Z dziennika snów zapis 11

Relacja z kwietnia 2000. Przychodziły wtedy sny z wyższych wymiarów od istot duchowych, być może wiązały się z dziejami „mojej” przygody w światach przejawionych. Pamiętać należy – wiatr i huk to oznaki Ducha świętego. Zdarzały się też dziwne trzaski i rozładowania na jawie. Padają nazwy kosmiczne. Pojawia się Czarny Pająk. Tak naprawdę zwiastował nadchodzącą nieuchronnie śmierć mojej matki. Była to istota z Czarnej Granicy 8/9. Dość zabawne spotkanie we śnie z aniołem Satanaelem. I inne przypomnienia o procesie schodzenia w niższe wymiary. Poza tym kilka wizji odnoszących się do dziejów Ziemi i zapisów ze świętych ksiąg różnych kultur.

drabina

1 kwietnia 2000. Schody na piętro, na nim biurko, za biurkiem siedział ktoś ważny, za jego plecami stała kobieta o imieniu Barbara. Wszyscy wiedzieli, że jest trudna, nieprzystępna, wrogo nastawiona do każdego, kto chce ją bliżej poznać, pełniła rolę strażniczki (ochroniarza). Właśnie patrzyła na mnie teraz dość nieprzyjemnie i odpuściłam sobie próbę zbliżenia się. Po prawej stała inna para ludzi. Nagle zjawił się Pan (był nim mój ojciec) i poczułam powiew lekkiego wiatru. Dmuchnął na Barbarę i ta, ku mojemu zaskoczeniu uśmiechnęła się do mnie i sama rozpoczęła rozmowę, wyraźnie mając ochotę na zaprzyjaźnienie się. Usłyszałam w głowie głos Ojca: DWUNASTU…

Sen: śpię w jakimś pokoju, w którym są 2 tapczany, jeden za drugim. Na tym „nade mną” śpi mama. U jej wezgłowia na regale stoi małe, przenośne radyjko, grające teraz koncert Zbyszka Hołdysa. Wsłuchuję się z przyjemnością w muzykę, jest łagodna i spokojna, tylko głos Hołdysa trochę się chwilami załamuje pod wpływem wzruszenia i słychać, że walczy z płaczem. Po jakichś dwóch-trzech utworach zakończonych długą linią melodyczną już bez słów, nocny program radiowy chyba się skończył, bo zapadła cisza. Po dłuższej chwili tę usypiającą ciszę rozdarł przykry wielki huk, dźwięk przypominający intensywny szum pomiędzy stacjami. Moja mama, wyrwana nagle ze snu krzyknęła z zaskoczenia i trochę trwało, zanim się zorientowała, co się dzieje. Najpierw zaczęła robić mi wyrzuty, że to ja czegoś nie dopilnowałam, że trzymają się mnie głupie żarty. Ja tymczasem pogrążona byłam w głębokim transie, moje ciało spało, a kiedy usiłowałam jej odpowiedzieć wydawało mi się, że mówię na jawie głosem trochę monotonnym, jak ludzie przez sen. Odpowiedziałam: Czego ode mnie chcesz? To ty przecież nie wyłączyłaś radia… Wtedy usłyszałam nieznany mi kobiecy głos, mówiący: UDZIELAM CI NAUKI.

Sny poranne miały zabarwienie wizyjnych, ale była w nich szczególna panoramiczność i przestrzenność widzenia, dlatego nie zapamiętałam ich w całości: mignął mi Ojciec, byłam nim, a jednocześnie sobą, jakieś pomieszczenie pełne przechodzących ludzi. Pewna drobna kobieta chciała koniecznie przejść poza kolejnością przez drzwi, wiodące gdzieś na zewnątrz, do których dostępu broniła krata, strażnicy i kolejka ludzi przepuszczanych przez nie pojedynczo. Miała z tym kłopoty, bo schroniła się za plecami mojego Ojca, gdy pojawiła się w powietrzu ścigająca ją głowa mężczyzny o strasznych, ognistych oczach, oraz próbował dopaść niewielki płaski dysk, krążący dość długo wokół nich w powietrzu z zamiarem ucięcia jej głowy. Dysk nie ośmielił się jednak przekroczyć jakiejś niewidzialnej granicy wokół Ojca. Namówiła mnie, abym ją zabrała ze sobą podstępem. W tym celu poszłyśmy do sąsiedniego pokoju i tam starannie owinęłam ją w długi kawał nieco powycinanego, cienkiego materiału, aby ją przenieść przez Drzwi, podobnie jak Kleopatrę zawiniętą w dywan wniesiono do pałacu Cezara. Zawijając ją, zaczęłam ją rozpytywać o różne rzeczy, tłumacząc się tym, że piszę książkę i chcę, aby wszystko w niej było zgodne z prawdą.
– Którą książkę piszesz? Starą, czy nową? – zapytała.
– Starą. Drugą, ciągle jeszcze tę samą… (tu przebiegło mi przez myśl, że następna będzie jednak dotyczyć przypomnień z innych światów) Kim jesteś? Czy z planety Szarych?
– Nie, jestem z innej rasy, nie tych małych istot z okrągłymi oczami… [miała zatem na myśli niewielkie stare istoty z oczami jak dno kieliszków, a nie chude twardoskóre szaraki z migdałowymi czarnymi oczyskami]. Pochodzę z planety Ceta Reguli (Tauri???? tu pojawiło się we mnie jakieś skojarzenie ze znakiem Byka)
[Słyszenie głosów na tym poziomie nie jest wyraźne, poza tym pamięć potem szwankuje. Być może istota podała nazwę gwiazdy tau Ceta w gwiazdozbiorze Wieloryba]
– Czy jesteś mną?
– Nie, nie jestem.
– Czemu to wszystko służy? Czy będziesz zawsze razem z moim Ojcem, czy jesteście jednością?
– To jest tymczasowy układ. Spotkaliśmy się przypadkiem, połączyliśmy, ale nie wiadomo, co będzie wyżej, co przyjdzie nam jeszcze przeżyć, i czy pozostaniemy ze sobą w wyższych światach, raczej jest to wątpliwe.
Pojawiły się graficzne sceny wizyjne ilustrujące mi zamiary i cel, do którego ona zdąża.

Nostromo

Zobaczyłam ciemną sylwetkę człowieka, przypominającego przerażającego mutanta z IV części „Obcego” z Nostromo, z którym kobieta zamierzała się połączyć, przeszedłszy przez drzwi. Ich seksualne złączenie wyglądało dziwnie, mężczyzna stał na głowie, a kobieta usiadła na nim okrakiem.
W dzień przejrzałam Atlas nieba gwiaździstego i znalazłam na mapie (oprócz gwiazdozbioru Zeta Reticuli) gwiazdozbiór Cetus (Wieloryb), graniczący jednym ze swych boków z gwiazdozbiorem Taurus (Byka).

2 kwietnia 2000. W nocy przeżyłam spotkanie z istotą z mroku i było to coś strasznego. Przypominała wielkiego, smolistego, drapieżnego, wieloodnóżastego pająka, który wczepił się w moje plecy i przemocą manipulował w okolicach prawej łopatki i żołądka. Kiedy próbowałam zrobić w stronę tego niewyobrażalnie ohydnego stwora znak krzyża, moja ręka napotykała tak ogromny opór, że właściwie zostałam sparaliżowana. To przeżycie zszokowało mnie na cały dzień.
Spotkanie z nim poprzedziło nieubłaganą diagnozę lekarską postawioną mojej mamie.

7 kwietnia 2000. Sen o wizycie w Obozie Birkenau, który można znaleźć we wpisie „Nieme ścieżki”.

10 kwietnia 2000. Czytam tekst wiersza, bardzo ładnego, w stylu Adamowym. Potem w dużej bankowej kasie pozamykanej szczelnie ze wszystkich stron, jak pancerny szary sejf siedzi jakiś uprzykrzony, lub tylko miotający się w środku uparcie (?) karzeł. Nagle ktoś z zewnątrz rozwala okienko młotem, mówiąc: DOSTANIESZ WSZYSTKO OPRÓCZ MIŁOŚCI! Obudził mnie śpiew dwóch kobiet, tekst brzmiał: „Kochał w życiu tylko dwie kobiety, tylko córkę i żonę…”

15 kwietnia 2000. Sen miał coś wspólnego z kosmitami i świadomością, że oni są gotowi w każdej chwili pojawić się u mnie. Zakończył go charakterystyczny, elektryczny trzask gdzieś pod sufitem pokoju, który mnie obudził.

16 kwietnia 2000. Zaczęło się już w dzień. O 17.40 z trzaskiem i rumorem coś spadło z góry przed dom, do ogródka (odgłos podobny do upadającej blachy). Po chwili przybiegła sąsiadka, mieszkająca dwa domy dalej, na ogół niekomunikatywna i jej syn. Byli mocno zaaferowani, ponieważ zauważyli coś jak iskrę, wielki błysk w okolicy naszego domu. Pytali, czy nie ma kłopotów z prądem. Nie było żadnych. Doszli do wniosku, że był to gołąb, który zahaczył o druty i spowodował spięcie elektryczne.
Przed snem czytałam książkę Janusza Andrzejewskiego „Dusze boga Re” i zastanawiałam się nad Enneadą bogów egipskich. W stanie półsnu pokazało się kilka migających obrazów: ohydnie wykrzywiona złością twarz jakiejś bogini (Izydy? Neftydy?). Lecę pomiędzy drzewami w wielkiej puszczy, zręcznie i błyskawicznie je wymijając, jak w komputerowej grze. Ściga mnie przewrócone na ziemię… drzewo, korzeniami pokrytymi szarą, wyschniętą ziemią do przodu… Czuję się w tym locie ogromną prehistoryczną ważką.

W nocy sen: mój ojciec odłożył sobie starannie zapasy jedzenia na 3 półkach w lodówce, a ja z nich przyrządziłam sobie posiłek i usiadłam do stołu, aby go zjeść. Na talerzu leżały dwie, przecięte połówki jakiegoś podłużnego, okrągłego placka. Kiedy pojawił się ojciec próbowałam zastawić się stołem-ławą. Ojciec był wściekły, gotowy zabić. Nagle przeleciała przeze mnie świadomość niewielkiej, kosmicznej istoty, jak przypomnienie czegoś z zamierzchłej przeszłości. Myśl: Gra! przychodzi mi przegrać! muszę się na to zgodzić, bo tak się umówiliśmy wcześniej! On ma taką rolę i odgrywa ją właśnie, zwyciężając. Oraz pewność: nie pożyję już długo, to moje ostatnie godziny… Nie było we mnie buntu wobec tego, co miało się stać. To uczucie wydobywało się gdzieś z głębi żołądka. Ojciec był straszliwie rozgniewany, szalony, nieprzewidywalny, a ja go kochałam i nie mogłam nic zrobić, aby się obronić. Obudził mnie odgłos jakby spadającej z nieba wielkiej kropli (łzy?). I bolesny skurcz w splocie słonecznym.

[Ten sen miał powiązanie z jawą takie, że miała dotrzeć do mnie wiadomość o nieuchronnej śmierci matki na raka żołądka]

Chwilę potem znów zasnęłam i znów pojawił się Ojciec. Z zabójczą pasją wpadł do pokoju i podszedł do mnie wielkimi, zdecydowanymi krokami. Obudziłam się nagle wiedząc, że lepiej będzie, jeśli nie zasnę, bo zmierzenie się z tym w transie przerasta moje siły.
Długo nie spałam. Byłam zlana potem, czułam silne uciski w dwóch punktach na skroniach, na czubku głowy i ból głowy, rozchodzący się od czoła. Podczas rozmyślań pojawiła się w końcu charakterystycznie „uśmiechnięta” twarz Szatana. Zaistniała z tyłu mojej głowy. Poczułam ponure i napięciowe energie wokół siebie, ale nie było to zastraszanie z jego strony, tylko zaznaczenie swojej obecności i jak gdyby propozycja, wysunięta znowu wobec mnie: „Słuchaj, w każdej chwili mogę ci pomóc, jak stary kumpel, jeśli tylko poprosisz…”. Miałam wewnętrzną przestrzeń, w której mogłam czuć się niezależna. Pomyślałam, że wolę zginąć z rąk rozgniewanego Ojca, jeśli rzeczywiście na to zasłużyłam, niż wejść w układ z ciemną siłą.
Rano obraz wizyjny: podwójna istota ludzka, jak bracia syjamscy przyklejeni do siebie, idzie w półokrągłych butach przed siebie.

diplodok

26 kwietnia 2000. Obrazy: twarzyczka „człowieka z drewna” [w Popol Vuh nazwa pierwszej nieudanej rasy ludzkiej skonstruowanej przez wyższe istoty], wielkie oczy lemura, w kształcie kwadratu, niewielki wzrost, który sprawił, że wzięłam go z początku za skrzata. Następnie długa, potężna szyja diplodoka zaglądającego między drzewa. Groźniejsza i nieco inna, niż na filmie BBC.

