Z dziennika snów zapis 11

Relacja z kwietnia 2000. Przychodziły wtedy sny z wyższych wymiarów od istot duchowych, być może wiązały się z dziejami „mojej” przygody w światach przejawionych. Pamiętać należy – wiatr i huk to oznaki Ducha świętego. Zdarzały się też dziwne trzaski i rozładowania na jawie. Padają nazwy kosmiczne. Pojawia się Czarny Pająk. Tak naprawdę zwiastował nadchodzącą nieuchronnie śmierć mojej matki. Była to istota z Czarnej Granicy 8/9. Dość zabawne spotkanie we śnie z aniołem Satanaelem. I inne przypomnienia o procesie schodzenia w niższe wymiary. Poza tym kilka wizji odnoszących się do dziejów Ziemi i zapisów ze świętych ksiąg różnych kultur.

drabina

1 kwietnia 2000. Schody na piętro, na nim biurko, za biurkiem siedział ktoś ważny, za jego plecami stała kobieta o imieniu Barbara. Wszyscy wiedzieli, że jest trudna, nieprzystępna, wrogo nastawiona do każdego, kto chce ją bliżej poznać, pełniła rolę strażniczki (ochroniarza). Właśnie patrzyła na mnie teraz dość nieprzyjemnie i odpuściłam sobie próbę zbliżenia się. Po prawej stała inna para ludzi. Nagle zjawił się Pan (był nim mój ojciec) i poczułam powiew lekkiego wiatru. Dmuchnął na Barbarę i ta, ku mojemu zaskoczeniu uśmiechnęła się do mnie i sama rozpoczęła rozmowę, wyraźnie mając ochotę na zaprzyjaźnienie się. Usłyszałam w głowie głos Ojca: DWUNASTU…

Sen: śpię w jakimś pokoju, w którym są 2 tapczany, jeden za drugim. Na tym „nade mną” śpi mama. U jej wezgłowia na regale stoi małe, przenośne radyjko, grające teraz koncert Zbyszka Hołdysa. Wsłuchuję się z przyjemnością w muzykę, jest łagodna i spokojna, tylko głos Hołdysa trochę się chwilami załamuje pod wpływem wzruszenia i słychać, że walczy z płaczem. Po jakichś dwóch-trzech utworach zakończonych długą linią melodyczną już bez słów, nocny program radiowy chyba się skończył, bo zapadła cisza. Po dłuższej chwili tę usypiającą ciszę rozdarł przykry wielki huk, dźwięk przypominający intensywny szum pomiędzy stacjami. Moja mama, wyrwana nagle ze snu krzyknęła z zaskoczenia i trochę trwało, zanim się zorientowała, co się dzieje. Najpierw zaczęła robić mi wyrzuty, że to ja czegoś nie dopilnowałam, że trzymają się mnie głupie żarty. Ja tymczasem pogrążona byłam w głębokim transie, moje ciało spało, a kiedy usiłowałam jej odpowiedzieć wydawało mi się, że mówię na jawie głosem trochę monotonnym, jak ludzie przez sen. Odpowiedziałam: Czego ode mnie chcesz? To ty przecież nie wyłączyłaś radia… Wtedy usłyszałam nieznany mi kobiecy głos, mówiący: UDZIELAM CI NAUKI.

Sny poranne miały zabarwienie wizyjnych, ale była w nich szczególna panoramiczność i przestrzenność widzenia, dlatego nie zapamiętałam ich w całości: mignął mi Ojciec, byłam nim, a jednocześnie sobą, jakieś pomieszczenie pełne przechodzących ludzi. Pewna drobna kobieta chciała koniecznie przejść poza kolejnością przez drzwi, wiodące gdzieś na zewnątrz, do których dostępu broniła krata, strażnicy i kolejka ludzi przepuszczanych przez nie pojedynczo. Miała z tym kłopoty, bo schroniła się za plecami mojego Ojca, gdy pojawiła się w powietrzu ścigająca ją głowa mężczyzny o strasznych, ognistych oczach, oraz próbował dopaść niewielki płaski dysk, krążący dość długo wokół nich w powietrzu z zamiarem ucięcia jej głowy. Dysk nie ośmielił się jednak przekroczyć jakiejś niewidzialnej granicy wokół Ojca. Namówiła mnie, abym ją zabrała ze sobą podstępem. W tym celu poszłyśmy do sąsiedniego pokoju i tam starannie owinęłam ją w długi kawał nieco powycinanego, cienkiego materiału, aby ją przenieść przez Drzwi, podobnie jak Kleopatrę zawiniętą w dywan wniesiono do pałacu Cezara. Zawijając ją, zaczęłam ją rozpytywać o różne rzeczy, tłumacząc się tym, że piszę książkę i chcę, aby wszystko w niej było zgodne z prawdą.
– Którą książkę piszesz? Starą, czy nową? – zapytała.
– Starą. Drugą, ciągle jeszcze tę samą… (tu przebiegło mi przez myśl, że następna będzie jednak dotyczyć przypomnień z innych światów) Kim jesteś? Czy z planety Szarych?
– Nie, jestem z innej rasy, nie tych małych istot z okrągłymi oczami… [miała zatem na myśli niewielkie stare istoty z oczami jak dno kieliszków, a nie chude twardoskóre szaraki z migdałowymi czarnymi oczyskami]. Pochodzę z planety Ceta Reguli (Tauri???? tu pojawiło się we mnie jakieś skojarzenie ze znakiem Byka)
[Słyszenie głosów na tym poziomie nie jest wyraźne, poza tym pamięć potem szwankuje. Być może istota podała nazwę gwiazdy tau Ceta w gwiazdozbiorze Wieloryba]
– Czy jesteś mną?
– Nie, nie jestem.
– Czemu to wszystko służy? Czy będziesz zawsze razem z moim Ojcem, czy jesteście jednością?
– To jest tymczasowy układ. Spotkaliśmy się przypadkiem, połączyliśmy, ale nie wiadomo, co będzie wyżej, co przyjdzie nam jeszcze przeżyć, i czy pozostaniemy ze sobą w wyższych światach, raczej jest to wątpliwe.
Pojawiły się graficzne sceny wizyjne ilustrujące mi zamiary i cel, do którego ona zdąża.

Nostromo

Zobaczyłam ciemną sylwetkę człowieka, przypominającego przerażającego mutanta z IV części „Obcego” z Nostromo, z którym kobieta zamierzała się połączyć, przeszedłszy przez drzwi. Ich seksualne złączenie wyglądało dziwnie, mężczyzna stał na głowie, a kobieta usiadła na nim okrakiem.
W dzień przejrzałam Atlas nieba gwiaździstego i znalazłam na mapie (oprócz gwiazdozbioru Zeta Reticuli) gwiazdozbiór Cetus (Wieloryb), graniczący jednym ze swych boków z gwiazdozbiorem Taurus (Byka).

2 kwietnia 2000. W nocy przeżyłam spotkanie z istotą z mroku i było to coś strasznego. Przypominała wielkiego, smolistego, drapieżnego, wieloodnóżastego pająka, który wczepił się w moje plecy i przemocą manipulował w okolicach prawej łopatki i żołądka. Kiedy próbowałam zrobić w stronę tego niewyobrażalnie ohydnego stwora znak krzyża, moja ręka napotykała tak ogromny opór, że właściwie zostałam sparaliżowana. To przeżycie zszokowało mnie na cały dzień.
Spotkanie z nim poprzedziło nieubłaganą diagnozę lekarską postawioną mojej mamie.

7 kwietnia 2000. Sen o wizycie w Obozie Birkenau, który można znaleźć we wpisie „Nieme ścieżki”.

10 kwietnia 2000. Czytam tekst wiersza, bardzo ładnego, w stylu Adamowym. Potem w dużej bankowej kasie pozamykanej szczelnie ze wszystkich stron, jak pancerny szary sejf siedzi jakiś uprzykrzony, lub tylko miotający się w środku uparcie (?) karzeł. Nagle ktoś z zewnątrz rozwala okienko młotem, mówiąc: DOSTANIESZ WSZYSTKO OPRÓCZ MIŁOŚCI! Obudził mnie śpiew dwóch kobiet, tekst brzmiał: „Kochał w życiu tylko dwie kobiety, tylko córkę i żonę…”

15 kwietnia 2000. Sen miał coś wspólnego z kosmitami i świadomością, że oni są gotowi w każdej chwili pojawić się u mnie. Zakończył go charakterystyczny, elektryczny trzask gdzieś pod sufitem pokoju, który mnie obudził.

16 kwietnia 2000. Zaczęło się już w dzień. O 17.40 z trzaskiem i rumorem coś spadło z góry przed dom, do ogródka (odgłos podobny do upadającej blachy). Po chwili przybiegła sąsiadka, mieszkająca dwa domy dalej, na ogół niekomunikatywna i jej syn. Byli mocno zaaferowani, ponieważ zauważyli coś jak iskrę, wielki błysk w okolicy naszego domu. Pytali, czy nie ma kłopotów z prądem. Nie było żadnych. Doszli do wniosku, że był to gołąb, który zahaczył o druty i spowodował spięcie elektryczne.
Przed snem czytałam książkę Janusza Andrzejewskiego „Dusze boga Re” i zastanawiałam się nad Enneadą bogów egipskich. W stanie półsnu pokazało się kilka migających obrazów: ohydnie wykrzywiona złością twarz jakiejś bogini (Izydy? Neftydy?). Lecę pomiędzy drzewami w wielkiej puszczy, zręcznie i błyskawicznie je wymijając, jak w komputerowej grze. Ściga mnie przewrócone na ziemię… drzewo, korzeniami pokrytymi szarą, wyschniętą ziemią do przodu… Czuję się w tym locie ogromną prehistoryczną ważką.

W nocy sen: mój ojciec odłożył sobie starannie zapasy jedzenia na 3 półkach w lodówce, a ja z nich przyrządziłam sobie posiłek i usiadłam do stołu, aby go zjeść. Na talerzu leżały dwie, przecięte połówki jakiegoś podłużnego, okrągłego placka. Kiedy pojawił się ojciec próbowałam zastawić się stołem-ławą. Ojciec był wściekły, gotowy zabić. Nagle przeleciała przeze mnie świadomość niewielkiej, kosmicznej istoty, jak przypomnienie czegoś z zamierzchłej przeszłości. Myśl: Gra! przychodzi mi przegrać! muszę się na to zgodzić, bo tak się umówiliśmy wcześniej! On ma taką rolę i odgrywa ją właśnie, zwyciężając. Oraz pewność: nie pożyję już długo, to moje ostatnie godziny… Nie było we mnie buntu wobec tego, co miało się stać. To uczucie wydobywało się gdzieś z głębi żołądka. Ojciec był straszliwie rozgniewany, szalony, nieprzewidywalny, a ja go kochałam i nie mogłam nic zrobić, aby się obronić. Obudził mnie odgłos jakby spadającej z nieba wielkiej kropli (łzy?). I bolesny skurcz w splocie słonecznym.

[Ten sen miał powiązanie z jawą takie, że miała dotrzeć do mnie wiadomość o nieuchronnej śmierci matki na raka żołądka]

Chwilę potem znów zasnęłam i znów pojawił się Ojciec. Z zabójczą pasją wpadł do pokoju i podszedł do mnie wielkimi, zdecydowanymi krokami. Obudziłam się nagle wiedząc, że lepiej będzie, jeśli nie zasnę, bo zmierzenie się z tym w transie przerasta moje siły.
Długo nie spałam. Byłam zlana potem, czułam silne uciski w dwóch punktach na skroniach, na czubku głowy i ból głowy, rozchodzący się od czoła. Podczas rozmyślań pojawiła się w końcu charakterystycznie „uśmiechnięta” twarz Szatana. Zaistniała z tyłu mojej głowy. Poczułam ponure i napięciowe energie wokół siebie, ale nie było to zastraszanie z jego strony, tylko zaznaczenie swojej obecności i jak gdyby propozycja, wysunięta znowu wobec mnie: „Słuchaj, w każdej chwili mogę ci pomóc, jak stary kumpel, jeśli tylko poprosisz…”. Miałam wewnętrzną przestrzeń, w której mogłam czuć się niezależna. Pomyślałam, że wolę zginąć z rąk rozgniewanego Ojca, jeśli rzeczywiście na to zasłużyłam, niż wejść w układ z ciemną siłą.
Rano obraz wizyjny: podwójna istota ludzka, jak bracia syjamscy przyklejeni do siebie, idzie w półokrągłych butach przed siebie.

diplodok

26 kwietnia 2000. Obrazy: twarzyczka „człowieka z drewna” [w Popol Vuh nazwa pierwszej nieudanej rasy ludzkiej skonstruowanej przez wyższe istoty], wielkie oczy lemura, w kształcie kwadratu, niewielki wzrost, który sprawił, że wzięłam go z początku za skrzata. Następnie długa, potężna szyja diplodoka zaglądającego między drzewa. Groźniejsza i nieco inna, niż na filmie BBC.

