Z dziennika snów zapis 11

Relacja z kwietnia 2000. Przychodziły wtedy sny z wyższych wymiarów od istot duchowych, być może wiązały się z dziejami „mojej” przygody w światach przejawionych. Pamiętać należy – wiatr i huk to oznaki Ducha świętego. Zdarzały się też dziwne trzaski i rozładowania na jawie. Padają nazwy kosmiczne. Pojawia się Czarny Pająk. Tak naprawdę zwiastował nadchodzącą nieuchronnie śmierć mojej matki. Była to istota z Czarnej Granicy 8/9. Dość zabawne spotkanie we śnie z aniołem Satanaelem. I inne przypomnienia o procesie schodzenia w niższe wymiary. Poza tym kilka wizji odnoszących się do dziejów Ziemi i zapisów ze świętych ksiąg różnych kultur.

drabina

1 kwietnia 2000. Schody na piętro, na nim biurko, za biurkiem siedział ktoś ważny, za jego plecami stała kobieta o imieniu Barbara. Wszyscy wiedzieli, że jest trudna, nieprzystępna, wrogo nastawiona do każdego, kto chce ją bliżej poznać, pełniła rolę strażniczki (ochroniarza). Właśnie patrzyła na mnie teraz dość nieprzyjemnie i odpuściłam sobie próbę zbliżenia się. Po prawej stała inna para ludzi. Nagle zjawił się Pan (był nim mój ojciec) i poczułam powiew lekkiego wiatru. Dmuchnął na Barbarę i ta, ku mojemu zaskoczeniu uśmiechnęła się do mnie i sama rozpoczęła rozmowę, wyraźnie mając ochotę na zaprzyjaźnienie się. Usłyszałam w głowie głos Ojca: DWUNASTU…

Sen: śpię w jakimś pokoju, w którym są 2 tapczany, jeden za drugim. Na tym „nade mną” śpi mama. U jej wezgłowia na regale stoi małe, przenośne radyjko, grające teraz koncert Zbyszka Hołdysa. Wsłuchuję się z przyjemnością w muzykę, jest łagodna i spokojna, tylko głos Hołdysa trochę się chwilami załamuje pod wpływem wzruszenia i słychać, że walczy z płaczem. Po jakichś dwóch-trzech utworach zakończonych długą linią melodyczną już bez słów, nocny program radiowy chyba się skończył, bo zapadła cisza. Po dłuższej chwili tę usypiającą ciszę rozdarł przykry wielki huk, dźwięk przypominający intensywny szum pomiędzy stacjami. Moja mama, wyrwana nagle ze snu krzyknęła z zaskoczenia i trochę trwało, zanim się zorientowała, co się dzieje. Najpierw zaczęła robić mi wyrzuty, że to ja czegoś nie dopilnowałam, że trzymają się mnie głupie żarty. Ja tymczasem pogrążona byłam w głębokim transie, moje ciało spało, a kiedy usiłowałam jej odpowiedzieć wydawało mi się, że mówię na jawie głosem trochę monotonnym, jak ludzie przez sen. Odpowiedziałam: Czego ode mnie chcesz? To ty przecież nie wyłączyłaś radia… Wtedy usłyszałam nieznany mi kobiecy głos, mówiący: UDZIELAM CI NAUKI.

