Z dziennika wzięć zapis 7

Doświadczenia po Drugiej Stronie biegły swoim tempem i we własnym nieprzewidywalnym rodzaju. Przede wszystkim przynosiły wiedzę. Starałam się w miarę swoich skromnych możliwości ją zgłębiać i analizować. W tym czasie nie miałam żadnego kontaktu z internetem, najbliższe biblioteki, gminna i wojewódzka, były słabo zaopatrzone w książki o interesującej mnie tematyce, w dużej mierze byłam zdana na siebie, intuicję, szczęście, że coś samo wpadnie mi do rąk. Wiele informacji, które otwierały się w mojej głowie bezpośrednio zapamiętywałam szczątkowo, z błędami. Z czasem powtarzały się i budowały większy i bardziej spójny obraz rzeczywistości i Boga. Niektóre z nich posłużyły mi potem do konstrukcji opowiadań fantazmatycznych.

dlon

13.IX.1999. W środku nocy obudziłam się nagle w drugim ciele, uciekając przed bólem i dłońmi jakiejś istoty, usiłującej zrobić mi zabieg. Wnętrze pokoju wydawało mi się inne (gdzie indziej?), a ja leżałam na prawym boku i usiłowałam odwrócić się na wznak, czego mi zabraniano, gdyż badanie (zabieg) dotyczyło strefy w dole kręgosłupa i nerek. Poczułam czyjąś przytrzymującą mnie delikatnie, ale bardzo stanowczo, dłoń. Potem już leżałam na wznak, a istota usiłowała wbić mi jednocześnie dwie igły w miejsca pod nosem, w które „ugryzł” mnie niedawno astralny wąż. Bałam się bólu i trochę się wierciłam, ale właściwie wszystko było doskonale znieczulone, a moja świadomość niewyłączona. Podczas tego wiercenia się uchyliłam na ułamek sekundy powieki i właściwie po raz pierwszy udało mi się ujrzeć twarzą w twarz tę siedzącą teraz na brzegu łóżka – istotę. Spodobała mi się! Choć była dziwna. Bardzo drobna, lekka, szczuplutka jakoś tak po owadziemu, zupełnie biała i pozbawiona owłosienia, z dużą głową i płaską twarzą bez najmniejszego śladu nosa, ust czy uszu, lecz za to z wielkimi, migdałowymi, czarnymi oczami, płci niemożliwej do określenia nawet intuicyjnie.
Przemknęła mi przez głowę wzmianka z Bhagavatam o śnieżnobiałym Indrze. Natychmiast poczułam do niej/niego sympatię i zaufanie. Byłam wobec niej/niego jak zwierzątko, o które się dba w celu, którego nie potrafi ono pojąć, ale to uczucie – przynajmniej teraz, po wysiłku, jaki włożyłam w zrozumienie tego, co mi się przydarza – nie było przykre.
Udało mu się wreszcie wbić igły i wyciągnąć to coś umieszczone w kości twarzoczaszki. Był z tego niezwykle zadowolony i usłyszałam jego słowa (chyba telepatycznie, bo nie był to „potok słów”), coś jak: „Miej (lub: miejmy) nadzieję, że nie jest to implant”… I tu przemknęły mi przez głowę ewentualne skutki takiego „zaszczepienia”: stan opętania i groźne ataki demonicznych duchów. Ale czułam się dobrze, istota natychmiast znikła, a ja obudziłam się na jawie w zupełnej ciszy.

18.I.2000. Obudziłam się w drugim ciele. Za moją głową stała jakaś istota i mówiła w obcym, nieznanym mi i nigdy niesłyszanym języku. Byłam unieruchomiona do zabiegu. Dostałam trochę bolesny zastrzyk w prawą pachwinę i potem jeszcze gdzieś, nie pamiętam gdzie. Być może była jeszcze jedna istota, koło mnie. Nie byłam wystraszona, ale nie lubię zastrzyków. Wsłuchiwałam się w język Tego Przy Głowie, próbując cokolwiek zapamiętać, ale nic mi w pamięci nie zostało. Słowa były wymawiane wyraźnie, z prostym akcentem, troszkę jak sanskryt. W końcu, korzystając z jakiejś przerwy poprosiłam: „A może byście tak wyleczyli mi brzuch?” i wtedy – prawie zaraz dostałam zastrzyk w otworzone gardło, głęboko w podniebienie, właściwie już w komorze nosowej. Pomyślałam: „Kurczę, on dostaje mi się stąd do mózgu… Może tam jest jakieś ognisko ropy, zablokowany odpływ?”. Zabolało, igła weszła w kość i obsunęła się lekko. Nagle za mną zrobił się jakiś ruch (mogłam spojrzeć, ale zaciskałam powieki, bojąc się patrzeć), usłyszałam jak druga, męska istota mówi pod nosem: „Zdurniałeś!” i szybko wyjmuje igłę z mojego gardła. Coś poszło nie tak, bo ratujący powiedział jeszcze pod nosem do poprzednika: „Fajtłapa!” i szybko obudziłam się na jawie, czując jeszcze długo mechaniczne „masowanie” zranionego miejsca przez jakąś energię.

