Z dziennika snów, zapis 12

Ciągnę dalej zapis snów z 2000 roku. Mając już pewne narzędzie ich rozumienia w postaci topografii śnienia i Glosariusza Jarosława Bzomy pojmuję je lepiej, widzę ciąg informacji, jak najbardziej spójnych ze sobą, dotyczących dziejów Przejawienia, a także Powrotu Świadomości do Źródła, którego jestem iskierką. To był trudny dla mnie czas w życiu na jawie, sny dawały mi siłę, swoją intensywnością, głębią, niezwykłością, a także podtrzymywały na duchu w otchłani kompletnej samotności, w jakiej utknęłam. Tam niewątpliwie „ktoś był”, ukazywały się jakieś istoty, na poły boskie, na poły demoniczne, i miały dla mnie zainteresowanie, zaufanie, przedziwną opowieść o dziejach mojej duszy…

*

4 maja 2000. Wieczorne ognisko pod gwiazdami. Samotna wycieczka rowerem nad leśne jezioro w dalszej wsi. Siedząc w spróchniałej dłubance czytałam „Tajemnice piramid” Eugeniusza Stelmaszuka. Stada kijanek, złoto-zielone furkoczące ważki, błotna żaba ze złotymi oczami i jastrząb przelatujący nad jeziornym błotem – moje jedyne przyjemności.

6 maja 2000. Dzień naładowany niezidentyfikowanym smutkiem. Pojechałam z nim nad jeziorko, tam analizowałam Księgę Daniela. W nocy dopadły mnie prawie od razu sny i zwidy związane z Panem Ciemnej Strony [teraz powiedziałabym: Wielkim Czarnym], szarpał mnie w postaci mojego męczącego ojca, atakował (tym razem niezbyt agresywnie), nie dawał spokojnie zasnąć, budziłam się co chwila. W końcu wyrwana ze snu o jakimś dużym domu [Pałacu bogów z Nieprzejawienia], w którym mieszkała moja całkiem liczna rodzina i były schody do piwnicy, nad którymi unosiła się upiorna aura uwięzionych w niej pozbawionych ciała dusz zmarłych [minusowa otchłań Przejawienia], co wzbudzało moje wielkie współczucie, a mojego tamtejszego brata sprowokowało do wejścia tam i zamieszkania pośród nich jako budzący lęk Władca Podziemi. A także o podwójnych i mnożących się matematycznie okrągłych molekułach oznaczonych znakami „-” [minusowość!] gdzieś w kosmosie, nagle usłyszałam pogardliwie okrutny głos Szatana, mego brata w Grze: Gdyby nie ja, oni wszyscy zjedliby cię teraz żywcem!… – i pewnie szło mu o głodne duchy.

Obudziło mnie z tego bolesne westchnienie kobiety [Dobrej Matki], rozlegające się gdzieś w głębi pokoju.

Rano sen: mieszkaliśmy w wielkim, luksusowym domu w Stanach Zjednoczonych (stan Oklahoma) [dwie możliwości, albo był to dom dusz, gromadzący jej aspekty, albo pustynia to rejon granicy 8/9, czerwień nazwy – która pochodzi z języka Indian Choctaw, okla humma, dosłownie oznacza czerwonych ludzi – wskazywałaby na rejon Wielkiej Karmy, ewentualnie dusz zgromadzonych w strefie nadduszy 7-7+]. Nagle, patrząc przez okna zauważyłam, że poruszamy się wraz z domem, przesuwanym jakąś siłą do przodu. Był to katastroficzny huragan, zbliżający się do naszych rejonów, wielu ludzi zaczęło się przenosić na Wschodnie Wybrzeże razem z nami. Wkrótce wnętrze domu przybrało pewien charakter wagonu w jadącym pociągu. W sali, w której przebywałam było raczej pusto, toteż, gdy przeszłam do sąsiedniej, gromada różnych ludzi z wyglądu snobujących się, rozgadanych zrobiła na mnie trochę szokujące wrażenie. Znalazłam sobie małą grupkę znajomych i usiedliśmy w kręgu na podłodze, tymczasem chciała ze mną nawiązać znajomość prosta dziewczyna ze wsi. Miała ze sobą gitarę i namolnie proponowała, że zaśpiewa w naszym gronie. Wydała mi się naiwna, niepasująca do nas i próbowałam jej koniecznie uniknąć. Wśród nas był jakiś mężczyzna, który parał się magią, zobaczyłam go, jak odkrywa karty z ognistymi literami, podobnymi do hebrajskich, robił spore wrażenie. „Prostaczka” zdołała się jednak przysiąść, nieświadoma wrogości, jaką wzbudza, ale jeszcze zanim zaczęła się produkować – na niebie ukazał się wielki, bury stwór podobny do ogromnego nietoperza, ze skrzydłami prehistorycznego ptaka, składającymi się w połowie na zewnątrz. Nadlatywał w naszą stronę i to było niebezpieczne. Wyciągnęłam gorączkowo rękę do kogoś, pokazując mu na migi, że chcę dostać jakąś broń i ten ktoś włożył mi tam nóż z zastawy. Nietoperz tymczasem zbliżył się i opadł nagle na plecy owej dziewczyny z gitarą [ha, czyli byłam to ja, dotknięta niskim poczuciem własnej wartości]. Zerwałam się z krzykiem i grożąc mu nożem odpędziłam go na pewną odległość, cofał się jednak zbyt wolno, więc bohatersko pogoniłam go, dźgając groźnie nożem w powietrze. Nietoperz okazał się niską, drobną dziewczyną ze skrzydłami, która wyciągnęła również swój nóż i spróbowała nim nas wszystkich wystraszyć. Nóż w jej rękach błysnął raz ognistym światłem, jakby strzelał laserową energią, ale nie popuściłam i przegnałam ją aż do progu. Tam nagle przewróciła się, nieprzytomna i bezwładna. Podniosłam ją na nogi, taką omdlałą i nagle – wszedłszy w podwyższony stan świadomości w transie – zrozumiałam, że zła energia, z którą tak zażarcie walczyłam egzorcyzmami była moją własną energią! To był mój cień! Nie będąc do końca utożsamiona ze swoim ciałem, jeśli coś komuś zarzucam, tak naprawdę wysyłam to na siebie, w cudzym interesie. Zaczęłam o tym odkryciu opowiadać zgromadzonym w kółku znajomym, opowiadając też w natchnieniu o Szatanie, który ma tarczę, dlatego moje próby zniszczenia go notorycznie zawodzą, ponieważ ja takowej w ogóle nie posiadam i notorycznie przyjmuję własne pociski, odbite rykoszetem od cudzego ego. W tym kontekście także dręcząca mnie klątwa jest także moją własną aranżacją i wyszła z moich własnych ust…

Hipnagog: jezioro, drewniany pół-mostek, spod którego wyciąga szyję nieduży, zabawny brązowo-złoty koń. [Strażnik Hayagriva, Końskoglowy]

7 maja 2000. Wszystko wokół mnie zmienia się od wewnątrz, nabiera innego znaczenia. Jak gdyby szykował się nowy akt przedstawienia i aktorzy stoją już z wzbierającą niecierpliwością za kulisami, wyczekując na swoje wejście na scenę ze zmienionymi dekoracjami. Chyba nie ma żadnego przypadku w tym, że w rodzinie wszyscy od jakiegoś czasu mają problemy z 3 i 4 czakrą. Serial wrzodów żołądka i wymioty u siostrzenic, omdlenie (na tle sercowym) u jednej, ciągłe kłopoty żołądkowe mamy.

Sen wizyjny: wieczorem na przystanek autobusowy [granica 5/6] zajeżdża ogromna, czerwona [poziom przyczynowy] ciężarówka typu TIR. Zakręca ostro i boję się, że się na nas wywróci, ale udało jej się utrzymać równowagę i zatrzymać nam przed nosem. Wsiadam po wysokich schodkach z tyłu do przyczepy, która służy do przewozów ludzi. Chwytam za poręcze, podciągam się, ale to jest diabelnie wysoko i niewygodnie, czuję się ciężka i niezgrabna, zawisam na trochę w powietrzu, a ludzie za mną podpierają mnie i popychają w górę, w końcu się udało, siadam wśród innych pasażerów tego dziwnego pojazdu i pojadam sobie jeszcze zabraną z obiadu kość kurczaka.
Potem siedzę w jakimś pustym pomieszczeniu, koło mnie fotel, koło drzwi słyszę jakiś ruch, ktoś się przemyka, trochę się boję, ale okazuje się, że to dziewczyna, młoda, szczupła, nieznana mi, ale przyjazna. Podchodzi bliżej, siada w fotelu. (Tu wchodzę w świadomy trans). Jest trochę zażenowana i zakłopotana czymś. W końcu mówi, zerkając na mnie niepewnie i wykonując gesty rękami, jak gdyby nie wiedziała, czy ma mnie dotknąć, czy nie:
– Wiesz, nie wolno mi ciebie pamiętać.
– Dlaczego? – pytam roztropnie.
– Nie wiem.
– Kto ci tak powiedział? – staram się wykorzystać stan słyszalności w transie, aby wyciągnąć jak najwięcej informacji. Ona wymawia jakieś imię i nazwisko, ale to jest właściwie bełkot.
– Krystyna…? – próbuję coś z tego wyłapać.
– Krys…? – dziewczyna zastanawia się zdziwiona – Nie, nie tak… Inaczej…
Patrzy na mnie zaskoczona, tak jakby bezskutecznie usiłując coś sobie przypomnieć, ja czekam na jakąkolwiek podpowiedź, ona milczy i na tym budzę się na jawie. Z nagłą myślą, że szło o słowo „królowa”, a nie Krystyna.

W nocy 8 maja 2000 roku znalazłam się w Krainie Zachodniej, przemierzając drogę po śmierci na wzór podróży Ba, opisanej w egipskiej Księdze Bram. Tam, zmanipulowana i zwiedziona, zostałam przyciągnięta przez Seta, który ukazał mi się jako chuda świnia z pyskiem podobnym do tego, który widziałam na malowidłach egipskich. Przyciągnięcie polegało na tym, że moja osobowość utożsamiła się z właściwościami, które reprezentował i niejako stałam się nim. Kiedy do tego doszło pojęłam swój błąd i odzyskałam świadomość, ale było już za późno. Zaczęły dręczyć mnie demony i straszne stany psychiczne, nasyłane przez czarną świnię. Przeciwstawiłam się im i wreszcie przyszedł czas rozjaśnienia, gdy mogłam wyjść z pułapki mroku. Dalsza droga wiodła po schodach w górę. Zobaczyłam tam grupę ludzi, obwiązanych złotym pasem, który był przytwierdzony do czoła dowodzącego nimi młodego, pięknego, długowłosego człowieka. Pas wydawał się być zrobiony ze złotego pyłu i chronił wszystkich, którzy wierzyli w swojego nauczyciela i przestrzegali jego nauk.
Obejrzałam się do tyłu i zobaczyłam siebie w postaci Seta-świni. Pomyślałam, że mam za sobą doświadczenia, których czyści ludzie nie mają i zwątpiłam, czy mogę do nich dołączyć, czy jestem tyle samo warta, czy mrok nie będzie wlókł się za mną bez końca. Wtedy pojęłam, że to jeszcze jeden podstęp ciemności, aby mnie zatrzymać. Ruszyłam po schodach w górę. Tam dowiedziałam się o zbliżającym się wielkimi krokami, wyczekiwanym od tysięcy lat przez niezliczone pokolenia i narody, przybyciu żniwiarza, Słońca-Re, które zapoczątkuje odrodzenie szczęśliwej, nieśmiertelnej ludzkości.

15 maja 2000. Czytałam długo w noc w łóżku. Nagle kątem oka zobaczyłam wyraźny rozbłysk złotego światła pod sufitem i poczułam szczególne, przenikające całe ciało wibracje. Odłożyłam lekturę i spróbowałam zasnąć, aby dowiedzieć się, co jest grane. Nie czułam lęku. I weszłam w sen, z którego pamiętam jedynie nieliczne sceny.

żółw

Najpierw był obraz wnętrza oceanu, w którym pływał gigantyczny żółw, oraz wąż wodny o wystających wściekle i okrutnie zębach. Mignęła także ogromna ryba. Dalej przedstawiły mi się dzieje mojej współpracy z Szatanem (to imię padło we śnie), z którym odbyliśmy wyprawę (podróż?) w głąb świata Mroku. W którymś momencie wycofałem się [sic!] z tego i Wąż starodawny zaatakował mnie, kąsając boleśnie we wnętrze ud, narządy płciowe i dół brzucha. Był okrutny, bezwzględny, a ja śniąca wytrzymałam to jedynie dlatego, że wierzyłam, że to tylko sen, z którego zaraz się obudzę. Następnie ten sam Mrok, w postaci gigantycznej chmury ciemności przesunął się blisko Ziemi jako przepowiedziana z dawna kometa, była w tym liczba 14.

18 maja 2000. Z mamą na badaniach w wojewódzkiej przychodni zdrowia. USG wykazało zupełny brak zmian w narządach wewnętrznych, jest zatem zdrowa!

23 maja 2000. Kim jestem? Wczoraj, słuchając ulubionej undergroundowej muzyki rozpłakałam się z miłości i tęsknoty do mojego tamtejszego brata i otworzyły się moje wszystkie rany, a także serce i wątroba i podarowałam mu swoją żywą krew bez najmniejszego sprzeciwu. [Stan rozkawałkowania świadomości]

Rano obrazy: niebywale wysokie drzewo sięgające nieba, jak topola. Jest decyzja, aby je ściąć i widzę, jak spadają jego gałęzie w dół i wysokość się zmniejsza, choć nie mam pojęcia, kto albo, co to robi. Myślę, że może ścinają je ludzie z helikopterów, choć nie widać żadnych pojazdów na czystym niebie. Drzewo zostało obniżone mniej więcej do połowy, w dole, wokół niego widać domy i drogi jakiejś małej miejscowości. Przyglądając się jednak lepiej dostrzegam ze zdziwieniem, że wysokość wcale się nie zmniejszyła i to, że zostało ścięte to tylko złudzenie dla krótkowidzów. Owszem, zostało dokładnie ogołocone z liści, w pewnym miejscu, ok. połowy sterczy tylko sam pień. To jakby drzewo w połowie widzialne i w połowie niewidzialne i to cud, jakie ono jest i że w ogóle jest. Górna połowa jak gdyby wyłania się wprost z nieba;

Noc, widzę zarys wysokiej czarnej wieży z wąskimi, wysokimi okienkami. Na niebie błyska się groźnie [wizja kryształowego Wiru];

Dwóch braci, jeden mniejszy, drugi to prawdziwy siłacz, obejmuje tego mniejszego od strony pleców ciepłym, opiekuńczym gestem i obaj tworzą zwartą, dwuosobową całość.

Po południu sen wizyjny: Ojciec zauważył coś w moim gardle i nagle chwycił to palcami. To taki mały, czarny robaczek, przyklejona do wnętrza podniebienia glistka, rodzaj pijawki. Otworzyłam szerzej usta, aby mu ułatwić oderwanie stworka, choć wiedziałam, że będzie boleć. I na tym się obudziłam.

26 maja 2000. Zasypiałam, martwiąc się o stan zdrowia mamy i modląc o pomoc. W moim splocie słonecznym szalał stres, odbierany telepatycznie, ściskanie, trema, przejęcie. W końcu trzy razy pod rząd wyrwał mnie ze snu realistyczny sen o tym, że mimo nocy dzwoni telefon w kuchni i muszę biec odebrać.
Mama mimo dobrych wyników wygląda źle, błyszczące oczy, zaczerwienione wargi, chudość. Wymiotuje. Robię jej zabiegi energetyzujące, w jej splocie słonecznym coś dziwnie pulsuje.

Jakiś czas później. W czasie, gdy – po raz pierwszy od prawie tygodnia, który upłynął od momentu otrzymania wiadomości o śmiertelnej chorobie mamy – zdołałam wreszcie na kilka godzin zasnąć. Weszłam świadomie w świat snu.

Spotkałam tam dwie istoty: piękną, młodą kobietę Julię i jej nieco starszego przyjaciela, ubranego w czarny garnitur. Pokazali mi najważniejsze problemy mojego dotychczasowego życia. Julia wyraziła wielkie współczucie, gdy zatrzymałam się po drodze, aby koniecznie odnaleźć jeden z pantofli, który wpadł mi do śmietnika, a potem – ponieważ czas naglił – ruszyłam przez miasto w jednym bucie, nie zważając na śmiech otoczenia. Zwrócili uwagę na siłę, którą już w sobie odkryłam i gdy podniosłam obie ręce do góry w geście błogosławieństwa, wyleciały mi z dłoni chmury kolorowych liter i cyfr, sprawiając wrażenie cudu, rodzącego się jedynie siłą woli. Następnie wyjaśnili mi, że eony lat temu, na Ziemi utworzyła się gigantyczna kula plazmy, która w wyniku walk ewolucyjnych w Grach nazwanych Żółwiem i Rybą, oderwała się od planety i poszybowała w kosmos. Stamtąd oddziałuje na ludzkość, bombardując świat pociskami, sprowadzającymi nieuleczalne choroby, zarazy, depresje, nieszczęścia, zło. Ściągane są na Ziemię siłą negatywnych przekonań, które tworzą coś w rodzaju zasysającego leja. Otóż mój dom (w wyniku starej klątwy karmicznej) długo był pod obstrzałem tej energii, a to, co mogło spaść na moich bliskich, przechwytywałam i brałam na siebie. Wiedząc, że należy zrobić wszystko, aby zneutralizować złe moce kuli.

Od tego snu zaczęłam wychodzić z kryzysu, mimo że długo jeszcze w moim życiu trwał zastój i osamotnienie.

Cdn.

Reklamy

Wspólne śnienie: Źródło obfitości

Tak naprawdę niniejszy wpis miał być poświęcony mojej poprzedniej inkarnacji, a nie temu, co widnieje w jego tytule. Jednak drogi snów bywają meandryczne i potrafią zaskakiwać świadomość. Sami się przekonacie.
Postanowiłam dać tutaj dłuższą opowieść o tym, w jaki sposób przypomniało mi się i jak je odkryłam w realu – moje inne wcielenie. Dlatego najpierw zdecydowałam się zadać śnieniu istotne pytanie, aby otrzymać odpowiedź utwierdzającą moją pewność siebie w tym temacie. Oto, co z tego wynikło.

Położyłam się wcześnie, ale wewnętrzne rozedrganie wzrastało, zamiast się uciszać. I wszystko było pomieszane. Mimo tego hałasu telepatycznego (cisza przedwyborcza!) poprosiłam czachulca, mego ibbura o temat, który sobie wcześniej wymyśliłam: Czym/kim dla mnie jest Aleksander S. Co nas łączy? Dlaczego i po co przyczepił się do mnie na tak długo?

Zasnęłam. Ze snu zapamiętałam strugę rzeczną płynącą z prawa na lewo, przegrodzoną śluzą. Staliśmy na śluzie i wypatrywaliśmy ryb w wodzie, sprawdzając przy okazji jej czystość. Śluza zwężała przepływ wody do szerokości 2/3, 1/3 albo całkowicie. O, są! Krzyknęłam pokazując jakieś nieliczne kształty pływające w wodzie po lewej stronie śluzy, ale mój niewyraźny towarzysz nie był zadowolony z ich ilości. Przeszliśmy na drugą prawą stronę, a tam zgromadziła się już spora ławica, próbując przepłynąć przez zwężony teraz do 1/3 otwór przegrody. Ucieszyło mnie to. Zależało mi na tym. Wróciliśmy na drugą stronę śluzy, tutaj z otworu wydostawały się jakby przemielone/pomniejszone/rozdrobnione rybki, które przed śluzą były całkiem spore. Było widać ich wielką ilość, ale były tak małe, że tworzyły jakby na pół bezwolną i bezkształtną raczej czarną i zwartą masę w wodzie. Poczułam rozczarowanie.

[Rozpoznałam strumień świadomości przedzielony granicą z czymś podobnym do koła karmicznego, co było małe, niejasne i ciemne.]
Ten sen jakoś wcale nie wydał mi się odpowiedzią na zadane pytanie.

Komentarz JB: Zator wodny minusowo naśladuje granice 5/6 i 8/9. Mielenie ryb to pomniejszanie ich gabarytów, mikropsja. Śluza zatem naśladuje pracę Kryształowego Wiru w sposób odwrotny czyli minusowy.

W dzień wyciągnęłam karty Tarota, aby zrozumieć ów sen. Odpowiedź jednak najwyraźniej dotyczyła pytania, które przedtem zadałam, a nie snu!

Karta snu, wybrana świadomie: 8 Kielichów (jasnowidzenie na odległość przez czas i przestrzeń, kanał świadomości)
Powód snu z przeszłości: 5 Mieczy [Była śmierć przez ugryzienie, niezabliźniona rana]
Sprawa, której dotyczy sen: X. Koło Fortuny [czyli koło karmy, intencja dotyczyła reinkarnacji]
Przesłanie snu: XX. Sąd [odrodzenie w nowej postaci, karta przedstawia człowieka wynurzającego się z grobu]
Jak zareagować na sen: VIII. Moc [zintegrować tamtą osobowość, nie odrzucać]

Dostałam jasną odpowiedź, tak, byłam kiedyś Aleksandrem i nie jest to postać, której pamięć została karmicznie dopisana z linii mojego rodu obecnego. Żadne Niemowy/Pająki nie wpisały mi jej także sztucznie, aby skrzywić moje myślenie o sobie i drodze duchowej. Moja obecna tożsamość jest oczywiście kimś innym, ale ma z nią powiązanie kontynuacji i odczucie przynależności. Jednak tej odpowiedzi nie umiałabym wysnuć ze snu o śluzie na strudze. Jak się okazało karty odpowiedziały w zadanym temacie snu z kolejnej nocy! A sen o minusowym przejściu granicznym jeszcze się rozwinie w nowy i niespodziewany dla mnie sposób.

Kolejnego wieczoru zaproponowałam Pawłowi Z. współ-śnienie w moim temacie. Który mu zdradzę później.
Przed snem wysłałam prośbę do czachulca o wyjaśnienie mi, kim naprawdę był/jest dla mnie Aleksander S. W sposób dla mnie czytelny i zrozumiały.
Ponieważ sen długo nie przychodził myśli zaczęły nawiązywać do różnych innych snów, co rusz je porządkowałam i zadawałam znowu pytanie, które w ten sposób stało się bardziej wielorakie: do czego służy ta druga osobowość i czy istnieje jakiś specjalny powód jej manifestacji? Co z tym mam zrobić?
W pewnej chwili przed zaśnięciem poczułam link z Pawłem.
W końcu zasnęłam i od razu było niezwykle.

Wpadłam w silny trans.
Ukazał mi się Aleksander, najpierw jego twarz, zauważyłam, że wygląda dziwnie, ma dwoje różnych oczu. W pierwszej chwili zidentyfikowałam jedno, prawe jako moje, a drugie jego. Ale zaraz było to jedno ludzkie oko, a drugie całe czarne, większe, „kosmiczne”. [rozumiem, że jesteśmy oboje częściami wyższej istoty]. Potem leżał na wąskim łóżku w swoim pokoju, odwrócony do mojego wzroku plecami, spał nieporuszenie. Wokół niego snuły się jakieś cienie, dwa, może trzy, jeden największy, lgnęły do niego. Może jednym z nich jestem ja teraz? – przemknęło mi przez myśl i zawołałam: Aleksandrze! Ani drgnął, może miał teraz koszmary, jak mi się śniło o tym kiedyś. Tak jakbyśmy kontaktowali się ze sobą poprzez czas, pomimo czasu, oboje w swoich aktualnych liniach życia.

Komentarz JB: Co do posiadania wcieleń, dawnych i przyszłych, to nie my mamy takowe, a nasza Dusza 7. Jednak dla niej one wszystkie są jednoczesne, jako aspekty, jak korzenie Drzewa Życia. My możemy sobie to nazywać jak chcemy – jako nasze, w porządku czasowym, ale to tylko figura retoryczna.
Tak, to jest dla mnie oczywiste i zrozumiałe od dawna.

I teraz uwaga, zaczęło się coś, co niosło wielką inspirację. I raczej nie dotyczyło już zadanego pytania. Być może do tej podróży nakłonił mnie rodzaj transu, zsynchronizowanych obu półkul mózgu (Aleksander byłby wtedy tą drugą, Jang). Tej nocy, dodam, Księżyc miał randkę z Neptunem w znaku Ryb, a to była mocna energia startowa.

niecka

Dalszy sen: Z tego transu wyszłam na jakąś przestrzeń, nie zmieniając stanu świadomości. Spotkałam tam Pawła Z. To był parking przed dużym starym halowym budynkiem na poły przemysłowym [podpowiedź odnośnie tematyki: przemysł to technologia i metoda, w jakiej dziedzinie odkryję to później], spotkanie odbyło się w jakimś samochodzie, pewnie jego [w ciele subtelnym].
Rozpoznaliśmy się i Paweł z uśmiechem zaprosił mnie do biura firmy, w której pracował, mieściła się w owym budynku nieopodal. Na korytarzu spotkałam dziewczynę Pawła. Sympatyczna, rozluźniona. Ponieważ trzeba było na kogoś poczekać ćwiczyłyśmy poruszanie się siłą umysłu, chciałam na rozkaz przepłynąć ponad podłogą tego długiego korytarza do przeciwległych drzwi, ale nie udało się ani mnie, ani jej. Trzeba było podejść zwyczajnie na nogach [samodzielne próby wpłynięcia na poziom świadomości, a z tego na bieg rzeczywistości i osiąganie celów nie mają stosownej mocy]. Nagle pojawił się Paweł [dziewczyna znikła, czyli występował w swojej wersji Jang i In na przemian, a najprawdopodobniej ubrał się w niego/nią „mój” Hermafrodyta] i zaprosił mnie do wnętrza biura.
Podał mi jakąś książeczkę w czerwonej płóciennej okładce, starą i wytartą. To miała być umowa z firmą do podpisania przeze mnie. Zajrzałam do środka, część wydrukowanego tekstu była całkowicie zatarta ze starości i nie do odczytania, ale pierwsza część książeczki była w lepszym stanie. „No, dobrze, zapoznam się” – zgodziłam się i to było równoznaczne ze złożeniem podpisu i podjęciem się pracy dla firmy (miała coś wspólnego z wydawnictwem). [Przejście przez granicę 5/6 uwarunkowane cyrografem, coś za coś].

Wtedy wziął mnie na bok jakiś starszy (wiek 50-60) niewysoki mężczyzna. [Na drugi dzień, sprawdzając podpowiedzi ze snu w internecie odkryję, że był to Wallace D. Wattles, twórca pierwszych książek o źródle obfitości]. Zaprowadził do drugiego pokoju [przejście przez granicę 5/6]. Wnętrza były jak w mieszkaniach w starych kamienicach, wysokie pokoje i drewniane dwuskrzydłowe wysokie drzwi. Kiedy, stanąwszy pośrodku pokoju rozejrzałam się zauważyłam, że po lewej stronie na materacach położonych wprost na podłodze siedzą dwie staruszeczki w długich szatach. Wydawały się miłe, uśmiechnięte i nie zwracały na mnie uwagi. Nieco dalej, trochę za mną, w głębi, kiedy tam się odwróciłam po lewej u dołu zauważyłam jeszcze jedną, podobną. Wszystkie miały szaty w bladych błękitnawych kolorach. [Trzy Mojry, jedna przecinająca nić żywota w sferze piekielnej Ekranu snu]

Starszy pan przez chwilę o czymś gwarzył ze staruszkami, a potem podszedł do mnie i orzekł, że staję się zbyt zimna, trzeba coś z tym zrobić. „Rzeczywiście” – zauważyłam i poczułam lekki chłód w pokoju. Wiedząc, co to oznacza, [że tracę energię na rzecz minusowości] zaczęłam robić ćwiczenia gimnastyczne, wirując obiema wyprostowanymi na boki rękami i to mi szybko przywróciło ciepło, a nawet znaczne gorąco w dłoniach. Starszy pan uśmiechnął się z zadowoleniem. Potem działy się jakieś rzeczy, gdzieś byłam, coś zwiedzałam, obserwowałam z góry, wyższego piętra patrząc w dół, kilkumetrowego strażnika w ciemnoszarych dżinsach i koszuli, stojącego spokojnie i nie interesującego się mną, reszta umknęła mi z pamięci. [Pokazywano mi przestrzenie 6-8 i widziałam zapewne Kolosa/cień ludzkości w barwach poziomu 8.1].

Pojawił się znowu Paweł. Siedząc z mojej lewej pokazał mi mapę, wskazując wymownie palcem kolejno na trzy punkty na niej. Patrzył na mnie za każdym razem znacząco, jakby mówił: „Zapamiętaj położenie”. [I szło o zapamiętanie po obudzeniu ze snu].

Pierwszy punkt znajdował się na mapie Polski, w okolicy Świnoujścia, na Odrze, [lewa strona, stary teren Niemowów z 8 poziomu] wzięty ołówkiem w okrąg, drugi na przeciwległym krańcu wschodniego Pomorza, gdzieś przy granicy z Rosją [prawa strona, teren Czerwonych z małej karmy], też obwiedziony i też był tam jakiś zbiornik wodny, jezioro albo zatoka morska, to nie było wyraźne i się zmieniało, gdy patrzyłam. Trzeci zaś znajdował się aż za biegunem północnym, [na mapie kierunek północno-zachodni, punkt przekraczający biegun i znajdujący się na drugiej półkuli] gdzieś na zamarzniętej arktycznej wyspie podobnej do Grenlandii w pobliżu Ameryki, częściowo pokrytej większym od niej lądolodem. Była tam pośród lodów zatoka wzięta w kółeczko, a przy owej zatoce jakiś mniejszy zbiorniczek, nader ważny, do którego dojście i namiary do niego są trudne i zatajone. [Wszystkie punkty tworzyły istotny umowny trójkąt. Może orientacyjny].

Kiedy już wszystko zapamiętałam oczywiście udałam się w drogę do tego miejsca, zwanego miejscem obfitości, a może źródłem obfitości. Zabrali mnie wysocy żołnierze amerykańscy z oddziału lotniczego pełniący tam służbę ochronną. Mieli w sobie coś bladożółtego, może elementy mundurów i kolor samolotów [pobliże granicy 8/9]. Byli przyjaźni i mogłam robić, co zechcę. Łatwo odnalazłam zaznaczoną na mapie morską zatokę. Ograniczona betonowymi brzegami w kształcie prostokątnym miała wysokie brzegi schodzące w dół ukosem. W dole była niezamarznięta ciemnoniebieska [zło osobowe, minusowość] połyskliwa woda morska, trwająca prawie w bezruchu [niecka w wersji minusowej]. Wiedziałam, że to niebezpieczne, zostałam ostrzeżona, ale postanowiłam dostać się dalej, a to była jedyna droga. Zsunęłam się po skośnej ścianie brzegowej w dół, zamierając ze strachu. Bałam się całkowitego zatonięcia. Strażnicy patrzyli na to z góry i liczyłam w duchu, że mi pomogą, gdybym wpadła w większe tarapaty. Dostałam się do wody, ale ku swej uldze odkryłam, że woda jest tak gęsta, może od znacznej zawartości soli [jak w Morzu Martwym], a może z powodu niskiej temperatury, że nie zapadam się zbyt głęboko, najwyżej na wysokość pasa [do granicy 5/6 czyli w świecie dualizmu wartości]. Dało się chodzić w ten sposób przez wodę i oczywiście ruszyłam zaraz ku przeciwległemu brzegowi, wydostałam się bez problemu i odnalazłam owo jeziorko obfitości.

