Z dziennika wzięć zapis 3

W przedstawianych dzisiaj zapiskach są wizje diaboliczne i obecność anielska, Stara lovecraftowska Istota i wężowy humanoid, skrzydlaty smok, tarcza, oraz UFO zwiastujące śmierć w rodzinie. Wciąż mam wrażenie, że przedstawiciele innych światów, z wyży i z niży, paradowali przede mną po kolei, demonstrując siebie, swoje „moce” i rodzaj świadomości. Przedstawiało mi się Źródło we wszystkich swych przejawieniach i wymiarach. Jaki był tego cel nie mam pojęcia. Nie było w tym, mimo pozorów podobieństwa – brutalnego niszczycielstwa i lekceważenia – z jakim spotykają się na ogół ofiary różnorakich wzięć. Demony nie opętały mnie, gadoidy nie zgwałciły, humanoidy nie użyły jako inkubatora. Być może to także jest przyczyną, że moim przypadkiem nie zainteresował się żaden ufolog, ani teolog, ani egzorcysta, ani ezoteryk.
Niektóre istoty i zjawiska były przerażające, ale jednocześnie w dziwny sposób nie mogły mi zaszkodzić. Owszem, popadłam w silny kryzys nerwowy w pewnym momencie, ale udało mi się z niego wykaraskać stosunkowo szybko o własnych siłach. Wizyty, zabiegi, ataki, implantowanie i wyciąganie implantów lub wstawianie kontr-implantów przeplatać się zaczęły z apokaliptycznymi wizjami przyszłości ludzkiego świata. To one sprawiły, że zajęłam się kilka lat później tłumaczeniem nieznanych u nas tekstów Nostradamusa (można je przeczytać na moim blogu Nostradamus po polsku), w poszukiwaniu jakiegokolwiek potwierdzenia, czy wyjaśnienia tych obrazów.

aliens-et

W nocy 14 lutego 1999 roku ni stąd ni zowąd obudziła mnie ich obecność. Wytwarzali podwyższony poziom energii w całym mieszkaniu, niezwykle czystej, spokojnej, uduchowionej. Takiej energii na pewno nie wydzielają ludzie uwikłani w emocje, iluzje i różnego rodzaju pożądania. Zaczęłam w myślach spontanicznie powtarzać mantrę Om namaha śivaja. W ten sposób dość prędko dostroiłam się do nich i odniosłam wrażenie, że – na ich wzór – zmienia się moja świadomość i sposób odbierania świata. Myślałam o samej sobie zanurzonej w materii i badanych osobach z otoczenia (skądś wiedziałam, że coś takiego dzieje się w sąsiednim mieszkaniu) jako o bardzo interesujących przypadkach z ciekawego świata, który jednak nie jest moim światem. Postrzegałam materię i czas z innej, wyższej perspektywy, trudnej do opisania słowami, abstrakcyjnej i bezosobowej. Była w niej całkowita wolność od ego. W ich sposobie oglądania życia nie było nawet odrobiny emocji. Posiadają naukową ciekawość i pasję intelektualisty, ale zupełnie nie pojmują, co to jest strach o własne ciało, cierpienie, ból, pragnienie czy zachwyt, są to dla nich zjawiska zewnętrzne, naukowo opisywalne i pilnie studiowane „szkiełkiem i okiem”. Bardzo szybko odczułam brak jakiegokolwiek ciepła z ich strony i zatęskniłam za obecnością „mojego ojca”.
Wpadłam w trans i obudziłam się na poziomie drugiego ciała, leżąc na prawym boku. Ktoś stał za mną i poczułam, jak wbija mi w dół pleców grubą igłę. Zabolało, ale nie szarpałam się, tylko jęknęłam i w końcu rozpłakałam się (czując się przy tym jak małe dziecko u lekarza). Istota milczała i spokojnie, fachowo robiła swoje. Nie była wroga. Grubość igły mogła mieć nawet 1,5-2 mm średnicy i sięgała głęboko. Usłyszałam odgłos bulgotania jakiegoś rzadkiego płynu (z pewnością nie była to krew), zasysanego przez tłok. Ocknęłam się po chwili na jawie w zupełnej ciszy. W miejscu pobrania próbki narastał bardzo przykry do zniesienia ból, który odczuwałam jeszcze przez dwa dni. Wymacałam tam wyraźny ślad po ukłuciu, które odbyło się przez kołdrę, tak jakby nie stanowiła żadnej przeszkody.