29 kwietnia 2000. Obraz: niewielka kosmiczna istota w skórze człowieka leży zupełnie bezradnie na ziemi, a na jej piersiach stoi kilkoma odnóżami czarny, pająkowaty, smoliście czarny stwór ze sfery Mroku.
Sen: siedzę za biurkiem w jakimś biurze. Wszystko szło dobrze, póki koleżanka z działu bankowego nie powiedziała mi poważnym, spokojnym głosem o jakiejś niewykonanej na czas wpłacie pieniężnej, co może skończyć się karą. Przeszukuję biurko, nic. Zaglądam w końcu do szafki koleżanki i tam chwyta mnie coś w rodzaju prądu, nie idzie zajrzeć głębiej. Ogłaszam wszystkim: Tam nie mogę sprawdzić, bo zobaczcie! i pokazuję im swoją lewą dłoń. Czubek małego palca wykrzywiał się sam do wewnątrz, resztą palców czułam silne, odpychające napięcie. Z szafki wypada prawie pusty pojemnik po tuszu do drukarki, wrzucam go tam z powrotem, zamykam trzaśnięciem szafkę i siadam przy swoim biurku. Raz sprowokowane jednak złe moce ujawniły się i z szafki wydostaje się anioł Satanael. Ubrany w biały, atłasowy strój kapłański z „rogatą”, kanciastą czapką w kolorze biało-różowo-czerwonawym na głowie. Zaczynam egzorcyzmy krzycząc wielkim głosem, odważnie: Diable, wypędzam cię! Diable, wypędzam cię! i robiąc wielkie znaki krzyża w jego kierunku. W pomieszczeniu zaczyna wiać świszczący wiatr i wylatywać przez otwarte drzwi. Satanael jednak pozostaje na miejscu, uśmiecha się w milczeniu, a ja obudziłam się nieco zdezorientowana, co do jego intencji.
Jasnowidzenie: czarna, niewielka kulka nadlatuje w kierunku mojej twarzy, lękam się, że to znowu jakiś implant, ale nic nie mogę zrobić, budzę się.

30 kwietnia 2000. Czekamy na Ra, który przylatuje co 145.500 lat i podsumowuje postępy świadomości na Ziemi. Istoty, które są z Nim mają odpowiednie przyrządy, którymi badają jakość dawnych populacji, dotykając nimi starych kości. Urządzenie wyświetla im poziom toksyn, choroby i obciążenia organizmów, które żyły przed wiekami. Do porównań ze stanem współcześnie zastanym – służą im mumie. Zdarza się, że przylatują istoty z otoczenia Ra w mniejszych odstępach czasu, one „doglądają ziemski ogród” i zabierają ze sobą tych, którzy już doszli do ich poziomu rozwoju. W takim właśnie czasie, teraz zostaje zabrana na ich pokład moja matka, już zupełnie niezainteresowana ziemskim życiem. Ojciec zaś zapada w senny trans. Pozostaje mi jedynie stara babka (szczupła, uśmiechnięta, pomarszczona, podobna do znajomej „gwiezdnej”), bardzo chętna mi pomóc i pomimo starości wcale nie spiesząca się do odejścia.
Potem schodzę z piętra mojego domu po drabince. Najpierw muszę przecisnąć się przez pofalowane kraty, ale one przybierają kształt zgodny z moim ciałem, więc nie są zbyt wielką przeszkodą. Mimo to wysokość grozi katastrofą w razie upadku. Trzymam się kurczowo brzegu okienka, na parapecie leży śnieg, brzeg drabinki jest oblodzony. Udaje mi się jednak dość zręcznie dostać do niej i schodzę co drugi stopień w dół kilkoma „krokami”. Ostatni stopień jest przerwany w połowie i nieumiejętne schwytanie go dłonią przy schodzeniu na ziemię (drabinka kończy się na tyle wysoko, że trzeba zeskakiwać) sprawia mi ból. Poza tym mam na nogach tylko jeden, prawy but, lewa stopa jest goła i trafiam przy zeskakiwaniu na raniący gruz, leżący pod ścianą, ale jakoś się w końcu udaje.

Cdn.

Reklamy

Opowieść Ogrodnika

Zamieszczam fragmenty opowiadania, które powstało na kanwie szczególnego snu, jednego z wielu, sprzed lat piętnastu. Sami rozpoznacie jego znaczenie, wiedząc – dzięki pracy Topografa – kim jest Ogrodnik, kim Lilith, kim Matka i Córka, a także stodoła, szczelina i jabłoń. W tej historii zawarte są dzieje Ziemi poprzedzające powstanie ludzkiej rasy. Pojawiają się dinozaury, dinozauroidy, olbrzymy, a także najważniejszy z nich – tyranozaur. Imiona i nazwy zostały zmyślone przeze mnie, poza jedynym Lomp-Sai, (Śląska Lompa z kopalni), w którym można się domyślać istoty, która Topografowi przedstawiła się jako Ferluca z Salzburga, czyli Lucyfer.

Autor: Ewa Sey

Ze wspomnień Ogrodnika

Zdarzyło się gdzieś na rozproszonych obrzeżach Galaktyki, w pobliżu delty Świętej Rzeki wlewającej tędy swoje mleczne fale w wielkie zabagnione stawiszcze Oriona, które wtenczas nie nosiło jeszcze tej nazwy, a Kolebką Sandura nazwane zostało. Ową przestrzeń z dawien dawna wykorzystywano jako urlopową, a także szkoleniową osobliwość. Ze względu na żyzność całej strefy i jej niezwykłego życiodajnego potencjału przyciągała wiele ciekawych i uczonych istot.
Kiedy, ja Sandur narodziłem się i osiągnąłem dojrzałość, zostałem mianowany namiestnikiem Rządu na okolicę, czyli gospodarem tej jakże odległej od Jądra prowincji. Wystawiłem pałac, a następnie otoczyłem go zgoła niewielkim, lecz starannie uprawianym ogrodem. Nigdy nie lubiłem wystawności. Pożyteczność była moją cechą naczelną. I tego też przede wszystkim od mych podwładnych wymagałem.
Wkrótce po mej intronizacji zaczęło ściągać tu coraz więcej galaktycznego luda. Niektórzy tylko przelotnie zaglądali, inni pozostawiali swoich obserwatorów i ambasadorów, jeszcze inni zakładali mniej lub bardziej trwałe kolonie na różnych wyspach i wysepkach Dorzecza, w zakolach i na skarpach ujścia Rzeki. Robili to w różnych własnych celach. Czysto rozrywkowych, strategicznych, badawczych, doświadczalnych bądź użytecznych. Dozorowałem ich pobyt, czasem służąc pomocą, strażą, wskazówkami, doświadczeniem, a czasem sprawdzając czy trzymają się procedury.
Właściwie nie było nigdy wielkich trudności. Aż do chwili, gdy nie zawiały jakieś kapryśne wiatry z innych kierunków, niż dotąd i nie sprowadziły kłopotliwych wydarzeń.

Nim to się jednak stało nasze dotąd sielankowe okolice stopniowo zaczęły się zmieniać. Dzięki odwiecznym Przebywającym wciąż odkrywałem nowe sposoby uprawy naszej Delty. Dzieliłem z mymi wspólnikami prawdziwą namiętność siania, sadzenia i rozmnażania. Staliśmy się niepokojącymi siebie rywalami, przerzucającymi się pomysłami i unowocześnieniami, upiększeniami i udoskonaleniami wprowadzanych do uprawy gatunków.
Mimo, że czuwałem z całą namiętnością do swej pracy przyznaję, że dałem się zaskoczyć. Nie wiedzieć, czemu czy komu. Żywe i coraz bardziej świadome światy, których pomyślności strzegłem rozwinęły się w trudnym dla nas myśląt, kierunku. Długo nie interweniowałem, obserwując bieg spraw w obawie, by nie zakłócić czegoś, czego mogłem właściwie nie rozumieć. Moje postanowienia i rozkazy dążyły przede wszystkim do utrzymania równowagi. Która jednak coraz częściej zaczynała się chwiać. Oko w końcu uznało, że jest to wyzwanie. Rhsshathowie zachowywali się uprzejmie, jednak ich plony rosły, nasze zaś malały. Wyspy u ujścia zarastały intensywnie mnożącą się roślinnością, pogrążającą w półmrocznym cieniu światy zwierzęce, tworzone przez mrowia wieloodnóżastych żyjątek pełzających po omacku w wiecznym cieniu, przeszywającym chłodzie, dusznym upale i wilgoci, zastawiających pułapki, pożerających się nawzajem i lęgnących krocie iście wściekłych mutacji.

Niebezpieczeństwo zaczęło stawać się  groźne nawet dla nas. Myślęta wciąż przybywały tu siłą rozpędu i rosnącego w ich sercach przywiązania, utrzymywały swoje niewielkie placówki i wypadowe bazy, ale niestety, pośród grzęzawisk Dorzecza zaczęły grasować pierwotnie dzikie, drapieżne potwory, dinozaury. Nie imała się ich żadna kontrola, przekraczały wszelkie ograniczenia, omijały czujniki i co rusz dochodziło do przerażających spotkań, a nawet do bezwzględnych krwawych ataków. Z moimi niewielkimi lokalnymi mocami mogłem jedynie monitorować zagospodarowaną przestrzeń i rozsyłać stałe ostrzeżenia przed jakąkolwiek nieuwagą. Wciąż jednak znajdowali się głupcy, którzy dawali się zaskoczyć i wpadali w zęby tych nienasyconych bestii. Nie było ich wiele, może kilka, napaści również zdarzały się stosunkowo rzadko. Ale każdy taki wypadek wstrząsał do głębi jestestwem każdego z nas i nastrój zagrożenia narastał. Zacząłem rozważać zarządzenie całkowitego odwrotu.
Na razie liczyłem na wsparcie i pomoc ze strony Rządu. Słałem wieści, wnioski, zapytania i prośby na bieżąco. Przedstawiciele Biura Połączeń odbierali je bez komentarzy, niczego nie obiecując. Byliśmy jednak pod obserwacją. Tak przynajmniej mnie zapewniano.

W ten czas napięty i pełen niepewności przybyła w Dorzecze Liliana, z dość liczną świtą swych pobratymców. Wiedziałem, jak wszyscy o jej nieuchronnie postępującej genetycznej chorobie. Nabawiła się jej w innym obszarze Galaktyki niezmiernie dawno temu. Żyła już tak długo, że nikt nie mógł być pewny, czy nie stało się to jeszcze przed końcem wszystkich rzeczy i początkiem obecnych. Prawdę znała jedynie ona, a do dzielenia się nią skora nie była, z powodów, których nikt z nas, później narodzonych nie rozumiał.
Teraz miałem sposobność na własne oczy przekonać się, że czuła się jeszcze dość dobrze. Odnawiała swoją formę tak, jak zawsze ją odnawialiśmy, my alfy, jednak stopniowo pogarszało ono swą jakość i zdolności. Jej skóra z wolna szarzała i marszczyła się, ciało chudło i wiotczało, jednak Liliana zachowywała ciągle budzący szacunek szyk wysoko urodzonej istoty i spojrzenie pięknej, niezwykle inteligentnej kobiety. Tutaj, w Sandurskiej Kolebce, wykorzystując żyzność pierwotnego rezerwatu miała nadzieję odzyskać dawne siły.

Tyranosaurus-Tyranozaur-T-rex

Tymczasem znów ukazały się te potwory. Całkiem blisko. Swoim zbójeckim zwyczajem wyłoniły się znienacka spośród nadrzecznych chaszczy i porwały przypadkowych podróżników przebywających na przybrzeżnej łączce. Zrobiły to kilkakrotnie, atakując zawsze od innej strony. Oczywiście spotkanie z nimi było ostatnią sekundą ich życia.