Był to maleńki, słodkowodny akwen z ciepłą jak na warunki klimatyczne Północy czystą przeźroczystą wodą, o naturalnych brzegach, w wydłużonym wrzecionowatym kształcie [Szczelina!]. Wyrastały z niego jakieś rośliny, kilka dużych grzybów o cienkich nóżkach i białych kapeluszach, podobnych do powiększonych rozmiarowo psylocybów, wznoszących się ponad taflą wody i wyległych na brzeg [symbol wizji i iluzyjnych światów]. Najpierw sprawdziłam głębokość i zawartość zbiorniczka długim cienkim kijem, czy nie mieszka w nim coś groźnego [bałam się ukrytego dinozaura], ale odezwało się i poruszyło tylko kilka maleńkich i łagodnych żyjątek. Przechodząc jego wąskim lewym dłuższym brzegiem koło kapeluszy grzybowych odsłoniłam je i zauważyłam, że pod spodem brzeg jest zasypany żółtymi ziarnami zbóż, brodziło się w nich [zachowane ziarna karmy dla odrodzenia życia, mnożenie błogosławieństw, realizowanie wizji w światach karmicznych]. Pamiętałam, to mi powiedziano wcześniej wśród lotników, że kto się zdoła w tym żywym źródle zanurzyć i napić z niego nigdy nie zazna biedy i głodu. W jego życiu będzie zawsze manifestowała się obfitość rzeczy potrzebnych do pomyślnego istnienia. To było dla mnie ważne, bo – jak mi powiedziano też – szykowano się na bliskie nadejście okresu wymierania, gdy większość żyjących ziemskich istot zazna ogromnych braków, głodu i niepokojów.

Kiedy zaczęłam wracać usłyszałam oceny, nie wiem kogo, było to kilka niewyraźnych osób [inne aspekty mojej duszy], że wyglądam bardzo młodo. Bo byłam dotąd dwudziestokilkuletnim (21-22) chłopakiem, a wyglądałam teraz na 17 albo nawet 16 lat. Miałam myśl, że to moje przyszłe wcielenie i przez nie śniłam.

Komentarz JB: Te sny to bardzo sensowna konstatacja. Źródło obfitości oczywiście dotyczy bytów samoświadomych w małej karmie, więc musi się znajdować po minusowo urojonej stronie. W urojeniowości plusowej, czyli zmysłowo namacalnej przecież takiego nie ma, no, może wyidealizowana Ameryka (wojska desantowe, spersonalizowane jako Aleksander ?). Źródło obfitości musi zatem być otoczone ową urojeniową minusowością. Samo jest tak silne, że nawet w minusowości potrafi zneutralizować lokalnie tę minusowość. To po prostu minusowa kopia Szczeliny 8-12. Badałem kiedyś podobną kwestię, czy poprzez minusowość da się dotrzeć do Nieprzejawienia 8-12. Da się. Z powrotem również.

Na drugi dzień Paweł opisał mi swoje sny z tej nocy:

PZ: Głos śnienia mi powiedział: „śni, że nie jest zadowolona z ziemskiej pracy”… [Po analizie znaczeń i odkryciach tematów sugerowanych przez sen, w dzień na jawie, owszem tak]

Potem sen jest o moście, który miał 560/590 metrów, nie został dalej skończony. [Granica 5/6 przekroczona po to, aby wyjść przez Nicość 8/9, poprzednie życie zostało nagle przerwane]. Cały szkielet stał, ale nie było drogi. Drugi most mniejszy o parę metrów był już gotowy, ale ten wcześniejszy dłuższy nie. [Jak moje obecne i poprzednie wcielenie. Tamto życie, działające z o wiele większym rozmachem nagle przerwane nie osiągnęło swych zamierzeń – ES]. Więc nie można było się poruszać tą drogą. [Aleksander nie mógł wyjść z Przejawienia, nie zakończywszy swojej pracy – ES] We śnie na kogoś krzyczałem, że to miało być już gotowe, budowlańcy oszukują i nie pracują należycie. [Przypomina to nastroje i sytuację z końca życia Aleksandra – ES]

Komentarz JB: Zator wodny [z poprzedniego snu] i most niedokończony to granica pomiędzy Źródłem obfitości, a urojeniową minusowością. Tu również [oba mosty] minusowo naśladują granice 5/6 i 8/9.

PZ: Jestem fotografem na urodzinach. Tzn. urodziny się skończyły, dziewczyna wyciąga umowę, pisze na niej 1790 zł, [moje poprzednie życie zaczęło się w 1773 roku, więc poniekąd blisko. Cyfry mówią o zasięgu ciało-dusza-duch, aż do strefy Nicości – ES], ja tak patrzę na DJ [byt nadrzędny] zdziwiony, że tak dużo za urodziny bierzemy. Przecież to nie wesele. I cena zmienia się na 2790 [pokazuje się wyższa prawdziwa ale ukryta wartość, przy czym 1 zamienia się 2, czyli coś niewidzialnego/nieznacznego ją podbija – ES], aż w końcu zostaje 1790. Myślę sobie, gdybym wiedział, że za tyle to zlecenie mamy, to bym się bardziej postarał.

We śnie pojawił się tekst „fale loki koki”- w sąsiedniej miejscowości fryzjer ma taki napis. [fala spirala/zakręt i wiązka – to się tyczy energii świadomości i sposobów jej przejawiania się – ES]

Jeszcze jeden sen miałem o zatkanej ubikacji, wydalaniu kału. Woda się cofała. Wybijało szambo. Wydaliłem stolec z krwią. I tak jakby kilka osób naraz się załatwiało do jednej muszli. [Poprzednia śmierć była nagła i bolesna, Aleksander nie zdążył pozbyć się żalu za utraconymi szansami i pewnie to sprawiło, że towarzyszy mi w tym kolejnym życiu z całym zespołem swojej pamięci i cech – ES].

Paweł przejął się owym źródłem obfitości i postanowił do niego dotrzeć we śnie kolejnej nocy. Oto, co mu się przytrafiło.

PZ: Chcę się udać do źródła obfitości. Proszę o pomoc duszę, Wyższą Jaźń i zaprzyjaźnione wyższe istoty (w tym zaprzyjaźnionego Dewę).

1. Układam zmarłego (we śnie) ojca do trumny. Podmywałem mu twarz i brodę, którą miał dość długą i ciemną [w rzeczywistości nie ma brody]. Regulowałem mu nieco brwi. [Przygotowania do kontaktu z Nieprzejawieniem i synchronizacji świadomości, aby dotrzeć, jak najwyżej]

2. Moi rodzice wracają z Czech na lotnisko wraz z moją siostrą. Moja mama ma lecieć pierwszy raz samolotem [kierunek granica 8/9] i jest nieco zdenerwowana. Jest straszny korek, wszyscy w ogóle jadą w drugą stronę, jakby wracali z Czech. Ja z grupą znajomych udaję się w przeciwną stronę. Przedzieramy się przez tłum na parkingu lotniska. Wsiadam do jakiegoś samochodu i udaję się w stronę Czech [kraj symbolizujący minusową strefę].
Mam wspomnienia że trochę poobijaliśmy się tym samochodem o inne, mknące w przeciwną stronę samochody. [Strefa dualizmu. Przeszkody na drodze i spowolnienie jazdy oznaczają, że trzeba więcej czasu, aby się dostroić i uzyskać żądane informacje we śnie]

3. Jestem w klubie jako fotograf. Wróciliśmy z wakacji i wywołuję (drukuję) wykonane zdjęcia. Jak się okazało na zdjęciach, byliśmy gdzieś nad morzem. Robiłem tam zdjęcia kolegom i koleżankom, którzy byli częściowo zanurzeni w wodzie. Leżeli na plaży mając połowę ciała w wodzie. Zdjęcia te były posypane jakby złotym brokatem. Na koniec zorientowałem się że wśród tych zdjęć miałem jeszcze całkiem inne, nie tylko z tych wakacji. Niektóre nieostre i zastanawiałem się dlaczego je wszystkie wywołałem. [Cel podróży, być może osiągnięty, został zamazany w pamięci. Wywoływanie zdjęć to przypominanie sobie]

Nieusatysfakcjonowany senną podróżą Paweł ponowił temat kolejnej nocy.

PZ: Chcę kontynuować podróż do źródła obfitości i się w nim zanurzyć i napić się tej „wody”.

1. Śnię o siostrze, która we śnie mieszka w ogromnej willi w Hiszpanii, konkretnie na Majorce. Ma przepiękny ogród z bujnie rosnącymi palmami. Na podwórku biegają jej dzieci, jest szczęśliwa i zadowolona. Jej mąż dumny ze swojej pracy oprowadza mnie nieco speszony, bo zachwycam się tym pięknym domem i ogrodem. [Wyspa świadomości plusowa, ale Hiszpania jest obszarem minusowym rejonu 8/9 na mapie śnienia]
Okazuje się, że siostra wróciła z Polski tutaj do Hiszpanii. Chyba wtedy w poprzednim śnie, gdy wróciła z rodzicami z Czech na lotnisko.

2. Przechodzę przez plac, tzn. ktoś mnie prowadzi. Widzę, że na małej mównicy po prawej stronie ekranu śnienia stoi jakiś facet w smokingu i prowadzi wykład. Mówię we śnie: to pewnie będzie ten cały Wattles, o którym wspomniała Ewa. (W ogóle nie wiem kim jest Wattles – tyle tylko, co z relacji ze snu ES) Zapamiętałem jego wygląd i ON albo JAREK? albo ktoś jeszcze inny, pełniący funkcję przewodnika w tym śnie zaprowadził mnie w lewą stronę ekranu śnienia, gdzie znajdowały się przejścia chyba do różnych poziomów/wymiarów.
Wyglądało to, jak wielki słup wysokiego napięcia w kształcie krzyża. Znajdowaliśmy się na poziomej belce, tylko szczebel od samej góry. Chcę wejść na samą górę, ale napotykam niewidzialny opór/ścianę, której nie mogę przekroczyć. Przewodnik mówi mi, że muszę się rozdzielić na 2 części, by tam wejść. Więc jak gdyby nigdy nic, jakby to było jak oddychanie rozdzielam się na 2 osoby – męską i żeńską. I wchodzę na samą górę jako dwuczęściowe JA. To przejście najprawdopodobniej było 12 poziomem – tak to we śnie odbierałem.

3. Śnię o Androgynie – kobiecie z penisem.
Jak się okazało po wygóglowaniu nie był to W. D. Wattles, tylko to Charles F. Haanel!
Haanel jest twórcą systemu uniwersalnego klucza.

Końcówka tej serii snów Pawła bardzo mnie rozbawiła. Uświadomiła mi, że moja naturalna droga współpracy ze snem i odblokowywania energii prowadziła mnie tam, do źródła sama w sposób konsekwentny w długim odcinku czasu. Najpierw, kilka miesięcy wcześniej wraz z odpowiednio wysokim transem zamanifestowała się energia błogosławieństwa, którą zademonstrował mi mój wyższy aspekt pod postacią znanego kołcza. Potem androgyniczny cień, który we mnie wniknął, następnie unia z ujawniającym się stopniowo Hermafodytą, a teraz źródło obfitości! Wszystkie te śnione przypadki zachodziły ze sporymi przerwami w czasie. Również nie miałam pojęcia czym właściwie jest źródło obfitości, kojarzyłam je z baśniami o wodzie życia, a z całego wielkiego ruchu pozytywnego myślenia z przełomu XIX i XX wieku w Stanach Zjednoczonych czytałam dawno temu jedynie książkę Murphy`ego.
Hm, teraz – ponieważ jestem przekonana, że sen poprzedza jawę, przegrupowując psychikę, oczekuję, że cośkolwiek z tego zaznam w rzeczywistości. Bo inaczej po co śnić?

*

Dla chcących poznać zasady śnienia progresywnego, śnienia wspólnego i podstawowe choćby symbole możliwe do odczytania z takich snów polecam Glosariusz, czyli prościej mówiąc „Sennik Jarosława Bzomy”, którego zostałam skromną redaktorką.

Sny wiedzy

1.
Wokół trwa kosmiczna, przepastna noc, ciemność nieskończona, przetykana gdzieniegdzie maleńkimi iskierkami gwiazd. Mroczna otchłań rządzona przez prastare nad-inteligentne istoty, skazane na nieuchronne zniszczenie w chwili końca wszechświata. Pozbawione jakiejkolwiek nadziei, radości, ponure i złe rządzą uniwersum aż po jego kres. Dalej ich władza nie sięga. Idziemy na spotkanie z nimi, dokładnie określonymi szykami, liczba za liczbą. Odważni straceńcy, ginący szeregami po to, aby świat ludzki mógł dotrwać do Wielkiej Chwili i otworzyć oczy, gdy odwieczna noc pierzchnie. Była nas określona liczba, jak 144 tysiące oznakowanych. Przejmujące odczucie bezwzględnie dołującego smutku w kontakcie z Panami Mroku, obudziło mnie.

2.
Należę do tajemnego ugrupowania, jako jedna z mnóstwa jego szeregowych członków. Na anonimowej tablicy ogłoszeń wielu z nas prezentuje swoje obliczenia i analizy wróżebnych odpowiedzi Księgi I-Cing, omawiając orzeczenia tak, aby zapowiadane przez nie wypadki, wywołujące konieczną przemianę nie były już potrzebne. Niestety, każda przepowiednia zawsze realizuje się całkowicie i literalnie, bez wyjątku. Ten brak postępów źle wróży na przyszłość. Może nie udać się plan storpedowania zapowiedzianego niszczącego końca ery uzyskaniem odpowiednio wysokiego poziomu zbiorowej świadomości.
Linie zmienne z obliczonych starannie na początku ery heksagramów dla poszczególnych odcinków czasów symbolizują piętra świadomości, na których byli ci, którzy prowadzili całe ugrupowanie w czasie. Po kolei wraz z mijającymi okresami i wiodącymi wróżbami zmieniali się także nasi tajemni szefowie. Zaczynamy w końcu rozmawiać między sobą w grupach jednego poziomu, wymieniając się spostrzeżeniami i zaniepokojeniem. Szef powinien być ogarnięty najwyższym światłem i według niego prowadzić stowarzyszenie. Tymczasem za każdym razem, krótko po zmianie przywódcy zagarniała go ciemność. Wyłaniała się ze studni Czeluści istota z głową gwiazdy włochatej, o piekielnej twarzy i straszliwym wyrazie oczu i pożerała go.

  • Co robimy? – pada dramatyczne pytanie.
  • Walczymy dalej, walczymy do końca – nasza odpowiedź jest zgodna i w skupieniu rozchodzimy się każde do swych prac i zadań.

nephilim-giant-sumerian-anunnaki

3.
W grupie specjalistów trwają dociekania lingwistyczne nad zestawieniem różnych informacji wyciągniętych z kilku starożytnych tekstów hebrajskich, częściowo biblijnych, częściowo talmudycznych, odrzuconych apokryfów, glinianych tablic i rytych w kamieniu napisów dawnych bliskowschodnich kultur. Wracamy do przechowanych w archiwach prywatnych i na uczelniach, zapisów i notatek robionych przez nieżyjących już archeologów i poszukiwaczy źródeł. Śnię jednym z badaczy. Odkrywamy wreszcie, składając ze sobą różne podania i wersety, pewne tajemnice ukryte pod nazwami olbrzymów i mitycznych postaci. Ujawnia się nam nie tylko historia pojawienia się dziwnych nad-istot w dziejach żydostwa, ale i ich starannego ukrycia w kanonicznych pismach świętych. Znajdujemy zaszyfrowane nazwy miejsc i starożytne ośrodki ich kultu i przekazu w czasie. To były ponure i bezbożne istoty, budzące niezrozumiałą grozę. Miały jakiś swój interes w uzależnieniu od siebie ludzi rządzących, a poprzez nich reszty. Osób świadomych owego kultu i zachodzących kontaktów było w dziejach bardzo niewiele. Pisma zostały dawno temu tak zamaskowane, że trudno jest odróżnić kult owych istot od czci oddawanej bogom pogańskim, także od przekazu o Bogu i od Boga. Ujawnia się oto przed nami starannie zakryta w starożytności droga do Przybyszy, straszliwych Innych. Oni nadal istnieją, w konkretnych miejscach, ale ukryci. Czekają.

4.
Stoję w kościele, pośród zgromadzonych licznie ludzi. Moją matką jest wysoka, bogata kobieta, darzona tutaj dużym szacunkiem. Przedstawia właśnie wszystkim swego przyjaciela, żydowskiego rabbiego. Przyprowadziła go po to, aby mógł nas pouczyć. Z pewnym zaskoczeniem bąkam, stojąc z boku, że doszły mnie słuchy, iż ci rabini, wtajemniczeni w kwestię klątw dziedziczą klucz do mocy dzięki pokrewieństwu, gdyż należą do starożytnego rodu ludzi jednej krwi. Matka lekceważy moją uwagę, macha dłonią stwierdzając, że „to tylko głupia plotka”.
Stary rabbi demonstruje przed zgromadzeniem magiczny wisiorek. Na splecionych ze sobą pracowicie sznureczkach wisi symbol przypominający tarotowe słońce, uśmiechnięte i promieniste. Aby uruchomić energie – objaśnia uczony starzec – podciąga się do góry specjalną koszulkę, która odkrywa drugą ciemną stronę znaku. Słońce jest tam straszliwie wykrzywione i ciska pioruny.
Słuchacze rabbiego nie chcą słyszeć o używaniu w ten sposób amuletu. Nie podciągają koszulki i błogosławią jedynie jasną stroną, drugą pozostawiając w nieświadomości. Rabbi, po kilku próbach przekonania ich do pierwotnej metody zaklinania, nagle wpada w szał. Ściąga koszulkę ze słońca. Gwałtowny ruch rozrywa sznurki, kryształowy amulet upada na posadzkę roztrzaskując się na kawałki. Rabbi krzyczy z rozpaczą i w wielkim wzburzeniu, głos mu drży i załamuje się:
– Niechaj przyjdzie przekleństwo i zło, które wywołaliście swoim tępym uporem. Prawda i Wiedza nie ima się waszych umysłów i serc, więc doznacie kary, która spada na tego, kto nie chce ich znać! Przeklinam was! Oby to stało się dla was nauką, jeśli nie chcieliście uwierzyć w moje słowa!

Obudziła mnie fala szalonego gniewu.

5.
Rozmawiam z Rosjanką. Wysoka, długowłosa, w długiej sukni i czepcu na głowie. Opowiada mi szczegółowo i z powagą to, co jest już wiadome w grupie wtajemniczonych rosyjskich wiedunów. Otóż przyszłość uległa sporemu skróceniu, z powodu przyspieszenia rozwoju zbiorowej świadomości. Z możliwych początkowo 155 lat (rozumiem, że trzeciego milenium naszej ery) całe przeznaczenie ma wypełnić się do 95 roku.
Pytam o Polskę.
– Ach, Polacy – uśmiecha się tak, jakby coś mało ważnego właśnie sobie przypomniała. – Tak, odegracie pewną rolę w latach 30. i 40.tych…

dzieci o czarnych oczach

6.
Śnię młode pokolenie. Zaatakowane przez ryby. Dziwne ryby, drapieżne. Odkryliśmy, że Ziemię dawno temu namierzyła rasa Rybonów. To istoty, które były skazane w Planie Boskiej Ewolucji na całkowitą przegraną, od nich – ryb – jak od dna odbiły się istoty niebiańskie próbujące rozwoju w materii. Teraz odbywa się skryta manipulacja. Rybony stworzyły własne nośniki cielesne w wodach i zaczyna to być widoczne. Mało tego, w pewnym momencie w skafandrach ludzkich pojawiły się wśród ludzi. Rozpoznaję jednego po obcym spojrzeniu wielkich czarnych oczu bez białek. Postanowiły odwrócić rozwój w swoją stronę, one na szczycie drabiny ewolucji.

7.
Widzę okiem Molocha ludzi, którzy mu służą i są jego pokarmem. Zamieniają się w cyborgi, nie wiedząc o tym. Mogliby dowiedzieć się jedynie wtłoczeni przemocą w przyrodę, a tego nigdy nie uczynią. Na jej tle czują się dziwnie nieswojo i przybierają miny i pozy, których ludzie-ludzie nie pojmują. Budują sobie para-naturę, starannie zabetonowane chodniki i podwórka, malowane parkany, strzyżone trawniki, zdalnie otwierane garaże, szyfrowe zamki w drzwiach. Zza nich nie muszą widzieć tego, co jest istotą życia, planety, Ziemi. Lecz mając władzę nad komunikacją medialną głoszą wyższość wygodnego i sterylnego cyborżańskiego świata nad ludzkim. Są opakowaniami dla rasy Panów, która szykuje się do ostatniej ekspansji w ziemski wymiar. Na szczęście owa rasa nie cierpi zapachów wsi i przyrody, więc kto żyw w swoim ciele i sercu, a nie bojący się zwyczajnych ludziom odorów, dla dobra własnego i swych dzieci ucieka ze sztucznego świata. Jeszcze jest trochę czasu.

8.
Czytam powieść fantastyczną w maszynopisie. Tekst wygląda dwojako, część opisuje regularną czcionką stan jawy, druga pisana italikiem dotyczy akcji dziejącej się we śnie. Autor jest znawcą techniki świadomego śnienia. Opisał sposoby unieszkodliwiania skutków ataków koszmarnych istot, wynurzających się co rusz z różnych pod-, nad- i bocznych światów. Ch`th`ummy unieszkodliwił odcinając je od przyszłości i od przeszłości. Jest tego mnóstwo, każda przygoda koszmarniejsza od drugiej. Powieść może służyć jako podręcznik dla świadomych spaczy i treningów stanów oobe. Bieg spraw jest jednak taki, że ów mistrz sennego karate im więcej koszmarów zlikwidował, tym bardziej koszmarniał na jawie, zamieniając się ostatecznie w potwora w ludzkiej skórze.

9.
Przebywam od niedawna w Londynie i wszystko mnie tu wzrusza. Właśnie zmarła królowa-matka i trwają przygotowania do uroczystości pogrzebowych. Książę Karol jeszcze się nie pokazał publicznie, ale pod kościołem zbierają się już tłumy. Dotarłam tam z dzielnicy pełnej Polaków, autobusem, w którym puszczano żałobną muzykę, zachwycona, że mogę brać bezpośredni udział w tym światowym wydarzeniu. Wśród gapiów mają swoje stragany handlujący różnymi pamiątkami, przystaję przy sprzedających zabawki. Moi londyńscy znajomi dorobili się już dwóch córeczek i wypada im kupić jakiś prezent. Nadarza się okazja, rozkładana skrzyneczka pełna drewnianych klocków. Wszystko kosztuje raptem 41 (złotych?), więc szybko się decyduję.
Zajęta kupowaniem zgubiłam moją towarzyszkę, z którą się tam wybrałam. Mamy spotkać się w umówionym punkcie miasta, więc zabrawszy ze sobą zakup idę jej szukać. Błądząc trafiam w jakąś boczną uliczkę, gdzie mój wzrok nabiera ostrości, a barwy rzeczywistości stają się wyraźne i mocne. Spotykam tam starego druida. Siedzi wprost na trawie przy ogromnym drzewie porośniętym zielono-szarym mchem. Pokazuje mi tajemny zapis na długim zwoju. Czytam w nim, że dokładnie za 2,1 roku od tego wydarzenia (czyli pogrzebu królowej) zajdą w Anglii straszne i ponure wypadki. Ludzie zaatakują jeden drugiego, a najbardziej zagrożone będą dzieci, skazane na brutalną śmierć. Potrwa to 3,11 lat. Podczas lektury obserwuję kilkoro niedorozwiniętych dzieciaków ogryzających omszałą korę z drzewa, przy którym stanęłam.

10.
Pracuję w nowoczesnym wysokim oszklonym budynku giełdy, skąd z okien rozciąga się widok na wspaniały park zabudowany kolosalnymi płóciennymi górami. Wymalowano na nich barwne i egzotyczne sceny z epoki jurajskiej. Nagle w jednej chwili zrobiło się na niebie ciemno, nadciąga straszna nawałnica. Ogromny piorun uderza w jedną z gór, po czym burza prędko się kończy. Zbiegamy się do okien, my pracownicy, bo widok zdaje się przerażający i dziwny zarazem. Jak gdyby ożywiony piorunem poruszył się namalowany na tle góry ogromny dinozaur i rusza na miasto! Na szczęście koniec burzy unieruchomił go wpół ruchu. Ktoś podszedł do tej gigantycznej maszyny i zaczyna ją ustawiać na miejscu.
– Mogło być naprawdę źle – słyszę z boku.
– Skąd! Może z innym, ale nie z Grzybem. On należy do Billa Gatesa… – odpowiada na to ktoś drugi.

Ten sen poprzedził sławetny krach na giełdzie nowojorskiej w 2008 roku.

11.
Obudził mnie w nocy strzał gdzieś w lesie. Polowanie? Rozglądam się po okolicy panoramicznym okiem. Strzał po chwili powtórzył się i ze zdumieniem stwierdzam, że musi to być wyrzutnia rakietowa. Huknęło, pocisk poleciał skądś z zagranicznych wschodnich terenów ku zachodowi i upadł daleko w lesie. Chwilę później rozlega się następny strzał. Tym razem trajektoria nieco się zmieniła, ku mojej wsi.
I kolejny huk, tym razem rakieta rusza dokładnie w moją stroną, w naszą pograniczną wieś i dokładnie dom. Zrywam się z łóżka z okrzykiem: Padnij! i jednocześnie pocisk trzaska mi nad głową. Wrażenie tak rzeczywiste, iż uświadamiam sobie, że to sen dopiero, gdy widzę obywatela Johna Smitha z amerykańskiego filmu, jako niezależnego dziennikarza, ewakuowanego na linie do góry przez śmigłowiec z dymiącego zniszczeniami miasta.

Dziwny, bo jakby świadomy traf chciał, że gdy przed świtem zapisywałam treść tego snu nagle rozległ się wielki huk. Niespodziewany grzmot burzy idącej od wschodu. Chwilę później następny. Trzeci grzmot zastał mnie już w łóżku. I na tym wszystko umilkło, bez kropli deszczu.
Tak to na kilka lat wcześniej zapowiedział się konflikt rosyjsko-ukraiński i aneksja Krymu.

A kiedy zasnęłam śniłam o sztucznie zaszczepionej zarazie dziesiątkującej ludzi z wielkich i mniejszych miast Europy.

11.
Młodzi kupili małe mieszkanie, urządzili się, po latach kupili większe, przeprowadzają się. Złożyła im wizytę matka. Stara się im pomóc, na tyle, ile potrafi, rozpala pod blachą ogień. Drzwiczki piecyka są pęknięte, cegły w rozsypce, ale ogień jeszcze jara się niezgorzej. Napełniając całe mieszkanko przytulnym ciepłem. Duch uniósł mnie i usłyszałam jego komentarz:
– Świat będzie się rozwijał jeszcze do 2030 roku. Na trzy lata wcześniej, w 2027 zaczną się kłopoty, by narosnąć i uderzyć ogromną epidemią, która łatwo się nie skończy. Cywilizacja już się z tego nie podźwignie. Wszystko się zmieni.

12.
Posiadam rasową krowę i stado kóz. W chacie mieszka kilkoro młodych ludzi. Dwaj młodzieńcy, dwie dziewczyny i ja, samotna właścicielka. Proponuję im układ.
– Dam wam do dyspozycji dom, gospodarstwo i możliwość utrzymywania się za codzienną pracę. Każde z was musi każdego dnia wykonać określone obowiązki. Oprócz tego dostanie możliwość rozwijania jakichś hobbystycznych zainteresowań. Ktoś może prowadzić pracownię fotograficzną, ktoś tkacką, ktoś garncarską, bo takie sprzęty są w domu. Zarobki z robienia serów kozio-krowich i innych przetworów pójdą do wspólnej kasy, z której opłacać się będzie dom, żywność, karmę dla zwierząt, media, podatki i ubezpieczenia. Zajęcia hobbystyczne mogą być źródłem indywidualnych zarobków przeznaczanych na inne przyjemności, typu kino, teatr, książki, wypady do miasta.
Młodzi słuchają mnie w milczeniu. Z jednej strony propozycja wydaje się im kusząca, ale z drugiej wahają się.
– I co wy na to? Proponuję wam dach nad głową i utrzymanie. Ja sama rodziny nie mam i już nie założę, więc to propozycja na lata albo do końca życia.
Jeden z chłopców ma w planie pójść do technikum zaocznego, pięcioletniego i choć propozycja bardzo mu się podoba, jest w rozterce. Mówię łagodnie:
– Przemyśl to. Do czego przydać ci się może wiedza ze specjalistycznego technikum za pięć lat, gdy w 27 roku ma wybuchnąć w całej Europie wielka zaraza bydła i ludzi i nie wiadomo, czy w ogóle przeżyjemy. Mamy większą szansę na wsi, dbając o podstawy życia, niż w mieście, zajmując się cywilizacyjnymi udogodnieniami, które zawalą się bardzo szybko.

13.
Wysiadam z pociągu. W którymś mieście zachodniej Europy, w przyszłości. Miasto zdaje się zupełnie wyludnione. Na pustych ulicach pojawiają się z rzadka grasujące jeszcze bandy kradnące resztki żywności. Znajduję sobie schronienie w opuszczonym, na poły podziemnym budynku. W ręku trzymam ostatni herbatnik, który liżę, a nie jem, aby na dłużej starczyło. Sklepy już dawno są doszczętnie ogołocone. Patrzę przez okno na zewnątrz. Naprzeciw stoi wysoki blok, jeden z wielu w tej niegdyś ludnej i bogatej dzielnicy. Opustoszały, jak wszystkie inne. Choć zauważam czasem, wpatrując się w niego z nudów przez wiele minut, nieznaczny ruch w pojedynczych oknach. Nieliczni ludzie trwają jeszcze w blokowiskach, żywiąc się zapewne zgromadzonymi wcześniej zapasami, lub wykradając takie zasoby z opuszczonych mieszkań.
Jestem młodą dziewczyną, niedawno jacyś grasanci zgwałcili mnie na ulicy. Pozostaję nieufna, ale rozmyślam o sposobie ratunku z tej beznadziejnej sytuacji. Wiem, że żywność można wyprodukować jedynie na wsi, dlatego trzeba mi się wydostać z miasta i dotrzeć do jakiejś wspólnoty rolniczej. Tylko jak to zrobić?
Wtedy zjawiają się w „moim” budynku trzej chłopcy w podobnym do mojego wieku. Boję się ich, ale wychodzę z ukrycia i przedstawiam im plan na przyszłość. Z miejsca zaznaczając, że nie przetrwamy, jeśli będziemy egoistycznie walczyć jedno przeciw drugiemu. Musimy się zjednoczyć i pomagać sobie wzajemnie z poświęceniem, Tylko tak mamy szansę przeżyć.
Sen kończy wizja obserwatora rozległych blokowisk, pustych, bez ludzi, wymarłych.

