Opowieść Ogrodnika

Zamieszczam fragmenty opowiadania, które powstało na kanwie szczególnego snu, jednego z wielu, sprzed lat piętnastu. Sami rozpoznacie jego znaczenie, wiedząc – dzięki pracy Topografa – kim jest Ogrodnik, kim Lilith, kim Matka i Córka, a także stodoła, szczelina i jabłoń. W tej historii zawarte są dzieje Ziemi poprzedzające powstanie ludzkiej rasy. Pojawiają się dinozaury, dinozauroidy, olbrzymy, a także najważniejszy z nich – tyranozaur. Imiona i nazwy zostały zmyślone przeze mnie, poza jedynym Lomp-Sai, (Śląska Lompa z kopalni), w którym można się domyślać istoty, która Topografowi przedstawiła się jako Ferluca z Salzburga, czyli Lucyfer.

Autor: Ewa Sey

Ze wspomnień Ogrodnika

Zdarzyło się gdzieś na rozproszonych obrzeżach Galaktyki, w pobliżu delty Świętej Rzeki wlewającej tędy swoje mleczne fale w wielkie zabagnione stawiszcze Oriona, które wtenczas nie nosiło jeszcze tej nazwy, a Kolebką Sandura nazwane zostało. Ową przestrzeń z dawien dawna wykorzystywano jako urlopową, a także szkoleniową osobliwość. Ze względu na żyzność całej strefy i jej niezwykłego życiodajnego potencjału przyciągała wiele ciekawych i uczonych istot.
Kiedy, ja Sandur narodziłem się i osiągnąłem dojrzałość, zostałem mianowany namiestnikiem Rządu na okolicę, czyli gospodarem tej jakże odległej od Jądra prowincji. Wystawiłem pałac, a następnie otoczyłem go zgoła niewielkim, lecz starannie uprawianym ogrodem. Nigdy nie lubiłem wystawności. Pożyteczność była moją cechą naczelną. I tego też przede wszystkim od mych podwładnych wymagałem.
Wkrótce po mej intronizacji zaczęło ściągać tu coraz więcej galaktycznego luda. Niektórzy tylko przelotnie zaglądali, inni pozostawiali swoich obserwatorów i ambasadorów, jeszcze inni zakładali mniej lub bardziej trwałe kolonie na różnych wyspach i wysepkach Dorzecza, w zakolach i na skarpach ujścia Rzeki. Robili to w różnych własnych celach. Czysto rozrywkowych, strategicznych, badawczych, doświadczalnych bądź użytecznych. Dozorowałem ich pobyt, czasem służąc pomocą, strażą, wskazówkami, doświadczeniem, a czasem sprawdzając czy trzymają się procedury.
Właściwie nie było nigdy wielkich trudności. Aż do chwili, gdy nie zawiały jakieś kapryśne wiatry z innych kierunków, niż dotąd i nie sprowadziły kłopotliwych wydarzeń.

Nim to się jednak stało nasze dotąd sielankowe okolice stopniowo zaczęły się zmieniać. Dzięki odwiecznym Przebywającym wciąż odkrywałem nowe sposoby uprawy naszej Delty. Dzieliłem z mymi wspólnikami prawdziwą namiętność siania, sadzenia i rozmnażania. Staliśmy się niepokojącymi siebie rywalami, przerzucającymi się pomysłami i unowocześnieniami, upiększeniami i udoskonaleniami wprowadzanych do uprawy gatunków.
Mimo, że czuwałem z całą namiętnością do swej pracy przyznaję, że dałem się zaskoczyć. Nie wiedzieć, czemu czy komu. Żywe i coraz bardziej świadome światy, których pomyślności strzegłem rozwinęły się w trudnym dla nas myśląt, kierunku. Długo nie interweniowałem, obserwując bieg spraw w obawie, by nie zakłócić czegoś, czego mogłem właściwie nie rozumieć. Moje postanowienia i rozkazy dążyły przede wszystkim do utrzymania równowagi. Która jednak coraz częściej zaczynała się chwiać. Oko w końcu uznało, że jest to wyzwanie. Rhsshathowie zachowywali się uprzejmie, jednak ich plony rosły, nasze zaś malały. Wyspy u ujścia zarastały intensywnie mnożącą się roślinnością, pogrążającą w półmrocznym cieniu światy zwierzęce, tworzone przez mrowia wieloodnóżastych żyjątek pełzających po omacku w wiecznym cieniu, przeszywającym chłodzie, dusznym upale i wilgoci, zastawiających pułapki, pożerających się nawzajem i lęgnących krocie iście wściekłych mutacji.