29 kwietnia 2000. Obraz: niewielka kosmiczna istota w skórze człowieka leży zupełnie bezradnie na ziemi, a na jej piersiach stoi kilkoma odnóżami czarny, pająkowaty, smoliście czarny stwór ze sfery Mroku.
Sen: siedzę za biurkiem w jakimś biurze. Wszystko szło dobrze, póki koleżanka z działu bankowego nie powiedziała mi poważnym, spokojnym głosem o jakiejś niewykonanej na czas wpłacie pieniężnej, co może skończyć się karą. Przeszukuję biurko, nic. Zaglądam w końcu do szafki koleżanki i tam chwyta mnie coś w rodzaju prądu, nie idzie zajrzeć głębiej. Ogłaszam wszystkim: Tam nie mogę sprawdzić, bo zobaczcie! i pokazuję im swoją lewą dłoń. Czubek małego palca wykrzywiał się sam do wewnątrz, resztą palców czułam silne, odpychające napięcie. Z szafki wypada prawie pusty pojemnik po tuszu do drukarki, wrzucam go tam z powrotem, zamykam trzaśnięciem szafkę i siadam przy swoim biurku. Raz sprowokowane jednak złe moce ujawniły się i z szafki wydostaje się anioł Satanael. Ubrany w biały, atłasowy strój kapłański z „rogatą”, kanciastą czapką w kolorze biało-różowo-czerwonawym na głowie. Zaczynam egzorcyzmy krzycząc wielkim głosem, odważnie: Diable, wypędzam cię! Diable, wypędzam cię! i robiąc wielkie znaki krzyża w jego kierunku. W pomieszczeniu zaczyna wiać świszczący wiatr i wylatywać przez otwarte drzwi. Satanael jednak pozostaje na miejscu, uśmiecha się w milczeniu, a ja obudziłam się nieco zdezorientowana, co do jego intencji.
Jasnowidzenie: czarna, niewielka kulka nadlatuje w kierunku mojej twarzy, lękam się, że to znowu jakiś implant, ale nic nie mogę zrobić, budzę się.

30 kwietnia 2000. Czekamy na Ra, który przylatuje co 145.500 lat i podsumowuje postępy świadomości na Ziemi. Istoty, które są z Nim mają odpowiednie przyrządy, którymi badają jakość dawnych populacji, dotykając nimi starych kości. Urządzenie wyświetla im poziom toksyn, choroby i obciążenia organizmów, które żyły przed wiekami. Do porównań ze stanem współcześnie zastanym – służą im mumie. Zdarza się, że przylatują istoty z otoczenia Ra w mniejszych odstępach czasu, one „doglądają ziemski ogród” i zabierają ze sobą tych, którzy już doszli do ich poziomu rozwoju. W takim właśnie czasie, teraz zostaje zabrana na ich pokład moja matka, już zupełnie niezainteresowana ziemskim życiem. Ojciec zaś zapada w senny trans. Pozostaje mi jedynie stara babka (szczupła, uśmiechnięta, pomarszczona, podobna do znajomej „gwiezdnej”), bardzo chętna mi pomóc i pomimo starości wcale nie spiesząca się do odejścia.
Potem schodzę z piętra mojego domu po drabince. Najpierw muszę przecisnąć się przez pofalowane kraty, ale one przybierają kształt zgodny z moim ciałem, więc nie są zbyt wielką przeszkodą. Mimo to wysokość grozi katastrofą w razie upadku. Trzymam się kurczowo brzegu okienka, na parapecie leży śnieg, brzeg drabinki jest oblodzony. Udaje mi się jednak dość zręcznie dostać do niej i schodzę co drugi stopień w dół kilkoma „krokami”. Ostatni stopień jest przerwany w połowie i nieumiejętne schwytanie go dłonią przy schodzeniu na ziemię (drabinka kończy się na tyle wysoko, że trzeba zeskakiwać) sprawia mi ból. Poza tym mam na nogach tylko jeden, prawy but, lewa stopa jest goła i trafiam przy zeskakiwaniu na raniący gruz, leżący pod ścianą, ale jakoś się w końcu udaje.

Cdn.

Reklamy

Z dziennika wzięć, czyli wejść i wyjść zapis 9

Kontynuuję opowiadanie. Szeregu kontaktów z niewidzialną Drugą Stroną, podjętych z jej inicjatywy i ciągnących się, jak dotąd już rok drugi.

aztec-pyramid

11.II.2000. Zasnęłam w trakcie rozmyślań o podziale na 4 ciała [Ich opis zamieściłam na blogu nostradamicznym we wpisie o złotym ciele]. Zauważyłam w tym krzyż. Dalej śniła mi się ta sama kwestia w postaci znajomej młodej aktorki [Gracz rodem z Nieprzejawienia], która zamieszkała w Moskwie [poziom 5 przyczynowy, a pewnie jego centrala na 10] i nie chciała wrócić do kraju, mimo biedy, w którą popadła [brak energii zasilającej z dołu?]. Przysłała nam jednak kwadratową płytę kompaktową, każdy z czterech brzegów miał osobną linię nagrania. Wiedza bezpośrednia: każda z ras, powstających z kolejnych podziałów pełniła role „bogów” i opiekunów wobec ras, które z niej powstały, zasiedlając niższy wymiar. Można było sięgnąć świadomością z ich ciał wyżej, o 2, 3 stopnie, ale to były rzadkie przypadki. W końcu jednak ludzie dotarli do granicy „płaskości” (tu zobaczyłam ową aktorkę pokazującą coś na ściennej mapie), od której powinni się odbić w górę, ale… oni zaczęli mieć dzieci ze zwierzętami.
Obudziłam się i w tym momencie usłyszałam w pokoju męski, nieco mechaniczny głos, który powiedział: PIĘTNAŚCIE. I jest to dla mnie absolutna zagadka.

[Obecnie mogę domniemać, na podstawie ustaleń Jarka Bzomy, iż głos Nieprzejawienia powiadomił mnie, że wszystkich poziomów rozwoju tego Wszechświata jest piętnaście.]

12.II.2000. W czytelni bibliotecznej długo przeglądałam albumy o dinozaurach. A potem w nocy czytałam „Dzieje świata” Herberta Wellsa. Sny wizyjne. Widzę ogromną wirującą Galaktykę, mój ojciec dotarł już prawie do samego Centrum, gdy nagle odwrócił się znowu w moją stronę, wraca w swoją przeszłość, pomimo że musi złożyć bardzo prymitywną ofiarę ze swojej krwi i oto nagle przenika mnie Jego boska świadomość JAM JEST…
Następnie trafił do kawiarni w naszej miejscowej remizie, gdzie oblegany przez panie szybko zapomniał, po co tu przybył, podpił sobie i wcale nie chciał przyjść do domu. Poszłam do niego razem z siostrą, mówiąc: „Zajrzałeś do nas tylko na jedno popołudnie, a teraz już od dwóch dni siedzisz tam bez przerwy, chcę cię trochę mieć dla siebie”, ale on wcale nie był chętny naprawić sytuacji. Wyjrzał na chwilę i znów został. W budynku remizy, w sąsiednim pomieszczeniu miał tymczasem otwarty swój „sklepik” jakiś mi nieznany, nadzwyczaj spokojny mężczyzna. Gdy do niego zajrzałyśmy czytał książkę, panował u niego wielki spokój, który w porównaniu z chaosem panującym wokół ojca jeszcze bardziej mnie zdenerwował. Na rogu ulicy ojciec zostawił 2 połączone ze sobą na wzór tandemu rowery, ktoś mógł je ukraść. Były już stare i trochę zardzewiałe, pomalowane żółtą i zieloną farbą, rozszczepiłam je i postawiłam obok siebie… Obudził mnie żal i jakieś takie rozpłakanie, wznoszące się z 2 czakry.
Na podwórzu naszego starego domu pojawiło się wiele osób. Na kocu po środku, otoczony gromadą słuchaczy rozsiadł się Ole Nydhal. Chciałam zaprosić go na nocleg, ale nie umiałam się z nim porozumieć. Pokazałam mu wreszcie swoją książkę [sennik] i powiedziałam po francusku jakieś niezdarne zdanko wyjaśniające, że to ja ją napisałam. Zrozumiał je po chwili, ale nie wydawał mi się zbytnio zainteresowany.
Pole, mnóstwo ludzi, zmierzch, przed nami wysoki, zrujnowany, kilkupiętrowy budynek. Grupa magów „z lewej ręki”, dowodzona przez człowieka o dziwnie blond-tłustej [świńskiej], charakterystycznej twarzy z grubymi, wywiniętymi wargami popisuje się tym, co potrafi. Wymawiają jakieś zaklęcia i oto płyty tworzące ściany ostatniego piętra budynku odpadają same i nawet księżyc zrobił się czarny i zniknął z nieba (jak gdyby odleciał, zjedzony przez czarną plamę Rahu). Tych „magów” jest stosunkowo niewielu, ale robią silne wrażenie, którego my nie pochwalamy i staramy się przed skutkami podziwiania tych sztuczek ostrzec przyglądających się tłumnie ludzi. Nocuję potem w namiocie „cyrkowców”. Jest już stary, jasnoniebieski od wewnątrz, ale niewielkie okienko już nawet nie prześwituje, „zalutowane” czymś z drugiej strony. Słychać wiejący na zewnątrz groźny wiatr, ale w środku jest spokojnie i cicho, przynajmniej na razie. Ktoś jest obok mnie i zaczynam się z nim kochać. W tej samym pomieszczeniu śpi jeszcze ktoś inny, i ta druga osoba również z kimś innym się kocha.
Zmieniamy teren „przedstawienia”, planujemy iść do innej wsi. Martwię się, że nie ma tam wody do umycia się, jest jedynie maleńka, ale brudna struga. Trafiamy jednak (znów pole, ludno). I okazuje się, że jest tam wielka szeroka rzeka (płynie tak jakby w miejscu Luciąży). Jeden z nas, starszy pan wchodzi do niej i okazuje się, że woda sięga mu ledwie do pasa przez całą szerokość rzeki. Obserwujemy go z brzegu i z góry (jak gdyby frunąc nad nim). Mężczyzna trafia przy drugim brzegu na głębinę, odważnie idzie w jej kierunku, aby ją zmierzyć, woda podnosi się i sięga mu już do brody. Wystraszona wołam do niego, aby tego nie robił, nie szedł dalej, bo utonie.
I znów jestem z moim ojcem, na jakiejś górze. Planujemy coś, rozważamy. On jest jakiś taki nieodgadniony, choć sympatyczny i towarzyski, aż za bardzo nawet. W końcu namówił mnie do wspólnego zjazdu w dół, obiecując, że reszta znajomych dotrze tam zaraz za nami. Dałam się namówić i spłynęliśmy w dół stromym strumieniem wody, górską, rwącą rzeką, wypływającą spod budynku na szczycie góry – płynąc dwójkowym kajakiem. Kiedy znalazłam się jednak na dole i spojrzałam na przebytą drogę zdałam sobie sprawę, że nie mam możliwości swobodnego powrotu do miejsca wyjścia, a towarzysze nie wiadomo czy prędko się zjawią. Można tu było jedynie bezradnie czekać. Góra z kwadratowym budynkiem świątyni na szczycie i opadające z jej obu brzegów wody rzek przypominała z wyglądu jakąś meksykańską piramidę. Poczułam lekką złość na ojca, że mnie w to wszystko wplątał. Wtedy usłyszałam głos mówiący: „Ratujemy SAMI SIEBIE” i ten głos mnie przebudził.

17 lutego 2000. Sen wizyjny: w jakiejś starej szopie ze słomą i sianem znaleziono stare indiańskie [czerwone – poziom 5 przyczynowy, drewno – urojeniowość minusowa] bóstwo. Jest to rozgałęziający się kij z dwiema czarnymi głowami na końcach [dualizm wartości, rozszczepienie nurtu czarnego, zstępującego]. Zaczyna się je pokazywać u płotu gospodarstwa [granica ziemskiego wymiaru], ludzie zewsząd masowo pielgrzymują do niego. Zjawiam się i ja (za plecami, jak cień stoi mi jakiś ksiądz), staję w pierwszym rzędzie i podchodzimy z innymi do płotu, wyciągnąwszy dłonie przed siebie, jakby w geście prośby o łaskę. Bóstwo zaczyna „działać” i wtedy moje ręce rozświetla wokół białe, czyste światło. Niestety, z innymi jest inaczej. Na ludzi pada straszna zaraza, wydostaje się diabelska, złośliwa energia, przed którą nie ma żadnego schronienia. Jakoś daje się częściowo zażegnać niebezpieczeństwo, umieszczamy porażonych w jednym miejscu kwarantanny, leżą pokotem, chorzy, ale ich życiu nie grozi niebezpieczeństwo. Robię nad nimi znak krzyża i odchodzę. Spieszę się do domu, gna mnie niepokój o bliskich. Przy schodach (wejście i dom były inne, parterowe) stoją rzędem rowery, zasłaniając drzwi – czuję niecierpliwość. W końcu wchodzę, przeskoczywszy je jakoś, w środku pusto, meble porozrzucane, chaos w środku… a więc trafiło tutaj… Budzi mnie ogromny lęk, rozpacz, wstrząs.
Wizja: nad jakimś wiejskim podwórzem [planeta Ziemia] nadlatujący spodek, brązowy. Toczy się walka z innym spodkiem. Działo się coś intensywnie i wysoko, bardzo prędko, bezwzględnie. Pamiętam Białą Istotę i wieść, że jestem jednym z Dziewięciu. Kiedy się nagle obudziłam czułam ból we wnętrzu pępka jak po wkłuciu cieniutkiej igły.

