Z dziennika snów, zapis 12

Ciągnę dalej zapis snów z 2000 roku. Mając już pewne narzędzie ich rozumienia w postaci topografii śnienia i Glosariusza Jarosława Bzomy pojmuję je lepiej, widzę ciąg informacji, jak najbardziej spójnych ze sobą, dotyczących dziejów Przejawienia, a także Powrotu Świadomości do Źródła, którego jestem iskierką. To był trudny dla mnie czas w życiu na jawie, sny dawały mi siłę, swoją intensywnością, głębią, niezwykłością, a także podtrzymywały na duchu w otchłani kompletnej samotności, w jakiej utknęłam. Tam niewątpliwie „ktoś był”, ukazywały się jakieś istoty, na poły boskie, na poły demoniczne, i miały dla mnie zainteresowanie, zaufanie, przedziwną opowieść o dziejach mojej duszy…

*

4 maja 2000. Wieczorne ognisko pod gwiazdami. Samotna wycieczka rowerem nad leśne jezioro w dalszej wsi. Siedząc w spróchniałej dłubance czytałam „Tajemnice piramid” Eugeniusza Stelmaszuka. Stada kijanek, złoto-zielone furkoczące ważki, błotna żaba ze złotymi oczami i jastrząb przelatujący nad jeziornym błotem – moje jedyne przyjemności.

6 maja 2000. Dzień naładowany niezidentyfikowanym smutkiem. Pojechałam z nim nad jeziorko, tam analizowałam Księgę Daniela. W nocy dopadły mnie prawie od razu sny i zwidy związane z Panem Ciemnej Strony [teraz powiedziałabym: Wielkim Czarnym], szarpał mnie w postaci mojego męczącego ojca, atakował (tym razem niezbyt agresywnie), nie dawał spokojnie zasnąć, budziłam się co chwila. W końcu wyrwana ze snu o jakimś dużym domu [Pałacu bogów z Nieprzejawienia], w którym mieszkała moja całkiem liczna rodzina i były schody do piwnicy, nad którymi unosiła się upiorna aura uwięzionych w niej pozbawionych ciała dusz zmarłych [minusowa otchłań Przejawienia], co wzbudzało moje wielkie współczucie, a mojego tamtejszego brata sprowokowało do wejścia tam i zamieszkania pośród nich jako budzący lęk Władca Podziemi. A także o podwójnych i mnożących się matematycznie okrągłych molekułach oznaczonych znakami „-” [minusowość!] gdzieś w kosmosie, nagle usłyszałam pogardliwie okrutny głos Szatana, mego brata w Grze: Gdyby nie ja, oni wszyscy zjedliby cię teraz żywcem!… – i pewnie szło mu o głodne duchy.

Obudziło mnie z tego bolesne westchnienie kobiety [Dobrej Matki], rozlegające się gdzieś w głębi pokoju.

