Granice światów

Obiecałam opowiedzieć jeszcze o dinozaurach i T-rexie, bo przyszło do mnie nieco więcej informacji, niż te zamieszczone w noweli „Opowieść Ogrodnika” czy Wspólnym Śnieniu. Pewnej nocy wyświetliła mi się w głębokim śnie szczególna historia… Trwała bardzo długo, miała w sobie elementy wizyjnego transu, a fragmenty, które zapominałam, wracały do mnie po wielekroć. Rano pod wpływem wrażenia wyprowadziłam tylko psa na siku, zaparzyłam sobie kawę i usiadłam do komputera, żeby rzecz zapisać. Wstałam od niego wieczorem.
Oto ów sen, zapisany w formie opowiadania. Dodałam od siebie jedynie imiona bohaterom. Wrażenia sensualne relacjonuję wiernie, jakie były.

Ewa Sey

Granice światów

II.
Rozległy kompleks budynków instytutu, wznoszących się nad równie rozległą i bogatą bazą podziemnych pomieszczeń, rozciągał się na skraju zaskakujących w owym pustynnym regionie mokradeł.
– Czy bagienny klimat wam nie szkodzi? – zapytałem patrząc z tarasu wychodzącego na daleką przestrzeń nieskażonej ludzką ingerencją przyrody rozciągającej się zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej. Towarzyszyli mi Ted i Angela, specjaliści od rzeczy, które trudno nawet nazwać jednym słowem. Oprowadzali mnie po terenie należącym do instytutu. Mieli za zadanie pokazać mi wszystko, czego sobie tylko zażyczę i dać odpowiedź na każde moje pytanie.
– Zupełnie nie. To, na co teraz patrzymy to rodzaj hologramu, iluzyjny obraz, który dla naszych zmysłów tak naprawdę nie istnieje – wyjaśniła skwapliwie Angela.
– Czyli mógłbym podejść bliżej i przekonać się, że rosną tam takie same kępy trawy i rzadkie drzewa, jak wszędzie wokół miasteczka? – pytałem dalej, zadziwiony. Ted uśmiechnął się.
– Usiądźmy – zaproponowała Angela. – To dłuższa rozmowa, warto odpocząć, odprężyć się. Co ci podać? Może być cola, woda mineralna, kawa, herbata z lodem albo piwo.
Taras, częściowo oszklony, a częściowo zupełnie odsłonięty na wszelkie wpływy pogody zagospodarowano białymi okrągłymi stolikami i wypoczynkowymi fotelami. Automaty ustawione w głębi przy drzwiach serwowały kilka najpopularniejszych napojów dla chętnych ponapawać się widokiem bezludnego i egzotycznego pustkowia.
– Piwo – powiedziałem. – Te cuda warte są toastu.
Angela po chwili przyniosła mi plastikową szklankę pełną słomkowego, lekko pieniącego się napoju, który zwano tutaj piwem, ale które z piwem – moim zdaniem – niewiele miało wspólnego. Bliżej mu było raczej do jabłecznego cydru, który znałem dobrze z Europy. Nosiło nazwę „Piwo Jemiołak”, a wielki budynek browaru, który je produkował znajdował się na skraju ogrodzonego terenu instytutu i miasteczka.
– Słucham wszelkich objaśnień – przywróciłem temat.

III.
– Widok, na który właśnie patrzymy – rozpoczął z powagą Ted – jest i nie jest iluzyjny. Przedstawia świat, który istnieje rzeczywiście w tym miejscu, ale w innym czasie.
– Czyli bariera, która nas od niego odgradza jest barierą czasu? – zapytałem ze zrozumieniem, I przypomniałem sobie historię chronowizora, który został przed laty uznany przez Watykan za diabelski wynalazek, rozebrany na części, a części owe upłynniono w nieznanych miejscach i stronach. Oto badawczy ludzki umysł znów wpadł na tę samą ideę i sposób. Krótko mówiąc, dostępu do wiedzy nigdy nie da się zniszczyć na zawsze i naprawdę skutecznie.
– Yhm. Faza Alfa projektu ukazała nam w pełni ów obraz, który jednak na początku nie był tak doskonały, jak teraz. Był to rozedrgany i nietrwały miraż. Na tyle fascynujący, że rozpalił nasze umysły i wpadliśmy w istną gorączkę twórczą – kontynuował Ted. – Dokonaliśmy od tamtego czasu wielu odkryć i ustaliliśmy parametry pozwalające zakotwiczyć ów obraz na tyle, że właściwie może być dostępny naszym oczom dzień i noc.
– Hm… Co by było, gdybym tam podszedł? Co zobaczyłbym naprawdę? – spytałem.
– Pewnie byłeś nieraz w trójwymiarowym kinie – dodał Ted. – To podobne wrażenie. Możliwość bycia w tym świecie nieomal naprawdę.
– To jednak było kiedyś. Teraz jest już inaczej – dorzuciła Angela zerkając na mnie przeciągle. – Trwa faza Beta projektu. Budujemy przejście. Wrota innymi słowy.

