Sny wiedzy

1.
Wokół trwa kosmiczna, przepastna noc, ciemność nieskończona, przetykana gdzieniegdzie maleńkimi iskierkami gwiazd. Mroczna otchłań rządzona przez prastare nad-inteligentne istoty, skazane na nieuchronne zniszczenie w chwili końca wszechświata. Pozbawione jakiejkolwiek nadziei, radości, ponure i złe rządzą uniwersum aż po jego kres. Dalej ich władza nie sięga. Idziemy na spotkanie z nimi, dokładnie określonymi szykami, liczba za liczbą. Odważni straceńcy, ginący szeregami po to, aby świat ludzki mógł dotrwać do Wielkiej Chwili i otworzyć oczy, gdy odwieczna noc pierzchnie. Była nas określona liczba, jak 144 tysiące oznakowanych. Przejmujące odczucie bezwzględnie dołującego smutku w kontakcie z Panami Mroku, obudziło mnie.

2.
Należę do tajemnego ugrupowania, jako jedna z mnóstwa jego szeregowych członków. Na anonimowej tablicy ogłoszeń wielu z nas prezentuje swoje obliczenia i analizy wróżebnych odpowiedzi Księgi I-Cing, omawiając orzeczenia tak, aby zapowiadane przez nie wypadki, wywołujące konieczną przemianę nie były już potrzebne. Niestety, każda przepowiednia zawsze realizuje się całkowicie i literalnie, bez wyjątku. Ten brak postępów źle wróży na przyszłość. Może nie udać się plan storpedowania zapowiedzianego niszczącego końca ery uzyskaniem odpowiednio wysokiego poziomu zbiorowej świadomości.
Linie zmienne z obliczonych starannie na początku ery heksagramów dla poszczególnych odcinków czasów symbolizują piętra świadomości, na których byli ci, którzy prowadzili całe ugrupowanie w czasie. Po kolei wraz z mijającymi okresami i wiodącymi wróżbami zmieniali się także nasi tajemni szefowie. Zaczynamy w końcu rozmawiać między sobą w grupach jednego poziomu, wymieniając się spostrzeżeniami i zaniepokojeniem. Szef powinien być ogarnięty najwyższym światłem i według niego prowadzić stowarzyszenie. Tymczasem za każdym razem, krótko po zmianie przywódcy zagarniała go ciemność. Wyłaniała się ze studni Czeluści istota z głową gwiazdy włochatej, o piekielnej twarzy i straszliwym wyrazie oczu i pożerała go.

  • Co robimy? – pada dramatyczne pytanie.
  • Walczymy dalej, walczymy do końca – nasza odpowiedź jest zgodna i w skupieniu rozchodzimy się każde do swych prac i zadań.

nephilim-giant-sumerian-anunnaki

3.
W grupie specjalistów trwają dociekania lingwistyczne nad zestawieniem różnych informacji wyciągniętych z kilku starożytnych tekstów hebrajskich, częściowo biblijnych, częściowo talmudycznych, odrzuconych apokryfów, glinianych tablic i rytych w kamieniu napisów dawnych bliskowschodnich kultur. Wracamy do przechowanych w archiwach prywatnych i na uczelniach, zapisów i notatek robionych przez nieżyjących już archeologów i poszukiwaczy źródeł. Śnię jednym z badaczy. Odkrywamy wreszcie, składając ze sobą różne podania i wersety, pewne tajemnice ukryte pod nazwami olbrzymów i mitycznych postaci. Ujawnia się nam nie tylko historia pojawienia się dziwnych nad-istot w dziejach żydostwa, ale i ich starannego ukrycia w kanonicznych pismach świętych. Znajdujemy zaszyfrowane nazwy miejsc i starożytne ośrodki ich kultu i przekazu w czasie. To były ponure i bezbożne istoty, budzące niezrozumiałą grozę. Miały jakiś swój interes w uzależnieniu od siebie ludzi rządzących, a poprzez nich reszty. Osób świadomych owego kultu i zachodzących kontaktów było w dziejach bardzo niewiele. Pisma zostały dawno temu tak zamaskowane, że trudno jest odróżnić kult owych istot od czci oddawanej bogom pogańskim, także od przekazu o Bogu i od Boga. Ujawnia się oto przed nami starannie zakryta w starożytności droga do Przybyszy, straszliwych Innych. Oni nadal istnieją, w konkretnych miejscach, ale ukryci. Czekają.