21 lutego 2000. Nad ranem wizja: piszę na komputerze, chcę wcisnąć polecenie: „Zapisz”, ale na ekranie ukazuje się zestaw dziwnych opcji i nie wiem, jak z tego wyjść. Tymczasem zaczyna się błyskać na dworze, chyba idzie na burzę i muszę coś prędko zrobić, aby uratować tekst. Widzę iskrę strzelającą z kontaktu i odskakuję w głąb pokoju. Rozlega się huk przejeżdżającego pociągu. Przez okno dostrzegam lokomotywę pociągu, jadącą na wschód [poziom przyczynowy, karmiczny], mój dom staje się jakby wagonem, który ona ciągnie. Słyszę z sąsiedztwa okrzyk zdumionej sąsiadki-dewotki: „O Boże!”…
Rano wizja: diaboliczny młody człowiek, widzę go na ekranie TV, albo w oknie, nie pamiętam. Niemiły.

[Tu muszę wtrącić, że ten sen, oprócz przeżycia transformującej – symbol pociągu – drogi w kierunku granicy 8/9 (życia i śmierci) był zapowiedzią trudów zaczynającego się roku. W ciągu kilku następnych miesięcy okaże się, że moja matka choruje na śmiertelną postać raka, czeka mnie opieka nad umierającą, jej śmierć i opuszczenie rodzinnego domu, oto co było wtedy jeszcze przede mną, kompletnie tego nieświadomą]

23 lutego 2000. Przed snem obraz: obejmuje mnie od lewej strony z przodu coś mającego gadzią skórkę, długiego, spłaszczonego na końcu, ciemno połyskującego. Postanowiłam się temu przyjrzeć lepiej i zobaczyłam, że jest to dłoń.

[Dłoń – to Atman z poziomu 7 i powyżej. Jak widać niekoniecznie musi być błękitna, ani nawet humanoidalna]

Pojawiały się krótkie obrazy wizyjne, a w nich znani z „Nieznanego Świata” ezoterycy, a potem sen z ich udziałem. Badali mnie na odległość, próbując różnych diagnoz. [Sny o tych badaniach, całkiem liczne, jak dotąd – hehe – się nie sprawdziły, ale ze względu na spore ciekawostki może je kiedyś zamieszczę]. Nad ranem coś się jakby chciało do mnie zbliżyć, ale wtedy z okolic splotu słonecznego „szurnęły” ku niemu moje smoki i ogniste węże i natychmiast zlikwidowały zagrożenie. Jasny gwint!

24 lutego 2000. Sen: siedzę na sankach [minusowość] na drodze w kierunku sąsiedniej miejscowości. Półmrok. Gdzieś blisko jest stacja PKP (tory) [poziom granicy 8/9] , a koło mnie, poufale, ale z dystansem leży listonosz z miejscowej poczty. Obok przykuca kierownik poczty, starszy, o którym wiem, że łasy jest na kobiety. Rozmawiamy o piwie, którego sporą dostawę sprowadził z Ameryki listonosz. Kiedy nam o tym opowiada wstaje i gestykuluje żywo, z rozmachem. Na to nakłada się inna rozmowa, z kobietą. Ona pyta mnie o „tysiąc i sześćset stadiów” wytłoczonej krwi z wizji św. Jana, a ja tłumaczę, że chodzi o podział zysków pomiędzy Niebo (liczba 1000) i Piekło (liczba 600), dodaję też coś o Żniwiarzu i dochodzę do wniosku, że ptaki jedzące trupy to zmiana koncepcji cielesnej, szykująca się w masowej skali. Zauważam nagle koło siebie, na prętach sanek leżącego żółtego małego kotka w pomarańczowe okrągłe łatki. Z pyszczka przypomina lwa, albo lamparta. Jest trochę niezgrabny, ale budzi moją czułość i chcę go pogłaskać. Kociak zrywa się i przechodzi na leżący po prawej stronie kocyk, siada na brzegu i patrzy na mnie błyszczącymi oczkami. Stwierdzam, że nie będę go zmuszać, bo to wolne stworzenie, widocznie zbyt niedotykalskie.

25 lutego 2000. Chwilami przed snem nagłe odczucie jakby odtykania uszu, lub dokręcania „śrubki” nad uchem. Wizyjne elementy ze snu przedstawiały najpierw barana o dwóch wielkich rogach i kozła z wizji Daniela, leżące na moim podwórzu, oraz przeźroczyste, gęste piwo marki „Magnum” w niskiej szerokiej szklance (czy należy czytać Mag Num?), potem „braci Kumarów” przemieniających się w Białe Istoty, oraz wiadomość, że przez wiele lat tkwiły we mnie specjalnie założone przez nich „zamki”, blokujące ukryte w pamięci rzeczy.

26 lutego 2000, rano 2 razy pod rząd ktoś wchodził do mojego pokoju i znikał przy tapczanie.

cdn.

Opowieść Phila

Przerywam na chwilę wątek zapisu przeżyć sennych w Dzienniku Wzięć. Przedstawiam fragment opowiadania, które zapisałam po intensywnej nocy wizyjnego snu, transu i odbierania informacji w podwyższonym stanie umysłu. Stało się to w 2003 roku. Wtedy przychodziło do mnie wiele takich historii. Sny były tak szczegółowe, rozbudowane fabularnie i całkiem nie moje, że czułam silną potrzebę dania im formy literackiej. Pewnie w taki sposób zeszło i wciąż schodzi na ziemską niwę wiele utworów, opowiadań, powieści, obrazów, poezji, uznanych potem przez ludzi za w jakiś sposób wyprzedzające swój czas. Ta historia też wyprzedzała czas, choć mojego osobistego rozwoju. Sen opowiedział mi zdarzenie kompletnie dla mnie zaskakujące. Miałam wówczas rzadki dostęp do internetu, który po polskiej stronie nie był tak rozbudowany jak teraz. Dopiero kilka lat później, gdy dysponowałam w miarę stałym łączem i lepszym komputerem, odkryłam w sieci rzeczywistego człowieka, którego poznałam w owym śnie. Nazywał się Phil Schneider, i nie żył już, gdy mi się śnił. Niektóre szczegóły zostały przeze mnie dodane (nazwiska, imiona, miejsce), ustalone domyślnie, niektóre padły we śnie (Tutenchamon, Japończycy, Los Alamos), treść rozmowy z Philem i Jarhlem jednak pozostaje niezmieniona, choć zamieniona w dialog. We śnie był to przekaz informacji z umysłu do umysłu, bezpośredni.

Autor: Ewa Sey

Pakt z diabłem

Nazywam się George Romantzef. Jestem urodzonym Amerykaninem rosyjskiego pochodzenia. Przez wiele lat byłem dziennikarzem radiowym, odnoszącym niejakie sukcesy. Trwały one do czasu, gdy pod koniec lata 1995 roku udało mi się nawiązać pewien interesujący kontakt. Z anonimowym człowiekiem, który zadzwonił do naszego radia. Było to w trakcie prowadzonej przeze mnie raz w tygodniu nocnej audycji o spiskowych teoriach i UFO. Cieszyła się ona popularnością w całej środkowej Ameryce. Rozmówca udzielił kilku istotnych wstępnych wyjaśnień. Pracował w jednej z baz wojskowych na terenie naszego stanu. W której więzi się kilka dziwnych obcych istot. Nocne światła na niebie widywane w pobliżu bywają ich statkami. Przerwał wywiad nagle, tłumacząc się, że został namierzony przez służbowy podsłuch. Zadzwonił ponownie na drugi dzień, już poza anteną. Umówiliśmy się na konkretny dzień i godzinę w pewnym odległym miejscu naszego stanu.
O całej sprawie wiedział tylko John Bozz, mój szef. Dał mi kilka dni wolnego na zebranie nowych, być może nietuzinkowych materiałów dziennikarskich.

Droga wiodła daleko w głąb pustyni Nevada. Po kilku godzinach nieprzerwanej jazdy przez pustkowie, gdy szary zmierzch zbliżał się właśnie wielkimi skokami, zajechałem przed niewielki przydrożny motel. Tak, jak w podanej wskazówce znajdował się w nim otwarty całą dobę bar, mieszczący – jak się okazało – zaledwie kilka stolików dla niezbyt często i licznie witających w nim gości.
Na schodkach wiodących na taras okolony metalową barierką i przyległy bezpośrednio do baru, w nieruchomej pozie kontrolującego strażnika stał potężny, czarno ubrany mężczyzna. Biła z niego skupiona siła i zdecydowanie. Musiałem niejako wciągnąć brzuch, by przecisnąć się obok niego idąc tamtędy do drzwi. Będąc człowiekiem dość niskim i tęgawej budowy poczułem się przy nim niepewnie i trochę jak dziecko. Nie poruszył się, żeby ustąpić mi miejsca, ale też nie zabronił iść dalej.
Zatrzymałem się na chwilę w drzwiach wejściowych i rozejrzałem bacznie po wnętrzu nie zawieszając na niczym wzroku, aby na wszelki wypadek nie budzić zbędnego zainteresowania. Zamówiłem przy bufecie u dochodzącego skądś z zaplecza pomarszczonego drobnego barmana, kawę i hamburgera z dużą ilością sałatki i dopiero potem odwróciłem się twarzą do środka. Zdecydowanie zająłem miejsce przy pierwszym z brzegu wolnym stoliku. Byłem jeszcze lekko oszołomiony kilkugodzinną samotną jazdą samochodem, może z tego powodu nie odczuwałem zdenerwowania ani nawet ciekawości. Która mnie przecież tutaj przywiodła.

Położyłem na blacie stołu, obok szybko dostarczonego mi posiłku oprawny w brązową skórę notes i długopis, musnąłem palcami górną kieszeń marynarki i wyczułem uspokajający płaski kształt dyktafonu. Poczułem się przygotowany. Miałem w planie wszystko dokładnie i wszelkimi dostępnymi sposobami zanotować i zapamiętać z tego, co będzie się działo.
Zjadając hamburgera rozejrzałem się uważnie po nielicznych współobecnych. Nastawiłem uszu, aby nie uronić żadnego słówka z tego, o czym podejrzewałem, że się w tym miejscu może rozmawiać.

Po mojej lewej stronie pod ścianą siedział milczący, budzący zaufanie mężczyzna około pięćdziesiątki. Był silnej budowy, z białymi włosami wystającymi spod wojskowej czapeczki z daszkiem, mimo wieczornego chłodu tylko w dżinsach i bawełnianej jasnej koszulce, krótkie rękawki odsłaniały znaczne muskuły jego ramion zakończonych szerokimi dłońmi. Zajmował samotnie stolik w kącie, popijając leniwie jakiś napój. Zdawał się nie interesować poza tym niczym więcej. Ledwie jednak wszedłem do środka, gdy od razu powstał pewien ruch. Podszedł do niego ktoś z głębi pomieszczenia.
Był to bardzo wysoki, na oko czterdziestoletni osobnik, mocno szczupły, wręcz chudy. Stwierdziłem, że obaj mężczyźni musieli się już wcześniej znać lub choćby widywać, gdyż chudemu udało się od razu zagaić rozmowę.
– Przepraszam, czy jesteś Phil?
– Tak – uśmiechnął się, wcale niezdziwiony bezpośredniością starszy z nich.
– Jahrl – przedstawił się chudy wyciągając do niego dłoń.

Pomieszczenie baru było na tyle małe, że niektóre słowa i nawet całe zdania z ich rozmowy dobiegały wyraźnie moich uszu.

