Klub Ezo, część 2

Druga część opowieści, która wydarzyła się w całości w snach. Nic nie zmyśliłam, jedynie ułożyłam w miarę logiczną historię z serii śnionych i przeżywanych w stanach transu wydarzeń.

Część 1 <<<<

Ewa Sey

Klub Ezo, cd.

Byli tacy, którzy zaczęli Żywję badać i oceniać swoimi parapsychicznymi sposobami. Każde takie zerknięcie bez pozwolenia budziło ją w nocy i pozostawała świadoma wszystkich tych prób. Z ciekawości zdecydowała im się poddać. Te podsłuchane opinie miały swoje rozwijające się stopniowanie. Począwszy od: „Ona naprawdę chyba zwariowała!”, poprzez: „To anioł otoczony przez wampiry z powodu słodkiej złotej aury”, “ po: „To wszystko prawda, co mówi. Ona przejdzie kiedyś za zasłonę”… Niektórzy wynaleźli jej kamienie w pęcherzyku żółciowym, albo niemożność trawienia kilku białek roślinnego pochodzenia. Co miało okazać się prawdą za kilkanaście lat. Innych opinii życie nie potwierdziło.

Nareszcie jedna z redaktorek wydawnictwa, w którym dawno temu chciała wydać kolejną książkę, przypomniała to sobie, kazała przeszukać wszystkie szafy i odnalazła ów ręcznie pisany ślad na samym dnie redakcyjnej makulatury. Mocno ją to zbulwersowało. Zaskoczona udała się najpierw do kilku znajomych wróżbitów, a gdy wyniki ich wglądów okazały się niejasne i zagmatwane zdecydowała się pójść ze sprawą do samego jasnowidza z Cieszkowa, słynącego z nieomal stuprocentowych trafień.
Dokładnie mówiąc nie zrobiła tego osobiście, tylko wysłała do niego incognito swoją pracownicę. Aby nie zdradzać na początek żadnych danych, ani nie sugerować rozwiązań. Pracownica miała ze sobą ów pisany ręcznie list, który przeleżał tyle czasu w przepaściach redakcyjnego archiwum.

Tego dnia na seans przybyło kilka osób, w większości kobiet z różnymi tragicznymi problemami w rodzaju poszukiwania zaginionych i zebrało się milcząco w poczekalni. W końcu, gdy napięcie wśród nich nie do zniesienia wzrosło wyszła ku nim sekretarzująca jasnowidzowi jego żona. Powitała wszystkich i poprosiła o przedmioty osobiste związane z ludźmi, o których chcą się czegoś dowiedzieć. Mistrz w ogóle się nie ukazał, aby się nie dekoncentrować.
Mijała dobra godzina kolejnego oczekiwania na wyniki badań, gdy z gabinetu wychylił się osobiście starszy łysy pan będący jasnowidzem z Cieszkowa. Cichym głosem poprosił osobę związaną z listem, który trzymał w dłoni.
Pracownica redakcji, spocona z wrażenia weszła do środka, a starszy pan stojąc oddał jej list.
– To, co ujrzałem kompletnie mnie zaskoczyło. Usłyszałem głos anioła, strażnika Raju – mruknął lekko zdziwiony i jakby zakłopotany. – Anioł mówił z ruskim akcentem, zmiękczając słowa i zdania na wschodni sposób. Wyraził zdumienie, że „ona słyszy głos Boga i widzi trzy drzewa w Raju, blisko Niego”, to podobno jest niemożliwe… Przemówienie, które usłyszałem było dość długie, padły w nim jeszcze nazwiska „caria Aleksandra wtarowo” i „caria Napoleona wtarowo”. Niestety tylko to z niego zapamiętałem. A szkoda, bo ten wschodni akcent naprawdę mnie ujął.

Byli jednak również tacy, którzy uwagi Żywji o nadchodzącej wojnie traktowali jako dowód związku z diabłem. Koniecznie pragnęli udowodnić jej to powiązanie. Podtrzymywało tę opinię odżegnywanie się od duchowych mistrzów czy stosowania diet i treningów doskonalących wgląd, oczyszczających umysł i ciało i przedłużających życie. Do tego nie stroniła od alkoholu, rozrywkowego towarzystwa, nie pościła ani nie praktykowała żadnej religii. Raz spytana, czemu woli jeść mięso, pić wino, zatruwać swój organizm i obciążać sumienie krwią zwierząt odpowiedziała tylko:
– Dlatego, że od tego, za czym ty gonisz ja uciekam.
– Gonię?
– Tak. Chcesz być czysty jak szkło, widzieć i słyszeć rzeczy niewidzialne i niesłyszalne, władać energiami i magiczną mocą. I tym samym zasłużyć na życzliwą pomoc i uwagę Boga, nieprawdaż? Mam to w nadmiarze przy byle głodówce czy medytacji. I przestaję zwyczajnie funkcjonować. Zamieniam się w przestraszone i oszołomione nadmiarem wyczuwanych impulsów zwierzątko. Z tym nie da się żyć. Przynajmniej w fizycznym ciele.

Któregoś dnia zadzwonił telefon i w nim charakterystyczny głos Wiesława Kowala zapytał, czy wybiera się na najbliższe spotkanie Klubu Ezo. Pyta zaś z tego powodu, że chciałby ją tam spotkać. Ma do opowiedzenia wszystkim historię, która w dużej mierze wydaje mu się zbieżna z jej relacjami z koszmarnych ataków. Zaciekawiona Żywja obiecała pójść. W ustalonym dniu i godzinie zjawiła się w kawiarni byłego Hortexu, tak jak wcześniej.

Obecni byli tylko najstarsi klubowicze, pewnie z tego powodu, że pora wakacyjna wygnała młodszych w drogę do zarabiania pieniędzy przy prowadzeniu letnich warsztatów. Po powitaniu, zwyczajowym podaniu wszystkim zielonej herbaty (nic się tak naprawdę nie zmieniło mimo zmiany właściciela kawiarni, nawet kelner pozostał ten sam) Wiesław Kowal zatarł swoje duże dłonie i westchnąwszy zaczął mówić:
– Niektórym z was wspomniałem już o tym, co chcę teraz wszystkim opowiedzieć. Cała sprawa zaczęła się od chwili, gdy ogłosiłem przepowiednię dla świata, która niestety, jak wam wiadomo sprawdziła się w stu procentach. Dnia 11 września roku pamiętnego… Wszyscy tutaj w jakiś sposób siedzimy w Tajemnicy, nieprawdaż? Próbujemy nie tylko dociec przyszłości, ale przede wszystkim pojąć jej ukryty sens i mechanizmy, które nią sterują. Pewnie niektórym udało się coś przeczuć zawczasu. I niewiele to zmieniło, albo w ogóle nic. Rzeczywistość toczy się bezwładnie, a obecnie – śmiem uważać – ten bezwład jak gdyby przybrał na sile. Być może (powtarzam: być może!) stoją za tym konkretne siły i elity dysponujące iście szatańskimi technologiami, o których niewielu ma pojęcie. Po ostatnich moich doświadczeniach przypuszczam, że używa się ich w celu zahamowania naturalnego procesu uświadomienia sobie sieci uzależnień, w której tkwią od dawna całe społeczności.
– Ależ oczywiście! – roześmiał się hipnotyzer i zawołany spirytysta Maksym Wątpiałek, rówieśnik astrologa. – Wszyscy o tym wiedzą od lat, nawet wróble o tym ćwierkają! Co ty knujesz i do czego zmierzasz naprawdę, stary byku?

Wiesław Kowal roześmiał się z widoczną ulgą.
– Moi drodzy, wiecie jak potwornie pokopane miałem ostatnie dwa lata życia… Przewidziałem trochę z tego swoimi sposobami astrologicznymi, ale tak naprawdę wszystko, czego doświadczyłem przerosło moje najgorsze oczekiwania! A musicie przyznać, że mylę się rzadko w ocenie wagi tranzytów i progresji.
– To prawda – zgodził się mistrz różdżkarstwa, Józef Pełka. – I chyba wszyscy słyszeliśmy o twoich nieszczęściach.
– Nieszczęścia… – westchnął z powracającą powagą Kowal. – Można by je doprawdy nazwać chronicznym pechem, a w moim subiektywnym odbiorze była to wręcz klątwa!
– I ty to mówisz? Racjonalista i intelektualista? – uśmiechnął się pan Maksym, z którym od dawna byli przyjaciółmi i znali się jak łyse konie jeszcze z czasów wspólnej pracy w Polskim Stowarzyszeniu Parapsychologicznym.
– Tak, ja. Przyznaję, że pogoniły mnie (mnie! racjonalistę i intelektualistę!) nieczyste i źle mi życzące niewidzialne siły. I choć nie mogę wam niczego udowodnić, to jednak spróbuję o tym opowiedzieć.

I wtedy klubowicze usłyszeli jego przedziwną opowieść.
W zamian jednak w tym miejscu opowiadania warte przytoczenia są sny, które Żywja miała poprzedzającej owe spotkanie nocy. Dzięki nim można spróbować ujrzeć nieco więcej, niż wynikło to z samej relacji Wiesława Kowala w Klubie Ezo.

Najpierw rysowała w notatniku pojawiające się od dawna w jej snach symbole. Zestaw zaczynał się od wielkiego gada (samicy dinozaura), potem szło kilka innych mniej ważnych form istot, aż wreszcie kończył się na ogromnym niedźwiedziu z gwiazd. Wtem domyśliła się, że chodzi o gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy. To odkrycie sprawiło, że zadrżała od stóp do głowy przeszyta dojmującym przerażeniem. Zestaw kończył się obrazkiem mnóstwa drobnych i czarnych kropelek spadających z rozgwieżdżonego nieba na ziemię niczym rozsiewane z góry zarodniki ciemności.

Nadciągnął wieczór, a w obrębie ogrodzonego murem terenu wokół kościelnej katedry ciągle jeszcze stało trzech mężczyzn eksperymentujących z nader silną trucizną. Wieża kościelna miała kwadratową podstawę. Na każdej ścianie wielka okrągła tarcza zegara pokazywała nadchodzącą ostatnią godzinę. Nie działo się to pierwszy raz. Bardzo ostrożnie polewano trującymi kroplami kartkę papieru z zapisaną na niej przepowiednią obwarowaną chroniącym zaklęciem. Wszystkim obecnym było wiadomo od lat, że za każdym razem jakiekolwiek próby złamania klątwy i odczytania Tajemnicy okazywały się bardzo groźne dla ogłaszających je autorów, a śmiałkom, którzy spróbowali zawczasu przekazać ją społeczeństwu, by zmienić bieg wydarzeń – nieumiejętny kontakt z trującą energią odrywał ręce i nogi każąc im umierać w straszliwych męczarniach. Któryś z eksperymentatorów oceniał właśnie wyniki ostatniego doświadczenia. Trujące krople wyżarły większość tekstu, ale to, co pozostało i dało się odczytać z zapisu zrobionego po angielsku zdumiało wszystkich. Tajemny przekaz brzmiał: Personal birth, czyli: osobiste narodziny.

krokodil

Natychmiast pojawiła się wyczuwalna obecność jakiejś ponurej, potężnej i mrocznej świadomości. Z niezrozumiałych powodów nie atakowała jednak, ale obserwowała całe to zdarzenie z napiętą uwagą ukryta gdzieś w niewidzialnym świecie.

Wtedy plac przykościelny zamienił się w otoczony murem stary park, a katedra w kilkupiętrowy pałac. Było już blisko północy. Nagle w nieprzeniknionym mroku otworzyło się oko ukrytej w nim przerażającej istoty… Ogromne, obłe, żółte, ze źrenicą zwężoną w pionową kreskę jak u gadziego drapieżnika, węża albo krokodyla.
Chwilę potem ktoś ukazał się w pałacowym pokoju na drugim piętrze. Rozchyliwszy śmiałym ruchem czerwone zasłony stanął w oknie mały śmiejący się bezczelnie chłopiec, boski bliźniak.

