Tropy 3: Ostatni strażnik

Był to jeden długi sen z kilkoma wejściami w głębszy trans, podczas których patrzyłam oczami innych osób, starszego mężczyzny i młodej kobiety. Szczegóły, jakie z tych odtworzeń (bo w ten sposób, dość charakterystyczny i nie do pomylenia odtwarza się pamięć inkarnacyjna własna i cudza) na tyle były wyraźne, że na ich podstawie udało mi się odnaleźć człowieka, którego oczami dane było mi spojrzeć. Dzięki Wikipedii ustaliłam, że szło o pana Alexandra de Fauris, prezydenta Aix-en-Provence żyjącego na przełomie wieków XVIII i XIX. Osoby jego młodej kochanki oczywiście nie ma tam wymienionej, jednak w tych wspomnieniach była istotną cząstką gry zatartej w czasie. Tym sposobem złożyły mi się w całość części układanki z innych snów, które stały się kanwą dwóch pierwszych nowelek cyklu „Tropy”. Golfor jest imieniem z innego snu, o duszku pośredniczącym miedzy wysokimi i niższymi poziomami bytu, zapewne merkurialnego rodzaju. Le golfe po francusku to zatoka, odmęt morski, jaki się tworzy w ciasnym kanale między lądami, zatem imię znaczy: kanałujący (channelinkowy), kontaktujący ze sobą dwie dalekie sobie obce strefy. Całość śniłam jego oczami, biorąc je za swoje, niemniej dziewczyna, którą spotkałam była zobrazowaniem mnie samej, zatem z powodów logicznych musiało dojść do literackiego rozdzielenia podmiotów.

Ewa Sey

Ostatni strażnik

[…] naprzeciw siebie ujrzałem rozwijającego się bez końca ze swych zwojów, potwornie ogromnego CZERWONEGO WĘŻA wzmiankowanego w pergaminach, słono i gorzko, ogromne zwierzę uwolnione z łańcucha opowiada pieszemu o tej białej górze, czerwone z gniewu.

(„Czerwony Wąż” z „Tajnych Zapisków Henri Lobineau”)

Hanna Bielańska, ostatnia żyjąca przedstawicielka arystokratycznej rodziny Gralowskich, zaliczającej się do strażników legendarnego Graala, przeszedłszy wreszcie na emeryturę zajęła się długo odkładanym odczytaniem przepowiedni na temat narodzin zbawczego potomka świętego rodu pod koniec czasów. Dysponowała niepełnymi zapisami z częściowo uszkodzonej w toku historii księgi rodowej. Zechciała je porównać z innymi podobnymi należącymi do rodzin skoligaconych dawniej z jej własną. Pewnego razu stał jej się niezbędny pewien program komputerowy służący do skomplikowanych genealogicznych zapisów, umożliwiający prześledzenie także rozwoju linii żeńskich. Wydało go kilka lat wcześniej popularne kobiece czasopismo i przez jakiś czas był powszechnie dostępny w kioskach, na bazarach i u ulicznych sprzedawców starej prasy. Po czym zniknął siłą bezwładu. Pożyczyła go kiedyś mnie, swemu młodszemu znajomemu. Wgrałem go do swego komputera, a płytę przez zwykłe u siebie roztargnienie gdzieś z biegiem czasu zapodziałem. Potem sam zupełnym przypadkiem program skasowałem i tak ostatecznie przepadł.
Zawstydzony swoją nieodpowiedzialnością, poczułem się zobowiązany do zaradzenia niespodziewanemu kłopotowi. Czym prędzej udałem się do siedziby redakcji pisma, które wydało niegdyś ów program. Chciałem zapytać wprost u źródła, czy nie pozostała im w archiwach jakaś niesprzedana płytka.

Biuro okazało się puste, mimo jeszcze stosunkowo wczesnej popołudniowej pory. Zastałem w nim jedynie sprzątaczkę. Dość niska kobieta bliska czterdziestki, o smutnej szarobladej twarzy i zmęczonych oczach wyłączyła odkurzacz i wpuściła mnie do wnętrza. Niespodziewanie rozpoznała mnie od razu, wykrzykując na mój widok: Och, Golfor, witaj!, a ja zdziwiony udałem, że wiem, kim ona jest. Nieznajoma znajoma powitała mnie z ogromną radością. Natychmiast zaczęła, porzuciwszy odkurzacz w kącie korytarza, opowiadać wylewnie, co teraz robi. Stałem słuchając w milczeniu fali słów. Nadal zmieszany faktem, że jej nie pamiętam.