Chudy dostał przyzwolenie i dosiadł się do Phila. Rzucił temat wspólnej służby w armii na terenie pobliskiej bazy w zakazanej strefie. Phil chętnie dał się wciągnąć w rozmowę i zauważyłem po jednym jego rzucie oka na mnie, że nie przeszkadza mu, że jej słucham.
– Owszem, służyłem tu w okolicach. Przed laty, nieco wcześniej od ciebie – odparł z uśmiechem. – Mogę także cośkolwiek powiedzieć na temat pewnych oficjalnie ukrytych szczegółów działań naszego rządu, które poznałem osobiście. Potwierdzić niektóre plotki, a niektórym zaprzeczyć. Czemu nie?

Wymienili ze sobą jeszcze kilka zdań nieco bardziej ściszonymi głosami i mogłem jedynie z poruszeń ich ciał, rąk, spojrzeń i wyrazów twarzy domyślić się, że rozmawiają także o mnie. Starszy z mężczyzn patrzył w moją stronę jasnym wzrokiem zupełnie bez skrępowania, gdy tymczasem Jahrl zadał mu jakieś pytanie. Phil skinął głową na potwierdzenie i już po chwili okazało się to równoznaczne z pozwoleniem udzielenia mi wyjaśnień.
Jahrl, wstając od stolika klepnął Phila dłonią po ramieniu i zdecydowanym krokiem ruszył w moją stronę. Nieomal w tej samej chwili stał wprost przede mną. Starszy spokojnie przyglądał się tej scenie z boku zupełnie nie wtrącając się w jej przebieg.

Przedstawiłem się mojemu informatorowi szybko i zdawkowo. Z bliska zauważyłem, że Jahrl trzyma cały czas swoje zaciśnięte w pięści dłonie w kieszeniach motocyklowej kurtki z brązowej skóry. Okazało się też, że nie ma zamiaru siadać. Stał po drugiej stronie stołu, naprzeciwko, wysoki i cienki jak pęd trzciny, wybujały w górę na jakieś sześć i pół stopy, co wprawiło mnie w zmieszanie. Musiałem zadzierać głowę, aby widzieć jego pozbawioną zarostu bladą twarz i nie uronić żadnego słowa. Utrudniało to znacznie pisanie w notesie. Tymczasem chudzielec bez zbędnych wstępów, ani nawet sprawdzenia moich dokumentów potwierdzających tożsamość rozpoczął swoją opowieść.

Z początku próbowałem ją notować. Chciałem z tych zapisków zbudować dłuższy szczegółowy tekst, dlatego, gdy już zaczął opowiadanie kilkakrotnie usiłowałem mu przerwać prosząc o powtórzenie umykających mi informacji. Ale on od początku zachowywał się tak, jakby w ogóle mnie nie słyszał. Mówił prędko, cały czas wyprostowany jak struna, z oczami świecącymi niby dwie zapalone latarki. Słowa biegły za sobą ciurkiem coraz szybciej i szybciej, aż ledwie nadążałem ze zrozumieniem tego, co mi przekazywał.
Zorientowałem się, że nie dam rady uprosić go o wolniejsze tempo i chcąc nie chcąc porzuciłem notowanie. Tuż przed rozmową włączyłem dyktafon ukryty na piersi i teraz miałem nadzieję, że przy jego pomocy ostatecznie odtworzę wszelkie informacje. Spróbowałem jedynie wsłuchać się w padające słowa, aby maksymalnie dużo zapamiętać z tego dziwnego wykładu.
Mam wieloletnią wprawę w robieniu wywiadów i reportaży, dlatego nie traciłem nadziei, że reszta automatycznie przypomni mi się podczas pisania.

Umysł mojego informatora z jakichś nieznanych przyczyn funkcjonował według parametrów, których nikt z ludzi, przynajmniej nikt zwyczajny, po prostu nie posiada.
– Może został specjalnie wytrenowany przy pomocy jakiejś supertajnej technologii – pomyślałem, usiłując z trudem zdążyć za seriami skojarzeń, obrazów, faktów, liczb, numerów, dat, nazw, miejsc, imion padających z prędkością karabinu maszynowego. Pamięć Jahrla zdawała się magazynować nieskończoną ilość informacji encyklopedycznych. Na dokładkę potrafił z nich swobodnie i do woli korzystać. Z równą prędkością zmieniał temat, a raczej poszerzał go o poboczne uzupełnienia i uzupełnienia uzupełnień.
Z powodu mechanicznego, wręcz nieludzkiego tempa jego mowy pozbawionej wszelkiej tonacji, w mojej pamięci pozostały jedynie strzępy kilku powiązanych ze sobą opowieści. Powtórzyłem je sobie kilka razy w myślach, gdy już ten szalony przekaz ustał. Wszystko po to, aby napisać choćby to żałośnie krótkie opowiadanie.

tuts-xray-of-skull

Teraz jestem pewien jedynie tego, że Jahrl rozpoczął od historii znalezienia przed wielu laty w starym grobowcu na pustyni ciał kilku zamordowanych istot kosmicznych. Każda zawinięta była w półprzeźroczysty biały muślinowy całun. Najdelikatniejsze płótna stosowano przy pochówku członków królewskich rodów, jednak grobowiec do królewskich nie należał. Jedna z nich miała drewnianą nogę. Badania tomograficzne i genetyczne owej mumii potwierdziły jej pokrewieństwo z linią królów przed nią i po niej. Była jednak pół-człowiekiem, kosmiczną hybrydą. Ta historia jest powszechnie znana jako odkrycie grobowca Tutenchamona. Odnaleziono w nim jednak ciała niepasujące do założeń archeologów.

Niebywała prędkość relacji zmusiła mnie do nadzwyczajnej koncentracji umysłu i uwagi. Słuchając pilnie straciłem niezauważalnie kontakt z otoczeniem, ba, nawet czuciem własnego ciała. Prawdopodobnie nawet popadłem w jakiś rodzaj hipnozy wywołanej monotonnym głosem Jahrla. Opowiadał dalej o plemieniu Danitów, które pełniło w Egipcie ważną rolę. Znali rytuały, modlitwy i sposoby zamykające najstraszliwszą ze straszliwych energię w zaklętym kręgu, potrafili ją postawić na straży i chronić się przed nią. W mojej pamięci pozostał obraz mężczyzny w średnim wieku ubranego w starożytny strój ortodoksyjnego żyda. Dotąd nie miałem pojęcia, jak ubierali się Żydzi przed tysiącami lat, ale zaintrygowany sprawdziłem w źródłowych książkach. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że ujrzałem coś rzeczywistego, choć tego wcześniej zupełnie nie wiedziałem. Mężczyzna nosił przepasaną plecionym sznurem szarą płócienną tunikę. Na jego twarzy o wybitnie semickich rysach sterczała egipska czarna zwężająca się bródka, taka sama jak te, które nosili faraonowie. Czy dane mi zostało zobaczyć Mojżesza? A może Józefa? Syna kulawego Jakuba, którego biodro zesztywniało po walce z nienazwaną istotą? Nie potrafię tego stwierdzić, ale zauważyłem, że w momencie, gdy Jahrl opowiadał o tym człowieku Phil lekko uśmiechnął się pod nosem do swoich myśli.
– To właśnie on uczestniczył w nadzwyczaj ważnym tajnym spotkaniu zwołanym z ramienia dominującego w starożytnym świecie imperium. Spotkanie odbyło się w skalnej jaskini, wokół której rozciągała się bezludna kamienista pustynia. Tam ZABIŁ sześć osób spośród tych, co ku niemu wyszli. Powodem było to, że rozpoznał, iż NIE MA W NICH NIC LUDZKIEGO.

Jahrl dodał na koniec, że tajny Wspólny Rząd składający się z przedstawicieli kilku najwyżej zaawansowanych technologicznie krajów Ziemi nawiązał już kontakt z owymi istotami penetrującymi naszą planetę od dawien dawna. Po raz pierwszy oficjalnie zameldowali o nich żołnierze kawalerii amerykańskiej, którzy w pogoni za bandytami weszli do pewnej pieczary znajdującej się na granicy z Meksykiem. Wydarzyło się to na początku wieku.
– One z pewnych powodów nie są dobre – Jahrl zwolnił w tym momencie tempo i spojrzał mi głęboko w oczy.
– Czemu? – zapytałem, z trudem przełykając ślinę. Ponieważ, jak się okazało zaschło mi w ustach.
I chudzielec znów rozpędził się z wyjaśnieniami.
– Chodzi o ważną, potężną, mroczną i straszną istotę, która stoi za nimi. Sprawuje kontrolę nad nieświadomym jej istnienia światem. Jest to pojedyncza istota, prastara, ponura, zawzięta i kompletnie nieprzewidywalna.
– Jak wygląda?
– Chudy nieprzyjemny humanoid drobnej postury z krogulczym nosem – tu jakimś cudem telepatii nieomal ukazał się cień tego obrazu w moim umyśle. Po tej odpowiedzi słuchałem dalej nie przerywając:
– Kontakty przedstawicieli ziemskiego rządu z tym starym władcą zachodzą w ścisłej tajemnicy. Towarzyszą im zawsze elitarne oddziały komandosów.

Nagle pomyślałem przez ułamek ułamka sekundy, (bo na tyle pozwalał mi mój informator), o tych młodych, wybitnie inteligentnych, wykształconych, specjalnie dobranych i wytrenowanych ludziach, którzy ujrzeli na własne oczy przerażająco mroczną obcość i nie zwariowali. Kim są? A może jeden z nich stoi teraz przede mną?
– Ludzie z ziemskiego rządu najchętniej zerwaliby męczący ich i dręczący pakt z ową istotą, ale boją się straszliwych konsekwencji tego zerwania dla niewinnych obywateli. Zdecydowali się podjąć z nią pojedynek, najtrudniejszy z trudnych – zakończył swoją przyspieszoną perorę Jahrl.

Zaczęła wracać mi świadomość jawy. Okazało się, że obok mnie siedzi przy stoliku uśmiechający się Phil kiwający głową ze zrozumieniem. Musiał dosiąść się do nas w trakcie mojego wywiadu z chudzielcem, czego zaaferowany, w ogóle nie zauważyłem. Jahrl o pałającym spojrzeniu skończył właśnie swoją nieludzko przyspieszoną relację. I krótko przedstawił mi osobę swego starszego towarzysza.
– Phil jest już na emeryturze i zgodził się opowiedzieć coś niecoś o swojej pracy i doświadczeniu.
Phil kiwnął głową i przejął opowieść. Przywróciło mi to poczucie rzeczywistości. On przynajmniej wydawał się normalnym człowiekiem.

– Jestem z zawodu geologiem. Pracowałem przy budowie wielu podziemnych baz wojskowych na terenie Stanów. Niejedno widziałem, nie wiem jednak, co cię najbardziej interesuje. Będę się trzymał głównego tematu poruszonego przez Jahrla.
– Zgoda – chwyciłem za notes i długopis, wreszcie mogły mi się do czegoś przydać.

Phil-Schneider

– Pracowałem między innymi w bazie Los Alamos, która ma wiele kondygnacji ukrytych pomieszczeń wiodących głęboko pod ziemię. Natomiast na ogromnej pustynnej powierzchni za wysokim szczelnym ogrodzeniem ze stalowej siatki sterczy w górę wiele długich rzędów ciemnych tarcz, anten, kamer i reflektorów. Są to urządzenia monitorujące i stanowiące część systemu energetycznego tego miejsca.
– Według ciebie, do czego służy to laboratorium?
– Oficjalnie do badań nad energią atomową, przewidywania niebezpieczeństw związanych z jej pozyskiwaniem i używaniem oraz do ostrzegania. Niektórzy jednak wykorzystują jego najnowocześniejsze w świecie urządzenia do kontrolowania wszystkich i wszystkiego – odpowiedział Phil. I zaraz dodał:
– Sprzęt monitorujący i wszystkie czujniki połączone ze sobą zdalnym komputerowym systemem zostały zaprojektowane i wybudowane przez Japończyków. Oni najlepiej znają się na elektronice, miniaturyzacji i mają najnowsze technologie na świecie. Sądzę, że chodzi im o to samo, co naszym. Zbudowanie sztucznej inteligencji.
– Aha – spojrzałem mu wprost w oczy domyślając się – dlatego naszych trapi myśl, że prowadzone tam badania i zebrane informacje nie są do końca bezpieczne, bo twórcy oprogramowania nie są Amerykanami i nadal dysponują jego planami.
– Owszem – przyznał Phil, uśmiechnąwszy się wieloznacznie. – Dlatego tym gorzej dla twórców.
Po czym opowiedział mi o swoim spotkaniu z obcymi na dnie wierconej sztolni, którą daremnie usiłował pogłębić w podziemnych przepaściach bazy wraz ze swoim geologicznym zespołem. Nikt z kilkudziesięciu wysłanych wcześniej przed nim żołnierzy nie przeżył spotkania. Jedynie on, dzięki użyciu pistoletu zdołał się wydostać, ciężko raniony i napromieniowany jakimś świństwem, wyciągnięty w ostatniej chwili na powierzchnię przez ofiarnego strażnika.
– Oni dają się zabić, choć z trudem. Nie są duchami. Mają ciała, ale ich struktura przypomina bardziej grzyba, niż jakikolwiek inny żywy organizm. Zamieszkują iście piekielne groty i oddychają smrodliwymi gazami – orzekł na koniec, jakby lekko zdziwiony tym faktem i dodał filozoficznie – Gdy pakt zostanie zerwany nie wątpię, że ujawni się coś, co od tysiącleci tkwi skryte w głębi, w czeluściach otchłani i ono bezwzględnie zaatakuje wszystkich.

