie z tego świata. Oczytanego, zbierającego różnego rodzaju informacje z książek. Który nie dysponuje zdolnościami wędrowania po drugiej stronie. Być może historia z ojcem jest też ważna. I fakt pływania po morzach i oceanach, między wyspami. Istotny jest też głos radiowy…

Tutaj muszę przyznać, podobnie jak zrobiłam to z okazji „rozkminiania” snu o Jarku Bzomie z poprzedniego wpisu, że wiem już o kogo chodzi. Zdałam sobie z tego sprawę bardzo niedawno, po rozmowie przez internet z… Chrisem Miekiną. Dziwnym zbiegiem okoliczności przypomniałam mu wtedy o księdze Popol Vuh i jej tajemnym znaczeniu, co uznał za istotne, ponieważ mocno się przejął Indianami Południowoamerykańskimi i czyni tam swoje podróże. Jest autorem bloga Nowa Atlantyda i licznych mówionych audycji w internetowym radiu Paranormalium, prowadzącym własny kanał „Paralaxa”, przemianowany jakiś czas temu na „Polaraxę” (do łatwego znalezienia na You Tube)… A owe nazwy programów zbliżone są do imienia Balarama, które zapewne zniekształciła moja pamięć po wyjściu na jawę. Wystarczy B zamienić na P, a l na r, żeby wyszło Para-ra-…
Pierwszą część wyśnionego tytułu, nazwisko autora, czyżby można było przypisać Ferluce z Salzburga?

Cel tego przedstawienia mi się 20 lat wcześniej pozostaje dla mnie nieznany. Być może ma to być kolejna ciekawostka na blogu Transwizjon.
Oba sny znalazły się w mojej książce „Przemiany w ultrafiolecie” wydanej w 2003 roku, zatem istnieje dowód, że nie zmyślam.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s