Z dziennika nocnych wejść i wyjść zapis 10

Relacjonuję okres marca 2000 roku. Odebrałam wtedy przepowiednie mające odniesienia do biblijnych proroctw odnośnie końca obecnego cyklu czasu. Sny symboliczne, w których wystąpiły ważne postaci, znanego polskiego astrologa spod znaku Byka, zapewne figury istoty, którą już widziałam i opisałam jako boskiego astrologa, czy też kogoś powieszonego na uschłym drzewie. Są w nich istotne informacje do odkodowania (o wężu-tasiemcu – Apopisie – żywiącym się w wodach, o schodzących i wchodzących bliźniaczych rasach – Bolka i Lolka). Wizyta w światach podziemnych, spotkanie z ognistym pająkiem, i innymi tego typu „sieciowymi” stworami, których J. Bzoma zidentyfikował jako „Bóga” – stwórców objawień i pierwotnych kontrolerów iluzji Przejawienia, zetknięcie z „szatańskim ojcem” oraz inne ciekawostki.

powieszony

6 marca 2000. We śnie widzę dno morza [Ocean Przyczyn, strefa Duszy], jakieś niewielkie, jakby akwariowe rybki, które się odławia do innych akwariów. Z góry na dno opada jakiś płyn, przybiera chwilami kształt gwiazdy, myślę: Kwas siarkowy? Wtedy pada nazwisko: Kwaśniewski [czerwony prezydent, czyli Czerwony >10] i jeszcze: „Papież wtedy nie będzie widziany (albo: słyszany…)” i widzę XVII kartę Tarota: Gwiazda. Pada informacja, że wszyscy ludzie są zaprogramowani na nową erę i program uruchomi się w odpowiedniej chwili.
Ocknęłam się z tego, bo nagle ktoś się koło mnie pojawił. Poprzedzał go leciutki powiew świeżego wiatru. Nieco zaniepokojona spytałam w myślach:
– Kim jesteś?
Ten ktoś przysiadł na moment na brzegu łóżka, tuż koło mnie i usłyszałam spokojną odpowiedź:
– Pan… – po czym natychmiast znikł, a ja obudziłam się na jawie.
Po dłuższym czasie znów w transie słyszałam informacje (i widziałam jakby wertowane strony Xięgi, albo pliki) o tym, że będą liczne i wielkie katastrofy klimatyczne na Ziemi, które zdarzały się już wielokrotnie na końcu Cykli, oraz coś, co zapisano w postaci liter „iii” ustawionych w kształt piramidy schodkowej w trzech rzędach.

7 marca 2000. Pojawiają się mignięcia związane z Ciemnym Bogiem, zdaje się dla kogoś jest to problem do zgryzienia, bo odbieram czyjąś myśl: „Pokopię w tym…” i wtedy rozlega się w mojej głowie mechaniczny męski głos: „To kop!”

8 marca 2000. Sen: zabieram się z jakimś kolegą jego dziwnym, prostopadłościennym samochodzikiem z trzema siedzeniami, ciągniętym przez kanciasty motocykl [podróż ku granicy 8/9]. Dosiada się obok, przy kierownicy jeszcze koleżanka z banku, więc zostawiam ich oboje w samochodzie, a sama jadę motorem z przodu. Zatrzymujemy się przy rzece, na moście [granica], na drodze wiodącej do cmentarza. Wokół ciągną się rozległe przestrzenie pól, krzewów, drzew, niedaleko na prawym brzegu stoi chyląca się i zmurszała drewniana stodoła ze strzechą obrośniętą mchem. Patrząc na to odczuwam przypływ ogromnej miłości do Polski i ze wzruszenia mam łzy w gardle, gdy mówię do stojących na moście (wśród nich jest Adam, moje męskie odbicie w snach), że przecież Polska do przepiękny kraj, choć jednocześnie wydaje mi się, że jestem zbyt sentymentalna, czyniąc to biblijne porównanie. Patrzymy na poobcinany z gałęzi pień starego drzewa rosnącego przy brzegu rzeki, niedaleko mostu. Pochylony niebezpiecznie, ktoś wbił w niego jakieś haki, z których zwisa kawałek liny. Słyszę komentarz, że to ślady po miejscowym legendarnym „kimś” (?), który tutaj został powieszony.
Koło stodoły znajduję leżącą na ziemi, zgubioną przez kogoś maleńką książeczkę z wierszami i jakimiś tekstami. Zdziwiona stwierdzam, że przypominają moje teksty. Wstęp zawiera fragmenty komentarza pióra astrologa Leszka Weresa. Nagle coś jakby się nakłada w moim umyśle z innego czasu i była to jakby rozmowa toczona z Weresem o tym, że wtedy na drodze, w chwili podniesienia książeczki z ziemi, we wtorek spotkałam kosmitów z jakiejś odległej gwiazdy, że oni mnie rozpoznali, namierzyli i mogą się tu zjawić w przeciągu pół godziny.

