Tropy 2: Spadkobiercy

Oto druga część tryptyku napisanego na kanwie snów o Nostradamusie. Akcja i bohaterowie pochodzą ze snu, dane historyczne i nazwiska są efektami moich śledczych poszukiwań. Tekst zagadkowej przepowiedni ujrzałam w wizji i zapamiętałam z niego to, co zapisane.

Ewa Sey

Spadkobiercy

Żywja rozglądała się z ciekawością wokół siebie, gdyż otoczenie wydawało jej się egzotyczne. A jednocześnie dziwnie znajome. W miejscu, w którym przyszło jej się znaleźć przebywało wielu ludzi. Wytwornie ubrani mężczyźni zasiadali na drewnianych krzesłach z wysokimi toczonymi oparciami wzdłuż długiego, dość wąskiego stołu, w wielkiej sali z wysokimi rzeźbionymi drzwiami i stylowym sklepieniem pokrytym skomplikowanymi freskami i zdobieniami. Przez liczne prostokątne okna wpadało popołudniowe światło dnia, tworząc w oparciu o ułożoną mozaikowo posadzkę długie zwężające się jasne graniastosłupy, na których tle wirowały drobinki szarego pyłu.

caumont1

W zabytkowym hotelu miejskim odbywał się właśnie uroczysty zjazd znacznego rodzinnego klanu. Oprócz tych, co zasiedli wzdłuż stołu, inni ważni i mniej ważni bliscy i dalecy krewni stali porozrzucani swobodnymi grupkami w renesansowym wnętrzu. Nieco z boku salonu, odgrodzone ozdobnie kutą barierką znajdowało się miejsce dla najznamienitszych.

portretNostradamus

Patrząc z oddali od strony wejścia do kuchni widziało się w stylowym kryształowym lustrze siedzącego przy małym okrągłym stoliku całkowicie nieruchomo, dostojnie wyglądającego mężczyznę z białą, bardzo starannie przystrzyżoną i zaczesaną brodą. Na oko miał około sześćdziesięciu lat. Ubrany w XVI-wieczny kaftan i beret zajmował miejsce naprzeciw swego syna. Wpatrywał się w niego z wielkim skupieniem jasnymi, spokojnymi, jakby lekko nieobecnymi oczami.

Cesar NostreDame

Syn wydawał się równie postarzały jak ojciec. Nosił prawie identycznie przyciętą posiwiałą brodę, śnieżnobiałą kryzę i z podobną intensywnością patrzył w oczy ojca. Obaj tak głęboko zapadli w siebie, że nie zwracali najmniejszej uwagi na ludzi zgromadzonych wokół.

– Oni się nie poruszą – Żywja usłyszała za sobą cichy śmiech. Odwróciła się i zobaczyła stojącego koło siebie wysokiego eleganckiego mężczyznę w czarnym smokingu, który zagaił z nią rozmowę. – To tylko obrazy. Oba portrety stanowiły przez ponad sto lat własność znanej w Aix rodziny skoligaconej z naszą i są uważane za bardzo ważną symbolicznie spuściznę. Trzeba przyznać, że mają coś w sobie, prawda?
– Tak, są niezwykle autentyczne – przyznała Żywja.
– Wiąże się z nimi pewna tajemnica, przekazywana z pokolenia na pokolenie – kontynuował mężczyzna. – Ale może najpierw się przedstawię… Antoine de Fabri. Widzę, że pani jest tu obca.
– Tak – przyznała Żywja – Znalazłam się w sali przypadkowo. Z ciekawości, muszę przyznać. Pracuję w hotelu jako pomoc kuchenna na czas zjazdu.
– Świetnie, wreszcie ktoś normalny w tym miejscu! Podejdźmy bliżej, sama się pani przekona, że to tylko płótno i olej.

Pan de Fabri podprowadził ją do obu obrazów wiszących naprzeciwko siebie.

– Prezentowany tutaj portret naszego wielkiego wieszcza Nostradamusa jest powiększoną do naturalnych rozmiarów kopią oryginału, namalowanego ręką jego syna Cezara. O, proszę przeczytać napisy w dolnym rogu obrazu.

