Klub Ezo, część 2

Druga część opowieści, która wydarzyła się w całości w snach. Nic nie zmyśliłam, jedynie ułożyłam w miarę logiczną historię z serii śnionych i przeżywanych w stanach transu wydarzeń.

Część 1 <<<<

Ewa Sey

Klub Ezo, cd.

Byli tacy, którzy zaczęli Żywję badać i oceniać swoimi parapsychicznymi sposobami. Każde takie zerknięcie bez pozwolenia budziło ją w nocy i pozostawała świadoma wszystkich tych prób. Z ciekawości zdecydowała im się poddać. Te podsłuchane opinie miały swoje rozwijające się stopniowanie. Począwszy od: „Ona naprawdę chyba zwariowała!”, poprzez: „To anioł otoczony przez wampiry z powodu słodkiej złotej aury”, “ po: „To wszystko prawda, co mówi. Ona przejdzie kiedyś za zasłonę”… Niektórzy wynaleźli jej kamienie w pęcherzyku żółciowym, albo niemożność trawienia kilku białek roślinnego pochodzenia. Co miało okazać się prawdą za kilkanaście lat. Innych opinii życie nie potwierdziło.

Nareszcie jedna z redaktorek wydawnictwa, w którym dawno temu chciała wydać kolejną książkę, przypomniała to sobie, kazała przeszukać wszystkie szafy i odnalazła ów ręcznie pisany ślad na samym dnie redakcyjnej makulatury. Mocno ją to zbulwersowało. Zaskoczona udała się najpierw do kilku znajomych wróżbitów, a gdy wyniki ich wglądów okazały się niejasne i zagmatwane zdecydowała się pójść ze sprawą do samego jasnowidza z Cieszkowa, słynącego z nieomal stuprocentowych trafień.
Dokładnie mówiąc nie zrobiła tego osobiście, tylko wysłała do niego incognito swoją pracownicę. Aby nie zdradzać na początek żadnych danych, ani nie sugerować rozwiązań. Pracownica miała ze sobą ów pisany ręcznie list, który przeleżał tyle czasu w przepaściach redakcyjnego archiwum.

Tego dnia na seans przybyło kilka osób, w większości kobiet z różnymi tragicznymi problemami w rodzaju poszukiwania zaginionych i zebrało się milcząco w poczekalni. W końcu, gdy napięcie wśród nich nie do zniesienia wzrosło wyszła ku nim sekretarzująca jasnowidzowi jego żona. Powitała wszystkich i poprosiła o przedmioty osobiste związane z ludźmi, o których chcą się czegoś dowiedzieć. Mistrz w ogóle się nie ukazał, aby się nie dekoncentrować.
Mijała dobra godzina kolejnego oczekiwania na wyniki badań, gdy z gabinetu wychylił się osobiście starszy łysy pan będący jasnowidzem z Cieszkowa. Cichym głosem poprosił osobę związaną z listem, który trzymał w dłoni.
Pracownica redakcji, spocona z wrażenia weszła do środka, a starszy pan stojąc oddał jej list.
– To, co ujrzałem kompletnie mnie zaskoczyło. Usłyszałem głos anioła, strażnika Raju – mruknął lekko zdziwiony i jakby zakłopotany. – Anioł mówił z ruskim akcentem, zmiękczając słowa i zdania na wschodni sposób. Wyraził zdumienie, że „ona słyszy głos Boga i widzi trzy drzewa w Raju, blisko Niego”, to podobno jest niemożliwe… Przemówienie, które usłyszałem było dość długie, padły w nim jeszcze nazwiska „caria Aleksandra wtarowo” i „caria Napoleona wtarowo”. Niestety tylko to z niego zapamiętałem. A szkoda, bo ten wschodni akcent naprawdę mnie ujął.

Byli jednak również tacy, którzy uwagi Żywji o nadchodzącej wojnie traktowali jako dowód związku z diabłem. Koniecznie pragnęli udowodnić jej to powiązanie. Podtrzymywało tę opinię odżegnywanie się od duchowych mistrzów czy stosowania diet i treningów doskonalących wgląd, oczyszczających umysł i ciało i przedłużających życie. Do tego nie stroniła od alkoholu, rozrywkowego towarzystwa, nie pościła ani nie praktykowała żadnej religii. Raz spytana, czemu woli jeść mięso, pić wino, zatruwać swój organizm i obciążać sumienie krwią zwierząt odpowiedziała tylko:
– Dlatego, że od tego, za czym ty gonisz ja uciekam.
– Gonię?
– Tak. Chcesz być czysty jak szkło, widzieć i słyszeć rzeczy niewidzialne i niesłyszalne, władać energiami i magiczną mocą. I tym samym zasłużyć na życzliwą pomoc i uwagę Boga, nieprawdaż? Mam to w nadmiarze przy byle głodówce czy medytacji. I przestaję zwyczajnie funkcjonować. Zamieniam się w przestraszone i oszołomione nadmiarem wyczuwanych impulsów zwierzątko. Z tym nie da się żyć. Przynajmniej w fizycznym ciele.

Któregoś dnia zadzwonił telefon i w nim charakterystyczny głos Wiesława Kowala zapytał, czy wybiera się na najbliższe spotkanie Klubu Ezo. Pyta zaś z tego powodu, że chciałby ją tam spotkać. Ma do opowiedzenia wszystkim historię, która w dużej mierze wydaje mu się zbieżna z jej relacjami z koszmarnych ataków. Zaciekawiona Żywja obiecała pójść. W ustalonym dniu i godzinie zjawiła się w kawiarni byłego Hortexu, tak jak wcześniej.

Obecni byli tylko najstarsi klubowicze, pewnie z tego powodu, że pora wakacyjna wygnała młodszych w drogę do zarabiania pieniędzy przy prowadzeniu letnich warsztatów. Po powitaniu, zwyczajowym podaniu wszystkim zielonej herbaty (nic się tak naprawdę nie zmieniło mimo zmiany właściciela kawiarni, nawet kelner pozostał ten sam) Wiesław Kowal zatarł swoje duże dłonie i westchnąwszy zaczął mówić:
– Niektórym z was wspomniałem już o tym, co chcę teraz wszystkim opowiedzieć. Cała sprawa zaczęła się od chwili, gdy ogłosiłem przepowiednię dla świata, która niestety, jak wam wiadomo sprawdziła się w stu procentach. Dnia 11 września roku pamiętnego… Wszyscy tutaj w jakiś sposób siedzimy w Tajemnicy, nieprawdaż? Próbujemy nie tylko dociec przyszłości, ale przede wszystkim pojąć jej ukryty sens i mechanizmy, które nią sterują. Pewnie niektórym udało się coś przeczuć zawczasu. I niewiele to zmieniło, albo w ogóle nic. Rzeczywistość toczy się bezwładnie, a obecnie – śmiem uważać – ten bezwład jak gdyby przybrał na sile. Być może (powtarzam: być może!) stoją za tym konkretne siły i elity dysponujące iście szatańskimi technologiami, o których niewielu ma pojęcie. Po ostatnich moich doświadczeniach przypuszczam, że używa się ich w celu zahamowania naturalnego procesu uświadomienia sobie sieci uzależnień, w której tkwią od dawna całe społeczności.
– Ależ oczywiście! – roześmiał się hipnotyzer i zawołany spirytysta Maksym Wątpiałek, rówieśnik astrologa. – Wszyscy o tym wiedzą od lat, nawet wróble o tym ćwierkają! Co ty knujesz i do czego zmierzasz naprawdę, stary byku?

Wiesław Kowal roześmiał się z widoczną ulgą.
– Moi drodzy, wiecie jak potwornie pokopane miałem ostatnie dwa lata życia… Przewidziałem trochę z tego swoimi sposobami astrologicznymi, ale tak naprawdę wszystko, czego doświadczyłem przerosło moje najgorsze oczekiwania! A musicie przyznać, że mylę się rzadko w ocenie wagi tranzytów i progresji.
– To prawda – zgodził się mistrz różdżkarstwa, Józef Pełka. – I chyba wszyscy słyszeliśmy o twoich nieszczęściach.
– Nieszczęścia… – westchnął z powracającą powagą Kowal. – Można by je doprawdy nazwać chronicznym pechem, a w moim subiektywnym odbiorze była to wręcz klątwa!
– I ty to mówisz? Racjonalista i intelektualista? – uśmiechnął się pan Maksym, z którym od dawna byli przyjaciółmi i znali się jak łyse konie jeszcze z czasów wspólnej pracy w Polskim Stowarzyszeniu Parapsychologicznym.
– Tak, ja. Przyznaję, że pogoniły mnie (mnie! racjonalistę i intelektualistę!) nieczyste i źle mi życzące niewidzialne siły. I choć nie mogę wam niczego udowodnić, to jednak spróbuję o tym opowiedzieć.

I wtedy klubowicze usłyszeli jego przedziwną opowieść.
W zamian jednak w tym miejscu opowiadania warte przytoczenia są sny, które Żywja miała poprzedzającej owe spotkanie nocy. Dzięki nim można spróbować ujrzeć nieco więcej, niż wynikło to z samej relacji Wiesława Kowala w Klubie Ezo.

Najpierw rysowała w notatniku pojawiające się od dawna w jej snach symbole. Zestaw zaczynał się od wielkiego gada (samicy dinozaura), potem szło kilka innych mniej ważnych form istot, aż wreszcie kończył się na ogromnym niedźwiedziu z gwiazd. Wtem domyśliła się, że chodzi o gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy. To odkrycie sprawiło, że zadrżała od stóp do głowy przeszyta dojmującym przerażeniem. Zestaw kończył się obrazkiem mnóstwa drobnych i czarnych kropelek spadających z rozgwieżdżonego nieba na ziemię niczym rozsiewane z góry zarodniki ciemności.

Nadciągnął wieczór, a w obrębie ogrodzonego murem terenu wokół kościelnej katedry ciągle jeszcze stało trzech mężczyzn eksperymentujących z nader silną trucizną. Wieża kościelna miała kwadratową podstawę. Na każdej ścianie wielka okrągła tarcza zegara pokazywała nadchodzącą ostatnią godzinę. Nie działo się to pierwszy raz. Bardzo ostrożnie polewano trującymi kroplami kartkę papieru z zapisaną na niej przepowiednią obwarowaną chroniącym zaklęciem. Wszystkim obecnym było wiadomo od lat, że za każdym razem jakiekolwiek próby złamania klątwy i odczytania Tajemnicy okazywały się bardzo groźne dla ogłaszających je autorów, a śmiałkom, którzy spróbowali zawczasu przekazać ją społeczeństwu, by zmienić bieg wydarzeń – nieumiejętny kontakt z trującą energią odrywał ręce i nogi każąc im umierać w straszliwych męczarniach. Któryś z eksperymentatorów oceniał właśnie wyniki ostatniego doświadczenia. Trujące krople wyżarły większość tekstu, ale to, co pozostało i dało się odczytać z zapisu zrobionego po angielsku zdumiało wszystkich. Tajemny przekaz brzmiał: Personal birth, czyli: osobiste narodziny.

krokodil

Natychmiast pojawiła się wyczuwalna obecność jakiejś ponurej, potężnej i mrocznej świadomości. Z niezrozumiałych powodów nie atakowała jednak, ale obserwowała całe to zdarzenie z napiętą uwagą ukryta gdzieś w niewidzialnym świecie.

Wtedy plac przykościelny zamienił się w otoczony murem stary park, a katedra w kilkupiętrowy pałac. Było już blisko północy. Nagle w nieprzeniknionym mroku otworzyło się oko ukrytej w nim przerażającej istoty… Ogromne, obłe, żółte, ze źrenicą zwężoną w pionową kreskę jak u gadziego drapieżnika, węża albo krokodyla.
Chwilę potem ktoś ukazał się w pałacowym pokoju na drugim piętrze. Rozchyliwszy śmiałym ruchem czerwone zasłony stanął w oknie mały śmiejący się bezczelnie chłopiec, boski bliźniak.

Teraz położono przed Żywją odwieczną Xsięgę. Do obu jej boków przyklejone były dwie złożone jak mapki mniejsze książeczki. Żywja ostrożnie otworzyła jedną z nich i odsłoniła obrazek. Ukazywał młodego chudego mężczyznę. Leżał obnażony, z półotwartymi ustami i wykrzywioną bólem, nienawiścią i wstrętem twarzą, pokrytą kilkudniowym zarostem. Jego podniebienie było rozszczepione na dwie szczęki, obie miały po pełnym zestawie zębów. W dolnej części obrazka znajdował się szkic mutanta. Było to coś ohydnie zdeformowanego, drobnego, czarnego, zwyczajnie – diabelskie dziecko.

Żywja otworzyła drugą książeczkę. Zobaczyła portret uśmiechającej się rezolutnie zdrowej i silnej kilkuletniej dziewczynki. W uśmiechu ukazywała dwa błyszczące śnieżną bielą, wystające zabawnie spod górnej wargi siekacze.

Wtedy zaczął się atak. Żywja poczuła obecność nader nieprzyjemnej i nieprzyjaznej siły. Pokój sypialny powiększył się, a pod lampą zaczął krążyć czarny wielogłowy smoczy kształt, usiłując zgasić lub choćby maksymalnie przyćmić jej światło.
Zaczęła odruchowo wykonywać znak krzyża i robiła to jednocześnie dwiema rękami. Prawą i lewą. Natychmiast usłyszała dobiegający z oddali śpiew wielkich ludzkich tłumów. Rozpoznała maryjną pieśń kościelną.

Ni stąd ni zowąd znalazła się na przedmieściach Warszawy. Wciąż trwała noc. Szła oświetloną latarniami ulicą zmierzając do domu przyjaciół. Nagle zaszedł jej drogę zdążający tak samo jak ona po prawej stronie czarny pies rasy doberman z łypiącymi groźnie ślepiami. Zdecydowała się przejść na lewą stronę ulicy, ale już po chwili zaczęła zmierzać ku niej jakaś drobna smolista postać. Nawet nie starała się jej dobrze rozpoznać, aby nie oszaleć ze strachu.
Cofnęła się zawracając, ale dokąd ma teraz pójść? Do kogo się udać? Komu coś tak przerażającego i nieprawdopodobnego opowiedzieć? I kto jej uwierzy?

Pominięta tutaj opowieść Wiesława Kowala zawierała podobną treść. W pewnej chwili swego życia pozostał sam na sam z czymś mrocznym i wrogim, co najwyraźniej broniło mu jakiegokolwiek działania zmierzającego do naprawienia sytuacji i zapobieżenia destrukcyjnemu biegowi wydarzeń. Bez żadnej wyraźnej przyczyny stał się pastwą irracjonalnych ataków na swoją osobę, wrogich wystąpień i niechętnych deklaracji ludzi, którzy do tej pory piali na jego cześć. Odwrócili się od niego nawet najbliżsi.
– Od tamtej pory dużo o tym myślałem… Z początku oczywiście buntowałem się i próbowałem się bronić, ale sami wiecie, jakie były tego skutki, ech – orzekł Kowal machnąwszy ręką. – Zdecydowałem się potraktować te prześladowania jako wyraz woli Boga, (czyli, jak kto woli – mojej wyższej jaźni). To pozwoliło mi nabrać spokoju i wybaczyć wrogom. Mój obecny wniosek jest taki. Są rzeczy i sprawy, od których lepiej trzymać się z daleka. Nie z tchórzostwa, broń Boże! Ale dlatego, że nawet Bóg nie chce ich przeniknąć.

***

– Witaj, Żywjo! Czy coś naprawdę się zmienia…? – te uprzejme słowa wypowiedziane miłym głosem młodego mężczyzny obudziły ją w środku pierwszej nocy, którą spędzała w swoim świeżo wynajętym warszawskim mieszkaniu. Dobiegły z przedpokoju.

Zaraz potem trzasnęły drzwi i do sypialni wpadł niepoczytalnie wściekły, żądny zemsty człowiek. Wszystkie włoski stanęły jej dęba na całym ciele i pojęła, że tylko ułamek sekundy dzieli ją od śmierci.
Wtem atakujący zatrzymał się. Dosłownie w odległości centymetra od tapczanu zamarł w bezruchu, jak gdyby czymś niepomiernie zaskoczony. Zdumiało ją to równie mocno.
Chwilę potem wrzasnął na cały głos:
– O, kurwa, Jahwe!

I uciekł jak zmyty.

Reklamy

Zmienieni, część 1

Prezentuję, z konieczności w odcinkach, opowiadanie wyśnione dawno temu i pisane wiele lat. Miejsce akcji, niektóre nazwiska (np. Zejman) i nazwy pochodzą ze snu. Inne zostały wymyślone w konwencji utworu. Sama nie wiem do końca o czym naprawdę traktuje ta historia, czy jest prawdziwa, albo na ile jest prawdziwa, a na ile wymyślona przez wyższe byty. Wiem tylko, że sen trwał cała noc i mocno mną wstrząsnął. Na tyle, że nie nie byłam w stanie porzucić próby jego zapisania w formie literackiej.

Ewa Sey

Zmienieni

część pierwsza

Wstęp

Oto my, synowie bogów, arystokraci Ziemi, członkowie starożytnych rodów, od początku tej ery dzierżących władzę i prestiż. Dopiero przez kilka ostatnich dziesięcioleci mogliśmy żyć w spokojnym luksusie po każdej stronie rządzonego przez nas świata. Podczas zabójczego potopu rozdzieliła go na dwoje ogromna morska zatoka, która wdarła się daleko w głąb lądu błękitnym ramieniem oceanu. Na kolejne tysiąclecia ustanowiła naturalną granicę, izolującą od siebie unicestwione pradawne i rodzące się dopiero kultury, zamieszkujące trzy kontynenty, nieufne, obce sobie i nierzadko wojennie do siebie nastawione. Z powodu różnic języków, ras, religii i cywilizacji, w których przychodziło nam żyć, rzadko kontaktowaliśmy się w kręgu naszego elitarnego klanu klanów. Wielokrotnie w historii przemieszczaliśmy się z jednego brzegu Śródmorza na drugi, z półwyspu na półwysep, z wyspy na wyspę, z kontynentu na kontynent, aby ratować swoją skórę, pozycję i majątki, choć najczęściej głównym motywem były ambitne ekspansje i zawłaszczanie innych królestw. Jednak od ostatniej światowej wojny postępowe procesy demokratyczne rozpętane z wielkim rozmachem na całej planecie sprawiły, że mogliśmy zacząć swobodnie funkcjonować gdziekolwiek bądź. Nadeszły szczęśliwe czasy dla biednych i dla bogatych. A prawdziwi władcy nie musieli być teraz królami, ani nawet innymi rządzącymi, wygodnie mieszkając w zaciszu swych luksusowych posiadłości.

I.

Ten nieco przydługi wstęp ma przybliżyć Czytelnikowi moją skromną osobę, środowisko i pozycję, w jakich przyszło mi żyć. Nazywam się Adrian Gralofsky. Pochodzę z rodziny szlacheckiej mającej wiekowe koligacje w całej Europie, od zachodu po wschód. Moi pradziadkowie, dziadkowie i rodzice przeżyli okres bezwzględnych prześladowań ze strony wschodnich rewolucjonistów, lecz ja należę do pierwszego pokolenia urodzonego na wolności. Mój powrót do korzeni i klanu, który spokojnie zamieszkiwał przez cały ten ponury okres, w zachodniej Europie okazał się nadspodziewanie łatwy. Kiedy runął mur oddzielający zachód od wschodu, pierwszy wyciągnął do mnie rękę jeden z najstarszych żyjących przedstawicieli znamienitego arystokratycznego rodu. Miałem wtedy czternaście lat i można było mnie jeszcze ukształtować, wpoić odpowiednie zasady i maniery, o których moja rodzina już była zapomniała.

Diuk Zeyman był bajecznie bogatym rentierem i jednym z nielicznych potomków bocznej linii wymarłych królów z Pałacu Słońca. Mimo zaawansowanego wieku trzymał się świetnie, zawsze pełen klasy, aktywności i animuszu. Pochodził z rodu, który uciekł tuż przed Rewolucją w bezpieczniejsze rejony Europy ratując resztki majątku, pamiątki i przede wszystkim geny rodziny. Tam jego przodkowie szczęśliwie wtopili się w tło społeczne, w końcu przenikając skutecznie w kręgi nowej władzy. Robili to już przezornie pod zmienionymi nazwiskami, wżeniwszy się w bogate fabrykanckie, mieszczańskie albo bankierskie rodziny, arystokratyczne tytuły zamieniając na tytuły urzędowe bądź naukowe. Kiedy wybuchły wojny ulokowali swoje pieniądze w intratnych wojskowych interesach po stronie atakującej i ostatecznie przegranej. Szczegółów tych podejrzanych interesów dowiedziałem się o wiele później. Firmy, w których Zeyman miał udziały wyszły z dwóch ostatnich globalnych wojen ogromnie wzbogacone i rozpoczęły zwycięską ekspansję handlową na cały świat. Zmieniły cele swojej produkcji, niektóre marki, ale funkcjonowały z pełnym sukcesem wykorzystując technologie wypracowane w ogniu morderczych walk i bestialskich eksperymentów dokonywanych na jeńcach wojennych.

Dzięki niemu skończyłem najbardziej renomowane liceum w Belgii, studia na Sorbonie i dostałem wysokie stanowisko przedstawiciela w jednej z korporacyjnych firm, która rozpoczęła właśnie swoją handlową ekspansję na wschód. Moje obowiązki były dość umowne i rzadko wymagające wysiłku, dlatego miałem dużo wolnego czasu, który pożytkowałem na rozwijające się hobby antykwaryczne, życie towarzyskie oraz podróże.

Żona Zeymana, Zelda, młodsza od niego kilkanaście lat, pochodziła z rodziny zubożałego węgierskiego hrabiego, (z którym właśnie moi przodkowie byli spokrewnieni). W paryskiej śmietance liczono się z nią przede wszystkim jako ze znakomitą fotografką. Zaprzyjaźniłem się szczerze z obojgiem, choć w stosunku do diuka mogę mówić tylko o zdystansowanym szacunku, nie o uczuciu. Jego protekcjonalizm, kontrolowana ironia i uprzejma obojętność, którą niezmiennie z niego biła, nigdy nie obudziły we mnie zaufania. Lecz to właśnie pani Zeymanowa zastąpiła mi najbliższą rodzinę i matkę, którą pozostawiłem w ojczystym kraju.

II.

Nadszedł 1999 rok. Jak zawsze w sezonie letnim znalazłem się w towarzystwie Zeymanów po drugiej stronie Śródmorza, w Aleksandrii, kurorcie liczącym sobie według kronik ponad dwa tysiące lat. W rzeczywistości, jego historia, jak i dzieje wszystkich starożytnych miejsc na plażach Śródmorza, była o wiele starsza i sięgała przedpotopwej ery. Jednak wiedzieli o tym nieliczni przedstawiciele najstarożytniejszych rodów, większość od tysiącleci była zmyślnie i skutecznie oszukiwana. Z miejsca głęboko zakochałem się w tym królewskim mieście, muzeach, w których spędzałem wiele czasu, antycznych pamiątkach i pomnikach, a przede wszystkim w legendzie dziejów, jakie przeszło, a które wydawały mi się tam nadal żywe.

Zeymanom towarzyszyła Luiza, młoda i piękna dziewczyna o słomkowo jasnych długich włosach, z którą żartobliwie mnie swatano. Była siostrzaną wnuczką diuka mieszkającą w Szwecji. Zeymanowie byli bezdzietni, a ja jako zaufany przyjaciel wiedziałem, że postanowili przekazać jej w odpowiednim czasie dużą część schedy po sobie. Nie byłem przeciwny flirtowi z nią, choć moje serce jakoś nie chciało zabić szybciej w jej obecności i nie starałem się tego zmienić. Była to ambitna, pusta i powierzchowna dziewczyna, nadmiernie dbająca o zewnętrzne szczegóły z pominięciem tego, co mnie wydawało się najważniejsze. Ponieważ nie chciałem zostać zaliczony do jej kolekcji szybko porzuconych kochanków zaczęliśmy wzajemnie się znosić z czymś podobnym do przyjaźni.

Rozkoszne nadmorskie wakacje nie trwały długo.

Któregoś spokojnego dnia wydarzyło się coś, co przerwało nasz beztroski pobyt. Chcąc nie chcąc zostałem tego mimowolnym świadkiem i uczestnikiem. Na moich oczach zaczęło dziać się coś, czego nie tylko nie mogłem się wcześniej spodziewać, lecz podobna historia nawet mi się nie śniła!

III.

Nadeszło w jasny, upalny, bezchmurny dzień, nieróżniący się niczym od innych podobnych dni w tym miejscu świata. Wylegiwałem się w towarzystwie grupki błękitnokrwistych przyjaciół na rozpalonym białym piasku strzeżonej hotelowej plaży. Siedząc na leżaku pod kolorowym parasolem popijałem sok cytrusowy z lodem. Mój wzrok oparł się na równej tafli błękitnego morza znaczonej jedynie białymi grzywami spokojnie i rytmicznie nadbiegających ku brzegowi fal. Umysł pracował leniwie. Zajmowały go nieco najświeższe wiadomości przeczytane w porannej prasie. Właściwie nie różniły się skalą ważności od tych czytanych wczoraj, przedwczoraj czy rok temu.