4.
Stoję w kościele, pośród zgromadzonych licznie ludzi. Moją matką jest wysoka, bogata kobieta, darzona tutaj dużym szacunkiem. Przedstawia właśnie wszystkim swego przyjaciela, żydowskiego rabbiego. Przyprowadziła go po to, aby mógł nas pouczyć. Z pewnym zaskoczeniem bąkam, stojąc z boku, że doszły mnie słuchy, iż ci rabini, wtajemniczeni w kwestię klątw dziedziczą klucz do mocy dzięki pokrewieństwu, gdyż należą do starożytnego rodu ludzi jednej krwi. Matka lekceważy moją uwagę, macha dłonią stwierdzając, że „to tylko głupia plotka”.
Stary rabbi demonstruje przed zgromadzeniem magiczny wisiorek. Na splecionych ze sobą pracowicie sznureczkach wisi symbol przypominający tarotowe słońce, uśmiechnięte i promieniste. Aby uruchomić energie – objaśnia uczony starzec – podciąga się do góry specjalną koszulkę, która odkrywa drugą ciemną stronę znaku. Słońce jest tam straszliwie wykrzywione i ciska pioruny.
Słuchacze rabbiego nie chcą słyszeć o używaniu w ten sposób amuletu. Nie podciągają koszulki i błogosławią jedynie jasną stroną, drugą pozostawiając w nieświadomości. Rabbi, po kilku próbach przekonania ich do pierwotnej metody zaklinania, nagle wpada w szał. Ściąga koszulkę ze słońca. Gwałtowny ruch rozrywa sznurki, kryształowy amulet upada na posadzkę roztrzaskując się na kawałki. Rabbi krzyczy z rozpaczą i w wielkim wzburzeniu, głos mu drży i załamuje się:
– Niechaj przyjdzie przekleństwo i zło, które wywołaliście swoim tępym uporem. Prawda i Wiedza nie ima się waszych umysłów i serc, więc doznacie kary, która spada na tego, kto nie chce ich znać! Przeklinam was! Oby to stało się dla was nauką, jeśli nie chcieliście uwierzyć w moje słowa!

Obudziła mnie fala szalonego gniewu.

5.
Rozmawiam z Rosjanką. Wysoka, długowłosa, w długiej sukni i czepcu na głowie. Opowiada mi szczegółowo i z powagą to, co jest już wiadome w grupie wtajemniczonych rosyjskich wiedunów. Otóż przyszłość uległa sporemu skróceniu, z powodu przyspieszenia rozwoju zbiorowej świadomości. Z możliwych początkowo 155 lat (rozumiem, że trzeciego milenium naszej ery) całe przeznaczenie ma wypełnić się do 95 roku.
Pytam o Polskę.
– Ach, Polacy – uśmiecha się tak, jakby coś mało ważnego właśnie sobie przypomniała. – Tak, odegracie pewną rolę w latach 30. i 40.tych…

dzieci o czarnych oczach

6.
Śnię młode pokolenie. Zaatakowane przez ryby. Dziwne ryby, drapieżne. Odkryliśmy, że Ziemię dawno temu namierzyła rasa Rybonów. To istoty, które były skazane w Planie Boskiej Ewolucji na całkowitą przegraną, od nich – ryb – jak od dna odbiły się istoty niebiańskie próbujące rozwoju w materii. Teraz odbywa się skryta manipulacja. Rybony stworzyły własne nośniki cielesne w wodach i zaczyna to być widoczne. Mało tego, w pewnym momencie w skafandrach ludzkich pojawiły się wśród ludzi. Rozpoznaję jednego po obcym spojrzeniu wielkich czarnych oczu bez białek. Postanowiły odwrócić rozwój w swoją stronę, one na szczycie drabiny ewolucji.

