Ojciec

W świecie snów ważną rolę pełnią rodzice, rodzina w ogóle. Aby dobrze pojąć rodzicielską, ojcowską i matczyną rolę „tam”, należy znać i przemyśleć swoje relacje z rodzicami w świecie na jawie. Napiszę więcej o tym w kolejnym wpisie. Bowiem teraz przedstawiam kogoś, kto zaczął w pewnym momencie grać ważną dla mnie postać po drugiej stronie. Jego życie i osobę ziemską, i nieco stamtąd. Swoją drogą to ważny osobiście moment, bo niedługo minie trzydziestolecie jego śmierci.

Po drugiej stronie

Mały dzieciak na ojcowskiej furmance, zaprzężonej w wyleniałą kobyłę, patrzący wielkimi oczami na wypalone ruiny Warszawy. Dokąd przybyli, aby poratować w biedzie i chłodzie powrotu, stryjeczną rodzinę. Ten widok jeszcze miejscami dymiącego i zabitego bezwzględnie świata zapadł mu w duszę na zawsze. I wracał przez całe życie przy okazjach wspomnień, zwierzeń, smutku. Jako obraz jego do głębi zranionego serca.

ruinyWawy

Skrzywiony do płaczu kilkulatek stojący na krześle obok swego starszego brata z komunijną gromnicą w ręku.

Potem dwunastolatek wędrujący po lesie za grzybami z ukochaną suką o imieniu Wierna. Pies nauczył się świetnie je odnajdywać, a nawet odróżniać jadalne od „psich”.

Następnie gimnazjalista przyjaźniący się z karłem. Zapamiętały mol książkowy, uwielbiający w dzieciństwie opowieści o Tarzanie, Mowglim, Robinsonie Crusoe, książki Coopera i Sienkiewicza. A potem wielbiciel Hemingwaya, Steinbecka, Remarque`a. Znakomity biegacz na krótkie i średnie dystanse, często pomagał przyjacielowi, uciekając z nim przed zgrają kolegów naśmiewających się w ubikacji z „kurdupla” obdarzonego większym przyrodzeniem, niż oni. Karzeł stawiał stopę na jego stopie i w ten sposób, podtrzymywany za ramię mógł biec kilkakrotnie szybciej, niż sam by potrafił. Z czasem stopę zastąpił motor, na który często go zabierał, ku uciesze wiejskiej gawiedzi.

Potem niedoszły student uczelni sportowej, pod przymusem despotycznie nastawionej matki uczący się jak gdyby wbrew sobie medycyny.

Młody lekarz mimo wszystko z powołaniem, pracujący w wiejskiej przychodni.

Zakochany żonkoś, w modnych przyciemnianych okularach, po pracy zajeżdżający motocyklem, aby spotkać się z żoną w jej służbowym pokoiku w drewnianej wiejskiej chacie.

Młody ojciec chodzący niespokojnie z kąta w kąt na korytarzu izby porodowej podczas mozolnego przyjścia na świat pierworodnego dziecka.

Dojrzewający lekarz w biednym polskim trudzie lat sześćdziesiątych. Uczył się być bardziej dla innych, niż dla siebie. Natrętnie stukający do drzwi i okien ludzie, przeważnie chłopi z pobliskich i dalszych wiosek nie dawali mu spokoju przez całą dobę; był jedynym lekarzem w okolicy, który nie zamykał się przed potrzebującymi o żadnej porze dnia i nocy. Wychodził do chorych, telepał się furmanką (o wiele rzadziej jakimś motorem, gdyż o samochodzie nikt jeszcze w tych czasach nie marzył) parę kilometrów w zimnie i deszczu nierzadko kilka razy w ciągu tej samej nocy. Rano zaś szedł na ósmą przyjmować pacjentów do przychodni.

Szybko obsuwający się w depresję, lekomanię, nikotynizm i alkoholizm smutny frustrat, nawiedzany przez nocne zmory i koszmarne cienie. Przeszkadzały mu spać równie skutecznie jak pacjenci.