Teraz położono przed Żywją odwieczną Xsięgę. Do obu jej boków przyklejone były dwie złożone jak mapki mniejsze książeczki. Żywja ostrożnie otworzyła jedną z nich i odsłoniła obrazek. Ukazywał młodego chudego mężczyznę. Leżał obnażony, z półotwartymi ustami i wykrzywioną bólem, nienawiścią i wstrętem twarzą, pokrytą kilkudniowym zarostem. Jego podniebienie było rozszczepione na dwie szczęki, obie miały po pełnym zestawie zębów. W dolnej części obrazka znajdował się szkic mutanta. Było to coś ohydnie zdeformowanego, drobnego, czarnego, zwyczajnie – diabelskie dziecko.

Żywja otworzyła drugą książeczkę. Zobaczyła portret uśmiechającej się rezolutnie zdrowej i silnej kilkuletniej dziewczynki. W uśmiechu ukazywała dwa błyszczące śnieżną bielą, wystające zabawnie spod górnej wargi siekacze.

Wtedy zaczął się atak. Żywja poczuła obecność nader nieprzyjemnej i nieprzyjaznej siły. Pokój sypialny powiększył się, a pod lampą zaczął krążyć czarny wielogłowy smoczy kształt, usiłując zgasić lub choćby maksymalnie przyćmić jej światło.
Zaczęła odruchowo wykonywać znak krzyża i robiła to jednocześnie dwiema rękami. Prawą i lewą. Natychmiast usłyszała dobiegający z oddali śpiew wielkich ludzkich tłumów. Rozpoznała maryjną pieśń kościelną.

Ni stąd ni zowąd znalazła się na przedmieściach Warszawy. Wciąż trwała noc. Szła oświetloną latarniami ulicą zmierzając do domu przyjaciół. Nagle zaszedł jej drogę zdążający tak samo jak ona po prawej stronie czarny pies rasy doberman z łypiącymi groźnie ślepiami. Zdecydowała się przejść na lewą stronę ulicy, ale już po chwili zaczęła zmierzać ku niej jakaś drobna smolista postać. Nawet nie starała się jej dobrze rozpoznać, aby nie oszaleć ze strachu.
Cofnęła się zawracając, ale dokąd ma teraz pójść? Do kogo się udać? Komu coś tak przerażającego i nieprawdopodobnego opowiedzieć? I kto jej uwierzy?

Pominięta tutaj opowieść Wiesława Kowala zawierała podobną treść. W pewnej chwili swego życia pozostał sam na sam z czymś mrocznym i wrogim, co najwyraźniej broniło mu jakiegokolwiek działania zmierzającego do naprawienia sytuacji i zapobieżenia destrukcyjnemu biegowi wydarzeń. Bez żadnej wyraźnej przyczyny stał się pastwą irracjonalnych ataków na swoją osobę, wrogich wystąpień i niechętnych deklaracji ludzi, którzy do tej pory piali na jego cześć. Odwrócili się od niego nawet najbliżsi.
– Od tamtej pory dużo o tym myślałem… Z początku oczywiście buntowałem się i próbowałem się bronić, ale sami wiecie, jakie były tego skutki, ech – orzekł Kowal machnąwszy ręką. – Zdecydowałem się potraktować te prześladowania jako wyraz woli Boga, (czyli, jak kto woli – mojej wyższej jaźni). To pozwoliło mi nabrać spokoju i wybaczyć wrogom. Mój obecny wniosek jest taki. Są rzeczy i sprawy, od których lepiej trzymać się z daleka. Nie z tchórzostwa, broń Boże! Ale dlatego, że nawet Bóg nie chce ich przeniknąć.

***

– Witaj, Żywjo! Czy coś naprawdę się zmienia…? – te uprzejme słowa wypowiedziane miłym głosem młodego mężczyzny obudziły ją w środku pierwszej nocy, którą spędzała w swoim świeżo wynajętym warszawskim mieszkaniu. Dobiegły z przedpokoju.

Zaraz potem trzasnęły drzwi i do sypialni wpadł niepoczytalnie wściekły, żądny zemsty człowiek. Wszystkie włoski stanęły jej dęba na całym ciele i pojęła, że tylko ułamek sekundy dzieli ją od śmierci.
Wtem atakujący zatrzymał się. Dosłownie w odległości centymetra od tapczanu zamarł w bezruchu, jak gdyby czymś niepomiernie zaskoczony. Zdumiało ją to równie mocno.
Chwilę potem wrzasnął na cały głos:
– O, kurwa, Jahwe!

I uciekł jak zmyty.

Reklamy

Klub Ezo, część 1

Niniejsze opowiadanie powstało na kanwie serii snów, jakie miałam na początku XXI wieku. Były to historie tak pełne autentyzmu, zapełnione prawdziwymi postaciami, znanymi mi z relacji znajomych, lektury, prasy, radia czy telewizji, że prosiły się wręcz o jakiś zapis literacki i utrwalenie. Dawały mi wgląd w polskie środowisko ezoteryczne przede wszystkim, z którym na jawie miewam sporadyczny kontakt osobisty i to głównie za pośrednictwem facebooka. Zresztą nie było to jedyne środowisko, na które patrzyłam oczami któregoś z jego członków, ale o to mniejsza. Akcja opowieści pochodzi w całości ze snów, postacie mają jedynie zmienione imiona i nazwiska. Narratorką jest moje drugie ja, które obdarzyłam imieniem i nazwiskiem zastępczym. To postać nieco mnie w życiu przypominająca, ale nie zawsze ostatecznie bywa mną, jak to się zdarza w snach. Opowieść sięga przyszłości i zagadki proroctw.

Ewa Sey

Klub Ezo

Pamiętająca czasy socjalistycznej świetności kawiarnia Hortexu w mieście Łodzi, od początku pełnych zmian lat osiemdziesiątych XX wieku na długo stała się miejscem zebrań Klubu Ezo. Zaczęło się niewinnie, prawie ukradkowo. A potem przeszło w rutynę i szyk. Przez całe lata, także dziewięćdziesiąte, spotkania przypadały zawsze w jednakowym terminie, to jest w każdą pierwszą sobotę miesiąca.
Pierwotnie była to inicjatywa na poły prywatna i taki charakter zachowała właściwie przez cały czas istnienia. Klub stworzyli zaprzyjaźnieni ze sobą ludzie, będący członkami różnych hobbystycznych zrzeszeń, później nawet zarejestrowanych. Parapsychologicznych, radiestezyjnych, astrologicznych. Wydawały one już w czasach stanu wojennego, przeważnie na drukarskich powielaczach broszury, pisma i pisemka krążące sposobem domowym i prywatnym, z rąk do rąk. Jakimś cudem potrafiły dotrzeć nawet w najdalsze zakamarki miasteczek i wsi.

Historia znalezienia się Żywji Siedliszczanki w tym miejscu nie była skomplikowana. W jedynym i największym polskim piśmie ezoterycznym „Niewidzialne Światy” ukazały się pod rząd jej dwa artykuły traktujące o alchemii i aniołach w systemie chronologii użytym przez Nostradamusa. Za trzecim razem pokusiła się o wytłumaczenie symbolicznego znaczenia jego horoskopu urodzenia. Wkrótce potem za pośrednictwem redakcji dostała zaproszenie na spotkanie słynnego Klubu Ezo w mieście Łodzi. Ktoś stamtąd najwidoczniej ją docenił.

Pierwsza wizyta wypadła na tyle interesująco, że została zaproszona na kolejną. Nie zaproponowano jej jednak statusu stałego członka na żadnym ze spotkań. Możliwe, że taki status w ogóle nie istniał i klubowicze zbierali się po prostu spontanicznie. Była kimś z zewnątrz, o nieznanych powiązaniach, zaciekawiającym z trudnych do ustalenia powodów. Jej wygląd też nieco dziwił, zwłaszcza ludzi starszej daty. Wiek pomiędzy trzydziestką a czterdziestką, niski wzrost, silne okulary zniekształcające wygląd oczu, krótko ścięte włosy, całkowity brak ozdób i makijażu, zwykłe szare i proste ubranie sprawiały, że czasem trudno ją było nawet zauważyć, gdy pojawiała się pogrążona w jakichś swoich myślach i roztargnieniu.
Gdy zaczynała mówić zbyt cichym głosem, który z nieśmiałości szybko przechodził w nerwowe pokasływanie trzeba było uwzględnić fakt, że jej styl opisu jest niewprawny. Brakowało mu giętkości języka i pewności siebie wykładowców przyciągających uwagę ludzi poszukujących autorytetu. Co prawda informacje wyciągnięte z analizy snów i wizji, które rzuciła kilka razy w luźnej klubowej rozmowie wydały się niektórym na tyle interesujące, że nikt ich tam nie skrytykował, ale także nie potraktował tego, co mówi poważnie.

W następnym miesiącu Żywja znalazła się w Łodzi z prywatnych względów i w całkiem przypadkowym dniu, niezwiązanym z terminami spotkań klubowiczów. Po prostu w drodze na dworzec, przechodząc obok wiadomej kawiarni mimochodem zauważyła karteczkę z ogłoszeniem zrobionym znajomym charakterem pisma, wetkniętą w drzwi.

Dziś nieczynne, przepraszamy. Wstęp tylko dla członków Klubu

Miała prawie trzy godziny do odjazdu powrotnego pociągu do stolicy, w której od niedawna zamieszkiwała. Skuszona tą niespodziewaną reklamą weszła do środka, aby napić się aromatycznej kawy ze śmietanką. Od obsługi w szatni dowiedziała się, że to ostatni dzień prosperowania firmy będącej dotąd właścicielem kawiarni. Już zaraz miała wejść z remontem następna, która przejęła lokal. Znajomy szatniarz wymownie wskazał dłonią na kręcących się na zapleczu robotników. Szefostwo starej firmy siedziało jednak jeszcze przy stole na pożegnalnym bankiecie wraz z kilkoma zaprzyjaźnionymi członkami Klubu. Byli to ci, którzy od lat wykazywali się tajemną pomocą w jego projektach i przedsięwzięciach. Między nimi zasiadał astrolog, Wiesław Kowal. Dzięki niemu Żywja została przyjaźnie powitana i zaproszona do nieplanowanej wcześniej rozmowy.

– Cóż tam w stolicy nowego? – pytał głośno ze zwykłą u siebie jowialną serdecznością, unosząc nad stołem swoje duże ciało i z dala kiwając ręką, aby ją przywołać. Żywja podeszła blisko i chętnie usiadła na wskazanym wolnym krześle obok. Niewiele myśląc wspomniała o królewskiej gwieździe Fomalhaut, która zaczęła pojawiać się znacząco w jej snach od początku tego roku.
– Ach, magiczne Oko Saurona… – astrolog z jakiegoś powodu zdziwił się i przejęty umilkł na dłuższą chwilę. Po czym zaczął rozpytywać o stanowisko ojca bogów w dniu jej urodzin. Jak się zaraz okazało miał na myśli babilońskiego Marduka. Żywja przyznała, że niewiele wie na temat babilońskiej astrologii i w zamian spytała skąd przyszło mu takie porównanie.
– Zbieg okoliczności – odparł zdawkowo Wiesław Kowal i zainteresował się jej horoskopem. Wprawnie narysowała mu swoje kółko na kawiarnianej serwetce. Zmarszczył krzaczaste, już częściowo posiwiałe brwi przyglądając się szkicowi dłuższą chwilę. Po czym zwrócił uwagę, że olbrzymia stała gwiazda Betelgeza z gwiazdozbioru Oriona oświetla w nim z naprzeciwka planetę Wenus i tworzy problematyczny kwinkunks ze starym władcą Wodnika Saturnem. A w tym znaku znajduje się od dość dawna wiele progresywnych planet jej horoskopu. Potrwa to, jego zdaniem jeszcze od kilku do kilkunastu lat, w ciągu których nie może liczyć na otwarty i jasny bieg wypadków.
– Wydaje się, że nie pasujesz do żadnego środowiska, a ludzie boją się ciebie. Tak samo zresztą, jak ty ich. Pisz jednak! I nie cackaj się z niczym, co schematyczne i konserwatywne – rzucił szybki wniosek po tej uwadze. – Betelgeza daje celność i strategię w myśleniu i działaniu.
Natomiast w chwili, gdy wpływ kosmicznego olbrzyma zostanie zneutralizowany ruszą w jej życiu niespotykane energie, uzupełnił.
– Kiedy?
– Gdy Wodnik uderzy falą w Paszczę Wieloryba.