Żywja w skupieniu odcyfrowała kilka łacińskich wyrazów. Resztę przeczytał na głos pan de Fabri. Po czym swobodnie przetłumaczył z pamięci:

Ten obraz Michela ojca jest Cezara syna
Tenże wykonał onego, acz jego począł ojciec
Tym sposobem ojciec zrodził syna, syn pozostaje także ojcem ojca
I oto dlaczego bogowie śmieją się z niego.

– Nostradamus przepowiedział swemu synowi, że zrozumie i odczyta kiedyś jego proroctwa. Syn nigdy ich nie pojął, żaden duch święty na niego nie spłynął. Nigdy się także nie ożenił i nie zostawił potomków. Jak możemy się przekonać choćby z tego wierszyka, miał do tej przepowiedni stosunek ironiczny. Proroctwo zostało przekazane innej rodzinie. Ale czy ta cała historia panią interesuje? Nie chciałbym zanudzać. Chętnie się nią podzielę, bo dość mam już dźwigania tego śmiesznego ciężaru – zakończył nowo poznany.

Żywja skłoniła głowę, a Antoine de Fabri chwycił delikatnie jej łokieć i skierował ją lekko w inną stronę. Ruszyli powolnym krokiem, jak gdyby przechadzając się po pełnym ludzi zabytkowym wnętrzu dla podziwiania starych obrazów.

– Winny wszystkiemu jest oczywiście sam Nostradamus, a potem jego syn – kontynuował pan de Fabri. – Złożoną drogą dziedziczenia po kądzieli oba portrety, ojca i syna oraz jeszcze jakieś nigdy nieopublikowane notatki Nostradamusa trafiły w ręce rodziny de Fauris. Przepowiednię starannie ukrywano, a od Rewolucji przechowano z narażeniem życia. Obrazy zostały w końcu podarowane społeczeństwu, ale pisaną najcenniejszą spuściznę przekazujemy sobie prywatnie od pokoleń.

Z tonu niektórych zdań Żywja poznała, że jej rozmówca najwyraźniej nie miał najmniejszych pretensji do niesienia sztandaru rodowej przepowiedni.

– Wszyscy synowie, zwłaszcza pierworodni długo wierzyli w owo dziwaczne proroctwo. Potem cedowali je na swoich najstarszych synów. Wielu czekało, aż im się objawią duchowe zdolności i usłyszą obiecaną podpowiedź z zaświatów. Oczywiście daremnie – dodał ze szczególnym półuśmiechem, ni to drwiącym, ni smutnym.
– Czego miałoby ono dotyczyć? – zaciekawiła się Żywja – Tak ogromny szmat czasu świadczy chyba o wielkiej wadze wróżby.
– Rzeczywiście – uśmiechnął się jej rozmówca – Gdyby wziąć ją na serio byłaby to sprawa najważniejsza dla całej ludzkości w tak zwanych czasach ostatnich. Są tacy, którzy uważają, iż czasy te właśnie nadchodzą. A może już nadeszły, któż to wie?

Przechadzali się wzdłuż ściany, na której wisiał długi szereg portretów rodowych przodków, dawnych właścicieli albo utytułowanych rezydentów tego miejsca. Pan de Fabri zatrzymał się przy dwóch z nich.

JulesdeFauris

– Oto Jules de Fauris, przewodniczący parlamentu Prowansji, wielki numizmatyk. Ten następny to jego syn, Alexandre de Fauris, pan na Noyers i Saint-Vincent, ostatni ze swego rodu i nazwiska, zmarł bezdzietnie na początku XIX wieku. On też zajmował się archeologią, numizmatyką oraz różnymi tajemniczymi inskrypcjami. Odziedziczył stanowisko prezydenta po ojcu, który jemu je przekazał jeszcze za swego życia. Taka mała zbieżność, drobne i właściwie nieistotne podobieństwo. Do powtarzającej się historii ojca i syna. Wdowa po nim, pochodząca z naszej rodziny przekazała nam przepowiednię, jako najbliższym powinowatym.