14.
I nadchodzi taka chwila, gdy bezpowrotnie milkną wszelkie media. Nastaje głucha cisza. Nikt już nie określa zbiorowych celów, nie narzuca nikomu wzorców, nie ocenia i nie wyznacza kierunków, zadań, wartości. Ani obowiązków do wypełnienia. Jednego dnia, tak samo zwykłego, jak każdy inny znikły rządy i rządzący, planiści, dyrektorzy i kierownicy robót, a razem z nimi pieniądze. Z początku nikt nie mógł w to uwierzyć i sprawy szły swoim biegiem, ale szybko góra od samego szczytu zaczęła się kruszyć i walić aż do podstaw. Uwolnieni z odwiecznego przymusu ludzie częściowo działają pod wpływem nawyków i nieodwołanych nakazów. Jednak i one z dnia na dzień okazują się ułudą. Prawda wyłazi zza prującej się szybko zasłony i stawia wszystkich wobec oczywistości. System po prostu przestał istnieć. Nic, naprawdę nic go już nie podtrzymuje.

Mnóstwo ludzi zdecydowało się zbiec ze swoich domów, bloków i opuścić niezdatne dla przeżycia miasto. Jego infrastruktura szybko, z dnia na dzień, wraz ze zużywaniem się ostatnich zapasów paliwa, przestaje działać. Około-miejskie lasy pełne są błędnych wędrowców. Śpią czujnie pod daszkami robionymi z ubrań albo ręczników. Nawet, jeśli ktoś ma ze sobą namiot to go nie rozbija, z pośpiechu, by czasu nie tracić, albo w obawie przed kradzieżą lub najściem strażników leśnych, którzy kazaliby go i tak zwinąć. Bo bywają jeszcze strażnicy, próbujący utrzymać dawny porządek. Ale to się szybko kończy. Nagłe tąpnięcie rozchodzące się od środka sprawia, że wszyscy uwalniają się od swoich funkcji i zawodów, najpierw w miastach, potem na prowincji, w ciągu dni rozchodzą się każde w swoją przypadkową stronę. Podobnie w mieście są jeszcze, (tylko siłą rozpędu i trudu topniejącej garstki pracowników instytucji publicznych), prąd, gaz i woda, ale to też się kończy siłą inercji.

Mieszkam na najwyższym piętrze apartamentowca, w dwukondygnacyjnym, urządzonym ze smakiem mieszkaniu. Przeglądam w zamyśleniu półki regału z książkami. Między nimi stoją też moje. Owiane wielkim i długo wyczekiwanym sukcesem, kilka niedawno wydanych tomów w kolorowych okładkach, do tego jakieś kasety i nagrania. Wszystko teraz nagle się zawaliło, sukces okazuje się nieważny, nikomu niepotrzebny, gra się skończyła, jakie to dziwne!

Wybieram swoje dzieła spośród szeregu tomów na półce, układam je w pudle i ukrywam w niewielkiej skrytce pod podłogą w łazience. Może kiedyś do nich jeszcze wrócę, może będzie można znów pisać, tworzyć, chwalić się, zarabiać?… Wtedy, gdy rzeczy wrócą na swoje miejsca, zrobią się na nowo ważne. Robię tak, choć w to nie wierzę. Z uporem nie chcę uciekać, zostawić bezpiecznego, wygodnego miejsca i wpaść w szpony obudzonego chaosu. Przecież ludzie się ockną, przywrócą jakiś porządek. Powrócą.

Napełniam wiadra i każde puste naczynie coraz wolniej cieknącą wodą z kranu, wiedząc, że nie wystarczy jej na długo, nawet, gdy będę ją oszczędzać. Co z myciem? Na razie przestaję się myć. Ubikacja jeszcze działa, ale spłuczka już nie funkcjonuje. Jem cokolwiek z posiadanych zapasów, szczęściem utraciłam całkiem apetyt. Światło pali się szczodrze w każdym pokoju, i tak nie ma już opłat, ale decyduję się je zgasić, bo coś się nagle zaczęło dziać z prądem. Poczułam swąd przegrzanych przewodów. I ja też przez chwilę zaczęłam płonąć, ale udaje mi się ogień ugasić, narzucając na siebie koc.

Tymczasem w miastach dalszych od stolicy ludzie podejmują jeszcze próby opanowania sytuacji. Istnieją urzędowe oddziały porządkowe i grupy chodzące po blokach. Działają siłą rozpędu, lękając się złamania rozkazu. Zależność może przecież jeszcze wrócić. Wywołują według dawno ustalonej listy staruszków, by zabrać ich nie wiadomo gdzie i w jakim celu. Panują najgorsze podejrzenia o tym, że dla dobra interesów firm ubezpieczeniowych są w specjalnych obozach po prostu kasowani. Dwie staruszki ukrywają się w ciasnej garderobie, podczas gdy rodzina rozmawia w progu z komisją stojącą w drzwiach. Ktoś tłumaczy, że babcie są im potrzebne, bo wiedzą, co robić w trudnych warunkach, są poza tym zdrowe i samodzielne. Komisja nie naciska zbyt mocno, nic nie jest pewne, wszystko daje się załatwić, mimo poleceń wykonywanych siłą rozpędu i strachu, za którymi nic już nie stoi.

Wychodzę na zewnątrz. Bierne czekanie jest straszniejsze. Na ulicach kłębią się zdezorientowani ludzie, grupkami i pojedynczo. Jeździ jeszcze tramwaj, może ostatni. Ktoś kogoś goni. Ktoś w biegu wsiada do przepełnionego wagonu, nie zdążam za nim wskoczyć. Słyszę tylko daremne wołanie: Ewa! Ewa! Chodź tu!

Zostaję sama na ulicy, bez domu, bez celu, bez sensu.

[Zapis ciekawszych sennych zwidów z ostatnich 15 lat]

Tropy 3: Ostatni strażnik

Był to jeden długi sen z kilkoma wejściami w głębszy trans, podczas których patrzyłam oczami innych osób, starszego mężczyzny i młodej kobiety. Szczegóły, jakie z tych odtworzeń (bo w ten sposób, dość charakterystyczny i nie do pomylenia odtwarza się pamięć inkarnacyjna własna i cudza) na tyle były wyraźne, że na ich podstawie udało mi się odnaleźć człowieka, którego oczami dane było mi spojrzeć. Dzięki Wikipedii ustaliłam, że szło o pana Alexandra de Fauris, prezydenta Aix-en-Provence żyjącego na przełomie wieków XVIII i XIX. Osoby jego młodej kochanki oczywiście nie ma tam wymienionej, jednak w tych wspomnieniach była istotną cząstką gry zatartej w czasie. Tym sposobem złożyły mi się w całość części układanki z innych snów, które stały się kanwą dwóch pierwszych nowelek cyklu „Tropy”. Golfor jest imieniem z innego snu, o duszku pośredniczącym miedzy wysokimi i niższymi poziomami bytu, zapewne merkurialnego rodzaju. Le golfe po francusku to zatoka, odmęt morski, jaki się tworzy w ciasnym kanale między lądami, zatem imię znaczy: kanałujący (channelinkowy), kontaktujący ze sobą dwie dalekie sobie obce strefy. Całość śniłam jego oczami, biorąc je za swoje, niemniej dziewczyna, którą spotkałam była zobrazowaniem mnie samej, zatem z powodów logicznych musiało dojść do literackiego rozdzielenia podmiotów.

Ewa Sey

Ostatni strażnik

[…] naprzeciw siebie ujrzałem rozwijającego się bez końca ze swych zwojów, potwornie ogromnego CZERWONEGO WĘŻA wzmiankowanego w pergaminach, słono i gorzko, ogromne zwierzę uwolnione z łańcucha opowiada pieszemu o tej białej górze, czerwone z gniewu.

(„Czerwony Wąż” z „Tajnych Zapisków Henri Lobineau”)

Hanna Bielańska, ostatnia żyjąca przedstawicielka arystokratycznej rodziny Gralowskich, zaliczającej się do strażników legendarnego Graala, przeszedłszy wreszcie na emeryturę zajęła się długo odkładanym odczytaniem przepowiedni na temat narodzin zbawczego potomka świętego rodu pod koniec czasów. Dysponowała niepełnymi zapisami z częściowo uszkodzonej w toku historii księgi rodowej. Zechciała je porównać z innymi podobnymi należącymi do rodzin skoligaconych dawniej z jej własną. Pewnego razu stał jej się niezbędny pewien program komputerowy służący do skomplikowanych genealogicznych zapisów, umożliwiający prześledzenie także rozwoju linii żeńskich. Wydało go kilka lat wcześniej popularne kobiece czasopismo i przez jakiś czas był powszechnie dostępny w kioskach, na bazarach i u ulicznych sprzedawców starej prasy. Po czym zniknął siłą bezwładu. Pożyczyła go kiedyś mnie, swemu młodszemu znajomemu. Wgrałem go do swego komputera, a płytę przez zwykłe u siebie roztargnienie gdzieś z biegiem czasu zapodziałem. Potem sam zupełnym przypadkiem program skasowałem i tak ostatecznie przepadł.
Zawstydzony swoją nieodpowiedzialnością, poczułem się zobowiązany do zaradzenia niespodziewanemu kłopotowi. Czym prędzej udałem się do siedziby redakcji pisma, które wydało niegdyś ów program. Chciałem zapytać wprost u źródła, czy nie pozostała im w archiwach jakaś niesprzedana płytka.

Biuro okazało się puste, mimo jeszcze stosunkowo wczesnej popołudniowej pory. Zastałem w nim jedynie sprzątaczkę. Dość niska kobieta bliska czterdziestki, o smutnej szarobladej twarzy i zmęczonych oczach wyłączyła odkurzacz i wpuściła mnie do wnętrza. Niespodziewanie rozpoznała mnie od razu, wykrzykując na mój widok: Och, Golfor, witaj!, a ja zdziwiony udałem, że wiem, kim ona jest. Nieznajoma znajoma powitała mnie z ogromną radością. Natychmiast zaczęła, porzuciwszy odkurzacz w kącie korytarza, opowiadać wylewnie, co teraz robi. Stałem słuchając w milczeniu fali słów. Nadal zmieszany faktem, że jej nie pamiętam.

Moja niespodziewana rozmówczyni zaledwie od niedawna mieszkała w stolicy i cieszyła się, że w ogóle zdobyła jakąkolwiek pracę. Co prawda nie była zadowolona z tego, że brak stosownego wykształcenia powoduje, iż wciąż proponowano jej niskie stanowiska. Takie, jak na przykład to tutaj w redakcji.

Wtedy nareszcie przypomniałem ją sobie. Znałem ją dawno temu ze szkoły! Wówczas była tak samo ambitną dziewczyną marzącą o tym, by wyrwać się z zapadłej wioski w nieokreślony wielki świat. Miała na imię Ewa.

Skończyła właśnie sprzątanie i szła już do domu. Okazało się, że w tym samym kierunku, co ja. Po drodze rozmawialiśmy, a raczej to ja dość niecierpliwie wysłuchiwałem jej opowiadań, tym razem o planach na przyszłość. Bo Ewie zamarzyło się stanowisko w owym kobiecym czytadle. Z tego powodu zapragnęła pójść wreszcie na studia, gdyż pismo zajmowało się głównie tematem kosmetyki i pielęgnacji ciała, o czym nie miała wielkiego pojęcia.

Była zima, dość łagodna tego roku. Na ulicy leżał kilkudniowy udeptany śnieg. Przerwałem nagle tę wspomnieniową i w gruncie rzeczy nudzącą mnie rozmowę. Zapominając się, z dziecięcą radością zacząłem ślizgać się w miejscach wytyczonych przez przechodniów, przede wszystkim dzieci. Przemieszczałem się do przodu zgrabnymi ślizgami nóg, utrzymując równowagę rozłożonymi jak ptak rękami i wybuchając co chwila głośnym śmiechem. Niepostrzeżenie znalazłem się w ukochanej Francji. Tego szczęścia nie sposób było od razu nie poczuć.
Ewa ze skrępowaną powagą zdążała za mną.

Mirabeau14

W Aix-de-Provence po obu stronach Cours Mirabeau, pięknej obsadzonej drzewami i zdobionej fontannami alei wyłożonej brukową kostką, ciągnęły się stylowe kamieniczki zabytkowych hoteli.
Stanęliśmy przed rzędem przylepionych do siebie starych dwupiętrowych budynków. Ich parter usiany był długim szeregiem wejściowych drzwi.

Wtem z wnętrza któregoś z nich wychyliła się drobna przykurczona postać. Z radosnym zaskoczeniem Ewa rozpoznała swego dawnego znajomego, bibliotekarza, pana Utopinetza. Staruszek mimo upływu czasu nic się nie zmienił. Pukał najpierw zgiętym palcem w szybę otwartego okna, aby zwrócić na siebie uwagę, po czym zapytał:
– Zapewne znacie soczyste opowieści Rabelais`go i poezje Villona, tworzącego w czasach dobrego króla René, wielkiego mecenasa kultury, który zmarł w tym mieście. Pisał o nim potem pewien znakomity obywatel Aix, Alexandre de Fauris.
Ewa zastanawiała się tylko chwilkę
– Tak. Wilhelm z Lorris, Villon, Rabelais, Brantôme…Te książki wydawano swego czasu w okładkach z zielonego płótna. Ależ oczywiście, świetnie pamiętam!… Rozlatywały się nawet trochę od mojej lektury… – stwierdziła.
– No, więc można tu teraz zwiedzić jedno z mieszkań, autentyczne, które zamieszkiwał niegdyś pan de Fauris. Chcielibyście je zobaczyć?
– Oczywiście. Gdzie to jest?
– Licząc stąd siódme drzwi. Można wejść.
Policzyłem oczami do siedmiu, ale gdy podszedłem, otwarte okazały się drzwi ósme. Nie wnikałem już w pomyłkę, tylko wraz z nieodstępującą szkolną koleżanką wszedłem do środka. Dwupiętrowa kamieniczka nosiła numer 14.
Wraz z wejściem do budynku już od progu zagarnęły mnie jak żywe zapisane w jego murach cudze wspomnienia.

Alexandre-de-Fauris-Saint-Vincent

Oto mamy początek XIX wieku. Do kamienicy wkracza pan de Fauris. Zażywny, obdarzony posuwającą się łysiną, znany z poczucia humoru i ciętego dowcipu mężczyzna już prawie siedemdziesięcioletni. Postanowił zamieszkać w apartamencie należącego do niego od dwóch pokoleń hotelu. Do tej pory był on wynajmowany. Pragnie w odosobnieniu zająć się pracą literacką, której poświęca cały swój wolny czas.
Ów adres zajmuje w tej chwili pewien młody oficer. Mieszka w nim już dość długo wspólnie z siostrą, starą panną. Wychodzi na spotkanie pana de Fauris wolno, odkrzykując coś pod nosem i choć wydaje się zaskoczony tak wczesną dla swoich zwyczajów wizytą uprzejmie wpuszcza gościa głębiej.
Panu de Fauris rzuca się od razu w oczy brudna podłoga. Otwarte w korytarzu drzwi do salonu ukazują poranny bałagan. Siostra gospodarza mieszkania ukradkiem zgarnia nogą jakieś walające się okruszki i posuwa je w niewidoczne zakamarki pokoju. To wynik hulaszczego trybu życia młodzieńca, siostra już dawno przestała się starać o zachowanie porządku, jedynie dba o jego pozory.
Pan de Fauris lustruje mieszkanie okiem właściciela. Widzi odrapany, lepiący się od brudu kredens kuchenny, stare pachnące kurzem i stęchlizną pokojowe meble, wypłowiałe dywany i nigdy nieprane, ani nawet trzepane draperie.
Mieszkanie mimo wszystko jest świetnie położone, jasne i ma wiele pomieszczeń. Przy odrobinie wysiłku można je będzie wygodnie urządzić. Wchodzi ostrożnym wolnym krokiem po trzeszczącej drewnianej podłodze do środka.

W małym pokoju, do którego jest wejście z korytarza znajduje się buduar siostry młodego wojskowego. Na wprost drzwi duże wysokie okno, z boku stoi sekretarzyk i przy ścianie łóżko z baldachimem. Pokoik jest przechodni, wchodzi się z niego do dużego salonu, dalej sypialni. A stamtąd do jadalnego, potem do pomieszczeń kuchennych, służbówki, na koniec do dużego pokoju z wielkim oknem. Wiszą w nim teraz na wieszaku odprasowane męskie spodnie wojskowego kroju, stoi wąski stół i jakieś przyrządy miernicze. Pachnie intensywnie pastą do butów i końskim potem.
– Jak widzę, to pracownia krawiecka i przebieralnia, męski pokój – orientuje się pan de Fauris i z wyrozumiałym uśmiechem patrzy na młodego mężczyznę, który mu towarzyszy z lekko zaspanym i nieobecnym wyrazem twarzy. Ten lubi się stroić i wychodzić na miasto jak galant.

Teraz jednak, po ponad dwustu latach mieszkanie było idealnie sprzątnięte. W saloniku postawiono, jako główny mebel starą autentyczną sofę. Jej oparcie wygięło się i zapadło już ze starości. Gdy usiadłem na niej wraz z Ewą, zaskrzypiały pod nimi nadwyrężone sprężyny. Zawiesiłem przy tym na chwilę oczy na zaczesanych za uszy cienkich i nieokreślonego koloru włosach Ewy, ciemnych brwiach i charakterystycznym profilu z cofniętą żuchwą i wąskim chudym nosem z wyraźnym garbkiem, ostro zaznaczonym na tle światła dnia padającego z okna. Zaraz zagarnęła mnie dalsza fala wspomnień. Pamięć pana de Fauris niezauważalnie rozsunęła się i wpuściła w siebie inną.

*

To właśnie na tej sofie pan de Fauris leży właśnie z młodą dziewczyną. Jest nią niezamężna siostra młodego oficera, która pod pozorem zarządzania domem została jego bliską przyjaciółką. Spoglądam teraz jej oczami. Dotyka dłonią jego nagiego, nieco nalanego, pokrytego rzadkimi jasnymi włosami brzucha i wyczuwa na nim twardy guz.
– Co to? – pyta ze zdziwieniem.
Ale pan de Fauris zdaje się w ogóle nie zwracać na to uwagi. Pomija pytanie milczeniem, zmieniając temat. Młoda kobieta nie kontynuuje. Myśli z powagą i niespodziewanym smutkiem, że jej podstarzały kochanek ma już niewiele czasu przed sobą…

Pan de Fauris od wielu miesięcy nie zwraca uwagi na uporczywe dolegliwości, powtarzającą się gorączkę i bóle, zwłaszcza po posiłkach, do których codziennie wypija zwyczajną porcję wina. Targające nim poty i bolesne kolki przypisuje jesieni. Nadchodzi listopad. Gorączkowo, w coraz rzadszych przerwach od bólu i złego samopoczucia, lub mimo nich, szuka, bada, porównuje i zapisuje jakieś swoje koncepcje. Jakby się spieszył, by zdążyć.
W całym mieszkaniu leży mnóstwo książek, druków, żurnali i notatek, porozkładanych i porozrzucanych chaotycznie na wszystkich meblach, półkach, stołach, krzesłach i szafkach. Najbardziej obłożone nimi jest łóżko. I sofa.

Od dziesiątek lat pilnie rozwijane zainteresowania pana de Fauris sprawiły, że przestudiował wiele trudno dostępnych dzieł i starych manuskryptów, z których czyni notatki do publikowanych niekiedy w monitorach artykułów, albo na własny użytek. Z pasją bada też starożytne inskrypcje, próbując między innymi dojść umiejscowienia legendarnego skarbu Rzymian, ponoć skradzionego i ukrytego przez galijskie plemiona w czasach upadku cesarstwa gdzieś na południu Francji. Nie jest to zdaje się jedyny temat jego zainteresowań. Wśród porozrzucanych wszędzie książek najwięcej widać religijnych, psałterzy, zbiorów pieśni, modlitw i litanii. Czegoś w nich szuka, jakiegoś klucza. Uważa, że to ten sam klucz, zagadka czasu i miejsca, którym posłużono się do zaszyfrowania najistotniejszych kwestii trwającej ery. Skarb czeka na spadkobiercę. Spadkobierca ma się narodzić i otworzyć go. Klucz został ukryty lub zgubiony. Dla dobra sprawy, gdyż czyhają na niego wilki, przebrane w owczą skórę. Które niczego bardziej się nie boją, jak jego odnalezienia.

Młoda przyjaciółka prowansalskiego notabla stara się zaprowadzić w tym nieporządku jakiś ład, choćby pozorny. Nabrała w tym wprawy podczas wspólnego zamieszkiwania z bratem. Przecież także ogromnym bałaganiarzem. Przy okazji zerka z zaciekawieniem na pisma swego pracodawcy i kochanka. Kartki niektórych ksiąg pokryte są mnóstwem dziwnych zapisków robionych piórem wprost na marginesach, w pionowych kolumnach, maczkiem. Zawierają greckie i hebrajskie litery, pojedyncze słowa, a niekiedy także krótkie zdania, tłumaczone przeważnie z łaciny.
Ocierając z kurzu jedną z ksiąg otwiera ją na przypadkowej stronie. Na marginesie znajduje odręczną notatkę, dotyczącą młodej kobiety, która nosi na czubku głowy czerwony znak spirali zawartej w elipsie. Podobno został uczyniony przed jej narodzeniem przez niewidzialne humanoidalne istoty. W jakimś celu blokuje pamięć. A może jej strzeże. Pod tą dziwną notką umieszczony jest rysunek, zrobiony tuszem przez pana de Fauris. Przedstawia szkic profilu dziewczęcej głowy i tego wężowego znaku na jej szczycie, sama pieczęć uczyniona jest czerwonym inkaustem.

*

Wstałem nagle z sofy i ruszyłem na obchód mieszkania.
– Spójrz, a co to? – Ewa pokazała na coś dłonią.
Dopiero teraz zwróciłem uwagę na wąskie, pokryte miękką tapicerką drzwi w rogu pokoju przy oknie. Niewiele myśląc otworzyłem je.
Tuż za nimi znajdowały się drugie, takie same. Pchnąłem je i ze zdumieniem zobaczyłem, że otwierają się w sąsiednim mieszkaniu! Być może nawet w budynku obok. Właśnie wchodzili tam do pokoju jacyś zagadani ze sobą dwaj mężczyźni. Tknięty jakimś przeczuciem szybko zamknąłem jedne i drugie drzwi. Zrozumiałem, po co była na nich ta tapicerka. Służyła wyciszeniu wszelkich odgłosów.

Tym sposobem trop od siódmego, jako ósmego do dziewiątego tajemniczo znikał.

(Skończone w 2018 roku)

Tropy 2: Spadkobiercy

Oto druga część tryptyku napisanego na kanwie snów o Nostradamusie. Akcja i bohaterowie pochodzą ze snu, dane historyczne i nazwiska są efektami moich śledczych poszukiwań. Tekst zagadkowej przepowiedni ujrzałam w wizji i zapamiętałam z niego to, co zapisane.

Ewa Sey

Spadkobiercy

Żywja rozglądała się z ciekawością wokół siebie, gdyż otoczenie wydawało jej się egzotyczne. A jednocześnie dziwnie znajome. W miejscu, w którym przyszło jej się znaleźć przebywało wielu ludzi. Wytwornie ubrani mężczyźni zasiadali na drewnianych krzesłach z wysokimi toczonymi oparciami wzdłuż długiego, dość wąskiego stołu, w wielkiej sali z wysokimi rzeźbionymi drzwiami i stylowym sklepieniem pokrytym skomplikowanymi freskami i zdobieniami. Przez liczne prostokątne okna wpadało popołudniowe światło dnia, tworząc w oparciu o ułożoną mozaikowo posadzkę długie zwężające się jasne graniastosłupy, na których tle wirowały drobinki szarego pyłu.

caumont1

W zabytkowym hotelu miejskim odbywał się właśnie uroczysty zjazd znacznego rodzinnego klanu. Oprócz tych, co zasiedli wzdłuż stołu, inni ważni i mniej ważni bliscy i dalecy krewni stali porozrzucani swobodnymi grupkami w renesansowym wnętrzu. Nieco z boku salonu, odgrodzone ozdobnie kutą barierką znajdowało się miejsce dla najznamienitszych.

portretNostradamus

Patrząc z oddali od strony wejścia do kuchni widziało się w stylowym kryształowym lustrze siedzącego przy małym okrągłym stoliku całkowicie nieruchomo, dostojnie wyglądającego mężczyznę z białą, bardzo starannie przystrzyżoną i zaczesaną brodą. Na oko miał około sześćdziesięciu lat. Ubrany w XVI-wieczny kaftan i beret zajmował miejsce naprzeciw swego syna. Wpatrywał się w niego z wielkim skupieniem jasnymi, spokojnymi, jakby lekko nieobecnymi oczami.

Cesar NostreDame

Syn wydawał się równie postarzały jak ojciec. Nosił prawie identycznie przyciętą posiwiałą brodę, śnieżnobiałą kryzę i z podobną intensywnością patrzył w oczy ojca. Obaj tak głęboko zapadli w siebie, że nie zwracali najmniejszej uwagi na ludzi zgromadzonych wokół.

– Oni się nie poruszą – Żywja usłyszała za sobą cichy śmiech. Odwróciła się i zobaczyła stojącego koło siebie wysokiego eleganckiego mężczyznę w czarnym smokingu, który zagaił z nią rozmowę. – To tylko obrazy. Oba portrety stanowiły przez ponad sto lat własność znanej w Aix rodziny skoligaconej z naszą i są uważane za bardzo ważną symbolicznie spuściznę. Trzeba przyznać, że mają coś w sobie, prawda?
– Tak, są niezwykle autentyczne – przyznała Żywja.
– Wiąże się z nimi pewna tajemnica, przekazywana z pokolenia na pokolenie – kontynuował mężczyzna. – Ale może najpierw się przedstawię… Antoine de Fabri. Widzę, że pani jest tu obca.
– Tak – przyznała Żywja – Znalazłam się w sali przypadkowo. Z ciekawości, muszę przyznać. Pracuję w hotelu jako pomoc kuchenna na czas zjazdu.
– Świetnie, wreszcie ktoś normalny w tym miejscu! Podejdźmy bliżej, sama się pani przekona, że to tylko płótno i olej.

Pan de Fabri podprowadził ją do obu obrazów wiszących naprzeciwko siebie.

– Prezentowany tutaj portret naszego wielkiego wieszcza Nostradamusa jest powiększoną do naturalnych rozmiarów kopią oryginału, namalowanego ręką jego syna Cezara. O, proszę przeczytać napisy w dolnym rogu obrazu.

Żywja w skupieniu odcyfrowała kilka łacińskich wyrazów. Resztę przeczytał na głos pan de Fabri. Po czym swobodnie przetłumaczył z pamięci:

Ten obraz Michela ojca jest Cezara syna
Tenże wykonał onego, acz jego począł ojciec
Tym sposobem ojciec zrodził syna, syn pozostaje także ojcem ojca
I oto dlaczego bogowie śmieją się z niego.

– Nostradamus przepowiedział swemu synowi, że zrozumie i odczyta kiedyś jego proroctwa. Syn nigdy ich nie pojął, żaden duch święty na niego nie spłynął. Nigdy się także nie ożenił i nie zostawił potomków. Jak możemy się przekonać choćby z tego wierszyka, miał do tej przepowiedni stosunek ironiczny. Proroctwo zostało przekazane innej rodzinie. Ale czy ta cała historia panią interesuje? Nie chciałbym zanudzać. Chętnie się nią podzielę, bo dość mam już dźwigania tego śmiesznego ciężaru – zakończył nowo poznany.

Żywja skłoniła głowę, a Antoine de Fabri chwycił delikatnie jej łokieć i skierował ją lekko w inną stronę. Ruszyli powolnym krokiem, jak gdyby przechadzając się po pełnym ludzi zabytkowym wnętrzu dla podziwiania starych obrazów.

– Winny wszystkiemu jest oczywiście sam Nostradamus, a potem jego syn – kontynuował pan de Fabri. – Złożoną drogą dziedziczenia po kądzieli oba portrety, ojca i syna oraz jeszcze jakieś nigdy nieopublikowane notatki Nostradamusa trafiły w ręce rodziny de Fauris. Przepowiednię starannie ukrywano, a od Rewolucji przechowano z narażeniem życia. Obrazy zostały w końcu podarowane społeczeństwu, ale pisaną najcenniejszą spuściznę przekazujemy sobie prywatnie od pokoleń.

Z tonu niektórych zdań Żywja poznała, że jej rozmówca najwyraźniej nie miał najmniejszych pretensji do niesienia sztandaru rodowej przepowiedni.

– Wszyscy synowie, zwłaszcza pierworodni długo wierzyli w owo dziwaczne proroctwo. Potem cedowali je na swoich najstarszych synów. Wielu czekało, aż im się objawią duchowe zdolności i usłyszą obiecaną podpowiedź z zaświatów. Oczywiście daremnie – dodał ze szczególnym półuśmiechem, ni to drwiącym, ni smutnym.
– Czego miałoby ono dotyczyć? – zaciekawiła się Żywja – Tak ogromny szmat czasu świadczy chyba o wielkiej wadze wróżby.
– Rzeczywiście – uśmiechnął się jej rozmówca – Gdyby wziąć ją na serio byłaby to sprawa najważniejsza dla całej ludzkości w tak zwanych czasach ostatnich. Są tacy, którzy uważają, iż czasy te właśnie nadchodzą. A może już nadeszły, któż to wie?

Przechadzali się wzdłuż ściany, na której wisiał długi szereg portretów rodowych przodków, dawnych właścicieli albo utytułowanych rezydentów tego miejsca. Pan de Fabri zatrzymał się przy dwóch z nich.

JulesdeFauris

– Oto Jules de Fauris, przewodniczący parlamentu Prowansji, wielki numizmatyk. Ten następny to jego syn, Alexandre de Fauris, pan na Noyers i Saint-Vincent, ostatni ze swego rodu i nazwiska, zmarł bezdzietnie na początku XIX wieku. On też zajmował się archeologią, numizmatyką oraz różnymi tajemniczymi inskrypcjami. Odziedziczył stanowisko prezydenta po ojcu, który jemu je przekazał jeszcze za swego życia. Taka mała zbieżność, drobne i właściwie nieistotne podobieństwo. Do powtarzającej się historii ojca i syna. Wdowa po nim, pochodząca z naszej rodziny przekazała nam przepowiednię, jako najbliższym powinowatym.

Alexandre-de-Fauris-Saint-Vincent

– Zmarł bezpotomnie, a przecież to jego rodu dotyczył jeden z proroczych wersetów Nostradamusa, pochodzący z pewnego almanachu astrologicznego – dodał jeszcze.
– Co w nim było?
– Proszę mi wybaczyć, jeśli się pomylę. Ale cytuję z pamięci:

Dążenie do hierarchii nie będzie całkiem próżne. Sędziwi zgromadzą się i zjednoczą i staną się prawie niezwyciężeni. Aliści, trzeba uważać na symbol hipopotama i łabędzia, następnie uznana zostanie biała gołębica i jej jednaki par bezżółciowy.