Wtem, na czyjś jeden zdumiony głośny okrzyk poderwałem się na równe nogi. Ten głos musiał mieć w sobie coś szczególnego, inaczej nie sprawiłby tak piorunującego wrażenia na wszystkich. Już po chwili większość plażowiczów zrobiła to samo, co ja. I tak stojąc, zdumieni i zaskoczeni, patrzyliśmy z zadartymi głowami na kołujący wysoko w górze olbrzymi srebrzysty pojazd.

– Jego silniki dawno zgasły, a załoga wymarła – stwierdziłem nagle głośno pod wpływem kłującego w sercu przeczucia. Nie odrywałem od niego wzroku, obserwując zjawisko przez podręczną lornetkę.

Połyskujący w słońcu wrak niby gigantyczny latawiec zataczał z wolna coraz niższe kręgi ponad spokojnym obszarem jasnobłękitnego morza.

– Nie, to niemożliwe – powiedział ktoś. – Uszczypnijcie mnie. To mi się tylko śni!

A jednak nie był to sen, choć wszystko działo się jeszcze bardzo wysoko i w całkowitej ciszy. Nagle na naszych oczach pojazd rozłamał się na trzy człony. Jednocześnie z ust patrzących wydostał się głośny okrzyk, a potem zbiorowe westchnienie. Dwa z nich, kadłub i ogon, jeden za drugim runęły do morza w znacznej odległości od portu i plaży. Trzeci leciał jeszcze jakąś siłą bezwładu i prądu powietrza, w który trafił i znikł nam z oczu w przestworzach nieba. Musiał upaść gdzieś o wiele dalej, może w okolicach Grecji lub nawet Włoch.

Długi czas trwała głucha cisza, w którą wsłuchiwaliśmy się wciąż jeszcze z napięciem, ale ze słabnącym stopniowo zainteresowaniem. Morze zdawało się nieporuszone. Nic nie wskazywało na to, co się miało później wydarzyć. Postanowiliśmy rozejść się znów po plaży spodziewając się znaleźć wytłumaczenie wypadku w popołudniowych wiadomościach.

Miejscowe gazety i telewizyjne dzienniki skwitowały go krótką wzmianką o kontrolowanym upadku w morze starej nieużywanej stacji orbitalnej.

lewiatan.png

IV.

Czas płynął nieubłaganie. Spokój okazał się usypiający i w gruncie rzeczy pozorny.

Latem kolejnego roku w błękitnej przybrzeżnej wodzie morza, nad którym mieścił się nasz kurort pojawiły się… osobliwe ryby. Z ogromnym impetem największa z nich zaatakowała ludzi w kąpieli. Dosłownie cudem udało mi się wydostać z wody w ostatniej chwili! Pod wpływem adrenaliny z niebywałą u siebie siłą i zręcznością wdrapałem się na molo i pobiegłem kładką na suchy brzeg. Obejrzałem się za siebie tylko raz. Wyskakujący z morskiej toni straszliwy lewiatan wielkości orki zaprezentował się oczom wypoczywających w całej okazałości, od zębatej półotwartej paszczy pradawnego potwora po wymyślnie haczykowaty koniec ogona. Szybko okazało się, że towarzyszyła mu ławica małych rybek z gatunku tych, co do tej pory były całkowicie niewinne i łagodne. Teraz jednak agresywnie kąsały maleńkimi cienkimi, zagiętymi do wewnątrz ząbkami, atakując osoby taplające się na rozgrzanej płyciźnie.

W ciągu zaledwie trzech dni okazało się, że ich ugryzienie nie pozostaje bez następstw.

Wśród kilkorga pokąsanych była Luiza. Krzyczącą z przerażenia ratowałem na brzegu, gdy wybiegła z wody panicznie otrząsając się z wczepionej w łydkę rybki. Najpierw unieruchomiłem ją nieznoszącym sprzeciwu głosem, a potem zręcznie oderwałem od skóry maleńką śliską istotę o długości wskazującego palca, pociągnąwszy ją za ogon. Zostawiła po sobie ledwie widoczny ślad na nodze, z którego wypłynęła zaraz kropelka krwi. Ktoś roztropny koło mnie podsunął torebkę foliową napełnioną wodą. Szybko włożyłem do niej budzącą wstręt zdobycz. Byłem zaskoczony sam sobą. Nie straciłem głowy w tak nieprzewidzianej i nerwowej sytuacji! To właśnie wtedy po raz pierwszy przekonałem się o instynktownej sile mojej przytomności, która odzywa się w życiu rzadko, ale zawsze bezbłędnie. Nie myśląc wiele zatroszczyłem się o szczegóły. Luiza musiała zostać opatrzona, a rybkę należało przebadać pod kątem jakiejś niechcianej infekcji.

Oprócz mnie, jeszcze tylko jednemu mężczyźnie udało się schwytać wodną napastniczkę po własnoręcznym odczepieniu jej od skóry uda. W efekcie mogłem w szybkim tempie dostarczyć do laboratorium dwa żywe egzemplarze agresywnego gatunku.

Opatrzona w ambulatorium Luiza została wypuszczona z rutynowym pouczeniem lekarskim, że ma się zgłosić, gdyby tylko pojawiły się jakiekolwiek niepokojące objawy. Natomiast zaangażowani w badanie dostarczonych rybek mikrobiolodzy z miejskiego centrum badań sanitarnych stwierdzili rzecz absolutnie niebywałą. Rybki miały rzednące ciała, w ciągu kilkunastu minut po wyjęciu z wody szybko traciły kształty i gęstość, jedna po drugiej. W okularze najsilniej powiększającego mikroskopu zarysy ich komórek znikły w końcu bez śladu. Zwyczajnie przeszły w nicość, niedostępną dla wzroku i wszelkich naukowych narzędzi.

Dopiero po telefonicznej interwencji Zeymana pracownicy laboratorium sporządzili protokół zdarzenia, z którym zresztą nie wiedzieli, co zrobić, więc natychmiast wylądował w archiwum, czekając na inną możliwość sprawdzenia przypadku. Dostałem kopię tego dokumentu, którą Zeyman skierował swoimi kanałami w odpowiednie miejsca i do odpowiednich osób.

Oficjalnie nie wiązano ze sobą upadku wraku i pojawienia się morskiego potwora, ale plotek nie dało się zatrzymać. Zaczęły krążyć opowieści o podejrzanych eksperymentach biologicznych dokonywanych od lat na orbicie, których efekty dostały się w ziemskie środowisko i zaczęły gwałtownie mutować.

Informacje dość szybko utajniono, lecz i tak do wielu z nich miałem dostęp z racji znajomości w kręgach naukowych i rządowych, jakimi dysponował Zeyman. Co więcej, z racji swego zaawansowanego wieku uczynił mnie on swoim pełnomocnikiem do tych kontaktów. Dostałem za zadanie zbierać wszelkie nowiny na wiadomy temat i przekazywać mu w formie zwięzłej i przemyślanej.

Zacząłem od uważnej obserwacji tego, co się działo z kilkorgiem pogryzionych osób, a przede wszystkim Luizy, którą zdążyłem już całkiem dobrze poznać.

Ogarnęła mnie wprost szalona nieufność. Podejrzliwie zerkałem na nią w sytuacjach, gdy sądziła, że jest sama. Nigdy przedtem nie ośmieliłbym się zrobić czegoś podobnego, a jednak podejrzliwość, która mnie opanowała była przemożna. I co gorsze, pogłębiała się! Patrzyłem, obserwowałem, przyglądałem się, rzucałem okiem, śledziłem ją, sam stając się nieomal niewidzialny, aż wreszcie zobaczyłem coś, co głęboko mną wstrząsnęło i przeszyło zimnym dreszczem zgrozy.

Trzy dni po ukąszeniu Luiza nagle, wręcz z minuty na minutę śmiertelnie pobladła. Wyglądała jak trup, a potem… rozdwoiła się. Zobaczyłem to na własne oczy, gdyż zajrzałem tam, gdzie wcale nie spodziewała się być widziana. Wydarzyło się to w leniwej porze południowej sjesty.

Nie powiedziałem słowa na ten temat nikomu, nawet Zeymanowi, któremu nigdy do końca nie zaufałem. Nie dla tego, że ten widok przerastał wszelkie ludzkie pojęcie i pewnie nikt by mi nie uwierzył. Ale z tego powodu, że intuicyjnie zdałem sobie sprawę z rozmiaru niebezpieczeństwa, które się przy mnie oto przypadkiem odkryło.

Pozbawiony wszelkiego owłosienia na ciele nagi duplikat Luizy włożył na siebie przygotowaną wcześniej czarną perukę. Stojąc przed lustrem z wielką wprawą zrobił na swej poszarzałej twarzy szykowny makijaż. Śmiertelnie blade policzki rozjaśnił sztuczny rumieniec i wyniosły uśmiech pomalowanych warg. Nad oczami pojawiły się podkreślone zręczną kreską czarne brwi, a powieki dostały cień wielkich sztucznych rzęs. Zdążyłem w porę odpaść od uchylonych drzwi i niezauważalnie skryć się za załomem korytarza, gdy zduplikowana Luiza wyszła z toalety dla pań. Jej prawdziwe ciało rozrzedziło się i znikło bezpowrotnie.

Większość kuracjuszy powodowana szokiem po ataku rybek-niewidek zrezygnowała z dalszych wczasów w kurorcie i wróciła do swych siedzib gdzieś w świecie. Wróciłem i ja. Tam jeszcze życie zdawało się biec zwykłym torem.

V.

Po powrocie zająłem się swoimi sprawami, obowiązkami w pracy i zbieraniem informacji dla diuka, krążąc cierpliwie pomiędzy stolicą i miejscami, gdzie akurat rezydowali Zeymanowie, a było ich kilka w Europie.

Luiza długo jeszcze pozostawała w podróży, pod wpływem jakiegoś kaprysu dołączywszy do paru znajomych wędrujących po krajach północnej Afryki. Poczułem się z tego powodu dużo swobodniejszy.

Spokojnie minęły tygodnie i miesiące. A potem lata.

Któregoś kolejnego roku, pewnego letniego piątkowego przedpołudnia zjawiłem się w niewielkim mieście malowniczo położonym nad Złotą Zatoką. Po rezygnacji z dorocznych wyjazdów do Aleksandrii Zeymanowie zaczęli spędzać wakacje w miejscowości, w której dotąd zazwyczaj zimowali. Wynajęli letni pałacyk wybudowany na wzgórzu za miastem. Strzegł go i dbał o codzienne sprawy mieszkający w jego tylnym skrzydle zaufany milkliwy dozorca Rudel, z rodziną.

Drzwi otworzyła mi pani Zeymanowa, pięknie uczesana, umalowana i ubrana w elegancki łososiowy kostium. Po serdecznym powitaniu wprowadziła mnie zaraz do salonu. Od jakiegoś czasu stałem się bardziej nerwowy i nie zechciałem usiąść, choć mi zaproponowała. Zacząłem przechadzać się po wnętrzu zerkając przez wysokie okna, dotykając ozdobnych i cennych pamiątek ustawionych na meblach i gadając o ostatnich wydarzeniach z mojej codzienności, o które pytała gospodyni. Na dłużej zatrzymałem się dopiero przy schodach wiodących na piętro. Na ścianie obok nich wisiało kilka dużych rozmiarów i pełnych niepokojącego nastroju obrazów pędzla Drohobickiego, współczesnego malarza polskiego pochodzenia. Twórczość tego kontrowersyjnego artysty znałem z katalogów, które nie tak dawno temu przeglądał uważnie Zeyman.

– Właśnie to jest niespodzianka, którą chcemy ci pokazać. Co o tym myślisz? – Zeymanowa stanęła blisko mnie – Alfred kupił je niedawno na aukcji za dość śmieszną cenę. Malarz nie cieszy się estymą w swoim kraju. Jego sztuka jest znana, ale nikt nie chce posiadać tych dzieł na własność.

– Chyba rozumiem, czemu… – odparłem.

– Tak, są makabryczne.

Wszystkie obrazy przedstawiały symboliczne i mało zrozumiałe sceny owiane udzielającą się atmosferą egzystencjalnego lęku, rozpaczy, smutku i grozy. Przerażenie płynęło z zestawienia ze sobą przyciemnionych barw i delikatnej deformacji kształtów. Deformacji, jaką powoduje stopniowe więdnięcie, starzenie się i rozkład tkanek. Cechowała je głęboka dekadencja i jakaś grawitująca w mrok tajemnica, odpychając i jednocześnie magnetycznie i kusząco przyciągając uwagę patrzącego.

– To Alfred wybrał dla nich miejsce w salonie. Muszę przyznać, że czuję się tu teraz nieswojo – zwierzyła się Zeymanowa. – Mam nadzieję, że mu się znudzą. Choć dzisiaj rano oznajmił mi, że te obrazy mają w sobie „to coś”, o co IM chodzi.
– Komu? – odruchowo zadrżałem.
– Jego przyjaciołom, z którymi ostatnio intensywnie się zadaje… zapewne – odpowiedziała z zastanowieniem.

Nie powiedziałem jej jeszcze o tym, mojej starej dobrej przyjaciółce… Otóż przed dwoma tygodniami podczas mej zwykłej wizyty u Zeymana wiedziony podejrzliwością, która mnie już nie odstępowała zajrzałem ostrożnie, szukając go, do jego sypialni na piętrze. Staruszek leżał na łóżku. Jeszcze zdołał unieść ciężkie powieki i omiótł mnie przelotnie pustym wzrokiem. Obok niego znajdował się jego sobowtór. Nie zauważył mnie zajęty nadal swoją przemianą.

– Kiedy tak patrzę na te obrazy zaczynam mieć wielką ochotę napić się czegoś dobrego w zacisznych warunkach – stwierdziła po chwili Zeymanowa. – Najlepszy trunek znajduje się w piwniczce zimowego domu nad Zatoką. Przejdźmy się tam, proszę cię! Mój mąż wybiera się na raut w Zamku nad Loarą. Ma mu towarzyszyć Luiza. Zdecydowanie wolę spędzić ten czas na rozmowie z tobą. Co ty na to?
– Taki spacer może być niebezpieczny – oznajmiłem starając się nie zdradzać zaniepokojenia. – Bardzo niebezpieczny. W Złotej Zatoce dzieje się ostatnio coś dziwnego i nie wiadomo, kogo można o tej porze spotkać blisko plaży.

Zeymanowa machnęła na to ręką z rozbrajającym uśmiechem starszego człowieka, który niejedno przeżył. Dodałem więc, aby ją przekonać:
– Od jakiegoś czasu wzdłuż śródmorskich wybrzeży kwitnie mutujący brązowy plankton. Podobno powoduje niepokojące masowe ZMIANY. Wiem to z pewnego źródła.
– Nieważne – odpowiedziała Zeymanowa. – Chcę się napić i już, Adrianie… Bądź łaskaw nie stawiać dziwnych przeszkód starej kobiecie.

Była to wspaniała osoba o sile charakteru, którą od początku podziwiałem. Miała w sobie głęboki spokój i trzeźwość umysłu charakteryzujące większość członków jej rodziny. Nagle postanowiłem podzielić się z nią swoją wiedzą. Prawdopodobnie była jedyną ludzką istotą, której mogłem całkowicie zaufać i która zdolna była potraktować moje rewelacje ze zrozumieniem.

Część druga >>

Sny wiedzy

1.
Wokół trwa kosmiczna, przepastna noc, ciemność nieskończona, przetykana gdzieniegdzie maleńkimi iskierkami gwiazd. Mroczna otchłań rządzona przez prastare nad-inteligentne istoty, skazane na nieuchronne zniszczenie w chwili końca wszechświata. Pozbawione jakiejkolwiek nadziei, radości, ponure i złe rządzą uniwersum aż po jego kres. Dalej ich władza nie sięga. Idziemy na spotkanie z nimi, dokładnie określonymi szykami, liczba za liczbą. Odważni straceńcy, ginący szeregami po to, aby świat ludzki mógł dotrwać do Wielkiej Chwili i otworzyć oczy, gdy odwieczna noc pierzchnie. Była nas określona liczba, jak 144 tysiące oznakowanych. Przejmujące odczucie bezwzględnie dołującego smutku w kontakcie z Panami Mroku, obudziło mnie.

2.
Należę do tajemnego ugrupowania, jako jedna z mnóstwa jego szeregowych członków. Na anonimowej tablicy ogłoszeń wielu z nas prezentuje swoje obliczenia i analizy wróżebnych odpowiedzi Księgi I-Cing, omawiając orzeczenia tak, aby zapowiadane przez nie wypadki, wywołujące konieczną przemianę nie były już potrzebne. Niestety, każda przepowiednia zawsze realizuje się całkowicie i literalnie, bez wyjątku. Ten brak postępów źle wróży na przyszłość. Może nie udać się plan storpedowania zapowiedzianego niszczącego końca ery uzyskaniem odpowiednio wysokiego poziomu zbiorowej świadomości.
Linie zmienne z obliczonych starannie na początku ery heksagramów dla poszczególnych odcinków czasów symbolizują piętra świadomości, na których byli ci, którzy prowadzili całe ugrupowanie w czasie. Po kolei wraz z mijającymi okresami i wiodącymi wróżbami zmieniali się także nasi tajemni szefowie. Zaczynamy w końcu rozmawiać między sobą w grupach jednego poziomu, wymieniając się spostrzeżeniami i zaniepokojeniem. Szef powinien być ogarnięty najwyższym światłem i według niego prowadzić stowarzyszenie. Tymczasem za każdym razem, krótko po zmianie przywódcy zagarniała go ciemność. Wyłaniała się ze studni Czeluści istota z głową gwiazdy włochatej, o piekielnej twarzy i straszliwym wyrazie oczu i pożerała go.

  • Co robimy? – pada dramatyczne pytanie.
  • Walczymy dalej, walczymy do końca – nasza odpowiedź jest zgodna i w skupieniu rozchodzimy się każde do swych prac i zadań.

nephilim-giant-sumerian-anunnaki

3.
W grupie specjalistów trwają dociekania lingwistyczne nad zestawieniem różnych informacji wyciągniętych z kilku starożytnych tekstów hebrajskich, częściowo biblijnych, częściowo talmudycznych, odrzuconych apokryfów, glinianych tablic i rytych w kamieniu napisów dawnych bliskowschodnich kultur. Wracamy do przechowanych w archiwach prywatnych i na uczelniach, zapisów i notatek robionych przez nieżyjących już archeologów i poszukiwaczy źródeł. Śnię jednym z badaczy. Odkrywamy wreszcie, składając ze sobą różne podania i wersety, pewne tajemnice ukryte pod nazwami olbrzymów i mitycznych postaci. Ujawnia się nam nie tylko historia pojawienia się dziwnych nad-istot w dziejach żydostwa, ale i ich starannego ukrycia w kanonicznych pismach świętych. Znajdujemy zaszyfrowane nazwy miejsc i starożytne ośrodki ich kultu i przekazu w czasie. To były ponure i bezbożne istoty, budzące niezrozumiałą grozę. Miały jakiś swój interes w uzależnieniu od siebie ludzi rządzących, a poprzez nich reszty. Osób świadomych owego kultu i zachodzących kontaktów było w dziejach bardzo niewiele. Pisma zostały dawno temu tak zamaskowane, że trudno jest odróżnić kult owych istot od czci oddawanej bogom pogańskim, także od przekazu o Bogu i od Boga. Ujawnia się oto przed nami starannie zakryta w starożytności droga do Przybyszy, straszliwych Innych. Oni nadal istnieją, w konkretnych miejscach, ale ukryci. Czekają.

4.
Stoję w kościele, pośród zgromadzonych licznie ludzi. Moją matką jest wysoka, bogata kobieta, darzona tutaj dużym szacunkiem. Przedstawia właśnie wszystkim swego przyjaciela, żydowskiego rabbiego. Przyprowadziła go po to, aby mógł nas pouczyć. Z pewnym zaskoczeniem bąkam, stojąc z boku, że doszły mnie słuchy, iż ci rabini, wtajemniczeni w kwestię klątw dziedziczą klucz do mocy dzięki pokrewieństwu, gdyż należą do starożytnego rodu ludzi jednej krwi. Matka lekceważy moją uwagę, macha dłonią stwierdzając, że „to tylko głupia plotka”.
Stary rabbi demonstruje przed zgromadzeniem magiczny wisiorek. Na splecionych ze sobą pracowicie sznureczkach wisi symbol przypominający tarotowe słońce, uśmiechnięte i promieniste. Aby uruchomić energie – objaśnia uczony starzec – podciąga się do góry specjalną koszulkę, która odkrywa drugą ciemną stronę znaku. Słońce jest tam straszliwie wykrzywione i ciska pioruny.
Słuchacze rabbiego nie chcą słyszeć o używaniu w ten sposób amuletu. Nie podciągają koszulki i błogosławią jedynie jasną stroną, drugą pozostawiając w nieświadomości. Rabbi, po kilku próbach przekonania ich do pierwotnej metody zaklinania, nagle wpada w szał. Ściąga koszulkę ze słońca. Gwałtowny ruch rozrywa sznurki, kryształowy amulet upada na posadzkę roztrzaskując się na kawałki. Rabbi krzyczy z rozpaczą i w wielkim wzburzeniu, głos mu drży i załamuje się:
– Niechaj przyjdzie przekleństwo i zło, które wywołaliście swoim tępym uporem. Prawda i Wiedza nie ima się waszych umysłów i serc, więc doznacie kary, która spada na tego, kto nie chce ich znać! Przeklinam was! Oby to stało się dla was nauką, jeśli nie chcieliście uwierzyć w moje słowa!

Obudziła mnie fala szalonego gniewu.

5.
Rozmawiam z Rosjanką. Wysoka, długowłosa, w długiej sukni i czepcu na głowie. Opowiada mi szczegółowo i z powagą to, co jest już wiadome w grupie wtajemniczonych rosyjskich wiedunów. Otóż przyszłość uległa sporemu skróceniu, z powodu przyspieszenia rozwoju zbiorowej świadomości. Z możliwych początkowo 155 lat (rozumiem, że trzeciego milenium naszej ery) całe przeznaczenie ma wypełnić się do 95 roku.
Pytam o Polskę.
– Ach, Polacy – uśmiecha się tak, jakby coś mało ważnego właśnie sobie przypomniała. – Tak, odegracie pewną rolę w latach 30. i 40.tych…

dzieci o czarnych oczach

6.
Śnię młode pokolenie. Zaatakowane przez ryby. Dziwne ryby, drapieżne. Odkryliśmy, że Ziemię dawno temu namierzyła rasa Rybonów. To istoty, które były skazane w Planie Boskiej Ewolucji na całkowitą przegraną, od nich – ryb – jak od dna odbiły się istoty niebiańskie próbujące rozwoju w materii. Teraz odbywa się skryta manipulacja. Rybony stworzyły własne nośniki cielesne w wodach i zaczyna to być widoczne. Mało tego, w pewnym momencie w skafandrach ludzkich pojawiły się wśród ludzi. Rozpoznaję jednego po obcym spojrzeniu wielkich czarnych oczu bez białek. Postanowiły odwrócić rozwój w swoją stronę, one na szczycie drabiny ewolucji.

7.
Widzę okiem Molocha ludzi, którzy mu służą i są jego pokarmem. Zamieniają się w cyborgi, nie wiedząc o tym. Mogliby dowiedzieć się jedynie wtłoczeni przemocą w przyrodę, a tego nigdy nie uczynią. Na jej tle czują się dziwnie nieswojo i przybierają miny i pozy, których ludzie-ludzie nie pojmują. Budują sobie para-naturę, starannie zabetonowane chodniki i podwórka, malowane parkany, strzyżone trawniki, zdalnie otwierane garaże, szyfrowe zamki w drzwiach. Zza nich nie muszą widzieć tego, co jest istotą życia, planety, Ziemi. Lecz mając władzę nad komunikacją medialną głoszą wyższość wygodnego i sterylnego cyborżańskiego świata nad ludzkim. Są opakowaniami dla rasy Panów, która szykuje się do ostatniej ekspansji w ziemski wymiar. Na szczęście owa rasa nie cierpi zapachów wsi i przyrody, więc kto żyw w swoim ciele i sercu, a nie bojący się zwyczajnych ludziom odorów, dla dobra własnego i swych dzieci ucieka ze sztucznego świata. Jeszcze jest trochę czasu.

8.
Czytam powieść fantastyczną w maszynopisie. Tekst wygląda dwojako, część opisuje regularną czcionką stan jawy, druga pisana italikiem dotyczy akcji dziejącej się we śnie. Autor jest znawcą techniki świadomego śnienia. Opisał sposoby unieszkodliwiania skutków ataków koszmarnych istot, wynurzających się co rusz z różnych pod-, nad- i bocznych światów. Ch`th`ummy unieszkodliwił odcinając je od przyszłości i od przeszłości. Jest tego mnóstwo, każda przygoda koszmarniejsza od drugiej. Powieść może służyć jako podręcznik dla świadomych spaczy i treningów stanów oobe. Bieg spraw jest jednak taki, że ów mistrz sennego karate im więcej koszmarów zlikwidował, tym bardziej koszmarniał na jawie, zamieniając się ostatecznie w potwora w ludzkiej skórze.