7.
Widzę okiem Molocha ludzi, którzy mu służą i są jego pokarmem. Zamieniają się w cyborgi, nie wiedząc o tym. Mogliby dowiedzieć się jedynie wtłoczeni przemocą w przyrodę, a tego nigdy nie uczynią. Na jej tle czują się dziwnie nieswojo i przybierają miny i pozy, których ludzie-ludzie nie pojmują. Budują sobie para-naturę, starannie zabetonowane chodniki i podwórka, malowane parkany, strzyżone trawniki, zdalnie otwierane garaże, szyfrowe zamki w drzwiach. Zza nich nie muszą widzieć tego, co jest istotą życia, planety, Ziemi. Lecz mając władzę nad komunikacją medialną głoszą wyższość wygodnego i sterylnego cyborżańskiego świata nad ludzkim. Są opakowaniami dla rasy Panów, która szykuje się do ostatniej ekspansji w ziemski wymiar. Na szczęście owa rasa nie cierpi zapachów wsi i przyrody, więc kto żyw w swoim ciele i sercu, a nie bojący się zwyczajnych ludziom odorów, dla dobra własnego i swych dzieci ucieka ze sztucznego świata. Jeszcze jest trochę czasu.

8.
Czytam powieść fantastyczną w maszynopisie. Tekst wygląda dwojako, część opisuje regularną czcionką stan jawy, druga pisana italikiem dotyczy akcji dziejącej się we śnie. Autor jest znawcą techniki świadomego śnienia. Opisał sposoby unieszkodliwiania skutków ataków koszmarnych istot, wynurzających się co rusz z różnych pod-, nad- i bocznych światów. Ch`th`ummy unieszkodliwił odcinając je od przyszłości i od przeszłości. Jest tego mnóstwo, każda przygoda koszmarniejsza od drugiej. Powieść może służyć jako podręcznik dla świadomych spaczy i treningów stanów oobe. Bieg spraw jest jednak taki, że ów mistrz sennego karate im więcej koszmarów zlikwidował, tym bardziej koszmarniał na jawie, zamieniając się ostatecznie w potwora w ludzkiej skórze.

9.
Przebywam od niedawna w Londynie i wszystko mnie tu wzrusza. Właśnie zmarła królowa-matka i trwają przygotowania do uroczystości pogrzebowych. Książę Karol jeszcze się nie pokazał publicznie, ale pod kościołem zbierają się już tłumy. Dotarłam tam z dzielnicy pełnej Polaków, autobusem, w którym puszczano żałobną muzykę, zachwycona, że mogę brać bezpośredni udział w tym światowym wydarzeniu. Wśród gapiów mają swoje stragany handlujący różnymi pamiątkami, przystaję przy sprzedających zabawki. Moi londyńscy znajomi dorobili się już dwóch córeczek i wypada im kupić jakiś prezent. Nadarza się okazja, rozkładana skrzyneczka pełna drewnianych klocków. Wszystko kosztuje raptem 41 (złotych?), więc szybko się decyduję.
Zajęta kupowaniem zgubiłam moją towarzyszkę, z którą się tam wybrałam. Mamy spotkać się w umówionym punkcie miasta, więc zabrawszy ze sobą zakup idę jej szukać. Błądząc trafiam w jakąś boczną uliczkę, gdzie mój wzrok nabiera ostrości, a barwy rzeczywistości stają się wyraźne i mocne. Spotykam tam starego druida. Siedzi wprost na trawie przy ogromnym drzewie porośniętym zielono-szarym mchem. Pokazuje mi tajemny zapis na długim zwoju. Czytam w nim, że dokładnie za 2,1 roku od tego wydarzenia (czyli pogrzebu królowej) zajdą w Anglii straszne i ponure wypadki. Ludzie zaatakują jeden drugiego, a najbardziej zagrożone będą dzieci, skazane na brutalną śmierć. Potrwa to 3,11 lat. Podczas lektury obserwuję kilkoro niedorozwiniętych dzieciaków ogryzających omszałą korę z drzewa, przy którym stanęłam.

10.
Pracuję w nowoczesnym wysokim oszklonym budynku giełdy, skąd z okien rozciąga się widok na wspaniały park zabudowany kolosalnymi płóciennymi górami. Wymalowano na nich barwne i egzotyczne sceny z epoki jurajskiej. Nagle w jednej chwili zrobiło się na niebie ciemno, nadciąga straszna nawałnica. Ogromny piorun uderza w jedną z gór, po czym burza prędko się kończy. Zbiegamy się do okien, my pracownicy, bo widok zdaje się przerażający i dziwny zarazem. Jak gdyby ożywiony piorunem poruszył się namalowany na tle góry ogromny dinozaur i rusza na miasto! Na szczęście koniec burzy unieruchomił go wpół ruchu. Ktoś podszedł do tej gigantycznej maszyny i zaczyna ją ustawiać na miejscu.
– Mogło być naprawdę źle – słyszę z boku.
– Skąd! Może z innym, ale nie z Grzybem. On należy do Billa Gatesa… – odpowiada na to ktoś drugi.

