Klub Ezo, część 1

Niniejsze opowiadanie powstało na kanwie serii snów, jakie miałam na początku XXI wieku. Były to historie tak pełne autentyzmu, zapełnione prawdziwymi postaciami, znanymi mi z relacji znajomych, lektury, prasy, radia czy telewizji, że prosiły się wręcz o jakiś zapis literacki i utrwalenie. Dawały mi wgląd w polskie środowisko ezoteryczne przede wszystkim, z którym na jawie miewam sporadyczny kontakt osobisty i to głównie za pośrednictwem facebooka. Zresztą nie było to jedyne środowisko, na które patrzyłam oczami któregoś z jego członków, ale o to mniejsza. Akcja opowieści pochodzi w całości ze snów, postacie mają jedynie zmienione imiona i nazwiska. Narratorką jest moje drugie ja, które obdarzyłam imieniem i nazwiskiem zastępczym. To postać nieco mnie w życiu przypominająca, ale nie zawsze ostatecznie bywa mną, jak to się zdarza w snach. Opowieść sięga przyszłości i zagadki proroctw.

Ewa Sey

Klub Ezo

Pamiętająca czasy socjalistycznej świetności kawiarnia Hortexu w mieście Łodzi, od początku pełnych zmian lat osiemdziesiątych XX wieku na długo stała się miejscem zebrań Klubu Ezo. Zaczęło się niewinnie, prawie ukradkowo. A potem przeszło w rutynę i szyk. Przez całe lata, także dziewięćdziesiąte, spotkania przypadały zawsze w jednakowym terminie, to jest w każdą pierwszą sobotę miesiąca.
Pierwotnie była to inicjatywa na poły prywatna i taki charakter zachowała właściwie przez cały czas istnienia. Klub stworzyli zaprzyjaźnieni ze sobą ludzie, będący członkami różnych hobbystycznych zrzeszeń, później nawet zarejestrowanych. Parapsychologicznych, radiestezyjnych, astrologicznych. Wydawały one już w czasach stanu wojennego, przeważnie na drukarskich powielaczach broszury, pisma i pisemka krążące sposobem domowym i prywatnym, z rąk do rąk. Jakimś cudem potrafiły dotrzeć nawet w najdalsze zakamarki miasteczek i wsi.

Historia znalezienia się Żywji Siedliszczanki w tym miejscu nie była skomplikowana. W jedynym i największym polskim piśmie ezoterycznym „Niewidzialne Światy” ukazały się pod rząd jej dwa artykuły traktujące o alchemii i aniołach w systemie chronologii użytym przez Nostradamusa. Za trzecim razem pokusiła się o wytłumaczenie symbolicznego znaczenia jego horoskopu urodzenia. Wkrótce potem za pośrednictwem redakcji dostała zaproszenie na spotkanie słynnego Klubu Ezo w mieście Łodzi. Ktoś stamtąd najwidoczniej ją docenił.

Pierwsza wizyta wypadła na tyle interesująco, że została zaproszona na kolejną. Nie zaproponowano jej jednak statusu stałego członka na żadnym ze spotkań. Możliwe, że taki status w ogóle nie istniał i klubowicze zbierali się po prostu spontanicznie. Była kimś z zewnątrz, o nieznanych powiązaniach, zaciekawiającym z trudnych do ustalenia powodów. Jej wygląd też nieco dziwił, zwłaszcza ludzi starszej daty. Wiek pomiędzy trzydziestką a czterdziestką, niski wzrost, silne okulary zniekształcające wygląd oczu, krótko ścięte włosy, całkowity brak ozdób i makijażu, zwykłe szare i proste ubranie sprawiały, że czasem trudno ją było nawet zauważyć, gdy pojawiała się pogrążona w jakichś swoich myślach i roztargnieniu.
Gdy zaczynała mówić zbyt cichym głosem, który z nieśmiałości szybko przechodził w nerwowe pokasływanie trzeba było uwzględnić fakt, że jej styl opisu jest niewprawny. Brakowało mu giętkości języka i pewności siebie wykładowców przyciągających uwagę ludzi poszukujących autorytetu. Co prawda informacje wyciągnięte z analizy snów i wizji, które rzuciła kilka razy w luźnej klubowej rozmowie wydały się niektórym na tyle interesujące, że nikt ich tam nie skrytykował, ale także nie potraktował tego, co mówi poważnie.

W następnym miesiącu Żywja znalazła się w Łodzi z prywatnych względów i w całkiem przypadkowym dniu, niezwiązanym z terminami spotkań klubowiczów. Po prostu w drodze na dworzec, przechodząc obok wiadomej kawiarni mimochodem zauważyła karteczkę z ogłoszeniem zrobionym znajomym charakterem pisma, wetkniętą w drzwi.

Dziś nieczynne, przepraszamy. Wstęp tylko dla członków Klubu

Miała prawie trzy godziny do odjazdu powrotnego pociągu do stolicy, w której od niedawna zamieszkiwała. Skuszona tą niespodziewaną reklamą weszła do środka, aby napić się aromatycznej kawy ze śmietanką. Od obsługi w szatni dowiedziała się, że to ostatni dzień prosperowania firmy będącej dotąd właścicielem kawiarni. Już zaraz miała wejść z remontem następna, która przejęła lokal. Znajomy szatniarz wymownie wskazał dłonią na kręcących się na zapleczu robotników. Szefostwo starej firmy siedziało jednak jeszcze przy stole na pożegnalnym bankiecie wraz z kilkoma zaprzyjaźnionymi członkami Klubu. Byli to ci, którzy od lat wykazywali się tajemną pomocą w jego projektach i przedsięwzięciach. Między nimi zasiadał astrolog, Wiesław Kowal. Dzięki niemu Żywja została przyjaźnie powitana i zaproszona do nieplanowanej wcześniej rozmowy.

– Cóż tam w stolicy nowego? – pytał głośno ze zwykłą u siebie jowialną serdecznością, unosząc nad stołem swoje duże ciało i z dala kiwając ręką, aby ją przywołać. Żywja podeszła blisko i chętnie usiadła na wskazanym wolnym krześle obok. Niewiele myśląc wspomniała o królewskiej gwieździe Fomalhaut, która zaczęła pojawiać się znacząco w jej snach od początku tego roku.
– Ach, magiczne Oko Saurona… – astrolog z jakiegoś powodu zdziwił się i przejęty umilkł na dłuższą chwilę. Po czym zaczął rozpytywać o stanowisko ojca bogów w dniu jej urodzin. Jak się zaraz okazało miał na myśli babilońskiego Marduka. Żywja przyznała, że niewiele wie na temat babilońskiej astrologii i w zamian spytała skąd przyszło mu takie porównanie.
– Zbieg okoliczności – odparł zdawkowo Wiesław Kowal i zainteresował się jej horoskopem. Wprawnie narysowała mu swoje kółko na kawiarnianej serwetce. Zmarszczył krzaczaste, już częściowo posiwiałe brwi przyglądając się szkicowi dłuższą chwilę. Po czym zwrócił uwagę, że olbrzymia stała gwiazda Betelgeza z gwiazdozbioru Oriona oświetla w nim z naprzeciwka planetę Wenus i tworzy problematyczny kwinkunks ze starym władcą Wodnika Saturnem. A w tym znaku znajduje się od dość dawna wiele progresywnych planet jej horoskopu. Potrwa to, jego zdaniem jeszcze od kilku do kilkunastu lat, w ciągu których nie może liczyć na otwarty i jasny bieg wypadków.
– Wydaje się, że nie pasujesz do żadnego środowiska, a ludzie boją się ciebie. Tak samo zresztą, jak ty ich. Pisz jednak! I nie cackaj się z niczym, co schematyczne i konserwatywne – rzucił szybki wniosek po tej uwadze. – Betelgeza daje celność i strategię w myśleniu i działaniu.
Natomiast w chwili, gdy wpływ kosmicznego olbrzyma zostanie zneutralizowany ruszą w jej życiu niespotykane energie, uzupełnił.
– Kiedy?
– Gdy Wodnik uderzy falą w Paszczę Wieloryba.

Jedna z obecnych na spotkaniu kobiet, dyrektorka szybko rozwijającego się wydawnictwa, spostrzegłszy zainteresowanie najbardziej hołubionego w kraju astrologa, wręczyła Żywji wizytówkę i zaproszenie na spotkanie w gronie współpracowników redakcji. Miało się ono odbyć w Warszawie. Zaraz Wiesław Kowal zadeklarował, że chętnie się tam z nią spotka, więc chcąc nie chcąc Żywja przystała na propozycję. I tylko z tego powodu rzeczywiście zjawiła się na przyjęciu.

klub

Odbyło się ono w pomieszczeniach wydawnictwa „Trzecie oko”. W największym z nich ustawiono szwedzki stół. Gdy weszła do środka napotkała od progu gromadę polskich bioenergoterapeutów, ufologów, zielarzy, numerologów, jasnowidzów, wróżów i radiestetów z niemaskowanym apetytem zajadających różne wegetariańskie smakołyki. Rozejrzała się po obfitej zastawie i zapragnęła sama coś zjeść. Wtedy okazało się, że nigdzie nie ma już wolnego talerza.
Widząc jej zagubienie jakaś dobra kobieta szepnęła z boku, że poczęstunek, oczywiście należy jej się, tylko musi poprosić o swój przydział. To już przekraczało jej śmiałość. Wyszła do drugiego pomieszczenia, aby dyskretnie przejrzeć półki. Owszem, znalazła na nich jakieś czyste naczynia, ale wszystko do soku, herbaty i kawy, żadnych talerzy ani talerzyków czy też sztućców innych, niż łyżeczka. Nie chcąc kłopotać organizatorów wróciła bez niczego do zapełnionej gośćmi sali. Nie przejęła się, po prostu uznała, że niczego nie pragnie. Była tego dobra strona: nie musiała zważać na siorbanie, sos skapujący przypadkiem na odświętną bluzkę albo frustrację, że znowu zjadła za dużo.

Rozejrzała się uważniej pomiędzy zgromadzonymi ludźmi. W jednym z nich rozpoznała popularnego od czasu kilku artykułów na temat snów o mocy maga. Na wpół odwrócony sprawiał wrażenie jakby nie chciał jej wcale zauważyć, więc usunęła się całkiem z pola jego widzenia.
Jednak inny spośród nich, słowianofil Jerzy Laszuk, zwany przez przyjaciół Super-szamanem, mężczyzna średniego wzrostu o błyszczących oczach, z charakterystycznie zmierzwioną brodą i gęstą ciemną czupryną, wykorzystując przerwę w ogólnej rozmowie zwrócił się w jej stronę z zagajeniem dyskusji. Okazało się, że pamiętał ją z fotografii zamieszczonej w internetowej sieci, a ośmielony faktem, że kilka razy wymienili niezobowiązujące mejle od razu poruszył temat koszmarnych snów, z którymi kojarzono jej osobę.

cie

Otóż pierwsza żona Laszuka była specjalistką od tybetańskiej religii buddyjskiej i starej tradycji bon. Interesowały ją zwłaszcza przerażające dla ludzi z Zachodu rytuały cie odprawiane na miejscach kremacji. Podczas nich adepci przyzywali upadłe duchy, upiory, demony i gniewne bóstwa oraz intensywnie wyobrażali sobie własne umieranie i rozkład ciała. Miało to służyć – poprzez ostateczne przezwyciężenie stanu opętania – zapanowaniu nad lękiem przed śmiercią. Ponieważ jego żona robiła nawet wykłady na ten temat, on został niejako automatycznie wprowadzony w pewne tajemne szczegóły, z którymi nota bene nie do końca się zgadzał. Znał konkretne przykłady z praktyk, o których publicznie nie wspominał żaden z wziętych buddyjskich mistrzów.

Teraz skomentował z pewnym sarkazmem metody medytacji propagowane przez niektórych z nich. Według niego, ci azjatyccy nauczyciele wprowadzali białym ludziom zgoła dziwne wizje do głów. Na przykład zalecali mantrowanie nazwiska Adolf Hitler w celu uruchomienia mocy. Laszuk uważał, że w tym wypadku mogło się to okazać groźne dla homeostazy rodowitego mieszkańca zachodniego świata, przede wszystkim Europejczyka.
Jedni przytakiwali dezaprobacie Jerzego, ale inni milczeli. Żywja mogła jedynie opowiedzieć własne psychotyczne doświadczenie ataku ducha Hitlera oraz wizję koźlogłowego Bafometa.
– Nie wiem na ile to zetknięcie się, istna psychoza strachu, mogło być wywołane faktem, że moi przodkowie po mieczu kilka pokoleń wstecz byli Niemcami – pokusiła się na koniec o jakiś wniosek. – A to Niemcy właśnie przywołali na pomoc piekielne siły próbując przejąć ich moc. Teraz, aby wrócić na jasną drogę muszą stawić im najpierw czoło, spojrzeć samym sobie w oczy. I przezwyciężyć je.
Nikt nie podjął dalszej rozmowy, nie próbował ocenić ani zaklasyfikować do czegokolwiek jej doświadczeń, które były, jakie były. Wypowiedź została wysłuchana, przyjęta i na tym koniec. Zapadła cisza. Ponieważ rozmowa przestała się kleić, a z dyskusji nic nie wyszło, Żywja przesunęła się dalej pośród gości.

Wkrótce zagadnął ją Leonard Skręcki, świetnie prosperujący finansowo mistrz neurolingwistycznego programowania mózgu. Niewysoki, trzydziestokilkuletni, ciemnowłosy mężczyzna z kilkudniowym zarostem, pulchną twarzą i zaokrąglonym brzuszkiem zasiadał na krześle pod ścianą otoczony wianuszkiem znajomych pań w różnym wieku. Żywja zauważyła, że na ścianie gromadzą się przy nim duże tłuste karaluchy. Przypadkiem stąpnęła na jednego i zgniotła go swoim ciężarem. Wylał się z niego wstrętny ciemny płyn.
Zaczęła polemizować z Leonardem na temat jego twierdzeń głoszonych pewnym siebie tonem.
– Zaspokojenie każdej materialnej zachcianki na mocy manipulowania przekonaniami podświadomości nie równa się wtajemniczeniu duchowemu – stwierdziła chrząkając, bo głos utknął jej na chwilę w gardle. – Wręcz przeciwnie, sprawia, że naturalna harmonia rozwijających się potrzeb zostaje poważnie zakłócona. Przez ego, które nie zna planu życia w wyższym zakresie. Pogłębia to chaos wewnętrzny i może przynieść nieprzewidywalne skutki.
– Jakież to? – zapytał drwiąco Leonard. A otaczające go panie wbiły w Żywję swoje jeszcze bardziej kpiące spojrzenia.
– Można by je przyrównać do poltergeistu – wyjaśniła. – Prędzej czy później w życiu pojawią się serie przypadków i nieprzewidzianych drobnych, ale nękających zdarzeń wprawiających człowieka w przestrach, chaos i depresję.
Karaluchy jednak broniły nieświadomości Leonarda Skręckiego złażąc się i uparcie krążąc blisko niego. Żywja szybko porzuciła tę rozmowę i usunęła się w głąb sali.

Chwilę później pewna kobieta w zbliżonym wieku, Anna Maria Cudna, naciągnęła ją na zwierzenia. Sama jej się przedstawiła i oznajmiła ściszonym modulowanym głosem, że jest wróżką, mianowicie tarocistką. Miała wielkie brązowe oczy pomalowane w staroegipskim stylu, proste, długie do ramion czarne włosy i godne podziwu przekonanie o swych nadzwyczajnych zdolnościach i posłannictwie.
– Niestety, chociaż znam Tarot, umiem się nim posłużyć, to jednak nie mam żadnej pewności, że potrafię go prawidłowo odczytać. Nawet po latach używania – przyznała szczerze Żywja.
Anna Maria Cudna odgarnęła włosy za ucho delikatnymi palcami i wstrzymała oddech wpatrując się w nią dłuższą chwilę błyszczącym wzrokiem, nie mrugnąwszy ani razu. W końcu stwierdziła kategorycznym głosem, że tak, Żywja będzie jeszcze w swoim życiu szczęśliwa. Żywję ogarnął natychmiast niezrozumiały głęboki smutek. Przezwyciężyła go siłą woli i odeszła.

Ta dość nieokreślona sytuacja towarzyska trwała do czasu, gdy ukazał się w „Niewidzialnych Światach” jej nowy artykuł. Pisała go długo, kilka lat. Powodowana przejmującymi snami, po których czuła się zmuszona szukać potwierdzeń nie tylko w dziejach różnych państw świata, ale i literaturze pięknej i profetycznej. Zawarła w nim interpretację starożytnych proroctw przepowiadających rozpoczęcie publicznej działalności kilkorga zwiastowanych całe wieki wcześniej boskich inkarnacji. Był wśród nich przywódca jednego ze światowych mocarstw, któremu Żywja przypisała rolę nostradamusowego króla grozy. Którego miał opanować potężny daimonion Echnatona, Aleksandra Macedońskiego i Napoleona.
Ten artykuł wzbudził wielkie zainteresowanie czytelników. Redakcja została zalana listami i mejlami, a ludzie, których Żywja poznała na spotkaniach zdecydowali się nawet przeczytać jej ostatnią książkę. Długo niewiele do niej z tego docierało, póki nie zadzwonił telefon i głos głównego redaktora „Niewidzialnych Światów” nie zaprosił jej na spotkanie w redakcji.
– Odbędzie się tylko w gronie naszych stałych współpracowników – namawiał ją z zaangażowaniem i wyjaśniał skwapliwie – To jest istotne dla omówienia szczegółów ważnych spraw, które ostatnio wynikły w sensie ogólnym. Chcemy posłuchać, co w trawie piszczy, aby ustalić strategię wydawniczą na dłużej i zorientować się w tzw. duchu czasów.
Poszła. Redaktor naczelny był elokwentny i nieustępliwy, przekonywał zawsze aż do skutku, nie umiała się oprzeć.

I tak znów znalazła się w sali pełnej różnych osobistości. Było dość tłoczno. Jak zwykle nikt jej tam nie zauważał. Przywitana przez naczelnego i obdarowana sokiem brzoskwiniowym w wysokiej szklance (niewielu spośród zaproszonych pijało alkohol, dlatego odstąpiono od częstowania gości zwyczajowym wytrawnym winem) zaszyła się szybko w kącie, rozglądając nieśmiało po wnętrzu.
Wtedy ze zdziwieniem zdała sobie sprawę, że kilkoro obecnych rozmawia o jej ostatnim artykule, przeważnie w tonie krytycznym i ironizującym.