9.
Przebywam od niedawna w Londynie i wszystko mnie tu wzrusza. Właśnie zmarła królowa-matka i trwają przygotowania do uroczystości pogrzebowych. Książę Karol jeszcze się nie pokazał publicznie, ale pod kościołem zbierają się już tłumy. Dotarłam tam z dzielnicy pełnej Polaków, autobusem, w którym puszczano żałobną muzykę, zachwycona, że mogę brać bezpośredni udział w tym światowym wydarzeniu. Wśród gapiów mają swoje stragany handlujący różnymi pamiątkami, przystaję przy sprzedających zabawki. Moi londyńscy znajomi dorobili się już dwóch córeczek i wypada im kupić jakiś prezent. Nadarza się okazja, rozkładana skrzyneczka pełna drewnianych klocków. Wszystko kosztuje raptem 41 (złotych?), więc szybko się decyduję.
Zajęta kupowaniem zgubiłam moją towarzyszkę, z którą się tam wybrałam. Mamy spotkać się w umówionym punkcie miasta, więc zabrawszy ze sobą zakup idę jej szukać. Błądząc trafiam w jakąś boczną uliczkę, gdzie mój wzrok nabiera ostrości, a barwy rzeczywistości stają się wyraźne i mocne. Spotykam tam starego druida. Siedzi wprost na trawie przy ogromnym drzewie porośniętym zielono-szarym mchem. Pokazuje mi tajemny zapis na długim zwoju. Czytam w nim, że dokładnie za 2,1 roku od tego wydarzenia (czyli pogrzebu królowej) zajdą w Anglii straszne i ponure wypadki. Ludzie zaatakują jeden drugiego, a najbardziej zagrożone będą dzieci, skazane na brutalną śmierć. Potrwa to 3,11 lat. Podczas lektury obserwuję kilkoro niedorozwiniętych dzieciaków ogryzających omszałą korę z drzewa, przy którym stanęłam.

10.
Pracuję w nowoczesnym wysokim oszklonym budynku giełdy, skąd z okien rozciąga się widok na wspaniały park zabudowany kolosalnymi płóciennymi górami. Wymalowano na nich barwne i egzotyczne sceny z epoki jurajskiej. Nagle w jednej chwili zrobiło się na niebie ciemno, nadciąga straszna nawałnica. Ogromny piorun uderza w jedną z gór, po czym burza prędko się kończy. Zbiegamy się do okien, my pracownicy, bo widok zdaje się przerażający i dziwny zarazem. Jak gdyby ożywiony piorunem poruszył się namalowany na tle góry ogromny dinozaur i rusza na miasto! Na szczęście koniec burzy unieruchomił go wpół ruchu. Ktoś podszedł do tej gigantycznej maszyny i zaczyna ją ustawiać na miejscu.
– Mogło być naprawdę źle – słyszę z boku.
– Skąd! Może z innym, ale nie z Grzybem. On należy do Billa Gatesa… – odpowiada na to ktoś drugi.

Ten sen poprzedził sławetny krach na giełdzie nowojorskiej w 2008 roku.

11.
Obudził mnie w nocy strzał gdzieś w lesie. Polowanie? Rozglądam się po okolicy panoramicznym okiem. Strzał po chwili powtórzył się i ze zdumieniem stwierdzam, że musi to być wyrzutnia rakietowa. Huknęło, pocisk poleciał skądś z zagranicznych wschodnich terenów ku zachodowi i upadł daleko w lesie. Chwilę później rozlega się następny strzał. Tym razem trajektoria nieco się zmieniła, ku mojej wsi.
I kolejny huk, tym razem rakieta rusza dokładnie w moją stroną, w naszą pograniczną wieś i dokładnie dom. Zrywam się z łóżka z okrzykiem: Padnij! i jednocześnie pocisk trzaska mi nad głową. Wrażenie tak rzeczywiste, iż uświadamiam sobie, że to sen dopiero, gdy widzę obywatela Johna Smitha z amerykańskiego filmu, jako niezależnego dziennikarza, ewakuowanego na linie do góry przez śmigłowiec z dymiącego zniszczeniami miasta.

Dziwny, bo jakby świadomy traf chciał, że gdy przed świtem zapisywałam treść tego snu nagle rozległ się wielki huk. Niespodziewany grzmot burzy idącej od wschodu. Chwilę później następny. Trzeci grzmot zastał mnie już w łóżku. I na tym wszystko umilkło, bez kropli deszczu.
Tak to na kilka lat wcześniej zapowiedział się konflikt rosyjsko-ukraiński i aneksja Krymu.

A kiedy zasnęłam śniłam o sztucznie zaszczepionej zarazie dziesiątkującej ludzi z wielkich i mniejszych miast Europy.

11.
Młodzi kupili małe mieszkanie, urządzili się, po latach kupili większe, przeprowadzają się. Złożyła im wizytę matka. Stara się im pomóc, na tyle, ile potrafi, rozpala pod blachą ogień. Drzwiczki piecyka są pęknięte, cegły w rozsypce, ale ogień jeszcze jara się niezgorzej. Napełniając całe mieszkanko przytulnym ciepłem. Duch uniósł mnie i usłyszałam jego komentarz:
– Świat będzie się rozwijał jeszcze do 2030 roku. Na trzy lata wcześniej, w 2027 zaczną się kłopoty, by narosnąć i uderzyć ogromną epidemią, która łatwo się nie skończy. Cywilizacja już się z tego nie podźwignie. Wszystko się zmieni.

12.
Posiadam rasową krowę i stado kóz. W chacie mieszka kilkoro młodych ludzi. Dwaj młodzieńcy, dwie dziewczyny i ja, samotna właścicielka. Proponuję im układ.
– Dam wam do dyspozycji dom, gospodarstwo i możliwość utrzymywania się za codzienną pracę. Każde z was musi każdego dnia wykonać określone obowiązki. Oprócz tego dostanie możliwość rozwijania jakichś hobbystycznych zainteresowań. Ktoś może prowadzić pracownię fotograficzną, ktoś tkacką, ktoś garncarską, bo takie sprzęty są w domu. Zarobki z robienia serów kozio-krowich i innych przetworów pójdą do wspólnej kasy, z której opłacać się będzie dom, żywność, karmę dla zwierząt, media, podatki i ubezpieczenia. Zajęcia hobbystyczne mogą być źródłem indywidualnych zarobków przeznaczanych na inne przyjemności, typu kino, teatr, książki, wypady do miasta.
Młodzi słuchają mnie w milczeniu. Z jednej strony propozycja wydaje się im kusząca, ale z drugiej wahają się.
– I co wy na to? Proponuję wam dach nad głową i utrzymanie. Ja sama rodziny nie mam i już nie założę, więc to propozycja na lata albo do końca życia.
Jeden z chłopców ma w planie pójść do technikum zaocznego, pięcioletniego i choć propozycja bardzo mu się podoba, jest w rozterce. Mówię łagodnie:
– Przemyśl to. Do czego przydać ci się może wiedza ze specjalistycznego technikum za pięć lat, gdy w 27 roku ma wybuchnąć w całej Europie wielka zaraza bydła i ludzi i nie wiadomo, czy w ogóle przeżyjemy. Mamy większą szansę na wsi, dbając o podstawy życia, niż w mieście, zajmując się cywilizacyjnymi udogodnieniami, które zawalą się bardzo szybko.

13.
Wysiadam z pociągu. W którymś mieście zachodniej Europy, w przyszłości. Miasto zdaje się zupełnie wyludnione. Na pustych ulicach pojawiają się z rzadka grasujące jeszcze bandy kradnące resztki żywności. Znajduję sobie schronienie w opuszczonym, na poły podziemnym budynku. W ręku trzymam ostatni herbatnik, który liżę, a nie jem, aby na dłużej starczyło. Sklepy już dawno są doszczętnie ogołocone. Patrzę przez okno na zewnątrz. Naprzeciw stoi wysoki blok, jeden z wielu w tej niegdyś ludnej i bogatej dzielnicy. Opustoszały, jak wszystkie inne. Choć zauważam czasem, wpatrując się w niego z nudów przez wiele minut, nieznaczny ruch w pojedynczych oknach. Nieliczni ludzie trwają jeszcze w blokowiskach, żywiąc się zapewne zgromadzonymi wcześniej zapasami, lub wykradając takie zasoby z opuszczonych mieszkań.
Jestem młodą dziewczyną, niedawno jacyś grasanci zgwałcili mnie na ulicy. Pozostaję nieufna, ale rozmyślam o sposobie ratunku z tej beznadziejnej sytuacji. Wiem, że żywność można wyprodukować jedynie na wsi, dlatego trzeba mi się wydostać z miasta i dotrzeć do jakiejś wspólnoty rolniczej. Tylko jak to zrobić?
Wtedy zjawiają się w „moim” budynku trzej chłopcy w podobnym do mojego wieku. Boję się ich, ale wychodzę z ukrycia i przedstawiam im plan na przyszłość. Z miejsca zaznaczając, że nie przetrwamy, jeśli będziemy egoistycznie walczyć jedno przeciw drugiemu. Musimy się zjednoczyć i pomagać sobie wzajemnie z poświęceniem, Tylko tak mamy szansę przeżyć.
Sen kończy wizja obserwatora rozległych blokowisk, pustych, bez ludzi, wymarłych.

14.
I nadchodzi taka chwila, gdy bezpowrotnie milkną wszelkie media. Nastaje głucha cisza. Nikt już nie określa zbiorowych celów, nie narzuca nikomu wzorców, nie ocenia i nie wyznacza kierunków, zadań, wartości. Ani obowiązków do wypełnienia. Jednego dnia, tak samo zwykłego, jak każdy inny znikły rządy i rządzący, planiści, dyrektorzy i kierownicy robót, a razem z nimi pieniądze. Z początku nikt nie mógł w to uwierzyć i sprawy szły swoim biegiem, ale szybko góra od samego szczytu zaczęła się kruszyć i walić aż do podstaw. Uwolnieni z odwiecznego przymusu ludzie częściowo działają pod wpływem nawyków i nieodwołanych nakazów. Jednak i one z dnia na dzień okazują się ułudą. Prawda wyłazi zza prującej się szybko zasłony i stawia wszystkich wobec oczywistości. System po prostu przestał istnieć. Nic, naprawdę nic go już nie podtrzymuje.

Mnóstwo ludzi zdecydowało się zbiec ze swoich domów, bloków i opuścić niezdatne dla przeżycia miasto. Jego infrastruktura szybko, z dnia na dzień, wraz ze zużywaniem się ostatnich zapasów paliwa, przestaje działać. Około-miejskie lasy pełne są błędnych wędrowców. Śpią czujnie pod daszkami robionymi z ubrań albo ręczników. Nawet, jeśli ktoś ma ze sobą namiot to go nie rozbija, z pośpiechu, by czasu nie tracić, albo w obawie przed kradzieżą lub najściem strażników leśnych, którzy kazaliby go i tak zwinąć. Bo bywają jeszcze strażnicy, próbujący utrzymać dawny porządek. Ale to się szybko kończy. Nagłe tąpnięcie rozchodzące się od środka sprawia, że wszyscy uwalniają się od swoich funkcji i zawodów, najpierw w miastach, potem na prowincji, w ciągu dni rozchodzą się każde w swoją przypadkową stronę. Podobnie w mieście są jeszcze, (tylko siłą rozpędu i trudu topniejącej garstki pracowników instytucji publicznych), prąd, gaz i woda, ale to też się kończy siłą inercji.

Mieszkam na najwyższym piętrze apartamentowca, w dwukondygnacyjnym, urządzonym ze smakiem mieszkaniu. Przeglądam w zamyśleniu półki regału z książkami. Między nimi stoją też moje. Owiane wielkim i długo wyczekiwanym sukcesem, kilka niedawno wydanych tomów w kolorowych okładkach, do tego jakieś kasety i nagrania. Wszystko teraz nagle się zawaliło, sukces okazuje się nieważny, nikomu niepotrzebny, gra się skończyła, jakie to dziwne!

Wybieram swoje dzieła spośród szeregu tomów na półce, układam je w pudle i ukrywam w niewielkiej skrytce pod podłogą w łazience. Może kiedyś do nich jeszcze wrócę, może będzie można znów pisać, tworzyć, chwalić się, zarabiać?… Wtedy, gdy rzeczy wrócą na swoje miejsca, zrobią się na nowo ważne. Robię tak, choć w to nie wierzę. Z uporem nie chcę uciekać, zostawić bezpiecznego, wygodnego miejsca i wpaść w szpony obudzonego chaosu. Przecież ludzie się ockną, przywrócą jakiś porządek. Powrócą.

Napełniam wiadra i każde puste naczynie coraz wolniej cieknącą wodą z kranu, wiedząc, że nie wystarczy jej na długo, nawet, gdy będę ją oszczędzać. Co z myciem? Na razie przestaję się myć. Ubikacja jeszcze działa, ale spłuczka już nie funkcjonuje. Jem cokolwiek z posiadanych zapasów, szczęściem utraciłam całkiem apetyt. Światło pali się szczodrze w każdym pokoju, i tak nie ma już opłat, ale decyduję się je zgasić, bo coś się nagle zaczęło dziać z prądem. Poczułam swąd przegrzanych przewodów. I ja też przez chwilę zaczęłam płonąć, ale udaje mi się ogień ugasić, narzucając na siebie koc.

Tymczasem w miastach dalszych od stolicy ludzie podejmują jeszcze próby opanowania sytuacji. Istnieją urzędowe oddziały porządkowe i grupy chodzące po blokach. Działają siłą rozpędu, lękając się złamania rozkazu. Zależność może przecież jeszcze wrócić. Wywołują według dawno ustalonej listy staruszków, by zabrać ich nie wiadomo gdzie i w jakim celu. Panują najgorsze podejrzenia o tym, że dla dobra interesów firm ubezpieczeniowych są w specjalnych obozach po prostu kasowani. Dwie staruszki ukrywają się w ciasnej garderobie, podczas gdy rodzina rozmawia w progu z komisją stojącą w drzwiach. Ktoś tłumaczy, że babcie są im potrzebne, bo wiedzą, co robić w trudnych warunkach, są poza tym zdrowe i samodzielne. Komisja nie naciska zbyt mocno, nic nie jest pewne, wszystko daje się załatwić, mimo poleceń wykonywanych siłą rozpędu i strachu, za którymi nic już nie stoi.

Wychodzę na zewnątrz. Bierne czekanie jest straszniejsze. Na ulicach kłębią się zdezorientowani ludzie, grupkami i pojedynczo. Jeździ jeszcze tramwaj, może ostatni. Ktoś kogoś goni. Ktoś w biegu wsiada do przepełnionego wagonu, nie zdążam za nim wskoczyć. Słyszę tylko daremne wołanie: Ewa! Ewa! Chodź tu!

Zostaję sama na ulicy, bez domu, bez celu, bez sensu.

[Zapis ciekawszych sennych zwidów z ostatnich 15 lat]

Śnienie synchroniczne: temat 2

Tym razem nie umawialiśmy się na wspólne śnienie, choć pewna gotowość była u mnie i u Pawła. Mnie spontanicznie przyśnił się sen, w którym pojawił się Czarny Kolos. I wtedy sformułował się sam z siebie temat kolejny wspólnego śnienia, które z pewnych względów synchronicznym będę musiała nazwać.

Scarlady

Temat 2: Lilith

Śniłam tak jak to mi się zdarza ostatnio – poziom 6. Wspólna sypialnia domu dusz, gromadząca ponoć (wg JB) wszystkie żyjące aspekty mojej duszy. Wśród jakichś kobiet nieznanych mi, w różnym wieku, siedzących w kucki w kole [jak czarownice] w miejscu sali, gdzie nie ma łóżek, Jolka. Przysiadam się do nich, zapalam długiego cienkiego papierosa, który wygląda jak kadzidło i wciągam dym, jakoś słabo się tli [nie mam upodobania do kultów], w końcu oddaję go Jolce, jako bardziej wprawnej w paleniu, tak papierosów, jak zielska. Kładę jej głowę na kolanach, zerkam z dołu na jej twarz, czy ją czas zmienił. Widzę tylko fragmenty twarzy, nigdy wprost, ale rozróżniam, że nie ma makijażu, spoważniała, przestała być krzykliwa i bezczelna. Wstaję i mówię o niej do znajomego: Ona była kiedyś istną Gwiazdą… Jaką gwiazdą? – dopytuje ten, ale nie składa się odpowiedzieć. Tłumaczę tylko, że zachowywała się po gwiazdorsku. Odsuwam się od dziewczyn, teraz idę w kierunku jego miejsca spania po prawej stronie. Zdejmuję po drodze spodnie, ale zasłania mnie długa koszula, a nawet dwie. Siadam na jego łóżku. Łóżko jest wąskie pojedyncze, ja też takie mam. Z tym, że jego jest nieco szersze od mojego i chwilę rozważam pomysł, aby tu z nim spać tej nocy. Ale rezygnuję. [Jak widać obyczajowość w tej przestrzeni była nader swobodna i nieskrępowana]. Skądś znam tego młodego człowieka – zastanawiam się. Jest dość niespotykanym mężczyzną, jeśli tak go polubiłam. Z boku stoi grubas w wieku odpowiednim, w czarnej połyskliwej koszuli opiętej ciasno na wystającym tłustym brzuchu, pewnie chciałby do mnie zagadać, ale obecność młodego go peszy. Tylko patrzy. Sypialnia była dużą salą z łukowatym sklepieniem, coś zaczęło klekotać w ścianie i pojawiła się grupka „klekarzy”, by znaleźć źródło awarii instalacji, nie było wiadomo czy elektrycznej, czy innej. Zaczęli wycinać dziurę w gipsokartonowej białej płycie (po środku Ekranu snu w kierunku na prawo). Najpierw niewielką, potem coraz większą. W końcu odkryli duże łukowate przejście w czerwonej ceglanej jakby zamkowej ścianie. I sobie poszli. Zajrzałam tam z moim młodym znajomym i ogarnęło mnie zdumienie. Przejście otwierało wlot do ogromnej otchłannej studni, w której sterczał kolosalny czarny mężczyzna, wystawała tylko jego czarna głowa ze świecącymi jasno/biało oczami bez źrenic. Patrzył wprost na nas.

Po obudzeniu się rozpoznałam w młodym znajomym PZ. Wyraz klekarze skojarzył mi się już we śnie z klekotem i bocianami. Zawiera w sobie słowo: lekarz. K-lekarz. Specjaliści od (zwiastowania) narodzin nowej świadomości wykraczającej poza strefę 1-5? (czerwone ceglane wejście to brama 5/6 wiodąca przez karmę). Ów kolos, jak wcale nie cień nie przestraszył nas, był to ktoś budzący szok, ale i podziw, potężny, kto samodzielnie przebrnął przez otchłań i zaczął wyrastać ku górze. Pewnie dobrze, że Jolka przestała gwiazdorzyć, bo potrzeba skromności, aby go/tak ogromny cień zintegrować.

Ten sen, a raczej czarny olbrzym z białymi ślepiami zainteresował Pawła. Wkrótce napisał do mnie:

PZ: Spałem teraz, bo nie spałem w nocy, pytałem kim jest olbrzym z twojego snu… Przyśniła mi się kobieta, która mieszkała pod 12 w bloku. Ciężko było ją tam odnaleźć, nie wpuszczała każdego. Ja ją dobrze znałem. Była nimfomanką, zawsze nago chodziła, zamiast bielizny miała łańcuszki na ciele, srebrne lub złote. Miała z naszym kolegą uprawiać seks. Ale on się bał i zrezygnował, wszystkim kopara opadła, że nie chce (On jest prawiczkiem), ona powiedziała, że nie może tego zainicjować, on musi zacząć, no i mniej więcej tyle. Ja do niej chodziłem po kryjomu przed wszystkimi. Takie wspomnienie we śnie miałem.

ES: Ha, ciekawa postać. Bogini z 12. Ktoś jak Lilith!

PZ: Zdawała się moją przyjaciółką z kiedyś. Ja początkowo myślałem, że mieszka pod nr 6, ale potem przeskoczyłem w inną postać chyba i mówię: nie, ona mieszka 11/12. [Czyli ma swoją delegaturę na 6 poziomie! Jak w moim śnie z Jolką]. Szło się labiryntem. Za pierwszym razem prowadził ktoś inny i szliśmy pod 6. I ślepa uliczka, nikogo tam nie było. Nie szło przejść dalej. Więc cofnęliśmy się, ja zacząłem prowadzić, skręcaliśmy w bok i w górę, i drzwi były do niej po prawej i prosto tam weszliśmy. Po drodze jakaś lokatorka niższego piętra wołała, że my idziemy zapewne do tej kobiety, ja zakryłem twarz, by mnie nie widziała [Niższe poziomy mają nieszczególne zdanie o obyczajowości L.]. Nie chciałem być rozpoznany, potem stałem się na własne życzenie niewidzialny [!] na tych schodach, by mnie nikt nie zobaczył. Do mieszkania weszliśmy bez pukania, kolega otworzył, byłem nieco zdziwiony, bo tak się nie robi [bezceremonialność, czyli nie potrzebuje specjalnych rytuałów i kajania się, żeby się do niej dostać]. Weszliśmy i scena się zmieniła. Nie pamiętam już co się działo, no i potem była akcja z kolegą, który nie chciał wejść w stosunek z nią…

ES: Z wielu względów to ciekawe, co śniłeś. Ta postać Lilith, bo to zapewne ona jak sądzę, to „moja” Liliana z opowieści Ogrodnika! W moim śnie o kolosie wystąpiła jako Jolka (zresztą i we śnie-opowieści wystąpiła z jej rysami). Patrzyłam z dołu na jej twarz w górze, jak na Gwiazdę, która zbladła. Życie tej mojej dawnej znajomej też symbolicznie pasuje do tej postaci. Bezczelna i nieco wulgarna piękność łamiąca serca facetów, kręcąca się przy szkole filmowej, a jej największa rola to statystki, pijanej prostytutki w pewnej erotycznej komedii. Chyba uszykował się samoistnie ciekawy temat.

PZ: Oki! Ciekawie, tylko pomimo tego, że to była Lilith, była bardzo miła wobec mnie. Zobaczymy, co dalej z tego wyniknie.

ES: To prawdziwie stara piękność. Choć czasem śni się jako mała dziewczynka, lolitka, wyuzdana kochanka starych pedofilów.

PZ: Masz może jakiś artykuł o Lilith na blogu?

ES: Nie. Ale ogólnie rzecz biorąc kim i skąd pochodzi opisano na Wikipedii. Można trochę znaleźć na blogach czarownic. Na przykład na blogu Faridy, jest kilka wpisów o Lilith z punktu widzenia psychologii głębi, jako archetypu i cienia kobiecości. Lilith to także obiekt, a raczej jeden z punktów środkowych eliptycznej orbity Księżyca , uwzględniany w astrologii. Można o nim przeczytać na Tarace.

Temat wciągnął mnie samoistnie. Czarny kolos okazał się mniej ważny, niż Jolka – stara gwiazda, która zbladła. Może w rzeczywistości (na jawie tej strony) Lilith to konkretna gwiazda? Lub miejsce na niebie?

PZ: Dziś przed snem poprosiłem WJ o inspiracje odnośnie śnienia, tzn. by mi jakieś pytanie przyszło. Ale nim mnie natchnąć miało do sformułowania pytania, usnąłem.

ES: W moich snach-wizjach nazwano ją najstarszym aniołem świata, którego domeną jest wolność. Ona chroni buntowników i rewolucjonistów. Tych, co staczają się aż do piekła zwodzi, ale chroni tych prawdziwych, wznoszących się. Widziałam jej „prawdziwą twarz”, łysa stara pomarszczona kobieta z męskimi rysami, o skórze w kolorze rudym. W innych snach była wiotka, wysoka i piękna, choć bardzo stara, starość była jej tajemnicą, czasem skrywaną za grubym makijażem. Ale to są sny, czyli symbole przenośnie. Może chodzi o bardzo starą rasę istot z poprzedniego cyklu rozwoju wszechświata. Czyżby to byli moi czachulce SPOZA? Albo ich dusza? Z opowieści Ogrodnika wynika, że zamącili coś w genetyce powstających istot ziemskich w poszukiwaniu rozwiązania dla swego problemu. I maczali palce w powstaniu dinozaurów, które weszły w ewolucję. Ta pobladła Gwiazda z mojego snu (pisana z dużej litery), która przestała być gwiazdą… to podpowiedź… Zaś te łańcuchy na niej, które widziałeś… Chodzi o łańcuchy karmiczne zapewne.

PZ: Mnie się ona śniła jako piękna kształtna kobieta. A taka chuda wysoka, ciemne włosy, kiedyś, jak byłem wśród naukowców obcych, chciała mnie zwieść energią seksualną… ale ją przechytrzyłem. Mówiła we śnie, że taki ładunek energetyczny będzie długo zbierać, a ja jej go pozbawiłem i była pod wrażeniem, że dałem radę.

ES: Śniła mi się wiele razy jej wersja młoda, zapewne ze strumienia wstępującego – jak teraz mniemam. W kilku snach. Zawsze miała na imię Lisek. I była rudawa, piegowata, charakterystyczna (te wizyty rudej Pippi Langstrumpf swego czasu, to pewnie ta sama istota!), w sumie pozytywna osoba, sufrażystka.