Wręcz nieludzki bieg słów Jahrla i moja wzmożona koncentracja umysłu sprawiły, że po powrocie do domu musiałem poświęcić kilka dni na dojście do siebie. Ostatnia scena spotkania z nim, gdy wreszcie podał mi na pożegnanie skrywaną w kieszeni kurtki rękę i uścisnąłem sześciopalczastą szczupłą chłodną dłoń w milczącym zaskoczeniu, zapadła mi najgłębiej w pamięć. I długo się otrząsałem z nienazywalnego wrażenia.

John Bozz, mój szef odezwał się zaraz po mym powrocie, ciekaw wyników spotkania.
– Masz coś interesującego? Warto było jechać? – dopytywał przez telefon.
Tymczasem byłem, mimo przespanej nocy i spokojnej powrotnej jazdy samochodem przez pustynię, zmęczony i rozczarowany. Umówiłem się z nim następnego rana w siedzibie radia. Miałem jeszcze trochę czasu na zebranie informacji w całość i wszystko, co się z tym wiąże, a więc na sprawdzenie źródeł merytorycznych i dokumentów związanych z tematem w archiwach bibliotecznych i prasowych.
Przede wszystkim najbardziej rozczarowujący fakt był taki, że dyktafon nie zadziałał. Mimo, że taśma przesuwała się nie nagrał się na niej żaden dźwięk, poza kilkunastosekundowym piskliwym wstępem. Dysponowałem jedynie notatkami z rozmowy z Philem oraz zapisem kilku zapamiętanych przez siebie z tyrady Jahrla informacji.
Było to oczywiście za mało, aby przedstawić słuchaczom mojej audycji jakiekolwiek niezbite dowody na odbyte spotkanie oraz podać jego treść, choćby w zarysie.

Mogłem jedynie ująć wszelkie zapamiętane szczegóły w opowiadanie, co niniejszym właśnie czynię. Jak każdemu dziennikarzowi, nie daje mi to jednak żadnej satysfakcji. Czy na tym zależało moim informatorom? Aby ich relacja straciła wartość dokumentu, wyszła poza ramy rzeczywistości i faktu i zyskała najwyżej status jeszcze jednego pomysłu w stylu naukowej fantastyki?

John nawykły do takich spudłowanych zleceń zlecił jednak rutynowe zbadanie dyktafonowej taśmy radiowemu dźwiękowcowi. I tu okazało się, że piskliwy dźwięk zarejestrowany na początku poddaje się obróbce. Zwolniony wielokrotnie i obniżony odpowiednio dla ludzkich uszu pozwolił nam usłyszeć pierwsze zdanie wypowiedziane przez Jahrla do mnie.
– Witaj, Romantzev. Jestem tu po to, aby pomóc ci zrozumieć, kim jesteś…

(Fragment większej całości)

Nocni goście

W styczniu 1998 roku przypadkowo trafiłam na zjazd gwiezdnych ludzi, zorganizowany prywatnie w Lublinie. Poznałam na nim kilka osób, uważających się za inkarnacje istot kosmicznych, które z jakichś powodów utknęły w ziemskim świecie. W większości nie były z tego zadowolone (zresztą, kto jest zadowolony?) i narzekały na nieumiejętność zintegrowania się z (ludzkim, tj. obcym) otoczeniem. Był między nimi Franek K., 40-letni chemik z Puław, zabawny, gadatliwy i pełen wyobraźni artysta-malarz i poeta, który przez kilka lat przeżywał bezpośrednie spotkania ze „swoimi towarzyszami z gwiazd” we własnej sypialni. Spędziliśmy wiele godzin na burzliwych rozmowach i opowieściach, ale, mimo że temat nas oboje pasjonował i wysłuchiwałam Frankowych rewelacji z tych spotkań bardzo uważnie, długo nie potrafiliśmy się porozumieć. Oceniałam przeżycia Franka jako iluzje senne, mimo że niezwykle realne, to jednak czysto symboliczne przekazy, powiązane z manifestowaniem się w jego umyśle form astralnych i bytów przejściowo nieposiadających ciała fizycznego. Skłaniałam się do poglądu Gustawa Junga wyrażonego w jego książeczce „Nowoczesny mit. Rzeczy widywane na niebie”, gdzie okrągłe pojazdy i światła kwalifikował jako manifestacje Jaźni z poziomu nieświadomości zbiorowej.
Szybko spowodowało to rozłam między nami, gdyż Franek uważał swoje przygody za absolutnie prawdziwe, a pojawianie się istot kosmicznych za realne tak samo, jak odbiera się świat jawy, w którym każdy z nas jest zanurzony na co dzień. Jednej nocy naprawiły mu złamany nos, na co miał dowód, zdjęcie rentgenowskie zrobione dzień wcześniej. O ile mogliśmy spierać się tak naprawdę o słowa i nazwy, i oboje mieć jakąś rację, to fakt ingerencji zjawy sennej/iluzyjnej w życie na jawie i stan fizycznego ciała nieco się kłócił z koncepcją halucynacji rozszczepionego z ciałem umysłu. Choć, ostatecznie, nauka zna przypadki samouleczeń z pomocą siły sugestii. Tu jednak w ciągu nocy zrosła się kość, a poza tym Frankowi, mimo jego nadwrażliwości i zacietrzewienia w poglądach, daleko było do fanatyzmu czy mistycyzmu.
W końcu musiałam przyznać mu rację. Stało się to na przełomie 1998-99 roku, w czasie, gdy Franek został przez swoich towarzyszy i nocnych gości zupełnie opuszczony.

czacha

W czerwcu 1998 roku, podczas popołudniowej medytacji ukazał mi się obraz wielkiej księgi-otwartego oka, z której żywą złotą falą wylewały się znaki, symbole i litery, zlatując na mnie z góry jak oświecająca kaskada. Wnikały przez otwarty czubek głowy i przemieniały moje ciało na swój wzór i podobieństwo. Oddychałam rytmicznie. Było to niezwykle przyjemne doznanie. W modlitwie poprosiłam o wiedzę i mądrość rozróżniającą.
Następnie późnym wieczorem, ledwie odłożyłam wałkowaną od jakiegoś czasu lekturę (nader nudnej) Księgi Mormona i ułożyłam się do snu, gdy przeleciała mi przez głowę złożona informacja, co i jak i abym się nie bała, a potem zjawiło się coś potężnego i budzącego grozę.
Mignęła mi prędko wychylająca się ku mnie z ciemności biała czaszka o wielkich, czarnych, przepastnych oczodołach. Spojrzała z bliska w sam środek mnie. Równie prędko sięgnęła dwoma „szczypcami” (twarde, długie) i wcisnęła mi coś do głowy, lub też objęła czymś mózg w czaszce i dokręciła. Poczułam ucisk dwóch podłużnych „wkrętów” nad lewym i prawym uchem po obu stronach głowy, które wibrowały. I zaraz otworzyłam oczy, zupełnie przytomna, gdyż ingerencja tak samo nagle jak się pojawiła – znikła.

Szybko przeanalizowałam to zdarzenie. Pamiętałam dobrze strzępki podanej informacji, ale zadziwiała mnie jej forma. Przekazana mi wiedza była oczywista, bezpośrednia i poza słowami. Skoncentrowana w rodzaj pigułki i wsunięta do mojej głowy dawała się odczytywać na różne sposoby myślami i wyobrażeniami i ku mojemu zdumieniu to, co wydawało się trwać ułamek sekundy rozciągało się w długie, skomplikowane zdania, gdy tylko skierowałam na jakiś szczegół uwagę.

Nie chcemy zrobić ci krzywdy. Niczego się nie bój, przestraszysz się, ale to minie. Jesteśmy SPOZA.

DZIAŁAMY I INGERUJEMY W WASZ ŚWIAT STĄD, GDZIE PRZEBYWAMY. ZMIENIAMY TERAZ COŚ WAŻNEGO U SIEBIE, CO JEST WAŻNE TAKŻE DLA WAS. JESTEŚCIE DLA NAS KLUCZEM.

Zaczęłam analizować zapamiętany obraz i wkrótce zauważyłam, że patrzyła na mnie śnieżnobiała (świetlista) twarz bez nosa, z niewielkim podbródkiem, łysą głową i przeogromnymi czarnymi oczami, a nie żadna czaszka. Cały czas czułam silny ucisk po obu stronach głowy i mrowienie, które przekonywały mnie wciąż na nowo, że to nie jest sen. Przez kilka minut przeraźliwie wyły psy przed domem. Dokładnie tak samo reagują na wysokie, niesłyszalne dla człowieka dźwięki i na duchy, o czym przekonałam się w noc przed pogrzebem ojca. Byłam spokojna, choć zaintrygowana, czujna. Zwiększyła się zdolność widzenia plastycznych obrazów pod zamkniętymi powiekami. Próbowałam coś w ten sposób „zobaczyć”.

Wchodzenie w głąb ziemi, czarnej, mrocznej. Wyszłam stamtąd.

Duża powierzchnia złożona z jakichś drobnych, plecionych części, tworząca jak gdyby rozległą metaliczną sieć, ciemno-szaro-brązowa.

Psy umilkły w końcu na dworze i znów ogarnęły mnie podwyższone wibracje. Mrowienie. Wtedy najzwyczajniej w świecie pojawiła się czyjaś spokojna dłoń o długich, szczupłych, węźlastych palcach. Dotknęła mojej głowy tuż koło lewego ucha i chwilę podtrzymywała. Zachowałam cały czas przytomność, ale wolałam nie otwierać oczu. Potem dotyk znikł, a pod zamkniętymi powiekami ukazały się obrazy.

Przedstawiały twarze dwóch-trzech istot, z profilu i en face. Białe, bez żadnego wyrazu, głowy pozbawione nosów, o ogromnych migdałowych, czarnych oczach. Istoty były niewielkie i bez wyraźnych cech płciowych. Przypominały dzieci, nie tylko zewnętrznie, ale i poprzez rozsiewaną wokół siebie sympatyczną, dobrotliwą i niewinną aurę.

I znów obrazy. Fragment szczupłej, czteropalczastej dłoni, pomiędzy trzema długimi palcami szara sierść, jak u szczura lub myszy. Płaskie, szerokie usta bez warg istoty, którą ujrzałam przed chwilą, a która wtedy przecież prawie nie miała ust. Wewnątrz twarde płytki kostne (fiszbiny) służące do miażdżenia pokarmu, z początku białe, potem szare. Poruszały się, trąc o siebie, a usta jakby mówiły. Czasem wylewała się z nich czysta woda.

I na tym przekaz się skończył. Oszołomiona jeszcze długo przewracałam się w pościeli. Rozejrzałam się dokładnie wokół siebie. Przez okno wpadało, jak co noc, światło ulicznej lampy i rzucało blady cień na ścianę koło tapczanu. Na skraju tego cienia błyszczała jasna, biała plamka światła, wielkości złotówki. Zaintrygowało mnie to. Rozejrzałam się, nie było żadnego powodu, który usprawiedliwiałby istnienie tego światełka akurat w tym miejscu (w oknie nie było zasłon ani żaluzji, za oknem również niczego, co powodowałoby takie punktowe rozjaśnienie). Nie potrafiłam sobie przypomnieć, czy ta plamka bywa tam zawsze. Podniosłam się i zbliżyłam twarz do światełka, aby lepiej mu się przyjrzeć. I zbaraniałam! Ze światełka spojrzało na mnie ogromne, rozwarte, czarne oko, jak gdybym zajrzała w okular powiększającej lunety!
Wystraszona zamknęłam oczy i nakryłam się kołdrą po czubek głowy. Po kilku godzinach zdołałam w końcu zasnąć. Później wielokrotnie w nocy sprawdzałam to miejsce na ścianie. W bladym blasku lampy wpadającym z ulicy nie pojawiła się już nigdy żadna, choćby odrobinę jaśniejsza plamka.

Cdn.

PS.1 Szukając ilustracji do tego wpisu w internetowych zasobach nie znalazłam odpowiedniej. Żaden wariant obcych zapamiętanych przez wziętych nie pasuje do wyglądu istoty, która mnie odwiedziła. Przede wszystkim jej nieproporcjonalnie wielka głowa miała tylko oczy, brakowało nosa i ust, lub były tak śladowe, że ich nie zauważyłam. Istota była niewielka, choć trudno oceniać wielkość, bo to jest między wymiarami sprawa względna, potrafiła się pod tym względem zmieniać, ale ogólnie dałabym jej jakieś 60–70 cm wzrostu. Szczupłe, czteropalczaste dłonie. I przede wszystkim przeczysta świetlistość całej postaci.

