Tropy 1: Nic

Przyszedł czas na kolejne opowiadanie, w którym znów pojawia się Paryż, ten znany mi ze snów, bo na jawie nigdy – przynajmniej w tym życiu – w nim nie byłam. Pojawia się także wzmianka o panu de Fauris, poznanym w „Pojedynku z cieniem” i zagadka, jaką zostawił Nostradamus do rozwiązania, a o której będą traktować jeszcze dwie następne, powiązane z tą, nowele. Wszystkie napisałam na podstawie snów, wymyślając jedynie imię i nazwisko swej wyższej śniącej formie, jak i nazwisko francuskiego badacza zagadek, o którym śniłam dwa razy i z tych snów pochodzą informacje padające w rozmowie bohaterów „Niczego”. Treść rozmowy, którą ubrałam w słowa przyszła do mnie w dużej mierze drogą bezpośrednią, telepatycznie, towarzyszyły temu wizje tekstów i zapisów w głębszym transie.

Ewa Sey

Tropy

TWOJE PÓŹNE nastanie CEZARZE NOSTRADAMIE, mój synu, pozwoliło mi poświęcić wiele swojego czasu nieustannym nocnym czuwaniom na to, by zastrzec pisemnie tobie pozostawienie pamięci, po cielesnym zgaśnięciu twego progenitora, ku zarazem korzyści ludzkości, o tym, co Boska esencja poprzez astronomiczne obroty dała mi poznać. I stąd, że spodobało się Bogu nieśmiertelnemu, byś nie był ubrany we wrodzoną światłość na tej ziemskiej niwie, & nie chce objawić twych lat, które jeszcze-ć nie nadeszły, aliści twoje miesiące Marsowe niezdolne są przyjąć w swoje słabe zrozumienie tego, co będę zmuszony po mych dniach określić; przeto nie jest możliwym zostawić ci na piśmie tego, co ma być zębem czasu zatarte; albowiem dziedziczne słowo tajemnej przepowiedni będzie w moim żołądku zawarte.

(Michel Nostradamus „List do syna Cezara” 1-3)

Nic

Język francuski uwiódł Żywję Siedliszczankę dawno temu. I pozostawał w sercu ciągle. Jak perła budowana w bolesnym znoju przez morskiego małża.
Szczególna atmosfera Gare du Nord, na którym wysiadała po długiej podróży pociągiem jadącym z Warszawy przez Berlin budziła w niej zawsze namiętną i długo potem odczuwaną tęsknotę za Paryżem. Niekiedy krążyła po dworcowych halach, odbierając wszystkimi zmysłami wszelkie wonie, smaki i słysząc przejmujący gwar tego miejsca. Wysiadywała na peronowych ławkach witając przyjeżdżające i odprawiając odjeżdżające podmiejskie i dalekobieżne pociągi. Obserwowała wymijających ją ludzi z bagażami i bez, innojęzycznych podróżnych o różnych kolorach skóry obładowanych plecakami i torbami turystycznymi toczonymi na kółkach, wypatrując pośród nich znajomych nieznajomych. Niekiedy witała się z długo oczekiwanymi osobami, które znała tylko tam, w tym szczególnym mieście. Albo żegnała z nimi ze ściśnięciem serca i łzami, które o poranku spływały spod powiek schnąc szybko na policzkach. Miała wrażenie, że w tym wyraźnym, choć wyśnionym świecie znali się głęboko i blisko od zawsze lub też łączyła ich wspólna pasja.

Montmartre

Spacerowała nieraz szerokimi bulwarami, albo zagłębiała się w wąskie brukowane  uliczki, zachodząc do nastrojowych kafejek w starych kamienicach w porach najmniejszego ruchu. Choćby po to, aby zza kawiarnianej szyby pogapić się na przechodniów. Albo spotkać tam i porozmawiać z kimś wyczekiwanym. Tak jak to się stało i tym razem.