Żywja spojrzała na pana de Fabri szeroko otwartymi oczami.

fauris

– Tak, niezbyt zrozumiałe, jak wszystko, co wyszło spod pióra naszego wieszcza – roześmiał się pan de Fabri – Jednak tyle wiemy, że podwojona biała, a właściwie srebrna gołębica, wraz z podwojonym niejadowitym zielonym wężem znajdowała się w herbie rodziny de Fauris. I tam do ósmego i ostatniego pokolenia oczekiwano narodzin kogoś ważnego, równego parom Francji. To jedna z zagadek, którą bawili się moi przodkowie.

– Czy ktoś już słyszał tę tajemniczą przepowiednię? – spytała prawie szeptem Żywja, aby nie zakłócić szczególnej atmosfery panującej w starożytnym wnętrzu.
– Jak dotąd nie… Jesteśmy już tym mocno zniecierpliwieni – stwierdził z przekąsem jej rozmówca – Trzeba zrozumieć, jakie to niesamowite obowiązki i napięcia niesie ze sobą dla każdego męskiego potomka rodziny. Przed wielu laty zdarzyła się nawet seria tajemniczych morderstw i kradzieży, niektórzy do tej pory nie czują się bezpiecznie. Być może zaszedł jakiś istotny błąd w przekazie, kto wie? Zebraliśmy się tutaj wreszcie na walną naradę. Wszyscy tego nazwiska, choćby pokrewieństwo było już zatarte. Należy wreszcie coś konkretnego postanowić.
– Czy to naprawdę jest aż tak ważne? – zdumiewała się Żywja.
Jednocześnie z ogromnym zakłopotaniem zauważyła nagle biegnącego ku sobie małego czarnego psa. Suczka Miła wyrwała się z uwięzi na zapleczu i wiedziona psim instynktem przedarła przez kuchenne hotelowe pomieszczenia, by dostać się do głównej sali w poszukiwaniu swojej pani. Widać było, że ilość zgromadzonych ludzi mocno ją podnieca i zaciekawia.
– Hm… – Antoine de Fabri potraktował zupełną obojętnością niewielkie zwierzę. Zamyślił się i podrapał w czoło – Sam widziałem przed laty to tajemnicze pismo. Było wydrukowane starą czcionką na pożółkłym czerpanym papierze. Zapamiętałem z lektury jedynie kilka słów. Niestety byłem wtedy jeszcze bardzo młody i głupi. Nie przywiązywałem wagi do tego rodzaju rodzinnych przekazów.
– Jakie to były słowa, można wiedzieć? – dociekała Żywja. Gestem nakazując psu usiąść przy sobie i uspokoić się.

– Owszem. Nie widzę powodu, aby ich nie zdradzić komuś obcemu. Przecież nawet członkowie rodziny nie rozumieją ich sensu. Padły tam słowa: w listopadzie, z czego niektórzy wnoszą, że istnieje termin rozszyfrowania tajemnicy właśnie do listopada roku nieustalonego. Oraz nieco dalej stało wytłuszczonym drukiem: Syn Boży i Człowiek… Doprawdy, nie mam zielonego pojęcia, co miałoby to znaczyć.

– Lubię zagadki – powiedziała Żywja, przytrzymując za obrożę popiskującego psiaka. – Czy mógłby pan sobie coś jeszcze przypomnieć? Choćby drobne i najgłupsze skojarzenie podczas lektury? To niekiedy daje ważną podpowiedź.
Jej rozmówca zamyślił się na dłuższą chwilę.
– Sens tego tekstu przypominam sobie bardzo niejasno. Utkwiła mi w pamięci jednak myśl, że należy zdążyć z rozszyfrowaniem go przed listopadem właśnie?
Oboje spojrzeli znowu na ogrodzone barierką miejsce z boku salonu. Ojciec i syn wpatrywali się w siebie nieustannie, siedząc bez ruchu od stuleci, podobni do siebie nieomal jak dwie krople wody.

– To przecież idiotyzm! – niespodziewanie Żywja usłyszała zniecierpliwiony głośny szept stojącego obok niej pana de Fabri. W tej samej chwili Miła wyrwała jej się z ręki i pobiegła w głąb sali zwabiona posuwistym krokiem usługującego zgromadzonym kelnera, ze skupioną gracją niosącego tacę pełną napojów. Był to jakby moment uwolnienia stłumionej energii, gdyż jednocześnie także Antoine de Fabri drgnął i ruszył zdecydowanie ku siedzącym za długim stołem ważniejszym przedstawicielom rodu. Po chwili stało się jasne, że postanowił wreszcie rozpocząć publiczną dyskusję na interesujący wszystkich temat.
Żywja pozwoliła na razie umknąć psu, gdyż ta scena przykuła jej uwagę.
Jej przewodnik podszedł do długiego stołu, pochylił się ku siedzącym. Zabawnie i obcesowo podrapał najbliższego z nich w brodaty podbródek, a potem drugiego, znajdującego się naprzeciw niego, mówiąc głośno tak, aby wszyscy usłyszeli:
– Dobrze, dobrze, ale ile czasu można tak siedzieć i gapić się w siebie? W końcu znowu syn stał się prawie tak samo stary jak ojciec i wciąż nic!
Po czym obrócił się energicznie na pięcie i wyszedł zamaszystym krokiem z sali.

Wzbudziło to ogólne poruszenie. Rozgorzał szmer dyskusji, a o to chyba chodziło prowokatorowi. Żywja nie czekała już na reakcję rodziny, gdyż czuła, że musi jak najszybciej znaleźć zgubionego psa. Lawirując pomiędzy tłumem dyskutujących, którzy tłocząc się ruszyli w kierunku zaskoczonego seniora rodu, przeszła do innej części sali zapełnionej dalszymi krewnymi. Ci nie czuli się zbytnio związani z naczelnym hasłem rodziny i choć mieli pełne prawo brać udział w zjeździe, przypatrywali się zdarzeniu z dystansu.
Po drodze wypatrywała między nogami stojących i przechodzących ludzi czteronożnej zguby. W końcu zmieszała się z niewielką gromadką zachowujących całkowity spokój osób i po dłuższej chwili z ulgą dostrzegła swoją małą czarną ulubienicę.

Miła biegła z całych sił, jak gdyby goniona przez kogoś za psotę nieposłuszeństwa. W końcu skuliła się w najbliższym kąciku, patrząc z nieśmiałą pokorą i uwagą w górę na ludzi, którzy ją otoczyli. Ktoś wyjął jej z pyska część rury od odkurzacza, którą najpewniej chwyciła gdzieś na zapleczu. Rura była w środku trochę zanieczyszczona czymś czarnym i lepkim jak smoła, ale drożna i ten, co schwytał psa spróbował przez nią popatrzeć. Potem pokiwał głową.

– Panowie, potraktujmy to jako podpowiedź Opatrzności względem dręczącego nas problemu i postawionego właśnie pytania. Owa rura wydaje się znakiem przez nią zesłanym w tym ważnym dla nas momencie. Pozwolę sobie odczytać go jako kanał, który otworzy się i Bóg ześle nam przez niego rozwiązanie, pomimo prób udaremnienia nam tego ze strony ciemnych sił.
– Zgoda – przyznał mu rację inny Fabri i zwrócił się do wszystkich rozglądając się po wnętrzu sali – Czy ktoś z państwa wie, do kogo należy ten piesek?
Żywja natychmiast ukryła się za plecami jakiegoś człowieka. Niestety, jej pies już ją zauważył i zaczął popiskiwać merdając radośnie ogonem i rwąc się w jej stronę.

Tropy 1: Nic

Przyszedł czas na kolejne opowiadanie, w którym znów pojawia się Paryż, ten znany mi ze snów, bo na jawie nigdy – przynajmniej w tym życiu – w nim nie byłam. Pojawia się także wzmianka o panu de Fauris, poznanym w „Pojedynku z cieniem” i zagadka, jaką zostawił Nostradamus do rozwiązania, a o której będą traktować jeszcze dwie następne, powiązane z tą, nowele. Wszystkie napisałam na podstawie snów, wymyślając jedynie imię i nazwisko swej wyższej śniącej formie, jak i nazwisko francuskiego badacza zagadek, o którym śniłam dwa razy i z tych snów pochodzą informacje padające w rozmowie bohaterów „Niczego”. Treść rozmowy, którą ubrałam w słowa przyszła do mnie w dużej mierze drogą bezpośrednią, telepatycznie, towarzyszyły temu wizje tekstów i zapisów w głębszym transie.

Ewa Sey

Tropy

TWOJE PÓŹNE nastanie CEZARZE NOSTRADAMIE, mój synu, pozwoliło mi poświęcić wiele swojego czasu nieustannym nocnym czuwaniom na to, by zastrzec pisemnie tobie pozostawienie pamięci, po cielesnym zgaśnięciu twego progenitora, ku zarazem korzyści ludzkości, o tym, co Boska esencja poprzez astronomiczne obroty dała mi poznać. I stąd, że spodobało się Bogu nieśmiertelnemu, byś nie był ubrany we wrodzoną światłość na tej ziemskiej niwie, & nie chce objawić twych lat, które jeszcze-ć nie nadeszły, aliści twoje miesiące Marsowe niezdolne są przyjąć w swoje słabe zrozumienie tego, co będę zmuszony po mych dniach określić; przeto nie jest możliwym zostawić ci na piśmie tego, co ma być zębem czasu zatarte; albowiem dziedziczne słowo tajemnej przepowiedni będzie w moim żołądku zawarte.

(Michel Nostradamus „List do syna Cezara” 1-3)

Nic

Język francuski uwiódł Żywję Siedliszczankę dawno temu. I pozostawał w sercu ciągle. Jak perła budowana w bolesnym znoju przez morskiego małża.
Szczególna atmosfera Gare du Nord, na którym wysiadała po długiej podróży pociągiem jadącym z Warszawy przez Berlin budziła w niej zawsze namiętną i długo potem odczuwaną tęsknotę za Paryżem. Niekiedy krążyła po dworcowych halach, odbierając wszystkimi zmysłami wszelkie wonie, smaki i słysząc przejmujący gwar tego miejsca. Wysiadywała na peronowych ławkach witając przyjeżdżające i odprawiając odjeżdżające podmiejskie i dalekobieżne pociągi. Obserwowała wymijających ją ludzi z bagażami i bez, innojęzycznych podróżnych o różnych kolorach skóry obładowanych plecakami i torbami turystycznymi toczonymi na kółkach, wypatrując pośród nich znajomych nieznajomych. Niekiedy witała się z długo oczekiwanymi osobami, które znała tylko tam, w tym szczególnym mieście. Albo żegnała z nimi ze ściśnięciem serca i łzami, które o poranku spływały spod powiek schnąc szybko na policzkach. Miała wrażenie, że w tym wyraźnym, choć wyśnionym świecie znali się głęboko i blisko od zawsze lub też łączyła ich wspólna pasja.

Montmartre

Spacerowała nieraz szerokimi bulwarami, albo zagłębiała się w wąskie brukowane  uliczki, zachodząc do nastrojowych kafejek w starych kamienicach w porach najmniejszego ruchu. Choćby po to, aby zza kawiarnianej szyby pogapić się na przechodniów. Albo spotkać tam i porozmawiać z kimś wyczekiwanym. Tak jak to się stało i tym razem.

Gaweł, młody i nader delikatny mężczyzna ubrany w połyskliwą rubaszkę ze śnieżnobiałego jedwabiu, wyszywaną na mankietach i przy kołnierzu w czerwono-błękitne ruskie wzory, poeta i lingwista znający świetnie kilka języków, przyjaciel od kilkunastu lat, z którym nieczęsto się spotykała, ale bardzo obficie niekiedy korespondowali, przyniósł jej właśnie do pokazania rzadki literacki rarytas. Było to dzieło niszowego, acz znanego na świecie francuskiego wieszcza, wydane w osobliwy sposób. Składało się z wielu krótszych i dłuższych utworów, które ich autor pisał i publikował każdego roku przez szesnaście ostatnich lat swego życia. Każda strona była doskonałą kopią wydań oryginalnych. Robionych na czerpanym pergaminowym papierze w różnych rozmiarach i o rozmaitej fakturze.

teksty.gif

Tekst, odbity oryginalnie ręczną prasą był drukowany bardzo różnymi czcionkami, od dużej do maleńkiej, kursywą lub majuskułą, miejscami zamiast liter zdarzały się jakieś dziwne pojedyncze znaczki lub piktogramy. Niektóre wyrazy były specjalnie zapisane z błędem, dodaniem niepotrzebnej litery albo odjęciem potrzebnej, z rzadka niespodziewanie kolorowane. Czasem pochodziły z innych języków, katalońskiego, prowansalskiego, romańskiego, łaciny czy greki. To wszystko miało coś znaczyć, jak wyjaśnił Gaweł.

Od setek lat głowili się nad zagadkowymi zapisami uczeni pasjonaci twórczości poety, uchodzącego powszechnie za wielkiego proroka przyszłości, oraz różni nawiedzeni ignoranci i maniacy z całego świata.
Ponadto wybrane strofy miały swoje numery, ale nie były to numery kolejne. Utrudniało to dodatkowo sam proces czytania i rozumienia treści.

Dzięki tym rękodzielniczym cechom oryginalny tekst sprawiał wręcz czarodziejskie wrażenie. Fascynował tajemniczą i drobiazgowo przemyślaną formą, strukturą i zawartością. Niemożliwą do zrozumienia wprost, a jednocześnie uderzającą silnie w inne zmysły, wzroku, smaku, węchu, dotyku.

– To też ma swoje znaczenie i cel – wyjaśnił Gaweł, sam od czasu do czasu zajmujący się pisaniem własnej poezji i wydawaniem jej w niewielu pomysłowych egzemplarzach. – Całość oddziałuje jednocześnie na obie półkule mózgowe, uruchamiając skojarzenia i wglądy. Przynajmniej u niektórych uzdolnionych ku temu czytelników.

Ponadto żadne tłumaczenie ze starofrancuskiego oryginału nie oddawało szyfru w nim zawartego. W innych językach trzeba było wieloznaczne szczegóły mozolnie omawiać w długich i nudnych przypisach.

– Ten szyfr zdaje się coś ukrywać, ale w istocie nie niesie żadnego sensu – stwierdził w końcu Gaweł. Miał zmęczony wyraz twarzy. Ślęczał nad tłumaczeniem wybranych fragmentów od kilku tygodni, zarywał noce, aby w końcu poczuć to, co właśnie oznajmił.
– Jak to? – zdziwiła się Żywja – Facet tak się przez lata napracował, aby ukryć NIC? Pustkę?
– Raczej Pustość, może w sensie buddyjskim? – wymruczał Gaweł. Zamówił u ładnej kelnerki ciastko z kremem i kawę. Alkohol od kilku lat szkodził mu na żołądek, nawet wino. Miał słabą głowę. Popadał po nim w dziwne i nieprzyjemne stany.
– Takie mam podejrzenie – podkreślił na koniec, z wegetariańskim apetytem zlizując słodki krem z ciastka. – Właściwie osobistą subiektywną pewność. Żeby do tego dojść musisz rzecz dokładnie sama zbadać tak, jak ja.

Żywja z niedowierzaniem zagłębiła się w kilka rymowanych strof na jednej z nieco już pożółkłych pergaminowych płacht.
– Oczywiście opinie mogą być różne – dodał Gaweł. – Na przykład niedawno znalazłem dwa eseje, dwadzieścia lat temu wydane w kilkudziesięciu egzemplarzach w niszowym periodyku ezoterycznym, przez pewnego pasjonata naszego proroka. Interesujące pod kilkoma względami. Zobacz sama – i wyciągnął z papierowej teczki plik kopii reklamowanych utworów.
Żywja sięgnęła po nie z ciekawością. Tekst okazał się trudny do odcyfrowania. Drobny druk, częściowo niewyraźnie odbity na kopiarce, było w nim mnóstwo cytatów pisanych jeszcze drobniejszą kursywą i odniesień do rozległych i licznych przypisów na końcu.
– Możesz przybliżyć temat? Widzę, że poradzę sobie z odczytaniem dopiero w domu, potrzebuję na to więcej czasu.

– Autor tych omówień, wieloletni badacz dzieła wieszcza, nazywa się André Dupont. Nic mi o nim nie wiadomo, poza kilkoma wzmiankami o nim w pracach jednego z bardziej znanych francuskich specjalistów tematu. Dupont zajmuje się (albo zajmował, bo nie wiadomo, czy jeszcze żyje) wyszukiwaniem w oryginalnych pierwszych wydaniach utworów naszego poety właśnie takich niezrozumiałych znaków, sylab, wetkniętych w zdanie znienacka obcych słówek, piktogramów, a także barwionego druku. Starannie je zebrał i poklasyfikował. To on właśnie uznał, że należy je czytać w pierwotnej czasowej kolejności, nie stosując się do numeracji wersetów. Ona być może służy zmyleniu poszukiwaczy kodu. Choć ma też inny cel.
– Czyli najciemniej jest pod latarnią – uśmiechnęła się ze zrozumieniem Żywja.
– Dupont spisał owe znaki, litery i sylaby w rzędy, zgodnie z utworami i datami ich wydawania. Po czym podzielił na „wyrazy” według podanej w tekstach swoistej numeracji. Liczba kolejna wskazywała według niego na ilość liter w wyrazie, bądź odliczał owe litery w wersetach według wskazanej przez autora cyfry. To bardzo skomplikowane. Bawił się w to wiele lat. Najpierw spisując wszystko i licząc ręcznie, z czasem przeszedł na komputer.
– Co takiego miał zamiar w ten sposób odkryć? – zaciekawiła się Żywja.
– Wyszedł z samych deklaracji naszego poety. Że nadejdą czasy, gdy pojawią się jego przyjaciele wcielający tajemnicę, i wtedy zostanie ona zrozumiana.
– Ach, mówisz o braciach krwi, spadkobiercach Poselstwa i szwadronie Boga – kiwnęła głową Żywja. – Rzeczywiście coś takiego napisał.
– Otóż Dupont uznał, że w zrobionych przez niego wyciągach znaków i liter są informacje o tych osobach z przyszłości, ich nazwiska, daty urodzenia i inne szczegóły. Mało tego, także wskazówki na temat ich różnych ziemskich wcieleń. Jego samego interesowała głównie postać naszego poety. Szukał potwierdzenia dla rewelacji pewnego mało znanego jasnowidza, który głosił na podstawie swej wizji, że inkarnował on trzy razy. Wcześniej jako biblijny prorok Daniel, a później jako pewien francuski erudyta i miłośnik starych manuskryptów, żyjący na przełomie wieków XVIII i XIX.
– Czy coś udało mu się odczytać?

Gaweł pochylił się nad jedną ze stron kopii i po krótkiej chwili poszukiwania wzrokiem pokazał wybrany fragment palcem.
– Może to są jakieś nazwiska, trudno potwierdzić, trudno zaprzeczyć. Owa trzecia inkarnacja proroka nazywała się według Duponta: dNeyar. Lub podobnie.

Żywja zagłębiła się na dłuższą chwilę w tekście. Zmarszczyła brwi. Podany szereg dziwnych znaków i bełkotliwie brzmiących słów niewiele jej mówił.

– Prawda? – roześmiał się nagle Gaweł, spoglądając jej prosto w oczy.
– Co takiego?
– Każdy szuka najpierw własnego nazwiska. Ja też się na to nabrałem…
– Prawda – przyznała Żywja. – Ale coś znalazłam. Patrz!
Wskazała palcem nazwisko mLene Vnneav. W przypisach badacz stwierdzał, że podany zapis jest nieadekwatny, bo czcionki, które podaje jako nn w oryginale były odwróconymi do góry nogami literami vv.
– Uwzględniając też fakt, że niegdyś używano czcionki U i V zamiennie, można je odczytać jako Unneau, jakaś woda. Albo Vuve/vive eau – żywa woda. Albo odwracając je jak w lustrze Nuveau, lub nawet Neuv-an.
– Niu ejdż? – Gaweł podniósł brwi.
– Tak jakoś, niwa nowego wieku.
– I co z tego? Podobnie można rozczytać wiele z innych podanych wyrazów, zlepków sylab.
– Znam Marlenę Nuveau. Ze snów.
– O!
– To anioł. Jak sądzę. Choć nie przeczę, że mogła się urodzić jako człowiek, nawet wielokrotnie. Tak samo może być i z innymi. Zastanowię się. Dziękuję za wysiłek, jaki temu poświęciłeś – stwierdziła Żywja. I na koniec zapytała ni w pięć, ni w dziewięć:

– Sam pomyśl. W jaki sposób Pustość mogłaby zrodzić Coś? Jak Nic mogłoby stać się Czymś, a nawet Kimś? Jeśli Nic pozostaje na zawsze tym, czym jest, czy raczej nie jest, to może jedynie podszywać się pod Coś, ubierać w jego formę, udawać i mieszać Coś. A może także na swój sposób żywić się Czymś, zmieniając w Nic, lub coś zbliżonego do Niczego.
– W takim razie może wyczuwam taką grę? Czegoś z Niczym? Lub może prawie z Niczym, bo przecież zero absolutne z definicji nie istnieje – stwierdził spokojnie Gaweł i spytał po chwili:
– Wierzysz w anioły?
– Hm. Nie wierzę w nic poza tym, czego sama doświadczam. Jednak im nie przeszkadza pojawiać się w moich snach. Nie wiem kim lub, czym są. Mają swoje opowieści, poszczególną historię, pamięć, cele, charaktery, życiorysy, imiona. Kochają i nienawidzą, boją się i wierzą, trochę jak my, ludzie. Być może niektórzy z nas mają z nimi więcej wspólnego, niż inni. Kto to wie? Może jedynie nasz autor zagadek.

Gaweł nic nie odrzekł, tylko wpatrywał się w Żywję z nieznacznym uśmiechem na twarzy.
– Ależ nie! Nikim takim nie jestem! – zaprzeczyła gwałtownie Żywja – Albo tak! Jestem nikim albo niczym ubranym w coś czy raczej w kogoś. Oto cała prawda. Której nawet nie muszę udowadniać. Tak jest oczywista.
I wstała od stolika, by udać się w kierunku czegoś, co wciąż spało głębokim snem w swoim łóżku. Coś otworzyło oczy, nic nie rozumiejąc ze snu, który właśnie rozpuszczał się w świetle wschodzącego dnia. A może było na odwrót? Nic otworzyło czyjeś oczy.

 

Pojedynek z cieniem

Przedstawiam moje opowiadanie, które powstało na bazie wizyjnego snu z bodajże 2003 roku. Długo bohaterowie nie mieli swoich prawdziwych nazwisk, tylko miejsce określiłam szybko i precyzyjnie. Odnajdując stare ryciny ukazujące wygląd Bastylii i okalających ją przestrzeni. O ile tekst, który recytował mi szybko i monotonnie głos śnienia także udało się zidentyfikować, a także dwóch panów rewolucjonistów, przewodniczącego Towarzystwa Przyjaciół Czarnych i tego, który usiłował ostrzec króla Ludwika przed szykującym się wzburzeniem tłumów, to narrator, postać, przez którą śniłam, był dla mnie zagadką najdłużej. Odkryłam go dość skomplikowaną drogą śnienia, skojarzeń i poszukiwań. A zaczęło się od pamięci proroka Daniela, która mnie dawno temu zagarnęła całkiem na jawie, a potem we śnie, w którym dowiedziałam się, że Daniel był poprzednią inkarnacją Nostradamusa, i że miał on jeszcze trzecią, ostatnią, urodzonego w XVIII wieku francuskiego erudyty zajmującego się zagadkami. Wystąpił on w innym śnie wizyjnym, w którym odtworzyły mi się szczegóły z jego życia oraz jego wygląd. Posłużyły do identyfikacji, gdy pewnego razu, szukając przy okazji wpisu blogowego informacji o dziedzicach portretu Nostradamusa, namalowanego przez jego syna trafiłam na biografię tego człowieka we francuskiej Wikipedii! Równie długo trwała identyfikacja więźnia Bastylii ogarniętego przez cień. Dopiero zerknięcie na portret starego markiza de Sade przekonało mnie zupełnie, kim była ta postać ze snu. Treść rozmowy dwóch nieznajomych była we śnie podana drogą bezpośrednią, z umysłu do umysłu, może więc zawierać moje niedoskonałe przekręcenia przy ubieraniu sprawy w słowa. A oto opowiadanie.

Ewa Sey

Pojedynek z cieniem

Późną wiosną 1771 roku pogoda była doskonała, zachęcająca do spacerów. Paryż, w którym od kilku tygodni przebywałem, wciąż mnie pociągał i każdego dnia nie potrafiłem oprzeć się pokusie wielogodzinnej przechadzki. Z początku poznawałem stolicę dość chaotycznie i przypadkowo, przebiegając bogate centrum i brudne ulice, śmierdzące rozkrzyczane rynki i nędzne przedmieścia, zaglądając do sięgających nieba gotyckich kościołów i zapełnionych starymi księgami i woluminami magazynów w poszukiwaniu czegoś, co trudno było mi nazwać.
Wszędzie znajdowałem zbutwiały zapach jakiegoś pradawnego świata, którego wielokrotnie w czasie kopiowane ślady już dawno skryły się w głębinach ziemi, w ciszy bezmiaru nocy i krzyku bezliku dni, które nad nim przeszły i przechodzić będą. Woń stęchlizny i czegoś jeszcze, jak narkotyk wciągającego wyobraźnię i serce, nie dawała mi zasnąć, budziła często i zrywała każdego ranka wcześnie, nakazując iść jej tropem. Koniecznie. Nie wiem, po co. I ku czemu.
Wcale nie szło mi o zyskanie uszczęśliwionego poczucia, że oto patrzę na świat jak Paryżanin. Mimo, że byłem prowincjuszem, młokosem nieznającym jeszcze życia, chętnym jego używania, ambitnym i łasym sukcesów. Zdążając za głosem serca, szukałem przede wszystkim jakiegoś impulsu, o którym mógłbym wreszcie pomyśleć, że wprawił mnie w ukierunkowany trwale ruch. I z którym mógłbym wrócić do swego tradycjonalistycznego świata, nie pytając o nic więcej.

W zarozumiałości swojej, a może w skromności, trudno mnie to oceniać, oczekiwałem wizji ukazującej mi sens życia, nie mojego, ale wszystkich ludzi, bo moja droga została już wyznaczona przez nobliwych przodków i rodzinę. I na to wpływu nie miałem. Jednak wierzyłem, że spojrzawszy na swoje zaplanowane życie stąd, z Paryża, serca Europy, niejako z lotu ptaka zobaczę własne zadanie w jakimś niepowtarzalnie szerokim kontekście. Może zrozumiem sens tajemniczych inskrypcji, run, reliefów i płaskorzeźb rytych odwiecznie na murach i portalach kościołów, pałaców i kamienic, wśród kolumn, stiuków i kamiennych figur, albo układanych w mozaikach i witrażach katedry Notre-Dame, wybitych na starych medalach i monetach, na płytach cmentarnych, zapisanych w pachnących kurzem i pleśnią zwojach, traktujących o ukrytym grobowcu Jezusa, lub zaginionych skarbach Rzymian? Od dziecka nosiłem w sobie przekonanie, że na takie zagadki doskonale znam odpowiedź, tylko ją po prostu zapomniałem. I winienem, co najwyżej obudzić swoją pamięć.

Paryż jednak, mimo swej wielkości i przedziwnego piękna, choć wprawiał mnie w pożądane natchnione drżenie, wciąż nie dawał żadnego wyjaśnienia. Jedynie budził zmienne nastroje, jak u rozkapryszonego dziecka, czy dorastającej panienki. Wewnętrzny niedosyt wcale nie znikał i może właśnie z tego powodu, któregoś razu, na przekór wewnętrznemu rozedrganiu uciszyłem swój umysł, zwolniłem kroku.
Przechadzałem się ulicami i alejami wolno, uważnie, bez żadnego celu i planu, śledząc własne myśli i odczucia na widok kamiennych form, posągów i groteskowych zdobień, które odruchowo przykuwały moją uwagę. W końcu zaczęły mi się one wszystkie zdawać jakimś niezrozumiałym pradawnym pismem, mieszczącym dawno zapomniane wyklęte treści i zawierającym opisy zdarzeń, o których nikt z nas, przechodniów nie miał pojęcia. Oglądane z marszu pismo owo przesuwało się na obrzeża umysłu, który już po godzinie zapadał w jakiś półsen, pół jawę, ciało zaś wykonywało przyrodzone ruchy i wybierało samo dla siebie kierunek.

Pewnego dnia niespodziewanie, w trakcie takiej długiej bezmyślnej wędrówki aż za rogatki miasta natknąłem się na coś, co mnie zaciekawiło i jak gdyby przebudziło z paryskiego transu. Przystanąłem, aby przyjrzeć się temu, co tak zainteresowało dwóch ludzi, którzy zatrzymali się i dyskutowali ze sobą najwyraźniej już od dłuższego czasu.

bastylia

Po drugiej stronie placu wznosiła się murowana z kamienia i cegły średniowieczna forteca, od kilku wieków służąca za więzienie. Ponieważ przebywałem w stolicy po raz pierwszy w życiu, od razu zacząłem przyglądać się potężnemu budynkowi okiem rysownika, oceniając i starając się zapamiętać wszelkie architektoniczne detale. Żałowałem, że tym razem nie wziąłem ze sobą szkicownika. Mimo wszystko postanowiłem uwiecznić na papierze tę imponującą budowlę zaraz po powrocie do wynajmowanego mieszkania.

W grubych kamiennych ścianach narożnej baszty wchodzącej w skład zamkowych umocnień z rzadka rozmieszczone były w jednej pionowej linii zakratowane okna wpuszczające do środka niewielką doprawdy ilość światła. Szczyt został zbudowany na szerszej podstawie i okolony zabezpieczającą barierą z kutego żelaza. Tworzyło to na dachu taras widokowy, zapewne – jak sobie natychmiast wyobraziłem – znakomicie nadający się do obserwacji miejskiego życia.
Z dołu, gdzie się znajdowałem widać było teraz stojącego tam szlachcica. Mógł być tak samo naczelnikiem więzienia, jak i jakimś znacznym więźniem, nie potrafiłem tego ocenić. Ubrany w jasne pończochy, atłasowe spodnie i haftowany żakiet włożony na kamizelę i koronkową koszulę z żabotem, w peruce na głowie patrzył nieruchomo przed siebie oparłszy dłonie o żelazną barierkę. Ręce usztywnione przy tym w łokciach i sylwetka odchylona nieco do tyłu zdradzały człowieka pewnego siebie i przywykłego do rozkazywania. Wzrok wbił gdzieś w daleką perspektywę miasta rozciągającą się ze szczytu więziennej budowli.