Jednocześnie lekarz, który miał zawsze czas na wysłuchanie chorych, pogłaskanie dziecka, ulubieniec starszych pań i starszych panów, nierzadko w zaufaniu radzących się u niego w intymnych sprawach. Które wciąż dla nich były ważne. Biorący od pacjentów zapłatę „co łaska”, także w produktach naturalnych, grzybach, drobiu, jajach, gdy nie było pieniędzy, lub w formie pomocy w pracy przy domu.

Z czasem sam coraz bardziej chory na różne wywołane nałogami przypadłości, z pasją opiekujący się miejscową drużyną piłkarską rencista. Wysiadujący na parkowej ławce i zagadujący do każdego, kto przechodził obok, serdecznie i ciepło, czasem z ciętą ironią. Najlepszy kolega wiejskich żulików, którzy zawsze z poświęceniem przynosili go do domu, gdy opadł był z sił. Albo pomagali pozbierać się w trakcie i po ataku padaczki.

W dziwny sposób napełniony coraz czystszą, nieomal chrystusową energią, rzadko myjący się i nieprzejmujący swoim strojem outsider.

Zmarł nagle, w nocy, w pozycji klęczącej. Ksiądz przyspieszył pogrzeb o jeden dzień ze względu na jego niebezpieczną popularność wśród ludu, a przecież był na bakier z kościołem od lat młodzieńczych i to należało napiętnować. Mimo to przyszła niezliczona ilość odprowadzających, wielu dołączyło do kolumny po wyprowadzeniu trumny z kościoła. Rzeczywiście, następnego dnia, gdyby dojechali ludzie z wiosek, mogłaby to już być manifestacja.

Przed wyprowadzeniem z domu trumny z ciałem zjawiła się Katarzynka, głuchoniema kobieta z pobliskiej wsi. Kilka lat wcześniej codziennie współczująco do niej zaglądał, gdy samotnie borykała się ze śmiertelną chorobą starej matki. Czasem nawet pomagał finansowo, choć sam niewiele miał. Długo stała za plecami modlących się, aż wreszcie podjęła decyzję i nieśmiało podszedłszy do nieboszczyka położyła mu w nogach bukiecik polnych kwiatów nazbieranych świeżo na łące. Ten bukiecik pozostał z nim w trumnie jako najcenniejsze podziękowanie.

Cmentarz znajdował się dwa kilometry od kościoła, na wzgórzu za miasteczkiem. Dlatego przy każdym pogrzebie wynajmowano dwie grupy mężczyzn, którzy na zmianę nieśli trumnę na ramionach. Tym razem sami się zgłosili, cała drużyna kolegów od kieliszka. Faceci o czerwonych nalanych twarzach, sinych nosach, w spranych garniturach, nieomal wyrywali sobie trumnę z rąk zmieniając się co kilka minut. Nie dla tego, że była tak ciężka, gdyż ważył już za życia tyle, co chuchro. Ale było ich tak wielu i każdy z nich chciał go osobiście ponieść, choćby raz.

Zgodnie nie wzięli za to pieniędzy od wdowy. Urządzili sobie sami stypę w miejscowej gospodzie. Którą trzeba było na następny dzień zamknąć, aby zlikwidować szkody, które poczynili w pijackim żalu. Na Zaduszki po słowiańsku lali wódkę na jego grób zagryzając chlebem i kiełbasą i opłakując go szczerymi łzami. Wkrótce po kolei wielu z nich odeszło tam za nim.

Mój ojciec.

*

Już wkrótce, zgodnie z obietnicą, którą mi wiele razy składał, zaczął przychodzić z wizytami. Po raz pierwszy kilka nocy po swej śmierci. Kiedy chciałam mu we śnie pokazać drogę, gdzie ma się udać odpowiedział tylko, obejmując mnie: „Ja już wszystko wiem…”. Owo objęcie wprowadziło mnie w trans. Jego dalsze pojawienia się poprzedzał dziwny głęboki sen, w jaki bezwolnie wpadałam. Oprócz stwierdzenia, że: „Kiedy umrę, zobaczysz, oni zaczną ciebie odwiedzać …”, inna jego obietnica brzmiała: „Będę do ciebie przychodził, żeby ci pomagać…”. Może z tego powodu nie bałam się jego wizyt, ani tego, co miał mi do przekazania. Jego obecności towarzyszyło zazwyczaj mrowienie w całym ciele i uczucie jakże słodkiej przyjemności rozlewającej się z głębi serca.

