Z dziennika wzięć, czyli wejść i wyjść zapis 9

Kontynuuję opowiadanie. Szeregu kontaktów z niewidzialną Drugą Stroną, podjętych z jej inicjatywy i ciągnących się, jak dotąd już rok drugi.

aztec-pyramid

11.II.2000. Zasnęłam w trakcie rozmyślań o podziale na 4 ciała [Ich opis zamieściłam na blogu nostradamicznym we wpisie o złotym ciele]. Zauważyłam w tym krzyż. Dalej śniła mi się ta sama kwestia w postaci znajomej młodej aktorki [Gracz rodem z Nieprzejawienia], która zamieszkała w Moskwie [poziom 5 przyczynowy, a pewnie jego centrala na 10] i nie chciała wrócić do kraju, mimo biedy, w którą popadła [brak energii zasilającej z dołu?]. Przysłała nam jednak kwadratową płytę kompaktową, każdy z czterech brzegów miał osobną linię nagrania. Wiedza bezpośrednia: każda z ras, powstających z kolejnych podziałów pełniła role „bogów” i opiekunów wobec ras, które z niej powstały, zasiedlając niższy wymiar. Można było sięgnąć świadomością z ich ciał wyżej, o 2, 3 stopnie, ale to były rzadkie przypadki. W końcu jednak ludzie dotarli do granicy „płaskości” (tu zobaczyłam ową aktorkę pokazującą coś na ściennej mapie), od której powinni się odbić w górę, ale… oni zaczęli mieć dzieci ze zwierzętami.
Obudziłam się i w tym momencie usłyszałam w pokoju męski, nieco mechaniczny głos, który powiedział: PIĘTNAŚCIE. I jest to dla mnie absolutna zagadka.

[Obecnie mogę domniemać, na podstawie ustaleń Jarka Bzomy, iż głos Nieprzejawienia powiadomił mnie, że wszystkich poziomów rozwoju tego Wszechświata jest piętnaście.]

12.II.2000. W czytelni bibliotecznej długo przeglądałam albumy o dinozaurach. A potem w nocy czytałam „Dzieje świata” Herberta Wellsa. Sny wizyjne. Widzę ogromną wirującą Galaktykę, mój ojciec dotarł już prawie do samego Centrum, gdy nagle odwrócił się znowu w moją stronę, wraca w swoją przeszłość, pomimo że musi złożyć bardzo prymitywną ofiarę ze swojej krwi i oto nagle przenika mnie Jego boska świadomość JAM JEST…
Następnie trafił do kawiarni w naszej miejscowej remizie, gdzie oblegany przez panie szybko zapomniał, po co tu przybył, podpił sobie i wcale nie chciał przyjść do domu. Poszłam do niego razem z siostrą, mówiąc: „Zajrzałeś do nas tylko na jedno popołudnie, a teraz już od dwóch dni siedzisz tam bez przerwy, chcę cię trochę mieć dla siebie”, ale on wcale nie był chętny naprawić sytuacji. Wyjrzał na chwilę i znów został. W budynku remizy, w sąsiednim pomieszczeniu miał tymczasem otwarty swój „sklepik” jakiś mi nieznany, nadzwyczaj spokojny mężczyzna. Gdy do niego zajrzałyśmy czytał książkę, panował u niego wielki spokój, który w porównaniu z chaosem panującym wokół ojca jeszcze bardziej mnie zdenerwował. Na rogu ulicy ojciec zostawił 2 połączone ze sobą na wzór tandemu rowery, ktoś mógł je ukraść. Były już stare i trochę zardzewiałe, pomalowane żółtą i zieloną farbą, rozszczepiłam je i postawiłam obok siebie… Obudził mnie żal i jakieś takie rozpłakanie, wznoszące się z 2 czakry.
Na podwórzu naszego starego domu pojawiło się wiele osób. Na kocu po środku, otoczony gromadą słuchaczy rozsiadł się Ole Nydhal. Chciałam zaprosić go na nocleg, ale nie umiałam się z nim porozumieć. Pokazałam mu wreszcie swoją książkę [sennik] i powiedziałam po francusku jakieś niezdarne zdanko wyjaśniające, że to ja ją napisałam. Zrozumiał je po chwili, ale nie wydawał mi się zbytnio zainteresowany.
Pole, mnóstwo ludzi, zmierzch, przed nami wysoki, zrujnowany, kilkupiętrowy budynek. Grupa magów „z lewej ręki”, dowodzona przez człowieka o dziwnie blond-tłustej [świńskiej], charakterystycznej twarzy z grubymi, wywiniętymi wargami popisuje się tym, co potrafi. Wymawiają jakieś zaklęcia i oto płyty tworzące ściany ostatniego piętra budynku odpadają same i nawet księżyc zrobił się czarny i zniknął z nieba (jak gdyby odleciał, zjedzony przez czarną plamę Rahu). Tych „magów” jest stosunkowo niewielu, ale robią silne wrażenie, którego my nie pochwalamy i staramy się przed skutkami podziwiania tych sztuczek ostrzec przyglądających się tłumnie ludzi. Nocuję potem w namiocie „cyrkowców”. Jest już stary, jasnoniebieski od wewnątrz, ale niewielkie okienko już nawet nie prześwituje, „zalutowane” czymś z drugiej strony. Słychać wiejący na zewnątrz groźny wiatr, ale w środku jest spokojnie i cicho, przynajmniej na razie. Ktoś jest obok mnie i zaczynam się z nim kochać. W tej samym pomieszczeniu śpi jeszcze ktoś inny, i ta druga osoba również z kimś innym się kocha.
Zmieniamy teren „przedstawienia”, planujemy iść do innej wsi. Martwię się, że nie ma tam wody do umycia się, jest jedynie maleńka, ale brudna struga. Trafiamy jednak (znów pole, ludno). I okazuje się, że jest tam wielka szeroka rzeka (płynie tak jakby w miejscu Luciąży). Jeden z nas, starszy pan wchodzi do niej i okazuje się, że woda sięga mu ledwie do pasa przez całą szerokość rzeki. Obserwujemy go z brzegu i z góry (jak gdyby frunąc nad nim). Mężczyzna trafia przy drugim brzegu na głębinę, odważnie idzie w jej kierunku, aby ją zmierzyć, woda podnosi się i sięga mu już do brody. Wystraszona wołam do niego, aby tego nie robił, nie szedł dalej, bo utonie.
I znów jestem z moim ojcem, na jakiejś górze. Planujemy coś, rozważamy. On jest jakiś taki nieodgadniony, choć sympatyczny i towarzyski, aż za bardzo nawet. W końcu namówił mnie do wspólnego zjazdu w dół, obiecując, że reszta znajomych dotrze tam zaraz za nami. Dałam się namówić i spłynęliśmy w dół stromym strumieniem wody, górską, rwącą rzeką, wypływającą spod budynku na szczycie góry – płynąc dwójkowym kajakiem. Kiedy znalazłam się jednak na dole i spojrzałam na przebytą drogę zdałam sobie sprawę, że nie mam możliwości swobodnego powrotu do miejsca wyjścia, a towarzysze nie wiadomo czy prędko się zjawią. Można tu było jedynie bezradnie czekać. Góra z kwadratowym budynkiem świątyni na szczycie i opadające z jej obu brzegów wody rzek przypominała z wyglądu jakąś meksykańską piramidę. Poczułam lekką złość na ojca, że mnie w to wszystko wplątał. Wtedy usłyszałam głos mówiący: „Ratujemy SAMI SIEBIE” i ten głos mnie przebudził.