Moja niespodziewana rozmówczyni zaledwie od niedawna mieszkała w stolicy i cieszyła się, że w ogóle zdobyła jakąkolwiek pracę. Co prawda nie była zadowolona z tego, że brak stosownego wykształcenia powoduje, iż wciąż proponowano jej niskie stanowiska. Takie, jak na przykład to tutaj w redakcji.

Wtedy nareszcie przypomniałem ją sobie. Znałem ją dawno temu ze szkoły! Wówczas była tak samo ambitną dziewczyną marzącą o tym, by wyrwać się z zapadłej wioski w nieokreślony wielki świat. Miała na imię Ewa.

Skończyła właśnie sprzątanie i szła już do domu. Okazało się, że w tym samym kierunku, co ja. Po drodze rozmawialiśmy, a raczej to ja dość niecierpliwie wysłuchiwałem jej opowiadań, tym razem o planach na przyszłość. Bo Ewie zamarzyło się stanowisko w owym kobiecym czytadle. Z tego powodu zapragnęła pójść wreszcie na studia, gdyż pismo zajmowało się głównie tematem kosmetyki i pielęgnacji ciała, o czym nie miała wielkiego pojęcia.

Była zima, dość łagodna tego roku. Na ulicy leżał kilkudniowy udeptany śnieg. Przerwałem nagle tę wspomnieniową i w gruncie rzeczy nudzącą mnie rozmowę. Zapominając się, z dziecięcą radością zacząłem ślizgać się w miejscach wytyczonych przez przechodniów, przede wszystkim dzieci. Przemieszczałem się do przodu zgrabnymi ślizgami nóg, utrzymując równowagę rozłożonymi jak ptak rękami i wybuchając co chwila głośnym śmiechem. Niepostrzeżenie znalazłem się w ukochanej Francji. Tego szczęścia nie sposób było od razu nie poczuć.
Ewa ze skrępowaną powagą zdążała za mną.

Mirabeau14

W Aix-de-Provence po obu stronach Cours Mirabeau, pięknej obsadzonej drzewami i zdobionej fontannami alei wyłożonej brukową kostką, ciągnęły się stylowe kamieniczki zabytkowych hoteli.
Stanęliśmy przed rzędem przylepionych do siebie starych dwupiętrowych budynków. Ich parter usiany był długim szeregiem wejściowych drzwi.

Wtem z wnętrza któregoś z nich wychyliła się drobna przykurczona postać. Z radosnym zaskoczeniem Ewa rozpoznała swego dawnego znajomego, bibliotekarza, pana Utopinetza. Staruszek mimo upływu czasu nic się nie zmienił. Pukał najpierw zgiętym palcem w szybę otwartego okna, aby zwrócić na siebie uwagę, po czym zapytał:
– Zapewne znacie soczyste opowieści Rabelais`go i poezje Villona, tworzącego w czasach dobrego króla René, wielkiego mecenasa kultury, który zmarł w tym mieście. Pisał o nim potem pewien znakomity obywatel Aix, Alexandre de Fauris.
Ewa zastanawiała się tylko chwilkę
– Tak. Wilhelm z Lorris, Villon, Rabelais, Brantôme…Te książki wydawano swego czasu w okładkach z zielonego płótna. Ależ oczywiście, świetnie pamiętam!… Rozlatywały się nawet trochę od mojej lektury… – stwierdziła.
– No, więc można tu teraz zwiedzić jedno z mieszkań, autentyczne, które zamieszkiwał niegdyś pan de Fauris. Chcielibyście je zobaczyć?
– Oczywiście. Gdzie to jest?
– Licząc stąd siódme drzwi. Można wejść.
Policzyłem oczami do siedmiu, ale gdy podszedłem, otwarte okazały się drzwi ósme. Nie wnikałem już w pomyłkę, tylko wraz z nieodstępującą szkolną koleżanką wszedłem do środka. Dwupiętrowa kamieniczka nosiła numer 14.
Wraz z wejściem do budynku już od progu zagarnęły mnie jak żywe zapisane w jego murach cudze wspomnienia.

