Klub Ezo, część 2

Druga część opowieści, która wydarzyła się w całości w snach. Nic nie zmyśliłam, jedynie ułożyłam w miarę logiczną historię z serii śnionych i przeżywanych w stanach transu wydarzeń.

Część 1 <<<<

Ewa Sey

Klub Ezo, cd.

Byli tacy, którzy zaczęli Żywję badać i oceniać swoimi parapsychicznymi sposobami. Każde takie zerknięcie bez pozwolenia budziło ją w nocy i pozostawała świadoma wszystkich tych prób. Z ciekawości zdecydowała im się poddać. Te podsłuchane opinie miały swoje rozwijające się stopniowanie. Począwszy od: „Ona naprawdę chyba zwariowała!”, poprzez: „To anioł otoczony przez wampiry z powodu słodkiej złotej aury”, “ po: „To wszystko prawda, co mówi. Ona przejdzie kiedyś za zasłonę”… Niektórzy wynaleźli jej kamienie w pęcherzyku żółciowym, albo niemożność trawienia kilku białek roślinnego pochodzenia. Co miało okazać się prawdą za kilkanaście lat. Innych opinii życie nie potwierdziło.

Nareszcie jedna z redaktorek wydawnictwa, w którym dawno temu chciała wydać kolejną książkę, przypomniała to sobie, kazała przeszukać wszystkie szafy i odnalazła ów ręcznie pisany ślad na samym dnie redakcyjnej makulatury. Mocno ją to zbulwersowało. Zaskoczona udała się najpierw do kilku znajomych wróżbitów, a gdy wyniki ich wglądów okazały się niejasne i zagmatwane zdecydowała się pójść ze sprawą do samego jasnowidza z Cieszkowa, słynącego z nieomal stuprocentowych trafień.
Dokładnie mówiąc nie zrobiła tego osobiście, tylko wysłała do niego incognito swoją pracownicę. Aby nie zdradzać na początek żadnych danych, ani nie sugerować rozwiązań. Pracownica miała ze sobą ów pisany ręcznie list, który przeleżał tyle czasu w przepaściach redakcyjnego archiwum.

Tego dnia na seans przybyło kilka osób, w większości kobiet z różnymi tragicznymi problemami w rodzaju poszukiwania zaginionych i zebrało się milcząco w poczekalni. W końcu, gdy napięcie wśród nich nie do zniesienia wzrosło wyszła ku nim sekretarzująca jasnowidzowi jego żona. Powitała wszystkich i poprosiła o przedmioty osobiste związane z ludźmi, o których chcą się czegoś dowiedzieć. Mistrz w ogóle się nie ukazał, aby się nie dekoncentrować.
Mijała dobra godzina kolejnego oczekiwania na wyniki badań, gdy z gabinetu wychylił się osobiście starszy łysy pan będący jasnowidzem z Cieszkowa. Cichym głosem poprosił osobę związaną z listem, który trzymał w dłoni.
Pracownica redakcji, spocona z wrażenia weszła do środka, a starszy pan stojąc oddał jej list.
– To, co ujrzałem kompletnie mnie zaskoczyło. Usłyszałem głos anioła, strażnika Raju – mruknął lekko zdziwiony i jakby zakłopotany. – Anioł mówił z ruskim akcentem, zmiękczając słowa i zdania na wschodni sposób. Wyraził zdumienie, że „ona słyszy głos Boga i widzi trzy drzewa w Raju, blisko Niego”, to podobno jest niemożliwe… Przemówienie, które usłyszałem było dość długie, padły w nim jeszcze nazwiska „caria Aleksandra wtarowo” i „caria Napoleona wtarowo”. Niestety tylko to z niego zapamiętałem. A szkoda, bo ten wschodni akcent naprawdę mnie ujął.

Byli jednak również tacy, którzy uwagi Żywji o nadchodzącej wojnie traktowali jako dowód związku z diabłem. Koniecznie pragnęli udowodnić jej to powiązanie. Podtrzymywało tę opinię odżegnywanie się od duchowych mistrzów czy stosowania diet i treningów doskonalących wgląd, oczyszczających umysł i ciało i przedłużających życie. Do tego nie stroniła od alkoholu, rozrywkowego towarzystwa, nie pościła ani nie praktykowała żadnej religii. Raz spytana, czemu woli jeść mięso, pić wino, zatruwać swój organizm i obciążać sumienie krwią zwierząt odpowiedziała tylko:
– Dlatego, że od tego, za czym ty gonisz ja uciekam.
– Gonię?
– Tak. Chcesz być czysty jak szkło, widzieć i słyszeć rzeczy niewidzialne i niesłyszalne, władać energiami i magiczną mocą. I tym samym zasłużyć na życzliwą pomoc i uwagę Boga, nieprawdaż? Mam to w nadmiarze przy byle głodówce czy medytacji. I przestaję zwyczajnie funkcjonować. Zamieniam się w przestraszone i oszołomione nadmiarem wyczuwanych impulsów zwierzątko. Z tym nie da się żyć. Przynajmniej w fizycznym ciele.

Któregoś dnia zadzwonił telefon i w nim charakterystyczny głos Wiesława Kowala zapytał, czy wybiera się na najbliższe spotkanie Klubu Ezo. Pyta zaś z tego powodu, że chciałby ją tam spotkać. Ma do opowiedzenia wszystkim historię, która w dużej mierze wydaje mu się zbieżna z jej relacjami z koszmarnych ataków. Zaciekawiona Żywja obiecała pójść. W ustalonym dniu i godzinie zjawiła się w kawiarni byłego Hortexu, tak jak wcześniej.

Obecni byli tylko najstarsi klubowicze, pewnie z tego powodu, że pora wakacyjna wygnała młodszych w drogę do zarabiania pieniędzy przy prowadzeniu letnich warsztatów. Po powitaniu, zwyczajowym podaniu wszystkim zielonej herbaty (nic się tak naprawdę nie zmieniło mimo zmiany właściciela kawiarni, nawet kelner pozostał ten sam) Wiesław Kowal zatarł swoje duże dłonie i westchnąwszy zaczął mówić:
– Niektórym z was wspomniałem już o tym, co chcę teraz wszystkim opowiedzieć. Cała sprawa zaczęła się od chwili, gdy ogłosiłem przepowiednię dla świata, która niestety, jak wam wiadomo sprawdziła się w stu procentach. Dnia 11 września roku pamiętnego… Wszyscy tutaj w jakiś sposób siedzimy w Tajemnicy, nieprawdaż? Próbujemy nie tylko dociec przyszłości, ale przede wszystkim pojąć jej ukryty sens i mechanizmy, które nią sterują. Pewnie niektórym udało się coś przeczuć zawczasu. I niewiele to zmieniło, albo w ogóle nic. Rzeczywistość toczy się bezwładnie, a obecnie – śmiem uważać – ten bezwład jak gdyby przybrał na sile. Być może (powtarzam: być może!) stoją za tym konkretne siły i elity dysponujące iście szatańskimi technologiami, o których niewielu ma pojęcie. Po ostatnich moich doświadczeniach przypuszczam, że używa się ich w celu zahamowania naturalnego procesu uświadomienia sobie sieci uzależnień, w której tkwią od dawna całe społeczności.
– Ależ oczywiście! – roześmiał się hipnotyzer i zawołany spirytysta Maksym Wątpiałek, rówieśnik astrologa. – Wszyscy o tym wiedzą od lat, nawet wróble o tym ćwierkają! Co ty knujesz i do czego zmierzasz naprawdę, stary byku?

Wiesław Kowal roześmiał się z widoczną ulgą.
– Moi drodzy, wiecie jak potwornie pokopane miałem ostatnie dwa lata życia… Przewidziałem trochę z tego swoimi sposobami astrologicznymi, ale tak naprawdę wszystko, czego doświadczyłem przerosło moje najgorsze oczekiwania! A musicie przyznać, że mylę się rzadko w ocenie wagi tranzytów i progresji.
– To prawda – zgodził się mistrz różdżkarstwa, Józef Pełka. – I chyba wszyscy słyszeliśmy o twoich nieszczęściach.
– Nieszczęścia… – westchnął z powracającą powagą Kowal. – Można by je doprawdy nazwać chronicznym pechem, a w moim subiektywnym odbiorze była to wręcz klątwa!
– I ty to mówisz? Racjonalista i intelektualista? – uśmiechnął się pan Maksym, z którym od dawna byli przyjaciółmi i znali się jak łyse konie jeszcze z czasów wspólnej pracy w Polskim Stowarzyszeniu Parapsychologicznym.
– Tak, ja. Przyznaję, że pogoniły mnie (mnie! racjonalistę i intelektualistę!) nieczyste i źle mi życzące niewidzialne siły. I choć nie mogę wam niczego udowodnić, to jednak spróbuję o tym opowiedzieć.

I wtedy klubowicze usłyszeli jego przedziwną opowieść.
W zamian jednak w tym miejscu opowiadania warte przytoczenia są sny, które Żywja miała poprzedzającej owe spotkanie nocy. Dzięki nim można spróbować ujrzeć nieco więcej, niż wynikło to z samej relacji Wiesława Kowala w Klubie Ezo.

Najpierw rysowała w notatniku pojawiające się od dawna w jej snach symbole. Zestaw zaczynał się od wielkiego gada (samicy dinozaura), potem szło kilka innych mniej ważnych form istot, aż wreszcie kończył się na ogromnym niedźwiedziu z gwiazd. Wtem domyśliła się, że chodzi o gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy. To odkrycie sprawiło, że zadrżała od stóp do głowy przeszyta dojmującym przerażeniem. Zestaw kończył się obrazkiem mnóstwa drobnych i czarnych kropelek spadających z rozgwieżdżonego nieba na ziemię niczym rozsiewane z góry zarodniki ciemności.

Nadciągnął wieczór, a w obrębie ogrodzonego murem terenu wokół kościelnej katedry ciągle jeszcze stało trzech mężczyzn eksperymentujących z nader silną trucizną. Wieża kościelna miała kwadratową podstawę. Na każdej ścianie wielka okrągła tarcza zegara pokazywała nadchodzącą ostatnią godzinę. Nie działo się to pierwszy raz. Bardzo ostrożnie polewano trującymi kroplami kartkę papieru z zapisaną na niej przepowiednią obwarowaną chroniącym zaklęciem. Wszystkim obecnym było wiadomo od lat, że za każdym razem jakiekolwiek próby złamania klątwy i odczytania Tajemnicy okazywały się bardzo groźne dla ogłaszających je autorów, a śmiałkom, którzy spróbowali zawczasu przekazać ją społeczeństwu, by zmienić bieg wydarzeń – nieumiejętny kontakt z trującą energią odrywał ręce i nogi każąc im umierać w straszliwych męczarniach. Któryś z eksperymentatorów oceniał właśnie wyniki ostatniego doświadczenia. Trujące krople wyżarły większość tekstu, ale to, co pozostało i dało się odczytać z zapisu zrobionego po angielsku zdumiało wszystkich. Tajemny przekaz brzmiał: Personal birth, czyli: osobiste narodziny.

krokodil

Natychmiast pojawiła się wyczuwalna obecność jakiejś ponurej, potężnej i mrocznej świadomości. Z niezrozumiałych powodów nie atakowała jednak, ale obserwowała całe to zdarzenie z napiętą uwagą ukryta gdzieś w niewidzialnym świecie.

Wtedy plac przykościelny zamienił się w otoczony murem stary park, a katedra w kilkupiętrowy pałac. Było już blisko północy. Nagle w nieprzeniknionym mroku otworzyło się oko ukrytej w nim przerażającej istoty… Ogromne, obłe, żółte, ze źrenicą zwężoną w pionową kreskę jak u gadziego drapieżnika, węża albo krokodyla.
Chwilę potem ktoś ukazał się w pałacowym pokoju na drugim piętrze. Rozchyliwszy śmiałym ruchem czerwone zasłony stanął w oknie mały śmiejący się bezczelnie chłopiec, boski bliźniak.

Teraz położono przed Żywją odwieczną Xsięgę. Do obu jej boków przyklejone były dwie złożone jak mapki mniejsze książeczki. Żywja ostrożnie otworzyła jedną z nich i odsłoniła obrazek. Ukazywał młodego chudego mężczyznę. Leżał obnażony, z półotwartymi ustami i wykrzywioną bólem, nienawiścią i wstrętem twarzą, pokrytą kilkudniowym zarostem. Jego podniebienie było rozszczepione na dwie szczęki, obie miały po pełnym zestawie zębów. W dolnej części obrazka znajdował się szkic mutanta. Było to coś ohydnie zdeformowanego, drobnego, czarnego, zwyczajnie – diabelskie dziecko.

Żywja otworzyła drugą książeczkę. Zobaczyła portret uśmiechającej się rezolutnie zdrowej i silnej kilkuletniej dziewczynki. W uśmiechu ukazywała dwa błyszczące śnieżną bielą, wystające zabawnie spod górnej wargi siekacze.

Wtedy zaczął się atak. Żywja poczuła obecność nader nieprzyjemnej i nieprzyjaznej siły. Pokój sypialny powiększył się, a pod lampą zaczął krążyć czarny wielogłowy smoczy kształt, usiłując zgasić lub choćby maksymalnie przyćmić jej światło.
Zaczęła odruchowo wykonywać znak krzyża i robiła to jednocześnie dwiema rękami. Prawą i lewą. Natychmiast usłyszała dobiegający z oddali śpiew wielkich ludzkich tłumów. Rozpoznała maryjną pieśń kościelną.

Ni stąd ni zowąd znalazła się na przedmieściach Warszawy. Wciąż trwała noc. Szła oświetloną latarniami ulicą zmierzając do domu przyjaciół. Nagle zaszedł jej drogę zdążający tak samo jak ona po prawej stronie czarny pies rasy doberman z łypiącymi groźnie ślepiami. Zdecydowała się przejść na lewą stronę ulicy, ale już po chwili zaczęła zmierzać ku niej jakaś drobna smolista postać. Nawet nie starała się jej dobrze rozpoznać, aby nie oszaleć ze strachu.
Cofnęła się zawracając, ale dokąd ma teraz pójść? Do kogo się udać? Komu coś tak przerażającego i nieprawdopodobnego opowiedzieć? I kto jej uwierzy?

Pominięta tutaj opowieść Wiesława Kowala zawierała podobną treść. W pewnej chwili swego życia pozostał sam na sam z czymś mrocznym i wrogim, co najwyraźniej broniło mu jakiegokolwiek działania zmierzającego do naprawienia sytuacji i zapobieżenia destrukcyjnemu biegowi wydarzeń. Bez żadnej wyraźnej przyczyny stał się pastwą irracjonalnych ataków na swoją osobę, wrogich wystąpień i niechętnych deklaracji ludzi, którzy do tej pory piali na jego cześć. Odwrócili się od niego nawet najbliżsi.
– Od tamtej pory dużo o tym myślałem… Z początku oczywiście buntowałem się i próbowałem się bronić, ale sami wiecie, jakie były tego skutki, ech – orzekł Kowal machnąwszy ręką. – Zdecydowałem się potraktować te prześladowania jako wyraz woli Boga, (czyli, jak kto woli – mojej wyższej jaźni). To pozwoliło mi nabrać spokoju i wybaczyć wrogom. Mój obecny wniosek jest taki. Są rzeczy i sprawy, od których lepiej trzymać się z daleka. Nie z tchórzostwa, broń Boże! Ale dlatego, że nawet Bóg nie chce ich przeniknąć.

***

– Witaj, Żywjo! Czy coś naprawdę się zmienia…? – te uprzejme słowa wypowiedziane miłym głosem młodego mężczyzny obudziły ją w środku pierwszej nocy, którą spędzała w swoim świeżo wynajętym warszawskim mieszkaniu. Dobiegły z przedpokoju.

Zaraz potem trzasnęły drzwi i do sypialni wpadł niepoczytalnie wściekły, żądny zemsty człowiek. Wszystkie włoski stanęły jej dęba na całym ciele i pojęła, że tylko ułamek sekundy dzieli ją od śmierci.
Wtem atakujący zatrzymał się. Dosłownie w odległości centymetra od tapczanu zamarł w bezruchu, jak gdyby czymś niepomiernie zaskoczony. Zdumiało ją to równie mocno.
Chwilę potem wrzasnął na cały głos:
– O, kurwa, Jahwe!

I uciekł jak zmyty.

Reklamy

Klub Ezo, część 1

Niniejsze opowiadanie powstało na kanwie serii snów, jakie miałam na początku XXI wieku. Były to historie tak pełne autentyzmu, zapełnione prawdziwymi postaciami, znanymi mi z relacji znajomych, lektury, prasy, radia czy telewizji, że prosiły się wręcz o jakiś zapis literacki i utrwalenie. Dawały mi wgląd w polskie środowisko ezoteryczne przede wszystkim, z którym na jawie miewam sporadyczny kontakt osobisty i to głównie za pośrednictwem facebooka. Zresztą nie było to jedyne środowisko, na które patrzyłam oczami któregoś z jego członków, ale o to mniejsza. Akcja opowieści pochodzi w całości ze snów, postacie mają jedynie zmienione imiona i nazwiska. Narratorką jest moje drugie ja, które obdarzyłam imieniem i nazwiskiem zastępczym. To postać nieco mnie w życiu przypominająca, ale nie zawsze ostatecznie bywa mną, jak to się zdarza w snach. Opowieść sięga przyszłości i zagadki proroctw.

Ewa Sey

Klub Ezo

Pamiętająca czasy socjalistycznej świetności kawiarnia Hortexu w mieście Łodzi, od początku pełnych zmian lat osiemdziesiątych XX wieku na długo stała się miejscem zebrań Klubu Ezo. Zaczęło się niewinnie, prawie ukradkowo. A potem przeszło w rutynę i szyk. Przez całe lata, także dziewięćdziesiąte, spotkania przypadały zawsze w jednakowym terminie, to jest w każdą pierwszą sobotę miesiąca.
Pierwotnie była to inicjatywa na poły prywatna i taki charakter zachowała właściwie przez cały czas istnienia. Klub stworzyli zaprzyjaźnieni ze sobą ludzie, będący członkami różnych hobbystycznych zrzeszeń, później nawet zarejestrowanych. Parapsychologicznych, radiestezyjnych, astrologicznych. Wydawały one już w czasach stanu wojennego, przeważnie na drukarskich powielaczach broszury, pisma i pisemka krążące sposobem domowym i prywatnym, z rąk do rąk. Jakimś cudem potrafiły dotrzeć nawet w najdalsze zakamarki miasteczek i wsi.

Historia znalezienia się Żywji Siedliszczanki w tym miejscu nie była skomplikowana. W jedynym i największym polskim piśmie ezoterycznym „Niewidzialne Światy” ukazały się pod rząd jej dwa artykuły traktujące o alchemii i aniołach w systemie chronologii użytym przez Nostradamusa. Za trzecim razem pokusiła się o wytłumaczenie symbolicznego znaczenia jego horoskopu urodzenia. Wkrótce potem za pośrednictwem redakcji dostała zaproszenie na spotkanie słynnego Klubu Ezo w mieście Łodzi. Ktoś stamtąd najwidoczniej ją docenił.

Pierwsza wizyta wypadła na tyle interesująco, że została zaproszona na kolejną. Nie zaproponowano jej jednak statusu stałego członka na żadnym ze spotkań. Możliwe, że taki status w ogóle nie istniał i klubowicze zbierali się po prostu spontanicznie. Była kimś z zewnątrz, o nieznanych powiązaniach, zaciekawiającym z trudnych do ustalenia powodów. Jej wygląd też nieco dziwił, zwłaszcza ludzi starszej daty. Wiek pomiędzy trzydziestką a czterdziestką, niski wzrost, silne okulary zniekształcające wygląd oczu, krótko ścięte włosy, całkowity brak ozdób i makijażu, zwykłe szare i proste ubranie sprawiały, że czasem trudno ją było nawet zauważyć, gdy pojawiała się pogrążona w jakichś swoich myślach i roztargnieniu.
Gdy zaczynała mówić zbyt cichym głosem, który z nieśmiałości szybko przechodził w nerwowe pokasływanie trzeba było uwzględnić fakt, że jej styl opisu jest niewprawny. Brakowało mu giętkości języka i pewności siebie wykładowców przyciągających uwagę ludzi poszukujących autorytetu. Co prawda informacje wyciągnięte z analizy snów i wizji, które rzuciła kilka razy w luźnej klubowej rozmowie wydały się niektórym na tyle interesujące, że nikt ich tam nie skrytykował, ale także nie potraktował tego, co mówi poważnie.

W następnym miesiącu Żywja znalazła się w Łodzi z prywatnych względów i w całkiem przypadkowym dniu, niezwiązanym z terminami spotkań klubowiczów. Po prostu w drodze na dworzec, przechodząc obok wiadomej kawiarni mimochodem zauważyła karteczkę z ogłoszeniem zrobionym znajomym charakterem pisma, wetkniętą w drzwi.

Dziś nieczynne, przepraszamy. Wstęp tylko dla członków Klubu

Miała prawie trzy godziny do odjazdu powrotnego pociągu do stolicy, w której od niedawna zamieszkiwała. Skuszona tą niespodziewaną reklamą weszła do środka, aby napić się aromatycznej kawy ze śmietanką. Od obsługi w szatni dowiedziała się, że to ostatni dzień prosperowania firmy będącej dotąd właścicielem kawiarni. Już zaraz miała wejść z remontem następna, która przejęła lokal. Znajomy szatniarz wymownie wskazał dłonią na kręcących się na zapleczu robotników. Szefostwo starej firmy siedziało jednak jeszcze przy stole na pożegnalnym bankiecie wraz z kilkoma zaprzyjaźnionymi członkami Klubu. Byli to ci, którzy od lat wykazywali się tajemną pomocą w jego projektach i przedsięwzięciach. Między nimi zasiadał astrolog, Wiesław Kowal. Dzięki niemu Żywja została przyjaźnie powitana i zaproszona do nieplanowanej wcześniej rozmowy.

– Cóż tam w stolicy nowego? – pytał głośno ze zwykłą u siebie jowialną serdecznością, unosząc nad stołem swoje duże ciało i z dala kiwając ręką, aby ją przywołać. Żywja podeszła blisko i chętnie usiadła na wskazanym wolnym krześle obok. Niewiele myśląc wspomniała o królewskiej gwieździe Fomalhaut, która zaczęła pojawiać się znacząco w jej snach od początku tego roku.
– Ach, magiczne Oko Saurona… – astrolog z jakiegoś powodu zdziwił się i przejęty umilkł na dłuższą chwilę. Po czym zaczął rozpytywać o stanowisko ojca bogów w dniu jej urodzin. Jak się zaraz okazało miał na myśli babilońskiego Marduka. Żywja przyznała, że niewiele wie na temat babilońskiej astrologii i w zamian spytała skąd przyszło mu takie porównanie.
– Zbieg okoliczności – odparł zdawkowo Wiesław Kowal i zainteresował się jej horoskopem. Wprawnie narysowała mu swoje kółko na kawiarnianej serwetce. Zmarszczył krzaczaste, już częściowo posiwiałe brwi przyglądając się szkicowi dłuższą chwilę. Po czym zwrócił uwagę, że olbrzymia stała gwiazda Betelgeza z gwiazdozbioru Oriona oświetla w nim z naprzeciwka planetę Wenus i tworzy problematyczny kwinkunks ze starym władcą Wodnika Saturnem. A w tym znaku znajduje się od dość dawna wiele progresywnych planet jej horoskopu. Potrwa to, jego zdaniem jeszcze od kilku do kilkunastu lat, w ciągu których nie może liczyć na otwarty i jasny bieg wypadków.
– Wydaje się, że nie pasujesz do żadnego środowiska, a ludzie boją się ciebie. Tak samo zresztą, jak ty ich. Pisz jednak! I nie cackaj się z niczym, co schematyczne i konserwatywne – rzucił szybki wniosek po tej uwadze. – Betelgeza daje celność i strategię w myśleniu i działaniu.
Natomiast w chwili, gdy wpływ kosmicznego olbrzyma zostanie zneutralizowany ruszą w jej życiu niespotykane energie, uzupełnił.
– Kiedy?
– Gdy Wodnik uderzy falą w Paszczę Wieloryba.

Jedna z obecnych na spotkaniu kobiet, dyrektorka szybko rozwijającego się wydawnictwa, spostrzegłszy zainteresowanie najbardziej hołubionego w kraju astrologa, wręczyła Żywji wizytówkę i zaproszenie na spotkanie w gronie współpracowników redakcji. Miało się ono odbyć w Warszawie. Zaraz Wiesław Kowal zadeklarował, że chętnie się tam z nią spotka, więc chcąc nie chcąc Żywja przystała na propozycję. I tylko z tego powodu rzeczywiście zjawiła się na przyjęciu.

klub

Odbyło się ono w pomieszczeniach wydawnictwa „Trzecie oko”. W największym z nich ustawiono szwedzki stół. Gdy weszła do środka napotkała od progu gromadę polskich bioenergoterapeutów, ufologów, zielarzy, numerologów, jasnowidzów, wróżów i radiestetów z niemaskowanym apetytem zajadających różne wegetariańskie smakołyki. Rozejrzała się po obfitej zastawie i zapragnęła sama coś zjeść. Wtedy okazało się, że nigdzie nie ma już wolnego talerza.
Widząc jej zagubienie jakaś dobra kobieta szepnęła z boku, że poczęstunek, oczywiście należy jej się, tylko musi poprosić o swój przydział. To już przekraczało jej śmiałość. Wyszła do drugiego pomieszczenia, aby dyskretnie przejrzeć półki. Owszem, znalazła na nich jakieś czyste naczynia, ale wszystko do soku, herbaty i kawy, żadnych talerzy ani talerzyków czy też sztućców innych, niż łyżeczka. Nie chcąc kłopotać organizatorów wróciła bez niczego do zapełnionej gośćmi sali. Nie przejęła się, po prostu uznała, że niczego nie pragnie. Była tego dobra strona: nie musiała zważać na siorbanie, sos skapujący przypadkiem na odświętną bluzkę albo frustrację, że znowu zjadła za dużo.

Rozejrzała się uważniej pomiędzy zgromadzonymi ludźmi. W jednym z nich rozpoznała popularnego od czasu kilku artykułów na temat snów o mocy maga. Na wpół odwrócony sprawiał wrażenie jakby nie chciał jej wcale zauważyć, więc usunęła się całkiem z pola jego widzenia.
Jednak inny spośród nich, słowianofil Jerzy Laszuk, zwany przez przyjaciół Super-szamanem, mężczyzna średniego wzrostu o błyszczących oczach, z charakterystycznie zmierzwioną brodą i gęstą ciemną czupryną, wykorzystując przerwę w ogólnej rozmowie zwrócił się w jej stronę z zagajeniem dyskusji. Okazało się, że pamiętał ją z fotografii zamieszczonej w internetowej sieci, a ośmielony faktem, że kilka razy wymienili niezobowiązujące mejle od razu poruszył temat koszmarnych snów, z którymi kojarzono jej osobę.

cie

Otóż pierwsza żona Laszuka była specjalistką od tybetańskiej religii buddyjskiej i starej tradycji bon. Interesowały ją zwłaszcza przerażające dla ludzi z Zachodu rytuały cie odprawiane na miejscach kremacji. Podczas nich adepci przyzywali upadłe duchy, upiory, demony i gniewne bóstwa oraz intensywnie wyobrażali sobie własne umieranie i rozkład ciała. Miało to służyć – poprzez ostateczne przezwyciężenie stanu opętania – zapanowaniu nad lękiem przed śmiercią. Ponieważ jego żona robiła nawet wykłady na ten temat, on został niejako automatycznie wprowadzony w pewne tajemne szczegóły, z którymi nota bene nie do końca się zgadzał. Znał konkretne przykłady z praktyk, o których publicznie nie wspominał żaden z wziętych buddyjskich mistrzów.

Teraz skomentował z pewnym sarkazmem metody medytacji propagowane przez niektórych z nich. Według niego, ci azjatyccy nauczyciele wprowadzali białym ludziom zgoła dziwne wizje do głów. Na przykład zalecali mantrowanie nazwiska Adolf Hitler w celu uruchomienia mocy. Laszuk uważał, że w tym wypadku mogło się to okazać groźne dla homeostazy rodowitego mieszkańca zachodniego świata, przede wszystkim Europejczyka.
Jedni przytakiwali dezaprobacie Jerzego, ale inni milczeli. Żywja mogła jedynie opowiedzieć własne psychotyczne doświadczenie ataku ducha Hitlera oraz wizję koźlogłowego Bafometa.
– Nie wiem na ile to zetknięcie się, istna psychoza strachu, mogło być wywołane faktem, że moi przodkowie po mieczu kilka pokoleń wstecz byli Niemcami – pokusiła się na koniec o jakiś wniosek. – A to Niemcy właśnie przywołali na pomoc piekielne siły próbując przejąć ich moc. Teraz, aby wrócić na jasną drogę muszą stawić im najpierw czoło, spojrzeć samym sobie w oczy. I przezwyciężyć je.
Nikt nie podjął dalszej rozmowy, nie próbował ocenić ani zaklasyfikować do czegokolwiek jej doświadczeń, które były, jakie były. Wypowiedź została wysłuchana, przyjęta i na tym koniec. Zapadła cisza. Ponieważ rozmowa przestała się kleić, a z dyskusji nic nie wyszło, Żywja przesunęła się dalej pośród gości.

Wkrótce zagadnął ją Leonard Skręcki, świetnie prosperujący finansowo mistrz neurolingwistycznego programowania mózgu. Niewysoki, trzydziestokilkuletni, ciemnowłosy mężczyzna z kilkudniowym zarostem, pulchną twarzą i zaokrąglonym brzuszkiem zasiadał na krześle pod ścianą otoczony wianuszkiem znajomych pań w różnym wieku. Żywja zauważyła, że na ścianie gromadzą się przy nim duże tłuste karaluchy. Przypadkiem stąpnęła na jednego i zgniotła go swoim ciężarem. Wylał się z niego wstrętny ciemny płyn.
Zaczęła polemizować z Leonardem na temat jego twierdzeń głoszonych pewnym siebie tonem.
– Zaspokojenie każdej materialnej zachcianki na mocy manipulowania przekonaniami podświadomości nie równa się wtajemniczeniu duchowemu – stwierdziła chrząkając, bo głos utknął jej na chwilę w gardle. – Wręcz przeciwnie, sprawia, że naturalna harmonia rozwijających się potrzeb zostaje poważnie zakłócona. Przez ego, które nie zna planu życia w wyższym zakresie. Pogłębia to chaos wewnętrzny i może przynieść nieprzewidywalne skutki.
– Jakież to? – zapytał drwiąco Leonard. A otaczające go panie wbiły w Żywję swoje jeszcze bardziej kpiące spojrzenia.
– Można by je przyrównać do poltergeistu – wyjaśniła. – Prędzej czy później w życiu pojawią się serie przypadków i nieprzewidzianych drobnych, ale nękających zdarzeń wprawiających człowieka w przestrach, chaos i depresję.
Karaluchy jednak broniły nieświadomości Leonarda Skręckiego złażąc się i uparcie krążąc blisko niego. Żywja szybko porzuciła tę rozmowę i usunęła się w głąb sali.

Chwilę później pewna kobieta w zbliżonym wieku, Anna Maria Cudna, naciągnęła ją na zwierzenia. Sama jej się przedstawiła i oznajmiła ściszonym modulowanym głosem, że jest wróżką, mianowicie tarocistką. Miała wielkie brązowe oczy pomalowane w staroegipskim stylu, proste, długie do ramion czarne włosy i godne podziwu przekonanie o swych nadzwyczajnych zdolnościach i posłannictwie.
– Niestety, chociaż znam Tarot, umiem się nim posłużyć, to jednak nie mam żadnej pewności, że potrafię go prawidłowo odczytać. Nawet po latach używania – przyznała szczerze Żywja.
Anna Maria Cudna odgarnęła włosy za ucho delikatnymi palcami i wstrzymała oddech wpatrując się w nią dłuższą chwilę błyszczącym wzrokiem, nie mrugnąwszy ani razu. W końcu stwierdziła kategorycznym głosem, że tak, Żywja będzie jeszcze w swoim życiu szczęśliwa. Żywję ogarnął natychmiast niezrozumiały głęboki smutek. Przezwyciężyła go siłą woli i odeszła.

