Z dziennika wzięć zapis 6

Przewidywanie przyszłości, którą od dziecka intuicyjnie postrzegałam jako już spełnioną, ale jeszcze przede mną, przed nami wszystkimi, szybko stało się moją główną pasją. Stąd wzięło się studiowanie systemów wróżebnych. Od astrologii przez Tarota i I-Cing, po sny i symbole. Nie uważam się za kogoś wybitnego w tej materii. Ani tym bardziej jasnowidzącego. Mój umysł na jawie działa jak najbardziej racjonalnie, nie jestem skora do zbytniego entuzjazmu, zachwytu i bezkrytyczność mi nie grozi. Nawet, jeśli coś zdarzy mi się zobaczyć we śnie, czy w hipnagogicznych obrazach, to nigdy nie jestem pewna swej interpretacji danego zwidu. Dlatego wolę go opisać bez wyciągania wniosków. Tyle razy, wróżąc z tego i owego, przekonałam się, że umysł racjonalizujący „znaki” i symbole zbyt skory jest iść na skróty w stronę najbardziej przez siebie ulubioną, a całkiem niezgodną z przekazem symbolicznym, jak się potem okazuje. Staram się więc teraz zostawić „prywatę” i skupić się na jak najściślej opisanym widzeniu.

W niniejszym odcinku zwracam uwagę na notatkę o widzeniu Tronującej Bezimiennej Istoty, nawiązującej do wielu ikonograficznych przedstawień i malunków na suficie kopuły kościołów Tronującego Chrystusa.

tronujący.jpg

*

28 maja 1999 roku. Sen wizyjny: widzę dwie długie, starożytne, śródziemnomorskie ulice. Wiele domów zburzonych, zaniedbanych, wyludnionych. Obok nich rośnie gęsta i wysoka, dawno niestrzyżona trawa. Praży ostre letnie słońce Południa. Nieliczne grupki ludzi wałęsają się bez celu. Wiedzą, że umrą i urządzają sobie orgie w rodzaju weneckiego karnawału śmierci z czasów epidemii dżumy.

14 czerwca 1999 roku. Widzę młodego mężczyznę w żołnierskim, polowym mundurze zwisającego głową w dół z helikoptera, jest podtrzymywany za nogi. Wkrótce stopniowo zaczyna się zsuwać, jak gdyby ktoś go puścił. U publiczności wieje grozą, że spadnie, ale nie! Wisi tak do góry nogami w powietrzu, niczego się nie trzymając! Myśl, że używa energii antygrawitacyjnej. Wtedy rozlega się w moich uszach szatański śmiech, istny chichot bestii.
Tymczasem niżej, jakby na jakiejś półce (cała akcja dzieje się w starożytnej, olbrzymiej, kamiennej sali) stoi niewysoki, grubawy zakonnik w beżowym habicie i obiema rękami robi jakieś znaki. Widzę pył czystej złotej energii rozsypujący się wokół niego. W pewnej odległości, jakby w tle, stoi jeszcze ktoś, mnich, ale wysoki, szczupły, ubrany na czarno, słabiej widoczny, jak gdyby jego cień. Wkrótce człowiek wiszący głową w dół zaczyna z wolna opadać.

8 lipca 1999 roku. Widzę Włochy ogarnięte niesamowitymi, gwałtownymi przemianami pod wpływem terroru czarnego Niszczyciela, zmuszającego kapłanów do samobójstw. Ukazuje się grupa czarno ubranych mnichów, na pół spalonych i żywcem rozkładających się. Wstrętnych, z pałającymi demonicznie oczami, którzy w nasuniętych na głowy kapturach, wchodzą jeden za drugim po schodach w górę. To straszna sekta rodem z najgłębszego piekła, wychodząca na powierzchnię zewnętrznego świata i pnąca się do władzy.
Innym razem, jako kontrę wobec tamtej siły widzę na tle morza ognia potężnego, walczącego rycerza w srebrzystej zbroi. Wizja grupy rycerzy, młodych ludzi w hełmach, pancerzach, w płaszczach z krzyżami i niebieskich dżinsach powtórzyła się kilkakrotnie.

6 września 1999 roku. Ukazały mi się cztery małe, bliźniacze ludziki, staruszkowie, drobne karzełki z idealnie okrągłymi, jak dno kieliszków, wytrzeszczonymi oczami bez powiek. Wprowadzali mnie do czegoś podobnego do wielkiej instytucji charytatywnej. Oznajmili, że to coś strasznego, co musi się wydarzyć, a czego wszyscy się boją, będzie służyło wielkiemu dobru w przyszłości i żeby starać się nie bać, ufać i w pełni zaakceptować ten proces.

cropped-czaszka-aztecka-z-narodowego-muzeum-ant.jpg

[Z powodu wyglądu owych staruszków polubiłam glinianą główkę aztecką z podobnym do nich motywem oczu i stąd znalazła się ona na czółku tego bloga.]

