Z dziennika wzięć zapis 2

Jak poprzednio powstrzymuję się od komentarzy. Zwłaszcza, że gadoidy, czyli reptilianie są modnym tematem od jakiegoś czasu. Wtedy, gdy zdałam sobie sprawę z ich obecności i roli, jaką zajmują na polu Świadomości, wiedziałam o nich dość mało. Najwięcej, jak się okazało, z ksiąg indyjskich. Teraz, przeszukując popularne zasoby grafik internetowych w gadzim temacie niewiele znalazłam rysunków choćby z grubsza podobnych do istot, które widziałam i wyczuwałam.
Zwracam też uwagę, że spotkania z drugą stroną były naprzemienne, jeśli chodzi o coś, co z ludzkiego punktu widzenia można nazwać: dobro i zło, jasne i ciemne. Strach był dozowany i pod jakąś kontrolą. Istoty były różnego autoramentu, włączając także wśród nich bogów i anioły. Zwracam uwagę na wizytę pary w psiej czapce.

anunnaki

19 stycznia 1999 roku. Krótko po północy na dworze zaczęło się coś dziać. Mój stary, kilkunastoletni pies obszczekiwał z młodzieńczą zajadłością i wyraźną wrogością trasę wzdłuż ogrodzenia sąsiada przed domem. Zaniepokoiło mnie to. Poczułam ogarniające mnie wbrew woli nastroje i myśli, które można by scharakteryzować jako demoniczne, złe, opętańcze. I nagle coś się pojawiło koło tapczanu. Byłam zawinięta w kołdrę aż po czubek głowy, ale strach, który poczułam, jeżący włosy na całym ciele, kazał mi się ukryć jeszcze szczelniej. Zaczęłam jak katarynka powtarzać słowa pacierza, a lęk tak się wzmógł, że pomyślałam, iż muszę się przygotować na śmierć.
Odniosłam wrażenie, że to „coś” usiłuje do mnie dotrzeć. Obwąchiwało mnie jak pies, dotykało, muskając kołdrę z zewnątrz i odniosłam wrażenie, że ma szponiaste, zakończone bardzo długimi i ostrymi pazurami, palce. W końcu chyba ustaliło sobie to, co miało ustalić i zaraz usłyszałam dziwny i obcy dźwięk – jego głos. Było to ciche mamrotanie, ostro świszcząco-syczący szept, wypowiadający jakieś niezrozumiałe „mantry”, być może miało mnie uśpić lub coś mi zasugerować, gdyż poczułam, że nie panuję nad swoją świadomością, choć nie straciłam przytomności. Po chwili ujrzałam pod zamkniętymi powiekami wpatrujące się we mnie uważnie i bez mrugnięcia, ogromne, szeroko otwarte, migdałowe oko. Przez dłuższą chwilę istota lustrowała zawartość mojego umysłu, a potem tak samo błyskawicznie jak się pojawiła – znikła z pokoju, przez okno.

dinozaur

Przypominała dinozaura, drapieżnego i groźnego, pochylonego, na zręcznych silnych nogach, bardzo prędkiego, o zwierzęco – zupełnie inaczej, niż ludzkie – wyostrzonych zmysłach, refleksie i percepcji. Była bezwzględnie obojętna i nie bawiła się w dostosowywanie się do ludzkiego świata, tak jak czynili to wcześniej odwiedzający mnie humanoidzi. Znała skuteczne chwyty i używała ich bez liczenia się ze skutkami dla mojej osoby. Mimo to (może właśnie z tego powodu) wydała mi się szczególnie fascynująca, niezwykła i pełna mocy. W trakcie spotkania czułam intensywne oddziaływania na splocie słonecznym, tak jakbym miała tam stalową tarczę [w mojej wyobraźni pokrytą jakimiś dziwnymi runami]. Wydawało mi się także, że jestem szczelnie wraz z głową przykryta kołdrą, ale gdy wszystko minęło okazało się, że jednak twarz mam odkrytą.