Ta dość nieokreślona sytuacja towarzyska trwała do czasu, gdy ukazał się w „Niewidzialnych Światach” jej nowy artykuł. Pisała go długo, kilka lat. Powodowana przejmującymi snami, po których czuła się zmuszona szukać potwierdzeń nie tylko w dziejach różnych państw świata, ale i literaturze pięknej i profetycznej. Zawarła w nim interpretację starożytnych proroctw przepowiadających rozpoczęcie publicznej działalności kilkorga zwiastowanych całe wieki wcześniej boskich inkarnacji. Był wśród nich przywódca jednego ze światowych mocarstw, któremu Żywja przypisała rolę nostradamusowego króla grozy. Którego miał opanować potężny daimonion Echnatona, Aleksandra Macedońskiego i Napoleona.
Ten artykuł wzbudził wielkie zainteresowanie czytelników. Redakcja została zalana listami i mejlami, a ludzie, których Żywja poznała na spotkaniach zdecydowali się nawet przeczytać jej ostatnią książkę. Długo niewiele do niej z tego docierało, póki nie zadzwonił telefon i głos głównego redaktora „Niewidzialnych Światów” nie zaprosił jej na spotkanie w redakcji.
– Odbędzie się tylko w gronie naszych stałych współpracowników – namawiał ją z zaangażowaniem i wyjaśniał skwapliwie – To jest istotne dla omówienia szczegółów ważnych spraw, które ostatnio wynikły w sensie ogólnym. Chcemy posłuchać, co w trawie piszczy, aby ustalić strategię wydawniczą na dłużej i zorientować się w tzw. duchu czasów.
Poszła. Redaktor naczelny był elokwentny i nieustępliwy, przekonywał zawsze aż do skutku, nie umiała się oprzeć.

I tak znów znalazła się w sali pełnej różnych osobistości. Było dość tłoczno. Jak zwykle nikt jej tam nie zauważał. Przywitana przez naczelnego i obdarowana sokiem brzoskwiniowym w wysokiej szklance (niewielu spośród zaproszonych pijało alkohol, dlatego odstąpiono od częstowania gości zwyczajowym wytrawnym winem) zaszyła się szybko w kącie, rozglądając nieśmiało po wnętrzu.
Wtedy ze zdziwieniem zdała sobie sprawę, że kilkoro obecnych rozmawia o jej ostatnim artykule, przeważnie w tonie krytycznym i ironizującym.

Prym w tym ironizowaniu wiódł starszy niski drobny pan w starannie odświeżanym garniturze. Zaaferowany rzucał argumentami przeciwko jej wywodom ostro i twardo, jak kamieniami z procy. Niechcący podsłuchała go w chwili, gdy klarował komuś, że „na Zachodzie tylko się czeka na coś takiego”, ale to jest „czysty wymysł”, nie poparty żadnymi faktami, a z jej strony to niewątpliwie próba ambicjonalnego wejścia na szczyt. Na koniec wyśmiał liczbowe zasady użyte przez nią do interpretacji starożytnych przepowiedni.

Miała już zamiar niepostrzeżenie stamtąd wyjść, ale temat uległ zmianie. Niewykluczone, że ktoś zauważył jej przybycie i dyskretnie dał znak dyskutantom, aby zamilkli. Teraz towarzystwo zaczęło z aprobatą omawiać artykuł Wiesława Kowala zamieszczony w najnowszym numerze „Niewidzialnych Światów”. Artykuł traktował o możliwościach zmiany przyszłości, o ile jednostka nie ulegnie manipulacjom stosowanym przez masowe media i systemy reklam, tudzież polityków promujących swoje obietnice i idee tak jak proszek do prania czy pastę do zębów. Manipulacje te dają się dokładnie odczytać z tranzytów dalekich planet, a uświadomienie sobie zawczasu ich sensu może przynieść autentyczną wolność od wpływów. Gdy zaczną one oddziaływać w życiu codziennym.

W takim razie jedna z obecnych pań rzuciła przykład, w którym jej klientce ze zdiagnozowanym już złośliwym nowotworem żołądka choroba cofnęła się całkowicie wbrew nieugiętym przewidywaniom medycznym. Ktoś inny zaraz zripostował opowiadając o częstych faktach uzależniania się klientów odwiedzających wróżki i astrologów w doborze partnerów i partnerek życiowych. Znał konkretne przykłady, w których zadeklarowane już zaręczyny i ustalone daty ślubu zostały cofnięte po konsultacji z wyższym wymiarem.
– Tak, to wymaga ostrożności i doświadczenia – orzekła pani od opowieści o raku. – W żadnym wypadku nie należy ludzi straszyć, a koncentrować się raczej na pozytywnych aspektach, które zawsze występują.

Przysłuchiwała się temu z boku młoda pulchna kobieta mająca niewyraźną minę. Jak się okazało także astrolog. Gdy kontrowersyjny dyskutant odszedł, pani od raka zwróciła się do niej pocieszająco i pouczająco zarazem, powołując się na usłyszane przed chwilą zdanie przedmówcy.
– Zastanów się, czy twoja samotność nie wynika jednak ze zbyt wielkiej krytyczności przy badaniu horoskopów kandydatów do ręki.
– Ha! – parsknęła młoda astrologini – Trzeba w ogóle mieć takie horoskopy. U mnie to już prawdziwa samotność.
Po czym odeszła w inne miejsce sali witając się z parą wziętych feng-szueistów, którzy pomagali jej przestawić odpowiednio meble w mieszkaniu oraz radzili umieścić w nim dodatkowe symbole przyciągające miłość i radość.

Dopiero pod koniec zjawił się spóźniony (jak zazwyczaj) Wiesław Kowal. Od progu zajął się rozmową z naczelnym redaktorem i niewiele zwracał uwagi na zgromadzonych, a tym mniej na wbitą w kąt Żywję. Wtedy to, zmobilizowany jego obecnością znów wyruszył z krucjatą przeciwko niej chudy staruszek, który znalazł tyle błędów merytorycznych w artykule.
Nadzwyczajnie podniecony zaczął robić kilku chętnym słuchaczom wykład o dyktatorach, którzy byli wcieleniami Szatana. Wymienił rząd postaci historycznych władców, Nerona i jego parę, Robespierre`a i Napoleona, a jako ostatnich w kolejności Stalina i Adolfa Hitlera. Jest ich wszystkich sześciu, ponieważ to liczba Bestii i w ogóle opozycji.
– Wszyscy oni działali pod przemożnym wpływem znaku Skorpiona w swoich horoskopach – orzekł starszy pan autorytatywnie. Po czym zaperzony stwierdził drwiąco (odnosząc się do przepowiedni z artykułu i być może samej Żywji), że:
– Kobiety u władzy zdarzają się jedynie w krajach protestanckich, a poza tym, ażeby uzyskać autorytet i pozycję w jakimkolwiek państwie kobieta zawsze musi być mężatką.

W tym samym momencie szala przeważyła. Żywję ogarnęła fala gniewu i wojowniczy nastrój. Ruszyła ku niemu napełniona nienaturalną u siebie siłą i zapędziła krytykanta na krzesło. A gdy usiadł zaskoczony oznajmiła głośno i dobitnie, pochylając się tuż przed jego twarzą, że jej spodobało się uważać inaczej i że jeszcze zobaczą, kto z nich ma rację.

Po tym spotkaniu, na które żałowała, że w ogóle poszła, nad ranem coś lub ktoś chciało się do niej zbliżyć, ale wtedy z jej splotu słonecznego „szurnęły” ku niemu smoki i ogniste węże i natychmiast zlikwidowały zagrożenie. Ocknęła się do głębi zdumiona.

Te i podobne zdarzenia mocno ją przygnębiły i obudziły minione lęki. Nieśmiałość i skrytość znów powróciły i zaszyła się w mieszkaniu na wiele tygodni, chyłkiem wychodząc jedynie rano i wieczorem na spacer z psem. Albo niekiedy do pobliskiego pubu na piwo ze znajomymi, którzy nie mieli żadnych powiązań z uduchowionym towarzystwem. Wolała rozmawiać ze zwykłymi ludźmi o codziennych nadziejach, kłopotach i sprawach.
Trapiły ją koszmary. Wdrapywała się z mozołem na wysoką stromą górę i gdy była już prawie u szczytu, w cieniu najtrudniejszej do pokonania zwisającej skały porzucała ambitny zamiar i spadała w dół, gdzie czekało stado czyhających na jej upadek uśmiechających się zjadliwie wrogów… Albo atakowały ją w wodzie krwiożercze piranie, bądź rzucał się na nią lew lub tygrys w zamiarze przegryzienia jej gardła.
Przeczucie takiego nastawienia do niej całej grupy ludzi miało swoje realne uzasadnienie, gdyż czasem dostawała jakiś dziwnie pocieszający mejl lub telefon w tonie współczującym i litościwym. Zrobiło się wokół niej niejasno i cicho.

Któregoś razu cofnęła się w medytacji do źródeł swego życia. Ukazał się jej Książę, zasiadający na tylnym siedzeniu samochodu. Przypominał filmowego aktora, Zbyszka Cybulskiego. Towarzyszyła mu Księżna, wyraźnie czymś zaniepokojona. Książę z jowialnym uśmiechem na twarzy zachowywał pełen spokój.
– Czuwam nad swoim dzieckiem – oznajmił w końcu dobitnie – ale ruszę się dopiero w ostateczności. Ma się nauczyć samodzielności.
A gdy Księżna spojrzała na niego niepewnie, dodał szybko:
– Przecież posiada wrodzoną siłę mojego charakteru, a z nią na pewno sobie poradzi.

Cd. >>>

(Rysunek pochodzi z bloga Babci Ezoterycznej i został zrobiony jej ręką)

Zmienieni, część 2

Opowiadanie, które powstało na bazie snu. A tak naprawdę kilku snów, które przyszły w bliskim sobie czasie, miały wspólnych bohaterów (np. Zejmana i jego żonę, czy Panów świata) i treść. Oto jego część następna.

Część pierwsza >>

Ewa Sey

Zmienieni
część druga

VI.

Pewnym źródłem, na jakie się powołałem w rozmowie z Zeldą był Nicolas, pracownik prywatnej agencji wywiadu gospodarczego, a jednocześnie ktoś posiadający wiedzę o szczególnie drażliwych tajemnicach. Poznałem go dzięki protekcji Zeymana i odtąd kontaktowałem się z nim dość często. Oficjalne rozmowy przedzierzgnęły się szybko w osobiste spotkania w małych kawiarenkach, przy lampce wina i żarcikach na różne intymne tematy. Naprawdę polubiłem tego skoncentrowanego młodego człowieka. Był rzeczowy i wydawał mi się rozumieć sprawy, o których ja miałem zaledwie blade pojęcie. Zgłębienie ich jednak, na wzór Nicolasa zaczęło mnie pociągać.

algi

Brązowy plankton na złotym wybrzeżu nie był pierwszym dziwnym zjawiskiem na Morzu. Latem następnego roku po ataku agresywnych ryb, w rejonie upadku kosmicznego wraku na powierzchni wód pojawiły się intensywnie czerwone plamy. Okazały się efektem kwitnienia glonów jedynie z pozoru podobnych do dość powszechnych czerwonych alg morskich. Zebrano ich próbki, dzięki temu, że zainteresowani sprawą ludzie wysłali statek badawczy, nazwany nomen omen „Pequod”, mający śledzić ewentualne zmiany dokonujące się w morskiej przyrodzie. Poszukiwano także zmutowanych ryb i obrastającego już w legendę lewiatana. Widziano je jeszcze kilka razy przypadkowo z daleka, ale atak, taki jak u wrót aleksandryjskiego portu już się nie powtórzył.

Szybko odkryto szczególne cechy pobranych alg, które wynalazczy fykolodzy zastosowali w praktyce. Glony niewiele miały wspólnego z klasycznymi krasnorostami, choć wyglądało na to, że mutacja dotknęła tego właśnie gatunku. Przedsiębiorczy naukowcy, na co dzień przeciętnie wynagradzani w swoich instytutach sprzedali wynalezioną recepturę za ogromne pieniądze pewnej markowej firmie tytoniowej. Miał w niej duże udziały diuk Zeyman, stąd posiadałem informacje o tych epokowych posunięciach dosłownie z pierwszej ręki.

Firma natychmiast zajęła się uruchomieniem wytwórni nowego luksusowego produktu. Zaczęła oczywiście od opatentowania receptury chemicznej i zadbała o umieszczenie glonów w zamkniętych plantacjach. Po czym zastosowała kwitnące algi (nazywane różami lewiatana) do produkcji tzw. „cygarniaków” lub „cygarosów”. Z wyglądu przypominały zwykłe cygara i tak samo się ich też używało. Pakowano je w pozłacane i inkrustowane, pokryte dziwnymi reliefami, ręcznie robione puzdra po trzy i po jedenaście sztuk. Puzdra były oczywiście kosmicznie drogie i dostępne jedynie najbogatszym snobom. Raczyli się nimi skrycie, w zamkniętych grupach wtajemniczonych, na specjalnie organizowanych spotkaniach i biesiadach, podczas których jeden diabeł wie, co naprawdę się działo.

Nigdy na takim spotkaniu nie byłem, jednak miesiąc przed swoją zmianą Zeyman zaprosił mnie popołudniową porą do swego gabinetu. Posadził mnie w wygodnym pokrytym skórą fotelu przy zasłoniętych storami oknach, które pomagały chronić pokój przed panującym na zewnątrz nieznośnym upałem i sam usiadł naprzeciw.
– Adrianie, chciałbym z tobą wreszcie szczerze porozmawiać na pewne tematy, o których zapewne musiałeś już myśleć.

Uniosłem brwi w zdziwieniu i spojrzałem mu prosto w twarz. Jego oczy były jak zawsze nieodgadnione, pozbawione emocji, wpatrujące się we mnie badawczo bez żadnego skrępowania.
– Sprowadziłem cię przed laty z twojego biednego kraju w jakimś własnym celu. Konkretnym celu. To chyba cię nie dziwi, nieprawdaż?
– No, tak – stwierdziłem oględnie, właściwie nie wiedząc, co powiedzieć.
– Prawdę mówiąc, zgodziłem się tylko na wolę mojej żony, która lubi robić dobre uczynki. Ale z czasem musiałem przyznać, że jej wybór okazał się nadzwyczaj dla mnie trafny.
– Przyglądam ci się uważnie od dłuższego czasu – dodał po przerwie na głębszy oddech – można powiedzieć od początku i muszę przyznać, że mam w stosunku do ciebie plany. Nie są jeszcze skrystalizowane, musisz przejść pewne próby, jednak chcę, żebyś wiedział, że je przechodzisz i że czemuś większemu to służy.
– Jestem ciekaw – odpowiedziałem uprzejmie, ale ze skrywaną niepewnością w sercu, gdyż nagle pomyślałem, że ten wstęp ma coś wspólnego z Luizą.
– Najpierw zapalimy, pozwolisz? – uśmiechnął się wtedy Zeyman, wstał i otworzył puzdro leżące na biurku.
– Hm, w zasadzie nie palę – stwierdziłem zaskoczony.
– To coś szczególnego. Takiej rzeczy się nie odmawia, Adrianie – odparł Zeyman i podsunął mi puzdro, sam wyjmując z niego drugą ręką spore cygaro.
– To nie są zwykłe cygara, przyjrzyj się – dodał.

Niepewnie wyjąłem z pudełka drugie takie samo i odruchowo podniosłem do nosa, aby powąchać. Nie pachniało tytoniem, tylko jakimś takim morskim powiewem.
– To cygarniak, jak się domyślasz – uśmiechnął się Zeyman.
– O! – udałem zdziwienie – a więc tak wygląda to legendarne cudo!
– Zapalimy razem, zgodzisz się? – powiedział diuk tonem właściwie nie znoszącym sprzeciwu.
– Nie wiem czy dam radę – próbowałem się wykręcić.
– Ależ dasz bez problemu. Nie jesteś przecież takim bezgrzesznym chłopcem, za jakiego chcesz uchodzić, nieprawdaż? – uśmiechnął się Zeyman zapalając swoje cygaro. Zmrużył przy tym na chwilę oczy i nagle zerknąwszy znad zapalonego już cygarniaka puścił do mnie oko.

Poczułem się nieswojo i pozwoliłem sobie podać ogień zaciągając się w milczeniu tajemniczym zielskiem. Oczywiście, zakrztusiłem się od razu, podczas gdy Zeyman, poruszając jak ryba ustami, wypuścił kilka szybkich dymków na pokój.
– Spokojnie, nie spiesz się – robił mi wskazówki i pokazał jak sobie radzić z paleniem. Już wkrótce udało mi się po raz pierwszy mocniej zaciągnąć, choć okupiłem to łzami w oczach.
– Działanie nie ujawnia się od razu, bywa, że dopiero w nocy pojawia się efekt – objaśniał diuk. – Tym niemniej na pewno za chwilę poczujemy rozluźnienie i napływ sił umysłowych.

Kazał mi się rozsiąść wygodnie w fotelu, sam zrobił to samo naprzeciw mnie.
– Mów, co czujesz – nakazał.

Zapadłem w fotel i w siebie. Zeyman skierował rozmowę na moje wspomnienia z ojczyzny, mych rodziców, dziadków, dzieciństwo, najdalsze pamiętane historie. Z początku wracałem do tego niechętnie, lecz niepostrzeżenie zanurzyłem się w świat żywych emocji i scen, przychodzących łatwo i blisko, nieomal na wyciągnięcie ręki. I tak samo łatwo odchodzących na bok, gdy pojawiały się kolejne, dalsze. Nagle opowiedziałem Zeymanowi sen, jaki miałem jeszcze „w kolebce będąc”, jako niemowlę. Był to często i długo powracający koszmar.

– W mojej głowie odzywały się głosy. Chór głosów. Istny bełkot pomieszany z męczącym śmiechem, chichotem. Głosy szeptały, śmiały się, jazgotały, huczały, piszczały, chichotały złośliwie, wszystkie jednocześnie. Płakałem głośno ze strachu. Mama próbowała mnie utulić i pocieszyć. Daremnie.

Zeyman patrzył na mnie błyszczącymi oczami, milcząc.

– Odkąd je pamiętasz? – spytał wreszcie.

Zapadłem jeszcze głębiej w miękkie skórkowe oparcie fotela i zagapiłem się w szereg półek z książkami na przeciwległej ścianie gabinetu. Nagle przypłynął stan wewnętrzny, jakże żywy i zaskakujący!

– Ha! – parsknąłem zadziwiony – one już były w łonie matki!
– Dasz radę spojrzeć jeszcze dalej? – spytał Zeyman. Nie zwróciłem wtedy uwagi na ten fakt, że swojego cygarniaka zgasił kilka minut po zapaleniu i trzymał go w dłoni jedynie jako atrapę.
– A da się? – roześmiałem się.
– Wszystko jest możliwe, chłopcze – odparł zachęcająco diuk.

Zmrużyłem oczy wpatrując się w jasną smugę chylącego się ku zachodowi słońca padającą zza zasłoniętej story na sufit gabinetu. Wtedy ogarnęło mnie coś tak zdumiewającego i przepastnego, że drgnąłem całym ciałem. Przymknąłem oczy. Otworzyłem. Milcząc.

– I co? – spytał po długiej chwili ciszy Zeyman.

Milczałem, wciąż z nagłym wewnętrznym drżeniem przechodząc niespodziewane i niekończące się wewnętrzne metamorfozy. Działy się szybko i były jak przesuwanie się długim wąskim korytarzem podziemnym i przechodzenie z jednego do drugiego pomieszczenia, oddzielonego od siebie ścianą z żelaznych krat. Przejścia zachodziły w różnym tempie, towarzyszyły im różne odczucia, miałem wrażenie, że na początku następowały szybko, a z czasem zaczęły zwalniać i wydłużać się.
– Nic – odpowiedziałem w końcu – nie wiem jak to opisać. Nie da się.
– Może jednak spróbujesz? – zachęcił mnie Zeyman.
– Może… Kiedy ochłonę – odpowiedziałem. Cygarniak kończył się. W gabinecie wokół mnie ścielił się dym leniwie opadający ku posadzce szarymi kłębami.

Nagle zerwałem się na równe nogi i wybiegłem do łazienki. Zemdliło mnie. Zeyman wstał z fotela i przyszedł za mną. Choć jedynie przyglądał mi się stojąc oparty o framugę otwartych drzwi.

– Delikatny z ciebie chłopak – powiedział w końcu. – Ale to nic takiego.

Torsje przestały w końcu mną szarpać. Podniosłem się i spojrzałem w lustro. Byłem blady jak śmierć i drżałem na całym ciele. Nie podobało mi się to. Wziąłem prysznic i wróciłem do gabinetu w kąpielowym szlafroku, który podał mi diuk.

– Nie jest wskazane, abyś teraz po napaleniu się jadł. Napij się wody, to można. I prześpij się. Tu u mnie, w gabinecie, na sofie. Nie będę ci przeszkadzał. Jutro wszystko mi opowiesz, zgoda? – oznajmił.

Poszedłem za jego radą. Zadziwiająco szybko zasnąłem. Byłem najwyraźniej bardzo osłabiony.
W nocy znowu stałem się ogromnym wijącym się w podziemiach wężem zmieniającym skórę nieskończoną ilość razy.
Obudziłem się późno, czego powodem były pewnie zasunięte story i mimo zaawansowanego poranka panujący w gabinecie półmrok. Z niepokojem spojrzałem na siebie w lustrze. Bladość na szczęście znikła, co mnie uspokoiło.

Wiedziałem ze swoich dotychczasowych dociekań, że z czasem palenie cygarniaków powoduje pogłębiającą się trwale zmianę świadomości. Zawarte w nich substancje oddziałujące na mózg i psychikę nie mieściły się w spisie zakazanych narkotyków, było to coś tak zupełnie nowego, że z łatwością ominięto prawo. Palący je nie tracili przytomności ani zdrowego rozsądku, nie popadali w żadne iluzje czy zwidy. Doznawali natomiast trwałego przebudzenia osobistej pamięci i co za tym idzie zmiany tożsamości. Lub, jak stwierdzali oględnie wynajęci psychiatrzy badający ostrożnie zjawisko: była to nie zmiana, lecz rozszerzona osobowość coraz mniej związana z posiadanym ciałem fizycznym. Pamięć dotyczyła dowolnej ilości poprzednich inkarnacji w różnych ciałach, ludzkich i nieludzkich. Była niezwykle szczegółowa i zawierała także wiedzę nabytą w najbardziej nawet oddalonych w czasie wcieleniach. Zeyman pochwalił się przede mną, że pamięta dokładnie swoje 82 minione wcielenia.

Niewielkie środowiska wpływowych ludzi, wśród których znaleźli się potomkowie starych królewskich dynastii zamarzyły o powrocie do władzy na ziemi i podporządkowaniu sobie nieświadomych mas na nowo.

VII.

Kiedy tak zastanawialiśmy się z panią Zeymanową nad sensem wyjścia z domu i spaceru po mieście, z sypialni diuka mieszczącej się na piętrze wyszedł jego sobowtór. Zszedł po schodach, mimo wczesnej pory ubrany w wieczorowy frak, z elegancką laseczką ze szczerozłotą gałką ulaną w kształcie czaszki w dłoni. Przystanął koło mnie i z czegoś bardzo zadowolony wskazał nią na jeden z obrazów Drohobickiego. Duże płótno oprawione w stylowe ramy przedstawiało wynurzający się z ciemnozielonych morskich przepaści tajemniczy upiorny krąg pokryty niezrozumiałymi hieroglifami.

– To mój ulubiony – orzekł z dumą. – Przyjaciele moi również uważają, że jest wyjątkowy… Pospólstwo nie rozumie tych symboli i lęka się ich. Ale jest w nich Wiedza pradawna, drzewiej, przed niezliczonymi tysiącami lat w otchłaniach tej planety zaklęta, całkowicie dla Nas czytelna i oko ciesząca.

Przyglądałem mu się ukradkiem. Styl jego wypowiedzi, choć wcale nie tembr głosu, zmienił się. Wyrażał się górnolotnie, z powagą i zamiłowaniem do starych, nieużywanych już dawno zwrotów. Zdałem sobie sprawę, że ci jego znajomi, podobnie jak i on sam, tak naprawdę już nie żyją, przestali istnieć, bezpowrotnie zniknęli. W zamian pojawiły się ich duplikaty ożywione jakimiś obcymi i nieludzkimi osobowościami.
Od urodzenia miałem bujną wyobraźnię, lecz w ostatnich tygodniach nabrała ona trwałych cech jasnowidzenia. Teraz w ułamku sekundy zdałem sobie sprawę z tego, co ukrywało się pod zewnętrzną formą tych, którzy podobnie jak Zeyman i Luiza zmienili się. Zresztą diuk, jak gdyby również czytając w moich myślach natychmiast wdał się w opowiadanie o nich.

– Rasa Panów w czasach niepamiętnych zjawiła się tu z czeluści kosmosu. Pozostawiła potomków swych na ziemi i niedługo powróci, gdy czas się zazębi. Rozliczy ludzi z tego, co im przykazała. Posiądzie Ziemię i ciało, przebóstwi je. Oto odwieczna Wiedza budzi się i duch Panów w służalczych ciałach rabów zwycięża.

Rozbudzonym wewnętrznym okiem natychmiast ich ujrzałem. Wyglądali jak wysokie, chude, pozbawione wszelkich cech płciowych, czteropalczaste blade humanoidy o wielkich, czarnych oczach.

– Mój drogi chłopcze – Zeyman wszedł w ton protekcjonalnie poufały. – Warto, abyś dowiedział się wreszcie o tych sprawach i głęboko je przemyślał. Zachęcam cię do ich poznawania i będę wspierał, gdy wyrazisz tylko taką chęć. Zresztą obliguje cię do tego twe znakomite pochodzenie i wola przodków twych. Siądźmy teraz na chwilę. O, niniej, naprzeciw tego obrazu…

Usadził mnie koło siebie, gdy tymczasem jego żona – samodzielnie, jak zazwyczaj – zajęła się parzeniem kawy dla nas wszystkich.

– Panowie, bogowie, władcy wszechświata panują w nim od zarania dziejów jego i będą panować do końca samego… Albowiem wraz z nim się rodzą i jedynie wraz z nim giną. Na mgnienie oka, boć tyle jeno trwa przecie bezczas, w czasie zaś nieśmiertelni są – Zeyman wdał się z wewnętrznym ogniem w swoją opowieść. – Dysponują pamięcią całkowitą i mądrością przerastającą wszelkie inne istoty rozumne, które w przeciwieństwie do nich stworzone zostały. Niewyobrażalnie dawno temu, „gdzieś daleko w odległej galaktyce” – zacytował z przymrużeniem oka – doszło wśród nich do tragicznego rozłamu. Niewielka grupa renegatów postanowiła wyłamać się z panującego zaklętego porządku i stanęła po stronie prymitywnych stworzeń, które wedle prawa były Ich odwiecznymi rabami. Doszło do pojedynku i wojny, która odbiła się wielkim echem w kosmicznych otchłaniach. Niestety, Panowie zostali otoczeni i odizolowani w jednym systemie planetarnym, a potem na jedynej planecie. W wyniku osamotnienia i rozwoju dziedzicznych chorób utracili w końcu posiadane ciała. Przestawały im służyć stopniowo, degenerując się i słabnąc. Potrafili oczywiście przenosić tożsamość Swą i umysł z ciała do ciała, lecz rasę Ich dotknęła bezpłodność i charłactwo. Dosłownie w ostatniej chwili przed zagładą elita zdołała wyemigrować z zaklętego świata i przedostać się w czasoprzestrzennym inteligentnym pojeździe poprzez eony czasu i parseki odległości na Ziemię.
– Tak, Ziemia jest szczególnym miejscem we wszechświecie, ale za długo mi teraz o tym opowiadać. W każdym razie – westchnął Zeyman – Panowie uznali, że dostali od losu szansę na odrodzenie Swej siły i potęgi pradawnej. I ponowne sięgnięcie po należne Im miejsce naczelne na wysokościach.

Słuchałem go w milczeniu. Już teraz popijając z maleńkiej porcelanowej filiżanki aromatyczny czarny płyn zaparzony rękami Zeymanowej.

– Na widok stworzeń ludzkich zamarzył Im się powrót do władzy utraconej i przyjemności tak długo niedostępnych w pozbawionych płci ciałach. Dali pierwotnemu człekoidowi geny Swe i inteligencję. Wybrali najpiękniejszych przedstawicieli nowej rasy, aby wśród nich narodzić się, cieszyć doznaniami fizycznymi i używać wszelkich radości cielesnych do woli. Oni to stworzeniu ziemskiemu ofiarowali wszelakie prawo, naukę i kult, zbudowali podwaliny społeczne i zainspirowali kulturę. Wszystko po to, aby Ich potomkowie i wybrańcy mogli zająć pozycje najwyższe i utrwalić je aż do końca. Czy rozumiesz teraz, kim byli naprawdę twoi przodkowie?

Zmrużyłem oczy, starając się nie pokazać po sobie reakcji. Mimo wszystko przecież nie byłem zaskoczony.
– Jednak dla Panów, jak i potomków Ich typowe dla ludzi poczucie sprawiedliwości nigdy się nie liczyło – ciągnął Zeyman z lekkim półuśmiechem na gładko ogolonej twarzy – Czuli się niezmiennie bogami, i taki status nadali królewskim synom Swym. Żyli niewyobrażalnie długo, dziesiątki tysięcy ziemskich lat, utrzymując ciała Swe w zdrowiu i sile dzięki tajemnicom eliksirów, znajomości rytmów kosmicznych i medytacji. Od czasu do czasu wybierali Sobie sługę najwierniejszego z wiernych i przekazywali mu niektóre fragmenty Wiedzy. Ten spisywał je w księgi, wtajemniczał własnych wybranych, tworzył kościół i tajemny zakon, chodząc odtąd w glorii proroka i kapłana Boskiej Mocy. Jej źródła jednak zawsze pod wyłączną kontrolą Panów pozostawały. Ha! Głupi sługa i jego zaślepieni uczniowie akt takiej inicjacji za błogosławieństwo i wybraństwo uważali.
– Czy tak powstały wszystkie religie? – z trudem przełknąłem ślinę w zasychających ustach. W filiżance skończyła się już kawa.
– Nie wszystkie. Kilka ważniejszych zafałszowaliśmy, tak, że służą teraz Nam, nie wrogowi Naszemu. Oryginalny przekaz pozostaje nadal ustny. I strzeżony przez Tajemny Zakon Zaklętego Kręgu – kiwnął głową Zeyman i zmierzył mnie oczami z widoczną pychą. Chwilę ją maskował, po czym znów wrócił do opowieści w trzeciej osobie – Panowie pochodzą ze świata wartości całkowicie innych, o niepojętych dla zwykłych śmiertelników korzeniach i inklinacjach. Nie byli jednak sami na tej planecie, ale o tym opowiem ci przy innej okazji.

Po chwili zupełnie uspokoił głos.