Obraz: potężna głowa plezjozaura wynurzająca się z wody, szaroczarna. Ogromne fale wzburzonego morza zalewające brzegi lądów.

13 marca 2000. We śnie toczyłam rozmowę z Leszkiem Weresem, który opowiadał o zrobionych niedawno niezwykłych zdjęciach. Sfotografowano na nich straszliwe, przerażające potwory przebywające w głębinach ziemi, w zupełnych ciemnościach. Są podejrzenia, że ich świat zdominował biegun Jang na Ziemi. Widziałam jakiegoś wyłowionego z kanałów ściekowych mężczyznę (działo się to na rynku w mojej miejscowości, w punkcie studzienki kanalizacyjnej na skrzyżowaniu), który umarł tam, w trakcie spotkania się z nimi oko w oko. Głos snu oznajmił, że człowiek, jako korona stworzenia nie może degradować się w głąb. Próbowano go przywrócić do życia i zadysponowano zaniesienie go do księdza. Pomyślałam, że to jednak prawda i Ziemia jest pod okupacją sił Ciemności. Weres zaproponował mi pokazanie zdjęć tych „przerażających majestatycznych istot”, ale po namyśle uznałam, że lepiej mi tego nie robić, bo mam zbyt sugestywną wyobraźnię i odmówiłam. Po chwili wznosiłam się wzdłuż jakiejś liny, czy linii w górę, ku Światłu i obudziłam się. Z przezwyciężanym w sobie rozpaczliwym płaczem, którego źródłem była myśl o odepchnięciu mnie przez ukochaną osobę [przełamanie iluzji oddzielności od Źródła].

15 marca 2000. Na brzegu wody siedzi stary Ojciec i jego dwaj synowie, Bolek i Lolek, obaj łowią ryby. Lolek wyciągnął z radością wielką rybę, a Bolek – węża, który okazał się nieskończenie długi i wijący się w morzu [jak tasiemcowy wąż Apopis]. Było jeszcze coś o powstrzymaniu się przed degradacją i scho+dzeniem w dół, oraz na koniec szłam z kimś wodami mojej Rzeki Życia, która okazała się niebezpiecznie głęboka i woda prawie zaczęła mi sięgać głowy.

17 marca 2000. Wyrwało mnie ze snu wrażenie, że coś przed chwilą zrobiono mi z tyłu czaszki, a istoty, które mnie odwiedziły pochodzą z ciemnej strony. Nie wystraszyłam się, ale kiedy się zjawiły odruchowo zaczęłam recytować modlitwę Ojcze nasz. Czułam potem wokół głowy silną i zagadkową wibrację. Po chwili zapadłam w sen wizyjny: byłam w nim kimś, kto trzymając się liny umocowanej na brzegu zagląda w głąb ciemnej jaskini w ziemi. Światło reflektora odkryło mi, że znajduję się w przeogromnej podziemnej pieczarze, a jej dno ginie gdzieś w nieodgadnionym mroku. Wystraszyłam się i obudziłam.
Chwilę potem znów znalazłam się w tym samym śnie, tym razem jednak już w o wiele głębszym miejscu. Okazało się, że rozpoczęłam wędrówkę (cały czas trzymając się liny) poprzez podziemne, niekończące się światy ciemności. Usłyszałam komentarz, że na poziomie takim-to-a-takim (głęboko, ale jeszcze nie najgłębiej, jakieś 60% drogi do końca) wyjdzie mi na spotkanie istota z piątego wymiaru, zamieszkująca te obszary. Nie zobaczyłam jej, ale odczułam silny powiew energii (w moim umyśle pojawiła się „barwa ognia”), rodzaj wiatru, który wzbudził moją ostrożność i znów zaczęłam odruchowo recytować Ojcze nasz. „Wiatr” omiótł mnie i zdałam sobie sprawę, że mnie sprawdza, równie nieufny jak ja. „Zajrzał” mi do ucha i wtedy zaczęłam słyszeć swoje myśli, tak jak słyszy się głos z zewnątrz, a usłyszawszy moją modlitwę jak gdyby się otworzył („odetchnął” z ulgą) i poczułam przypływ czegoś, co w jakiś sposób było podobne do przyjaźni i ciepła. Nie widziałam tej istoty, ale wyobraziłam ją sobie, jako rodzaj wielkiego pajęczastego stwora. Wkrótce potem ocknęłam się spokojnie na jawie.

