Pojedynek z cieniem

Przedstawiam moje opowiadanie, które powstało na bazie wizyjnego snu z bodajże 2003 roku. Długo bohaterowie nie mieli swoich prawdziwych nazwisk, tylko miejsce określiłam szybko i precyzyjnie. Odnajdując stare ryciny ukazujące wygląd Bastylii i okalających ją przestrzeni. O ile tekst, który recytował mi szybko i monotonnie głos śnienia także udało się zidentyfikować, a także dwóch panów rewolucjonistów, przewodniczącego Towarzystwa Przyjaciół Czarnych i tego, który usiłował ostrzec króla Ludwika przed szykującym się wzburzeniem tłumów, to narrator, postać, przez którą śniłam, był dla mnie zagadką najdłużej. Odkryłam go dość skomplikowaną drogą śnienia, skojarzeń i poszukiwań. A zaczęło się od pamięci proroka Daniela, która mnie dawno temu zagarnęła całkiem na jawie, a potem we śnie, w którym dowiedziałam się, że Daniel był poprzednią inkarnacją Nostradamusa, i że miał on jeszcze trzecią, ostatnią, urodzonego w XVIII wieku francuskiego erudyty zajmującego się zagadkami. Wystąpił on w innym śnie wizyjnym, w którym odtworzyły mi się szczegóły z jego życia oraz jego wygląd. Posłużyły do identyfikacji, gdy pewnego razu, szukając przy okazji wpisu blogowego informacji o dziedzicach portretu Nostradamusa, namalowanego przez jego syna trafiłam na biografię tego człowieka we francuskiej Wikipedii! Równie długo trwała identyfikacja więźnia Bastylii ogarniętego przez cień. Dopiero zerknięcie na portret starego markiza de Sade przekonało mnie zupełnie, kim była ta postać ze snu. Treść rozmowy dwóch nieznajomych była we śnie podana drogą bezpośrednią, z umysłu do umysłu, może więc zawierać moje niedoskonałe przekręcenia przy ubieraniu sprawy w słowa. A oto opowiadanie.

Ewa Sey

Pojedynek z cieniem

Późną wiosną 1771 roku pogoda była doskonała, zachęcająca do spacerów. Paryż, w którym od kilku tygodni przebywałem, wciąż mnie pociągał i każdego dnia nie potrafiłem oprzeć się pokusie wielogodzinnej przechadzki. Z początku poznawałem stolicę dość chaotycznie i przypadkowo, przebiegając bogate centrum i brudne ulice, śmierdzące rozkrzyczane rynki i nędzne przedmieścia, zaglądając do sięgających nieba gotyckich kościołów i zapełnionych starymi księgami i woluminami magazynów w poszukiwaniu czegoś, co trudno było mi nazwać.
Wszędzie znajdowałem zbutwiały zapach jakiegoś pradawnego świata, którego wielokrotnie w czasie kopiowane ślady już dawno skryły się w głębinach ziemi, w ciszy bezmiaru nocy i krzyku bezliku dni, które nad nim przeszły i przechodzić będą. Woń stęchlizny i czegoś jeszcze, jak narkotyk wciągającego wyobraźnię i serce, nie dawała mi zasnąć, budziła często i zrywała każdego ranka wcześnie, nakazując iść jej tropem. Koniecznie. Nie wiem, po co. I ku czemu.
Wcale nie szło mi o zyskanie uszczęśliwionego poczucia, że oto patrzę na świat jak Paryżanin. Mimo, że byłem prowincjuszem, młokosem nieznającym jeszcze życia, chętnym jego używania, ambitnym i łasym sukcesów. Zdążając za głosem serca, szukałem przede wszystkim jakiegoś impulsu, o którym mógłbym wreszcie pomyśleć, że wprawił mnie w ukierunkowany trwale ruch. I z którym mógłbym wrócić do swego tradycjonalistycznego świata, nie pytając o nic więcej.

W zarozumiałości swojej, a może w skromności, trudno mnie to oceniać, oczekiwałem wizji ukazującej mi sens życia, nie mojego, ale wszystkich ludzi, bo moja droga została już wyznaczona przez nobliwych przodków i rodzinę. I na to wpływu nie miałem. Jednak wierzyłem, że spojrzawszy na swoje zaplanowane życie stąd, z Paryża, serca Europy, niejako z lotu ptaka zobaczę własne zadanie w jakimś niepowtarzalnie szerokim kontekście. Może zrozumiem sens tajemniczych inskrypcji, run, reliefów i płaskorzeźb rytych odwiecznie na murach i portalach kościołów, pałaców i kamienic, wśród kolumn, stiuków i kamiennych figur, albo układanych w mozaikach i witrażach katedry Notre-Dame, wybitych na starych medalach i monetach, na płytach cmentarnych, zapisanych w pachnących kurzem i pleśnią zwojach, traktujących o ukrytym grobowcu Jezusa, lub zaginionych skarbach Rzymian? Od dziecka nosiłem w sobie przekonanie, że na takie zagadki doskonale znam odpowiedź, tylko ją po prostu zapomniałem. I winienem, co najwyżej obudzić swoją pamięć.