– Doszło do ogromnej katastrofy, w glob uderzyła kometa i fala zatopiła kontynent, na którym się ulokowali. Ziemia zachwiała się i inteligentny statek wraz z ich ciałami wewnątrz z dnia na dzień pokrył się wiecznym lodem. Pozostało jednak przy życiu pół-boskie potomstwo zrodzone z kobiet ludzkich, któremu przekazać władzę Swą i tajne obrzędy zdążyli. Obwarowali je klątwą i surowymi zakazami mieszania się z ludźmi spoza klanu królewskiego. Gdy Ich istnienie fizyczne skończyło się zgrupowali się w wyższym księżycowym świecie oczekując na chwilę, gdy ludzkie stworzenia osiągną odpowiedni poziom życia i panowania na planecie. Czasy oto mają dopełnić się. Lody stopnieją odkrywając prastarą tajemnicę i nowa rasa, godna przyjąć dusze Panów, udoskonalona nareszcie zostanie. Na tyle, że narodzi się dziecię doskonałe, któremu Panowie całą Swą boską moc przekażą. Ta pora zapisana i przez wieki zaszyfrowana w świętych zwojach właśnie nadchodzi, bliską jest. Ludzie przez Nich do tego wyznaczeni odczytali już i odkryli wiele. Królowie i Słudzy robią wszystko, by przygotować powrót i powitać z pokorą Panów swych w oznaczonym terminie.

VIII.

Z pomocą Zeymanowej, wyraźnie znużonej przydługim mistycznym wykładem udało mi się wreszcie skierować uwagę jej męża na bardziej codzienny temat. Ten na szczęście szykował się na uroczysty koncert i bal urządzane w starym Zamku Królewskim i dłuższą opowieść o Panach odłożył na inny czas.
Rozstaliśmy się przed domem w pełnej zgodzie. Zeyman, nieznoszący lotów samolotem, wsiadł do limuzyny, która podjechała pod pałacyk, witany przez Luizę zasiadającą już na tylnym siedzeniu. Prowadził ją Rudel, służący Zeymanów, zamieszkujący na tyłach pałacyku. Ubrany w uniform, lustrzane okulary i czapkę kierowcy wysiadł usłużnie i otworzył przed swoim patronem drzwiczki nieskazitelnie lśniącego auta, po czym starannie je za nim zatrzasnął. Po chwili diuk, skryty za przyciemnianymi szybami odjechał na swoje spotkanie w głębi kraju. W Starym Zamku rozpoczynał się właśnie kilkudniowy zjazd największych magnatów świata. W którym mieli uczestniczyć także wybrani politycy, uczeni oraz wysocy hierarchowie kościelni. Od jakiegoś czasu trąbiły o nim wszystkie najważniejsze światowe media.

Ja natomiast kilka godzin później u boku jego żony wyruszyłem pieszo ciągnącymi się wzdłuż brzegu Złotej Zatoki malowniczymi uliczkami miasta. Tego popołudnia okazały się zadziwiająco wyludnione, co było spowodowane faktem odbywającej się w innym rejonie tego starego grodu uroczystej fety urządzanej przez miejscowych notabli, z okazji zjazdu nad Loarą. Był letni weekend i postarano się o stworzenie atmosfery zabawy i beztroski w całym kraju.
Po drodze kupiliśmy w pustym sklepiku trochę najlepszego koziego sera. Wyciągnęliśmy z piwniczki zimowego domu omszałą butelkę białego wina bordoskiego, rocznik 1957 i ponad dwie godziny spędziliśmy w saloniku. Siedząc na osłoniętych pokrowcami fotelach jedliśmy ser i popijaliśmy stare wino z kryształowych kielichów. Oboje lubiliśmy przygody i „artystyczne warunki”, to nas zawsze silnie łączyło.
Odbyłem wtedy z Zeldą szczerą rozmowę. Dzięki temu, że zdecydowałem się powiedzieć prawdę uświadomiłem sobie w pełni rozmiar grożącego wszystkim niebezpieczeństwa. W zamian moja stara przyjaciółka opowiedziała mi o tajnych nocnych zebraniach, w których uczestniczył ostatnio jej mąż. Odbywały się tak często, w rozmaitych zabytkowych miejscach kraju, że trudno było nie zwrócić na ten fakt uwagi. Na tę wiadomość ogarnął mnie porażający wolę strach. Szczegóły uświadomiły mi, że nie ma się już co dalej łudzić. Zmienieni rzeczywiście przejmowali kontrolę i władzę w coraz szerszym zakresie. Działo się to niepostrzeżenie i całkowicie planowo.

Kiedy w drodze powrotnej przechodziliśmy blisko centrum tego niewielkiego miasta zerwała się zwykła o tej porze bryza znad rozgrzanego słońcem morza. Niosła ze sobą skroploną przeźroczystą substancję o konsystencji lepkiej galarety. Był to sezonowy produkt kwitnącego brązowego planktonu, który przyniesiony skądś prądami morskimi pojawił się jakiś czas temu w zatoce. Substancja opadała delikatnymi płatami tu i ówdzie na ziemię, po czym szybko wyparowywała w letnim upale. Systematycznie i codziennie wdychali ją przechodzący tamtędy ludzie.

Później dowiedziałem się o niej więcej. Niektóre sugestie przekazane mi przez Nicolasa, oparte na informacji o zainteresowaniu planktonem, jakie szybko zaczęli wykazywać badacze z zespołu „Pequod” wystarczyły w tamtym momencie, aby obudzić we mnie niepokój i w pełni uzasadnioną podejrzliwość.

Czując niebezpieczeństwo zasłoniłem odruchowo usta i nos chusteczką i rzuciłem się do pośpiesznej ucieczki, Zeymanowa mimo swego wieku również.
Gonieni przez coraz silniejsze podmuchy wiatru wbiegliśmy oboje do gmachu głównego banku znajdującego się w jednym z zaledwie kilku w tym nadmorskim mieście wieżowców z betonu i szkła. Prowadziły do niego szklane obrotowe drzwi, na nasze szczęście akurat szeroko otwarte. Jednak z hałaśliwych odgłosów dobiegających z wnętrza budynku domyśliłem się, że w banku dzieje się coś bardzo niepokojącego, bunt, rwetes. Schronienie się w gmachu mogło być równie niebezpieczne, jak pozostawanie na zewnątrz. W tej samej chwili upadł na schody wiodące w głąb strzęp wniesionej podmuchem przez zamykające się powoli za nami drzwi toksycznej plazmy. „To już koniec!” – pomyśleliśmy oboje. Zatrzymaliśmy się w przedsionku zdrętwiali, bezradni, osaczeni.

IX.

A jednak nie było nam pisane zginąć.

Tylko szczęśliwy TRAF, w którym odtąd dopatruję się ręki Najwyższego sprawił, że tego samego dnia wybuchły w stolicy wielkie rozruchy, które po południu przybrały groźne rozmiary i pojawiły się nieomal natychmiast w wielu miejscach kraju. Tłumy, podjudzone przez kilku wtajemniczonych przez Panów ludzkich wybrańców, blokowały główne ulice, paliły samochody i rozbijały szyby w luksusowych sklepach większych miast na prowincji. Hasła polityczne były oczywiście przykrywką dla całkiem innych motywów tych nielicznych, którzy sterowali niezadowolonymi masami. Spiskowcy byli żądni palenia cygarniaków na wzór i na równi z tymi, którzy raczyli się nimi od pewnego czasu w zaciszach swych pałaców. Najambitniejszy spośród sprzysiężonych postanowił wykraść tajemnicę „bogom” i przejąć władzę w imieniu ludzkości.

Akcja obliczona na polityczny przewrót o randze krajowej, a w perspektywie ogólnoeuropejskiej, toczyła się synchronicznie w kilku punktach kraju. W tym samym czasie, gdy w stolicy trwały masowe zamieszki, a ludzie wznosili polityczne hasła przeciwne magnackim planom dalszego monopolizowania gospodarki, inny, ogarnięty nienawiścią tłum dostał się do Zamku nad Loarą, podczas uroczystego balu Panów. Gdy u zamkniętej bramy żelaznego parkanu okalającego zamek wzniecono rosnącą szybko burdę z ochroną budynku, która zbiegła się tam w wielkiej liczbie, w zamkowej piwnicy pojawił się mężczyzna w uniformie kierowcy z zamkniętą czarną teczką w dłoni. Nie wzbudzając podejrzeń zaaferowanych czymś innym strażników zniknął w głębi podziemnych pomieszczeń. Kilkanaście minut później starożytne mury wysadzone w powietrze upadły, grzebiąc pod sobą razem wszystkich uczestników uroczystości i szalonego kamikadze.

Stało się to dokładnie w chwili, gdy przekraczałem z Zeymanową próg głównych drzwi wiodących do gmachu banku. Czyż nie był to cudowny dla nas obojga zbieg okoliczności?

Potężny wybuch i wstrząs w centrum kraju obiegł natychmiast falami rozszalałych informacji najczulsze punkty kontynentu i świata. Nagle uruchomił się automatyczny alarm w bankowym wieżowcu w naszym niedużym mieście nad Zatoką. Szklane drzwi zasunęły się jednocześnie od zewnątrz i od wewnątrz, zamykając nas oboje w szczelnie chronionym korytarzu przejściowym. I to właśnie był cud boski!

X.

Po tych wydarzeniach nie chciałem już przebywać dłużej na Złotym Wybrzeżu, ani też wracać do Paryża, mimo, że czasy szybko się ustabilizowały. Władza w niektórych kluczowych sektorach przeszła w inne ręce, zaprowadzono porządek i wprowadzono nowe ustawy. Spiskowcy, którzy w miejsce Zmienionych przejęli monopol na palenie róż lewiatana zajęli się rozwijaniem swojej wyższej tożsamości.

Tymczasem badacze z grupy „Pequod” dokonali kolejnego odkrycia. Właściwości brązowego planktonu, który pojawił się tego lata blisko wybrzeża okazały się równie zaskakujące, jak niegdyś róż lewiatana. Otóż ludzie, którym przydarzyło się nieświadomie wdychać trujące opary także doznawali zmiany. Lecz, niestety była ona dla nich zgubna. Po pewnym czasie następował koniec ich dotychczasowej świadomości. Trujące miazmaty wnikały w mózgowe zwoje, paraliżowały neurony i trwale zmieniały psychikę niszcząc bezpowrotnie empatyczną wrażliwość, wyobraźnię i sumienie właściwe ludzkim indywiduom. Pozostawał w nich aktywny przede wszystkim dziki instynkt trwania, złość, zwierzęca żądza, okrucieństwo.

Naukowcy ze statku „Pequod” nie byliby sobą, gdyby nie podeszli i w tym wypadku do sprawy biznesowo. Ich mocodawcy zmienili się, ale cele pozostały te same. Destrukcyjne właściwości brązowego planktonu (nazwanego czopem lewiatana) nadawały się świetnie do wykorzystania w wojnie, jaką prowadzili – na razie potajemnie – bogaci przeciw biednym.

Zróżnicowani rasowo mieszkańcy wybrzeża zostali poddani zespołowi tajnych obserwacji, które szybko przyniosły wnioski, iż w zamian za utracone cechy osobowości rodziła się w nich podatność na manipulacje o charakterze ortodoksyjnym, fanatycznym i wściekle nietolerancyjnym. Główną przyczyną zdawało się ich pochodzenie, następnie kult wyznaniowy i wreszcie przynależność polityczna. Im więcej ktoś łączył w sobie takich cech, tym silniejszy destrukcyjny wpływ substancja wywierała na jego świadomość. Można było wręcz pomyśleć, że pozbawiała go stopniowo wolnej woli, osobistej pamięci nabytych doświadczeń, panowania nad niższymi odruchami i w rezultacie – kontaktu z duszą. Specjaliści od kontroli umysłu uznali, że pojawiająca się mutacja pozwala zmienić tłum w stado bezmyślnych, posłusznych i w razie potrzeby okrutnych i żądnych krwi rabów, zarządzanych mściwymi hasłami przywódców.

Obserwowałem już ten proces dziejowy z daleka, z kraju moich przodków. Bez żalu porzuciłem luksus i bogactwo i wprowadziłem się znów w warunki proste, toporne, lecz wciąż jeszcze odpierające zarazę. Widziałem, jak ludzie z prawicowej partii, która na zachodzie przejęła rządy po Zmienionych szybko stawali się brutalni i źli. Ich dusze ciemniały. Poznawałem to widząc ich twarze i oczy w telewizyjnych wiadomościach. Ich ciała brzydły, twarze tępiały, wzrok błyszczał wstrętnie, starzeli się w niepokojącym tempie.

Dość szybko opracowali na to sposób. Dzięki wampirycznym zabiegom i hipnotycznym sztukom przekazanym im wcześniej przez Zmienionych nauczyli się przenosić ją na własne życzenie z ciała do innego ciała.

W praktyce stali się nieśmiertelni.

Zawczasu wybierali sobie osobę, dowolnej płci, której stopniowo przekazywali swoje majątkowe i urzędowe pełnomocnictwa. Jednak była ona dla nich tylko innym, młodym, posiadającym atrakcyjne cechy ciałem. W odpowiednio wybranej chwili dokonywali przenosin w nie aktem woli. Swą dawną powłokę porzucali martwą, sami zachowując pełnię władz umysłowych w nowym wcieleniu.

Prawda była ponura i tak dziwna, że nikt o zdrowych zmysłach nie byłby w stanie w nią uwierzyć. Demokracja w Europie (jak zresztą także i w najbardziej rozwiniętych krajach na innych kontynentach) przestała istnieć. Trwało za to nieustanne i ucieszne, teatralne i medialne przedstawienie. Ludzie u szczytu władzy zmieniali się, lecz tak naprawdę wciąż była to ta sama grupa spiskowców! Służyły im ogarnięte zbiorową halucynacją i bezczelnie okłamywane tłumy. W razie zagrożenia sprzeciwem smagane krwawymi atakami rozfanatyzowanych zaczopowanych. Nie mieli przy tym żadnych skrupułów. Ich moralność zanikała w równym tempie, jak piękno i młodość fizyczna, a może nigdy jej naprawdę nie mieli?

Zrozumiałem wreszcie, że ten proceder ma swoje granice i po jakimś czasie musiał się skończyć. Dlatego coraz bardziej ważne stawały się świeże, zdrowe i nieskażone moralną degrengoladą ludzkie ciała.
Takie ciała posiadali mieszkańcy dotąd niezagrożonych, bo zbyt biednych i prowincjonalnych obszarów kontynentu!

Dość szybko zdałem sobie sprawę, że nic nie robiąc, aby się zabezpieczyć, wpadniemy w ich pułapkę szybciej, niż to mogłoby nastąpić. Po prostu należało zacząć stawiać opór. Zgrupowani w jedno, coraz ściślej otaczani przez gęstniejącą chciwą ciemność staliśmy się jej nieludzko pożądanym celem.
Postanowiłem działać, nim sprawy przybiorą łatwy do przewidzenia obrót.

Zamiast epilogu

Stworzyłem w ojczyźnie wspólnotę ludzi wtajemniczonych, sprzysiężonych wokół najświętszych znaków i wartości. Objęła swoim wpływem kręgi władzy, nauki i kultury. Byliśmy świadomi, że stoją przed nami najtrudniejsze decyzje, które mogą pomóc przetrwać nieskażonemu zarazą społeczeństwu najdłużej jak się da.

Dzięki moim kontaktom i dostępowi do najskryciej przechowywanych manuskryptów rodowych obliczyliśmy czas wyznaczony na ostateczne rozstrzygnięcie i wiedzieliśmy, że musimy do wybicia tej ostatniej godziny wytrwać każdym sposobem.

Któregoś dnia przybył do nas ambasador z zachodniego kraju. Ach, jakiż uprzejmie uśmiechający się i wymuskany był ten żywy diabeł! Przyjąłem wyzwanie. Wraz z kilkoma najważniejszymi osobistościami z rządu podpisałem z nim umowę. Musieliśmy na nią przystać, nie było innego wyjścia.

W ramach zawartego traktatu Zmieniający się mieli respektować nasze prawo do zdrowego życia w obrębie granic naszych krain, w zamian za zaniechanie jakichkolwiek prób ingerowania w ich sprawy. Konwencje wyznaczał podstawowy dekalog praw. Był on tarczą chroniących nas wartości, poza którą władza piekielnych sił nie sięgała.

W ekipie towarzyszącej ambasadorowi zauważyłem Nicolasa. Zadrżałem do głębi. Kilka lat wcześniej proponowałem mu przyjazd do mnie, wspólne życie, wierną przyjaźń. Zgodził się, lecz nie pojawił w umówionym czasie. Cierpiałem, nie mogąc w żaden sposób odnowić z nim kontaktu. Teraz nie poznał mnie nawet. W jego oczach zobaczyłem błysk cudzej inteligencji…

Jestem całkowicie świadomy tego, że Zmieniający się zostawili nas na później, jako żywy zapas i źródło zdrowych ciał dla siebie. Hodują nas jak zwierzęta przeznaczone na własnych celów. Dla tych degradujących się błyskawicznie czartów w ludzkiej skórze łatwo było stworzyć plantacje brązowego planktonu, aby jego trujący zakwit rozsiewać samolotami i puszczać z nurtem wielkich rzek na obszary, które z różnych względów pragnęli najpierw morderczo skłócić, a potem podporządkować sobie. Niesione wiatrem, opadające powoli smugi trucizny, wnikającej także podziemnymi wodami na nasze terytorium, na równi z ogólnoświatowymi mediami, jazgotliwie pokazującymi wielobarwny blichtr psującego się podskórnie świata, zaczęły już potajemnie rozkładać tarczę podstawowych zasad, obyczajów i tolerancyjnych wobec siebie tradycji, ochraniających zdrowe ludzkie trwanie. Wiem dobrze: ci, którzy staną się ich ofiarami otworzą nas w końcu na niewidzialne niebezpieczeństwo czyhające wokół z apetytem dziko głodnej bestii.

(2004 – 2014)

Zmienieni, część 1

Prezentuję, z konieczności w odcinkach, opowiadanie wyśnione dawno temu i pisane wiele lat. Miejsce akcji, niektóre nazwiska (np. Zejman) i nazwy pochodzą ze snu. Inne zostały wymyślone w konwencji utworu. Sama nie wiem do końca o czym naprawdę traktuje ta historia, czy jest prawdziwa, albo na ile jest prawdziwa, a na ile wymyślona przez wyższe byty. Wiem tylko, że sen trwał cała noc i mocno mną wstrząsnął. Na tyle, że nie nie byłam w stanie porzucić próby jego zapisania w formie literackiej.

Ewa Sey

Zmienieni

część pierwsza

Wstęp

Oto my, synowie bogów, arystokraci Ziemi, członkowie starożytnych rodów, od początku tej ery dzierżących władzę i prestiż. Dopiero przez kilka ostatnich dziesięcioleci mogliśmy żyć w spokojnym luksusie po każdej stronie rządzonego przez nas świata. Podczas zabójczego potopu rozdzieliła go na dwoje ogromna morska zatoka, która wdarła się daleko w głąb lądu błękitnym ramieniem oceanu. Na kolejne tysiąclecia ustanowiła naturalną granicę, izolującą od siebie unicestwione pradawne i rodzące się dopiero kultury, zamieszkujące trzy kontynenty, nieufne, obce sobie i nierzadko wojennie do siebie nastawione. Z powodu różnic języków, ras, religii i cywilizacji, w których przychodziło nam żyć, rzadko kontaktowaliśmy się w kręgu naszego elitarnego klanu klanów. Wielokrotnie w historii przemieszczaliśmy się z jednego brzegu Śródmorza na drugi, z półwyspu na półwysep, z wyspy na wyspę, z kontynentu na kontynent, aby ratować swoją skórę, pozycję i majątki, choć najczęściej głównym motywem były ambitne ekspansje i zawłaszczanie innych królestw. Jednak od ostatniej światowej wojny postępowe procesy demokratyczne rozpętane z wielkim rozmachem na całej planecie sprawiły, że mogliśmy zacząć swobodnie funkcjonować gdziekolwiek bądź. Nadeszły szczęśliwe czasy dla biednych i dla bogatych. A prawdziwi władcy nie musieli być teraz królami, ani nawet innymi rządzącymi, wygodnie mieszkając w zaciszu swych luksusowych posiadłości.

I.

Ten nieco przydługi wstęp ma przybliżyć Czytelnikowi moją skromną osobę, środowisko i pozycję, w jakich przyszło mi żyć. Nazywam się Adrian Gralofsky. Pochodzę z rodziny szlacheckiej mającej wiekowe koligacje w całej Europie, od zachodu po wschód. Moi pradziadkowie, dziadkowie i rodzice przeżyli okres bezwzględnych prześladowań ze strony wschodnich rewolucjonistów, lecz ja należę do pierwszego pokolenia urodzonego na wolności. Mój powrót do korzeni i klanu, który spokojnie zamieszkiwał przez cały ten ponury okres, w zachodniej Europie okazał się nadspodziewanie łatwy. Kiedy runął mur oddzielający zachód od wschodu, pierwszy wyciągnął do mnie rękę jeden z najstarszych żyjących przedstawicieli znamienitego arystokratycznego rodu. Miałem wtedy czternaście lat i można było mnie jeszcze ukształtować, wpoić odpowiednie zasady i maniery, o których moja rodzina już była zapomniała.

Diuk Zeyman był bajecznie bogatym rentierem i jednym z nielicznych potomków bocznej linii wymarłych królów z Pałacu Słońca. Mimo zaawansowanego wieku trzymał się świetnie, zawsze pełen klasy, aktywności i animuszu. Pochodził z rodu, który uciekł tuż przed Rewolucją w bezpieczniejsze rejony Europy ratując resztki majątku, pamiątki i przede wszystkim geny rodziny. Tam jego przodkowie szczęśliwie wtopili się w tło społeczne, w końcu przenikając skutecznie w kręgi nowej władzy. Robili to już przezornie pod zmienionymi nazwiskami, wżeniwszy się w bogate fabrykanckie, mieszczańskie albo bankierskie rodziny, arystokratyczne tytuły zamieniając na tytuły urzędowe bądź naukowe. Kiedy wybuchły wojny ulokowali swoje pieniądze w intratnych wojskowych interesach po stronie atakującej i ostatecznie przegranej. Szczegółów tych podejrzanych interesów dowiedziałem się o wiele później. Firmy, w których Zeyman miał udziały wyszły z dwóch ostatnich globalnych wojen ogromnie wzbogacone i rozpoczęły zwycięską ekspansję handlową na cały świat. Zmieniły cele swojej produkcji, niektóre marki, ale funkcjonowały z pełnym sukcesem wykorzystując technologie wypracowane w ogniu morderczych walk i bestialskich eksperymentów dokonywanych na jeńcach wojennych.

Dzięki niemu skończyłem najbardziej renomowane liceum w Belgii, studia na Sorbonie i dostałem wysokie stanowisko przedstawiciela w jednej z korporacyjnych firm, która rozpoczęła właśnie swoją handlową ekspansję na wschód. Moje obowiązki były dość umowne i rzadko wymagające wysiłku, dlatego miałem dużo wolnego czasu, który pożytkowałem na rozwijające się hobby antykwaryczne, życie towarzyskie oraz podróże.

Żona Zeymana, Zelda, młodsza od niego kilkanaście lat, pochodziła z rodziny zubożałego węgierskiego hrabiego, (z którym właśnie moi przodkowie byli spokrewnieni). W paryskiej śmietance liczono się z nią przede wszystkim jako ze znakomitą fotografką. Zaprzyjaźniłem się szczerze z obojgiem, choć w stosunku do diuka mogę mówić tylko o zdystansowanym szacunku, nie o uczuciu. Jego protekcjonalizm, kontrolowana ironia i uprzejma obojętność, którą niezmiennie z niego biła, nigdy nie obudziły we mnie zaufania. Lecz to właśnie pani Zeymanowa zastąpiła mi najbliższą rodzinę i matkę, którą pozostawiłem w ojczystym kraju.

II.

Nadszedł 1999 rok. Jak zawsze w sezonie letnim znalazłem się w towarzystwie Zeymanów po drugiej stronie Śródmorza, w Aleksandrii, kurorcie liczącym sobie według kronik ponad dwa tysiące lat. W rzeczywistości, jego historia, jak i dzieje wszystkich starożytnych miejsc na plażach Śródmorza, była o wiele starsza i sięgała przedpotopwej ery. Jednak wiedzieli o tym nieliczni przedstawiciele najstarożytniejszych rodów, większość od tysiącleci była zmyślnie i skutecznie oszukiwana. Z miejsca głęboko zakochałem się w tym królewskim mieście, muzeach, w których spędzałem wiele czasu, antycznych pamiątkach i pomnikach, a przede wszystkim w legendzie dziejów, jakie przeszło, a które wydawały mi się tam nadal żywe.

Zeymanom towarzyszyła Luiza, młoda i piękna dziewczyna o słomkowo jasnych długich włosach, z którą żartobliwie mnie swatano. Była siostrzaną wnuczką diuka mieszkającą w Szwecji. Zeymanowie byli bezdzietni, a ja jako zaufany przyjaciel wiedziałem, że postanowili przekazać jej w odpowiednim czasie dużą część schedy po sobie. Nie byłem przeciwny flirtowi z nią, choć moje serce jakoś nie chciało zabić szybciej w jej obecności i nie starałem się tego zmienić. Była to ambitna, pusta i powierzchowna dziewczyna, nadmiernie dbająca o zewnętrzne szczegóły z pominięciem tego, co mnie wydawało się najważniejsze. Ponieważ nie chciałem zostać zaliczony do jej kolekcji szybko porzuconych kochanków zaczęliśmy wzajemnie się znosić z czymś podobnym do przyjaźni.

Rozkoszne nadmorskie wakacje nie trwały długo.

Któregoś spokojnego dnia wydarzyło się coś, co przerwało nasz beztroski pobyt. Chcąc nie chcąc zostałem tego mimowolnym świadkiem i uczestnikiem. Na moich oczach zaczęło dziać się coś, czego nie tylko nie mogłem się wcześniej spodziewać, lecz podobna historia nawet mi się nie śniła!

III.

Nadeszło w jasny, upalny, bezchmurny dzień, nieróżniący się niczym od innych podobnych dni w tym miejscu świata. Wylegiwałem się w towarzystwie grupki błękitnokrwistych przyjaciół na rozpalonym białym piasku strzeżonej hotelowej plaży. Siedząc na leżaku pod kolorowym parasolem popijałem sok cytrusowy z lodem. Mój wzrok oparł się na równej tafli błękitnego morza znaczonej jedynie białymi grzywami spokojnie i rytmicznie nadbiegających ku brzegowi fal. Umysł pracował leniwie. Zajmowały go nieco najświeższe wiadomości przeczytane w porannej prasie. Właściwie nie różniły się skalą ważności od tych czytanych wczoraj, przedwczoraj czy rok temu.

Wtem, na czyjś jeden zdumiony głośny okrzyk poderwałem się na równe nogi. Ten głos musiał mieć w sobie coś szczególnego, inaczej nie sprawiłby tak piorunującego wrażenia na wszystkich. Już po chwili większość plażowiczów zrobiła to samo, co ja. I tak stojąc, zdumieni i zaskoczeni, patrzyliśmy z zadartymi głowami na kołujący wysoko w górze olbrzymi srebrzysty pojazd.

– Jego silniki dawno zgasły, a załoga wymarła – stwierdziłem nagle głośno pod wpływem kłującego w sercu przeczucia. Nie odrywałem od niego wzroku, obserwując zjawisko przez podręczną lornetkę.

Połyskujący w słońcu wrak niby gigantyczny latawiec zataczał z wolna coraz niższe kręgi ponad spokojnym obszarem jasnobłękitnego morza.

– Nie, to niemożliwe – powiedział ktoś. – Uszczypnijcie mnie. To mi się tylko śni!

A jednak nie był to sen, choć wszystko działo się jeszcze bardzo wysoko i w całkowitej ciszy. Nagle na naszych oczach pojazd rozłamał się na trzy człony. Jednocześnie z ust patrzących wydostał się głośny okrzyk, a potem zbiorowe westchnienie. Dwa z nich, kadłub i ogon, jeden za drugim runęły do morza w znacznej odległości od portu i plaży. Trzeci leciał jeszcze jakąś siłą bezwładu i prądu powietrza, w który trafił i znikł nam z oczu w przestworzach nieba. Musiał upaść gdzieś o wiele dalej, może w okolicach Grecji lub nawet Włoch.

Długi czas trwała głucha cisza, w którą wsłuchiwaliśmy się wciąż jeszcze z napięciem, ale ze słabnącym stopniowo zainteresowaniem. Morze zdawało się nieporuszone. Nic nie wskazywało na to, co się miało później wydarzyć. Postanowiliśmy rozejść się znów po plaży spodziewając się znaleźć wytłumaczenie wypadku w popołudniowych wiadomościach.

Miejscowe gazety i telewizyjne dzienniki skwitowały go krótką wzmianką o kontrolowanym upadku w morze starej nieużywanej stacji orbitalnej.

lewiatan.png

IV.

Czas płynął nieubłaganie. Spokój okazał się usypiający i w gruncie rzeczy pozorny.

Latem kolejnego roku w błękitnej przybrzeżnej wodzie morza, nad którym mieścił się nasz kurort pojawiły się… osobliwe ryby. Z ogromnym impetem największa z nich zaatakowała ludzi w kąpieli. Dosłownie cudem udało mi się wydostać z wody w ostatniej chwili! Pod wpływem adrenaliny z niebywałą u siebie siłą i zręcznością wdrapałem się na molo i pobiegłem kładką na suchy brzeg. Obejrzałem się za siebie tylko raz. Wyskakujący z morskiej toni straszliwy lewiatan wielkości orki zaprezentował się oczom wypoczywających w całej okazałości, od zębatej półotwartej paszczy pradawnego potwora po wymyślnie haczykowaty koniec ogona. Szybko okazało się, że towarzyszyła mu ławica małych rybek z gatunku tych, co do tej pory były całkowicie niewinne i łagodne. Teraz jednak agresywnie kąsały maleńkimi cienkimi, zagiętymi do wewnątrz ząbkami, atakując osoby taplające się na rozgrzanej płyciźnie.

W ciągu zaledwie trzech dni okazało się, że ich ugryzienie nie pozostaje bez następstw.

Wśród kilkorga pokąsanych była Luiza. Krzyczącą z przerażenia ratowałem na brzegu, gdy wybiegła z wody panicznie otrząsając się z wczepionej w łydkę rybki. Najpierw unieruchomiłem ją nieznoszącym sprzeciwu głosem, a potem zręcznie oderwałem od skóry maleńką śliską istotę o długości wskazującego palca, pociągnąwszy ją za ogon. Zostawiła po sobie ledwie widoczny ślad na nodze, z którego wypłynęła zaraz kropelka krwi. Ktoś roztropny koło mnie podsunął torebkę foliową napełnioną wodą. Szybko włożyłem do niej budzącą wstręt zdobycz. Byłem zaskoczony sam sobą. Nie straciłem głowy w tak nieprzewidzianej i nerwowej sytuacji! To właśnie wtedy po raz pierwszy przekonałem się o instynktownej sile mojej przytomności, która odzywa się w życiu rzadko, ale zawsze bezbłędnie. Nie myśląc wiele zatroszczyłem się o szczegóły. Luiza musiała zostać opatrzona, a rybkę należało przebadać pod kątem jakiejś niechcianej infekcji.

Oprócz mnie, jeszcze tylko jednemu mężczyźnie udało się schwytać wodną napastniczkę po własnoręcznym odczepieniu jej od skóry uda. W efekcie mogłem w szybkim tempie dostarczyć do laboratorium dwa żywe egzemplarze agresywnego gatunku.