Sny poranne miały zabarwienie wizyjnych, ale była w nich szczególna panoramiczność i przestrzenność widzenia, dlatego nie zapamiętałam ich w całości: mignął mi Ojciec, byłam nim, a jednocześnie sobą, jakieś pomieszczenie pełne przechodzących ludzi. Pewna drobna kobieta chciała koniecznie przejść poza kolejnością przez drzwi, wiodące gdzieś na zewnątrz, do których dostępu broniła krata, strażnicy i kolejka ludzi przepuszczanych przez nie pojedynczo. Miała z tym kłopoty, bo schroniła się za plecami mojego Ojca, gdy pojawiła się w powietrzu ścigająca ją głowa mężczyzny o strasznych, ognistych oczach, oraz próbował dopaść niewielki płaski dysk, krążący dość długo wokół nich w powietrzu z zamiarem ucięcia jej głowy. Dysk nie ośmielił się jednak przekroczyć jakiejś niewidzialnej granicy wokół Ojca. Namówiła mnie, abym ją zabrała ze sobą podstępem. W tym celu poszłyśmy do sąsiedniego pokoju i tam starannie owinęłam ją w długi kawał nieco powycinanego, cienkiego materiału, aby ją przenieść przez Drzwi, podobnie jak Kleopatrę zawiniętą w dywan wniesiono do pałacu Cezara. Zawijając ją, zaczęłam ją rozpytywać o różne rzeczy, tłumacząc się tym, że piszę książkę i chcę, aby wszystko w niej było zgodne z prawdą.
– Którą książkę piszesz? Starą, czy nową? – zapytała.
– Starą. Drugą, ciągle jeszcze tę samą… (tu przebiegło mi przez myśl, że następna będzie jednak dotyczyć przypomnień z innych światów) Kim jesteś? Czy z planety Szarych?
– Nie, jestem z innej rasy, nie tych małych istot z okrągłymi oczami… [miała zatem na myśli niewielkie stare istoty z oczami jak dno kieliszków, a nie chude twardoskóre szaraki z migdałowymi czarnymi oczyskami]. Pochodzę z planety Ceta Reguli (Tauri???? tu pojawiło się we mnie jakieś skojarzenie ze znakiem Byka)
[Słyszenie głosów na tym poziomie nie jest wyraźne, poza tym pamięć potem szwankuje. Być może istota podała nazwę gwiazdy tau Ceta w gwiazdozbiorze Wieloryba]
– Czy jesteś mną?
– Nie, nie jestem.
– Czemu to wszystko służy? Czy będziesz zawsze razem z moim Ojcem, czy jesteście jednością?
– To jest tymczasowy układ. Spotkaliśmy się przypadkiem, połączyliśmy, ale nie wiadomo, co będzie wyżej, co przyjdzie nam jeszcze przeżyć, i czy pozostaniemy ze sobą w wyższych światach, raczej jest to wątpliwe.
Pojawiły się graficzne sceny wizyjne ilustrujące mi zamiary i cel, do którego ona zdąża.

Nostromo

Zobaczyłam ciemną sylwetkę człowieka, przypominającego przerażającego mutanta z IV części „Obcego” z Nostromo, z którym kobieta zamierzała się połączyć, przeszedłszy przez drzwi. Ich seksualne złączenie wyglądało dziwnie, mężczyzna stał na głowie, a kobieta usiadła na nim okrakiem.
W dzień przejrzałam Atlas nieba gwiaździstego i znalazłam na mapie (oprócz gwiazdozbioru Zeta Reticuli) gwiazdozbiór Cetus (Wieloryb), graniczący jednym ze swych boków z gwiazdozbiorem Taurus (Byka).

2 kwietnia 2000. W nocy przeżyłam spotkanie z istotą z mroku i było to coś strasznego. Przypominała wielkiego, smolistego, drapieżnego, wieloodnóżastego pająka, który wczepił się w moje plecy i przemocą manipulował w okolicach prawej łopatki i żołądka. Kiedy próbowałam zrobić w stronę tego niewyobrażalnie ohydnego stwora znak krzyża, moja ręka napotykała tak ogromny opór, że właściwie zostałam sparaliżowana. To przeżycie zszokowało mnie na cały dzień.
Spotkanie z nim poprzedziło nieubłaganą diagnozę lekarską postawioną mojej mamie.

7 kwietnia 2000. Sen o wizycie w Obozie Birkenau, który można znaleźć we wpisie „Nieme ścieżki”.

10 kwietnia 2000. Czytam tekst wiersza, bardzo ładnego, w stylu Adamowym. Potem w dużej bankowej kasie pozamykanej szczelnie ze wszystkich stron, jak pancerny szary sejf siedzi jakiś uprzykrzony, lub tylko miotający się w środku uparcie (?) karzeł. Nagle ktoś z zewnątrz rozwala okienko młotem, mówiąc: DOSTANIESZ WSZYSTKO OPRÓCZ MIŁOŚCI! Obudził mnie śpiew dwóch kobiet, tekst brzmiał: „Kochał w życiu tylko dwie kobiety, tylko córkę i żonę…”

15 kwietnia 2000. Sen miał coś wspólnego z kosmitami i świadomością, że oni są gotowi w każdej chwili pojawić się u mnie. Zakończył go charakterystyczny, elektryczny trzask gdzieś pod sufitem pokoju, który mnie obudził.