21 marca 2000. We śnie leżę na tapczanie i pojawia się obok mnie pijany ojciec [androgyn z Nieprzejawienia]. Jest nieprzyjemny, atakujący, nie chce wyjść i dać mi spokój, choć go o to proszę. Zaczynam widzieć scenę: grupa mężczyzn w kilku rzędach w dziwnych majtkach, to właściwie jedynie czarne kapturki naciągnięte na członek. Wykonują jakieś ruchy grupowo, to chyba występ publiczny, dość egzotyczny. Jeden z nich ma kapturek sięgający jedynie do połowy członka i on przykuwa na moment moją uwagę. Naprzeciw nich siedzi potężna, szeroka, ogromna postać Brodatego Starca, mającego członek ukryty w dużym, niezgrabnym worku, robi ukłon tak głęboki, że jego długa, patriarchalna broda zagina się do góry i zakrywa mu twarz, jak zasłona. Wraca sytuacja z moim męczącym ojcem. Uśmiechając się szczególnie mówi: „A więc nie boisz się ani diabłów, ani mnie?”… i wtedy rozpoznaję w nim Szatana, mojego dziwnego przyjaciela. Potwierdzam, że nie, nie boję się i on znika.

22 marca 2000. Poranne widzenia: najpierw szkielet młodego chłopca, właściwie same żebra z kręgosłupem, bez głowy, z resztkami rozkładającego się ciała na kościach, wypadający z klatki, podobnej do drewnianej skrzyni. Pojawiło się we mnie uczucie współczującego żalu, coś jakby wielka miłość do niego za życia. Nastrój widzenia zabarwił się klimatem właściwym dla obrazów Zdzisława Beksińskiego (prymitywna zwierzęcość śmierci i fizycznego ciała podlegającego rozkładowi).
Następnie ujrzałam szeroką ulicę starożytnego miasta pełną półnagich, białych ludzi, przeważnie mężczyzn z wygolonymi starannie łysymi głowami i w przepaskach na biodrach. [Wyglądało to na starożytny Egipt]. Jasne słońce. Upał. Wśród nich, górując nad tłumem na ulicy pojawiła się przedziwna istota. Była o wiele wyższa od ludzi (miała jakieś 3 metry wzrostu), kosmata (to wyglądało na sterczącą sierść, podobną do kociej), w kolorze ciemnobrązowym i jego różnych odcieniach, z wielką głową o ciemnych, szeroko rozstawionych oczach pszczoły i z potężnym, zagiętym dziobem drapieżnego ptaka. Jakie to dziwne, to jakby pół-człowiek, pół-ptak, a może to tylko maska starożytnego boga, nałożona na głowę przez kapłana-olbrzyma? [Egipcjanie przedstawiali boga Ra z ptasią głową, ale zwali go także Kotem].
Jakby w odpowiedzi zobaczyłam wykluwanie się z jaja maleńkiej, podobnej do larwy, białej istotki-glistki [zapewne to symbol spirali DNA], którą ktoś delikatnie i z wielką uwagą wyjął ze skorupki i przełożył do pudełka, gdzie siedziała już dorosła postać kosmatego brązowego ptaka-duszy, który miał pełnić rolę rodzicielskiego opiekuna tego, co się dopiero narodzi wewnątrz ziemskiego systemu (symbolizowanego przez skrzynię). Następnie zamknął je razem, a pudełko włożył do drewnianej klatki [symbol matrixa]. Na koniec patrzyłam na wysypujące się z koszy, pod nogi białych dziesiątki uciętych murzyńskich głów [prymitywne magiczne koncepcje światopoglądowe], po chwili zasłonił je widok przechodzących obok mężczyzn, dźwigających na ramionach ustawione w czterech rzędach na drewnianym podnośniku, szczelnie zamknięte butelki z jakimś płynem. Pomyślałam: krew? a może wino? [narodziny posłańców Boga, zmieniających ofiary krwawe na chleb i wino].