Wtedy Paweł podesłał mi zapis swojego niegdysiejszego snu. I tu okazało się, że dzieje się coś szczególnego. Bowiem w tym samym czasie napisała do mnie koleżanka Monika, podsyłająca mi od lat niektóre swoje sny. Teraz też je miała i wydały jej się dziwne. Nie bawi się w śnienie inaczej, lecz medytuje, i uprawia różne techniki, mające przywrócić jej swobodę i uwolnić od karmicznych klątw i trudnej pamięci przodków. Najpierw wyśniła czaszkę (jakby mojego czachulca!) na tarasie w domu dziadków, która jej coś przynosiła w ustach. Później siedziała na kolanach Szatana i całowała się z nim [Lilith w mitach uważano za żonę Szatana]. Szatan wywracał „diabelsko” oczami. We śnie kolejnej nocy schodziła w dół w podziemne lochy i tam natknęła się na „złą królową” podobną do Angeliny Jolie, głaszczącej geparda… Uznałam wstępnie, że to jej cień, lecz teraz opowieść Pawła natchnęła mnie, by nadać owemu cieniowi imię.

PZ: „Widzę kobietę, brunetkę, podobna do Angeliny Jolie z filmu Czarownica, bardzo szybko ruszającą się na boki. Jej twarz nienaturalnie prędko się obracała, wręcz skakała. Lewo lewo lewo Prawo prawo prawo prawo, takie skoki. Obserwując ją, było to bardzo nieprzyjemne odczucie. Czułem od niej coś, co mnie wewnętrznie przerażało, cały byłem rozdygotany i wystraszony. Teraz jak to piszę, to też odczuwam jakiś niepokój, strach przed tą kobietą. W notatniku zapisane mam „była jakby poczwórna, uwięziona w piramidzie, w niewoli ruszała mechanicznie bardzo szybko głową” – ten widok strasznie źle na mnie wpływał, przerażało mnie to. Ktoś jej odchylił głowę do tyłu i przywiązał liną. KLIK. Coś jej zrobili i kobieta była spokojna, patrzyła przed siebie w jeden punkt, wprost na mnie.”

ES: O! Ciekawe. Piramida=matrix, zamknięta przestrzeń, starożytny Egipt. Próba ucieczki, mechanizm, kontrola, uwięzienie. Angelica=Anielica/Jola… kombinuję… Myślę, że mamy o czym myśleć. I śnić.

Monice, niczego jej nie tłumacząc, kazałam zadać pytanie przed snem, kim jest owa „królowa”. Odpisała następnego dnia:

M: Hej Ewo, w dzisiejszym śnie nie było już czarownicy. Za to byłam wraz z moją Mamą i Tatą w mieszkaniu moich Dziadków. Z drugiego pokoju zawołała mnie Mama, żeby mi pokazać wielką ćmę o nazwie Eszeboszoloza (Eschebosholoza), która ukryła się pod biblioteczką w małym pokoju. Ćma już kogoś zaatakowała wcześniej, teraz chciała zaatakować Mamę. Mama miała mi ją pokazać i świeciła tam sobie latarką, ale ja jej nie widziałam. Jakoś po obudzeniu się wiedziałam, że muszę to imię zapisać jako nie sz tylko sch.

Tak mi jakoś zaraz przyszło do głowy, że spotkała Lilith… Sprawdziłam wszystkie swoje tegoroczne sny, w których wystąpiła Monika. I bum! Wszystkie miały symbolikę Lilith, jeden nawet jej wizję.

Monika zaczęła szperać w sieci i odkryła ukryte znaczenie imienia ćmy. A także w ogóle jej motylej postaci… Spójrzcie na ten relief… i szczególny kształt skrzydeł bogini, co przypomina?

Babylon-relief

M: Oooo, Eshebo to taniec izraelski! esh po hebrajsku znaczy ogień i jest rodzaju żeńskiego. A Hebe to bogini i uosobienie młodości, szafarka nektaru i ambrozji na Olimpie. Jest też Shosholoza – taniec jakiegoś plemienia południowo afrykańskiego, [zawołanie] które było śpiewane głównie przez pracowników kopalni i mówiło o ciężkiej pracy. A znaczenie to: Iść do przodu. Lub: zrobić miejsce/przesunąć się dla następnego człowieka. Pomyślałam, że to ma znaczenie. Że ćma to połączone nazwy dwóch tańców. A ja się teraz na taniec zapisałam!

W takim razie i ja zapytałam wieczorem o Lilith, kim/czym jest i czego od nas „chce”, pojawiając się spontanicznie, bez żadnej naszej inicjatywy w snach moich, Pawła i Moniki.

Rwące się, słabe obrazy. Zapamiętałam tyle: pływam chyba motorówką, bo tak szybko po powierzchni wody, w zbiorniku wodnym ograniczonym wysokimi marmurowymi nabrzeżami w kształcie prostokąta. Pęd porywa mnie, jest wspaniale! Ktoś tą łodzią steruje, nie jestem sama. Przewodnik, bo ja zwiedzam to starożytne miejsce i głównie patrzę. Płyniemy po przekątnej w jeden z rogów zbiornika, tam zawracamy szybko wokół jakichś sterczących z wody pozostałości budowlanych, może cokołów i płyniemy znów prosto, tam znów zwrot, jakoś przypomina mi to specjalną pętlę. Rzecz dzieje się w pełnym słońcu. Zbiornik przylega do cypla, na którym sterczą resztki murów kwadratowej świątyni. Strzegą ich chyba trzy, lub cztery postumenty, dwa tuż przed nią, jeden czy dwa w głębi na niej? albo za nią, na których są wielkie niezamknięte pierścienie, osadzone ruchomo, mogły się kiedyś obracać. Wiem, że były w nie kiedyś oprawione zwierciadła ze specjalnego szkła, teraz to już tylko resztki ram. Manipulowano nimi w specjalny sposób, to musiała być wysoka technologia wytwarzająca jakąś energię lub niesamowite zjawiska!

Potem stoję przed okienkiem kasy. Za nim dwaj kasjerzy, urzędnicy. Przy mnie stoi po prawej mężczyzna, który chce u nich załatwić nielegalne pozwolenie na coś. Nie ma potrzebnych papierów. Wrzuca im przez okienko wyszukane i drogie towary żywnościowe, puszki, jakieś starannie opakowane serki. Pojedynczo, urzędujący szybko chowają je i wciąż chcą więcej. Ja zasłaniam mężczyznę tak, aby nikt z zewnątrz nie zauważył dawania łapówki.

Hipnagog: czerwone kobiece usta/Szczelina.

Oto wyniki śledztwa w necie. Sumeryjski relief z Lilith (obrazek powyżej) stojącą na kotach [gepard!] wśród sów trzyma w obu rękach dziwne pętle.
Ma swój odpowiednik w reliefie z innego regionu i innej kultury, bogini Ereszkigal (jak ćmie było na imię?…). Podobnie jak Lilith, skrzydlata Ereszkigal stojąca zamiast na kotach, na koziorożcach, nie trzyma jednak w rękach nic, lub zostało to z jakiegoś powodu wytarte. Jej skrzydła nawet bardziej przypominają skrzydła nocnej ćmy.

ereszkogal_kozio

Egipska Izyda przedstawiana z podobnymi skrzydłami nosiła na głowie lustro w identycznych ramach, które ujrzałam we śnie. Niektórzy utożsamiają te dwie boginie, a ich pozostałością w katolicyzmie może być kult czarnej Madonny.

Izyda

Tak oto zaczyna być zrozumiały dziwny ruch kobiecej twarzy ze snu Pawła, jak i to, że została ona tak mechanicznie unieruchomiona. Patrzenie wprost w oczy to jak w lustro.
Podobnie ja patrzyłam z dołu w górę na twarz Jolki, którą widziałam dziwnie fragmentarycznie z różnych stron, nigdy wprost.

Ogromne zwierciadła, których kształt pozostał odwzorowany na głowie Izydy musiały istnieć przy jakiejś starożytnej świątyni przyległej bezpośrednio do sztucznego zbiornika wodnego. Kapłani tej świątyni potrafili sterować owym urządzeniem, które wytwarzało jakąś przerażającą energię lub zjawiska, dlatego Paweł we śnie był przerażony. Być może miało ono związek z niewidzialnością. Ważna jest również pętla, fragment łańcucha.

Najprawdopodobniej, sądząc ze snu, gdzieś pozostają ślady tej machiny, zapisy lub resztki, które są strzeżone przez państwo, na którego terenie się znajdują.

W Rosji, jeśli wierzyć doniesieniom, od lat pracuje się naukowo nad zastosowaniem zwierciadeł do różnych dziwnych eksperymentów, w tym szuka się drogi poprzez czas. Ich wynalazcą jest niejaki Kozyriew.

Wspólne śnienie. T-rex

TEMAT 1

Dobraliśmy się spontanicznie, nie znając się osobiście.

Uczestnicy: Ewa Sey (ES) – spod znaku Koziorożca, Paweł Zacher (PZ) i Jola Michałowska (JM) – oboje spod Ryb.

Na wstępie zadałam pytania o koszmary oraz, czy kiedykolwiek śnili o dinozaurach. Jola zaprzeczyła w obu przypadkach. Natomiast Paweł…

ES: Miałeś koszmary?
PZ: Hmm, czasem tak. W dzieciństwie najwięcej. Aktualnie raczej nie.
ES: Czy śniły ci się kiedykolwiek dinozaury?
PZ: Taaaaak. Zjadały mnie. Zazwyczaj jakaś arena czy coś, ale to tylko w dzieciństwie. Pamiętam, że uciekałem z areny, po jakichś oponach się wspinałem wokół areny, albo że całe stado dinozaurów biegło i się kryłem.
ES: Widziałeś tyranozaura?
PZ: Tak.
ES: Jakie odczucie?
PZ: Tylko nie wiem, czy to nie z powodu filmu park jurajski. Ogromny i straszny. Zjadał mnie. Wiele razy i się budziłem. Potem już wiedziałem, że mnie zje i się obudzę.
ES: Ciekawiłoby cię pośnić w tym temacie?
PZ: Jasne.

cien

Pytanie przed pierwszym snem wspólnym: Kto/co stoi za postacią tyranozaura ze snów?
Jola nie zna pytania.

ES: sny z nocy 1.VII. 2018
Od razu poczułam jego bliskość. Co za potworność! Byłam w lekkim śnie, właściwie półśnie, dlatego udawało mi się trzymać dystans. Prosiłam też o ochronę wszystkie moje aspekty, czachulca i odmówiłam kilka razy modlitwę pańską, która mnie zawsze uspokaja. Panowała ciemność, pustka, zniszczenie, groza, cienie, wszystko atrybuty Pola umarłych koni, poziomu Nicości na granicy 8/9. Trudno oddać to, co czułam. Były to zmienne nastroje, podminowane paniką mojego „zwierzątka podświadomości” i jednocześnie chęcią przyjrzenia się grozie bliżej i panowania nad sobą. Lękałam się też trochę o współspaczy, może niepotrzebnie wkręcam niewinnych ludzi w taki ponury i, a nuż niebezpieczny temat? Potem weszłam w głębszy sen.
Pamiętam jakąś pochyloną upadającą instalację, była lekka, jakby z plastiku w pastelowych barwach jasnej żółci, pomarańczu i błękitu, przypominała regał z półkami, na których były okrągłe wgłębienia, jak na talerzyki czy kubki, poplamione nieco jakimiś rozlanymi nieczystymi płynami. Akcja toczyła się we wnętrzu mojego domu, który był inny, niż w rzeczywistości i ciemny w środku. Jakiś młody mężczyzna [przewodnik snu] nagrał wideoklip [taśma pamięci], a nic nie pamiętałam. Poprosiłam go, aby odtworzył i przypomniał mi, w czym brałam udział. Powróciłam w ten sposób do czasu, gdy grałam w siatkówkę z drużyną przeciwną. Nie grało się piłką, ale liściem czerwonej kapusty, który był właściwie siny, ciemnogranatowy. Odbijało się go nie rękami, ale trzymaną w ręku pałką w kształcie dużej drewnianej warząchwi [Karma]. Liść był lekki, zwiędły, ja niezbyt silna, uderzałam w nadlatującą kapustę, ale ona nie leciała prosto za siatkę, tylko jak to liść unosiła się w górę i opadała bezwładnie obok. Nawet, gdy udało mi się ją kilka razy trafić, to i tak upadła po naszej stronie boiska. W końcu przy ostatnim gemie dramatycznie chwyciłam nieprzepisowo ów liść i przerzuciłam go rękami za siatkę. Za siatką rozpoznałam w jednej z przeciwniczek dawną znajomą (homoseksualistkę-artystkę), uśmiechającą się z przekąsem na te moje wysiłki, była już starsza i brzydsza, niż ją pamiętam z jawy. Wstrząsnęło mną to, bo była to osoba, która nie cierpiała mojego „determinizmu” i poddawania się „woli gwiazd”, zamiast uporczywie szukać szczęścia wbrew niej. I nagle śpiąca z głową w dole prawej stronie (lekko za mną) Ekranu Snu moja domowniczka zaczęła się wybudzać z tego wideoklipu. Było w niej teraz coś gadziego (pokrewnego z grozą tyranozaura), ponurego, okrutnego, bezwzględnego. Powiedziała coś szybko przez sen, ale nikt nie zrozumiał co. Tym bardziej ona natychmiast to zapomniała, albo nie była tego w ogóle świadoma. Przez chwilę zdawało mi się, że przez jej usta padła obietnica, że wywlecze mnie na 13 metrów za dom w samych skarpetkach i tak zostawi. Zmroziło mnie to, ale we śnie zdawałam sobie sprawę, że nałożyły się warstwy świadomości i nie wiadomo co jest czym i czego dotyczy, i z jakiego czasu pochodzi.
Potem znalazłam się z innym młodym mężczyzną w jakimś wnętrzu. Pomyślałam od razu, że to Paweł. Odnawialiśmy pusty pokój pomalowany na biało. To miała być nasza pracownia. Trzeba było najpierw przetrzeć zabrudzenia na ścianie, poznaczonej czarnymi rysami i zadrapaniami, aby ją znów pobielić. Robiliśmy to każde w innym rogu pokoju. Nagle doszliśmy do jednej konkluzji. Spod białej farby zaczęło się wyłaniać czarne tło, poznaczone białymi liniami drobnych napisów, robionych jakby wydrapanymi kreseczkami/rytami. [Tak się śnią tzw. klątwy rodowe, negatywne zapisy w kodzie genetycznym rodu rzutujące na fatalne wydarzenia w życiu]. Poczułam myśl Pawła, że to jego pamięć dawnych egzorcystycznych zainteresowań i wnętrze zostało stworzone pierwotnie przez jego mistrza-czarnego maga. Nie została usunięta, ale tylko zamaskowana!
– Spierdalajmy stąd! – wykrzyknął i uciekliśmy stamtąd jednocześnie.
Zasnęłam jeszcze raz przed porą wstania. Pamiętam tylko siebie i Pawła we wnętrzu niewielkiego namiotu foliowego (cieplarni) w kształcie piramidy [matrix]. Konstrukcja była z cienkich drewnianych prętów, folia stara i słabo prześwitująca, taka tymczasowa szopka obliczona ledwie na kilka sezonów trwania. [Materiały minusowe, podróbka].
Wstałam nieco rozbita emocjonalnie, rozchybotana. To po pewnym czasie zwykłej codziennej pracy unormowało się.

Ten sen ma różne warstwy znaczeniowe. W najprostszej zapowiedział konflikt w życiu osobistym, (atak destrukcji, na szczęście opartej na fałszywej przesłance jak to film, wydarzył się z ogromną mocą kilka dni później) i zachwiał mocno moim poczuciem stabilizacji. Rozbudzając depresyjne wnioski z dotychczasowego życia, że poddałam się bezwładnie okolicznościom, zamiast walczyć o swoje i odparowywać odważnie ciosy i zarzuty.
W innej warstwie ilustruje sposób przegrywania ogólnie rzecz biorąc. Mówią ci na starcie, że jesteś be, nie mieścisz się w standardzie, że trafisz za to, kim/czym jesteś, co czujesz i co robisz do piekła, bo Bóg tak powiedział, albo obyczaj czy tradycyjne prawo odrzuci cię na margines społecznego bytowania, opluje, wyśmieje, wydrwi albo ukamienuje. I popadasz w zmieszanie, zwątpienie, autodestrukcję, niewiarę w swój potencjał i postawę, wybory i decyzje. Wzmacniasz tym byt „zła osobowego” i trudzisz się bez sukcesu albo bez satysfakcji. Tracąc dojście do źródła mocy w sobie, okradziona/y z energii. Na tym polega ziemska rozgrywka, igranie z „potępieniem wiecznym” i poddaniem się losowi, określonemu przez mniemanie większości.
Jednak był to sen na życzenie, mający zawierać odpowiedź na zadane pytanie. Dlatego znaczenie dywinacyjne i psychologiczne/psychoterapeutyczne znalazło się w nim przy okazji.
Ta sama treść rozpatrywana topograficznie mówi: Tyranozaur (czymkolwiek/kimkolwiek jest owa istota śniąca się pod tą postacią) buszuje na poziomie 8, jako niszczyciel, strach i śmierć. Dotarł tam jako kontroler. Kiedy się tam pojawił instalacja światów zachwiała się. Wielu upadło ze swych zdawało się – stałych i wygodnych pozycji. Istoty z Nieprzejawienia prowadzą niejedną grę, przerzucając na siebie winę (liść kapusty w kolorze „zła osobowego”, kapusta jest warstwowa, więc chodzi o fragmentaryczną świadomość ciała 1-5, popadającą w iluzję tego lub owego, potępioną przez prawo – czerwień i wepchniętą w minusowość – kolor granatowy, przez co musi powtarzać doświadczenia w Małej Karmie) i igrając z potępieniem, które jest urojeniem patrząc z wyższych poziomów. Jedna ze stron wykazała bezwład – dała sobie odebrać na jakiś czas pewność swego, co spowodowało, że zachwiała się równowaga, choć w ostatniej chwili zerwała z przyjętymi zasadami, by jednak mimo wszystko wygrać rundę. Odtworzenie minionego czasu z taśmy video to pętla czasowa, czyli informacja o zamkniętym/odizolowanym świecie, w którym świadomość kręci się deterministycznie w kółko, i musi zdobyć się na nadzwyczajny wysiłek, aby się z niego wydostać. Tyranozaur zapowiedział (opętując świadomość teraźniejszą – nie ma więc mocy pojawić się osobiście – stamtąd, gdzie tkwi, w przeszłości, stąd film we śnie), że dotrze aż do zwierciadła (13) i przepędzi boskich graczy (homoseksualistka=androgyn) zostawiając ich w materii (skarpetki) bez pomocy odgórnej. Może być zatem formą cienia Stwórcy, który chce przejąć dyktat w tej grze. Najstraszliwszą maską Boga. Mój cień ze snu, opętany przez przypomnienie jakiegoś aspektu duszy, który w minionym cyklu brał udział w grze po stronie gadziej, zdradził zamiary tamtej istoty/rasy.
Znajdujemy się w świecie, którego zasady są zdominowane przez ciemność i podyktowane przez gadziego kontrolera. Można się łudzić, że wystarczy myślenie pozytywne/praktyka duchowa i oczyszczająca, aby przestawić rozwój w materii i oczyszczonym ciele 1-5 na dobre i pomyślne tory, zmienić przeznaczenie i osiągnąć stan wyzwolenia. Odkrywamy, że tak nie jest. Że światło zostało zmanipulowane i odcięte od źródła nawet na wysokim poziomie (biel to poziom Nadduszy), w świecie przejawionym jest pozorem, zakrywającym prawdę budzącą paraliżującą grozę (czerń jest barwą Nicości i granicy 8/9, przejścia przez śmierć w Poza-czas). Tego biegu spraw strzeże jakaś stara klątwa, umowa między światłem i ciemnością (barwy były zrównoważone – na czarnym tle białe napisy, na białym – czarne). Naszą siłą jest uświadomienie sobie tego i ucieczka w porę. Skąd? Z materialnej przestrzeni, obwarowanej fatalnym przeznaczeniem nie do przezwyciężenia od wewnątrz. Nim krwiożercza bestia zaatakuje w zgodzie z umową odgórnych potęg. Być może ów zryw i świadomość mają się zrodzić dokładnie w chwili, lub tuż przed atakiem (czymkolwiek on ma być) tyranozaurusa rexa, czyli króla tyrana dinozaurów?
Foliowa piramida/ uosobienie systemu doskonalenia, nietrwała drewniana-minusowa i przemijająca konstrukcja mówi, że Czas zakłamanej Wiedzy o świecie się kończy. Czas jest bliski. Iluzja pryśnie (a raczej się rozsypie, jak słaby tymczasowy stelaż). 

A jakże, szukałam informacji w tekstach Jarka Bzomy. Znalazłam to, co u wszystkich, filozofów, buddystów, zenowców, psychologów głębi i psychiatrów. On nie śnił dinozaurów. (Zdaje się, jest nas śniących o nich spontanicznie, stosunkowo niewielu). Dla uzupełnienia wniosków daję wypis na temat zbliżony. A jednak inny, bo mowa jest o humanoidalnej istocie, a nie Zwierzu (tak, muszę wziąć tę hipotezę pod uwagę, że jest tym samym Zwierzęciem/Bestią, o którym opowiada widzenie Jana!).

J. Bzoma: „Przy przekraczaniu Nicości (8/2) najpierw trzeba pokonać nasz największy cień, Czarnego kolosa (8/1), którego uosabia się z Diabłem czy demonem. To najdłuższy cień, jaki stworzyła nasza ludzka świadomość pod przewodnictwem duszy indywidualnej, uwięziona w Małej (1-5) i Wielkiej (6-8) Karmie. Często jego, czyli naszym przewodnikiem jawi się biały lub czarny pies, pojedynczy z jedną głową, nie tak jak strażnik granicy 5/6 trójgłowy lub trójosobowy Cerber. To Nigredo i Albedo. Pojawiają się albo jeden albo drugi. Albo nas wprowadzają w głąb Nicości 8, albo nas odganiają. Oczywiście czarny dryblas jest naszym odbiciem w niewidocznym stąd zwierciadle, w ścianie Szczeliny 8-12, która stąd wydaje się czarna. Jeżeli uda się nam rozpuścić ów cień pójdziemy dalej.”

Hm, jedynym sposobem na „rozpuszczenie” tyranozaura-smoczego nielota jest dać mu się zjeść. Przejść przez jego gardło i odbyt. Gdzie wtedy trafimy, porażeni największym przerażeniem z możliwych do zniesienia?

Ha, o smoku, jak wszyscy królowie intelektu, też Topograf napisał. Posłuchajmy.

Smok zapewne odpowiada upadłemu aniołowi, Smokowi Przedwiecznemu, ale to nic innego jak wola zstępująca w Przejawienie, wyłaniająca się ze Szczeliny 8-12, pierwotne byty przejawiające się (dualizm skrzydeł), wychodzącymi z Nieprzejawienia przez bramy Nicości 8/2 (ogień). Z tymi aniołami bywa inaczej, niż nam się wmawia. Najpierw muszą „upaść” w Przejawienie, aby potem „wzlecieć” ku Nieprzejawieniu. Smok, czyli skrzydlaty wąż często bywał utożsamiany z Jezusem, tj. ukrzyżowanym wężem. Alchemicy określali go Merkuriuszem. Umarł i zmartwychwstał, mamy zatem w symbolu smoka-węża/Jezusa-Szatana (czyli Logosa) zawartą całą historię Przejawienia.”

Otóż nie mogę uznać tyranozaura za smoka/węża skrzydlatego, ani upadłego anioła, bo nie ma on skrzydeł w tych snach, wygląda dokładnie tak jak tyranozaur, dziki, obdarzony niesamowitym refleksem, sprytem i instynktem przetrwania, upstrzony barwnymi łatami, biegnący z głosem przypominającym wysoki, częściowo niesłyszalny, paraliżujący gwizd, kłapiący zabójczo zębatą szczęką gadzi potwór. W moich snach był istotą dziką i nieokiełznaną w swojej prymitywnej okrutnej pierwotności. Acz szczelnie zamkniętą do wyznaczonego czasu w przestrzeni zawarowanej i pilnie strzeżonej. Historia Przejawienia jest chyba bardziej skomplikowana, niż streszczona w zacytowanym powyżej zdaniu, a prędkie utożsamienia jednego z drugim mogą wprowadzić czytelnika w pomieszanie pojęć. Być może zresztą o to chodzi owej bestii, która wlazłszy gdzie nie trzeba zaczęła odgrywać w świetle projektora/Zwierciadła (poziom 13) boskie formy Wielkiego Czarnego, Demiurga, Serafina, cienia samego nieprzejawionego Boga. I zwodzić na manowce tych, którzy gną przed nimi kolano. Przynajmniej ja, czytając coś takiego, nie tylko u Topografa, popadam w szczególną czujną ostrożność. 

Sny Pawła z tej samej nocy, a raczej poranka:

Jestem w domu, podchodzę do okna, jest noc, widzę na niebie statek ufo! I to dość blisko, nagle zakręca i leci w stronę domu. Wystrzeliwuje coś do piwnicy. Ale nic nie wybucha. Uciekamy całą rodziną do piwnicy. Wchodzą obcy w skafandrach i strzelają, chowamy się. W piwnicy staję twarzą w twarz z jednym z nich. Patrzę mu prosto w oczy, wydaje się być jak bestia, dzikie zwierzę, które można opanować. Wyciągam rękę przed siebie, żeby we mnie nie strzelał. On we mnie celuje. Otwiera kask i wręcza mi broń. Jest po naszej stronie? Początkowo mówię, żeby zabrał broń, bo szli kolejni, którzy, jak zobaczą, że mam broń to nas zabiją, a tylko ten jeden był dla nas miły, strzela do nich. Ja chyba też strzelałem. Coś się podziało i jest walka z ogromną anakondą. Która umie latać.