Alexandre-de-Fauris-Saint-Vincent

– Zmarł bezpotomnie, a przecież to jego rodu dotyczył jeden z proroczych wersetów Nostradamusa, pochodzący z pewnego almanachu astrologicznego – dodał jeszcze.
– Co w nim było?
– Proszę mi wybaczyć, jeśli się pomylę. Ale cytuję z pamięci:

Dążenie do hierarchii nie będzie całkiem próżne. Sędziwi zgromadzą się i zjednoczą i staną się prawie niezwyciężeni. Aliści, trzeba uważać na symbol hipopotama i łabędzia, następnie uznana zostanie biała gołębica i jej jednaki par bezżółciowy.

Żywja spojrzała na pana de Fabri szeroko otwartymi oczami.

fauris

– Tak, niezbyt zrozumiałe, jak wszystko, co wyszło spod pióra naszego wieszcza – roześmiał się pan de Fabri – Jednak tyle wiemy, że podwojona biała, a właściwie srebrna gołębica, wraz z podwojonym niejadowitym zielonym wężem znajdowała się w herbie rodziny de Fauris. I tam do ósmego i ostatniego pokolenia oczekiwano narodzin kogoś ważnego, równego parom Francji. To jedna z zagadek, którą bawili się moi przodkowie.

– Czy ktoś już słyszał tę tajemniczą przepowiednię? – spytała prawie szeptem Żywja, aby nie zakłócić szczególnej atmosfery panującej w starożytnym wnętrzu.
– Jak dotąd nie… Jesteśmy już tym mocno zniecierpliwieni – stwierdził z przekąsem jej rozmówca – Trzeba zrozumieć, jakie to niesamowite obowiązki i napięcia niesie ze sobą dla każdego męskiego potomka rodziny. Przed wielu laty zdarzyła się nawet seria tajemniczych morderstw i kradzieży, niektórzy do tej pory nie czują się bezpiecznie. Być może zaszedł jakiś istotny błąd w przekazie, kto wie? Zebraliśmy się tutaj wreszcie na walną naradę. Wszyscy tego nazwiska, choćby pokrewieństwo było już zatarte. Należy wreszcie coś konkretnego postanowić.
– Czy to naprawdę jest aż tak ważne? – zdumiewała się Żywja.
Jednocześnie z ogromnym zakłopotaniem zauważyła nagle biegnącego ku sobie małego czarnego psa. Suczka Miła wyrwała się z uwięzi na zapleczu i wiedziona psim instynktem przedarła przez kuchenne hotelowe pomieszczenia, by dostać się do głównej sali w poszukiwaniu swojej pani. Widać było, że ilość zgromadzonych ludzi mocno ją podnieca i zaciekawia.
– Hm… – Antoine de Fabri potraktował zupełną obojętnością niewielkie zwierzę. Zamyślił się i podrapał w czoło – Sam widziałem przed laty to tajemnicze pismo. Było wydrukowane starą czcionką na pożółkłym czerpanym papierze. Zapamiętałem z lektury jedynie kilka słów. Niestety byłem wtedy jeszcze bardzo młody i głupi. Nie przywiązywałem wagi do tego rodzaju rodzinnych przekazów.
– Jakie to były słowa, można wiedzieć? – dociekała Żywja. Gestem nakazując psu usiąść przy sobie i uspokoić się.

– Owszem. Nie widzę powodu, aby ich nie zdradzić komuś obcemu. Przecież nawet członkowie rodziny nie rozumieją ich sensu. Padły tam słowa: w listopadzie, z czego niektórzy wnoszą, że istnieje termin rozszyfrowania tajemnicy właśnie do listopada roku nieustalonego. Oraz nieco dalej stało wytłuszczonym drukiem: Syn Boży i Człowiek… Doprawdy, nie mam zielonego pojęcia, co miałoby to znaczyć.