Rano sen: mieszkaliśmy w wielkim, luksusowym domu w Stanach Zjednoczonych (stan Oklahoma) [dwie możliwości, albo był to dom dusz, gromadzący jej aspekty, albo pustynia to rejon granicy 8/9, czerwień nazwy – która pochodzi z języka Indian Choctaw, okla humma, dosłownie oznacza czerwonych ludzi – wskazywałaby na rejon Wielkiej Karmy, ewentualnie dusz zgromadzonych w strefie nadduszy 7-7+]. Nagle, patrząc przez okna zauważyłam, że poruszamy się wraz z domem, przesuwanym jakąś siłą do przodu. Był to katastroficzny huragan, zbliżający się do naszych rejonów, wielu ludzi zaczęło się przenosić na Wschodnie Wybrzeże razem z nami. Wkrótce wnętrze domu przybrało pewien charakter wagonu w jadącym pociągu. W sali, w której przebywałam było raczej pusto, toteż, gdy przeszłam do sąsiedniej, gromada różnych ludzi z wyglądu snobujących się, rozgadanych zrobiła na mnie trochę szokujące wrażenie. Znalazłam sobie małą grupkę znajomych i usiedliśmy w kręgu na podłodze, tymczasem chciała ze mną nawiązać znajomość prosta dziewczyna ze wsi. Miała ze sobą gitarę i namolnie proponowała, że zaśpiewa w naszym gronie. Wydała mi się naiwna, niepasująca do nas i próbowałam jej koniecznie uniknąć. Wśród nas był jakiś mężczyzna, który parał się magią, zobaczyłam go, jak odkrywa karty z ognistymi literami, podobnymi do hebrajskich, robił spore wrażenie. „Prostaczka” zdołała się jednak przysiąść, nieświadoma wrogości, jaką wzbudza, ale jeszcze zanim zaczęła się produkować – na niebie ukazał się wielki, bury stwór podobny do ogromnego nietoperza, ze skrzydłami prehistorycznego ptaka, składającymi się w połowie na zewnątrz. Nadlatywał w naszą stronę i to było niebezpieczne. Wyciągnęłam gorączkowo rękę do kogoś, pokazując mu na migi, że chcę dostać jakąś broń i ten ktoś włożył mi tam nóż z zastawy. Nietoperz tymczasem zbliżył się i opadł nagle na plecy owej dziewczyny z gitarą [ha, czyli byłam to ja, dotknięta niskim poczuciem własnej wartości]. Zerwałam się z krzykiem i grożąc mu nożem odpędziłam go na pewną odległość, cofał się jednak zbyt wolno, więc bohatersko pogoniłam go, dźgając groźnie nożem w powietrze. Nietoperz okazał się niską, drobną dziewczyną ze skrzydłami, która wyciągnęła również swój nóż i spróbowała nim nas wszystkich wystraszyć. Nóż w jej rękach błysnął raz ognistym światłem, jakby strzelał laserową energią, ale nie popuściłam i przegnałam ją aż do progu. Tam nagle przewróciła się, nieprzytomna i bezwładna. Podniosłam ją na nogi, taką omdlałą i nagle – wszedłszy w podwyższony stan świadomości w transie – zrozumiałam, że zła energia, z którą tak zażarcie walczyłam egzorcyzmami była moją własną energią! To był mój cień! Nie będąc do końca utożsamiona ze swoim ciałem, jeśli coś komuś zarzucam, tak naprawdę wysyłam to na siebie, w cudzym interesie. Zaczęłam o tym odkryciu opowiadać zgromadzonym w kółku znajomym, opowiadając też w natchnieniu o Szatanie, który ma tarczę, dlatego moje próby zniszczenia go notorycznie zawodzą, ponieważ ja takowej w ogóle nie posiadam i notorycznie przyjmuję własne pociski, odbite rykoszetem od cudzego ego. W tym kontekście także dręcząca mnie klątwa jest także moją własną aranżacją i wyszła z moich własnych ust…

Hipnagog: jezioro, drewniany pół-mostek, spod którego wyciąga szyję nieduży, zabawny brązowo-złoty koń. [Strażnik Hayagriva, Końskoglowy]

7 maja 2000. Wszystko wokół mnie zmienia się od wewnątrz, nabiera innego znaczenia. Jak gdyby szykował się nowy akt przedstawienia i aktorzy stoją już z wzbierającą niecierpliwością za kulisami, wyczekując na swoje wejście na scenę ze zmienionymi dekoracjami. Chyba nie ma żadnego przypadku w tym, że w rodzinie wszyscy od jakiegoś czasu mają problemy z 3 i 4 czakrą. Serial wrzodów żołądka i wymioty u siostrzenic, omdlenie (na tle sercowym) u jednej, ciągłe kłopoty żołądkowe mamy.

Sen wizyjny: wieczorem na przystanek autobusowy [granica 5/6] zajeżdża ogromna, czerwona [poziom przyczynowy] ciężarówka typu TIR. Zakręca ostro i boję się, że się na nas wywróci, ale udało jej się utrzymać równowagę i zatrzymać nam przed nosem. Wsiadam po wysokich schodkach z tyłu do przyczepy, która służy do przewozów ludzi. Chwytam za poręcze, podciągam się, ale to jest diabelnie wysoko i niewygodnie, czuję się ciężka i niezgrabna, zawisam na trochę w powietrzu, a ludzie za mną podpierają mnie i popychają w górę, w końcu się udało, siadam wśród innych pasażerów tego dziwnego pojazdu i pojadam sobie jeszcze zabraną z obiadu kość kurczaka.
Potem siedzę w jakimś pustym pomieszczeniu, koło mnie fotel, koło drzwi słyszę jakiś ruch, ktoś się przemyka, trochę się boję, ale okazuje się, że to dziewczyna, młoda, szczupła, nieznana mi, ale przyjazna. Podchodzi bliżej, siada w fotelu. (Tu wchodzę w świadomy trans). Jest trochę zażenowana i zakłopotana czymś. W końcu mówi, zerkając na mnie niepewnie i wykonując gesty rękami, jak gdyby nie wiedziała, czy ma mnie dotknąć, czy nie:
– Wiesz, nie wolno mi ciebie pamiętać.
– Dlaczego? – pytam roztropnie.
– Nie wiem.
– Kto ci tak powiedział? – staram się wykorzystać stan słyszalności w transie, aby wyciągnąć jak najwięcej informacji. Ona wymawia jakieś imię i nazwisko, ale to jest właściwie bełkot.
– Krystyna…? – próbuję coś z tego wyłapać.
– Krys…? – dziewczyna zastanawia się zdziwiona – Nie, nie tak… Inaczej…
Patrzy na mnie zaskoczona, tak jakby bezskutecznie usiłując coś sobie przypomnieć, ja czekam na jakąkolwiek podpowiedź, ona milczy i na tym budzę się na jawie. Z nagłą myślą, że szło o słowo „królowa”, a nie Krystyna.

