Po śladach pamięci

Tę relację muszę zacząć od końca. Składa się z zapisków wielu,  acz nie wszystkich, wizyjnych snów, w których odtwarzało mi się czyjeś życie. Tego rodzaju przeżyć miałam dużo więcej i nie dotyczyły one tylko jednej postaci. Inne jednak podobnego typu występowały sporadycznie, dając pojedynczy  i wyrywkowy wgląd w zapis pamięci ważniejszych społecznie ludzi, istniejący w Księdze Akaszy. Ta okazała się jak dotąd najważniejsza z paru istotnych względów, choćby z tego powodu, że tych snów było mnóstwo. Być może trauma tamtego życia, nagle zakończonego, była na tyle wyryta w matrycy karmicznej, że to, co z niej pozostało wpłynęło jakoś głębiej na moje życie. Żeby to wytłumaczyć musiałabym zrobić analizę psychologiczną swego dzieciństwa, snów, ambicji, blokad i lęków, a na to brak mi już chęci i zainteresowania całą sprawą. W każdym razie dawno przestałam myśleć o tym człowieku jako o sobie, kimś, kim osobiście byłam, tylko mam wymazaną pamięć. Niemniej jest mi bardzo bliski wewnętrznie, jak brat bliźniak, ktoś pochodzący z jednego z moim źródła duchowego.
Jarosław Bzoma uważa, z czym się ostatecznie zgadzam, że z punktu widzenia świadomości Boga wszyscy, jako ludzie, jednostki, indywidua jesteśmy jedynie projekcjami Źródła odbijającymi się po wielekroć w oczach innej własnej świadomości z różnych poziomów i błąkającymi się w wyprojektowanych przestrzeniach nawet w nieskończoność, dlatego rzec można, że reinkarnacja rozumiana jako ciągłość w czasie indywidualnej świadomości jest iluzją, jak wszystko co przejawione. Doszukiwanie się ścisłych związków, albo logicznych nici zwanych jedną misją pomiędzy poszczególnymi wcieleniami może być ciekawe pod względem literackim, romantycznym, psychoanalitycznym, nawet historycznym, ale wiąże nas z obecnym ego zbyt mocno, by nie rozważyć w końcu zlekceważenia takiego poglądu i zwrócenia uwagi na Jedyny Świadomy Punkt, z którego wszyscy wyszliśmy, i do którego powrócimy z wycieczki w czasoprzestrzeń.

Mimo wszystko opowiem wam o tym, w jaki sposób ujawniła się osoba, z którą nie wiąże mnie najmniejsze pokrewieństwo ani znajomość, a o której pojawiający się czasem w moim dzieciństwie niewidzialny byt, wchodzący do pokoju stanowczym krokiem, gdy spałam, mówił: Jesteś nim!
Nie powoduje mną teraz ego, ale chęć zdania relacji z niezwykłego wewnętrznego doświadczenia, które było moim udziałem przez całe lata. Myślę, że wielu osobom dążącym do odblokowania tego rodzaju „wspomnień” może ona pomóc uzmysłowić sobie sposób, w jaki to się czasem u niektórych odbywa spontanicznie. W „tym życiu” jestem osobą skromną i nieśmiałą, skrajnie introwertyczną, żyjącą na uboczu, mimo, że pozostały mi zainteresowania, łącznie ze znajomością języka francuskiego, a człowiek, o którym dalej opowiem, w okresie niedojrzałym pełnił rolę mojego dziwnego półświadomego cienia.

W nocy 25 czerwca 1997 roku wszystko zaczęło się podwyższonymi wibracjami rozchodzącymi się w górę całego ciała od czakry podstawy, które wprowadziły mnie w głęboki trans i pojawił się prędko przesuwający się pod zamkniętymi powiekami film cudzego życia z wyraźnie słyszanymi głosami bohaterów.

Znalazłam się w salonie szlachty polskiej (sądząc po strojach był to początek XIX wieku) na co tygodniowym spotkaniu towarzyskim, gdzie dyskutowano na aktualne polityczne tematy, siedząc przy stolikach z filiżankami kawy, grając w karty i dobierając się w grupki osób jednej płci i w podobnym wieku. Rozmowa toczyła się w fascynującej dla mego współczesnego ucha staropolszczyźnie i byłam bardzo zdumiona spostrzeżeniem, jak dalece zmienił się od tamtej pory akcent w języku polskim. Grupka kilku podstarzałych pań, siedzących na sofie wymieniała właśnie najnowsze wiadomości i w ich rozmowie padło nazwisko generała Sierakowskiego. Chwilę potem stałam już w ogromnym tłumie ludzi słuchających z nabożeństwem i przejęciem w katedralnym kościele kazania jakiegoś księdza-patrioty. [Przypuszczam teraz, że był to ksiądz Piotr Skarga]. Głos księdza, nabrzmiały patetycznym uczuciem rozlegał się w ciszy świątyni nad głowami licznie zgromadzonych wiernych. Cytował właśnie słowa Jezusa z Ewangelii o tym, że „nie przyszedłem po to, aby przynieść pokój, ale miecz”, co było wezwaniem do walki o wolność kraju, wcielonego niedawno w granice Rosji. Następnie stałam przy wezgłowiu łóżka, na którym leżała jakaś stara kobieta, jej twarz była nieostra. Chwilę potem już jej tam nie było, umarła, a ja widziałam swoją dłoń trzymającą poręcz – dużą, męską. Wszystkim tym scenom towarzyszył monotonny męski głos relacjonujący wydarzenia, wydający opinie i oceny aktualnej sytuacji politycznej. Nic nie pozostało mi w pamięci z tego jakby czytanego monologu [bohater przypomnienia okazał się być pisarzem].