23.III.2000. We śnie czytam na papierze przypadkiem znaleziony starożytny tekst-przepowiednię. Dwie zwrotki mówią o tym, że w Dniach Ostatnich urodzi się kilku dawnych proroków, występujących z Ramienia Pana (tu widzę na końcu rysunek otwartej dłoni). Głos mówiący potwierdzająco o „tygodniu” i o „trzech”.

25 marca 2000. W czasie, gdy rozważałam sens kabalistycznej Księgi Jecirah obudziłam się w transie. W miejscu łóżka stało biurko, coś przy nim pisałam, gdy nagle wewnątrz pokoju zaczął wiać wiatr, coraz silniejszy. Wirował nade mną, owiewając mi twarz i głowę. Zdumiona przerwałam swoje zajęcie, myśląc, że przecież okno jest zamknięte. Nagle zdałam sobie sprawę, że to Księga Jecirah uruchamia we mnie bezpośredni kontakt z Bogiem, z JHWH i że właściwe jej zrozumienie to klucz do Jego drzwi.
Ojciec jest dziesiątką, Jednym dzielącym się na dwa, potem trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, a potem dziewięć, każdy podział ma swój rodzaj, kształt i specyficzny charakter (wibrację i przestrzeń oddziaływania), po czym znów staje się dziesiątką, ale już o kolejne oczko wyżej, tym razem 10.0.
Wieczorny ból głowy wzmógł się nie do zniesienia. Nad ranem najpierw pojawił się sen, w którym jakaś grupka młodych ludzi, dyskutujących ze sobą na korytarzu szkoły (było wokół ciemno) wypowiadała się pozytywnie o idei, podobnej do tego, co mi przekazano [na temat numeracji poziomów świadomości], a niektórzy z zapałem deklarowali się, że przejdą na „religię tego Persa” [haha, nie zdziwiłabym się, gdyby nie chodziło o grupę śniących trenujących obecnie pod patronatem Jarka Bzomy].
Potem ból skoncentrował się zwłaszcza koło czubka głowy, uporczywie myślałam o obciętych gałęziach drzew, które targałam w dzień na kupkę w ogrodzie (wydały mi się podobne do „pajęczych” istot z Głębi), aż w końcu wpadłam w stan wizyjny: ukazał mi się ekran telewizora, a na nim jakieś energetyczne, ogniste, podłużne błyski, pomyślałam o innej planecie i zaczęłam zapadać w trans. Upadłam na kolana czując coś takiego jak przed rozbłyśnięciem boskiego pioruna i otworzyłam się na jego ukazanie się, ale mimo pogłębiania się stanu oderwania uwagi od zjawisk na ekranie piorun nie pojawił się. Za to usłyszałam pieśń kogoś, kogo wzięłam za Szatana. Towarzyszyło jej z początku przejmujące syczenie węży zgromadzonych wokół niego, potem przekształciła się w jakiś utwór w stylu gotyckiego rocka, a ten ktoś, jako solista śpiewał w dziwnym nieziemskim języku. Zrobiłam na sobie kilka razy znak krzyża, ale jego obecność nie znikała. W końcu jego głos przybrał barwę jakiegoś polskiego rockmana i zrozumiałam kilka słów: „On jest Panem, a ja Jego Cieniem…”, (a może: „Jestem Panem, Jego wcieleniem…”?), po czym zjawisko znikło.
Ból głowy jakby zelżał. Wkrótce ukazała mi się kolorowa, soczysta wizja: kawiarnia, przy jednym stoliku siedzi dwóch redaktorów, jeden drugiemu pokazuje jakiś tekst, dołączam do nich. Sekundę potem widzę, że siedzi tam rzędem chyba sześć dziwnych postaci, podobnych nieco do stylizowanych królów z dawnych portretów rodowych. Do pierwszego z brzegu zwracano się per: Stanlaj…(?), więc mógł mieć coś wspólnego z Anglią, przedostatni był żydowskim rabinem, koło niego siedział inny, brodaty król o stożkowej głowie (rozszerzającej się ku dołowi), ten przypominał polskiego króla, może Jagiellona. Rozmawiali ze sobą i chwilami sprzeczali się, zwłaszcza rabin wydawał się trochę nabzdyczony i uparty, twardo pozostający przy swoim. W rozmowie padła liczba 2000, ale nie zapamiętałam, czego dotyczyła. Pomyślałam, że to 7 aniołów zarządzających poszczególnymi prądami kulturotwórczymi w zachodnim świecie.
Następnie ujrzałam mapę świata, w centrum była Afryka i Europa, po bokach inne kontynenty. I usłyszałam zapłakany wzruszony głos (może mój), wypowiadający po angielsku proste zdanie o Bogu (był w nim zwrot „my God”), jak wyznanie absolutnej wiary.
Przebudziłam się i znów zaraz wróciły wizje. Tym razem zobaczyłam grupę młodych, roześmianych postaci, dziewczyn i chłopców ubranych w przedziwne stroje, rodzaj szat z owiniętej wokół ciała lekkiej materii od stóp do głów w kolorze jasnej krwi. Biegły przed siebie, wśród beztroskich chichotów i przekomarzań, nawołując między sobą: „Obywatelko, obywatelu, chodźmy pobawić się na tym dziwnym Cieniu…”. Usłyszałam w głowie komentarz: „To pokolenie 96…” i ujrzałam, że na spotkanie grupki czerwonych postaci wyszła grupka podobnych ludzi okutanych w czerń. Czarni poprosili: „Użyczcie nam pędzli do malowania”, ale Czerwoni kategorycznie odmówili im jakiejkolwiek pomocy i zgodnie odwróciwszy się do tamtych plecami, odeszli.