W drugim śnie: śnił mi się dziadek, który umarł 3 miesiące temu. W śnie wydaje się, jakby żył, tzn. jakby wrócił. Umarł, ale wrócił i jest z nami znowu. Mówił: dlaczego nie chcemy mu pomóc i znaleźć jakiejś innej formy leczenia. Dziadek szukał aparatu do pomiaru cukru, wśród papierów z wynikami badań. Miało być jakieś badanie krwi. Jestem z ojcem jakby w szpitalu. Trzymam ogromną strzykawkę. Ojciec się śmieje, że gdybym nią się wkuł w żyłę, to ją całą przetnę i się wykrwawię – mowa była o aorcie. Pod koniec snu byliśmy smutni licząc na to, że jest szansa, by dziadek znowu ożył???

Piwnica traktuje o czymś z przeszłości. To światy podziemne i minusowe. Zejście do niej jest zstąpieniem do niższego świata, aby się schronić przed skutkami czegoś na niebie. W efekcie wojny w przestworzach 6-8, czyli legendarnej wojny bogów? Jest w nim podłączenie do gadzich istot, niekoniecznie do końca wrogich. Współpraca z nimi zostaje zawarta jakby pod presją innego wspólnego zagrożenia (anakonda). Wąż to postać energii, fali, ale także genetyki, latający, może chodzi o jej możliwości wzbicia się/ewoluowania na wyższe poziomy?
W drugim śnie uosobieniem tej umarłej pamięci/zakończonej fazy doświadczenia jest dziadek. Jego powrót to pętla czasu, świat zamknięty w obrębie koła karmicznego. Cukier oznacza słodycz, miłość, coś odwrotnego do agresywności i złości gadoidów. Uporczywe poszukiwanie sposobu na wejście na wyższy poziom w posiadanej, starej ludzkiej formie. Czyli gra ewolucyjna toczy się od dawna na Ziemi (stąd arena w Pawłowych snach o tyranozaurze) i wraca w powtarzających się cyklach czasu ciągle do punktu wyjścia. Strzykawka symbolizuje chęć wkłucia się w serce (aorta).

„Duchowe serce, mistyczne, a nie organ, to nic innego jak punkt połączenia/kauzal 5” – pisze J. Bzoma – „ Niektórzy sufi mówią, że to miejsce słodkiej wizji, brama boskiej miłości, większość sufich jednak uważa, że to pole bitwy dwóch armii”.
I jeszcze: „Serce z poziomu 8/3 zamknięte, lub otwarte dla poziomu 7/7+ równa się zgodzie, albo jej brakowi przy wstępowaniu w Szczelinę Nieprzejawienia 8-12. Gdy pełne krwi to doświadczenie spotkania z Czerwonym <10.” Czyli z Panem Wielkiej Karmy.

Dziadkowi nie zależy na tym spotkaniu, czyli w poprzednim cyklu chciano kwestię krwawej ofiary ominąć i przezwyciężyć przeznaczenie naszego świata określone przez Wielką Karmę. Smutek jest zastanawiający. Czyżby ktoś chciał/lub już podjął znowu próbę wskrzeszenia czegoś z przeszłości? Co nie wykazało się stosowną dozą empatii i zostało wykasowane w minionej erze?

PZ: Tak sobie myślę. O tym, że są to gadoidy, to już wcześniej wiedziałem. Generalnie w wizji przed zaśnięciem widziałem jakby naukowców, którzy kreowali ten sen w jakimś stopniu, jakby tego tyranozaura sami specjalnie ustawiali. Żeby coś osiągnąć.
Ten wąż mnie ciekawi bardzo. Chyba zapytam o niego dziś w nocy, bo oni wszyscy z nim walczyli, byli tam też inni ludzie. To wyglądało, jakby go nie chcieli wypuścić dalej, tego węża. Żeby się nie przedostał dalej, ale spotkanie oko w oko z tym obcym też było ciekawe bardzo. W jego oczach była zwierzęca natura.

anakonda

Ciekawa jest sprawa z anakondą. Być może to genotyp starych olbrzymich istot, gigantów, biblijnych Nefilim, które zostały wyniszczone z najwyższego polecenia. Jest to w końcu wąż, którego wielkość i długość obrosła w pradawne legendy. Można sobie o nim poczytać choćby w Wikipedii, pod hasłami Sucuriju gigante (anakonda olbrzymia) i Anakonda zielona.

Jarek Bzoma tak wyjaśnia postać węża:

Wszelkie węże we śnie to reprezentacja przestrzeni Duszy szeroko pojętej 6-8. Tak umysł interpretuje falowód tej przestrzeni, jako wodę/ocean, albo jako węża/węże. Fala nie płynie, tylko stoi. Rozwinięcie Kundalini jest tak naprawdę rozprostowaniem zwiniętej i zaburzonej karmicznie fali tego oceanu. Na poziomie 7, gdzie znajduje się biblijny Raj, może pojawić się we śnie ogromny rajski wąż, z którym spotkanie nie jest przyjemne i budzi wielki lęk. Jest strażnikiem uniemożliwiającym powrót przez granicę 5/6.”

Jeśli był to ów strażnik, to sen traktuje o wspólnym interesie ludzi i gadoidów, tych co zleciały z nieba, (dinozaury drapieżne, według niektórych nie są stricte ziemskim gatunkiem i pojawiły się nagle ni stąd ni zowąd pośród całkiem inaczej ewoluujących ziemskich gadów), uwięzionych w niższej przestrzeni naszej planety. Chcą się wydostać, tak jak my, na poziom, gdzie możliwa jest rajska nieśmiertelność.

Kolejna noc z zadaniem na temat tyranozaura, a raczej teraz anakondy ze snu PZ. Niestety u Pawła i mnie – sny nie na temat. Śniła za to Jola (JM). Przypominam, że nie znała tematu naszego wspólnego śnienia.

JM: Hej. Śniły mi się dzieci w korytarzu, w takim przedpokoju. Biegające, rozrabiające, takie dzikie. Odpowiedź: „takie jak dzieci w wieku przedszkolnym.”
ES: Dużo było tych dzieci, jeszcze jakieś charakterystyczne szczegóły?
JM: Kilkoro. Grupa. Niby razem, ale każde osobno. Tak jak naprawdę przedszkolaki razem w grupie, ale każde w swoim świecie.
ES: Barwy, nastrój…?
JM: Nastrój dzikość. Ściany drewnem obite. Taka boazeria.
ES: Wrażenie ciasnoty, zamknięcia?
JM: Tak. Mało miejsca miały. Obijały się o siebie.
ES: Nie były na to złe?
JM: Tak, raczej nie bardzo wiedziały, w którą stronę biegać. Były takie dzikie i zdezorientowane. Po ścianach biegały nawet. I był półmrok. Nie było jasno, słaba żarówka.

Jola śniła o włączeniu starej świadomości w nowe formy, próbie ewolucyjnego ucywilizowania jej przez wprowadzenie do gry. Korytarze to zwoje mózgowe, intelekt, logika. To też symboliczny labirynt, a więc pułapka karmiczna 1-5. Drewniana boazeria mówi o minusowości, czyli zmierzeniu się z pojęciem zła, bycia złym, potępionym. Ludzkość jest taką próbą stworzenia nowego rodzaju istoty, łączącej w sobie pradawną dzikość i agresywność z mocą rozumu i serca. A raczej mającą zdecydować, w którą stronę rozwoju podąży. Jeśli, oczywiście ukończy wstępne przedszkolne nauki.

18 lipca Paweł znów śnił na temat.

PZ: Byłem na jakiejś wyspie, wędkowaliśmy i ktoś wyłowił niby suma, który okazał się ogromnym aligatorem. Trzymali mu pysk, a potem już nie dali rady i zmienił się w tyranozaura. Wspiąłem się na ogrodzenie wokół wyspy (znowu jakby arena), rozbiłem szybę, zeskoczyłem i zacząłem uciekać przed nim. Mówił, że zawsze będzie mnie gonił, aż mnie dopadnie. Zawsze będzie tuż za mną.

Jak cień. Rodem z przeszłości. Hm, swoista gwarancja wiecznego postępu.

Jarosław Bzoma:

„Cień to poziom 8/1 Nigredo/Albedo, jego wielkie zniekształcenia, które wypełniamy urojeniową treścią indywidualną na każdym z poziomów Świadomości Przejawionej, stąd wielość cieni. Cień jest tej samej płci, co doświadczający jego obrazu. Może śnić się jako postać za plecami, niesiona na plecach, bagaż na plecach, lub jako osoba widziana od pleców okiem śniącego stojącego z tyłu za nią (wtedy to opętanie przez cień lub głodnego ducha). Jak zwykł mawiać Jung; im bliżej Źródła Światła, tym rzucany przez nas cień staje się potężniejszy, oczywiście urojeniowo. To nic innego, jak osobista karma czyli forma, która nas tu organizuje, póki nad nią nie zapanujemy.”

Zamieściłam na Transwizjonie „Opowieść Ogrodnika”, żeby przekazać sprawę tyranozaura z moich snów. Przemyka tam jako cień rzucany z zewnątrz na zasłonięte okna pałacu Ogrodnika (w którym było centrum zarządzania). Nie był humanoidem, ani nawet skrzydlatym smokiem. Czyim więc mógł być cieniem?
Nie jest to jedyny sen o nim, ani jedyne opowiadanie napisane na bazie przekazu we śnie. Postaram się istotne fragmenty tych dalszych opowieści dać z czasem na blogu. Rzucą pewnie więcej światła na tę historię, na dzieje świata, w którym wszyscy w końcu tkwimy i choć jest on ponoć iluzją, i nasze cielesne i osobowościowe formy też są iluzją, to jednak warto może odkryć co jest w naszych przekazach i snach baśnią, co symbolem/przenośnią, co skrótem myślowym/informatycznym, co absurdalnym przedmiotem wiary, i jak się miały ha, iluzyjne fakty do jakże iluzyjnej prawdy. Jeśli progresywne śnienie nie pomoże znaleźć tej odpowiedzi, to już tylko wypada nam uruchomić wehikuł czasu i przenieść się w pradzieje Ziemi, aby poznać rzeczywistość i rzeczywiste przyczyny obecnych kłopotów ludzkości.

PZ: Hmm, ciekawe. Fajnie się czyta. Wychodzi na to, że tyranozaur to pierwotna dzika i „zła” energia, którą ciężko ujarzmić i teraz znowu na ziemi mamy szansę zmienić tego dzikiego zwierza wewnątrz planety i pójść w stronę braterstwa, jako planeta. A skubaniec mnie gonił nawet poza areną we śnie! [Potwierdzenie, że dotarł aż do granicy 8/9! i sterroryzował wyższe istoty jako pan czasu] On jest częścią naszej natury w takim razie. Albo tym, co trzeba zmienić, krzyżując z naszą wrodzoną naturą?

23.VII.2018 PZ: Hej, tyranozaur znowu mi się śnił. [Przy okazji innej intencji, którą sobie zadał i która brzmiała:] Jaki jest poziom urzeczywistnienia Namkhai Norbu?

Czogjal Namkhai Norbu – ur. 8.XII.1938 w Derge we wschodnim Tybecie (Kham), buddyjski nauczyciel przekazujący nauki Dzogczen i Anujogi. [Wikipedia]

okladka

Pomijam tu pierwszy sen, który odpowiedział na to pytanie, jako będący nie na temat. Zainteresowanych poziomem urzeczywistnienia mistrza i porównaniem go z Tenzinem Wangyalem Rinpocze odsyłam bezpośrednio do Pawła. W następnych snach – można powiedzieć – Namkhai Norbu osobiście zaszczycił nas pomocą w zrozumieniu badanej kwestii!

PZ: Wczoraj śniłem, że Namkhai Norbu zabrał nas na wyprawę w góry. Był naszym przewodnikiem. Wyglądał na takiego, który robi to od lat, urywał nam zbędne dyskusje i wyruszyliśmy w drogę wchodząc pod lekką górkę. Chciałem nazbierać grzybów, po lewej stronie ekranu śnienia był las. Niestety, Namkhai Norbu skarcił mnie delikatnie, że nie mamy czasu na takie odstępstwa od wędrówki. I nikomu te grzyby nie są potrzebne, tylko przez nie stracimy czas i nie dotrzemy do celu w wyznaczonym czasie.
Dziś. Poprosiłem moją duszę, by udała się do Namhkai i zobaczyła jego najskrytsze myśli, których nikt nie zna. Podczas wyrażania intencji miałem wrażenie ruchu i jakbym wskoczył w pole auryczne mistrza. Zasnąłem.
Ktoś wyjaśnia mi, czym jest naturalny stan umysłu, a raczej ja sam. Było nas 2. Obserwator i ja Paweł. Odczuwam ten stan, mówię: kurczę, to nie ma żadnych fajerwerków tylko obecność bez żadnych wyobrażeń typu jakieś jidamy, przestrzenie itd. Tylko obecność, świadomość, ale to piękne uczucie, choć odrobinę inne, niż z medytacji. Widocznie w medytacji sam coś dokładam, a to była czysta natura umysłu (rigpa)?
Byłem z ojcem nad rzeką (Wisła), w wodzie znajdowało się mnóstwo ryb i to różnego rodzaju, w tym nawet kolorowe, tropikalne, spotykane na rafach koralowych. Ryby się nie bały i swobodnie przepływały obok nas, nawet dawały się dotykać rękoma po swoich ciałach. Uznaliśmy z ojcem, że jest to super miejsce na wędkowanie. Tylko na Wiśle trzeba wykupić opłatę za połów.
Brodząc w wodzie do pasa znalazłem żółwia! I to nie żółwia wodno-lądowego, tylko typowego lądowego żółwia, który wyglądał na wyrzuconego przez ludzi. Miał wielkość zaciśniętej pięści. Zabrałem biedaka na ręce i jak się okazało, w żółwiej skorupie mieszkał mały TYRANOZAUR! Który się dość rzucał i chciał mnie ugryźć. Matka przechodząc obok prawie została przez niego ugryziona. Postanowiłem, że zatrzymam malucha i oswoję go, choć rodzice mi to wybijali z głowy. Uznałem, że jak się nie sprawdzi to wstawię post na facebooka, że znaleziono żółwio-dinozaura i czy ktoś przygarnie.

Paweł dostroił się do poziomu Obserwatora, czyli 7. Różnorodne ryby – to różne rasy i cywilizacje z obszarów 6-8 (tropiki, laguny, archipelagi). Wisła to strumień Świadomości ku Przejawieniu w formie ludzkiej (polska rzeka, Polacy w naszych snach to ziemska rasa w ogólności). Żółw – podpora Ziemi, jego skorupa symbolizuje w I-Cing sferę wokółziemską i mapę świata, zatem tyranozaur opanował całkowicie jeden ze światów, „wyżerając go od środka” i choć pochodzi ze sfery małej karmy to „wyrzucony” na czas rozwoju ludzkości znalazł się w przestrzeni wyższej 1-8 (jako zwierz ziemski 1-5 w wodzie 6-8). W skali wszechświata to lokalny ewenement, ale zajęto się nim, usiłując włączyć odizolowaną groźną formę w pole świadomych istot, przyłączyć pierwotną agresję i dzikość do Świadomości. Oswajaniem go mieli zająć się niebiańscy ochotnicy, z własnej nieprzymuszonej woli.
Swoją drogą, jeśli największą tajemnicą nauczyciela buddyjskiego jest wiedza o tyranozaurze, to można zinterpretować nauki buddyjskie pomijające kwestie moralistyczne jako pewien kamuflaż. Motywowany niepotrzebnością skupiania się na grzybobraniu (braniu halucynogenów czyli wchodzeniu w iluzyjne światy po drodze do odzyskania pełnej Świadomości) w zielonym lesie duchowych wyobrażeń, gdyż cel jest gdzie indziej (dalej/wyżej), inny i ważniejszy. Buddyzm nie straszy Bestią, jak chrześcijaństwo, starając się przejść cichaczem mimo, nie budząc niepotrzebnie niepokoju, ani jego źródła. Choć wychodzi na to, że przynajmniej niektórzy urzeczywistnieni mistrzowie o nim wiedzą.

PZ: Zadałem kolejne pytanie: „Co mam z nim zrobić” albo: „co on oznacza”, już sam nie pamiętam.
Jestem na budowie u kolegi, mówi, że zmienił pracę i mu tu dobrze. Rozleniwiony siedział na fotelu – miał właśnie przerwę i opowiadał, że my na nic nie mamy czasu, bo nas wciąga internet, on nawet telefonu nie ma ze sobą i praca mu idzie wyśmienicie i jeszcze do tego ma kupę czasu na relaks.
Wychodzę przed dom, widzę ogromny kombajn, który właśnie skończył żniwa i podjechał, by zsypać zboże do przyczepy. Podchodzę do niego i nie widzę żadnych ostrzy, które cięły słomę. Trochę mi się to wydaje dziwne. Za to z przodu jest pojemnik pełen zboża i różnego rodzaju robactwa oraz pełno węży! Są dość kolorowe, czarno żółte, bądź czarno niebiesko fioletowe.
Kombajnistów było dwóch, jeden łysy. Strasznie się z nich lał pot, mieli poubierane skórzane kombinezony. Byłem zdziwiony, że pomimo takiego upału oni chodzą w skórzanych strojach. Wspominali, że są od rana na tym polu i jedli śniadanie o 12, byli po drodze na pole w sklepie kupując coś do picia i ekspedientka ich strasznie oszukała, bo skasowała im za napoje około 50 zł.
Poszedłem gdzieś dalej i ukąsił mnie w lewą goleń wąż! Był to mały, czarny lub brązowy zaskroniec. Miał wielki łeb i cienki tułów, podobny był do kijanki, po ugryzieniu od razu umarł jak pszczoła. Miał może 10 cm długości, a łeb wielkości pięści. Nagle pojawiło się krzesło, na którym siadłem i trzymałem nogi w górze, by żaden inny mnie nie ukąsił. Siostra wraz ze szwagrem przybiegli mi na ratunek przed wężami, byli zdziwieni, że nie wołałem o pomoc, przecież byli nieopodal. Ułożyli na trawie kilka poduszek, po których przeszedłem. Na podwórku przy domu rozmawiałem z dziadkiem, który mówił, że rana mi się otwiera, ale mam szczęście, że to zaskroniec.

Na spokojnej dotąd planecie, oddalonej od prężnego i nowoczesnego życia wszechświata (internet – wymiana informacji, ewolucja Świadomości)  pojawia się coś, co psuje zbiory, pożera je i zmienia/różnicuje genetykę (robaki i węże). Pojawiają się strażnicy – dwóch strumieni świadomości (jeden łysy), pochodzą zza zasłony (poziom 12, ubrania ze skóry) i działają na poziomie 8 (upał), Żniwiarze, Monroe-owscy „zbieracze luszu”. Coś niepomyślnego dzieje się na poziomie 5, nie mogą skończyć pracy, tracą energię i równowagę karmiczną (50 zł). Brak zębów w kombajnie może oznaczać system nie potrzebujący do tej pory ostrych rozwiązań, cięć, zbyt łagodny, aby sobie poradzić z pasożytami. Zaskroniec nie jest jadowity, ale jest gadem. To może jakiś rozłam w gadzich rasach? Niektóre ofiarnie (jak pszczoła) posłużyły do połączenia swojej krwi z krwią wizytujących istot, które w ten sposób poczuły się bezpieczniej i rozsiadły się w ziemskiej przestrzeni (krzesło) zasiedlając i oswajając ją niejako (poduszki to zabezpieczenia przed zimnem, ciepło, anty-minusowość), strzegąc także zasad duchowego rodzaju (uniesione stopy nie dotykające ziemi). Połączenie z gadzią bezkrwawą rasą bywa przykre i bolesne dla niektórych, ale nie jest tak straszne, jak atak drapieżnego tyranozaura. Poza tym, są to atawizmy psychiczne z dalekiej przeszłości, której warunki i formy wymarły. Sposobem ich przezwyciężenia jest osiągnięcie stabilnego stanu umysłu i ze świadomością wyrozumiałe znoszenie bólu/cierpienia/niepomyślności, którego źródłem jest negatywna karma. Pojawia się też myśl, że ugryzienie tyranozaura, a nie tylko zaskrońca przynosi o wiele gorsze skutki. W rodzaju trwałego pozostawania w dolnych światach przejawionych? piekłach? A może wyrzucenia świadomości w czas początku i rozpoczynanie ewolucji od nowa? Hm, przyzwoity buddysta o wiecznym potępieniu z pewnością nic nie powie, ani nawet pomyśli. 

PZ: Obudziłem się i poprosiłem o wprowadzenie mnie w ten stan przez Namkhai Norbu, bądź przez jakiegoś innego mistrza.

Śnię, że jestem na wycieczce, zwiedzamy jakiś obszar, jest to park zabaw? Są tam różnego rodzaju nowoczesne technologie, zabawki dla dzieci. Maszyny robiące maskotki itd. Moja dziewczyna chciała już iść, ale ja jeszcze zostałem, robiąc zdjęcia pięknych widoków. Przy fotografowaniu zauważyłem, że cała ta posiadłość jest jakby na ruchomej platformie i obraca się w lewo względem terenu, który tworzy tło! Przedziwne!
Moja dziewczyna gdzieś zniknęła i pojawili się moi koledzy. Chcieliśmy wracać, ale właściciel posesji nas zawrócił i zaproponował nam coś do zwiedzania. Zwiedziliśmy i znów chcieliśmy wrócić do domu, ale właściciel i jego pracownicy zaczęli być dziwnie stanowczy, byśmy jeszcze zostali na kolacji.
Zaczęliśmy jeść, ja zjadłem tylko odrobinę po czym przekazałem kolegom, żeby się wstrzymali, bo w jedzeniu są narkotyki! Zaczęło do nas przychodzić i kręcić się wokół mnóstwo pracowników, którzy piekielnie bali się szefa. Jeden z kolegów zjadł za dużo i był kompletnie naćpany, ja odrobinkę, ale czułem lekko objawy i zacząłem uciekać. Wyskoczyłem poza platformę, ale złapali mnie wojownicy od właściciela. Którzy chcieli mnie wręcz zabić! Byli w tubylczych strojach, spódnicach z liści. Mieli w ręku dzidy. Jak się okazało właściciel chciał, byśmy tam byli jak najdłużej, byśmy zostawili wszystkie pieniądze jakie mamy!
Początkowo mogliśmy odejść, ale im dłużej tam byliśmy, tym szef mniej był skory do pozwolenia nam opuszczenia jego świata, bo miał same zyski z nas!

Obrót w lewo – wir cofający Świadomość w czasie. Zapewne Paweł uległ złudzeniu, będąc w nieruchomym centrum widział świat obracający się w prawo. Narkotyki wprowadzają ją w coraz większą iluzję. Która wydaje się być na rękę szefa, Boga – bo to on jest przecież właścicielem centralnej posiadłości, ale który dla uczestników zaczyna grać rolę odwróconą, tj. istnego piekielnika, można w nim wyczuć kogoś strasznego, jak tyranozaur, który się nie pojawia osobiście, ale ma swoje sługi – działa zza zasłony? Dzicy ludzie to pierwotna prymitywna energia rodem z przeszłości, wyznawcy Zwierza uzurpującego miejsce i rolę boskiej istoty, który ma ambicję ujarzmić najwyższą Świadomość i stać się jej panem. Żąda ofiary z ludzi o wyższej/innej świadomości.
Kreator tego przejawienia nie chce wypuścić aktorów, którzy w nim utknęli wyżej. A może ich świadomość tak uległa złudzeniu, że zaczynają widzieć w Stwórcy bestię? Przedarcie się przez iluzję i strach, jaki budzi utrata przejawionej formy dla umysłu, wydają się wręcz niemożliwe. Jeśli nie zgodzić się świadomie na zostanie ofiarą/złożenie ofiary ze swego iluzyjnego życia. Nie ma z tej iluzji innego wyjścia.
Ot, nauczyciel pozwolił Pawłowi zjeść znalezionego w lesie grzyba.

Jarosław Bzoma „Czy Bóg jest zbiorem wszystkich Dusz?”:

„Obrót w prawo powoduje powstawanie czasu i przestrzeni. Wszechświat musi wirować w prawo i to ten ruch jest przyczyną powstania wszystkiego, co powstało. Dlatego Hindusi mówią o ubijaniu masła przez Boga w czasie stworzenia świata. Materia „wykrzepia się”/„koaguluje” w czasie ruchu wirowego Nieprzejawienia dokoła osi. Wtedy też powstaje czas i przestrzeń. Rdzeń jest w samym środku obrotu wszechświata. Tu powstaje pierwsza materia (Wielki Wybuch) i rozprzestrzenia się, „ciągnąc” za sobą przestrzeń. Ruch jest warunkiem podziału na postrzegającego i postrzegane, do tego właśnie „potrzebuje” czasu i przestrzeni aby wlec z opóźnieniem obwodu względem centrum. […] Wir, który obraca się w prawo, jest kobiecy, rodzi wszechświaty. Stan, Centrum, względem którego wiruje Nieprzejawienie, jest Bogiem. Względem Wiru obraca się pozornie w lewo. Albo odwrotnie, to Wir obraca się pozornie w prawo, bo Centrum wiruje w lewo. To nie do ustalenia, bo to jedynie iluzja obserwującego ten ruch „z zewnątrz”. Kiedy wiruje w lewo czas się „cofa”, a przestrzeń kurczy. Kiedy Wiry się znoszą w Punkcie Źródłowym mamy do czynienia ze Źródłem w stanie potencjalnym. Siłą rzeczy ta pozorność ruchu wnętrza i zewnętrzna powoduje, że zawsze obydwa ruchy są identyczne i sobie równoważne! A ich stan równowagi jest wieczną teraźniejszością.
Ruch w prawo wydobywa. Ruch w lewo pochłania. Gdyby ruch został zatrzymany, Świadomość przestałaby być świadoma samej siebie, czyli przestałaby być sobą. To dziwne, ale wydawałoby się, że końcem ruchu nawet takiego równoważącego się jest bezruch, ale bezruch można spostrzec jedynie względem czegoś co się porusza!”