Paryż jednak, mimo swej wielkości i przedziwnego piękna, choć wprawiał mnie w pożądane natchnione drżenie, wciąż nie dawał żadnego wyjaśnienia. Jedynie budził zmienne nastroje, jak u rozkapryszonego dziecka, czy dorastającej panienki. Wewnętrzny niedosyt wcale nie znikał i może właśnie z tego powodu, któregoś razu, na przekór wewnętrznemu rozedrganiu uciszyłem swój umysł, zwolniłem kroku.
Przechadzałem się ulicami i alejami wolno, uważnie, bez żadnego celu i planu, śledząc własne myśli i odczucia na widok kamiennych form, posągów i groteskowych zdobień, które odruchowo przykuwały moją uwagę. W końcu zaczęły mi się one wszystkie zdawać jakimś niezrozumiałym pradawnym pismem, mieszczącym dawno zapomniane wyklęte treści i zawierającym opisy zdarzeń, o których nikt z nas, przechodniów nie miał pojęcia. Oglądane z marszu pismo owo przesuwało się na obrzeża umysłu, który już po godzinie zapadał w jakiś półsen, pół jawę, ciało zaś wykonywało przyrodzone ruchy i wybierało samo dla siebie kierunek.

Pewnego dnia niespodziewanie, w trakcie takiej długiej bezmyślnej wędrówki aż za rogatki miasta natknąłem się na coś, co mnie zaciekawiło i jak gdyby przebudziło z paryskiego transu. Przystanąłem, aby przyjrzeć się temu, co tak zainteresowało dwóch ludzi, którzy zatrzymali się i dyskutowali ze sobą najwyraźniej już od dłuższego czasu.

bastylia

Po drugiej stronie placu wznosiła się murowana z kamienia i cegły średniowieczna forteca, od kilku wieków służąca za więzienie. Ponieważ przebywałem w stolicy po raz pierwszy w życiu, od razu zacząłem przyglądać się potężnemu budynkowi okiem rysownika, oceniając i starając się zapamiętać wszelkie architektoniczne detale. Żałowałem, że tym razem nie wziąłem ze sobą szkicownika. Mimo wszystko postanowiłem uwiecznić na papierze tę imponującą budowlę zaraz po powrocie do wynajmowanego mieszkania.

W grubych kamiennych ścianach narożnej baszty wchodzącej w skład zamkowych umocnień z rzadka rozmieszczone były w jednej pionowej linii zakratowane okna wpuszczające do środka niewielką doprawdy ilość światła. Szczyt został zbudowany na szerszej podstawie i okolony zabezpieczającą barierą z kutego żelaza. Tworzyło to na dachu taras widokowy, zapewne – jak sobie natychmiast wyobraziłem – znakomicie nadający się do obserwacji miejskiego życia.
Z dołu, gdzie się znajdowałem widać było teraz stojącego tam szlachcica. Mógł być tak samo naczelnikiem więzienia, jak i jakimś znacznym więźniem, nie potrafiłem tego ocenić. Ubrany w jasne pończochy, atłasowe spodnie i haftowany żakiet włożony na kamizelę i koronkową koszulę z żabotem, w peruce na głowie patrzył nieruchomo przed siebie oparłszy dłonie o żelazną barierkę. Ręce usztywnione przy tym w łokciach i sylwetka odchylona nieco do tyłu zdradzały człowieka pewnego siebie i przywykłego do rozkazywania. Wzrok wbił gdzieś w daleką perspektywę miasta rozciągającą się ze szczytu więziennej budowli.