Gaweł, młody i nader delikatny mężczyzna ubrany w połyskliwą rubaszkę ze śnieżnobiałego jedwabiu, wyszywaną na mankietach i przy kołnierzu w czerwono-błękitne ruskie wzory, poeta i lingwista znający świetnie kilka języków, przyjaciel od kilkunastu lat, z którym nieczęsto się spotykała, ale bardzo obficie niekiedy korespondowali, przyniósł jej właśnie do pokazania rzadki literacki rarytas. Było to dzieło niszowego, acz znanego na świecie francuskiego wieszcza, wydane w osobliwy sposób. Składało się z wielu krótszych i dłuższych utworów, które ich autor pisał i publikował każdego roku przez szesnaście ostatnich lat swego życia. Każda strona była doskonałą kopią wydań oryginalnych. Robionych na czerpanym pergaminowym papierze w różnych rozmiarach i o rozmaitej fakturze.

teksty.gif

Tekst, odbity oryginalnie ręczną prasą był drukowany bardzo różnymi czcionkami, od dużej do maleńkiej, kursywą lub majuskułą, miejscami zamiast liter zdarzały się jakieś dziwne pojedyncze znaczki lub piktogramy. Niektóre wyrazy były specjalnie zapisane z błędem, dodaniem niepotrzebnej litery albo odjęciem potrzebnej, z rzadka niespodziewanie kolorowane. Czasem pochodziły z innych języków, katalońskiego, prowansalskiego, romańskiego, łaciny czy greki. To wszystko miało coś znaczyć, jak wyjaśnił Gaweł.

Od setek lat głowili się nad zagadkowymi zapisami uczeni pasjonaci twórczości poety, uchodzącego powszechnie za wielkiego proroka przyszłości, oraz różni nawiedzeni ignoranci i maniacy z całego świata.
Ponadto wybrane strofy miały swoje numery, ale nie były to numery kolejne. Utrudniało to dodatkowo sam proces czytania i rozumienia treści.

Dzięki tym rękodzielniczym cechom oryginalny tekst sprawiał wręcz czarodziejskie wrażenie. Fascynował tajemniczą i drobiazgowo przemyślaną formą, strukturą i zawartością. Niemożliwą do zrozumienia wprost, a jednocześnie uderzającą silnie w inne zmysły, wzroku, smaku, węchu, dotyku.

– To też ma swoje znaczenie i cel – wyjaśnił Gaweł, sam od czasu do czasu zajmujący się pisaniem własnej poezji i wydawaniem jej w niewielu pomysłowych egzemplarzach. – Całość oddziałuje jednocześnie na obie półkule mózgowe, uruchamiając skojarzenia i wglądy. Przynajmniej u niektórych uzdolnionych ku temu czytelników.

Ponadto żadne tłumaczenie ze starofrancuskiego oryginału nie oddawało szyfru w nim zawartego. W innych językach trzeba było wieloznaczne szczegóły mozolnie omawiać w długich i nudnych przypisach.

– Ten szyfr zdaje się coś ukrywać, ale w istocie nie niesie żadnego sensu – stwierdził w końcu Gaweł. Miał zmęczony wyraz twarzy. Ślęczał nad tłumaczeniem wybranych fragmentów od kilku tygodni, zarywał noce, aby w końcu poczuć to, co właśnie oznajmił.
– Jak to? – zdziwiła się Żywja – Facet tak się przez lata napracował, aby ukryć NIC? Pustkę?
– Raczej Pustość, może w sensie buddyjskim? – wymruczał Gaweł. Zamówił u ładnej kelnerki ciastko z kremem i kawę. Alkohol od kilku lat szkodził mu na żołądek, nawet wino. Miał słabą głowę. Popadał po nim w dziwne i nieprzyjemne stany.
– Takie mam podejrzenie – podkreślił na koniec, z wegetariańskim apetytem zlizując słodki krem z ciastka. – Właściwie osobistą subiektywną pewność. Żeby do tego dojść musisz rzecz dokładnie sama zbadać tak, jak ja.