Prym w tym ironizowaniu wiódł starszy niski drobny pan w starannie odświeżanym garniturze. Zaaferowany rzucał argumentami przeciwko jej wywodom ostro i twardo, jak kamieniami z procy. Niechcący podsłuchała go w chwili, gdy klarował komuś, że „na Zachodzie tylko się czeka na coś takiego”, ale to jest „czysty wymysł”, nie poparty żadnymi faktami, a z jej strony to niewątpliwie próba ambicjonalnego wejścia na szczyt. Na koniec wyśmiał liczbowe zasady użyte przez nią do interpretacji starożytnych przepowiedni.

Miała już zamiar niepostrzeżenie stamtąd wyjść, ale temat uległ zmianie. Niewykluczone, że ktoś zauważył jej przybycie i dyskretnie dał znak dyskutantom, aby zamilkli. Teraz towarzystwo zaczęło z aprobatą omawiać artykuł Wiesława Kowala zamieszczony w najnowszym numerze „Niewidzialnych Światów”. Artykuł traktował o możliwościach zmiany przyszłości, o ile jednostka nie ulegnie manipulacjom stosowanym przez masowe media i systemy reklam, tudzież polityków promujących swoje obietnice i idee tak jak proszek do prania czy pastę do zębów. Manipulacje te dają się dokładnie odczytać z tranzytów dalekich planet, a uświadomienie sobie zawczasu ich sensu może przynieść autentyczną wolność od wpływów. Gdy zaczną one oddziaływać w życiu codziennym.

W takim razie jedna z obecnych pań rzuciła przykład, w którym jej klientce ze zdiagnozowanym już złośliwym nowotworem żołądka choroba cofnęła się całkowicie wbrew nieugiętym przewidywaniom medycznym. Ktoś inny zaraz zripostował opowiadając o częstych faktach uzależniania się klientów odwiedzających wróżki i astrologów w doborze partnerów i partnerek życiowych. Znał konkretne przykłady, w których zadeklarowane już zaręczyny i ustalone daty ślubu zostały cofnięte po konsultacji z wyższym wymiarem.
– Tak, to wymaga ostrożności i doświadczenia – orzekła pani od opowieści o raku. – W żadnym wypadku nie należy ludzi straszyć, a koncentrować się raczej na pozytywnych aspektach, które zawsze występują.

Przysłuchiwała się temu z boku młoda pulchna kobieta mająca niewyraźną minę. Jak się okazało także astrolog. Gdy kontrowersyjny dyskutant odszedł, pani od raka zwróciła się do niej pocieszająco i pouczająco zarazem, powołując się na usłyszane przed chwilą zdanie przedmówcy.
– Zastanów się, czy twoja samotność nie wynika jednak ze zbyt wielkiej krytyczności przy badaniu horoskopów kandydatów do ręki.
– Ha! – parsknęła młoda astrologini – Trzeba w ogóle mieć takie horoskopy. U mnie to już prawdziwa samotność.
Po czym odeszła w inne miejsce sali witając się z parą wziętych feng-szueistów, którzy pomagali jej przestawić odpowiednio meble w mieszkaniu oraz radzili umieścić w nim dodatkowe symbole przyciągające miłość i radość.

Dopiero pod koniec zjawił się spóźniony (jak zazwyczaj) Wiesław Kowal. Od progu zajął się rozmową z naczelnym redaktorem i niewiele zwracał uwagi na zgromadzonych, a tym mniej na wbitą w kąt Żywję. Wtedy to, zmobilizowany jego obecnością znów wyruszył z krucjatą przeciwko niej chudy staruszek, który znalazł tyle błędów merytorycznych w artykule.
Nadzwyczajnie podniecony zaczął robić kilku chętnym słuchaczom wykład o dyktatorach, którzy byli wcieleniami Szatana. Wymienił rząd postaci historycznych władców, Nerona i jego parę, Robespierre`a i Napoleona, a jako ostatnich w kolejności Stalina i Adolfa Hitlera. Jest ich wszystkich sześciu, ponieważ to liczba Bestii i w ogóle opozycji.
– Wszyscy oni działali pod przemożnym wpływem znaku Skorpiona w swoich horoskopach – orzekł starszy pan autorytatywnie. Po czym zaperzony stwierdził drwiąco (odnosząc się do przepowiedni z artykułu i być może samej Żywji), że:
– Kobiety u władzy zdarzają się jedynie w krajach protestanckich, a poza tym, ażeby uzyskać autorytet i pozycję w jakimkolwiek państwie kobieta zawsze musi być mężatką.

W tym samym momencie szala przeważyła. Żywję ogarnęła fala gniewu i wojowniczy nastrój. Ruszyła ku niemu napełniona nienaturalną u siebie siłą i zapędziła krytykanta na krzesło. A gdy usiadł zaskoczony oznajmiła głośno i dobitnie, pochylając się tuż przed jego twarzą, że jej spodobało się uważać inaczej i że jeszcze zobaczą, kto z nich ma rację.

Po tym spotkaniu, na które żałowała, że w ogóle poszła, nad ranem coś lub ktoś chciało się do niej zbliżyć, ale wtedy z jej splotu słonecznego „szurnęły” ku niemu smoki i ogniste węże i natychmiast zlikwidowały zagrożenie. Ocknęła się do głębi zdumiona.

Te i podobne zdarzenia mocno ją przygnębiły i obudziły minione lęki. Nieśmiałość i skrytość znów powróciły i zaszyła się w mieszkaniu na wiele tygodni, chyłkiem wychodząc jedynie rano i wieczorem na spacer z psem. Albo niekiedy do pobliskiego pubu na piwo ze znajomymi, którzy nie mieli żadnych powiązań z uduchowionym towarzystwem. Wolała rozmawiać ze zwykłymi ludźmi o codziennych nadziejach, kłopotach i sprawach.
Trapiły ją koszmary. Wdrapywała się z mozołem na wysoką stromą górę i gdy była już prawie u szczytu, w cieniu najtrudniejszej do pokonania zwisającej skały porzucała ambitny zamiar i spadała w dół, gdzie czekało stado czyhających na jej upadek uśmiechających się zjadliwie wrogów… Albo atakowały ją w wodzie krwiożercze piranie, bądź rzucał się na nią lew lub tygrys w zamiarze przegryzienia jej gardła.
Przeczucie takiego nastawienia do niej całej grupy ludzi miało swoje realne uzasadnienie, gdyż czasem dostawała jakiś dziwnie pocieszający mejl lub telefon w tonie współczującym i litościwym. Zrobiło się wokół niej niejasno i cicho.

Któregoś razu cofnęła się w medytacji do źródeł swego życia. Ukazał się jej Książę, zasiadający na tylnym siedzeniu samochodu. Przypominał filmowego aktora, Zbyszka Cybulskiego. Towarzyszyła mu Księżna, wyraźnie czymś zaniepokojona. Książę z jowialnym uśmiechem na twarzy zachowywał pełen spokój.
– Czuwam nad swoim dzieckiem – oznajmił w końcu dobitnie – ale ruszę się dopiero w ostateczności. Ma się nauczyć samodzielności.
A gdy Księżna spojrzała na niego niepewnie, dodał szybko:
– Przecież posiada wrodzoną siłę mojego charakteru, a z nią na pewno sobie poradzi.

Cd. >>>

(Rysunek pochodzi z bloga Babci Ezoterycznej i został zrobiony jej ręką)

Reklamy

Sny wiedzy

1.
Wokół trwa kosmiczna, przepastna noc, ciemność nieskończona, przetykana gdzieniegdzie maleńkimi iskierkami gwiazd. Mroczna otchłań rządzona przez prastare nad-inteligentne istoty, skazane na nieuchronne zniszczenie w chwili końca wszechświata. Pozbawione jakiejkolwiek nadziei, radości, ponure i złe rządzą uniwersum aż po jego kres. Dalej ich władza nie sięga. Idziemy na spotkanie z nimi, dokładnie określonymi szykami, liczba za liczbą. Odważni straceńcy, ginący szeregami po to, aby świat ludzki mógł dotrwać do Wielkiej Chwili i otworzyć oczy, gdy odwieczna noc pierzchnie. Była nas określona liczba, jak 144 tysiące oznakowanych. Przejmujące odczucie bezwzględnie dołującego smutku w kontakcie z Panami Mroku, obudziło mnie.

2.
Należę do tajemnego ugrupowania, jako jedna z mnóstwa jego szeregowych członków. Na anonimowej tablicy ogłoszeń wielu z nas prezentuje swoje obliczenia i analizy wróżebnych odpowiedzi Księgi I-Cing, omawiając orzeczenia tak, aby zapowiadane przez nie wypadki, wywołujące konieczną przemianę nie były już potrzebne. Niestety, każda przepowiednia zawsze realizuje się całkowicie i literalnie, bez wyjątku. Ten brak postępów źle wróży na przyszłość. Może nie udać się plan storpedowania zapowiedzianego niszczącego końca ery uzyskaniem odpowiednio wysokiego poziomu zbiorowej świadomości.
Linie zmienne z obliczonych starannie na początku ery heksagramów dla poszczególnych odcinków czasów symbolizują piętra świadomości, na których byli ci, którzy prowadzili całe ugrupowanie w czasie. Po kolei wraz z mijającymi okresami i wiodącymi wróżbami zmieniali się także nasi tajemni szefowie. Zaczynamy w końcu rozmawiać między sobą w grupach jednego poziomu, wymieniając się spostrzeżeniami i zaniepokojeniem. Szef powinien być ogarnięty najwyższym światłem i według niego prowadzić stowarzyszenie. Tymczasem za każdym razem, krótko po zmianie przywódcy zagarniała go ciemność. Wyłaniała się ze studni Czeluści istota z głową gwiazdy włochatej, o piekielnej twarzy i straszliwym wyrazie oczu i pożerała go.

  • Co robimy? – pada dramatyczne pytanie.
  • Walczymy dalej, walczymy do końca – nasza odpowiedź jest zgodna i w skupieniu rozchodzimy się każde do swych prac i zadań.

nephilim-giant-sumerian-anunnaki

3.
W grupie specjalistów trwają dociekania lingwistyczne nad zestawieniem różnych informacji wyciągniętych z kilku starożytnych tekstów hebrajskich, częściowo biblijnych, częściowo talmudycznych, odrzuconych apokryfów, glinianych tablic i rytych w kamieniu napisów dawnych bliskowschodnich kultur. Wracamy do przechowanych w archiwach prywatnych i na uczelniach, zapisów i notatek robionych przez nieżyjących już archeologów i poszukiwaczy źródeł. Śnię jednym z badaczy. Odkrywamy wreszcie, składając ze sobą różne podania i wersety, pewne tajemnice ukryte pod nazwami olbrzymów i mitycznych postaci. Ujawnia się nam nie tylko historia pojawienia się dziwnych nad-istot w dziejach żydostwa, ale i ich starannego ukrycia w kanonicznych pismach świętych. Znajdujemy zaszyfrowane nazwy miejsc i starożytne ośrodki ich kultu i przekazu w czasie. To były ponure i bezbożne istoty, budzące niezrozumiałą grozę. Miały jakiś swój interes w uzależnieniu od siebie ludzi rządzących, a poprzez nich reszty. Osób świadomych owego kultu i zachodzących kontaktów było w dziejach bardzo niewiele. Pisma zostały dawno temu tak zamaskowane, że trudno jest odróżnić kult owych istot od czci oddawanej bogom pogańskim, także od przekazu o Bogu i od Boga. Ujawnia się oto przed nami starannie zakryta w starożytności droga do Przybyszy, straszliwych Innych. Oni nadal istnieją, w konkretnych miejscach, ale ukryci. Czekają.

4.
Stoję w kościele, pośród zgromadzonych licznie ludzi. Moją matką jest wysoka, bogata kobieta, darzona tutaj dużym szacunkiem. Przedstawia właśnie wszystkim swego przyjaciela, żydowskiego rabbiego. Przyprowadziła go po to, aby mógł nas pouczyć. Z pewnym zaskoczeniem bąkam, stojąc z boku, że doszły mnie słuchy, iż ci rabini, wtajemniczeni w kwestię klątw dziedziczą klucz do mocy dzięki pokrewieństwu, gdyż należą do starożytnego rodu ludzi jednej krwi. Matka lekceważy moją uwagę, macha dłonią stwierdzając, że „to tylko głupia plotka”.
Stary rabbi demonstruje przed zgromadzeniem magiczny wisiorek. Na splecionych ze sobą pracowicie sznureczkach wisi symbol przypominający tarotowe słońce, uśmiechnięte i promieniste. Aby uruchomić energie – objaśnia uczony starzec – podciąga się do góry specjalną koszulkę, która odkrywa drugą ciemną stronę znaku. Słońce jest tam straszliwie wykrzywione i ciska pioruny.
Słuchacze rabbiego nie chcą słyszeć o używaniu w ten sposób amuletu. Nie podciągają koszulki i błogosławią jedynie jasną stroną, drugą pozostawiając w nieświadomości. Rabbi, po kilku próbach przekonania ich do pierwotnej metody zaklinania, nagle wpada w szał. Ściąga koszulkę ze słońca. Gwałtowny ruch rozrywa sznurki, kryształowy amulet upada na posadzkę roztrzaskując się na kawałki. Rabbi krzyczy z rozpaczą i w wielkim wzburzeniu, głos mu drży i załamuje się:
– Niechaj przyjdzie przekleństwo i zło, które wywołaliście swoim tępym uporem. Prawda i Wiedza nie ima się waszych umysłów i serc, więc doznacie kary, która spada na tego, kto nie chce ich znać! Przeklinam was! Oby to stało się dla was nauką, jeśli nie chcieliście uwierzyć w moje słowa!

Obudziła mnie fala szalonego gniewu.

5.
Rozmawiam z Rosjanką. Wysoka, długowłosa, w długiej sukni i czepcu na głowie. Opowiada mi szczegółowo i z powagą to, co jest już wiadome w grupie wtajemniczonych rosyjskich wiedunów. Otóż przyszłość uległa sporemu skróceniu, z powodu przyspieszenia rozwoju zbiorowej świadomości. Z możliwych początkowo 155 lat (rozumiem, że trzeciego milenium naszej ery) całe przeznaczenie ma wypełnić się do 95 roku.
Pytam o Polskę.
– Ach, Polacy – uśmiecha się tak, jakby coś mało ważnego właśnie sobie przypomniała. – Tak, odegracie pewną rolę w latach 30. i 40.tych…

dzieci o czarnych oczach

6.
Śnię młode pokolenie. Zaatakowane przez ryby. Dziwne ryby, drapieżne. Odkryliśmy, że Ziemię dawno temu namierzyła rasa Rybonów. To istoty, które były skazane w Planie Boskiej Ewolucji na całkowitą przegraną, od nich – ryb – jak od dna odbiły się istoty niebiańskie próbujące rozwoju w materii. Teraz odbywa się skryta manipulacja. Rybony stworzyły własne nośniki cielesne w wodach i zaczyna to być widoczne. Mało tego, w pewnym momencie w skafandrach ludzkich pojawiły się wśród ludzi. Rozpoznaję jednego po obcym spojrzeniu wielkich czarnych oczu bez białek. Postanowiły odwrócić rozwój w swoją stronę, one na szczycie drabiny ewolucji.

7.
Widzę okiem Molocha ludzi, którzy mu służą i są jego pokarmem. Zamieniają się w cyborgi, nie wiedząc o tym. Mogliby dowiedzieć się jedynie wtłoczeni przemocą w przyrodę, a tego nigdy nie uczynią. Na jej tle czują się dziwnie nieswojo i przybierają miny i pozy, których ludzie-ludzie nie pojmują. Budują sobie para-naturę, starannie zabetonowane chodniki i podwórka, malowane parkany, strzyżone trawniki, zdalnie otwierane garaże, szyfrowe zamki w drzwiach. Zza nich nie muszą widzieć tego, co jest istotą życia, planety, Ziemi. Lecz mając władzę nad komunikacją medialną głoszą wyższość wygodnego i sterylnego cyborżańskiego świata nad ludzkim. Są opakowaniami dla rasy Panów, która szykuje się do ostatniej ekspansji w ziemski wymiar. Na szczęście owa rasa nie cierpi zapachów wsi i przyrody, więc kto żyw w swoim ciele i sercu, a nie bojący się zwyczajnych ludziom odorów, dla dobra własnego i swych dzieci ucieka ze sztucznego świata. Jeszcze jest trochę czasu.

8.
Czytam powieść fantastyczną w maszynopisie. Tekst wygląda dwojako, część opisuje regularną czcionką stan jawy, druga pisana italikiem dotyczy akcji dziejącej się we śnie. Autor jest znawcą techniki świadomego śnienia. Opisał sposoby unieszkodliwiania skutków ataków koszmarnych istot, wynurzających się co rusz z różnych pod-, nad- i bocznych światów. Ch`th`ummy unieszkodliwił odcinając je od przyszłości i od przeszłości. Jest tego mnóstwo, każda przygoda koszmarniejsza od drugiej. Powieść może służyć jako podręcznik dla świadomych spaczy i treningów stanów oobe. Bieg spraw jest jednak taki, że ów mistrz sennego karate im więcej koszmarów zlikwidował, tym bardziej koszmarniał na jawie, zamieniając się ostatecznie w potwora w ludzkiej skórze.

9.
Przebywam od niedawna w Londynie i wszystko mnie tu wzrusza. Właśnie zmarła królowa-matka i trwają przygotowania do uroczystości pogrzebowych. Książę Karol jeszcze się nie pokazał publicznie, ale pod kościołem zbierają się już tłumy. Dotarłam tam z dzielnicy pełnej Polaków, autobusem, w którym puszczano żałobną muzykę, zachwycona, że mogę brać bezpośredni udział w tym światowym wydarzeniu. Wśród gapiów mają swoje stragany handlujący różnymi pamiątkami, przystaję przy sprzedających zabawki. Moi londyńscy znajomi dorobili się już dwóch córeczek i wypada im kupić jakiś prezent. Nadarza się okazja, rozkładana skrzyneczka pełna drewnianych klocków. Wszystko kosztuje raptem 41 (złotych?), więc szybko się decyduję.
Zajęta kupowaniem zgubiłam moją towarzyszkę, z którą się tam wybrałam. Mamy spotkać się w umówionym punkcie miasta, więc zabrawszy ze sobą zakup idę jej szukać. Błądząc trafiam w jakąś boczną uliczkę, gdzie mój wzrok nabiera ostrości, a barwy rzeczywistości stają się wyraźne i mocne. Spotykam tam starego druida. Siedzi wprost na trawie przy ogromnym drzewie porośniętym zielono-szarym mchem. Pokazuje mi tajemny zapis na długim zwoju. Czytam w nim, że dokładnie za 2,1 roku od tego wydarzenia (czyli pogrzebu królowej) zajdą w Anglii straszne i ponure wypadki. Ludzie zaatakują jeden drugiego, a najbardziej zagrożone będą dzieci, skazane na brutalną śmierć. Potrwa to 3,11 lat. Podczas lektury obserwuję kilkoro niedorozwiniętych dzieciaków ogryzających omszałą korę z drzewa, przy którym stanęłam.

