Z dziennika wzięć zapis 5

Zawsze interesowały mnie proroctwa i wiele na ten temat czytałam i rozmyślałam. Jako dziecko zastanawiałam się na temat proroków (biblijnych i innych), i zadawałam sobie pytania, w jaki sposób widzieli przyszłość. Co się wtedy dzieje z człowiekiem? Jak to jest jasnowidzieć? I wiedzieć, że przemawia przez ciebie/kogoś Bóg albo anioł, nie człowiek. Mało tego, znać daty i być skądś pewnym ich spełnienia. Czy to nie jakieś szaleństwo? Wymysł? Fantazja? Halucynacja?
Nie znajdowałam na nie odpowiedzi czytając dzieła znanych psychologów, psychoanalityków i psychiatrów. Niewiele ich było w filozofii. I nawet, gdy już wpadły mi do rąk teksty mistyków chrześcijańskich, czy teozofów dalej nie rozumiałam, jak to się dzieje w praktyce i skąd się bierze. Wróżąc z Tarota nigdy nie miałam żadnych nadzwyczajnych odczuć czy widzeń. Choć zdarzało mi się śnić problemy jakiejś osoby jeszcze przed samym spotkaniem z nią.
Tymczasem w okresie, z którego zdaję tutaj relację zaczęły pojawiać się autentyczne widzenia przyszłości. Atmosfera tych widzeń była tak niesamowita, że do tej pory ich wspomnienie nie jest mi obojętne. Przez długi czas nie potrafiłam odnaleźć w sobie dystansu do nich, dlatego moja książka, w której się znalazły nie nabrała odpowiednich lotów. Zabrakło najzwyczajniej dowcipu.

prorok
To trudne, przekazywać innym, którzy nigdy nie doświadczyli podobnych stanów, takie treści. Pewnie łatwiej zostać szaleńczym prorokiem tarzającym się w piasku pustyni na oczach drwiącego tłumu i wykrzykującym groźby zagłady w imieniu Boga. Niż potraktować je jak każdą inną rzecz możliwą na tym świecie, zewnętrzną, zracjonalizowaną. Ostatecznie ma się drugą opcję (Cienia): samemu drwić z innych, napawając się świadomością, że zginą marnie, gdy nadejdzie czas ostatni i wyznaczony na bezpowrotne wyjście z materii.
Ale dość o tym. Co było dalej, sami posłuchajcie…

*

Po spotkaniu z boskim astrologiem, obudził mnie ogromny, zygzakowaty piorun rozdzierający niebo na pół i uderzający z hukiem i grozą w jakieś miejsce daleko na zachodzie. Wrażenie było tak realne, że kiedy ocknęłam się z tego na jawie w łóżku, nie udało mi się już zasnąć do samego rana.

27 kwietnia 1999. Sen w głębokim transie ukazał mi dalszą przyszłość. Najpierw będzie kilka lat kryzysu i nadzwyczajnej mobilizacji sił wszystkich ludzi, po którym przyjdzie pokój i wielka radość. Sucho, gorąco. Potem pojawił się ogromny i groźny wir w ciemnym morzu i na moją głowę spadło z góry coś ogromnego, twardego jak kamień, bezwzględnie niszczącego. Nic z tym nie da się zrobić. Pojawiła się data: 2020 rok, jako jakiś ważny nieuchronny fakt. Dalej było mokro, deszczowo, coraz bardziej mokro, zaczęłam się bać, myślałam o jakimś dachu nad głową i ten lęk mnie obudził.