Niebezpieczeństwo zaczęło stawać się  groźne nawet dla nas. Myślęta wciąż przybywały tu siłą rozpędu i rosnącego w ich sercach przywiązania, utrzymywały swoje niewielkie placówki i wypadowe bazy, ale niestety, pośród grzęzawisk Dorzecza zaczęły grasować pierwotnie dzikie, drapieżne potwory, dinozaury. Nie imała się ich żadna kontrola, przekraczały wszelkie ograniczenia, omijały czujniki i co rusz dochodziło do przerażających spotkań, a nawet do bezwzględnych krwawych ataków. Z moimi niewielkimi lokalnymi mocami mogłem jedynie monitorować zagospodarowaną przestrzeń i rozsyłać stałe ostrzeżenia przed jakąkolwiek nieuwagą. Wciąż jednak znajdowali się głupcy, którzy dawali się zaskoczyć i wpadali w zęby tych nienasyconych bestii. Nie było ich wiele, może kilka, napaści również zdarzały się stosunkowo rzadko. Ale każdy taki wypadek wstrząsał do głębi jestestwem każdego z nas i nastrój zagrożenia narastał. Zacząłem rozważać zarządzenie całkowitego odwrotu.
Na razie liczyłem na wsparcie i pomoc ze strony Rządu. Słałem wieści, wnioski, zapytania i prośby na bieżąco. Przedstawiciele Biura Połączeń odbierali je bez komentarzy, niczego nie obiecując. Byliśmy jednak pod obserwacją. Tak przynajmniej mnie zapewniano.

W ten czas napięty i pełen niepewności przybyła w Dorzecze Liliana, z dość liczną świtą swych pobratymców. Wiedziałem, jak wszyscy o jej nieuchronnie postępującej genetycznej chorobie. Nabawiła się jej w innym obszarze Galaktyki niezmiernie dawno temu. Żyła już tak długo, że nikt nie mógł być pewny, czy nie stało się to jeszcze przed końcem wszystkich rzeczy i początkiem obecnych. Prawdę znała jedynie ona, a do dzielenia się nią skora nie była, z powodów, których nikt z nas, później narodzonych nie rozumiał.
Teraz miałem sposobność na własne oczy przekonać się, że czuła się jeszcze dość dobrze. Odnawiała swoją formę tak, jak zawsze ją odnawialiśmy, my alfy, jednak stopniowo pogarszało ono swą jakość i zdolności. Jej skóra z wolna szarzała i marszczyła się, ciało chudło i wiotczało, jednak Liliana zachowywała ciągle budzący szacunek szyk wysoko urodzonej istoty i spojrzenie pięknej, niezwykle inteligentnej kobiety. Tutaj, w Sandurskiej Kolebce, wykorzystując żyzność pierwotnego rezerwatu miała nadzieję odzyskać dawne siły.

Tyranosaurus-Tyranozaur-T-rex

Tymczasem znów ukazały się te potwory. Całkiem blisko. Swoim zbójeckim zwyczajem wyłoniły się znienacka spośród nadrzecznych chaszczy i porwały przypadkowych podróżników przebywających na przybrzeżnej łączce. Zrobiły to kilkakrotnie, atakując zawsze od innej strony. Oczywiście spotkanie z nimi było ostatnią sekundą ich życia.