W nocy 8 maja 2000 roku znalazłam się w Krainie Zachodniej, przemierzając drogę po śmierci na wzór podróży Ba, opisanej w egipskiej Księdze Bram. Tam, zmanipulowana i zwiedziona, zostałam przyciągnięta przez Seta, który ukazał mi się jako chuda świnia z pyskiem podobnym do tego, który widziałam na malowidłach egipskich. Przyciągnięcie polegało na tym, że moja osobowość utożsamiła się z właściwościami, które reprezentował i niejako stałam się nim. Kiedy do tego doszło pojęłam swój błąd i odzyskałam świadomość, ale było już za późno. Zaczęły dręczyć mnie demony i straszne stany psychiczne, nasyłane przez czarną świnię. Przeciwstawiłam się im i wreszcie przyszedł czas rozjaśnienia, gdy mogłam wyjść z pułapki mroku. Dalsza droga wiodła po schodach w górę. Zobaczyłam tam grupę ludzi, obwiązanych złotym pasem, który był przytwierdzony do czoła dowodzącego nimi młodego, pięknego, długowłosego człowieka. Pas wydawał się być zrobiony ze złotego pyłu i chronił wszystkich, którzy wierzyli w swojego nauczyciela i przestrzegali jego nauk.
Obejrzałam się do tyłu i zobaczyłam siebie w postaci Seta-świni. Pomyślałam, że mam za sobą doświadczenia, których czyści ludzie nie mają i zwątpiłam, czy mogę do nich dołączyć, czy jestem tyle samo warta, czy mrok nie będzie wlókł się za mną bez końca. Wtedy pojęłam, że to jeszcze jeden podstęp ciemności, aby mnie zatrzymać. Ruszyłam po schodach w górę. Tam dowiedziałam się o zbliżającym się wielkimi krokami, wyczekiwanym od tysięcy lat przez niezliczone pokolenia i narody, przybyciu żniwiarza, Słońca-Re, które zapoczątkuje odrodzenie szczęśliwej, nieśmiertelnej ludzkości.

15 maja 2000. Czytałam długo w noc w łóżku. Nagle kątem oka zobaczyłam wyraźny rozbłysk złotego światła pod sufitem i poczułam szczególne, przenikające całe ciało wibracje. Odłożyłam lekturę i spróbowałam zasnąć, aby dowiedzieć się, co jest grane. Nie czułam lęku. I weszłam w sen, z którego pamiętam jedynie nieliczne sceny.

żółw

Najpierw był obraz wnętrza oceanu, w którym pływał gigantyczny żółw, oraz wąż wodny o wystających wściekle i okrutnie zębach. Mignęła także ogromna ryba. Dalej przedstawiły mi się dzieje mojej współpracy z Szatanem (to imię padło we śnie), z którym odbyliśmy wyprawę (podróż?) w głąb świata Mroku. W którymś momencie wycofałem się [sic!] z tego i Wąż starodawny zaatakował mnie, kąsając boleśnie we wnętrze ud, narządy płciowe i dół brzucha. Był okrutny, bezwzględny, a ja śniąca wytrzymałam to jedynie dlatego, że wierzyłam, że to tylko sen, z którego zaraz się obudzę. Następnie ten sam Mrok, w postaci gigantycznej chmury ciemności przesunął się blisko Ziemi jako przepowiedziana z dawna kometa, była w tym liczba 14.

18 maja 2000. Z mamą na badaniach w wojewódzkiej przychodni zdrowia. USG wykazało zupełny brak zmian w narządach wewnętrznych, jest zatem zdrowa!