Alexandre-de-Fauris-Saint-Vincent

Oto mamy początek XIX wieku. Do kamienicy wkracza pan de Fauris. Zażywny, obdarzony posuwającą się łysiną, znany z poczucia humoru i ciętego dowcipu mężczyzna już prawie siedemdziesięcioletni. Postanowił zamieszkać w apartamencie należącego do niego od dwóch pokoleń hotelu. Do tej pory był on wynajmowany. Pragnie w odosobnieniu zająć się pracą literacką, której poświęca cały swój wolny czas.
Ów adres zajmuje w tej chwili pewien młody oficer. Mieszka w nim już dość długo wspólnie z siostrą, starą panną. Wychodzi na spotkanie pana de Fauris wolno, odkrzykując coś pod nosem i choć wydaje się zaskoczony tak wczesną dla swoich zwyczajów wizytą uprzejmie wpuszcza gościa głębiej.
Panu de Fauris rzuca się od razu w oczy brudna podłoga. Otwarte w korytarzu drzwi do salonu ukazują poranny bałagan. Siostra gospodarza mieszkania ukradkiem zgarnia nogą jakieś walające się okruszki i posuwa je w niewidoczne zakamarki pokoju. To wynik hulaszczego trybu życia młodzieńca, siostra już dawno przestała się starać o zachowanie porządku, jedynie dba o jego pozory.
Pan de Fauris lustruje mieszkanie okiem właściciela. Widzi odrapany, lepiący się od brudu kredens kuchenny, stare pachnące kurzem i stęchlizną pokojowe meble, wypłowiałe dywany i nigdy nieprane, ani nawet trzepane draperie.
Mieszkanie mimo wszystko jest świetnie położone, jasne i ma wiele pomieszczeń. Przy odrobinie wysiłku można je będzie wygodnie urządzić. Wchodzi ostrożnym wolnym krokiem po trzeszczącej drewnianej podłodze do środka.

W małym pokoju, do którego jest wejście z korytarza znajduje się buduar siostry młodego wojskowego. Na wprost drzwi duże wysokie okno, z boku stoi sekretarzyk i przy ścianie łóżko z baldachimem. Pokoik jest przechodni, wchodzi się z niego do dużego salonu, dalej sypialni. A stamtąd do jadalnego, potem do pomieszczeń kuchennych, służbówki, na koniec do dużego pokoju z wielkim oknem. Wiszą w nim teraz na wieszaku odprasowane męskie spodnie wojskowego kroju, stoi wąski stół i jakieś przyrządy miernicze. Pachnie intensywnie pastą do butów i końskim potem.
– Jak widzę, to pracownia krawiecka i przebieralnia, męski pokój – orientuje się pan de Fauris i z wyrozumiałym uśmiechem patrzy na młodego mężczyznę, który mu towarzyszy z lekko zaspanym i nieobecnym wyrazem twarzy. Ten lubi się stroić i wychodzić na miasto jak galant.

Teraz jednak, po ponad dwustu latach mieszkanie było idealnie sprzątnięte. W saloniku postawiono, jako główny mebel starą autentyczną sofę. Jej oparcie wygięło się i zapadło już ze starości. Gdy usiadłem na niej wraz z Ewą, zaskrzypiały pod nimi nadwyrężone sprężyny. Zawiesiłem przy tym na chwilę oczy na zaczesanych za uszy cienkich i nieokreślonego koloru włosach Ewy, ciemnych brwiach i charakterystycznym profilu z cofniętą żuchwą i wąskim chudym nosem z wyraźnym garbkiem, ostro zaznaczonym na tle światła dnia padającego z okna. Zaraz zagarnęła mnie dalsza fala wspomnień. Pamięć pana de Fauris niezauważalnie rozsunęła się i wpuściła w siebie inną.

*

To właśnie na tej sofie pan de Fauris leży właśnie z młodą dziewczyną. Jest nią niezamężna siostra młodego oficera, która pod pozorem zarządzania domem została jego bliską przyjaciółką. Spoglądam teraz jej oczami. Dotyka dłonią jego nagiego, nieco nalanego, pokrytego rzadkimi jasnymi włosami brzucha i wyczuwa na nim twardy guz.
– Co to? – pyta ze zdziwieniem.
Ale pan de Fauris zdaje się w ogóle nie zwracać na to uwagi. Pomija pytanie milczeniem, zmieniając temat. Młoda kobieta nie kontynuuje. Myśli z powagą i niespodziewanym smutkiem, że jej podstarzały kochanek ma już niewiele czasu przed sobą…