17 lutego 2000. Sen wizyjny: w jakiejś starej szopie ze słomą i sianem znaleziono stare indiańskie [czerwone – poziom 5 przyczynowy, drewno – urojeniowość minusowa] bóstwo. Jest to rozgałęziający się kij z dwiema czarnymi głowami na końcach [dualizm wartości, rozszczepienie nurtu czarnego, zstępującego]. Zaczyna się je pokazywać u płotu gospodarstwa [granica ziemskiego wymiaru], ludzie zewsząd masowo pielgrzymują do niego. Zjawiam się i ja (za plecami, jak cień stoi mi jakiś ksiądz), staję w pierwszym rzędzie i podchodzimy z innymi do płotu, wyciągnąwszy dłonie przed siebie, jakby w geście prośby o łaskę. Bóstwo zaczyna „działać” i wtedy moje ręce rozświetla wokół białe, czyste światło. Niestety, z innymi jest inaczej. Na ludzi pada straszna zaraza, wydostaje się diabelska, złośliwa energia, przed którą nie ma żadnego schronienia. Jakoś daje się częściowo zażegnać niebezpieczeństwo, umieszczamy porażonych w jednym miejscu kwarantanny, leżą pokotem, chorzy, ale ich życiu nie grozi niebezpieczeństwo. Robię nad nimi znak krzyża i odchodzę. Spieszę się do domu, gna mnie niepokój o bliskich. Przy schodach (wejście i dom były inne, parterowe) stoją rzędem rowery, zasłaniając drzwi – czuję niecierpliwość. W końcu wchodzę, przeskoczywszy je jakoś, w środku pusto, meble porozrzucane, chaos w środku… a więc trafiło tutaj… Budzi mnie ogromny lęk, rozpacz, wstrząs.
Wizja: nad jakimś wiejskim podwórzem [planeta Ziemia] nadlatujący spodek, brązowy. Toczy się walka z innym spodkiem. Działo się coś intensywnie i wysoko, bardzo prędko, bezwzględnie. Pamiętam Białą Istotę i wieść, że jestem jednym z Dziewięciu. Kiedy się nagle obudziłam czułam ból we wnętrzu pępka jak po wkłuciu cieniutkiej igły.