Żywja z niedowierzaniem zagłębiła się w kilka rymowanych strof na jednej z nieco już pożółkłych pergaminowych płacht.
– Oczywiście opinie mogą być różne – dodał Gaweł. – Na przykład niedawno znalazłem dwa eseje, dwadzieścia lat temu wydane w kilkudziesięciu egzemplarzach w niszowym periodyku ezoterycznym, przez pewnego pasjonata naszego proroka. Interesujące pod kilkoma względami. Zobacz sama – i wyciągnął z papierowej teczki plik kopii reklamowanych utworów.
Żywja sięgnęła po nie z ciekawością. Tekst okazał się trudny do odcyfrowania. Drobny druk, częściowo niewyraźnie odbity na kopiarce, było w nim mnóstwo cytatów pisanych jeszcze drobniejszą kursywą i odniesień do rozległych i licznych przypisów na końcu.
– Możesz przybliżyć temat? Widzę, że poradzę sobie z odczytaniem dopiero w domu, potrzebuję na to więcej czasu.

– Autor tych omówień, wieloletni badacz dzieła wieszcza, nazywa się André Dupont. Nic mi o nim nie wiadomo, poza kilkoma wzmiankami o nim w pracach jednego z bardziej znanych francuskich specjalistów tematu. Dupont zajmuje się (albo zajmował, bo nie wiadomo, czy jeszcze żyje) wyszukiwaniem w oryginalnych pierwszych wydaniach utworów naszego poety właśnie takich niezrozumiałych znaków, sylab, wetkniętych w zdanie znienacka obcych słówek, piktogramów, a także barwionego druku. Starannie je zebrał i poklasyfikował. To on właśnie uznał, że należy je czytać w pierwotnej czasowej kolejności, nie stosując się do numeracji wersetów. Ona być może służy zmyleniu poszukiwaczy kodu. Choć ma też inny cel.
– Czyli najciemniej jest pod latarnią – uśmiechnęła się ze zrozumieniem Żywja.
– Dupont spisał owe znaki, litery i sylaby w rzędy, zgodnie z utworami i datami ich wydawania. Po czym podzielił na „wyrazy” według podanej w tekstach swoistej numeracji. Liczba kolejna wskazywała według niego na ilość liter w wyrazie, bądź odliczał owe litery w wersetach według wskazanej przez autora cyfry. To bardzo skomplikowane. Bawił się w to wiele lat. Najpierw spisując wszystko i licząc ręcznie, z czasem przeszedł na komputer.
– Co takiego miał zamiar w ten sposób odkryć? – zaciekawiła się Żywja.
– Wyszedł z samych deklaracji naszego poety. Że nadejdą czasy, gdy pojawią się jego przyjaciele wcielający tajemnicę, i wtedy zostanie ona zrozumiana.
– Ach, mówisz o braciach krwi, spadkobiercach Poselstwa i szwadronie Boga – kiwnęła głową Żywja. – Rzeczywiście coś takiego napisał.
– Otóż Dupont uznał, że w zrobionych przez niego wyciągach znaków i liter są informacje o tych osobach z przyszłości, ich nazwiska, daty urodzenia i inne szczegóły. Mało tego, także wskazówki na temat ich różnych ziemskich wcieleń. Jego samego interesowała głównie postać naszego poety. Szukał potwierdzenia dla rewelacji pewnego mało znanego jasnowidza, który głosił na podstawie swej wizji, że inkarnował on trzy razy. Wcześniej jako biblijny prorok Daniel, a później jako pewien francuski erudyta i miłośnik starych manuskryptów, żyjący na przełomie wieków XVIII i XIX.
– Czy coś udało mu się odczytać?