Ten sen poprzedził sławetny krach na giełdzie nowojorskiej w 2008 roku.

11.
Obudził mnie w nocy strzał gdzieś w lesie. Polowanie? Rozglądam się po okolicy panoramicznym okiem. Strzał po chwili powtórzył się i ze zdumieniem stwierdzam, że musi to być wyrzutnia rakietowa. Huknęło, pocisk poleciał skądś z zagranicznych wschodnich terenów ku zachodowi i upadł daleko w lesie. Chwilę później rozlega się następny strzał. Tym razem trajektoria nieco się zmieniła, ku mojej wsi.
I kolejny huk, tym razem rakieta rusza dokładnie w moją stroną, w naszą pograniczną wieś i dokładnie dom. Zrywam się z łóżka z okrzykiem: Padnij! i jednocześnie pocisk trzaska mi nad głową. Wrażenie tak rzeczywiste, iż uświadamiam sobie, że to sen dopiero, gdy widzę obywatela Johna Smitha z amerykańskiego filmu, jako niezależnego dziennikarza, ewakuowanego na linie do góry przez śmigłowiec z dymiącego zniszczeniami miasta.

Dziwny, bo jakby świadomy traf chciał, że gdy przed świtem zapisywałam treść tego snu nagle rozległ się wielki huk. Niespodziewany grzmot burzy idącej od wschodu. Chwilę później następny. Trzeci grzmot zastał mnie już w łóżku. I na tym wszystko umilkło, bez kropli deszczu.
Tak to na kilka lat wcześniej zapowiedział się konflikt rosyjsko-ukraiński i aneksja Krymu.

A kiedy zasnęłam śniłam o sztucznie zaszczepionej zarazie dziesiątkującej ludzi z wielkich i mniejszych miast Europy.

11.
Młodzi kupili małe mieszkanie, urządzili się, po latach kupili większe, przeprowadzają się. Złożyła im wizytę matka. Stara się im pomóc, na tyle, ile potrafi, rozpala pod blachą ogień. Drzwiczki piecyka są pęknięte, cegły w rozsypce, ale ogień jeszcze jara się niezgorzej. Napełniając całe mieszkanko przytulnym ciepłem. Duch uniósł mnie i usłyszałam jego komentarz:
– Świat będzie się rozwijał jeszcze do 2030 roku. Na trzy lata wcześniej, w 2027 zaczną się kłopoty, by narosnąć i uderzyć ogromną epidemią, która łatwo się nie skończy. Cywilizacja już się z tego nie podźwignie. Wszystko się zmieni.

12.
Posiadam rasową krowę i stado kóz. W chacie mieszka kilkoro młodych ludzi. Dwaj młodzieńcy, dwie dziewczyny i ja, samotna właścicielka. Proponuję im układ.
– Dam wam do dyspozycji dom, gospodarstwo i możliwość utrzymywania się za codzienną pracę. Każde z was musi każdego dnia wykonać określone obowiązki. Oprócz tego dostanie możliwość rozwijania jakichś hobbystycznych zainteresowań. Ktoś może prowadzić pracownię fotograficzną, ktoś tkacką, ktoś garncarską, bo takie sprzęty są w domu. Zarobki z robienia serów kozio-krowich i innych przetworów pójdą do wspólnej kasy, z której opłacać się będzie dom, żywność, karmę dla zwierząt, media, podatki i ubezpieczenia. Zajęcia hobbystyczne mogą być źródłem indywidualnych zarobków przeznaczanych na inne przyjemności, typu kino, teatr, książki, wypady do miasta.
Młodzi słuchają mnie w milczeniu. Z jednej strony propozycja wydaje się im kusząca, ale z drugiej wahają się.
– I co wy na to? Proponuję wam dach nad głową i utrzymanie. Ja sama rodziny nie mam i już nie założę, więc to propozycja na lata albo do końca życia.
Jeden z chłopców ma w planie pójść do technikum zaocznego, pięcioletniego i choć propozycja bardzo mu się podoba, jest w rozterce. Mówię łagodnie:
– Przemyśl to. Do czego przydać ci się może wiedza ze specjalistycznego technikum za pięć lat, gdy w 27 roku ma wybuchnąć w całej Europie wielka zaraza bydła i ludzi i nie wiadomo, czy w ogóle przeżyjemy. Mamy większą szansę na wsi, dbając o podstawy życia, niż w mieście, zajmując się cywilizacyjnymi udogodnieniami, które zawalą się bardzo szybko.