Zgłosili się mieszkańcy narażonych na atak placówek. Było ich kilka, na szczęście nielicznych grup. Większość z nich schroniła się na terenie mej posiadłości, która trwała jak bezpieczna przystań na szczycie najwyższego wzniesienia w okolicy. Zaraz potem wezwałem ich do głównej pałacowej sali na naradę. Wyjaśniłem na wstępie:

– Strefa nasza od dawna już skażona jest różnymi zwierzęcymi chorobami. Musicie uświadomić sobie, że choruje tutaj większość gatunków zwierząt, a nawet roślin.
– Czemu dowiadujemy się o tym dopiero teraz? – zdumiał się pionek Prianssów.
– Szczegółowe analizy zleciłem wykonać niedawno. Dotąd bazowaliśmy na danych przekazywanych nam przez Rhsshathów. Nie sygnalizowali żadnych niekorzystnych zmian w ich zakresie. Dopiero atak śmiertelny kazał mi się wszystkiemu przyjrzeć dokładnie. I przestać im ufać.
– Czy choroby są dla nas niebezpieczne?
– Zrobiliśmy wszystkie stosowne badania – oznajmiłem. – Choroby nie są dla nas groźne, jeszcze, lecz tak znaczna ich ilość przekracza wszystkie możliwe parametry… Hm, jest w tym dziwnym miejscowym zjawisku jakaś ukryta prawidłowość, którą moi specjaliści starają się zrozumieć. Wyniki są analizowane w najwyższych kręgach. Tylko to przekazuję, co wiem z całą pewnością.
– Czy nie powinniśmy stąd po prostu odejść? – odezwał się ktoś z niedawnych przybyszy.
– Być może tak – skwapliwie podtrzymałem jego myśl. – Dopóki wnioski uczonych nie pozwolą na jasną ocenę typu zagrożenia, jego głównej przyczyny i możliwych konsekwencji, mogę was jedynie przestrzec przed zbyt bliskimi i częstymi kontaktami z tutejszą florą i fauną. Zachowujcie zawsze, na Boga, roztropność i czujność!
– To bardzo ciekawe, co mówisz, o, Dostojny – usłyszałem jednak w odpowiedzi. – Chętnie pomożemy w szczegółowych badaniach i doświadczeniach.
– Tak. Lecz zasięg jego i natężenie są w istocie niepokojące. Nie jestem tego w stanie sam ocenić – starałem się nie okazywać zniecierpliwienia – Wnioski wyciągane są w wyższych kręgach, my jedynie służymy doświadczeniem.
– Kiedy będziemy wiedzieć coś pewnego?
– Czekamy – odparłem sucho.
– A jaka jest twoja rada, o, Dostojny?
– Jesteśmy w trudnym położeniu, choć liczę, że przejściowo. Zadecydujcie sami, biorąc pod rozwagę moje słowa. Nie lekceważcie niczego niepokojącego. Takiego rozmiaru i rodzaju zagrożenia nie uwzględniono w naszych przepisach. Zapewne nikomu nie przyszło do głowy, że może gdziekolwiek kiedykolwiek dojść aż do takiej anomalii. Tylko z powodu braku porównania Rząd pozwala jeszcze na pobyt ludzi w Dorzeczu.
Na chwilę zamilkłem i powiodłem wzrokiem po zebranych. Milczeli. Dokończyłem:
– Ponieważ jestem tu jego jedynym przedstawicielem i ode mnie zależy ocena ogólna muszę rzec, że uwzględniam konieczność wydania polecenia natychmiastowego odwrotu. Nie można wykluczyć, że ilość degenerujących chorób i uporczywość skażenia nimi okaże się równie dla nas groźna, jak jakość. Jestem zwolennikiem tezy, że obszar Dorzecza, a zwłaszcza ujścia Rzeki, będzie musiał zostać poddany dłuższej kwarantannie. Jakkolwiek taki bieg spraw byłby dla mnie bolesny.