Opatrzona w ambulatorium Luiza została wypuszczona z rutynowym pouczeniem lekarskim, że ma się zgłosić, gdyby tylko pojawiły się jakiekolwiek niepokojące objawy. Natomiast zaangażowani w badanie dostarczonych rybek mikrobiolodzy z miejskiego centrum badań sanitarnych stwierdzili rzecz absolutnie niebywałą. Rybki miały rzednące ciała, w ciągu kilkunastu minut po wyjęciu z wody szybko traciły kształty i gęstość, jedna po drugiej. W okularze najsilniej powiększającego mikroskopu zarysy ich komórek znikły w końcu bez śladu. Zwyczajnie przeszły w nicość, niedostępną dla wzroku i wszelkich naukowych narzędzi.

Dopiero po telefonicznej interwencji Zeymana pracownicy laboratorium sporządzili protokół zdarzenia, z którym zresztą nie wiedzieli, co zrobić, więc natychmiast wylądował w archiwum, czekając na inną możliwość sprawdzenia przypadku. Dostałem kopię tego dokumentu, którą Zeyman skierował swoimi kanałami w odpowiednie miejsca i do odpowiednich osób.

Oficjalnie nie wiązano ze sobą upadku wraku i pojawienia się morskiego potwora, ale plotek nie dało się zatrzymać. Zaczęły krążyć opowieści o podejrzanych eksperymentach biologicznych dokonywanych od lat na orbicie, których efekty dostały się w ziemskie środowisko i zaczęły gwałtownie mutować.

Informacje dość szybko utajniono, lecz i tak do wielu z nich miałem dostęp z racji znajomości w kręgach naukowych i rządowych, jakimi dysponował Zeyman. Co więcej, z racji swego zaawansowanego wieku uczynił mnie on swoim pełnomocnikiem do tych kontaktów. Dostałem za zadanie zbierać wszelkie nowiny na wiadomy temat i przekazywać mu w formie zwięzłej i przemyślanej.

Zacząłem od uważnej obserwacji tego, co się działo z kilkorgiem pogryzionych osób, a przede wszystkim Luizy, którą zdążyłem już całkiem dobrze poznać.

Ogarnęła mnie wprost szalona nieufność. Podejrzliwie zerkałem na nią w sytuacjach, gdy sądziła, że jest sama. Nigdy przedtem nie ośmieliłbym się zrobić czegoś podobnego, a jednak podejrzliwość, która mnie opanowała była przemożna. I co gorsze, pogłębiała się! Patrzyłem, obserwowałem, przyglądałem się, rzucałem okiem, śledziłem ją, sam stając się nieomal niewidzialny, aż wreszcie zobaczyłem coś, co głęboko mną wstrząsnęło i przeszyło zimnym dreszczem zgrozy.

Trzy dni po ukąszeniu Luiza nagle, wręcz z minuty na minutę śmiertelnie pobladła. Wyglądała jak trup, a potem… rozdwoiła się. Zobaczyłem to na własne oczy, gdyż zajrzałem tam, gdzie wcale nie spodziewała się być widziana. Wydarzyło się to w leniwej porze południowej sjesty.

Nie powiedziałem słowa na ten temat nikomu, nawet Zeymanowi, któremu nigdy do końca nie zaufałem. Nie dla tego, że ten widok przerastał wszelkie ludzkie pojęcie i pewnie nikt by mi nie uwierzył. Ale z tego powodu, że intuicyjnie zdałem sobie sprawę z rozmiaru niebezpieczeństwa, które się przy mnie oto przypadkiem odkryło.

Pozbawiony wszelkiego owłosienia na ciele nagi duplikat Luizy włożył na siebie przygotowaną wcześniej czarną perukę. Stojąc przed lustrem z wielką wprawą zrobił na swej poszarzałej twarzy szykowny makijaż. Śmiertelnie blade policzki rozjaśnił sztuczny rumieniec i wyniosły uśmiech pomalowanych warg. Nad oczami pojawiły się podkreślone zręczną kreską czarne brwi, a powieki dostały cień wielkich sztucznych rzęs. Zdążyłem w porę odpaść od uchylonych drzwi i niezauważalnie skryć się za załomem korytarza, gdy zduplikowana Luiza wyszła z toalety dla pań. Jej prawdziwe ciało rozrzedziło się i znikło bezpowrotnie.

Większość kuracjuszy powodowana szokiem po ataku rybek-niewidek zrezygnowała z dalszych wczasów w kurorcie i wróciła do swych siedzib gdzieś w świecie. Wróciłem i ja. Tam jeszcze życie zdawało się biec zwykłym torem.

V.

Po powrocie zająłem się swoimi sprawami, obowiązkami w pracy i zbieraniem informacji dla diuka, krążąc cierpliwie pomiędzy stolicą i miejscami, gdzie akurat rezydowali Zeymanowie, a było ich kilka w Europie.

Luiza długo jeszcze pozostawała w podróży, pod wpływem jakiegoś kaprysu dołączywszy do paru znajomych wędrujących po krajach północnej Afryki. Poczułem się z tego powodu dużo swobodniejszy.

Spokojnie minęły tygodnie i miesiące. A potem lata.

Któregoś kolejnego roku, pewnego letniego piątkowego przedpołudnia zjawiłem się w niewielkim mieście malowniczo położonym nad Złotą Zatoką. Po rezygnacji z dorocznych wyjazdów do Aleksandrii Zeymanowie zaczęli spędzać wakacje w miejscowości, w której dotąd zazwyczaj zimowali. Wynajęli letni pałacyk wybudowany na wzgórzu za miastem. Strzegł go i dbał o codzienne sprawy mieszkający w jego tylnym skrzydle zaufany milkliwy dozorca Rudel, z rodziną.

Drzwi otworzyła mi pani Zeymanowa, pięknie uczesana, umalowana i ubrana w elegancki łososiowy kostium. Po serdecznym powitaniu wprowadziła mnie zaraz do salonu. Od jakiegoś czasu stałem się bardziej nerwowy i nie zechciałem usiąść, choć mi zaproponowała. Zacząłem przechadzać się po wnętrzu zerkając przez wysokie okna, dotykając ozdobnych i cennych pamiątek ustawionych na meblach i gadając o ostatnich wydarzeniach z mojej codzienności, o które pytała gospodyni. Na dłużej zatrzymałem się dopiero przy schodach wiodących na piętro. Na ścianie obok nich wisiało kilka dużych rozmiarów i pełnych niepokojącego nastroju obrazów pędzla Drohobickiego, współczesnego malarza polskiego pochodzenia. Twórczość tego kontrowersyjnego artysty znałem z katalogów, które nie tak dawno temu przeglądał uważnie Zeyman.

– Właśnie to jest niespodzianka, którą chcemy ci pokazać. Co o tym myślisz? – Zeymanowa stanęła blisko mnie – Alfred kupił je niedawno na aukcji za dość śmieszną cenę. Malarz nie cieszy się estymą w swoim kraju. Jego sztuka jest znana, ale nikt nie chce posiadać tych dzieł na własność.

– Chyba rozumiem, czemu… – odparłem.

– Tak, są makabryczne.

Wszystkie obrazy przedstawiały symboliczne i mało zrozumiałe sceny owiane udzielającą się atmosferą egzystencjalnego lęku, rozpaczy, smutku i grozy. Przerażenie płynęło z zestawienia ze sobą przyciemnionych barw i delikatnej deformacji kształtów. Deformacji, jaką powoduje stopniowe więdnięcie, starzenie się i rozkład tkanek. Cechowała je głęboka dekadencja i jakaś grawitująca w mrok tajemnica, odpychając i jednocześnie magnetycznie i kusząco przyciągając uwagę patrzącego.

– To Alfred wybrał dla nich miejsce w salonie. Muszę przyznać, że czuję się tu teraz nieswojo – zwierzyła się Zeymanowa. – Mam nadzieję, że mu się znudzą. Choć dzisiaj rano oznajmił mi, że te obrazy mają w sobie „to coś”, o co IM chodzi.
– Komu? – odruchowo zadrżałem.
– Jego przyjaciołom, z którymi ostatnio intensywnie się zadaje… zapewne – odpowiedziała z zastanowieniem.

Nie powiedziałem jej jeszcze o tym, mojej starej dobrej przyjaciółce… Otóż przed dwoma tygodniami podczas mej zwykłej wizyty u Zeymana wiedziony podejrzliwością, która mnie już nie odstępowała zajrzałem ostrożnie, szukając go, do jego sypialni na piętrze. Staruszek leżał na łóżku. Jeszcze zdołał unieść ciężkie powieki i omiótł mnie przelotnie pustym wzrokiem. Obok niego znajdował się jego sobowtór. Nie zauważył mnie zajęty nadal swoją przemianą.

– Kiedy tak patrzę na te obrazy zaczynam mieć wielką ochotę napić się czegoś dobrego w zacisznych warunkach – stwierdziła po chwili Zeymanowa. – Najlepszy trunek znajduje się w piwniczce zimowego domu nad Zatoką. Przejdźmy się tam, proszę cię! Mój mąż wybiera się na raut w Zamku nad Loarą. Ma mu towarzyszyć Luiza. Zdecydowanie wolę spędzić ten czas na rozmowie z tobą. Co ty na to?
– Taki spacer może być niebezpieczny – oznajmiłem starając się nie zdradzać zaniepokojenia. – Bardzo niebezpieczny. W Złotej Zatoce dzieje się ostatnio coś dziwnego i nie wiadomo, kogo można o tej porze spotkać blisko plaży.

Zeymanowa machnęła na to ręką z rozbrajającym uśmiechem starszego człowieka, który niejedno przeżył. Dodałem więc, aby ją przekonać:
– Od jakiegoś czasu wzdłuż śródmorskich wybrzeży kwitnie mutujący brązowy plankton. Podobno powoduje niepokojące masowe ZMIANY. Wiem to z pewnego źródła.
– Nieważne – odpowiedziała Zeymanowa. – Chcę się napić i już, Adrianie… Bądź łaskaw nie stawiać dziwnych przeszkód starej kobiecie.

Była to wspaniała osoba o sile charakteru, którą od początku podziwiałem. Miała w sobie głęboki spokój i trzeźwość umysłu charakteryzujące większość członków jej rodziny. Nagle postanowiłem podzielić się z nią swoją wiedzą. Prawdopodobnie była jedyną ludzką istotą, której mogłem całkowicie zaufać i która zdolna była potraktować moje rewelacje ze zrozumieniem.

Część druga >>

Tropy 3: Ostatni strażnik

Był to jeden długi sen z kilkoma wejściami w głębszy trans, podczas których patrzyłam oczami innych osób, starszego mężczyzny i młodej kobiety. Szczegóły, jakie z tych odtworzeń (bo w ten sposób, dość charakterystyczny i nie do pomylenia odtwarza się pamięć inkarnacyjna własna i cudza) na tyle były wyraźne, że na ich podstawie udało mi się odnaleźć człowieka, którego oczami dane było mi spojrzeć. Dzięki Wikipedii ustaliłam, że szło o pana Alexandra de Fauris, prezydenta Aix-en-Provence żyjącego na przełomie wieków XVIII i XIX. Osoby jego młodej kochanki oczywiście nie ma tam wymienionej, jednak w tych wspomnieniach była istotną cząstką gry zatartej w czasie. Tym sposobem złożyły mi się w całość części układanki z innych snów, które stały się kanwą dwóch pierwszych nowelek cyklu „Tropy”. Golfor jest imieniem z innego snu, o duszku pośredniczącym miedzy wysokimi i niższymi poziomami bytu, zapewne merkurialnego rodzaju. Le golfe po francusku to zatoka, odmęt morski, jaki się tworzy w ciasnym kanale między lądami, zatem imię znaczy: kanałujący (channelinkowy), kontaktujący ze sobą dwie dalekie sobie obce strefy. Całość śniłam jego oczami, biorąc je za swoje, niemniej dziewczyna, którą spotkałam była zobrazowaniem mnie samej, zatem z powodów logicznych musiało dojść do literackiego rozdzielenia podmiotów.

Ewa Sey

Ostatni strażnik

[…] naprzeciw siebie ujrzałem rozwijającego się bez końca ze swych zwojów, potwornie ogromnego CZERWONEGO WĘŻA wzmiankowanego w pergaminach, słono i gorzko, ogromne zwierzę uwolnione z łańcucha opowiada pieszemu o tej białej górze, czerwone z gniewu.

(„Czerwony Wąż” z „Tajnych Zapisków Henri Lobineau”)

Hanna Bielańska, ostatnia żyjąca przedstawicielka arystokratycznej rodziny Gralowskich, zaliczającej się do strażników legendarnego Graala, przeszedłszy wreszcie na emeryturę zajęła się długo odkładanym odczytaniem przepowiedni na temat narodzin zbawczego potomka świętego rodu pod koniec czasów. Dysponowała niepełnymi zapisami z częściowo uszkodzonej w toku historii księgi rodowej. Zechciała je porównać z innymi podobnymi należącymi do rodzin skoligaconych dawniej z jej własną. Pewnego razu stał jej się niezbędny pewien program komputerowy służący do skomplikowanych genealogicznych zapisów, umożliwiający prześledzenie także rozwoju linii żeńskich. Wydało go kilka lat wcześniej popularne kobiece czasopismo i przez jakiś czas był powszechnie dostępny w kioskach, na bazarach i u ulicznych sprzedawców starej prasy. Po czym zniknął siłą bezwładu. Pożyczyła go kiedyś mnie, swemu młodszemu znajomemu. Wgrałem go do swego komputera, a płytę przez zwykłe u siebie roztargnienie gdzieś z biegiem czasu zapodziałem. Potem sam zupełnym przypadkiem program skasowałem i tak ostatecznie przepadł.
Zawstydzony swoją nieodpowiedzialnością, poczułem się zobowiązany do zaradzenia niespodziewanemu kłopotowi. Czym prędzej udałem się do siedziby redakcji pisma, które wydało niegdyś ów program. Chciałem zapytać wprost u źródła, czy nie pozostała im w archiwach jakaś niesprzedana płytka.

Biuro okazało się puste, mimo jeszcze stosunkowo wczesnej popołudniowej pory. Zastałem w nim jedynie sprzątaczkę. Dość niska kobieta bliska czterdziestki, o smutnej szarobladej twarzy i zmęczonych oczach wyłączyła odkurzacz i wpuściła mnie do wnętrza. Niespodziewanie rozpoznała mnie od razu, wykrzykując na mój widok: Och, Golfor, witaj!, a ja zdziwiony udałem, że wiem, kim ona jest. Nieznajoma znajoma powitała mnie z ogromną radością. Natychmiast zaczęła, porzuciwszy odkurzacz w kącie korytarza, opowiadać wylewnie, co teraz robi. Stałem słuchając w milczeniu fali słów. Nadal zmieszany faktem, że jej nie pamiętam.

Moja niespodziewana rozmówczyni zaledwie od niedawna mieszkała w stolicy i cieszyła się, że w ogóle zdobyła jakąkolwiek pracę. Co prawda nie była zadowolona z tego, że brak stosownego wykształcenia powoduje, iż wciąż proponowano jej niskie stanowiska. Takie, jak na przykład to tutaj w redakcji.

Wtedy nareszcie przypomniałem ją sobie. Znałem ją dawno temu ze szkoły! Wówczas była tak samo ambitną dziewczyną marzącą o tym, by wyrwać się z zapadłej wioski w nieokreślony wielki świat. Miała na imię Ewa.

Skończyła właśnie sprzątanie i szła już do domu. Okazało się, że w tym samym kierunku, co ja. Po drodze rozmawialiśmy, a raczej to ja dość niecierpliwie wysłuchiwałem jej opowiadań, tym razem o planach na przyszłość. Bo Ewie zamarzyło się stanowisko w owym kobiecym czytadle. Z tego powodu zapragnęła pójść wreszcie na studia, gdyż pismo zajmowało się głównie tematem kosmetyki i pielęgnacji ciała, o czym nie miała wielkiego pojęcia.

Była zima, dość łagodna tego roku. Na ulicy leżał kilkudniowy udeptany śnieg. Przerwałem nagle tę wspomnieniową i w gruncie rzeczy nudzącą mnie rozmowę. Zapominając się, z dziecięcą radością zacząłem ślizgać się w miejscach wytyczonych przez przechodniów, przede wszystkim dzieci. Przemieszczałem się do przodu zgrabnymi ślizgami nóg, utrzymując równowagę rozłożonymi jak ptak rękami i wybuchając co chwila głośnym śmiechem. Niepostrzeżenie znalazłem się w ukochanej Francji. Tego szczęścia nie sposób było od razu nie poczuć.
Ewa ze skrępowaną powagą zdążała za mną.

Mirabeau14

W Aix-de-Provence po obu stronach Cours Mirabeau, pięknej obsadzonej drzewami i zdobionej fontannami alei wyłożonej brukową kostką, ciągnęły się stylowe kamieniczki zabytkowych hoteli.
Stanęliśmy przed rzędem przylepionych do siebie starych dwupiętrowych budynków. Ich parter usiany był długim szeregiem wejściowych drzwi.

Wtem z wnętrza któregoś z nich wychyliła się drobna przykurczona postać. Z radosnym zaskoczeniem Ewa rozpoznała swego dawnego znajomego, bibliotekarza, pana Utopinetza. Staruszek mimo upływu czasu nic się nie zmienił. Pukał najpierw zgiętym palcem w szybę otwartego okna, aby zwrócić na siebie uwagę, po czym zapytał:
– Zapewne znacie soczyste opowieści Rabelais`go i poezje Villona, tworzącego w czasach dobrego króla René, wielkiego mecenasa kultury, który zmarł w tym mieście. Pisał o nim potem pewien znakomity obywatel Aix, Alexandre de Fauris.
Ewa zastanawiała się tylko chwilkę
– Tak. Wilhelm z Lorris, Villon, Rabelais, Brantôme…Te książki wydawano swego czasu w okładkach z zielonego płótna. Ależ oczywiście, świetnie pamiętam!… Rozlatywały się nawet trochę od mojej lektury… – stwierdziła.
– No, więc można tu teraz zwiedzić jedno z mieszkań, autentyczne, które zamieszkiwał niegdyś pan de Fauris. Chcielibyście je zobaczyć?
– Oczywiście. Gdzie to jest?
– Licząc stąd siódme drzwi. Można wejść.
Policzyłem oczami do siedmiu, ale gdy podszedłem, otwarte okazały się drzwi ósme. Nie wnikałem już w pomyłkę, tylko wraz z nieodstępującą szkolną koleżanką wszedłem do środka. Dwupiętrowa kamieniczka nosiła numer 14.
Wraz z wejściem do budynku już od progu zagarnęły mnie jak żywe zapisane w jego murach cudze wspomnienia.

Alexandre-de-Fauris-Saint-Vincent

Oto mamy początek XIX wieku. Do kamienicy wkracza pan de Fauris. Zażywny, obdarzony posuwającą się łysiną, znany z poczucia humoru i ciętego dowcipu mężczyzna już prawie siedemdziesięcioletni. Postanowił zamieszkać w apartamencie należącego do niego od dwóch pokoleń hotelu. Do tej pory był on wynajmowany. Pragnie w odosobnieniu zająć się pracą literacką, której poświęca cały swój wolny czas.
Ów adres zajmuje w tej chwili pewien młody oficer. Mieszka w nim już dość długo wspólnie z siostrą, starą panną. Wychodzi na spotkanie pana de Fauris wolno, odkrzykując coś pod nosem i choć wydaje się zaskoczony tak wczesną dla swoich zwyczajów wizytą uprzejmie wpuszcza gościa głębiej.
Panu de Fauris rzuca się od razu w oczy brudna podłoga. Otwarte w korytarzu drzwi do salonu ukazują poranny bałagan. Siostra gospodarza mieszkania ukradkiem zgarnia nogą jakieś walające się okruszki i posuwa je w niewidoczne zakamarki pokoju. To wynik hulaszczego trybu życia młodzieńca, siostra już dawno przestała się starać o zachowanie porządku, jedynie dba o jego pozory.
Pan de Fauris lustruje mieszkanie okiem właściciela. Widzi odrapany, lepiący się od brudu kredens kuchenny, stare pachnące kurzem i stęchlizną pokojowe meble, wypłowiałe dywany i nigdy nieprane, ani nawet trzepane draperie.
Mieszkanie mimo wszystko jest świetnie położone, jasne i ma wiele pomieszczeń. Przy odrobinie wysiłku można je będzie wygodnie urządzić. Wchodzi ostrożnym wolnym krokiem po trzeszczącej drewnianej podłodze do środka.

W małym pokoju, do którego jest wejście z korytarza znajduje się buduar siostry młodego wojskowego. Na wprost drzwi duże wysokie okno, z boku stoi sekretarzyk i przy ścianie łóżko z baldachimem. Pokoik jest przechodni, wchodzi się z niego do dużego salonu, dalej sypialni. A stamtąd do jadalnego, potem do pomieszczeń kuchennych, służbówki, na koniec do dużego pokoju z wielkim oknem. Wiszą w nim teraz na wieszaku odprasowane męskie spodnie wojskowego kroju, stoi wąski stół i jakieś przyrządy miernicze. Pachnie intensywnie pastą do butów i końskim potem.
– Jak widzę, to pracownia krawiecka i przebieralnia, męski pokój – orientuje się pan de Fauris i z wyrozumiałym uśmiechem patrzy na młodego mężczyznę, który mu towarzyszy z lekko zaspanym i nieobecnym wyrazem twarzy. Ten lubi się stroić i wychodzić na miasto jak galant.

Teraz jednak, po ponad dwustu latach mieszkanie było idealnie sprzątnięte. W saloniku postawiono, jako główny mebel starą autentyczną sofę. Jej oparcie wygięło się i zapadło już ze starości. Gdy usiadłem na niej wraz z Ewą, zaskrzypiały pod nimi nadwyrężone sprężyny. Zawiesiłem przy tym na chwilę oczy na zaczesanych za uszy cienkich i nieokreślonego koloru włosach Ewy, ciemnych brwiach i charakterystycznym profilu z cofniętą żuchwą i wąskim chudym nosem z wyraźnym garbkiem, ostro zaznaczonym na tle światła dnia padającego z okna. Zaraz zagarnęła mnie dalsza fala wspomnień. Pamięć pana de Fauris niezauważalnie rozsunęła się i wpuściła w siebie inną.

*

To właśnie na tej sofie pan de Fauris leży właśnie z młodą dziewczyną. Jest nią niezamężna siostra młodego oficera, która pod pozorem zarządzania domem została jego bliską przyjaciółką. Spoglądam teraz jej oczami. Dotyka dłonią jego nagiego, nieco nalanego, pokrytego rzadkimi jasnymi włosami brzucha i wyczuwa na nim twardy guz.
– Co to? – pyta ze zdziwieniem.
Ale pan de Fauris zdaje się w ogóle nie zwracać na to uwagi. Pomija pytanie milczeniem, zmieniając temat. Młoda kobieta nie kontynuuje. Myśli z powagą i niespodziewanym smutkiem, że jej podstarzały kochanek ma już niewiele czasu przed sobą…

Pan de Fauris od wielu miesięcy nie zwraca uwagi na uporczywe dolegliwości, powtarzającą się gorączkę i bóle, zwłaszcza po posiłkach, do których codziennie wypija zwyczajną porcję wina. Targające nim poty i bolesne kolki przypisuje jesieni. Nadchodzi listopad. Gorączkowo, w coraz rzadszych przerwach od bólu i złego samopoczucia, lub mimo nich, szuka, bada, porównuje i zapisuje jakieś swoje koncepcje. Jakby się spieszył, by zdążyć.
W całym mieszkaniu leży mnóstwo książek, druków, żurnali i notatek, porozkładanych i porozrzucanych chaotycznie na wszystkich meblach, półkach, stołach, krzesłach i szafkach. Najbardziej obłożone nimi jest łóżko. I sofa.

Od dziesiątek lat pilnie rozwijane zainteresowania pana de Fauris sprawiły, że przestudiował wiele trudno dostępnych dzieł i starych manuskryptów, z których czyni notatki do publikowanych niekiedy w monitorach artykułów, albo na własny użytek. Z pasją bada też starożytne inskrypcje, próbując między innymi dojść umiejscowienia legendarnego skarbu Rzymian, ponoć skradzionego i ukrytego przez galijskie plemiona w czasach upadku cesarstwa gdzieś na południu Francji. Nie jest to zdaje się jedyny temat jego zainteresowań. Wśród porozrzucanych wszędzie książek najwięcej widać religijnych, psałterzy, zbiorów pieśni, modlitw i litanii. Czegoś w nich szuka, jakiegoś klucza. Uważa, że to ten sam klucz, zagadka czasu i miejsca, którym posłużono się do zaszyfrowania najistotniejszych kwestii trwającej ery. Skarb czeka na spadkobiercę. Spadkobierca ma się narodzić i otworzyć go. Klucz został ukryty lub zgubiony. Dla dobra sprawy, gdyż czyhają na niego wilki, przebrane w owczą skórę. Które niczego bardziej się nie boją, jak jego odnalezienia.

Młoda przyjaciółka prowansalskiego notabla stara się zaprowadzić w tym nieporządku jakiś ład, choćby pozorny. Nabrała w tym wprawy podczas wspólnego zamieszkiwania z bratem. Przecież także ogromnym bałaganiarzem. Przy okazji zerka z zaciekawieniem na pisma swego pracodawcy i kochanka. Kartki niektórych ksiąg pokryte są mnóstwem dziwnych zapisków robionych piórem wprost na marginesach, w pionowych kolumnach, maczkiem. Zawierają greckie i hebrajskie litery, pojedyncze słowa, a niekiedy także krótkie zdania, tłumaczone przeważnie z łaciny.
Ocierając z kurzu jedną z ksiąg otwiera ją na przypadkowej stronie. Na marginesie znajduje odręczną notatkę, dotyczącą młodej kobiety, która nosi na czubku głowy czerwony znak spirali zawartej w elipsie. Podobno został uczyniony przed jej narodzeniem przez niewidzialne humanoidalne istoty. W jakimś celu blokuje pamięć. A może jej strzeże. Pod tą dziwną notką umieszczony jest rysunek, zrobiony tuszem przez pana de Fauris. Przedstawia szkic profilu dziewczęcej głowy i tego wężowego znaku na jej szczycie, sama pieczęć uczyniona jest czerwonym inkaustem.

*

Wstałem nagle z sofy i ruszyłem na obchód mieszkania.
– Spójrz, a co to? – Ewa pokazała na coś dłonią.
Dopiero teraz zwróciłem uwagę na wąskie, pokryte miękką tapicerką drzwi w rogu pokoju przy oknie. Niewiele myśląc otworzyłem je.
Tuż za nimi znajdowały się drugie, takie same. Pchnąłem je i ze zdumieniem zobaczyłem, że otwierają się w sąsiednim mieszkaniu! Być może nawet w budynku obok. Właśnie wchodzili tam do pokoju jacyś zagadani ze sobą dwaj mężczyźni. Tknięty jakimś przeczuciem szybko zamknąłem jedne i drugie drzwi. Zrozumiałem, po co była na nich ta tapicerka. Służyła wyciszeniu wszelkich odgłosów.

Tym sposobem trop od siódmego, jako ósmego do dziewiątego tajemniczo znikał.

(Skończone w 2018 roku)

Tropy 2: Spadkobiercy

Oto druga część tryptyku napisanego na kanwie snów o Nostradamusie. Akcja i bohaterowie pochodzą ze snu, dane historyczne i nazwiska są efektami moich śledczych poszukiwań. Tekst zagadkowej przepowiedni ujrzałam w wizji i zapamiętałam z niego to, co zapisane.

Ewa Sey

Spadkobiercy

Żywja rozglądała się z ciekawością wokół siebie, gdyż otoczenie wydawało jej się egzotyczne. A jednocześnie dziwnie znajome. W miejscu, w którym przyszło jej się znaleźć przebywało wielu ludzi. Wytwornie ubrani mężczyźni zasiadali na drewnianych krzesłach z wysokimi toczonymi oparciami wzdłuż długiego, dość wąskiego stołu, w wielkiej sali z wysokimi rzeźbionymi drzwiami i stylowym sklepieniem pokrytym skomplikowanymi freskami i zdobieniami. Przez liczne prostokątne okna wpadało popołudniowe światło dnia, tworząc w oparciu o ułożoną mozaikowo posadzkę długie zwężające się jasne graniastosłupy, na których tle wirowały drobinki szarego pyłu.

caumont1

W zabytkowym hotelu miejskim odbywał się właśnie uroczysty zjazd znacznego rodzinnego klanu. Oprócz tych, co zasiedli wzdłuż stołu, inni ważni i mniej ważni bliscy i dalecy krewni stali porozrzucani swobodnymi grupkami w renesansowym wnętrzu. Nieco z boku salonu, odgrodzone ozdobnie kutą barierką znajdowało się miejsce dla najznamienitszych.

portretNostradamus

Patrząc z oddali od strony wejścia do kuchni widziało się w stylowym kryształowym lustrze siedzącego przy małym okrągłym stoliku całkowicie nieruchomo, dostojnie wyglądającego mężczyznę z białą, bardzo starannie przystrzyżoną i zaczesaną brodą. Na oko miał około sześćdziesięciu lat. Ubrany w XVI-wieczny kaftan i beret zajmował miejsce naprzeciw swego syna. Wpatrywał się w niego z wielkim skupieniem jasnymi, spokojnymi, jakby lekko nieobecnymi oczami.

Cesar NostreDame

Syn wydawał się równie postarzały jak ojciec. Nosił prawie identycznie przyciętą posiwiałą brodę, śnieżnobiałą kryzę i z podobną intensywnością patrzył w oczy ojca. Obaj tak głęboko zapadli w siebie, że nie zwracali najmniejszej uwagi na ludzi zgromadzonych wokół.

– Oni się nie poruszą – Żywja usłyszała za sobą cichy śmiech. Odwróciła się i zobaczyła stojącego koło siebie wysokiego eleganckiego mężczyznę w czarnym smokingu, który zagaił z nią rozmowę. – To tylko obrazy. Oba portrety stanowiły przez ponad sto lat własność znanej w Aix rodziny skoligaconej z naszą i są uważane za bardzo ważną symbolicznie spuściznę. Trzeba przyznać, że mają coś w sobie, prawda?
– Tak, są niezwykle autentyczne – przyznała Żywja.
– Wiąże się z nimi pewna tajemnica, przekazywana z pokolenia na pokolenie – kontynuował mężczyzna. – Ale może najpierw się przedstawię… Antoine de Fabri. Widzę, że pani jest tu obca.
– Tak – przyznała Żywja – Znalazłam się w sali przypadkowo. Z ciekawości, muszę przyznać. Pracuję w hotelu jako pomoc kuchenna na czas zjazdu.
– Świetnie, wreszcie ktoś normalny w tym miejscu! Podejdźmy bliżej, sama się pani przekona, że to tylko płótno i olej.

Pan de Fabri podprowadził ją do obu obrazów wiszących naprzeciwko siebie.

– Prezentowany tutaj portret naszego wielkiego wieszcza Nostradamusa jest powiększoną do naturalnych rozmiarów kopią oryginału, namalowanego ręką jego syna Cezara. O, proszę przeczytać napisy w dolnym rogu obrazu.

Żywja w skupieniu odcyfrowała kilka łacińskich wyrazów. Resztę przeczytał na głos pan de Fabri. Po czym swobodnie przetłumaczył z pamięci:

Ten obraz Michela ojca jest Cezara syna
Tenże wykonał onego, acz jego począł ojciec
Tym sposobem ojciec zrodził syna, syn pozostaje także ojcem ojca
I oto dlaczego bogowie śmieją się z niego.

– Nostradamus przepowiedział swemu synowi, że zrozumie i odczyta kiedyś jego proroctwa. Syn nigdy ich nie pojął, żaden duch święty na niego nie spłynął. Nigdy się także nie ożenił i nie zostawił potomków. Jak możemy się przekonać choćby z tego wierszyka, miał do tej przepowiedni stosunek ironiczny. Proroctwo zostało przekazane innej rodzinie. Ale czy ta cała historia panią interesuje? Nie chciałbym zanudzać. Chętnie się nią podzielę, bo dość mam już dźwigania tego śmiesznego ciężaru – zakończył nowo poznany.