Zauważyłem, że dłoń Teda, w której trzymał puszkę z colą lekko zadrżała. Działo się to z tłumionego podniecenia. Oczy wlepił w widok rozciągający się przed tarasem, więc nie bił we mnie bezpośrednio ich nadzwyczajny blask. Chyba wszyscy musieli się tutaj specjalnie uczyć skrywać swój entuzjazm i rozgorączkowanie.
– Wokół nas istnieje wiele światów, pomiędzy którymi istnieją podobne przejścia – dodała Angela – Są to jednak światy ludzkie lub zbliżone do ludzkich, dostępne naszej świadomości dość łatwo. Potrafimy nawet wzajemnie się odwiedzać z mieszkańcami niektórych z nich i wymieniać się wiedzą i doświadczeniami.
– Jednak to właściwie czysta zabawa w porównaniu z tym światem, który tutaj widzisz i z zadaniem, który on postawił przed nami – wszedł jej w słowa Ted.
– Dlaczego?
– To świat bardzo zamierzchły, można rzec prastary. Pierwotny.
– Kilkanaście tysięcy lat? – spytałem wlepiając wzrok w mgły zalegające ponad widocznym w oddali zielonym wzgórzem, wznoszącym się w głębi bagiennego obszaru. Po chwili ciszy rzuciłem:
– Kilkaset tysięcy?
– Nie zbadaliśmy go jeszcze dostatecznie. Według wstępnych ocen jest to przynajmniej… sto milionów lat temu. O ile w istocie linia czasu, tak jak ją sobie wyobrażamy w ogóle istnieje – usłyszałem cichą odpowiedź Teda. I głośne przełknięcie resztki coli z jego puszki.
– Choć wydaje się nam biec ona zawsze prosto przed siebie, to jednak tak naprawdę jest pętlą, wirującym po spirali pierścieniem – dodała od siebie Angela.
– Nieźle – westchnąłem z wrażenia. – Uch, to czasy wielkich drapieżnych dinozaurów, czyż nie?
– Tak…
Milczenie.
– Macie zamiar tam wejść?
– Pracujemy nad tym. Trzeba jeszcze wielu przygotowań – stwierdziła Angela.
– Niemniej stoimy w drzwiach i zerkamy przez uchyloną szparę – dodał Ted i było słychać prawdziwą dumę w jego głosie.
Zaczynałem zastanawiać się głębiej nad tym, co kryje się za faktem specjalnego zaproszenia mnie tutaj.

IV.
Nagle uderzył nas w twarz silniejszy podmuch wiatru. Był ciepły i suchy, niósł w sobie smak i zapach pustynnej prerii otaczającej miasteczko.
– Podprowadźcie mnie do szpary, o której mówiliście – powiedziałem z nagłym zdecydowaniem.
Wstaliśmy szybko od stolika, wyrzuciliśmy puste naczynia do kosza i zeszliśmy po kilku stopniach w dół z tarasu. Ruszyliśmy wolnym krokiem ku widokowi rozciągającemu się przed nami w całej swojej rozległości i soczystości barw rozjaśnionych popołudniowym, schodzącym ku zachodowi słońcem.
– Pięknie tutaj, prawda? – stwierdził Ted nie odrywając od niego wzroku.
Istotnie, musiałem mu to przyznać.