13.
Wysiadam z pociągu. W którymś mieście zachodniej Europy, w przyszłości. Miasto zdaje się zupełnie wyludnione. Na pustych ulicach pojawiają się z rzadka grasujące jeszcze bandy kradnące resztki żywności. Znajduję sobie schronienie w opuszczonym, na poły podziemnym budynku. W ręku trzymam ostatni herbatnik, który liżę, a nie jem, aby na dłużej starczyło. Sklepy już dawno są doszczętnie ogołocone. Patrzę przez okno na zewnątrz. Naprzeciw stoi wysoki blok, jeden z wielu w tej niegdyś ludnej i bogatej dzielnicy. Opustoszały, jak wszystkie inne. Choć zauważam czasem, wpatrując się w niego z nudów przez wiele minut, nieznaczny ruch w pojedynczych oknach. Nieliczni ludzie trwają jeszcze w blokowiskach, żywiąc się zapewne zgromadzonymi wcześniej zapasami, lub wykradając takie zasoby z opuszczonych mieszkań.
Jestem młodą dziewczyną, niedawno jacyś grasanci zgwałcili mnie na ulicy. Pozostaję nieufna, ale rozmyślam o sposobie ratunku z tej beznadziejnej sytuacji. Wiem, że żywność można wyprodukować jedynie na wsi, dlatego trzeba mi się wydostać z miasta i dotrzeć do jakiejś wspólnoty rolniczej. Tylko jak to zrobić?
Wtedy zjawiają się w „moim” budynku trzej chłopcy w podobnym do mojego wieku. Boję się ich, ale wychodzę z ukrycia i przedstawiam im plan na przyszłość. Z miejsca zaznaczając, że nie przetrwamy, jeśli będziemy egoistycznie walczyć jedno przeciw drugiemu. Musimy się zjednoczyć i pomagać sobie wzajemnie z poświęceniem, Tylko tak mamy szansę przeżyć.
Sen kończy wizja obserwatora rozległych blokowisk, pustych, bez ludzi, wymarłych.

14.
I nadchodzi taka chwila, gdy bezpowrotnie milkną wszelkie media. Nastaje głucha cisza. Nikt już nie określa zbiorowych celów, nie narzuca nikomu wzorców, nie ocenia i nie wyznacza kierunków, zadań, wartości. Ani obowiązków do wypełnienia. Jednego dnia, tak samo zwykłego, jak każdy inny znikły rządy i rządzący, planiści, dyrektorzy i kierownicy robót, a razem z nimi pieniądze. Z początku nikt nie mógł w to uwierzyć i sprawy szły swoim biegiem, ale szybko góra od samego szczytu zaczęła się kruszyć i walić aż do podstaw. Uwolnieni z odwiecznego przymusu ludzie częściowo działają pod wpływem nawyków i nieodwołanych nakazów. Jednak i one z dnia na dzień okazują się ułudą. Prawda wyłazi zza prującej się szybko zasłony i stawia wszystkich wobec oczywistości. System po prostu przestał istnieć. Nic, naprawdę nic go już nie podtrzymuje.