Rano sen: wybrałam się w podróż samochodem w jakieś zimne, pokryte lodem miejsce [minusowość] turystyczne. Nocowałam w wielkim szkolnym budynku [poziom 6]. Do pokoju zajrzała gruba niezgrabna pani w niebieskawo-fioletowej sukience, była to tutejsza sprzątaczka, która niespodziewanie powiedziała kilka wrogich zdań pod moim adresem, zarzucając mi coś, co zrobiłam, czy powiedziałam w przeszłości do niej w innym miejscu. Nie mogłam sobie przypomnieć żadnej takiej sprawy. Potem zjawili się jacyś ludzie, zrobiło się tłoczno. Usiłowałam przepowiadać im przyszłość, mówiąc o wizji Czerwonych i Czarnych, którą zinterpretowałam jako zapowiedź Przemienienia i oddzielenia Światła od Ciemności, które wydarzy się w 2014 roku (1996+18=2014), ale oni nie wydawali się zbytnio zainteresowani, pogrążeni w innych, dość przypadkowych rozmowach. W końcu jeden z młodych mężczyzn, siedząc w otoczeniu reszty robił mi wykład, czy też doradzał sposób kontrolowania umysłem zewnętrznych zjawisk, mówiąc: „Znając porę i godzinę jakichś zdarzeń będziesz mogła spotykać się, z kim chcesz i decydować o tym, ile i kiedy będziecie się widywać…”. W wyobraźni pozostała mi postać kropkowanego jaguara.