Spróbowałam wysnuć jakieś wnioski, ale to było za trudne. Ujrzałam jeszcze z bliska, patrząc jakby z dołu ku górze, (co oznacza jego ważną, prestiżową rolę społeczną) twarz młodego, przystojnego mężczyzny. Miał silną szczękę o zdecydowanym męskim zarysie i wyraziste wargi. Jego oczy wydały mi się zasłonięte czymś, co przypominało okrągłe ciemne okulary. Na tym skończył się wyświetlany w umyśle dziwny „historyczny film” i podwyższone wibracje wkrótce znikły.

Następnego dnia wybrałam się do czytelni w miejskiej bibliotece, aby poszperać w Herbarzu polskim i być może odnaleźć jakieś inne, uzupełniające szczegóły. Wertowałam długo i bezskutecznie kartki poświęcone historii życia członków rodzin Sierakowskich, Sarbiewskich, Sanguszków i Sapiehów i przez cały czas towarzyszyło mi specyficzne mrowienie energii, rozchodzące się od stóp w górę oraz bardzo ciekawe, w zestawieniu z odmienną płcią mojego ciała, poczucie bycia ważnym, silnym i głęboko zrozpaczonym mężczyzną.

aleksander_sapieha

Teraz jednak bardziej zrozumiałe wydało mi się to, co usłyszałam w nocy 1 lipca 1995 roku od ducha mego ojca, który zjawił się po odsłuchaniu przed snem kasety medytacyjnej Katabasis L. E. Stefańskiego. Obudziłam się wtedy w stanie transu czując jego znajome, mrowiące ciepło na plecach i usłyszałam jak szepcze mi do ucha historię o poprzednim życiu, które pamięta do tej pory moje ciało. Otóż byłam kiedyś polskim szlachcicem, mającym swoje posiadłości na kresach wschodnich. Słowa mojego przewodnika rozmazywały się w świadomości i w dziwny sposób szybko umykały z pamięci. Zostało mi z nich tylko kilka wyrazów. Jugosławia… Turcja… rezygnacja (lub dymisja) z (czegoś) z powodu niezgody na posunięcia rządu… nagła śmierć. Korzystając z okazji spytałam go jeszcze, jak długo będę tu przebywać. Odpowiedział: – Hm, jeszcze długo. Ale – to dodał jakby na pociechę – efektem będzie zupełne rozdzielenie…

Wspomnę o panoramicznym śnie, który zdarzył mi się któregoś ranka 1993 roku, zatem kilka lat wcześniej. Jego akcja toczyła się w tamtej XIX-wiecznej epoce. Zapamiętałam z niej bardzo niewiele, jedynie obraz kościoła i otaczającego go muru, w którym była kuta z żelaza brama. Ktoś powiadomił mnie, że ten kościół (lub coś w tym kościele) ufundowała księżna Siemiaszko, pozostająca potem w wielkiej żałobie po swoim zbyt wcześnie zmarłym synu.

siemiatycze

W 2001 roku odnalazłam i rozpoznałam tę właśnie bramę i mur. Należą one do parafialnego kościoła Wniebowzięcia NMP z przylegającym doń dawnym klasztorem w Siemiatyczach. Nazwisko księżnej było przeinaczone, łącząc informacje, ponieważ to niewielkie miasto na Podlasiu zostało rozbudowane i wzorcowo zagospodarowane w XVIII wieku przez księżnę Annę Jabłonowską z Sapiehów, siostrę matki bohatera moich przypomnień.