Po dłuższej chwili kontemplowania z zadartą głową jego sylwetki, rozejrzałem się uważnie wokół siebie. Stwierdziłem, że znajduję się w zacnym towarzystwie dwóch energicznych mężczyzn w sile wieku, którzy przechadzając się po placu wolnym krokiem przystanęli blisko mnie i także przyglądali się ogromnej budowli. Moją mimowolną współobecność przyjęli bez najmniejszego zdziwienia i ani na moment nie ściszyli głosu w rozmowie, którą ze sobą toczyli. Odniosłem wrażenie, że obaj znali już ten bastion od środka i widok człowieka stojącego na szczycie ożywił w nich jakieś wspomnienia. Umilkli jednak na chwilę i spojrzeli na mnie przenikliwie, choć życzliwie, oceniając moją osobę jednym rzutem oka. Kiedy zauważyli, że właśnie na nich patrzę delikatnie skłonili się przede mną, każdy po kolei, kładąc przy tym jedną rękę na sercu, a drugą ujmując w palce trzymany pod pachą trójgraniasty kapelusz.
Zdjąłem i ja swoje nakrycie głowy i przedstawiłem się w zgodzie z dobrymi manierami, które mi okazali pierwsi.
– Pozwolą panowie, jestem Alexandre de Fauris, pochodzę z Aix-en-Provence.
Jednak w zamian nie raczyli dać mi się poznać z imienia i nazwiska, a szybko powrócili do przerwanej rozmowy. Co prawda odniosłem odtąd wrażenie, że natychmiast uprościli swe wywody, abym i ja mógł coś wynieść z ich dyskursu.

– Już od naszych narodzin jesteśmy świadkami procesu, który został wywołany przez zastosowanie wysublimowanej techniki – tłumaczył jeden z nich, wyraźnie skierowując objaśnienie ku mnie. – Wyjątkowo silna i specjalnie skonstruowana camera obscura, która jak księżycowa soczewka skupia światło słonecznej laterna magica od dawna rzuca promień, który w pewnym momencie ma całkowicie rozjaśnić od wewnątrz osłonięty świat. Ta niezwykła technologia sprawi, że w pewnej określonej chwili w jego środku samoistnie zrodzi się monstrum. Zostanie przywołane postanowieniami, działaniami, wyobrażeniami i uczuciami wszystkich jej uczestników. Oczywiście proces inkubacji potwora trwa dłuższy czas. Na koniec pojawi się rzeczywiście pośród ludzi jako jeden z głównych bohaterów, obdarzony świadomością i możliwością podejmowania decyzji.

Musiałem mieć nietęgą minę, gdy zorientowałem się, że przebywam z ludźmi, o których zajęciu i stanie nie mam najmniejszego wyobrażenia. Uznałem jednak szybko, że są filozofami, a zapewne także pisarzami dyskutującymi o jakichś sobie tylko znanych koncepcjach.
– Można wiedzieć, czemu ma to wszystko służyć? – zdecydowałem się włączyć do rozmowy i podjąłem swą rolę przygodnego słuchacza.
– Hm, sprawa jest w istocie bardzo skomplikowana – odparł grzecznie drugi z zagadniętych. – Ale spróbuję ją panu przystępnie objaśnić. Otóż do tej pory stosowano manipulację światem z zewnątrz. Wszelkie święte teksty i nieziemskie postacie, do których modlił się lud, a także trony, wobec których pełzał na kolanach były kreowane i stanowione na wyższym poziomie. Jeśli ukazywały się w niższym świecie to na zasadzie ruchomego obrazu, który odbierał hołdy lub odpowiednio przerażał gawiedź. Sterowało to rozwojem systemów i przekonaniami ludzi, a bóstwom i ich wynagradzanych stanowiskami sługom pozwalało kontrolować wydarzenia w zgodzie z własnymi interesami. Lud zachowywał dzięki temu harmonię ze środowiskiem, ale także pewien rodzaj bierności duchowej i poddaństwa, które czynił z niego nieświadomy tłum niewolników.

Zaiste, styl owej wypowiedzi zdumiał mnie jeszcze bardziej. W mojej głowie zaczęły lęgnąć się pytania przede wszystkim na temat pochodzenia owych ludzi, z którymi wdałem się w rozmowę. Używali pojęć, których nie rozumiałem, mówili o rzeczach niebywałych słowami, które brzmiały w mych uszach obco i dziwacznie. Kim byli? I o czym w istocie rozprawiali?

– Panowie, wybaczcie – skłoniłem się wtedy przed nimi – choć możecie mnie brać za młokosa, to znam dzieła Jana Jakuba Rousseau, czytałem też pisma Monteskiusza i Diderota. Mimo, że rozprawiacie z takim oświeceniem i pewnością siebie o rzeczach boskich i ludzkich, nie jesteście, jak sądzę do końca zwolennikami uzdrawiającego powrotu do natury, zrównania stanów ani oświeconego ateizmu, prawda?

Mężczyźni spojrzeli po sobie z lekkimi uśmiechami na twarzach.

