Z dziennika wzięć zapis 1

Tych zdarzeń komentować nie zamierzam. Niech mówią same za siebie. Notatki z nocnych przeżyć robiłam bardzo skrupulatnie każdego dnia, rozumiejąc, że podlegam jakiemuś szczególnemu „odgórnemu” procesowi, któremu mimo wszystko muszę zaufać. Bo nie mam innego wyjścia. Wizyty nocne powtarzały się zrazu co noc, potem nieco rzadziej aż do 2003 roku. Z czasem zastąpiły go rozbudowane wizyjne sny z „wyższej półki”. Niniejszy zapis wszedł w skład mojej książki „Przemiany w ultrafiolecie” wydanej w 2003 w Wydawnictwie Brama.

*

7 stycznia 1999 roku. Coś się wydarzyło w nocy, czego nie zapamiętałam, a po czym poczułam się bardzo dziwnie. Spędziłam potem prawie cały dzień siedząc nieruchomo na krześle, w specyficznym obezwładnieniu ciała i umysłu.

11 stycznia 1999 roku. Przyśniła mi się postać w mnisim habicie i kapturze, stojąca za drzwiami mojego pokoju. Obudziły mnie… prawdziwe zastrzyki w lewy pośladek.

13 stycznia 1999 roku. W środku nocy ocknęłam się z jakiegoś niepamiętanego transu w swoim łóżku jako… Jezus Chrystus, cały w uśmiechach, bardzo, bardzo szczęśliwy.

14 stycznia 1999 roku. Otworzyłam nagle oczy, wyrwana na jawę z głębokiego snu z jedną tylko, ale za to jakże radosną myślą: „Pochodzę z przyszłości!”