Zgłosili się mieszkańcy narażonych na atak placówek. Było ich kilka, na szczęście nielicznych grup. Większość z nich schroniła się na terenie mej posiadłości, która trwała jak bezpieczna przystań na szczycie najwyższego wzniesienia w okolicy. Zaraz potem wezwałem ich do głównej pałacowej sali na naradę. Wyjaśniłem na wstępie:

– Strefa nasza od dawna już skażona jest różnymi zwierzęcymi chorobami. Musicie uświadomić sobie, że choruje tutaj większość gatunków zwierząt, a nawet roślin.
– Czemu dowiadujemy się o tym dopiero teraz? – zdumiał się pionek Prianssów.
– Szczegółowe analizy zleciłem wykonać niedawno. Dotąd bazowaliśmy na danych przekazywanych nam przez Rhsshathów. Nie sygnalizowali żadnych niekorzystnych zmian w ich zakresie. Dopiero atak śmiertelny kazał mi się wszystkiemu przyjrzeć dokładnie. I przestać im ufać.
– Czy choroby są dla nas niebezpieczne?
– Zrobiliśmy wszystkie stosowne badania – oznajmiłem. – Choroby nie są dla nas groźne, jeszcze, lecz tak znaczna ich ilość przekracza wszystkie możliwe parametry… Hm, jest w tym dziwnym miejscowym zjawisku jakaś ukryta prawidłowość, którą moi specjaliści starają się zrozumieć. Wyniki są analizowane w najwyższych kręgach. Tylko to przekazuję, co wiem z całą pewnością.
– Czy nie powinniśmy stąd po prostu odejść? – odezwał się ktoś z niedawnych przybyszy.
– Być może tak – skwapliwie podtrzymałem jego myśl. – Dopóki wnioski uczonych nie pozwolą na jasną ocenę typu zagrożenia, jego głównej przyczyny i możliwych konsekwencji, mogę was jedynie przestrzec przed zbyt bliskimi i częstymi kontaktami z tutejszą florą i fauną. Zachowujcie zawsze, na Boga, roztropność i czujność!
– To bardzo ciekawe, co mówisz, o, Dostojny – usłyszałem jednak w odpowiedzi. – Chętnie pomożemy w szczegółowych badaniach i doświadczeniach.
– Tak. Lecz zasięg jego i natężenie są w istocie niepokojące. Nie jestem tego w stanie sam ocenić – starałem się nie okazywać zniecierpliwienia – Wnioski wyciągane są w wyższych kręgach, my jedynie służymy doświadczeniem.
– Kiedy będziemy wiedzieć coś pewnego?
– Czekamy – odparłem sucho.
– A jaka jest twoja rada, o, Dostojny?
– Jesteśmy w trudnym położeniu, choć liczę, że przejściowo. Zadecydujcie sami, biorąc pod rozwagę moje słowa. Nie lekceważcie niczego niepokojącego. Takiego rozmiaru i rodzaju zagrożenia nie uwzględniono w naszych przepisach. Zapewne nikomu nie przyszło do głowy, że może gdziekolwiek kiedykolwiek dojść aż do takiej anomalii. Tylko z powodu braku porównania Rząd pozwala jeszcze na pobyt ludzi w Dorzeczu.
Na chwilę zamilkłem i powiodłem wzrokiem po zebranych. Milczeli. Dokończyłem:
– Ponieważ jestem tu jego jedynym przedstawicielem i ode mnie zależy ocena ogólna muszę rzec, że uwzględniam konieczność wydania polecenia natychmiastowego odwrotu. Nie można wykluczyć, że ilość degenerujących chorób i uporczywość skażenia nimi okaże się równie dla nas groźna, jak jakość. Jestem zwolennikiem tezy, że obszar Dorzecza, a zwłaszcza ujścia Rzeki, będzie musiał zostać poddany dłuższej kwarantannie. Jakkolwiek taki bieg spraw byłby dla mnie bolesny.

Wkrótce doniesiono mi, że Liliana ze swoją świtą planuje wyjazd. Poparłem gorąco tę decyzję. I poczułem ulgę. Jej natura wydawała mi się zbyt nieposkromiona, aby móc poradzić sobie w tak trudnej, wymagającej karności i zachowania ciągłej uwagi sytuacji.
Udałem się do zajętej przez nich części pałacu. Idąc obok głównego wejścia mijało się przejście wiodące do mojej osobistej łaźni, służącej mi do zwyczajowych oczyszczeń po każdym wyjściu na zewnątrz i pobycie w niższym świecie.
Ze zdziwieniem odkryłem, że ekipa Liliany podłączyła w niej własny przewód i przeciągnęła go, począwszy od umieszczonego w łaźni stosu zasilającego wir pralni, aż do okrągłego okna. Wyjrzałem przez nie. Przewód, niby ogromny wąż wił się w kilku skrętach i znikał gdzieś daleko w ogrodzie. Drugi jego koniec podłączony był do zasysacza, który został teraz wzbogacony o dodatkowy filtr ze zbiornikiem, gromadzącym uzyskiwany destylat.
– Nie mam zamiaru czekać, aż skończycie – odezwałem się do jednego z cherlawych lilianowców obsługującego urządzenie, niezadowolony z użycia go bez mego pozwolenia.
Obsługujący spojrzał na mnie nieprzeniknionymi czarnymi oczami i usunął się na bok, by pozwolić wejść Lilianie, czuwającej gdzieś blisko.
– Wytrzymasz, odlatujemy stąd za kilka godzin – odpowiedziała mi chłodno. – To jest nam niezbędne. Zrozum…
Była wysoką, nadmiernie wiotką istotą o wielkich oczach i długich szczupłych rękach zakończonych czteropalczastymi dłońmi. Jej wiek, jak i wiek jej rasy ginął w przepaściach czasu odmierzanego wielkimi okresami obrotu galaktyki wokół Solis. Choroba zmieniła ją już na tyle, że trudno było nie zauważyć postępującej utraty empatii, wyższych uczuć i ciepła w psychice. Chłodna obojętność, która od niej biła nawet w zwykłej rozmowie zbijała każdego z tropu, także i mnie.
Od jakiegoś czasu, wraz z grupą swoich naukowców odwiedzała takie pierwotne i nieliczne, jak nasz światy, usiłując znaleźć lekarstwo dla siebie i za wszelką cenę powstrzymać postępujące nieuchronnie wyrodnienie ciała. W tej chwili również przeprowadzali jakieś swoje doświadczenie. Którego nawet nie próbowałem zrozumieć.

Wtem w oknie na zasuniętych w dużej części wewnętrznych zasłonach (Liliana i jej kompania coraz gorzej znosili pełne dzienne światło) ukazał się na ich powierzchni przesuwający się prędko ogromny cień. Jakkolwiek było to fizycznie niemożliwe z powodu uwarunkowań i solidnych zabezpieczeń naszego wysoko położonego obszaru, to tuż obok pałacu ukazał się i błyskawicznie przemknął tyranozaur!
Natychmiast zarządziłem najwyższą gotowość i skupienie. Zamknęliśmy szczelnie i zamaskowaliśmy wszystkie wejścia i otwory obserwacyjne. Sami zgromadziliśmy się wewnątrz największej sali pałacu odsuwając się dla bezpieczeństwa nawet od ścian. Dinozaur nie powinien atakować nieruchomego, zatem martwego w jego oczach budynku, ale lepiej było nie prowokować go dodatkowo żadnym ruchem, głosem czy spojrzeniem. W jednej chwili nastała całkowita cisza, wstrzymaliśmy nawet oddechy. Po dłuższym czasie pozwoliła mi się nieco uspokoić. Zbadałem dane ze wszystkich czujników monitorujących stale otoczenie i w końcu postanowiłem wyjść ostrożnie na zewnątrz. Czułem się w obowiązku ostrzec innych, którzy mogli przebywać w pobliżu.

Na terenie bezpośrednio zależnym od pałacu wznosiła się ogromna stodoła, a tuż obok dużo mniejszy ogrodowy magazyn. Gromadziliśmy w nim czasem nadwyżki plonów, a na co dzień służył do przechowywania aparatów i narzędzi potrzebnych do uprawy ogrodu. Pomiędzy nimi rosła stosunkowo niewielkich rozmiarów dzika jabłoń. Drzewo to niedawno zaszczepiliśmy najlepszymi odmianami owoców. Rokowało w przyszłości znaczne zbiory z kształtowanego przez nas świata. Ze względu na jego wczesną niedojrzałość jabłoń i tę chronioną strefę ogrodu omijaliśmy, nie ingerując w rozwój, zgodnie z rządowym poleceniem.
W tej chwili zauważyłem kilkoro ludzi pod stodołą, więc udałem się w tamtą stronę. Sam nie czułem się bezpiecznie. W razie napaści upatrzyłem sobie jabłoń. Jej nisko zwieszające się konary mogły mi posłużyć za osłonę. Powinny zniechęcić tak olbrzymią bestię do ataku. Znałem niedoskonałość jej wzroku, postrzegającego jedynie ruch i kształty ogólne otoczenia. Niestety, przeliczyłem się w swoim planie.
Nagle zza stodoły wychyliło się niewielkie zwierzę.
Był to także gad, dinozaur, jednak pochodził z jakiegoś nieznanego mi rodzaju. Nie byłem w stanie ustalić, czy jest drapieżny. Mógł to być jeden z roślinożernych łagodnych dinozaurów, ale wolałem wziąć pod uwagę gorsze założenie, choćby z tego powodu, że zbliżył się tak szybko i bez namysłu. Poruszał się na czterech łapach, jego tylne nogi były większe i bardziej umięśnione od przednich. Nie posiadał ogona, a jego pysk… właśnie… przypominał oblicze istoty rozumnej o wiele bardziej, niż znane mi gady.

Staliśmy naprzeciw siebie w napiętym bezruchu. Zwierzę wpatrywało się we mnie okrągłymi czarnymi oczami, w których błyszczała bezczelna ciekawość i najwyraźniej jakiś rodzaj rozsądku! Oceniłem natychmiast, że było na tyle niewielkie, iż mogło swobodnie wejść pod konary jabłoni i mnie pod nią zaatakować.
Zadrżałem lekko, ale nie dałem nic po sobie poznać. Nie wykonując gwałtownych ruchów rozejrzałem się wokół siebie, aby znaleźć może inną kryjówkę. Niestety, błyskawicznie zza drugiego rogu stodoły wychyliło się drugie, takie samo zwierzę. Oba wyglądały na tak sprytne, że natychmiast straciłem nadzieję, że zdołam się przed nimi gdziekolwiek ukryć.

Szczęśliwie resztka kolonistów, którzy kręcili się wcześniej koło ogrodowych budynków zdążyła zniknąć. Na wzgórzu zostałem sam z ową parą potworowatych spryciarzy. Nie miałem jednak sposobności odetchnąć. Albowiem u wrót stodoły ukazała się jeszcze jedna, tym razem żeńska, dwunożna istota. Dinozauroid.
Zdumiałem się. Czegoś podobnego nie widziałem, ani nie spodziewałem się kiedykolwiek zobaczyć! Miała wzrost dorastającej dziewczynki. Jak my wszyscy stała prosto na dwóch kończynach, lecz jej śniada skóra wyglądała na o wiele grubszą i twardszą od naszej. Jej twarz miała w sobie jakiś cień podobieństwa do spryciarzy, którzy osaczyli mnie z dwóch stron. Uśmiechała się miło. Hm, w wyrazie jej oblicza było coś krowiego.
– Na Boga, cóż to takiego? – znieruchomiałem, już tylko śledząc wzrokiem to, co się wokół mnie dzieje.
Dwaj spryciarze i gadzia dziewczynka stali również, naprzeciw, wpatrując się we mnie swymi przenikliwymi okrągłymi oczami. Bez ruchu.

Wtenczas zdarzenia zaczęły biec jedno za drugim. Już właściwie ani na chwilę nie wychodziłem ze zdumienia. Nagle usłyszałem dobiegające z dala buńczuczne okrzyki i pohukiwania. Obejrzałem się za siebie.
Na teren mojego ogrodu przybyła grupka kilku wysokich młodych mężczyzn. Trzymali w rękach łuki i długie, twarde, ostre i sprężyste strzały. Ścigali tyranozaura!
– Oszaleli? Nie zdają sobie sprawy, z czym mają do czynienia!? Przecież ten potwór nawet nie zauważy tych ich strzałek – pomyślałem.
A jednak… Młodzi myśliwi wyglądali na absolutnie spokojnych, bez śladu strachu. Rozglądali się bystro wokół siebie, w skupieniu wypatrując krwiożerczego potwora. Musiałem przyznać, że wyglądało na to, iż ten przed nimi uciekał! I wszystko przyśpieszyło jeszcze bardziej, niż do tej pory.