V.
Skraj mokradła był wyraźny i przypominał właściwie brzeg rozległego jeziora. Prawie nieprzeźroczysta, gęsta od błota na dnie woda chlupotała i rozbijała się o niego ledwie widocznymi drobnymi falami. Z wody wystawały wysokie trzciny i trawy zasłaniające ogromny podmokły obszar rozciągający się w oddali.
W pewnej odległości spośród trzcin i cienkich, słabo ulistnionych krzewów sterczących wprost z wody i usiłujących w niej rosnąć wznosiło się szerokie płaskowzgórze. Musiał to być właściwie brzeg większego stałego lądu, jak stwierdziłem po lepszym przyjrzeniu się. Był porośnięty żywą zielonością, która z naszego punktu widzenia sprawiała wrażenie szczelnej pokrywy składającej się z miękkiego, wyjątkowo wysokiego mchu. Ów „mech” rósł wszędzie na lądzie jako rodzaj poszycia, nad którym rozciągały się gęstniejące miejscami w całkiem nieprzenikliwe dla naszego wzroku przestrzenie niewiele od niego wyższego młodego lasu.
Nad wszystkim unosiły się mgły i opary. Zakrywały dalszy horyzont białą szczelną zasłoną, która tylko chwilami gdzieniegdzie przecierała się ukazując magiczne dale. Połyskiwały w słońcu niczym obsypane kryształami załamującymi światło pod wszystkimi możliwymi kątami. Promienie zachodzącego słońca nasycały powietrze delikatnym oranżem, który wraz z mglistą bielą oparów, połyskliwością wody i intensywnie żywą zielonością porostów tworzył obraz jakby rodem z fascynującej egzotycznej baśni.
Zatrzymaliśmy się nie dalej jak metr od widocznego bardzo wyraźnie brzegu bagniska.
Ted kucnął i przesypywał w dłoni suchy piasek. Zrobiłem to samo. Była to dobrze mi znana rzeczywistość.
– Podejdź do wody i spróbuj jej tak samo dotknąć – powiedział po chwili Ted.
Posłusznie zbliżyłem się do brzegu. Woda marszczyła się, poruszała i niewątpliwie żyła w swojej rozedrganej połyskliwości tuż koło moich stóp w traperskich butach, chroniących przed kąśliwymi mieszkańcami pustyni. Wyciągnąłem rękę i spróbowałem ją w niej zanurzyć. Iluzja zdawała się trwać jeszcze w odległości milimetra od jej powierzchni. Dotyk jednak zasygnalizował mi coś innego, niż wzrok. Moja dłoń oparła się o płaską, twardą, pionową powierzchnię jak o niewidzialną ścianę.
– Ach, doskonałe złudzenie – wybuchnąłem śmiechem. – Czego dotykam?
Angela podała mi plastikowe okulary, o których dotąd myślałem, że to przeciwsłoneczne lustrzanki. Po założeniu ich ujrzałem przed sobą dwie olbrzymie lśniące kolumny, a między nimi wysokie na kilka metrów zamknięte w tej chwili Wrota. Śmiałem się dalej.
– Wiecie, do tej pory sądziłem, że Wrota Czasu to tylko symbol, kreacja naszego umysłu.
– I masz rację – stwierdził całkiem poważnie Ted. – To, czego teraz tutaj dotykamy jest rzeczywistością pośrednią i umowną.
– Chcę wszystko zobaczyć – postanowiłem nieodwołalnie.
Ted i Angela spojrzeli po sobie, w końcu Angela wzruszyła ramionami, a Ted rozłożył ręce.
– A więc, prosimy – powiedział Ted tonem gospodarza witającego natrętnego gościa.