Wkrótce doniesiono mi, że Liliana ze swoją świtą planuje wyjazd. Poparłem gorąco tę decyzję. I poczułem ulgę. Jej natura wydawała mi się zbyt nieposkromiona, aby móc poradzić sobie w tak trudnej, wymagającej karności i zachowania ciągłej uwagi sytuacji.
Udałem się do zajętej przez nich części pałacu. Idąc obok głównego wejścia mijało się przejście wiodące do mojej osobistej łaźni, służącej mi do zwyczajowych oczyszczeń po każdym wyjściu na zewnątrz i pobycie w niższym świecie.
Ze zdziwieniem odkryłem, że ekipa Liliany podłączyła w niej własny przewód i przeciągnęła go, począwszy od umieszczonego w łaźni stosu zasilającego wir pralni, aż do okrągłego okna. Wyjrzałem przez nie. Przewód, niby ogromny wąż wił się w kilku skrętach i znikał gdzieś daleko w ogrodzie. Drugi jego koniec podłączony był do zasysacza, który został teraz wzbogacony o dodatkowy filtr ze zbiornikiem, gromadzącym uzyskiwany destylat.
– Nie mam zamiaru czekać, aż skończycie – odezwałem się do jednego z cherlawych lilianowców obsługującego urządzenie, niezadowolony z użycia go bez mego pozwolenia.
Obsługujący spojrzał na mnie nieprzeniknionymi czarnymi oczami i usunął się na bok, by pozwolić wejść Lilianie, czuwającej gdzieś blisko.
– Wytrzymasz, odlatujemy stąd za kilka godzin – odpowiedziała mi chłodno. – To jest nam niezbędne. Zrozum…
Była wysoką, nadmiernie wiotką istotą o wielkich oczach i długich szczupłych rękach zakończonych czteropalczastymi dłońmi. Jej wiek, jak i wiek jej rasy ginął w przepaściach czasu odmierzanego wielkimi okresami obrotu galaktyki wokół Solis. Choroba zmieniła ją już na tyle, że trudno było nie zauważyć postępującej utraty empatii, wyższych uczuć i ciepła w psychice. Chłodna obojętność, która od niej biła nawet w zwykłej rozmowie zbijała każdego z tropu, także i mnie.
Od jakiegoś czasu, wraz z grupą swoich naukowców odwiedzała takie pierwotne i nieliczne, jak nasz światy, usiłując znaleźć lekarstwo dla siebie i za wszelką cenę powstrzymać postępujące nieuchronnie wyrodnienie ciała. W tej chwili również przeprowadzali jakieś swoje doświadczenie. Którego nawet nie próbowałem zrozumieć.

Wtem w oknie na zasuniętych w dużej części wewnętrznych zasłonach (Liliana i jej kompania coraz gorzej znosili pełne dzienne światło) ukazał się na ich powierzchni przesuwający się prędko ogromny cień. Jakkolwiek było to fizycznie niemożliwe z powodu uwarunkowań i solidnych zabezpieczeń naszego wysoko położonego obszaru, to tuż obok pałacu ukazał się i błyskawicznie przemknął tyranozaur!
Natychmiast zarządziłem najwyższą gotowość i skupienie. Zamknęliśmy szczelnie i zamaskowaliśmy wszystkie wejścia i otwory obserwacyjne. Sami zgromadziliśmy się wewnątrz największej sali pałacu odsuwając się dla bezpieczeństwa nawet od ścian. Dinozaur nie powinien atakować nieruchomego, zatem martwego w jego oczach budynku, ale lepiej było nie prowokować go dodatkowo żadnym ruchem, głosem czy spojrzeniem. W jednej chwili nastała całkowita cisza, wstrzymaliśmy nawet oddechy. Po dłuższym czasie pozwoliła mi się nieco uspokoić. Zbadałem dane ze wszystkich czujników monitorujących stale otoczenie i w końcu postanowiłem wyjść ostrożnie na zewnątrz. Czułem się w obowiązku ostrzec innych, którzy mogli przebywać w pobliżu.