Ktoś wreszcie wyszedł ku mnie. Była to jedna z dwóch kobiet, które zjawiły się tu poprzedzone drużyną łuczników, istnych młodych bogów. Znałem je dobrze. I zrozumiałem, że nadeszło wsparcie. Tak długo przeze mnie oczekiwany ruch ze strony galaktycznego Rządu.
Powitałem z szacunkiem Matki, (przez niektórych zwane babkami lub też matronami), czyli gwiezdne akuszerki. To one czuwały przy moim poczęciu i narodzinach. Tak samo jak przy pojawieniu się większości istot, które dane było mi znać. Obie, matka i córka, były spokojne i radosne, otwarte i przyjazne. Przedstawiły mi najpierw gadzią dziewczynkę. Chwilę potem, pokazując dłońmi na spryciarzy przyznały się, że zdołały wyhodować mniej krwiożercze gadzie rasy, niż kiedykolwiek samoistnie rozwinęły się w kosmosie.
– Udało nam się sprawić, że zaczęły poddawać się duchowej obróbce i pomyślnie weszły w ewolucję – wyjaśniła mi Matka. Poznałem oto przedstawicieli udoskonalonego genetycznie gatunku.
– Co prawda daleko im jeszcze do naszej subtelności czy rodzaju smaku, ale przy umiejętnym postępowaniu można z nimi nawiązać twórczą więź i coś u nich zyskać. Oczywiście, przede wszystkim bezpieczeństwo – dodała druga z Matek.

Ledwie to usłyszałem, na nasze wzniesienie wjechały olbrzymie maszyny i rozrzuciły na polach wielkie kloce sprasowanej karmy. Była ciemna jak gleba i zrobiona ze słomianej sieczki pomieszanej z jakąś substancją roślinnego pochodzenia, nieznaną mi. Przypominała sypką czarną kawę i rzeczywiście dowiedziałem się zaraz, że jest mocna i pobudzająca jak kofeina, o ile nie mocniejsza.
– Na razie tyle wskórałyśmy – uśmiechnęła się Matka. – Dinozaury zgodziły się przejść z krwi na karmę roślinną, lecz potrzebują się nieźle napakować używkami, aby nie czuć głodu krwi. A teraz spójrz! Zobacz, jak to zrobiłyśmy.

Z porośniętych młodym lasem mokradeł obok wzgórza wybiegły pojedyncze niewielkie sztuki miejscowych drapieżników zwabionych zapachem żywych istot. Podrzucono im na przynętę roślinożerne gady, które jednak – jak się okazało – były tylko nadmuchanymi atrapami zwierząt. Drapieżniki skakały na nie, wbijały w nie swoje ostre zakrzywione do wewnątrz zęby, chcąc wyssać z nich krew, a z gumowej lalki wylatywało ze świstem powietrze i zaraz zamieniała się w pustą płachtę. Zszokowane tym i przerażone uciekały w ogromnym popłochu, aż w końcu po pewnym czasie poczuły wściekły głód. W ten sposób zostały zmuszone przejść na karmę zastępczą, z sieczko-kawy.
W stosunkowo krótkim czasie pozwoliły się oswoić, a Matki wyhodowały z nich rasę łagodnych olbrzymów. Przedstawiono mi jednego z nich. Był to wielki białowłosy mężczyzna z pomarszczoną niczym starzec twarzą, niezwykle silny fizycznie. Żywił się podawaną mu białkową substancją w formie maleńkich granulek i wiele się nauczył od Matek. Był nadzwyczaj inteligentny i pojętny. Tylko…
– Tylko, gdy opanuje całą wiedzę, którą mu powoli przekazujemy – pomyślałem przyglądając mu się podejrzliwie – czy nie zbuntuje się przeciw swoim hodowcom? Przecież fakt, że został sztucznie stworzony, przestawiony podstępem i siłą na inną karmę i oszukany, co do swego pochodzenia może go w końcu rozwścieczyć! A z takim przeciwnikiem, który oprócz fizycznej siły zyskał jeszcze inteligencję możemy sobie nie poradzić! – Nie ośmieliłem się jednak wyrzec tego głośno, zaś Matki zdawały się całkowicie spokojne, co do swego pupila.

Z kolei rasa dinozauroidów została przeznaczona do hybrydyzacji z nami, myślętami. Przez głowę przemknęły mi różne wnioski z doświadczenia, które nabyłem podczas długiego zasiadania w Dorzeczu. Mógł to być szok dla samych człekoidalnych istot, gdy zaczną dysponować ciałem skłaniającym je do podstępu, drapieżności i okrucieństwa. Co w nich wtedy zwycięży? Zimna gadzia czy nasza światła i myśląca natura?

Po objaśnieniu i przedstawieniu mi wszelkich rodzajów przybyłych sił i sposobów działania, moja ogrodowa uprawa zaczęła się zmieniać. Planowo i z wielką przezornością przetransformowano ją w scenę Wielkiej Gry. O jej rozpoczęciu zdecydowano gdzieś w najwyższych kręgach. Dlatego z mej strony żadnego sprzeciwu, ani odwołania być nie mogło.
Na początek wytyczono obszar i otoczono ów plac ścisłą energetyczną siecią tworzącą ochronną tarczę. Wydostanie się z areny stało się wręcz niemożliwe, bez spełnienia założonych odgórnie zasad i celu. Widzowie wylegli tłumnie ze swych skrytek, mniejszych i większych baz i placówek i poobsiadali ogrodzenie dookoła. Krwiożercze potwory mające przetransformować się w łagodne zwierzęta i w końcu w inteligentne istoty, takie jak my, a może nawet doskonalsze od nas, budziły powszechne zdumienie, niedowierzanie i zachwyt.

Ja sam znalazłem się w pierwszym rzędzie przeznaczonym dla oficjeli z centrali. Dostałem miejsce obok wysokiego, ciemnowłosego i ciemnookiego mężczyzny, przysłanego do nas z ramienia Senatu w jakimś bliżej niewyjaśnionym celu. Mogłem wreszcie przyjrzeć mu się dokładnie i zaspokoić ciekawość, dawno żywioną. Natychmiast zauważyłem, że jego wygląd jest w pewien ulotny, ale natrętny sposób podobny do Liliany. Przy swym znacznym wzroście i szczupłości miał też takie samo chłodne, obojętne, a jednocześnie niezwykle bystre i przenikliwe spojrzenie, które sprawiało, że każdy szybko tracił przy nim pewność siebie.
Lomp-sai miał, jak się wkrótce okazało, swój prywatny wielki plan przejęcia kontroli nad Grą i jej przebiegiem. Z początku nikt z nas nie zdawał sobie z tego sprawy, sądząc najwyżej, że działa w zgodzie z tajnymi zleceniami rządowymi.

Teren areny, mimo że działy się na niej przemiany zgoła ciekawe i pożyteczne, był jednak wciąż miejscem powtarzających się ataków tyranozaura. Wkraczał on do akcji zazwyczaj w chwili naszego bliskiego powodzenia. Jakim miały stać się narodziny doskonałego dziecięcia. Wyhodowane z takim trudem człekoidy nie były zdolne poradzić sobie z rozmiarem okrutnej dzikości i przewagi fizycznej tego potwora. On jeden spośród drapieżców nie dał się w żaden sposób okiełznać i zachował swój odwieczny krwiożerczy smak.
Po wielu nieudanych próbach usunięcia go zupełnie z rozgrywki, gdy zjawiał się nagle z całą swą zatrważającą mocą, nie dopuszczając do naszej wygranej, na obradach zwołanego z tego powodu wiecu zasiadający u mego boku Lomp-sai zerknął na mnie porozumiewawczo. I już zaraz przekonałem się, że swoją nadzwyczajną aktywnością próbuje rozluźnić i rozbujać sieć zabezpieczającą arenę. Uznałem z początku, że jego działania wyglądają na inteligentne i korzystne dla kreowanego świata. Lomp-sai stworzył samodzielny nadzorczy plan, w którego urzeczywistnieniu, wraz z wieloma innymi osobistościami podjąłem się go wesprzeć, mimo, że nie zyskał jeszcze odgórnej akceptacji. Nie widziałem w nim zrazu nic niebezpiecznego, ot, odważną próbę wprowadzenia przyśpieszonych i jakże koniecznych dla przyszłego powodzenia zmian w obrębie areny.
Wtem, nie spodziewając się niczego, znalazłem się wraz z grupą mych współbraci w samym środku krwawej jatki. Znów pojawił się, nie wiadomo skąd, nadbiegający z porażającym świadomość piskiem gadzi potwór, rujnując wszystkie nasze wysiłki.
– O, nie! – sprzeciwiłem się w owej chwili.
Miałem jeszcze wybór. Wiedziałem, że jest to też chwila, gdy giętka i rozciągliwa do pewnego stopnia sieć tarczy, siłą bezwładu i we właściwym sobie rytmie zaczyna wracać do swego pierwotnego położenia, niosąc krótkotrwałą szansę wydostania się na zewnątrz. Dołączyło do mnie jeszcze kilka osobistości, będących wcześniej wspólnikami Lomp-sai, które tak jak i ja, znalazły się w pułapce, namówione przekonywującą wizją powodzenia. Pod wpływem przerażającego szoku i konfrontacji z krwawą bestią stwierdziły, że z pewnością nie pozostaną w niej dłużej.

Odcumowaliśmy nasz statek i poszybowaliśmy w przestworza. Siła grawitacji zatrzymała nas na granicy sieci rozciągniętej wokół ziemskiej areny. Statek obrócił się i zawisł na orbicie, wychwytując częścią swej gładkiej powierzchni światło słońca i odbijając go jak wielka lampa, rozpalona nagle w środku nocy. Stamtąd szybko i z determinacją porzuciwszy ciało przedostałem się na bezpieczną stronę za zasłoną, odradzając się na powrót w mojej rasie.
Nasz prędki odwrót, który już za chwilę nie mógłby się powieść, spowodował, że szaleniec stracił równowagę. Objął swym nadzorem nowy ziemski księżyc, lecz pozostał z wierną sobie ekipą w obrębie zagrodzenia. Odtąd musiał radzić sobie sam. Kolejna szansa rozluźnienia dozoru miała przytrafić się za dziesiątki tysięcy lat, w rozumieniu czasu tych, którzy pozostali wewnątrz.

Ledwie odzyskałem pamięć i doszedłem do przytomnego myślenia uznałem, zastanowiwszy się, że Lomp-sai musiał znać już wcześniej taki, a nie inny bieg spraw. Tylko, na Boga najwyższego, dlaczego tak się przy niej szaleńczo upierał? Przyglądaliśmy mu się odtąd uważnie spoza, nie mając prawa, wedle ustalonych zasad, wtrącić się jakkolwiek w przebieg gry, w której zaczął w ten sposób uczestniczyć osobiście.

Po dramatycznym wydostaniu się z zawarowanej strefy wróciłem do mego pałacu na szczycie. Już zmieniony, nieskory do pochopnych sprzeciwów. Na rozkaz, który w pewnej chwili przypłynął, zleciłem pomalowanie wszystkich framug okien i drzwi w piękne czerwone odcienie. I obsadzenie ogrodu różami. Nadal doglądam i nadzoruję sprawy z wysokości, cierpliwie czekając na skutki ewolucji zwierząt, pozostawionych samym sobie w obrębie areny. Doszło już do wielu korzystnych mutacji. Niedawno spojrzały na mnie wielkimi okrągłymi oczami dzikie koty.

Nie jestem sam na strażniczym stanowisku. Przybyło wielu obserwatorów. Z niży i z wysokości. I wciąż przybywa. Wyczekujemy chwili, gdy będzie można wreszcie zjawić się tam osobiście. I wprowadzić krew królewską w obręb odciętego od nas pierwotnego świata, ku przewidywanemu zwycięskiemu końcowi.

(Zapisane 3 stycznia 2004)

Modlitwa upadłego

Istniała kiedyś pierwsza księga, napisana w dawnych czasach, ale oblicze jej zakryte jest przed badaczem i myślicielem. Wspaniały był to opis i opowieść o tym, jak zakończyło się tworzenie całego nieba i ziemi…
(Popol Vuh. Księga narodu Quiché)

…zobaczyłem Anioła, który rozpostarł swe ramiona, obejmując języki ognia & został pochłonięty i powstał jako Eliasz. Zważ. Ten Anioł, który teraz stał się Diabłem. Jest mym szczególnym przyjacielem: często studiujemy Biblię razem w jej infernalnych albo diabolicznych sensach, które świat pozna jak zasłuży. Mam także; Biblię Piekła, którą świat otrzyma czy chce tego, czy nie.
(Wiliam Blake „Małżeństwo Nieba & Piekła”)

Nie moja wina,
nie moja wina,
że diabeł przypomina,
że Pan JEST!
(Piosenka, którą śpiewałam kiedyś we śnie)

Upuaut

Modlitwa upadłego

Upuaucie, zamykający drogę w zimną ciemność tym, którzy czują, jeszcze czują, nie zatracili się w mdłej nieszczerości. Psiogłowy mocarzu o naturze straszliwego wilka mieszkańca przepastnej pustyni, stojący na straży wrót piekielnych wespół ze swym bliźniakiem Anubisem. Panie umarłych zapomnianych na zawsze, leżących w grozie przedwiecznej ciszy z zastygłym na twarzach okrzykiem bezradnego strachu, bólu. Piekło jest tutaj wśród zabłąkanych żywych umarłych, a ty strzeżesz jego drugiej strony, świata głodnych zjaw snujących się wieczyście po dolinie śmierci.