10.
Pracuję w nowoczesnym wysokim oszklonym budynku giełdy, skąd z okien rozciąga się widok na wspaniały park zabudowany kolosalnymi płóciennymi górami. Wymalowano na nich barwne i egzotyczne sceny z epoki jurajskiej. Nagle w jednej chwili zrobiło się na niebie ciemno, nadciąga straszna nawałnica. Ogromny piorun uderza w jedną z gór, po czym burza prędko się kończy. Zbiegamy się do okien, my pracownicy, bo widok zdaje się przerażający i dziwny zarazem. Jak gdyby ożywiony piorunem poruszył się namalowany na tle góry ogromny dinozaur i rusza na miasto! Na szczęście koniec burzy unieruchomił go wpół ruchu. Ktoś podszedł do tej gigantycznej maszyny i zaczyna ją ustawiać na miejscu.
– Mogło być naprawdę źle – słyszę z boku.
– Skąd! Może z innym, ale nie z Grzybem. On należy do Billa Gatesa… – odpowiada na to ktoś drugi.

Ten sen poprzedził sławetny krach na giełdzie nowojorskiej w 2008 roku.

11.
Obudził mnie w nocy strzał gdzieś w lesie. Polowanie? Rozglądam się po okolicy panoramicznym okiem. Strzał po chwili powtórzył się i ze zdumieniem stwierdzam, że musi to być wyrzutnia rakietowa. Huknęło, pocisk poleciał skądś z zagranicznych wschodnich terenów ku zachodowi i upadł daleko w lesie. Chwilę później rozlega się następny strzał. Tym razem trajektoria nieco się zmieniła, ku mojej wsi.
I kolejny huk, tym razem rakieta rusza dokładnie w moją stroną, w naszą pograniczną wieś i dokładnie dom. Zrywam się z łóżka z okrzykiem: Padnij! i jednocześnie pocisk trzaska mi nad głową. Wrażenie tak rzeczywiste, iż uświadamiam sobie, że to sen dopiero, gdy widzę obywatela Johna Smitha z amerykańskiego filmu, jako niezależnego dziennikarza, ewakuowanego na linie do góry przez śmigłowiec z dymiącego zniszczeniami miasta.

Dziwny, bo jakby świadomy traf chciał, że gdy przed świtem zapisywałam treść tego snu nagle rozległ się wielki huk. Niespodziewany grzmot burzy idącej od wschodu. Chwilę później następny. Trzeci grzmot zastał mnie już w łóżku. I na tym wszystko umilkło, bez kropli deszczu.
Tak to na kilka lat wcześniej zapowiedział się konflikt rosyjsko-ukraiński i aneksja Krymu.

A kiedy zasnęłam śniłam o sztucznie zaszczepionej zarazie dziesiątkującej ludzi z wielkich i mniejszych miast Europy.

11.
Młodzi kupili małe mieszkanie, urządzili się, po latach kupili większe, przeprowadzają się. Złożyła im wizytę matka. Stara się im pomóc, na tyle, ile potrafi, rozpala pod blachą ogień. Drzwiczki piecyka są pęknięte, cegły w rozsypce, ale ogień jeszcze jara się niezgorzej. Napełniając całe mieszkanko przytulnym ciepłem. Duch uniósł mnie i usłyszałam jego komentarz:
– Świat będzie się rozwijał jeszcze do 2030 roku. Na trzy lata wcześniej, w 2027 zaczną się kłopoty, by narosnąć i uderzyć ogromną epidemią, która łatwo się nie skończy. Cywilizacja już się z tego nie podźwignie. Wszystko się zmieni.

12.
Posiadam rasową krowę i stado kóz. W chacie mieszka kilkoro młodych ludzi. Dwaj młodzieńcy, dwie dziewczyny i ja, samotna właścicielka. Proponuję im układ.
– Dam wam do dyspozycji dom, gospodarstwo i możliwość utrzymywania się za codzienną pracę. Każde z was musi każdego dnia wykonać określone obowiązki. Oprócz tego dostanie możliwość rozwijania jakichś hobbystycznych zainteresowań. Ktoś może prowadzić pracownię fotograficzną, ktoś tkacką, ktoś garncarską, bo takie sprzęty są w domu. Zarobki z robienia serów kozio-krowich i innych przetworów pójdą do wspólnej kasy, z której opłacać się będzie dom, żywność, karmę dla zwierząt, media, podatki i ubezpieczenia. Zajęcia hobbystyczne mogą być źródłem indywidualnych zarobków przeznaczanych na inne przyjemności, typu kino, teatr, książki, wypady do miasta.
Młodzi słuchają mnie w milczeniu. Z jednej strony propozycja wydaje się im kusząca, ale z drugiej wahają się.
– I co wy na to? Proponuję wam dach nad głową i utrzymanie. Ja sama rodziny nie mam i już nie założę, więc to propozycja na lata albo do końca życia.
Jeden z chłopców ma w planie pójść do technikum zaocznego, pięcioletniego i choć propozycja bardzo mu się podoba, jest w rozterce. Mówię łagodnie:
– Przemyśl to. Do czego przydać ci się może wiedza ze specjalistycznego technikum za pięć lat, gdy w 27 roku ma wybuchnąć w całej Europie wielka zaraza bydła i ludzi i nie wiadomo, czy w ogóle przeżyjemy. Mamy większą szansę na wsi, dbając o podstawy życia, niż w mieście, zajmując się cywilizacyjnymi udogodnieniami, które zawalą się bardzo szybko.

13.
Wysiadam z pociągu. W którymś mieście zachodniej Europy, w przyszłości. Miasto zdaje się zupełnie wyludnione. Na pustych ulicach pojawiają się z rzadka grasujące jeszcze bandy kradnące resztki żywności. Znajduję sobie schronienie w opuszczonym, na poły podziemnym budynku. W ręku trzymam ostatni herbatnik, który liżę, a nie jem, aby na dłużej starczyło. Sklepy już dawno są doszczętnie ogołocone. Patrzę przez okno na zewnątrz. Naprzeciw stoi wysoki blok, jeden z wielu w tej niegdyś ludnej i bogatej dzielnicy. Opustoszały, jak wszystkie inne. Choć zauważam czasem, wpatrując się w niego z nudów przez wiele minut, nieznaczny ruch w pojedynczych oknach. Nieliczni ludzie trwają jeszcze w blokowiskach, żywiąc się zapewne zgromadzonymi wcześniej zapasami, lub wykradając takie zasoby z opuszczonych mieszkań.
Jestem młodą dziewczyną, niedawno jacyś grasanci zgwałcili mnie na ulicy. Pozostaję nieufna, ale rozmyślam o sposobie ratunku z tej beznadziejnej sytuacji. Wiem, że żywność można wyprodukować jedynie na wsi, dlatego trzeba mi się wydostać z miasta i dotrzeć do jakiejś wspólnoty rolniczej. Tylko jak to zrobić?
Wtedy zjawiają się w „moim” budynku trzej chłopcy w podobnym do mojego wieku. Boję się ich, ale wychodzę z ukrycia i przedstawiam im plan na przyszłość. Z miejsca zaznaczając, że nie przetrwamy, jeśli będziemy egoistycznie walczyć jedno przeciw drugiemu. Musimy się zjednoczyć i pomagać sobie wzajemnie z poświęceniem, Tylko tak mamy szansę przeżyć.
Sen kończy wizja obserwatora rozległych blokowisk, pustych, bez ludzi, wymarłych.

14.
I nadchodzi taka chwila, gdy bezpowrotnie milkną wszelkie media. Nastaje głucha cisza. Nikt już nie określa zbiorowych celów, nie narzuca nikomu wzorców, nie ocenia i nie wyznacza kierunków, zadań, wartości. Ani obowiązków do wypełnienia. Jednego dnia, tak samo zwykłego, jak każdy inny znikły rządy i rządzący, planiści, dyrektorzy i kierownicy robót, a razem z nimi pieniądze. Z początku nikt nie mógł w to uwierzyć i sprawy szły swoim biegiem, ale szybko góra od samego szczytu zaczęła się kruszyć i walić aż do podstaw. Uwolnieni z odwiecznego przymusu ludzie częściowo działają pod wpływem nawyków i nieodwołanych nakazów. Jednak i one z dnia na dzień okazują się ułudą. Prawda wyłazi zza prującej się szybko zasłony i stawia wszystkich wobec oczywistości. System po prostu przestał istnieć. Nic, naprawdę nic go już nie podtrzymuje.

Mnóstwo ludzi zdecydowało się zbiec ze swoich domów, bloków i opuścić niezdatne dla przeżycia miasto. Jego infrastruktura szybko, z dnia na dzień, wraz ze zużywaniem się ostatnich zapasów paliwa, przestaje działać. Około-miejskie lasy pełne są błędnych wędrowców. Śpią czujnie pod daszkami robionymi z ubrań albo ręczników. Nawet, jeśli ktoś ma ze sobą namiot to go nie rozbija, z pośpiechu, by czasu nie tracić, albo w obawie przed kradzieżą lub najściem strażników leśnych, którzy kazaliby go i tak zwinąć. Bo bywają jeszcze strażnicy, próbujący utrzymać dawny porządek. Ale to się szybko kończy. Nagłe tąpnięcie rozchodzące się od środka sprawia, że wszyscy uwalniają się od swoich funkcji i zawodów, najpierw w miastach, potem na prowincji, w ciągu dni rozchodzą się każde w swoją przypadkową stronę. Podobnie w mieście są jeszcze, (tylko siłą rozpędu i trudu topniejącej garstki pracowników instytucji publicznych), prąd, gaz i woda, ale to też się kończy siłą inercji.

Mieszkam na najwyższym piętrze apartamentowca, w dwukondygnacyjnym, urządzonym ze smakiem mieszkaniu. Przeglądam w zamyśleniu półki regału z książkami. Między nimi stoją też moje. Owiane wielkim i długo wyczekiwanym sukcesem, kilka niedawno wydanych tomów w kolorowych okładkach, do tego jakieś kasety i nagrania. Wszystko teraz nagle się zawaliło, sukces okazuje się nieważny, nikomu niepotrzebny, gra się skończyła, jakie to dziwne!

Wybieram swoje dzieła spośród szeregu tomów na półce, układam je w pudle i ukrywam w niewielkiej skrytce pod podłogą w łazience. Może kiedyś do nich jeszcze wrócę, może będzie można znów pisać, tworzyć, chwalić się, zarabiać?… Wtedy, gdy rzeczy wrócą na swoje miejsca, zrobią się na nowo ważne. Robię tak, choć w to nie wierzę. Z uporem nie chcę uciekać, zostawić bezpiecznego, wygodnego miejsca i wpaść w szpony obudzonego chaosu. Przecież ludzie się ockną, przywrócą jakiś porządek. Powrócą.

Napełniam wiadra i każde puste naczynie coraz wolniej cieknącą wodą z kranu, wiedząc, że nie wystarczy jej na długo, nawet, gdy będę ją oszczędzać. Co z myciem? Na razie przestaję się myć. Ubikacja jeszcze działa, ale spłuczka już nie funkcjonuje. Jem cokolwiek z posiadanych zapasów, szczęściem utraciłam całkiem apetyt. Światło pali się szczodrze w każdym pokoju, i tak nie ma już opłat, ale decyduję się je zgasić, bo coś się nagle zaczęło dziać z prądem. Poczułam swąd przegrzanych przewodów. I ja też przez chwilę zaczęłam płonąć, ale udaje mi się ogień ugasić, narzucając na siebie koc.

Tymczasem w miastach dalszych od stolicy ludzie podejmują jeszcze próby opanowania sytuacji. Istnieją urzędowe oddziały porządkowe i grupy chodzące po blokach. Działają siłą rozpędu, lękając się złamania rozkazu. Zależność może przecież jeszcze wrócić. Wywołują według dawno ustalonej listy staruszków, by zabrać ich nie wiadomo gdzie i w jakim celu. Panują najgorsze podejrzenia o tym, że dla dobra interesów firm ubezpieczeniowych są w specjalnych obozach po prostu kasowani. Dwie staruszki ukrywają się w ciasnej garderobie, podczas gdy rodzina rozmawia w progu z komisją stojącą w drzwiach. Ktoś tłumaczy, że babcie są im potrzebne, bo wiedzą, co robić w trudnych warunkach, są poza tym zdrowe i samodzielne. Komisja nie naciska zbyt mocno, nic nie jest pewne, wszystko daje się załatwić, mimo poleceń wykonywanych siłą rozpędu i strachu, za którymi nic już nie stoi.

Wychodzę na zewnątrz. Bierne czekanie jest straszniejsze. Na ulicach kłębią się zdezorientowani ludzie, grupkami i pojedynczo. Jeździ jeszcze tramwaj, może ostatni. Ktoś kogoś goni. Ktoś w biegu wsiada do przepełnionego wagonu, nie zdążam za nim wskoczyć. Słyszę tylko daremne wołanie: Ewa! Ewa! Chodź tu!

Zostaję sama na ulicy, bez domu, bez celu, bez sensu.

[Zapis ciekawszych sennych zwidów z ostatnich 15 lat]

Modlitwa upadłego

Istniała kiedyś pierwsza księga, napisana w dawnych czasach, ale oblicze jej zakryte jest przed badaczem i myślicielem. Wspaniały był to opis i opowieść o tym, jak zakończyło się tworzenie całego nieba i ziemi…
(Popol Vuh. Księga narodu Quiché)

…zobaczyłem Anioła, który rozpostarł swe ramiona, obejmując języki ognia & został pochłonięty i powstał jako Eliasz. Zważ. Ten Anioł, który teraz stał się Diabłem. Jest mym szczególnym przyjacielem: często studiujemy Biblię razem w jej infernalnych albo diabolicznych sensach, które świat pozna jak zasłuży. Mam także; Biblię Piekła, którą świat otrzyma czy chce tego, czy nie.
(Wiliam Blake „Małżeństwo Nieba & Piekła”)

Nie moja wina,
nie moja wina,
że diabeł przypomina,
że Pan JEST!
(Piosenka, którą śpiewałam kiedyś we śnie)

Upuaut

Modlitwa upadłego

Upuaucie, zamykający drogę w zimną ciemność tym, którzy czują, jeszcze czują, nie zatracili się w mdłej nieszczerości. Psiogłowy mocarzu o naturze straszliwego wilka mieszkańca przepastnej pustyni, stojący na straży wrót piekielnych wespół ze swym bliźniakiem Anubisem. Panie umarłych zapomnianych na zawsze, leżących w grozie przedwiecznej ciszy z zastygłym na twarzach okrzykiem bezradnego strachu, bólu. Piekło jest tutaj wśród zabłąkanych żywych umarłych, a ty strzeżesz jego drugiej strony, świata głodnych zjaw snujących się wieczyście po dolinie śmierci.

Kanikuło prażąca niemiłosiernym słońcem i zsyłająca zarazy na przeklętych za nic. Słucham, daję ci się przeniknąć, to twój czas, bracie Syriuszu.

Podnoszę razem z tobą prawą rękę i grożę zaciśniętą pięścią.
Jak można odpuszczać grzechy, nie będąc tobą choćby przez moment? Nie spojrzawszy sobie prosto w psią twarz, w wilcze oczy?

Strażniku cienia wyklętego przez Boga i ludzi i wygnanego na pustynię, po której błąka się jak wiecznie głodny wyrzutek. Naucz mnie być sobą. Stać się prawdą chodzącą, czującą, żywą.

(16.04.2005)

Z dziennika nocnych wejść i wyjść zapis 10

Relacjonuję okres marca 2000 roku. Odebrałam wtedy przepowiednie mające odniesienia do biblijnych proroctw odnośnie końca obecnego cyklu czasu. Sny symboliczne, w których wystąpiły ważne postaci, znanego polskiego astrologa spod znaku Byka, zapewne figury istoty, którą już widziałam i opisałam jako boskiego astrologa, czy też kogoś powieszonego na uschłym drzewie. Są w nich istotne informacje do odkodowania (o wężu-tasiemcu – Apopisie – żywiącym się w wodach, o schodzących i wchodzących bliźniaczych rasach – Bolka i Lolka). Wizyta w światach podziemnych, spotkanie z ognistym pająkiem, i innymi tego typu „sieciowymi” stworami, których J. Bzoma zidentyfikował jako „Bóga” – stwórców objawień i pierwotnych kontrolerów iluzji Przejawienia, zetknięcie z „szatańskim ojcem” oraz inne ciekawostki.

powieszony

6 marca 2000. We śnie widzę dno morza [Ocean Przyczyn, strefa Duszy], jakieś niewielkie, jakby akwariowe rybki, które się odławia do innych akwariów. Z góry na dno opada jakiś płyn, przybiera chwilami kształt gwiazdy, myślę: Kwas siarkowy? Wtedy pada nazwisko: Kwaśniewski [czerwony prezydent, czyli Czerwony >10] i jeszcze: „Papież wtedy nie będzie widziany (albo: słyszany…)” i widzę XVII kartę Tarota: Gwiazda. Pada informacja, że wszyscy ludzie są zaprogramowani na nową erę i program uruchomi się w odpowiedniej chwili.
Ocknęłam się z tego, bo nagle ktoś się koło mnie pojawił. Poprzedzał go leciutki powiew świeżego wiatru. Nieco zaniepokojona spytałam w myślach:
– Kim jesteś?
Ten ktoś przysiadł na moment na brzegu łóżka, tuż koło mnie i usłyszałam spokojną odpowiedź:
– Pan… – po czym natychmiast znikł, a ja obudziłam się na jawie.
Po dłuższym czasie znów w transie słyszałam informacje (i widziałam jakby wertowane strony Xięgi, albo pliki) o tym, że będą liczne i wielkie katastrofy klimatyczne na Ziemi, które zdarzały się już wielokrotnie na końcu Cykli, oraz coś, co zapisano w postaci liter „iii” ustawionych w kształt piramidy schodkowej w trzech rzędach.