PS.2 Analizując znaczenie obrazów wizyjnych, które towarzyszyły spotkaniu, były to istoty, które wyewoluowały na Ziemi-Alfa, o której wspomniała mi dużo wcześniej Xięga.

Ekstaza

Wypada zacząć od teorii. Zainteresowanych szczegółowymi kwalifikacjami wewnętrznych stanów psychicznych możliwych do osiągnięcia i doznania w wyniku praktyki duchowej odsyłam do autorów zajmujących się indyjską jogą, bądź samych indyjskich ksiąg, traktujących o tej delikatnej i nieuchwytnej materii. Od siebie polecam na początek książkę „Patańdżali i joga” Mircei Eliade, zwarte kompedium najważniejszych informacji w tym temacie, zaczerpniętych z podstawowych starożytnych dzieł hinduizmu (i nie tylko), czyli Jogasutr, Wedanty, Puran, Mahabharaty, Gity, starożytnych komentatorów i joginów.

Dla przybliżenia tematu w prosty sposób daję krótki opis ze swojego sennika, czyli książeczki „Symbole senne – znaki na Drodze do Życia”.

Ekstaza – euforyczny stan psychiczny poprzedzony i wywołany przepływem energii przez ciało, zdarza się w snach świadomych, wizyjnych i inspirowanych. Umyka opisowi, gdyż jego podstawową cechą jest przekroczenie znanej z jawy percepcji umysłu i wyjście świadomości poza znane jej rozróżnienia, czas i posiadaną wiedzę. Trwa przeważnie krótko, może jej towarzyszyć eksterioryzacja i kontakt z postaciami spoza trójwymiarowej przestrzeni, w której na co dzień prosperuje nasz umysł i zmysły. Miewa wielki, harmonizujący i uzdrawiający wpływ na psychikę, a czasem ciało fizyczne.

Eksterioryzacja – zjawisko dość często spontanicznie doświadczane we śnie i zapamiętywane jako lot w górze, czasem jako wysiadanie z samochodu (obrazującego ciało fizyczne). Spowodowane oddzieleniem się ciała astralnego od fizycznego. Może to być wywołane wielkim strachem we śnie lub odwrotnie ekstatyczną błogością. Eksterioryzować świadomie można się nauczyć. Wiele elementów e. zawierają świadome sny, a więc specyficzny dźwięk podczas wchodzenia w trans (brzęczenie, buczenie, dzwonienie), lot przez tunel ku światłu, gdzie zaczyna się świat snu, odbierany wszystkimi zmysłami ciała i w pełnej świadomości. Powrót odbywa się na odwróconej zasadzie i odczuwa się go jako pewien wstrząs, powodujący natychmiastowe obudzenie się w ciele fizycznym. Czasem udaje się dotknąć srebrnego sznura, cienkiego i rozciągliwego przewodu wyrastającego spomiędzy łopatek na plecach, który łączy ciało fizyczne z subtelnym odpowiednikiem. Daje się on rozciągać na kosmiczne odległości i zawsze ściąga bezpiecznie wędrowca do pogrążonego w swoistym letargu ciała fizycznego.

jogin

A jako przykład jednego z możliwych wewnętrznych doznań, wykraczających poza fizyczne zmysły i wszelkie pojęcia znane z jawy, przedstawiam swój sen-nie-sen. Ma on pewne cechy ufologiczne, religijne, spotkania z duchowymi mistrzami i pobierania nauk z wysokich poziomów. Zatem wszystko w jednym!

*

Wieczorem 16 sierpnia 1994 roku ogarnęła mnie niezrozumiała ochota, by położyć się spać w innym pokoju, z którego okno wychodzi na podwórze. I tam niespodziewanie weszłam od razu w głęboki trans.

Zaraz po zamknięciu oczu wyrwała mnie z ciała fizycznego fala energii. Uniosłam się nad nim i z ciekawością wyjrzałam przez okno na podwórze. Ku mojemu zdziwieniu nie było ciemno. Podwórze było rozświetlone bladym światłem, tworzącym szarówkę. W jego głębi na tle budynku gospodarczego zobaczyłam grupę około dziesięciu ludzi, siedzących na różne sposoby wokół centralnej postaci młodego, pięknego mężczyzny z długimi do ramion włosami. Z jego wnętrza emanował iskrzący się żywy blask krystalicznie czystego światła. A więc to on był źródłem oświetlenia! Wiedziałam wprost, że jest mistrzem, synem bożym, jego imię nie wydało mi się istotne. Kiedy tak mu się z fascynacją przyglądałam, podniósł nagle oczy i nasze spojrzenia się spotkały. W tej samej chwili dobiegł mnie prąd energii o niesamowitej mocy.
Błyskawicznie popłynął wzdłuż moich rąk, tułowia i nóg, a ja przestraszyłam się, (bo to bolało), że moje fizyczne przecież ciało nie wytrzyma takiego natężenia, że popęka i rozsypie się jak krucha szklanka. Nad moją głową rozbłysła żarówka oślepiająco białym światłem. To z niej płynął strumień, przelewający się teraz przez moje udręczone ciało i sprawiał, że stopniowo jednak wzrastałam i przemieniałam się od wewnątrz w kogoś świetlistego, zupełnie innego, niż dotąd.

Zaaferowana przeżywaniem światła nie zauważyłam jak mistrz z uczniami znikł, a kiedy odzyskałam równowagę, na podwórzu rozgrywała się już inna scena.

Przed domem, w odległości najwyżej metra nad ziemią unosił się teraz kosmiczny pojazd. Miał kształt idealnej piramidy, błyszczał jak zrobiony z kryształu. Na przedniej ściance widniały – blisko czubka – dwa romboidalne okienka. Swoją wielkością zajmował przestrzeń między budynkiem gospodarczym a domem, nie był ani zbyt wielki, ani zbyt mały, w sam raz, aby pomieścić swobodnie kilkoro ludzi. Nie pamiętam, jakim sposobem wyszedł z niego człowiek. Mężczyzna. Niezwykle szczupły i wysoki, mógł mieć nawet 3 metry wzrostu. Patrzył w moją stronę i najwyraźniej zauważył mnie za okienną szybą, gdyż uśmiechnął się i podniósł dłoń w geście pozdrowienia. Ogarnęło mnie wzruszenie, miłosne. Wiedziałam, że reprezentował potęgę cywilizacji ludzi z Ziemi, jednej z niezliczonej ilości podobnych do niej we wszechświecie, połączonych jedną wiedzą i jednym celem. Nie zdziwiła mnie także własna myśl, że stoję oko w oko z przemienionym człowiekiem przyszłości, który w swoim idealnym ciele, bytującym w sferze wiecznego teraz, kontaktuje się poprzez bramę w czasoprzestrzeni z jedną ze swoich licznych replik, wysłanych w przeszłość. Być może, aby naprawić jakieś błędy popełnione dawno temu, przeszkadzające mu stać się jednością z wieloma. Pozdrowiłam go złożeniem dłoni i skinieniem głowy. I w tej samej chwili mój umysł… Boże, co się z nim dzieje?… utożsamił się z nim, rozszerzył i otworzył.
Wszystko stało się oczywiste w ułamku sekundy! Znalazłam się wewnątrz wspólnoty tych doskonałych istot, połączonej miłością tak żywą i pełną absolutnego oddania sobie nawzajem, tak wibrującą, tak falującą, tak nieskończenie wzrastającą, tak namiętną, tak orgiastyczną i ekstatyczną, że nie da się z nią porównać żadnego, nawet najrozkoszniejszego ziemskiego doznania.

Potem wszystko skurczyło się, znikło i otworzyłam przytomnie oczy po środku nocy, w pustym cichym pokoju, jak zawsze, jak zwykle.

Budynek gospodarczy to makieta sfery nieprzejawienia, czyli poziomów 9-13. Pojazd  pojawił się w strefie przejawionego ducha 6-8. Jego reprezentacją była żarówka nad moją głową, do której zostałam podłączona. Obserwowałam go przez szybę pokoju, czyli granicę 5/6, ze swojego domu, czyli ciała mentalnego i poziomu 4.

Kształt piramidy i geometria okienek wyjaśnia Jarosław Bzoma tak:

Figury geometryczne mogą pojawić się na poziomie duszy 7, ponieważ Atman jest tak naprawdę Brahmanem. Romby, kwadraty, koła, trójkąty, wielościany pochodzą z poziomu brahmanicznego, Nicości 8 i śnią się na tym i wyższym poziomie. Towarzyszy temu świadomość relacji między figurami i ich znaczenia.

Tu jednak jest pewien niuans. Krystaliczność. Trzeba więc brać pod uwagę, że pojazd reprezentował poziom wyższy, niż tylko Brahman.

Świątynia, zamek, też Szklana Góra nie jest niczym innym jak wirem swoim najgęściejszym bezwymiarowym punktem skierowanym ku górze. Niektórym śni się jako zamek na szklanej górze albo szklany pałac (tak jak w baśniach).

Oraz to:

Kryształowy Wir pochodzi z wnętrza Szczeliny 8-12.

Gwiezdni ludzie

Od maleńkości żywiłam dziwne przekonanie. I zdziwienie, które prawie nigdy nie znikało. Coś było nie tak z moim ciałem. Powinnam mieć mniej palców u rąk. Stopy takie są śmieszne! Jedzenie jest makabryczną czynnością, wkładasz coś do ust, rozdrabniasz, łykasz i ono leci jakąś obrzydliwą rurą w środku, aby wyjść drugim końcem w postaci śmierdzącej papki… Kiedy się nad tym zastanawiałam ogarniało mnie coś, co Kierkegaard określił był „bojaźnią i drżeniem”.

Gapiłam się maniacko w gwiazdy. Jako dziecko wiejskie miałam do nich nieograniczony dostęp. Uwielbiałam, gdy ojciec – w czasie, gdy mama pracowała na nocnej zmianie – brał mnie do swojego łóżka i opowiadał historie z książek fantastycznych, które pasjami czytał. Moją ulubioną zabawą z dzieciakami z sąsiedztwa było lądowanie na innej planecie. Zbudowałam sobie szałas z desek, naśladujący rakietę, wbiłam kołek w ziemię, który udawał ster i odlatywałam.

Ponoć są to objawy sugerujące gwiezdne pochodzenie duszy. Coś ze mnie pamiętało inne światy. Jednak, rodząc się człowiekiem zyskałam dostęp przez genetykę do pamięci ziemskiej, nie tylko ludzkiej. I szybko zrozumiałam, że hołubienie owej „gwiezdności” jest cechą niedojrzałości. Nie idzie o to, żeby ją odrzucić, wyprzeć, czy zapomnieć, ale włączyć do świadomości jako jeden z wielu aspekt doświadczeń. Będąc ludźmi, urodzonymi w świecie uwarunkowanym prawem przyczyny i skutku, mamy szansę odbić się od dna i wskoczyć choćby oczko wyżej, niż byliśmy. Po co więc wracać w odwiedzone już światy i formy? Po co do nich tęsknić? I po co wypinać się na człowieczeństwo?

Spotkania z „braćmi z kosmosu” zaczęły mi się zdarzać później. Najpierw we śnie i w stanach transu, jak sądzę, wywoływanego z zewnątrz. Nie były to jednak wzięcia opisywane w typowej ufologii, że zjawia się statek, wisi nad domem, snop światła wciąga cię na pokład, dziwni goście przechodzą przez ścianę, brakuje ci potem czasu i masz lukę w pamięci. Te doświadczenia miały zawsze w sobie, oprócz wyczuwalnej obecności istot grzebiących w moim ciele, także element duchowy (którego owe istoty albo nie kontrolowały, albo uwalniały specjalnie). Co tu dużo gadać. Dam po prostu kilka przykładów z wczesnej fazy tych doświadczeń.