Kanikuło prażąca niemiłosiernym słońcem i zsyłająca zarazy na przeklętych za nic. Słucham, daję ci się przeniknąć, to twój czas, bracie Syriuszu.

Podnoszę razem z tobą prawą rękę i grożę zaciśniętą pięścią.
Jak można odpuszczać grzechy, nie będąc tobą choćby przez moment? Nie spojrzawszy sobie prosto w psią twarz, w wilcze oczy?

Strażniku cienia wyklętego przez Boga i ludzi i wygnanego na pustynię, po której błąka się jak wiecznie głodny wyrzutek. Naucz mnie być sobą. Stać się prawdą chodzącą, czującą, żywą.

(16.04.2005)

Kim jestem?

O Obserwatorze i tożsamości, która w snach może się dowolnie i całkowicie niezauważalnie dla śniącego zmieniać już pisałam na tym blogu tu i tu, oraz tam i tam. Poniższe opowiadanie powstało na bazie jednego przeżycia nocnego bodaj z 2003 roku i właściwie niewiele w nim dodałam od siebie. Dialogi, imiona, skojarzenia. Śniłam ów sen, a może wcale nie był to sen? swoim umysłem, jako ja. Do postaci, którą śniłam doszłam metodą logiczną. Literacka forma stała się dla mnie koniecznym sposobem ujarzmienia konfuzji, w jaką popadłam po nocnej rozmowie z S. Teraz mogę pamiętać rzecz w trzeciej osobie i trzymać dystans. Zresztą, nie była to jedyna historia, jaką przekazały mi istoty metodą umysł-umysł i bohaterowie niebiańskich mitów. Posłuchajcie jednej z nich.
Jej narratorem jest żydowski król Ahab, żonaty z Izabel. Występuje także prorok Elizeusz. Rzecz trzyma się bazy mitu o rudej Lilith, nierządnicy Babilonu, ale przecież w tym śnie staje się obrazem proroczym dla pewnej nacji, dwulicowej, o wielu twarzach, poglądach i ukrytym pośród siebie wszetecznym zamyśle.

Prorok

Kim jestem?

Jakiś kanał otworzył się w mojej głowie i nagle poczułem w sobie prześmiewczą tożsamość Szatana. Trwało to ułamek sekundy, ale zdążyłem się zatrwożyć.
– Czyżbym to ja nim był? – zapytałem sam siebie zaskoczony i zdumiony, gdy stan utożsamienia znikł tak samo nagle, jak się pojawił.
– Wątpisz w to jeszcze? – zachichotał w odpowiedzi Szatan.
– Jest jeszcze czas. Mogę wygrać – zmobilizowałem siły, aby jakoś oprzeć mu się od wewnątrz.
– Rzeczywiście, masz wybór, ale to jeszcze tylko jedno mgnienie oka. Sam pomyśl, czy cię na to stać.
– Co mogę zrobić?
– Spójrz – odpowiedział mi szatański chichot – Oto leży przed tobą trup Jezusa Chrystusa, cały czerwony, przemieniony w żywą krew. Spróbuj go, zjedz! Zapewniam cię, że jest rozkosznie słodki… Jeśli zdołasz stać się taki jak on, wtedy wygrasz na pewno… – i zaraz potem zapadła głucha cisza.

Pod wpływem tego niesamowitego przebłysku ogarnęły mnie wspomnienia.

Już raz uciekaliśmy z naszej zburzonej stolicy, w kierunku pogórza rozciągniętego gdzieś w głębiach lądu. Trzeba było wrócić do początku i od nowa próbować zmienić bieg spraw. Gwałtownie pociemniałe nad naszymi głowami niebo na długo zakryło się brunatnymi, gęstymi chmurami. Byliśmy świadomi, że musimy znaleźć schronienie, aby przetrwać okres mroku zapadłego po katastrofalnej nawałnicy. Ziemia podległa zjawisku o rozmiarach kosmicznych, a nie lokalnych, jak działo się do tej pory.
Z pociemniałego nieba, na którym nie było widać słońca spadały jeszcze niekiedy pojedyncze kamienie. Upadek każdego wzniecał wiele pyłu, pogłębiał zmrok i gubiliśmy się wtedy z oczu.
Śpieszyłem na czele tych, którzy uciekali i poganiałem maruderów. Niektórzy ciągle jeszcze zwlekali wiedząc, że najgorsze przyjdzie o wiele później. Udało nam się zabrać ze zniszczonej stolicy odwieczną wiedzę zapisaną w świętych zwojach, a także obliczenia czasów i pór, które teraz pracowicie zaszyfrowaliśmy, by nie wpadły w ręce niepowołanych. Nauczyliśmy się haseł i metod rozwiązywania zagadek, żeby odnaleźć drogę w chwili, gdy nadejdą bardziej mroczne i niszczące pamięć czasy. Uczyliśmy ich także nasze dzieci.
Nareszcie, po długiej wędrówce znaleźliśmy dla siebie bezpieczną równinę zamieszkaną przez prymitywną ludność, która pozwoliła nam osiedlić się pośród siebie. Tak samo jak język i stroje, z zapobiegliwym sprytem stopniowo przejęliśmy na własność również większość ich domów. W naszej mieścinie, symbolicznie obwołanej stolicą, połączyliśmy je w jedno, dzięki istniejącemu w tym miejscu pradawnemu systemowi podziemnych schronów, długich korytarzy i rynien doprowadzających świeże powietrze i wodę. Były podobne do tych, z których wyszliśmy szczęśliwie daleko stąd. Przypominały labirynt. Można się było pomiędzy nimi poruszać bezpiecznymi przejściami i schodami nie będąc widzianym z zewnątrz. Mieliśmy przed sobą jeszcze dużo czasu, aby przywyknąć do nowych i obcych warunków, wybrać sobie ulubione zajęcia, towarzystwo, zadzierzgnąć bliskie związki i układy.

Spotkałem tam pewną pannę o płomieniście rudych włosach. Zamieszkała ze mną, obiecawszy mi wierność i najlepszy z możliwych efekt naszej pracy. Imponowała jej panująca pośród nas lojalność, inteligencja, wiedza, spryt i brak względów dla obcych. Była ambitna, wierzyła w możliwość sukcesu i podała mi sposób na pchnięcie przyszłych dziejów w stronę, która mogłaby przynieść nam tym razem zwycięstwo, a nie klęskę. Czasem ogarniały mnie jednak wątpliwości i wtedy zastanawiałem się czy ruda panna jest dobra, czy może zła. Były chwile, gdy wątpiłem w jej uczciwość i oddanie. Była jednak szalona jak nikt z nas, kochała wolność przede wszystkim, a jej twórcza wyobraźnia zdawała się nie mieć granic. W końcu pogubiłem się i przestałem odróżniać, co jest ideą, grą iluzji, a co rzeczywistością i jawą. Tak, to wówczas po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać, kim jestem i co tu naprawdę robię.
Dostałem od niej w prezencie wróżebne karty zawierające prastare runy. Były najgłębszym wtajemniczeniem rodu, z którego pochodziła. Ukryłem talię w królewskim skarbcu. Była pięknie odbita z pieczęci rytych przez mistrza mistrzów, ręcznie malowana i pozłacana, zapakowana w inkrustowane z niezwykłym smakiem puzdro. Karciana wyrocznia przepowiedziała mi „potęgę i chwałę”, a ruda panna zdecydowała się zostać moją żoną.
– Będę żoną króla Ziemi, to postanowione! – oznajmiła stanowczo – A dzięki tym znakom wrytym w pamięć, każdy z tych, którym je przekażemy przypomni sobie wszystko, co będzie potrzebne do wykonania jego misji. I naszego zwycięskiego planu.

W miasteczku dominowali jednak tchórzliwi dewoci bez wyobraźni. Bali się wiedzy zaklętej nie tylko w znakach wyroczni, ale nawet w komentarzach do Xięgi, które rozkazałem spisać. Dokonanych niegdyś przez mędrców ze świętego miasta Atlów i przekazywanych sobie ustnie w obrębie kapłańskiej kasty. Przypisywali im zło, czary i manipulację. Utknęli w swoim uporze jak szaleńcy. Próbowałem ich wielokrotnie przekonywać i nauczać, ale grozili mi klątwą Boga. Za co szczerze Go nienawidziłem. Przyczyną sporu była ona. Kobieta, z którą się związałem. Isabaal. Pogardzali nią, a ona nimi. Dochodziło do kłótni i sporów, także do niszczących starć. Napuszczali na mnie opętanych zabobonnym strachem starców, którzy uwłaczali mi drwiąco.

Już wtedy jasnym się stawało, że marnujemy dany nam czas i wciąż niewiele wskóraliśmy. Niebo, po okresie przejaśnienia znów zaciągało się z wolna, ale nieubłaganie ciemnobrunatnymi obłokami, nieprzepuszczalnymi dla światła. Ich stężała, brudna i ponura barwa dręczyła mnie w snach, zdawała mi się już sięgać głębin niebiańskich przestworzy.

Któregoś posępnego dnia stąpając powoli w górę po wąskich kamiennych schodach pałacu dotarł do mnie starzec Eli. Przysłało go zgromadzenie przerażonych moją nieugiętością mieszkańców miasteczka. Dzierżył w rękach pasterską laskę. Tę samą, którą zapamiętałem w rękach innego starca, sprzed wielu lat, jego nauczyciela. Uspokoił wzburzonych, ale przystanąwszy na progu mej komnaty popadł w prorocze widzenie. Zaczął je wykrzykiwać podniesionym głosem tak, aby tłoczący się za nim zwartą gromadą mężczyźni wszystko słyszeli.

– Królu, przepowiadam czasy, gdy stanie się na wszystko za późno! Nie licz na to, że cokolwiek cię ochroni! Przed Bogiem nigdy nigdzie nikt się nie ukrył, pamiętaj! Oto widzę: spadają na nas z nieba wielkie kamienie. Lecą zrazu wolno, pojedynczo, potem coraz szybciej. Nadciąga potężny deszcz meteorów! Gdy nadejdzie pojmiesz, że nawet w naszych ukrytych i zabezpieczonych podziemnych domach nie przetrwamy, bo jednego dnia, o jednej godzinie runą wszystkie od niebiańskiej ulewy. Będziesz próbował ukryć się w piwnicach, jak szczur, ale nie ma ich wiele. Wciąż za mało, zbyt płytko, aby przetrwać… Słyszysz, królu? Nadciąga burza, o której przecież wiedziałeś od początku! Nie zdążysz niczemu zapobiec. Dosięgnie cię przepowiednia! Żałuj za grzechy póki masz jeszcze czas! Proś o wybaczenie, a być może zostanie ci dane!

Chudy starzec uginał się jakby pod ciężarem sypiących się na niego coraz szybciej niewidzialnych głazów i jęczał już tylko dramatycznie:
– Łup, łup, łuuup!
Ta jego pełna teatralnej ekspresji prorocka opowieść i krzyk obudziły mnie nagle na jawie. Otworzyłem oczy w zupełnej ciszy szarego świtu.

– Masz jeszcze czas. Ale to naprawdę mgnienie oka – chichotał w mojej głowie Szatan.