wrota-czasu

VI.
Podeszliśmy wszyscy do Wrót. Były potężne. Wyglądaliśmy na ich tle jak filigranowe laleczki.
– Dębowe? – zastukałem zgiętym palcem w drewno, z którego wydawały się zbudowane.
– Powiedzmy – zaśmiał się Ted. – W rzeczywistości są to dwie idealnie okrągłe, kamienne kolumny, zawierające rdzeń ze szlifowanego specjalnego kryształu. Stoją tu jednak zakotwiczone w innym wymiarze, dlatego nie widzimy ich bezpośrednio.
Ogromne odrzwia nie były zamknięte do końca. Pozostała między nimi kilkucentymetrowa szpara, przez którą wpadało światło widzianego przez nas wcześniej pra-świata. Przysunąłem do niej dłoń i poczułem ciepły wilgotny powiew powietrza. Zbliżyłem tam nos i wciągnąłem owo powietrze sprzed setek milionów lat w swoje płuca wielkim nieostrożnym haustem. Natychmiast zakrztusiłem się i dłuższą chwilę kasłałem ocierając łzy napływające do oczu.
– Zaskoczony? Mówiłam przecież – zachichotała Angela.
– Cóż za smród! – stwierdziłem wreszcie – Ale można się przyzwyczaić!
Ostrożnie zbliżyłem znów twarz do szpary i dałem się omieść ciepłemu powiewowi. Był lepki, duszny, parny, o ostro-słodkim zapachu butwiejących roślin i gnijącej wody. Po chwili pochyliłem się i tym razem przytknąłem do szczeliny ucho.
– Słyszę, naprawdę słyszę! – ucieszyłem się jak dziecko. – Chlupot wody, szum i jakieś szelesty… Niesamowite!

Wyraz twarzy Teda nie wydawał mi się jednak do końca szczery, zauważyłem to jednym rzutem oka. Był chyba zaniepokojony rozmiarem mojej ciekawości, choć starał się ten niepokój zamaskować. To spostrzeżenie skłoniło mnie do dalszych dociekań.
– Chcę usłyszeć, jak daleko zaszła już w realizacji faza Beta projektu – oznajmiłem dobitnie.
– Doprawdy, niewiele dalej – odezwał się po chwili Ted prawie naturalnym głosem. – Umieściliśmy na skraju prototyp pojazdu dla ewentualnego obserwatora, który kiedyś przekroczy Wrota zupełnie.
– Pokażcie mi to – powiedziałem zdecydowanie.
Ted, dzięki specjalnemu osobistemu połączeniu z bazą głównego komputera miał władzę nad Wrotami. Pod jego dotknięciem uchyliły się nieco więcej, tyle, by człowiek mógł się przecisnąć na drugą stronę.
– Nie skrzypią? – zażartowałem, aby zagłuszyć wzbierające podniecenie. Z wrażenia serce podeszło mi do gardła.

Wsadziłem najpierw w rozchyloną wolną przestrzeń moją ciekawską głowę i dłuższą chwilę chłonąłem poznany wcześniej widok spowitych oparami bagien i odległego zielonego lądu. Płuca pracowały tutaj intensywniej, musiałem o wiele szybciej oddychać, aby się dotlenić.
– Wejdźmy – usłyszałem z tyłu spokojny nagle głos Teda. – Brzeg jest pod naszą kontrolą.

VII.
Przekroczyłem granicę światów pierwszy, za mną weszła Angela, a na koniec Ted. Zmrużyliśmy oczy od ostrego światła słońca, które stąd wydawało się większe. Oczywiście, przyklęknąwszy od razu zanurzyłem dwa palce w wodzie, wskazujący i serdeczny, skrycie czyniąc nimi święty znak.
– Zaiste, mokra – przyznałem z podziwem.
Ted zaprowadził mnie zaraz kilka kroków w bok, gdzie w przybrzeżnych szuwarach ukryto czółno, prymitywnie wydrążone w okorowanym drewnianym pniu. Mogło zmieścić w sobie tylko jedną osobę. Niewiele myśląc wskoczyłem do krypy, która zachwiała się na wodzie pod moim ciężarem i chwyciłem do ręki kij służący do odpychania się od dna.
– Uważaj! Bądź ostrożny! Ten świat jest żywy, istniejący, nie wiadomo, co w nim naprawdę czyha – zawołał Ted. – Nie płyń dalej, niż na odległość sześciu metrów. To granica ochronnej tarczy czasoprzestrzennej. Za nią trzeba być o wiele lepiej przygotowanym.

Odbiłem się od brzegu jednym zdecydowanym odepchnięciem kija. Dno było grząskie, miękkie, ale jeszcze dość płytkie. Dziób czółna szybko wjechał w pierwsze przybrzeżne, niezbyt gęste w tym miejscu szuwary, które rozchyliły się pod jej naporem. Przyklęknąłem na jego dnie, aby lepiej utrzymać równowagę. Położyłem kij obok siebie. Rozpędzona łódka zwolniła naturalnym sposobem, a ja całym sobą oddałem się chłonięciu wrażeń płynących do mnie zewsząd.

Tak naprawdę modliłem się teraz. Z podziwu, miłości i zgrozy.