27 marca 2000. Przed zaśnięciem ukazywały mi się krótkie migawki z Podziemi. Była tam przedziwna pieczara z wieloma głębokimi korytarzami odchodzącymi gdzieś w mrok, ozdobionymi kolumnadą wyglądającą na zbudowaną świadomie, ale mającą niezliczoną ilość lat i z tego powodu przypominającą twór natury. Mignęła mi jakaś istota z czarną, drobną, spotworniałą głową. W dole smolistej twarzy pozbawionej podbródka miała maleńkie wargi, z których sterczały ostre kły i szereg drobnych, szarych zębów, jak u drapieżnego zwierzęcia. Spróbowałam jej się lepiej przyjrzeć, mimo że była bardzo ohydna, ale szybko znikła. Moja percepcja miała w sobie niesamowity spokój władcy tej strasznej krainy i zdałam sobie sprawę, że patrzę „okiem Śiwy”.
W środku nocy wyrwało mnie ze snu skrobanie na czubku głowy, słyszałam zgrzyt kości, bolało, ale poddałam się temu z ufnością. Jednocześnie pojawiły się w moim umyśle informacje o tym, że służy to wzmocnieniu przepływu czystej świetlistej energii duchowej, która będzie miała moc chronienia mnie w życiu.
W następnym śnie obudziło mnie intensywne syczenie węży z tyłu za plecami i ból w kręgosłupie. Na wysokości splotu słonecznego umieszczano mi jakiś półokrągły implant, opasujący jeden z kręgów. Okropnie bolało i płakałam, także ze strachu. Wkrótce jednak wszystko znikło i na jawie poczułam intensywne ciepło rozchodzące się w dół od miejsca z implantem.

28 marca 2000. Znalazłam się w głębokim transie, z którego trudno jest mi się ocknąć, czuję jakieś uderzenia w prawe biodro i fragmentem świadomości rejestruję, że to moja własna ręka uciska to miejsce ciała. Pochłania mnie to, co widzę w sobie. To wąska uliczka w Krakowie. Idę za plecami grupki kilku księży, która zajmuje prawie całą jej szerokość. Jacy oni szczupli i wysocy! Mają ze 3 metry wzrostu. Wszyscy przechodnie schodzą im posłusznie z drogi, nawet księża, malutcy przy nich jak karzełki, przeciskają się boczkiem przy rusztowaniach. Przez głowę przebiega mi myśl o jakiejś sekcie i jej potężnym przywódcy i wychylam się, żeby lepiej go zobaczyć zza pleców innych. Jestem taka niska jak dziecko. Jakaś postać idzie na czele grupy wysokich kapłanów (wszyscy jednak mają w sobie coś z wyglądu żydowskich rabinów) z rozłożonymi niby ptak rękami, szerokie rękawy w kolorze czerwonym tworzą skrzydła, wieje od niego wielką mocą, pomieszaną z grozą. Na głowie ma dziwny kaptur zrobiony ze skóry zwierzęcej, czapka, jak głowa drapieżnika, zachodzi mu na twarz. Oprócz niego idzie trzech innych, bardzo podobnych, i razem tworzą zwarty szereg. Za nimi podążają gapie. Tak, to sam prorok Daniel i jego trzej towarzysze! W końcu przeciskam się do przodu i wyrasta pode mną wielki pies, szary wilczur, niosąc mnie jak koń na swoim grzbiecie.

30 marca 2000. W moim ogrodzie, przez dziurę w płocie po lewej stronie wbiega piekielny pies o czarnym pysku przypominającym nieco twarzyczkę diabła. Zdobywam się na bohaterstwo, wstaję i wielkimi okrzykami: W imię Ojca, i Syna i Ducha świętego! oraz: W imię Jezusa Chrystusa wypędzam cię! wyganiam bestię poza obręb ogrodu. Czuję w sobie wzrastającą moc i pewność siebie. Pies odbiega dość niechętnie, oglądając się za siebie, ale jest posłuszny.
Po obudzeniu się, w stanie półsnu ukazywały mi się kształty konarów z gałęziami, pieńków z wyrastającymi z nich licznymi cienkimi pędami, białych wieloodnóżastych stworów podobnych do kosarzy, pomyślałam, że istoty z 5 wymiaru mają wygląd tworów sieciowych, głowonogów, ośmiornic, krabów i pająków. Teraz ukazywały się w jasnych, białych, lub różowawo-pomarańczowych kolorach i poczułam ciepło w okolicach implantu w kręgosłupie na wysokości splotu słonecznego.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s