(2003)

Z dziennika nocnych wejść i wyjść zapis 10

Relacjonuję okres marca 2000 roku. Odebrałam wtedy przepowiednie mające odniesienia do biblijnych proroctw odnośnie końca obecnego cyklu czasu. Sny symboliczne, w których wystąpiły ważne postaci, znanego polskiego astrologa spod znaku Byka, zapewne figury istoty, którą już widziałam i opisałam jako boskiego astrologa, czy też kogoś powieszonego na uschłym drzewie. Są w nich istotne informacje do odkodowania (o wężu-tasiemcu – Apopisie – żywiącym się w wodach, o schodzących i wchodzących bliźniaczych rasach – Bolka i Lolka). Wizyta w światach podziemnych, spotkanie z ognistym pająkiem, i innymi tego typu „sieciowymi” stworami, których J. Bzoma zidentyfikował jako „Bóga” – stwórców objawień i pierwotnych kontrolerów iluzji Przejawienia, zetknięcie z „szatańskim ojcem” oraz inne ciekawostki.

powieszony

6 marca 2000. We śnie widzę dno morza [Ocean Przyczyn, strefa Duszy], jakieś niewielkie, jakby akwariowe rybki, które się odławia do innych akwariów. Z góry na dno opada jakiś płyn, przybiera chwilami kształt gwiazdy, myślę: Kwas siarkowy? Wtedy pada nazwisko: Kwaśniewski [czerwony prezydent, czyli Czerwony >10] i jeszcze: „Papież wtedy nie będzie widziany (albo: słyszany…)” i widzę XVII kartę Tarota: Gwiazda. Pada informacja, że wszyscy ludzie są zaprogramowani na nową erę i program uruchomi się w odpowiedniej chwili.
Ocknęłam się z tego, bo nagle ktoś się koło mnie pojawił. Poprzedzał go leciutki powiew świeżego wiatru. Nieco zaniepokojona spytałam w myślach:
– Kim jesteś?
Ten ktoś przysiadł na moment na brzegu łóżka, tuż koło mnie i usłyszałam spokojną odpowiedź:
– Pan… – po czym natychmiast znikł, a ja obudziłam się na jawie.
Po dłuższym czasie znów w transie słyszałam informacje (i widziałam jakby wertowane strony Xięgi, albo pliki) o tym, że będą liczne i wielkie katastrofy klimatyczne na Ziemi, które zdarzały się już wielokrotnie na końcu Cykli, oraz coś, co zapisano w postaci liter „iii” ustawionych w kształt piramidy schodkowej w trzech rzędach.

7 marca 2000. Pojawiają się mignięcia związane z Ciemnym Bogiem, zdaje się dla kogoś jest to problem do zgryzienia, bo odbieram czyjąś myśl: „Pokopię w tym…” i wtedy rozlega się w mojej głowie mechaniczny męski głos: „To kop!”

8 marca 2000. Sen: zabieram się z jakimś kolegą jego dziwnym, prostopadłościennym samochodzikiem z trzema siedzeniami, ciągniętym przez kanciasty motocykl [podróż ku granicy 8/9]. Dosiada się obok, przy kierownicy jeszcze koleżanka z banku, więc zostawiam ich oboje w samochodzie, a sama jadę motorem z przodu. Zatrzymujemy się przy rzece, na moście [granica], na drodze wiodącej do cmentarza. Wokół ciągną się rozległe przestrzenie pól, krzewów, drzew, niedaleko na prawym brzegu stoi chyląca się i zmurszała drewniana stodoła ze strzechą obrośniętą mchem. Patrząc na to odczuwam przypływ ogromnej miłości do Polski i ze wzruszenia mam łzy w gardle, gdy mówię do stojących na moście (wśród nich jest Adam, moje męskie odbicie w snach), że przecież Polska do przepiękny kraj, choć jednocześnie wydaje mi się, że jestem zbyt sentymentalna, czyniąc to biblijne porównanie. Patrzymy na poobcinany z gałęzi pień starego drzewa rosnącego przy brzegu rzeki, niedaleko mostu. Pochylony niebezpiecznie, ktoś wbił w niego jakieś haki, z których zwisa kawałek liny. Słyszę komentarz, że to ślady po miejscowym legendarnym „kimś” (?), który tutaj został powieszony.
Koło stodoły znajduję leżącą na ziemi, zgubioną przez kogoś maleńką książeczkę z wierszami i jakimiś tekstami. Zdziwiona stwierdzam, że przypominają moje teksty. Wstęp zawiera fragmenty komentarza pióra astrologa Leszka Weresa. Nagle coś jakby się nakłada w moim umyśle z innego czasu i była to jakby rozmowa toczona z Weresem o tym, że wtedy na drodze, w chwili podniesienia książeczki z ziemi, we wtorek spotkałam kosmitów z jakiejś odległej gwiazdy, że oni mnie rozpoznali, namierzyli i mogą się tu zjawić w przeciągu pół godziny.

Obraz: potężna głowa plezjozaura wynurzająca się z wody, szaroczarna. Ogromne fale wzburzonego morza zalewające brzegi lądów.

13 marca 2000. We śnie toczyłam rozmowę z Leszkiem Weresem, który opowiadał o zrobionych niedawno niezwykłych zdjęciach. Sfotografowano na nich straszliwe, przerażające potwory przebywające w głębinach ziemi, w zupełnych ciemnościach. Są podejrzenia, że ich świat zdominował biegun Jang na Ziemi. Widziałam jakiegoś wyłowionego z kanałów ściekowych mężczyznę (działo się to na rynku w mojej miejscowości, w punkcie studzienki kanalizacyjnej na skrzyżowaniu), który umarł tam, w trakcie spotkania się z nimi oko w oko. Głos snu oznajmił, że człowiek, jako korona stworzenia nie może degradować się w głąb. Próbowano go przywrócić do życia i zadysponowano zaniesienie go do księdza. Pomyślałam, że to jednak prawda i Ziemia jest pod okupacją sił Ciemności. Weres zaproponował mi pokazanie zdjęć tych „przerażających majestatycznych istot”, ale po namyśle uznałam, że lepiej mi tego nie robić, bo mam zbyt sugestywną wyobraźnię i odmówiłam. Po chwili wznosiłam się wzdłuż jakiejś liny, czy linii w górę, ku Światłu i obudziłam się. Z przezwyciężanym w sobie rozpaczliwym płaczem, którego źródłem była myśl o odepchnięciu mnie przez ukochaną osobę [przełamanie iluzji oddzielności od Źródła].

15 marca 2000. Na brzegu wody siedzi stary Ojciec i jego dwaj synowie, Bolek i Lolek, obaj łowią ryby. Lolek wyciągnął z radością wielką rybę, a Bolek – węża, który okazał się nieskończenie długi i wijący się w morzu [jak tasiemcowy wąż Apopis]. Było jeszcze coś o powstrzymaniu się przed degradacją i scho+dzeniem w dół, oraz na koniec szłam z kimś wodami mojej Rzeki Życia, która okazała się niebezpiecznie głęboka i woda prawie zaczęła mi sięgać głowy.

17 marca 2000. Wyrwało mnie ze snu wrażenie, że coś przed chwilą zrobiono mi z tyłu czaszki, a istoty, które mnie odwiedziły pochodzą z ciemnej strony. Nie wystraszyłam się, ale kiedy się zjawiły odruchowo zaczęłam recytować modlitwę Ojcze nasz. Czułam potem wokół głowy silną i zagadkową wibrację. Po chwili zapadłam w sen wizyjny: byłam w nim kimś, kto trzymając się liny umocowanej na brzegu zagląda w głąb ciemnej jaskini w ziemi. Światło reflektora odkryło mi, że znajduję się w przeogromnej podziemnej pieczarze, a jej dno ginie gdzieś w nieodgadnionym mroku. Wystraszyłam się i obudziłam.
Chwilę potem znów znalazłam się w tym samym śnie, tym razem jednak już w o wiele głębszym miejscu. Okazało się, że rozpoczęłam wędrówkę (cały czas trzymając się liny) poprzez podziemne, niekończące się światy ciemności. Usłyszałam komentarz, że na poziomie takim-to-a-takim (głęboko, ale jeszcze nie najgłębiej, jakieś 60% drogi do końca) wyjdzie mi na spotkanie istota z piątego wymiaru, zamieszkująca te obszary. Nie zobaczyłam jej, ale odczułam silny powiew energii (w moim umyśle pojawiła się „barwa ognia”), rodzaj wiatru, który wzbudził moją ostrożność i znów zaczęłam odruchowo recytować Ojcze nasz. „Wiatr” omiótł mnie i zdałam sobie sprawę, że mnie sprawdza, równie nieufny jak ja. „Zajrzał” mi do ucha i wtedy zaczęłam słyszeć swoje myśli, tak jak słyszy się głos z zewnątrz, a usłyszawszy moją modlitwę jak gdyby się otworzył („odetchnął” z ulgą) i poczułam przypływ czegoś, co w jakiś sposób było podobne do przyjaźni i ciepła. Nie widziałam tej istoty, ale wyobraziłam ją sobie, jako rodzaj wielkiego pajęczastego stwora. Wkrótce potem ocknęłam się spokojnie na jawie.

21 marca 2000. We śnie leżę na tapczanie i pojawia się obok mnie pijany ojciec [androgyn z Nieprzejawienia]. Jest nieprzyjemny, atakujący, nie chce wyjść i dać mi spokój, choć go o to proszę. Zaczynam widzieć scenę: grupa mężczyzn w kilku rzędach w dziwnych majtkach, to właściwie jedynie czarne kapturki naciągnięte na członek. Wykonują jakieś ruchy grupowo, to chyba występ publiczny, dość egzotyczny. Jeden z nich ma kapturek sięgający jedynie do połowy członka i on przykuwa na moment moją uwagę. Naprzeciw nich siedzi potężna, szeroka, ogromna postać Brodatego Starca, mającego członek ukryty w dużym, niezgrabnym worku, robi ukłon tak głęboki, że jego długa, patriarchalna broda zagina się do góry i zakrywa mu twarz, jak zasłona. Wraca sytuacja z moim męczącym ojcem. Uśmiechając się szczególnie mówi: „A więc nie boisz się ani diabłów, ani mnie?”… i wtedy rozpoznaję w nim Szatana, mojego dziwnego przyjaciela. Potwierdzam, że nie, nie boję się i on znika.

22 marca 2000. Poranne widzenia: najpierw szkielet młodego chłopca, właściwie same żebra z kręgosłupem, bez głowy, z resztkami rozkładającego się ciała na kościach, wypadający z klatki, podobnej do drewnianej skrzyni. Pojawiło się we mnie uczucie współczującego żalu, coś jakby wielka miłość do niego za życia. Nastrój widzenia zabarwił się klimatem właściwym dla obrazów Zdzisława Beksińskiego (prymitywna zwierzęcość śmierci i fizycznego ciała podlegającego rozkładowi).
Następnie ujrzałam szeroką ulicę starożytnego miasta pełną półnagich, białych ludzi, przeważnie mężczyzn z wygolonymi starannie łysymi głowami i w przepaskach na biodrach. [Wyglądało to na starożytny Egipt]. Jasne słońce. Upał. Wśród nich, górując nad tłumem na ulicy pojawiła się przedziwna istota. Była o wiele wyższa od ludzi (miała jakieś 3 metry wzrostu), kosmata (to wyglądało na sterczącą sierść, podobną do kociej), w kolorze ciemnobrązowym i jego różnych odcieniach, z wielką głową o ciemnych, szeroko rozstawionych oczach pszczoły i z potężnym, zagiętym dziobem drapieżnego ptaka. Jakie to dziwne, to jakby pół-człowiek, pół-ptak, a może to tylko maska starożytnego boga, nałożona na głowę przez kapłana-olbrzyma? [Egipcjanie przedstawiali boga Ra z ptasią głową, ale zwali go także Kotem].
Jakby w odpowiedzi zobaczyłam wykluwanie się z jaja maleńkiej, podobnej do larwy, białej istotki-glistki [zapewne to symbol spirali DNA], którą ktoś delikatnie i z wielką uwagą wyjął ze skorupki i przełożył do pudełka, gdzie siedziała już dorosła postać kosmatego brązowego ptaka-duszy, który miał pełnić rolę rodzicielskiego opiekuna tego, co się dopiero narodzi wewnątrz ziemskiego systemu (symbolizowanego przez skrzynię). Następnie zamknął je razem, a pudełko włożył do drewnianej klatki [symbol matrixa]. Na koniec patrzyłam na wysypujące się z koszy, pod nogi białych dziesiątki uciętych murzyńskich głów [prymitywne magiczne koncepcje światopoglądowe], po chwili zasłonił je widok przechodzących obok mężczyzn, dźwigających na ramionach ustawione w czterech rzędach na drewnianym podnośniku, szczelnie zamknięte butelki z jakimś płynem. Pomyślałam: krew? a może wino? [narodziny posłańców Boga, zmieniających ofiary krwawe na chleb i wino].

23.III.2000. We śnie czytam na papierze przypadkiem znaleziony starożytny tekst-przepowiednię. Dwie zwrotki mówią o tym, że w Dniach Ostatnich urodzi się kilku dawnych proroków, występujących z Ramienia Pana (tu widzę na końcu rysunek otwartej dłoni). Głos mówiący potwierdzająco o „tygodniu” i o „trzech”.