Żywja skłoniła głowę, a Antoine de Fabri chwycił delikatnie jej łokieć i skierował ją lekko w inną stronę. Ruszyli powolnym krokiem, jak gdyby przechadzając się po pełnym ludzi zabytkowym wnętrzu dla podziwiania starych obrazów.

– Winny wszystkiemu jest oczywiście sam Nostradamus, a potem jego syn – kontynuował pan de Fabri. – Złożoną drogą dziedziczenia po kądzieli oba portrety, ojca i syna oraz jeszcze jakieś nigdy nieopublikowane notatki Nostradamusa trafiły w ręce rodziny de Fauris. Przepowiednię starannie ukrywano, a od Rewolucji przechowano z narażeniem życia. Obrazy zostały w końcu podarowane społeczeństwu, ale pisaną najcenniejszą spuściznę przekazujemy sobie prywatnie od pokoleń.

Z tonu niektórych zdań Żywja poznała, że jej rozmówca najwyraźniej nie miał najmniejszych pretensji do niesienia sztandaru rodowej przepowiedni.

– Wszyscy synowie, zwłaszcza pierworodni długo wierzyli w owo dziwaczne proroctwo. Potem cedowali je na swoich najstarszych synów. Wielu czekało, aż im się objawią duchowe zdolności i usłyszą obiecaną podpowiedź z zaświatów. Oczywiście daremnie – dodał ze szczególnym półuśmiechem, ni to drwiącym, ni smutnym.
– Czego miałoby ono dotyczyć? – zaciekawiła się Żywja – Tak ogromny szmat czasu świadczy chyba o wielkiej wadze wróżby.
– Rzeczywiście – uśmiechnął się jej rozmówca – Gdyby wziąć ją na serio byłaby to sprawa najważniejsza dla całej ludzkości w tak zwanych czasach ostatnich. Są tacy, którzy uważają, iż czasy te właśnie nadchodzą. A może już nadeszły, któż to wie?

Przechadzali się wzdłuż ściany, na której wisiał długi szereg portretów rodowych przodków, dawnych właścicieli albo utytułowanych rezydentów tego miejsca. Pan de Fabri zatrzymał się przy dwóch z nich.

JulesdeFauris

– Oto Jules de Fauris, przewodniczący parlamentu Prowansji, wielki numizmatyk. Ten następny to jego syn, Alexandre de Fauris, pan na Noyers i Saint-Vincent, ostatni ze swego rodu i nazwiska, zmarł bezdzietnie na początku XIX wieku. On też zajmował się archeologią, numizmatyką oraz różnymi tajemniczymi inskrypcjami. Odziedziczył stanowisko prezydenta po ojcu, który jemu je przekazał jeszcze za swego życia. Taka mała zbieżność, drobne i właściwie nieistotne podobieństwo. Do powtarzającej się historii ojca i syna. Wdowa po nim, pochodząca z naszej rodziny przekazała nam przepowiednię, jako najbliższym powinowatym.

Alexandre-de-Fauris-Saint-Vincent

– Zmarł bezpotomnie, a przecież to jego rodu dotyczył jeden z proroczych wersetów Nostradamusa, pochodzący z pewnego almanachu astrologicznego – dodał jeszcze.
– Co w nim było?
– Proszę mi wybaczyć, jeśli się pomylę. Ale cytuję z pamięci:

Dążenie do hierarchii nie będzie całkiem próżne. Sędziwi zgromadzą się i zjednoczą i staną się prawie niezwyciężeni. Aliści, trzeba uważać na symbol hipopotama i łabędzia, następnie uznana zostanie biała gołębica i jej jednaki par bezżółciowy.

Żywja spojrzała na pana de Fabri szeroko otwartymi oczami.

fauris

– Tak, niezbyt zrozumiałe, jak wszystko, co wyszło spod pióra naszego wieszcza – roześmiał się pan de Fabri – Jednak tyle wiemy, że podwojona biała, a właściwie srebrna gołębica, wraz z podwojonym niejadowitym zielonym wężem znajdowała się w herbie rodziny de Fauris. I tam do ósmego i ostatniego pokolenia oczekiwano narodzin kogoś ważnego, równego parom Francji. To jedna z zagadek, którą bawili się moi przodkowie.

– Czy ktoś już słyszał tę tajemniczą przepowiednię? – spytała prawie szeptem Żywja, aby nie zakłócić szczególnej atmosfery panującej w starożytnym wnętrzu.
– Jak dotąd nie… Jesteśmy już tym mocno zniecierpliwieni – stwierdził z przekąsem jej rozmówca – Trzeba zrozumieć, jakie to niesamowite obowiązki i napięcia niesie ze sobą dla każdego męskiego potomka rodziny. Przed wielu laty zdarzyła się nawet seria tajemniczych morderstw i kradzieży, niektórzy do tej pory nie czują się bezpiecznie. Być może zaszedł jakiś istotny błąd w przekazie, kto wie? Zebraliśmy się tutaj wreszcie na walną naradę. Wszyscy tego nazwiska, choćby pokrewieństwo było już zatarte. Należy wreszcie coś konkretnego postanowić.
– Czy to naprawdę jest aż tak ważne? – zdumiewała się Żywja.
Jednocześnie z ogromnym zakłopotaniem zauważyła nagle biegnącego ku sobie małego czarnego psa. Suczka Miła wyrwała się z uwięzi na zapleczu i wiedziona psim instynktem przedarła przez kuchenne hotelowe pomieszczenia, by dostać się do głównej sali w poszukiwaniu swojej pani. Widać było, że ilość zgromadzonych ludzi mocno ją podnieca i zaciekawia.
– Hm… – Antoine de Fabri potraktował zupełną obojętnością niewielkie zwierzę. Zamyślił się i podrapał w czoło – Sam widziałem przed laty to tajemnicze pismo. Było wydrukowane starą czcionką na pożółkłym czerpanym papierze. Zapamiętałem z lektury jedynie kilka słów. Niestety byłem wtedy jeszcze bardzo młody i głupi. Nie przywiązywałem wagi do tego rodzaju rodzinnych przekazów.
– Jakie to były słowa, można wiedzieć? – dociekała Żywja. Gestem nakazując psu usiąść przy sobie i uspokoić się.

– Owszem. Nie widzę powodu, aby ich nie zdradzić komuś obcemu. Przecież nawet członkowie rodziny nie rozumieją ich sensu. Padły tam słowa: w listopadzie, z czego niektórzy wnoszą, że istnieje termin rozszyfrowania tajemnicy właśnie do listopada roku nieustalonego. Oraz nieco dalej stało wytłuszczonym drukiem: Syn Boży i Człowiek… Doprawdy, nie mam zielonego pojęcia, co miałoby to znaczyć.

– Lubię zagadki – powiedziała Żywja, przytrzymując za obrożę popiskującego psiaka. – Czy mógłby pan sobie coś jeszcze przypomnieć? Choćby drobne i najgłupsze skojarzenie podczas lektury? To niekiedy daje ważną podpowiedź.
Jej rozmówca zamyślił się na dłuższą chwilę.
– Sens tego tekstu przypominam sobie bardzo niejasno. Utkwiła mi w pamięci jednak myśl, że należy zdążyć z rozszyfrowaniem go przed listopadem właśnie?
Oboje spojrzeli znowu na ogrodzone barierką miejsce z boku salonu. Ojciec i syn wpatrywali się w siebie nieustannie, siedząc bez ruchu od stuleci, podobni do siebie nieomal jak dwie krople wody.

– To przecież idiotyzm! – niespodziewanie Żywja usłyszała zniecierpliwiony głośny szept stojącego obok niej pana de Fabri. W tej samej chwili Miła wyrwała jej się z ręki i pobiegła w głąb sali zwabiona posuwistym krokiem usługującego zgromadzonym kelnera, ze skupioną gracją niosącego tacę pełną napojów. Był to jakby moment uwolnienia stłumionej energii, gdyż jednocześnie także Antoine de Fabri drgnął i ruszył zdecydowanie ku siedzącym za długim stołem ważniejszym przedstawicielom rodu. Po chwili stało się jasne, że postanowił wreszcie rozpocząć publiczną dyskusję na interesujący wszystkich temat.
Żywja pozwoliła na razie umknąć psu, gdyż ta scena przykuła jej uwagę.
Jej przewodnik podszedł do długiego stołu, pochylił się ku siedzącym. Zabawnie i obcesowo podrapał najbliższego z nich w brodaty podbródek, a potem drugiego, znajdującego się naprzeciw niego, mówiąc głośno tak, aby wszyscy usłyszeli:
– Dobrze, dobrze, ale ile czasu można tak siedzieć i gapić się w siebie? W końcu znowu syn stał się prawie tak samo stary jak ojciec i wciąż nic!
Po czym obrócił się energicznie na pięcie i wyszedł zamaszystym krokiem z sali.

Wzbudziło to ogólne poruszenie. Rozgorzał szmer dyskusji, a o to chyba chodziło prowokatorowi. Żywja nie czekała już na reakcję rodziny, gdyż czuła, że musi jak najszybciej znaleźć zgubionego psa. Lawirując pomiędzy tłumem dyskutujących, którzy tłocząc się ruszyli w kierunku zaskoczonego seniora rodu, przeszła do innej części sali zapełnionej dalszymi krewnymi. Ci nie czuli się zbytnio związani z naczelnym hasłem rodziny i choć mieli pełne prawo brać udział w zjeździe, przypatrywali się zdarzeniu z dystansu.
Po drodze wypatrywała między nogami stojących i przechodzących ludzi czteronożnej zguby. W końcu zmieszała się z niewielką gromadką zachowujących całkowity spokój osób i po dłuższej chwili z ulgą dostrzegła swoją małą czarną ulubienicę.

Miła biegła z całych sił, jak gdyby goniona przez kogoś za psotę nieposłuszeństwa. W końcu skuliła się w najbliższym kąciku, patrząc z nieśmiałą pokorą i uwagą w górę na ludzi, którzy ją otoczyli. Ktoś wyjął jej z pyska część rury od odkurzacza, którą najpewniej chwyciła gdzieś na zapleczu. Rura była w środku trochę zanieczyszczona czymś czarnym i lepkim jak smoła, ale drożna i ten, co schwytał psa spróbował przez nią popatrzeć. Potem pokiwał głową.

– Panowie, potraktujmy to jako podpowiedź Opatrzności względem dręczącego nas problemu i postawionego właśnie pytania. Owa rura wydaje się znakiem przez nią zesłanym w tym ważnym dla nas momencie. Pozwolę sobie odczytać go jako kanał, który otworzy się i Bóg ześle nam przez niego rozwiązanie, pomimo prób udaremnienia nam tego ze strony ciemnych sił.
– Zgoda – przyznał mu rację inny Fabri i zwrócił się do wszystkich rozglądając się po wnętrzu sali – Czy ktoś z państwa wie, do kogo należy ten piesek?
Żywja natychmiast ukryła się za plecami jakiegoś człowieka. Niestety, jej pies już ją zauważył i zaczął popiskiwać merdając radośnie ogonem i rwąc się w jej stronę.

Tropy 1: Nic

Przyszedł czas na kolejne opowiadanie, w którym znów pojawia się Paryż, ten znany mi ze snów, bo na jawie nigdy – przynajmniej w tym życiu – w nim nie byłam. Pojawia się także wzmianka o panu de Fauris, poznanym w „Pojedynku z cieniem” i zagadka, jaką zostawił Nostradamus do rozwiązania, a o której będą traktować jeszcze dwie następne, powiązane z tą, nowele. Wszystkie napisałam na podstawie snów, wymyślając jedynie imię i nazwisko swej wyższej śniącej formie, jak i nazwisko francuskiego badacza zagadek, o którym śniłam dwa razy i z tych snów pochodzą informacje padające w rozmowie bohaterów „Niczego”. Treść rozmowy, którą ubrałam w słowa przyszła do mnie w dużej mierze drogą bezpośrednią, telepatycznie, towarzyszyły temu wizje tekstów i zapisów w głębszym transie.

Ewa Sey

Tropy

TWOJE PÓŹNE nastanie CEZARZE NOSTRADAMIE, mój synu, pozwoliło mi poświęcić wiele swojego czasu nieustannym nocnym czuwaniom na to, by zastrzec pisemnie tobie pozostawienie pamięci, po cielesnym zgaśnięciu twego progenitora, ku zarazem korzyści ludzkości, o tym, co Boska esencja poprzez astronomiczne obroty dała mi poznać. I stąd, że spodobało się Bogu nieśmiertelnemu, byś nie był ubrany we wrodzoną światłość na tej ziemskiej niwie, & nie chce objawić twych lat, które jeszcze-ć nie nadeszły, aliści twoje miesiące Marsowe niezdolne są przyjąć w swoje słabe zrozumienie tego, co będę zmuszony po mych dniach określić; przeto nie jest możliwym zostawić ci na piśmie tego, co ma być zębem czasu zatarte; albowiem dziedziczne słowo tajemnej przepowiedni będzie w moim żołądku zawarte.

(Michel Nostradamus „List do syna Cezara” 1-3)

Nic

Język francuski uwiódł Żywję Siedliszczankę dawno temu. I pozostawał w sercu ciągle. Jak perła budowana w bolesnym znoju przez morskiego małża.
Szczególna atmosfera Gare du Nord, na którym wysiadała po długiej podróży pociągiem jadącym z Warszawy przez Berlin budziła w niej zawsze namiętną i długo potem odczuwaną tęsknotę za Paryżem. Niekiedy krążyła po dworcowych halach, odbierając wszystkimi zmysłami wszelkie wonie, smaki i słysząc przejmujący gwar tego miejsca. Wysiadywała na peronowych ławkach witając przyjeżdżające i odprawiając odjeżdżające podmiejskie i dalekobieżne pociągi. Obserwowała wymijających ją ludzi z bagażami i bez, innojęzycznych podróżnych o różnych kolorach skóry obładowanych plecakami i torbami turystycznymi toczonymi na kółkach, wypatrując pośród nich znajomych nieznajomych. Niekiedy witała się z długo oczekiwanymi osobami, które znała tylko tam, w tym szczególnym mieście. Albo żegnała z nimi ze ściśnięciem serca i łzami, które o poranku spływały spod powiek schnąc szybko na policzkach. Miała wrażenie, że w tym wyraźnym, choć wyśnionym świecie znali się głęboko i blisko od zawsze lub też łączyła ich wspólna pasja.

Montmartre

Spacerowała nieraz szerokimi bulwarami, albo zagłębiała się w wąskie brukowane  uliczki, zachodząc do nastrojowych kafejek w starych kamienicach w porach najmniejszego ruchu. Choćby po to, aby zza kawiarnianej szyby pogapić się na przechodniów. Albo spotkać tam i porozmawiać z kimś wyczekiwanym. Tak jak to się stało i tym razem.

Gaweł, młody i nader delikatny mężczyzna ubrany w połyskliwą rubaszkę ze śnieżnobiałego jedwabiu, wyszywaną na mankietach i przy kołnierzu w czerwono-błękitne ruskie wzory, poeta i lingwista znający świetnie kilka języków, przyjaciel od kilkunastu lat, z którym nieczęsto się spotykała, ale bardzo obficie niekiedy korespondowali, przyniósł jej właśnie do pokazania rzadki literacki rarytas. Było to dzieło niszowego, acz znanego na świecie francuskiego wieszcza, wydane w osobliwy sposób. Składało się z wielu krótszych i dłuższych utworów, które ich autor pisał i publikował każdego roku przez szesnaście ostatnich lat swego życia. Każda strona była doskonałą kopią wydań oryginalnych. Robionych na czerpanym pergaminowym papierze w różnych rozmiarach i o rozmaitej fakturze.

teksty.gif

Tekst, odbity oryginalnie ręczną prasą był drukowany bardzo różnymi czcionkami, od dużej do maleńkiej, kursywą lub majuskułą, miejscami zamiast liter zdarzały się jakieś dziwne pojedyncze znaczki lub piktogramy. Niektóre wyrazy były specjalnie zapisane z błędem, dodaniem niepotrzebnej litery albo odjęciem potrzebnej, z rzadka niespodziewanie kolorowane. Czasem pochodziły z innych języków, katalońskiego, prowansalskiego, romańskiego, łaciny czy greki. To wszystko miało coś znaczyć, jak wyjaśnił Gaweł.

Od setek lat głowili się nad zagadkowymi zapisami uczeni pasjonaci twórczości poety, uchodzącego powszechnie za wielkiego proroka przyszłości, oraz różni nawiedzeni ignoranci i maniacy z całego świata.
Ponadto wybrane strofy miały swoje numery, ale nie były to numery kolejne. Utrudniało to dodatkowo sam proces czytania i rozumienia treści.

Dzięki tym rękodzielniczym cechom oryginalny tekst sprawiał wręcz czarodziejskie wrażenie. Fascynował tajemniczą i drobiazgowo przemyślaną formą, strukturą i zawartością. Niemożliwą do zrozumienia wprost, a jednocześnie uderzającą silnie w inne zmysły, wzroku, smaku, węchu, dotyku.

– To też ma swoje znaczenie i cel – wyjaśnił Gaweł, sam od czasu do czasu zajmujący się pisaniem własnej poezji i wydawaniem jej w niewielu pomysłowych egzemplarzach. – Całość oddziałuje jednocześnie na obie półkule mózgowe, uruchamiając skojarzenia i wglądy. Przynajmniej u niektórych uzdolnionych ku temu czytelników.

Ponadto żadne tłumaczenie ze starofrancuskiego oryginału nie oddawało szyfru w nim zawartego. W innych językach trzeba było wieloznaczne szczegóły mozolnie omawiać w długich i nudnych przypisach.

– Ten szyfr zdaje się coś ukrywać, ale w istocie nie niesie żadnego sensu – stwierdził w końcu Gaweł. Miał zmęczony wyraz twarzy. Ślęczał nad tłumaczeniem wybranych fragmentów od kilku tygodni, zarywał noce, aby w końcu poczuć to, co właśnie oznajmił.
– Jak to? – zdziwiła się Żywja – Facet tak się przez lata napracował, aby ukryć NIC? Pustkę?
– Raczej Pustość, może w sensie buddyjskim? – wymruczał Gaweł. Zamówił u ładnej kelnerki ciastko z kremem i kawę. Alkohol od kilku lat szkodził mu na żołądek, nawet wino. Miał słabą głowę. Popadał po nim w dziwne i nieprzyjemne stany.
– Takie mam podejrzenie – podkreślił na koniec, z wegetariańskim apetytem zlizując słodki krem z ciastka. – Właściwie osobistą subiektywną pewność. Żeby do tego dojść musisz rzecz dokładnie sama zbadać tak, jak ja.

Żywja z niedowierzaniem zagłębiła się w kilka rymowanych strof na jednej z nieco już pożółkłych pergaminowych płacht.
– Oczywiście opinie mogą być różne – dodał Gaweł. – Na przykład niedawno znalazłem dwa eseje, dwadzieścia lat temu wydane w kilkudziesięciu egzemplarzach w niszowym periodyku ezoterycznym, przez pewnego pasjonata naszego proroka. Interesujące pod kilkoma względami. Zobacz sama – i wyciągnął z papierowej teczki plik kopii reklamowanych utworów.
Żywja sięgnęła po nie z ciekawością. Tekst okazał się trudny do odcyfrowania. Drobny druk, częściowo niewyraźnie odbity na kopiarce, było w nim mnóstwo cytatów pisanych jeszcze drobniejszą kursywą i odniesień do rozległych i licznych przypisów na końcu.
– Możesz przybliżyć temat? Widzę, że poradzę sobie z odczytaniem dopiero w domu, potrzebuję na to więcej czasu.

– Autor tych omówień, wieloletni badacz dzieła wieszcza, nazywa się André Dupont. Nic mi o nim nie wiadomo, poza kilkoma wzmiankami o nim w pracach jednego z bardziej znanych francuskich specjalistów tematu. Dupont zajmuje się (albo zajmował, bo nie wiadomo, czy jeszcze żyje) wyszukiwaniem w oryginalnych pierwszych wydaniach utworów naszego poety właśnie takich niezrozumiałych znaków, sylab, wetkniętych w zdanie znienacka obcych słówek, piktogramów, a także barwionego druku. Starannie je zebrał i poklasyfikował. To on właśnie uznał, że należy je czytać w pierwotnej czasowej kolejności, nie stosując się do numeracji wersetów. Ona być może służy zmyleniu poszukiwaczy kodu. Choć ma też inny cel.
– Czyli najciemniej jest pod latarnią – uśmiechnęła się ze zrozumieniem Żywja.
– Dupont spisał owe znaki, litery i sylaby w rzędy, zgodnie z utworami i datami ich wydawania. Po czym podzielił na „wyrazy” według podanej w tekstach swoistej numeracji. Liczba kolejna wskazywała według niego na ilość liter w wyrazie, bądź odliczał owe litery w wersetach według wskazanej przez autora cyfry. To bardzo skomplikowane. Bawił się w to wiele lat. Najpierw spisując wszystko i licząc ręcznie, z czasem przeszedł na komputer.
– Co takiego miał zamiar w ten sposób odkryć? – zaciekawiła się Żywja.
– Wyszedł z samych deklaracji naszego poety. Że nadejdą czasy, gdy pojawią się jego przyjaciele wcielający tajemnicę, i wtedy zostanie ona zrozumiana.
– Ach, mówisz o braciach krwi, spadkobiercach Poselstwa i szwadronie Boga – kiwnęła głową Żywja. – Rzeczywiście coś takiego napisał.
– Otóż Dupont uznał, że w zrobionych przez niego wyciągach znaków i liter są informacje o tych osobach z przyszłości, ich nazwiska, daty urodzenia i inne szczegóły. Mało tego, także wskazówki na temat ich różnych ziemskich wcieleń. Jego samego interesowała głównie postać naszego poety. Szukał potwierdzenia dla rewelacji pewnego mało znanego jasnowidza, który głosił na podstawie swej wizji, że inkarnował on trzy razy. Wcześniej jako biblijny prorok Daniel, a później jako pewien francuski erudyta i miłośnik starych manuskryptów, żyjący na przełomie wieków XVIII i XIX.
– Czy coś udało mu się odczytać?

Gaweł pochylił się nad jedną ze stron kopii i po krótkiej chwili poszukiwania wzrokiem pokazał wybrany fragment palcem.
– Może to są jakieś nazwiska, trudno potwierdzić, trudno zaprzeczyć. Owa trzecia inkarnacja proroka nazywała się według Duponta: dNeyar. Lub podobnie.

Żywja zagłębiła się na dłuższą chwilę w tekście. Zmarszczyła brwi. Podany szereg dziwnych znaków i bełkotliwie brzmiących słów niewiele jej mówił.

– Prawda? – roześmiał się nagle Gaweł, spoglądając jej prosto w oczy.
– Co takiego?
– Każdy szuka najpierw własnego nazwiska. Ja też się na to nabrałem…
– Prawda – przyznała Żywja. – Ale coś znalazłam. Patrz!
Wskazała palcem nazwisko mLene Vnneav. W przypisach badacz stwierdzał, że podany zapis jest nieadekwatny, bo czcionki, które podaje jako nn w oryginale były odwróconymi do góry nogami literami vv.
– Uwzględniając też fakt, że niegdyś używano czcionki U i V zamiennie, można je odczytać jako Unneau, jakaś woda. Albo Vuve/vive eau – żywa woda. Albo odwracając je jak w lustrze Nuveau, lub nawet Neuv-an.
– Niu ejdż? – Gaweł podniósł brwi.
– Tak jakoś, niwa nowego wieku.
– I co z tego? Podobnie można rozczytać wiele z innych podanych wyrazów, zlepków sylab.
– Znam Marlenę Nuveau. Ze snów.
– O!
– To anioł. Jak sądzę. Choć nie przeczę, że mogła się urodzić jako człowiek, nawet wielokrotnie. Tak samo może być i z innymi. Zastanowię się. Dziękuję za wysiłek, jaki temu poświęciłeś – stwierdziła Żywja. I na koniec zapytała ni w pięć, ni w dziewięć:

– Sam pomyśl. W jaki sposób Pustość mogłaby zrodzić Coś? Jak Nic mogłoby stać się Czymś, a nawet Kimś? Jeśli Nic pozostaje na zawsze tym, czym jest, czy raczej nie jest, to może jedynie podszywać się pod Coś, ubierać w jego formę, udawać i mieszać Coś. A może także na swój sposób żywić się Czymś, zmieniając w Nic, lub coś zbliżonego do Niczego.
– W takim razie może wyczuwam taką grę? Czegoś z Niczym? Lub może prawie z Niczym, bo przecież zero absolutne z definicji nie istnieje – stwierdził spokojnie Gaweł i spytał po chwili:
– Wierzysz w anioły?
– Hm. Nie wierzę w nic poza tym, czego sama doświadczam. Jednak im nie przeszkadza pojawiać się w moich snach. Nie wiem kim lub, czym są. Mają swoje opowieści, poszczególną historię, pamięć, cele, charaktery, życiorysy, imiona. Kochają i nienawidzą, boją się i wierzą, trochę jak my, ludzie. Być może niektórzy z nas mają z nimi więcej wspólnego, niż inni. Kto to wie? Może jedynie nasz autor zagadek.

Gaweł nic nie odrzekł, tylko wpatrywał się w Żywję z nieznacznym uśmiechem na twarzy.
– Ależ nie! Nikim takim nie jestem! – zaprzeczyła gwałtownie Żywja – Albo tak! Jestem nikim albo niczym ubranym w coś czy raczej w kogoś. Oto cała prawda. Której nawet nie muszę udowadniać. Tak jest oczywista.
I wstała od stolika, by udać się w kierunku czegoś, co wciąż spało głębokim snem w swoim łóżku. Coś otworzyło oczy, nic nie rozumiejąc ze snu, który właśnie rozpuszczał się w świetle wschodzącego dnia. A może było na odwrót? Nic otworzyło czyjeś oczy.

 

Pojedynek z cieniem

Przedstawiam moje opowiadanie, które powstało na bazie wizyjnego snu z bodajże 2003 roku. Długo bohaterowie nie mieli swoich prawdziwych nazwisk, tylko miejsce określiłam szybko i precyzyjnie. Odnajdując stare ryciny ukazujące wygląd Bastylii i okalających ją przestrzeni. O ile tekst, który recytował mi szybko i monotonnie głos śnienia także udało się zidentyfikować, a także dwóch panów rewolucjonistów, przewodniczącego Towarzystwa Przyjaciół Czarnych i tego, który usiłował ostrzec króla Ludwika przed szykującym się wzburzeniem tłumów, to narrator, postać, przez którą śniłam, był dla mnie zagadką najdłużej. Odkryłam go dość skomplikowaną drogą śnienia, skojarzeń i poszukiwań. A zaczęło się od pamięci proroka Daniela, która mnie dawno temu zagarnęła całkiem na jawie, a potem we śnie, w którym dowiedziałam się, że Daniel był poprzednią inkarnacją Nostradamusa, i że miał on jeszcze trzecią, ostatnią, urodzonego w XVIII wieku francuskiego erudyty zajmującego się zagadkami. Wystąpił on w innym śnie wizyjnym, w którym odtworzyły mi się szczegóły z jego życia oraz jego wygląd. Posłużyły do identyfikacji, gdy pewnego razu, szukając przy okazji wpisu blogowego informacji o dziedzicach portretu Nostradamusa, namalowanego przez jego syna trafiłam na biografię tego człowieka we francuskiej Wikipedii! Równie długo trwała identyfikacja więźnia Bastylii ogarniętego przez cień. Dopiero zerknięcie na portret starego markiza de Sade przekonało mnie zupełnie, kim była ta postać ze snu. Treść rozmowy dwóch nieznajomych była we śnie podana drogą bezpośrednią, z umysłu do umysłu, może więc zawierać moje niedoskonałe przekręcenia przy ubieraniu sprawy w słowa. A oto opowiadanie.

Ewa Sey

Pojedynek z cieniem

Późną wiosną 1771 roku pogoda była doskonała, zachęcająca do spacerów. Paryż, w którym od kilku tygodni przebywałem, wciąż mnie pociągał i każdego dnia nie potrafiłem oprzeć się pokusie wielogodzinnej przechadzki. Z początku poznawałem stolicę dość chaotycznie i przypadkowo, przebiegając bogate centrum i brudne ulice, śmierdzące rozkrzyczane rynki i nędzne przedmieścia, zaglądając do sięgających nieba gotyckich kościołów i zapełnionych starymi księgami i woluminami magazynów w poszukiwaniu czegoś, co trudno było mi nazwać.
Wszędzie znajdowałem zbutwiały zapach jakiegoś pradawnego świata, którego wielokrotnie w czasie kopiowane ślady już dawno skryły się w głębinach ziemi, w ciszy bezmiaru nocy i krzyku bezliku dni, które nad nim przeszły i przechodzić będą. Woń stęchlizny i czegoś jeszcze, jak narkotyk wciągającego wyobraźnię i serce, nie dawała mi zasnąć, budziła często i zrywała każdego ranka wcześnie, nakazując iść jej tropem. Koniecznie. Nie wiem, po co. I ku czemu.
Wcale nie szło mi o zyskanie uszczęśliwionego poczucia, że oto patrzę na świat jak Paryżanin. Mimo, że byłem prowincjuszem, młokosem nieznającym jeszcze życia, chętnym jego używania, ambitnym i łasym sukcesów. Zdążając za głosem serca, szukałem przede wszystkim jakiegoś impulsu, o którym mógłbym wreszcie pomyśleć, że wprawił mnie w ukierunkowany trwale ruch. I z którym mógłbym wrócić do swego tradycjonalistycznego świata, nie pytając o nic więcej.

W zarozumiałości swojej, a może w skromności, trudno mnie to oceniać, oczekiwałem wizji ukazującej mi sens życia, nie mojego, ale wszystkich ludzi, bo moja droga została już wyznaczona przez nobliwych przodków i rodzinę. I na to wpływu nie miałem. Jednak wierzyłem, że spojrzawszy na swoje zaplanowane życie stąd, z Paryża, serca Europy, niejako z lotu ptaka zobaczę własne zadanie w jakimś niepowtarzalnie szerokim kontekście. Może zrozumiem sens tajemniczych inskrypcji, run, reliefów i płaskorzeźb rytych odwiecznie na murach i portalach kościołów, pałaców i kamienic, wśród kolumn, stiuków i kamiennych figur, albo układanych w mozaikach i witrażach katedry Notre-Dame, wybitych na starych medalach i monetach, na płytach cmentarnych, zapisanych w pachnących kurzem i pleśnią zwojach, traktujących o ukrytym grobowcu Jezusa, lub zaginionych skarbach Rzymian? Od dziecka nosiłem w sobie przekonanie, że na takie zagadki doskonale znam odpowiedź, tylko ją po prostu zapomniałem. I winienem, co najwyżej obudzić swoją pamięć.

Paryż jednak, mimo swej wielkości i przedziwnego piękna, choć wprawiał mnie w pożądane natchnione drżenie, wciąż nie dawał żadnego wyjaśnienia. Jedynie budził zmienne nastroje, jak u rozkapryszonego dziecka, czy dorastającej panienki. Wewnętrzny niedosyt wcale nie znikał i może właśnie z tego powodu, któregoś razu, na przekór wewnętrznemu rozedrganiu uciszyłem swój umysł, zwolniłem kroku.
Przechadzałem się ulicami i alejami wolno, uważnie, bez żadnego celu i planu, śledząc własne myśli i odczucia na widok kamiennych form, posągów i groteskowych zdobień, które odruchowo przykuwały moją uwagę. W końcu zaczęły mi się one wszystkie zdawać jakimś niezrozumiałym pradawnym pismem, mieszczącym dawno zapomniane wyklęte treści i zawierającym opisy zdarzeń, o których nikt z nas, przechodniów nie miał pojęcia. Oglądane z marszu pismo owo przesuwało się na obrzeża umysłu, który już po godzinie zapadał w jakiś półsen, pół jawę, ciało zaś wykonywało przyrodzone ruchy i wybierało samo dla siebie kierunek.