Jedna z obecnych na spotkaniu kobiet, dyrektorka szybko rozwijającego się wydawnictwa, spostrzegłszy zainteresowanie najbardziej hołubionego w kraju astrologa, wręczyła Żywji wizytówkę i zaproszenie na spotkanie w gronie współpracowników redakcji. Miało się ono odbyć w Warszawie. Zaraz Wiesław Kowal zadeklarował, że chętnie się tam z nią spotka, więc chcąc nie chcąc Żywja przystała na propozycję. I tylko z tego powodu rzeczywiście zjawiła się na przyjęciu.

klub

Odbyło się ono w pomieszczeniach wydawnictwa „Trzecie oko”. W największym z nich ustawiono szwedzki stół. Gdy weszła do środka napotkała od progu gromadę polskich bioenergoterapeutów, ufologów, zielarzy, numerologów, jasnowidzów, wróżów i radiestetów z niemaskowanym apetytem zajadających różne wegetariańskie smakołyki. Rozejrzała się po obfitej zastawie i zapragnęła sama coś zjeść. Wtedy okazało się, że nigdzie nie ma już wolnego talerza.
Widząc jej zagubienie jakaś dobra kobieta szepnęła z boku, że poczęstunek, oczywiście należy jej się, tylko musi poprosić o swój przydział. To już przekraczało jej śmiałość. Wyszła do drugiego pomieszczenia, aby dyskretnie przejrzeć półki. Owszem, znalazła na nich jakieś czyste naczynia, ale wszystko do soku, herbaty i kawy, żadnych talerzy ani talerzyków czy też sztućców innych, niż łyżeczka. Nie chcąc kłopotać organizatorów wróciła bez niczego do zapełnionej gośćmi sali. Nie przejęła się, po prostu uznała, że niczego nie pragnie. Była tego dobra strona: nie musiała zważać na siorbanie, sos skapujący przypadkiem na odświętną bluzkę albo frustrację, że znowu zjadła za dużo.

Rozejrzała się uważniej pomiędzy zgromadzonymi ludźmi. W jednym z nich rozpoznała popularnego od czasu kilku artykułów na temat snów o mocy maga. Na wpół odwrócony sprawiał wrażenie jakby nie chciał jej wcale zauważyć, więc usunęła się całkiem z pola jego widzenia.
Jednak inny spośród nich, słowianofil Jerzy Laszuk, zwany przez przyjaciół Super-szamanem, mężczyzna średniego wzrostu o błyszczących oczach, z charakterystycznie zmierzwioną brodą i gęstą ciemną czupryną, wykorzystując przerwę w ogólnej rozmowie zwrócił się w jej stronę z zagajeniem dyskusji. Okazało się, że pamiętał ją z fotografii zamieszczonej w internetowej sieci, a ośmielony faktem, że kilka razy wymienili niezobowiązujące mejle od razu poruszył temat koszmarnych snów, z którymi kojarzono jej osobę.

cie

Otóż pierwsza żona Laszuka była specjalistką od tybetańskiej religii buddyjskiej i starej tradycji bon. Interesowały ją zwłaszcza przerażające dla ludzi z Zachodu rytuały cie odprawiane na miejscach kremacji. Podczas nich adepci przyzywali upadłe duchy, upiory, demony i gniewne bóstwa oraz intensywnie wyobrażali sobie własne umieranie i rozkład ciała. Miało to służyć – poprzez ostateczne przezwyciężenie stanu opętania – zapanowaniu nad lękiem przed śmiercią. Ponieważ jego żona robiła nawet wykłady na ten temat, on został niejako automatycznie wprowadzony w pewne tajemne szczegóły, z którymi nota bene nie do końca się zgadzał. Znał konkretne przykłady z praktyk, o których publicznie nie wspominał żaden z wziętych buddyjskich mistrzów.

Teraz skomentował z pewnym sarkazmem metody medytacji propagowane przez niektórych z nich. Według niego, ci azjatyccy nauczyciele wprowadzali białym ludziom zgoła dziwne wizje do głów. Na przykład zalecali mantrowanie nazwiska Adolf Hitler w celu uruchomienia mocy. Laszuk uważał, że w tym wypadku mogło się to okazać groźne dla homeostazy rodowitego mieszkańca zachodniego świata, przede wszystkim Europejczyka.
Jedni przytakiwali dezaprobacie Jerzego, ale inni milczeli. Żywja mogła jedynie opowiedzieć własne psychotyczne doświadczenie ataku ducha Hitlera oraz wizję koźlogłowego Bafometa.
– Nie wiem na ile to zetknięcie się, istna psychoza strachu, mogło być wywołane faktem, że moi przodkowie po mieczu kilka pokoleń wstecz byli Niemcami – pokusiła się na koniec o jakiś wniosek. – A to Niemcy właśnie przywołali na pomoc piekielne siły próbując przejąć ich moc. Teraz, aby wrócić na jasną drogę muszą stawić im najpierw czoło, spojrzeć samym sobie w oczy. I przezwyciężyć je.
Nikt nie podjął dalszej rozmowy, nie próbował ocenić ani zaklasyfikować do czegokolwiek jej doświadczeń, które były, jakie były. Wypowiedź została wysłuchana, przyjęta i na tym koniec. Zapadła cisza. Ponieważ rozmowa przestała się kleić, a z dyskusji nic nie wyszło, Żywja przesunęła się dalej pośród gości.

Wkrótce zagadnął ją Leonard Skręcki, świetnie prosperujący finansowo mistrz neurolingwistycznego programowania mózgu. Niewysoki, trzydziestokilkuletni, ciemnowłosy mężczyzna z kilkudniowym zarostem, pulchną twarzą i zaokrąglonym brzuszkiem zasiadał na krześle pod ścianą otoczony wianuszkiem znajomych pań w różnym wieku. Żywja zauważyła, że na ścianie gromadzą się przy nim duże tłuste karaluchy. Przypadkiem stąpnęła na jednego i zgniotła go swoim ciężarem. Wylał się z niego wstrętny ciemny płyn.
Zaczęła polemizować z Leonardem na temat jego twierdzeń głoszonych pewnym siebie tonem.
– Zaspokojenie każdej materialnej zachcianki na mocy manipulowania przekonaniami podświadomości nie równa się wtajemniczeniu duchowemu – stwierdziła chrząkając, bo głos utknął jej na chwilę w gardle. – Wręcz przeciwnie, sprawia, że naturalna harmonia rozwijających się potrzeb zostaje poważnie zakłócona. Przez ego, które nie zna planu życia w wyższym zakresie. Pogłębia to chaos wewnętrzny i może przynieść nieprzewidywalne skutki.
– Jakież to? – zapytał drwiąco Leonard. A otaczające go panie wbiły w Żywję swoje jeszcze bardziej kpiące spojrzenia.
– Można by je przyrównać do poltergeistu – wyjaśniła. – Prędzej czy później w życiu pojawią się serie przypadków i nieprzewidzianych drobnych, ale nękających zdarzeń wprawiających człowieka w przestrach, chaos i depresję.
Karaluchy jednak broniły nieświadomości Leonarda Skręckiego złażąc się i uparcie krążąc blisko niego. Żywja szybko porzuciła tę rozmowę i usunęła się w głąb sali.

Chwilę później pewna kobieta w zbliżonym wieku, Anna Maria Cudna, naciągnęła ją na zwierzenia. Sama jej się przedstawiła i oznajmiła ściszonym modulowanym głosem, że jest wróżką, mianowicie tarocistką. Miała wielkie brązowe oczy pomalowane w staroegipskim stylu, proste, długie do ramion czarne włosy i godne podziwu przekonanie o swych nadzwyczajnych zdolnościach i posłannictwie.
– Niestety, chociaż znam Tarot, umiem się nim posłużyć, to jednak nie mam żadnej pewności, że potrafię go prawidłowo odczytać. Nawet po latach używania – przyznała szczerze Żywja.
Anna Maria Cudna odgarnęła włosy za ucho delikatnymi palcami i wstrzymała oddech wpatrując się w nią dłuższą chwilę błyszczącym wzrokiem, nie mrugnąwszy ani razu. W końcu stwierdziła kategorycznym głosem, że tak, Żywja będzie jeszcze w swoim życiu szczęśliwa. Żywję ogarnął natychmiast niezrozumiały głęboki smutek. Przezwyciężyła go siłą woli i odeszła.

Ta dość nieokreślona sytuacja towarzyska trwała do czasu, gdy ukazał się w „Niewidzialnych Światach” jej nowy artykuł. Pisała go długo, kilka lat. Powodowana przejmującymi snami, po których czuła się zmuszona szukać potwierdzeń nie tylko w dziejach różnych państw świata, ale i literaturze pięknej i profetycznej. Zawarła w nim interpretację starożytnych proroctw przepowiadających rozpoczęcie publicznej działalności kilkorga zwiastowanych całe wieki wcześniej boskich inkarnacji. Był wśród nich przywódca jednego ze światowych mocarstw, któremu Żywja przypisała rolę nostradamusowego króla grozy. Którego miał opanować potężny daimonion Echnatona, Aleksandra Macedońskiego i Napoleona.
Ten artykuł wzbudził wielkie zainteresowanie czytelników. Redakcja została zalana listami i mejlami, a ludzie, których Żywja poznała na spotkaniach zdecydowali się nawet przeczytać jej ostatnią książkę. Długo niewiele do niej z tego docierało, póki nie zadzwonił telefon i głos głównego redaktora „Niewidzialnych Światów” nie zaprosił jej na spotkanie w redakcji.
– Odbędzie się tylko w gronie naszych stałych współpracowników – namawiał ją z zaangażowaniem i wyjaśniał skwapliwie – To jest istotne dla omówienia szczegółów ważnych spraw, które ostatnio wynikły w sensie ogólnym. Chcemy posłuchać, co w trawie piszczy, aby ustalić strategię wydawniczą na dłużej i zorientować się w tzw. duchu czasów.
Poszła. Redaktor naczelny był elokwentny i nieustępliwy, przekonywał zawsze aż do skutku, nie umiała się oprzeć.

I tak znów znalazła się w sali pełnej różnych osobistości. Było dość tłoczno. Jak zwykle nikt jej tam nie zauważał. Przywitana przez naczelnego i obdarowana sokiem brzoskwiniowym w wysokiej szklance (niewielu spośród zaproszonych pijało alkohol, dlatego odstąpiono od częstowania gości zwyczajowym wytrawnym winem) zaszyła się szybko w kącie, rozglądając nieśmiało po wnętrzu.
Wtedy ze zdziwieniem zdała sobie sprawę, że kilkoro obecnych rozmawia o jej ostatnim artykule, przeważnie w tonie krytycznym i ironizującym.

Prym w tym ironizowaniu wiódł starszy niski drobny pan w starannie odświeżanym garniturze. Zaaferowany rzucał argumentami przeciwko jej wywodom ostro i twardo, jak kamieniami z procy. Niechcący podsłuchała go w chwili, gdy klarował komuś, że „na Zachodzie tylko się czeka na coś takiego”, ale to jest „czysty wymysł”, nie poparty żadnymi faktami, a z jej strony to niewątpliwie próba ambicjonalnego wejścia na szczyt. Na koniec wyśmiał liczbowe zasady użyte przez nią do interpretacji starożytnych przepowiedni.

Miała już zamiar niepostrzeżenie stamtąd wyjść, ale temat uległ zmianie. Niewykluczone, że ktoś zauważył jej przybycie i dyskretnie dał znak dyskutantom, aby zamilkli. Teraz towarzystwo zaczęło z aprobatą omawiać artykuł Wiesława Kowala zamieszczony w najnowszym numerze „Niewidzialnych Światów”. Artykuł traktował o możliwościach zmiany przyszłości, o ile jednostka nie ulegnie manipulacjom stosowanym przez masowe media i systemy reklam, tudzież polityków promujących swoje obietnice i idee tak jak proszek do prania czy pastę do zębów. Manipulacje te dają się dokładnie odczytać z tranzytów dalekich planet, a uświadomienie sobie zawczasu ich sensu może przynieść autentyczną wolność od wpływów. Gdy zaczną one oddziaływać w życiu codziennym.