25 marca 2000. W czasie, gdy rozważałam sens kabalistycznej Księgi Jecirah obudziłam się w transie. W miejscu łóżka stało biurko, coś przy nim pisałam, gdy nagle wewnątrz pokoju zaczął wiać wiatr, coraz silniejszy. Wirował nade mną, owiewając mi twarz i głowę. Zdumiona przerwałam swoje zajęcie, myśląc, że przecież okno jest zamknięte. Nagle zdałam sobie sprawę, że to Księga Jecirah uruchamia we mnie bezpośredni kontakt z Bogiem, z JHWH i że właściwe jej zrozumienie to klucz do Jego drzwi.
Ojciec jest dziesiątką, Jednym dzielącym się na dwa, potem trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, a potem dziewięć, każdy podział ma swój rodzaj, kształt i specyficzny charakter (wibrację i przestrzeń oddziaływania), po czym znów staje się dziesiątką, ale już o kolejne oczko wyżej, tym razem 10.0.
Wieczorny ból głowy wzmógł się nie do zniesienia. Nad ranem najpierw pojawił się sen, w którym jakaś grupka młodych ludzi, dyskutujących ze sobą na korytarzu szkoły (było wokół ciemno) wypowiadała się pozytywnie o idei, podobnej do tego, co mi przekazano [na temat numeracji poziomów świadomości], a niektórzy z zapałem deklarowali się, że przejdą na „religię tego Persa” [haha, nie zdziwiłabym się, gdyby nie chodziło o grupę śniących trenujących obecnie pod patronatem Jarka Bzomy].
Potem ból skoncentrował się zwłaszcza koło czubka głowy, uporczywie myślałam o obciętych gałęziach drzew, które targałam w dzień na kupkę w ogrodzie (wydały mi się podobne do „pajęczych” istot z Głębi), aż w końcu wpadłam w stan wizyjny: ukazał mi się ekran telewizora, a na nim jakieś energetyczne, ogniste, podłużne błyski, pomyślałam o innej planecie i zaczęłam zapadać w trans. Upadłam na kolana czując coś takiego jak przed rozbłyśnięciem boskiego pioruna i otworzyłam się na jego ukazanie się, ale mimo pogłębiania się stanu oderwania uwagi od zjawisk na ekranie piorun nie pojawił się. Za to usłyszałam pieśń kogoś, kogo wzięłam za Szatana. Towarzyszyło jej z początku przejmujące syczenie węży zgromadzonych wokół niego, potem przekształciła się w jakiś utwór w stylu gotyckiego rocka, a ten ktoś, jako solista śpiewał w dziwnym nieziemskim języku. Zrobiłam na sobie kilka razy znak krzyża, ale jego obecność nie znikała. W końcu jego głos przybrał barwę jakiegoś polskiego rockmana i zrozumiałam kilka słów: „On jest Panem, a ja Jego Cieniem…”, (a może: „Jestem Panem, Jego wcieleniem…”?), po czym zjawisko znikło.
Ból głowy jakby zelżał. Wkrótce ukazała mi się kolorowa, soczysta wizja: kawiarnia, przy jednym stoliku siedzi dwóch redaktorów, jeden drugiemu pokazuje jakiś tekst, dołączam do nich. Sekundę potem widzę, że siedzi tam rzędem chyba sześć dziwnych postaci, podobnych nieco do stylizowanych królów z dawnych portretów rodowych. Do pierwszego z brzegu zwracano się per: Stanlaj…(?), więc mógł mieć coś wspólnego z Anglią, przedostatni był żydowskim rabinem, koło niego siedział inny, brodaty król o stożkowej głowie (rozszerzającej się ku dołowi), ten przypominał polskiego króla, może Jagiellona. Rozmawiali ze sobą i chwilami sprzeczali się, zwłaszcza rabin wydawał się trochę nabzdyczony i uparty, twardo pozostający przy swoim. W rozmowie padła liczba 2000, ale nie zapamiętałam, czego dotyczyła. Pomyślałam, że to 7 aniołów zarządzających poszczególnymi prądami kulturotwórczymi w zachodnim świecie.
Następnie ujrzałam mapę świata, w centrum była Afryka i Europa, po bokach inne kontynenty. I usłyszałam zapłakany wzruszony głos (może mój), wypowiadający po angielsku proste zdanie o Bogu (był w nim zwrot „my God”), jak wyznanie absolutnej wiary.
Przebudziłam się i znów zaraz wróciły wizje. Tym razem zobaczyłam grupę młodych, roześmianych postaci, dziewczyn i chłopców ubranych w przedziwne stroje, rodzaj szat z owiniętej wokół ciała lekkiej materii od stóp do głów w kolorze jasnej krwi. Biegły przed siebie, wśród beztroskich chichotów i przekomarzań, nawołując między sobą: „Obywatelko, obywatelu, chodźmy pobawić się na tym dziwnym Cieniu…”. Usłyszałam w głowie komentarz: „To pokolenie 96…” i ujrzałam, że na spotkanie grupki czerwonych postaci wyszła grupka podobnych ludzi okutanych w czerń. Czarni poprosili: „Użyczcie nam pędzli do malowania”, ale Czerwoni kategorycznie odmówili im jakiejkolwiek pomocy i zgodnie odwróciwszy się do tamtych plecami, odeszli.

Rano sen: wybrałam się w podróż samochodem w jakieś zimne, pokryte lodem miejsce [minusowość] turystyczne. Nocowałam w wielkim szkolnym budynku [poziom 6]. Do pokoju zajrzała gruba niezgrabna pani w niebieskawo-fioletowej sukience, była to tutejsza sprzątaczka, która niespodziewanie powiedziała kilka wrogich zdań pod moim adresem, zarzucając mi coś, co zrobiłam, czy powiedziałam w przeszłości do niej w innym miejscu. Nie mogłam sobie przypomnieć żadnej takiej sprawy. Potem zjawili się jacyś ludzie, zrobiło się tłoczno. Usiłowałam przepowiadać im przyszłość, mówiąc o wizji Czerwonych i Czarnych, którą zinterpretowałam jako zapowiedź Przemienienia i oddzielenia Światła od Ciemności, które wydarzy się w 2014 roku (1996+18=2014), ale oni nie wydawali się zbytnio zainteresowani, pogrążeni w innych, dość przypadkowych rozmowach. W końcu jeden z młodych mężczyzn, siedząc w otoczeniu reszty robił mi wykład, czy też doradzał sposób kontrolowania umysłem zewnętrznych zjawisk, mówiąc: „Znając porę i godzinę jakichś zdarzeń będziesz mogła spotykać się, z kim chcesz i decydować o tym, ile i kiedy będziecie się widywać…”. W wyobraźni pozostała mi postać kropkowanego jaguara.

27 marca 2000. Przed zaśnięciem ukazywały mi się krótkie migawki z Podziemi. Była tam przedziwna pieczara z wieloma głębokimi korytarzami odchodzącymi gdzieś w mrok, ozdobionymi kolumnadą wyglądającą na zbudowaną świadomie, ale mającą niezliczoną ilość lat i z tego powodu przypominającą twór natury. Mignęła mi jakaś istota z czarną, drobną, spotworniałą głową. W dole smolistej twarzy pozbawionej podbródka miała maleńkie wargi, z których sterczały ostre kły i szereg drobnych, szarych zębów, jak u drapieżnego zwierzęcia. Spróbowałam jej się lepiej przyjrzeć, mimo że była bardzo ohydna, ale szybko znikła. Moja percepcja miała w sobie niesamowity spokój władcy tej strasznej krainy i zdałam sobie sprawę, że patrzę „okiem Śiwy”.
W środku nocy wyrwało mnie ze snu skrobanie na czubku głowy, słyszałam zgrzyt kości, bolało, ale poddałam się temu z ufnością. Jednocześnie pojawiły się w moim umyśle informacje o tym, że służy to wzmocnieniu przepływu czystej świetlistej energii duchowej, która będzie miała moc chronienia mnie w życiu.
W następnym śnie obudziło mnie intensywne syczenie węży z tyłu za plecami i ból w kręgosłupie. Na wysokości splotu słonecznego umieszczano mi jakiś półokrągły implant, opasujący jeden z kręgów. Okropnie bolało i płakałam, także ze strachu. Wkrótce jednak wszystko znikło i na jawie poczułam intensywne ciepło rozchodzące się w dół od miejsca z implantem.

28 marca 2000. Znalazłam się w głębokim transie, z którego trudno jest mi się ocknąć, czuję jakieś uderzenia w prawe biodro i fragmentem świadomości rejestruję, że to moja własna ręka uciska to miejsce ciała. Pochłania mnie to, co widzę w sobie. To wąska uliczka w Krakowie. Idę za plecami grupki kilku księży, która zajmuje prawie całą jej szerokość. Jacy oni szczupli i wysocy! Mają ze 3 metry wzrostu. Wszyscy przechodnie schodzą im posłusznie z drogi, nawet księża, malutcy przy nich jak karzełki, przeciskają się boczkiem przy rusztowaniach. Przez głowę przebiega mi myśl o jakiejś sekcie i jej potężnym przywódcy i wychylam się, żeby lepiej go zobaczyć zza pleców innych. Jestem taka niska jak dziecko. Jakaś postać idzie na czele grupy wysokich kapłanów (wszyscy jednak mają w sobie coś z wyglądu żydowskich rabinów) z rozłożonymi niby ptak rękami, szerokie rękawy w kolorze czerwonym tworzą skrzydła, wieje od niego wielką mocą, pomieszaną z grozą. Na głowie ma dziwny kaptur zrobiony ze skóry zwierzęcej, czapka, jak głowa drapieżnika, zachodzi mu na twarz. Oprócz niego idzie trzech innych, bardzo podobnych, i razem tworzą zwarty szereg. Za nimi podążają gapie. Tak, to sam prorok Daniel i jego trzej towarzysze! W końcu przeciskam się do przodu i wyrasta pode mną wielki pies, szary wilczur, niosąc mnie jak koń na swoim grzbiecie.

30 marca 2000. W moim ogrodzie, przez dziurę w płocie po lewej stronie wbiega piekielny pies o czarnym pysku przypominającym nieco twarzyczkę diabła. Zdobywam się na bohaterstwo, wstaję i wielkimi okrzykami: W imię Ojca, i Syna i Ducha świętego! oraz: W imię Jezusa Chrystusa wypędzam cię! wyganiam bestię poza obręb ogrodu. Czuję w sobie wzrastającą moc i pewność siebie. Pies odbiega dość niechętnie, oglądając się za siebie, ale jest posłuszny.
Po obudzeniu się, w stanie półsnu ukazywały mi się kształty konarów z gałęziami, pieńków z wyrastającymi z nich licznymi cienkimi pędami, białych wieloodnóżastych stworów podobnych do kosarzy, pomyślałam, że istoty z 5 wymiaru mają wygląd tworów sieciowych, głowonogów, ośmiornic, krabów i pająków. Teraz ukazywały się w jasnych, białych, lub różowawo-pomarańczowych kolorach i poczułam ciepło w okolicach implantu w kręgosłupie na wysokości splotu słonecznego.

Z dziennika wzięć, czyli wejść i wyjść zapis 9

Kontynuuję opowiadanie. Szeregu kontaktów z niewidzialną Drugą Stroną, podjętych z jej inicjatywy i ciągnących się, jak dotąd już rok drugi.

aztec-pyramid

11.II.2000. Zasnęłam w trakcie rozmyślań o podziale na 4 ciała [Ich opis zamieściłam na blogu nostradamicznym we wpisie o złotym ciele]. Zauważyłam w tym krzyż. Dalej śniła mi się ta sama kwestia w postaci znajomej młodej aktorki [Gracz rodem z Nieprzejawienia], która zamieszkała w Moskwie [poziom 5 przyczynowy, a pewnie jego centrala na 10] i nie chciała wrócić do kraju, mimo biedy, w którą popadła [brak energii zasilającej z dołu?]. Przysłała nam jednak kwadratową płytę kompaktową, każdy z czterech brzegów miał osobną linię nagrania. Wiedza bezpośrednia: każda z ras, powstających z kolejnych podziałów pełniła role „bogów” i opiekunów wobec ras, które z niej powstały, zasiedlając niższy wymiar. Można było sięgnąć świadomością z ich ciał wyżej, o 2, 3 stopnie, ale to były rzadkie przypadki. W końcu jednak ludzie dotarli do granicy „płaskości” (tu zobaczyłam ową aktorkę pokazującą coś na ściennej mapie), od której powinni się odbić w górę, ale… oni zaczęli mieć dzieci ze zwierzętami.
Obudziłam się i w tym momencie usłyszałam w pokoju męski, nieco mechaniczny głos, który powiedział: PIĘTNAŚCIE. I jest to dla mnie absolutna zagadka.