16 kwietnia 2000. Zaczęło się już w dzień. O 17.40 z trzaskiem i rumorem coś spadło z góry przed dom, do ogródka (odgłos podobny do upadającej blachy). Po chwili przybiegła sąsiadka, mieszkająca dwa domy dalej, na ogół niekomunikatywna i jej syn. Byli mocno zaaferowani, ponieważ zauważyli coś jak iskrę, wielki błysk w okolicy naszego domu. Pytali, czy nie ma kłopotów z prądem. Nie było żadnych. Doszli do wniosku, że był to gołąb, który zahaczył o druty i spowodował spięcie elektryczne.
Przed snem czytałam książkę Janusza Andrzejewskiego „Dusze boga Re” i zastanawiałam się nad Enneadą bogów egipskich. W stanie półsnu pokazało się kilka migających obrazów: ohydnie wykrzywiona złością twarz jakiejś bogini (Izydy? Neftydy?). Lecę pomiędzy drzewami w wielkiej puszczy, zręcznie i błyskawicznie je wymijając, jak w komputerowej grze. Ściga mnie przewrócone na ziemię… drzewo, korzeniami pokrytymi szarą, wyschniętą ziemią do przodu… Czuję się w tym locie ogromną prehistoryczną ważką.

W nocy sen: mój ojciec odłożył sobie starannie zapasy jedzenia na 3 półkach w lodówce, a ja z nich przyrządziłam sobie posiłek i usiadłam do stołu, aby go zjeść. Na talerzu leżały dwie, przecięte połówki jakiegoś podłużnego, okrągłego placka. Kiedy pojawił się ojciec próbowałam zastawić się stołem-ławą. Ojciec był wściekły, gotowy zabić. Nagle przeleciała przeze mnie świadomość niewielkiej, kosmicznej istoty, jak przypomnienie czegoś z zamierzchłej przeszłości. Myśl: Gra! przychodzi mi przegrać! muszę się na to zgodzić, bo tak się umówiliśmy wcześniej! On ma taką rolę i odgrywa ją właśnie, zwyciężając. Oraz pewność: nie pożyję już długo, to moje ostatnie godziny… Nie było we mnie buntu wobec tego, co miało się stać. To uczucie wydobywało się gdzieś z głębi żołądka. Ojciec był straszliwie rozgniewany, szalony, nieprzewidywalny, a ja go kochałam i nie mogłam nic zrobić, aby się obronić. Obudził mnie odgłos jakby spadającej z nieba wielkiej kropli (łzy?). I bolesny skurcz w splocie słonecznym.

[Ten sen miał powiązanie z jawą takie, że miała dotrzeć do mnie wiadomość o nieuchronnej śmierci matki na raka żołądka]

Chwilę potem znów zasnęłam i znów pojawił się Ojciec. Z zabójczą pasją wpadł do pokoju i podszedł do mnie wielkimi, zdecydowanymi krokami. Obudziłam się nagle wiedząc, że lepiej będzie, jeśli nie zasnę, bo zmierzenie się z tym w transie przerasta moje siły.
Długo nie spałam. Byłam zlana potem, czułam silne uciski w dwóch punktach na skroniach, na czubku głowy i ból głowy, rozchodzący się od czoła. Podczas rozmyślań pojawiła się w końcu charakterystycznie „uśmiechnięta” twarz Szatana. Zaistniała z tyłu mojej głowy. Poczułam ponure i napięciowe energie wokół siebie, ale nie było to zastraszanie z jego strony, tylko zaznaczenie swojej obecności i jak gdyby propozycja, wysunięta znowu wobec mnie: „Słuchaj, w każdej chwili mogę ci pomóc, jak stary kumpel, jeśli tylko poprosisz…”. Miałam wewnętrzną przestrzeń, w której mogłam czuć się niezależna. Pomyślałam, że wolę zginąć z rąk rozgniewanego Ojca, jeśli rzeczywiście na to zasłużyłam, niż wejść w układ z ciemną siłą.
Rano obraz wizyjny: podwójna istota ludzka, jak bracia syjamscy przyklejeni do siebie, idzie w półokrągłych butach przed siebie.

diplodok

26 kwietnia 2000. Obrazy: twarzyczka „człowieka z drewna” [w Popol Vuh nazwa pierwszej nieudanej rasy ludzkiej skonstruowanej przez wyższe istoty], wielkie oczy lemura, w kształcie kwadratu, niewielki wzrost, który sprawił, że wzięłam go z początku za skrzata. Następnie długa, potężna szyja diplodoka zaglądającego między drzewa. Groźniejsza i nieco inna, niż na filmie BBC.