Ten świat nie był piękny, nie był zdumiewający ani fascynujący. On zwyczajnie… zbijał z nóg.  Ogarnęła mnie mimowolna nabożność w obliczu majestatu dzieła rąk Stwórcy Światów.
Nagle postanowiłem zaryzykować i odbiłem się jeszcze raz od dna. Czółno wpłynęło w obszar wodnych traw, które zasłoniły mi widok brzegu i czekającej tam na mnie pary naukowców.
– Zawracaj, Worren! – zawołał zaniepokojony Ted. – To zbyt niebezpieczne!

Oczarował mnie zielony ląd w oddali, który, jak teraz oceniłem, znajdował się dalej, niż mi się zdało z brzegu. Perspektywa tego świata była chyba inna, być może z powodu odmiennej przeźroczystości powietrza i intensywności nasłonecznienia. Jednocześnie, gdy utrzymywało się nieruchomo wzrok na jednym wybranym punkcie zaczynał on jak gdyby przybliżać się, podobnie jak w lornetce.
Odczekałem dłuższą chwilę, aż ruch czółna prawie zupełnie zanikł i pogrążyłem się w kontemplacji rozciągającego się przede mną obrazu gęstego, choć wyraźnie młodego jeszcze i stosunkowo niewielkiego lasu podszytego zielonym mchem wysokości dorosłego człowieka.

VIII.
Nagły ruch czegoś przemykającego błyskawicznie pomiędzy gałęziami zbudził mnie z zachwytu. Fala adrenaliny uderzyła w mój mózg natychmiastowym hasłem do odwrotu. Ciało samo reagowało i działało pod wpływem niesamowitego strachu, który rozlał się natychmiast w żyłach gorącym strumieniem. Wbiłem kij w dno i pchnąłem krypę ku brzegowi. Tak silnie, że sekundę potem wyskoczyłem z niej na piasek i wpadłem wprost na Teda.
– Cholera, co to było? – bełkotałem odzyskując z trudem równowagę. Obejrzałem się za siebie. Szuwary już się zasunęły, a widoczny w oddali zielony ląd wydawał się nadal nieporuszony, cichy i absolutnie spokojny w swojej baśniowości. – Dinozaur? Prawdziwy dinozaur? Widzieliście?
Nie, niczego nie zauważyli. Nie byli jednak wcale zdziwieni tym, co powiedziałem.
– Oto niesamowite ryzyko wejścia w ten świat – stwierdził Ted, marszcząc brwi. – Nie jesteśmy jeszcze gotowi i kto wie, czy w ogóle kiedykolwiek zdecydujemy się z nim zmierzyć. Sam widok potrafi unicestwić wszelkie reakcje nerwowe, które warunkują zachowanie człowieczeństwa i bezpiecznej samokontroli. A co dopiero mógłby zrobić atak? I rzeczywiste zranienie? Nie sposób przewidzieć, na jakie koszmary naraziłoby to zaatakowanych.
– Och. Był cętkowany jak jaguar! – gadałem jeszcze pod wpływem wrażenia. – Czy nie boicie się, że coś takiego mogłoby wedrzeć się przez Wrota na naszą stronę?
– Nie – uśmiechnęła się łagodnie Angela. – Nasz świat ma pod każdym względem inne i zbyt różne parametry od tego. Żadna z żyjących tu istot nie zdołałaby przenieść się do nas i przeżyć. Można by to porównać do konieczności wdrapania się po pionowej idealnie gładkiej skale wysokiej na tysiąc metrów. Zejście i wejście jest dla nas technologicznie możliwe, jak sam się przekonujesz, ale dla żadnej spośród prymitywnych istot absolutnie nie.
Wróciliśmy tą samą drogą, którą tam weszliśmy.