Po dłuższej chwili kontemplowania z zadartą głową jego sylwetki, rozejrzałem się uważnie wokół siebie. Stwierdziłem, że znajduję się w zacnym towarzystwie dwóch energicznych mężczyzn w sile wieku, którzy przechadzając się po placu wolnym krokiem przystanęli blisko mnie i także przyglądali się ogromnej budowli. Moją mimowolną współobecność przyjęli bez najmniejszego zdziwienia i ani na moment nie ściszyli głosu w rozmowie, którą ze sobą toczyli. Odniosłem wrażenie, że obaj znali już ten bastion od środka i widok człowieka stojącego na szczycie ożywił w nich jakieś wspomnienia. Umilkli jednak na chwilę i spojrzeli na mnie przenikliwie, choć życzliwie, oceniając moją osobę jednym rzutem oka. Kiedy zauważyli, że właśnie na nich patrzę delikatnie skłonili się przede mną, każdy po kolei, kładąc przy tym jedną rękę na sercu, a drugą ujmując w palce trzymany pod pachą trójgraniasty kapelusz.
Zdjąłem i ja swoje nakrycie głowy i przedstawiłem się w zgodzie z dobrymi manierami, które mi okazali pierwsi.
– Pozwolą panowie, jestem Alexandre de Fauris, pochodzę z Aix-en-Provence.
Jednak w zamian nie raczyli dać mi się poznać z imienia i nazwiska, a szybko powrócili do przerwanej rozmowy. Co prawda odniosłem odtąd wrażenie, że natychmiast uprościli swe wywody, abym i ja mógł coś wynieść z ich dyskursu.

– Już od naszych narodzin jesteśmy świadkami procesu, który został wywołany przez zastosowanie wysublimowanej techniki – tłumaczył jeden z nich, wyraźnie skierowując objaśnienie ku mnie. – Wyjątkowo silna i specjalnie skonstruowana camera obscura, która jak księżycowa soczewka skupia światło słonecznej laterna magica od dawna rzuca promień, który w pewnym momencie ma całkowicie rozjaśnić od wewnątrz osłonięty świat. Ta niezwykła technologia sprawi, że w pewnej określonej chwili w jego środku samoistnie zrodzi się monstrum. Zostanie przywołane postanowieniami, działaniami, wyobrażeniami i uczuciami wszystkich jej uczestników. Oczywiście proces inkubacji potwora trwa dłuższy czas. Na koniec pojawi się rzeczywiście pośród ludzi jako jeden z głównych bohaterów, obdarzony świadomością i możliwością podejmowania decyzji.

Musiałem mieć nietęgą minę, gdy zorientowałem się, że przebywam z ludźmi, o których zajęciu i stanie nie mam najmniejszego wyobrażenia. Uznałem jednak szybko, że są filozofami, a zapewne także pisarzami dyskutującymi o jakichś sobie tylko znanych koncepcjach.
– Można wiedzieć, czemu ma to wszystko służyć? – zdecydowałem się włączyć do rozmowy i podjąłem swą rolę przygodnego słuchacza.
– Hm, sprawa jest w istocie bardzo skomplikowana – odparł grzecznie drugi z zagadniętych. – Ale spróbuję ją panu przystępnie objaśnić. Otóż do tej pory stosowano manipulację światem z zewnątrz. Wszelkie święte teksty i nieziemskie postacie, do których modlił się lud, a także trony, wobec których pełzał na kolanach były kreowane i stanowione na wyższym poziomie. Jeśli ukazywały się w niższym świecie to na zasadzie ruchomego obrazu, który odbierał hołdy lub odpowiednio przerażał gawiedź. Sterowało to rozwojem systemów i przekonaniami ludzi, a bóstwom i ich wynagradzanych stanowiskami sługom pozwalało kontrolować wydarzenia w zgodzie z własnymi interesami. Lud zachowywał dzięki temu harmonię ze środowiskiem, ale także pewien rodzaj bierności duchowej i poddaństwa, które czynił z niego nieświadomy tłum niewolników.

Zaiste, styl owej wypowiedzi zdumiał mnie jeszcze bardziej. W mojej głowie zaczęły lęgnąć się pytania przede wszystkim na temat pochodzenia owych ludzi, z którymi wdałem się w rozmowę. Używali pojęć, których nie rozumiałem, mówili o rzeczach niebywałych słowami, które brzmiały w mych uszach obco i dziwacznie. Kim byli? I o czym w istocie rozprawiali?

– Panowie, wybaczcie – skłoniłem się wtedy przed nimi – choć możecie mnie brać za młokosa, to znam dzieła Jana Jakuba Rousseau, czytałem też pisma Monteskiusza i Diderota. Mimo, że rozprawiacie z takim oświeceniem i pewnością siebie o rzeczach boskich i ludzkich, nie jesteście, jak sądzę do końca zwolennikami uzdrawiającego powrotu do natury, zrównania stanów ani oświeconego ateizmu, prawda?

Mężczyźni spojrzeli po sobie z lekkimi uśmiechami na twarzach.

– I tak, i nie – usłyszałem zdawkową odpowiedź – paradoksy istnienia sięgają źródła źródeł i dotyczą wszystkich stworzonych i bytujących odwiecznie istot. Tym niemniej pozwoli pan, że dokończymy naszą rozmowę niezależnie od tego, co pan z niej zdoła dla siebie wynieść.
– Jesteście panowie filozofami, czyż tak? – zapytałem jeszcze.
– Poniekąd tak. Poniekąd nie tylko – odpowiedział pierwszy z mych przygodnych znajomych.
– Zatem nie przeszkadzam – poddałem się – i słucham panów z całą powagą.
– Proces, który dopełnia się w naszych czasach ma na celu ostateczne obudzenie się świadomości duchowego przeznaczenia u wszystkich bez wyjątku rozumnych istot w obrębie tego zawarowanego świata – mój współrozmówca wrócił prędko do tematu.
– Już został zainicjowany bieg zdarzeń wiodących ku wielkiej rewolucji. Ma przynieść ona samoistne obudzenie mocy zawartej w środku utrzymywanych dotąd w złudzeniu niższych światów – podjął spokojnie wywód drugi z mężczyzn. – To, co się ukaże w rezultacie inspirowanych zjawisk nie będzie „domalowane” na planszy przez twórców zastraszających efektów specjalnych na ziemskiej scenie, jak to robiono do tej pory. A ludzie nie będą śnili na jawie za pośrednictwem aktorów o spotkaniu z potworem, gdyż pojawi się on rzeczywiście między nimi. Jednym słowem zrodzi się spośród nich.
– Proszę mi coś wyjaśnić – zadrżałem. – Jeśli diabeł jest naszą wspólną ogólnoludzką projekcją, niejako zmaterializowaną mocą naszych grzesznych pożądań, to nie zaprzeczycie chyba panowie, że na tej samej zasadzie może istnieć także Bóg.
– Co do tego to musi pan uwierzyć nam na słowo, że Bóg istnieje rzeczywiście i niezależnie od nas – uśmiechnął się mój rozmówca.
Podjąłem wspólną zabawę i zacząłem brnąć w swój wywód zgodnie z ich domniemaną koncepcją wszechrzeczy.
– Bóg jednak może nas wchłonąć z powrotem w siebie w każdej chwili?
– Dokładnie tak jak kończy się przedstawienie w teatrze. Zapada kurtyna, gasną światła, aktorzy znikają ze sceny, autor wraca do domu.
– A więc jest prawdziwym potworem! – wykrzyknąłem.
– Sam pan widzi, że każdy medal ma dwie strony – roześmiał się pierwszy z mężczyzn.
– Z tego powodu wymyślił sobie zniszczenie nas w tak okropny sposób? Pozwalając nam, swemu niedoskonałemu i ograniczonemu stworzeniu przemienić się w diabła! A zapewne następnie przykładnie go ukarać unicestwieniem!
– Nadal pan nie rozumie… – spoważniał drugi z nieznajomych i przemówił, zaiste z dziwną pewnością swego – Bóg pokochał ludzi tak bardzo, że postanowił zniknąć dla ich świadomości, przestać istnieć, jeśli ludzie tego tylko chcą. Obdarzył swoje stworzenie wolnością wyboru. To ono samo postanowi o swej przyszłości.
– Ludzkość wciąż nie zna mocy własnej wyobraźni i woli, która zresztą była do tej pory wyręczana i zręcznie sterowana – zamyślił się pierwszy z mężczyzn. – Oto nadchodzą czasy uwolnienia. Ludzie zrobią, co zechcą.
– Wszyscy rozumiemy, że dominuje w nas czynnik grzechu i skłonność do upadku. To ogromne ryzyko… – zasmuciłem się.
– Z tego powodu już od dawna ludzie nie są sami – odparł tajemniczo mój rozmówca.
– Czemu jednak mają być tego aż tak straszliwe konsekwencje? Nie rozumiem.
– To najskuteczniejszy sposób na obudzenie się ze snu i uświadomienie sobie własnej mocy. A tkwienie w grze to przecież nieustanny sen duszy – odpowiedział spokojnie drugi z mężczyzn.
– Strach paraliżuje, ale także mobilizuje wolę przetrwania w stopniu, którego ludzie nie przeczuwają. Cóż to za bóg, który nigdy nie zmierzył się z diabłem i nie zwyciężył go? A przecież powiedziano „bogami jesteście”.
– Łatwo to chyba mówić wam, panowie, którzy stoicie… z boku – stwierdziłem z przekąsem.
– Myli się pan. Bierzemy udział w tej rozgrywce osobiście – pierwszy z nieznajomych niespodziewanie parsknął śmiechem.

Umilkliśmy. Byłem oszołomiony. I nagle poczułem ogarniającą mnie dziwną słabość.
– Cóż ci to, Prowansalczyku? – usłyszałem zaciekawiony i jakby lekko ubawiony głos drugiego z moich rozmówców. Wtem zdało mi się, że ów jego głos oddala się ode mnie i brzmi coraz ciszej – Dotąd nie wierzył pan w diabła, prawda? Niechaj się pan wesprze na mnie…
– Nie, zaraz mi przejdzie – odparłem, ale poczułem, jak krew uderza mi do głowy gwałtowną falą. Doprawdy nie rozumiem, co się ze mną w tamtym momencie stało. Do tej pory pozostaje to dla mnie zagadką. Nie mam pojęcia, czemu pamiętam obrazy, a nie słowa z tego, o czym rozmawiali moi przygodni znajomi.

condorcet

Bo przecież widziałem na własne oczy, pozostając jednocześnie na placu paryskiego przedmieścia, jak pośród ożywionego ruchu w całym kraju zaczyna wyróżniać się pewien znaczny mężczyzna. Było ich w istocie wielu, lecz ten wydał mi się podobny do jednego z moich napotkanych przygodnie na placu rozmówców. Nosił się czarno, wszystkie elementy jego stroju, od stóp do głów były czarne, nawet koszula i żabot oraz pióro u dwurożnego kapelusza.

Mirabeau

W pewnej chwili pojawił się u jego boku inny. Z twarzą szeroką i poważną, z bystrym spojrzeniem wielkich, nieco wybałuszonych oczu przemawiał ze swadą stojąc wprost przed królem w pałacowej sali. Jego poza była pełna uszanowania, lecz ruchy i ton głosu zdecydowane i mocne. Królu, Sire – przemawiał – racz usłuchać dobrej rady, nim stanie się najgorsze!
– Kim jesteście? – wyszeptałem zdumiony.\
Moi towarzysze uśmiechnęli się do siebie.
– Nasze nazwiska nic jeszcze panu nie powiedzą. Tym niemniej grzeczność wymaga przedstawienia się – orzekli. I każdy po kolei wymienił swoje miano, skłaniając przede mną głowę:
– Condorcet.
– Mirabeau. Nota bene, pochodzę z pańskiego miasta, panie de Fauris. Nadzwyczajny zbieg okoliczności, nieprawdaż?
Rzeczywiście, niewiele mi to powiedziało, ale jeszcze raz pochyliłem się przed nimi uniżenie.
– Otóż, panie de Fauris, działamy na rzecz sprawy, która okaże się istotną dla całego świata już za jakieś dwie dziesiątki lat. Proszę posłuchać… – powiedział ściszonym głosem pan Condorcet kładąc przy tym palec na ustach.

W odpowiedzi dobiegł mych uszu płynący jakby wprost z nieba męski głos. Odczytywał szybko monotonnym tonem długi urzędowy tekst jakiejś ważnej prawnej deklaracji.

Ludzie rodzą się i pozostają wolnymi i równymi w prawach. Podstawą różnic społecznych może być tylko wzgląd na pożytek ogółu. Celem wszelkiego zrzeszenia politycznego jest utrzymanie przyrodzonych i niezbywalnych praw człowieka. Prawa te to: wolność, własność, bezpieczeństwo i opór przeciw uciskowi… Wolność polega na tym, że wolno każdemu czynić wszystko, co tylko nie jest ze szkodą drugiego… 

– Wolność, równość, braterstwo! I ty staniesz się świadkiem narodzin nowego przymierza podyktowanego przez niebo, a podpisanego przez wcielone moce ciemności – skomentował wszystko pan Mirabeau. – To początek ostatecznej rozgrywki światła i mroku na tym padole.
– Wyższe stany zachowują się od dawna jak szare króliki. Tymczasem nawet genialnie uzdolnieni ludzie z najniższych klas nie mogą zyskać dla siebie żadnej możliwości rozwoju. Idea światłego władcy chroniącego społeczeństwo we wszystkich aspektach skompromitowała się całkowicie – dodał pan Condorcet.

Kiedy tak staliśmy zamyśleni spojrzałem w kierunku baszty. Wydało mi się, że po jej kamiennych ścianach wspina się wiele pojedynczych ciemnych i anonimowych postaci. Przycupnęły na razie unikając zauważenia z dołu przez możliwych obserwatorów.

Wtedy znów usłyszałem szum własnej krwi w uszach i pulsowanie, które poprzedziło otrzeźwienie. I ocknąłem się. Spojrzałem bardziej bystro i przytomnie. Musiałem stwierdzić, że zapadający zmierzch zaległ już szarością na wysokim szczycie baszty, a pojawiające się na tle nieba dymy z kominów nad kamieniczkami przedmieścia świadczyły, że Paryżanie powrócili do mieszkań i zajęli się przygotowywaniem posiłków.
– Sprzedawcy dymów mnożą się. Zanieczyszczenie, brud i smród zwiększa się wraz z rozwojem miasta i napływem nowych mieszkańców – skomentował ten widok pan Mirabeau. – Taką trującą atmosferę lubią złe duchy. Zbliża się nieuchronnie czas wielkiego przewrotu.
– Panowie, nie udawajcie – stwierdziłem. – Przecież to zostało zaplanowane. Nie byłoby cienia, gdyby najpierw Bóg, czy też bogowie jak twierdzicie, nie dali ludziom prawa i nie zakazali tego, co grzeszne. Mówicie o efektach własnej złośliwej pracy.

Pan Mirabeau spojrzał mi prosto w oczy. Jego twarz była jasna, rysy wygładzone i spokojne, spojrzenie pełne mądrości.
– Pomyśl inaczej, miły młody panie de Fauris. Gdyby nie ta manipulacja, nigdy nie doszłoby do rozdzielenia dobra od zła, miłości od nienawiści, światła od ciemności, Boga od diabła.
– Komu służycie, panowie? – dociekałem uparcie. – Bogu, czy diabłu właśnie?
– Młody człowieku, odpowiedź masz w swoim sercu. Kochamy Go bezwzględnie i pozwalamy Mu być takim, jakim akurat chce być, dobrym czy może złym.
– To szalona miłość – wszedł mu w słowa pan Condorcet. – Na Jego życzenie i z miłości do Niego nie żal nawet podjąć się diabelskiego zadania.

Zasmuciło mnie to wszystko, choć jednocześnie zdało mi się, że zaczynam pojmować sens istnienia cienia.
– Słusznie myślisz – pan Mirabeau położył mi rękę na ramieniu i lekko uścisnął. – Tylko wzajemne przebaczenie i miłość potrafią uruchomić i właściwie skierować drzemiącą w cieniu wszechmoc.
– Musi przecież istnieć plan, który storpeduje demoniczne zakusy – nabrałem nadziei.
– Być może. Nie stanie się to jednak prędko. Ale przyjrzyjmy się temu, co wydarzy się jeszcze za twego życia, panie de Fauris.

**

Markiz de Sade, pomimo ostracyzmu, z którym wciąż się stykał sprawiał wrażenie pozbawionego absolutnie wątpliwości. Oceniał ludzi z dystansem i ironiczną wzgardliwością. Znał ich od ciemnej strony, której często nawet oni sami nie znali, nie chcieli znać. Potrafił ich nawet za to na swój sposób kochać, tak jak kochał samego siebie, bezwzględnie. Przyglądał się ludzkiej naturze, własnej naturze jak uczony grzebiący w odchodach w poszukiwaniu rzadkiego robaka. Był taki zawsze. Nie mieściło mu się w głowie, że coś mogłoby przerosnąć jego wolę i inteligencję.
Porę codziennego wypoczynku na świeżym powietrzu w kolejnym więzieniu, w którym go osadzono poświęcał przeważnie na swobodne puszczenie wodzy wyobraźni, rozluźnienie myśli. Wielogodzinne pisanie w ciemnej chłodnej celi, po ciężkiej nocy przeznaczonej na szczegółowe obmyślenie kolejnej partii tekstu, aby przy pisaniu nie marnować papieru i inkaustu, o które wciąż musiał prosić, nawet domagać się, czekać na nie, pożerało go fizycznie i psychicznie. Stracił apetyt, wychudł. Nie znosił widoku innych więźniów, przeważnie zwykłych rzezimieszków i złodziei. Reagował na nich nerwowo i gwałtownie, na tyle nieprzyjemnie, że swoim uporem wymusił na naczelniku zgodę na taką osobną formę spaceru.
Z dachu bastylii rozciągała się wspaniała panorama Paryża pogrążającego się właśnie w zapadającym zmierzchu. Z kominów domów i kamienic przedmieścia Saint-Antoine, dość luźno rozrzuconych pośród licznych wysokich drzew wznosiły się w górę cienkie smużki szarych dymów. Gdzieś w oddali połyskiwała w ostatnich, ale ostrych promieniach słońca woda Sekwany.
Pozostający w niższych partiach więzienia strażnik zadzwonił jeden raz. Był to sygnał dla markiza, że za kilka minut będzie musiał zejść na dół, pójść ciemnym wilgotnym korytarzem do swojej celi, wrócić do tego, co jeszcze powinien napisać.

de-sade

Książka, w którą zanurkował jak szczupak i do której tak się przywiązał, że właściwie kolejny pobyt w kamiennej twierdzy ledwie zauważał, dawała mu przestrzeń niosącą ulgę, kuszącą wizją osobistej wielkości, a nawet nieśmiertelności. Pisząc ją, cyzelując, ważąc każde słowo, przeżywając scena po scenie rósł we własnych oczach i sięgał po coś, po co niewielu ludzi odważyło się kiedykolwiek w dziejach sięgnąć świadomie. Wyglądał z radością przez okno szeroko otwarte w mroku na tajemniczy ogród okropieństw rozsiewających mdlące i upajające wonie. Wdychał je swobodnie. Nic go tutaj nie mogło zaskoczyć, przestraszyć, kochał odruch wstrętu, to pierwsze uczucie zetknięcia się z zabronieniem, obwarowanym karą zakazem. Kiedy je łamał, z wiekiem coraz łatwiej i prędzej, odkrywał ich absurdalność jak teatralną sztuczkę, na którą tylu się nabrało! I pozwoliło uwięzić w świecie konwenansu, recytowanych bezmyślnie praw i zasad, porządku ustalonego nie wiadomo przez kogo i kiedy. W świecie obłudnym, wykastrowanym, egzaltowanym do rozpęku, nieprawdziwym i nudnym. Gardził nimi i tymi, którzy ich bezmyślnie przestrzegali. Tyle samo, ile siebie wielbił i podziwiał. Za to, że potrafi patrzeć ponurej, okrutnej prawdzie prosto w oczy i jeszcze czerpać z tego przyjemność. Tej przyjemności nigdy nie będzie końca. Starzenie się, ból, choroba, samotność mogą być jej wspaniałą pożywką. Umysł patrzący jasno i czysto, obserwujący naturę bez lęku, przesądów i odrazy pozostaje wolny zawsze i w każdej postaci. Nieśmiertelny, subtelny, obiektywny, dysponujący mocą nieznaną przestraszonym religią i obyczajem rabom i niewolnikom.

Miasto widziane z góry dodawało markizowi energii. Wierzył, że ma mu coś ważnego do przekazania, unaocznienia, uświadomienia. Bo są w nim ludzie, jednostki zaledwie, ale tych nigdy nie było i nie ma wiele, mężczyźni i kobiety, którzy zdolni są pojąć jego przesłanie i ponieść je dalej. Aby uwolnić choćby samych siebie.
W celi czekał na niego manuskrypt „120 dni Sodomy”. Starannie i powoli rozwijał w nim swój twórczy zamysł. Wkraczał stopniowo w nowe przestrzenie, coraz mroczniejsze i bardziej zakazane. Łamał te zakazy, aby w końcu według natchnionego planu, który ujrzał w przebłysku geniuszu na samym początku, dotrzeć do granicy instynktu przetrwania i woli przeżycia fizycznego ciała, pierwotnego dzikiego lęku, który jest podstawą wszelkiego istnienia na tym świecie. I przekroczyć ją. Z rozkoszą. Na którą stać jedynie bogów.
Nie czekając na kolejny sygnał niecierpliwego dzwonka ruszył w kierunku wyjścia z dachu. Nabrał wigoru.

*

Mijały lata. Któregoś razu, gdy markiz jak zazwyczaj schodził do swej kamiennej celi, ktoś w tym samym czasie postanowił wejść tą samą drogą na górę. I nie był to więzienny strażnik, któremu już dawno znudziła się ta codzienna czynność i wolał grać z kolegą w karty w swej strażniczej ciupie.
Po drewnianych, skrzypiących ze starości spiralnych wąskich schodach miarowym krokiem wspinała się ciemna postać, kompletnie nierozpoznawalna w słabo oświetlonym wnętrzu. W istocie był to zlewający się z szarym tłem, nieco tylko od niego ciemniejszy cień.
Zdążający w dół zdecydowanym krokiem markiz widział chwilami wyraźnie jedynie jego połyskujące oczy. Kiedy się zbliżył nie mógł uwierzyć w to, co w nich nagle wyczytał. Jarzyła się w nich krańcowa drwina i bezczelność, szalona pewność siebie i wzgarda.

Markizowi nie mieściło się w głowie, aby ktokolwiek w tym ciasnym miejscu nie ustąpił mu drogi, nie cofnął się i nie skrył w jakimś zakamarku, aby ten mógł go swobodnie wyminąć, nienarażony na jakiekolwiek dotknięcie ani nawet muśnięcie jego oddechu. Tym bardziej, gdy przechodzący nie był z równego mu stanu. Nie zwalniając kroku i nie czyniąc żadnych ostrzegawczych gestów dotarł do miejsca zetknięcia się z niewyraźną postacią.
Nie ustąpiła na krok i nadal wpatrywała się w niego wprost przenikliwymi oczami. Spróbował w takim razie chwycić ją za ubranie, aby – jeśli się i wtedy nie cofnie – zepchnąć ją przemocą w dół. Ku jego zaskoczeniu jednak mroczny kształt majaczący w załomku schodów uchylił się tak szybko i zręcznie przed jego dłońmi, że pan de Sade objął jedynie powietrze. Jednocześnie wydało mu się, że słyszy złośliwie drwiący śmiech. Choć równie dobrze mógł to być poświst wiatru wpadający przez okno w grubym kamiennym murze.
Tego było już za wiele!
– Kim jesteś? – zapytał markiz syczącym z oburzenia głosem. Daremnie usiłował przejrzeć kłębowisko szarości zalegającej w kącie schodów. Dostrzegał w nim niewyraźnie przygarbiony kształt przypominający człowieka. – Jakim prawem w ogóle cię tu widzę? Gadaj zaraz!
– Jestem twoim cieniem – zadrwiła tajemnicza postać, głosem chropawym i o szczególnym brzmieniu. – I dlatego tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.
– Rozkazuję ci natychmiast ustąpić! – wykrzyknął pan de Sade przyjmując budzącą respekt pozę. – To oburzające i godne najwyższej kary stawać mi na drodze!
– I ty mówisz mi o karze? – zachichotała rechotliwie cienista postać – Na Boga! Znam wszystkie twoje grzechy, perwersje, okrucieństwa, zdrady i niesprawiedliwości. Pamiętam każde złamanie prawa, każdą krzywdę i ból, każde zgorszenie, które zasiałeś. Wylęgałem się długo w mroku i długo dojrzewałem do tego wspaniałego momentu. Czas chyba stanąć do pojedynku – śmiał się cień. – Wiem, że brzydzisz się mnie dotknąć, ba, nawet odetchnąć tym samym powietrzem, co ja, ale sam pomyśl… Jestem tobą, twoim prawdziwym ja. I przychodzę po swoją wyłączną własność.
– Nic ci się nie należy, bezczelny głupcze! – wycharczał zduszonym od wściekłości głosem markiz.
– Mylisz się! Moją prawdziwą własnością jest twoje ciało. Jeszcze tylko tego brakuje mi do pełni zaistnienia – szydził cień.

Pan de Sade uznał wtedy, że sprawa zaszła za daleko. Nagle udał, że chwyta za szpadę, której jako więzień został przecież pozbawiony i że dobywa ją. Z wyciągniętym z kieszeni zamiast niej piórem ruszył w rejon, który do tej pory daremnie usiłował prześwietlić wzrokiem.
– Albo się ukorzysz, albo…! – wykrzyknął zadając nagle markowane pchnięcie wprost w ciemny kąt, gdzie skrywał się dziwny wróg.

Pośród nieprzeniknionej szarości nadal spokojnie stała postać sprawiająca wrażenie ulepionej ze zgęstniałego mroku. Markiz spróbował ją chwycić za ubranie na piersiach i w tej samej chwili owionął go przeszywający chłód i odór starego wilgotnego lochu. Cień przesunął się ku niemu i mimo, że trudny do uchwycenia w ręce niespodziewanie oplótł się wokół rozgniewanego mężczyzny. Przez moment sprawiali wrażenie siłujących się ze sobą, gdy niespodziewanie cień okazał się mocniejszy od człowieka. Zupełnie nagle rozrzedził się. Błyskawicznie wniknął we wnętrze pana de Sade i całkowicie zapanował nad jego ciałem.

*

Minęło kilka dni. Była pełnia lata. Na przedmieściu Saint-Antoine trwał zwykły ruch i wymiana towarów. W gorące wczesne popołudnie markiz, jak co dzień przyglądał się z góry ludziom kręcącym się gromadnie na placu u stóp więzienia. Tego dnia oczy markiza pałały szczególną gorączką. W ciągu jednej nocy jego twarz zmieniła się, zbrzydła i postarzała. Coś dziwnego stało się z jego górną wargą, która podciągnęła się do góry w kątach ust tuż nad kłami i już ciągle pozostawała w szczególnie nieprzyjemnym skurczu. Odsłaniała dwa stępiałe na końcach, lekko już pożółkłe zęby, które ukazywał w nieustająco drwiącym uśmiechu.

Sade

Zawisł rękami na żelaznych kratach chroniących okno celi próbując wychylić głowę jak najdalej w kierunku ludzkiego motłochu poruszającego się chaotycznie pod fortecą, niby mrówki na kupie rozrzuconych odpadków. Wtem z jego gardła wydobył się piskliwy zniewieściały głos. Wkładając w niego całą siłę płuc wrzasnął z buńczucznym i prześmiewczym szyderstwem:
– Ratunku! Ratunku! Mordują więźniów Bastylii!

Kilka dni później lud zdobył więzienie i zburzył je.

(Pisane w latach 2004-2017)

Granice światów

Obiecałam opowiedzieć jeszcze o dinozaurach i T-rexie, bo przyszło do mnie nieco więcej informacji, niż te zamieszczone w noweli „Opowieść Ogrodnika” czy Wspólnym Śnieniu. Pewnej nocy wyświetliła mi się w głębokim śnie szczególna historia… Trwała bardzo długo, miała w sobie elementy wizyjnego transu, a fragmenty, które zapominałam, wracały do mnie po wielekroć. Rano pod wpływem wrażenia wyprowadziłam tylko psa na siku, zaparzyłam sobie kawę i usiadłam do komputera, żeby rzecz zapisać. Wstałam od niego wieczorem.
Oto ów sen, zapisany w formie opowiadania. Dodałam od siebie jedynie imiona bohaterom. Wrażenia sensualne relacjonuję wiernie, jakie były.

Ewa Sey

Granice światów

II.
Rozległy kompleks budynków instytutu, wznoszących się nad równie rozległą i bogatą bazą podziemnych pomieszczeń, rozciągał się na skraju zaskakujących w owym pustynnym regionie mokradeł.
– Czy bagienny klimat wam nie szkodzi? – zapytałem patrząc z tarasu wychodzącego na daleką przestrzeń nieskażonej ludzką ingerencją przyrody rozciągającej się zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej. Towarzyszyli mi Ted i Angela, specjaliści od rzeczy, które trudno nawet nazwać jednym słowem. Oprowadzali mnie po terenie należącym do instytutu. Mieli za zadanie pokazać mi wszystko, czego sobie tylko zażyczę i dać odpowiedź na każde moje pytanie.
– Zupełnie nie. To, na co teraz patrzymy to rodzaj hologramu, iluzyjny obraz, który dla naszych zmysłów tak naprawdę nie istnieje – wyjaśniła skwapliwie Angela.
– Czyli mógłbym podejść bliżej i przekonać się, że rosną tam takie same kępy trawy i rzadkie drzewa, jak wszędzie wokół miasteczka? – pytałem dalej, zadziwiony. Ted uśmiechnął się.
– Usiądźmy – zaproponowała Angela. – To dłuższa rozmowa, warto odpocząć, odprężyć się. Co ci podać? Może być cola, woda mineralna, kawa, herbata z lodem albo piwo.
Taras, częściowo oszklony, a częściowo zupełnie odsłonięty na wszelkie wpływy pogody zagospodarowano białymi okrągłymi stolikami i wypoczynkowymi fotelami. Automaty ustawione w głębi przy drzwiach serwowały kilka najpopularniejszych napojów dla chętnych ponapawać się widokiem bezludnego i egzotycznego pustkowia.
– Piwo – powiedziałem. – Te cuda warte są toastu.
Angela po chwili przyniosła mi plastikową szklankę pełną słomkowego, lekko pieniącego się napoju, który zwano tutaj piwem, ale które z piwem – moim zdaniem – niewiele miało wspólnego. Bliżej mu było raczej do jabłecznego cydru, który znałem dobrze z Europy. Nosiło nazwę „Piwo Jemiołak”, a wielki budynek browaru, który je produkował znajdował się na skraju ogrodzonego terenu instytutu i miasteczka.
– Słucham wszelkich objaśnień – przywróciłem temat.