Wieczorem 14 lutego 1999 roku TVP1 nadała film dokumentalny o sektach satanistycznych. Nie obejrzałam go, ale poczułam narastający niepokój już w kilka minut po emisji. Tej nocy, aż do rana walczyłam z czymś, co spadło na mnie i ogarnęło jak wielki i straszny, nieskończenie mroczny cień. Intuicyjnie zaczęłam powtarzać imię Sai Baby. Nasunęło mi się samo pewnie dlatego, że niedawno rozmawiałam ze znajomym, entuzjastycznie w niego zapatrzonym. Natychmiast moje myśli nabrały mocy dźwięku, słyszałam je, jak gdyby wypowiadane głosem. Cień nie sforsował serca i znikł. Obudziłam się spokojna i bardzo wdzięczna.
Ledwie się zdrzemnęłam, zjawił się ponownie. Tym razem oglądałam go z zewnątrz. Był smoliście czarny. Miał postać rogatego, obupłciowego, hybrydycznego kozła. Baphomet straszył, atakując demoniczną aurą, która usiłowała mnie zagarnąć i wessać w siebie opętańczo. W którymś momencie odniosłam wrażenie, że za chwilę usłyszę – całkiem na jawie –- syczący, przenikliwy głos, przypominający brzmieniem głos dinozauroida, który mnie niedawno odwiedził. Rozlegał się zza otwartych drzwi do drugiego pokoju. Ten głos miał moc, by obudzić mnie z przerażającego transu i czuwał nad zjawami powstającymi w moim mózgu. Kontrolował je!
Kolejny raz zaatakował znienacka. Obudziłam się nagle na poziomie drugiego ciała [tj. astralnej odbitki]. Widziałam nad swoją głową wirującą czarną, niewątpliwie ludzką postać. Wykrzykiwałam w wielkiej panice imię Sai. Wszystko nagle ustało i obudziłam się spokojnie na jawie. Następnym razem ukazał mi się na mgnienie oka ów demoniczny duch. Miał twarz Adolfa Hitlera.
Nad ranem przyśniło mi się, że widzę na ekranie telewizora diabelską postać, wyłączam telewizor z kontaktu, a potem otwieram pudło ze sterującymi guzikami przypominające klawiaturę komputera, które jest częścią odbiornika i znajduję w nim kartę z błogosławieństwem z okazji chrztu i pierwszej komunii świętej… uff, prawdziwa ulga. Odeszło.
Tego samego wieczoru znów jednak poczułam narastanie dziwnego niepokoju. Nauczona doświadczeniem wpatrywałam się przez jakąś godzinę w podarowane mi zdjęcie Sai Baby. Dzięki temu, kiedy położyłam się spać jego wyobrażona postać „położyła się” obok mnie. Ledwie zapadłam w pierwszy półsen, znów zaczął się atak ciemnej siły, nie był już jednak tak straszny jak poprzedni. Nagle poczułam, że otula mnie cudownie świetlista aura i mroczna energia nie ma do mnie najmniejszego dostępu! Czyjś nieznany męski głos próbował daremnie wedrzeć się do mojej psychiki, ale nie sforsował Światła i wkrótce znikł.

Powrót do równowagi emocjonalnej był już teraz kwestią godzin. Przez dwa następne dni prześladowało mnie tylko dziwne wyobrażenie. Była to spalona, smolista ciemność otaczająca mnie zewsząd w postaci łuszczącej się i rozpadającej czarnej skorupy. Nie stanowiła żadnego niebezpieczeństwa, gdyż była tylko tłem, spoza którego przenikało mnie wielkie, krystaliczne, czyste światło. Stopniowo rozpadła się zupełnie i znikła.

15 lutego 1999 roku. Wizja rozżarzonego czerwonawą, radioaktywną poświatą nieba na zachodzie. W umyśle bezpośrednie informacje o ostatecznym złamaniu i zniszczeniu bariery rozciągającej się wokół Ziemi, utrzymującej dotąd wielkie rzesze ludzi w całkowitej ignorancji i iluzji, co do spraw ducha.