Pewnego dnia niespodziewanie, w trakcie takiej długiej bezmyślnej wędrówki aż za rogatki miasta natknąłem się na coś, co mnie zaciekawiło i jak gdyby przebudziło z paryskiego transu. Przystanąłem, aby przyjrzeć się temu, co tak zainteresowało dwóch ludzi, którzy zatrzymali się i dyskutowali ze sobą najwyraźniej już od dłuższego czasu.

bastylia

Po drugiej stronie placu wznosiła się murowana z kamienia i cegły średniowieczna forteca, od kilku wieków służąca za więzienie. Ponieważ przebywałem w stolicy po raz pierwszy w życiu, od razu zacząłem przyglądać się potężnemu budynkowi okiem rysownika, oceniając i starając się zapamiętać wszelkie architektoniczne detale. Żałowałem, że tym razem nie wziąłem ze sobą szkicownika. Mimo wszystko postanowiłem uwiecznić na papierze tę imponującą budowlę zaraz po powrocie do wynajmowanego mieszkania.

W grubych kamiennych ścianach narożnej baszty wchodzącej w skład zamkowych umocnień z rzadka rozmieszczone były w jednej pionowej linii zakratowane okna wpuszczające do środka niewielką doprawdy ilość światła. Szczyt został zbudowany na szerszej podstawie i okolony zabezpieczającą barierą z kutego żelaza. Tworzyło to na dachu taras widokowy, zapewne – jak sobie natychmiast wyobraziłem – znakomicie nadający się do obserwacji miejskiego życia.
Z dołu, gdzie się znajdowałem widać było teraz stojącego tam szlachcica. Mógł być tak samo naczelnikiem więzienia, jak i jakimś znacznym więźniem, nie potrafiłem tego ocenić. Ubrany w jasne pończochy, atłasowe spodnie i haftowany żakiet włożony na kamizelę i koronkową koszulę z żabotem, w peruce na głowie patrzył nieruchomo przed siebie oparłszy dłonie o żelazną barierkę. Ręce usztywnione przy tym w łokciach i sylwetka odchylona nieco do tyłu zdradzały człowieka pewnego siebie i przywykłego do rozkazywania. Wzrok wbił gdzieś w daleką perspektywę miasta rozciągającą się ze szczytu więziennej budowli.

Po dłuższej chwili kontemplowania z zadartą głową jego sylwetki, rozejrzałem się uważnie wokół siebie. Stwierdziłem, że znajduję się w zacnym towarzystwie dwóch energicznych mężczyzn w sile wieku, którzy przechadzając się po placu wolnym krokiem przystanęli blisko mnie i także przyglądali się ogromnej budowli. Moją mimowolną współobecność przyjęli bez najmniejszego zdziwienia i ani na moment nie ściszyli głosu w rozmowie, którą ze sobą toczyli. Odniosłem wrażenie, że obaj znali już ten bastion od środka i widok człowieka stojącego na szczycie ożywił w nich jakieś wspomnienia. Umilkli jednak na chwilę i spojrzeli na mnie przenikliwie, choć życzliwie, oceniając moją osobę jednym rzutem oka. Kiedy zauważyli, że właśnie na nich patrzę delikatnie skłonili się przede mną, każdy po kolei, kładąc przy tym jedną rękę na sercu, a drugą ujmując w palce trzymany pod pachą trójgraniasty kapelusz.
Zdjąłem i ja swoje nakrycie głowy i przedstawiłem się w zgodzie z dobrymi manierami, które mi okazali pierwsi.
– Pozwolą panowie, jestem Alexandre de Fauris, pochodzę z Aix-en-Provence.
Jednak w zamian nie raczyli dać mi się poznać z imienia i nazwiska, a szybko powrócili do przerwanej rozmowy. Co prawda odniosłem odtąd wrażenie, że natychmiast uprościli swe wywody, abym i ja mógł coś wynieść z ich dyskursu.

– Już od naszych narodzin jesteśmy świadkami procesu, który został wywołany przez zastosowanie wysublimowanej techniki – tłumaczył jeden z nich, wyraźnie skierowując objaśnienie ku mnie. – Wyjątkowo silna i specjalnie skonstruowana camera obscura, która jak księżycowa soczewka skupia światło słonecznej laterna magica od dawna rzuca promień, który w pewnym momencie ma całkowicie rozjaśnić od wewnątrz osłonięty świat. Ta niezwykła technologia sprawi, że w pewnej określonej chwili w jego środku samoistnie zrodzi się monstrum. Zostanie przywołane postanowieniami, działaniami, wyobrażeniami i uczuciami wszystkich jej uczestników. Oczywiście proces inkubacji potwora trwa dłuższy czas. Na koniec pojawi się rzeczywiście pośród ludzi jako jeden z głównych bohaterów, obdarzony świadomością i możliwością podejmowania decyzji.

Musiałem mieć nietęgą minę, gdy zorientowałem się, że przebywam z ludźmi, o których zajęciu i stanie nie mam najmniejszego wyobrażenia. Uznałem jednak szybko, że są filozofami, a zapewne także pisarzami dyskutującymi o jakichś sobie tylko znanych koncepcjach.
– Można wiedzieć, czemu ma to wszystko służyć? – zdecydowałem się włączyć do rozmowy i podjąłem swą rolę przygodnego słuchacza.
– Hm, sprawa jest w istocie bardzo skomplikowana – odparł grzecznie drugi z zagadniętych. – Ale spróbuję ją panu przystępnie objaśnić. Otóż do tej pory stosowano manipulację światem z zewnątrz. Wszelkie święte teksty i nieziemskie postacie, do których modlił się lud, a także trony, wobec których pełzał na kolanach były kreowane i stanowione na wyższym poziomie. Jeśli ukazywały się w niższym świecie to na zasadzie ruchomego obrazu, który odbierał hołdy lub odpowiednio przerażał gawiedź. Sterowało to rozwojem systemów i przekonaniami ludzi, a bóstwom i ich wynagradzanych stanowiskami sługom pozwalało kontrolować wydarzenia w zgodzie z własnymi interesami. Lud zachowywał dzięki temu harmonię ze środowiskiem, ale także pewien rodzaj bierności duchowej i poddaństwa, które czynił z niego nieświadomy tłum niewolników.

Zaiste, styl owej wypowiedzi zdumiał mnie jeszcze bardziej. W mojej głowie zaczęły lęgnąć się pytania przede wszystkim na temat pochodzenia owych ludzi, z którymi wdałem się w rozmowę. Używali pojęć, których nie rozumiałem, mówili o rzeczach niebywałych słowami, które brzmiały w mych uszach obco i dziwacznie. Kim byli? I o czym w istocie rozprawiali?

– Panowie, wybaczcie – skłoniłem się wtedy przed nimi – choć możecie mnie brać za młokosa, to znam dzieła Jana Jakuba Rousseau, czytałem też pisma Monteskiusza i Diderota. Mimo, że rozprawiacie z takim oświeceniem i pewnością siebie o rzeczach boskich i ludzkich, nie jesteście, jak sądzę do końca zwolennikami uzdrawiającego powrotu do natury, zrównania stanów ani oświeconego ateizmu, prawda?

Mężczyźni spojrzeli po sobie z lekkimi uśmiechami na twarzach.

– I tak, i nie – usłyszałem zdawkową odpowiedź – paradoksy istnienia sięgają źródła źródeł i dotyczą wszystkich stworzonych i bytujących odwiecznie istot. Tym niemniej pozwoli pan, że dokończymy naszą rozmowę niezależnie od tego, co pan z niej zdoła dla siebie wynieść.
– Jesteście panowie filozofami, czyż tak? – zapytałem jeszcze.
– Poniekąd tak. Poniekąd nie tylko – odpowiedział pierwszy z mych przygodnych znajomych.
– Zatem nie przeszkadzam – poddałem się – i słucham panów z całą powagą.
– Proces, który dopełnia się w naszych czasach ma na celu ostateczne obudzenie się świadomości duchowego przeznaczenia u wszystkich bez wyjątku rozumnych istot w obrębie tego zawarowanego świata – mój współrozmówca wrócił prędko do tematu.
– Już został zainicjowany bieg zdarzeń wiodących ku wielkiej rewolucji. Ma przynieść ona samoistne obudzenie mocy zawartej w środku utrzymywanych dotąd w złudzeniu niższych światów – podjął spokojnie wywód drugi z mężczyzn. – To, co się ukaże w rezultacie inspirowanych zjawisk nie będzie „domalowane” na planszy przez twórców zastraszających efektów specjalnych na ziemskiej scenie, jak to robiono do tej pory. A ludzie nie będą śnili na jawie za pośrednictwem aktorów o spotkaniu z potworem, gdyż pojawi się on rzeczywiście między nimi. Jednym słowem zrodzi się spośród nich.
– Proszę mi coś wyjaśnić – zadrżałem. – Jeśli diabeł jest naszą wspólną ogólnoludzką projekcją, niejako zmaterializowaną mocą naszych grzesznych pożądań, to nie zaprzeczycie chyba panowie, że na tej samej zasadzie może istnieć także Bóg.
– Co do tego to musi pan uwierzyć nam na słowo, że Bóg istnieje rzeczywiście i niezależnie od nas – uśmiechnął się mój rozmówca.
Podjąłem wspólną zabawę i zacząłem brnąć w swój wywód zgodnie z ich domniemaną koncepcją wszechrzeczy.
– Bóg jednak może nas wchłonąć z powrotem w siebie w każdej chwili?
– Dokładnie tak jak kończy się przedstawienie w teatrze. Zapada kurtyna, gasną światła, aktorzy znikają ze sceny, autor wraca do domu.
– A więc jest prawdziwym potworem! – wykrzyknąłem.
– Sam pan widzi, że każdy medal ma dwie strony – roześmiał się pierwszy z mężczyzn.
– Z tego powodu wymyślił sobie zniszczenie nas w tak okropny sposób? Pozwalając nam, swemu niedoskonałemu i ograniczonemu stworzeniu przemienić się w diabła! A zapewne następnie przykładnie go ukarać unicestwieniem!
– Nadal pan nie rozumie… – spoważniał drugi z nieznajomych i przemówił, zaiste z dziwną pewnością swego – Bóg pokochał ludzi tak bardzo, że postanowił zniknąć dla ich świadomości, przestać istnieć, jeśli ludzie tego tylko chcą. Obdarzył swoje stworzenie wolnością wyboru. To ono samo postanowi o swej przyszłości.
– Ludzkość wciąż nie zna mocy własnej wyobraźni i woli, która zresztą była do tej pory wyręczana i zręcznie sterowana – zamyślił się pierwszy z mężczyzn. – Oto nadchodzą czasy uwolnienia. Ludzie zrobią, co zechcą.
– Wszyscy rozumiemy, że dominuje w nas czynnik grzechu i skłonność do upadku. To ogromne ryzyko… – zasmuciłem się.
– Z tego powodu już od dawna ludzie nie są sami – odparł tajemniczo mój rozmówca.
– Czemu jednak mają być tego aż tak straszliwe konsekwencje? Nie rozumiem.
– To najskuteczniejszy sposób na obudzenie się ze snu i uświadomienie sobie własnej mocy. A tkwienie w grze to przecież nieustanny sen duszy – odpowiedział spokojnie drugi z mężczyzn.
– Strach paraliżuje, ale także mobilizuje wolę przetrwania w stopniu, którego ludzie nie przeczuwają. Cóż to za bóg, który nigdy nie zmierzył się z diabłem i nie zwyciężył go? A przecież powiedziano „bogami jesteście”.
– Łatwo to chyba mówić wam, panowie, którzy stoicie… z boku – stwierdziłem z przekąsem.
– Myli się pan. Bierzemy udział w tej rozgrywce osobiście – pierwszy z nieznajomych niespodziewanie parsknął śmiechem.

Umilkliśmy. Byłem oszołomiony. I nagle poczułem ogarniającą mnie dziwną słabość.
– Cóż ci to, Prowansalczyku? – usłyszałem zaciekawiony i jakby lekko ubawiony głos drugiego z moich rozmówców. Wtem zdało mi się, że ów jego głos oddala się ode mnie i brzmi coraz ciszej – Dotąd nie wierzył pan w diabła, prawda? Niechaj się pan wesprze na mnie…
– Nie, zaraz mi przejdzie – odparłem, ale poczułem, jak krew uderza mi do głowy gwałtowną falą. Doprawdy nie rozumiem, co się ze mną w tamtym momencie stało. Do tej pory pozostaje to dla mnie zagadką. Nie mam pojęcia, czemu pamiętam obrazy, a nie słowa z tego, o czym rozmawiali moi przygodni znajomi.

condorcet

Bo przecież widziałem na własne oczy, pozostając jednocześnie na placu paryskiego przedmieścia, jak pośród ożywionego ruchu w całym kraju zaczyna wyróżniać się pewien znaczny mężczyzna. Było ich w istocie wielu, lecz ten wydał mi się podobny do jednego z moich napotkanych przygodnie na placu rozmówców. Nosił się czarno, wszystkie elementy jego stroju, od stóp do głów były czarne, nawet koszula i żabot oraz pióro u dwurożnego kapelusza.

Mirabeau

W pewnej chwili pojawił się u jego boku inny. Z twarzą szeroką i poważną, z bystrym spojrzeniem wielkich, nieco wybałuszonych oczu przemawiał ze swadą stojąc wprost przed królem w pałacowej sali. Jego poza była pełna uszanowania, lecz ruchy i ton głosu zdecydowane i mocne. Królu, Sire – przemawiał – racz usłuchać dobrej rady, nim stanie się najgorsze!
– Kim jesteście? – wyszeptałem zdumiony.\
Moi towarzysze uśmiechnęli się do siebie.
– Nasze nazwiska nic jeszcze panu nie powiedzą. Tym niemniej grzeczność wymaga przedstawienia się – orzekli. I każdy po kolei wymienił swoje miano, skłaniając przede mną głowę:
– Condorcet.
– Mirabeau. Nota bene, pochodzę z pańskiego miasta, panie de Fauris. Nadzwyczajny zbieg okoliczności, nieprawdaż?
Rzeczywiście, niewiele mi to powiedziało, ale jeszcze raz pochyliłem się przed nimi uniżenie.
– Otóż, panie de Fauris, działamy na rzecz sprawy, która okaże się istotną dla całego świata już za jakieś dwie dziesiątki lat. Proszę posłuchać… – powiedział ściszonym głosem pan Condorcet kładąc przy tym palec na ustach.

W odpowiedzi dobiegł mych uszu płynący jakby wprost z nieba męski głos. Odczytywał szybko monotonnym tonem długi urzędowy tekst jakiejś ważnej prawnej deklaracji.

Ludzie rodzą się i pozostają wolnymi i równymi w prawach. Podstawą różnic społecznych może być tylko wzgląd na pożytek ogółu. Celem wszelkiego zrzeszenia politycznego jest utrzymanie przyrodzonych i niezbywalnych praw człowieka. Prawa te to: wolność, własność, bezpieczeństwo i opór przeciw uciskowi… Wolność polega na tym, że wolno każdemu czynić wszystko, co tylko nie jest ze szkodą drugiego… 

– Wolność, równość, braterstwo! I ty staniesz się świadkiem narodzin nowego przymierza podyktowanego przez niebo, a podpisanego przez wcielone moce ciemności – skomentował wszystko pan Mirabeau. – To początek ostatecznej rozgrywki światła i mroku na tym padole.
– Wyższe stany zachowują się od dawna jak szare króliki. Tymczasem nawet genialnie uzdolnieni ludzie z najniższych klas nie mogą zyskać dla siebie żadnej możliwości rozwoju. Idea światłego władcy chroniącego społeczeństwo we wszystkich aspektach skompromitowała się całkowicie – dodał pan Condorcet.

Kiedy tak staliśmy zamyśleni spojrzałem w kierunku baszty. Wydało mi się, że po jej kamiennych ścianach wspina się wiele pojedynczych ciemnych i anonimowych postaci. Przycupnęły na razie unikając zauważenia z dołu przez możliwych obserwatorów.

Wtedy znów usłyszałem szum własnej krwi w uszach i pulsowanie, które poprzedziło otrzeźwienie. I ocknąłem się. Spojrzałem bardziej bystro i przytomnie. Musiałem stwierdzić, że zapadający zmierzch zaległ już szarością na wysokim szczycie baszty, a pojawiające się na tle nieba dymy z kominów nad kamieniczkami przedmieścia świadczyły, że Paryżanie powrócili do mieszkań i zajęli się przygotowywaniem posiłków.
– Sprzedawcy dymów mnożą się. Zanieczyszczenie, brud i smród zwiększa się wraz z rozwojem miasta i napływem nowych mieszkańców – skomentował ten widok pan Mirabeau. – Taką trującą atmosferę lubią złe duchy. Zbliża się nieuchronnie czas wielkiego przewrotu.
– Panowie, nie udawajcie – stwierdziłem. – Przecież to zostało zaplanowane. Nie byłoby cienia, gdyby najpierw Bóg, czy też bogowie jak twierdzicie, nie dali ludziom prawa i nie zakazali tego, co grzeszne. Mówicie o efektach własnej złośliwej pracy.

Pan Mirabeau spojrzał mi prosto w oczy. Jego twarz była jasna, rysy wygładzone i spokojne, spojrzenie pełne mądrości.
– Pomyśl inaczej, miły młody panie de Fauris. Gdyby nie ta manipulacja, nigdy nie doszłoby do rozdzielenia dobra od zła, miłości od nienawiści, światła od ciemności, Boga od diabła.
– Komu służycie, panowie? – dociekałem uparcie. – Bogu, czy diabłu właśnie?
– Młody człowieku, odpowiedź masz w swoim sercu. Kochamy Go bezwzględnie i pozwalamy Mu być takim, jakim akurat chce być, dobrym czy może złym.
– To szalona miłość – wszedł mu w słowa pan Condorcet. – Na Jego życzenie i z miłości do Niego nie żal nawet podjąć się diabelskiego zadania.

Zasmuciło mnie to wszystko, choć jednocześnie zdało mi się, że zaczynam pojmować sens istnienia cienia.
– Słusznie myślisz – pan Mirabeau położył mi rękę na ramieniu i lekko uścisnął. – Tylko wzajemne przebaczenie i miłość potrafią uruchomić i właściwie skierować drzemiącą w cieniu wszechmoc.
– Musi przecież istnieć plan, który storpeduje demoniczne zakusy – nabrałem nadziei.
– Być może. Nie stanie się to jednak prędko. Ale przyjrzyjmy się temu, co wydarzy się jeszcze za twego życia, panie de Fauris.

**

Markiz de Sade, pomimo ostracyzmu, z którym wciąż się stykał sprawiał wrażenie pozbawionego absolutnie wątpliwości. Oceniał ludzi z dystansem i ironiczną wzgardliwością. Znał ich od ciemnej strony, której często nawet oni sami nie znali, nie chcieli znać. Potrafił ich nawet za to na swój sposób kochać, tak jak kochał samego siebie, bezwzględnie. Przyglądał się ludzkiej naturze, własnej naturze jak uczony grzebiący w odchodach w poszukiwaniu rzadkiego robaka. Był taki zawsze. Nie mieściło mu się w głowie, że coś mogłoby przerosnąć jego wolę i inteligencję.
Porę codziennego wypoczynku na świeżym powietrzu w kolejnym więzieniu, w którym go osadzono poświęcał przeważnie na swobodne puszczenie wodzy wyobraźni, rozluźnienie myśli. Wielogodzinne pisanie w ciemnej chłodnej celi, po ciężkiej nocy przeznaczonej na szczegółowe obmyślenie kolejnej partii tekstu, aby przy pisaniu nie marnować papieru i inkaustu, o które wciąż musiał prosić, nawet domagać się, czekać na nie, pożerało go fizycznie i psychicznie. Stracił apetyt, wychudł. Nie znosił widoku innych więźniów, przeważnie zwykłych rzezimieszków i złodziei. Reagował na nich nerwowo i gwałtownie, na tyle nieprzyjemnie, że swoim uporem wymusił na naczelniku zgodę na taką osobną formę spaceru.
Z dachu bastylii rozciągała się wspaniała panorama Paryża pogrążającego się właśnie w zapadającym zmierzchu. Z kominów domów i kamienic przedmieścia Saint-Antoine, dość luźno rozrzuconych pośród licznych wysokich drzew wznosiły się w górę cienkie smużki szarych dymów. Gdzieś w oddali połyskiwała w ostatnich, ale ostrych promieniach słońca woda Sekwany.
Pozostający w niższych partiach więzienia strażnik zadzwonił jeden raz. Był to sygnał dla markiza, że za kilka minut będzie musiał zejść na dół, pójść ciemnym wilgotnym korytarzem do swojej celi, wrócić do tego, co jeszcze powinien napisać.

de-sade

Książka, w którą zanurkował jak szczupak i do której tak się przywiązał, że właściwie kolejny pobyt w kamiennej twierdzy ledwie zauważał, dawała mu przestrzeń niosącą ulgę, kuszącą wizją osobistej wielkości, a nawet nieśmiertelności. Pisząc ją, cyzelując, ważąc każde słowo, przeżywając scena po scenie rósł we własnych oczach i sięgał po coś, po co niewielu ludzi odważyło się kiedykolwiek w dziejach sięgnąć świadomie. Wyglądał z radością przez okno szeroko otwarte w mroku na tajemniczy ogród okropieństw rozsiewających mdlące i upajające wonie. Wdychał je swobodnie. Nic go tutaj nie mogło zaskoczyć, przestraszyć, kochał odruch wstrętu, to pierwsze uczucie zetknięcia się z zabronieniem, obwarowanym karą zakazem. Kiedy je łamał, z wiekiem coraz łatwiej i prędzej, odkrywał ich absurdalność jak teatralną sztuczkę, na którą tylu się nabrało! I pozwoliło uwięzić w świecie konwenansu, recytowanych bezmyślnie praw i zasad, porządku ustalonego nie wiadomo przez kogo i kiedy. W świecie obłudnym, wykastrowanym, egzaltowanym do rozpęku, nieprawdziwym i nudnym. Gardził nimi i tymi, którzy ich bezmyślnie przestrzegali. Tyle samo, ile siebie wielbił i podziwiał. Za to, że potrafi patrzeć ponurej, okrutnej prawdzie prosto w oczy i jeszcze czerpać z tego przyjemność. Tej przyjemności nigdy nie będzie końca. Starzenie się, ból, choroba, samotność mogą być jej wspaniałą pożywką. Umysł patrzący jasno i czysto, obserwujący naturę bez lęku, przesądów i odrazy pozostaje wolny zawsze i w każdej postaci. Nieśmiertelny, subtelny, obiektywny, dysponujący mocą nieznaną przestraszonym religią i obyczajem rabom i niewolnikom.

Miasto widziane z góry dodawało markizowi energii. Wierzył, że ma mu coś ważnego do przekazania, unaocznienia, uświadomienia. Bo są w nim ludzie, jednostki zaledwie, ale tych nigdy nie było i nie ma wiele, mężczyźni i kobiety, którzy zdolni są pojąć jego przesłanie i ponieść je dalej. Aby uwolnić choćby samych siebie.
W celi czekał na niego manuskrypt „120 dni Sodomy”. Starannie i powoli rozwijał w nim swój twórczy zamysł. Wkraczał stopniowo w nowe przestrzenie, coraz mroczniejsze i bardziej zakazane. Łamał te zakazy, aby w końcu według natchnionego planu, który ujrzał w przebłysku geniuszu na samym początku, dotrzeć do granicy instynktu przetrwania i woli przeżycia fizycznego ciała, pierwotnego dzikiego lęku, który jest podstawą wszelkiego istnienia na tym świecie. I przekroczyć ją. Z rozkoszą. Na którą stać jedynie bogów.
Nie czekając na kolejny sygnał niecierpliwego dzwonka ruszył w kierunku wyjścia z dachu. Nabrał wigoru.

*

Mijały lata. Któregoś razu, gdy markiz jak zazwyczaj schodził do swej kamiennej celi, ktoś w tym samym czasie postanowił wejść tą samą drogą na górę. I nie był to więzienny strażnik, któremu już dawno znudziła się ta codzienna czynność i wolał grać z kolegą w karty w swej strażniczej ciupie.
Po drewnianych, skrzypiących ze starości spiralnych wąskich schodach miarowym krokiem wspinała się ciemna postać, kompletnie nierozpoznawalna w słabo oświetlonym wnętrzu. W istocie był to zlewający się z szarym tłem, nieco tylko od niego ciemniejszy cień.
Zdążający w dół zdecydowanym krokiem markiz widział chwilami wyraźnie jedynie jego połyskujące oczy. Kiedy się zbliżył nie mógł uwierzyć w to, co w nich nagle wyczytał. Jarzyła się w nich krańcowa drwina i bezczelność, szalona pewność siebie i wzgarda.

Markizowi nie mieściło się w głowie, aby ktokolwiek w tym ciasnym miejscu nie ustąpił mu drogi, nie cofnął się i nie skrył w jakimś zakamarku, aby ten mógł go swobodnie wyminąć, nienarażony na jakiekolwiek dotknięcie ani nawet muśnięcie jego oddechu. Tym bardziej, gdy przechodzący nie był z równego mu stanu. Nie zwalniając kroku i nie czyniąc żadnych ostrzegawczych gestów dotarł do miejsca zetknięcia się z niewyraźną postacią.
Nie ustąpiła na krok i nadal wpatrywała się w niego wprost przenikliwymi oczami. Spróbował w takim razie chwycić ją za ubranie, aby – jeśli się i wtedy nie cofnie – zepchnąć ją przemocą w dół. Ku jego zaskoczeniu jednak mroczny kształt majaczący w załomku schodów uchylił się tak szybko i zręcznie przed jego dłońmi, że pan de Sade objął jedynie powietrze. Jednocześnie wydało mu się, że słyszy złośliwie drwiący śmiech. Choć równie dobrze mógł to być poświst wiatru wpadający przez okno w grubym kamiennym murze.
Tego było już za wiele!
– Kim jesteś? – zapytał markiz syczącym z oburzenia głosem. Daremnie usiłował przejrzeć kłębowisko szarości zalegającej w kącie schodów. Dostrzegał w nim niewyraźnie przygarbiony kształt przypominający człowieka. – Jakim prawem w ogóle cię tu widzę? Gadaj zaraz!
– Jestem twoim cieniem – zadrwiła tajemnicza postać, głosem chropawym i o szczególnym brzmieniu. – I dlatego tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.
– Rozkazuję ci natychmiast ustąpić! – wykrzyknął pan de Sade przyjmując budzącą respekt pozę. – To oburzające i godne najwyższej kary stawać mi na drodze!
– I ty mówisz mi o karze? – zachichotała rechotliwie cienista postać – Na Boga! Znam wszystkie twoje grzechy, perwersje, okrucieństwa, zdrady i niesprawiedliwości. Pamiętam każde złamanie prawa, każdą krzywdę i ból, każde zgorszenie, które zasiałeś. Wylęgałem się długo w mroku i długo dojrzewałem do tego wspaniałego momentu. Czas chyba stanąć do pojedynku – śmiał się cień. – Wiem, że brzydzisz się mnie dotknąć, ba, nawet odetchnąć tym samym powietrzem, co ja, ale sam pomyśl… Jestem tobą, twoim prawdziwym ja. I przychodzę po swoją wyłączną własność.
– Nic ci się nie należy, bezczelny głupcze! – wycharczał zduszonym od wściekłości głosem markiz.
– Mylisz się! Moją prawdziwą własnością jest twoje ciało. Jeszcze tylko tego brakuje mi do pełni zaistnienia – szydził cień.

Pan de Sade uznał wtedy, że sprawa zaszła za daleko. Nagle udał, że chwyta za szpadę, której jako więzień został przecież pozbawiony i że dobywa ją. Z wyciągniętym z kieszeni zamiast niej piórem ruszył w rejon, który do tej pory daremnie usiłował prześwietlić wzrokiem.
– Albo się ukorzysz, albo…! – wykrzyknął zadając nagle markowane pchnięcie wprost w ciemny kąt, gdzie skrywał się dziwny wróg.

Pośród nieprzeniknionej szarości nadal spokojnie stała postać sprawiająca wrażenie ulepionej ze zgęstniałego mroku. Markiz spróbował ją chwycić za ubranie na piersiach i w tej samej chwili owionął go przeszywający chłód i odór starego wilgotnego lochu. Cień przesunął się ku niemu i mimo, że trudny do uchwycenia w ręce niespodziewanie oplótł się wokół rozgniewanego mężczyzny. Przez moment sprawiali wrażenie siłujących się ze sobą, gdy niespodziewanie cień okazał się mocniejszy od człowieka. Zupełnie nagle rozrzedził się. Błyskawicznie wniknął we wnętrze pana de Sade i całkowicie zapanował nad jego ciałem.

*

Minęło kilka dni. Była pełnia lata. Na przedmieściu Saint-Antoine trwał zwykły ruch i wymiana towarów. W gorące wczesne popołudnie markiz, jak co dzień przyglądał się z góry ludziom kręcącym się gromadnie na placu u stóp więzienia. Tego dnia oczy markiza pałały szczególną gorączką. W ciągu jednej nocy jego twarz zmieniła się, zbrzydła i postarzała. Coś dziwnego stało się z jego górną wargą, która podciągnęła się do góry w kątach ust tuż nad kłami i już ciągle pozostawała w szczególnie nieprzyjemnym skurczu. Odsłaniała dwa stępiałe na końcach, lekko już pożółkłe zęby, które ukazywał w nieustająco drwiącym uśmiechu.

Sade

Zawisł rękami na żelaznych kratach chroniących okno celi próbując wychylić głowę jak najdalej w kierunku ludzkiego motłochu poruszającego się chaotycznie pod fortecą, niby mrówki na kupie rozrzuconych odpadków. Wtem z jego gardła wydobył się piskliwy zniewieściały głos. Wkładając w niego całą siłę płuc wrzasnął z buńczucznym i prześmiewczym szyderstwem:
– Ratunku! Ratunku! Mordują więźniów Bastylii!

Kilka dni później lud zdobył więzienie i zburzył je.

(Pisane w latach 2004-2017)

Granice światów

Obiecałam opowiedzieć jeszcze o dinozaurach i T-rexie, bo przyszło do mnie nieco więcej informacji, niż te zamieszczone w noweli „Opowieść Ogrodnika” czy Wspólnym Śnieniu. Pewnej nocy wyświetliła mi się w głębokim śnie szczególna historia… Trwała bardzo długo, miała w sobie elementy wizyjnego transu, a fragmenty, które zapominałam, wracały do mnie po wielekroć. Rano pod wpływem wrażenia wyprowadziłam tylko psa na siku, zaparzyłam sobie kawę i usiadłam do komputera, żeby rzecz zapisać. Wstałam od niego wieczorem.
Oto ów sen, zapisany w formie opowiadania. Dodałam od siebie jedynie imiona bohaterom. Wrażenia sensualne relacjonuję wiernie, jakie były.