Pewnej nocy zaprosił mnie do swego świata.

Weszliśmy wprost z maleńkiej, brukowanej uliczki w starym prowincjonalnym mieście do przytulnej kafejki w stylu lat czterdziestych. Po sposobie zachowania ojca poznałam, że jest w niej stałym bywalcem. Miał także swoje ulubione miejsce przy okrągłym stoliku w głębi. Usiedliśmy oboje właśnie tam.
Rozejrzałam się z wielką uwagą, zafascynowana precyzyjną dokładnością szczegółów tego, co mnie otaczało. Świat mojego taty wydawał się doskonały i bezwzględnie rzeczywisty.

popiol

– Wiesz, nie przypuszczałam, że czasy, o których lubiłeś czytać w książkach są ci aż tak bardzo drogie. Wszystko tutaj wydaje się takie prawdziwe! I trochę, jak w filmie „Popiół i diament”! – szepnęłam zachwycona. Ciemne okulary na twarzy mojego ojca upodabniały go teraz bardzo do aktora, grającego główną rolę w tym filmie, Zbyszka Cybulskiego.

Obok stolika stał drewniany wieszak na ubrania i trochę dalej stare pianino. Zza bufetu wychylała się gruba uśmiechnięta barmanka, w białym krochmalonym fartuszku i koronkowym czepku na głowie. Poczułam się świetnie, a zadowolony ojciec zanucił mi kilka swoich ulubionych piosenek. Były to melodie modne w latach drugiej wojny, śpiewane przez żołnierzy i młodzież walczącą w ruchu oporu. Zaskoczyło mnie to, bo za życia w ogóle nie miał słuchu i nawet nigdy nie próbował tego robić.

Ledwie skończył nucić, w całej kawiarence rozległy się stare utwory z przedwojennych i powojennych płyt. „Czy widzisz te gruzy na szczycie? Tam wróg twój się kryje jak szczur…” – popłynęło najpierw, jak w filmie. Potem zaś ciszej i nostalgicznie „Tango Notturno”… To barmanka świetnie znająca już jego gusty włączyła gramofon z tubą. Zrobiło się bardzo, bardzo przyjemnie i tylko ten stan błogości zakłócali czasem wojskowi, wchodzący i wychodzący jak gdyby bez celu do kafejki. Zastanowiło mnie to.

– Tak jakby coś sprawdzali, albo może kogoś szukali?

– Nie mam pojęcia – odpowiedział zdawkowo ojciec odwracając się od wchodzących plecami. – Może lepiej się tym nie interesować? Świat, w którym żyjesz na co dzień jest pod kontrolą, a ja starałem się nie obudzić niczyjej uwagi.

– Może oni są z twojego poprzedniego życia? – zasugerowałam.

Zastanowił się nad tym poważnie, ale bez konsekwencji.

– Teraz wracam w przeszłość. Tam, gdzie jestem czas nie istnieje.

Zrezygnowałam z dalszych nagabywań, gdyż ogarnęło mnie wrażenie, że rozmawiamy w różnych językach. Moje pytania brzmiały w jego uszach inaczej, niż zamierzyłam. A jego odpowiedzi zdawały się jedynie niezrozumiałymi podpowiedziami na tematy, które jeszcze w ogóle nawet nie przyszły mi do głowy. Spytałam, czy powie mi coś o mojej przyszłości.

– Nie. Nie pozwolono mi – uciął szybko. Tym razem na temat.

Nie nalegałam. To nie wydawało mi się zresztą wtedy bardzo ważne.

Odszedł tak samo nagle, jak się zjawił.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s