Happy cartoon dragon flying

18 lutego 1999 roku. Pojawił się nagle obraz jadowitego węża, wypełzającego zza kamienia. Obudziła mnie z tego silnie wibrująca energia, rozprzestrzeniająca się nad moim ciałem, jak gdyby z jakiejś prostokątnej płaskiej tarczy. Była tak dziwnie falująca, potężna i nieodgadniona, że rozpłakałam się ze strachu (w drugim ciele) i zawołałam w jej kierunku, że bardzo się boję, bo nie rozumiem, co się dzieje. Nie przerywając oddziaływania wibracjami to „coś” pochyliło się nade mną i… polizało dużym, szerokim, psim językiem kilka razy po karku. Ta dziwna i potężna istota miała w sobie czystą, głęboką, opiekuńczą kobiecość jak matka. Jej gest budził zaufanie i całkowicie mnie uspokoił. Zresztą zaraz potem wszystko znikło, tylko w mojej wyobraźni pozostawał jeszcze dość długo obraz długiego, zielono czerwonego latającego smoka.

19 lutego 1999 roku. Poczułam obecność niewidzialnej, potężnej, anielskiej istoty o czystych wibracjach, którymi napełniła całe mieszkanie. Jednocześnie pojawił się proporcjonalnie wobec niej niewielki, wściekle warczący wilk. Istota przemówiła z początku w języku, którego nie znałam i nie potrafiłam zidentyfikować, nie był to żaden europejski ani współczesny język (mógł to być starohebrajski, a może aramejski). Po intonacji zorientowałam się, że jest to, wypowiadana z gorliwą wiarą modlitwa do Boga. Następnie głosem papieża Jana Pawła II powiedziała mi wprost do ucha:
– Wszyscy będą spokojnie zasiadać (wieczorem? w nocy? w ciemności?) przed telewizorami, kiedy niespodziewanie ujawni się straszna zbrodnia. (Tu przemknęła mi myśl o nagłym upadku jakiejś ważnej wpływowej osoby). To zaskoczy i zdziwi wszystkich. Po pierwszym szoku najpierw zapadnie cisza, ale później zacznie się hałas, zamęt i nic już odtąd nie będzie takie, jakie było.
Zaraz potem Anioł jednym ruchem ręki wydostał mnie z ciała i pofrunęłam nad przepięknym widnokręgiem, symbolicznie przedstawiającym moje przyszłe życie. Spotkałam tam nieznanych ludzi, którzy wspominali o tym, co mnie jeszcze czeka, a co rzeczywiście zaczęło się spełniać jakieś dwa lata później.

 

hełm

1 marca 1999 roku. Zaczęłam czytać Apokalipsę. W nocy ukazały się hipnagogiczne odpowiedzi na pytania. Zobaczyłam żołnierza w mundurze khaki i hełmie na głowie. Jego twarz przypominała mapę, wydłużoną ku dołowi, składającą się jakby z dwóch części, w których rozpoznałam: u dołu Afrykę, u góry – południową Europę. Kontury wybrzeży, okalających Morze Śródziemne były smoliście czarne, w środku wiele ciemnych cieni. Robiło to bardzo ponure wrażenie, bo wyglądało jak czaszka dziwnego strasznego stwora. Wkrótce twarz-mapa przemieniła się w ludzką, człowiek ten miał jednak ohydnie długi, niezwykle gruby i zakrzywiony ku dołowi, nochal. Kiedy zadałam pytanie o los religii chrześcijańskiej w Europie, ujrzałam wieżę kościelną z naszego parafialnego kościoła. Jej szczyt był poszarzały, jak gdyby wypalony i pozbawiony dzwonu. Przypominał pusty, ziejący martwą ciemnością oczodół.