W takim razie jedna z obecnych pań rzuciła przykład, w którym jej klientce ze zdiagnozowanym już złośliwym nowotworem żołądka choroba cofnęła się całkowicie wbrew nieugiętym przewidywaniom medycznym. Ktoś inny zaraz zripostował opowiadając o częstych faktach uzależniania się klientów odwiedzających wróżki i astrologów w doborze partnerów i partnerek życiowych. Znał konkretne przykłady, w których zadeklarowane już zaręczyny i ustalone daty ślubu zostały cofnięte po konsultacji z wyższym wymiarem.
– Tak, to wymaga ostrożności i doświadczenia – orzekła pani od opowieści o raku. – W żadnym wypadku nie należy ludzi straszyć, a koncentrować się raczej na pozytywnych aspektach, które zawsze występują.

Przysłuchiwała się temu z boku młoda pulchna kobieta mająca niewyraźną minę. Jak się okazało także astrolog. Gdy kontrowersyjny dyskutant odszedł, pani od raka zwróciła się do niej pocieszająco i pouczająco zarazem, powołując się na usłyszane przed chwilą zdanie przedmówcy.
– Zastanów się, czy twoja samotność nie wynika jednak ze zbyt wielkiej krytyczności przy badaniu horoskopów kandydatów do ręki.
– Ha! – parsknęła młoda astrologini – Trzeba w ogóle mieć takie horoskopy. U mnie to już prawdziwa samotność.
Po czym odeszła w inne miejsce sali witając się z parą wziętych feng-szueistów, którzy pomagali jej przestawić odpowiednio meble w mieszkaniu oraz radzili umieścić w nim dodatkowe symbole przyciągające miłość i radość.

Dopiero pod koniec zjawił się spóźniony (jak zazwyczaj) Wiesław Kowal. Od progu zajął się rozmową z naczelnym redaktorem i niewiele zwracał uwagi na zgromadzonych, a tym mniej na wbitą w kąt Żywję. Wtedy to, zmobilizowany jego obecnością znów wyruszył z krucjatą przeciwko niej chudy staruszek, który znalazł tyle błędów merytorycznych w artykule.
Nadzwyczajnie podniecony zaczął robić kilku chętnym słuchaczom wykład o dyktatorach, którzy byli wcieleniami Szatana. Wymienił rząd postaci historycznych władców, Nerona i jego parę, Robespierre`a i Napoleona, a jako ostatnich w kolejności Stalina i Adolfa Hitlera. Jest ich wszystkich sześciu, ponieważ to liczba Bestii i w ogóle opozycji.
– Wszyscy oni działali pod przemożnym wpływem znaku Skorpiona w swoich horoskopach – orzekł starszy pan autorytatywnie. Po czym zaperzony stwierdził drwiąco (odnosząc się do przepowiedni z artykułu i być może samej Żywji), że:
– Kobiety u władzy zdarzają się jedynie w krajach protestanckich, a poza tym, ażeby uzyskać autorytet i pozycję w jakimkolwiek państwie kobieta zawsze musi być mężatką.

W tym samym momencie szala przeważyła. Żywję ogarnęła fala gniewu i wojowniczy nastrój. Ruszyła ku niemu napełniona nienaturalną u siebie siłą i zapędziła krytykanta na krzesło. A gdy usiadł zaskoczony oznajmiła głośno i dobitnie, pochylając się tuż przed jego twarzą, że jej spodobało się uważać inaczej i że jeszcze zobaczą, kto z nich ma rację.

Po tym spotkaniu, na które żałowała, że w ogóle poszła, nad ranem coś lub ktoś chciało się do niej zbliżyć, ale wtedy z jej splotu słonecznego „szurnęły” ku niemu smoki i ogniste węże i natychmiast zlikwidowały zagrożenie. Ocknęła się do głębi zdumiona.

Te i podobne zdarzenia mocno ją przygnębiły i obudziły minione lęki. Nieśmiałość i skrytość znów powróciły i zaszyła się w mieszkaniu na wiele tygodni, chyłkiem wychodząc jedynie rano i wieczorem na spacer z psem. Albo niekiedy do pobliskiego pubu na piwo ze znajomymi, którzy nie mieli żadnych powiązań z uduchowionym towarzystwem. Wolała rozmawiać ze zwykłymi ludźmi o codziennych nadziejach, kłopotach i sprawach.
Trapiły ją koszmary. Wdrapywała się z mozołem na wysoką stromą górę i gdy była już prawie u szczytu, w cieniu najtrudniejszej do pokonania zwisającej skały porzucała ambitny zamiar i spadała w dół, gdzie czekało stado czyhających na jej upadek uśmiechających się zjadliwie wrogów… Albo atakowały ją w wodzie krwiożercze piranie, bądź rzucał się na nią lew lub tygrys w zamiarze przegryzienia jej gardła.
Przeczucie takiego nastawienia do niej całej grupy ludzi miało swoje realne uzasadnienie, gdyż czasem dostawała jakiś dziwnie pocieszający mejl lub telefon w tonie współczującym i litościwym. Zrobiło się wokół niej niejasno i cicho.

Któregoś razu cofnęła się w medytacji do źródeł swego życia. Ukazał się jej Książę, zasiadający na tylnym siedzeniu samochodu. Przypominał filmowego aktora, Zbyszka Cybulskiego. Towarzyszyła mu Księżna, wyraźnie czymś zaniepokojona. Książę z jowialnym uśmiechem na twarzy zachowywał pełen spokój.
– Czuwam nad swoim dzieckiem – oznajmił w końcu dobitnie – ale ruszę się dopiero w ostateczności. Ma się nauczyć samodzielności.
A gdy Księżna spojrzała na niego niepewnie, dodał szybko:
– Przecież posiada wrodzoną siłę mojego charakteru, a z nią na pewno sobie poradzi.

Cd. >>>

(Rysunek pochodzi z bloga Babci Ezoterycznej i został zrobiony jej ręką)

Zmienieni, część 2

Opowiadanie, które powstało na bazie snu. A tak naprawdę kilku snów, które przyszły w bliskim sobie czasie, miały wspólnych bohaterów (np. Zejmana i jego żonę, czy Panów świata) i treść. Oto jego część następna.

Część pierwsza >>

Ewa Sey

Zmienieni
część druga

VI.

Pewnym źródłem, na jakie się powołałem w rozmowie z Zeldą był Nicolas, pracownik prywatnej agencji wywiadu gospodarczego, a jednocześnie ktoś posiadający wiedzę o szczególnie drażliwych tajemnicach. Poznałem go dzięki protekcji Zeymana i odtąd kontaktowałem się z nim dość często. Oficjalne rozmowy przedzierzgnęły się szybko w osobiste spotkania w małych kawiarenkach, przy lampce wina i żarcikach na różne intymne tematy. Naprawdę polubiłem tego skoncentrowanego młodego człowieka. Był rzeczowy i wydawał mi się rozumieć sprawy, o których ja miałem zaledwie blade pojęcie. Zgłębienie ich jednak, na wzór Nicolasa zaczęło mnie pociągać.

algi

Brązowy plankton na złotym wybrzeżu nie był pierwszym dziwnym zjawiskiem na Morzu. Latem następnego roku po ataku agresywnych ryb, w rejonie upadku kosmicznego wraku na powierzchni wód pojawiły się intensywnie czerwone plamy. Okazały się efektem kwitnienia glonów jedynie z pozoru podobnych do dość powszechnych czerwonych alg morskich. Zebrano ich próbki, dzięki temu, że zainteresowani sprawą ludzie wysłali statek badawczy, nazwany nomen omen „Pequod”, mający śledzić ewentualne zmiany dokonujące się w morskiej przyrodzie. Poszukiwano także zmutowanych ryb i obrastającego już w legendę lewiatana. Widziano je jeszcze kilka razy przypadkowo z daleka, ale atak, taki jak u wrót aleksandryjskiego portu już się nie powtórzył.

Szybko odkryto szczególne cechy pobranych alg, które wynalazczy fykolodzy zastosowali w praktyce. Glony niewiele miały wspólnego z klasycznymi krasnorostami, choć wyglądało na to, że mutacja dotknęła tego właśnie gatunku. Przedsiębiorczy naukowcy, na co dzień przeciętnie wynagradzani w swoich instytutach sprzedali wynalezioną recepturę za ogromne pieniądze pewnej markowej firmie tytoniowej. Miał w niej duże udziały diuk Zeyman, stąd posiadałem informacje o tych epokowych posunięciach dosłownie z pierwszej ręki.

Firma natychmiast zajęła się uruchomieniem wytwórni nowego luksusowego produktu. Zaczęła oczywiście od opatentowania receptury chemicznej i zadbała o umieszczenie glonów w zamkniętych plantacjach. Po czym zastosowała kwitnące algi (nazywane różami lewiatana) do produkcji tzw. „cygarniaków” lub „cygarosów”. Z wyglądu przypominały zwykłe cygara i tak samo się ich też używało. Pakowano je w pozłacane i inkrustowane, pokryte dziwnymi reliefami, ręcznie robione puzdra po trzy i po jedenaście sztuk. Puzdra były oczywiście kosmicznie drogie i dostępne jedynie najbogatszym snobom. Raczyli się nimi skrycie, w zamkniętych grupach wtajemniczonych, na specjalnie organizowanych spotkaniach i biesiadach, podczas których jeden diabeł wie, co naprawdę się działo.

Nigdy na takim spotkaniu nie byłem, jednak miesiąc przed swoją zmianą Zeyman zaprosił mnie popołudniową porą do swego gabinetu. Posadził mnie w wygodnym pokrytym skórą fotelu przy zasłoniętych storami oknach, które pomagały chronić pokój przed panującym na zewnątrz nieznośnym upałem i sam usiadł naprzeciw.
– Adrianie, chciałbym z tobą wreszcie szczerze porozmawiać na pewne tematy, o których zapewne musiałeś już myśleć.

Uniosłem brwi w zdziwieniu i spojrzałem mu prosto w twarz. Jego oczy były jak zawsze nieodgadnione, pozbawione emocji, wpatrujące się we mnie badawczo bez żadnego skrępowania.
– Sprowadziłem cię przed laty z twojego biednego kraju w jakimś własnym celu. Konkretnym celu. To chyba cię nie dziwi, nieprawdaż?
– No, tak – stwierdziłem oględnie, właściwie nie wiedząc, co powiedzieć.
– Prawdę mówiąc, zgodziłem się tylko na wolę mojej żony, która lubi robić dobre uczynki. Ale z czasem musiałem przyznać, że jej wybór okazał się nadzwyczaj dla mnie trafny.
– Przyglądam ci się uważnie od dłuższego czasu – dodał po przerwie na głębszy oddech – można powiedzieć od początku i muszę przyznać, że mam w stosunku do ciebie plany. Nie są jeszcze skrystalizowane, musisz przejść pewne próby, jednak chcę, żebyś wiedział, że je przechodzisz i że czemuś większemu to służy.
– Jestem ciekaw – odpowiedziałem uprzejmie, ale ze skrywaną niepewnością w sercu, gdyż nagle pomyślałem, że ten wstęp ma coś wspólnego z Luizą.
– Najpierw zapalimy, pozwolisz? – uśmiechnął się wtedy Zeyman, wstał i otworzył puzdro leżące na biurku.
– Hm, w zasadzie nie palę – stwierdziłem zaskoczony.
– To coś szczególnego. Takiej rzeczy się nie odmawia, Adrianie – odparł Zeyman i podsunął mi puzdro, sam wyjmując z niego drugą ręką spore cygaro.
– To nie są zwykłe cygara, przyjrzyj się – dodał.