7 marca 2000. Pojawiają się mignięcia związane z Ciemnym Bogiem, zdaje się dla kogoś jest to problem do zgryzienia, bo odbieram czyjąś myśl: „Pokopię w tym…” i wtedy rozlega się w mojej głowie mechaniczny męski głos: „To kop!”

8 marca 2000. Sen: zabieram się z jakimś kolegą jego dziwnym, prostopadłościennym samochodzikiem z trzema siedzeniami, ciągniętym przez kanciasty motocykl [podróż ku granicy 8/9]. Dosiada się obok, przy kierownicy jeszcze koleżanka z banku, więc zostawiam ich oboje w samochodzie, a sama jadę motorem z przodu. Zatrzymujemy się przy rzece, na moście [granica], na drodze wiodącej do cmentarza. Wokół ciągną się rozległe przestrzenie pól, krzewów, drzew, niedaleko na prawym brzegu stoi chyląca się i zmurszała drewniana stodoła ze strzechą obrośniętą mchem. Patrząc na to odczuwam przypływ ogromnej miłości do Polski i ze wzruszenia mam łzy w gardle, gdy mówię do stojących na moście (wśród nich jest Adam, moje męskie odbicie w snach), że przecież Polska do przepiękny kraj, choć jednocześnie wydaje mi się, że jestem zbyt sentymentalna, czyniąc to biblijne porównanie. Patrzymy na poobcinany z gałęzi pień starego drzewa rosnącego przy brzegu rzeki, niedaleko mostu. Pochylony niebezpiecznie, ktoś wbił w niego jakieś haki, z których zwisa kawałek liny. Słyszę komentarz, że to ślady po miejscowym legendarnym „kimś” (?), który tutaj został powieszony.
Koło stodoły znajduję leżącą na ziemi, zgubioną przez kogoś maleńką książeczkę z wierszami i jakimiś tekstami. Zdziwiona stwierdzam, że przypominają moje teksty. Wstęp zawiera fragmenty komentarza pióra astrologa Leszka Weresa. Nagle coś jakby się nakłada w moim umyśle z innego czasu i była to jakby rozmowa toczona z Weresem o tym, że wtedy na drodze, w chwili podniesienia książeczki z ziemi, we wtorek spotkałam kosmitów z jakiejś odległej gwiazdy, że oni mnie rozpoznali, namierzyli i mogą się tu zjawić w przeciągu pół godziny.

Obraz: potężna głowa plezjozaura wynurzająca się z wody, szaroczarna. Ogromne fale wzburzonego morza zalewające brzegi lądów.

13 marca 2000. We śnie toczyłam rozmowę z Leszkiem Weresem, który opowiadał o zrobionych niedawno niezwykłych zdjęciach. Sfotografowano na nich straszliwe, przerażające potwory przebywające w głębinach ziemi, w zupełnych ciemnościach. Są podejrzenia, że ich świat zdominował biegun Jang na Ziemi. Widziałam jakiegoś wyłowionego z kanałów ściekowych mężczyznę (działo się to na rynku w mojej miejscowości, w punkcie studzienki kanalizacyjnej na skrzyżowaniu), który umarł tam, w trakcie spotkania się z nimi oko w oko. Głos snu oznajmił, że człowiek, jako korona stworzenia nie może degradować się w głąb. Próbowano go przywrócić do życia i zadysponowano zaniesienie go do księdza. Pomyślałam, że to jednak prawda i Ziemia jest pod okupacją sił Ciemności. Weres zaproponował mi pokazanie zdjęć tych „przerażających majestatycznych istot”, ale po namyśle uznałam, że lepiej mi tego nie robić, bo mam zbyt sugestywną wyobraźnię i odmówiłam. Po chwili wznosiłam się wzdłuż jakiejś liny, czy linii w górę, ku Światłu i obudziłam się. Z przezwyciężanym w sobie rozpaczliwym płaczem, którego źródłem była myśl o odepchnięciu mnie przez ukochaną osobę [przełamanie iluzji oddzielności od Źródła].

15 marca 2000. Na brzegu wody siedzi stary Ojciec i jego dwaj synowie, Bolek i Lolek, obaj łowią ryby. Lolek wyciągnął z radością wielką rybę, a Bolek – węża, który okazał się nieskończenie długi i wijący się w morzu [jak tasiemcowy wąż Apopis]. Było jeszcze coś o powstrzymaniu się przed degradacją i scho+dzeniem w dół, oraz na koniec szłam z kimś wodami mojej Rzeki Życia, która okazała się niebezpiecznie głęboka i woda prawie zaczęła mi sięgać głowy.

17 marca 2000. Wyrwało mnie ze snu wrażenie, że coś przed chwilą zrobiono mi z tyłu czaszki, a istoty, które mnie odwiedziły pochodzą z ciemnej strony. Nie wystraszyłam się, ale kiedy się zjawiły odruchowo zaczęłam recytować modlitwę Ojcze nasz. Czułam potem wokół głowy silną i zagadkową wibrację. Po chwili zapadłam w sen wizyjny: byłam w nim kimś, kto trzymając się liny umocowanej na brzegu zagląda w głąb ciemnej jaskini w ziemi. Światło reflektora odkryło mi, że znajduję się w przeogromnej podziemnej pieczarze, a jej dno ginie gdzieś w nieodgadnionym mroku. Wystraszyłam się i obudziłam.
Chwilę potem znów znalazłam się w tym samym śnie, tym razem jednak już w o wiele głębszym miejscu. Okazało się, że rozpoczęłam wędrówkę (cały czas trzymając się liny) poprzez podziemne, niekończące się światy ciemności. Usłyszałam komentarz, że na poziomie takim-to-a-takim (głęboko, ale jeszcze nie najgłębiej, jakieś 60% drogi do końca) wyjdzie mi na spotkanie istota z piątego wymiaru, zamieszkująca te obszary. Nie zobaczyłam jej, ale odczułam silny powiew energii (w moim umyśle pojawiła się „barwa ognia”), rodzaj wiatru, który wzbudził moją ostrożność i znów zaczęłam odruchowo recytować Ojcze nasz. „Wiatr” omiótł mnie i zdałam sobie sprawę, że mnie sprawdza, równie nieufny jak ja. „Zajrzał” mi do ucha i wtedy zaczęłam słyszeć swoje myśli, tak jak słyszy się głos z zewnątrz, a usłyszawszy moją modlitwę jak gdyby się otworzył („odetchnął” z ulgą) i poczułam przypływ czegoś, co w jakiś sposób było podobne do przyjaźni i ciepła. Nie widziałam tej istoty, ale wyobraziłam ją sobie, jako rodzaj wielkiego pajęczastego stwora. Wkrótce potem ocknęłam się spokojnie na jawie.

21 marca 2000. We śnie leżę na tapczanie i pojawia się obok mnie pijany ojciec [androgyn z Nieprzejawienia]. Jest nieprzyjemny, atakujący, nie chce wyjść i dać mi spokój, choć go o to proszę. Zaczynam widzieć scenę: grupa mężczyzn w kilku rzędach w dziwnych majtkach, to właściwie jedynie czarne kapturki naciągnięte na członek. Wykonują jakieś ruchy grupowo, to chyba występ publiczny, dość egzotyczny. Jeden z nich ma kapturek sięgający jedynie do połowy członka i on przykuwa na moment moją uwagę. Naprzeciw nich siedzi potężna, szeroka, ogromna postać Brodatego Starca, mającego członek ukryty w dużym, niezgrabnym worku, robi ukłon tak głęboki, że jego długa, patriarchalna broda zagina się do góry i zakrywa mu twarz, jak zasłona. Wraca sytuacja z moim męczącym ojcem. Uśmiechając się szczególnie mówi: „A więc nie boisz się ani diabłów, ani mnie?”… i wtedy rozpoznaję w nim Szatana, mojego dziwnego przyjaciela. Potwierdzam, że nie, nie boję się i on znika.

22 marca 2000. Poranne widzenia: najpierw szkielet młodego chłopca, właściwie same żebra z kręgosłupem, bez głowy, z resztkami rozkładającego się ciała na kościach, wypadający z klatki, podobnej do drewnianej skrzyni. Pojawiło się we mnie uczucie współczującego żalu, coś jakby wielka miłość do niego za życia. Nastrój widzenia zabarwił się klimatem właściwym dla obrazów Zdzisława Beksińskiego (prymitywna zwierzęcość śmierci i fizycznego ciała podlegającego rozkładowi).
Następnie ujrzałam szeroką ulicę starożytnego miasta pełną półnagich, białych ludzi, przeważnie mężczyzn z wygolonymi starannie łysymi głowami i w przepaskach na biodrach. [Wyglądało to na starożytny Egipt]. Jasne słońce. Upał. Wśród nich, górując nad tłumem na ulicy pojawiła się przedziwna istota. Była o wiele wyższa od ludzi (miała jakieś 3 metry wzrostu), kosmata (to wyglądało na sterczącą sierść, podobną do kociej), w kolorze ciemnobrązowym i jego różnych odcieniach, z wielką głową o ciemnych, szeroko rozstawionych oczach pszczoły i z potężnym, zagiętym dziobem drapieżnego ptaka. Jakie to dziwne, to jakby pół-człowiek, pół-ptak, a może to tylko maska starożytnego boga, nałożona na głowę przez kapłana-olbrzyma? [Egipcjanie przedstawiali boga Ra z ptasią głową, ale zwali go także Kotem].
Jakby w odpowiedzi zobaczyłam wykluwanie się z jaja maleńkiej, podobnej do larwy, białej istotki-glistki [zapewne to symbol spirali DNA], którą ktoś delikatnie i z wielką uwagą wyjął ze skorupki i przełożył do pudełka, gdzie siedziała już dorosła postać kosmatego brązowego ptaka-duszy, który miał pełnić rolę rodzicielskiego opiekuna tego, co się dopiero narodzi wewnątrz ziemskiego systemu (symbolizowanego przez skrzynię). Następnie zamknął je razem, a pudełko włożył do drewnianej klatki [symbol matrixa]. Na koniec patrzyłam na wysypujące się z koszy, pod nogi białych dziesiątki uciętych murzyńskich głów [prymitywne magiczne koncepcje światopoglądowe], po chwili zasłonił je widok przechodzących obok mężczyzn, dźwigających na ramionach ustawione w czterech rzędach na drewnianym podnośniku, szczelnie zamknięte butelki z jakimś płynem. Pomyślałam: krew? a może wino? [narodziny posłańców Boga, zmieniających ofiary krwawe na chleb i wino].

23.III.2000. We śnie czytam na papierze przypadkiem znaleziony starożytny tekst-przepowiednię. Dwie zwrotki mówią o tym, że w Dniach Ostatnich urodzi się kilku dawnych proroków, występujących z Ramienia Pana (tu widzę na końcu rysunek otwartej dłoni). Głos mówiący potwierdzająco o „tygodniu” i o „trzech”.

25 marca 2000. W czasie, gdy rozważałam sens kabalistycznej Księgi Jecirah obudziłam się w transie. W miejscu łóżka stało biurko, coś przy nim pisałam, gdy nagle wewnątrz pokoju zaczął wiać wiatr, coraz silniejszy. Wirował nade mną, owiewając mi twarz i głowę. Zdumiona przerwałam swoje zajęcie, myśląc, że przecież okno jest zamknięte. Nagle zdałam sobie sprawę, że to Księga Jecirah uruchamia we mnie bezpośredni kontakt z Bogiem, z JHWH i że właściwe jej zrozumienie to klucz do Jego drzwi.
Ojciec jest dziesiątką, Jednym dzielącym się na dwa, potem trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, a potem dziewięć, każdy podział ma swój rodzaj, kształt i specyficzny charakter (wibrację i przestrzeń oddziaływania), po czym znów staje się dziesiątką, ale już o kolejne oczko wyżej, tym razem 10.0.
Wieczorny ból głowy wzmógł się nie do zniesienia. Nad ranem najpierw pojawił się sen, w którym jakaś grupka młodych ludzi, dyskutujących ze sobą na korytarzu szkoły (było wokół ciemno) wypowiadała się pozytywnie o idei, podobnej do tego, co mi przekazano [na temat numeracji poziomów świadomości], a niektórzy z zapałem deklarowali się, że przejdą na „religię tego Persa” [haha, nie zdziwiłabym się, gdyby nie chodziło o grupę śniących trenujących obecnie pod patronatem Jarka Bzomy].
Potem ból skoncentrował się zwłaszcza koło czubka głowy, uporczywie myślałam o obciętych gałęziach drzew, które targałam w dzień na kupkę w ogrodzie (wydały mi się podobne do „pajęczych” istot z Głębi), aż w końcu wpadłam w stan wizyjny: ukazał mi się ekran telewizora, a na nim jakieś energetyczne, ogniste, podłużne błyski, pomyślałam o innej planecie i zaczęłam zapadać w trans. Upadłam na kolana czując coś takiego jak przed rozbłyśnięciem boskiego pioruna i otworzyłam się na jego ukazanie się, ale mimo pogłębiania się stanu oderwania uwagi od zjawisk na ekranie piorun nie pojawił się. Za to usłyszałam pieśń kogoś, kogo wzięłam za Szatana. Towarzyszyło jej z początku przejmujące syczenie węży zgromadzonych wokół niego, potem przekształciła się w jakiś utwór w stylu gotyckiego rocka, a ten ktoś, jako solista śpiewał w dziwnym nieziemskim języku. Zrobiłam na sobie kilka razy znak krzyża, ale jego obecność nie znikała. W końcu jego głos przybrał barwę jakiegoś polskiego rockmana i zrozumiałam kilka słów: „On jest Panem, a ja Jego Cieniem…”, (a może: „Jestem Panem, Jego wcieleniem…”?), po czym zjawisko znikło.
Ból głowy jakby zelżał. Wkrótce ukazała mi się kolorowa, soczysta wizja: kawiarnia, przy jednym stoliku siedzi dwóch redaktorów, jeden drugiemu pokazuje jakiś tekst, dołączam do nich. Sekundę potem widzę, że siedzi tam rzędem chyba sześć dziwnych postaci, podobnych nieco do stylizowanych królów z dawnych portretów rodowych. Do pierwszego z brzegu zwracano się per: Stanlaj…(?), więc mógł mieć coś wspólnego z Anglią, przedostatni był żydowskim rabinem, koło niego siedział inny, brodaty król o stożkowej głowie (rozszerzającej się ku dołowi), ten przypominał polskiego króla, może Jagiellona. Rozmawiali ze sobą i chwilami sprzeczali się, zwłaszcza rabin wydawał się trochę nabzdyczony i uparty, twardo pozostający przy swoim. W rozmowie padła liczba 2000, ale nie zapamiętałam, czego dotyczyła. Pomyślałam, że to 7 aniołów zarządzających poszczególnymi prądami kulturotwórczymi w zachodnim świecie.
Następnie ujrzałam mapę świata, w centrum była Afryka i Europa, po bokach inne kontynenty. I usłyszałam zapłakany wzruszony głos (może mój), wypowiadający po angielsku proste zdanie o Bogu (był w nim zwrot „my God”), jak wyznanie absolutnej wiary.
Przebudziłam się i znów zaraz wróciły wizje. Tym razem zobaczyłam grupę młodych, roześmianych postaci, dziewczyn i chłopców ubranych w przedziwne stroje, rodzaj szat z owiniętej wokół ciała lekkiej materii od stóp do głów w kolorze jasnej krwi. Biegły przed siebie, wśród beztroskich chichotów i przekomarzań, nawołując między sobą: „Obywatelko, obywatelu, chodźmy pobawić się na tym dziwnym Cieniu…”. Usłyszałam w głowie komentarz: „To pokolenie 96…” i ujrzałam, że na spotkanie grupki czerwonych postaci wyszła grupka podobnych ludzi okutanych w czerń. Czarni poprosili: „Użyczcie nam pędzli do malowania”, ale Czerwoni kategorycznie odmówili im jakiejkolwiek pomocy i zgodnie odwróciwszy się do tamtych plecami, odeszli.

Rano sen: wybrałam się w podróż samochodem w jakieś zimne, pokryte lodem miejsce [minusowość] turystyczne. Nocowałam w wielkim szkolnym budynku [poziom 6]. Do pokoju zajrzała gruba niezgrabna pani w niebieskawo-fioletowej sukience, była to tutejsza sprzątaczka, która niespodziewanie powiedziała kilka wrogich zdań pod moim adresem, zarzucając mi coś, co zrobiłam, czy powiedziałam w przeszłości do niej w innym miejscu. Nie mogłam sobie przypomnieć żadnej takiej sprawy. Potem zjawili się jacyś ludzie, zrobiło się tłoczno. Usiłowałam przepowiadać im przyszłość, mówiąc o wizji Czerwonych i Czarnych, którą zinterpretowałam jako zapowiedź Przemienienia i oddzielenia Światła od Ciemności, które wydarzy się w 2014 roku (1996+18=2014), ale oni nie wydawali się zbytnio zainteresowani, pogrążeni w innych, dość przypadkowych rozmowach. W końcu jeden z młodych mężczyzn, siedząc w otoczeniu reszty robił mi wykład, czy też doradzał sposób kontrolowania umysłem zewnętrznych zjawisk, mówiąc: „Znając porę i godzinę jakichś zdarzeń będziesz mogła spotykać się, z kim chcesz i decydować o tym, ile i kiedy będziecie się widywać…”. W wyobraźni pozostała mi postać kropkowanego jaguara.

27 marca 2000. Przed zaśnięciem ukazywały mi się krótkie migawki z Podziemi. Była tam przedziwna pieczara z wieloma głębokimi korytarzami odchodzącymi gdzieś w mrok, ozdobionymi kolumnadą wyglądającą na zbudowaną świadomie, ale mającą niezliczoną ilość lat i z tego powodu przypominającą twór natury. Mignęła mi jakaś istota z czarną, drobną, spotworniałą głową. W dole smolistej twarzy pozbawionej podbródka miała maleńkie wargi, z których sterczały ostre kły i szereg drobnych, szarych zębów, jak u drapieżnego zwierzęcia. Spróbowałam jej się lepiej przyjrzeć, mimo że była bardzo ohydna, ale szybko znikła. Moja percepcja miała w sobie niesamowity spokój władcy tej strasznej krainy i zdałam sobie sprawę, że patrzę „okiem Śiwy”.
W środku nocy wyrwało mnie ze snu skrobanie na czubku głowy, słyszałam zgrzyt kości, bolało, ale poddałam się temu z ufnością. Jednocześnie pojawiły się w moim umyśle informacje o tym, że służy to wzmocnieniu przepływu czystej świetlistej energii duchowej, która będzie miała moc chronienia mnie w życiu.
W następnym śnie obudziło mnie intensywne syczenie węży z tyłu za plecami i ból w kręgosłupie. Na wysokości splotu słonecznego umieszczano mi jakiś półokrągły implant, opasujący jeden z kręgów. Okropnie bolało i płakałam, także ze strachu. Wkrótce jednak wszystko znikło i na jawie poczułam intensywne ciepło rozchodzące się w dół od miejsca z implantem.