Mnóstwo ludzi zdecydowało się zbiec ze swoich domów, bloków i opuścić niezdatne dla przeżycia miasto. Jego infrastruktura szybko, z dnia na dzień, wraz ze zużywaniem się ostatnich zapasów paliwa, przestaje działać. Około-miejskie lasy pełne są błędnych wędrowców. Śpią czujnie pod daszkami robionymi z ubrań albo ręczników. Nawet, jeśli ktoś ma ze sobą namiot to go nie rozbija, z pośpiechu, by czasu nie tracić, albo w obawie przed kradzieżą lub najściem strażników leśnych, którzy kazaliby go i tak zwinąć. Bo bywają jeszcze strażnicy, próbujący utrzymać dawny porządek. Ale to się szybko kończy. Nagłe tąpnięcie rozchodzące się od środka sprawia, że wszyscy uwalniają się od swoich funkcji i zawodów, najpierw w miastach, potem na prowincji, w ciągu dni rozchodzą się każde w swoją przypadkową stronę. Podobnie w mieście są jeszcze, (tylko siłą rozpędu i trudu topniejącej garstki pracowników instytucji publicznych), prąd, gaz i woda, ale to też się kończy siłą inercji.

Mieszkam na najwyższym piętrze apartamentowca, w dwukondygnacyjnym, urządzonym ze smakiem mieszkaniu. Przeglądam w zamyśleniu półki regału z książkami. Między nimi stoją też moje. Owiane wielkim i długo wyczekiwanym sukcesem, kilka niedawno wydanych tomów w kolorowych okładkach, do tego jakieś kasety i nagrania. Wszystko teraz nagle się zawaliło, sukces okazuje się nieważny, nikomu niepotrzebny, gra się skończyła, jakie to dziwne!

Wybieram swoje dzieła spośród szeregu tomów na półce, układam je w pudle i ukrywam w niewielkiej skrytce pod podłogą w łazience. Może kiedyś do nich jeszcze wrócę, może będzie można znów pisać, tworzyć, chwalić się, zarabiać?… Wtedy, gdy rzeczy wrócą na swoje miejsca, zrobią się na nowo ważne. Robię tak, choć w to nie wierzę. Z uporem nie chcę uciekać, zostawić bezpiecznego, wygodnego miejsca i wpaść w szpony obudzonego chaosu. Przecież ludzie się ockną, przywrócą jakiś porządek. Powrócą.

Napełniam wiadra i każde puste naczynie coraz wolniej cieknącą wodą z kranu, wiedząc, że nie wystarczy jej na długo, nawet, gdy będę ją oszczędzać. Co z myciem? Na razie przestaję się myć. Ubikacja jeszcze działa, ale spłuczka już nie funkcjonuje. Jem cokolwiek z posiadanych zapasów, szczęściem utraciłam całkiem apetyt. Światło pali się szczodrze w każdym pokoju, i tak nie ma już opłat, ale decyduję się je zgasić, bo coś się nagle zaczęło dziać z prądem. Poczułam swąd przegrzanych przewodów. I ja też przez chwilę zaczęłam płonąć, ale udaje mi się ogień ugasić, narzucając na siebie koc.

Tymczasem w miastach dalszych od stolicy ludzie podejmują jeszcze próby opanowania sytuacji. Istnieją urzędowe oddziały porządkowe i grupy chodzące po blokach. Działają siłą rozpędu, lękając się złamania rozkazu. Zależność może przecież jeszcze wrócić. Wywołują według dawno ustalonej listy staruszków, by zabrać ich nie wiadomo gdzie i w jakim celu. Panują najgorsze podejrzenia o tym, że dla dobra interesów firm ubezpieczeniowych są w specjalnych obozach po prostu kasowani. Dwie staruszki ukrywają się w ciasnej garderobie, podczas gdy rodzina rozmawia w progu z komisją stojącą w drzwiach. Ktoś tłumaczy, że babcie są im potrzebne, bo wiedzą, co robić w trudnych warunkach, są poza tym zdrowe i samodzielne. Komisja nie naciska zbyt mocno, nic nie jest pewne, wszystko daje się załatwić, mimo poleceń wykonywanych siłą rozpędu i strachu, za którymi nic już nie stoi.

Wychodzę na zewnątrz. Bierne czekanie jest straszniejsze. Na ulicach kłębią się zdezorientowani ludzie, grupkami i pojedynczo. Jeździ jeszcze tramwaj, może ostatni. Ktoś kogoś goni. Ktoś w biegu wsiada do przepełnionego wagonu, nie zdążam za nim wskoczyć. Słyszę tylko daremne wołanie: Ewa! Ewa! Chodź tu!

Zostaję sama na ulicy, bez domu, bez celu, bez sensu.

[Zapis ciekawszych sennych zwidów z ostatnich 15 lat]

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s