W nocy 9 września 1988 roku w moim pokoju zjawił się duch zmarłego dwa miesiące wcześniej ojca. Poczułam jego ciepłe, znajome wibracje, ale najwyraźniej ktoś mu towarzyszył. Kilka niewielkich, bliżej nieokreślonych postaci, których obecność bardzo mnie zaniepokoiła. Wystraszona zaczęłam recytować w myśli pacierz „Ojcze nasz”, w nadziei znalezienia ochrony, ale tyle wskórałam, że ojciec zaczął recytować go razem ze mną. Jego głos zmienił się, brzmiał teraz dziwnie obco. Mój strach wzrósł i w tym momencie poczułam ból w prawym biodrze. Było to przeszywające ukłucie czegoś długiego i cienkiego. Wyrywałam się, chcąc się za wszelką cenę obudzić, wiłam się i kręciłam w drugim ciele, ale bez żadnego skutku. Wreszcie poddałam się i na szczęście, po dość krótkim czasie ten okropny ból ustał.
Obudziłam się wystraszona, zdziwiona, z wielką ulgą. Chwilę później zaczął się następny seans.
Niebiańska” dłoń (J. Bzoma odkrył, że to dłoń nad-duszy z poziomu 7 i wyżej) jednym zdecydowanym ruchem ściągnęła ze mnie kołdrę, która w ułamku sekundy zwinęła się w końcu tapczana i od razu, ni stąd ni zowąd – bezbronna i naga – znalazłam się w bezkresnej przestrzeni. Była wypełniona ciemnością. Być może z tego powodu, że ze strachu i pod wpływem zaskoczenia nie przyszło mi do głowy otworzyć oczu. A ja – zamieniona w świadomy atom – czułam się jak ziarenko piasku miotane przez huragan, niemające wpływu na swój los. Wyczuwałam wokół obecność wielu nieznanych istot. Wszystkie były nadzwyczaj potężne, królewskie, przedziwne, wzbudzały grozę i lęk. Przemawiały głosami podobnymi do burzy i pod ich wpływem doznałam rozszerzenia percepcji.
Rejestrowałam odtąd obrazy symboliczne i informacje płynące jednocześnie różnymi kanałami.
Widziałam rozległe oceany na Ziemi i statki na wzburzonym morzu. Usłyszałam głos komunikatu radiowego, nadawanego przez jeden z nich i ujrzałam marynarzy płynących w atomowej łodzi podwodnej, (kojarzącej mi się z zatopionym wrakiem „Titanica”), którzy go odebrali. Wzbudził w nich ogromne poruszenie. Komunikat ogłaszał coś niezwykle ważnego, jak narodziny Jezusa Chrystusa na Ziemi, podawał także dokładne parametry geograficzne, (choć możliwe, że była to data) tego zdarzenia. Szło o jakieś niezwykle rzadkie, acz naturalne zjawisko w przyrodzie. Ujrzałam je jako wybuch ogromnej, SŁOŃCU podobnej energii gdzieś na wschód od statków, jak majestatyczny świt o kosmicznych rozmiarach. Jednocześnie unosiłam się cały czas w przestrzeni, być może na krańcach Układu Słonecznego i słyszałam – powtarzając cały czas w myślach pacierz, aby nie oszaleć ze strachu – przerażające do szpiku kości głosy władców Planet i Żywiołów, którzy przekazali mi, (dlaczego i po co? tylu jest ludzi mądrzejszych i ważniejszych ode mnie) wiadomość, że losy Ziemi wiszą na włosku. Że w jednej chwili, jednym kiwnięciem palca władcy zniszczyliby ją, gdyż Ciemność przeważyła nad Jasnością (poza tym nie stanowi niczego ważnego w życiu wielkiego wszechświata, ot, dalekie, prowincjonalne peryferie), i już od dawna gotowi są w każdej chwili do interwencji, a jednak Ziemia nie zginie. Jej ocalenie zależy całkowicie od woli jednego człowieka, a oni z jakiegoś powodu zmuszeni są ją uszanować.
Ogarnęło mnie zdumienie. Byłam mała jak pyłek. I nieważna jak pyłek. Ujrzałam swoje życie z takiej perspektywy, że zawstydziła mnie moja małość. Spróbowałam się obudzić. Ocknęłam się w innym moim pokoju, z innymi meblami. Weszła akurat moja mama i wyglądała inaczej, niż zwykle. „Wstawaj, już pięć po piątej. Spiesz się do pracy!”. Łatwo zorientowałam się, że to jeszcze sen, więc wytężyłam całą uwagę, żeby wylądować na jawie. W ten sposób budziłam się jeszcze kilka razy, zawsze już całkowicie pewna, że to upragniony port dobrze znanego fizycznego świata. Spoglądałam na zegarek, leżący obok tapczanu, ale za każdym razem pokazywał inną godzinę i po tym poznawałam, że nadal śnię. W końcu fale energii odpłynęły i wyrzuciły mnie na brzeg jawy. Usiadłam w pościeli i sprawdziłam godzinę. Było dopiero wpół do trzeciej, co mnie bardzo zaskoczyło.

Po podróży za granicę życia i śmierci między 8 i 9 poziomem Świadomości, oddzielającą świat nieprzejawiony od przejawionego, trafiłam w pętlę czasową, która istnieje na niższej granicy przyczynowej, pomiędzy 5 i 6 poziomem. Wspomniała o tym śniąca mi się matka, podając godzinę, a tak naprawdę podpowiedź, że krążę od 5 do 5. Numeracja poziomów, o których Jarosław Bzoma wiele opowiada w swoich artykułach i wywiadach, wcale nie jest jego wymysłem. One rzeczywiście pojawiają się w snach, jako obiektywna wiedza i fakt. Przekazano mi to także, bardziej szczegółowo, w późniejszym czasie.

Sen z 1 października 1989 roku. Była noc i na niebie pojawiły się w wielkiej liczbie dyski istot z innych planet. Przerażeni ludzie ukrywali się w domach, nie chcąc o niczym wiedzieć, udawali, że nic szczególnego się nie dzieje. Pragnęli jedynie dawnego, codziennego, dobrze znanego sobie życia. Kosmici reprezentowali wyższy poziom świadomości. Nie byli ich wrogami, ale przybyli na Ziemię, aby zaprowadzić porządek. Miałam z nimi telepatyczny kontakt i usłyszałam zdanie z jakiegoś meldunku przesyłanego z jednego pojazdu do drugiego. Brzmiało: „KORUPCJA (lub: KOLABORACJA) JEST JUŻ FAKTEM…” Nie bałam się. Pragnęłam ich spotkać.

Inny sen z tej samej nocy. Stałam na wiejskiej drodze. Na nocnym niebie ukazały się trzy (obwiedzione graficznym konturem) gigantyczne krzyże. Z ramion każdego z nich zwisały i powiewały na wietrze długie kolorowe szarfy sięgające ziemi. Na ich widok uklękłam przepełniona uczuciem czci. Wkrótce zobaczyłam idących w moim kierunku ludzi. Szli od strony krzyży, liczną i uporządkowaną gromadą. Podbiegłam do nich. Wydali mi się dziwni. Szczupli, niewysocy, łysi, z wielkimi oczami, w białych szatach, milczący, identyczni. Pojęłam, że nie są ludźmi, choć ich przypominają. Niebiańskie, pełne współczującej miłości, istoty dobrowolnie zmierzały w materialny świat, niewątpliwie z jakąś misją. Nagle zapragnęłam znaleźć się pośród nich, być taka jak oni. Ruszyłam wraz z nimi tam, dokąd szli.

Jak widać, moja świadomość we śnie kompletnie ignorowała przekonania żywione na jawie. Bóg, anioły, Moce, Panowania i Trony, święci, 144 tysiące wybranych i cały ten religijny sztafaż istniał, objawiał się wraz z kosmitami, planetami, wzięciami, implantowaniem i nic sobie nie robił z moich zaprzeczeń i wątpliwości w świecie jawnym. Sen wizyjny, który towarzyszył przekazowi od boskich bytów był ilustracją symboliczną.
Morze to świat zapomnienia, przejawiony, w którym znalazła się ekipa niebiańskich wysłanników, jako załoga statku podwodnego. Utknęła w niższych światach, wprowadzając w nich jakiś program chroniący przekaz duchowy w linii czasu, by rodząc się w ograniczonym ciele móc obudzić innych w chwili otrzymania sygnału o porze powrotu. Owa chwila jest ściśle wyznaczana przez jakiś wielki cykl kosmiczny, w którym ukazuje się Solis (pozostanę przy wyśnionej nazwie owej białej gwiazdy). I jest jakoś związana z proroctwem Jezusa o zmartwychwstaniu. Chodzi o moment, który będzie mógł być wykorzystany do wydostania się z dolnego świata w najwyższy rejon, uosobiony przez Solis.

Oczywiście ateista, buddysta, zenowiec albo ufolog popatrzy na moją osobę, jako ofiarę odgórnego zaprogramowania, wiążącego mnie w świecie iluzji. Należy je zlekceważyć i rozpuścić, praktykować medytacje oczyszczające, czcić Pustość, albo poddać się leczniczej regresji i hipnozie – powie. Zresztą, niejeden mi to już sugerował. Chrześcijanin z kolei może mieć wątpliwości co do źródła przekazu, identyfikując kosmitów z demonami, fałszem i złem.

Szkopuł w tym, że wciąż, mimo tego rodzaju przeżyć (których w przyszłości miało być o wiele więcej i bardziej spektakularnych) pozostaję człowiekiem nie-wiary. Należę z natury do ludzi, którym wiara jest do niczego niepotrzebna. Dzięki tym wglądom, za którymi nigdy nie biegałam, które mnie osaczyły odgórnie i zapewne są efektem manipulacji, jakiej się świadomie poddałam na innym poziomie przed narodzinami, mogę powiedzieć, że nie muszę wierzyć i nie wierzę, ja zwyczajnie wiem. Jeśli czegoś nie wiem, wiem, że nie wiem. I tyle.

Przeżycie z nocy 14 lipca 1990 roku skończyło się szokiem. Doznałam wzniesienia świadomości i przekazano mi drogą z umysłu do umysłu wieść, że inteligentni mieszkańcy wszechświata są od dawna bardzo blisko Ziemi i od lat ingerują w ludzkie życie. Inspirują wynalazców, techników, myślicieli, pisarzy, reżyserów filmowych, plastyków, konsekwentnie stwarzając warunki dla swego ujawnienia się.

kosmita
Nagle poczułam ich obecność bardzo blisko. Ktoś stał za oknem pokoju, wołając mnie po imieniu. Spojrzałam w tamtą stronę i w jednej chwili sparaliżował mnie strach.
Choć mieszkałam wtedy na parterze, okno znajdowało się na wysokości około 2,5 metra od ziemi i trudno było w nie zajrzeć człowiekowi bez wchodzenia na drabinę. Tymczasem ktoś tam stał! Był widoczny dość wyraźnie (mimo nocy) za szybą, mniej więcej od pasa. Myśl o drabinie nawet nie przyszła mi do głowy. To wszystko było tak nieprawdopodobne, (aby ją wnieść do ogródka i dobrze ustawić, omijając krzewy ktoś musiałby narobić wiele hałasu, poza tym wcześniej z pewnością obszczekałyby go moje dwa podwórzowe psy).
Istota była biała jak śnieg, sprawiała wrażenie nagiej. Jej ręce były bardzo szczupłe, jakby pozbawione mięśni, a głowa w proporcji do reszty ciała ogromna, biała, łysa, o wąskim i cofniętym, ledwie zarysowanym podbródku. Najdziwniejsze w niej jednak były wielkie, migdałowe oczy bez powiek. W ich spojrzeniu mieściło się coś tak niepojętego, nieprzewidywalnego, bez wyrazu, jak w oczach owada. Była obca, z absolutnie innego świata i to, co mnie tak nagle wtedy przeraziło to fakt, że nie rozumiem, nawet nie potrafię sobie wyobrazić czego ode mnie może chcieć! Jest dobra czy zła? I czym się kieruje, spoglądając tak absurdalnie zza okna? Miałam wrażenie, że zwyczajnie unosi się w powietrzu.
Panika wróciła mnie do ciała fizycznego. Zaciskałam powieki, aby nie spojrzeć w okno i broń Boże, nie potwierdzić istnienia tego… czegoś. Wydawało mi się, że jeśli przetrwam atak lęku i nie otworzę oczu aż do świtu, będzie mi potem łatwiej przyjąć, że to, co zobaczyłam było tylko sennym koszmarem. Tymczasem pod powiekami wykwitła karta Tarota: 6 mieczy. Oprócz odnawiającego przejścia przez wielki kryzys symbolizuje również dużą odległość (także w czasie przyszłym), podróż przez morze, przestrzeń, ostateczne porzucenie domu, bezpowrotną emigrację. Na karcie, której w tych czasach używałam, był rysunek statku żaglowego widzianego od dzioba, (co mogło sugerować kształt dysku) i ogarnęło mnie przeświadczenie, że chodzi o statek międzygwiezdny. Zachowałam czujność do samego rana. Udało mi się nie otworzyć oczu. Nie udało mi się jednak w żaden sposób zasnąć. Serce tłukło się jak u złapanego ptaka przez długie godziny.

Ten paraliżujący strach, jeżący dosłownie włosy na całym ciele, to charakterystyczna reakcja podświadomości na bliską obecność obcego. Człowiek posiada podświadomość zwierzęcego rodzaju, która instynktownie wyczuwa wszystko, czego nie zna.