15 stycznia 1999 roku około 3:00 w nocy obudziło mnie nagle coś podobnego do gwałtownego rumoru i okrzyk mamy śpiącej w sąsiednim pokoju, krótki, urwany, jak gdyby napadnięto ją z zaskoczenia. Kiedy jednak ocknęłam się, okazało się, że w domu panuje kompletna cisza, więc uznałam wszystko za sen. Tylko bez żadnego powodu serce biło mi jak oszalałe i nie wiem, z jakiego powodu myślałam uporczywie o białym kosmicie widzianym kiedyś za oknem. Jak gdyby w odpowiedzi na te myśli (i wewnętrzne perswazje w rodzaju: to był tylko sen, nie jawa) rozległy się kilka razy głośne stuknięcia w blaszany parapet okna od zewnątrz i po chwili z pewnej odległości na podwórzu zaszczekał pies – krótko, bez agresji, ale ostrzegawczo.
Nie mogłam zasnąć. Uporczywie analizowałam zapamiętane strzępki snu, z którego właśnie się obudziłam. Majaczyli mi w głowie dwaj moi koledzy, horoskopowi bliźniacy, którzy trzymając się za ręce wyfrunęli z pokoju przez okno, także troje śpiewających dzieci oraz dwie wypalone świece w lichtarzu. Druga zgasła na moich oczach, co mnie zdumiało, gdyż byłam przekonana, że dopiero co nową zapaliłam, a tu tymczasem zostały tylko resztki stearyny i kawałek wypalonego knota. Na koniec zjawiał się w pamięci króciusieńki obraz kilku (może trzech) białych, szczupłych, niewysokich istot w moim pokoju i męski, mechaniczny głos mówiący, że trzeba będzie jeszcze pokłonić się trzy razy. Poza tym bolało mnie prawe biodro i czułam wzmożone mrowienia w gardle. Zdziwił mnie także fakt, że termofor, którym zawsze rozgrzewam stopy w zimie jest jeszcze o tej porze ciepły, zazwyczaj szybko stygnie i powinien już być chłodny.
Około 5:00 rano (odróżniałam tę godzinę, gdyż sąsiad o tej porze codziennie wyjeżdżał do pracy samochodem) zdałam sobie sprawę, że wchodzę w trans. Znienacka poczułam na plecach obecność mężczyzny, znanego mi od lat z wielu wizyt. Uznałam go za ducha mojego ojca. Teraz szeptał mi jakieś informacje do lewego ucha, a ja wiedziałam, że to nie jest mój ojciec! Jego głos brzmiał o wiele młodziej i miał mechaniczne zabarwienie. Jego słowa docierały do mnie niewyraźnie. Słychać było lekki szum i trzaski zakłócające odbiór, trochę jak w źle dostrojonym odbiorniku radiowym. Zrozumiałam tylko, że ostrzega mnie przed spotkaniem z czymś złym w przyszłości, a także podkreśla znaczenie tego, co zaczęłam właśnie zapisywać w komputerze.
– To prawdziwy skarb, pilnuj go – mówił tak najwyraźniej o moich zapiskach, co mnie zdziwiło. Nie miałam o nich (ani tym bardziej o sobie) zbyt wielkiego mniemania. Ponieważ z trudem docierała do mnie treść jego słów, kilkakrotnie poprosiłam go o powtórzenie informacji, a on bardzo cierpliwie powtarzał wszystko od początku. Na koniec zapytał, czy chcę wiedzieć coś jeszcze.
– Tak, powiedz mi, co się wydarzy w moim życiu osobistym.
Skwapliwie i życzliwie przepowiedział mi bieg wypadków, a kiedy skończył, zorientowałam się, że wokół mnie kręci się więcej osób. Naliczyłam trzy. Dwaj krótko ostrzyżeni bruneci we współczesnych ubraniach. Mieli jakieś czarne aparaty w rękach, które wydały mi się podobne do podręcznych magnetofonów, trochę większych od telefonu komórkowego. Obaj byli bliźniaczo do siebie podobni. Rozmawiali swobodnie, a ton ich głosów (taki specyficznie mechanicznie bezosobowy, jak u oddanych pracowników reklamujących wyroby swojej firmy) kazał mi myśleć, że spełniają ściśle określone obowiązki. Ten, co ze mną rozmawiał pozostawał cały czas, jak niewidzialny sobowtór, z tyłu za moimi plecami i do końca nie udało mi się zobaczyć jego twarzy. Jego głos jednak, w porównaniu z bliźniakami był bardziej indywidualny, emocjonalny i tym samym bardziej ludzki. Trzecia, a właściwie czwarta osoba zdawała się bardziej interesująca.

jadeit
Stary człowiek, wyglądający tak, jakby skórę twarzy miał nałożoną jak maskę na swoją głowę, uśmiechał się, a kąciki ust opadały mu po bokach. To samo działo się z jego oczami, które z kolei sprawiały wrażenie większych od otworów na oczy. Poza tym same oczy były przedziwne. Olbrzymie, migdałowe, jasne (w kolorze zielonkawego jadeitu), pokryte kilkoma błonami, zachodzącymi na gałkę oczną z czterech stron, od dołu, z góry i z obu boków, jak cztery jasne półksiężyce. Był kimś innym, na pewno o wiele ważniejszym od dwóch „specjalistów” kręcących się wokół mnie, co dało się wywnioskować z ich zachowania, gdyż on sam żadnym gestem nie podkreślał swej roli.
Zorientowałam się, że robią mi jakiś zabieg, ponieważ ten z tyłu pokazał na dłoni wyciągnięty (pewnie z moich pleców) dość długi pręcik (przypominał cienki, jasnobrązowy gwoździk), otoczony strzępkiem białej, tłustej tkanki. Padł z jego ust krótki komentarz: – No tak…
Bałam się bólu, ale nie poczułam go.
Starzec sprawiał wrażenie, mimo wielkiej brzydoty, kogoś sympatycznego i bliskiego. Jego uśmiech i spojrzenie były pełne dobrotliwej, wyrozumiałej i żartobliwej miłości. Promieniował nią. Uśmiechał się z miłością dosłownie całym sobą. Budził wielkie zaufanie, jak niezwykle kochający, mądry ojciec. Zadawałam pytania, które jednak padały w próżnię. Obserwując specjalistów zastanawiałam się nad światem, w którym przebywają, poza znaną mi, karmicznie uwarunkowaną czasoprzestrzenią, tam gdzie panują inne prawa i skąd można obserwować i kontrolować materię oraz ludzi takich jak ja. Interesowały mnie moje przyszłe wcielenia i to, ile ich jeszcze będzie. Tymczasem jeden ze specjalistów rzucił mimochodem wiadomość, że Franek K. urodzi się jeszcze trzy razy. Pytałam jednak o siebie, nie o niego, a oni udawali, że nie słyszą, zajęci swoimi sprawami.
Ten z tyłu wciąż mnie obejmował w pasie, co silnie mrowiło. Postanowiłam przedstawić swój problem starcowi, a pytając go, czułam się jak małe, ciekawskie dziecko siedzące u stóp mądrego ojca (musiało nastąpić, niepostrzeżenie dla mnie, jeszcze dodatkowe rozdzielenie ciał subtelnych). Patrzył na mnie wciąż uśmiechającymi się oczami. Skóra maski-twarzy zwisała mu zwłaszcza w dolnej partii głowy, tak jakby wcale nie miał podbródka. Ponieważ nie kwapił się do odpowiedzi, zmieniłam w końcu pytanie.