22.I.2000. Stan wizyjny: śpię gościnnie w pokoju ojca na dole i czytam teksty komputerowo wydrukowane na wielu kartkach białego papieru. Wtem przybiega od strony bramy siostrzenica, narzekając na czekoladki według ekstra-przepisu, które dostała od kogoś, ale one nie dają się zjeść. Wyglądają z zewnątrz bardzo apetycznie, ale w środku są gumiaste i coraz gorsze w smaku. Piecze się je zostawiając zaczyn starych w nowym cieście, otóż to nowe jest za każdym razem gorsze i trudniejsze do przełknięcia. Zdecydowała się je ostatecznie wyrzucić.
Ja w tym czasie czytam pilnie tekst na kartce. Słowa i zdania są wyraźne i czytelne, a poza tym czyta mi je kobiecy głos (przebiegła mi przez głowę myśl o młodej dziewczynie, w którą przetransformował się kiedyś Ojciec), ale jest tego tak dużo, że nic konkretnego nie zapamiętuję, oprócz wrażenia, że wiadomości dotyczą atlantydzkiej kultury, która dominowała niegdyś na Ziemi. Zorganizowano tam przynajmniej kilka bardzo ważnych światowych zjazdów („zjazd zebrzydłowiecki”?) uczonych, dyskutujących nad jakimś odkryciem i problemem, który z niego wyniknął. W tekście padało wiele naukowych nazw, kojarzących mi się z substancjami chemicznymi i hormonalnymi, „mezoni..ina” itp. Kiedy się z tego snu ocknęłam na jawie stwierdziłam, że czuję silne ciepło wzdłuż kręgosłupa na wysokości 2 czakry.
I znów coś podobnego na mnie spada (tak, to szczególnie świetlisty stan umysłu, który do tej pory zdarzał mi się rzadko, a teraz prawie ciągle i mam wrażenie, że się pogłębia). Tym razem mówi mój Ojciec, to jakiś tekst, który jak gdyby mi dyktował, w każdym razie słowa układały się w moim stylu wyrażania myśli. Była to opowieść o dwóch rasach ludzkich, które powstaną z obecnej (tu zrozumiałam, że dwie kobiety, w które się kiedyś przetransformował oznaczają te dwie rasy), a które wywędrują w kosmos, jedna z nich powróci na Ziemię i zacznie cofać się w swoją przeszłość, w tym na Atlantydę. Tam podejmie Wielką Grę, w której zasady zostały ustalone przez poprzedniego Wielkiego Gracza, który ustanowił archetyp Zła i będą musieli zmierzyć się z tą rolą i energią, ale to tak naprawdę rodzaj egzaminu, który krótko potrwa. Po nim uzyskają nowe możliwości i jako nowa rasa (typ) Bogów zostaną rozesłani po wszechświecie, aby tam uczyć innych, niżej stojących. Jednak nigdy już żaden z Nich nie ustanowi tego rodzaju Gry, stosując łagodniejsze formy. Ponadto zrozumiałam, że należę do tej trzeciej, wyższej rasy i nigdy już nie wrócę w niższe światy.

Nad ranem sen w świetlistym stanie wizyjnym: do mojego okna od pokoju zaglądają z zewnątrz dwaj chłopcy. Z jakiegoś powodu nie reaguję, myśląc, że sami sobie pójdą i rzeczywiście po chwili odchodzą. Ale zamiast iść do bramy, idą w głąb podwórza (co przykuwa mój wzrok do okna, bo z obawą myślę, że chcą może coś ukraść), stają między domem a oficyną, patrząc na drzwi do niej i zamieniają się w dwie dziewczynki, po czym śpiewają radośnie jakąś polską piosenkę ludową. Obudził mnie z tego delikatny, pojedynczy dźwięk dzwoneczka.

24.I.2000. Przepłynęła przeze mnie wiedza o 7 dzielącym się na 2×3, a także o zasadzie poczwórnego ciała, czułam to wszystko na sobie i mój umysł wykonał drogę wraz z tymi liczbami. Wyjaśniono mi także, na jakiej zasadzie zrobiona została zasłona na poziomie 5 przez sobowtóra, który zaczął się dzielić w materii, w niej umieściwszy swoje pożądanie.
Nad ranem ocknęłam się w drugim ciele i ujrzałam u wezgłowia tapczanu przycupniętą niewielką postać z błyszczącymi oczami, jakby szarej sowy. Pomyślałam o puchaczach strzegących czeluści z Popol Vuh. Tymczasem ktoś z zewnątrz usiłował zrobić mi coś na czole, jakby znak (zdjąć go, albo zostawić, nie wiem). W jego ruchach była przemoc, brutalny przymus, więc to mnie mocno wystraszyło i odruchowo zrobiłam ochraniające znaki reiki. Po chwili ocknęłam się na jawie z silnym uciskiem w „trzecim oku”.