28 marca 2000. Znalazłam się w głębokim transie, z którego trudno jest mi się ocknąć, czuję jakieś uderzenia w prawe biodro i fragmentem świadomości rejestruję, że to moja własna ręka uciska to miejsce ciała. Pochłania mnie to, co widzę w sobie. To wąska uliczka w Krakowie. Idę za plecami grupki kilku księży, która zajmuje prawie całą jej szerokość. Jacy oni szczupli i wysocy! Mają ze 3 metry wzrostu. Wszyscy przechodnie schodzą im posłusznie z drogi, nawet księża, malutcy przy nich jak karzełki, przeciskają się boczkiem przy rusztowaniach. Przez głowę przebiega mi myśl o jakiejś sekcie i jej potężnym przywódcy i wychylam się, żeby lepiej go zobaczyć zza pleców innych. Jestem taka niska jak dziecko. Jakaś postać idzie na czele grupy wysokich kapłanów (wszyscy jednak mają w sobie coś z wyglądu żydowskich rabinów) z rozłożonymi niby ptak rękami, szerokie rękawy w kolorze czerwonym tworzą skrzydła, wieje od niego wielką mocą, pomieszaną z grozą. Na głowie ma dziwny kaptur zrobiony ze skóry zwierzęcej, czapka, jak głowa drapieżnika, zachodzi mu na twarz. Oprócz niego idzie trzech innych, bardzo podobnych, i razem tworzą zwarty szereg. Za nimi podążają gapie. Tak, to sam prorok Daniel i jego trzej towarzysze! W końcu przeciskam się do przodu i wyrasta pode mną wielki pies, szary wilczur, niosąc mnie jak koń na swoim grzbiecie.

30 marca 2000. W moim ogrodzie, przez dziurę w płocie po lewej stronie wbiega piekielny pies o czarnym pysku przypominającym nieco twarzyczkę diabła. Zdobywam się na bohaterstwo, wstaję i wielkimi okrzykami: W imię Ojca, i Syna i Ducha świętego! oraz: W imię Jezusa Chrystusa wypędzam cię! wyganiam bestię poza obręb ogrodu. Czuję w sobie wzrastającą moc i pewność siebie. Pies odbiega dość niechętnie, oglądając się za siebie, ale jest posłuszny.
Po obudzeniu się, w stanie półsnu ukazywały mi się kształty konarów z gałęziami, pieńków z wyrastającymi z nich licznymi cienkimi pędami, białych wieloodnóżastych stworów podobnych do kosarzy, pomyślałam, że istoty z 5 wymiaru mają wygląd tworów sieciowych, głowonogów, ośmiornic, krabów i pająków. Teraz ukazywały się w jasnych, białych, lub różowawo-pomarańczowych kolorach i poczułam ciepło w okolicach implantu w kręgosłupie na wysokości splotu słonecznego.

Z dziennika wzięć, czyli wejść i wyjść zapis 9

Kontynuuję opowiadanie. Szeregu kontaktów z niewidzialną Drugą Stroną, podjętych z jej inicjatywy i ciągnących się, jak dotąd już rok drugi.

aztec-pyramid

11.II.2000. Zasnęłam w trakcie rozmyślań o podziale na 4 ciała [Ich opis zamieściłam na blogu nostradamicznym we wpisie o złotym ciele]. Zauważyłam w tym krzyż. Dalej śniła mi się ta sama kwestia w postaci znajomej młodej aktorki [Gracz rodem z Nieprzejawienia], która zamieszkała w Moskwie [poziom 5 przyczynowy, a pewnie jego centrala na 10] i nie chciała wrócić do kraju, mimo biedy, w którą popadła [brak energii zasilającej z dołu?]. Przysłała nam jednak kwadratową płytę kompaktową, każdy z czterech brzegów miał osobną linię nagrania. Wiedza bezpośrednia: każda z ras, powstających z kolejnych podziałów pełniła role „bogów” i opiekunów wobec ras, które z niej powstały, zasiedlając niższy wymiar. Można było sięgnąć świadomością z ich ciał wyżej, o 2, 3 stopnie, ale to były rzadkie przypadki. W końcu jednak ludzie dotarli do granicy „płaskości” (tu zobaczyłam ową aktorkę pokazującą coś na ściennej mapie), od której powinni się odbić w górę, ale… oni zaczęli mieć dzieci ze zwierzętami.
Obudziłam się i w tym momencie usłyszałam w pokoju męski, nieco mechaniczny głos, który powiedział: PIĘTNAŚCIE. I jest to dla mnie absolutna zagadka.

[Obecnie mogę domniemać, na podstawie ustaleń Jarka Bzomy, iż głos Nieprzejawienia powiadomił mnie, że wszystkich poziomów rozwoju tego Wszechświata jest piętnaście.]

12.II.2000. W czytelni bibliotecznej długo przeglądałam albumy o dinozaurach. A potem w nocy czytałam „Dzieje świata” Herberta Wellsa. Sny wizyjne. Widzę ogromną wirującą Galaktykę, mój ojciec dotarł już prawie do samego Centrum, gdy nagle odwrócił się znowu w moją stronę, wraca w swoją przeszłość, pomimo że musi złożyć bardzo prymitywną ofiarę ze swojej krwi i oto nagle przenika mnie Jego boska świadomość JAM JEST…
Następnie trafił do kawiarni w naszej miejscowej remizie, gdzie oblegany przez panie szybko zapomniał, po co tu przybył, podpił sobie i wcale nie chciał przyjść do domu. Poszłam do niego razem z siostrą, mówiąc: „Zajrzałeś do nas tylko na jedno popołudnie, a teraz już od dwóch dni siedzisz tam bez przerwy, chcę cię trochę mieć dla siebie”, ale on wcale nie był chętny naprawić sytuacji. Wyjrzał na chwilę i znów został. W budynku remizy, w sąsiednim pomieszczeniu miał tymczasem otwarty swój „sklepik” jakiś mi nieznany, nadzwyczaj spokojny mężczyzna. Gdy do niego zajrzałyśmy czytał książkę, panował u niego wielki spokój, który w porównaniu z chaosem panującym wokół ojca jeszcze bardziej mnie zdenerwował. Na rogu ulicy ojciec zostawił 2 połączone ze sobą na wzór tandemu rowery, ktoś mógł je ukraść. Były już stare i trochę zardzewiałe, pomalowane żółtą i zieloną farbą, rozszczepiłam je i postawiłam obok siebie… Obudził mnie żal i jakieś takie rozpłakanie, wznoszące się z 2 czakry.
Na podwórzu naszego starego domu pojawiło się wiele osób. Na kocu po środku, otoczony gromadą słuchaczy rozsiadł się Ole Nydhal. Chciałam zaprosić go na nocleg, ale nie umiałam się z nim porozumieć. Pokazałam mu wreszcie swoją książkę [sennik] i powiedziałam po francusku jakieś niezdarne zdanko wyjaśniające, że to ja ją napisałam. Zrozumiał je po chwili, ale nie wydawał mi się zbytnio zainteresowany.
Pole, mnóstwo ludzi, zmierzch, przed nami wysoki, zrujnowany, kilkupiętrowy budynek. Grupa magów „z lewej ręki”, dowodzona przez człowieka o dziwnie blond-tłustej [świńskiej], charakterystycznej twarzy z grubymi, wywiniętymi wargami popisuje się tym, co potrafi. Wymawiają jakieś zaklęcia i oto płyty tworzące ściany ostatniego piętra budynku odpadają same i nawet księżyc zrobił się czarny i zniknął z nieba (jak gdyby odleciał, zjedzony przez czarną plamę Rahu). Tych „magów” jest stosunkowo niewielu, ale robią silne wrażenie, którego my nie pochwalamy i staramy się przed skutkami podziwiania tych sztuczek ostrzec przyglądających się tłumnie ludzi. Nocuję potem w namiocie „cyrkowców”. Jest już stary, jasnoniebieski od wewnątrz, ale niewielkie okienko już nawet nie prześwituje, „zalutowane” czymś z drugiej strony. Słychać wiejący na zewnątrz groźny wiatr, ale w środku jest spokojnie i cicho, przynajmniej na razie. Ktoś jest obok mnie i zaczynam się z nim kochać. W tej samym pomieszczeniu śpi jeszcze ktoś inny, i ta druga osoba również z kimś innym się kocha.
Zmieniamy teren „przedstawienia”, planujemy iść do innej wsi. Martwię się, że nie ma tam wody do umycia się, jest jedynie maleńka, ale brudna struga. Trafiamy jednak (znów pole, ludno). I okazuje się, że jest tam wielka szeroka rzeka (płynie tak jakby w miejscu Luciąży). Jeden z nas, starszy pan wchodzi do niej i okazuje się, że woda sięga mu ledwie do pasa przez całą szerokość rzeki. Obserwujemy go z brzegu i z góry (jak gdyby frunąc nad nim). Mężczyzna trafia przy drugim brzegu na głębinę, odważnie idzie w jej kierunku, aby ją zmierzyć, woda podnosi się i sięga mu już do brody. Wystraszona wołam do niego, aby tego nie robił, nie szedł dalej, bo utonie.
I znów jestem z moim ojcem, na jakiejś górze. Planujemy coś, rozważamy. On jest jakiś taki nieodgadniony, choć sympatyczny i towarzyski, aż za bardzo nawet. W końcu namówił mnie do wspólnego zjazdu w dół, obiecując, że reszta znajomych dotrze tam zaraz za nami. Dałam się namówić i spłynęliśmy w dół stromym strumieniem wody, górską, rwącą rzeką, wypływającą spod budynku na szczycie góry – płynąc dwójkowym kajakiem. Kiedy znalazłam się jednak na dole i spojrzałam na przebytą drogę zdałam sobie sprawę, że nie mam możliwości swobodnego powrotu do miejsca wyjścia, a towarzysze nie wiadomo czy prędko się zjawią. Można tu było jedynie bezradnie czekać. Góra z kwadratowym budynkiem świątyni na szczycie i opadające z jej obu brzegów wody rzek przypominała z wyglądu jakąś meksykańską piramidę. Poczułam lekką złość na ojca, że mnie w to wszystko wplątał. Wtedy usłyszałam głos mówiący: „Ratujemy SAMI SIEBIE” i ten głos mnie przebudził.

17 lutego 2000. Sen wizyjny: w jakiejś starej szopie ze słomą i sianem znaleziono stare indiańskie [czerwone – poziom 5 przyczynowy, drewno – urojeniowość minusowa] bóstwo. Jest to rozgałęziający się kij z dwiema czarnymi głowami na końcach [dualizm wartości, rozszczepienie nurtu czarnego, zstępującego]. Zaczyna się je pokazywać u płotu gospodarstwa [granica ziemskiego wymiaru], ludzie zewsząd masowo pielgrzymują do niego. Zjawiam się i ja (za plecami, jak cień stoi mi jakiś ksiądz), staję w pierwszym rzędzie i podchodzimy z innymi do płotu, wyciągnąwszy dłonie przed siebie, jakby w geście prośby o łaskę. Bóstwo zaczyna „działać” i wtedy moje ręce rozświetla wokół białe, czyste światło. Niestety, z innymi jest inaczej. Na ludzi pada straszna zaraza, wydostaje się diabelska, złośliwa energia, przed którą nie ma żadnego schronienia. Jakoś daje się częściowo zażegnać niebezpieczeństwo, umieszczamy porażonych w jednym miejscu kwarantanny, leżą pokotem, chorzy, ale ich życiu nie grozi niebezpieczeństwo. Robię nad nimi znak krzyża i odchodzę. Spieszę się do domu, gna mnie niepokój o bliskich. Przy schodach (wejście i dom były inne, parterowe) stoją rzędem rowery, zasłaniając drzwi – czuję niecierpliwość. W końcu wchodzę, przeskoczywszy je jakoś, w środku pusto, meble porozrzucane, chaos w środku… a więc trafiło tutaj… Budzi mnie ogromny lęk, rozpacz, wstrząs.
Wizja: nad jakimś wiejskim podwórzem [planeta Ziemia] nadlatujący spodek, brązowy. Toczy się walka z innym spodkiem. Działo się coś intensywnie i wysoko, bardzo prędko, bezwzględnie. Pamiętam Białą Istotę i wieść, że jestem jednym z Dziewięciu. Kiedy się nagle obudziłam czułam ból we wnętrzu pępka jak po wkłuciu cieniutkiej igły.

21 lutego 2000. Nad ranem wizja: piszę na komputerze, chcę wcisnąć polecenie: „Zapisz”, ale na ekranie ukazuje się zestaw dziwnych opcji i nie wiem, jak z tego wyjść. Tymczasem zaczyna się błyskać na dworze, chyba idzie na burzę i muszę coś prędko zrobić, aby uratować tekst. Widzę iskrę strzelającą z kontaktu i odskakuję w głąb pokoju. Rozlega się huk przejeżdżającego pociągu. Przez okno dostrzegam lokomotywę pociągu, jadącą na wschód [poziom przyczynowy, karmiczny], mój dom staje się jakby wagonem, który ona ciągnie. Słyszę z sąsiedztwa okrzyk zdumionej sąsiadki-dewotki: „O Boże!”…
Rano wizja: diaboliczny młody człowiek, widzę go na ekranie TV, albo w oknie, nie pamiętam. Niemiły.

[Tu muszę wtrącić, że ten sen, oprócz przeżycia transformującej – symbol pociągu – drogi w kierunku granicy 8/9 (życia i śmierci) był zapowiedzią trudów zaczynającego się roku. W ciągu kilku następnych miesięcy okaże się, że moja matka choruje na śmiertelną postać raka, czeka mnie opieka nad umierającą, jej śmierć i opuszczenie rodzinnego domu, oto co było wtedy jeszcze przede mną, kompletnie tego nieświadomą]

23 lutego 2000. Przed snem obraz: obejmuje mnie od lewej strony z przodu coś mającego gadzią skórkę, długiego, spłaszczonego na końcu, ciemno połyskującego. Postanowiłam się temu przyjrzeć lepiej i zobaczyłam, że jest to dłoń.

[Dłoń – to Atman z poziomu 7 i powyżej. Jak widać niekoniecznie musi być błękitna, ani nawet humanoidalna]

Pojawiały się krótkie obrazy wizyjne, a w nich znani z „Nieznanego Świata” ezoterycy, a potem sen z ich udziałem. Badali mnie na odległość, próbując różnych diagnoz. [Sny o tych badaniach, całkiem liczne, jak dotąd – hehe – się nie sprawdziły, ale ze względu na spore ciekawostki może je kiedyś zamieszczę]. Nad ranem coś się jakby chciało do mnie zbliżyć, ale wtedy z okolic splotu słonecznego „szurnęły” ku niemu moje smoki i ogniste węże i natychmiast zlikwidowały zagrożenie. Jasny gwint!

24 lutego 2000. Sen: siedzę na sankach [minusowość] na drodze w kierunku sąsiedniej miejscowości. Półmrok. Gdzieś blisko jest stacja PKP (tory) [poziom granicy 8/9] , a koło mnie, poufale, ale z dystansem leży listonosz z miejscowej poczty. Obok przykuca kierownik poczty, starszy, o którym wiem, że łasy jest na kobiety. Rozmawiamy o piwie, którego sporą dostawę sprowadził z Ameryki listonosz. Kiedy nam o tym opowiada wstaje i gestykuluje żywo, z rozmachem. Na to nakłada się inna rozmowa, z kobietą. Ona pyta mnie o „tysiąc i sześćset stadiów” wytłoczonej krwi z wizji św. Jana, a ja tłumaczę, że chodzi o podział zysków pomiędzy Niebo (liczba 1000) i Piekło (liczba 600), dodaję też coś o Żniwiarzu i dochodzę do wniosku, że ptaki jedzące trupy to zmiana koncepcji cielesnej, szykująca się w masowej skali. Zauważam nagle koło siebie, na prętach sanek leżącego żółtego małego kotka w pomarańczowe okrągłe łatki. Z pyszczka przypomina lwa, albo lamparta. Jest trochę niezgrabny, ale budzi moją czułość i chcę go pogłaskać. Kociak zrywa się i przechodzi na leżący po prawej stronie kocyk, siada na brzegu i patrzy na mnie błyszczącymi oczkami. Stwierdzam, że nie będę go zmuszać, bo to wolne stworzenie, widocznie zbyt niedotykalskie.

25 lutego 2000. Chwilami przed snem nagłe odczucie jakby odtykania uszu, lub dokręcania „śrubki” nad uchem. Wizyjne elementy ze snu przedstawiały najpierw barana o dwóch wielkich rogach i kozła z wizji Daniela, leżące na moim podwórzu, oraz przeźroczyste, gęste piwo marki „Magnum” w niskiej szerokiej szklance (czy należy czytać Mag Num?), potem „braci Kumarów” przemieniających się w Białe Istoty, oraz wiadomość, że przez wiele lat tkwiły we mnie specjalnie założone przez nich „zamki”, blokujące ukryte w pamięci rzeczy.

26 lutego 2000, rano 2 razy pod rząd ktoś wchodził do mojego pokoju i znikał przy tapczanie.

cdn.

Identyfikacja

Jedno z dziwniejszych spotkań po drugiej stronie. Jakże długo mnie ono zastanawiało! Zwłaszcza kwestia identyfikacji istoty, która mi się ukazała. W owym czasie wzięłam ją za Szatana, ale nie tego z rogami i kopytami, lecz Szatana modernistów, Buntownika, Przeciwnika w Grze, Satanaela, ewentualnie jego poplecznika Lucyfera. Dopiero po latach, zupełnie niedawno, odkryłam kim, a raczej czym dla mnie jest owa istota. Z czasem zapewne wyjaśnię jej status bliżej, lecz wymaga to poruszenia jeszcze kwestii poprzedniego życia, czyli reinkarnacji. W każdym razie identyfikacja wartości, jak i tożsamości w owej wizji, jak i w snach w ogólności, bywa zaskakująca, odwrotna, i nie należy mieć pewności, kto „tam” i „tu” jest dobry albo zły, ciemny albo jasny. Podział wartości na dobre i złe jest istotny tylko w świecie małej karmy (1-5).

powieszony

1.II.2000. Sen wizyjny: leżę z mamą w pokoju na piętrze. Już niedużo zostało czasu na sen, bo zegar pokazuje przed 6 (albo 7.00), a tu wchodzi nieproszony pijany ojciec (niższy, niż w rzeczywistości). Boję się trochę o mamę, a poza tym chcę jeszcze trochę pospać przed pójściem do pracy. [W tym czasie od dawna już nie pracowałam w systemie, a ojciec nie żył kilkanaście lat]. On tymczasem jakby nie słyszał, usiadł w fotelu, przewracał w jakimś transie oczami, po czym zasnął. Dopiero po dłuższym czasie obudził się, ja krzyknęłam: „Idź sobie!” i on posłusznie poszedł na dół. Zobaczyłam z okna, że wszedł do pomieszczenia klubu piłkarskiego, na którego progu siedział piłkarz ubrany w polskie barwy narodowe.