Warto też zajrzeć do świętej Księgi Majów Kicze „Popol Vuh”, gdzie – jak domniemam – opisano przebieg ziemskiej gry od początku do końca (tego, który jest jeszcze przed nami-więźniami czasoprzestrzeni), a w niej pojedynek z zarozumiałą istotą uzurpującą sobie rolę bycia światłem stworzenia w czasach, gdy „nie było jeszcze widać słońca i księżyca”. Tu znajduje się w necie moja nader prosta (darujcie, ale zapisałam ją prawie 20 lat temu) próba wyjaśnienia tego starożytnego zapisu, czyli przetłumaczenia mitu z języka snu na język jawy.

Tak, zdaję sobie sprawę, że to dopiero początek… 😉 Drapieżne dinozaury w snach oznaczają też terror, terroryzm, korporacje „niszczące Ziemię”, tyranię systemu, fanatyzm, rasizm, dziki kapitalizm, totalitarny ucisk, niszczącą wojnę, masowy strach prowadzący do zezwierzęcenia. Tyranozaur oznacza przede wszystkim apokaliptyczną Bestię i koniec czasów, a zatem przeznaczenie/fatum, jak i samospełniającą się przepowiednię. Sterowanie umysłami poprzez sianie strachu. Z innej strony patrząc uosabia boską nieokiełznaną moc, źródło niszczącej energii, które nie poddaje się kontroli rozumu, pierwotny instynkt przetrwania, a zatem wolę życia przezwyciężającą śmierć. Pojawia się tyle pytań przy każdej z tych konkluzji, że może lepiej pomodlić się znowu o uświadamiający sen? 

Z dziennika snów zapis 11

Relacja z kwietnia 2000. Przychodziły wtedy sny z wyższych wymiarów od istot duchowych, być może wiązały się z dziejami „mojej” przygody w światach przejawionych. Pamiętać należy – wiatr i huk to oznaki Ducha świętego. Zdarzały się też dziwne trzaski i rozładowania na jawie. Padają nazwy kosmiczne. Pojawia się Czarny Pająk. Tak naprawdę zwiastował nadchodzącą nieuchronnie śmierć mojej matki. Była to istota z Czarnej Granicy 8/9. Dość zabawne spotkanie we śnie z aniołem Satanaelem. I inne przypomnienia o procesie schodzenia w niższe wymiary. Poza tym kilka wizji odnoszących się do dziejów Ziemi i zapisów ze świętych ksiąg różnych kultur.

drabina

1 kwietnia 2000. Schody na piętro, na nim biurko, za biurkiem siedział ktoś ważny, za jego plecami stała kobieta o imieniu Barbara. Wszyscy wiedzieli, że jest trudna, nieprzystępna, wrogo nastawiona do każdego, kto chce ją bliżej poznać, pełniła rolę strażniczki (ochroniarza). Właśnie patrzyła na mnie teraz dość nieprzyjemnie i odpuściłam sobie próbę zbliżenia się. Po prawej stała inna para ludzi. Nagle zjawił się Pan (był nim mój ojciec) i poczułam powiew lekkiego wiatru. Dmuchnął na Barbarę i ta, ku mojemu zaskoczeniu uśmiechnęła się do mnie i sama rozpoczęła rozmowę, wyraźnie mając ochotę na zaprzyjaźnienie się. Usłyszałam w głowie głos Ojca: DWUNASTU…

Sen: śpię w jakimś pokoju, w którym są 2 tapczany, jeden za drugim. Na tym „nade mną” śpi mama. U jej wezgłowia na regale stoi małe, przenośne radyjko, grające teraz koncert Zbyszka Hołdysa. Wsłuchuję się z przyjemnością w muzykę, jest łagodna i spokojna, tylko głos Hołdysa trochę się chwilami załamuje pod wpływem wzruszenia i słychać, że walczy z płaczem. Po jakichś dwóch-trzech utworach zakończonych długą linią melodyczną już bez słów, nocny program radiowy chyba się skończył, bo zapadła cisza. Po dłuższej chwili tę usypiającą ciszę rozdarł przykry wielki huk, dźwięk przypominający intensywny szum pomiędzy stacjami. Moja mama, wyrwana nagle ze snu krzyknęła z zaskoczenia i trochę trwało, zanim się zorientowała, co się dzieje. Najpierw zaczęła robić mi wyrzuty, że to ja czegoś nie dopilnowałam, że trzymają się mnie głupie żarty. Ja tymczasem pogrążona byłam w głębokim transie, moje ciało spało, a kiedy usiłowałam jej odpowiedzieć wydawało mi się, że mówię na jawie głosem trochę monotonnym, jak ludzie przez sen. Odpowiedziałam: Czego ode mnie chcesz? To ty przecież nie wyłączyłaś radia… Wtedy usłyszałam nieznany mi kobiecy głos, mówiący: UDZIELAM CI NAUKI.

Sny poranne miały zabarwienie wizyjnych, ale była w nich szczególna panoramiczność i przestrzenność widzenia, dlatego nie zapamiętałam ich w całości: mignął mi Ojciec, byłam nim, a jednocześnie sobą, jakieś pomieszczenie pełne przechodzących ludzi. Pewna drobna kobieta chciała koniecznie przejść poza kolejnością przez drzwi, wiodące gdzieś na zewnątrz, do których dostępu broniła krata, strażnicy i kolejka ludzi przepuszczanych przez nie pojedynczo. Miała z tym kłopoty, bo schroniła się za plecami mojego Ojca, gdy pojawiła się w powietrzu ścigająca ją głowa mężczyzny o strasznych, ognistych oczach, oraz próbował dopaść niewielki płaski dysk, krążący dość długo wokół nich w powietrzu z zamiarem ucięcia jej głowy. Dysk nie ośmielił się jednak przekroczyć jakiejś niewidzialnej granicy wokół Ojca. Namówiła mnie, abym ją zabrała ze sobą podstępem. W tym celu poszłyśmy do sąsiedniego pokoju i tam starannie owinęłam ją w długi kawał nieco powycinanego, cienkiego materiału, aby ją przenieść przez Drzwi, podobnie jak Kleopatrę zawiniętą w dywan wniesiono do pałacu Cezara. Zawijając ją, zaczęłam ją rozpytywać o różne rzeczy, tłumacząc się tym, że piszę książkę i chcę, aby wszystko w niej było zgodne z prawdą.
– Którą książkę piszesz? Starą, czy nową? – zapytała.
– Starą. Drugą, ciągle jeszcze tę samą… (tu przebiegło mi przez myśl, że następna będzie jednak dotyczyć przypomnień z innych światów) Kim jesteś? Czy z planety Szarych?
– Nie, jestem z innej rasy, nie tych małych istot z okrągłymi oczami… [miała zatem na myśli niewielkie stare istoty z oczami jak dno kieliszków, a nie chude twardoskóre szaraki z migdałowymi czarnymi oczyskami]. Pochodzę z planety Ceta Reguli (Tauri???? tu pojawiło się we mnie jakieś skojarzenie ze znakiem Byka)
[Słyszenie głosów na tym poziomie nie jest wyraźne, poza tym pamięć potem szwankuje. Być może istota podała nazwę gwiazdy tau Ceta w gwiazdozbiorze Wieloryba]
– Czy jesteś mną?
– Nie, nie jestem.
– Czemu to wszystko służy? Czy będziesz zawsze razem z moim Ojcem, czy jesteście jednością?
– To jest tymczasowy układ. Spotkaliśmy się przypadkiem, połączyliśmy, ale nie wiadomo, co będzie wyżej, co przyjdzie nam jeszcze przeżyć, i czy pozostaniemy ze sobą w wyższych światach, raczej jest to wątpliwe.
Pojawiły się graficzne sceny wizyjne ilustrujące mi zamiary i cel, do którego ona zdąża.

Nostromo

Zobaczyłam ciemną sylwetkę człowieka, przypominającego przerażającego mutanta z IV części „Obcego” z Nostromo, z którym kobieta zamierzała się połączyć, przeszedłszy przez drzwi. Ich seksualne złączenie wyglądało dziwnie, mężczyzna stał na głowie, a kobieta usiadła na nim okrakiem.
W dzień przejrzałam Atlas nieba gwiaździstego i znalazłam na mapie (oprócz gwiazdozbioru Zeta Reticuli) gwiazdozbiór Cetus (Wieloryb), graniczący jednym ze swych boków z gwiazdozbiorem Taurus (Byka).

2 kwietnia 2000. W nocy przeżyłam spotkanie z istotą z mroku i było to coś strasznego. Przypominała wielkiego, smolistego, drapieżnego, wieloodnóżastego pająka, który wczepił się w moje plecy i przemocą manipulował w okolicach prawej łopatki i żołądka. Kiedy próbowałam zrobić w stronę tego niewyobrażalnie ohydnego stwora znak krzyża, moja ręka napotykała tak ogromny opór, że właściwie zostałam sparaliżowana. To przeżycie zszokowało mnie na cały dzień.
Spotkanie z nim poprzedziło nieubłaganą diagnozę lekarską postawioną mojej mamie.

7 kwietnia 2000. Sen o wizycie w Obozie Birkenau, który można znaleźć we wpisie „Nieme ścieżki”.

10 kwietnia 2000. Czytam tekst wiersza, bardzo ładnego, w stylu Adamowym. Potem w dużej bankowej kasie pozamykanej szczelnie ze wszystkich stron, jak pancerny szary sejf siedzi jakiś uprzykrzony, lub tylko miotający się w środku uparcie (?) karzeł. Nagle ktoś z zewnątrz rozwala okienko młotem, mówiąc: DOSTANIESZ WSZYSTKO OPRÓCZ MIŁOŚCI! Obudził mnie śpiew dwóch kobiet, tekst brzmiał: „Kochał w życiu tylko dwie kobiety, tylko córkę i żonę…”

15 kwietnia 2000. Sen miał coś wspólnego z kosmitami i świadomością, że oni są gotowi w każdej chwili pojawić się u mnie. Zakończył go charakterystyczny, elektryczny trzask gdzieś pod sufitem pokoju, który mnie obudził.

16 kwietnia 2000. Zaczęło się już w dzień. O 17.40 z trzaskiem i rumorem coś spadło z góry przed dom, do ogródka (odgłos podobny do upadającej blachy). Po chwili przybiegła sąsiadka, mieszkająca dwa domy dalej, na ogół niekomunikatywna i jej syn. Byli mocno zaaferowani, ponieważ zauważyli coś jak iskrę, wielki błysk w okolicy naszego domu. Pytali, czy nie ma kłopotów z prądem. Nie było żadnych. Doszli do wniosku, że był to gołąb, który zahaczył o druty i spowodował spięcie elektryczne.
Przed snem czytałam książkę Janusza Andrzejewskiego „Dusze boga Re” i zastanawiałam się nad Enneadą bogów egipskich. W stanie półsnu pokazało się kilka migających obrazów: ohydnie wykrzywiona złością twarz jakiejś bogini (Izydy? Neftydy?). Lecę pomiędzy drzewami w wielkiej puszczy, zręcznie i błyskawicznie je wymijając, jak w komputerowej grze. Ściga mnie przewrócone na ziemię… drzewo, korzeniami pokrytymi szarą, wyschniętą ziemią do przodu… Czuję się w tym locie ogromną prehistoryczną ważką.

W nocy sen: mój ojciec odłożył sobie starannie zapasy jedzenia na 3 półkach w lodówce, a ja z nich przyrządziłam sobie posiłek i usiadłam do stołu, aby go zjeść. Na talerzu leżały dwie, przecięte połówki jakiegoś podłużnego, okrągłego placka. Kiedy pojawił się ojciec próbowałam zastawić się stołem-ławą. Ojciec był wściekły, gotowy zabić. Nagle przeleciała przeze mnie świadomość niewielkiej, kosmicznej istoty, jak przypomnienie czegoś z zamierzchłej przeszłości. Myśl: Gra! przychodzi mi przegrać! muszę się na to zgodzić, bo tak się umówiliśmy wcześniej! On ma taką rolę i odgrywa ją właśnie, zwyciężając. Oraz pewność: nie pożyję już długo, to moje ostatnie godziny… Nie było we mnie buntu wobec tego, co miało się stać. To uczucie wydobywało się gdzieś z głębi żołądka. Ojciec był straszliwie rozgniewany, szalony, nieprzewidywalny, a ja go kochałam i nie mogłam nic zrobić, aby się obronić. Obudził mnie odgłos jakby spadającej z nieba wielkiej kropli (łzy?). I bolesny skurcz w splocie słonecznym.

[Ten sen miał powiązanie z jawą takie, że miała dotrzeć do mnie wiadomość o nieuchronnej śmierci matki na raka żołądka]

Chwilę potem znów zasnęłam i znów pojawił się Ojciec. Z zabójczą pasją wpadł do pokoju i podszedł do mnie wielkimi, zdecydowanymi krokami. Obudziłam się nagle wiedząc, że lepiej będzie, jeśli nie zasnę, bo zmierzenie się z tym w transie przerasta moje siły.
Długo nie spałam. Byłam zlana potem, czułam silne uciski w dwóch punktach na skroniach, na czubku głowy i ból głowy, rozchodzący się od czoła. Podczas rozmyślań pojawiła się w końcu charakterystycznie „uśmiechnięta” twarz Szatana. Zaistniała z tyłu mojej głowy. Poczułam ponure i napięciowe energie wokół siebie, ale nie było to zastraszanie z jego strony, tylko zaznaczenie swojej obecności i jak gdyby propozycja, wysunięta znowu wobec mnie: „Słuchaj, w każdej chwili mogę ci pomóc, jak stary kumpel, jeśli tylko poprosisz…”. Miałam wewnętrzną przestrzeń, w której mogłam czuć się niezależna. Pomyślałam, że wolę zginąć z rąk rozgniewanego Ojca, jeśli rzeczywiście na to zasłużyłam, niż wejść w układ z ciemną siłą.
Rano obraz wizyjny: podwójna istota ludzka, jak bracia syjamscy przyklejeni do siebie, idzie w półokrągłych butach przed siebie.

diplodok

26 kwietnia 2000. Obrazy: twarzyczka „człowieka z drewna” [w Popol Vuh nazwa pierwszej nieudanej rasy ludzkiej skonstruowanej przez wyższe istoty], wielkie oczy lemura, w kształcie kwadratu, niewielki wzrost, który sprawił, że wzięłam go z początku za skrzata. Następnie długa, potężna szyja diplodoka zaglądającego między drzewa. Groźniejsza i nieco inna, niż na filmie BBC.

29 kwietnia 2000. Obraz: niewielka kosmiczna istota w skórze człowieka leży zupełnie bezradnie na ziemi, a na jej piersiach stoi kilkoma odnóżami czarny, pająkowaty, smoliście czarny stwór ze sfery Mroku.
Sen: siedzę za biurkiem w jakimś biurze. Wszystko szło dobrze, póki koleżanka z działu bankowego nie powiedziała mi poważnym, spokojnym głosem o jakiejś niewykonanej na czas wpłacie pieniężnej, co może skończyć się karą. Przeszukuję biurko, nic. Zaglądam w końcu do szafki koleżanki i tam chwyta mnie coś w rodzaju prądu, nie idzie zajrzeć głębiej. Ogłaszam wszystkim: Tam nie mogę sprawdzić, bo zobaczcie! i pokazuję im swoją lewą dłoń. Czubek małego palca wykrzywiał się sam do wewnątrz, resztą palców czułam silne, odpychające napięcie. Z szafki wypada prawie pusty pojemnik po tuszu do drukarki, wrzucam go tam z powrotem, zamykam trzaśnięciem szafkę i siadam przy swoim biurku. Raz sprowokowane jednak złe moce ujawniły się i z szafki wydostaje się anioł Satanael. Ubrany w biały, atłasowy strój kapłański z „rogatą”, kanciastą czapką w kolorze biało-różowo-czerwonawym na głowie. Zaczynam egzorcyzmy krzycząc wielkim głosem, odważnie: Diable, wypędzam cię! Diable, wypędzam cię! i robiąc wielkie znaki krzyża w jego kierunku. W pomieszczeniu zaczyna wiać świszczący wiatr i wylatywać przez otwarte drzwi. Satanael jednak pozostaje na miejscu, uśmiecha się w milczeniu, a ja obudziłam się nieco zdezorientowana, co do jego intencji.
Jasnowidzenie: czarna, niewielka kulka nadlatuje w kierunku mojej twarzy, lękam się, że to znowu jakiś implant, ale nic nie mogę zrobić, budzę się.

30 kwietnia 2000. Czekamy na Ra, który przylatuje co 145.500 lat i podsumowuje postępy świadomości na Ziemi. Istoty, które są z Nim mają odpowiednie przyrządy, którymi badają jakość dawnych populacji, dotykając nimi starych kości. Urządzenie wyświetla im poziom toksyn, choroby i obciążenia organizmów, które żyły przed wiekami. Do porównań ze stanem współcześnie zastanym – służą im mumie. Zdarza się, że przylatują istoty z otoczenia Ra w mniejszych odstępach czasu, one „doglądają ziemski ogród” i zabierają ze sobą tych, którzy już doszli do ich poziomu rozwoju. W takim właśnie czasie, teraz zostaje zabrana na ich pokład moja matka, już zupełnie niezainteresowana ziemskim życiem. Ojciec zaś zapada w senny trans. Pozostaje mi jedynie stara babka (szczupła, uśmiechnięta, pomarszczona, podobna do znajomej „gwiezdnej”), bardzo chętna mi pomóc i pomimo starości wcale nie spiesząca się do odejścia.
Potem schodzę z piętra mojego domu po drabince. Najpierw muszę przecisnąć się przez pofalowane kraty, ale one przybierają kształt zgodny z moim ciałem, więc nie są zbyt wielką przeszkodą. Mimo to wysokość grozi katastrofą w razie upadku. Trzymam się kurczowo brzegu okienka, na parapecie leży śnieg, brzeg drabinki jest oblodzony. Udaje mi się jednak dość zręcznie dostać do niej i schodzę co drugi stopień w dół kilkoma „krokami”. Ostatni stopień jest przerwany w połowie i nieumiejętne schwytanie go dłonią przy schodzeniu na ziemię (drabinka kończy się na tyle wysoko, że trzeba zeskakiwać) sprawia mi ból. Poza tym mam na nogach tylko jeden, prawy but, lewa stopa jest goła i trafiam przy zeskakiwaniu na raniący gruz, leżący pod ścianą, ale jakoś się w końcu udaje.

Cdn.

Modlitwa upadłego

Istniała kiedyś pierwsza księga, napisana w dawnych czasach, ale oblicze jej zakryte jest przed badaczem i myślicielem. Wspaniały był to opis i opowieść o tym, jak zakończyło się tworzenie całego nieba i ziemi…
(Popol Vuh. Księga narodu Quiché)

…zobaczyłem Anioła, który rozpostarł swe ramiona, obejmując języki ognia & został pochłonięty i powstał jako Eliasz. Zważ. Ten Anioł, który teraz stał się Diabłem. Jest mym szczególnym przyjacielem: często studiujemy Biblię razem w jej infernalnych albo diabolicznych sensach, które świat pozna jak zasłuży. Mam także; Biblię Piekła, którą świat otrzyma czy chce tego, czy nie.
(Wiliam Blake „Małżeństwo Nieba & Piekła”)

Nie moja wina,
nie moja wina,
że diabeł przypomina,
że Pan JEST!
(Piosenka, którą śpiewałam kiedyś we śnie)

Upuaut

Modlitwa upadłego

Upuaucie, zamykający drogę w zimną ciemność tym, którzy czują, jeszcze czują, nie zatracili się w mdłej nieszczerości. Psiogłowy mocarzu o naturze straszliwego wilka mieszkańca przepastnej pustyni, stojący na straży wrót piekielnych wespół ze swym bliźniakiem Anubisem. Panie umarłych zapomnianych na zawsze, leżących w grozie przedwiecznej ciszy z zastygłym na twarzach okrzykiem bezradnego strachu, bólu. Piekło jest tutaj wśród zabłąkanych żywych umarłych, a ty strzeżesz jego drugiej strony, świata głodnych zjaw snujących się wieczyście po dolinie śmierci.

Kanikuło prażąca niemiłosiernym słońcem i zsyłająca zarazy na przeklętych za nic. Słucham, daję ci się przeniknąć, to twój czas, bracie Syriuszu.

Podnoszę razem z tobą prawą rękę i grożę zaciśniętą pięścią.
Jak można odpuszczać grzechy, nie będąc tobą choćby przez moment? Nie spojrzawszy sobie prosto w psią twarz, w wilcze oczy?

Strażniku cienia wyklętego przez Boga i ludzi i wygnanego na pustynię, po której błąka się jak wiecznie głodny wyrzutek. Naucz mnie być sobą. Stać się prawdą chodzącą, czującą, żywą.

(16.04.2005)

Z dziennika nocnych wejść i wyjść zapis 10

Relacjonuję okres marca 2000 roku. Odebrałam wtedy przepowiednie mające odniesienia do biblijnych proroctw odnośnie końca obecnego cyklu czasu. Sny symboliczne, w których wystąpiły ważne postaci, znanego polskiego astrologa spod znaku Byka, zapewne figury istoty, którą już widziałam i opisałam jako boskiego astrologa, czy też kogoś powieszonego na uschłym drzewie. Są w nich istotne informacje do odkodowania (o wężu-tasiemcu – Apopisie – żywiącym się w wodach, o schodzących i wchodzących bliźniaczych rasach – Bolka i Lolka). Wizyta w światach podziemnych, spotkanie z ognistym pająkiem, i innymi tego typu „sieciowymi” stworami, których J. Bzoma zidentyfikował jako „Bóga” – stwórców objawień i pierwotnych kontrolerów iluzji Przejawienia, zetknięcie z „szatańskim ojcem” oraz inne ciekawostki.

powieszony

6 marca 2000. We śnie widzę dno morza [Ocean Przyczyn, strefa Duszy], jakieś niewielkie, jakby akwariowe rybki, które się odławia do innych akwariów. Z góry na dno opada jakiś płyn, przybiera chwilami kształt gwiazdy, myślę: Kwas siarkowy? Wtedy pada nazwisko: Kwaśniewski [czerwony prezydent, czyli Czerwony >10] i jeszcze: „Papież wtedy nie będzie widziany (albo: słyszany…)” i widzę XVII kartę Tarota: Gwiazda. Pada informacja, że wszyscy ludzie są zaprogramowani na nową erę i program uruchomi się w odpowiedniej chwili.
Ocknęłam się z tego, bo nagle ktoś się koło mnie pojawił. Poprzedzał go leciutki powiew świeżego wiatru. Nieco zaniepokojona spytałam w myślach:
– Kim jesteś?
Ten ktoś przysiadł na moment na brzegu łóżka, tuż koło mnie i usłyszałam spokojną odpowiedź:
– Pan… – po czym natychmiast znikł, a ja obudziłam się na jawie.
Po dłuższym czasie znów w transie słyszałam informacje (i widziałam jakby wertowane strony Xięgi, albo pliki) o tym, że będą liczne i wielkie katastrofy klimatyczne na Ziemi, które zdarzały się już wielokrotnie na końcu Cykli, oraz coś, co zapisano w postaci liter „iii” ustawionych w kształt piramidy schodkowej w trzech rzędach.

7 marca 2000. Pojawiają się mignięcia związane z Ciemnym Bogiem, zdaje się dla kogoś jest to problem do zgryzienia, bo odbieram czyjąś myśl: „Pokopię w tym…” i wtedy rozlega się w mojej głowie mechaniczny męski głos: „To kop!”

8 marca 2000. Sen: zabieram się z jakimś kolegą jego dziwnym, prostopadłościennym samochodzikiem z trzema siedzeniami, ciągniętym przez kanciasty motocykl [podróż ku granicy 8/9]. Dosiada się obok, przy kierownicy jeszcze koleżanka z banku, więc zostawiam ich oboje w samochodzie, a sama jadę motorem z przodu. Zatrzymujemy się przy rzece, na moście [granica], na drodze wiodącej do cmentarza. Wokół ciągną się rozległe przestrzenie pól, krzewów, drzew, niedaleko na prawym brzegu stoi chyląca się i zmurszała drewniana stodoła ze strzechą obrośniętą mchem. Patrząc na to odczuwam przypływ ogromnej miłości do Polski i ze wzruszenia mam łzy w gardle, gdy mówię do stojących na moście (wśród nich jest Adam, moje męskie odbicie w snach), że przecież Polska do przepiękny kraj, choć jednocześnie wydaje mi się, że jestem zbyt sentymentalna, czyniąc to biblijne porównanie. Patrzymy na poobcinany z gałęzi pień starego drzewa rosnącego przy brzegu rzeki, niedaleko mostu. Pochylony niebezpiecznie, ktoś wbił w niego jakieś haki, z których zwisa kawałek liny. Słyszę komentarz, że to ślady po miejscowym legendarnym „kimś” (?), który tutaj został powieszony.
Koło stodoły znajduję leżącą na ziemi, zgubioną przez kogoś maleńką książeczkę z wierszami i jakimiś tekstami. Zdziwiona stwierdzam, że przypominają moje teksty. Wstęp zawiera fragmenty komentarza pióra astrologa Leszka Weresa. Nagle coś jakby się nakłada w moim umyśle z innego czasu i była to jakby rozmowa toczona z Weresem o tym, że wtedy na drodze, w chwili podniesienia książeczki z ziemi, we wtorek spotkałam kosmitów z jakiejś odległej gwiazdy, że oni mnie rozpoznali, namierzyli i mogą się tu zjawić w przeciągu pół godziny.