23 maja 2000. Kim jestem? Wczoraj, słuchając ulubionej undergroundowej muzyki rozpłakałam się z miłości i tęsknoty do mojego tamtejszego brata i otworzyły się moje wszystkie rany, a także serce i wątroba i podarowałam mu swoją żywą krew bez najmniejszego sprzeciwu. [Stan rozkawałkowania świadomości]

Rano obrazy: niebywale wysokie drzewo sięgające nieba, jak topola. Jest decyzja, aby je ściąć i widzę, jak spadają jego gałęzie w dół i wysokość się zmniejsza, choć nie mam pojęcia, kto albo, co to robi. Myślę, że może ścinają je ludzie z helikopterów, choć nie widać żadnych pojazdów na czystym niebie. Drzewo zostało obniżone mniej więcej do połowy, w dole, wokół niego widać domy i drogi jakiejś małej miejscowości. Przyglądając się jednak lepiej dostrzegam ze zdziwieniem, że wysokość wcale się nie zmniejszyła i to, że zostało ścięte to tylko złudzenie dla krótkowidzów. Owszem, zostało dokładnie ogołocone z liści, w pewnym miejscu, ok. połowy sterczy tylko sam pień. To jakby drzewo w połowie widzialne i w połowie niewidzialne i to cud, jakie ono jest i że w ogóle jest. Górna połowa jak gdyby wyłania się wprost z nieba;

Noc, widzę zarys wysokiej czarnej wieży z wąskimi, wysokimi okienkami. Na niebie błyska się groźnie [wizja kryształowego Wiru];

Dwóch braci, jeden mniejszy, drugi to prawdziwy siłacz, obejmuje tego mniejszego od strony pleców ciepłym, opiekuńczym gestem i obaj tworzą zwartą, dwuosobową całość.

Po południu sen wizyjny: Ojciec zauważył coś w moim gardle i nagle chwycił to palcami. To taki mały, czarny robaczek, przyklejona do wnętrza podniebienia glistka, rodzaj pijawki. Otworzyłam szerzej usta, aby mu ułatwić oderwanie stworka, choć wiedziałam, że będzie boleć. I na tym się obudziłam.

26 maja 2000. Zasypiałam, martwiąc się o stan zdrowia mamy i modląc o pomoc. W moim splocie słonecznym szalał stres, odbierany telepatycznie, ściskanie, trema, przejęcie. W końcu trzy razy pod rząd wyrwał mnie ze snu realistyczny sen o tym, że mimo nocy dzwoni telefon w kuchni i muszę biec odebrać.
Mama mimo dobrych wyników wygląda źle, błyszczące oczy, zaczerwienione wargi, chudość. Wymiotuje. Robię jej zabiegi energetyzujące, w jej splocie słonecznym coś dziwnie pulsuje.

Jakiś czas później. W czasie, gdy – po raz pierwszy od prawie tygodnia, który upłynął od momentu otrzymania wiadomości o śmiertelnej chorobie mamy – zdołałam wreszcie na kilka godzin zasnąć. Weszłam świadomie w świat snu.

Spotkałam tam dwie istoty: piękną, młodą kobietę Julię i jej nieco starszego przyjaciela, ubranego w czarny garnitur. Pokazali mi najważniejsze problemy mojego dotychczasowego życia. Julia wyraziła wielkie współczucie, gdy zatrzymałam się po drodze, aby koniecznie odnaleźć jeden z pantofli, który wpadł mi do śmietnika, a potem – ponieważ czas naglił – ruszyłam przez miasto w jednym bucie, nie zważając na śmiech otoczenia. Zwrócili uwagę na siłę, którą już w sobie odkryłam i gdy podniosłam obie ręce do góry w geście błogosławieństwa, wyleciały mi z dłoni chmury kolorowych liter i cyfr, sprawiając wrażenie cudu, rodzącego się jedynie siłą woli. Następnie wyjaśnili mi, że eony lat temu, na Ziemi utworzyła się gigantyczna kula plazmy, która w wyniku walk ewolucyjnych w Grach nazwanych Żółwiem i Rybą, oderwała się od planety i poszybowała w kosmos. Stamtąd oddziałuje na ludzkość, bombardując świat pociskami, sprowadzającymi nieuleczalne choroby, zarazy, depresje, nieszczęścia, zło. Ściągane są na Ziemię siłą negatywnych przekonań, które tworzą coś w rodzaju zasysającego leja. Otóż mój dom (w wyniku starej klątwy karmicznej) długo był pod obstrzałem tej energii, a to, co mogło spaść na moich bliskich, przechwytywałam i brałam na siebie. Wiedząc, że należy zrobić wszystko, aby zneutralizować złe moce kuli.

Od tego snu zaczęłam wychodzić z kryzysu, mimo że długo jeszcze w moim życiu trwał zastój i osamotnienie.

Cdn.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s