I jeszcze zapisek z sierpnia 1995 roku: W medytacji poprosiłam wewnętrznego mistrza o ostateczne wyjaśnienie mi tego, kim jestem. We śnie ukazała mi się piwnica, jako świat podświadomej pamięci, a w niej dwie postacie męskie (były obwiedzione graficzną kreską). Z akcji snu, strzępków zapamiętanych słów i wydarzeń wynikło, że jedna z tych osób miała coś wspólnego z jugosłowiańską arystokracją i tureckim władcą o imieniu zaczynającym się na Ad… (Aleksander?). Na koniec pojawił się gruby kucharz, albo raczej karczmarz goniący… świnię, co już całkiem zamieszało mi w głowie. Potem zobaczyłam pomniejszonego do rozmiarów karzełka, podskakującego ze szczęścia człowieczka, który w pewnej chwili zaczął przypominać mnie samą. Na dnie piwnicy otworzyła się studnia, która była przejściem do innego świata i w jej głębi ukazała się nieludzka, śnieżnobiała, płaska twarz z wielkimi czarnymi oczami i ustami wyciągniętymi w ciup, przypominała dziwną maskę. Usta tworzyły zarys maleńkiego dysku i dobiegł mnie stamtąd głęboko wibrujący przenikliwy głos. Niestety nic nie zapamiętałam z tego, co powiedział.

W 1999 roku kilkakrotnie ujrzałam w wizjach szczupłego mężczyznę w mundurze polskiego szwoleżera. Siedział na koniu odwrócony tyłem do innego jeźdźca, który miał na sobie ciemny, długi płaszcz, a na głowie – znany mi dobrze z lekcji historii – pierogowy kapelusz. Pojawiła się także, jak żywa, twarz Stanisława Staszica i obraz zapełnionego po sufit książkami wysokiego, bibliotecznego wnętrza.
Innym razem wnętrze i kuluary starego teatru, z pustymi lożami nad widownią.
Zarysy wieży kościelnej na tle jakiegoś miasteczka.
Wyglądająca z okna na piętrze pałacu twarz uśmiechniętego mężczyzny w barokowej peruce na głowie.
Stara, szczupła kobieta w czarnej sukni wożona przez służących po kościelnym wnętrzu z zawieszonym na ścianie rzędem obrazów, przedstawiających historię rodu oraz kilkunastoletnia dziewczynka, wyjaśniająca płynnie swojemu nauczycielowi znaczenie patriotycznych symboli użytych na tych obrazach.
Kiedy indziej głos carskiego urzędnika ogłaszającego uroczyście po rosyjsku wyrok w procesie karnym, zasądzającego grzywnę do zapłacenia, po czym, gdy przeszedł na język polski, rzucił nazwisko niejakiego pana Kę… „z którym miałem sprawę”.

W nocy 7 lutego 1999 roku, ledwie przymknęłam oczy, weszłam w trans i przeniknęła mnie uroczysta muzyka orkiestrowa. Wsłuchałam się w nią, a całe moje ciało wydawało się współbrzmieć z tymi dźwiękami. Był to utwór podobny do operowej uwertury o przyjemnej dla ucha melodii. Chwilę potem pod powiekami ukazał się obraz. Przedstawiał nieruchomą scenę, jak gdyby zdjęcie. Było to wnętrze ogromnej sali. Mozaikowa posadzka na podłodze. Znajdowałam się pośrodku niej, czując, że z obu stron stoją licznie zgromadzeni ludzie, a mój wzrok padał na odgrodzone barierkami podwyższenie i siedzącego za nimi mężczyznę. Za nim widać było ścianę ze sklepioną, łukową wnęką. Przez głowę przemknęło mi skojarzenie z katedrą i ołtarzem w świątyni, choć nie było tam ołtarza ani żadnych przedmiotów kultu. Na krześle siedział mężczyzna z szeroko rozstawionymi nogami, w jasnym ubraniu. Rysy jego okrągławej twarzy były jednak zatarte. Po jego prawej stronie w specjalnej niszy w ścianie stało coś w rodzaju złotego popiersia.
Kiedy uważnie wpatrywałam się w całą scenę, usiłując zauważyć i zapamiętać jak najwięcej szczegółów, rozległ się w moich uszach, wciąż na tle orkiestrowej muzyki – śmiech. Głośny, coraz głośniejszy. Jednocześnie poczułam silne mrowienie w lewym ramieniu i odniosłam przedziwne wrażenie, że śmiech, który słyszę rozlega się właśnie stamtąd, z jednego punktu w mojej ręce! Z początku był to śmiech niewątpliwego triumfu i zwycięstwa. Zarozumiały, pełen władczej pychy. Wkrótce nabrał cech groźnej, złowróżbnej i okrutnej diaboliczności. Na koniec stał się upiornym śmiechem kogoś zrozpaczonego. Mężczyzna śmiał się przez łzy, jakby na przekór przegranej sytuacji, ale nawet przegrany nie przestawał wstrętnie chichotać.
Następnego dnia poszperałam w szczegółach biografii księcia Aleksandra i dotarłam do opisu radosnego powitania wojsk napoleońskich przez mieszkańców Wilna 28 czerwca 1812 roku. Cesarz Francuzów, kreujący się na mściciela krzywd polskiego narodu i wyzwoliciela Polaków i Litwinów spod carskiego jarzma, podczas spotkania z prezydentem miasta zażądał wielkich dostaw dla wojska. Rozmowę tłumaczył z francuskiego przybyły z nim na Litwę śniący mi się książę. W chwili, gdy prezydent skwapliwie obiecał 6 tysięcy porcji, Napoleon zareagował nagle wściekłym śmiechem i brutalnym poleceniem: Sto tysięcy! Natychmiast! Całemu zajściu przysłuchiwała się duża grupa przygodnych widzów.
Inne elementy tego wizyjnego przeżycia dają się odnieść do przebiegu uroczystości odnowienia Unii Polsko-Litewskiej w katedrze wileńskiej w dniu 14 lipca 1812 roku. Dopełniło je darmowe przedstawienie Krakowiaków i Górali (stąd mogła pochodzić uwertura, którą słyszałam w transie) i wielki bal śmietanki towarzyskiej i politycznej w pałacu Paca. Wieczorem, na krótko (gdyż musiał ruszyć na wojnę) cesarz zaszczycił przyjęcie swoją obecnością.
Śmiech, który usłyszałam mógł być symbolicznie skróconym przedstawieniem jego ambicji zapanowania w całej Europie, przełamania hegemonii Anglii na świecie, a następnie klęski jego politycznych zamiarów po tym jak wkrótce, opętany pychą, zupełnie wbrew rozsądkowi porwał się na rosyjskiego niedźwiedzia, co doprowadziło do dozgonnego uwięzienia go na wyspie.