[Pijany ojciec to androgyn ze strefy nieprzejawionej schodzący w Grę, czyli w przejawiony wyższy – a dla niego niższy – świat rozgrywających Grę. Rozważając zaś sen jako projekcję to osobnik ów – jako Ja z wysokiej półki – pokazał mi mnie samą. Żyjąc w materii śpię i śnię, pozostając w iluzji – bo to oznacza stan pijany – owszem, bywam w transie – przewracanie oczami – ale niewiele jeszcze z tego rozumiem. Obudzę się później i zapewne zrobię coś, po co tu zeszłam, albo z czym siebie tam posłałam…]

Przebudziłam się i zupełnie nagle spadł na mnie istny koszmar. Ogrom straszliwej, paraliżującej do trzewi energii. Wstrząs zetknięcia bezwzględnie uniósł mnie do góry i chwilę w ten sposób trzymał pod sufitem [to granica 8/9]. Akurat weszła do pokoju mama, znieruchomiała w progu oniemiała z przerażenia, patrząc na mnie szeroko otworzonymi oczami. [Moja ziemska mama była osobą trzymającą się kurczowo dogmatów w obliczu wszystkiego, co wydało jej się szalone i chore, choć wystarczyło, że było tylko inne]. Pomyślałam, że „chwyciło mnie” coś naprawdę dziwnego. Po chwili ocknęłam się w łóżku, w miarę spokojna.
Po jakimś czasie łagodnie weszłam w trans. Poczułam, że zjawiły się jakieś istoty i robią zabieg na moim prawym górnym zębie trzonowym, delikatnie i bez bólu, więc się nie wystraszyłam. Z tego nagle przeniosłam się do wyższej rzeczywistości.

Znalazłam się we wnętrzu drogiego samochodu osobowego, limuzyny, na tylnym siedzeniu. Koło mnie siedział nieduży drobnej budowy mężczyzna, niezbyt piękny, którego najpierw odruchowo wzięłam za mojego ojca. Mogłam z nim rozmawiać świadomie, nie było żadnych zakłóceń. Spytałam go o to, kim jestem… Odpowiedział nie wprost: „No, tak, byłem kiedyś taki jak ty, ale muszę powiedzieć, że nie podoba mi się twoje ciało i ubranie [albo: braki?]. Trudno, już się z tym pogodziłem”.
Zrobiło mi się z jakiegoś powodu przykro, a jego twardość zaskoczyła mnie. Nie spodziewałam się tego po własnym tacie. Przyjrzałam mu się w takim razie lepiej.

Miał kobiece, niezbyt duże piersi pod białą bawełnianą koszulką, twarz o charakterystycznym uśmiechu podniesionych sztucznie dwóch kącików ust [podobnie do istoty towarzyszącej Pippi Langstrumpf w psiej czapce] i ten zaskakujący chłód w obejściu. Chciałam go zapytać o jakieś przepowiednie, ale zapomniałam. On wybiegł na chwilę z samochodu i rozmawiał z jakimiś ludźmi w innym, stojącym z boku, zobaczyłam siedzącą w nim podobnie, jak ja na tylnym siedzeniu ładną młodą dziewczynę o białej gładkiej twarzy. Akcja toczyła się w nowoczesnym mieście, widziałam bloki i ulice. Nagle wpadł mi do rąk przez uchylone okienko w samochodzie pozłacany pieniążek z cyfrą 4 Gr, obejrzałam go i ucieszyłam się, że dostałam coś na pamiątkę od Ojca. Następnie wrócił (przez ułamek sekundy widziałam go jako śnieżnobiałą istotę z czarnymi oczami, która dosłownie wefrunęła do wnętrza limuzyny i przybrała poprzednią postać) i jeszcze o czymś rozmawialiśmy, ale pozostało mi po tej rozmowie rozczarowanie i zwątpienie w siebie.

[4 grosze wskazują na minusowy świat z poziomu 4 mentalnego, w którym wtedy tkwiło moje myślenie o sobie. Była to w istocie podpowiedź-rada, że muszę podnieść swoje poczucie wartości. Niemniej zastanowiła mnie ta duża litera w słowie Grosze.]

Opowiedział mi, że wszystko wygląda inaczej, niż z pozoru się sądzi. O systemie Boga, że to rodzaj stalinizmu, gdzie ciemne masy utrzymują w równowadze Jedynego ze swoimi Sługami. A na pytanie, które mu zadałam odparł: „Jesteś ofiarą Mroku”… i to mną wstrząsnęło. Ocknęłam się na jawie i zaczęłam analizować całe spotkanie.

I znów zapadłam w trans, unosiłam się w jakiejś ciemnej przestrzeni i usłyszałam głos Boga, rozróżniam go, tak wibruje głos Tysiącletniej Istoty. Spytałam Go, czy to prawda, że jest ich dwóch i że toczy walkę ze swoim Ciemnym Bratem. [Pytania zadawały mi się same] Odpowiedział, że tak i coś jeszcze, co zapomniałam, a co kazało mi myśleć, że ta walka jest zaaranżowaną Grą w niższych światach, mającą na celu tworzenie życia i nowych świadomych istot.

Znów się przebudziłam i znów wylądowałam w świecie tej istoty, którą mogłabym wtedy nazwać Przeciwnikiem [a raczej teraz powiedziałabym, to ja byłam jego Przeciwniczką], nie zapytawszy jej przez gapiostwo o imię. Bloki, ulice, jacyś ludzie przechadzający się obok. Przeciwnik był jednym z nich i niczym się nie wyróżniał. Pokazywał mi swój świat. Nie bałam się go. Trochę ogarniał mnie lęk, gdy z nagła ktoś przechodził, ale nikt mi nie robił krzywdy. Tylko postacie były nieco dziwne, niektóre jakby zakapturzone. Jeden z mężczyzn miał na głowie klatkę z drutu (pomyślałam, że w ochronie przed drapieżnymi ptakami wydziobującymi oczy). Jakieś stare kobiety pod kioskiem rozmawiały o nim z wielkim współczuciem, jako o kimś, kogo tam wśród nich nie ma. Podobno został gdzieś „zamrożony”. [Zamrożenie wskazuje na utknięcie w minusowości]. Kobiety miały stare, pomarszczone twarze i szeroko otwierały usta, co przypominało opadniętą szczękę trupa [tak śnią się istoty spoza granicy 8/9, gdzie nikt nie jest żywy względem Przejawienia].

Sam Przeciwnik oprowadzał mnie po swoich włościach z pewną dumą. Zaproponował mi, abym zaczęła dla niego pracować, w zamian zostanę „boginką”. Nie był namolny z tą propozycją. A mnie wydała się tylko tak nieprawdopodobna, że aż zabawna. W pewnej chwili zauważyłam, że starannie unika odkrycia, kim jest przez ludzi, których mijaliśmy. Kiedy mówiłam do niego wprost coś w rodzaju: „to wszystko przecież z siebie wykreowałeś”, on nagle zrobił porozumiewawczą minę, abym umilkła, gdyż obok siedział na parkowej ławce jakiś młody chłopak.
I znów się obudziłam na jawie. Czułam wielkie ciepło na plecach. To budzenie się służyło chyba lepszemu zapamiętaniu spotkania, dlatego było mi dawkowane w pamięci. Bo dość szybko wróciłam do świata ze snu.

Teraz pokazano mi wyroki karzące na niektórych. Zobaczyłam młodego mężczyznę w wielkim, niebieskim szalu na szyi, na którego z prawdziwą złością rzuciła klątwę kobieta (piękna, wściekła), mówiąc: „A tego powiesić! Tak, aby poczuł!”. I został powieszony „na suchej gałęzi” wysokiego uschłego drzewa rosnącego w kącie. Krzyczał z panicznego strachu, a sznur zaciskał się powoli na jego szyi, tak, że żył długo, szarpiąc się i wyjąc z narastającego bólu. Próbował owinąć sobie szyję niebieskim szalem, zarzucił go sobie na głowę, ale pętla zaciskała się nieubłaganie. [Tę sekwencję mogłabym poniekąd przypisać bolesnym skutkom emocjonalnym, których doświadczałam od dziecka, począwszy od trudnych 3-dniowych narodzin z owiniętą pępowiną na szyi].
To się zaczęło przeplatać ze snem i zapamiętałam z niego bardziej sens, niż przebieg akcji. Śniłam poprzez kobietę o jakichś niezwykłych zdolnościach, która ogłosiła publicznie swoje 3 imiona (tu zobaczyłam je napisane coś jak: Than. Ta-Na-Ga?) i działała wraz z drugą kobietą na wielką skalę. Odmawiały wszelkiej współpracy z jakimś ruchem (tu zobaczyłam je schodzące z szerokich schodów przed budynkiem pałacowym), została także mianowana na kogoś w rodzaju doradcy prezydenta i robiła niesamowitą wprost karierę. Oraz wyrwane z kontekstu sceny, które zostały mi w pamięci:
– Stoję w gromadce jakichś ludzi. Ktoś podał mi miękki słodki owoc, gryzę go, ale okazuje się w środku twardy, więc go wypluwam na dłoń. Przypomina brzoskwinię o fioletowym odcieniu. Stojący koło mnie niski chłopak, który mnie nim poczęstował pyta: „Zjesz go, czy mam ci to podać w zastrzykach?”…
– Coś się dzieje z moim komputerem. Ekran gaśnie. Na drukarce jest niewielkie „okienko”, które rozbłyskuje niebieskim światłem.

[Zapewne była to odpowiedź na moje zapomniane pytanie o przepowiednię].

Z dziennika wzięć zapis 7

Doświadczenia po Drugiej Stronie biegły swoim tempem i we własnym nieprzewidywalnym rodzaju. Przede wszystkim przynosiły wiedzę. Starałam się w miarę swoich skromnych możliwości ją zgłębiać i analizować. W tym czasie nie miałam żadnego kontaktu z internetem, najbliższe biblioteki, gminna i wojewódzka, były słabo zaopatrzone w książki o interesującej mnie tematyce, w dużej mierze byłam zdana na siebie, intuicję, szczęście, że coś samo wpadnie mi do rąk. Wiele informacji, które otwierały się w mojej głowie bezpośrednio zapamiętywałam szczątkowo, z błędami. Z czasem powtarzały się i budowały większy i bardziej spójny obraz rzeczywistości i Boga. Niektóre z nich posłużyły mi potem do konstrukcji opowiadań fantazmatycznych.

dlon

13.IX.1999. W środku nocy obudziłam się nagle w drugim ciele, uciekając przed bólem i dłońmi jakiejś istoty, usiłującej zrobić mi zabieg. Wnętrze pokoju wydawało mi się inne (gdzie indziej?), a ja leżałam na prawym boku i usiłowałam odwrócić się na wznak, czego mi zabraniano, gdyż badanie (zabieg) dotyczyło strefy w dole kręgosłupa i nerek. Poczułam czyjąś przytrzymującą mnie delikatnie, ale bardzo stanowczo, dłoń. Potem już leżałam na wznak, a istota usiłowała wbić mi jednocześnie dwie igły w miejsca pod nosem, w które „ugryzł” mnie niedawno astralny wąż. Bałam się bólu i trochę się wierciłam, ale właściwie wszystko było doskonale znieczulone, a moja świadomość niewyłączona. Podczas tego wiercenia się uchyliłam na ułamek sekundy powieki i właściwie po raz pierwszy udało mi się ujrzeć twarzą w twarz tę siedzącą teraz na brzegu łóżka – istotę. Spodobała mi się! Choć była dziwna. Bardzo drobna, lekka, szczuplutka jakoś tak po owadziemu, zupełnie biała i pozbawiona owłosienia, z dużą głową i płaską twarzą bez najmniejszego śladu nosa, ust czy uszu, lecz za to z wielkimi, migdałowymi, czarnymi oczami, płci niemożliwej do określenia nawet intuicyjnie.
Przemknęła mi przez głowę wzmianka z Bhagavatam o śnieżnobiałym Indrze. Natychmiast poczułam do niej/niego sympatię i zaufanie. Byłam wobec niej/niego jak zwierzątko, o które się dba w celu, którego nie potrafi ono pojąć, ale to uczucie – przynajmniej teraz, po wysiłku, jaki włożyłam w zrozumienie tego, co mi się przydarza – nie było przykre.
Udało mu się wreszcie wbić igły i wyciągnąć to coś umieszczone w kości twarzoczaszki. Był z tego niezwykle zadowolony i usłyszałam jego słowa (chyba telepatycznie, bo nie był to „potok słów”), coś jak: „Miej (lub: miejmy) nadzieję, że nie jest to implant”… I tu przemknęły mi przez głowę ewentualne skutki takiego „zaszczepienia”: stan opętania i groźne ataki demonicznych duchów. Ale czułam się dobrze, istota natychmiast znikła, a ja obudziłam się na jawie w zupełnej ciszy.

18.I.2000. Obudziłam się w drugim ciele. Za moją głową stała jakaś istota i mówiła w obcym, nieznanym mi i nigdy niesłyszanym języku. Byłam unieruchomiona do zabiegu. Dostałam trochę bolesny zastrzyk w prawą pachwinę i potem jeszcze gdzieś, nie pamiętam gdzie. Być może była jeszcze jedna istota, koło mnie. Nie byłam wystraszona, ale nie lubię zastrzyków. Wsłuchiwałam się w język Tego Przy Głowie, próbując cokolwiek zapamiętać, ale nic mi w pamięci nie zostało. Słowa były wymawiane wyraźnie, z prostym akcentem, troszkę jak sanskryt. W końcu, korzystając z jakiejś przerwy poprosiłam: „A może byście tak wyleczyli mi brzuch?” i wtedy – prawie zaraz dostałam zastrzyk w otworzone gardło, głęboko w podniebienie, właściwie już w komorze nosowej. Pomyślałam: „Kurczę, on dostaje mi się stąd do mózgu… Może tam jest jakieś ognisko ropy, zablokowany odpływ?”. Zabolało, igła weszła w kość i obsunęła się lekko. Nagle za mną zrobił się jakiś ruch (mogłam spojrzeć, ale zaciskałam powieki, bojąc się patrzeć), usłyszałam jak druga, męska istota mówi pod nosem: „Zdurniałeś!” i szybko wyjmuje igłę z mojego gardła. Coś poszło nie tak, bo ratujący powiedział jeszcze pod nosem do poprzednika: „Fajtłapa!” i szybko obudziłam się na jawie, czując jeszcze długo mechaniczne „masowanie” zranionego miejsca przez jakąś energię.

22.I.2000. Stan wizyjny: śpię gościnnie w pokoju ojca na dole i czytam teksty komputerowo wydrukowane na wielu kartkach białego papieru. Wtem przybiega od strony bramy siostrzenica, narzekając na czekoladki według ekstra-przepisu, które dostała od kogoś, ale one nie dają się zjeść. Wyglądają z zewnątrz bardzo apetycznie, ale w środku są gumiaste i coraz gorsze w smaku. Piecze się je zostawiając zaczyn starych w nowym cieście, otóż to nowe jest za każdym razem gorsze i trudniejsze do przełknięcia. Zdecydowała się je ostatecznie wyrzucić.
Ja w tym czasie czytam pilnie tekst na kartce. Słowa i zdania są wyraźne i czytelne, a poza tym czyta mi je kobiecy głos (przebiegła mi przez głowę myśl o młodej dziewczynie, w którą przetransformował się kiedyś Ojciec), ale jest tego tak dużo, że nic konkretnego nie zapamiętuję, oprócz wrażenia, że wiadomości dotyczą atlantydzkiej kultury, która dominowała niegdyś na Ziemi. Zorganizowano tam przynajmniej kilka bardzo ważnych światowych zjazdów („zjazd zebrzydłowiecki”?) uczonych, dyskutujących nad jakimś odkryciem i problemem, który z niego wyniknął. W tekście padało wiele naukowych nazw, kojarzących mi się z substancjami chemicznymi i hormonalnymi, „mezoni..ina” itp. Kiedy się z tego snu ocknęłam na jawie stwierdziłam, że czuję silne ciepło wzdłuż kręgosłupa na wysokości 2 czakry.
I znów coś podobnego na mnie spada (tak, to szczególnie świetlisty stan umysłu, który do tej pory zdarzał mi się rzadko, a teraz prawie ciągle i mam wrażenie, że się pogłębia). Tym razem mówi mój Ojciec, to jakiś tekst, który jak gdyby mi dyktował, w każdym razie słowa układały się w moim stylu wyrażania myśli. Była to opowieść o dwóch rasach ludzkich, które powstaną z obecnej (tu zrozumiałam, że dwie kobiety, w które się kiedyś przetransformował oznaczają te dwie rasy), a które wywędrują w kosmos, jedna z nich powróci na Ziemię i zacznie cofać się w swoją przeszłość, w tym na Atlantydę. Tam podejmie Wielką Grę, w której zasady zostały ustalone przez poprzedniego Wielkiego Gracza, który ustanowił archetyp Zła i będą musieli zmierzyć się z tą rolą i energią, ale to tak naprawdę rodzaj egzaminu, który krótko potrwa. Po nim uzyskają nowe możliwości i jako nowa rasa (typ) Bogów zostaną rozesłani po wszechświecie, aby tam uczyć innych, niżej stojących. Jednak nigdy już żaden z Nich nie ustanowi tego rodzaju Gry, stosując łagodniejsze formy. Ponadto zrozumiałam, że należę do tej trzeciej, wyższej rasy i nigdy już nie wrócę w niższe światy.