Niepewnie wyjąłem z pudełka drugie takie samo i odruchowo podniosłem do nosa, aby powąchać. Nie pachniało tytoniem, tylko jakimś takim morskim powiewem.
– To cygarniak, jak się domyślasz – uśmiechnął się Zeyman.
– O! – udałem zdziwienie – a więc tak wygląda to legendarne cudo!
– Zapalimy razem, zgodzisz się? – powiedział diuk tonem właściwie nie znoszącym sprzeciwu.
– Nie wiem czy dam radę – próbowałem się wykręcić.
– Ależ dasz bez problemu. Nie jesteś przecież takim bezgrzesznym chłopcem, za jakiego chcesz uchodzić, nieprawdaż? – uśmiechnął się Zeyman zapalając swoje cygaro. Zmrużył przy tym na chwilę oczy i nagle zerknąwszy znad zapalonego już cygarniaka puścił do mnie oko.

Poczułem się nieswojo i pozwoliłem sobie podać ogień zaciągając się w milczeniu tajemniczym zielskiem. Oczywiście, zakrztusiłem się od razu, podczas gdy Zeyman, poruszając jak ryba ustami, wypuścił kilka szybkich dymków na pokój.
– Spokojnie, nie spiesz się – robił mi wskazówki i pokazał jak sobie radzić z paleniem. Już wkrótce udało mi się po raz pierwszy mocniej zaciągnąć, choć okupiłem to łzami w oczach.
– Działanie nie ujawnia się od razu, bywa, że dopiero w nocy pojawia się efekt – objaśniał diuk. – Tym niemniej na pewno za chwilę poczujemy rozluźnienie i napływ sił umysłowych.

Kazał mi się rozsiąść wygodnie w fotelu, sam zrobił to samo naprzeciw mnie.
– Mów, co czujesz – nakazał.

Zapadłem w fotel i w siebie. Zeyman skierował rozmowę na moje wspomnienia z ojczyzny, mych rodziców, dziadków, dzieciństwo, najdalsze pamiętane historie. Z początku wracałem do tego niechętnie, lecz niepostrzeżenie zanurzyłem się w świat żywych emocji i scen, przychodzących łatwo i blisko, nieomal na wyciągnięcie ręki. I tak samo łatwo odchodzących na bok, gdy pojawiały się kolejne, dalsze. Nagle opowiedziałem Zeymanowi sen, jaki miałem jeszcze „w kolebce będąc”, jako niemowlę. Był to często i długo powracający koszmar.

– W mojej głowie odzywały się głosy. Chór głosów. Istny bełkot pomieszany z męczącym śmiechem, chichotem. Głosy szeptały, śmiały się, jazgotały, huczały, piszczały, chichotały złośliwie, wszystkie jednocześnie. Płakałem głośno ze strachu. Mama próbowała mnie utulić i pocieszyć. Daremnie.

Zeyman patrzył na mnie błyszczącymi oczami, milcząc.

– Odkąd je pamiętasz? – spytał wreszcie.

Zapadłem jeszcze głębiej w miękkie skórkowe oparcie fotela i zagapiłem się w szereg półek z książkami na przeciwległej ścianie gabinetu. Nagle przypłynął stan wewnętrzny, jakże żywy i zaskakujący!

– Ha! – parsknąłem zadziwiony – one już były w łonie matki!
– Dasz radę spojrzeć jeszcze dalej? – spytał Zeyman. Nie zwróciłem wtedy uwagi na ten fakt, że swojego cygarniaka zgasił kilka minut po zapaleniu i trzymał go w dłoni jedynie jako atrapę.
– A da się? – roześmiałem się.
– Wszystko jest możliwe, chłopcze – odparł zachęcająco diuk.

Zmrużyłem oczy wpatrując się w jasną smugę chylącego się ku zachodowi słońca padającą zza zasłoniętej story na sufit gabinetu. Wtedy ogarnęło mnie coś tak zdumiewającego i przepastnego, że drgnąłem całym ciałem. Przymknąłem oczy. Otworzyłem. Milcząc.

– I co? – spytał po długiej chwili ciszy Zeyman.

Milczałem, wciąż z nagłym wewnętrznym drżeniem przechodząc niespodziewane i niekończące się wewnętrzne metamorfozy. Działy się szybko i były jak przesuwanie się długim wąskim korytarzem podziemnym i przechodzenie z jednego do drugiego pomieszczenia, oddzielonego od siebie ścianą z żelaznych krat. Przejścia zachodziły w różnym tempie, towarzyszyły im różne odczucia, miałem wrażenie, że na początku następowały szybko, a z czasem zaczęły zwalniać i wydłużać się.
– Nic – odpowiedziałem w końcu – nie wiem jak to opisać. Nie da się.
– Może jednak spróbujesz? – zachęcił mnie Zeyman.
– Może… Kiedy ochłonę – odpowiedziałem. Cygarniak kończył się. W gabinecie wokół mnie ścielił się dym leniwie opadający ku posadzce szarymi kłębami.

Nagle zerwałem się na równe nogi i wybiegłem do łazienki. Zemdliło mnie. Zeyman wstał z fotela i przyszedł za mną. Choć jedynie przyglądał mi się stojąc oparty o framugę otwartych drzwi.

– Delikatny z ciebie chłopak – powiedział w końcu. – Ale to nic takiego.

Torsje przestały w końcu mną szarpać. Podniosłem się i spojrzałem w lustro. Byłem blady jak śmierć i drżałem na całym ciele. Nie podobało mi się to. Wziąłem prysznic i wróciłem do gabinetu w kąpielowym szlafroku, który podał mi diuk.

– Nie jest wskazane, abyś teraz po napaleniu się jadł. Napij się wody, to można. I prześpij się. Tu u mnie, w gabinecie, na sofie. Nie będę ci przeszkadzał. Jutro wszystko mi opowiesz, zgoda? – oznajmił.

Poszedłem za jego radą. Zadziwiająco szybko zasnąłem. Byłem najwyraźniej bardzo osłabiony.
W nocy znowu stałem się ogromnym wijącym się w podziemiach wężem zmieniającym skórę nieskończoną ilość razy.
Obudziłem się późno, czego powodem były pewnie zasunięte story i mimo zaawansowanego poranka panujący w gabinecie półmrok. Z niepokojem spojrzałem na siebie w lustrze. Bladość na szczęście znikła, co mnie uspokoiło.

Wiedziałem ze swoich dotychczasowych dociekań, że z czasem palenie cygarniaków powoduje pogłębiającą się trwale zmianę świadomości. Zawarte w nich substancje oddziałujące na mózg i psychikę nie mieściły się w spisie zakazanych narkotyków, było to coś tak zupełnie nowego, że z łatwością ominięto prawo. Palący je nie tracili przytomności ani zdrowego rozsądku, nie popadali w żadne iluzje czy zwidy. Doznawali natomiast trwałego przebudzenia osobistej pamięci i co za tym idzie zmiany tożsamości. Lub, jak stwierdzali oględnie wynajęci psychiatrzy badający ostrożnie zjawisko: była to nie zmiana, lecz rozszerzona osobowość coraz mniej związana z posiadanym ciałem fizycznym. Pamięć dotyczyła dowolnej ilości poprzednich inkarnacji w różnych ciałach, ludzkich i nieludzkich. Była niezwykle szczegółowa i zawierała także wiedzę nabytą w najbardziej nawet oddalonych w czasie wcieleniach. Zeyman pochwalił się przede mną, że pamięta dokładnie swoje 82 minione wcielenia.

Niewielkie środowiska wpływowych ludzi, wśród których znaleźli się potomkowie starych królewskich dynastii zamarzyły o powrocie do władzy na ziemi i podporządkowaniu sobie nieświadomych mas na nowo.

VII.

Kiedy tak zastanawialiśmy się z panią Zeymanową nad sensem wyjścia z domu i spaceru po mieście, z sypialni diuka mieszczącej się na piętrze wyszedł jego sobowtór. Zszedł po schodach, mimo wczesnej pory ubrany w wieczorowy frak, z elegancką laseczką ze szczerozłotą gałką ulaną w kształcie czaszki w dłoni. Przystanął koło mnie i z czegoś bardzo zadowolony wskazał nią na jeden z obrazów Drohobickiego. Duże płótno oprawione w stylowe ramy przedstawiało wynurzający się z ciemnozielonych morskich przepaści tajemniczy upiorny krąg pokryty niezrozumiałymi hieroglifami.

– To mój ulubiony – orzekł z dumą. – Przyjaciele moi również uważają, że jest wyjątkowy… Pospólstwo nie rozumie tych symboli i lęka się ich. Ale jest w nich Wiedza pradawna, drzewiej, przed niezliczonymi tysiącami lat w otchłaniach tej planety zaklęta, całkowicie dla Nas czytelna i oko ciesząca.

Przyglądałem mu się ukradkiem. Styl jego wypowiedzi, choć wcale nie tembr głosu, zmienił się. Wyrażał się górnolotnie, z powagą i zamiłowaniem do starych, nieużywanych już dawno zwrotów. Zdałem sobie sprawę, że ci jego znajomi, podobnie jak i on sam, tak naprawdę już nie żyją, przestali istnieć, bezpowrotnie zniknęli. W zamian pojawiły się ich duplikaty ożywione jakimiś obcymi i nieludzkimi osobowościami.
Od urodzenia miałem bujną wyobraźnię, lecz w ostatnich tygodniach nabrała ona trwałych cech jasnowidzenia. Teraz w ułamku sekundy zdałem sobie sprawę z tego, co ukrywało się pod zewnętrzną formą tych, którzy podobnie jak Zeyman i Luiza zmienili się. Zresztą diuk, jak gdyby również czytając w moich myślach natychmiast wdał się w opowiadanie o nich.

– Rasa Panów w czasach niepamiętnych zjawiła się tu z czeluści kosmosu. Pozostawiła potomków swych na ziemi i niedługo powróci, gdy czas się zazębi. Rozliczy ludzi z tego, co im przykazała. Posiądzie Ziemię i ciało, przebóstwi je. Oto odwieczna Wiedza budzi się i duch Panów w służalczych ciałach rabów zwycięża.

Rozbudzonym wewnętrznym okiem natychmiast ich ujrzałem. Wyglądali jak wysokie, chude, pozbawione wszelkich cech płciowych, czteropalczaste blade humanoidy o wielkich, czarnych oczach.

– Mój drogi chłopcze – Zeyman wszedł w ton protekcjonalnie poufały. – Warto, abyś dowiedział się wreszcie o tych sprawach i głęboko je przemyślał. Zachęcam cię do ich poznawania i będę wspierał, gdy wyrazisz tylko taką chęć. Zresztą obliguje cię do tego twe znakomite pochodzenie i wola przodków twych. Siądźmy teraz na chwilę. O, niniej, naprzeciw tego obrazu…

Usadził mnie koło siebie, gdy tymczasem jego żona – samodzielnie, jak zazwyczaj – zajęła się parzeniem kawy dla nas wszystkich.

– Panowie, bogowie, władcy wszechświata panują w nim od zarania dziejów jego i będą panować do końca samego… Albowiem wraz z nim się rodzą i jedynie wraz z nim giną. Na mgnienie oka, boć tyle jeno trwa przecie bezczas, w czasie zaś nieśmiertelni są – Zeyman wdał się z wewnętrznym ogniem w swoją opowieść. – Dysponują pamięcią całkowitą i mądrością przerastającą wszelkie inne istoty rozumne, które w przeciwieństwie do nich stworzone zostały. Niewyobrażalnie dawno temu, „gdzieś daleko w odległej galaktyce” – zacytował z przymrużeniem oka – doszło wśród nich do tragicznego rozłamu. Niewielka grupa renegatów postanowiła wyłamać się z panującego zaklętego porządku i stanęła po stronie prymitywnych stworzeń, które wedle prawa były Ich odwiecznymi rabami. Doszło do pojedynku i wojny, która odbiła się wielkim echem w kosmicznych otchłaniach. Niestety, Panowie zostali otoczeni i odizolowani w jednym systemie planetarnym, a potem na jedynej planecie. W wyniku osamotnienia i rozwoju dziedzicznych chorób utracili w końcu posiadane ciała. Przestawały im służyć stopniowo, degenerując się i słabnąc. Potrafili oczywiście przenosić tożsamość Swą i umysł z ciała do ciała, lecz rasę Ich dotknęła bezpłodność i charłactwo. Dosłownie w ostatniej chwili przed zagładą elita zdołała wyemigrować z zaklętego świata i przedostać się w czasoprzestrzennym inteligentnym pojeździe poprzez eony czasu i parseki odległości na Ziemię.
– Tak, Ziemia jest szczególnym miejscem we wszechświecie, ale za długo mi teraz o tym opowiadać. W każdym razie – westchnął Zeyman – Panowie uznali, że dostali od losu szansę na odrodzenie Swej siły i potęgi pradawnej. I ponowne sięgnięcie po należne Im miejsce naczelne na wysokościach.