Gaweł pochylił się nad jedną ze stron kopii i po krótkiej chwili poszukiwania wzrokiem pokazał wybrany fragment palcem.
– Może to są jakieś nazwiska, trudno potwierdzić, trudno zaprzeczyć. Owa trzecia inkarnacja proroka nazywała się według Duponta: dNeyar. Lub podobnie.

Żywja zagłębiła się na dłuższą chwilę w tekście. Zmarszczyła brwi. Podany szereg dziwnych znaków i bełkotliwie brzmiących słów niewiele jej mówił.

– Prawda? – roześmiał się nagle Gaweł, spoglądając jej prosto w oczy.
– Co takiego?
– Każdy szuka najpierw własnego nazwiska. Ja też się na to nabrałem…
– Prawda – przyznała Żywja. – Ale coś znalazłam. Patrz!
Wskazała palcem nazwisko mLene Vnneav. W przypisach badacz stwierdzał, że podany zapis jest nieadekwatny, bo czcionki, które podaje jako nn w oryginale były odwróconymi do góry nogami literami vv.
– Uwzględniając też fakt, że niegdyś używano czcionki U i V zamiennie, można je odczytać jako Unneau, jakaś woda. Albo Vuve/vive eau – żywa woda. Albo odwracając je jak w lustrze Nuveau, lub nawet Neuv-an.
– Niu ejdż? – Gaweł podniósł brwi.
– Tak jakoś, niwa nowego wieku.
– I co z tego? Podobnie można rozczytać wiele z innych podanych wyrazów, zlepków sylab.
– Znam Marlenę Nuveau. Ze snów.
– O!
– To anioł. Jak sądzę. Choć nie przeczę, że mogła się urodzić jako człowiek, nawet wielokrotnie. Tak samo może być i z innymi. Zastanowię się. Dziękuję za wysiłek, jaki temu poświęciłeś – stwierdziła Żywja. I na koniec zapytała ni w pięć, ni w dziewięć:

– Sam pomyśl. W jaki sposób Pustość mogłaby zrodzić Coś? Jak Nic mogłoby stać się Czymś, a nawet Kimś? Jeśli Nic pozostaje na zawsze tym, czym jest, czy raczej nie jest, to może jedynie podszywać się pod Coś, ubierać w jego formę, udawać i mieszać Coś. A może także na swój sposób żywić się Czymś, zmieniając w Nic, lub coś zbliżonego do Niczego.
– W takim razie może wyczuwam taką grę? Czegoś z Niczym? Lub może prawie z Niczym, bo przecież zero absolutne z definicji nie istnieje – stwierdził spokojnie Gaweł i spytał po chwili:
– Wierzysz w anioły?
– Hm. Nie wierzę w nic poza tym, czego sama doświadczam. Jednak im nie przeszkadza pojawiać się w moich snach. Nie wiem kim lub, czym są. Mają swoje opowieści, poszczególną historię, pamięć, cele, charaktery, życiorysy, imiona. Kochają i nienawidzą, boją się i wierzą, trochę jak my, ludzie. Być może niektórzy z nas mają z nimi więcej wspólnego, niż inni. Kto to wie? Może jedynie nasz autor zagadek.

Gaweł nic nie odrzekł, tylko wpatrywał się w Żywję z nieznacznym uśmiechem na twarzy.
– Ależ nie! Nikim takim nie jestem! – zaprzeczyła gwałtownie Żywja – Albo tak! Jestem nikim albo niczym ubranym w coś czy raczej w kogoś. Oto cała prawda. Której nawet nie muszę udowadniać. Tak jest oczywista.
I wstała od stolika, by udać się w kierunku czegoś, co wciąż spało głębokim snem w swoim łóżku. Coś otworzyło oczy, nic nie rozumiejąc ze snu, który właśnie rozpuszczał się w świetle wschodzącego dnia. A może było na odwrót? Nic otworzyło czyjeś oczy.

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s