Ewa Sey

Granice światów

II.
Rozległy kompleks budynków instytutu, wznoszących się nad równie rozległą i bogatą bazą podziemnych pomieszczeń, rozciągał się na skraju zaskakujących w owym pustynnym regionie mokradeł.
– Czy bagienny klimat wam nie szkodzi? – zapytałem patrząc z tarasu wychodzącego na daleką przestrzeń nieskażonej ludzką ingerencją przyrody rozciągającej się zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej. Towarzyszyli mi Ted i Angela, specjaliści od rzeczy, które trudno nawet nazwać jednym słowem. Oprowadzali mnie po terenie należącym do instytutu. Mieli za zadanie pokazać mi wszystko, czego sobie tylko zażyczę i dać odpowiedź na każde moje pytanie.
– Zupełnie nie. To, na co teraz patrzymy to rodzaj hologramu, iluzyjny obraz, który dla naszych zmysłów tak naprawdę nie istnieje – wyjaśniła skwapliwie Angela.
– Czyli mógłbym podejść bliżej i przekonać się, że rosną tam takie same kępy trawy i rzadkie drzewa, jak wszędzie wokół miasteczka? – pytałem dalej, zadziwiony. Ted uśmiechnął się.
– Usiądźmy – zaproponowała Angela. – To dłuższa rozmowa, warto odpocząć, odprężyć się. Co ci podać? Może być cola, woda mineralna, kawa, herbata z lodem albo piwo.
Taras, częściowo oszklony, a częściowo zupełnie odsłonięty na wszelkie wpływy pogody zagospodarowano białymi okrągłymi stolikami i wypoczynkowymi fotelami. Automaty ustawione w głębi przy drzwiach serwowały kilka najpopularniejszych napojów dla chętnych ponapawać się widokiem bezludnego i egzotycznego pustkowia.
– Piwo – powiedziałem. – Te cuda warte są toastu.
Angela po chwili przyniosła mi plastikową szklankę pełną słomkowego, lekko pieniącego się napoju, który zwano tutaj piwem, ale które z piwem – moim zdaniem – niewiele miało wspólnego. Bliżej mu było raczej do jabłecznego cydru, który znałem dobrze z Europy. Nosiło nazwę „Piwo Jemiołak”, a wielki budynek browaru, który je produkował znajdował się na skraju ogrodzonego terenu instytutu i miasteczka.
– Słucham wszelkich objaśnień – przywróciłem temat.

III.
– Widok, na który właśnie patrzymy – rozpoczął z powagą Ted – jest i nie jest iluzyjny. Przedstawia świat, który istnieje rzeczywiście w tym miejscu, ale w innym czasie.
– Czyli bariera, która nas od niego odgradza jest barierą czasu? – zapytałem ze zrozumieniem, I przypomniałem sobie historię chronowizora, który został przed laty uznany przez Watykan za diabelski wynalazek, rozebrany na części, a części owe upłynniono w nieznanych miejscach i stronach. Oto badawczy ludzki umysł znów wpadł na tę samą ideę i sposób. Krótko mówiąc, dostępu do wiedzy nigdy nie da się zniszczyć na zawsze i naprawdę skutecznie.
– Yhm. Faza Alfa projektu ukazała nam w pełni ów obraz, który jednak na początku nie był tak doskonały, jak teraz. Był to rozedrgany i nietrwały miraż. Na tyle fascynujący, że rozpalił nasze umysły i wpadliśmy w istną gorączkę twórczą – kontynuował Ted. – Dokonaliśmy od tamtego czasu wielu odkryć i ustaliliśmy parametry pozwalające zakotwiczyć ów obraz na tyle, że właściwie może być dostępny naszym oczom dzień i noc.
– Hm… Co by było, gdybym tam podszedł? Co zobaczyłbym naprawdę? – spytałem.
– Pewnie byłeś nieraz w trójwymiarowym kinie – dodał Ted. – To podobne wrażenie. Możliwość bycia w tym świecie nieomal naprawdę.
– To jednak było kiedyś. Teraz jest już inaczej – dorzuciła Angela zerkając na mnie przeciągle. – Trwa faza Beta projektu. Budujemy przejście. Wrota innymi słowy.

Zauważyłem, że dłoń Teda, w której trzymał puszkę z colą lekko zadrżała. Działo się to z tłumionego podniecenia. Oczy wlepił w widok rozciągający się przed tarasem, więc nie bił we mnie bezpośrednio ich nadzwyczajny blask. Chyba wszyscy musieli się tutaj specjalnie uczyć skrywać swój entuzjazm i rozgorączkowanie.
– Wokół nas istnieje wiele światów, pomiędzy którymi istnieją podobne przejścia – dodała Angela – Są to jednak światy ludzkie lub zbliżone do ludzkich, dostępne naszej świadomości dość łatwo. Potrafimy nawet wzajemnie się odwiedzać z mieszkańcami niektórych z nich i wymieniać się wiedzą i doświadczeniami.
– Jednak to właściwie czysta zabawa w porównaniu z tym światem, który tutaj widzisz i z zadaniem, który on postawił przed nami – wszedł jej w słowa Ted.
– Dlaczego?
– To świat bardzo zamierzchły, można rzec prastary. Pierwotny.
– Kilkanaście tysięcy lat? – spytałem wlepiając wzrok w mgły zalegające ponad widocznym w oddali zielonym wzgórzem, wznoszącym się w głębi bagiennego obszaru. Po chwili ciszy rzuciłem:
– Kilkaset tysięcy?
– Nie zbadaliśmy go jeszcze dostatecznie. Według wstępnych ocen jest to przynajmniej… sto milionów lat temu. O ile w istocie linia czasu, tak jak ją sobie wyobrażamy w ogóle istnieje – usłyszałem cichą odpowiedź Teda. I głośne przełknięcie resztki coli z jego puszki.
– Choć wydaje się nam biec ona zawsze prosto przed siebie, to jednak tak naprawdę jest pętlą, wirującym po spirali pierścieniem – dodała od siebie Angela.
– Nieźle – westchnąłem z wrażenia. – Uch, to czasy wielkich drapieżnych dinozaurów, czyż nie?
– Tak…
Milczenie.
– Macie zamiar tam wejść?
– Pracujemy nad tym. Trzeba jeszcze wielu przygotowań – stwierdziła Angela.
– Niemniej stoimy w drzwiach i zerkamy przez uchyloną szparę – dodał Ted i było słychać prawdziwą dumę w jego głosie.
Zaczynałem zastanawiać się głębiej nad tym, co kryje się za faktem specjalnego zaproszenia mnie tutaj.

IV.
Nagle uderzył nas w twarz silniejszy podmuch wiatru. Był ciepły i suchy, niósł w sobie smak i zapach pustynnej prerii otaczającej miasteczko.
– Podprowadźcie mnie do szpary, o której mówiliście – powiedziałem z nagłym zdecydowaniem.
Wstaliśmy szybko od stolika, wyrzuciliśmy puste naczynia do kosza i zeszliśmy po kilku stopniach w dół z tarasu. Ruszyliśmy wolnym krokiem ku widokowi rozciągającemu się przed nami w całej swojej rozległości i soczystości barw rozjaśnionych popołudniowym, schodzącym ku zachodowi słońcem.
– Pięknie tutaj, prawda? – stwierdził Ted nie odrywając od niego wzroku.
Istotnie, musiałem mu to przyznać.

V.
Skraj mokradła był wyraźny i przypominał właściwie brzeg rozległego jeziora. Prawie nieprzeźroczysta, gęsta od błota na dnie woda chlupotała i rozbijała się o niego ledwie widocznymi drobnymi falami. Z wody wystawały wysokie trzciny i trawy zasłaniające ogromny podmokły obszar rozciągający się w oddali.
W pewnej odległości spośród trzcin i cienkich, słabo ulistnionych krzewów sterczących wprost z wody i usiłujących w niej rosnąć wznosiło się szerokie płaskowzgórze. Musiał to być właściwie brzeg większego stałego lądu, jak stwierdziłem po lepszym przyjrzeniu się. Był porośnięty żywą zielonością, która z naszego punktu widzenia sprawiała wrażenie szczelnej pokrywy składającej się z miękkiego, wyjątkowo wysokiego mchu. Ów „mech” rósł wszędzie na lądzie jako rodzaj poszycia, nad którym rozciągały się gęstniejące miejscami w całkiem nieprzenikliwe dla naszego wzroku przestrzenie niewiele od niego wyższego młodego lasu.
Nad wszystkim unosiły się mgły i opary. Zakrywały dalszy horyzont białą szczelną zasłoną, która tylko chwilami gdzieniegdzie przecierała się ukazując magiczne dale. Połyskiwały w słońcu niczym obsypane kryształami załamującymi światło pod wszystkimi możliwymi kątami. Promienie zachodzącego słońca nasycały powietrze delikatnym oranżem, który wraz z mglistą bielą oparów, połyskliwością wody i intensywnie żywą zielonością porostów tworzył obraz jakby rodem z fascynującej egzotycznej baśni.
Zatrzymaliśmy się nie dalej jak metr od widocznego bardzo wyraźnie brzegu bagniska.
Ted kucnął i przesypywał w dłoni suchy piasek. Zrobiłem to samo. Była to dobrze mi znana rzeczywistość.
– Podejdź do wody i spróbuj jej tak samo dotknąć – powiedział po chwili Ted.
Posłusznie zbliżyłem się do brzegu. Woda marszczyła się, poruszała i niewątpliwie żyła w swojej rozedrganej połyskliwości tuż koło moich stóp w traperskich butach, chroniących przed kąśliwymi mieszkańcami pustyni. Wyciągnąłem rękę i spróbowałem ją w niej zanurzyć. Iluzja zdawała się trwać jeszcze w odległości milimetra od jej powierzchni. Dotyk jednak zasygnalizował mi coś innego, niż wzrok. Moja dłoń oparła się o płaską, twardą, pionową powierzchnię jak o niewidzialną ścianę.
– Ach, doskonałe złudzenie – wybuchnąłem śmiechem. – Czego dotykam?
Angela podała mi plastikowe okulary, o których dotąd myślałem, że to przeciwsłoneczne lustrzanki. Po założeniu ich ujrzałem przed sobą dwie olbrzymie lśniące kolumny, a między nimi wysokie na kilka metrów zamknięte w tej chwili Wrota. Śmiałem się dalej.
– Wiecie, do tej pory sądziłem, że Wrota Czasu to tylko symbol, kreacja naszego umysłu.
– I masz rację – stwierdził całkiem poważnie Ted. – To, czego teraz tutaj dotykamy jest rzeczywistością pośrednią i umowną.
– Chcę wszystko zobaczyć – postanowiłem nieodwołalnie.
Ted i Angela spojrzeli po sobie, w końcu Angela wzruszyła ramionami, a Ted rozłożył ręce.
– A więc, prosimy – powiedział Ted tonem gospodarza witającego natrętnego gościa.

wrota-czasu

VI.
Podeszliśmy wszyscy do Wrót. Były potężne. Wyglądaliśmy na ich tle jak filigranowe laleczki.
– Dębowe? – zastukałem zgiętym palcem w drewno, z którego wydawały się zbudowane.
– Powiedzmy – zaśmiał się Ted. – W rzeczywistości są to dwie idealnie okrągłe, kamienne kolumny, zawierające rdzeń ze szlifowanego specjalnego kryształu. Stoją tu jednak zakotwiczone w innym wymiarze, dlatego nie widzimy ich bezpośrednio.
Ogromne odrzwia nie były zamknięte do końca. Pozostała między nimi kilkucentymetrowa szpara, przez którą wpadało światło widzianego przez nas wcześniej pra-świata. Przysunąłem do niej dłoń i poczułem ciepły wilgotny powiew powietrza. Zbliżyłem tam nos i wciągnąłem owo powietrze sprzed setek milionów lat w swoje płuca wielkim nieostrożnym haustem. Natychmiast zakrztusiłem się i dłuższą chwilę kasłałem ocierając łzy napływające do oczu.
– Zaskoczony? Mówiłam przecież – zachichotała Angela.
– Cóż za smród! – stwierdziłem wreszcie – Ale można się przyzwyczaić!
Ostrożnie zbliżyłem znów twarz do szpary i dałem się omieść ciepłemu powiewowi. Był lepki, duszny, parny, o ostro-słodkim zapachu butwiejących roślin i gnijącej wody. Po chwili pochyliłem się i tym razem przytknąłem do szczeliny ucho.
– Słyszę, naprawdę słyszę! – ucieszyłem się jak dziecko. – Chlupot wody, szum i jakieś szelesty… Niesamowite!

Wyraz twarzy Teda nie wydawał mi się jednak do końca szczery, zauważyłem to jednym rzutem oka. Był chyba zaniepokojony rozmiarem mojej ciekawości, choć starał się ten niepokój zamaskować. To spostrzeżenie skłoniło mnie do dalszych dociekań.
– Chcę usłyszeć, jak daleko zaszła już w realizacji faza Beta projektu – oznajmiłem dobitnie.
– Doprawdy, niewiele dalej – odezwał się po chwili Ted prawie naturalnym głosem. – Umieściliśmy na skraju prototyp pojazdu dla ewentualnego obserwatora, który kiedyś przekroczy Wrota zupełnie.
– Pokażcie mi to – powiedziałem zdecydowanie.
Ted, dzięki specjalnemu osobistemu połączeniu z bazą głównego komputera miał władzę nad Wrotami. Pod jego dotknięciem uchyliły się nieco więcej, tyle, by człowiek mógł się przecisnąć na drugą stronę.
– Nie skrzypią? – zażartowałem, aby zagłuszyć wzbierające podniecenie. Z wrażenia serce podeszło mi do gardła.

Wsadziłem najpierw w rozchyloną wolną przestrzeń moją ciekawską głowę i dłuższą chwilę chłonąłem poznany wcześniej widok spowitych oparami bagien i odległego zielonego lądu. Płuca pracowały tutaj intensywniej, musiałem o wiele szybciej oddychać, aby się dotlenić.
– Wejdźmy – usłyszałem z tyłu spokojny nagle głos Teda. – Brzeg jest pod naszą kontrolą.

VII.
Przekroczyłem granicę światów pierwszy, za mną weszła Angela, a na koniec Ted. Zmrużyliśmy oczy od ostrego światła słońca, które stąd wydawało się większe. Oczywiście, przyklęknąwszy od razu zanurzyłem dwa palce w wodzie, wskazujący i serdeczny, skrycie czyniąc nimi święty znak.
– Zaiste, mokra – przyznałem z podziwem.
Ted zaprowadził mnie zaraz kilka kroków w bok, gdzie w przybrzeżnych szuwarach ukryto czółno, prymitywnie wydrążone w okorowanym drewnianym pniu. Mogło zmieścić w sobie tylko jedną osobę. Niewiele myśląc wskoczyłem do krypy, która zachwiała się na wodzie pod moim ciężarem i chwyciłem do ręki kij służący do odpychania się od dna.
– Uważaj! Bądź ostrożny! Ten świat jest żywy, istniejący, nie wiadomo, co w nim naprawdę czyha – zawołał Ted. – Nie płyń dalej, niż na odległość sześciu metrów. To granica ochronnej tarczy czasoprzestrzennej. Za nią trzeba być o wiele lepiej przygotowanym.

Odbiłem się od brzegu jednym zdecydowanym odepchnięciem kija. Dno było grząskie, miękkie, ale jeszcze dość płytkie. Dziób czółna szybko wjechał w pierwsze przybrzeżne, niezbyt gęste w tym miejscu szuwary, które rozchyliły się pod jej naporem. Przyklęknąłem na jego dnie, aby lepiej utrzymać równowagę. Położyłem kij obok siebie. Rozpędzona łódka zwolniła naturalnym sposobem, a ja całym sobą oddałem się chłonięciu wrażeń płynących do mnie zewsząd.

Tak naprawdę modliłem się teraz. Z podziwu, miłości i zgrozy.

Ten świat nie był piękny, nie był zdumiewający ani fascynujący. On zwyczajnie… zbijał z nóg.  Ogarnęła mnie mimowolna nabożność w obliczu majestatu dzieła rąk Stwórcy Światów.
Nagle postanowiłem zaryzykować i odbiłem się jeszcze raz od dna. Czółno wpłynęło w obszar wodnych traw, które zasłoniły mi widok brzegu i czekającej tam na mnie pary naukowców.
– Zawracaj, Worren! – zawołał zaniepokojony Ted. – To zbyt niebezpieczne!

Oczarował mnie zielony ląd w oddali, który, jak teraz oceniłem, znajdował się dalej, niż mi się zdało z brzegu. Perspektywa tego świata była chyba inna, być może z powodu odmiennej przeźroczystości powietrza i intensywności nasłonecznienia. Jednocześnie, gdy utrzymywało się nieruchomo wzrok na jednym wybranym punkcie zaczynał on jak gdyby przybliżać się, podobnie jak w lornetce.
Odczekałem dłuższą chwilę, aż ruch czółna prawie zupełnie zanikł i pogrążyłem się w kontemplacji rozciągającego się przede mną obrazu gęstego, choć wyraźnie młodego jeszcze i stosunkowo niewielkiego lasu podszytego zielonym mchem wysokości dorosłego człowieka.

VIII.
Nagły ruch czegoś przemykającego błyskawicznie pomiędzy gałęziami zbudził mnie z zachwytu. Fala adrenaliny uderzyła w mój mózg natychmiastowym hasłem do odwrotu. Ciało samo reagowało i działało pod wpływem niesamowitego strachu, który rozlał się natychmiast w żyłach gorącym strumieniem. Wbiłem kij w dno i pchnąłem krypę ku brzegowi. Tak silnie, że sekundę potem wyskoczyłem z niej na piasek i wpadłem wprost na Teda.
– Cholera, co to było? – bełkotałem odzyskując z trudem równowagę. Obejrzałem się za siebie. Szuwary już się zasunęły, a widoczny w oddali zielony ląd wydawał się nadal nieporuszony, cichy i absolutnie spokojny w swojej baśniowości. – Dinozaur? Prawdziwy dinozaur? Widzieliście?
Nie, niczego nie zauważyli. Nie byli jednak wcale zdziwieni tym, co powiedziałem.
– Oto niesamowite ryzyko wejścia w ten świat – stwierdził Ted, marszcząc brwi. – Nie jesteśmy jeszcze gotowi i kto wie, czy w ogóle kiedykolwiek zdecydujemy się z nim zmierzyć. Sam widok potrafi unicestwić wszelkie reakcje nerwowe, które warunkują zachowanie człowieczeństwa i bezpiecznej samokontroli. A co dopiero mógłby zrobić atak? I rzeczywiste zranienie? Nie sposób przewidzieć, na jakie koszmary naraziłoby to zaatakowanych.
– Och. Był cętkowany jak jaguar! – gadałem jeszcze pod wpływem wrażenia. – Czy nie boicie się, że coś takiego mogłoby wedrzeć się przez Wrota na naszą stronę?
– Nie – uśmiechnęła się łagodnie Angela. – Nasz świat ma pod każdym względem inne i zbyt różne parametry od tego. Żadna z żyjących tu istot nie zdołałaby przenieść się do nas i przeżyć. Można by to porównać do konieczności wdrapania się po pionowej idealnie gładkiej skale wysokiej na tysiąc metrów. Zejście i wejście jest dla nas technologicznie możliwe, jak sam się przekonujesz, ale dla żadnej spośród prymitywnych istot absolutnie nie.
Wróciliśmy tą samą drogą, którą tam weszliśmy.

IX.
Kolejne dni spędziłem w instytucie zwiedzając liczne pracownie i laboratoria, w których również pracowano nad zagadnieniem Wrót, ale pod najróżniejszymi innymi kątami. Naukowcy chętnie pokazywali mi swoje osiągnięcia. Byli z siebie dumni, radośni, zainspirowani i głęboko poruszeni efektami swoich badań. Wziąłem udział w pokazowym wejściu do sąsiedniego świata, które zostało wcześniej uzgodnione przez obie strony. Dane było mi spotkać tam ludzi zajmujących się tym samym tematem, choć przy użyciu nieco innych przyrządów i metod analitycznych. Byli biali, wysocy i inteligentni.
– Porozumiewamy się za pomocą wspólnie uzgodnionych symboli, pisma i znaków. Wpadliśmy na pomysł utworzenia organizacji, które rozwijałyby w różnych liniach czaso-kultur zasady przydatne dla trwania kontaktów. Posyłamy tam najpierw swoich specjalistów, a w zamian przybywają uczeni stamtąd do nas. Trzeba stwierdzić, że to głęboko rozwijający proces.
W praktyce – jak się sam o tym przekonałem – odwiedzanie siebie nawzajem nie było trudniejsze, niż przejście z pokoju do pokoju. W trakcie doświadczania wszystkich tych atrakcji ani na chwilę jednak nie przestałem pamiętać wrażenia, które obudziło we mnie wejście do pra-świata. Nie dawało się po prostu zapomnieć. Ani z niczym porównać.

Z Tedem i Angelą widywałem się już rzadziej i głównie towarzysko, podczas przyjęć i na pół oficjalnych spotkań wieczornych urządzanych przez chętnych do poznania mnie doktorów i profesorów oraz ich żon. Szybko wprowadzali mnie w swoje pomysły i szalone tajemnice.
– W kilku sąsiednich światach utrzymujemy stałe grupy eksploratorów, którzy zmieniają się co jakiś czas. To jedyny sposób zebrania maksymalnie wielu informacji i nauczenia się czegoś o innych kulturach – wyjaśnił mi Mercurio, znawca starożytności. – Możliwa jest w pełni wymiana kulturowa, badawcza oraz… genetyczna.
– Co to znaczy?
– Zdarzają się niekiedy sympatie pomiędzy przedstawicielami odmiennej płci z różnych światów. W zasadzie nie zabraniamy tego. Interesuje nas zagadnienie dziedziczenia cech. Każdy świat ma przecież nieco inne parametry warunkujące zmysły i tym samym wrodzone zdolności. Może to nas nawzajem głęboko wzbogacić – wytłumaczył Mercurio. Po czym przedstawił mi swojego trzyletniego synka, Urania.
Chłopczyk spoglądał na mnie wielkimi ciemnymi oczami matki stojącej przy Mercuriu i grzecznie wyciągnął drobną łapkę w moim kierunku.
– Uranio ma rozwinięte zdolności jasnowidzenia i potrafi już całkiem dobrze czytać myśli – pochwalił się dumnie tata.
– Ten pan chce się bawić w grę, która jest bardzo, bardzo straszna – zademonstrował swoje umiejętności malec.
– Wydaje ci się! – zareagowałem natychmiast. – Nie chcę, aby ktokolwiek zaczął grać w tę grę, dlatego jej pilnuję.
Chłopiec zrobił zdziwioną minkę.
– Ona już się zaczęła, nie wiesz tego?
Przeszył mnie zimny dreszcz. Na szczęście rodzice Urania, zajęci witaniem wchodzących do salonu gości nie usłyszeli dalszego ciągu naszej rozmowy. Między przybyłymi byli także Ted i Angela.
– Ok – pogłaskałem malca po głowie – świetnie, że mi powiedziałeś. Teraz wszystkiego dopilnuję, nie obawiaj się.
Niestety, nie było to takie proste. Ted zbywał moje pytania zdawkowymi odpowiedziami, a Angela konsumowała drinki, które zdawały się ją najbardziej interesować. Sprawili jednak na mnie wrażenie szczególnie niespokojnych i nieobecnych myślami.

wrota

 

X.
Dopiero na drugi dzień dowiedziałem się od nich o nieprzewidzianych efektach ich tajnego przedsięwzięcia. Oboje byli przerażeni i zdruzgotani.
– To „coś” wdarło się w międzywymiarową przestrzeń!
– Jak? Gdzie?
– Nie doceniliśmy energii, refleksu, inteligencji i dzikiej siły przetrwania tych zwierząt – wyszeptał pobladły Ted. – Jedno z nich dostrzegło nas i ruszyło w pogoń. Zdołaliśmy wrócić i przebiec przez Wrota, ale nie udało się ich w porę zatrzasnąć!
– Przecież powiedziałeś, że to niemożliwe, że to przerasta ich możliwości.
– Myliliśmy się! Mają niesamowity instynkt orientacji, bezwzględność i prędkość reakcji przekraczającą wszystko, co znaliśmy do tej pory.
– Gdzie się wdarło? – zmarszczyłem brwi.
– Nie wiemy. Natychmiast znikło z naszych czujników. Przypuszczam, że zostało przyciągnięte przez inny czas i świat, który zachował jakiś rodzaj prymitywnych wibracji – odpowiedziała Angela.
– Trzeba zawiadomić ludzi odpowiedzialnych za kontakty między światami – zdecydowałem od razu, a Ted nie sprzeciwił się niczemu.

XI.
Pierwsze kroki skierowaliśmy do Wrót. Tam Ted postarał się ustalić miniony moment wdarcia się dinozaura w późniejszy świat, aby prześledzić – choćby przy pomocy komputerowych symulacji – jego najbardziej prawdopodobną drogę. Dość długo nie było żadnych wyników, aż nagle całkiem niespodziewanie znaleźliśmy się w punkcie „zero” czasu, o który nam szło. Był to dosłownie ułamek ułamka sekundy. Na nasze szczęście znajdowaliśmy się w pewnej odległości od właśnie zamykających się Wrót, gdy bestia galopująca przed siebie z wysokim i ledwie przez to słyszalnym dla naszych uszu piskiem minęła nas w swoim szaleńczym pędzie naprzód. Zamarliśmy w jednej chwili jak posągi, sparaliżowani strachem przerastającym rozum. Prędkość, mordercza dzikość i agresja, którymi dysponowało to zwierzę przewyższyły wszystkie nasze wyobrażenia.
– Musimy natychmiast ostrzec innych – szepnęła Angela.

W pewnej odległości od Wrót i od naszej trójki zauważyłem Angelę i Teda skamieniałych ze zdumienia w chwili pierwszego wtargnięcia bestii w wyższe światy. Przejęci sytuacją nie zauważyli nas, co błyskawicznie uznałem za dobre w tamtej chwili. Linia czasu rozszczepiła się na dwa tory wydarzeń, a bliźnięta czasowe musiały działać na każdym z nich po swojemu. Aż do chwili zapętlenia i spotkania się oko w oko ze sobą w przyszłości.
Wszystko teraz wydawało się lepsze, niż trwanie w miejscu i czekanie na atak z nierozpoznanej strony. Ruch fizyczny przywrócił mi panowanie nad emocjami.

Puściliśmy się biegiem wzdłuż głównej uliczki pomiędzy budynkami naukowego osiedla, aby zatrzymać się na rozległym strzyżonym trawniku przed najwyższym białym budynkiem, na którym widniał szyld „Jemiołak”. To w nim mieściła się główna baza kontaktowa z sąsiednimi światami. Jak się szybko przekonałem, jej główny zrąb zakotwiczony w czasie teraźniejszym sięgał wyższego wymiaru, niby niewidzialny wieżowiec. Dla zwykłych mieszkańców miasteczka był to zawsze i tylko Browar.

Zauważyłem uchylone okno na parterze. Z piętra powyżej dobiegał przez otwarte okno głośny dźwięk fortepianu. Ktoś bębniąc szaleńczo w klawisze grał jakiś hard rockowy utwór z taką ekspresją, jak gdyby chciał obudzić wszystkich świętych w promieniu kilometra.
– Tam! – wskazałem dłonią.
Niewiele myśląc przebiegliśmy szybko spory obszar starannie strzyżonego trawnika i dotarliśmy do ściany budynku. Zajrzałem przez uchylone okno na parterze. Wszystko zdawało się pozostawać w najlepszym porządku. Niewiele myśląc wskoczyliśmy tędy do środka.
– Rozejdźmy się ostrożnie każde w inną stronę – zdecydowałem – i sprawdźmy sąsiednie pomieszczenia. Jeśli są tam ludzie zwołajmy ich tutaj, aby przygotować się do ucieczki… Niepokoi mnie piętro wyżej. Tam dzieje się coś niezrozumiałego, a grający na fortepianie jakby lekko zbzikował. Może próbuje się z tym czymś dogadać albo ostrzec innych?
– Mój Boże! – szepnęła Angela. – Od niedawna uruchomiliśmy tam podgląd przyszłości!
– Spokojnie, to może być tylko nasza fantazja – Ted położył jej na ramieniu swoją dużą dłoń. – Zajrzę tam sam, i na wszelki wypadek zablokuję przejście, a ty sprawdź sąsiednie pracownie na parterze.

XII.
Z duszą na ramieniu otwieraliśmy jeden po drugim wysokie białe drzwi oddzielające od siebie poszczególne pomieszczenia. Dość szybko odetchnąłem z ulgą. Wszędzie panował zupełny spokój, gdzieniegdzie rozleniwieni strażnicy witali nas ze zdziwieniem, ale sympatycznie, chętnie zapraszając do rozmowy. Zdecydowałem się na razie nikogo nie niepokoić. Prosiłem tylko wszystkich po kolei, aby każdy zbadał swoje otoczenie, a o jakimkolwiek podejrzanym ruchu, niezrozumiałym hałasie czy dziwnym zjawisku niech natychmiast melduje bez sprawdzania przyczyny. My będziemy czekać przez najbliższe kilka godzin w pokoju konferencyjnym.
Z biegiem czasu myśl o pojawieniu się prymitywnego drapieżcy w znanych nam miejscach stawała się dla mnie coraz mniej prawdopodobna. W końcu zawróciłem do saloniku, w którym umówiliśmy się na podsumowujące spotkanie. Zastałem już tam spokojnie rozmawiających ze sobą Teda i Angelę. Siedzieli na sofie czekając na mnie.
– Wszędzie cisza i spokój – zameldował Ted. – Zajrzałem na piętro. Trwa tam wstępny ogląd świata z dość niedalekiej przyszłości. Ale prócz szalonego fortepianisty nie ma w nim niczego podejrzanego. Muzyk w pierwszej chwili wydał mi się do kogoś znajomego podobny. Ale to z pewnością złudzenie. Wielu ludzi jest do siebie podobnych, choć nic ich nie łączy. Uznałem, że jednak warto nam wiedzieć, co tam się dzieje i co może się jeszcze wydarzyć. Podgląd pozostawiłem nadal czynny..
Uspokoiło mnie to trochę, lecz wydłużające się czekanie na wieści od pozostałych strażników i badaczy znów obudziło głębokie rozedrganie serca. Milczałem jednak starając się zachowywać równowagę umysłu i nie siać paniki.
– Boję się czegoś – stwierdziła nagle głośno Angela. – Chciałabym już stąd wyjść.
– Nie możemy zostawić ludzi samych – odpowiedział Ted. – Poczekajmy spokojnie, pewnie ostrzeżenie wszystkich zajmuje więcej czasu, niż sądziliśmy.
– Oczywiście – przyznała mu rację Angela.

A mnie tymczasem wzrastający niepokój pchnął ku oknu, przez które co chwila nerwowo wyglądałem. Już wkrótce siedziałem na parapecie, a jeszcze po chwili podciągnąłem do góry nogi i umieściłem je po zewnętrznej stronie okna. Przytrzymywałem ręką uchylną szybę, aby móc się nią odseparować od wyczuwanego zagrożenia albo od zewnątrz, albo od wewnątrz, w razie gdyby się jakieś nagle rzeczywiście pojawiło. Tu, lub tam.

Wtem przeraźliwa muzyka dobiegająca z piętra umilkła. Zapadła głucha cisza. Równie niesamowita, jak hałas, który czyniła jeszcze przed chwilą.

Nieomal w tej samej chwili ujrzałem kobietę, która wykonała szaleńczy skok z otwartego okna pokoju nad nami wprost na trawnik. Patrzyłem na nią ze zdumieniem i przejmującą serce zgrozą.
Odruchowo wyprostowała się i stanęła naprzeciw nas wcale nas nie widząc. Wszystko toczyło się na moich oczach jak gdyby w zwolnionym tempie. Miała twarz zniekształconą, lekko nabrzmiałą, dziwnie podobną do Angeli. Ale może tylko mi się zdawało…
Ledwie podniosła się na nogi, aby ruszyć biegiem przed siebie ku miasteczku, gdy z góry spadła na nią, wprost z wychylającej się przez okno paszczy gadziej bestii, ogromna kropla krwi.