Nad ranem sen w świetlistym stanie wizyjnym: do mojego okna od pokoju zaglądają z zewnątrz dwaj chłopcy. Z jakiegoś powodu nie reaguję, myśląc, że sami sobie pójdą i rzeczywiście po chwili odchodzą. Ale zamiast iść do bramy, idą w głąb podwórza (co przykuwa mój wzrok do okna, bo z obawą myślę, że chcą może coś ukraść), stają między domem a oficyną, patrząc na drzwi do niej i zamieniają się w dwie dziewczynki, po czym śpiewają radośnie jakąś polską piosenkę ludową. Obudził mnie z tego delikatny, pojedynczy dźwięk dzwoneczka.

24.I.2000. Przepłynęła przeze mnie wiedza o 7 dzielącym się na 2×3, a także o zasadzie poczwórnego ciała, czułam to wszystko na sobie i mój umysł wykonał drogę wraz z tymi liczbami. Wyjaśniono mi także, na jakiej zasadzie zrobiona została zasłona na poziomie 5 przez sobowtóra, który zaczął się dzielić w materii, w niej umieściwszy swoje pożądanie.
Nad ranem ocknęłam się w drugim ciele i ujrzałam u wezgłowia tapczanu przycupniętą niewielką postać z błyszczącymi oczami, jakby szarej sowy. Pomyślałam o puchaczach strzegących czeluści z Popol Vuh. Tymczasem ktoś z zewnątrz usiłował zrobić mi coś na czole, jakby znak (zdjąć go, albo zostawić, nie wiem). W jego ruchach była przemoc, brutalny przymus, więc to mnie mocno wystraszyło i odruchowo zrobiłam ochraniające znaki reiki. Po chwili ocknęłam się na jawie z silnym uciskiem w „trzecim oku”.

25.I.2000. Przepłynęła przeze mnie świadomość anielska, hierarchia, Ojciec jako pień, z którego wszystko wynika (ekspanuje na zasadzie wypustek identycznych kształtem i jakością z Ojcem), ja jestem taką wypustką, och. Zawołałam wewnętrznie: Tato, tato!, a on ujawnił się w fali Trwania, Podpory, z której wyrastam, jak Jego dziecko, Syn.
Rano zapadłam w półtrans, czułam ciepło na plecach i wibracje w dwóch punktach nad obiema nerkami. Pojawiały się niezbyt wyraźne wizje:
– śpiewający piosenkę żydowską starszy człowiek
– kobiety rosyjskie, w uśmiechach, ich polifoniczny śpiew milknący w tle
– za biurkiem dziwna stojąca postać, jakby cała w srebrnych pancerzach, hełm przypomina kosmiczny.

26.I.200. W nocy ktoś się zjawił w pokoju. Zapadłam w nader dziwny stan umysłu. Otwierały się karty Xięgi i przenikały jedna drugą. Przypominało to wertowanie plików w komputerze. Próbowałam czytać. Teksty dotyczyły jakby moich wspomnień z wyższych światów. O pojedynku z Ciemnym, który zaczął się już na wysokościach, zatem stąd go znam. Czy o tym napiszę kiedyś trzecią książkę? Na innej stronie była wiadomość, że wydanie tej książki może wstrząsnąć ludźmi na tyle, że ujawni się to, co ukryte w mroku.

Potem poczułam, jakby spryskiwano moją głowę świetlistym lepkim sprayem. Ktoś narysował palcem na moim czole kształt kilku- (chyba siedmio-) ramiennej gwiazdy i powiedział: „Zrób coś z tym zapachem, wypierz się lepiej”, co mnie mocno zawstydziło i wyszedł z pokoju drzwiami. Po chwili usłyszałam zza okna rozmowę kilku mężczyzn, namawiających jednego, aby szedł gdzieś z nimi. Ale ten stwierdził, że chce przy mnie jeszcze zostać. Powiedzieli: „Przecież są teraz nowocześniejsze sposoby i tylko je zastosuj…”. „Zostanę” – powiedział jednak ten, co był przy mnie – „To moje dziecko”.
Następnie we śnie wizyjnym wchodziłam do mieszkania dwóch koleżanek z dzieciństwa na piętrze starej kamienicy w rynku. Wydało mi się jakieś dziwnie znajome. Matka jednej z nich odebrała mnie prosto z autobusu (przystanek był pod oknami owej kamieniczki) i nie zdążyłam jej powiedzieć, że trzeba zaczekać na kogoś, kto ma jeszcze przyjechać, a z kim się tam umówiłam. Zostawiła mnie samą w pokoju, a sama wróciła na przystanek czekać.

[Ów przystanek to moje prywatne przejście graniczne 5/6. Przynajmniej kilka razy właśnie tam działa się akcja istotnych snów na jawie]

Wtedy wszedł do tego pokoju „mój ojciec” (rozpoznaję go po nastroju, jaki we mnie budzi). Był ubrany w brązowy wygodny uniform, wyglądał na około 30 lat i powiedział: „Chodź”, a ja poszłam za nim, czując się jednak głupio. Miałam wszystkie odczucia posiadania ciała i gnębiła mnie zawstydzająca myśl, że jestem w koszuli nocnej, mam na pewno zmierzwione włosy i ogólnie śmiesznie wyglądam. Zaprowadził mnie do drugiego pokoju, w którym stało sześciu, bardzo podobnych do niego ludzi, mężczyzn w brązowych uniformach. Byli mili i dyskretni. Ojciec powiedział: „To moje dziecko” i poszedł za biurko, które stało w rogu pokoju, oni stanęli w dwóch rzędach po obu bokach, przyglądając mi się w milczeniu. Czułam ich sympatię, ale zwyczajnie zamurowało mnie! „Nic nie powiesz?” – podpowiedział mi wreszcie ojciec. Odezwałam się więc: „Dzień dobry”, naprawdę nie wiedząc, czego mogę od nich chcieć. Zdałam sobie przy okazji sprawę, jakim jestem odludkiem, zamkniętym w sobie. Kiedy wypowiadałam te słowa zdawało mi się przez moment, że mam inne, bardziej pełne wargi, niż dotąd, a zatem inną (cudzą) twarz.

[Wg J.Bzomy kolor brązowy to brudny kauzalny, czyli odnosi się do minusowości 5 poziomu, cokolwiek to znaczy i znaczyło w wypadku tego przeżycia…]

Wówczas zjawił się niewysoki, korpulentny mężczyzna w krótkich do pół uda bufiastych spodenkach zdobnych w czarno-białą szachownicę. Przypominały strój aktora z commedii dell`arte i były jak gdyby od wewnątrz wypchane na biodrach, co nadawało jego płaskiej i chudej sylwetce okrągławy wygląd. Wydawał się nieco starszy od Brązowych, choć było to raczej wrażenie, niż wygląd. Do tego jego rysy były nieco inne od wszystkich znanych mi ludzkich ras.
– Pokażę ci coś – oznajmił i poszedł za swoje biurko, które stało w drugim końcu pokoju. Włączył stojący tam telewizor i na ekranie ukazały się dwie siedzące kobiety. Jedna była długowłosą pięknością i wpatrywała się w drugą, w której domyśliłam się nagle samej siebie, choć z początku była odwrócona tyłem. Długowłosa miała silnie pomalowane czerwoną szminką zmysłowe wargi. Wtem druga odwróciła się i ze zdumieniem stwierdziłam, że nie jest do mnie podobna, choć przecież czułam, że to ja. Była drobniejsza, mniejsza, a jej twarz przypominała nieukształtowaną dziwną formę z wydatnym nosem z garbkiem i dużymi oczami. Tylko te usta, tak samo zmysłowe i pomalowane czerwoną szminką!
Na tym seans się skończył i wylądowałam od razu na jawie w łóżku. Ale mój umysł działał jeszcze długo na zasadzie Księgi. Zaczęłam słyszeć głos męski czytający tekst jakiegoś pliku. Mówił o Starym Bogu (tu wymienił imię podobne do: Natr…m), który stworzył dawno temu zasady bezwzględnego posłuszeństwa Mu, i który – nie wiadomo dlaczego – zgodził się przegrać, ustąpić Nowemu Bogu, a raczej Bogom. Oni toczą z nim pojedynek, wygrali już go, potem ustanowią Swoje zasady i nigdy już nie będą tak okrutne. Choć szanują moc Starego Boga i nie mogą być pewni, czy kiedyś znów nie zechce powstać.

[Był to pierwszy raz, gdy usłyszałam od istot z Drugiej Strony o Starym Bogu. Bardzo długo, a właściwie trwa to dotąd, usiłowałam odnaleźć go w mitologiach i księgach świętych. Mam kilka koncepcji, jednak pewności żadnej, że któraś z nich jest prawidłowa…]

29.I.2000. Chyba zrozumiałam Starego Boga. I alchemicznego Chrystusa. Przed snem rozmyślałam o tym w sporym napięciu, przedstawiając sobie dzieje ekspansji ludzkości w ciemność, aż nagle poczułam, jak rzeczywiście przypłynęła Moc, złota, autentyczna. Energia przelewała się i kapała złotymi kroplami z moich palców. Mogłam błogosławić i przeklinać jednocześnie, bo to działa jak miecz obosieczny.
Rano wizja: powielający się Adamowie. Wzór mężczyzny ze skrzyżowanymi na piersiach rękami (jak egipscy faraonowie) przecinany jakąś siłą, rozdwajający się i powielający jednocześnie w dwóch rzędach, jeden na lewo, drugi na prawo.

30.I.2000. Ktoś w nocy położył mi niedużą dłoń na oczach. We śnie znalazłam się w ubikacji w dużym budynku. Mały kranik przy ścianie do umycia rąk, ręczniki w rogu. Towarzyszył mi „Sai Baba”, który umył sobie włosy i przefarbował się zupełnie na czarno, po chwili zobaczyłam go w murzyńskiej, kręconej fryzurze, miał czarne ciało. Przebrany w jakieś zawoje wyszedł, nie tłumacząc gdzie. Przedtem powiedział mi w sposób bezpośredni (widziałam to na ekranie komputera w postaci rysunkowych dodatków w moich zapiskach, w tym niektóre żarzyły się), że zrobi istną rewolucję, że będą zniszczenia na całej Ziemi, że przeżyją ją tylko młodzi ludzie, tak do trzydziestki, że zostanie uwolniona gigantyczna larwa głodnych duchów… Przeleciało mi przez głowę niejasno, że przeszedł bardzo dawno temu samotnie przez Ciemność, narodził się z niej i teraz spirala ewolucji, choć dzieje się to bardzo rzadko, zmusza wszystkie istoty do przejścia przez podobne doświadczenie po 3 razy, ale to minie. Nadeszła bibliotekarka upominać się o coś, co pożyczyłam od niej i napominać mnie autorytarnym głosem.

Z dziennika wzięć zapis 6

Przewidywanie przyszłości, którą od dziecka intuicyjnie postrzegałam jako już spełnioną, ale jeszcze przede mną, przed nami wszystkimi, szybko stało się moją główną pasją. Stąd wzięło się studiowanie systemów wróżebnych. Od astrologii przez Tarota i I-Cing, po sny i symbole. Nie uważam się za kogoś wybitnego w tej materii. Ani tym bardziej jasnowidzącego. Mój umysł na jawie działa jak najbardziej racjonalnie, nie jestem skora do zbytniego entuzjazmu, zachwytu i bezkrytyczność mi nie grozi. Nawet, jeśli coś zdarzy mi się zobaczyć we śnie, czy w hipnagogicznych obrazach, to nigdy nie jestem pewna swej interpretacji danego zwidu. Dlatego wolę go opisać bez wyciągania wniosków. Tyle razy, wróżąc z tego i owego, przekonałam się, że umysł racjonalizujący „znaki” i symbole zbyt skory jest iść na skróty w stronę najbardziej przez siebie ulubioną, a całkiem niezgodną z przekazem symbolicznym, jak się potem okazuje. Staram się więc teraz zostawić „prywatę” i skupić się na jak najściślej opisanym widzeniu.

W niniejszym odcinku zwracam uwagę na notatkę o widzeniu Tronującej Bezimiennej Istoty, nawiązującej do wielu ikonograficznych przedstawień i malunków na suficie kopuły kościołów Tronującego Chrystusa.

tronujący.jpg

*

28 maja 1999 roku. Sen wizyjny: widzę dwie długie, starożytne, śródziemnomorskie ulice. Wiele domów zburzonych, zaniedbanych, wyludnionych. Obok nich rośnie gęsta i wysoka, dawno niestrzyżona trawa. Praży ostre letnie słońce Południa. Nieliczne grupki ludzi wałęsają się bez celu. Wiedzą, że umrą i urządzają sobie orgie w rodzaju weneckiego karnawału śmierci z czasów epidemii dżumy.

14 czerwca 1999 roku. Widzę młodego mężczyznę w żołnierskim, polowym mundurze zwisającego głową w dół z helikoptera, jest podtrzymywany za nogi. Wkrótce stopniowo zaczyna się zsuwać, jak gdyby ktoś go puścił. U publiczności wieje grozą, że spadnie, ale nie! Wisi tak do góry nogami w powietrzu, niczego się nie trzymając! Myśl, że używa energii antygrawitacyjnej. Wtedy rozlega się w moich uszach szatański śmiech, istny chichot bestii.
Tymczasem niżej, jakby na jakiejś półce (cała akcja dzieje się w starożytnej, olbrzymiej, kamiennej sali) stoi niewysoki, grubawy zakonnik w beżowym habicie i obiema rękami robi jakieś znaki. Widzę pył czystej złotej energii rozsypujący się wokół niego. W pewnej odległości, jakby w tle, stoi jeszcze ktoś, mnich, ale wysoki, szczupły, ubrany na czarno, słabiej widoczny, jak gdyby jego cień. Wkrótce człowiek wiszący głową w dół zaczyna z wolna opadać.

8 lipca 1999 roku. Widzę Włochy ogarnięte niesamowitymi, gwałtownymi przemianami pod wpływem terroru czarnego Niszczyciela, zmuszającego kapłanów do samobójstw. Ukazuje się grupa czarno ubranych mnichów, na pół spalonych i żywcem rozkładających się. Wstrętnych, z pałającymi demonicznie oczami, którzy w nasuniętych na głowy kapturach, wchodzą jeden za drugim po schodach w górę. To straszna sekta rodem z najgłębszego piekła, wychodząca na powierzchnię zewnętrznego świata i pnąca się do władzy.
Innym razem, jako kontrę wobec tamtej siły widzę na tle morza ognia potężnego, walczącego rycerza w srebrzystej zbroi. Wizja grupy rycerzy, młodych ludzi w hełmach, pancerzach, w płaszczach z krzyżami i niebieskich dżinsach powtórzyła się kilkakrotnie.

6 września 1999 roku. Ukazały mi się cztery małe, bliźniacze ludziki, staruszkowie, drobne karzełki z idealnie okrągłymi, jak dno kieliszków, wytrzeszczonymi oczami bez powiek. Wprowadzali mnie do czegoś podobnego do wielkiej instytucji charytatywnej. Oznajmili, że to coś strasznego, co musi się wydarzyć, a czego wszyscy się boją, będzie służyło wielkiemu dobru w przyszłości i żeby starać się nie bać, ufać i w pełni zaakceptować ten proces.

cropped-czaszka-aztecka-z-narodowego-muzeum-ant.jpg

[Z powodu wyglądu owych staruszków polubiłam glinianą główkę aztecką z podobnym do nich motywem oczu i stąd znalazła się ona na czółku tego bloga.]

8 września 1999 roku. Ze snu wizyjnego o czymś wrogim i złym obudziła mnie w drugim ciele obecność, gdzieś na wysokości splotu słonecznego, węża. Nagle zaatakował i ukąsił mnie dwoma zaostrzonymi i szeroko rozstawionymi zębami w twarz, u podstawy nosa. Nie czułam bólu ani strachu (byłam chroniona) i ocknęłam się zupełnie spokojna.
Wkrótce, na jawie, usłyszałam znajome trzaski koło ucha. Były to jakieś magnetycznie chłodne, przyjemne i oczyszczające oddziaływania z tyłu głowy. I z tego nagle rozległ się śpiew. Śpiewała, pochylając się blisko przy mojej głowie, drobna, żeńska istota (poznana wcześniej jako Pippi Langstrumpf), wysokim, cienkim głosem w nieznanym języku. Melodia była bardzo prosta, oparta na kilku nutach, rytmiczna jak w mantrze. Postanowiłam się włączyć i w myślach zanuciłam wraz z nią, posługując się sylabami „la, la, la”.
Wtedy wpadłam w trans i zaczęłam słyszeć pewną rozmowę z przyszłości, oraz zobaczyłam sytuacje dziejące się po śmierci mojej mamy. [W owym czasie mama miała się dobrze, zachorowała jednak śmiertelnie w 2000 roku]. W którymś momencie zjawił się „ojciec”, dotknął mojego ramienia i powiedział uspokajającym tonem: „Nie martw się, przyjdzie jeszcze taki czas, gdy poczujesz, że ten świat nie jest taki ważny (lub: wart uwagi)…”.

10 września 1999 roku. Pisałam we śnie tekst o tożsamości apokaliptycznego jeźdźca na białym koniu z Sai Babą. W pewnej chwili ekran komputera przygasł, a wyłączony – działał nadal, ukazując na czarnym ekranie jedynie słowo name i kiedy zdumiona zastanawiałam się, co z tym zrobić, nagle pojawiła się w pokoju, po mojej lewej stronie, na tle okna wychodzącego na wschód, pionowa czerwona iskra energii w powietrzu, jak zminiaturyzowany piorun. Zasyczała charakterystycznie i z mocą, a ja poczułam to samo, co wtedy, gdy przedstawiał mi się „Kriszna” rozbłyskiem lampy i telewizora, wyłączonego z sieci. Stan umysłu nie do opisania – „skwierczący”, jakby z wewnątrz pioruna.

Po chwili zauważyłam, że w pokoju zrobiło się jaśniej. Spojrzałam w górę, żeby znaleźć źródło oświetlenia i zobaczyłam, że sufit stał się przeźroczysty, jak ze szkła, stanowiąc teraz coś podobnego do (niewidzialnej, ale konkretnej) granicy pomiędzy wymiarami, że tamtędy pada światło dziennego słońca, a także, że stamtąd, z góry, jakby z tronu wiszącego w powietrzu spogląda na mnie w dół uśmiechająca się serdecznie i żartobliwie postać (obrysowana graficznym konturem), szarawa, niewysoka, spowita w jakąś długą, spływającą jak zasłona wokół tronu, szatę, o bardzo niewyraźnych rysach twarzy, jakby za mgłą, ale wyraźnie i znajomo błyszczących oczach, z głową okoloną także znajomą wielką, czarną czupryną. I na tym się skończyło.