29 kwietnia 1999. Wieczorem przeglądałam atlas geograficzny i wpatrywałam się w mapę naszego kontynentu. W nocy weszłam w głęboki stan wizyjny.
Ukazała mi się płaska, przypominająca trójwymiarową, kolorową płytkę mapa Europy, unosząca się na wodach oceanu. Duża część kontynentu od południa zaznaczona była ciemnym kolorem. Cień pokrywał półwyspy Apeniński i Bałkański, Wybrzeże Dalmatyńskie, połowę Francji i tylko niewielkie wyspy na północy oraz cała Wschodnia Europa świeciły jasną, słoneczną barwą. Polskę oddzielał od strefy cienia jedynie wąski paseczek lądu. Kiedy przyglądałam się temu płyta kontynentu nagle mocno zadrżała i podniosła wody Morza Śródziemnego, zalewając znaczny obszar Półwyspu Apenińskiego i południowej Francji. Mój wzrok przesunął się nad całą planetą (przypominającą kolorowy globus) i zobaczyłam, że ziemia trzęsie się także po drugiej stronie półkuli, w okolicach Ameryki Środkowej i Północnej. Kontynent amerykański zaczął się gwałtownie zmieniać, a wody oceanu wtargnęły daleko w głąb lądu.
Następny obraz to zapełniony ludźmi stadion piłkarski. Przyglądałam się zgromadzonej widowni jak gdyby okiem kamery, rejestrującej wydarzenia, raz robiąc plan ogólny, a innym razem zbliżenia obrazu. Na widowni zauważyłam puste miejsca, nieliczne i przez to niewidoczne z daleka. To byli ci, którzy znikną na zawsze z materii, mistrzowie Gry. [Po latach nie jestem pewna słuszności tego wniosku. Puste miejsca mogły oznaczać równie dobrze tych, którzy na ową radość się nie załapią, a zatem stosunkowo niewielu ich]. Widownia obrazowała resztę ludzi, którzy w wyniku Wielkiego Meczu dostąpią ewolucji świadomości. Było tam wiele młodych, radosnych, niesamowicie szczęśliwych osób. Chwilę potem ujrzałam boisko piłkarskie, przedzielone kreską pośrodku. Obydwie jego części błyszczały oślepiająco białym światłem.

Kiedy się obudziłam i odzyskałam kontakt z fizycznym ciałem, moje uszy rejestrowały jeszcze długo przetworzone dźwięki płynące z ulicy. Ilekroć przejeżdżał jakiś samochód, jego warkot odbijał się jak gdyby od licznych cienkich płytek anteny telewizyjnej, zamontowanej na balkonie i docierał do mojego umysłu jako chóralne, pełne entuzjazmu okrzyki wielkiej rzeszy młodych ludzi zgromadzonych na stadionie: Dziękujemy! Dziękujemy! Dziękujemy! Okrzyki te słyszałam nawet po otwarciu oczu i całkowitym oprzytomnieniu.

6 maja 1999 roku. Znalazłam się w nieprzyjemnym transie. Coś mnie bezwzględnie i bardzo silnie wyciągało z ciała, przyłożywszy do kręgosłupa, w okolicy kości ogonowej i karku dwie „przyssawki”, czyli gorące, mrowiące plastry. Wyskoczyłam szybko, siłą woli na jawę. Okazało się, że jestem dość spokojna, nie czułam strachu, który zawsze wzbudza demoniczna energia, ale dziwne „plastry” oddziaływały cały czas z wielką siłą. Zaczęłam powtarzać mantrę Om namaha śivaja, potem imię Jezusa Chrystusa, aby skupić umysł. Osiągnęłam tyle, że dotarła do mnie telepatycznie aura osobowości jakiejś istoty (lub istot).
Była to gromada istot tworzących specyficzny, totalitarny świat, w którym ich wspólna świadomość pozostawała zogniskowana na czymś wyższym względem nich, podającym się za jedynego boga, co sprowadzało pojedyncze istnienie do roli bio-robota. Odczułam ich zamierzchłość i pomyślałam, że pewnie wyewoluowały dawno temu i odegrały ważną rolę w wykreowaniu materialnej potęgi jakiegoś starożytnego lądu, może Atlantydy.
Podczas mantrowania bez problemu wizualizowałam Sai Babę jako obrońcę oraz znak krzyża, i to dziwne, złowrogie oddziaływanie nie miało na mnie wpływu. Usłyszałam kilka razy w pokoju jakieś stuki i przesunięcia. Poczułam także dotknięcie na karku, u podstawy czaszki, a potem przy lewym uchu. Ilekroć się zdrzemnęłam, od razu wciągała mnie ta straszna siła i musiałam się szybko budzić. Na jawie nie bałam się, ale czekałam z utęsknieniem, aż to wszystko się skończy. Dzięki wzywaniu imienia Sai udało mi się nie zasnąć aż do świtu.