25.I.2000. Przepłynęła przeze mnie świadomość anielska, hierarchia, Ojciec jako pień, z którego wszystko wynika (ekspanuje na zasadzie wypustek identycznych kształtem i jakością z Ojcem), ja jestem taką wypustką, och. Zawołałam wewnętrznie: Tato, tato!, a on ujawnił się w fali Trwania, Podpory, z której wyrastam, jak Jego dziecko, Syn.
Rano zapadłam w półtrans, czułam ciepło na plecach i wibracje w dwóch punktach nad obiema nerkami. Pojawiały się niezbyt wyraźne wizje:
– śpiewający piosenkę żydowską starszy człowiek
– kobiety rosyjskie, w uśmiechach, ich polifoniczny śpiew milknący w tle
– za biurkiem dziwna stojąca postać, jakby cała w srebrnych pancerzach, hełm przypomina kosmiczny.

26.I.200. W nocy ktoś się zjawił w pokoju. Zapadłam w nader dziwny stan umysłu. Otwierały się karty Xięgi i przenikały jedna drugą. Przypominało to wertowanie plików w komputerze. Próbowałam czytać. Teksty dotyczyły jakby moich wspomnień z wyższych światów. O pojedynku z Ciemnym, który zaczął się już na wysokościach, zatem stąd go znam. Czy o tym napiszę kiedyś trzecią książkę? Na innej stronie była wiadomość, że wydanie tej książki może wstrząsnąć ludźmi na tyle, że ujawni się to, co ukryte w mroku.

Potem poczułam, jakby spryskiwano moją głowę świetlistym lepkim sprayem. Ktoś narysował palcem na moim czole kształt kilku- (chyba siedmio-) ramiennej gwiazdy i powiedział: „Zrób coś z tym zapachem, wypierz się lepiej”, co mnie mocno zawstydziło i wyszedł z pokoju drzwiami. Po chwili usłyszałam zza okna rozmowę kilku mężczyzn, namawiających jednego, aby szedł gdzieś z nimi. Ale ten stwierdził, że chce przy mnie jeszcze zostać. Powiedzieli: „Przecież są teraz nowocześniejsze sposoby i tylko je zastosuj…”. „Zostanę” – powiedział jednak ten, co był przy mnie – „To moje dziecko”.
Następnie we śnie wizyjnym wchodziłam do mieszkania dwóch koleżanek z dzieciństwa na piętrze starej kamienicy w rynku. Wydało mi się jakieś dziwnie znajome. Matka jednej z nich odebrała mnie prosto z autobusu (przystanek był pod oknami owej kamieniczki) i nie zdążyłam jej powiedzieć, że trzeba zaczekać na kogoś, kto ma jeszcze przyjechać, a z kim się tam umówiłam. Zostawiła mnie samą w pokoju, a sama wróciła na przystanek czekać.

[Ów przystanek to moje prywatne przejście graniczne 5/6. Przynajmniej kilka razy właśnie tam działa się akcja istotnych snów na jawie]

Wtedy wszedł do tego pokoju „mój ojciec” (rozpoznaję go po nastroju, jaki we mnie budzi). Był ubrany w brązowy wygodny uniform, wyglądał na około 30 lat i powiedział: „Chodź”, a ja poszłam za nim, czując się jednak głupio. Miałam wszystkie odczucia posiadania ciała i gnębiła mnie zawstydzająca myśl, że jestem w koszuli nocnej, mam na pewno zmierzwione włosy i ogólnie śmiesznie wyglądam. Zaprowadził mnie do drugiego pokoju, w którym stało sześciu, bardzo podobnych do niego ludzi, mężczyzn w brązowych uniformach. Byli mili i dyskretni. Ojciec powiedział: „To moje dziecko” i poszedł za biurko, które stało w rogu pokoju, oni stanęli w dwóch rzędach po obu bokach, przyglądając mi się w milczeniu. Czułam ich sympatię, ale zwyczajnie zamurowało mnie! „Nic nie powiesz?” – podpowiedział mi wreszcie ojciec. Odezwałam się więc: „Dzień dobry”, naprawdę nie wiedząc, czego mogę od nich chcieć. Zdałam sobie przy okazji sprawę, jakim jestem odludkiem, zamkniętym w sobie. Kiedy wypowiadałam te słowa zdawało mi się przez moment, że mam inne, bardziej pełne wargi, niż dotąd, a zatem inną (cudzą) twarz.