– A ty ile masz lat?

– Tysiąc – odpowiedział po prostu. I dodał – Ale ty będziesz miała już niedługo 250.

Nie dostałam żadnego innego wyjaśnienia. „Specjaliści” (czy może asystenci) wspomnieli jedynie, że przez jakiś czas po zabiegu mogę odczuwać brak energii.
I obudziłam się jak gdyby nigdy nic w swoim łóżku. Do rana ciągnęły się sny wizyjne, z których wyrwał mnie niezbyt głośny męski głos, wydobywający się z mojej prawej ręki, oznajmiający radośnie:
– Wiadomości od Boga!

16 stycznia 1999 roku. Tej nocy męczyło mnie pragnienie. W końcu zmobilizowałam się, usiadłam na brzegu tapczanu i wtedy usłyszałam kilka niezrozumiałych dźwięków, jak gdyby coś szybko odsunęło się ode mnie i potrąciło przy okazji o stolik (sprawdziłam, nie zahaczyłam o nic ręką ani nogą). Wyszłam z lekkim zawrotem głowy do kuchni, napiłam się wody, a gdy wróciłam i zgasiłam światło, zobaczyłam dwie ciemne plamy przed sobą, gdzieś na wysokości ramion (tj. około metra), odsuwające się prędko w głąb pokoju. Trochę się bałam, w łóżku poczułam się bezpieczniej, ale przez dłuższy czas, nim zasnęłam, czułam się dziwnie. Jak gdyby zamieszkała we mnie świadomość (i tożsamość) prastarej, niezwykle mądrej, kosmicznej istoty, nawet „miałam” wielkie, czarne oczy, jak ona. Wtedy zdałam sobie sprawę, że ta tożsamość ogarnęła mnie nie po raz pierwszy w życiu, znam ją z przynajmniej kilku głębokich medytacji. Rano to wrażenie stopniowo zanikło.

17 stycznia 1999 roku. Miałam wizytę przyjaciół. Długo w noc gadaliśmy o głupstwach przy wytrawnym winie. Położyliśmy się spać o pierwszej po północy, a ja myślałam sobie z nadzieją, że chociaż tej nocy będę mieć spokój z powodu obecności ludzi w domu. Nagle zjawił się dobrze mi znany strach. Chwilę potem coś szybko przeturlało się po podłodze. I znów jakiś hałas. Przeleżałam, nie śpiąc prawie do świtu. A rano zobaczyłam ze zdumieniem, że poduszka spod mojej głowy leży dokładnie po środku pokoju, na podłodze!

Cdn.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s