Na terenie bezpośrednio zależnym od pałacu wznosiła się ogromna stodoła, a tuż obok dużo mniejszy ogrodowy magazyn. Gromadziliśmy w nim czasem nadwyżki plonów, a na co dzień służył do przechowywania aparatów i narzędzi potrzebnych do uprawy ogrodu. Pomiędzy nimi rosła stosunkowo niewielkich rozmiarów dzika jabłoń. Drzewo to niedawno zaszczepiliśmy najlepszymi odmianami owoców. Rokowało w przyszłości znaczne zbiory z kształtowanego przez nas świata. Ze względu na jego wczesną niedojrzałość jabłoń i tę chronioną strefę ogrodu omijaliśmy, nie ingerując w rozwój, zgodnie z rządowym poleceniem.
W tej chwili zauważyłem kilkoro ludzi pod stodołą, więc udałem się w tamtą stronę. Sam nie czułem się bezpiecznie. W razie napaści upatrzyłem sobie jabłoń. Jej nisko zwieszające się konary mogły mi posłużyć za osłonę. Powinny zniechęcić tak olbrzymią bestię do ataku. Znałem niedoskonałość jej wzroku, postrzegającego jedynie ruch i kształty ogólne otoczenia. Niestety, przeliczyłem się w swoim planie.
Nagle zza stodoły wychyliło się niewielkie zwierzę.
Był to także gad, dinozaur, jednak pochodził z jakiegoś nieznanego mi rodzaju. Nie byłem w stanie ustalić, czy jest drapieżny. Mógł to być jeden z roślinożernych łagodnych dinozaurów, ale wolałem wziąć pod uwagę gorsze założenie, choćby z tego powodu, że zbliżył się tak szybko i bez namysłu. Poruszał się na czterech łapach, jego tylne nogi były większe i bardziej umięśnione od przednich. Nie posiadał ogona, a jego pysk… właśnie… przypominał oblicze istoty rozumnej o wiele bardziej, niż znane mi gady.

Staliśmy naprzeciw siebie w napiętym bezruchu. Zwierzę wpatrywało się we mnie okrągłymi czarnymi oczami, w których błyszczała bezczelna ciekawość i najwyraźniej jakiś rodzaj rozsądku! Oceniłem natychmiast, że było na tyle niewielkie, iż mogło swobodnie wejść pod konary jabłoni i mnie pod nią zaatakować.
Zadrżałem lekko, ale nie dałem nic po sobie poznać. Nie wykonując gwałtownych ruchów rozejrzałem się wokół siebie, aby znaleźć może inną kryjówkę. Niestety, błyskawicznie zza drugiego rogu stodoły wychyliło się drugie, takie samo zwierzę. Oba wyglądały na tak sprytne, że natychmiast straciłem nadzieję, że zdołam się przed nimi gdziekolwiek ukryć.

Szczęśliwie resztka kolonistów, którzy kręcili się wcześniej koło ogrodowych budynków zdążyła zniknąć. Na wzgórzu zostałem sam z ową parą potworowatych spryciarzy. Nie miałem jednak sposobności odetchnąć. Albowiem u wrót stodoły ukazała się jeszcze jedna, tym razem żeńska, dwunożna istota. Dinozauroid.
Zdumiałem się. Czegoś podobnego nie widziałem, ani nie spodziewałem się kiedykolwiek zobaczyć! Miała wzrost dorastającej dziewczynki. Jak my wszyscy stała prosto na dwóch kończynach, lecz jej śniada skóra wyglądała na o wiele grubszą i twardszą od naszej. Jej twarz miała w sobie jakiś cień podobieństwa do spryciarzy, którzy osaczyli mnie z dwóch stron. Uśmiechała się miło. Hm, w wyrazie jej oblicza było coś krowiego.
– Na Boga, cóż to takiego? – znieruchomiałem, już tylko śledząc wzrokiem to, co się wokół mnie dzieje.
Dwaj spryciarze i gadzia dziewczynka stali również, naprzeciw, wpatrując się we mnie swymi przenikliwymi okrągłymi oczami. Bez ruchu.

Wtenczas zdarzenia zaczęły biec jedno za drugim. Już właściwie ani na chwilę nie wychodziłem ze zdumienia. Nagle usłyszałem dobiegające z dala buńczuczne okrzyki i pohukiwania. Obejrzałem się za siebie.
Na teren mojego ogrodu przybyła grupka kilku wysokich młodych mężczyzn. Trzymali w rękach łuki i długie, twarde, ostre i sprężyste strzały. Ścigali tyranozaura!
– Oszaleli? Nie zdają sobie sprawy, z czym mają do czynienia!? Przecież ten potwór nawet nie zauważy tych ich strzałek – pomyślałem.
A jednak… Młodzi myśliwi wyglądali na absolutnie spokojnych, bez śladu strachu. Rozglądali się bystro wokół siebie, w skupieniu wypatrując krwiożerczego potwora. Musiałem przyznać, że wyglądało na to, iż ten przed nimi uciekał! I wszystko przyśpieszyło jeszcze bardziej, niż do tej pory.