6 marca 1999 roku. Nad ranem poczułam najpierw intensywne wibracje w miejscach nad uszami, po czym ukazały się obrazy z przyszłości: Smoliście i upiornie czarny mrok. Ziemia zasnuta przerażającymi chmurami, gdzieniegdzie tylko na obrzeżach chmur błyskało blade światełko. Cienie budynków, wielkich bloków mieszkalnych. Od czasu do czasu błyskały światła pojedynczych, ręcznych latarek, tak jakby ludzie szukali się albo sprawdzali sytuację.
Potem linia czasu jako podziałka na linijce. Wyraźnie zaznaczony na niej próg oddzielał jedno „tysiąclecie” od drugiego. Od strony przyszłości zmierzały ku niemu liczne niewysokie i podobne do siebie jak krople wody humanoidy. Wystający próg zamienił się nagle w dołek. Zrozumiałam, że symbolizuje wielki niespodziewany kryzys.

10.III.1999r. Śr. Od kilku dni zanik apetytu. Jem symbolicznie i raczej z rozsądku. Piję dużo czystej wody, zamiast herbaty, czy kawy. Czuję silne czyszczenie energii, osłabiające nieco ciało fizyczne, bo uruchamia ono toksyny. Pojawiła się także nadwrażliwość na głośniejsze dźwięki. Skurcz lękowy jest bardzo intensywny, czego przyczyną jest także mama, z którą pozostaję ostatnio w jedynym układzie towarzyskim. Wyczuwa, że coś się ze mną dzieje. Brakuje mi ludzi, którzy wzięliby to, co wiem na poważnie, którzy pomogliby mi się wyrównać. Do tego tekst Apokalipsy jest napisany w tak pełnym grozy języku, że dodaje mi tylko ciężaru do niesienia. Wszystko, na co spojrzę wydaje mi się straszne, makabryczne. Nie mogę oglądać telewizji i uśmiechniętych ludzi (w mojej wyobraźni spływa z nich krew, hektolitry krwi), wciąga mnie jakiś ponury lej, rozedrganie, pojawiają się skurcze przełyku i odruchy wymiotne, czasem całe moje ciało drga w jakichś niekontrolowanych skurczach (raz poczułam wtedy silne pulsowanie na karku), prawie nic nie jem.
Mantrowałam, ale w stresie. Pomodliłam się o pomoc, o wsparcie, o miłość, która wyrwałaby mnie z tej przepaści lękowej i wsparła w życiu. Jestem z tym zupełnie sama. W nocy zjawili się. Była to czyjaś przyjazna, czysta Obecność, bez ingerencji. Nad łóżkiem (dużym, małżeńskim moich rodziców) w ścianie było gniazdko, w które wetknięto aż 3 wtyczki z przewodami jednocześnie. 2 z nich rozchodziły się wzdłuż ściany, na prawo i lewo, a trzecia była jakoś połączona z moim ojcem, który leżał w łóżku i był z nią kłopot energetyczny, iskrzyła. Ojciec leżał na odwrót w łóżku, nogami do ściany, a ja obejmowałam go od strony pleców i głaskałam uspokajająco po głowie, próbując przemówić do rozsądku i pocieszyć. Był inny, niż w rzeczywistości, przede wszystkim młodszy (może w moim wieku teraz), miał inny głos, ale za to narzekał i biadał dokładnie jak kiedyś. Przepełniały go rozpaczliwe żale do świata i na swój los. Skarżył się, że kiedy wypełni komuś kupon Toto-lotka, to ten ktoś wygrywa, a jemu nigdy się to nie udało. Perswadowałam mu cierpliwie, że nie czas teraz tym się zajmować, że jest już na to za późno.
[Sen odczytuję w odwróceniu. Istota przybierająca postać ojca usiłowała mnie pocieszyć i wytłumaczyć, że dręczę się podobnie, jak robił to kiedyś mój ojciec. Co sprawia kłopot w przesyłaniu energii i kontakcie.]

ctulhu

12 marca 1999 roku. W świadomym śnie szłam z ojcem ulicą miasta i na nocnym niebie spostrzegłam trzy światła szybko zmieniające kurs. Zaaferowana pokazałam pojazdy ojcu, a on stanowczym tonem kazał mi zatrzymać się i nie ruszać. W tej samej chwili obudziłam się na poziomie drugiego ciała i ujrzałam jak z jednego ze świecących pojazdów wynurza się w błyskawicznym tempie ogromna, pozbawiona głowy i oczu istota. Była ciemna, bezkształtna, właściwie sam olbrzymi korpus, z którego sterczało wiele, wiele kończyn. Skojarzyła mi się ze Starą Istotą z opowiadań H. P. Lovecrafta. To trwało dosłownie ułamek sekundy. Wbiła mi ostrą igłę pod podstawę czaszki, umieściła tam coś i natychmiast znikła. Ból ściągnął mnie błyskawicznie do ciała fizycznego, czyli na jawę i odczuwałam go jeszcze przez dwa dni. Potem pojawiał się sporadycznie, ale intensywnie przez kilka lat.