20 stycznia 1999 roku. Zaczęło się gorącym, energetycznym „plastrem” na plecach. Następnie pojawiło się coś z tyłu nad głową mające płaską, kwadratową powierzchnię, która zaczęła emitować silnie mrowiącą energię. To oddziaływanie spowodowało drgania w przełyku (w fizycznym ciele) i już po chwili całe gardło i krtań były w ten sposób „potrząsane” i „otrzepywane” z blokujących je drobnych skurczów mięśni. Wszystko trwało kilkanaście sekund, nie więcej. Poczułam silny przepływ energii, tak swędzącej, że zaczęłam pokasływać. Przyłożyłam tam ręce. Po tym zabiegu odczułam także muśnięcie nieco delikatniejszej energii w dolnej partii ciała, która natychmiast usunęła ból receptorów w stopach, dokuczający mi od kilku dni.
W końcu ktoś się nagle zjawił. Drobny nieznajomy mężczyzna. Położył się wzdłuż mojego ciała i wydawało mi się, że w jakiś sposób widzę jego zarys jako szczupły, niewyraźny cień. Powiedział, że ponieważ mam takie możliwości (pomyślałam, że chodzi mu o inicjacje reiki), uruchomi teraz we mnie przepływ energii przez dłonie i już po chwili porobił jakieś znaki. I rzeczywiście, zaraz poczułam, że dłonie robią się bardzo gorące, a trzymanie ich na grasicy i przy gardle łagodzi denerwujące podrażnienie w przełyku (wystarczyło je odjąć, aby od razu się rozkasłać). A on szybko zabrał się do bardziej mechanicznego zabiegu, gdyż poczułam, że usiłuje wbić mi igłę w udo pod lewym pośladkiem. Gdy zabolało, poruszyłam nerwowo nogą, raz, potem drugi, bolało. Usłyszałam nagły szelest w pokoju, gwałtowny ruch, i jednak zdecydowanie zdołał zrobić swoje. Zapiekło. Po czym wszystko natychmiast znikło. Na moim ciele pojawił się jednak wyraźny ślad po ukłuciu, mimo że zastrzyk dostałam bez odsuwania kołdry, tak jakby wcale jej nie było.

21 stycznia 1999 roku. Raz i na bardzo krótko pojawił się ktoś (a może raczej coś?), co ujrzałam kątem oka, jako poruszający się szybko cień. Poczułam niewielki ból po nakłuciu w miejscu starej blizny po ospie na lewym ramieniu. Drobne ukłucia tak szybko następowały po sobie jak w maszynie do szycia, a igła podnosiła się błyskawicznie po jednej linii („nitki”) i od razu ponownie uderzała w ciało. Na koniec „aparat” bardzo szybko i bezboleśnie „wyciągnął” coś znad moich zębów w górnej szczęce po lewej stronie (było to dokuczające mi sporadycznie od roku ognisko zapalne w zatoce okołoszczękowej) i znikł.

Pippi

25 stycznia 1999 roku w nocy nagle zorientowałam się, że dzieje się coś dziwnego. Usłyszałam specyficzny buczący dźwięk wokół siebie, który generował fale energii i uświadomiłam sobie, że unoszę się w powietrzu! Zsunęłam lewą rękę w dół, stwierdzając, iż rzeczywiście – wiszę jakieś 10 centymetrów nad tapczanem. Zaraz potem usłyszałam koło siebie nieznany męski głos przemawiający do mnie łagodnie w stylu: „Dobrze, a ponieważ jesteś taka grzeczna zasłużyłaś sobie na nagrodę…” i w jednej chwili moje usta otworzyły się same i poczułam ukłucie igły w górne dziąsło, nad przednimi zębami. Zabolało i trochę się przestraszyłam. Mogłam jednak otworzyć oczy i ujrzałam jakichś ludzi. Szczupłego lekarza w białym kitlu (dość szybko jednak usunął się z mojego pola widzenia) oraz niewysoką drobną pielęgniareczkę, stojącą z posłusznym pochyleniem głowy i wysłuchującą pilnie poleceń „pana doktora”. Była niska, w nieskazitelnie białym fartuszku, z grzecznym uśmiechem na piegowatej buzi okolonej rudymi włosami, wystającymi spod pielęgniarskiego czepka. Skojarzyła mi się z Pippi Langstrumpf i to mnie rozbawiło, mimo głupiej sytuacji, w której się znajdowałam. Z zapałem powtórzyła polecenie „pana doktora”, w którym było zdanie o „dwóch wiewiórkach”, co nasunęło mi pomysł, że przyjdą jeszcze jakieś nowe wiewiórko-podobne istoty z innej rasy. Tak się jednak nie stało, istoty musiały mówić o moich dwóch zębach-siekaczach, wiewiórczym atrybucie z plakatów reklamujących dzieciom szczoteczkę i pastę do zębów.

[Z podręcznego sennika: Dwa przednie zęby w symbolice snu oznaczają rodziców, w tym wypadku Matkę i Ojca ze sfery nieprzejawionej].

Obudziłam się z tego nagle, leżąc na wznak, tak jak zasnęłam. Szybko otworzyłam jedno oko, nikogo wokół mnie nie było. Tylko w ustach działo się jeszcze coś dziwnego. Na powierzchni całego górnego podniebienia czułam mechaniczne oddziaływanie jakiejś energii, wygładzającej dziąsła od wewnątrz i rozsuwającej bardzo delikatnie zęby. Prawa dwójka trochę mnie zabolała, gdy docisnęłam szczęki, ale to szybko minęło.