*

W ostatnim przypadku podaję notatki z różnych wypowiedzi Jarka Bzomy:

Drganie Źródłowego Punktu wraz ze swym odbiciem wystarcza, aby wykreować cały widzialny świat. W snach doświadczamy go jako zgrzytliwą jak szkło wibrację oddzielania się, która daje się usłyszeć jako głos Orła czy Ducha Świętego, zależnie od systemu przekonań śniącego. Głos drapieżnego ptaka, wibracja Kryształowego Wiru, Głos Ducha Świętego, wibracja tworząca Przejawienie wyłania się z Nicości, z Bramy Szczeliny 8-12.

Widok do góry nogami na suficie (lub postać stojąca na głowie) to przekroczenie granicy 8/9.

Szklana ściana oznacza granicę czasu. Ale w nieco innym sensie, niż to nam się wydaje. To element kryształowego muru na granicy ze Szczeliną 8-12. Ma związek z podróżowaniem w czasie, bo za tą szklaną ścianą nie ma już czasu.

Włosy jak piorunki, sterczące naokoło głowy miewają bóstwa planetarne, byty apollińskie, bóg Słońca.

Czarne Słońce to pojęcie alchemiczne, związane z fazą Nigredo, bóstwo poziomu 8.

Poziom 8 – brahmaniczny, trójwarstwowy, to: Złota korona 8.3; szata, czasem inne królewskie/kapłańskie atrybuty. Przechodzi w zasłonę bytu/Zwierciadło, Paroket 8/9, generuje impuls do przejawiania się Nieprzejawienia Szczeliny 8-12 i do szukania form swojego wyrazu. Śni się jako stożkowy, złoty pełen ornamentów płaszcz pusty w środku. Przypomina strój liturgiczny prawosławnego popa, czy kapłański w ogólności.

Androgyn – w Nieprzejawieniu 8-12 ich androgyniczność początkowo jawi się jako albo Matka albo Ojciec, po czym, im wyżej, czyli na poziomie 11 i 12, tym są coraz bardziej jednym równocześnie, aż do fazy Androgyna o uszminkowanej cyrkowo twarzy. Im bliżej punktu Źródłowego, im szybciej porusza się wir, tym bardziej Androgyn jest zrównoważony.

Co do nazwania owej istoty. Najbardziej pasuje do niej/niego określenie Bezimienny (stąd na ekranie ukazał się tylko wyraz name, a nie konkretne imię). Obraz zawierał wszelkie cechy prowadzące w górę. Metatron, który jest czarny, posiada płaszcz i swój tron, jawi się jednak po tej stronie granicy 8/9. Twarz za mgłą brahmaniczną to tożsamość bóstwa, jawiącego się w Nicości powyżej granicy Nieprzejawienia jako Czarne Słońce alchemików. Był to zapewne androgyn, uśmiechający się dowcipnie, zamiast sennej symboliki w postaci umalowanej twarzy.

Boski astrolog

Pisałam już o moich spotkaniach ze Starcem. Być może to on manifestował się także w postaci kroków niewidzialnej istoty, które słyszałam kilkakrotnie w życiu. Można o nich przeczytać choćby we wpisach: PoczątekZ dziennika wzięć zapis 1.

pustelnik

Każdy powie, starzec to archetyp. Posiada swojego przedstawiciela w arkanach wielkich Tarota, jako Pustelnik. Oznaczony w nim liczbą 9, ma bezpośrednie powiązanie z arkanem 18 (1+8=9) Księżyc.

ksiezyc

Dotyczą go w takim razie powtarzające się cykle czasu i ostateczne zakończenie cyklu. Z ciemnością, pustką nocy, zaćmieniem i jednocześnie oświeceniem wewnętrznym, jako alchemiczna faza Nigredo, która podlega Saturnowi.
Saturn w moim horoskopie akurat pełni nadzwyczajną rolę, jako władca absolutny wszystkich planet. Jak sądzę, nie jest to żaden przypadek.

Sięgając do wiedzy naukowej dowiemy się, że:

Starzec, Stary Mędrzec to jeden z głównych archetypów. We śnie reprezentuje pierwiastek duchowy, mądrość kultury, uosobienie mędrca, dojrzałości, wewnętrznego, duchowego przewodnika. W sensie negatywnym pojawia się jako despotyczny, egoistyczny, zarozumiały i uparty staruch. W terapii cechy Starego Mędrca mogą być przypisywane terapeucie, podobnie jak mistrzowi duchowemu w życiu religijnym (guru). Osoba niedojrzała może ulegać wewnętrznemu obrazowi mędrca wcielając się w osobowość maniczną. [Wikipedia]

Jeszcze z wypowiedzi Jarosława Bzomy dowiedzieć się można, iż:

Archetypy to stadia rozwojowe poziomów Świadomości, czyli stopień realizacji Przejawienia na matrycy archetypu, na konkretnym poziomie Świadomości przejawionej… Wszystkie archetypy z poziomu 8/1 mają samoświadomość i swoje ‘ja’ tak samo wykrystalizowane i egoistyczne jak nasze, ludzkie. Owe liczne osobowości wspólnego strumienia Świadomości wciąż wydobywają się z naszego ja numer jeden w przeróżnych okolicznościach, z jakimi musimy się konfrontować w życiu. Najczęściej odbywa się to dla naszego ‘ja’ nieuchwytnie.
Generalnie, „staruszkowie we śnie to stare formy świadomości”. Dodam, naszej lub zbiorowej. Bo, jeśli o mnie chodzi, większość snów nie dotyczy mnie osobiście. Widuję postaci archetypowe odnoszące się do narodu, kontynentu, bądź ludzkości, niekiedy całej Ziemi.
W snach można spotkać także Starca brzydkiego i upiornego. Taki, bywało dręczył mnie w okresie dorastania. Jest to „urojeniowo minusowa postać Boga, czyli Czarny 8/1 osobiście. Uosabia cały zestaw negatywnych rojeń, z którymi staje się we śnie twarzą w twarz.”
Tak, właśnie. Starzec, czy to dobrotliwy czy upiorny, jest Czarnym. Wielkim czasem, Mahakalą. Metatronem-Saturnem. Sześcioskrzydłym serafinem. Tu odsyłam do artykułów Jarka Bzomy na ten temat na jego stronie Śnienie progresywne.

Kontynuuję dziennik wzięć, acz niniej uwydatniam z niego jedno ciekawe przeżycie nocne. I spotkanie ze Starcem, który pojawił się jako astrolog, znawca przeznaczenia i cyklów planetarnych. Na koniec dowcipnie zasugerował, że jest tą samą istotą, która ukazuje mi się z Drugiej Strony pod przebraniem Sai Baby.

Kryszna

17 kwietnia 1999. Cały wieczór spędziłam na lekturze Bhagavatpurany. Nabrałam ochoty do medytacji według przepisu mędrca Kapili. Przed snem długo wizualizowałam w sercu czterorękiego, ciemnoniebieskiego Krisznę, stojącego na kwiecie lotosu, którego łodyga wyrasta z mojego pępka. Towarzyszył mu nieustannie wibrujący w otwartej przestrzeni dźwięk Om.
W nocy znalazłam się w gabinecie redakcyjnym sławnego polskiego astrologa, który uprzejmie posadził mnie przy swoim biurku. Przez chwilę jeszcze zagniewany krzyczał na kogoś za drzwiami, po czym uspokojony podjął ze mną rozmowę. Był to starszy mężczyzna około 70-tki, niewysokiego wzrostu, o zaokrąglonych kształtach, miał wydatny orli nos. Zachowywał się naturalnie i spontanicznie. W rozmowie potwierdził wszystko, co już wiedziałam. Otóż prawdą jest, że niedługo, w lecie, w dniu świątecznym odbędzie się inauguracja Wielkiego Meczu. Wszystkie bilety na tę niecodzienną imprezę zostały już dawno rozprzedane, tylu było chętnych w niej uczestniczyć. Prawdą jest także, że stosunkowo niewielka grupa terrorystów przygotowała środki, aby niespodziewanie i z zaskoczenia dokonać eksplozji materiałów wybuchowych na pełnym widzów stadionie Gry. Nagły wybuch, wyrywający duszę z ciała fizycznego zaskoczy wielu.

Przez moment doświadczałam wyrwania z ciała pod wpływem rozbłyśnięcia niesamowitego światła, które skojarzyło mi się z eksplozją jądrową. To szokujące przeżycie na pewno przerazi tych, którzy na co dzień nie myślą o sprawach ostatecznych, ale nie zabija ono Świadomości. Jakoś mnie to uspokoiło.

prahlada

Starzec wspomniał następnie o słudze Boga, małym Prahladzie z mitu o Panu Nereszimha, czyli Człekolwie, który z całą pewnością pokona zło na Ziemi. Miał w sobie wiele promiennej równowagi i stałości, które sprowokowały mnie do zastanowienia się głębiej nad jego pochodzeniem. Toteż w końcu spytałam (chcąc się także pochwalić swoją wiedzą astrologiczną):

– Czy jesteś może spod znaku Byka?

Patrzył na mnie dobrotliwie. Długo milczał, tak jakby mówił: – Zastanów się. Przyjdzie czas, gdy wszystko sama zrozumiesz. Po czym obudziłam się na jawie, zastanawiając się nad problemem jego tożsamości.
I zaraz wpadłam w głęboki trans. Ocknęłam się w świadomym śnie, w którym siedząc za biurkiem robiłam opis tego spotkania. Przedstawiając w nim starca bezwiednie nazwałam go Kriszną i wtedy wydarzyło się coś bardzo dziwnego. Stojąca z boku, wyłączona z kontaktu lampka rozbłysła kilkakrotnie niezwykłym światłem. To samo stało się z (także wyłączonym z prądu) telewizorem, którego prawa połowa ekranu zaświeciła wieloma intensywnymi, soczystymi barwami. Zaskoczona tym, zdumiona i trochę wystraszona, weszłam w niedoświadczany dotąd nigdy w życiu stan świadomości.

Było to jak obudzenie się po Drugiej Stronie, która jest stroną prawdziwą. Zajrzałam na moment za zasłonę iluzji materialnej i kosmicznej. Mój umysł stał się skupiony, jasny, rzeczywisty, pełen wiedzy, samoświetlisty, niezależny od czasu i przestrzeni, potężny, boski. W ten sposób upewniłam się, że gdzie indziej istnieje cudowny, wieczny, pełen życia i żywych istot świat, o którym ludzie zamknięci w trójwymiarowej, a nawet i czterowymiarowej przestrzeni, nie mają pojęcia. Po czym wszystko nagle ustało i otworzyłam oczy na tak zwanej jawie.
Oto była odpowiedź. Nie słowami, w które można uwierzyć, lub nie, ale w bezpośrednim doświadczeniu.
Rano z zaskoczeniem znalazłam leżącą na podłodze książkę o Sai Babie. Musiała w nocy sama spaść z półki, strącona czyjąś niewidzialną ręką.

*

Dla lepszego zrozumienia tego przeżycia sennego jeszcze fragment wypowiedzi J. Bzomy:

Ekran telewizora, komputera, kinowyto zwierciadło, połączone z transmisją danych z wybranych przez nas samych poziomów, widząc np. oblicze boskie albo innego stwora w telewizorze widzimy tak naprawdę siebie. Obraz Boga, albo raczej jego aktywnej w przejawieniu formy, to takie Coś, co chrześcijanie nazywają Duchem Świętym. Przekazuje obraz samego Szefa.

Z dziennika wzięć zapis 4

Wewnętrzne zmagania i napór sił rodem z nieświadomości zbiorowej (wg nomenklatury jungowskiej) trwały w najlepsze. Nic wtedy nie było łatwe, a ulga, jeśli przychodziła, nie była trwała. Nocni goście, dający się odczuć czasem nawet fizycznie, odczucia telepatyczne przedstawiające mi światy pozbawione światła, ciemne, pełne nienawiści, zawiści i ciężaru wewnętrznego, wizje, jasno-słyszane dźwięki i melodie, przypominały mi, że najwyższe siły jednak czuwają i mają owe nieprzyjemne zjawy na oku… W dzień i przed snem medytowałam, aby wyrównać się i nie poddać ponurym nastrojom, nie pozwolić wciągnąć się pod wodę.

*

2 kwietnia 1999. W nocy długo walczyłam z mrocznymi siłami i obrazami, które znów zaczęły się uporczywie pojawiać w umyśle wbrew mej woli. Zrobiłam szczerą wewnętrzną spowiedź i rachunek sumienia. Przestałam walczyć, wzięłam na siebie wszystko, co wypływało z podświadomości, mimo iż było dziwnie wynaturzone i wstrętne. Znienacka przeleciało obok mnie coś niewielkiego i niewidzialnego, i błyskawicznym ruchem wyciągnęło z mojej twarzy „implant”, po czym natychmiast znikło. Pomyślałam z rozbawieniem, że mógłby to być 30-centymetrowy, tłuściutki aniołek z pomocą. W pokoju rozległ się dziwny dźwięk, podobny do szumu skrzydeł ogromnego ptaka. Trochę mnie przeraził. Ale zaraz potem poczułam lekki ucisk na czaszkę z tyłu głowy i oddziałującą stamtąd czystą, krystaliczną, najwyraźniej chroniącą mnie energię. Trwało to około godziny, potem zasnęłam spokojnie. W dzień przyjrzałam się swojej twarzy, koło nosa był wyraźny ślad po igle i lekkie, zaczerwienione opuchnięcie.

flet

4 kwietnia 1999. Obudził mnie niespodziewany, agresywny atak. Coś skoczyło mi na plecy; zatem znowu wróciło, nie wiem, w jakim celu. Pogodziłam się wewnętrznie z tym, czego doświadczam. A nad ranem w półśnie usłyszałam bardzo prostą melodię graną na zwykłym, drewnianym, wiejskim flecie… chwilę potem zaczął się świt.

5 kwietnia 1999. Wieczorem odczytałam swoje notatki, a w nich opis snu sprzed trzech lat. Zapowiadał wynurzenie się z wód zapomnienia dziwnych, runicznych reliefów wykutych na wielkiej, płaskiej, połyskującej zielonkawą śniedzią okrągłej płycie, pochodzącej jakby z jakiegoś pradawnego eonu. Zgasiwszy światło w pokoju spojrzałam przypadkiem w okno i zauważyłam jasną, wiszącą nisko nad horyzontem gwiazdę. Niedaleko niej dwa mniejsze światła tworzyły razem trójkąt. Przypomniało mi to wizytę lovecraftowskiej Starej Istoty, którą poprzedził sen o trzech gwiazdach i pojazdach należących do bezosobowych istot widocznych na nocnym niebie.

Ledwie zasnęłam jakiś męski głos krzyknął nagle ostrzegawczo: „Almuria!” i zobaczyłam małą dziewczynkę bawiącą się beztrosko w piaskownicy. Niespodziewanie wypełzł z niej ogromny wąż o połyskującej przedziwnie skórze, wzniósł się w górę i próbował ją zaatakować. Wtedy nadbiegł skądś stary ojciec dziewczynki i szpadlem, trzymanym w ręce błyskawicznie odrąbał mu stosunkowo niewielką głowę.

6 kwietnia 1999. Nawiązałam podczas nocnego transu kontakt telepatyczny z kimś niewidzialnym.

10 kwietnia 1999. Pojawiła się istota z gadziej rasy. Jej głos (ostre, przenikliwe świstanie) nie budził żadnych demonicznych skojarzeń (można by go porównać do zapisu dziwnych zaklęć w opowiadaniach Lovecrafta albo pisanego języka hebrajskiego, składającego się jedynie ze spółgłosek. Samogłoski były wymawiane „w umyśle”, być może w innych, niesłyszalnych rejestrach dźwiękowych i to one powodowały, że głos brzmiał tak obco i „sycząco”). Aby mi się przedstawić potwierdziła najpierw prawdziwość dotychczasowych wizji, które odebrałam: tak, wszystko zacznie się realizować według reguł, które już poznałam. Przeszyła mnie przy tym od stóp do głowy błyskawica groźnej energii, podobna do przełamanego pioruna. Skojarzyła mi się z 36 heksagramem Księgi I-Cing: „Gasnące słońce”. Potem zahipnotyzowała mnie bardzo fachowo, przemawiając w swoim szeleszcząco-syczącym języku, którego sens zrozumiałam tak: „Kiedy będę robić zabieg, nie poczujesz żadnego bólu, położysz spokojnie ręce przed sobą, lub z boku, ale nie będziesz nimi niczego utrudniać, ani się bronić…”. To natychmiast skutecznie znieczuliło mi całe plecy, nie odbierając świadomości. Postać ta pobrała z mojej prawej nerki próbkę płynu (również zupełnie bezboleśnie).

12 kwietnia 1999. Poranek zaczął się wielkim biciem serca, a następnie przez głowę przeleciały mi sceny i obrazy wizyjne. Stojąc w oknie balkonu w mieszkaniu na piętrze wołałam ludzi, aby przyszli i zobaczyli, co się dzieje. Wiatr przywiał z bardzo daleka (chyba z południa) wielkie, ciemno-szare strzępy spalonej materii. Ten widok miał w sobie nastrój norwidowskich „lecących szmat zapalonych”. Zahaczały o balustradę, antenę telewizyjną i leciały dalej. Wiedziałam, że są to resztki spalonych ludzi i ich domów.
Potem na ciemnym, ponurym niebie ujrzałam ogromną, jakby zatrzymaną błyskawicę, olbrzymią elektryczną iskrę, rozdzielającą świat na dwie połowy, od wschodu do zachodu. Później górujący krwistoczerwony sierp księżyca w nocy. Oba te obrazy były pełne przerażającego majestatu.
Następnie na niebie, (obserwowałam rzecz przez okno mojego pokoju, wychodzące na zachód) „otworzyły się upusty niebios” i spadały z nich wodospady ciemnej brudnej wody z kamieniami, deszcz meteorów i potop błota. Chwilę później ukazało się dawniej zamieszkane, teraz bezludne, pełne gruzów i pływających śmieci morskie wybrzeże.
Na koniec zaś zajaśniał świat Nowej Ery. Tej wizji towarzyszyła niezwykła muzyka w stylu new age. Był jasny słoneczny dzień. W oddali stało kilka kolorowych (zielonych, czerwonych) domków w kształcie zwykłych prostopadłościanów, w pobliżu których kręcili się młodzi ludzie. W płytkiej i bardzo czystej wodzie strumienia taplało się nagie, szczęśliwe, uśmiechnięte dwu-trzyletnie dziecko. Było jasne, że ci ludzie są całkowicie inni od nas, inaczej myślą, co innego jest im drogie. Oto „stara Ziemia przeminęła” i nikt już tutaj nie ogląda się wstecz.