[Wg J.Bzomy kolor brązowy to brudny kauzalny, czyli odnosi się do minusowości 5 poziomu, cokolwiek to znaczy i znaczyło w wypadku tego przeżycia…]

Wówczas zjawił się niewysoki, korpulentny mężczyzna w krótkich do pół uda bufiastych spodenkach zdobnych w czarno-białą szachownicę. Przypominały strój aktora z commedii dell`arte i były jak gdyby od wewnątrz wypchane na biodrach, co nadawało jego płaskiej i chudej sylwetce okrągławy wygląd. Wydawał się nieco starszy od Brązowych, choć było to raczej wrażenie, niż wygląd. Do tego jego rysy były nieco inne od wszystkich znanych mi ludzkich ras.
– Pokażę ci coś – oznajmił i poszedł za swoje biurko, które stało w drugim końcu pokoju. Włączył stojący tam telewizor i na ekranie ukazały się dwie siedzące kobiety. Jedna była długowłosą pięknością i wpatrywała się w drugą, w której domyśliłam się nagle samej siebie, choć z początku była odwrócona tyłem. Długowłosa miała silnie pomalowane czerwoną szminką zmysłowe wargi. Wtem druga odwróciła się i ze zdumieniem stwierdziłam, że nie jest do mnie podobna, choć przecież czułam, że to ja. Była drobniejsza, mniejsza, a jej twarz przypominała nieukształtowaną dziwną formę z wydatnym nosem z garbkiem i dużymi oczami. Tylko te usta, tak samo zmysłowe i pomalowane czerwoną szminką!
Na tym seans się skończył i wylądowałam od razu na jawie w łóżku. Ale mój umysł działał jeszcze długo na zasadzie Księgi. Zaczęłam słyszeć głos męski czytający tekst jakiegoś pliku. Mówił o Starym Bogu (tu wymienił imię podobne do: Natr…m), który stworzył dawno temu zasady bezwzględnego posłuszeństwa Mu, i który – nie wiadomo dlaczego – zgodził się przegrać, ustąpić Nowemu Bogu, a raczej Bogom. Oni toczą z nim pojedynek, wygrali już go, potem ustanowią Swoje zasady i nigdy już nie będą tak okrutne. Choć szanują moc Starego Boga i nie mogą być pewni, czy kiedyś znów nie zechce powstać.

[Był to pierwszy raz, gdy usłyszałam od istot z Drugiej Strony o Starym Bogu. Bardzo długo, a właściwie trwa to dotąd, usiłowałam odnaleźć go w mitologiach i księgach świętych. Mam kilka koncepcji, jednak pewności żadnej, że któraś z nich jest prawidłowa…]

29.I.2000. Chyba zrozumiałam Starego Boga. I alchemicznego Chrystusa. Przed snem rozmyślałam o tym w sporym napięciu, przedstawiając sobie dzieje ekspansji ludzkości w ciemność, aż nagle poczułam, jak rzeczywiście przypłynęła Moc, złota, autentyczna. Energia przelewała się i kapała złotymi kroplami z moich palców. Mogłam błogosławić i przeklinać jednocześnie, bo to działa jak miecz obosieczny.
Rano wizja: powielający się Adamowie. Wzór mężczyzny ze skrzyżowanymi na piersiach rękami (jak egipscy faraonowie) przecinany jakąś siłą, rozdwajający się i powielający jednocześnie w dwóch rzędach, jeden na lewo, drugi na prawo.

30.I.2000. Ktoś w nocy położył mi niedużą dłoń na oczach. We śnie znalazłam się w ubikacji w dużym budynku. Mały kranik przy ścianie do umycia rąk, ręczniki w rogu. Towarzyszył mi „Sai Baba”, który umył sobie włosy i przefarbował się zupełnie na czarno, po chwili zobaczyłam go w murzyńskiej, kręconej fryzurze, miał czarne ciało. Przebrany w jakieś zawoje wyszedł, nie tłumacząc gdzie. Przedtem powiedział mi w sposób bezpośredni (widziałam to na ekranie komputera w postaci rysunkowych dodatków w moich zapiskach, w tym niektóre żarzyły się), że zrobi istną rewolucję, że będą zniszczenia na całej Ziemi, że przeżyją ją tylko młodzi ludzie, tak do trzydziestki, że zostanie uwolniona gigantyczna larwa głodnych duchów… Przeleciało mi przez głowę niejasno, że przeszedł bardzo dawno temu samotnie przez Ciemność, narodził się z niej i teraz spirala ewolucji, choć dzieje się to bardzo rzadko, zmusza wszystkie istoty do przejścia przez podobne doświadczenie po 3 razy, ale to minie. Nadeszła bibliotekarka upominać się o coś, co pożyczyłam od niej i napominać mnie autorytarnym głosem.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s