– I tak, i nie – usłyszałem zdawkową odpowiedź – paradoksy istnienia sięgają źródła źródeł i dotyczą wszystkich stworzonych i bytujących odwiecznie istot. Tym niemniej pozwoli pan, że dokończymy naszą rozmowę niezależnie od tego, co pan z niej zdoła dla siebie wynieść.
– Jesteście panowie filozofami, czyż tak? – zapytałem jeszcze.
– Poniekąd tak. Poniekąd nie tylko – odpowiedział pierwszy z mych przygodnych znajomych.
– Zatem nie przeszkadzam – poddałem się – i słucham panów z całą powagą.
– Proces, który dopełnia się w naszych czasach ma na celu ostateczne obudzenie się świadomości duchowego przeznaczenia u wszystkich bez wyjątku rozumnych istot w obrębie tego zawarowanego świata – mój współrozmówca wrócił prędko do tematu.
– Już został zainicjowany bieg zdarzeń wiodących ku wielkiej rewolucji. Ma przynieść ona samoistne obudzenie mocy zawartej w środku utrzymywanych dotąd w złudzeniu niższych światów – podjął spokojnie wywód drugi z mężczyzn. – To, co się ukaże w rezultacie inspirowanych zjawisk nie będzie „domalowane” na planszy przez twórców zastraszających efektów specjalnych na ziemskiej scenie, jak to robiono do tej pory. A ludzie nie będą śnili na jawie za pośrednictwem aktorów o spotkaniu z potworem, gdyż pojawi się on rzeczywiście między nimi. Jednym słowem zrodzi się spośród nich.
– Proszę mi coś wyjaśnić – zadrżałem. – Jeśli diabeł jest naszą wspólną ogólnoludzką projekcją, niejako zmaterializowaną mocą naszych grzesznych pożądań, to nie zaprzeczycie chyba panowie, że na tej samej zasadzie może istnieć także Bóg.
– Co do tego to musi pan uwierzyć nam na słowo, że Bóg istnieje rzeczywiście i niezależnie od nas – uśmiechnął się mój rozmówca.
Podjąłem wspólną zabawę i zacząłem brnąć w swój wywód zgodnie z ich domniemaną koncepcją wszechrzeczy.
– Bóg jednak może nas wchłonąć z powrotem w siebie w każdej chwili?
– Dokładnie tak jak kończy się przedstawienie w teatrze. Zapada kurtyna, gasną światła, aktorzy znikają ze sceny, autor wraca do domu.
– A więc jest prawdziwym potworem! – wykrzyknąłem.
– Sam pan widzi, że każdy medal ma dwie strony – roześmiał się pierwszy z mężczyzn.
– Z tego powodu wymyślił sobie zniszczenie nas w tak okropny sposób? Pozwalając nam, swemu niedoskonałemu i ograniczonemu stworzeniu przemienić się w diabła! A zapewne następnie przykładnie go ukarać unicestwieniem!
– Nadal pan nie rozumie… – spoważniał drugi z nieznajomych i przemówił, zaiste z dziwną pewnością swego – Bóg pokochał ludzi tak bardzo, że postanowił zniknąć dla ich świadomości, przestać istnieć, jeśli ludzie tego tylko chcą. Obdarzył swoje stworzenie wolnością wyboru. To ono samo postanowi o swej przyszłości.
– Ludzkość wciąż nie zna mocy własnej wyobraźni i woli, która zresztą była do tej pory wyręczana i zręcznie sterowana – zamyślił się pierwszy z mężczyzn. – Oto nadchodzą czasy uwolnienia. Ludzie zrobią, co zechcą.
– Wszyscy rozumiemy, że dominuje w nas czynnik grzechu i skłonność do upadku. To ogromne ryzyko… – zasmuciłem się.
– Z tego powodu już od dawna ludzie nie są sami – odparł tajemniczo mój rozmówca.
– Czemu jednak mają być tego aż tak straszliwe konsekwencje? Nie rozumiem.
– To najskuteczniejszy sposób na obudzenie się ze snu i uświadomienie sobie własnej mocy. A tkwienie w grze to przecież nieustanny sen duszy – odpowiedział spokojnie drugi z mężczyzn.
– Strach paraliżuje, ale także mobilizuje wolę przetrwania w stopniu, którego ludzie nie przeczuwają. Cóż to za bóg, który nigdy nie zmierzył się z diabłem i nie zwyciężył go? A przecież powiedziano „bogami jesteście”.
– Łatwo to chyba mówić wam, panowie, którzy stoicie… z boku – stwierdziłem z przekąsem.
– Myli się pan. Bierzemy udział w tej rozgrywce osobiście – pierwszy z nieznajomych niespodziewanie parsknął śmiechem.