IX.
Kolejne dni spędziłem w instytucie zwiedzając liczne pracownie i laboratoria, w których również pracowano nad zagadnieniem Wrót, ale pod najróżniejszymi innymi kątami. Naukowcy chętnie pokazywali mi swoje osiągnięcia. Byli z siebie dumni, radośni, zainspirowani i głęboko poruszeni efektami swoich badań. Wziąłem udział w pokazowym wejściu do sąsiedniego świata, które zostało wcześniej uzgodnione przez obie strony. Dane było mi spotkać tam ludzi zajmujących się tym samym tematem, choć przy użyciu nieco innych przyrządów i metod analitycznych. Byli biali, wysocy i inteligentni.
– Porozumiewamy się za pomocą wspólnie uzgodnionych symboli, pisma i znaków. Wpadliśmy na pomysł utworzenia organizacji, które rozwijałyby w różnych liniach czaso-kultur zasady przydatne dla trwania kontaktów. Posyłamy tam najpierw swoich specjalistów, a w zamian przybywają uczeni stamtąd do nas. Trzeba stwierdzić, że to głęboko rozwijający proces.
W praktyce – jak się sam o tym przekonałem – odwiedzanie siebie nawzajem nie było trudniejsze, niż przejście z pokoju do pokoju. W trakcie doświadczania wszystkich tych atrakcji ani na chwilę jednak nie przestałem pamiętać wrażenia, które obudziło we mnie wejście do pra-świata. Nie dawało się po prostu zapomnieć. Ani z niczym porównać.

Z Tedem i Angelą widywałem się już rzadziej i głównie towarzysko, podczas przyjęć i na pół oficjalnych spotkań wieczornych urządzanych przez chętnych do poznania mnie doktorów i profesorów oraz ich żon. Szybko wprowadzali mnie w swoje pomysły i szalone tajemnice.
– W kilku sąsiednich światach utrzymujemy stałe grupy eksploratorów, którzy zmieniają się co jakiś czas. To jedyny sposób zebrania maksymalnie wielu informacji i nauczenia się czegoś o innych kulturach – wyjaśnił mi Mercurio, znawca starożytności. – Możliwa jest w pełni wymiana kulturowa, badawcza oraz… genetyczna.
– Co to znaczy?
– Zdarzają się niekiedy sympatie pomiędzy przedstawicielami odmiennej płci z różnych światów. W zasadzie nie zabraniamy tego. Interesuje nas zagadnienie dziedziczenia cech. Każdy świat ma przecież nieco inne parametry warunkujące zmysły i tym samym wrodzone zdolności. Może to nas nawzajem głęboko wzbogacić – wytłumaczył Mercurio. Po czym przedstawił mi swojego trzyletniego synka, Urania.
Chłopczyk spoglądał na mnie wielkimi ciemnymi oczami matki stojącej przy Mercuriu i grzecznie wyciągnął drobną łapkę w moim kierunku.
– Uranio ma rozwinięte zdolności jasnowidzenia i potrafi już całkiem dobrze czytać myśli – pochwalił się dumnie tata.
– Ten pan chce się bawić w grę, która jest bardzo, bardzo straszna – zademonstrował swoje umiejętności malec.
– Wydaje ci się! – zareagowałem natychmiast. – Nie chcę, aby ktokolwiek zaczął grać w tę grę, dlatego jej pilnuję.
Chłopiec zrobił zdziwioną minkę.
– Ona już się zaczęła, nie wiesz tego?
Przeszył mnie zimny dreszcz. Na szczęście rodzice Urania, zajęci witaniem wchodzących do salonu gości nie usłyszeli dalszego ciągu naszej rozmowy. Między przybyłymi byli także Ted i Angela.
– Ok – pogłaskałem malca po głowie – świetnie, że mi powiedziałeś. Teraz wszystkiego dopilnuję, nie obawiaj się.
Niestety, nie było to takie proste. Ted zbywał moje pytania zdawkowymi odpowiedziami, a Angela konsumowała drinki, które zdawały się ją najbardziej interesować. Sprawili jednak na mnie wrażenie szczególnie niespokojnych i nieobecnych myślami.

wrota

 