III.
– Widok, na który właśnie patrzymy – rozpoczął z powagą Ted – jest i nie jest iluzyjny. Przedstawia świat, który istnieje rzeczywiście w tym miejscu, ale w innym czasie.
– Czyli bariera, która nas od niego odgradza jest barierą czasu? – zapytałem ze zrozumieniem, I przypomniałem sobie historię chronowizora, który został przed laty uznany przez Watykan za diabelski wynalazek, rozebrany na części, a części owe upłynniono w nieznanych miejscach i stronach. Oto badawczy ludzki umysł znów wpadł na tę samą ideę i sposób. Krótko mówiąc, dostępu do wiedzy nigdy nie da się zniszczyć na zawsze i naprawdę skutecznie.
– Yhm. Faza Alfa projektu ukazała nam w pełni ów obraz, który jednak na początku nie był tak doskonały, jak teraz. Był to rozedrgany i nietrwały miraż. Na tyle fascynujący, że rozpalił nasze umysły i wpadliśmy w istną gorączkę twórczą – kontynuował Ted. – Dokonaliśmy od tamtego czasu wielu odkryć i ustaliliśmy parametry pozwalające zakotwiczyć ów obraz na tyle, że właściwie może być dostępny naszym oczom dzień i noc.
– Hm… Co by było, gdybym tam podszedł? Co zobaczyłbym naprawdę? – spytałem.
– Pewnie byłeś nieraz w trójwymiarowym kinie – dodał Ted. – To podobne wrażenie. Możliwość bycia w tym świecie nieomal naprawdę.
– To jednak było kiedyś. Teraz jest już inaczej – dorzuciła Angela zerkając na mnie przeciągle. – Trwa faza Beta projektu. Budujemy przejście. Wrota innymi słowy.

Zauważyłem, że dłoń Teda, w której trzymał puszkę z colą lekko zadrżała. Działo się to z tłumionego podniecenia. Oczy wlepił w widok rozciągający się przed tarasem, więc nie bił we mnie bezpośrednio ich nadzwyczajny blask. Chyba wszyscy musieli się tutaj specjalnie uczyć skrywać swój entuzjazm i rozgorączkowanie.
– Wokół nas istnieje wiele światów, pomiędzy którymi istnieją podobne przejścia – dodała Angela – Są to jednak światy ludzkie lub zbliżone do ludzkich, dostępne naszej świadomości dość łatwo. Potrafimy nawet wzajemnie się odwiedzać z mieszkańcami niektórych z nich i wymieniać się wiedzą i doświadczeniami.
– Jednak to właściwie czysta zabawa w porównaniu z tym światem, który tutaj widzisz i z zadaniem, który on postawił przed nami – wszedł jej w słowa Ted.
– Dlaczego?
– To świat bardzo zamierzchły, można rzec prastary. Pierwotny.
– Kilkanaście tysięcy lat? – spytałem wlepiając wzrok w mgły zalegające ponad widocznym w oddali zielonym wzgórzem, wznoszącym się w głębi bagiennego obszaru. Po chwili ciszy rzuciłem:
– Kilkaset tysięcy?
– Nie zbadaliśmy go jeszcze dostatecznie. Według wstępnych ocen jest to przynajmniej… sto milionów lat temu. O ile w istocie linia czasu, tak jak ją sobie wyobrażamy w ogóle istnieje – usłyszałem cichą odpowiedź Teda. I głośne przełknięcie resztki coli z jego puszki.
– Choć wydaje się nam biec ona zawsze prosto przed siebie, to jednak tak naprawdę jest pętlą, wirującym po spirali pierścieniem – dodała od siebie Angela.
– Nieźle – westchnąłem z wrażenia. – Uch, to czasy wielkich drapieżnych dinozaurów, czyż nie?
– Tak…
Milczenie.
– Macie zamiar tam wejść?
– Pracujemy nad tym. Trzeba jeszcze wielu przygotowań – stwierdziła Angela.
– Niemniej stoimy w drzwiach i zerkamy przez uchyloną szparę – dodał Ted i było słychać prawdziwą dumę w jego głosie.
Zaczynałem zastanawiać się głębiej nad tym, co kryje się za faktem specjalnego zaproszenia mnie tutaj.

IV.
Nagle uderzył nas w twarz silniejszy podmuch wiatru. Był ciepły i suchy, niósł w sobie smak i zapach pustynnej prerii otaczającej miasteczko.
– Podprowadźcie mnie do szpary, o której mówiliście – powiedziałem z nagłym zdecydowaniem.
Wstaliśmy szybko od stolika, wyrzuciliśmy puste naczynia do kosza i zeszliśmy po kilku stopniach w dół z tarasu. Ruszyliśmy wolnym krokiem ku widokowi rozciągającemu się przed nami w całej swojej rozległości i soczystości barw rozjaśnionych popołudniowym, schodzącym ku zachodowi słońcem.
– Pięknie tutaj, prawda? – stwierdził Ted nie odrywając od niego wzroku.
Istotnie, musiałem mu to przyznać.

V.
Skraj mokradła był wyraźny i przypominał właściwie brzeg rozległego jeziora. Prawie nieprzeźroczysta, gęsta od błota na dnie woda chlupotała i rozbijała się o niego ledwie widocznymi drobnymi falami. Z wody wystawały wysokie trzciny i trawy zasłaniające ogromny podmokły obszar rozciągający się w oddali.
W pewnej odległości spośród trzcin i cienkich, słabo ulistnionych krzewów sterczących wprost z wody i usiłujących w niej rosnąć wznosiło się szerokie płaskowzgórze. Musiał to być właściwie brzeg większego stałego lądu, jak stwierdziłem po lepszym przyjrzeniu się. Był porośnięty żywą zielonością, która z naszego punktu widzenia sprawiała wrażenie szczelnej pokrywy składającej się z miękkiego, wyjątkowo wysokiego mchu. Ów „mech” rósł wszędzie na lądzie jako rodzaj poszycia, nad którym rozciągały się gęstniejące miejscami w całkiem nieprzenikliwe dla naszego wzroku przestrzenie niewiele od niego wyższego młodego lasu.
Nad wszystkim unosiły się mgły i opary. Zakrywały dalszy horyzont białą szczelną zasłoną, która tylko chwilami gdzieniegdzie przecierała się ukazując magiczne dale. Połyskiwały w słońcu niczym obsypane kryształami załamującymi światło pod wszystkimi możliwymi kątami. Promienie zachodzącego słońca nasycały powietrze delikatnym oranżem, który wraz z mglistą bielą oparów, połyskliwością wody i intensywnie żywą zielonością porostów tworzył obraz jakby rodem z fascynującej egzotycznej baśni.
Zatrzymaliśmy się nie dalej jak metr od widocznego bardzo wyraźnie brzegu bagniska.
Ted kucnął i przesypywał w dłoni suchy piasek. Zrobiłem to samo. Była to dobrze mi znana rzeczywistość.
– Podejdź do wody i spróbuj jej tak samo dotknąć – powiedział po chwili Ted.
Posłusznie zbliżyłem się do brzegu. Woda marszczyła się, poruszała i niewątpliwie żyła w swojej rozedrganej połyskliwości tuż koło moich stóp w traperskich butach, chroniących przed kąśliwymi mieszkańcami pustyni. Wyciągnąłem rękę i spróbowałem ją w niej zanurzyć. Iluzja zdawała się trwać jeszcze w odległości milimetra od jej powierzchni. Dotyk jednak zasygnalizował mi coś innego, niż wzrok. Moja dłoń oparła się o płaską, twardą, pionową powierzchnię jak o niewidzialną ścianę.
– Ach, doskonałe złudzenie – wybuchnąłem śmiechem. – Czego dotykam?
Angela podała mi plastikowe okulary, o których dotąd myślałem, że to przeciwsłoneczne lustrzanki. Po założeniu ich ujrzałem przed sobą dwie olbrzymie lśniące kolumny, a między nimi wysokie na kilka metrów zamknięte w tej chwili Wrota. Śmiałem się dalej.
– Wiecie, do tej pory sądziłem, że Wrota Czasu to tylko symbol, kreacja naszego umysłu.
– I masz rację – stwierdził całkiem poważnie Ted. – To, czego teraz tutaj dotykamy jest rzeczywistością pośrednią i umowną.
– Chcę wszystko zobaczyć – postanowiłem nieodwołalnie.
Ted i Angela spojrzeli po sobie, w końcu Angela wzruszyła ramionami, a Ted rozłożył ręce.
– A więc, prosimy – powiedział Ted tonem gospodarza witającego natrętnego gościa.

wrota-czasu

VI.
Podeszliśmy wszyscy do Wrót. Były potężne. Wyglądaliśmy na ich tle jak filigranowe laleczki.
– Dębowe? – zastukałem zgiętym palcem w drewno, z którego wydawały się zbudowane.
– Powiedzmy – zaśmiał się Ted. – W rzeczywistości są to dwie idealnie okrągłe, kamienne kolumny, zawierające rdzeń ze szlifowanego specjalnego kryształu. Stoją tu jednak zakotwiczone w innym wymiarze, dlatego nie widzimy ich bezpośrednio.
Ogromne odrzwia nie były zamknięte do końca. Pozostała między nimi kilkucentymetrowa szpara, przez którą wpadało światło widzianego przez nas wcześniej pra-świata. Przysunąłem do niej dłoń i poczułem ciepły wilgotny powiew powietrza. Zbliżyłem tam nos i wciągnąłem owo powietrze sprzed setek milionów lat w swoje płuca wielkim nieostrożnym haustem. Natychmiast zakrztusiłem się i dłuższą chwilę kasłałem ocierając łzy napływające do oczu.
– Zaskoczony? Mówiłam przecież – zachichotała Angela.
– Cóż za smród! – stwierdziłem wreszcie – Ale można się przyzwyczaić!
Ostrożnie zbliżyłem znów twarz do szpary i dałem się omieść ciepłemu powiewowi. Był lepki, duszny, parny, o ostro-słodkim zapachu butwiejących roślin i gnijącej wody. Po chwili pochyliłem się i tym razem przytknąłem do szczeliny ucho.
– Słyszę, naprawdę słyszę! – ucieszyłem się jak dziecko. – Chlupot wody, szum i jakieś szelesty… Niesamowite!

Wyraz twarzy Teda nie wydawał mi się jednak do końca szczery, zauważyłem to jednym rzutem oka. Był chyba zaniepokojony rozmiarem mojej ciekawości, choć starał się ten niepokój zamaskować. To spostrzeżenie skłoniło mnie do dalszych dociekań.
– Chcę usłyszeć, jak daleko zaszła już w realizacji faza Beta projektu – oznajmiłem dobitnie.
– Doprawdy, niewiele dalej – odezwał się po chwili Ted prawie naturalnym głosem. – Umieściliśmy na skraju prototyp pojazdu dla ewentualnego obserwatora, który kiedyś przekroczy Wrota zupełnie.
– Pokażcie mi to – powiedziałem zdecydowanie.
Ted, dzięki specjalnemu osobistemu połączeniu z bazą głównego komputera miał władzę nad Wrotami. Pod jego dotknięciem uchyliły się nieco więcej, tyle, by człowiek mógł się przecisnąć na drugą stronę.
– Nie skrzypią? – zażartowałem, aby zagłuszyć wzbierające podniecenie. Z wrażenia serce podeszło mi do gardła.

Wsadziłem najpierw w rozchyloną wolną przestrzeń moją ciekawską głowę i dłuższą chwilę chłonąłem poznany wcześniej widok spowitych oparami bagien i odległego zielonego lądu. Płuca pracowały tutaj intensywniej, musiałem o wiele szybciej oddychać, aby się dotlenić.
– Wejdźmy – usłyszałem z tyłu spokojny nagle głos Teda. – Brzeg jest pod naszą kontrolą.

VII.
Przekroczyłem granicę światów pierwszy, za mną weszła Angela, a na koniec Ted. Zmrużyliśmy oczy od ostrego światła słońca, które stąd wydawało się większe. Oczywiście, przyklęknąwszy od razu zanurzyłem dwa palce w wodzie, wskazujący i serdeczny, skrycie czyniąc nimi święty znak.
– Zaiste, mokra – przyznałem z podziwem.
Ted zaprowadził mnie zaraz kilka kroków w bok, gdzie w przybrzeżnych szuwarach ukryto czółno, prymitywnie wydrążone w okorowanym drewnianym pniu. Mogło zmieścić w sobie tylko jedną osobę. Niewiele myśląc wskoczyłem do krypy, która zachwiała się na wodzie pod moim ciężarem i chwyciłem do ręki kij służący do odpychania się od dna.
– Uważaj! Bądź ostrożny! Ten świat jest żywy, istniejący, nie wiadomo, co w nim naprawdę czyha – zawołał Ted. – Nie płyń dalej, niż na odległość sześciu metrów. To granica ochronnej tarczy czasoprzestrzennej. Za nią trzeba być o wiele lepiej przygotowanym.

Odbiłem się od brzegu jednym zdecydowanym odepchnięciem kija. Dno było grząskie, miękkie, ale jeszcze dość płytkie. Dziób czółna szybko wjechał w pierwsze przybrzeżne, niezbyt gęste w tym miejscu szuwary, które rozchyliły się pod jej naporem. Przyklęknąłem na jego dnie, aby lepiej utrzymać równowagę. Położyłem kij obok siebie. Rozpędzona łódka zwolniła naturalnym sposobem, a ja całym sobą oddałem się chłonięciu wrażeń płynących do mnie zewsząd.

Tak naprawdę modliłem się teraz. Z podziwu, miłości i zgrozy.

Ten świat nie był piękny, nie był zdumiewający ani fascynujący. On zwyczajnie… zbijał z nóg.  Ogarnęła mnie mimowolna nabożność w obliczu majestatu dzieła rąk Stwórcy Światów.
Nagle postanowiłem zaryzykować i odbiłem się jeszcze raz od dna. Czółno wpłynęło w obszar wodnych traw, które zasłoniły mi widok brzegu i czekającej tam na mnie pary naukowców.
– Zawracaj, Worren! – zawołał zaniepokojony Ted. – To zbyt niebezpieczne!

Oczarował mnie zielony ląd w oddali, który, jak teraz oceniłem, znajdował się dalej, niż mi się zdało z brzegu. Perspektywa tego świata była chyba inna, być może z powodu odmiennej przeźroczystości powietrza i intensywności nasłonecznienia. Jednocześnie, gdy utrzymywało się nieruchomo wzrok na jednym wybranym punkcie zaczynał on jak gdyby przybliżać się, podobnie jak w lornetce.
Odczekałem dłuższą chwilę, aż ruch czółna prawie zupełnie zanikł i pogrążyłem się w kontemplacji rozciągającego się przede mną obrazu gęstego, choć wyraźnie młodego jeszcze i stosunkowo niewielkiego lasu podszytego zielonym mchem wysokości dorosłego człowieka.

VIII.
Nagły ruch czegoś przemykającego błyskawicznie pomiędzy gałęziami zbudził mnie z zachwytu. Fala adrenaliny uderzyła w mój mózg natychmiastowym hasłem do odwrotu. Ciało samo reagowało i działało pod wpływem niesamowitego strachu, który rozlał się natychmiast w żyłach gorącym strumieniem. Wbiłem kij w dno i pchnąłem krypę ku brzegowi. Tak silnie, że sekundę potem wyskoczyłem z niej na piasek i wpadłem wprost na Teda.
– Cholera, co to było? – bełkotałem odzyskując z trudem równowagę. Obejrzałem się za siebie. Szuwary już się zasunęły, a widoczny w oddali zielony ląd wydawał się nadal nieporuszony, cichy i absolutnie spokojny w swojej baśniowości. – Dinozaur? Prawdziwy dinozaur? Widzieliście?
Nie, niczego nie zauważyli. Nie byli jednak wcale zdziwieni tym, co powiedziałem.
– Oto niesamowite ryzyko wejścia w ten świat – stwierdził Ted, marszcząc brwi. – Nie jesteśmy jeszcze gotowi i kto wie, czy w ogóle kiedykolwiek zdecydujemy się z nim zmierzyć. Sam widok potrafi unicestwić wszelkie reakcje nerwowe, które warunkują zachowanie człowieczeństwa i bezpiecznej samokontroli. A co dopiero mógłby zrobić atak? I rzeczywiste zranienie? Nie sposób przewidzieć, na jakie koszmary naraziłoby to zaatakowanych.
– Och. Był cętkowany jak jaguar! – gadałem jeszcze pod wpływem wrażenia. – Czy nie boicie się, że coś takiego mogłoby wedrzeć się przez Wrota na naszą stronę?
– Nie – uśmiechnęła się łagodnie Angela. – Nasz świat ma pod każdym względem inne i zbyt różne parametry od tego. Żadna z żyjących tu istot nie zdołałaby przenieść się do nas i przeżyć. Można by to porównać do konieczności wdrapania się po pionowej idealnie gładkiej skale wysokiej na tysiąc metrów. Zejście i wejście jest dla nas technologicznie możliwe, jak sam się przekonujesz, ale dla żadnej spośród prymitywnych istot absolutnie nie.
Wróciliśmy tą samą drogą, którą tam weszliśmy.

IX.
Kolejne dni spędziłem w instytucie zwiedzając liczne pracownie i laboratoria, w których również pracowano nad zagadnieniem Wrót, ale pod najróżniejszymi innymi kątami. Naukowcy chętnie pokazywali mi swoje osiągnięcia. Byli z siebie dumni, radośni, zainspirowani i głęboko poruszeni efektami swoich badań. Wziąłem udział w pokazowym wejściu do sąsiedniego świata, które zostało wcześniej uzgodnione przez obie strony. Dane było mi spotkać tam ludzi zajmujących się tym samym tematem, choć przy użyciu nieco innych przyrządów i metod analitycznych. Byli biali, wysocy i inteligentni.
– Porozumiewamy się za pomocą wspólnie uzgodnionych symboli, pisma i znaków. Wpadliśmy na pomysł utworzenia organizacji, które rozwijałyby w różnych liniach czaso-kultur zasady przydatne dla trwania kontaktów. Posyłamy tam najpierw swoich specjalistów, a w zamian przybywają uczeni stamtąd do nas. Trzeba stwierdzić, że to głęboko rozwijający proces.
W praktyce – jak się sam o tym przekonałem – odwiedzanie siebie nawzajem nie było trudniejsze, niż przejście z pokoju do pokoju. W trakcie doświadczania wszystkich tych atrakcji ani na chwilę jednak nie przestałem pamiętać wrażenia, które obudziło we mnie wejście do pra-świata. Nie dawało się po prostu zapomnieć. Ani z niczym porównać.

Z Tedem i Angelą widywałem się już rzadziej i głównie towarzysko, podczas przyjęć i na pół oficjalnych spotkań wieczornych urządzanych przez chętnych do poznania mnie doktorów i profesorów oraz ich żon. Szybko wprowadzali mnie w swoje pomysły i szalone tajemnice.
– W kilku sąsiednich światach utrzymujemy stałe grupy eksploratorów, którzy zmieniają się co jakiś czas. To jedyny sposób zebrania maksymalnie wielu informacji i nauczenia się czegoś o innych kulturach – wyjaśnił mi Mercurio, znawca starożytności. – Możliwa jest w pełni wymiana kulturowa, badawcza oraz… genetyczna.
– Co to znaczy?
– Zdarzają się niekiedy sympatie pomiędzy przedstawicielami odmiennej płci z różnych światów. W zasadzie nie zabraniamy tego. Interesuje nas zagadnienie dziedziczenia cech. Każdy świat ma przecież nieco inne parametry warunkujące zmysły i tym samym wrodzone zdolności. Może to nas nawzajem głęboko wzbogacić – wytłumaczył Mercurio. Po czym przedstawił mi swojego trzyletniego synka, Urania.
Chłopczyk spoglądał na mnie wielkimi ciemnymi oczami matki stojącej przy Mercuriu i grzecznie wyciągnął drobną łapkę w moim kierunku.
– Uranio ma rozwinięte zdolności jasnowidzenia i potrafi już całkiem dobrze czytać myśli – pochwalił się dumnie tata.
– Ten pan chce się bawić w grę, która jest bardzo, bardzo straszna – zademonstrował swoje umiejętności malec.
– Wydaje ci się! – zareagowałem natychmiast. – Nie chcę, aby ktokolwiek zaczął grać w tę grę, dlatego jej pilnuję.
Chłopiec zrobił zdziwioną minkę.
– Ona już się zaczęła, nie wiesz tego?
Przeszył mnie zimny dreszcz. Na szczęście rodzice Urania, zajęci witaniem wchodzących do salonu gości nie usłyszeli dalszego ciągu naszej rozmowy. Między przybyłymi byli także Ted i Angela.
– Ok – pogłaskałem malca po głowie – świetnie, że mi powiedziałeś. Teraz wszystkiego dopilnuję, nie obawiaj się.
Niestety, nie było to takie proste. Ted zbywał moje pytania zdawkowymi odpowiedziami, a Angela konsumowała drinki, które zdawały się ją najbardziej interesować. Sprawili jednak na mnie wrażenie szczególnie niespokojnych i nieobecnych myślami.

wrota

 

X.
Dopiero na drugi dzień dowiedziałem się od nich o nieprzewidzianych efektach ich tajnego przedsięwzięcia. Oboje byli przerażeni i zdruzgotani.
– To „coś” wdarło się w międzywymiarową przestrzeń!
– Jak? Gdzie?
– Nie doceniliśmy energii, refleksu, inteligencji i dzikiej siły przetrwania tych zwierząt – wyszeptał pobladły Ted. – Jedno z nich dostrzegło nas i ruszyło w pogoń. Zdołaliśmy wrócić i przebiec przez Wrota, ale nie udało się ich w porę zatrzasnąć!
– Przecież powiedziałeś, że to niemożliwe, że to przerasta ich możliwości.
– Myliliśmy się! Mają niesamowity instynkt orientacji, bezwzględność i prędkość reakcji przekraczającą wszystko, co znaliśmy do tej pory.
– Gdzie się wdarło? – zmarszczyłem brwi.
– Nie wiemy. Natychmiast znikło z naszych czujników. Przypuszczam, że zostało przyciągnięte przez inny czas i świat, który zachował jakiś rodzaj prymitywnych wibracji – odpowiedziała Angela.
– Trzeba zawiadomić ludzi odpowiedzialnych za kontakty między światami – zdecydowałem od razu, a Ted nie sprzeciwił się niczemu.

XI.
Pierwsze kroki skierowaliśmy do Wrót. Tam Ted postarał się ustalić miniony moment wdarcia się dinozaura w późniejszy świat, aby prześledzić – choćby przy pomocy komputerowych symulacji – jego najbardziej prawdopodobną drogę. Dość długo nie było żadnych wyników, aż nagle całkiem niespodziewanie znaleźliśmy się w punkcie „zero” czasu, o który nam szło. Był to dosłownie ułamek ułamka sekundy. Na nasze szczęście znajdowaliśmy się w pewnej odległości od właśnie zamykających się Wrót, gdy bestia galopująca przed siebie z wysokim i ledwie przez to słyszalnym dla naszych uszu piskiem minęła nas w swoim szaleńczym pędzie naprzód. Zamarliśmy w jednej chwili jak posągi, sparaliżowani strachem przerastającym rozum. Prędkość, mordercza dzikość i agresja, którymi dysponowało to zwierzę przewyższyły wszystkie nasze wyobrażenia.
– Musimy natychmiast ostrzec innych – szepnęła Angela.

W pewnej odległości od Wrót i od naszej trójki zauważyłem Angelę i Teda skamieniałych ze zdumienia w chwili pierwszego wtargnięcia bestii w wyższe światy. Przejęci sytuacją nie zauważyli nas, co błyskawicznie uznałem za dobre w tamtej chwili. Linia czasu rozszczepiła się na dwa tory wydarzeń, a bliźnięta czasowe musiały działać na każdym z nich po swojemu. Aż do chwili zapętlenia i spotkania się oko w oko ze sobą w przyszłości.
Wszystko teraz wydawało się lepsze, niż trwanie w miejscu i czekanie na atak z nierozpoznanej strony. Ruch fizyczny przywrócił mi panowanie nad emocjami.

Puściliśmy się biegiem wzdłuż głównej uliczki pomiędzy budynkami naukowego osiedla, aby zatrzymać się na rozległym strzyżonym trawniku przed najwyższym białym budynkiem, na którym widniał szyld „Jemiołak”. To w nim mieściła się główna baza kontaktowa z sąsiednimi światami. Jak się szybko przekonałem, jej główny zrąb zakotwiczony w czasie teraźniejszym sięgał wyższego wymiaru, niby niewidzialny wieżowiec. Dla zwykłych mieszkańców miasteczka był to zawsze i tylko Browar.

Zauważyłem uchylone okno na parterze. Z piętra powyżej dobiegał przez otwarte okno głośny dźwięk fortepianu. Ktoś bębniąc szaleńczo w klawisze grał jakiś hard rockowy utwór z taką ekspresją, jak gdyby chciał obudzić wszystkich świętych w promieniu kilometra.
– Tam! – wskazałem dłonią.
Niewiele myśląc przebiegliśmy szybko spory obszar starannie strzyżonego trawnika i dotarliśmy do ściany budynku. Zajrzałem przez uchylone okno na parterze. Wszystko zdawało się pozostawać w najlepszym porządku. Niewiele myśląc wskoczyliśmy tędy do środka.
– Rozejdźmy się ostrożnie każde w inną stronę – zdecydowałem – i sprawdźmy sąsiednie pomieszczenia. Jeśli są tam ludzie zwołajmy ich tutaj, aby przygotować się do ucieczki… Niepokoi mnie piętro wyżej. Tam dzieje się coś niezrozumiałego, a grający na fortepianie jakby lekko zbzikował. Może próbuje się z tym czymś dogadać albo ostrzec innych?
– Mój Boże! – szepnęła Angela. – Od niedawna uruchomiliśmy tam podgląd przyszłości!
– Spokojnie, to może być tylko nasza fantazja – Ted położył jej na ramieniu swoją dużą dłoń. – Zajrzę tam sam, i na wszelki wypadek zablokuję przejście, a ty sprawdź sąsiednie pracownie na parterze.

XII.
Z duszą na ramieniu otwieraliśmy jeden po drugim wysokie białe drzwi oddzielające od siebie poszczególne pomieszczenia. Dość szybko odetchnąłem z ulgą. Wszędzie panował zupełny spokój, gdzieniegdzie rozleniwieni strażnicy witali nas ze zdziwieniem, ale sympatycznie, chętnie zapraszając do rozmowy. Zdecydowałem się na razie nikogo nie niepokoić. Prosiłem tylko wszystkich po kolei, aby każdy zbadał swoje otoczenie, a o jakimkolwiek podejrzanym ruchu, niezrozumiałym hałasie czy dziwnym zjawisku niech natychmiast melduje bez sprawdzania przyczyny. My będziemy czekać przez najbliższe kilka godzin w pokoju konferencyjnym.
Z biegiem czasu myśl o pojawieniu się prymitywnego drapieżcy w znanych nam miejscach stawała się dla mnie coraz mniej prawdopodobna. W końcu zawróciłem do saloniku, w którym umówiliśmy się na podsumowujące spotkanie. Zastałem już tam spokojnie rozmawiających ze sobą Teda i Angelę. Siedzieli na sofie czekając na mnie.
– Wszędzie cisza i spokój – zameldował Ted. – Zajrzałem na piętro. Trwa tam wstępny ogląd świata z dość niedalekiej przyszłości. Ale prócz szalonego fortepianisty nie ma w nim niczego podejrzanego. Muzyk w pierwszej chwili wydał mi się do kogoś znajomego podobny. Ale to z pewnością złudzenie. Wielu ludzi jest do siebie podobnych, choć nic ich nie łączy. Uznałem, że jednak warto nam wiedzieć, co tam się dzieje i co może się jeszcze wydarzyć. Podgląd pozostawiłem nadal czynny..
Uspokoiło mnie to trochę, lecz wydłużające się czekanie na wieści od pozostałych strażników i badaczy znów obudziło głębokie rozedrganie serca. Milczałem jednak starając się zachowywać równowagę umysłu i nie siać paniki.
– Boję się czegoś – stwierdziła nagle głośno Angela. – Chciałabym już stąd wyjść.
– Nie możemy zostawić ludzi samych – odpowiedział Ted. – Poczekajmy spokojnie, pewnie ostrzeżenie wszystkich zajmuje więcej czasu, niż sądziliśmy.
– Oczywiście – przyznała mu rację Angela.

A mnie tymczasem wzrastający niepokój pchnął ku oknu, przez które co chwila nerwowo wyglądałem. Już wkrótce siedziałem na parapecie, a jeszcze po chwili podciągnąłem do góry nogi i umieściłem je po zewnętrznej stronie okna. Przytrzymywałem ręką uchylną szybę, aby móc się nią odseparować od wyczuwanego zagrożenia albo od zewnątrz, albo od wewnątrz, w razie gdyby się jakieś nagle rzeczywiście pojawiło. Tu, lub tam.

Wtem przeraźliwa muzyka dobiegająca z piętra umilkła. Zapadła głucha cisza. Równie niesamowita, jak hałas, który czyniła jeszcze przed chwilą.

Nieomal w tej samej chwili ujrzałem kobietę, która wykonała szaleńczy skok z otwartego okna pokoju nad nami wprost na trawnik. Patrzyłem na nią ze zdumieniem i przejmującą serce zgrozą.
Odruchowo wyprostowała się i stanęła naprzeciw nas wcale nas nie widząc. Wszystko toczyło się na moich oczach jak gdyby w zwolnionym tempie. Miała twarz zniekształconą, lekko nabrzmiałą, dziwnie podobną do Angeli. Ale może tylko mi się zdawało…
Ledwie podniosła się na nogi, aby ruszyć biegiem przed siebie ku miasteczku, gdy z góry spadła na nią, wprost z wychylającej się przez okno paszczy gadziej bestii, ogromna kropla krwi.

(Zapisane w Wielki Poniedziałek 2003 roku)

Śnienie synchroniczne: temat 2

Tym razem nie umawialiśmy się na wspólne śnienie, choć pewna gotowość była u mnie i u Pawła. Mnie spontanicznie przyśnił się sen, w którym pojawił się Czarny Kolos. I wtedy sformułował się sam z siebie temat kolejny wspólnego śnienia, które z pewnych względów synchronicznym będę musiała nazwać.