Nadchodząca nieuchronnie śmierć mamy zaczęła uwalniać dodatkowe wspomnienia. I tak ujrzałam ją pewnego razu jako moją ówczesną młodszą siostrę, nieco sztywną i bardzo grzeczną księżniczkę z długimi włosami, zaplecionymi starannie w dwa warkoczyki spięte z tyłu głowy, we wnętrzu wysokiej, pałacowej komnaty z ogromnym żyrandolem i licznymi rycinami wiszącymi na ścianach, umierającą nagle, ku rozpaczy wszystkich najbliższych tuż przed wyznaczonym terminem jej ślubu.

Kiedy indziej przypomniał mi się wiejski dworek, miejsce umierania Aleksandra. Było to wnętrze ascetycznie urządzonego pokoju ze stojącym w centrum dużym łóżkiem z mosiężnymi okuciami. W mojej lewej stopie pojawiło się rozchodzące się stopniowo i nieubłaganie od dużego palca ku górze śmiertelne mrowienie, które mnie obudziło.

W 1999 roku natrafiłam w bibliotece wojewódzkiej na biografię, która mimo, że nie podawała – z powodu braku dokumentacji – ważnych faktów, przypominających mi się uporczywie, to powiązała w całość rozrzucone jak puzzle fragmenty wspomnień.

sapieha

Daruję tutaj jej streszczenie, można w tym celu sięgnąć do Wikipedii.
W skrócie powiem, że Aleksandrowi, podróżnikowi po Bałkanach będących wtedy pod władzą Turcji, pisarzowi, członkowi Polskiego Towarzystwa Naukowego, organizatorowi oddziału polskich szwoleżerów, szambelanowi Napoleona, twórcy wywiadu na Kresach, piszącemu memoriały bezpośrednio dla Bonapartego, nie udało się w porę odwieść, jak wszyscy to wiemy z historii, cesarza Francuzów od zamiaru prowadzenia walk zimą w Rosji lub, chociaż uczciwie go przestrzec przed możliwością poniesienia sromotnej klęski. Złożył dymisję w sytuacji, gdy zarysowała się szansa zdystansowania Poniatowskiego i odbudowania Polski, gdyby tylko cesarz zdecydował się zatrzymać swoją ekspansję na wschód. Zmarł nagle na skutek gangreny po ugryzieniu przez świnię na podwórzu jakiejś karczmy, gdzie zatrzymał się w drodze do domu, po uzyskaniu czasowego urlopu ze służby dla podratowania zdrowia. Był bowiem w ciężkiej i pogłębiającej się gwałtownie depresji. Oddał ducha w małym miasteczku na Polesiu i tam w pobliżu kościoła został pochowany. Po kilku latach ekshumowany leżał jakiś czas na starym cmentarzu w Wisznicach, co pewnego razu kazało mi odbyć wakacyjną wyprawę autostopem w to miejsce. Grobu nie znalazłam, ponieważ nie wiedziałam jeszcze, że legalna żona wyciągnęła go z niego raz jeszcze i pochowała w rodowym grobowcu w swojej posiadłości, gdzie na koniec spoczęła obok, jak wierna małżonka. Jego matka przeżyła go o 5 lat, pogrążona do końca swego życia w melancholii.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s