(Zapisane w Wielki Poniedziałek 2003 roku)

Opowieść Ogrodnika

Zamieszczam fragmenty opowiadania, które powstało na kanwie szczególnego snu, jednego z wielu, sprzed lat piętnastu. Sami rozpoznacie jego znaczenie, wiedząc – dzięki pracy Topografa – kim jest Ogrodnik, kim Lilith, kim Matka i Córka, a także stodoła, szczelina i jabłoń. W tej historii zawarte są dzieje Ziemi poprzedzające powstanie ludzkiej rasy. Pojawiają się dinozaury, dinozauroidy, olbrzymy, a także najważniejszy z nich – tyranozaur. Imiona i nazwy zostały zmyślone przeze mnie, poza jedynym Lomp-Sai, (Śląska Lompa z kopalni), w którym można się domyślać istoty, która Topografowi przedstawiła się jako Ferluca z Salzburga, czyli Lucyfer.

Autor: Ewa Sey

Ze wspomnień Ogrodnika

Zdarzyło się gdzieś na rozproszonych obrzeżach Galaktyki, w pobliżu delty Świętej Rzeki wlewającej tędy swoje mleczne fale w wielkie zabagnione stawiszcze Oriona, które wtenczas nie nosiło jeszcze tej nazwy, a Kolebką Sandura nazwane zostało. Ową przestrzeń z dawien dawna wykorzystywano jako urlopową, a także szkoleniową osobliwość. Ze względu na żyzność całej strefy i jej niezwykłego życiodajnego potencjału przyciągała wiele ciekawych i uczonych istot.
Kiedy, ja Sandur narodziłem się i osiągnąłem dojrzałość, zostałem mianowany namiestnikiem Rządu na okolicę, czyli gospodarem tej jakże odległej od Jądra prowincji. Wystawiłem pałac, a następnie otoczyłem go zgoła niewielkim, lecz starannie uprawianym ogrodem. Nigdy nie lubiłem wystawności. Pożyteczność była moją cechą naczelną. I tego też przede wszystkim od mych podwładnych wymagałem.
Wkrótce po mej intronizacji zaczęło ściągać tu coraz więcej galaktycznego luda. Niektórzy tylko przelotnie zaglądali, inni pozostawiali swoich obserwatorów i ambasadorów, jeszcze inni zakładali mniej lub bardziej trwałe kolonie na różnych wyspach i wysepkach Dorzecza, w zakolach i na skarpach ujścia Rzeki. Robili to w różnych własnych celach. Czysto rozrywkowych, strategicznych, badawczych, doświadczalnych bądź użytecznych. Dozorowałem ich pobyt, czasem służąc pomocą, strażą, wskazówkami, doświadczeniem, a czasem sprawdzając czy trzymają się procedury.
Właściwie nie było nigdy wielkich trudności. Aż do chwili, gdy nie zawiały jakieś kapryśne wiatry z innych kierunków, niż dotąd i nie sprowadziły kłopotliwych wydarzeń.

Nim to się jednak stało nasze dotąd sielankowe okolice stopniowo zaczęły się zmieniać. Dzięki odwiecznym Przebywającym wciąż odkrywałem nowe sposoby uprawy naszej Delty. Dzieliłem z mymi wspólnikami prawdziwą namiętność siania, sadzenia i rozmnażania. Staliśmy się niepokojącymi siebie rywalami, przerzucającymi się pomysłami i unowocześnieniami, upiększeniami i udoskonaleniami wprowadzanych do uprawy gatunków.
Mimo, że czuwałem z całą namiętnością do swej pracy przyznaję, że dałem się zaskoczyć. Nie wiedzieć, czemu czy komu. Żywe i coraz bardziej świadome światy, których pomyślności strzegłem rozwinęły się w trudnym dla nas myśląt, kierunku. Długo nie interweniowałem, obserwując bieg spraw w obawie, by nie zakłócić czegoś, czego mogłem właściwie nie rozumieć. Moje postanowienia i rozkazy dążyły przede wszystkim do utrzymania równowagi. Która jednak coraz częściej zaczynała się chwiać. Oko w końcu uznało, że jest to wyzwanie. Rhsshathowie zachowywali się uprzejmie, jednak ich plony rosły, nasze zaś malały. Wyspy u ujścia zarastały intensywnie mnożącą się roślinnością, pogrążającą w półmrocznym cieniu światy zwierzęce, tworzone przez mrowia wieloodnóżastych żyjątek pełzających po omacku w wiecznym cieniu, przeszywającym chłodzie, dusznym upale i wilgoci, zastawiających pułapki, pożerających się nawzajem i lęgnących krocie iście wściekłych mutacji.

Niebezpieczeństwo zaczęło stawać się  groźne nawet dla nas. Myślęta wciąż przybywały tu siłą rozpędu i rosnącego w ich sercach przywiązania, utrzymywały swoje niewielkie placówki i wypadowe bazy, ale niestety, pośród grzęzawisk Dorzecza zaczęły grasować pierwotnie dzikie, drapieżne potwory, dinozaury. Nie imała się ich żadna kontrola, przekraczały wszelkie ograniczenia, omijały czujniki i co rusz dochodziło do przerażających spotkań, a nawet do bezwzględnych krwawych ataków. Z moimi niewielkimi lokalnymi mocami mogłem jedynie monitorować zagospodarowaną przestrzeń i rozsyłać stałe ostrzeżenia przed jakąkolwiek nieuwagą. Wciąż jednak znajdowali się głupcy, którzy dawali się zaskoczyć i wpadali w zęby tych nienasyconych bestii. Nie było ich wiele, może kilka, napaści również zdarzały się stosunkowo rzadko. Ale każdy taki wypadek wstrząsał do głębi jestestwem każdego z nas i nastrój zagrożenia narastał. Zacząłem rozważać zarządzenie całkowitego odwrotu.
Na razie liczyłem na wsparcie i pomoc ze strony Rządu. Słałem wieści, wnioski, zapytania i prośby na bieżąco. Przedstawiciele Biura Połączeń odbierali je bez komentarzy, niczego nie obiecując. Byliśmy jednak pod obserwacją. Tak przynajmniej mnie zapewniano.

W ten czas napięty i pełen niepewności przybyła w Dorzecze Liliana, z dość liczną świtą swych pobratymców. Wiedziałem, jak wszyscy o jej nieuchronnie postępującej genetycznej chorobie. Nabawiła się jej w innym obszarze Galaktyki niezmiernie dawno temu. Żyła już tak długo, że nikt nie mógł być pewny, czy nie stało się to jeszcze przed końcem wszystkich rzeczy i początkiem obecnych. Prawdę znała jedynie ona, a do dzielenia się nią skora nie była, z powodów, których nikt z nas, później narodzonych nie rozumiał.
Teraz miałem sposobność na własne oczy przekonać się, że czuła się jeszcze dość dobrze. Odnawiała swoją formę tak, jak zawsze ją odnawialiśmy, my alfy, jednak stopniowo pogarszało ono swą jakość i zdolności. Jej skóra z wolna szarzała i marszczyła się, ciało chudło i wiotczało, jednak Liliana zachowywała ciągle budzący szacunek szyk wysoko urodzonej istoty i spojrzenie pięknej, niezwykle inteligentnej kobiety. Tutaj, w Sandurskiej Kolebce, wykorzystując żyzność pierwotnego rezerwatu miała nadzieję odzyskać dawne siły.

Tyranosaurus-Tyranozaur-T-rex

Tymczasem znów ukazały się te potwory. Całkiem blisko. Swoim zbójeckim zwyczajem wyłoniły się znienacka spośród nadrzecznych chaszczy i porwały przypadkowych podróżników przebywających na przybrzeżnej łączce. Zrobiły to kilkakrotnie, atakując zawsze od innej strony. Oczywiście spotkanie z nimi było ostatnią sekundą ich życia.

Zgłosili się mieszkańcy narażonych na atak placówek. Było ich kilka, na szczęście nielicznych grup. Większość z nich schroniła się na terenie mej posiadłości, która trwała jak bezpieczna przystań na szczycie najwyższego wzniesienia w okolicy. Zaraz potem wezwałem ich do głównej pałacowej sali na naradę. Wyjaśniłem na wstępie:

– Strefa nasza od dawna już skażona jest różnymi zwierzęcymi chorobami. Musicie uświadomić sobie, że choruje tutaj większość gatunków zwierząt, a nawet roślin.
– Czemu dowiadujemy się o tym dopiero teraz? – zdumiał się pionek Prianssów.
– Szczegółowe analizy zleciłem wykonać niedawno. Dotąd bazowaliśmy na danych przekazywanych nam przez Rhsshathów. Nie sygnalizowali żadnych niekorzystnych zmian w ich zakresie. Dopiero atak śmiertelny kazał mi się wszystkiemu przyjrzeć dokładnie. I przestać im ufać.
– Czy choroby są dla nas niebezpieczne?
– Zrobiliśmy wszystkie stosowne badania – oznajmiłem. – Choroby nie są dla nas groźne, jeszcze, lecz tak znaczna ich ilość przekracza wszystkie możliwe parametry… Hm, jest w tym dziwnym miejscowym zjawisku jakaś ukryta prawidłowość, którą moi specjaliści starają się zrozumieć. Wyniki są analizowane w najwyższych kręgach. Tylko to przekazuję, co wiem z całą pewnością.
– Czy nie powinniśmy stąd po prostu odejść? – odezwał się ktoś z niedawnych przybyszy.
– Być może tak – skwapliwie podtrzymałem jego myśl. – Dopóki wnioski uczonych nie pozwolą na jasną ocenę typu zagrożenia, jego głównej przyczyny i możliwych konsekwencji, mogę was jedynie przestrzec przed zbyt bliskimi i częstymi kontaktami z tutejszą florą i fauną. Zachowujcie zawsze, na Boga, roztropność i czujność!
– To bardzo ciekawe, co mówisz, o, Dostojny – usłyszałem jednak w odpowiedzi. – Chętnie pomożemy w szczegółowych badaniach i doświadczeniach.
– Tak. Lecz zasięg jego i natężenie są w istocie niepokojące. Nie jestem tego w stanie sam ocenić – starałem się nie okazywać zniecierpliwienia – Wnioski wyciągane są w wyższych kręgach, my jedynie służymy doświadczeniem.
– Kiedy będziemy wiedzieć coś pewnego?
– Czekamy – odparłem sucho.
– A jaka jest twoja rada, o, Dostojny?
– Jesteśmy w trudnym położeniu, choć liczę, że przejściowo. Zadecydujcie sami, biorąc pod rozwagę moje słowa. Nie lekceważcie niczego niepokojącego. Takiego rozmiaru i rodzaju zagrożenia nie uwzględniono w naszych przepisach. Zapewne nikomu nie przyszło do głowy, że może gdziekolwiek kiedykolwiek dojść aż do takiej anomalii. Tylko z powodu braku porównania Rząd pozwala jeszcze na pobyt ludzi w Dorzeczu.
Na chwilę zamilkłem i powiodłem wzrokiem po zebranych. Milczeli. Dokończyłem:
– Ponieważ jestem tu jego jedynym przedstawicielem i ode mnie zależy ocena ogólna muszę rzec, że uwzględniam konieczność wydania polecenia natychmiastowego odwrotu. Nie można wykluczyć, że ilość degenerujących chorób i uporczywość skażenia nimi okaże się równie dla nas groźna, jak jakość. Jestem zwolennikiem tezy, że obszar Dorzecza, a zwłaszcza ujścia Rzeki, będzie musiał zostać poddany dłuższej kwarantannie. Jakkolwiek taki bieg spraw byłby dla mnie bolesny.

Wkrótce doniesiono mi, że Liliana ze swoją świtą planuje wyjazd. Poparłem gorąco tę decyzję. I poczułem ulgę. Jej natura wydawała mi się zbyt nieposkromiona, aby móc poradzić sobie w tak trudnej, wymagającej karności i zachowania ciągłej uwagi sytuacji.
Udałem się do zajętej przez nich części pałacu. Idąc obok głównego wejścia mijało się przejście wiodące do mojej osobistej łaźni, służącej mi do zwyczajowych oczyszczeń po każdym wyjściu na zewnątrz i pobycie w niższym świecie.
Ze zdziwieniem odkryłem, że ekipa Liliany podłączyła w niej własny przewód i przeciągnęła go, począwszy od umieszczonego w łaźni stosu zasilającego wir pralni, aż do okrągłego okna. Wyjrzałem przez nie. Przewód, niby ogromny wąż wił się w kilku skrętach i znikał gdzieś daleko w ogrodzie. Drugi jego koniec podłączony był do zasysacza, który został teraz wzbogacony o dodatkowy filtr ze zbiornikiem, gromadzącym uzyskiwany destylat.
– Nie mam zamiaru czekać, aż skończycie – odezwałem się do jednego z cherlawych lilianowców obsługującego urządzenie, niezadowolony z użycia go bez mego pozwolenia.
Obsługujący spojrzał na mnie nieprzeniknionymi czarnymi oczami i usunął się na bok, by pozwolić wejść Lilianie, czuwającej gdzieś blisko.
– Wytrzymasz, odlatujemy stąd za kilka godzin – odpowiedziała mi chłodno. – To jest nam niezbędne. Zrozum…
Była wysoką, nadmiernie wiotką istotą o wielkich oczach i długich szczupłych rękach zakończonych czteropalczastymi dłońmi. Jej wiek, jak i wiek jej rasy ginął w przepaściach czasu odmierzanego wielkimi okresami obrotu galaktyki wokół Solis. Choroba zmieniła ją już na tyle, że trudno było nie zauważyć postępującej utraty empatii, wyższych uczuć i ciepła w psychice. Chłodna obojętność, która od niej biła nawet w zwykłej rozmowie zbijała każdego z tropu, także i mnie.
Od jakiegoś czasu, wraz z grupą swoich naukowców odwiedzała takie pierwotne i nieliczne, jak nasz światy, usiłując znaleźć lekarstwo dla siebie i za wszelką cenę powstrzymać postępujące nieuchronnie wyrodnienie ciała. W tej chwili również przeprowadzali jakieś swoje doświadczenie. Którego nawet nie próbowałem zrozumieć.

Wtem w oknie na zasuniętych w dużej części wewnętrznych zasłonach (Liliana i jej kompania coraz gorzej znosili pełne dzienne światło) ukazał się na ich powierzchni przesuwający się prędko ogromny cień. Jakkolwiek było to fizycznie niemożliwe z powodu uwarunkowań i solidnych zabezpieczeń naszego wysoko położonego obszaru, to tuż obok pałacu ukazał się i błyskawicznie przemknął tyranozaur!
Natychmiast zarządziłem najwyższą gotowość i skupienie. Zamknęliśmy szczelnie i zamaskowaliśmy wszystkie wejścia i otwory obserwacyjne. Sami zgromadziliśmy się wewnątrz największej sali pałacu odsuwając się dla bezpieczeństwa nawet od ścian. Dinozaur nie powinien atakować nieruchomego, zatem martwego w jego oczach budynku, ale lepiej było nie prowokować go dodatkowo żadnym ruchem, głosem czy spojrzeniem. W jednej chwili nastała całkowita cisza, wstrzymaliśmy nawet oddechy. Po dłuższym czasie pozwoliła mi się nieco uspokoić. Zbadałem dane ze wszystkich czujników monitorujących stale otoczenie i w końcu postanowiłem wyjść ostrożnie na zewnątrz. Czułem się w obowiązku ostrzec innych, którzy mogli przebywać w pobliżu.

Na terenie bezpośrednio zależnym od pałacu wznosiła się ogromna stodoła, a tuż obok dużo mniejszy ogrodowy magazyn. Gromadziliśmy w nim czasem nadwyżki plonów, a na co dzień służył do przechowywania aparatów i narzędzi potrzebnych do uprawy ogrodu. Pomiędzy nimi rosła stosunkowo niewielkich rozmiarów dzika jabłoń. Drzewo to niedawno zaszczepiliśmy najlepszymi odmianami owoców. Rokowało w przyszłości znaczne zbiory z kształtowanego przez nas świata. Ze względu na jego wczesną niedojrzałość jabłoń i tę chronioną strefę ogrodu omijaliśmy, nie ingerując w rozwój, zgodnie z rządowym poleceniem.
W tej chwili zauważyłem kilkoro ludzi pod stodołą, więc udałem się w tamtą stronę. Sam nie czułem się bezpiecznie. W razie napaści upatrzyłem sobie jabłoń. Jej nisko zwieszające się konary mogły mi posłużyć za osłonę. Powinny zniechęcić tak olbrzymią bestię do ataku. Znałem niedoskonałość jej wzroku, postrzegającego jedynie ruch i kształty ogólne otoczenia. Niestety, przeliczyłem się w swoim planie.
Nagle zza stodoły wychyliło się niewielkie zwierzę.
Był to także gad, dinozaur, jednak pochodził z jakiegoś nieznanego mi rodzaju. Nie byłem w stanie ustalić, czy jest drapieżny. Mógł to być jeden z roślinożernych łagodnych dinozaurów, ale wolałem wziąć pod uwagę gorsze założenie, choćby z tego powodu, że zbliżył się tak szybko i bez namysłu. Poruszał się na czterech łapach, jego tylne nogi były większe i bardziej umięśnione od przednich. Nie posiadał ogona, a jego pysk… właśnie… przypominał oblicze istoty rozumnej o wiele bardziej, niż znane mi gady.

Staliśmy naprzeciw siebie w napiętym bezruchu. Zwierzę wpatrywało się we mnie okrągłymi czarnymi oczami, w których błyszczała bezczelna ciekawość i najwyraźniej jakiś rodzaj rozsądku! Oceniłem natychmiast, że było na tyle niewielkie, iż mogło swobodnie wejść pod konary jabłoni i mnie pod nią zaatakować.
Zadrżałem lekko, ale nie dałem nic po sobie poznać. Nie wykonując gwałtownych ruchów rozejrzałem się wokół siebie, aby znaleźć może inną kryjówkę. Niestety, błyskawicznie zza drugiego rogu stodoły wychyliło się drugie, takie samo zwierzę. Oba wyglądały na tak sprytne, że natychmiast straciłem nadzieję, że zdołam się przed nimi gdziekolwiek ukryć.

Szczęśliwie resztka kolonistów, którzy kręcili się wcześniej koło ogrodowych budynków zdążyła zniknąć. Na wzgórzu zostałem sam z ową parą potworowatych spryciarzy. Nie miałem jednak sposobności odetchnąć. Albowiem u wrót stodoły ukazała się jeszcze jedna, tym razem żeńska, dwunożna istota. Dinozauroid.
Zdumiałem się. Czegoś podobnego nie widziałem, ani nie spodziewałem się kiedykolwiek zobaczyć! Miała wzrost dorastającej dziewczynki. Jak my wszyscy stała prosto na dwóch kończynach, lecz jej śniada skóra wyglądała na o wiele grubszą i twardszą od naszej. Jej twarz miała w sobie jakiś cień podobieństwa do spryciarzy, którzy osaczyli mnie z dwóch stron. Uśmiechała się miło. Hm, w wyrazie jej oblicza było coś krowiego.
– Na Boga, cóż to takiego? – znieruchomiałem, już tylko śledząc wzrokiem to, co się wokół mnie dzieje.
Dwaj spryciarze i gadzia dziewczynka stali również, naprzeciw, wpatrując się we mnie swymi przenikliwymi okrągłymi oczami. Bez ruchu.

Wtenczas zdarzenia zaczęły biec jedno za drugim. Już właściwie ani na chwilę nie wychodziłem ze zdumienia. Nagle usłyszałem dobiegające z dala buńczuczne okrzyki i pohukiwania. Obejrzałem się za siebie.
Na teren mojego ogrodu przybyła grupka kilku wysokich młodych mężczyzn. Trzymali w rękach łuki i długie, twarde, ostre i sprężyste strzały. Ścigali tyranozaura!
– Oszaleli? Nie zdają sobie sprawy, z czym mają do czynienia!? Przecież ten potwór nawet nie zauważy tych ich strzałek – pomyślałem.
A jednak… Młodzi myśliwi wyglądali na absolutnie spokojnych, bez śladu strachu. Rozglądali się bystro wokół siebie, w skupieniu wypatrując krwiożerczego potwora. Musiałem przyznać, że wyglądało na to, iż ten przed nimi uciekał! I wszystko przyśpieszyło jeszcze bardziej, niż do tej pory.

Ktoś wreszcie wyszedł ku mnie. Była to jedna z dwóch kobiet, które zjawiły się tu poprzedzone drużyną łuczników, istnych młodych bogów. Znałem je dobrze. I zrozumiałem, że nadeszło wsparcie. Tak długo przeze mnie oczekiwany ruch ze strony galaktycznego Rządu.
Powitałem z szacunkiem Matki, (przez niektórych zwane babkami lub też matronami), czyli gwiezdne akuszerki. To one czuwały przy moim poczęciu i narodzinach. Tak samo jak przy pojawieniu się większości istot, które dane było mi znać. Obie, matka i córka, były spokojne i radosne, otwarte i przyjazne. Przedstawiły mi najpierw gadzią dziewczynkę. Chwilę potem, pokazując dłońmi na spryciarzy przyznały się, że zdołały wyhodować mniej krwiożercze gadzie rasy, niż kiedykolwiek samoistnie rozwinęły się w kosmosie.
– Udało nam się sprawić, że zaczęły poddawać się duchowej obróbce i pomyślnie weszły w ewolucję – wyjaśniła mi Matka. Poznałem oto przedstawicieli udoskonalonego genetycznie gatunku.
– Co prawda daleko im jeszcze do naszej subtelności czy rodzaju smaku, ale przy umiejętnym postępowaniu można z nimi nawiązać twórczą więź i coś u nich zyskać. Oczywiście, przede wszystkim bezpieczeństwo – dodała druga z Matek.

Ledwie to usłyszałem, na nasze wzniesienie wjechały olbrzymie maszyny i rozrzuciły na polach wielkie kloce sprasowanej karmy. Była ciemna jak gleba i zrobiona ze słomianej sieczki pomieszanej z jakąś substancją roślinnego pochodzenia, nieznaną mi. Przypominała sypką czarną kawę i rzeczywiście dowiedziałem się zaraz, że jest mocna i pobudzająca jak kofeina, o ile nie mocniejsza.
– Na razie tyle wskórałyśmy – uśmiechnęła się Matka. – Dinozaury zgodziły się przejść z krwi na karmę roślinną, lecz potrzebują się nieźle napakować używkami, aby nie czuć głodu krwi. A teraz spójrz! Zobacz, jak to zrobiłyśmy.

Z porośniętych młodym lasem mokradeł obok wzgórza wybiegły pojedyncze niewielkie sztuki miejscowych drapieżników zwabionych zapachem żywych istot. Podrzucono im na przynętę roślinożerne gady, które jednak – jak się okazało – były tylko nadmuchanymi atrapami zwierząt. Drapieżniki skakały na nie, wbijały w nie swoje ostre zakrzywione do wewnątrz zęby, chcąc wyssać z nich krew, a z gumowej lalki wylatywało ze świstem powietrze i zaraz zamieniała się w pustą płachtę. Zszokowane tym i przerażone uciekały w ogromnym popłochu, aż w końcu po pewnym czasie poczuły wściekły głód. W ten sposób zostały zmuszone przejść na karmę zastępczą, z sieczko-kawy.
W stosunkowo krótkim czasie pozwoliły się oswoić, a Matki wyhodowały z nich rasę łagodnych olbrzymów. Przedstawiono mi jednego z nich. Był to wielki białowłosy mężczyzna z pomarszczoną niczym starzec twarzą, niezwykle silny fizycznie. Żywił się podawaną mu białkową substancją w formie maleńkich granulek i wiele się nauczył od Matek. Był nadzwyczaj inteligentny i pojętny. Tylko…
– Tylko, gdy opanuje całą wiedzę, którą mu powoli przekazujemy – pomyślałem przyglądając mu się podejrzliwie – czy nie zbuntuje się przeciw swoim hodowcom? Przecież fakt, że został sztucznie stworzony, przestawiony podstępem i siłą na inną karmę i oszukany, co do swego pochodzenia może go w końcu rozwścieczyć! A z takim przeciwnikiem, który oprócz fizycznej siły zyskał jeszcze inteligencję możemy sobie nie poradzić! – Nie ośmieliłem się jednak wyrzec tego głośno, zaś Matki zdawały się całkowicie spokojne, co do swego pupila.

Z kolei rasa dinozauroidów została przeznaczona do hybrydyzacji z nami, myślętami. Przez głowę przemknęły mi różne wnioski z doświadczenia, które nabyłem podczas długiego zasiadania w Dorzeczu. Mógł to być szok dla samych człekoidalnych istot, gdy zaczną dysponować ciałem skłaniającym je do podstępu, drapieżności i okrucieństwa. Co w nich wtedy zwycięży? Zimna gadzia czy nasza światła i myśląca natura?

Po objaśnieniu i przedstawieniu mi wszelkich rodzajów przybyłych sił i sposobów działania, moja ogrodowa uprawa zaczęła się zmieniać. Planowo i z wielką przezornością przetransformowano ją w scenę Wielkiej Gry. O jej rozpoczęciu zdecydowano gdzieś w najwyższych kręgach. Dlatego z mej strony żadnego sprzeciwu, ani odwołania być nie mogło.
Na początek wytyczono obszar i otoczono ów plac ścisłą energetyczną siecią tworzącą ochronną tarczę. Wydostanie się z areny stało się wręcz niemożliwe, bez spełnienia założonych odgórnie zasad i celu. Widzowie wylegli tłumnie ze swych skrytek, mniejszych i większych baz i placówek i poobsiadali ogrodzenie dookoła. Krwiożercze potwory mające przetransformować się w łagodne zwierzęta i w końcu w inteligentne istoty, takie jak my, a może nawet doskonalsze od nas, budziły powszechne zdumienie, niedowierzanie i zachwyt.

Ja sam znalazłem się w pierwszym rzędzie przeznaczonym dla oficjeli z centrali. Dostałem miejsce obok wysokiego, ciemnowłosego i ciemnookiego mężczyzny, przysłanego do nas z ramienia Senatu w jakimś bliżej niewyjaśnionym celu. Mogłem wreszcie przyjrzeć mu się dokładnie i zaspokoić ciekawość, dawno żywioną. Natychmiast zauważyłem, że jego wygląd jest w pewien ulotny, ale natrętny sposób podobny do Liliany. Przy swym znacznym wzroście i szczupłości miał też takie samo chłodne, obojętne, a jednocześnie niezwykle bystre i przenikliwe spojrzenie, które sprawiało, że każdy szybko tracił przy nim pewność siebie.
Lomp-sai miał, jak się wkrótce okazało, swój prywatny wielki plan przejęcia kontroli nad Grą i jej przebiegiem. Z początku nikt z nas nie zdawał sobie z tego sprawy, sądząc najwyżej, że działa w zgodzie z tajnymi zleceniami rządowymi.

Teren areny, mimo że działy się na niej przemiany zgoła ciekawe i pożyteczne, był jednak wciąż miejscem powtarzających się ataków tyranozaura. Wkraczał on do akcji zazwyczaj w chwili naszego bliskiego powodzenia. Jakim miały stać się narodziny doskonałego dziecięcia. Wyhodowane z takim trudem człekoidy nie były zdolne poradzić sobie z rozmiarem okrutnej dzikości i przewagi fizycznej tego potwora. On jeden spośród drapieżców nie dał się w żaden sposób okiełznać i zachował swój odwieczny krwiożerczy smak.
Po wielu nieudanych próbach usunięcia go zupełnie z rozgrywki, gdy zjawiał się nagle z całą swą zatrważającą mocą, nie dopuszczając do naszej wygranej, na obradach zwołanego z tego powodu wiecu zasiadający u mego boku Lomp-sai zerknął na mnie porozumiewawczo. I już zaraz przekonałem się, że swoją nadzwyczajną aktywnością próbuje rozluźnić i rozbujać sieć zabezpieczającą arenę. Uznałem z początku, że jego działania wyglądają na inteligentne i korzystne dla kreowanego świata. Lomp-sai stworzył samodzielny nadzorczy plan, w którego urzeczywistnieniu, wraz z wieloma innymi osobistościami podjąłem się go wesprzeć, mimo, że nie zyskał jeszcze odgórnej akceptacji. Nie widziałem w nim zrazu nic niebezpiecznego, ot, odważną próbę wprowadzenia przyśpieszonych i jakże koniecznych dla przyszłego powodzenia zmian w obrębie areny.
Wtem, nie spodziewając się niczego, znalazłem się wraz z grupą mych współbraci w samym środku krwawej jatki. Znów pojawił się, nie wiadomo skąd, nadbiegający z porażającym świadomość piskiem gadzi potwór, rujnując wszystkie nasze wysiłki.
– O, nie! – sprzeciwiłem się w owej chwili.
Miałem jeszcze wybór. Wiedziałem, że jest to też chwila, gdy giętka i rozciągliwa do pewnego stopnia sieć tarczy, siłą bezwładu i we właściwym sobie rytmie zaczyna wracać do swego pierwotnego położenia, niosąc krótkotrwałą szansę wydostania się na zewnątrz. Dołączyło do mnie jeszcze kilka osobistości, będących wcześniej wspólnikami Lomp-sai, które tak jak i ja, znalazły się w pułapce, namówione przekonywującą wizją powodzenia. Pod wpływem przerażającego szoku i konfrontacji z krwawą bestią stwierdziły, że z pewnością nie pozostaną w niej dłużej.

Odcumowaliśmy nasz statek i poszybowaliśmy w przestworza. Siła grawitacji zatrzymała nas na granicy sieci rozciągniętej wokół ziemskiej areny. Statek obrócił się i zawisł na orbicie, wychwytując częścią swej gładkiej powierzchni światło słońca i odbijając go jak wielka lampa, rozpalona nagle w środku nocy. Stamtąd szybko i z determinacją porzuciwszy ciało przedostałem się na bezpieczną stronę za zasłoną, odradzając się na powrót w mojej rasie.
Nasz prędki odwrót, który już za chwilę nie mógłby się powieść, spowodował, że szaleniec stracił równowagę. Objął swym nadzorem nowy ziemski księżyc, lecz pozostał z wierną sobie ekipą w obrębie zagrodzenia. Odtąd musiał radzić sobie sam. Kolejna szansa rozluźnienia dozoru miała przytrafić się za dziesiątki tysięcy lat, w rozumieniu czasu tych, którzy pozostali wewnątrz.

Ledwie odzyskałem pamięć i doszedłem do przytomnego myślenia uznałem, zastanowiwszy się, że Lomp-sai musiał znać już wcześniej taki, a nie inny bieg spraw. Tylko, na Boga najwyższego, dlaczego tak się przy niej szaleńczo upierał? Przyglądaliśmy mu się odtąd uważnie spoza, nie mając prawa, wedle ustalonych zasad, wtrącić się jakkolwiek w przebieg gry, w której zaczął w ten sposób uczestniczyć osobiście.

Po dramatycznym wydostaniu się z zawarowanej strefy wróciłem do mego pałacu na szczycie. Już zmieniony, nieskory do pochopnych sprzeciwów. Na rozkaz, który w pewnej chwili przypłynął, zleciłem pomalowanie wszystkich framug okien i drzwi w piękne czerwone odcienie. I obsadzenie ogrodu różami. Nadal doglądam i nadzoruję sprawy z wysokości, cierpliwie czekając na skutki ewolucji zwierząt, pozostawionych samym sobie w obrębie areny. Doszło już do wielu korzystnych mutacji. Niedawno spojrzały na mnie wielkimi okrągłymi oczami dzikie koty.

Nie jestem sam na strażniczym stanowisku. Przybyło wielu obserwatorów. Z niży i z wysokości. I wciąż przybywa. Wyczekujemy chwili, gdy będzie można wreszcie zjawić się tam osobiście. I wprowadzić krew królewską w obręb odciętego od nas pierwotnego świata, ku przewidywanemu zwycięskiemu końcowi.

(Zapisane 3 stycznia 2004)