[Dziś powiedziałabym, że było to spotkanie z egregorem imperium, rodem z Atlkantydy, po potopie Egipskiego, Babilońskiego, potem Rzymskiego i obecnie Kościoła Katolickiego, energetyczne plastry informowały o zakresie poziomów, przez niego objętych zasadą pożywiania się, obejmujących całe Przejawienie 1-8]

15 maja 1999 roku. Wieczorem mój umysł uporczywie krążył wokół różnych apokaliptycznych zagadnień, i nie zauważyłam nawet, jak te myśli przeszły w sen. Niespodziewanie coś strzeliło i zastukało w pokoju, cały czas byłam przekonana, że to jawa. I wtedy nagle, na ułamek sekundy pojawił się obraz jasnego księżyca w zenicie na czystym nocnym niebie i troszkę na ukos pod nim, (ale blisko) mignęła biała, okrągła, pełna miłości twarz i wielkie, kochające oczy znanej mi skądś dobrze istoty.
Potem zdawało mi się, że krążą koło mnie dwie lub trzy małe kulki połyskliwej, malachitowej zieleni, i niespodziewanie poczułam coś takiego, jakby wychyliła się ze mnie uduchowiona, męska postać o natchnionym wyrazie twarzy (ogarnęło mnie zdumienie, że tak wzniośle wygląda moje ciało subtelne i potrafię być w tak głębokiej ekstazie) i już po chwili wracałam skądś, przez nocne podwórze, schody, ganek, pokój do sypialni… położyłam się, a w łóżku – ja, śniąca teraz o tym, że idę!
Wniknęłam w ciało, głowa zaczęła pulsować energią, słyszałam brzęczenie w uszach, to trochę trwało, zanim nastąpiło całkowite sklejenie w jedno.
Przejrzałam zasoby pamięci, ale nic prócz tego, co opisałam, w niej nie znalazłam. Czułam jeszcze przez chwilę mrowienie w kilku (trzech) palcach prawej dłoni, jak gdyby były niematerialne i teraz dopasowywały się do ciała fizycznego.

Pamiętam inne przeżycia tego rodzaju, gdy czułam odklejanie się od ciała fizycznego, które mimo to pozostawało całkowicie świadome, co przypominało dwie kalki niezbyt ściśle nałożone na siebie. Zdarzyło mi się też kilka razy odruchowo poprawiać na sobie kołdrę, albo drapać się po nosie… trzecią ręką.

18 maja 1999 roku. Jeszcze przed zaśnięciem zapadłam w zmieniony stan świadomości. Część mnie była na wyższym poziomie wibracji, ale świadomość jawy utrzymywała zwykłe rozeznanie, co tworzyło napięcie i niemożność skupienia się. Pojawiały się wewnętrzne obrazy, które wyrywały mnie natychmiast ze snu. Cały czas była w nich przestrzeń.

narajana
W ten sposób – nagły i wyrywający – ukazało mi się wnętrze wielkiego, gotyckiego kościoła. W miejscu ołtarza, w wysokiej łukowatej kamiennej wnęce stała bardzo szczupła i wysoka aż po sklepienie, kilkumetrowa postać Pana, z ośmioma, może dziesięcioma długimi cienkimi rękami. Uśmiechał się pięknym i subtelnym uśmiechem młodego Syna Boga.

Babaji

Miał twarz podobną do Babajiego, którą znam z fotografii. Temu obrazowi towarzyszył niezwykły nastrój wcielonej bożej mocy, nie do opisania słowami.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s