29 kwietnia 2000. Obraz: niewielka kosmiczna istota w skórze człowieka leży zupełnie bezradnie na ziemi, a na jej piersiach stoi kilkoma odnóżami czarny, pająkowaty, smoliście czarny stwór ze sfery Mroku.
Sen: siedzę za biurkiem w jakimś biurze. Wszystko szło dobrze, póki koleżanka z działu bankowego nie powiedziała mi poważnym, spokojnym głosem o jakiejś niewykonanej na czas wpłacie pieniężnej, co może skończyć się karą. Przeszukuję biurko, nic. Zaglądam w końcu do szafki koleżanki i tam chwyta mnie coś w rodzaju prądu, nie idzie zajrzeć głębiej. Ogłaszam wszystkim: Tam nie mogę sprawdzić, bo zobaczcie! i pokazuję im swoją lewą dłoń. Czubek małego palca wykrzywiał się sam do wewnątrz, resztą palców czułam silne, odpychające napięcie. Z szafki wypada prawie pusty pojemnik po tuszu do drukarki, wrzucam go tam z powrotem, zamykam trzaśnięciem szafkę i siadam przy swoim biurku. Raz sprowokowane jednak złe moce ujawniły się i z szafki wydostaje się anioł Satanael. Ubrany w biały, atłasowy strój kapłański z „rogatą”, kanciastą czapką w kolorze biało-różowo-czerwonawym na głowie. Zaczynam egzorcyzmy krzycząc wielkim głosem, odważnie: Diable, wypędzam cię! Diable, wypędzam cię! i robiąc wielkie znaki krzyża w jego kierunku. W pomieszczeniu zaczyna wiać świszczący wiatr i wylatywać przez otwarte drzwi. Satanael jednak pozostaje na miejscu, uśmiecha się w milczeniu, a ja obudziłam się nieco zdezorientowana, co do jego intencji.
Jasnowidzenie: czarna, niewielka kulka nadlatuje w kierunku mojej twarzy, lękam się, że to znowu jakiś implant, ale nic nie mogę zrobić, budzę się.

30 kwietnia 2000. Czekamy na Ra, który przylatuje co 145.500 lat i podsumowuje postępy świadomości na Ziemi. Istoty, które są z Nim mają odpowiednie przyrządy, którymi badają jakość dawnych populacji, dotykając nimi starych kości. Urządzenie wyświetla im poziom toksyn, choroby i obciążenia organizmów, które żyły przed wiekami. Do porównań ze stanem współcześnie zastanym – służą im mumie. Zdarza się, że przylatują istoty z otoczenia Ra w mniejszych odstępach czasu, one „doglądają ziemski ogród” i zabierają ze sobą tych, którzy już doszli do ich poziomu rozwoju. W takim właśnie czasie, teraz zostaje zabrana na ich pokład moja matka, już zupełnie niezainteresowana ziemskim życiem. Ojciec zaś zapada w senny trans. Pozostaje mi jedynie stara babka (szczupła, uśmiechnięta, pomarszczona, podobna do znajomej „gwiezdnej”), bardzo chętna mi pomóc i pomimo starości wcale nie spiesząca się do odejścia.
Potem schodzę z piętra mojego domu po drabince. Najpierw muszę przecisnąć się przez pofalowane kraty, ale one przybierają kształt zgodny z moim ciałem, więc nie są zbyt wielką przeszkodą. Mimo to wysokość grozi katastrofą w razie upadku. Trzymam się kurczowo brzegu okienka, na parapecie leży śnieg, brzeg drabinki jest oblodzony. Udaje mi się jednak dość zręcznie dostać do niej i schodzę co drugi stopień w dół kilkoma „krokami”. Ostatni stopień jest przerwany w połowie i nieumiejętne schwytanie go dłonią przy schodzeniu na ziemię (drabinka kończy się na tyle wysoko, że trzeba zeskakiwać) sprawia mi ból. Poza tym mam na nogach tylko jeden, prawy but, lewa stopa jest goła i trafiam przy zeskakiwaniu na raniący gruz, leżący pod ścianą, ale jakoś się w końcu udaje.

Cdn.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s