X.
Dopiero na drugi dzień dowiedziałem się od nich o nieprzewidzianych efektach ich tajnego przedsięwzięcia. Oboje byli przerażeni i zdruzgotani.
– To „coś” wdarło się w międzywymiarową przestrzeń!
– Jak? Gdzie?
– Nie doceniliśmy energii, refleksu, inteligencji i dzikiej siły przetrwania tych zwierząt – wyszeptał pobladły Ted. – Jedno z nich dostrzegło nas i ruszyło w pogoń. Zdołaliśmy wrócić i przebiec przez Wrota, ale nie udało się ich w porę zatrzasnąć!
– Przecież powiedziałeś, że to niemożliwe, że to przerasta ich możliwości.
– Myliliśmy się! Mają niesamowity instynkt orientacji, bezwzględność i prędkość reakcji przekraczającą wszystko, co znaliśmy do tej pory.
– Gdzie się wdarło? – zmarszczyłem brwi.
– Nie wiemy. Natychmiast znikło z naszych czujników. Przypuszczam, że zostało przyciągnięte przez inny czas i świat, który zachował jakiś rodzaj prymitywnych wibracji – odpowiedziała Angela.
– Trzeba zawiadomić ludzi odpowiedzialnych za kontakty między światami – zdecydowałem od razu, a Ted nie sprzeciwił się niczemu.

XI.
Pierwsze kroki skierowaliśmy do Wrót. Tam Ted postarał się ustalić miniony moment wdarcia się dinozaura w późniejszy świat, aby prześledzić – choćby przy pomocy komputerowych symulacji – jego najbardziej prawdopodobną drogę. Dość długo nie było żadnych wyników, aż nagle całkiem niespodziewanie znaleźliśmy się w punkcie „zero” czasu, o który nam szło. Był to dosłownie ułamek ułamka sekundy. Na nasze szczęście znajdowaliśmy się w pewnej odległości od właśnie zamykających się Wrót, gdy bestia galopująca przed siebie z wysokim i ledwie przez to słyszalnym dla naszych uszu piskiem minęła nas w swoim szaleńczym pędzie naprzód. Zamarliśmy w jednej chwili jak posągi, sparaliżowani strachem przerastającym rozum. Prędkość, mordercza dzikość i agresja, którymi dysponowało to zwierzę przewyższyły wszystkie nasze wyobrażenia.
– Musimy natychmiast ostrzec innych – szepnęła Angela.

W pewnej odległości od Wrót i od naszej trójki zauważyłem Angelę i Teda skamieniałych ze zdumienia w chwili pierwszego wtargnięcia bestii w wyższe światy. Przejęci sytuacją nie zauważyli nas, co błyskawicznie uznałem za dobre w tamtej chwili. Linia czasu rozszczepiła się na dwa tory wydarzeń, a bliźnięta czasowe musiały działać na każdym z nich po swojemu. Aż do chwili zapętlenia i spotkania się oko w oko ze sobą w przyszłości.
Wszystko teraz wydawało się lepsze, niż trwanie w miejscu i czekanie na atak z nierozpoznanej strony. Ruch fizyczny przywrócił mi panowanie nad emocjami.

Puściliśmy się biegiem wzdłuż głównej uliczki pomiędzy budynkami naukowego osiedla, aby zatrzymać się na rozległym strzyżonym trawniku przed najwyższym białym budynkiem, na którym widniał szyld „Jemiołak”. To w nim mieściła się główna baza kontaktowa z sąsiednimi światami. Jak się szybko przekonałem, jej główny zrąb zakotwiczony w czasie teraźniejszym sięgał wyższego wymiaru, niby niewidzialny wieżowiec. Dla zwykłych mieszkańców miasteczka był to zawsze i tylko Browar.

Zauważyłem uchylone okno na parterze. Z piętra powyżej dobiegał przez otwarte okno głośny dźwięk fortepianu. Ktoś bębniąc szaleńczo w klawisze grał jakiś hard rockowy utwór z taką ekspresją, jak gdyby chciał obudzić wszystkich świętych w promieniu kilometra.
– Tam! – wskazałem dłonią.
Niewiele myśląc przebiegliśmy szybko spory obszar starannie strzyżonego trawnika i dotarliśmy do ściany budynku. Zajrzałem przez uchylone okno na parterze. Wszystko zdawało się pozostawać w najlepszym porządku. Niewiele myśląc wskoczyliśmy tędy do środka.
– Rozejdźmy się ostrożnie każde w inną stronę – zdecydowałem – i sprawdźmy sąsiednie pomieszczenia. Jeśli są tam ludzie zwołajmy ich tutaj, aby przygotować się do ucieczki… Niepokoi mnie piętro wyżej. Tam dzieje się coś niezrozumiałego, a grający na fortepianie jakby lekko zbzikował. Może próbuje się z tym czymś dogadać albo ostrzec innych?
– Mój Boże! – szepnęła Angela. – Od niedawna uruchomiliśmy tam podgląd przyszłości!
– Spokojnie, to może być tylko nasza fantazja – Ted położył jej na ramieniu swoją dużą dłoń. – Zajrzę tam sam, i na wszelki wypadek zablokuję przejście, a ty sprawdź sąsiednie pracownie na parterze.