Ktoś wreszcie wyszedł ku mnie. Była to jedna z dwóch kobiet, które zjawiły się tu poprzedzone drużyną łuczników, istnych młodych bogów. Znałem je dobrze. I zrozumiałem, że nadeszło wsparcie. Tak długo przeze mnie oczekiwany ruch ze strony galaktycznego Rządu.
Powitałem z szacunkiem Matki, (przez niektórych zwane babkami lub też matronami), czyli gwiezdne akuszerki. To one czuwały przy moim poczęciu i narodzinach. Tak samo jak przy pojawieniu się większości istot, które dane było mi znać. Obie, matka i córka, były spokojne i radosne, otwarte i przyjazne. Przedstawiły mi najpierw gadzią dziewczynkę. Chwilę potem, pokazując dłońmi na spryciarzy przyznały się, że zdołały wyhodować mniej krwiożercze gadzie rasy, niż kiedykolwiek samoistnie rozwinęły się w kosmosie.
– Udało nam się sprawić, że zaczęły poddawać się duchowej obróbce i pomyślnie weszły w ewolucję – wyjaśniła mi Matka. Poznałem oto przedstawicieli udoskonalonego genetycznie gatunku.
– Co prawda daleko im jeszcze do naszej subtelności czy rodzaju smaku, ale przy umiejętnym postępowaniu można z nimi nawiązać twórczą więź i coś u nich zyskać. Oczywiście, przede wszystkim bezpieczeństwo – dodała druga z Matek.

Ledwie to usłyszałem, na nasze wzniesienie wjechały olbrzymie maszyny i rozrzuciły na polach wielkie kloce sprasowanej karmy. Była ciemna jak gleba i zrobiona ze słomianej sieczki pomieszanej z jakąś substancją roślinnego pochodzenia, nieznaną mi. Przypominała sypką czarną kawę i rzeczywiście dowiedziałem się zaraz, że jest mocna i pobudzająca jak kofeina, o ile nie mocniejsza.
– Na razie tyle wskórałyśmy – uśmiechnęła się Matka. – Dinozaury zgodziły się przejść z krwi na karmę roślinną, lecz potrzebują się nieźle napakować używkami, aby nie czuć głodu krwi. A teraz spójrz! Zobacz, jak to zrobiłyśmy.

Z porośniętych młodym lasem mokradeł obok wzgórza wybiegły pojedyncze niewielkie sztuki miejscowych drapieżników zwabionych zapachem żywych istot. Podrzucono im na przynętę roślinożerne gady, które jednak – jak się okazało – były tylko nadmuchanymi atrapami zwierząt. Drapieżniki skakały na nie, wbijały w nie swoje ostre zakrzywione do wewnątrz zęby, chcąc wyssać z nich krew, a z gumowej lalki wylatywało ze świstem powietrze i zaraz zamieniała się w pustą płachtę. Zszokowane tym i przerażone uciekały w ogromnym popłochu, aż w końcu po pewnym czasie poczuły wściekły głód. W ten sposób zostały zmuszone przejść na karmę zastępczą, z sieczko-kawy.
W stosunkowo krótkim czasie pozwoliły się oswoić, a Matki wyhodowały z nich rasę łagodnych olbrzymów. Przedstawiono mi jednego z nich. Był to wielki białowłosy mężczyzna z pomarszczoną niczym starzec twarzą, niezwykle silny fizycznie. Żywił się podawaną mu białkową substancją w formie maleńkich granulek i wiele się nauczył od Matek. Był nadzwyczaj inteligentny i pojętny. Tylko…
– Tylko, gdy opanuje całą wiedzę, którą mu powoli przekazujemy – pomyślałem przyglądając mu się podejrzliwie – czy nie zbuntuje się przeciw swoim hodowcom? Przecież fakt, że został sztucznie stworzony, przestawiony podstępem i siłą na inną karmę i oszukany, co do swego pochodzenia może go w końcu rozwścieczyć! A z takim przeciwnikiem, który oprócz fizycznej siły zyskał jeszcze inteligencję możemy sobie nie poradzić! – Nie ośmieliłem się jednak wyrzec tego głośno, zaś Matki zdawały się całkowicie spokojne, co do swego pupila.