Słuchałem go w milczeniu. Już teraz popijając z maleńkiej porcelanowej filiżanki aromatyczny czarny płyn zaparzony rękami Zeymanowej.

– Na widok stworzeń ludzkich zamarzył Im się powrót do władzy utraconej i przyjemności tak długo niedostępnych w pozbawionych płci ciałach. Dali pierwotnemu człekoidowi geny Swe i inteligencję. Wybrali najpiękniejszych przedstawicieli nowej rasy, aby wśród nich narodzić się, cieszyć doznaniami fizycznymi i używać wszelkich radości cielesnych do woli. Oni to stworzeniu ziemskiemu ofiarowali wszelakie prawo, naukę i kult, zbudowali podwaliny społeczne i zainspirowali kulturę. Wszystko po to, aby Ich potomkowie i wybrańcy mogli zająć pozycje najwyższe i utrwalić je aż do końca. Czy rozumiesz teraz, kim byli naprawdę twoi przodkowie?

Zmrużyłem oczy, starając się nie pokazać po sobie reakcji. Mimo wszystko przecież nie byłem zaskoczony.
– Jednak dla Panów, jak i potomków Ich typowe dla ludzi poczucie sprawiedliwości nigdy się nie liczyło – ciągnął Zeyman z lekkim półuśmiechem na gładko ogolonej twarzy – Czuli się niezmiennie bogami, i taki status nadali królewskim synom Swym. Żyli niewyobrażalnie długo, dziesiątki tysięcy ziemskich lat, utrzymując ciała Swe w zdrowiu i sile dzięki tajemnicom eliksirów, znajomości rytmów kosmicznych i medytacji. Od czasu do czasu wybierali Sobie sługę najwierniejszego z wiernych i przekazywali mu niektóre fragmenty Wiedzy. Ten spisywał je w księgi, wtajemniczał własnych wybranych, tworzył kościół i tajemny zakon, chodząc odtąd w glorii proroka i kapłana Boskiej Mocy. Jej źródła jednak zawsze pod wyłączną kontrolą Panów pozostawały. Ha! Głupi sługa i jego zaślepieni uczniowie akt takiej inicjacji za błogosławieństwo i wybraństwo uważali.
– Czy tak powstały wszystkie religie? – z trudem przełknąłem ślinę w zasychających ustach. W filiżance skończyła się już kawa.
– Nie wszystkie. Kilka ważniejszych zafałszowaliśmy, tak, że służą teraz Nam, nie wrogowi Naszemu. Oryginalny przekaz pozostaje nadal ustny. I strzeżony przez Tajemny Zakon Zaklętego Kręgu – kiwnął głową Zeyman i zmierzył mnie oczami z widoczną pychą. Chwilę ją maskował, po czym znów wrócił do opowieści w trzeciej osobie – Panowie pochodzą ze świata wartości całkowicie innych, o niepojętych dla zwykłych śmiertelników korzeniach i inklinacjach. Nie byli jednak sami na tej planecie, ale o tym opowiem ci przy innej okazji.

Po chwili zupełnie uspokoił głos.

– Doszło do ogromnej katastrofy, w glob uderzyła kometa i fala zatopiła kontynent, na którym się ulokowali. Ziemia zachwiała się i inteligentny statek wraz z ich ciałami wewnątrz z dnia na dzień pokrył się wiecznym lodem. Pozostało jednak przy życiu pół-boskie potomstwo zrodzone z kobiet ludzkich, któremu przekazać władzę Swą i tajne obrzędy zdążyli. Obwarowali je klątwą i surowymi zakazami mieszania się z ludźmi spoza klanu królewskiego. Gdy Ich istnienie fizyczne skończyło się zgrupowali się w wyższym księżycowym świecie oczekując na chwilę, gdy ludzkie stworzenia osiągną odpowiedni poziom życia i panowania na planecie. Czasy oto mają dopełnić się. Lody stopnieją odkrywając prastarą tajemnicę i nowa rasa, godna przyjąć dusze Panów, udoskonalona nareszcie zostanie. Na tyle, że narodzi się dziecię doskonałe, któremu Panowie całą Swą boską moc przekażą. Ta pora zapisana i przez wieki zaszyfrowana w świętych zwojach właśnie nadchodzi, bliską jest. Ludzie przez Nich do tego wyznaczeni odczytali już i odkryli wiele. Królowie i Słudzy robią wszystko, by przygotować powrót i powitać z pokorą Panów swych w oznaczonym terminie.

VIII.

Z pomocą Zeymanowej, wyraźnie znużonej przydługim mistycznym wykładem udało mi się wreszcie skierować uwagę jej męża na bardziej codzienny temat. Ten na szczęście szykował się na uroczysty koncert i bal urządzane w starym Zamku Królewskim i dłuższą opowieść o Panach odłożył na inny czas.
Rozstaliśmy się przed domem w pełnej zgodzie. Zeyman, nieznoszący lotów samolotem, wsiadł do limuzyny, która podjechała pod pałacyk, witany przez Luizę zasiadającą już na tylnym siedzeniu. Prowadził ją Rudel, służący Zeymanów, zamieszkujący na tyłach pałacyku. Ubrany w uniform, lustrzane okulary i czapkę kierowcy wysiadł usłużnie i otworzył przed swoim patronem drzwiczki nieskazitelnie lśniącego auta, po czym starannie je za nim zatrzasnął. Po chwili diuk, skryty za przyciemnianymi szybami odjechał na swoje spotkanie w głębi kraju. W Starym Zamku rozpoczynał się właśnie kilkudniowy zjazd największych magnatów świata. W którym mieli uczestniczyć także wybrani politycy, uczeni oraz wysocy hierarchowie kościelni. Od jakiegoś czasu trąbiły o nim wszystkie najważniejsze światowe media.

Ja natomiast kilka godzin później u boku jego żony wyruszyłem pieszo ciągnącymi się wzdłuż brzegu Złotej Zatoki malowniczymi uliczkami miasta. Tego popołudnia okazały się zadziwiająco wyludnione, co było spowodowane faktem odbywającej się w innym rejonie tego starego grodu uroczystej fety urządzanej przez miejscowych notabli, z okazji zjazdu nad Loarą. Był letni weekend i postarano się o stworzenie atmosfery zabawy i beztroski w całym kraju.
Po drodze kupiliśmy w pustym sklepiku trochę najlepszego koziego sera. Wyciągnęliśmy z piwniczki zimowego domu omszałą butelkę białego wina bordoskiego, rocznik 1957 i ponad dwie godziny spędziliśmy w saloniku. Siedząc na osłoniętych pokrowcami fotelach jedliśmy ser i popijaliśmy stare wino z kryształowych kielichów. Oboje lubiliśmy przygody i „artystyczne warunki”, to nas zawsze silnie łączyło.
Odbyłem wtedy z Zeldą szczerą rozmowę. Dzięki temu, że zdecydowałem się powiedzieć prawdę uświadomiłem sobie w pełni rozmiar grożącego wszystkim niebezpieczeństwa. W zamian moja stara przyjaciółka opowiedziała mi o tajnych nocnych zebraniach, w których uczestniczył ostatnio jej mąż. Odbywały się tak często, w rozmaitych zabytkowych miejscach kraju, że trudno było nie zwrócić na ten fakt uwagi. Na tę wiadomość ogarnął mnie porażający wolę strach. Szczegóły uświadomiły mi, że nie ma się już co dalej łudzić. Zmienieni rzeczywiście przejmowali kontrolę i władzę w coraz szerszym zakresie. Działo się to niepostrzeżenie i całkowicie planowo.

Kiedy w drodze powrotnej przechodziliśmy blisko centrum tego niewielkiego miasta zerwała się zwykła o tej porze bryza znad rozgrzanego słońcem morza. Niosła ze sobą skroploną przeźroczystą substancję o konsystencji lepkiej galarety. Był to sezonowy produkt kwitnącego brązowego planktonu, który przyniesiony skądś prądami morskimi pojawił się jakiś czas temu w zatoce. Substancja opadała delikatnymi płatami tu i ówdzie na ziemię, po czym szybko wyparowywała w letnim upale. Systematycznie i codziennie wdychali ją przechodzący tamtędy ludzie.

Później dowiedziałem się o niej więcej. Niektóre sugestie przekazane mi przez Nicolasa, oparte na informacji o zainteresowaniu planktonem, jakie szybko zaczęli wykazywać badacze z zespołu „Pequod” wystarczyły w tamtym momencie, aby obudzić we mnie niepokój i w pełni uzasadnioną podejrzliwość.

Czując niebezpieczeństwo zasłoniłem odruchowo usta i nos chusteczką i rzuciłem się do pośpiesznej ucieczki, Zeymanowa mimo swego wieku również.
Gonieni przez coraz silniejsze podmuchy wiatru wbiegliśmy oboje do gmachu głównego banku znajdującego się w jednym z zaledwie kilku w tym nadmorskim mieście wieżowców z betonu i szkła. Prowadziły do niego szklane obrotowe drzwi, na nasze szczęście akurat szeroko otwarte. Jednak z hałaśliwych odgłosów dobiegających z wnętrza budynku domyśliłem się, że w banku dzieje się coś bardzo niepokojącego, bunt, rwetes. Schronienie się w gmachu mogło być równie niebezpieczne, jak pozostawanie na zewnątrz. W tej samej chwili upadł na schody wiodące w głąb strzęp wniesionej podmuchem przez zamykające się powoli za nami drzwi toksycznej plazmy. „To już koniec!” – pomyśleliśmy oboje. Zatrzymaliśmy się w przedsionku zdrętwiali, bezradni, osaczeni.

IX.

A jednak nie było nam pisane zginąć.

Tylko szczęśliwy TRAF, w którym odtąd dopatruję się ręki Najwyższego sprawił, że tego samego dnia wybuchły w stolicy wielkie rozruchy, które po południu przybrały groźne rozmiary i pojawiły się nieomal natychmiast w wielu miejscach kraju. Tłumy, podjudzone przez kilku wtajemniczonych przez Panów ludzkich wybrańców, blokowały główne ulice, paliły samochody i rozbijały szyby w luksusowych sklepach większych miast na prowincji. Hasła polityczne były oczywiście przykrywką dla całkiem innych motywów tych nielicznych, którzy sterowali niezadowolonymi masami. Spiskowcy byli żądni palenia cygarniaków na wzór i na równi z tymi, którzy raczyli się nimi od pewnego czasu w zaciszach swych pałaców. Najambitniejszy spośród sprzysiężonych postanowił wykraść tajemnicę „bogom” i przejąć władzę w imieniu ludzkości.

Akcja obliczona na polityczny przewrót o randze krajowej, a w perspektywie ogólnoeuropejskiej, toczyła się synchronicznie w kilku punktach kraju. W tym samym czasie, gdy w stolicy trwały masowe zamieszki, a ludzie wznosili polityczne hasła przeciwne magnackim planom dalszego monopolizowania gospodarki, inny, ogarnięty nienawiścią tłum dostał się do Zamku nad Loarą, podczas uroczystego balu Panów. Gdy u zamkniętej bramy żelaznego parkanu okalającego zamek wzniecono rosnącą szybko burdę z ochroną budynku, która zbiegła się tam w wielkiej liczbie, w zamkowej piwnicy pojawił się mężczyzna w uniformie kierowcy z zamkniętą czarną teczką w dłoni. Nie wzbudzając podejrzeń zaaferowanych czymś innym strażników zniknął w głębi podziemnych pomieszczeń. Kilkanaście minut później starożytne mury wysadzone w powietrze upadły, grzebiąc pod sobą razem wszystkich uczestników uroczystości i szalonego kamikadze.

Stało się to dokładnie w chwili, gdy przekraczałem z Zeymanową próg głównych drzwi wiodących do gmachu banku. Czyż nie był to cudowny dla nas obojga zbieg okoliczności?