Obraz: potężna głowa plezjozaura wynurzająca się z wody, szaroczarna. Ogromne fale wzburzonego morza zalewające brzegi lądów.

13 marca 2000. We śnie toczyłam rozmowę z Leszkiem Weresem, który opowiadał o zrobionych niedawno niezwykłych zdjęciach. Sfotografowano na nich straszliwe, przerażające potwory przebywające w głębinach ziemi, w zupełnych ciemnościach. Są podejrzenia, że ich świat zdominował biegun Jang na Ziemi. Widziałam jakiegoś wyłowionego z kanałów ściekowych mężczyznę (działo się to na rynku w mojej miejscowości, w punkcie studzienki kanalizacyjnej na skrzyżowaniu), który umarł tam, w trakcie spotkania się z nimi oko w oko. Głos snu oznajmił, że człowiek, jako korona stworzenia nie może degradować się w głąb. Próbowano go przywrócić do życia i zadysponowano zaniesienie go do księdza. Pomyślałam, że to jednak prawda i Ziemia jest pod okupacją sił Ciemności. Weres zaproponował mi pokazanie zdjęć tych „przerażających majestatycznych istot”, ale po namyśle uznałam, że lepiej mi tego nie robić, bo mam zbyt sugestywną wyobraźnię i odmówiłam. Po chwili wznosiłam się wzdłuż jakiejś liny, czy linii w górę, ku Światłu i obudziłam się. Z przezwyciężanym w sobie rozpaczliwym płaczem, którego źródłem była myśl o odepchnięciu mnie przez ukochaną osobę [przełamanie iluzji oddzielności od Źródła].

15 marca 2000. Na brzegu wody siedzi stary Ojciec i jego dwaj synowie, Bolek i Lolek, obaj łowią ryby. Lolek wyciągnął z radością wielką rybę, a Bolek – węża, który okazał się nieskończenie długi i wijący się w morzu [jak tasiemcowy wąż Apopis]. Było jeszcze coś o powstrzymaniu się przed degradacją i scho+dzeniem w dół, oraz na koniec szłam z kimś wodami mojej Rzeki Życia, która okazała się niebezpiecznie głęboka i woda prawie zaczęła mi sięgać głowy.

17 marca 2000. Wyrwało mnie ze snu wrażenie, że coś przed chwilą zrobiono mi z tyłu czaszki, a istoty, które mnie odwiedziły pochodzą z ciemnej strony. Nie wystraszyłam się, ale kiedy się zjawiły odruchowo zaczęłam recytować modlitwę Ojcze nasz. Czułam potem wokół głowy silną i zagadkową wibrację. Po chwili zapadłam w sen wizyjny: byłam w nim kimś, kto trzymając się liny umocowanej na brzegu zagląda w głąb ciemnej jaskini w ziemi. Światło reflektora odkryło mi, że znajduję się w przeogromnej podziemnej pieczarze, a jej dno ginie gdzieś w nieodgadnionym mroku. Wystraszyłam się i obudziłam.
Chwilę potem znów znalazłam się w tym samym śnie, tym razem jednak już w o wiele głębszym miejscu. Okazało się, że rozpoczęłam wędrówkę (cały czas trzymając się liny) poprzez podziemne, niekończące się światy ciemności. Usłyszałam komentarz, że na poziomie takim-to-a-takim (głęboko, ale jeszcze nie najgłębiej, jakieś 60% drogi do końca) wyjdzie mi na spotkanie istota z piątego wymiaru, zamieszkująca te obszary. Nie zobaczyłam jej, ale odczułam silny powiew energii (w moim umyśle pojawiła się „barwa ognia”), rodzaj wiatru, który wzbudził moją ostrożność i znów zaczęłam odruchowo recytować Ojcze nasz. „Wiatr” omiótł mnie i zdałam sobie sprawę, że mnie sprawdza, równie nieufny jak ja. „Zajrzał” mi do ucha i wtedy zaczęłam słyszeć swoje myśli, tak jak słyszy się głos z zewnątrz, a usłyszawszy moją modlitwę jak gdyby się otworzył („odetchnął” z ulgą) i poczułam przypływ czegoś, co w jakiś sposób było podobne do przyjaźni i ciepła. Nie widziałam tej istoty, ale wyobraziłam ją sobie, jako rodzaj wielkiego pajęczastego stwora. Wkrótce potem ocknęłam się spokojnie na jawie.

21 marca 2000. We śnie leżę na tapczanie i pojawia się obok mnie pijany ojciec [androgyn z Nieprzejawienia]. Jest nieprzyjemny, atakujący, nie chce wyjść i dać mi spokój, choć go o to proszę. Zaczynam widzieć scenę: grupa mężczyzn w kilku rzędach w dziwnych majtkach, to właściwie jedynie czarne kapturki naciągnięte na członek. Wykonują jakieś ruchy grupowo, to chyba występ publiczny, dość egzotyczny. Jeden z nich ma kapturek sięgający jedynie do połowy członka i on przykuwa na moment moją uwagę. Naprzeciw nich siedzi potężna, szeroka, ogromna postać Brodatego Starca, mającego członek ukryty w dużym, niezgrabnym worku, robi ukłon tak głęboki, że jego długa, patriarchalna broda zagina się do góry i zakrywa mu twarz, jak zasłona. Wraca sytuacja z moim męczącym ojcem. Uśmiechając się szczególnie mówi: „A więc nie boisz się ani diabłów, ani mnie?”… i wtedy rozpoznaję w nim Szatana, mojego dziwnego przyjaciela. Potwierdzam, że nie, nie boję się i on znika.

22 marca 2000. Poranne widzenia: najpierw szkielet młodego chłopca, właściwie same żebra z kręgosłupem, bez głowy, z resztkami rozkładającego się ciała na kościach, wypadający z klatki, podobnej do drewnianej skrzyni. Pojawiło się we mnie uczucie współczującego żalu, coś jakby wielka miłość do niego za życia. Nastrój widzenia zabarwił się klimatem właściwym dla obrazów Zdzisława Beksińskiego (prymitywna zwierzęcość śmierci i fizycznego ciała podlegającego rozkładowi).
Następnie ujrzałam szeroką ulicę starożytnego miasta pełną półnagich, białych ludzi, przeważnie mężczyzn z wygolonymi starannie łysymi głowami i w przepaskach na biodrach. [Wyglądało to na starożytny Egipt]. Jasne słońce. Upał. Wśród nich, górując nad tłumem na ulicy pojawiła się przedziwna istota. Była o wiele wyższa od ludzi (miała jakieś 3 metry wzrostu), kosmata (to wyglądało na sterczącą sierść, podobną do kociej), w kolorze ciemnobrązowym i jego różnych odcieniach, z wielką głową o ciemnych, szeroko rozstawionych oczach pszczoły i z potężnym, zagiętym dziobem drapieżnego ptaka. Jakie to dziwne, to jakby pół-człowiek, pół-ptak, a może to tylko maska starożytnego boga, nałożona na głowę przez kapłana-olbrzyma? [Egipcjanie przedstawiali boga Ra z ptasią głową, ale zwali go także Kotem].
Jakby w odpowiedzi zobaczyłam wykluwanie się z jaja maleńkiej, podobnej do larwy, białej istotki-glistki [zapewne to symbol spirali DNA], którą ktoś delikatnie i z wielką uwagą wyjął ze skorupki i przełożył do pudełka, gdzie siedziała już dorosła postać kosmatego brązowego ptaka-duszy, który miał pełnić rolę rodzicielskiego opiekuna tego, co się dopiero narodzi wewnątrz ziemskiego systemu (symbolizowanego przez skrzynię). Następnie zamknął je razem, a pudełko włożył do drewnianej klatki [symbol matrixa]. Na koniec patrzyłam na wysypujące się z koszy, pod nogi białych dziesiątki uciętych murzyńskich głów [prymitywne magiczne koncepcje światopoglądowe], po chwili zasłonił je widok przechodzących obok mężczyzn, dźwigających na ramionach ustawione w czterech rzędach na drewnianym podnośniku, szczelnie zamknięte butelki z jakimś płynem. Pomyślałam: krew? a może wino? [narodziny posłańców Boga, zmieniających ofiary krwawe na chleb i wino].

23.III.2000. We śnie czytam na papierze przypadkiem znaleziony starożytny tekst-przepowiednię. Dwie zwrotki mówią o tym, że w Dniach Ostatnich urodzi się kilku dawnych proroków, występujących z Ramienia Pana (tu widzę na końcu rysunek otwartej dłoni). Głos mówiący potwierdzająco o „tygodniu” i o „trzech”.

25 marca 2000. W czasie, gdy rozważałam sens kabalistycznej Księgi Jecirah obudziłam się w transie. W miejscu łóżka stało biurko, coś przy nim pisałam, gdy nagle wewnątrz pokoju zaczął wiać wiatr, coraz silniejszy. Wirował nade mną, owiewając mi twarz i głowę. Zdumiona przerwałam swoje zajęcie, myśląc, że przecież okno jest zamknięte. Nagle zdałam sobie sprawę, że to Księga Jecirah uruchamia we mnie bezpośredni kontakt z Bogiem, z JHWH i że właściwe jej zrozumienie to klucz do Jego drzwi.
Ojciec jest dziesiątką, Jednym dzielącym się na dwa, potem trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, a potem dziewięć, każdy podział ma swój rodzaj, kształt i specyficzny charakter (wibrację i przestrzeń oddziaływania), po czym znów staje się dziesiątką, ale już o kolejne oczko wyżej, tym razem 10.0.
Wieczorny ból głowy wzmógł się nie do zniesienia. Nad ranem najpierw pojawił się sen, w którym jakaś grupka młodych ludzi, dyskutujących ze sobą na korytarzu szkoły (było wokół ciemno) wypowiadała się pozytywnie o idei, podobnej do tego, co mi przekazano [na temat numeracji poziomów świadomości], a niektórzy z zapałem deklarowali się, że przejdą na „religię tego Persa” [haha, nie zdziwiłabym się, gdyby nie chodziło o grupę śniących trenujących obecnie pod patronatem Jarka Bzomy].
Potem ból skoncentrował się zwłaszcza koło czubka głowy, uporczywie myślałam o obciętych gałęziach drzew, które targałam w dzień na kupkę w ogrodzie (wydały mi się podobne do „pajęczych” istot z Głębi), aż w końcu wpadłam w stan wizyjny: ukazał mi się ekran telewizora, a na nim jakieś energetyczne, ogniste, podłużne błyski, pomyślałam o innej planecie i zaczęłam zapadać w trans. Upadłam na kolana czując coś takiego jak przed rozbłyśnięciem boskiego pioruna i otworzyłam się na jego ukazanie się, ale mimo pogłębiania się stanu oderwania uwagi od zjawisk na ekranie piorun nie pojawił się. Za to usłyszałam pieśń kogoś, kogo wzięłam za Szatana. Towarzyszyło jej z początku przejmujące syczenie węży zgromadzonych wokół niego, potem przekształciła się w jakiś utwór w stylu gotyckiego rocka, a ten ktoś, jako solista śpiewał w dziwnym nieziemskim języku. Zrobiłam na sobie kilka razy znak krzyża, ale jego obecność nie znikała. W końcu jego głos przybrał barwę jakiegoś polskiego rockmana i zrozumiałam kilka słów: „On jest Panem, a ja Jego Cieniem…”, (a może: „Jestem Panem, Jego wcieleniem…”?), po czym zjawisko znikło.
Ból głowy jakby zelżał. Wkrótce ukazała mi się kolorowa, soczysta wizja: kawiarnia, przy jednym stoliku siedzi dwóch redaktorów, jeden drugiemu pokazuje jakiś tekst, dołączam do nich. Sekundę potem widzę, że siedzi tam rzędem chyba sześć dziwnych postaci, podobnych nieco do stylizowanych królów z dawnych portretów rodowych. Do pierwszego z brzegu zwracano się per: Stanlaj…(?), więc mógł mieć coś wspólnego z Anglią, przedostatni był żydowskim rabinem, koło niego siedział inny, brodaty król o stożkowej głowie (rozszerzającej się ku dołowi), ten przypominał polskiego króla, może Jagiellona. Rozmawiali ze sobą i chwilami sprzeczali się, zwłaszcza rabin wydawał się trochę nabzdyczony i uparty, twardo pozostający przy swoim. W rozmowie padła liczba 2000, ale nie zapamiętałam, czego dotyczyła. Pomyślałam, że to 7 aniołów zarządzających poszczególnymi prądami kulturotwórczymi w zachodnim świecie.
Następnie ujrzałam mapę świata, w centrum była Afryka i Europa, po bokach inne kontynenty. I usłyszałam zapłakany wzruszony głos (może mój), wypowiadający po angielsku proste zdanie o Bogu (był w nim zwrot „my God”), jak wyznanie absolutnej wiary.
Przebudziłam się i znów zaraz wróciły wizje. Tym razem zobaczyłam grupę młodych, roześmianych postaci, dziewczyn i chłopców ubranych w przedziwne stroje, rodzaj szat z owiniętej wokół ciała lekkiej materii od stóp do głów w kolorze jasnej krwi. Biegły przed siebie, wśród beztroskich chichotów i przekomarzań, nawołując między sobą: „Obywatelko, obywatelu, chodźmy pobawić się na tym dziwnym Cieniu…”. Usłyszałam w głowie komentarz: „To pokolenie 96…” i ujrzałam, że na spotkanie grupki czerwonych postaci wyszła grupka podobnych ludzi okutanych w czerń. Czarni poprosili: „Użyczcie nam pędzli do malowania”, ale Czerwoni kategorycznie odmówili im jakiejkolwiek pomocy i zgodnie odwróciwszy się do tamtych plecami, odeszli.

Rano sen: wybrałam się w podróż samochodem w jakieś zimne, pokryte lodem miejsce [minusowość] turystyczne. Nocowałam w wielkim szkolnym budynku [poziom 6]. Do pokoju zajrzała gruba niezgrabna pani w niebieskawo-fioletowej sukience, była to tutejsza sprzątaczka, która niespodziewanie powiedziała kilka wrogich zdań pod moim adresem, zarzucając mi coś, co zrobiłam, czy powiedziałam w przeszłości do niej w innym miejscu. Nie mogłam sobie przypomnieć żadnej takiej sprawy. Potem zjawili się jacyś ludzie, zrobiło się tłoczno. Usiłowałam przepowiadać im przyszłość, mówiąc o wizji Czerwonych i Czarnych, którą zinterpretowałam jako zapowiedź Przemienienia i oddzielenia Światła od Ciemności, które wydarzy się w 2014 roku (1996+18=2014), ale oni nie wydawali się zbytnio zainteresowani, pogrążeni w innych, dość przypadkowych rozmowach. W końcu jeden z młodych mężczyzn, siedząc w otoczeniu reszty robił mi wykład, czy też doradzał sposób kontrolowania umysłem zewnętrznych zjawisk, mówiąc: „Znając porę i godzinę jakichś zdarzeń będziesz mogła spotykać się, z kim chcesz i decydować o tym, ile i kiedy będziecie się widywać…”. W wyobraźni pozostała mi postać kropkowanego jaguara.

27 marca 2000. Przed zaśnięciem ukazywały mi się krótkie migawki z Podziemi. Była tam przedziwna pieczara z wieloma głębokimi korytarzami odchodzącymi gdzieś w mrok, ozdobionymi kolumnadą wyglądającą na zbudowaną świadomie, ale mającą niezliczoną ilość lat i z tego powodu przypominającą twór natury. Mignęła mi jakaś istota z czarną, drobną, spotworniałą głową. W dole smolistej twarzy pozbawionej podbródka miała maleńkie wargi, z których sterczały ostre kły i szereg drobnych, szarych zębów, jak u drapieżnego zwierzęcia. Spróbowałam jej się lepiej przyjrzeć, mimo że była bardzo ohydna, ale szybko znikła. Moja percepcja miała w sobie niesamowity spokój władcy tej strasznej krainy i zdałam sobie sprawę, że patrzę „okiem Śiwy”.
W środku nocy wyrwało mnie ze snu skrobanie na czubku głowy, słyszałam zgrzyt kości, bolało, ale poddałam się temu z ufnością. Jednocześnie pojawiły się w moim umyśle informacje o tym, że służy to wzmocnieniu przepływu czystej świetlistej energii duchowej, która będzie miała moc chronienia mnie w życiu.
W następnym śnie obudziło mnie intensywne syczenie węży z tyłu za plecami i ból w kręgosłupie. Na wysokości splotu słonecznego umieszczano mi jakiś półokrągły implant, opasujący jeden z kręgów. Okropnie bolało i płakałam, także ze strachu. Wkrótce jednak wszystko znikło i na jawie poczułam intensywne ciepło rozchodzące się w dół od miejsca z implantem.

28 marca 2000. Znalazłam się w głębokim transie, z którego trudno jest mi się ocknąć, czuję jakieś uderzenia w prawe biodro i fragmentem świadomości rejestruję, że to moja własna ręka uciska to miejsce ciała. Pochłania mnie to, co widzę w sobie. To wąska uliczka w Krakowie. Idę za plecami grupki kilku księży, która zajmuje prawie całą jej szerokość. Jacy oni szczupli i wysocy! Mają ze 3 metry wzrostu. Wszyscy przechodnie schodzą im posłusznie z drogi, nawet księża, malutcy przy nich jak karzełki, przeciskają się boczkiem przy rusztowaniach. Przez głowę przebiega mi myśl o jakiejś sekcie i jej potężnym przywódcy i wychylam się, żeby lepiej go zobaczyć zza pleców innych. Jestem taka niska jak dziecko. Jakaś postać idzie na czele grupy wysokich kapłanów (wszyscy jednak mają w sobie coś z wyglądu żydowskich rabinów) z rozłożonymi niby ptak rękami, szerokie rękawy w kolorze czerwonym tworzą skrzydła, wieje od niego wielką mocą, pomieszaną z grozą. Na głowie ma dziwny kaptur zrobiony ze skóry zwierzęcej, czapka, jak głowa drapieżnika, zachodzi mu na twarz. Oprócz niego idzie trzech innych, bardzo podobnych, i razem tworzą zwarty szereg. Za nimi podążają gapie. Tak, to sam prorok Daniel i jego trzej towarzysze! W końcu przeciskam się do przodu i wyrasta pode mną wielki pies, szary wilczur, niosąc mnie jak koń na swoim grzbiecie.

30 marca 2000. W moim ogrodzie, przez dziurę w płocie po lewej stronie wbiega piekielny pies o czarnym pysku przypominającym nieco twarzyczkę diabła. Zdobywam się na bohaterstwo, wstaję i wielkimi okrzykami: W imię Ojca, i Syna i Ducha świętego! oraz: W imię Jezusa Chrystusa wypędzam cię! wyganiam bestię poza obręb ogrodu. Czuję w sobie wzrastającą moc i pewność siebie. Pies odbiega dość niechętnie, oglądając się za siebie, ale jest posłuszny.
Po obudzeniu się, w stanie półsnu ukazywały mi się kształty konarów z gałęziami, pieńków z wyrastającymi z nich licznymi cienkimi pędami, białych wieloodnóżastych stworów podobnych do kosarzy, pomyślałam, że istoty z 5 wymiaru mają wygląd tworów sieciowych, głowonogów, ośmiornic, krabów i pająków. Teraz ukazywały się w jasnych, białych, lub różowawo-pomarańczowych kolorach i poczułam ciepło w okolicach implantu w kręgosłupie na wysokości splotu słonecznego.

Z dziennika wzięć zapis 8

Gady, węże i prehistoryczne potwory i ważki, Gra z Szatanem tocząca się na Ziemi od najdawniejszych czasów… W mojej głowie odtwarzały się bez ustanku przedziwne historie. Których daremnie szukać w świętych annałach ludzkości.

plezjo

2 lutego 2000 w nocy zaczęłam rozmyślać o Wężu Śesza. Odniosłam wrażenie, że moje ciało zawiera pamięć prehistorycznej ery, w której wąż pojawił się na Ziemi. Uwalniały się jakieś obrazy, wstręty, biologizmy, nastroje, ale wszystko zbyt ulotne, żeby opisać. Nagle weszłam w trans.
Ujrzałam ogromne wężowe zwierzę wodne, podobne do Potwora z Loch Ness i usłyszałam bardzo groźne dźwięki, przypominające warczenie, a raczej porykiwanie. Było to pełne ogromnej, ale kontrolowanej siły. W pewnym momencie potężny ryk przemienił się w głos, który oznajmił: „Największą winę ponosi ten, kto potępia własne ciało!”, po czym głos zaczął śpiewać w nieznanym mi języku. Była to pieśń mocy. Wśród niezrozumiałych słów Wąż wymówił z przyjaźnią moje imię, Ewa, co wzięłam za błogosławieństwo. Po czym ocknęłam się na jawie.

ważka

Po krótkim następnym śnie obudził mnie odgłos zjawienia się jakiejś istoty. Niewielka, chwilę stała w nogach tapczanu, po czym jak spory, dźwięczący w powietrzu sztywnymi skrzydłami owad (gigantyczna ważka) przefrunęła na moje plecy i usiadła na karku, po czym natychmiast wrażenie obecności znikło. Ogromna ważka nasunęła mi wyobrażenie pierwotnych lasów prastarej Ziemi i tak już zostało. Pod zamkniętymi powiekami mignął mi nagle siedzący mi na karku… tygrys w brązowo-żółto-czerwone pasy, a właściwie 2 tygrysy, siedzące jeden drugiemu na plecach. Balamowie [opisani w Popol-Vuh]? A więc oni istnieją naprawdę! Obserwowałam siebie. Nie bałam się, więc istota była przyjazna. Już wkrótce coś się zaczęło dziać z moją głową, jak gdyby dziwna energia rozsadzała ją od środka, a czaszka była dla niej zbyt „sztywna” i twarda, aż do lekkiego bólu. To trwało dość długo. Zapadałam w krótkie transy i sny. Raz usłyszałam piękny kobiecy głos, który zawołał: „Ziem!”. Innym razem poczułam charakterystyczny ból w języku, w miejscu, w którym Indianie przewlekali sobie otwór, aby nawiązać kontakt z bóstwami, a wraz z wrażeniami astralnymi dotyku usłyszałam odgłosy jakiejś rozmowy pomiędzy mężczyzną i kobietą. Mężczyzna próbował „ujarzmić”, „zmusić do czegoś” kobietę, która mówiła do niego dziwnie ostro.

Następnego wieczoru, gdy czytałam książkę o staroegipskich kultach, w pokoju coś wyraźnie i z trzaskiem błysnęło złotym kolorem tuż pod sufitem i poczułam się podłączona do dziwnego prądu, który wydał mi się znajomy. Postanowiłam zasnąć, aby dowiedzieć się czyja to wizyta.
Tej nocy przypomniało mi się, jak wraz z kimś, kogo nazwałam Szatanem (z dużej litery), odbyliśmy wspólnie kilka Gier w innych eonach czasu. Uczestniczyliśmy razem w Grze o kryptonimie Żółw, (która doprowadziła do ukształtowania się skorupiaków z pierwotnej żywej materii w ziemskim oceanie, a potem wyjścia płazów na ląd). W Grze pod nazwą Ryba porzuciłem eksperyment, tj. wnikanie świadomością w ciemność, uznając bezcelowość dalszego podążania w głąb przestrzeni pozbawionej wiedzy o sobie. Wtedy dopadł mnie wściekły wąż zamieszkujący zewnętrzną sferę wibracji pierwszej czakry, raniąc mnie agresywnym i wściekłym kąsaniem.
Było to straszne, bolesne przeżycie i udało mi się je przejść tylko dlatego, że teraz podczas przypomnienia tego ataku ciągle pamiętałam, że to tylko sen, z którego się w końcu obudzę. Szatan jednak pozostał w przymierzu z Mrokiem, aby tu, w świecie ludzi, dokończyć mecz. W ten sposób zajrzałam w głąb czeluści i na jej dnie zobaczyłam twarz diabła. Paradoksalnie rozpoznałam w niej swoje odbicie, własny cień.

W innych snach uzupełnił mi tę historię. Był w niej nagły żal za zmarnowanie czasu na trwanie w iluzyjnym przekonaniu o wysokiej pozycji władcy Ziemi, podczas, gdy inni mistrzowie zdobywali tymczasem kolejne punkty i „ozdobne tatuaże” na swoich ciałach, straszny gniew na siebie i determinacja, aby wykazać się na koniec i w każdy możliwy sposób wspomóc proces ratowania efektów Planu. W którymś momencie swojego rozwoju zauważył, że oszalał i w konsekwencji „odstaje”, czyli pojął swój błąd. Zaczął go osobiście – wraz z tymi, którzy poszli za nim w trudną powrotną drogę – skrupulatnie wszystko naprawiać, odwróciwszy się od samego siebie z przeszłości.