Umilkliśmy. Byłem oszołomiony. I nagle poczułem ogarniającą mnie dziwną słabość.
– Cóż ci to, Prowansalczyku? – usłyszałem zaciekawiony i jakby lekko ubawiony głos drugiego z moich rozmówców. Wtem zdało mi się, że ów jego głos oddala się ode mnie i brzmi coraz ciszej – Dotąd nie wierzył pan w diabła, prawda? Niechaj się pan wesprze na mnie…
– Nie, zaraz mi przejdzie – odparłem, ale poczułem, jak krew uderza mi do głowy gwałtowną falą. Doprawdy nie rozumiem, co się ze mną w tamtym momencie stało. Do tej pory pozostaje to dla mnie zagadką. Nie mam pojęcia, czemu pamiętam obrazy, a nie słowa z tego, o czym rozmawiali moi przygodni znajomi.

condorcet

Bo przecież widziałem na własne oczy, pozostając jednocześnie na placu paryskiego przedmieścia, jak pośród ożywionego ruchu w całym kraju zaczyna wyróżniać się pewien znaczny mężczyzna. Było ich w istocie wielu, lecz ten wydał mi się podobny do jednego z moich napotkanych przygodnie na placu rozmówców. Nosił się czarno, wszystkie elementy jego stroju, od stóp do głów były czarne, nawet koszula i żabot oraz pióro u dwurożnego kapelusza.

Mirabeau

W pewnej chwili pojawił się u jego boku inny. Z twarzą szeroką i poważną, z bystrym spojrzeniem wielkich, nieco wybałuszonych oczu przemawiał ze swadą stojąc wprost przed królem w pałacowej sali. Jego poza była pełna uszanowania, lecz ruchy i ton głosu zdecydowane i mocne. Królu, Sire – przemawiał – racz usłuchać dobrej rady, nim stanie się najgorsze!
– Kim jesteście? – wyszeptałem zdumiony.\
Moi towarzysze uśmiechnęli się do siebie.
– Nasze nazwiska nic jeszcze panu nie powiedzą. Tym niemniej grzeczność wymaga przedstawienia się – orzekli. I każdy po kolei wymienił swoje miano, skłaniając przede mną głowę:
– Condorcet.
– Mirabeau. Nota bene, pochodzę z pańskiego miasta, panie de Fauris. Nadzwyczajny zbieg okoliczności, nieprawdaż?
Rzeczywiście, niewiele mi to powiedziało, ale jeszcze raz pochyliłem się przed nimi uniżenie.
– Otóż, panie de Fauris, działamy na rzecz sprawy, która okaże się istotną dla całego świata już za jakieś dwie dziesiątki lat. Proszę posłuchać… – powiedział ściszonym głosem pan Condorcet kładąc przy tym palec na ustach.

W odpowiedzi dobiegł mych uszu płynący jakby wprost z nieba męski głos. Odczytywał szybko monotonnym tonem długi urzędowy tekst jakiejś ważnej prawnej deklaracji.

Ludzie rodzą się i pozostają wolnymi i równymi w prawach. Podstawą różnic społecznych może być tylko wzgląd na pożytek ogółu. Celem wszelkiego zrzeszenia politycznego jest utrzymanie przyrodzonych i niezbywalnych praw człowieka. Prawa te to: wolność, własność, bezpieczeństwo i opór przeciw uciskowi… Wolność polega na tym, że wolno każdemu czynić wszystko, co tylko nie jest ze szkodą drugiego… 

– Wolność, równość, braterstwo! I ty staniesz się świadkiem narodzin nowego przymierza podyktowanego przez niebo, a podpisanego przez wcielone moce ciemności – skomentował wszystko pan Mirabeau. – To początek ostatecznej rozgrywki światła i mroku na tym padole.
– Wyższe stany zachowują się od dawna jak szare króliki. Tymczasem nawet genialnie uzdolnieni ludzie z najniższych klas nie mogą zyskać dla siebie żadnej możliwości rozwoju. Idea światłego władcy chroniącego społeczeństwo we wszystkich aspektach skompromitowała się całkowicie – dodał pan Condorcet.

Kiedy tak staliśmy zamyśleni spojrzałem w kierunku baszty. Wydało mi się, że po jej kamiennych ścianach wspina się wiele pojedynczych ciemnych i anonimowych postaci. Przycupnęły na razie unikając zauważenia z dołu przez możliwych obserwatorów.

Wtedy znów usłyszałem szum własnej krwi w uszach i pulsowanie, które poprzedziło otrzeźwienie. I ocknąłem się. Spojrzałem bardziej bystro i przytomnie. Musiałem stwierdzić, że zapadający zmierzch zaległ już szarością na wysokim szczycie baszty, a pojawiające się na tle nieba dymy z kominów nad kamieniczkami przedmieścia świadczyły, że Paryżanie powrócili do mieszkań i zajęli się przygotowywaniem posiłków.
– Sprzedawcy dymów mnożą się. Zanieczyszczenie, brud i smród zwiększa się wraz z rozwojem miasta i napływem nowych mieszkańców – skomentował ten widok pan Mirabeau. – Taką trującą atmosferę lubią złe duchy. Zbliża się nieuchronnie czas wielkiego przewrotu.
– Panowie, nie udawajcie – stwierdziłem. – Przecież to zostało zaplanowane. Nie byłoby cienia, gdyby najpierw Bóg, czy też bogowie jak twierdzicie, nie dali ludziom prawa i nie zakazali tego, co grzeszne. Mówicie o efektach własnej złośliwej pracy.