8 września 1999 roku. Ze snu wizyjnego o czymś wrogim i złym obudziła mnie w drugim ciele obecność, gdzieś na wysokości splotu słonecznego, węża. Nagle zaatakował i ukąsił mnie dwoma zaostrzonymi i szeroko rozstawionymi zębami w twarz, u podstawy nosa. Nie czułam bólu ani strachu (byłam chroniona) i ocknęłam się zupełnie spokojna.
Wkrótce, na jawie, usłyszałam znajome trzaski koło ucha. Były to jakieś magnetycznie chłodne, przyjemne i oczyszczające oddziaływania z tyłu głowy. I z tego nagle rozległ się śpiew. Śpiewała, pochylając się blisko przy mojej głowie, drobna, żeńska istota (poznana wcześniej jako Pippi Langstrumpf), wysokim, cienkim głosem w nieznanym języku. Melodia była bardzo prosta, oparta na kilku nutach, rytmiczna jak w mantrze. Postanowiłam się włączyć i w myślach zanuciłam wraz z nią, posługując się sylabami „la, la, la”.
Wtedy wpadłam w trans i zaczęłam słyszeć pewną rozmowę z przyszłości, oraz zobaczyłam sytuacje dziejące się po śmierci mojej mamy. [W owym czasie mama miała się dobrze, zachorowała jednak śmiertelnie w 2000 roku]. W którymś momencie zjawił się „ojciec”, dotknął mojego ramienia i powiedział uspokajającym tonem: „Nie martw się, przyjdzie jeszcze taki czas, gdy poczujesz, że ten świat nie jest taki ważny (lub: wart uwagi)…”.

10 września 1999 roku. Pisałam we śnie tekst o tożsamości apokaliptycznego jeźdźca na białym koniu z Sai Babą. W pewnej chwili ekran komputera przygasł, a wyłączony – działał nadal, ukazując na czarnym ekranie jedynie słowo name i kiedy zdumiona zastanawiałam się, co z tym zrobić, nagle pojawiła się w pokoju, po mojej lewej stronie, na tle okna wychodzącego na wschód, pionowa czerwona iskra energii w powietrzu, jak zminiaturyzowany piorun. Zasyczała charakterystycznie i z mocą, a ja poczułam to samo, co wtedy, gdy przedstawiał mi się „Kriszna” rozbłyskiem lampy i telewizora, wyłączonego z sieci. Stan umysłu nie do opisania – „skwierczący”, jakby z wewnątrz pioruna.

Po chwili zauważyłam, że w pokoju zrobiło się jaśniej. Spojrzałam w górę, żeby znaleźć źródło oświetlenia i zobaczyłam, że sufit stał się przeźroczysty, jak ze szkła, stanowiąc teraz coś podobnego do (niewidzialnej, ale konkretnej) granicy pomiędzy wymiarami, że tamtędy pada światło dziennego słońca, a także, że stamtąd, z góry, jakby z tronu wiszącego w powietrzu spogląda na mnie w dół uśmiechająca się serdecznie i żartobliwie postać (obrysowana graficznym konturem), szarawa, niewysoka, spowita w jakąś długą, spływającą jak zasłona wokół tronu, szatę, o bardzo niewyraźnych rysach twarzy, jakby za mgłą, ale wyraźnie i znajomo błyszczących oczach, z głową okoloną także znajomą wielką, czarną czupryną. I na tym się skończyło.

*

W ostatnim przypadku podaję notatki z różnych wypowiedzi Jarka Bzomy:

Drganie Źródłowego Punktu wraz ze swym odbiciem wystarcza, aby wykreować cały widzialny świat. W snach doświadczamy go jako zgrzytliwą jak szkło wibrację oddzielania się, która daje się usłyszeć jako głos Orła czy Ducha Świętego, zależnie od systemu przekonań śniącego. Głos drapieżnego ptaka, wibracja Kryształowego Wiru, Głos Ducha Świętego, wibracja tworząca Przejawienie wyłania się z Nicości, z Bramy Szczeliny 8-12.

Widok do góry nogami na suficie (lub postać stojąca na głowie) to przekroczenie granicy 8/9.

Szklana ściana oznacza granicę czasu. Ale w nieco innym sensie, niż to nam się wydaje. To element kryształowego muru na granicy ze Szczeliną 8-12. Ma związek z podróżowaniem w czasie, bo za tą szklaną ścianą nie ma już czasu.

Włosy jak piorunki, sterczące naokoło głowy miewają bóstwa planetarne, byty apollińskie, bóg Słońca.

Czarne Słońce to pojęcie alchemiczne, związane z fazą Nigredo, bóstwo poziomu 8.

Poziom 8 – brahmaniczny, trójwarstwowy, to: Złota korona 8.3; szata, czasem inne królewskie/kapłańskie atrybuty. Przechodzi w zasłonę bytu/Zwierciadło, Paroket 8/9, generuje impuls do przejawiania się Nieprzejawienia Szczeliny 8-12 i do szukania form swojego wyrazu. Śni się jako stożkowy, złoty pełen ornamentów płaszcz pusty w środku. Przypomina strój liturgiczny prawosławnego popa, czy kapłański w ogólności.

Androgyn – w Nieprzejawieniu 8-12 ich androgyniczność początkowo jawi się jako albo Matka albo Ojciec, po czym, im wyżej, czyli na poziomie 11 i 12, tym są coraz bardziej jednym równocześnie, aż do fazy Androgyna o uszminkowanej cyrkowo twarzy. Im bliżej punktu Źródłowego, im szybciej porusza się wir, tym bardziej Androgyn jest zrównoważony.

Co do nazwania owej istoty. Najbardziej pasuje do niej/niego określenie Bezimienny (stąd na ekranie ukazał się tylko wyraz name, a nie konkretne imię). Obraz zawierał wszelkie cechy prowadzące w górę. Metatron, który jest czarny, posiada płaszcz i swój tron, jawi się jednak po tej stronie granicy 8/9. Twarz za mgłą brahmaniczną to tożsamość bóstwa, jawiącego się w Nicości powyżej granicy Nieprzejawienia jako Czarne Słońce alchemików. Był to zapewne androgyn, uśmiechający się dowcipnie, zamiast sennej symboliki w postaci umalowanej twarzy.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s