Scarlady

Temat 2: Lilith

Śniłam tak jak to mi się zdarza ostatnio – poziom 6. Wspólna sypialnia domu dusz, gromadząca ponoć (wg JB) wszystkie żyjące aspekty mojej duszy. Wśród jakichś kobiet nieznanych mi, w różnym wieku, siedzących w kucki w kole [jak czarownice] w miejscu sali, gdzie nie ma łóżek, Jolka. Przysiadam się do nich, zapalam długiego cienkiego papierosa, który wygląda jak kadzidło i wciągam dym, jakoś słabo się tli [nie mam upodobania do kultów], w końcu oddaję go Jolce, jako bardziej wprawnej w paleniu, tak papierosów, jak zielska. Kładę jej głowę na kolanach, zerkam z dołu na jej twarz, czy ją czas zmienił. Widzę tylko fragmenty twarzy, nigdy wprost, ale rozróżniam, że nie ma makijażu, spoważniała, przestała być krzykliwa i bezczelna. Wstaję i mówię o niej do znajomego: Ona była kiedyś istną Gwiazdą… Jaką gwiazdą? – dopytuje ten, ale nie składa się odpowiedzieć. Tłumaczę tylko, że zachowywała się po gwiazdorsku. Odsuwam się od dziewczyn, teraz idę w kierunku jego miejsca spania po prawej stronie. Zdejmuję po drodze spodnie, ale zasłania mnie długa koszula, a nawet dwie. Siadam na jego łóżku. Łóżko jest wąskie pojedyncze, ja też takie mam. Z tym, że jego jest nieco szersze od mojego i chwilę rozważam pomysł, aby tu z nim spać tej nocy. Ale rezygnuję. [Jak widać obyczajowość w tej przestrzeni była nader swobodna i nieskrępowana]. Skądś znam tego młodego człowieka – zastanawiam się. Jest dość niespotykanym mężczyzną, jeśli tak go polubiłam. Z boku stoi grubas w wieku odpowiednim, w czarnej połyskliwej koszuli opiętej ciasno na wystającym tłustym brzuchu, pewnie chciałby do mnie zagadać, ale obecność młodego go peszy. Tylko patrzy. Sypialnia była dużą salą z łukowatym sklepieniem, coś zaczęło klekotać w ścianie i pojawiła się grupka „klekarzy”, by znaleźć źródło awarii instalacji, nie było wiadomo czy elektrycznej, czy innej. Zaczęli wycinać dziurę w gipsokartonowej białej płycie (po środku Ekranu snu w kierunku na prawo). Najpierw niewielką, potem coraz większą. W końcu odkryli duże łukowate przejście w czerwonej ceglanej jakby zamkowej ścianie. I sobie poszli. Zajrzałam tam z moim młodym znajomym i ogarnęło mnie zdumienie. Przejście otwierało wlot do ogromnej otchłannej studni, w której sterczał kolosalny czarny mężczyzna, wystawała tylko jego czarna głowa ze świecącymi jasno/biało oczami bez źrenic. Patrzył wprost na nas.

Po obudzeniu się rozpoznałam w młodym znajomym PZ. Wyraz klekarze skojarzył mi się już we śnie z klekotem i bocianami. Zawiera w sobie słowo: lekarz. K-lekarz. Specjaliści od (zwiastowania) narodzin nowej świadomości wykraczającej poza strefę 1-5? (czerwone ceglane wejście to brama 5/6 wiodąca przez karmę). Ów kolos, jak wcale nie cień nie przestraszył nas, był to ktoś budzący szok, ale i podziw, potężny, kto samodzielnie przebrnął przez otchłań i zaczął wyrastać ku górze. Pewnie dobrze, że Jolka przestała gwiazdorzyć, bo potrzeba skromności, aby go/tak ogromny cień zintegrować.

Ten sen, a raczej czarny olbrzym z białymi ślepiami zainteresował Pawła. Wkrótce napisał do mnie:

PZ: Spałem teraz, bo nie spałem w nocy, pytałem kim jest olbrzym z twojego snu… Przyśniła mi się kobieta, która mieszkała pod 12 w bloku. Ciężko było ją tam odnaleźć, nie wpuszczała każdego. Ja ją dobrze znałem. Była nimfomanką, zawsze nago chodziła, zamiast bielizny miała łańcuszki na ciele, srebrne lub złote. Miała z naszym kolegą uprawiać seks. Ale on się bał i zrezygnował, wszystkim kopara opadła, że nie chce (On jest prawiczkiem), ona powiedziała, że nie może tego zainicjować, on musi zacząć, no i mniej więcej tyle. Ja do niej chodziłem po kryjomu przed wszystkimi. Takie wspomnienie we śnie miałem.

ES: Ha, ciekawa postać. Bogini z 12. Ktoś jak Lilith!

PZ: Zdawała się moją przyjaciółką z kiedyś. Ja początkowo myślałem, że mieszka pod nr 6, ale potem przeskoczyłem w inną postać chyba i mówię: nie, ona mieszka 11/12. [Czyli ma swoją delegaturę na 6 poziomie! Jak w moim śnie z Jolką]. Szło się labiryntem. Za pierwszym razem prowadził ktoś inny i szliśmy pod 6. I ślepa uliczka, nikogo tam nie było. Nie szło przejść dalej. Więc cofnęliśmy się, ja zacząłem prowadzić, skręcaliśmy w bok i w górę, i drzwi były do niej po prawej i prosto tam weszliśmy. Po drodze jakaś lokatorka niższego piętra wołała, że my idziemy zapewne do tej kobiety, ja zakryłem twarz, by mnie nie widziała [Niższe poziomy mają nieszczególne zdanie o obyczajowości L.]. Nie chciałem być rozpoznany, potem stałem się na własne życzenie niewidzialny [!] na tych schodach, by mnie nikt nie zobaczył. Do mieszkania weszliśmy bez pukania, kolega otworzył, byłem nieco zdziwiony, bo tak się nie robi [bezceremonialność, czyli nie potrzebuje specjalnych rytuałów i kajania się, żeby się do niej dostać]. Weszliśmy i scena się zmieniła. Nie pamiętam już co się działo, no i potem była akcja z kolegą, który nie chciał wejść w stosunek z nią…

ES: Z wielu względów to ciekawe, co śniłeś. Ta postać Lilith, bo to zapewne ona jak sądzę, to „moja” Liliana z opowieści Ogrodnika! W moim śnie o kolosie wystąpiła jako Jolka (zresztą i we śnie-opowieści wystąpiła z jej rysami). Patrzyłam z dołu na jej twarz w górze, jak na Gwiazdę, która zbladła. Życie tej mojej dawnej znajomej też symbolicznie pasuje do tej postaci. Bezczelna i nieco wulgarna piękność łamiąca serca facetów, kręcąca się przy szkole filmowej, a jej największa rola to statystki, pijanej prostytutki w pewnej erotycznej komedii. Chyba uszykował się samoistnie ciekawy temat.

PZ: Oki! Ciekawie, tylko pomimo tego, że to była Lilith, była bardzo miła wobec mnie. Zobaczymy, co dalej z tego wyniknie.

ES: To prawdziwie stara piękność. Choć czasem śni się jako mała dziewczynka, lolitka, wyuzdana kochanka starych pedofilów.

PZ: Masz może jakiś artykuł o Lilith na blogu?

ES: Nie. Ale ogólnie rzecz biorąc kim i skąd pochodzi opisano na Wikipedii. Można trochę znaleźć na blogach czarownic. Na przykład na blogu Faridy, jest kilka wpisów o Lilith z punktu widzenia psychologii głębi, jako archetypu i cienia kobiecości. Lilith to także obiekt, a raczej jeden z punktów środkowych eliptycznej orbity Księżyca , uwzględniany w astrologii. Można o nim przeczytać na Tarace.

Temat wciągnął mnie samoistnie. Czarny kolos okazał się mniej ważny, niż Jolka – stara gwiazda, która zbladła. Może w rzeczywistości (na jawie tej strony) Lilith to konkretna gwiazda? Lub miejsce na niebie?

PZ: Dziś przed snem poprosiłem WJ o inspiracje odnośnie śnienia, tzn. by mi jakieś pytanie przyszło. Ale nim mnie natchnąć miało do sformułowania pytania, usnąłem.

ES: W moich snach-wizjach nazwano ją najstarszym aniołem świata, którego domeną jest wolność. Ona chroni buntowników i rewolucjonistów. Tych, co staczają się aż do piekła zwodzi, ale chroni tych prawdziwych, wznoszących się. Widziałam jej „prawdziwą twarz”, łysa stara pomarszczona kobieta z męskimi rysami, o skórze w kolorze rudym. W innych snach była wiotka, wysoka i piękna, choć bardzo stara, starość była jej tajemnicą, czasem skrywaną za grubym makijażem. Ale to są sny, czyli symbole przenośnie. Może chodzi o bardzo starą rasę istot z poprzedniego cyklu rozwoju wszechświata. Czyżby to byli moi czachulce SPOZA? Albo ich dusza? Z opowieści Ogrodnika wynika, że zamącili coś w genetyce powstających istot ziemskich w poszukiwaniu rozwiązania dla swego problemu. I maczali palce w powstaniu dinozaurów, które weszły w ewolucję. Ta pobladła Gwiazda z mojego snu (pisana z dużej litery), która przestała być gwiazdą… to podpowiedź… Zaś te łańcuchy na niej, które widziałeś… Chodzi o łańcuchy karmiczne zapewne.

PZ: Mnie się ona śniła jako piękna kształtna kobieta. A taka chuda wysoka, ciemne włosy, kiedyś, jak byłem wśród naukowców obcych, chciała mnie zwieść energią seksualną… ale ją przechytrzyłem. Mówiła we śnie, że taki ładunek energetyczny będzie długo zbierać, a ja jej go pozbawiłem i była pod wrażeniem, że dałem radę.

ES: Śniła mi się wiele razy jej wersja młoda, zapewne ze strumienia wstępującego – jak teraz mniemam. W kilku snach. Zawsze miała na imię Lisek. I była rudawa, piegowata, charakterystyczna (te wizyty rudej Pippi Langstrumpf swego czasu, to pewnie ta sama istota!), w sumie pozytywna osoba, sufrażystka.

Wtedy Paweł podesłał mi zapis swojego niegdysiejszego snu. I tu okazało się, że dzieje się coś szczególnego. Bowiem w tym samym czasie napisała do mnie koleżanka Monika, podsyłająca mi od lat niektóre swoje sny. Teraz też je miała i wydały jej się dziwne. Nie bawi się w śnienie inaczej, lecz medytuje, i uprawia różne techniki, mające przywrócić jej swobodę i uwolnić od karmicznych klątw i trudnej pamięci przodków. Najpierw wyśniła czaszkę (jakby mojego czachulca!) na tarasie w domu dziadków, która jej coś przynosiła w ustach. Później siedziała na kolanach Szatana i całowała się z nim [Lilith w mitach uważano za żonę Szatana]. Szatan wywracał „diabelsko” oczami. We śnie kolejnej nocy schodziła w dół w podziemne lochy i tam natknęła się na „złą królową” podobną do Angeliny Jolie, głaszczącej geparda… Uznałam wstępnie, że to jej cień, lecz teraz opowieść Pawła natchnęła mnie, by nadać owemu cieniowi imię.

PZ: „Widzę kobietę, brunetkę, podobna do Angeliny Jolie z filmu Czarownica, bardzo szybko ruszającą się na boki. Jej twarz nienaturalnie prędko się obracała, wręcz skakała. Lewo lewo lewo Prawo prawo prawo prawo, takie skoki. Obserwując ją, było to bardzo nieprzyjemne odczucie. Czułem od niej coś, co mnie wewnętrznie przerażało, cały byłem rozdygotany i wystraszony. Teraz jak to piszę, to też odczuwam jakiś niepokój, strach przed tą kobietą. W notatniku zapisane mam „była jakby poczwórna, uwięziona w piramidzie, w niewoli ruszała mechanicznie bardzo szybko głową” – ten widok strasznie źle na mnie wpływał, przerażało mnie to. Ktoś jej odchylił głowę do tyłu i przywiązał liną. KLIK. Coś jej zrobili i kobieta była spokojna, patrzyła przed siebie w jeden punkt, wprost na mnie.”

ES: O! Ciekawe. Piramida=matrix, zamknięta przestrzeń, starożytny Egipt. Próba ucieczki, mechanizm, kontrola, uwięzienie. Angelica=Anielica/Jola… kombinuję… Myślę, że mamy o czym myśleć. I śnić.

Monice, niczego jej nie tłumacząc, kazałam zadać pytanie przed snem, kim jest owa „królowa”. Odpisała następnego dnia:

M: Hej Ewo, w dzisiejszym śnie nie było już czarownicy. Za to byłam wraz z moją Mamą i Tatą w mieszkaniu moich Dziadków. Z drugiego pokoju zawołała mnie Mama, żeby mi pokazać wielką ćmę o nazwie Eszeboszoloza (Eschebosholoza), która ukryła się pod biblioteczką w małym pokoju. Ćma już kogoś zaatakowała wcześniej, teraz chciała zaatakować Mamę. Mama miała mi ją pokazać i świeciła tam sobie latarką, ale ja jej nie widziałam. Jakoś po obudzeniu się wiedziałam, że muszę to imię zapisać jako nie sz tylko sch.

Tak mi jakoś zaraz przyszło do głowy, że spotkała Lilith… Sprawdziłam wszystkie swoje tegoroczne sny, w których wystąpiła Monika. I bum! Wszystkie miały symbolikę Lilith, jeden nawet jej wizję.

Monika zaczęła szperać w sieci i odkryła ukryte znaczenie imienia ćmy. A także w ogóle jej motylej postaci… Spójrzcie na ten relief… i szczególny kształt skrzydeł bogini, co przypomina?

Babylon-relief

M: Oooo, Eshebo to taniec izraelski! esh po hebrajsku znaczy ogień i jest rodzaju żeńskiego. A Hebe to bogini i uosobienie młodości, szafarka nektaru i ambrozji na Olimpie. Jest też Shosholoza – taniec jakiegoś plemienia południowo afrykańskiego, [zawołanie] które było śpiewane głównie przez pracowników kopalni i mówiło o ciężkiej pracy. A znaczenie to: Iść do przodu. Lub: zrobić miejsce/przesunąć się dla następnego człowieka. Pomyślałam, że to ma znaczenie. Że ćma to połączone nazwy dwóch tańców. A ja się teraz na taniec zapisałam!

W takim razie i ja zapytałam wieczorem o Lilith, kim/czym jest i czego od nas „chce”, pojawiając się spontanicznie, bez żadnej naszej inicjatywy w snach moich, Pawła i Moniki.

Rwące się, słabe obrazy. Zapamiętałam tyle: pływam chyba motorówką, bo tak szybko po powierzchni wody, w zbiorniku wodnym ograniczonym wysokimi marmurowymi nabrzeżami w kształcie prostokąta. Pęd porywa mnie, jest wspaniale! Ktoś tą łodzią steruje, nie jestem sama. Przewodnik, bo ja zwiedzam to starożytne miejsce i głównie patrzę. Płyniemy po przekątnej w jeden z rogów zbiornika, tam zawracamy szybko wokół jakichś sterczących z wody pozostałości budowlanych, może cokołów i płyniemy znów prosto, tam znów zwrot, jakoś przypomina mi to specjalną pętlę. Rzecz dzieje się w pełnym słońcu. Zbiornik przylega do cypla, na którym sterczą resztki murów kwadratowej świątyni. Strzegą ich chyba trzy, lub cztery postumenty, dwa tuż przed nią, jeden czy dwa w głębi na niej? albo za nią, na których są wielkie niezamknięte pierścienie, osadzone ruchomo, mogły się kiedyś obracać. Wiem, że były w nie kiedyś oprawione zwierciadła ze specjalnego szkła, teraz to już tylko resztki ram. Manipulowano nimi w specjalny sposób, to musiała być wysoka technologia wytwarzająca jakąś energię lub niesamowite zjawiska!

Potem stoję przed okienkiem kasy. Za nim dwaj kasjerzy, urzędnicy. Przy mnie stoi po prawej mężczyzna, który chce u nich załatwić nielegalne pozwolenie na coś. Nie ma potrzebnych papierów. Wrzuca im przez okienko wyszukane i drogie towary żywnościowe, puszki, jakieś starannie opakowane serki. Pojedynczo, urzędujący szybko chowają je i wciąż chcą więcej. Ja zasłaniam mężczyznę tak, aby nikt z zewnątrz nie zauważył dawania łapówki.

Hipnagog: czerwone kobiece usta/Szczelina.

Oto wyniki śledztwa w necie. Sumeryjski relief z Lilith (obrazek powyżej) stojącą na kotach [gepard!] wśród sów trzyma w obu rękach dziwne pętle.
Ma swój odpowiednik w reliefie z innego regionu i innej kultury, bogini Ereszkigal (jak ćmie było na imię?…). Podobnie jak Lilith, skrzydlata Ereszkigal stojąca zamiast na kotach, na koziorożcach, nie trzyma jednak w rękach nic, lub zostało to z jakiegoś powodu wytarte. Jej skrzydła nawet bardziej przypominają skrzydła nocnej ćmy.

ereszkogal_kozio

Egipska Izyda przedstawiana z podobnymi skrzydłami nosiła na głowie lustro w identycznych ramach, które ujrzałam we śnie. Niektórzy utożsamiają te dwie boginie, a ich pozostałością w katolicyzmie może być kult czarnej Madonny.

Izyda

Tak oto zaczyna być zrozumiały dziwny ruch kobiecej twarzy ze snu Pawła, jak i to, że została ona tak mechanicznie unieruchomiona. Patrzenie wprost w oczy to jak w lustro.
Podobnie ja patrzyłam z dołu w górę na twarz Jolki, którą widziałam dziwnie fragmentarycznie z różnych stron, nigdy wprost.

Ogromne zwierciadła, których kształt pozostał odwzorowany na głowie Izydy musiały istnieć przy jakiejś starożytnej świątyni przyległej bezpośrednio do sztucznego zbiornika wodnego. Kapłani tej świątyni potrafili sterować owym urządzeniem, które wytwarzało jakąś przerażającą energię lub zjawiska, dlatego Paweł we śnie był przerażony. Być może miało ono związek z niewidzialnością. Ważna jest również pętla, fragment łańcucha.

Najprawdopodobniej, sądząc ze snu, gdzieś pozostają ślady tej machiny, zapisy lub resztki, które są strzeżone przez państwo, na którego terenie się znajdują.

W Rosji, jeśli wierzyć doniesieniom, od lat pracuje się naukowo nad zastosowaniem zwierciadeł do różnych dziwnych eksperymentów, w tym szuka się drogi poprzez czas. Ich wynalazcą jest niejaki Kozyriew.

Wspólne śnienie. T-rex

TEMAT 1

Dobraliśmy się spontanicznie, nie znając się osobiście.

Uczestnicy: Ewa Sey (ES) – spod znaku Koziorożca, Paweł Zacher (PZ) i Jola Michałowska (JM) – oboje spod Ryb.

Na wstępie zadałam pytania o koszmary oraz, czy kiedykolwiek śnili o dinozaurach. Jola zaprzeczyła w obu przypadkach. Natomiast Paweł…

ES: Miałeś koszmary?
PZ: Hmm, czasem tak. W dzieciństwie najwięcej. Aktualnie raczej nie.
ES: Czy śniły ci się kiedykolwiek dinozaury?
PZ: Taaaaak. Zjadały mnie. Zazwyczaj jakaś arena czy coś, ale to tylko w dzieciństwie. Pamiętam, że uciekałem z areny, po jakichś oponach się wspinałem wokół areny, albo że całe stado dinozaurów biegło i się kryłem.
ES: Widziałeś tyranozaura?
PZ: Tak.
ES: Jakie odczucie?
PZ: Tylko nie wiem, czy to nie z powodu filmu park jurajski. Ogromny i straszny. Zjadał mnie. Wiele razy i się budziłem. Potem już wiedziałem, że mnie zje i się obudzę.
ES: Ciekawiłoby cię pośnić w tym temacie?
PZ: Jasne.

cien

Pytanie przed pierwszym snem wspólnym: Kto/co stoi za postacią tyranozaura ze snów?
Jola nie zna pytania.

ES: sny z nocy 1.VII. 2018
Od razu poczułam jego bliskość. Co za potworność! Byłam w lekkim śnie, właściwie półśnie, dlatego udawało mi się trzymać dystans. Prosiłam też o ochronę wszystkie moje aspekty, czachulca i odmówiłam kilka razy modlitwę pańską, która mnie zawsze uspokaja. Panowała ciemność, pustka, zniszczenie, groza, cienie, wszystko atrybuty Pola umarłych koni, poziomu Nicości na granicy 8/9. Trudno oddać to, co czułam. Były to zmienne nastroje, podminowane paniką mojego „zwierzątka podświadomości” i jednocześnie chęcią przyjrzenia się grozie bliżej i panowania nad sobą. Lękałam się też trochę o współspaczy, może niepotrzebnie wkręcam niewinnych ludzi w taki ponury i, a nuż niebezpieczny temat? Potem weszłam w głębszy sen.
Pamiętam jakąś pochyloną upadającą instalację, była lekka, jakby z plastiku w pastelowych barwach jasnej żółci, pomarańczu i błękitu, przypominała regał z półkami, na których były okrągłe wgłębienia, jak na talerzyki czy kubki, poplamione nieco jakimiś rozlanymi nieczystymi płynami. Akcja toczyła się we wnętrzu mojego domu, który był inny, niż w rzeczywistości i ciemny w środku. Jakiś młody mężczyzna [przewodnik snu] nagrał wideoklip [taśma pamięci], a nic nie pamiętałam. Poprosiłam go, aby odtworzył i przypomniał mi, w czym brałam udział. Powróciłam w ten sposób do czasu, gdy grałam w siatkówkę z drużyną przeciwną. Nie grało się piłką, ale liściem czerwonej kapusty, który był właściwie siny, ciemnogranatowy. Odbijało się go nie rękami, ale trzymaną w ręku pałką w kształcie dużej drewnianej warząchwi [Karma]. Liść był lekki, zwiędły, ja niezbyt silna, uderzałam w nadlatującą kapustę, ale ona nie leciała prosto za siatkę, tylko jak to liść unosiła się w górę i opadała bezwładnie obok. Nawet, gdy udało mi się ją kilka razy trafić, to i tak upadła po naszej stronie boiska. W końcu przy ostatnim gemie dramatycznie chwyciłam nieprzepisowo ów liść i przerzuciłam go rękami za siatkę. Za siatką rozpoznałam w jednej z przeciwniczek dawną znajomą (homoseksualistkę-artystkę), uśmiechającą się z przekąsem na te moje wysiłki, była już starsza i brzydsza, niż ją pamiętam z jawy. Wstrząsnęło mną to, bo była to osoba, która nie cierpiała mojego „determinizmu” i poddawania się „woli gwiazd”, zamiast uporczywie szukać szczęścia wbrew niej. I nagle śpiąca z głową w dole prawej stronie (lekko za mną) Ekranu Snu moja domowniczka zaczęła się wybudzać z tego wideoklipu. Było w niej teraz coś gadziego (pokrewnego z grozą tyranozaura), ponurego, okrutnego, bezwzględnego. Powiedziała coś szybko przez sen, ale nikt nie zrozumiał co. Tym bardziej ona natychmiast to zapomniała, albo nie była tego w ogóle świadoma. Przez chwilę zdawało mi się, że przez jej usta padła obietnica, że wywlecze mnie na 13 metrów za dom w samych skarpetkach i tak zostawi. Zmroziło mnie to, ale we śnie zdawałam sobie sprawę, że nałożyły się warstwy świadomości i nie wiadomo co jest czym i czego dotyczy, i z jakiego czasu pochodzi.
Potem znalazłam się z innym młodym mężczyzną w jakimś wnętrzu. Pomyślałam od razu, że to Paweł. Odnawialiśmy pusty pokój pomalowany na biało. To miała być nasza pracownia. Trzeba było najpierw przetrzeć zabrudzenia na ścianie, poznaczonej czarnymi rysami i zadrapaniami, aby ją znów pobielić. Robiliśmy to każde w innym rogu pokoju. Nagle doszliśmy do jednej konkluzji. Spod białej farby zaczęło się wyłaniać czarne tło, poznaczone białymi liniami drobnych napisów, robionych jakby wydrapanymi kreseczkami/rytami. [Tak się śnią tzw. klątwy rodowe, negatywne zapisy w kodzie genetycznym rodu rzutujące na fatalne wydarzenia w życiu]. Poczułam myśl Pawła, że to jego pamięć dawnych egzorcystycznych zainteresowań i wnętrze zostało stworzone pierwotnie przez jego mistrza-czarnego maga. Nie została usunięta, ale tylko zamaskowana!
– Spierdalajmy stąd! – wykrzyknął i uciekliśmy stamtąd jednocześnie.
Zasnęłam jeszcze raz przed porą wstania. Pamiętam tylko siebie i Pawła we wnętrzu niewielkiego namiotu foliowego (cieplarni) w kształcie piramidy [matrix]. Konstrukcja była z cienkich drewnianych prętów, folia stara i słabo prześwitująca, taka tymczasowa szopka obliczona ledwie na kilka sezonów trwania. [Materiały minusowe, podróbka].
Wstałam nieco rozbita emocjonalnie, rozchybotana. To po pewnym czasie zwykłej codziennej pracy unormowało się.

Ten sen ma różne warstwy znaczeniowe. W najprostszej zapowiedział konflikt w życiu osobistym, (atak destrukcji, na szczęście opartej na fałszywej przesłance jak to film, wydarzył się z ogromną mocą kilka dni później) i zachwiał mocno moim poczuciem stabilizacji. Rozbudzając depresyjne wnioski z dotychczasowego życia, że poddałam się bezwładnie okolicznościom, zamiast walczyć o swoje i odparowywać odważnie ciosy i zarzuty.
W innej warstwie ilustruje sposób przegrywania ogólnie rzecz biorąc. Mówią ci na starcie, że jesteś be, nie mieścisz się w standardzie, że trafisz za to, kim/czym jesteś, co czujesz i co robisz do piekła, bo Bóg tak powiedział, albo obyczaj czy tradycyjne prawo odrzuci cię na margines społecznego bytowania, opluje, wyśmieje, wydrwi albo ukamienuje. I popadasz w zmieszanie, zwątpienie, autodestrukcję, niewiarę w swój potencjał i postawę, wybory i decyzje. Wzmacniasz tym byt „zła osobowego” i trudzisz się bez sukcesu albo bez satysfakcji. Tracąc dojście do źródła mocy w sobie, okradziona/y z energii. Na tym polega ziemska rozgrywka, igranie z „potępieniem wiecznym” i poddaniem się losowi, określonemu przez mniemanie większości.
Jednak był to sen na życzenie, mający zawierać odpowiedź na zadane pytanie. Dlatego znaczenie dywinacyjne i psychologiczne/psychoterapeutyczne znalazło się w nim przy okazji.
Ta sama treść rozpatrywana topograficznie mówi: Tyranozaur (czymkolwiek/kimkolwiek jest owa istota śniąca się pod tą postacią) buszuje na poziomie 8, jako niszczyciel, strach i śmierć. Dotarł tam jako kontroler. Kiedy się tam pojawił instalacja światów zachwiała się. Wielu upadło ze swych zdawało się – stałych i wygodnych pozycji. Istoty z Nieprzejawienia prowadzą niejedną grę, przerzucając na siebie winę (liść kapusty w kolorze „zła osobowego”, kapusta jest warstwowa, więc chodzi o fragmentaryczną świadomość ciała 1-5, popadającą w iluzję tego lub owego, potępioną przez prawo – czerwień i wepchniętą w minusowość – kolor granatowy, przez co musi powtarzać doświadczenia w Małej Karmie) i igrając z potępieniem, które jest urojeniem patrząc z wyższych poziomów. Jedna ze stron wykazała bezwład – dała sobie odebrać na jakiś czas pewność swego, co spowodowało, że zachwiała się równowaga, choć w ostatniej chwili zerwała z przyjętymi zasadami, by jednak mimo wszystko wygrać rundę. Odtworzenie minionego czasu z taśmy video to pętla czasowa, czyli informacja o zamkniętym/odizolowanym świecie, w którym świadomość kręci się deterministycznie w kółko, i musi zdobyć się na nadzwyczajny wysiłek, aby się z niego wydostać. Tyranozaur zapowiedział (opętując świadomość teraźniejszą – nie ma więc mocy pojawić się osobiście – stamtąd, gdzie tkwi, w przeszłości, stąd film we śnie), że dotrze aż do zwierciadła (13) i przepędzi boskich graczy (homoseksualistka=androgyn) zostawiając ich w materii (skarpetki) bez pomocy odgórnej. Może być zatem formą cienia Stwórcy, który chce przejąć dyktat w tej grze. Najstraszliwszą maską Boga. Mój cień ze snu, opętany przez przypomnienie jakiegoś aspektu duszy, który w minionym cyklu brał udział w grze po stronie gadziej, zdradził zamiary tamtej istoty/rasy.
Znajdujemy się w świecie, którego zasady są zdominowane przez ciemność i podyktowane przez gadziego kontrolera. Można się łudzić, że wystarczy myślenie pozytywne/praktyka duchowa i oczyszczająca, aby przestawić rozwój w materii i oczyszczonym ciele 1-5 na dobre i pomyślne tory, zmienić przeznaczenie i osiągnąć stan wyzwolenia. Odkrywamy, że tak nie jest. Że światło zostało zmanipulowane i odcięte od źródła nawet na wysokim poziomie (biel to poziom Nadduszy), w świecie przejawionym jest pozorem, zakrywającym prawdę budzącą paraliżującą grozę (czerń jest barwą Nicości i granicy 8/9, przejścia przez śmierć w Poza-czas). Tego biegu spraw strzeże jakaś stara klątwa, umowa między światłem i ciemnością (barwy były zrównoważone – na czarnym tle białe napisy, na białym – czarne). Naszą siłą jest uświadomienie sobie tego i ucieczka w porę. Skąd? Z materialnej przestrzeni, obwarowanej fatalnym przeznaczeniem nie do przezwyciężenia od wewnątrz. Nim krwiożercza bestia zaatakuje w zgodzie z umową odgórnych potęg. Być może ów zryw i świadomość mają się zrodzić dokładnie w chwili, lub tuż przed atakiem (czymkolwiek on ma być) tyranozaurusa rexa, czyli króla tyrana dinozaurów?
Foliowa piramida/ uosobienie systemu doskonalenia, nietrwała drewniana-minusowa i przemijająca konstrukcja mówi, że Czas zakłamanej Wiedzy o świecie się kończy. Czas jest bliski. Iluzja pryśnie (a raczej się rozsypie, jak słaby tymczasowy stelaż). 

A jakże, szukałam informacji w tekstach Jarka Bzomy. Znalazłam to, co u wszystkich, filozofów, buddystów, zenowców, psychologów głębi i psychiatrów. On nie śnił dinozaurów. (Zdaje się, jest nas śniących o nich spontanicznie, stosunkowo niewielu). Dla uzupełnienia wniosków daję wypis na temat zbliżony. A jednak inny, bo mowa jest o humanoidalnej istocie, a nie Zwierzu (tak, muszę wziąć tę hipotezę pod uwagę, że jest tym samym Zwierzęciem/Bestią, o którym opowiada widzenie Jana!).

J. Bzoma: „Przy przekraczaniu Nicości (8/2) najpierw trzeba pokonać nasz największy cień, Czarnego kolosa (8/1), którego uosabia się z Diabłem czy demonem. To najdłuższy cień, jaki stworzyła nasza ludzka świadomość pod przewodnictwem duszy indywidualnej, uwięziona w Małej (1-5) i Wielkiej (6-8) Karmie. Często jego, czyli naszym przewodnikiem jawi się biały lub czarny pies, pojedynczy z jedną głową, nie tak jak strażnik granicy 5/6 trójgłowy lub trójosobowy Cerber. To Nigredo i Albedo. Pojawiają się albo jeden albo drugi. Albo nas wprowadzają w głąb Nicości 8, albo nas odganiają. Oczywiście czarny dryblas jest naszym odbiciem w niewidocznym stąd zwierciadle, w ścianie Szczeliny 8-12, która stąd wydaje się czarna. Jeżeli uda się nam rozpuścić ów cień pójdziemy dalej.”