Pan Mirabeau spojrzał mi prosto w oczy. Jego twarz była jasna, rysy wygładzone i spokojne, spojrzenie pełne mądrości.
– Pomyśl inaczej, miły młody panie de Fauris. Gdyby nie ta manipulacja, nigdy nie doszłoby do rozdzielenia dobra od zła, miłości od nienawiści, światła od ciemności, Boga od diabła.
– Komu służycie, panowie? – dociekałem uparcie. – Bogu, czy diabłu właśnie?
– Młody człowieku, odpowiedź masz w swoim sercu. Kochamy Go bezwzględnie i pozwalamy Mu być takim, jakim akurat chce być, dobrym czy może złym.
– To szalona miłość – wszedł mu w słowa pan Condorcet. – Na Jego życzenie i z miłości do Niego nie żal nawet podjąć się diabelskiego zadania.

Zasmuciło mnie to wszystko, choć jednocześnie zdało mi się, że zaczynam pojmować sens istnienia cienia.
– Słusznie myślisz – pan Mirabeau położył mi rękę na ramieniu i lekko uścisnął. – Tylko wzajemne przebaczenie i miłość potrafią uruchomić i właściwie skierować drzemiącą w cieniu wszechmoc.
– Musi przecież istnieć plan, który storpeduje demoniczne zakusy – nabrałem nadziei.
– Być może. Nie stanie się to jednak prędko. Ale przyjrzyjmy się temu, co wydarzy się jeszcze za twego życia, panie de Fauris.

**

Markiz de Sade, pomimo ostracyzmu, z którym wciąż się stykał sprawiał wrażenie pozbawionego absolutnie wątpliwości. Oceniał ludzi z dystansem i ironiczną wzgardliwością. Znał ich od ciemnej strony, której często nawet oni sami nie znali, nie chcieli znać. Potrafił ich nawet za to na swój sposób kochać, tak jak kochał samego siebie, bezwzględnie. Przyglądał się ludzkiej naturze, własnej naturze jak uczony grzebiący w odchodach w poszukiwaniu rzadkiego robaka. Był taki zawsze. Nie mieściło mu się w głowie, że coś mogłoby przerosnąć jego wolę i inteligencję.
Porę codziennego wypoczynku na świeżym powietrzu w kolejnym więzieniu, w którym go osadzono poświęcał przeważnie na swobodne puszczenie wodzy wyobraźni, rozluźnienie myśli. Wielogodzinne pisanie w ciemnej chłodnej celi, po ciężkiej nocy przeznaczonej na szczegółowe obmyślenie kolejnej partii tekstu, aby przy pisaniu nie marnować papieru i inkaustu, o które wciąż musiał prosić, nawet domagać się, czekać na nie, pożerało go fizycznie i psychicznie. Stracił apetyt, wychudł. Nie znosił widoku innych więźniów, przeważnie zwykłych rzezimieszków i złodziei. Reagował na nich nerwowo i gwałtownie, na tyle nieprzyjemnie, że swoim uporem wymusił na naczelniku zgodę na taką osobną formę spaceru.
Z dachu bastylii rozciągała się wspaniała panorama Paryża pogrążającego się właśnie w zapadającym zmierzchu. Z kominów domów i kamienic przedmieścia Saint-Antoine, dość luźno rozrzuconych pośród licznych wysokich drzew wznosiły się w górę cienkie smużki szarych dymów. Gdzieś w oddali połyskiwała w ostatnich, ale ostrych promieniach słońca woda Sekwany.
Pozostający w niższych partiach więzienia strażnik zadzwonił jeden raz. Był to sygnał dla markiza, że za kilka minut będzie musiał zejść na dół, pójść ciemnym wilgotnym korytarzem do swojej celi, wrócić do tego, co jeszcze powinien napisać.