XII.
Z duszą na ramieniu otwieraliśmy jeden po drugim wysokie białe drzwi oddzielające od siebie poszczególne pomieszczenia. Dość szybko odetchnąłem z ulgą. Wszędzie panował zupełny spokój, gdzieniegdzie rozleniwieni strażnicy witali nas ze zdziwieniem, ale sympatycznie, chętnie zapraszając do rozmowy. Zdecydowałem się na razie nikogo nie niepokoić. Prosiłem tylko wszystkich po kolei, aby każdy zbadał swoje otoczenie, a o jakimkolwiek podejrzanym ruchu, niezrozumiałym hałasie czy dziwnym zjawisku niech natychmiast melduje bez sprawdzania przyczyny. My będziemy czekać przez najbliższe kilka godzin w pokoju konferencyjnym.
Z biegiem czasu myśl o pojawieniu się prymitywnego drapieżcy w znanych nam miejscach stawała się dla mnie coraz mniej prawdopodobna. W końcu zawróciłem do saloniku, w którym umówiliśmy się na podsumowujące spotkanie. Zastałem już tam spokojnie rozmawiających ze sobą Teda i Angelę. Siedzieli na sofie czekając na mnie.
– Wszędzie cisza i spokój – zameldował Ted. – Zajrzałem na piętro. Trwa tam wstępny ogląd świata z dość niedalekiej przyszłości. Ale prócz szalonego fortepianisty nie ma w nim niczego podejrzanego. Muzyk w pierwszej chwili wydał mi się do kogoś znajomego podobny. Ale to z pewnością złudzenie. Wielu ludzi jest do siebie podobnych, choć nic ich nie łączy. Uznałem, że jednak warto nam wiedzieć, co tam się dzieje i co może się jeszcze wydarzyć. Podgląd pozostawiłem nadal czynny..
Uspokoiło mnie to trochę, lecz wydłużające się czekanie na wieści od pozostałych strażników i badaczy znów obudziło głębokie rozedrganie serca. Milczałem jednak starając się zachowywać równowagę umysłu i nie siać paniki.
– Boję się czegoś – stwierdziła nagle głośno Angela. – Chciałabym już stąd wyjść.
– Nie możemy zostawić ludzi samych – odpowiedział Ted. – Poczekajmy spokojnie, pewnie ostrzeżenie wszystkich zajmuje więcej czasu, niż sądziliśmy.
– Oczywiście – przyznała mu rację Angela.

A mnie tymczasem wzrastający niepokój pchnął ku oknu, przez które co chwila nerwowo wyglądałem. Już wkrótce siedziałem na parapecie, a jeszcze po chwili podciągnąłem do góry nogi i umieściłem je po zewnętrznej stronie okna. Przytrzymywałem ręką uchylną szybę, aby móc się nią odseparować od wyczuwanego zagrożenia albo od zewnątrz, albo od wewnątrz, w razie gdyby się jakieś nagle rzeczywiście pojawiło. Tu, lub tam.

Wtem przeraźliwa muzyka dobiegająca z piętra umilkła. Zapadła głucha cisza. Równie niesamowita, jak hałas, który czyniła jeszcze przed chwilą.

Nieomal w tej samej chwili ujrzałem kobietę, która wykonała szaleńczy skok z otwartego okna pokoju nad nami wprost na trawnik. Patrzyłem na nią ze zdumieniem i przejmującą serce zgrozą.
Odruchowo wyprostowała się i stanęła naprzeciw nas wcale nas nie widząc. Wszystko toczyło się na moich oczach jak gdyby w zwolnionym tempie. Miała twarz zniekształconą, lekko nabrzmiałą, dziwnie podobną do Angeli. Ale może tylko mi się zdawało…
Ledwie podniosła się na nogi, aby ruszyć biegiem przed siebie ku miasteczku, gdy z góry spadła na nią, wprost z wychylającej się przez okno paszczy gadziej bestii, ogromna kropla krwi.

(Zapisane w Wielki Poniedziałek 2003 roku)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s