Z kolei rasa dinozauroidów została przeznaczona do hybrydyzacji z nami, myślętami. Przez głowę przemknęły mi różne wnioski z doświadczenia, które nabyłem podczas długiego zasiadania w Dorzeczu. Mógł to być szok dla samych człekoidalnych istot, gdy zaczną dysponować ciałem skłaniającym je do podstępu, drapieżności i okrucieństwa. Co w nich wtedy zwycięży? Zimna gadzia czy nasza światła i myśląca natura?

Po objaśnieniu i przedstawieniu mi wszelkich rodzajów przybyłych sił i sposobów działania, moja ogrodowa uprawa zaczęła się zmieniać. Planowo i z wielką przezornością przetransformowano ją w scenę Wielkiej Gry. O jej rozpoczęciu zdecydowano gdzieś w najwyższych kręgach. Dlatego z mej strony żadnego sprzeciwu, ani odwołania być nie mogło.
Na początek wytyczono obszar i otoczono ów plac ścisłą energetyczną siecią tworzącą ochronną tarczę. Wydostanie się z areny stało się wręcz niemożliwe, bez spełnienia założonych odgórnie zasad i celu. Widzowie wylegli tłumnie ze swych skrytek, mniejszych i większych baz i placówek i poobsiadali ogrodzenie dookoła. Krwiożercze potwory mające przetransformować się w łagodne zwierzęta i w końcu w inteligentne istoty, takie jak my, a może nawet doskonalsze od nas, budziły powszechne zdumienie, niedowierzanie i zachwyt.

Ja sam znalazłem się w pierwszym rzędzie przeznaczonym dla oficjeli z centrali. Dostałem miejsce obok wysokiego, ciemnowłosego i ciemnookiego mężczyzny, przysłanego do nas z ramienia Senatu w jakimś bliżej niewyjaśnionym celu. Mogłem wreszcie przyjrzeć mu się dokładnie i zaspokoić ciekawość, dawno żywioną. Natychmiast zauważyłem, że jego wygląd jest w pewien ulotny, ale natrętny sposób podobny do Liliany. Przy swym znacznym wzroście i szczupłości miał też takie samo chłodne, obojętne, a jednocześnie niezwykle bystre i przenikliwe spojrzenie, które sprawiało, że każdy szybko tracił przy nim pewność siebie.
Lomp-sai miał, jak się wkrótce okazało, swój prywatny wielki plan przejęcia kontroli nad Grą i jej przebiegiem. Z początku nikt z nas nie zdawał sobie z tego sprawy, sądząc najwyżej, że działa w zgodzie z tajnymi zleceniami rządowymi.