21 lutego 2000. Nad ranem wizja: piszę na komputerze, chcę wcisnąć polecenie: „Zapisz”, ale na ekranie ukazuje się zestaw dziwnych opcji i nie wiem, jak z tego wyjść. Tymczasem zaczyna się błyskać na dworze, chyba idzie na burzę i muszę coś prędko zrobić, aby uratować tekst. Widzę iskrę strzelającą z kontaktu i odskakuję w głąb pokoju. Rozlega się huk przejeżdżającego pociągu. Przez okno dostrzegam lokomotywę pociągu, jadącą na wschód [poziom przyczynowy, karmiczny], mój dom staje się jakby wagonem, który ona ciągnie. Słyszę z sąsiedztwa okrzyk zdumionej sąsiadki-dewotki: „O Boże!”…
Rano wizja: diaboliczny młody człowiek, widzę go na ekranie TV, albo w oknie, nie pamiętam. Niemiły.

[Tu muszę wtrącić, że ten sen, oprócz przeżycia transformującej – symbol pociągu – drogi w kierunku granicy 8/9 (życia i śmierci) był zapowiedzią trudów zaczynającego się roku. W ciągu kilku następnych miesięcy okaże się, że moja matka choruje na śmiertelną postać raka, czeka mnie opieka nad umierającą, jej śmierć i opuszczenie rodzinnego domu, oto co było wtedy jeszcze przede mną, kompletnie tego nieświadomą]

23 lutego 2000. Przed snem obraz: obejmuje mnie od lewej strony z przodu coś mającego gadzią skórkę, długiego, spłaszczonego na końcu, ciemno połyskującego. Postanowiłam się temu przyjrzeć lepiej i zobaczyłam, że jest to dłoń.

[Dłoń – to Atman z poziomu 7 i powyżej. Jak widać niekoniecznie musi być błękitna, ani nawet humanoidalna]

Pojawiały się krótkie obrazy wizyjne, a w nich znani z „Nieznanego Świata” ezoterycy, a potem sen z ich udziałem. Badali mnie na odległość, próbując różnych diagnoz. [Sny o tych badaniach, całkiem liczne, jak dotąd – hehe – się nie sprawdziły, ale ze względu na spore ciekawostki może je kiedyś zamieszczę]. Nad ranem coś się jakby chciało do mnie zbliżyć, ale wtedy z okolic splotu słonecznego „szurnęły” ku niemu moje smoki i ogniste węże i natychmiast zlikwidowały zagrożenie. Jasny gwint!

24 lutego 2000. Sen: siedzę na sankach [minusowość] na drodze w kierunku sąsiedniej miejscowości. Półmrok. Gdzieś blisko jest stacja PKP (tory) [poziom granicy 8/9] , a koło mnie, poufale, ale z dystansem leży listonosz z miejscowej poczty. Obok przykuca kierownik poczty, starszy, o którym wiem, że łasy jest na kobiety. Rozmawiamy o piwie, którego sporą dostawę sprowadził z Ameryki listonosz. Kiedy nam o tym opowiada wstaje i gestykuluje żywo, z rozmachem. Na to nakłada się inna rozmowa, z kobietą. Ona pyta mnie o „tysiąc i sześćset stadiów” wytłoczonej krwi z wizji św. Jana, a ja tłumaczę, że chodzi o podział zysków pomiędzy Niebo (liczba 1000) i Piekło (liczba 600), dodaję też coś o Żniwiarzu i dochodzę do wniosku, że ptaki jedzące trupy to zmiana koncepcji cielesnej, szykująca się w masowej skali. Zauważam nagle koło siebie, na prętach sanek leżącego żółtego małego kotka w pomarańczowe okrągłe łatki. Z pyszczka przypomina lwa, albo lamparta. Jest trochę niezgrabny, ale budzi moją czułość i chcę go pogłaskać. Kociak zrywa się i przechodzi na leżący po prawej stronie kocyk, siada na brzegu i patrzy na mnie błyszczącymi oczkami. Stwierdzam, że nie będę go zmuszać, bo to wolne stworzenie, widocznie zbyt niedotykalskie.

25 lutego 2000. Chwilami przed snem nagłe odczucie jakby odtykania uszu, lub dokręcania „śrubki” nad uchem. Wizyjne elementy ze snu przedstawiały najpierw barana o dwóch wielkich rogach i kozła z wizji Daniela, leżące na moim podwórzu, oraz przeźroczyste, gęste piwo marki „Magnum” w niskiej szerokiej szklance (czy należy czytać Mag Num?), potem „braci Kumarów” przemieniających się w Białe Istoty, oraz wiadomość, że przez wiele lat tkwiły we mnie specjalnie założone przez nich „zamki”, blokujące ukryte w pamięci rzeczy.

26 lutego 2000, rano 2 razy pod rząd ktoś wchodził do mojego pokoju i znikał przy tapczanie.

cdn.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s