[Obecnie mogę domniemać, na podstawie ustaleń Jarka Bzomy, iż głos Nieprzejawienia powiadomił mnie, że wszystkich poziomów rozwoju tego Wszechświata jest piętnaście.]

12.II.2000. W czytelni bibliotecznej długo przeglądałam albumy o dinozaurach. A potem w nocy czytałam „Dzieje świata” Herberta Wellsa. Sny wizyjne. Widzę ogromną wirującą Galaktykę, mój ojciec dotarł już prawie do samego Centrum, gdy nagle odwrócił się znowu w moją stronę, wraca w swoją przeszłość, pomimo że musi złożyć bardzo prymitywną ofiarę ze swojej krwi i oto nagle przenika mnie Jego boska świadomość JAM JEST…
Następnie trafił do kawiarni w naszej miejscowej remizie, gdzie oblegany przez panie szybko zapomniał, po co tu przybył, podpił sobie i wcale nie chciał przyjść do domu. Poszłam do niego razem z siostrą, mówiąc: „Zajrzałeś do nas tylko na jedno popołudnie, a teraz już od dwóch dni siedzisz tam bez przerwy, chcę cię trochę mieć dla siebie”, ale on wcale nie był chętny naprawić sytuacji. Wyjrzał na chwilę i znów został. W budynku remizy, w sąsiednim pomieszczeniu miał tymczasem otwarty swój „sklepik” jakiś mi nieznany, nadzwyczaj spokojny mężczyzna. Gdy do niego zajrzałyśmy czytał książkę, panował u niego wielki spokój, który w porównaniu z chaosem panującym wokół ojca jeszcze bardziej mnie zdenerwował. Na rogu ulicy ojciec zostawił 2 połączone ze sobą na wzór tandemu rowery, ktoś mógł je ukraść. Były już stare i trochę zardzewiałe, pomalowane żółtą i zieloną farbą, rozszczepiłam je i postawiłam obok siebie… Obudził mnie żal i jakieś takie rozpłakanie, wznoszące się z 2 czakry.
Na podwórzu naszego starego domu pojawiło się wiele osób. Na kocu po środku, otoczony gromadą słuchaczy rozsiadł się Ole Nydhal. Chciałam zaprosić go na nocleg, ale nie umiałam się z nim porozumieć. Pokazałam mu wreszcie swoją książkę [sennik] i powiedziałam po francusku jakieś niezdarne zdanko wyjaśniające, że to ja ją napisałam. Zrozumiał je po chwili, ale nie wydawał mi się zbytnio zainteresowany.
Pole, mnóstwo ludzi, zmierzch, przed nami wysoki, zrujnowany, kilkupiętrowy budynek. Grupa magów „z lewej ręki”, dowodzona przez człowieka o dziwnie blond-tłustej [świńskiej], charakterystycznej twarzy z grubymi, wywiniętymi wargami popisuje się tym, co potrafi. Wymawiają jakieś zaklęcia i oto płyty tworzące ściany ostatniego piętra budynku odpadają same i nawet księżyc zrobił się czarny i zniknął z nieba (jak gdyby odleciał, zjedzony przez czarną plamę Rahu). Tych „magów” jest stosunkowo niewielu, ale robią silne wrażenie, którego my nie pochwalamy i staramy się przed skutkami podziwiania tych sztuczek ostrzec przyglądających się tłumnie ludzi. Nocuję potem w namiocie „cyrkowców”. Jest już stary, jasnoniebieski od wewnątrz, ale niewielkie okienko już nawet nie prześwituje, „zalutowane” czymś z drugiej strony. Słychać wiejący na zewnątrz groźny wiatr, ale w środku jest spokojnie i cicho, przynajmniej na razie. Ktoś jest obok mnie i zaczynam się z nim kochać. W tej samym pomieszczeniu śpi jeszcze ktoś inny, i ta druga osoba również z kimś innym się kocha.
Zmieniamy teren „przedstawienia”, planujemy iść do innej wsi. Martwię się, że nie ma tam wody do umycia się, jest jedynie maleńka, ale brudna struga. Trafiamy jednak (znów pole, ludno). I okazuje się, że jest tam wielka szeroka rzeka (płynie tak jakby w miejscu Luciąży). Jeden z nas, starszy pan wchodzi do niej i okazuje się, że woda sięga mu ledwie do pasa przez całą szerokość rzeki. Obserwujemy go z brzegu i z góry (jak gdyby frunąc nad nim). Mężczyzna trafia przy drugim brzegu na głębinę, odważnie idzie w jej kierunku, aby ją zmierzyć, woda podnosi się i sięga mu już do brody. Wystraszona wołam do niego, aby tego nie robił, nie szedł dalej, bo utonie.
I znów jestem z moim ojcem, na jakiejś górze. Planujemy coś, rozważamy. On jest jakiś taki nieodgadniony, choć sympatyczny i towarzyski, aż za bardzo nawet. W końcu namówił mnie do wspólnego zjazdu w dół, obiecując, że reszta znajomych dotrze tam zaraz za nami. Dałam się namówić i spłynęliśmy w dół stromym strumieniem wody, górską, rwącą rzeką, wypływającą spod budynku na szczycie góry – płynąc dwójkowym kajakiem. Kiedy znalazłam się jednak na dole i spojrzałam na przebytą drogę zdałam sobie sprawę, że nie mam możliwości swobodnego powrotu do miejsca wyjścia, a towarzysze nie wiadomo czy prędko się zjawią. Można tu było jedynie bezradnie czekać. Góra z kwadratowym budynkiem świątyni na szczycie i opadające z jej obu brzegów wody rzek przypominała z wyglądu jakąś meksykańską piramidę. Poczułam lekką złość na ojca, że mnie w to wszystko wplątał. Wtedy usłyszałam głos mówiący: „Ratujemy SAMI SIEBIE” i ten głos mnie przebudził.

17 lutego 2000. Sen wizyjny: w jakiejś starej szopie ze słomą i sianem znaleziono stare indiańskie [czerwone – poziom 5 przyczynowy, drewno – urojeniowość minusowa] bóstwo. Jest to rozgałęziający się kij z dwiema czarnymi głowami na końcach [dualizm wartości, rozszczepienie nurtu czarnego, zstępującego]. Zaczyna się je pokazywać u płotu gospodarstwa [granica ziemskiego wymiaru], ludzie zewsząd masowo pielgrzymują do niego. Zjawiam się i ja (za plecami, jak cień stoi mi jakiś ksiądz), staję w pierwszym rzędzie i podchodzimy z innymi do płotu, wyciągnąwszy dłonie przed siebie, jakby w geście prośby o łaskę. Bóstwo zaczyna „działać” i wtedy moje ręce rozświetla wokół białe, czyste światło. Niestety, z innymi jest inaczej. Na ludzi pada straszna zaraza, wydostaje się diabelska, złośliwa energia, przed którą nie ma żadnego schronienia. Jakoś daje się częściowo zażegnać niebezpieczeństwo, umieszczamy porażonych w jednym miejscu kwarantanny, leżą pokotem, chorzy, ale ich życiu nie grozi niebezpieczeństwo. Robię nad nimi znak krzyża i odchodzę. Spieszę się do domu, gna mnie niepokój o bliskich. Przy schodach (wejście i dom były inne, parterowe) stoją rzędem rowery, zasłaniając drzwi – czuję niecierpliwość. W końcu wchodzę, przeskoczywszy je jakoś, w środku pusto, meble porozrzucane, chaos w środku… a więc trafiło tutaj… Budzi mnie ogromny lęk, rozpacz, wstrząs.
Wizja: nad jakimś wiejskim podwórzem [planeta Ziemia] nadlatujący spodek, brązowy. Toczy się walka z innym spodkiem. Działo się coś intensywnie i wysoko, bardzo prędko, bezwzględnie. Pamiętam Białą Istotę i wieść, że jestem jednym z Dziewięciu. Kiedy się nagle obudziłam czułam ból we wnętrzu pępka jak po wkłuciu cieniutkiej igły.

21 lutego 2000. Nad ranem wizja: piszę na komputerze, chcę wcisnąć polecenie: „Zapisz”, ale na ekranie ukazuje się zestaw dziwnych opcji i nie wiem, jak z tego wyjść. Tymczasem zaczyna się błyskać na dworze, chyba idzie na burzę i muszę coś prędko zrobić, aby uratować tekst. Widzę iskrę strzelającą z kontaktu i odskakuję w głąb pokoju. Rozlega się huk przejeżdżającego pociągu. Przez okno dostrzegam lokomotywę pociągu, jadącą na wschód [poziom przyczynowy, karmiczny], mój dom staje się jakby wagonem, który ona ciągnie. Słyszę z sąsiedztwa okrzyk zdumionej sąsiadki-dewotki: „O Boże!”…
Rano wizja: diaboliczny młody człowiek, widzę go na ekranie TV, albo w oknie, nie pamiętam. Niemiły.

[Tu muszę wtrącić, że ten sen, oprócz przeżycia transformującej – symbol pociągu – drogi w kierunku granicy 8/9 (życia i śmierci) był zapowiedzią trudów zaczynającego się roku. W ciągu kilku następnych miesięcy okaże się, że moja matka choruje na śmiertelną postać raka, czeka mnie opieka nad umierającą, jej śmierć i opuszczenie rodzinnego domu, oto co było wtedy jeszcze przede mną, kompletnie tego nieświadomą]

23 lutego 2000. Przed snem obraz: obejmuje mnie od lewej strony z przodu coś mającego gadzią skórkę, długiego, spłaszczonego na końcu, ciemno połyskującego. Postanowiłam się temu przyjrzeć lepiej i zobaczyłam, że jest to dłoń.

[Dłoń – to Atman z poziomu 7 i powyżej. Jak widać niekoniecznie musi być błękitna, ani nawet humanoidalna]

Pojawiały się krótkie obrazy wizyjne, a w nich znani z „Nieznanego Świata” ezoterycy, a potem sen z ich udziałem. Badali mnie na odległość, próbując różnych diagnoz. [Sny o tych badaniach, całkiem liczne, jak dotąd – hehe – się nie sprawdziły, ale ze względu na spore ciekawostki może je kiedyś zamieszczę]. Nad ranem coś się jakby chciało do mnie zbliżyć, ale wtedy z okolic splotu słonecznego „szurnęły” ku niemu moje smoki i ogniste węże i natychmiast zlikwidowały zagrożenie. Jasny gwint!

24 lutego 2000. Sen: siedzę na sankach [minusowość] na drodze w kierunku sąsiedniej miejscowości. Półmrok. Gdzieś blisko jest stacja PKP (tory) [poziom granicy 8/9] , a koło mnie, poufale, ale z dystansem leży listonosz z miejscowej poczty. Obok przykuca kierownik poczty, starszy, o którym wiem, że łasy jest na kobiety. Rozmawiamy o piwie, którego sporą dostawę sprowadził z Ameryki listonosz. Kiedy nam o tym opowiada wstaje i gestykuluje żywo, z rozmachem. Na to nakłada się inna rozmowa, z kobietą. Ona pyta mnie o „tysiąc i sześćset stadiów” wytłoczonej krwi z wizji św. Jana, a ja tłumaczę, że chodzi o podział zysków pomiędzy Niebo (liczba 1000) i Piekło (liczba 600), dodaję też coś o Żniwiarzu i dochodzę do wniosku, że ptaki jedzące trupy to zmiana koncepcji cielesnej, szykująca się w masowej skali. Zauważam nagle koło siebie, na prętach sanek leżącego żółtego małego kotka w pomarańczowe okrągłe łatki. Z pyszczka przypomina lwa, albo lamparta. Jest trochę niezgrabny, ale budzi moją czułość i chcę go pogłaskać. Kociak zrywa się i przechodzi na leżący po prawej stronie kocyk, siada na brzegu i patrzy na mnie błyszczącymi oczkami. Stwierdzam, że nie będę go zmuszać, bo to wolne stworzenie, widocznie zbyt niedotykalskie.

25 lutego 2000. Chwilami przed snem nagłe odczucie jakby odtykania uszu, lub dokręcania „śrubki” nad uchem. Wizyjne elementy ze snu przedstawiały najpierw barana o dwóch wielkich rogach i kozła z wizji Daniela, leżące na moim podwórzu, oraz przeźroczyste, gęste piwo marki „Magnum” w niskiej szerokiej szklance (czy należy czytać Mag Num?), potem „braci Kumarów” przemieniających się w Białe Istoty, oraz wiadomość, że przez wiele lat tkwiły we mnie specjalnie założone przez nich „zamki”, blokujące ukryte w pamięci rzeczy.

26 lutego 2000, rano 2 razy pod rząd ktoś wchodził do mojego pokoju i znikał przy tapczanie.

cdn.