Kolejne spotkanie odbyło się 25 września 1992 roku. Znalazłam się nagle gdzieś bardzo daleko… Egipt? Na piaszczystej pustyni stała ogromna, kamienna głowa o czterech nieruchomych, wykutych w granicie twarzach, zwróconych ku czterem stronom świata. Ta niezwykła prastara rzeźba, wysoka na 2000 metrów była nieznanego pochodzenia… Unosiłam się w kosmicznej przestrzeni. Nie miałam tam żadnego ciała, po prostu obserwowałam. Niezwykła cisza i spokój ogarnęły mój umysł. Widziałam planety, płynące powoli i majestatycznie w kosmosie, a może to ja przesuwałam się względem nich… Na jednej z nich spostrzegłam – patrząc z wielkiej wysokości – ogromne kamienne piramidy. O wiele większe, niż te z Egiptu, chociaż podobne. Sprawiały wrażenie nader archaicznych, spowijała je atmosfera milionów lat trwania. I skądś wiedziałam, że ta planeta, jak Ziemia umiera.
Pokazano mi mapę… i wtedy poczułam, że mam wracać. Do moich oczu zbliżyła się dłoń. Na tle międzyplanetarnej przestrzeni i niebotycznych, prastarych piramid szczupła biała dłoń o bardzo długich trzech węźlastych palcach i niewielkim, równie szczupłym kciuku. Przyjaźnie otwarta. A może błogosławiąca?
Obudziłam się nagle, leżąc na wznak, z bijącym szaleńczo sercem. Była druga w nocy. Chwilę później zjawił się „duch mojego ojca”. Nakrył mnie troskliwie kołdrą i głośno ziewnął, jakby chciał powiedzieć: A teraz śpij spokojnie, moje dziecko.
Rzeczywiście, do rana nic się już nie wydarzyło.

Znów pojawił się element dłoni. I świadomość obserwatora. Czy to baza, nieziemska, obca, z której pochodzę i której jestem częścią? Takie pytanie może paść, ale czy owo przeżycie daje na nie odpowiedź, nie wiem. Zważywszy rzeczy, które jeszcze miały do mnie przyjść.

O mnie

Pokrótce:

ewa

Przebywam po tej stronie od grudnia 1961 roku. Urodziłam się pod znakiem Koziorożca. To ważne o tyle, że zauważyłam, iż Koziorożce często miewają „nie-swoje sny”, w których pojawiają się tematy zbiorowe, polityczne, nierzadko z przepowiedniami na przyszłość. Pewnie dlatego, że są urodzonymi strategami.
Narodziny były trudne, trwały 3 doby, w końcu wyciągnięto mnie nieomal uduszoną pępowiną. Ten uraz najprawdopodobniej zaważył na moim skrajnie introwertycznym usposobieniu i fakcie, że wizje pamiętam jeszcze z łóżeczka niemowlęcego.

Nie należę do osób religijnych czy bujających w obłokach. Do kościoła przestałam chodzić jako dziecko, nikt mnie za to nie karcił, takie były czasy. Ksiądz podczas lekcji na plebanii opowiadał takie dyrdymały, że nie byłam w stanie udawać, że w nie wierzę. W wieku 13-17 lat zgłębiałam filozofów materialistycznych, oświeceniowych, ateistów, psychoanalityków i fantastykę naukową. Cierpiałam – rosnąc – na ataki silnych zawrotów głowy, przy których osuwałam się na ziemię, trudne do zniesienia bóle głowy i mdłości trwały po nich kilka dni. Czasem atakom towarzyszył wysoki pisk, albo dziwne bełkotliwe głosy słyszane w głowie.
W wieku 18-25 lat zaczęły mnie – oprócz koszmarnych snów – dręczyć prawie każdej nocy spontaniczne wyjścia z ciała. I co za tym idzie głęboka nerwica i bezsenność. Te sprawy nie mieściły się nijak w moim światopoglądzie. Mając 23 lata zaczęłam czytywać książki katolickich autorów, podsuwane mi przez kolegę kleryka, mającego nadzieję mnie nawrócić. Wydawały mi się nieznośnie ckliwe, ale Biblia zrobiła na mnie wrażenie. Wiele razy do niej wracałam, w różnych tłumaczeniach. Otworzył się kanał zainteresowań duchowych, poznałam utwory głównych mistyków chrześcijańskich, a także nauczycieli różnych kościołów protestanckich. Wielokrotnie wracałam do Tomasza a Kempis, świętego Franciszka i Mistrza Eckharta. Wkrótce przyszła fascynacja Wedamiświętymi księgami rozprowadzanymi przez Towarzystwo Świadomości Kriszny, które szybko, wraz z ruchami buddyjskimi opanowało niszę w rozchwianej światopoglądowo Polsce po-komunistycznej. Paradoksalnie to one pogodziły mnie z religią katolicką, bo wreszcie zrozumiałam o co w niej chodzi (lub raczej o co powinno chodzić)! Oprócz tego czytałam wszystko, co dotyczyło ufologii.
W tym samym czasie zachwyciła mnie astrologia i zgłębiałam ją samodzielnie, posiłkując się podręcznikami i pismami drukowanymi na powielaczach przez kluby astrologów i psychotroników z Trójmiasta, Łodzi, Poznania i Wrocławia. Wkrótce też pojawiły się karty Tarota. I podobnie Księga I-Cing. Nie mając żadnych zabobonnych ani wykształceniowych uprzedzeń do ezoteryki, poznawałam nowe dziedziny z pasją i nader samodzielnie. Nigdy mnie nic nie prześladowało z tego powodu, choć po latach nieświadomie ściągnęłam na siebie, oglądając różne talie w internecie, zbiorową larwę głodnych duchów związanych z katolicką klątwą rzuconą na tarota. Przeszłam ten atak jako inicjację, udało mi się dzięki medytacji nad kartami samodzielnie odzyskać siły i zapanować ostatecznie nad lękiem. Od tej pory doceniam siłę ukrytą w wersji marsylskiej.

W latach 90-tych przyjaźniłam się z (nieżyjącym już) Piotrem Burskim z Łodzi, mistrzem reiki. Inicjował mnie na pierwszy i drugi stopień, ale przede wszystkim miałam możliwość obcować z energiami i uduchowioną wyobraźnią na warsztatach, które urządzał każdego miesiąca. Osobiście nie czuję się jednak nadzwyczajnie uzdolniona w tym kierunku. Poznałam także ludzi praktykujących buddyzm tybetański, bywałam na zlotach i wykładach ich guru Ole Nydhala, gdzie przy okazji wzięłam schronienie w Buddzie. Medytowałam różnymi sposobami, z których ostatecznie najwięcej dała mi praca z oddechem (rebirthing, krija-joga), wizualizacja kart tarota (marsylskiego) oraz medytacja zen.
Inicjacje coś we mnie uruchomiły, a może tylko skierowały w górę. W efekcie napisałam swoją pierwszą książeczkę, która wyszła w Studiu Astropsychologii w 1999 roku „Symbole senne – znaki na drodze do Życia”. Dostałam za nią całkiem dużo pochwał od czytelników i czytelniczek, uważających ją za bardzo praktyczny i spełniający się w życiu sennik.

W tamtym mniej więcej czasie poznałam przypadkowo, na prywatnym zjeździe w Lublinie, grupkę tzw. „gwiezdnych ludzi”, czyli osób uważających się za wcielenia istot kosmicznych. I ja we wczesnym dzieciństwie miałam takie szczególne przekonanie, jednak nie poczułam się wśród nich jak wśród swoich. Byłam już chyba „zbyt ludzka”. Niemniej znajomość z Frankiem Koterem z Puław, chemikiem, hodowcą róż, malarzem, poetą i autorem opowiadań w stylu Brunona Schulza, zaowocowała obfitą korespondencją i kilkoma spotkaniami, podczas których otworzył się dla mnie świat tzw. podróży astralnych, poza ciałem, które uprawiał Franek. Jego historie były naprawdę fascynujące i do niczego, o czym dotąd czytałam niepodobne. Pamiętam, jak powątpiewałam w realność przeżyć Franka, traktując je mimo wszystko jako rodzaj śnienia, i jak wtedy Franek oburzał się na moją tępotę. „Przekonasz się, że to nie sen, kiedy przyjdą do ciebie!” – usłyszałam. I bach. Zjawili się u mnie. Za to Franek przestał latać!

Przeżycia, które na mnie wtedy spadły i trzymały w szachu przez kilka lat dokładnie zapisywałam. Zamieściłam je później w książce, która wyszła w Wydawnictwie Brama w 2003 roku pt. „Przemiany w ultrafiolecie”. Książka zainteresowała kilka osób, w tym pana Lecha Robakiewicza z pisma „Gnosis”, ale nigdy nie okazała się rewelacyjna czy poszukiwana. Teraz napisałabym ją zupełnie inaczej. W czasach, gdy powstawała miałam kłopot z osiągnięciem dystansu do treści, które do mnie „waliły drzwiami i oknami”, bombardując mnie wręcz każdej nocy. Mimo starań nie zdołałam wyzbyć się patosu, odzyskać zwykłego poziomu sceptycyzmu, ani uruchomić w sobie poczucia humoru. Kontakt z wysokimi energiami, tak długi i intensywny budzi w psychice reakcje psychotyczne i większość energii – o ile człowiek wie, co się z nim naprawdę dzieje – idzie na utrzymanie równowagi pomiędzy odczuciami a umysłem, jawą, a stanem snu czy transu. Potrzeba nieraz dużo czasu, aby przyswoić nowe treści i wrócić do zwykłego życia. Fakty są takie, że to, co do mnie przyszło nie pasuje do niczego, co daje się zmieścić w jakiejś jednej teorii albo doktrynie, czy to szczegółowej, czy eklektycznej.

Zdecydowałam się zaprezentować zapisy z tamtych lat, częściowo wchodzące w skład owej książki, a częściowo uzupełnione na bazie zebranych notatek, na niniejszej stronie.

Jeśli miałabym wskazać na jakiś rodzaj wiedzy o przedstawianych tu zjawiskach i podpowiedzieć, gdzie szukać zrozumienia, to są to książki i wypowiedzi Jarosława Bzomy. Śnił mi się kilkakrotnie przed laty, więc mam podstawę uważać jego pojawienie się za realizację szerszego planu oświecania, podjętego na wysokościach (nieźle brzmi, prawda?). Zaznaczam jednak, że jego wnioski wysnute są na bazie sterowanego intencją śnienia nieświadomego (progresywnego), odpowiednio interpretowanego pod kątem zadanego przed snem pytania. Owe sny w inny sposób wkraczają w rejony, które ja eksplorowałam (a może to one eksplorowały mnie?), acz wnoszą bardzo wiele w możliwość interpretacji tego, co mnie spotkało spontanicznie. Choć pomijają sprawę wizji i jasnowidzenia, zawierają istotne kwestie, które mogę potwierdzić i uzupełnić. Same sny Jarosława są dla mnie tak kuriozalne, i w dużej mierze nudne (przepraszam Śniącego i jego wielbicieli, ale to prawda i wcale nie krytyka), że wnioski, które z nich potrafił wysnuć zadziwiają mnie prawdziwym geniuszem logicznego umysłu i skojarzeń. Jeśli ktoś zada sobie trud poznania obu opowieści, zapewne dojdzie do podobnych konkluzji. Zachęcam do krytycznych porównań! Odnoszę bowiem wrażenie, iż w jakiś sposób Jarosław Bzoma uzupełnił swoją penetracją, inteligencją i logiką to, czego mnie brakło, i może jest też tak na odwrót.

Oprócz dwóch pierwszych książeczek wydałam do obecnego czasu także – „Tarot Mistrza Gry” podręcznik dla początkujących i zaawansowanych tarocistów, „Kalendarz Tebański – symbole stopni Zodiaku” – interpretację 360 starożytnych symboli zodiakalnego koła dla astrologów tradycyjnych, „Proroctwa Mistrza Nostradamusa” – pierwsze tłumaczenie na polski ponad tysiąca czterowierszy Maga z Salon, oraz „I-Cing – Księgę Źródła”. Wszystkie pod starą wersją mego rodowego nazwiska Seydlitz.

Od lat prowadzę różne blogi w internecie oraz forum dyskusyjne o Księdze i-Cing. Usiłuję także przekazać to, co przychodzi do mnie w snach wizyjnych w postaci opowiadań fantazmatycznych. Jednak, jak dotąd żaden wydawca nie zainteresował się efektami moich literackich wysiłków. Pewnie czas nie po temu.

W 2005 roku przeprowadziłam się z Warszawy na Podlasie, mieszkam w prawosławnej wiosce na pograniczu, żyję z rolnictwa, prowadzę maleńkie gospodarstwo z kozami. Kocham przyrodę, zwierzęta i żyję tak, jak żyli moi dziadkowie. Realizuję się jako śniący swoje odludek.