Potężny wybuch i wstrząs w centrum kraju obiegł natychmiast falami rozszalałych informacji najczulsze punkty kontynentu i świata. Nagle uruchomił się automatyczny alarm w bankowym wieżowcu w naszym niedużym mieście nad Zatoką. Szklane drzwi zasunęły się jednocześnie od zewnątrz i od wewnątrz, zamykając nas oboje w szczelnie chronionym korytarzu przejściowym. I to właśnie był cud boski!

X.

Po tych wydarzeniach nie chciałem już przebywać dłużej na Złotym Wybrzeżu, ani też wracać do Paryża, mimo, że czasy szybko się ustabilizowały. Władza w niektórych kluczowych sektorach przeszła w inne ręce, zaprowadzono porządek i wprowadzono nowe ustawy. Spiskowcy, którzy w miejsce Zmienionych przejęli monopol na palenie róż lewiatana zajęli się rozwijaniem swojej wyższej tożsamości.

Tymczasem badacze z grupy „Pequod” dokonali kolejnego odkrycia. Właściwości brązowego planktonu, który pojawił się tego lata blisko wybrzeża okazały się równie zaskakujące, jak niegdyś róż lewiatana. Otóż ludzie, którym przydarzyło się nieświadomie wdychać trujące opary także doznawali zmiany. Lecz, niestety była ona dla nich zgubna. Po pewnym czasie następował koniec ich dotychczasowej świadomości. Trujące miazmaty wnikały w mózgowe zwoje, paraliżowały neurony i trwale zmieniały psychikę niszcząc bezpowrotnie empatyczną wrażliwość, wyobraźnię i sumienie właściwe ludzkim indywiduom. Pozostawał w nich aktywny przede wszystkim dziki instynkt trwania, złość, zwierzęca żądza, okrucieństwo.

Naukowcy ze statku „Pequod” nie byliby sobą, gdyby nie podeszli i w tym wypadku do sprawy biznesowo. Ich mocodawcy zmienili się, ale cele pozostały te same. Destrukcyjne właściwości brązowego planktonu (nazwanego czopem lewiatana) nadawały się świetnie do wykorzystania w wojnie, jaką prowadzili – na razie potajemnie – bogaci przeciw biednym.

Zróżnicowani rasowo mieszkańcy wybrzeża zostali poddani zespołowi tajnych obserwacji, które szybko przyniosły wnioski, iż w zamian za utracone cechy osobowości rodziła się w nich podatność na manipulacje o charakterze ortodoksyjnym, fanatycznym i wściekle nietolerancyjnym. Główną przyczyną zdawało się ich pochodzenie, następnie kult wyznaniowy i wreszcie przynależność polityczna. Im więcej ktoś łączył w sobie takich cech, tym silniejszy destrukcyjny wpływ substancja wywierała na jego świadomość. Można było wręcz pomyśleć, że pozbawiała go stopniowo wolnej woli, osobistej pamięci nabytych doświadczeń, panowania nad niższymi odruchami i w rezultacie – kontaktu z duszą. Specjaliści od kontroli umysłu uznali, że pojawiająca się mutacja pozwala zmienić tłum w stado bezmyślnych, posłusznych i w razie potrzeby okrutnych i żądnych krwi rabów, zarządzanych mściwymi hasłami przywódców.

Obserwowałem już ten proces dziejowy z daleka, z kraju moich przodków. Bez żalu porzuciłem luksus i bogactwo i wprowadziłem się znów w warunki proste, toporne, lecz wciąż jeszcze odpierające zarazę. Widziałem, jak ludzie z prawicowej partii, która na zachodzie przejęła rządy po Zmienionych szybko stawali się brutalni i źli. Ich dusze ciemniały. Poznawałem to widząc ich twarze i oczy w telewizyjnych wiadomościach. Ich ciała brzydły, twarze tępiały, wzrok błyszczał wstrętnie, starzeli się w niepokojącym tempie.

Dość szybko opracowali na to sposób. Dzięki wampirycznym zabiegom i hipnotycznym sztukom przekazanym im wcześniej przez Zmienionych nauczyli się przenosić ją na własne życzenie z ciała do innego ciała.

W praktyce stali się nieśmiertelni.

Zawczasu wybierali sobie osobę, dowolnej płci, której stopniowo przekazywali swoje majątkowe i urzędowe pełnomocnictwa. Jednak była ona dla nich tylko innym, młodym, posiadającym atrakcyjne cechy ciałem. W odpowiednio wybranej chwili dokonywali przenosin w nie aktem woli. Swą dawną powłokę porzucali martwą, sami zachowując pełnię władz umysłowych w nowym wcieleniu.

Prawda była ponura i tak dziwna, że nikt o zdrowych zmysłach nie byłby w stanie w nią uwierzyć. Demokracja w Europie (jak zresztą także i w najbardziej rozwiniętych krajach na innych kontynentach) przestała istnieć. Trwało za to nieustanne i ucieszne, teatralne i medialne przedstawienie. Ludzie u szczytu władzy zmieniali się, lecz tak naprawdę wciąż była to ta sama grupa spiskowców! Służyły im ogarnięte zbiorową halucynacją i bezczelnie okłamywane tłumy. W razie zagrożenia sprzeciwem smagane krwawymi atakami rozfanatyzowanych zaczopowanych. Nie mieli przy tym żadnych skrupułów. Ich moralność zanikała w równym tempie, jak piękno i młodość fizyczna, a może nigdy jej naprawdę nie mieli?

Zrozumiałem wreszcie, że ten proceder ma swoje granice i po jakimś czasie musiał się skończyć. Dlatego coraz bardziej ważne stawały się świeże, zdrowe i nieskażone moralną degrengoladą ludzkie ciała.
Takie ciała posiadali mieszkańcy dotąd niezagrożonych, bo zbyt biednych i prowincjonalnych obszarów kontynentu!

Dość szybko zdałem sobie sprawę, że nic nie robiąc, aby się zabezpieczyć, wpadniemy w ich pułapkę szybciej, niż to mogłoby nastąpić. Po prostu należało zacząć stawiać opór. Zgrupowani w jedno, coraz ściślej otaczani przez gęstniejącą chciwą ciemność staliśmy się jej nieludzko pożądanym celem.
Postanowiłem działać, nim sprawy przybiorą łatwy do przewidzenia obrót.

Zamiast epilogu

Stworzyłem w ojczyźnie wspólnotę ludzi wtajemniczonych, sprzysiężonych wokół najświętszych znaków i wartości. Objęła swoim wpływem kręgi władzy, nauki i kultury. Byliśmy świadomi, że stoją przed nami najtrudniejsze decyzje, które mogą pomóc przetrwać nieskażonemu zarazą społeczeństwu najdłużej jak się da.

Dzięki moim kontaktom i dostępowi do najskryciej przechowywanych manuskryptów rodowych obliczyliśmy czas wyznaczony na ostateczne rozstrzygnięcie i wiedzieliśmy, że musimy do wybicia tej ostatniej godziny wytrwać każdym sposobem.

Któregoś dnia przybył do nas ambasador z zachodniego kraju. Ach, jakiż uprzejmie uśmiechający się i wymuskany był ten żywy diabeł! Przyjąłem wyzwanie. Wraz z kilkoma najważniejszymi osobistościami z rządu podpisałem z nim umowę. Musieliśmy na nią przystać, nie było innego wyjścia.

W ramach zawartego traktatu Zmieniający się mieli respektować nasze prawo do zdrowego życia w obrębie granic naszych krain, w zamian za zaniechanie jakichkolwiek prób ingerowania w ich sprawy. Konwencje wyznaczał podstawowy dekalog praw. Był on tarczą chroniących nas wartości, poza którą władza piekielnych sił nie sięgała.

W ekipie towarzyszącej ambasadorowi zauważyłem Nicolasa. Zadrżałem do głębi. Kilka lat wcześniej proponowałem mu przyjazd do mnie, wspólne życie, wierną przyjaźń. Zgodził się, lecz nie pojawił w umówionym czasie. Cierpiałem, nie mogąc w żaden sposób odnowić z nim kontaktu. Teraz nie poznał mnie nawet. W jego oczach zobaczyłem błysk cudzej inteligencji…

Jestem całkowicie świadomy tego, że Zmieniający się zostawili nas na później, jako żywy zapas i źródło zdrowych ciał dla siebie. Hodują nas jak zwierzęta przeznaczone na własnych celów. Dla tych degradujących się błyskawicznie czartów w ludzkiej skórze łatwo było stworzyć plantacje brązowego planktonu, aby jego trujący zakwit rozsiewać samolotami i puszczać z nurtem wielkich rzek na obszary, które z różnych względów pragnęli najpierw morderczo skłócić, a potem podporządkować sobie. Niesione wiatrem, opadające powoli smugi trucizny, wnikającej także podziemnymi wodami na nasze terytorium, na równi z ogólnoświatowymi mediami, jazgotliwie pokazującymi wielobarwny blichtr psującego się podskórnie świata, zaczęły już potajemnie rozkładać tarczę podstawowych zasad, obyczajów i tolerancyjnych wobec siebie tradycji, ochraniających zdrowe ludzkie trwanie. Wiem dobrze: ci, którzy staną się ich ofiarami otworzą nas w końcu na niewidzialne niebezpieczeństwo czyhające wokół z apetytem dziko głodnej bestii.

(2004 – 2014)

Zmienieni, część 1

Prezentuję, z konieczności w odcinkach, opowiadanie wyśnione dawno temu i pisane wiele lat. Miejsce akcji, niektóre nazwiska (np. Zejman) i nazwy pochodzą ze snu. Inne zostały wymyślone w konwencji utworu. Sama nie wiem do końca o czym naprawdę traktuje ta historia, czy jest prawdziwa, albo na ile jest prawdziwa, a na ile wymyślona przez wyższe byty. Wiem tylko, że sen trwał cała noc i mocno mną wstrząsnął. Na tyle, że nie nie byłam w stanie porzucić próby jego zapisania w formie literackiej.

Ewa Sey

Zmienieni

część pierwsza

Wstęp

Oto my, synowie bogów, arystokraci Ziemi, członkowie starożytnych rodów, od początku tej ery dzierżących władzę i prestiż. Dopiero przez kilka ostatnich dziesięcioleci mogliśmy żyć w spokojnym luksusie po każdej stronie rządzonego przez nas świata. Podczas zabójczego potopu rozdzieliła go na dwoje ogromna morska zatoka, która wdarła się daleko w głąb lądu błękitnym ramieniem oceanu. Na kolejne tysiąclecia ustanowiła naturalną granicę, izolującą od siebie unicestwione pradawne i rodzące się dopiero kultury, zamieszkujące trzy kontynenty, nieufne, obce sobie i nierzadko wojennie do siebie nastawione. Z powodu różnic języków, ras, religii i cywilizacji, w których przychodziło nam żyć, rzadko kontaktowaliśmy się w kręgu naszego elitarnego klanu klanów. Wielokrotnie w historii przemieszczaliśmy się z jednego brzegu Śródmorza na drugi, z półwyspu na półwysep, z wyspy na wyspę, z kontynentu na kontynent, aby ratować swoją skórę, pozycję i majątki, choć najczęściej głównym motywem były ambitne ekspansje i zawłaszczanie innych królestw. Jednak od ostatniej światowej wojny postępowe procesy demokratyczne rozpętane z wielkim rozmachem na całej planecie sprawiły, że mogliśmy zacząć swobodnie funkcjonować gdziekolwiek bądź. Nadeszły szczęśliwe czasy dla biednych i dla bogatych. A prawdziwi władcy nie musieli być teraz królami, ani nawet innymi rządzącymi, wygodnie mieszkając w zaciszu swych luksusowych posiadłości.

I.