Później jeszcze kilkakrotnie ogarnęła mnie chmura energii, sprowadzająca przedziwną ekstazę. Męski głos zaśpiewał pieśń po hebrajsku, po czym przeszedł na polski i na tle undergroundowej muzyki rockowej, której towarzyszyło niesamowite syczenie „płaszcza węży” zza moich pleców, oznajmił, przenikając sobą każdą komórkę mojego ciała:

– Jestem szatanem i jestem Śiwą. Jestem panem. Jestem twoim cieniem.

Innego razu obudziłam się w stanie snu na jawie i ze zdumieniem wymacałam i zobaczyłam w swojej pościeli liczne, ogromne, zielonkawe węże, czuwające nade mną z wielką uwagą i spokojem.

4 lutego 2000. Pojawiły się za mną wielkie, syczące przejmująco węże (nie był to język dinozauroidów), znieczuliły i unieruchomiły mnie tym głosem, pozostała mi jednak jasność umysłu. Po czym wierciły twardym wiertłem wprost w podstawie mojej czaszki, gdzie wcześniej wetknął mi implant wieloodnóżasty potwór. Towarzyszył im dziwny, podobny do pająka stwór z energii, koloru ognia, wielkości stołu, stojący w głębi pokoju. Odniosłam wrażenie, że pochodził z głębi Ziemi, ze sfer płynnej lawy i był jakimś „aniołem”, czyli istotą pozamaterialną, kontrolującą niższe światy.

Następnej nocy znowu zjawiło się w pokoju coś podobnego. Wiedziałam, bo czułam to, że pochodzi z ciemnej strony, ale zachowywało dystans, stojąc w okolicy regału z piramidką. Chyba było świadome, że mogłoby mnie zbyt przerazić, gdyby się zbliżyło. Dostałam od tej istoty sen, który wyjaśnił mi zasady odwróconej gry, wymyślonej dawno temu przez szatana, wchodzącego w ewolucyjny układ z mrokiem.

[J. Bzoma o pajęczych istotach:
„Pająki mogą to być twórcy objawień. Byty pierwotne, które same siebie nazywają Bóga. Wyglądają jak dziwny pojazd czy pająk, skłębienie korzeniopodobnych odnóży, który nogami może sięgać horyzontu.”]

Przez cztery dni odczuwałam dziwne bóle rąk i pod obiema pachami, przypominały ból po ukąszeniach, ale nie było najmniejszego śladu ukłuć, ugryzień, czy obrzmiałości. Pojawiły się też różne uciski, mrowienia i swędzenia u podstawy czaszki.

8.II.2000. Sen z przepływem informacji o zasadach gry, które wymyślił Szatan. Polegały na tym, że niektórzy uprzywilejowani w ziemskim systemie inkarnowali co jakiś czas z pomocą całego piekła. Ono sprzyjało im do jakiegoś ściśle obliczonego momentu (ten moment wyznaczała ilość zabitych i zgubionych ludzi w ciągu poprzedniego życia, dlatego im zbrodni było więcej, tym lepiej), po czym opuszczało go i zabierało po śmierci do siebie. Wiedza o sposobach wywoływania diabłów i takich zasad została ukryta i można się do niej dokopać. Na ciekawskich czyha już przygotowany piekielny haczyk.

Obudziła mnie obecność czegoś ciemnego, z głębi, ale… przyjaznego. Stało w okolicach regału z piramidą. Zrobiłam znak krzyża, nie uciekło. Może ten sen był informacją od niego.

Rano słyszałam muzykę polskich zespołów rockowych, tekst traktował o Bogu. Przyśniły mi się także jadowite osy atakujące dom i włażące w każdą szparę przez zamknięte okna i drzwi. Uciekaliśmy wcześniej, ale one były bardzo namolne. Podlewałam je trutką. Jedna zagryzła dwie inne, całkiem czarne, z wściekłością frunęła ku górze, ale tam nagle rozbiła się o sufit i upadła.

[J. Bzoma o osach:
„Osy, gniazdo os to kościół katolicki, „żywiący się papierem”, „przeżuwający papier” i „budujący z papieru”, którego przedstawiciele potrafią boleśnie i wspólnie atakować każdego, kto przeczy ich budowli i nie wyznaje obyczaju. Kontrastowe pasy na odwłoku i żądła pełne jadu to zjadliwa agresja.”]

9.II.2000. Ktoś zrobił mi zastrzyk w miejsce po zębie trzonowym i oznajmił: „Martwica!”, co mnie zaniepokoiło, że pod dziąsłem znajduje się jakaś czarna kość. Resztę pamiętam tak fragmentarycznie, że nie nadaje się do zapisu. W wyobraźni pojawia się postać młodego mężczyzny w długiej czerwonej szacie.

apopis

10 lutego 2000. Sen: Wąż starodawny [Obraz, który mi się ukazał w przeżyciu łudząco przypominał staroegipskie, rysunkowe przedstawienia Węża Apopisa w tekstach piramid], czarno-szary, nieskończenie długi, przypominający wijącego się w niezliczonych splotach tasiemca z wielozębną paszczą, kłapiącą wokół siebie z ogromną złością – jest wściekły. Spadł tu na Ziemię dawno temu, podarował swoją wiedzę wybranym. Tymczasem jego ludzie niewiele z niej pamiętają i przystąpią do rozgrywki kompletnie nieprzygotowani.

Obudził mnie gwałtowny i bolesny atak na splot słoneczny. Zdawało mi się, że leżę odwrotnie (zjawisko odbierałam w trzecim ciele), a u wezgłowia tapczanu szalał szary wijący, kłębiący i miotający się Cień. Uderzenia w splot były nieporównywalne z niczym, czego dotychczas zaznałam, gwałtowne i głębokie skurcze prawie zapierały mi dech. Zaczęłam powtarzać imiona, aby odnaleźć równowagę. Czułam, że to gdzieś jest, tuż za bramą świadomości.

I rzeczywiście, ledwie zapadłam w półsen, już wróciło. Tym razem było to coś wrogiego, atakującego od strony pleców. Sięgnęłam lewą ręką; ugryzły mnie i wściekle podrapały dzikie, czarne koty. Pamiętałam, że to świat astralny, toteż nie cofnęłam ręki, choć bardzo bolało i zaczęłam je wyrzucać stamtąd, mówiąc w myślach: „W imię Jezusa Chrystusa wypędzam was!” Zrobiłam kilka razy znak krzyża, na co zareagowały cofnięciem się. W końcu odskoczyły i wybiegły przez otwarte drzwi z pokoju, nadal wściekłe i groźnie oglądające się za siebie na progu. Przypominały raczej koto-psy, a może niewielkie pantero-wilki, o charakterystycznie pochylonej sylwetce hien. Było ich przynajmniej pięć, może sześć.

Z dziennika wzięć zapis 7

Doświadczenia po Drugiej Stronie biegły swoim tempem i we własnym nieprzewidywalnym rodzaju. Przede wszystkim przynosiły wiedzę. Starałam się w miarę swoich skromnych możliwości ją zgłębiać i analizować. W tym czasie nie miałam żadnego kontaktu z internetem, najbliższe biblioteki, gminna i wojewódzka, były słabo zaopatrzone w książki o interesującej mnie tematyce, w dużej mierze byłam zdana na siebie, intuicję, szczęście, że coś samo wpadnie mi do rąk. Wiele informacji, które otwierały się w mojej głowie bezpośrednio zapamiętywałam szczątkowo, z błędami. Z czasem powtarzały się i budowały większy i bardziej spójny obraz rzeczywistości i Boga. Niektóre z nich posłużyły mi potem do konstrukcji opowiadań fantazmatycznych.

dlon

13.IX.1999. W środku nocy obudziłam się nagle w drugim ciele, uciekając przed bólem i dłońmi jakiejś istoty, usiłującej zrobić mi zabieg. Wnętrze pokoju wydawało mi się inne (gdzie indziej?), a ja leżałam na prawym boku i usiłowałam odwrócić się na wznak, czego mi zabraniano, gdyż badanie (zabieg) dotyczyło strefy w dole kręgosłupa i nerek. Poczułam czyjąś przytrzymującą mnie delikatnie, ale bardzo stanowczo, dłoń. Potem już leżałam na wznak, a istota usiłowała wbić mi jednocześnie dwie igły w miejsca pod nosem, w które „ugryzł” mnie niedawno astralny wąż. Bałam się bólu i trochę się wierciłam, ale właściwie wszystko było doskonale znieczulone, a moja świadomość niewyłączona. Podczas tego wiercenia się uchyliłam na ułamek sekundy powieki i właściwie po raz pierwszy udało mi się ujrzeć twarzą w twarz tę siedzącą teraz na brzegu łóżka – istotę. Spodobała mi się! Choć była dziwna. Bardzo drobna, lekka, szczuplutka jakoś tak po owadziemu, zupełnie biała i pozbawiona owłosienia, z dużą głową i płaską twarzą bez najmniejszego śladu nosa, ust czy uszu, lecz za to z wielkimi, migdałowymi, czarnymi oczami, płci niemożliwej do określenia nawet intuicyjnie.
Przemknęła mi przez głowę wzmianka z Bhagavatam o śnieżnobiałym Indrze. Natychmiast poczułam do niej/niego sympatię i zaufanie. Byłam wobec niej/niego jak zwierzątko, o które się dba w celu, którego nie potrafi ono pojąć, ale to uczucie – przynajmniej teraz, po wysiłku, jaki włożyłam w zrozumienie tego, co mi się przydarza – nie było przykre.
Udało mu się wreszcie wbić igły i wyciągnąć to coś umieszczone w kości twarzoczaszki. Był z tego niezwykle zadowolony i usłyszałam jego słowa (chyba telepatycznie, bo nie był to „potok słów”), coś jak: „Miej (lub: miejmy) nadzieję, że nie jest to implant”… I tu przemknęły mi przez głowę ewentualne skutki takiego „zaszczepienia”: stan opętania i groźne ataki demonicznych duchów. Ale czułam się dobrze, istota natychmiast znikła, a ja obudziłam się na jawie w zupełnej ciszy.

18.I.2000. Obudziłam się w drugim ciele. Za moją głową stała jakaś istota i mówiła w obcym, nieznanym mi i nigdy niesłyszanym języku. Byłam unieruchomiona do zabiegu. Dostałam trochę bolesny zastrzyk w prawą pachwinę i potem jeszcze gdzieś, nie pamiętam gdzie. Być może była jeszcze jedna istota, koło mnie. Nie byłam wystraszona, ale nie lubię zastrzyków. Wsłuchiwałam się w język Tego Przy Głowie, próbując cokolwiek zapamiętać, ale nic mi w pamięci nie zostało. Słowa były wymawiane wyraźnie, z prostym akcentem, troszkę jak sanskryt. W końcu, korzystając z jakiejś przerwy poprosiłam: „A może byście tak wyleczyli mi brzuch?” i wtedy – prawie zaraz dostałam zastrzyk w otworzone gardło, głęboko w podniebienie, właściwie już w komorze nosowej. Pomyślałam: „Kurczę, on dostaje mi się stąd do mózgu… Może tam jest jakieś ognisko ropy, zablokowany odpływ?”. Zabolało, igła weszła w kość i obsunęła się lekko. Nagle za mną zrobił się jakiś ruch (mogłam spojrzeć, ale zaciskałam powieki, bojąc się patrzeć), usłyszałam jak druga, męska istota mówi pod nosem: „Zdurniałeś!” i szybko wyjmuje igłę z mojego gardła. Coś poszło nie tak, bo ratujący powiedział jeszcze pod nosem do poprzednika: „Fajtłapa!” i szybko obudziłam się na jawie, czując jeszcze długo mechaniczne „masowanie” zranionego miejsca przez jakąś energię.

22.I.2000. Stan wizyjny: śpię gościnnie w pokoju ojca na dole i czytam teksty komputerowo wydrukowane na wielu kartkach białego papieru. Wtem przybiega od strony bramy siostrzenica, narzekając na czekoladki według ekstra-przepisu, które dostała od kogoś, ale one nie dają się zjeść. Wyglądają z zewnątrz bardzo apetycznie, ale w środku są gumiaste i coraz gorsze w smaku. Piecze się je zostawiając zaczyn starych w nowym cieście, otóż to nowe jest za każdym razem gorsze i trudniejsze do przełknięcia. Zdecydowała się je ostatecznie wyrzucić.
Ja w tym czasie czytam pilnie tekst na kartce. Słowa i zdania są wyraźne i czytelne, a poza tym czyta mi je kobiecy głos (przebiegła mi przez głowę myśl o młodej dziewczynie, w którą przetransformował się kiedyś Ojciec), ale jest tego tak dużo, że nic konkretnego nie zapamiętuję, oprócz wrażenia, że wiadomości dotyczą atlantydzkiej kultury, która dominowała niegdyś na Ziemi. Zorganizowano tam przynajmniej kilka bardzo ważnych światowych zjazdów („zjazd zebrzydłowiecki”?) uczonych, dyskutujących nad jakimś odkryciem i problemem, który z niego wyniknął. W tekście padało wiele naukowych nazw, kojarzących mi się z substancjami chemicznymi i hormonalnymi, „mezoni..ina” itp. Kiedy się z tego snu ocknęłam na jawie stwierdziłam, że czuję silne ciepło wzdłuż kręgosłupa na wysokości 2 czakry.
I znów coś podobnego na mnie spada (tak, to szczególnie świetlisty stan umysłu, który do tej pory zdarzał mi się rzadko, a teraz prawie ciągle i mam wrażenie, że się pogłębia). Tym razem mówi mój Ojciec, to jakiś tekst, który jak gdyby mi dyktował, w każdym razie słowa układały się w moim stylu wyrażania myśli. Była to opowieść o dwóch rasach ludzkich, które powstaną z obecnej (tu zrozumiałam, że dwie kobiety, w które się kiedyś przetransformował oznaczają te dwie rasy), a które wywędrują w kosmos, jedna z nich powróci na Ziemię i zacznie cofać się w swoją przeszłość, w tym na Atlantydę. Tam podejmie Wielką Grę, w której zasady zostały ustalone przez poprzedniego Wielkiego Gracza, który ustanowił archetyp Zła i będą musieli zmierzyć się z tą rolą i energią, ale to tak naprawdę rodzaj egzaminu, który krótko potrwa. Po nim uzyskają nowe możliwości i jako nowa rasa (typ) Bogów zostaną rozesłani po wszechświecie, aby tam uczyć innych, niżej stojących. Jednak nigdy już żaden z Nich nie ustanowi tego rodzaju Gry, stosując łagodniejsze formy. Ponadto zrozumiałam, że należę do tej trzeciej, wyższej rasy i nigdy już nie wrócę w niższe światy.

Nad ranem sen w świetlistym stanie wizyjnym: do mojego okna od pokoju zaglądają z zewnątrz dwaj chłopcy. Z jakiegoś powodu nie reaguję, myśląc, że sami sobie pójdą i rzeczywiście po chwili odchodzą. Ale zamiast iść do bramy, idą w głąb podwórza (co przykuwa mój wzrok do okna, bo z obawą myślę, że chcą może coś ukraść), stają między domem a oficyną, patrząc na drzwi do niej i zamieniają się w dwie dziewczynki, po czym śpiewają radośnie jakąś polską piosenkę ludową. Obudził mnie z tego delikatny, pojedynczy dźwięk dzwoneczka.

24.I.2000. Przepłynęła przeze mnie wiedza o 7 dzielącym się na 2×3, a także o zasadzie poczwórnego ciała, czułam to wszystko na sobie i mój umysł wykonał drogę wraz z tymi liczbami. Wyjaśniono mi także, na jakiej zasadzie zrobiona została zasłona na poziomie 5 przez sobowtóra, który zaczął się dzielić w materii, w niej umieściwszy swoje pożądanie.
Nad ranem ocknęłam się w drugim ciele i ujrzałam u wezgłowia tapczanu przycupniętą niewielką postać z błyszczącymi oczami, jakby szarej sowy. Pomyślałam o puchaczach strzegących czeluści z Popol Vuh. Tymczasem ktoś z zewnątrz usiłował zrobić mi coś na czole, jakby znak (zdjąć go, albo zostawić, nie wiem). W jego ruchach była przemoc, brutalny przymus, więc to mnie mocno wystraszyło i odruchowo zrobiłam ochraniające znaki reiki. Po chwili ocknęłam się na jawie z silnym uciskiem w „trzecim oku”.

25.I.2000. Przepłynęła przeze mnie świadomość anielska, hierarchia, Ojciec jako pień, z którego wszystko wynika (ekspanuje na zasadzie wypustek identycznych kształtem i jakością z Ojcem), ja jestem taką wypustką, och. Zawołałam wewnętrznie: Tato, tato!, a on ujawnił się w fali Trwania, Podpory, z której wyrastam, jak Jego dziecko, Syn.
Rano zapadłam w półtrans, czułam ciepło na plecach i wibracje w dwóch punktach nad obiema nerkami. Pojawiały się niezbyt wyraźne wizje:
– śpiewający piosenkę żydowską starszy człowiek
– kobiety rosyjskie, w uśmiechach, ich polifoniczny śpiew milknący w tle
– za biurkiem dziwna stojąca postać, jakby cała w srebrnych pancerzach, hełm przypomina kosmiczny.

26.I.200. W nocy ktoś się zjawił w pokoju. Zapadłam w nader dziwny stan umysłu. Otwierały się karty Xięgi i przenikały jedna drugą. Przypominało to wertowanie plików w komputerze. Próbowałam czytać. Teksty dotyczyły jakby moich wspomnień z wyższych światów. O pojedynku z Ciemnym, który zaczął się już na wysokościach, zatem stąd go znam. Czy o tym napiszę kiedyś trzecią książkę? Na innej stronie była wiadomość, że wydanie tej książki może wstrząsnąć ludźmi na tyle, że ujawni się to, co ukryte w mroku.

Potem poczułam, jakby spryskiwano moją głowę świetlistym lepkim sprayem. Ktoś narysował palcem na moim czole kształt kilku- (chyba siedmio-) ramiennej gwiazdy i powiedział: „Zrób coś z tym zapachem, wypierz się lepiej”, co mnie mocno zawstydziło i wyszedł z pokoju drzwiami. Po chwili usłyszałam zza okna rozmowę kilku mężczyzn, namawiających jednego, aby szedł gdzieś z nimi. Ale ten stwierdził, że chce przy mnie jeszcze zostać. Powiedzieli: „Przecież są teraz nowocześniejsze sposoby i tylko je zastosuj…”. „Zostanę” – powiedział jednak ten, co był przy mnie – „To moje dziecko”.
Następnie we śnie wizyjnym wchodziłam do mieszkania dwóch koleżanek z dzieciństwa na piętrze starej kamienicy w rynku. Wydało mi się jakieś dziwnie znajome. Matka jednej z nich odebrała mnie prosto z autobusu (przystanek był pod oknami owej kamieniczki) i nie zdążyłam jej powiedzieć, że trzeba zaczekać na kogoś, kto ma jeszcze przyjechać, a z kim się tam umówiłam. Zostawiła mnie samą w pokoju, a sama wróciła na przystanek czekać.

[Ów przystanek to moje prywatne przejście graniczne 5/6. Przynajmniej kilka razy właśnie tam działa się akcja istotnych snów na jawie]

Wtedy wszedł do tego pokoju „mój ojciec” (rozpoznaję go po nastroju, jaki we mnie budzi). Był ubrany w brązowy wygodny uniform, wyglądał na około 30 lat i powiedział: „Chodź”, a ja poszłam za nim, czując się jednak głupio. Miałam wszystkie odczucia posiadania ciała i gnębiła mnie zawstydzająca myśl, że jestem w koszuli nocnej, mam na pewno zmierzwione włosy i ogólnie śmiesznie wyglądam. Zaprowadził mnie do drugiego pokoju, w którym stało sześciu, bardzo podobnych do niego ludzi, mężczyzn w brązowych uniformach. Byli mili i dyskretni. Ojciec powiedział: „To moje dziecko” i poszedł za biurko, które stało w rogu pokoju, oni stanęli w dwóch rzędach po obu bokach, przyglądając mi się w milczeniu. Czułam ich sympatię, ale zwyczajnie zamurowało mnie! „Nic nie powiesz?” – podpowiedział mi wreszcie ojciec. Odezwałam się więc: „Dzień dobry”, naprawdę nie wiedząc, czego mogę od nich chcieć. Zdałam sobie przy okazji sprawę, jakim jestem odludkiem, zamkniętym w sobie. Kiedy wypowiadałam te słowa zdawało mi się przez moment, że mam inne, bardziej pełne wargi, niż dotąd, a zatem inną (cudzą) twarz.

[Wg J.Bzomy kolor brązowy to brudny kauzalny, czyli odnosi się do minusowości 5 poziomu, cokolwiek to znaczy i znaczyło w wypadku tego przeżycia…]

Wówczas zjawił się niewysoki, korpulentny mężczyzna w krótkich do pół uda bufiastych spodenkach zdobnych w czarno-białą szachownicę. Przypominały strój aktora z commedii dell`arte i były jak gdyby od wewnątrz wypchane na biodrach, co nadawało jego płaskiej i chudej sylwetce okrągławy wygląd. Wydawał się nieco starszy od Brązowych, choć było to raczej wrażenie, niż wygląd. Do tego jego rysy były nieco inne od wszystkich znanych mi ludzkich ras.
– Pokażę ci coś – oznajmił i poszedł za swoje biurko, które stało w drugim końcu pokoju. Włączył stojący tam telewizor i na ekranie ukazały się dwie siedzące kobiety. Jedna była długowłosą pięknością i wpatrywała się w drugą, w której domyśliłam się nagle samej siebie, choć z początku była odwrócona tyłem. Długowłosa miała silnie pomalowane czerwoną szminką zmysłowe wargi. Wtem druga odwróciła się i ze zdumieniem stwierdziłam, że nie jest do mnie podobna, choć przecież czułam, że to ja. Była drobniejsza, mniejsza, a jej twarz przypominała nieukształtowaną dziwną formę z wydatnym nosem z garbkiem i dużymi oczami. Tylko te usta, tak samo zmysłowe i pomalowane czerwoną szminką!
Na tym seans się skończył i wylądowałam od razu na jawie w łóżku. Ale mój umysł działał jeszcze długo na zasadzie Księgi. Zaczęłam słyszeć głos męski czytający tekst jakiegoś pliku. Mówił o Starym Bogu (tu wymienił imię podobne do: Natr…m), który stworzył dawno temu zasady bezwzględnego posłuszeństwa Mu, i który – nie wiadomo dlaczego – zgodził się przegrać, ustąpić Nowemu Bogu, a raczej Bogom. Oni toczą z nim pojedynek, wygrali już go, potem ustanowią Swoje zasady i nigdy już nie będą tak okrutne. Choć szanują moc Starego Boga i nie mogą być pewni, czy kiedyś znów nie zechce powstać.

[Był to pierwszy raz, gdy usłyszałam od istot z Drugiej Strony o Starym Bogu. Bardzo długo, a właściwie trwa to dotąd, usiłowałam odnaleźć go w mitologiach i księgach świętych. Mam kilka koncepcji, jednak pewności żadnej, że któraś z nich jest prawidłowa…]

29.I.2000. Chyba zrozumiałam Starego Boga. I alchemicznego Chrystusa. Przed snem rozmyślałam o tym w sporym napięciu, przedstawiając sobie dzieje ekspansji ludzkości w ciemność, aż nagle poczułam, jak rzeczywiście przypłynęła Moc, złota, autentyczna. Energia przelewała się i kapała złotymi kroplami z moich palców. Mogłam błogosławić i przeklinać jednocześnie, bo to działa jak miecz obosieczny.
Rano wizja: powielający się Adamowie. Wzór mężczyzny ze skrzyżowanymi na piersiach rękami (jak egipscy faraonowie) przecinany jakąś siłą, rozdwajający się i powielający jednocześnie w dwóch rzędach, jeden na lewo, drugi na prawo.

30.I.2000. Ktoś w nocy położył mi niedużą dłoń na oczach. We śnie znalazłam się w ubikacji w dużym budynku. Mały kranik przy ścianie do umycia rąk, ręczniki w rogu. Towarzyszył mi „Sai Baba”, który umył sobie włosy i przefarbował się zupełnie na czarno, po chwili zobaczyłam go w murzyńskiej, kręconej fryzurze, miał czarne ciało. Przebrany w jakieś zawoje wyszedł, nie tłumacząc gdzie. Przedtem powiedział mi w sposób bezpośredni (widziałam to na ekranie komputera w postaci rysunkowych dodatków w moich zapiskach, w tym niektóre żarzyły się), że zrobi istną rewolucję, że będą zniszczenia na całej Ziemi, że przeżyją ją tylko młodzi ludzie, tak do trzydziestki, że zostanie uwolniona gigantyczna larwa głodnych duchów… Przeleciało mi przez głowę niejasno, że przeszedł bardzo dawno temu samotnie przez Ciemność, narodził się z niej i teraz spirala ewolucji, choć dzieje się to bardzo rzadko, zmusza wszystkie istoty do przejścia przez podobne doświadczenie po 3 razy, ale to minie. Nadeszła bibliotekarka upominać się o coś, co pożyczyłam od niej i napominać mnie autorytarnym głosem.