Hm, jedynym sposobem na „rozpuszczenie” tyranozaura-smoczego nielota jest dać mu się zjeść. Przejść przez jego gardło i odbyt. Gdzie wtedy trafimy, porażeni największym przerażeniem z możliwych do zniesienia?

Ha, o smoku, jak wszyscy królowie intelektu, też Topograf napisał. Posłuchajmy.

Smok zapewne odpowiada upadłemu aniołowi, Smokowi Przedwiecznemu, ale to nic innego jak wola zstępująca w Przejawienie, wyłaniająca się ze Szczeliny 8-12, pierwotne byty przejawiające się (dualizm skrzydeł), wychodzącymi z Nieprzejawienia przez bramy Nicości 8/2 (ogień). Z tymi aniołami bywa inaczej, niż nam się wmawia. Najpierw muszą „upaść” w Przejawienie, aby potem „wzlecieć” ku Nieprzejawieniu. Smok, czyli skrzydlaty wąż często bywał utożsamiany z Jezusem, tj. ukrzyżowanym wężem. Alchemicy określali go Merkuriuszem. Umarł i zmartwychwstał, mamy zatem w symbolu smoka-węża/Jezusa-Szatana (czyli Logosa) zawartą całą historię Przejawienia.”

Otóż nie mogę uznać tyranozaura za smoka/węża skrzydlatego, ani upadłego anioła, bo nie ma on skrzydeł w tych snach, wygląda dokładnie tak jak tyranozaur, dziki, obdarzony niesamowitym refleksem, sprytem i instynktem przetrwania, upstrzony barwnymi łatami, biegnący z głosem przypominającym wysoki, częściowo niesłyszalny, paraliżujący gwizd, kłapiący zabójczo zębatą szczęką gadzi potwór. W moich snach był istotą dziką i nieokiełznaną w swojej prymitywnej okrutnej pierwotności. Acz szczelnie zamkniętą do wyznaczonego czasu w przestrzeni zawarowanej i pilnie strzeżonej. Historia Przejawienia jest chyba bardziej skomplikowana, niż streszczona w zacytowanym powyżej zdaniu, a prędkie utożsamienia jednego z drugim mogą wprowadzić czytelnika w pomieszanie pojęć. Być może zresztą o to chodzi owej bestii, która wlazłszy gdzie nie trzeba zaczęła odgrywać w świetle projektora/Zwierciadła (poziom 13) boskie formy Wielkiego Czarnego, Demiurga, Serafina, cienia samego nieprzejawionego Boga. I zwodzić na manowce tych, którzy gną przed nimi kolano. Przynajmniej ja, czytając coś takiego, nie tylko u Topografa, popadam w szczególną czujną ostrożność. 

Sny Pawła z tej samej nocy, a raczej poranka:

Jestem w domu, podchodzę do okna, jest noc, widzę na niebie statek ufo! I to dość blisko, nagle zakręca i leci w stronę domu. Wystrzeliwuje coś do piwnicy. Ale nic nie wybucha. Uciekamy całą rodziną do piwnicy. Wchodzą obcy w skafandrach i strzelają, chowamy się. W piwnicy staję twarzą w twarz z jednym z nich. Patrzę mu prosto w oczy, wydaje się być jak bestia, dzikie zwierzę, które można opanować. Wyciągam rękę przed siebie, żeby we mnie nie strzelał. On we mnie celuje. Otwiera kask i wręcza mi broń. Jest po naszej stronie? Początkowo mówię, żeby zabrał broń, bo szli kolejni, którzy, jak zobaczą, że mam broń to nas zabiją, a tylko ten jeden był dla nas miły, strzela do nich. Ja chyba też strzelałem. Coś się podziało i jest walka z ogromną anakondą. Która umie latać.

W drugim śnie: śnił mi się dziadek, który umarł 3 miesiące temu. W śnie wydaje się, jakby żył, tzn. jakby wrócił. Umarł, ale wrócił i jest z nami znowu. Mówił: dlaczego nie chcemy mu pomóc i znaleźć jakiejś innej formy leczenia. Dziadek szukał aparatu do pomiaru cukru, wśród papierów z wynikami badań. Miało być jakieś badanie krwi. Jestem z ojcem jakby w szpitalu. Trzymam ogromną strzykawkę. Ojciec się śmieje, że gdybym nią się wkuł w żyłę, to ją całą przetnę i się wykrwawię – mowa była o aorcie. Pod koniec snu byliśmy smutni licząc na to, że jest szansa, by dziadek znowu ożył???

Piwnica traktuje o czymś z przeszłości. To światy podziemne i minusowe. Zejście do niej jest zstąpieniem do niższego świata, aby się schronić przed skutkami czegoś na niebie. W efekcie wojny w przestworzach 6-8, czyli legendarnej wojny bogów? Jest w nim podłączenie do gadzich istot, niekoniecznie do końca wrogich. Współpraca z nimi zostaje zawarta jakby pod presją innego wspólnego zagrożenia (anakonda). Wąż to postać energii, fali, ale także genetyki, latający, może chodzi o jej możliwości wzbicia się/ewoluowania na wyższe poziomy?
W drugim śnie uosobieniem tej umarłej pamięci/zakończonej fazy doświadczenia jest dziadek. Jego powrót to pętla czasu, świat zamknięty w obrębie koła karmicznego. Cukier oznacza słodycz, miłość, coś odwrotnego do agresywności i złości gadoidów. Uporczywe poszukiwanie sposobu na wejście na wyższy poziom w posiadanej, starej ludzkiej formie. Czyli gra ewolucyjna toczy się od dawna na Ziemi (stąd arena w Pawłowych snach o tyranozaurze) i wraca w powtarzających się cyklach czasu ciągle do punktu wyjścia. Strzykawka symbolizuje chęć wkłucia się w serce (aorta).

„Duchowe serce, mistyczne, a nie organ, to nic innego jak punkt połączenia/kauzal 5” – pisze J. Bzoma – „ Niektórzy sufi mówią, że to miejsce słodkiej wizji, brama boskiej miłości, większość sufich jednak uważa, że to pole bitwy dwóch armii”.
I jeszcze: „Serce z poziomu 8/3 zamknięte, lub otwarte dla poziomu 7/7+ równa się zgodzie, albo jej brakowi przy wstępowaniu w Szczelinę Nieprzejawienia 8-12. Gdy pełne krwi to doświadczenie spotkania z Czerwonym <10.” Czyli z Panem Wielkiej Karmy.

Dziadkowi nie zależy na tym spotkaniu, czyli w poprzednim cyklu chciano kwestię krwawej ofiary ominąć i przezwyciężyć przeznaczenie naszego świata określone przez Wielką Karmę. Smutek jest zastanawiający. Czyżby ktoś chciał/lub już podjął znowu próbę wskrzeszenia czegoś z przeszłości? Co nie wykazało się stosowną dozą empatii i zostało wykasowane w minionej erze?

PZ: Tak sobie myślę. O tym, że są to gadoidy, to już wcześniej wiedziałem. Generalnie w wizji przed zaśnięciem widziałem jakby naukowców, którzy kreowali ten sen w jakimś stopniu, jakby tego tyranozaura sami specjalnie ustawiali. Żeby coś osiągnąć.
Ten wąż mnie ciekawi bardzo. Chyba zapytam o niego dziś w nocy, bo oni wszyscy z nim walczyli, byli tam też inni ludzie. To wyglądało, jakby go nie chcieli wypuścić dalej, tego węża. Żeby się nie przedostał dalej, ale spotkanie oko w oko z tym obcym też było ciekawe bardzo. W jego oczach była zwierzęca natura.

anakonda

Ciekawa jest sprawa z anakondą. Być może to genotyp starych olbrzymich istot, gigantów, biblijnych Nefilim, które zostały wyniszczone z najwyższego polecenia. Jest to w końcu wąż, którego wielkość i długość obrosła w pradawne legendy. Można sobie o nim poczytać choćby w Wikipedii, pod hasłami Sucuriju gigante (anakonda olbrzymia) i Anakonda zielona.

Jarek Bzoma tak wyjaśnia postać węża:

Wszelkie węże we śnie to reprezentacja przestrzeni Duszy szeroko pojętej 6-8. Tak umysł interpretuje falowód tej przestrzeni, jako wodę/ocean, albo jako węża/węże. Fala nie płynie, tylko stoi. Rozwinięcie Kundalini jest tak naprawdę rozprostowaniem zwiniętej i zaburzonej karmicznie fali tego oceanu. Na poziomie 7, gdzie znajduje się biblijny Raj, może pojawić się we śnie ogromny rajski wąż, z którym spotkanie nie jest przyjemne i budzi wielki lęk. Jest strażnikiem uniemożliwiającym powrót przez granicę 5/6.”

Jeśli był to ów strażnik, to sen traktuje o wspólnym interesie ludzi i gadoidów, tych co zleciały z nieba, (dinozaury drapieżne, według niektórych nie są stricte ziemskim gatunkiem i pojawiły się nagle ni stąd ni zowąd pośród całkiem inaczej ewoluujących ziemskich gadów), uwięzionych w niższej przestrzeni naszej planety. Chcą się wydostać, tak jak my, na poziom, gdzie możliwa jest rajska nieśmiertelność.

Kolejna noc z zadaniem na temat tyranozaura, a raczej teraz anakondy ze snu PZ. Niestety u Pawła i mnie – sny nie na temat. Śniła za to Jola (JM). Przypominam, że nie znała tematu naszego wspólnego śnienia.

JM: Hej. Śniły mi się dzieci w korytarzu, w takim przedpokoju. Biegające, rozrabiające, takie dzikie. Odpowiedź: „takie jak dzieci w wieku przedszkolnym.”
ES: Dużo było tych dzieci, jeszcze jakieś charakterystyczne szczegóły?
JM: Kilkoro. Grupa. Niby razem, ale każde osobno. Tak jak naprawdę przedszkolaki razem w grupie, ale każde w swoim świecie.
ES: Barwy, nastrój…?
JM: Nastrój dzikość. Ściany drewnem obite. Taka boazeria.
ES: Wrażenie ciasnoty, zamknięcia?
JM: Tak. Mało miejsca miały. Obijały się o siebie.
ES: Nie były na to złe?
JM: Tak, raczej nie bardzo wiedziały, w którą stronę biegać. Były takie dzikie i zdezorientowane. Po ścianach biegały nawet. I był półmrok. Nie było jasno, słaba żarówka.

Jola śniła o włączeniu starej świadomości w nowe formy, próbie ewolucyjnego ucywilizowania jej przez wprowadzenie do gry. Korytarze to zwoje mózgowe, intelekt, logika. To też symboliczny labirynt, a więc pułapka karmiczna 1-5. Drewniana boazeria mówi o minusowości, czyli zmierzeniu się z pojęciem zła, bycia złym, potępionym. Ludzkość jest taką próbą stworzenia nowego rodzaju istoty, łączącej w sobie pradawną dzikość i agresywność z mocą rozumu i serca. A raczej mającą zdecydować, w którą stronę rozwoju podąży. Jeśli, oczywiście ukończy wstępne przedszkolne nauki.

18 lipca Paweł znów śnił na temat.

PZ: Byłem na jakiejś wyspie, wędkowaliśmy i ktoś wyłowił niby suma, który okazał się ogromnym aligatorem. Trzymali mu pysk, a potem już nie dali rady i zmienił się w tyranozaura. Wspiąłem się na ogrodzenie wokół wyspy (znowu jakby arena), rozbiłem szybę, zeskoczyłem i zacząłem uciekać przed nim. Mówił, że zawsze będzie mnie gonił, aż mnie dopadnie. Zawsze będzie tuż za mną.

Jak cień. Rodem z przeszłości. Hm, swoista gwarancja wiecznego postępu.

Jarosław Bzoma:

„Cień to poziom 8/1 Nigredo/Albedo, jego wielkie zniekształcenia, które wypełniamy urojeniową treścią indywidualną na każdym z poziomów Świadomości Przejawionej, stąd wielość cieni. Cień jest tej samej płci, co doświadczający jego obrazu. Może śnić się jako postać za plecami, niesiona na plecach, bagaż na plecach, lub jako osoba widziana od pleców okiem śniącego stojącego z tyłu za nią (wtedy to opętanie przez cień lub głodnego ducha). Jak zwykł mawiać Jung; im bliżej Źródła Światła, tym rzucany przez nas cień staje się potężniejszy, oczywiście urojeniowo. To nic innego, jak osobista karma czyli forma, która nas tu organizuje, póki nad nią nie zapanujemy.”

Zamieściłam na Transwizjonie „Opowieść Ogrodnika”, żeby przekazać sprawę tyranozaura z moich snów. Przemyka tam jako cień rzucany z zewnątrz na zasłonięte okna pałacu Ogrodnika (w którym było centrum zarządzania). Nie był humanoidem, ani nawet skrzydlatym smokiem. Czyim więc mógł być cieniem?
Nie jest to jedyny sen o nim, ani jedyne opowiadanie napisane na bazie przekazu we śnie. Postaram się istotne fragmenty tych dalszych opowieści dać z czasem na blogu. Rzucą pewnie więcej światła na tę historię, na dzieje świata, w którym wszyscy w końcu tkwimy i choć jest on ponoć iluzją, i nasze cielesne i osobowościowe formy też są iluzją, to jednak warto może odkryć co jest w naszych przekazach i snach baśnią, co symbolem/przenośnią, co skrótem myślowym/informatycznym, co absurdalnym przedmiotem wiary, i jak się miały ha, iluzyjne fakty do jakże iluzyjnej prawdy. Jeśli progresywne śnienie nie pomoże znaleźć tej odpowiedzi, to już tylko wypada nam uruchomić wehikuł czasu i przenieść się w pradzieje Ziemi, aby poznać rzeczywistość i rzeczywiste przyczyny obecnych kłopotów ludzkości.

PZ: Hmm, ciekawe. Fajnie się czyta. Wychodzi na to, że tyranozaur to pierwotna dzika i „zła” energia, którą ciężko ujarzmić i teraz znowu na ziemi mamy szansę zmienić tego dzikiego zwierza wewnątrz planety i pójść w stronę braterstwa, jako planeta. A skubaniec mnie gonił nawet poza areną we śnie! [Potwierdzenie, że dotarł aż do granicy 8/9! i sterroryzował wyższe istoty jako pan czasu] On jest częścią naszej natury w takim razie. Albo tym, co trzeba zmienić, krzyżując z naszą wrodzoną naturą?

23.VII.2018 PZ: Hej, tyranozaur znowu mi się śnił. [Przy okazji innej intencji, którą sobie zadał i która brzmiała:] Jaki jest poziom urzeczywistnienia Namkhai Norbu?

Czogjal Namkhai Norbu – ur. 8.XII.1938 w Derge we wschodnim Tybecie (Kham), buddyjski nauczyciel przekazujący nauki Dzogczen i Anujogi. [Wikipedia]

okladka

Pomijam tu pierwszy sen, który odpowiedział na to pytanie, jako będący nie na temat. Zainteresowanych poziomem urzeczywistnienia mistrza i porównaniem go z Tenzinem Wangyalem Rinpocze odsyłam bezpośrednio do Pawła. W następnych snach – można powiedzieć – Namkhai Norbu osobiście zaszczycił nas pomocą w zrozumieniu badanej kwestii!

PZ: Wczoraj śniłem, że Namkhai Norbu zabrał nas na wyprawę w góry. Był naszym przewodnikiem. Wyglądał na takiego, który robi to od lat, urywał nam zbędne dyskusje i wyruszyliśmy w drogę wchodząc pod lekką górkę. Chciałem nazbierać grzybów, po lewej stronie ekranu śnienia był las. Niestety, Namkhai Norbu skarcił mnie delikatnie, że nie mamy czasu na takie odstępstwa od wędrówki. I nikomu te grzyby nie są potrzebne, tylko przez nie stracimy czas i nie dotrzemy do celu w wyznaczonym czasie.
Dziś. Poprosiłem moją duszę, by udała się do Namhkai i zobaczyła jego najskrytsze myśli, których nikt nie zna. Podczas wyrażania intencji miałem wrażenie ruchu i jakbym wskoczył w pole auryczne mistrza. Zasnąłem.
Ktoś wyjaśnia mi, czym jest naturalny stan umysłu, a raczej ja sam. Było nas 2. Obserwator i ja Paweł. Odczuwam ten stan, mówię: kurczę, to nie ma żadnych fajerwerków tylko obecność bez żadnych wyobrażeń typu jakieś jidamy, przestrzenie itd. Tylko obecność, świadomość, ale to piękne uczucie, choć odrobinę inne, niż z medytacji. Widocznie w medytacji sam coś dokładam, a to była czysta natura umysłu (rigpa)?
Byłem z ojcem nad rzeką (Wisła), w wodzie znajdowało się mnóstwo ryb i to różnego rodzaju, w tym nawet kolorowe, tropikalne, spotykane na rafach koralowych. Ryby się nie bały i swobodnie przepływały obok nas, nawet dawały się dotykać rękoma po swoich ciałach. Uznaliśmy z ojcem, że jest to super miejsce na wędkowanie. Tylko na Wiśle trzeba wykupić opłatę za połów.
Brodząc w wodzie do pasa znalazłem żółwia! I to nie żółwia wodno-lądowego, tylko typowego lądowego żółwia, który wyglądał na wyrzuconego przez ludzi. Miał wielkość zaciśniętej pięści. Zabrałem biedaka na ręce i jak się okazało, w żółwiej skorupie mieszkał mały TYRANOZAUR! Który się dość rzucał i chciał mnie ugryźć. Matka przechodząc obok prawie została przez niego ugryziona. Postanowiłem, że zatrzymam malucha i oswoję go, choć rodzice mi to wybijali z głowy. Uznałem, że jak się nie sprawdzi to wstawię post na facebooka, że znaleziono żółwio-dinozaura i czy ktoś przygarnie.

Paweł dostroił się do poziomu Obserwatora, czyli 7. Różnorodne ryby – to różne rasy i cywilizacje z obszarów 6-8 (tropiki, laguny, archipelagi). Wisła to strumień Świadomości ku Przejawieniu w formie ludzkiej (polska rzeka, Polacy w naszych snach to ziemska rasa w ogólności). Żółw – podpora Ziemi, jego skorupa symbolizuje w I-Cing sferę wokółziemską i mapę świata, zatem tyranozaur opanował całkowicie jeden ze światów, „wyżerając go od środka” i choć pochodzi ze sfery małej karmy to „wyrzucony” na czas rozwoju ludzkości znalazł się w przestrzeni wyższej 1-8 (jako zwierz ziemski 1-5 w wodzie 6-8). W skali wszechświata to lokalny ewenement, ale zajęto się nim, usiłując włączyć odizolowaną groźną formę w pole świadomych istot, przyłączyć pierwotną agresję i dzikość do Świadomości. Oswajaniem go mieli zająć się niebiańscy ochotnicy, z własnej nieprzymuszonej woli.
Swoją drogą, jeśli największą tajemnicą nauczyciela buddyjskiego jest wiedza o tyranozaurze, to można zinterpretować nauki buddyjskie pomijające kwestie moralistyczne jako pewien kamuflaż. Motywowany niepotrzebnością skupiania się na grzybobraniu (braniu halucynogenów czyli wchodzeniu w iluzyjne światy po drodze do odzyskania pełnej Świadomości) w zielonym lesie duchowych wyobrażeń, gdyż cel jest gdzie indziej (dalej/wyżej), inny i ważniejszy. Buddyzm nie straszy Bestią, jak chrześcijaństwo, starając się przejść cichaczem mimo, nie budząc niepotrzebnie niepokoju, ani jego źródła. Choć wychodzi na to, że przynajmniej niektórzy urzeczywistnieni mistrzowie o nim wiedzą.

PZ: Zadałem kolejne pytanie: „Co mam z nim zrobić” albo: „co on oznacza”, już sam nie pamiętam.
Jestem na budowie u kolegi, mówi, że zmienił pracę i mu tu dobrze. Rozleniwiony siedział na fotelu – miał właśnie przerwę i opowiadał, że my na nic nie mamy czasu, bo nas wciąga internet, on nawet telefonu nie ma ze sobą i praca mu idzie wyśmienicie i jeszcze do tego ma kupę czasu na relaks.
Wychodzę przed dom, widzę ogromny kombajn, który właśnie skończył żniwa i podjechał, by zsypać zboże do przyczepy. Podchodzę do niego i nie widzę żadnych ostrzy, które cięły słomę. Trochę mi się to wydaje dziwne. Za to z przodu jest pojemnik pełen zboża i różnego rodzaju robactwa oraz pełno węży! Są dość kolorowe, czarno żółte, bądź czarno niebiesko fioletowe.
Kombajnistów było dwóch, jeden łysy. Strasznie się z nich lał pot, mieli poubierane skórzane kombinezony. Byłem zdziwiony, że pomimo takiego upału oni chodzą w skórzanych strojach. Wspominali, że są od rana na tym polu i jedli śniadanie o 12, byli po drodze na pole w sklepie kupując coś do picia i ekspedientka ich strasznie oszukała, bo skasowała im za napoje około 50 zł.
Poszedłem gdzieś dalej i ukąsił mnie w lewą goleń wąż! Był to mały, czarny lub brązowy zaskroniec. Miał wielki łeb i cienki tułów, podobny był do kijanki, po ugryzieniu od razu umarł jak pszczoła. Miał może 10 cm długości, a łeb wielkości pięści. Nagle pojawiło się krzesło, na którym siadłem i trzymałem nogi w górze, by żaden inny mnie nie ukąsił. Siostra wraz ze szwagrem przybiegli mi na ratunek przed wężami, byli zdziwieni, że nie wołałem o pomoc, przecież byli nieopodal. Ułożyli na trawie kilka poduszek, po których przeszedłem. Na podwórku przy domu rozmawiałem z dziadkiem, który mówił, że rana mi się otwiera, ale mam szczęście, że to zaskroniec.

Na spokojnej dotąd planecie, oddalonej od prężnego i nowoczesnego życia wszechświata (internet – wymiana informacji, ewolucja Świadomości)  pojawia się coś, co psuje zbiory, pożera je i zmienia/różnicuje genetykę (robaki i węże). Pojawiają się strażnicy – dwóch strumieni świadomości (jeden łysy), pochodzą zza zasłony (poziom 12, ubrania ze skóry) i działają na poziomie 8 (upał), Żniwiarze, Monroe-owscy „zbieracze luszu”. Coś niepomyślnego dzieje się na poziomie 5, nie mogą skończyć pracy, tracą energię i równowagę karmiczną (50 zł). Brak zębów w kombajnie może oznaczać system nie potrzebujący do tej pory ostrych rozwiązań, cięć, zbyt łagodny, aby sobie poradzić z pasożytami. Zaskroniec nie jest jadowity, ale jest gadem. To może jakiś rozłam w gadzich rasach? Niektóre ofiarnie (jak pszczoła) posłużyły do połączenia swojej krwi z krwią wizytujących istot, które w ten sposób poczuły się bezpieczniej i rozsiadły się w ziemskiej przestrzeni (krzesło) zasiedlając i oswajając ją niejako (poduszki to zabezpieczenia przed zimnem, ciepło, anty-minusowość), strzegąc także zasad duchowego rodzaju (uniesione stopy nie dotykające ziemi). Połączenie z gadzią bezkrwawą rasą bywa przykre i bolesne dla niektórych, ale nie jest tak straszne, jak atak drapieżnego tyranozaura. Poza tym, są to atawizmy psychiczne z dalekiej przeszłości, której warunki i formy wymarły. Sposobem ich przezwyciężenia jest osiągnięcie stabilnego stanu umysłu i ze świadomością wyrozumiałe znoszenie bólu/cierpienia/niepomyślności, którego źródłem jest negatywna karma. Pojawia się też myśl, że ugryzienie tyranozaura, a nie tylko zaskrońca przynosi o wiele gorsze skutki. W rodzaju trwałego pozostawania w dolnych światach przejawionych? piekłach? A może wyrzucenia świadomości w czas początku i rozpoczynanie ewolucji od nowa? Hm, przyzwoity buddysta o wiecznym potępieniu z pewnością nic nie powie, ani nawet pomyśli. 

PZ: Obudziłem się i poprosiłem o wprowadzenie mnie w ten stan przez Namkhai Norbu, bądź przez jakiegoś innego mistrza.

Śnię, że jestem na wycieczce, zwiedzamy jakiś obszar, jest to park zabaw? Są tam różnego rodzaju nowoczesne technologie, zabawki dla dzieci. Maszyny robiące maskotki itd. Moja dziewczyna chciała już iść, ale ja jeszcze zostałem, robiąc zdjęcia pięknych widoków. Przy fotografowaniu zauważyłem, że cała ta posiadłość jest jakby na ruchomej platformie i obraca się w lewo względem terenu, który tworzy tło! Przedziwne!
Moja dziewczyna gdzieś zniknęła i pojawili się moi koledzy. Chcieliśmy wracać, ale właściciel posesji nas zawrócił i zaproponował nam coś do zwiedzania. Zwiedziliśmy i znów chcieliśmy wrócić do domu, ale właściciel i jego pracownicy zaczęli być dziwnie stanowczy, byśmy jeszcze zostali na kolacji.
Zaczęliśmy jeść, ja zjadłem tylko odrobinę po czym przekazałem kolegom, żeby się wstrzymali, bo w jedzeniu są narkotyki! Zaczęło do nas przychodzić i kręcić się wokół mnóstwo pracowników, którzy piekielnie bali się szefa. Jeden z kolegów zjadł za dużo i był kompletnie naćpany, ja odrobinkę, ale czułem lekko objawy i zacząłem uciekać. Wyskoczyłem poza platformę, ale złapali mnie wojownicy od właściciela. Którzy chcieli mnie wręcz zabić! Byli w tubylczych strojach, spódnicach z liści. Mieli w ręku dzidy. Jak się okazało właściciel chciał, byśmy tam byli jak najdłużej, byśmy zostawili wszystkie pieniądze jakie mamy!
Początkowo mogliśmy odejść, ale im dłużej tam byliśmy, tym szef mniej był skory do pozwolenia nam opuszczenia jego świata, bo miał same zyski z nas!

Obrót w lewo – wir cofający Świadomość w czasie. Zapewne Paweł uległ złudzeniu, będąc w nieruchomym centrum widział świat obracający się w prawo. Narkotyki wprowadzają ją w coraz większą iluzję. Która wydaje się być na rękę szefa, Boga – bo to on jest przecież właścicielem centralnej posiadłości, ale który dla uczestników zaczyna grać rolę odwróconą, tj. istnego piekielnika, można w nim wyczuć kogoś strasznego, jak tyranozaur, który się nie pojawia osobiście, ale ma swoje sługi – działa zza zasłony? Dzicy ludzie to pierwotna prymitywna energia rodem z przeszłości, wyznawcy Zwierza uzurpującego miejsce i rolę boskiej istoty, który ma ambicję ujarzmić najwyższą Świadomość i stać się jej panem. Żąda ofiary z ludzi o wyższej/innej świadomości.
Kreator tego przejawienia nie chce wypuścić aktorów, którzy w nim utknęli wyżej. A może ich świadomość tak uległa złudzeniu, że zaczynają widzieć w Stwórcy bestię? Przedarcie się przez iluzję i strach, jaki budzi utrata przejawionej formy dla umysłu, wydają się wręcz niemożliwe. Jeśli nie zgodzić się świadomie na zostanie ofiarą/złożenie ofiary ze swego iluzyjnego życia. Nie ma z tej iluzji innego wyjścia.
Ot, nauczyciel pozwolił Pawłowi zjeść znalezionego w lesie grzyba.

Jarosław Bzoma „Czy Bóg jest zbiorem wszystkich Dusz?”:

„Obrót w prawo powoduje powstawanie czasu i przestrzeni. Wszechświat musi wirować w prawo i to ten ruch jest przyczyną powstania wszystkiego, co powstało. Dlatego Hindusi mówią o ubijaniu masła przez Boga w czasie stworzenia świata. Materia „wykrzepia się”/„koaguluje” w czasie ruchu wirowego Nieprzejawienia dokoła osi. Wtedy też powstaje czas i przestrzeń. Rdzeń jest w samym środku obrotu wszechświata. Tu powstaje pierwsza materia (Wielki Wybuch) i rozprzestrzenia się, „ciągnąc” za sobą przestrzeń. Ruch jest warunkiem podziału na postrzegającego i postrzegane, do tego właśnie „potrzebuje” czasu i przestrzeni aby wlec z opóźnieniem obwodu względem centrum. […] Wir, który obraca się w prawo, jest kobiecy, rodzi wszechświaty. Stan, Centrum, względem którego wiruje Nieprzejawienie, jest Bogiem. Względem Wiru obraca się pozornie w lewo. Albo odwrotnie, to Wir obraca się pozornie w prawo, bo Centrum wiruje w lewo. To nie do ustalenia, bo to jedynie iluzja obserwującego ten ruch „z zewnątrz”. Kiedy wiruje w lewo czas się „cofa”, a przestrzeń kurczy. Kiedy Wiry się znoszą w Punkcie Źródłowym mamy do czynienia ze Źródłem w stanie potencjalnym. Siłą rzeczy ta pozorność ruchu wnętrza i zewnętrzna powoduje, że zawsze obydwa ruchy są identyczne i sobie równoważne! A ich stan równowagi jest wieczną teraźniejszością.
Ruch w prawo wydobywa. Ruch w lewo pochłania. Gdyby ruch został zatrzymany, Świadomość przestałaby być świadoma samej siebie, czyli przestałaby być sobą. To dziwne, ale wydawałoby się, że końcem ruchu nawet takiego równoważącego się jest bezruch, ale bezruch można spostrzec jedynie względem czegoś co się porusza!”

Warto też zajrzeć do świętej Księgi Majów Kicze „Popol Vuh”, gdzie – jak domniemam – opisano przebieg ziemskiej gry od początku do końca (tego, który jest jeszcze przed nami-więźniami czasoprzestrzeni), a w niej pojedynek z zarozumiałą istotą uzurpującą sobie rolę bycia światłem stworzenia w czasach, gdy „nie było jeszcze widać słońca i księżyca”. Tu znajduje się w necie moja nader prosta (darujcie, ale zapisałam ją prawie 20 lat temu) próba wyjaśnienia tego starożytnego zapisu, czyli przetłumaczenia mitu z języka snu na język jawy.

Tak, zdaję sobie sprawę, że to dopiero początek… 😉 Drapieżne dinozaury w snach oznaczają też terror, terroryzm, korporacje „niszczące Ziemię”, tyranię systemu, fanatyzm, rasizm, dziki kapitalizm, totalitarny ucisk, niszczącą wojnę, masowy strach prowadzący do zezwierzęcenia. Tyranozaur oznacza przede wszystkim apokaliptyczną Bestię i koniec czasów, a zatem przeznaczenie/fatum, jak i samospełniającą się przepowiednię. Sterowanie umysłami poprzez sianie strachu. Z innej strony patrząc uosabia boską nieokiełznaną moc, źródło niszczącej energii, które nie poddaje się kontroli rozumu, pierwotny instynkt przetrwania, a zatem wolę życia przezwyciężającą śmierć. Pojawia się tyle pytań przy każdej z tych konkluzji, że może lepiej pomodlić się znowu o uświadamiający sen?