de-sade

Książka, w którą zanurkował jak szczupak i do której tak się przywiązał, że właściwie kolejny pobyt w kamiennej twierdzy ledwie zauważał, dawała mu przestrzeń niosącą ulgę, kuszącą wizją osobistej wielkości, a nawet nieśmiertelności. Pisząc ją, cyzelując, ważąc każde słowo, przeżywając scena po scenie rósł we własnych oczach i sięgał po coś, po co niewielu ludzi odważyło się kiedykolwiek w dziejach sięgnąć świadomie. Wyglądał z radością przez okno szeroko otwarte w mroku na tajemniczy ogród okropieństw rozsiewających mdlące i upajające wonie. Wdychał je swobodnie. Nic go tutaj nie mogło zaskoczyć, przestraszyć, kochał odruch wstrętu, to pierwsze uczucie zetknięcia się z zabronieniem, obwarowanym karą zakazem. Kiedy je łamał, z wiekiem coraz łatwiej i prędzej, odkrywał ich absurdalność jak teatralną sztuczkę, na którą tylu się nabrało! I pozwoliło uwięzić w świecie konwenansu, recytowanych bezmyślnie praw i zasad, porządku ustalonego nie wiadomo przez kogo i kiedy. W świecie obłudnym, wykastrowanym, egzaltowanym do rozpęku, nieprawdziwym i nudnym. Gardził nimi i tymi, którzy ich bezmyślnie przestrzegali. Tyle samo, ile siebie wielbił i podziwiał. Za to, że potrafi patrzeć ponurej, okrutnej prawdzie prosto w oczy i jeszcze czerpać z tego przyjemność. Tej przyjemności nigdy nie będzie końca. Starzenie się, ból, choroba, samotność mogą być jej wspaniałą pożywką. Umysł patrzący jasno i czysto, obserwujący naturę bez lęku, przesądów i odrazy pozostaje wolny zawsze i w każdej postaci. Nieśmiertelny, subtelny, obiektywny, dysponujący mocą nieznaną przestraszonym religią i obyczajem rabom i niewolnikom.

Miasto widziane z góry dodawało markizowi energii. Wierzył, że ma mu coś ważnego do przekazania, unaocznienia, uświadomienia. Bo są w nim ludzie, jednostki zaledwie, ale tych nigdy nie było i nie ma wiele, mężczyźni i kobiety, którzy zdolni są pojąć jego przesłanie i ponieść je dalej. Aby uwolnić choćby samych siebie.
W celi czekał na niego manuskrypt „120 dni Sodomy”. Starannie i powoli rozwijał w nim swój twórczy zamysł. Wkraczał stopniowo w nowe przestrzenie, coraz mroczniejsze i bardziej zakazane. Łamał te zakazy, aby w końcu według natchnionego planu, który ujrzał w przebłysku geniuszu na samym początku, dotrzeć do granicy instynktu przetrwania i woli przeżycia fizycznego ciała, pierwotnego dzikiego lęku, który jest podstawą wszelkiego istnienia na tym świecie. I przekroczyć ją. Z rozkoszą. Na którą stać jedynie bogów.
Nie czekając na kolejny sygnał niecierpliwego dzwonka ruszył w kierunku wyjścia z dachu. Nabrał wigoru.

*

Mijały lata. Któregoś razu, gdy markiz jak zazwyczaj schodził do swej kamiennej celi, ktoś w tym samym czasie postanowił wejść tą samą drogą na górę. I nie był to więzienny strażnik, któremu już dawno znudziła się ta codzienna czynność i wolał grać z kolegą w karty w swej strażniczej ciupie.
Po drewnianych, skrzypiących ze starości spiralnych wąskich schodach miarowym krokiem wspinała się ciemna postać, kompletnie nierozpoznawalna w słabo oświetlonym wnętrzu. W istocie był to zlewający się z szarym tłem, nieco tylko od niego ciemniejszy cień.
Zdążający w dół zdecydowanym krokiem markiz widział chwilami wyraźnie jedynie jego połyskujące oczy. Kiedy się zbliżył nie mógł uwierzyć w to, co w nich nagle wyczytał. Jarzyła się w nich krańcowa drwina i bezczelność, szalona pewność siebie i wzgarda.