Teren areny, mimo że działy się na niej przemiany zgoła ciekawe i pożyteczne, był jednak wciąż miejscem powtarzających się ataków tyranozaura. Wkraczał on do akcji zazwyczaj w chwili naszego bliskiego powodzenia. Jakim miały stać się narodziny doskonałego dziecięcia. Wyhodowane z takim trudem człekoidy nie były zdolne poradzić sobie z rozmiarem okrutnej dzikości i przewagi fizycznej tego potwora. On jeden spośród drapieżców nie dał się w żaden sposób okiełznać i zachował swój odwieczny krwiożerczy smak.
Po wielu nieudanych próbach usunięcia go zupełnie z rozgrywki, gdy zjawiał się nagle z całą swą zatrważającą mocą, nie dopuszczając do naszej wygranej, na obradach zwołanego z tego powodu wiecu zasiadający u mego boku Lomp-sai zerknął na mnie porozumiewawczo. I już zaraz przekonałem się, że swoją nadzwyczajną aktywnością próbuje rozluźnić i rozbujać sieć zabezpieczającą arenę. Uznałem z początku, że jego działania wyglądają na inteligentne i korzystne dla kreowanego świata. Lomp-sai stworzył samodzielny nadzorczy plan, w którego urzeczywistnieniu, wraz z wieloma innymi osobistościami podjąłem się go wesprzeć, mimo, że nie zyskał jeszcze odgórnej akceptacji. Nie widziałem w nim zrazu nic niebezpiecznego, ot, odważną próbę wprowadzenia przyśpieszonych i jakże koniecznych dla przyszłego powodzenia zmian w obrębie areny.
Wtem, nie spodziewając się niczego, znalazłem się wraz z grupą mych współbraci w samym środku krwawej jatki. Znów pojawił się, nie wiadomo skąd, nadbiegający z porażającym świadomość piskiem gadzi potwór, rujnując wszystkie nasze wysiłki.
– O, nie! – sprzeciwiłem się w owej chwili.
Miałem jeszcze wybór. Wiedziałem, że jest to też chwila, gdy giętka i rozciągliwa do pewnego stopnia sieć tarczy, siłą bezwładu i we właściwym sobie rytmie zaczyna wracać do swego pierwotnego położenia, niosąc krótkotrwałą szansę wydostania się na zewnątrz. Dołączyło do mnie jeszcze kilka osobistości, będących wcześniej wspólnikami Lomp-sai, które tak jak i ja, znalazły się w pułapce, namówione przekonywującą wizją powodzenia. Pod wpływem przerażającego szoku i konfrontacji z krwawą bestią stwierdziły, że z pewnością nie pozostaną w niej dłużej.

Odcumowaliśmy nasz statek i poszybowaliśmy w przestworza. Siła grawitacji zatrzymała nas na granicy sieci rozciągniętej wokół ziemskiej areny. Statek obrócił się i zawisł na orbicie, wychwytując częścią swej gładkiej powierzchni światło słońca i odbijając go jak wielka lampa, rozpalona nagle w środku nocy. Stamtąd szybko i z determinacją porzuciwszy ciało przedostałem się na bezpieczną stronę za zasłoną, odradzając się na powrót w mojej rasie.
Nasz prędki odwrót, który już za chwilę nie mógłby się powieść, spowodował, że szaleniec stracił równowagę. Objął swym nadzorem nowy ziemski księżyc, lecz pozostał z wierną sobie ekipą w obrębie zagrodzenia. Odtąd musiał radzić sobie sam. Kolejna szansa rozluźnienia dozoru miała przytrafić się za dziesiątki tysięcy lat, w rozumieniu czasu tych, którzy pozostali wewnątrz.

Ledwie odzyskałem pamięć i doszedłem do przytomnego myślenia uznałem, zastanowiwszy się, że Lomp-sai musiał znać już wcześniej taki, a nie inny bieg spraw. Tylko, na Boga najwyższego, dlaczego tak się przy niej szaleńczo upierał? Przyglądaliśmy mu się odtąd uważnie spoza, nie mając prawa, wedle ustalonych zasad, wtrącić się jakkolwiek w przebieg gry, w której zaczął w ten sposób uczestniczyć osobiście.

Po dramatycznym wydostaniu się z zawarowanej strefy wróciłem do mego pałacu na szczycie. Już zmieniony, nieskory do pochopnych sprzeciwów. Na rozkaz, który w pewnej chwili przypłynął, zleciłem pomalowanie wszystkich framug okien i drzwi w piękne czerwone odcienie. I obsadzenie ogrodu różami. Nadal doglądam i nadzoruję sprawy z wysokości, cierpliwie czekając na skutki ewolucji zwierząt, pozostawionych samym sobie w obrębie areny. Doszło już do wielu korzystnych mutacji. Niedawno spojrzały na mnie wielkimi okrągłymi oczami dzikie koty.

Nie jestem sam na strażniczym stanowisku. Przybyło wielu obserwatorów. Z niży i z wysokości. I wciąż przybywa. Wyczekujemy chwili, gdy będzie można wreszcie zjawić się tam osobiście. I wprowadzić krew królewską w obręb odciętego od nas pierwotnego świata, ku przewidywanemu zwycięskiemu końcowi.

(Zapisane 3 stycznia 2004)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s