Pan de Fauris od wielu miesięcy nie zwraca uwagi na uporczywe dolegliwości, powtarzającą się gorączkę i bóle, zwłaszcza po posiłkach, do których codziennie wypija zwyczajną porcję wina. Targające nim poty i bolesne kolki przypisuje jesieni. Nadchodzi listopad. Gorączkowo, w coraz rzadszych przerwach od bólu i złego samopoczucia, lub mimo nich, szuka, bada, porównuje i zapisuje jakieś swoje koncepcje. Jakby się spieszył, by zdążyć.
W całym mieszkaniu leży mnóstwo książek, druków, żurnali i notatek, porozkładanych i porozrzucanych chaotycznie na wszystkich meblach, półkach, stołach, krzesłach i szafkach. Najbardziej obłożone nimi jest łóżko. I sofa.

Od dziesiątek lat pilnie rozwijane zainteresowania pana de Fauris sprawiły, że przestudiował wiele trudno dostępnych dzieł i starych manuskryptów, z których czyni notatki do publikowanych niekiedy w monitorach artykułów, albo na własny użytek. Z pasją bada też starożytne inskrypcje, próbując między innymi dojść umiejscowienia legendarnego skarbu Rzymian, ponoć skradzionego i ukrytego przez galijskie plemiona w czasach upadku cesarstwa gdzieś na południu Francji. Nie jest to zdaje się jedyny temat jego zainteresowań. Wśród porozrzucanych wszędzie książek najwięcej widać religijnych, psałterzy, zbiorów pieśni, modlitw i litanii. Czegoś w nich szuka, jakiegoś klucza. Uważa, że to ten sam klucz, zagadka czasu i miejsca, którym posłużono się do zaszyfrowania najistotniejszych kwestii trwającej ery. Skarb czeka na spadkobiercę. Spadkobierca ma się narodzić i otworzyć go. Klucz został ukryty lub zgubiony. Dla dobra sprawy, gdyż czyhają na niego wilki, przebrane w owczą skórę. Które niczego bardziej się nie boją, jak jego odnalezienia.

Młoda przyjaciółka prowansalskiego notabla stara się zaprowadzić w tym nieporządku jakiś ład, choćby pozorny. Nabrała w tym wprawy podczas wspólnego zamieszkiwania z bratem. Przecież także ogromnym bałaganiarzem. Przy okazji zerka z zaciekawieniem na pisma swego pracodawcy i kochanka. Kartki niektórych ksiąg pokryte są mnóstwem dziwnych zapisków robionych piórem wprost na marginesach, w pionowych kolumnach, maczkiem. Zawierają greckie i hebrajskie litery, pojedyncze słowa, a niekiedy także krótkie zdania, tłumaczone przeważnie z łaciny.
Ocierając z kurzu jedną z ksiąg otwiera ją na przypadkowej stronie. Na marginesie znajduje odręczną notatkę, dotyczącą młodej kobiety, która nosi na czubku głowy czerwony znak spirali zawartej w elipsie. Podobno został uczyniony przed jej narodzeniem przez niewidzialne humanoidalne istoty. W jakimś celu blokuje pamięć. A może jej strzeże. Pod tą dziwną notką umieszczony jest rysunek, zrobiony tuszem przez pana de Fauris. Przedstawia szkic profilu dziewczęcej głowy i tego wężowego znaku na jej szczycie, sama pieczęć uczyniona jest czerwonym inkaustem.

*

Wstałem nagle z sofy i ruszyłem na obchód mieszkania.
– Spójrz, a co to? – Ewa pokazała na coś dłonią.
Dopiero teraz zwróciłem uwagę na wąskie, pokryte miękką tapicerką drzwi w rogu pokoju przy oknie. Niewiele myśląc otworzyłem je.
Tuż za nimi znajdowały się drugie, takie same. Pchnąłem je i ze zdumieniem zobaczyłem, że otwierają się w sąsiednim mieszkaniu! Być może nawet w budynku obok. Właśnie wchodzili tam do pokoju jacyś zagadani ze sobą dwaj mężczyźni. Tknięty jakimś przeczuciem szybko zamknąłem jedne i drugie drzwi. Zrozumiałem, po co była na nich ta tapicerka. Służyła wyciszeniu wszelkich odgłosów.

Tym sposobem trop od siódmego, jako ósmego do dziewiątego tajemniczo znikał.

(Skończone w 2018 roku)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s