– Lubię zagadki – powiedziała Żywja, przytrzymując za obrożę popiskującego psiaka. – Czy mógłby pan sobie coś jeszcze przypomnieć? Choćby drobne i najgłupsze skojarzenie podczas lektury? To niekiedy daje ważną podpowiedź.
Jej rozmówca zamyślił się na dłuższą chwilę.
– Sens tego tekstu przypominam sobie bardzo niejasno. Utkwiła mi w pamięci jednak myśl, że należy zdążyć z rozszyfrowaniem go przed listopadem właśnie?
Oboje spojrzeli znowu na ogrodzone barierką miejsce z boku salonu. Ojciec i syn wpatrywali się w siebie nieustannie, siedząc bez ruchu od stuleci, podobni do siebie nieomal jak dwie krople wody.

– To przecież idiotyzm! – niespodziewanie Żywja usłyszała zniecierpliwiony głośny szept stojącego obok niej pana de Fabri. W tej samej chwili Miła wyrwała jej się z ręki i pobiegła w głąb sali zwabiona posuwistym krokiem usługującego zgromadzonym kelnera, ze skupioną gracją niosącego tacę pełną napojów. Był to jakby moment uwolnienia stłumionej energii, gdyż jednocześnie także Antoine de Fabri drgnął i ruszył zdecydowanie ku siedzącym za długim stołem ważniejszym przedstawicielom rodu. Po chwili stało się jasne, że postanowił wreszcie rozpocząć publiczną dyskusję na interesujący wszystkich temat.
Żywja pozwoliła na razie umknąć psu, gdyż ta scena przykuła jej uwagę.
Jej przewodnik podszedł do długiego stołu, pochylił się ku siedzącym. Zabawnie i obcesowo podrapał najbliższego z nich w brodaty podbródek, a potem drugiego, znajdującego się naprzeciw niego, mówiąc głośno tak, aby wszyscy usłyszeli:
– Dobrze, dobrze, ale ile czasu można tak siedzieć i gapić się w siebie? W końcu znowu syn stał się prawie tak samo stary jak ojciec i wciąż nic!
Po czym obrócił się energicznie na pięcie i wyszedł zamaszystym krokiem z sali.

Wzbudziło to ogólne poruszenie. Rozgorzał szmer dyskusji, a o to chyba chodziło prowokatorowi. Żywja nie czekała już na reakcję rodziny, gdyż czuła, że musi jak najszybciej znaleźć zgubionego psa. Lawirując pomiędzy tłumem dyskutujących, którzy tłocząc się ruszyli w kierunku zaskoczonego seniora rodu, przeszła do innej części sali zapełnionej dalszymi krewnymi. Ci nie czuli się zbytnio związani z naczelnym hasłem rodziny i choć mieli pełne prawo brać udział w zjeździe, przypatrywali się zdarzeniu z dystansu.
Po drodze wypatrywała między nogami stojących i przechodzących ludzi czteronożnej zguby. W końcu zmieszała się z niewielką gromadką zachowujących całkowity spokój osób i po dłuższej chwili z ulgą dostrzegła swoją małą czarną ulubienicę.

Miła biegła z całych sił, jak gdyby goniona przez kogoś za psotę nieposłuszeństwa. W końcu skuliła się w najbliższym kąciku, patrząc z nieśmiałą pokorą i uwagą w górę na ludzi, którzy ją otoczyli. Ktoś wyjął jej z pyska część rury od odkurzacza, którą najpewniej chwyciła gdzieś na zapleczu. Rura była w środku trochę zanieczyszczona czymś czarnym i lepkim jak smoła, ale drożna i ten, co schwytał psa spróbował przez nią popatrzeć. Potem pokiwał głową.

– Panowie, potraktujmy to jako podpowiedź Opatrzności względem dręczącego nas problemu i postawionego właśnie pytania. Owa rura wydaje się znakiem przez nią zesłanym w tym ważnym dla nas momencie. Pozwolę sobie odczytać go jako kanał, który otworzy się i Bóg ześle nam przez niego rozwiązanie, pomimo prób udaremnienia nam tego ze strony ciemnych sił.
– Zgoda – przyznał mu rację inny Fabri i zwrócił się do wszystkich rozglądając się po wnętrzu sali – Czy ktoś z państwa wie, do kogo należy ten piesek?
Żywja natychmiast ukryła się za plecami jakiegoś człowieka. Niestety, jej pies już ją zauważył i zaczął popiskiwać merdając radośnie ogonem i rwąc się w jej stronę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s