3 lutego 1999 roku. Przy pomocy cienkich wierteł (trochę grubszych od zwykłej igły) istoty umieściły przynajmniej kilka implantów w moich plecach, krzyczałam z bólu, ocknąwszy się w drugim ciele, daremnie. Pod obiema łopatkami i w okolicach obu nerek, także przy kręgosłupie. Głos, o zupełnie innym, niż dotychczas znane brzmieniu (pogłębionym emocjonalnie i wydobywającym się jak gdyby z okolic brzucha), mówiący z początku płynnie po angielsku! (nie znam tego języka) przygotował mnie na otrzymanie jakichś ważnych wiadomości, które mam zapisać i przekazać innym.
Z tekstu lejącego się szybko, bez akcentu, przecinków i kropek, i bez powtórek zapamiętałam informację, że istnieje jakiś ważny prezes, którego osobiste ingerencje są wielką rzadkością, a który polecił zająć się szczególnie moją osobą (a raczej tym, co robię), gdyż zależy mu na współpracy z tymi, którzy potrafią „mędrkować” (przy tym słowie głos jakby się zaciął, próbując utworzyć polskie słowo na bazie rzeczownika mądrość, efekt wyraźnie go nie zadowolił), „a ta dziewczyna potrafi”.

[Hm, prawdopodobnie szło o to, że w żadnej z takich dziwnych sytuacji nie reagowałam psychozą, fanatyzmem religijnym, ani schizofrenią, czyli nie biegłam do księdza czy lekarza, tylko sięgałam do książek, samodzielnie próbując cokolwiek zrozumieć].

4 lutego 1999 roku. Złożyłam długo odwlekaną wizytę dentystce, prosząc o zaplombowanie dolnej lewej trójki, która od miesiąca zaczęła boleśnie dawać o sobie znać. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że ząb jest całkowicie zdrowy i nie ma w nim najmniejszego śladu po ubytku, który był tam jeszcze wczoraj.

13 lutego 1999 roku około 23.30 najpierw zgasło światło w całym domu, a po kilku minutach, mimo wyłączenia zapaliło się samo w drugim pokoju, w którym nikt nie spał. Prawie jednocześnie rozpłakało się na cały głos, obudzone czymś znienacka dziecko siostry, śpiące w mieszkaniu na piętrze. Całą noc byłam dziwnie napięta i czujna, w końcu koło piątej zjawiła się jakaś istota. Jej obecność oznajmiło, przypominające zgniatanie w palcach szeleszczącego papieru, „trzeszczenie powietrza” przy moim uchu. To zaraz wprowadziło mnie w sen. Mimo to wiem dobrze, że robiono mi tej nocy jakieś zabiegi.
Co pewien czas wracałam do przytomności i wyłapywałam nieliczne wrażenia, po czym znów zabierał mnie w nieświadomość usypiający kulisty pocisk energii. Rano okazało się, że pamiętam jednak strzępki wydarzeń, fragmenty snów. Słyszałam głos istoty, przemawiającej na wysokości mojej głowy przy tapczanie. Był inny, niż dotychczas poznane, bardziej bełkotliwy (tak, jakby istota sepleniła, czyli „miała kluski w buzi”). Z potoku monotonnych wyrazów zapamiętałam jedynie słowo „śledziona” i że był to wykład na temat funkcjonowania tego organu w ciele.
Dopiero w dzień nagle przypomniałam sobie, że w pewnym momencie w sąsiednim pokoju pojawiło się coś w rodzaju dwóch buzujących energią, niewidzialnych kul (był to rodzaj odkształcenia w zewnętrznej rzeczywistości, trójwymiarowego zakrzywienia przestrzeni, przesuwającego się swobodnie w powietrzu), które błyskawicznie znalazły się przy moim tapczanie i, przyjąwszy postacie humanoidalnych istot rozsiadły się w fotelach. Jedna z nich była kobietą, druga mężczyzną. Mignęła mi jego poważna, nieco płaska i bez właściwej ludziom mimiki – twarz. Był łysy, o ziemistej cerze, miał spiczaste uszy, głębokie, ciemne oczy, płaskie i bardzo szerokie usta, oraz wystający zdecydowanie, a nawet ze sporą brutalnością, ostry podbródek. Chwilę potem jego obraz zamienił się w negatyw, twarz stała się czarna, jak gdyby zasłonięta czarną maską, a tylko oczy (i uszy) jaśniały. Żeńska istota przybrała kształt niskiej kobiety o wydatnym biuście, ale twarzy nieokreślonej, a na jej głowie zobaczyłam brązową czapkę z doszytymi po obu stronach długimi psimi uszami, a la disneyowski pies Pluto.

[Kilka tygodni później otworzyłam przypadkowo książkę o mitologii greckiej, i przeczytałam na tej stronie, że bóg podziemi Hades (Pluton) pojawiał się między ludźmi w czapce-niewidce z uszami psa. W takim razie jego towarzyszka musiała być Prozerpiną, córką Demeter.]

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s