Markizowi nie mieściło się w głowie, aby ktokolwiek w tym ciasnym miejscu nie ustąpił mu drogi, nie cofnął się i nie skrył w jakimś zakamarku, aby ten mógł go swobodnie wyminąć, nienarażony na jakiekolwiek dotknięcie ani nawet muśnięcie jego oddechu. Tym bardziej, gdy przechodzący nie był z równego mu stanu. Nie zwalniając kroku i nie czyniąc żadnych ostrzegawczych gestów dotarł do miejsca zetknięcia się z niewyraźną postacią.
Nie ustąpiła na krok i nadal wpatrywała się w niego wprost przenikliwymi oczami. Spróbował w takim razie chwycić ją za ubranie, aby – jeśli się i wtedy nie cofnie – zepchnąć ją przemocą w dół. Ku jego zaskoczeniu jednak mroczny kształt majaczący w załomku schodów uchylił się tak szybko i zręcznie przed jego dłońmi, że pan de Sade objął jedynie powietrze. Jednocześnie wydało mu się, że słyszy złośliwie drwiący śmiech. Choć równie dobrze mógł to być poświst wiatru wpadający przez okno w grubym kamiennym murze.
Tego było już za wiele!
– Kim jesteś? – zapytał markiz syczącym z oburzenia głosem. Daremnie usiłował przejrzeć kłębowisko szarości zalegającej w kącie schodów. Dostrzegał w nim niewyraźnie przygarbiony kształt przypominający człowieka. – Jakim prawem w ogóle cię tu widzę? Gadaj zaraz!
– Jestem twoim cieniem – zadrwiła tajemnicza postać, głosem chropawym i o szczególnym brzmieniu. – I dlatego tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.
– Rozkazuję ci natychmiast ustąpić! – wykrzyknął pan de Sade przyjmując budzącą respekt pozę. – To oburzające i godne najwyższej kary stawać mi na drodze!
– I ty mówisz mi o karze? – zachichotała rechotliwie cienista postać – Na Boga! Znam wszystkie twoje grzechy, perwersje, okrucieństwa, zdrady i niesprawiedliwości. Pamiętam każde złamanie prawa, każdą krzywdę i ból, każde zgorszenie, które zasiałeś. Wylęgałem się długo w mroku i długo dojrzewałem do tego wspaniałego momentu. Czas chyba stanąć do pojedynku – śmiał się cień. – Wiem, że brzydzisz się mnie dotknąć, ba, nawet odetchnąć tym samym powietrzem, co ja, ale sam pomyśl… Jestem tobą, twoim prawdziwym ja. I przychodzę po swoją wyłączną własność.
– Nic ci się nie należy, bezczelny głupcze! – wycharczał zduszonym od wściekłości głosem markiz.
– Mylisz się! Moją prawdziwą własnością jest twoje ciało. Jeszcze tylko tego brakuje mi do pełni zaistnienia – szydził cień.

Pan de Sade uznał wtedy, że sprawa zaszła za daleko. Nagle udał, że chwyta za szpadę, której jako więzień został przecież pozbawiony i że dobywa ją. Z wyciągniętym z kieszeni zamiast niej piórem ruszył w rejon, który do tej pory daremnie usiłował prześwietlić wzrokiem.
– Albo się ukorzysz, albo…! – wykrzyknął zadając nagle markowane pchnięcie wprost w ciemny kąt, gdzie skrywał się dziwny wróg.

Pośród nieprzeniknionej szarości nadal spokojnie stała postać sprawiająca wrażenie ulepionej ze zgęstniałego mroku. Markiz spróbował ją chwycić za ubranie na piersiach i w tej samej chwili owionął go przeszywający chłód i odór starego wilgotnego lochu. Cień przesunął się ku niemu i mimo, że trudny do uchwycenia w ręce niespodziewanie oplótł się wokół rozgniewanego mężczyzny. Przez moment sprawiali wrażenie siłujących się ze sobą, gdy niespodziewanie cień okazał się mocniejszy od człowieka. Zupełnie nagle rozrzedził się. Błyskawicznie wniknął we wnętrze pana de Sade i całkowicie zapanował nad jego ciałem.

*

Minęło kilka dni. Była pełnia lata. Na przedmieściu Saint-Antoine trwał zwykły ruch i wymiana towarów. W gorące wczesne popołudnie markiz, jak co dzień przyglądał się z góry ludziom kręcącym się gromadnie na placu u stóp więzienia. Tego dnia oczy markiza pałały szczególną gorączką. W ciągu jednej nocy jego twarz zmieniła się, zbrzydła i postarzała. Coś dziwnego stało się z jego górną wargą, która podciągnęła się do góry w kątach ust tuż nad kłami i już ciągle pozostawała w szczególnie nieprzyjemnym skurczu. Odsłaniała dwa stępiałe na końcach, lekko już pożółkłe zęby, które ukazywał w nieustająco drwiącym uśmiechu.

Sade

Zawisł rękami na żelaznych kratach chroniących okno celi próbując wychylić głowę jak najdalej w kierunku ludzkiego motłochu poruszającego się chaotycznie pod fortecą, niby mrówki na kupie rozrzuconych odpadków. Wtem z jego gardła wydobył się piskliwy zniewieściały głos. Wkładając w niego całą siłę płuc wrzasnął z buńczucznym i prześmiewczym szyderstwem:
– Ratunku! Ratunku! Mordują więźniów Bastylii!

Kilka dni później lud zdobył więzienie i zburzył je.

(Pisane w latach 2004-2017)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s