26 marca 1999 roku. Poprzedniego wieczoru, o godz. 19.05 zaobserwowałam na rozgwieżdżonym niebie – stojąc na podwórzu – przelot jasnego światła na wschód od strony księżyca będącego wtedy prawie w zenicie. Światło było wielkości Wenus i leciało w linii prostej, nie przypominając samolotu. Kiedy jednak znalazło się nade mną, nagle rozbłysło o wiele jaśniej jak lampa, a potem dość szybko zmniejszyło się do rozmiarów punktu i błyskawicznie znikło.
Tej nocy przeżyłam w transie jazdę samochodem, masaż serca, który robił mi jakiś lekarz i trzy-cztery bolesne zastrzyki w klatkę piersiową.

Dwa dni później zmarł nagle, na czwarty zawał serca, w drodze do szpitala mój wujek, wieziony pogotowiem reanimacyjnym. Choć brzmi to jak w bajce o gasnących gwiazdach, to światło podczas lotu rozbłysło dokładnie nad jego domem.

zielony

W środku nocy 31 marca 1999 roku ni stąd ni zowąd zaczęłam rozmyślać o pokrętnych sposobach stosowanych przez gadzie istoty, które najwidoczniej umieściły mi na karku swój implant, a w wyobraźnię wsączyły lęk i zwątpienie. Toteż, kiedy teraz nagle ktoś zjawił się w pokoju, wzięłam go za gada. Ogarnęła mnie znajoma demoniczna energia i instynktownie wykonałam w samoobronie znak krzyża. Natychmiast poczułam, że negatywne wrażenie znika, tak jak maska spadająca z twarzy aktora, ale istota stała dalej, co spowodowało, że wpadłam w panikę i powtarzałam z wielką determinacją, a w końcu nawet złością, formułkę: „W imię Jezusa Chrystusa wypędzam cię!”. Postać ta zachowała jednak stoicki spokój i usiłowała wyciągnąć mi implant z podstawy czaszki, wstrzyknięty tam przez lovecraftowskiego potwora. W końcu szybkim, sprawnym ruchem umieściła coś w okolicy nosa po lewej stronie na mojej twarzy i dokręciła jak śrubkę. W trakcie tej czynności wdała się ze mną, tonem zabawnie opryskliwym, w rozmowę. Był to mężczyzna, niewielkiego wzrostu (ok. 1,2 metra). Dotknęłam jego dłoni, aby sprawdzić, czy nie ma szponów. Miał długie, ostre paznokcie, które wydały mi się na tyle podejrzane, że nie przestawałam protestować. „No, więc pokażę ci się. Możesz mi się przyjrzeć…” – zdecydował się nagle i lekko zeskoczył zza moich pleców na podłogę przy tapczanie, ukucnął, czekając, aż na niego spojrzę. Zasłoniłam sobie oczy, aby nie móc tego zrobić. Bałam się jego widoku i tego, że zobaczę wężową istotę, co już kompletnie odbierze mi rozum. „No, to się baj!” – zrezygnował w końcu i wymówiwszy te wieloznaczne słowa szybko znikł z pokoju, przez okno. W jego głosie było zniecierpliwienie i rodzaj lekkiego pogardliwego rozbawienia wobec mojej panicznej reakcji. Natychmiast pożałowałam, że nie skorzystałam z okazji zobaczenia jednego z moich nocnych gości. I wtedy natychmiast ukazała mi się pod powiekami twarz tej istoty. Głowa kształtem przypominała innych humanoidów – duża, łysa czaszka z niewielkim podbródkiem, wielkie, ciemne, skośne oczy bez białek, ale skóra była zielonkawa, pokryta wężowymi, drobnymi łuskami.

Cdn.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s