Ten nieco przydługi wstęp ma przybliżyć Czytelnikowi moją skromną osobę, środowisko i pozycję, w jakich przyszło mi żyć. Nazywam się Adrian Gralofsky. Pochodzę z rodziny szlacheckiej mającej wiekowe koligacje w całej Europie, od zachodu po wschód. Moi pradziadkowie, dziadkowie i rodzice przeżyli okres bezwzględnych prześladowań ze strony wschodnich rewolucjonistów, lecz ja należę do pierwszego pokolenia urodzonego na wolności. Mój powrót do korzeni i klanu, który spokojnie zamieszkiwał przez cały ten ponury okres, w zachodniej Europie okazał się nadspodziewanie łatwy. Kiedy runął mur oddzielający zachód od wschodu, pierwszy wyciągnął do mnie rękę jeden z najstarszych żyjących przedstawicieli znamienitego arystokratycznego rodu. Miałem wtedy czternaście lat i można było mnie jeszcze ukształtować, wpoić odpowiednie zasady i maniery, o których moja rodzina już była zapomniała.

Diuk Zeyman był bajecznie bogatym rentierem i jednym z nielicznych potomków bocznej linii wymarłych królów z Pałacu Słońca. Mimo zaawansowanego wieku trzymał się świetnie, zawsze pełen klasy, aktywności i animuszu. Pochodził z rodu, który uciekł tuż przed Rewolucją w bezpieczniejsze rejony Europy ratując resztki majątku, pamiątki i przede wszystkim geny rodziny. Tam jego przodkowie szczęśliwie wtopili się w tło społeczne, w końcu przenikając skutecznie w kręgi nowej władzy. Robili to już przezornie pod zmienionymi nazwiskami, wżeniwszy się w bogate fabrykanckie, mieszczańskie albo bankierskie rodziny, arystokratyczne tytuły zamieniając na tytuły urzędowe bądź naukowe. Kiedy wybuchły wojny ulokowali swoje pieniądze w intratnych wojskowych interesach po stronie atakującej i ostatecznie przegranej. Szczegółów tych podejrzanych interesów dowiedziałem się o wiele później. Firmy, w których Zeyman miał udziały wyszły z dwóch ostatnich globalnych wojen ogromnie wzbogacone i rozpoczęły zwycięską ekspansję handlową na cały świat. Zmieniły cele swojej produkcji, niektóre marki, ale funkcjonowały z pełnym sukcesem wykorzystując technologie wypracowane w ogniu morderczych walk i bestialskich eksperymentów dokonywanych na jeńcach wojennych.

Dzięki niemu skończyłem najbardziej renomowane liceum w Belgii, studia na Sorbonie i dostałem wysokie stanowisko przedstawiciela w jednej z korporacyjnych firm, która rozpoczęła właśnie swoją handlową ekspansję na wschód. Moje obowiązki były dość umowne i rzadko wymagające wysiłku, dlatego miałem dużo wolnego czasu, który pożytkowałem na rozwijające się hobby antykwaryczne, życie towarzyskie oraz podróże.

Żona Zeymana, Zelda, młodsza od niego kilkanaście lat, pochodziła z rodziny zubożałego węgierskiego hrabiego, (z którym właśnie moi przodkowie byli spokrewnieni). W paryskiej śmietance liczono się z nią przede wszystkim jako ze znakomitą fotografką. Zaprzyjaźniłem się szczerze z obojgiem, choć w stosunku do diuka mogę mówić tylko o zdystansowanym szacunku, nie o uczuciu. Jego protekcjonalizm, kontrolowana ironia i uprzejma obojętność, którą niezmiennie z niego biła, nigdy nie obudziły we mnie zaufania. Lecz to właśnie pani Zeymanowa zastąpiła mi najbliższą rodzinę i matkę, którą pozostawiłem w ojczystym kraju.

II.

Nadszedł 1999 rok. Jak zawsze w sezonie letnim znalazłem się w towarzystwie Zeymanów po drugiej stronie Śródmorza, w Aleksandrii, kurorcie liczącym sobie według kronik ponad dwa tysiące lat. W rzeczywistości, jego historia, jak i dzieje wszystkich starożytnych miejsc na plażach Śródmorza, była o wiele starsza i sięgała przedpotopwej ery. Jednak wiedzieli o tym nieliczni przedstawiciele najstarożytniejszych rodów, większość od tysiącleci była zmyślnie i skutecznie oszukiwana. Z miejsca głęboko zakochałem się w tym królewskim mieście, muzeach, w których spędzałem wiele czasu, antycznych pamiątkach i pomnikach, a przede wszystkim w legendzie dziejów, jakie przeszło, a które wydawały mi się tam nadal żywe.

Zeymanom towarzyszyła Luiza, młoda i piękna dziewczyna o słomkowo jasnych długich włosach, z którą żartobliwie mnie swatano. Była siostrzaną wnuczką diuka mieszkającą w Szwecji. Zeymanowie byli bezdzietni, a ja jako zaufany przyjaciel wiedziałem, że postanowili przekazać jej w odpowiednim czasie dużą część schedy po sobie. Nie byłem przeciwny flirtowi z nią, choć moje serce jakoś nie chciało zabić szybciej w jej obecności i nie starałem się tego zmienić. Była to ambitna, pusta i powierzchowna dziewczyna, nadmiernie dbająca o zewnętrzne szczegóły z pominięciem tego, co mnie wydawało się najważniejsze. Ponieważ nie chciałem zostać zaliczony do jej kolekcji szybko porzuconych kochanków zaczęliśmy wzajemnie się znosić z czymś podobnym do przyjaźni.

Rozkoszne nadmorskie wakacje nie trwały długo.

Któregoś spokojnego dnia wydarzyło się coś, co przerwało nasz beztroski pobyt. Chcąc nie chcąc zostałem tego mimowolnym świadkiem i uczestnikiem. Na moich oczach zaczęło dziać się coś, czego nie tylko nie mogłem się wcześniej spodziewać, lecz podobna historia nawet mi się nie śniła!

III.

Nadeszło w jasny, upalny, bezchmurny dzień, nieróżniący się niczym od innych podobnych dni w tym miejscu świata. Wylegiwałem się w towarzystwie grupki błękitnokrwistych przyjaciół na rozpalonym białym piasku strzeżonej hotelowej plaży. Siedząc na leżaku pod kolorowym parasolem popijałem sok cytrusowy z lodem. Mój wzrok oparł się na równej tafli błękitnego morza znaczonej jedynie białymi grzywami spokojnie i rytmicznie nadbiegających ku brzegowi fal. Umysł pracował leniwie. Zajmowały go nieco najświeższe wiadomości przeczytane w porannej prasie. Właściwie nie różniły się skalą ważności od tych czytanych wczoraj, przedwczoraj czy rok temu.

Wtem, na czyjś jeden zdumiony głośny okrzyk poderwałem się na równe nogi. Ten głos musiał mieć w sobie coś szczególnego, inaczej nie sprawiłby tak piorunującego wrażenia na wszystkich. Już po chwili większość plażowiczów zrobiła to samo, co ja. I tak stojąc, zdumieni i zaskoczeni, patrzyliśmy z zadartymi głowami na kołujący wysoko w górze olbrzymi srebrzysty pojazd.

– Jego silniki dawno zgasły, a załoga wymarła – stwierdziłem nagle głośno pod wpływem kłującego w sercu przeczucia. Nie odrywałem od niego wzroku, obserwując zjawisko przez podręczną lornetkę.

Połyskujący w słońcu wrak niby gigantyczny latawiec zataczał z wolna coraz niższe kręgi ponad spokojnym obszarem jasnobłękitnego morza.

– Nie, to niemożliwe – powiedział ktoś. – Uszczypnijcie mnie. To mi się tylko śni!

A jednak nie był to sen, choć wszystko działo się jeszcze bardzo wysoko i w całkowitej ciszy. Nagle na naszych oczach pojazd rozłamał się na trzy człony. Jednocześnie z ust patrzących wydostał się głośny okrzyk, a potem zbiorowe westchnienie. Dwa z nich, kadłub i ogon, jeden za drugim runęły do morza w znacznej odległości od portu i plaży. Trzeci leciał jeszcze jakąś siłą bezwładu i prądu powietrza, w który trafił i znikł nam z oczu w przestworzach nieba. Musiał upaść gdzieś o wiele dalej, może w okolicach Grecji lub nawet Włoch.

Długi czas trwała głucha cisza, w którą wsłuchiwaliśmy się wciąż jeszcze z napięciem, ale ze słabnącym stopniowo zainteresowaniem. Morze zdawało się nieporuszone. Nic nie wskazywało na to, co się miało później wydarzyć. Postanowiliśmy rozejść się znów po plaży spodziewając się znaleźć wytłumaczenie wypadku w popołudniowych wiadomościach.

Miejscowe gazety i telewizyjne dzienniki skwitowały go krótką wzmianką o kontrolowanym upadku w morze starej nieużywanej stacji orbitalnej.

lewiatan.png

IV.

Czas płynął nieubłaganie. Spokój okazał się usypiający i w gruncie rzeczy pozorny.

Latem kolejnego roku w błękitnej przybrzeżnej wodzie morza, nad którym mieścił się nasz kurort pojawiły się… osobliwe ryby. Z ogromnym impetem największa z nich zaatakowała ludzi w kąpieli. Dosłownie cudem udało mi się wydostać z wody w ostatniej chwili! Pod wpływem adrenaliny z niebywałą u siebie siłą i zręcznością wdrapałem się na molo i pobiegłem kładką na suchy brzeg. Obejrzałem się za siebie tylko raz. Wyskakujący z morskiej toni straszliwy lewiatan wielkości orki zaprezentował się oczom wypoczywających w całej okazałości, od zębatej półotwartej paszczy pradawnego potwora po wymyślnie haczykowaty koniec ogona. Szybko okazało się, że towarzyszyła mu ławica małych rybek z gatunku tych, co do tej pory były całkowicie niewinne i łagodne. Teraz jednak agresywnie kąsały maleńkimi cienkimi, zagiętymi do wewnątrz ząbkami, atakując osoby taplające się na rozgrzanej płyciźnie.

W ciągu zaledwie trzech dni okazało się, że ich ugryzienie nie pozostaje bez następstw.

Wśród kilkorga pokąsanych była Luiza. Krzyczącą z przerażenia ratowałem na brzegu, gdy wybiegła z wody panicznie otrząsając się z wczepionej w łydkę rybki. Najpierw unieruchomiłem ją nieznoszącym sprzeciwu głosem, a potem zręcznie oderwałem od skóry maleńką śliską istotę o długości wskazującego palca, pociągnąwszy ją za ogon. Zostawiła po sobie ledwie widoczny ślad na nodze, z którego wypłynęła zaraz kropelka krwi. Ktoś roztropny koło mnie podsunął torebkę foliową napełnioną wodą. Szybko włożyłem do niej budzącą wstręt zdobycz. Byłem zaskoczony sam sobą. Nie straciłem głowy w tak nieprzewidzianej i nerwowej sytuacji! To właśnie wtedy po raz pierwszy przekonałem się o instynktownej sile mojej przytomności, która odzywa się w życiu rzadko, ale zawsze bezbłędnie. Nie myśląc wiele zatroszczyłem się o szczegóły. Luiza musiała zostać opatrzona, a rybkę należało przebadać pod kątem jakiejś niechcianej infekcji.

Oprócz mnie, jeszcze tylko jednemu mężczyźnie udało się schwytać wodną napastniczkę po własnoręcznym odczepieniu jej od skóry uda. W efekcie mogłem w szybkim tempie dostarczyć do laboratorium dwa żywe egzemplarze agresywnego gatunku.

Opatrzona w ambulatorium Luiza została wypuszczona z rutynowym pouczeniem lekarskim, że ma się zgłosić, gdyby tylko pojawiły się jakiekolwiek niepokojące objawy. Natomiast zaangażowani w badanie dostarczonych rybek mikrobiolodzy z miejskiego centrum badań sanitarnych stwierdzili rzecz absolutnie niebywałą. Rybki miały rzednące ciała, w ciągu kilkunastu minut po wyjęciu z wody szybko traciły kształty i gęstość, jedna po drugiej. W okularze najsilniej powiększającego mikroskopu zarysy ich komórek znikły w końcu bez śladu. Zwyczajnie przeszły w nicość, niedostępną dla wzroku i wszelkich naukowych narzędzi.

Dopiero po telefonicznej interwencji Zeymana pracownicy laboratorium sporządzili protokół zdarzenia, z którym zresztą nie wiedzieli, co zrobić, więc natychmiast wylądował w archiwum, czekając na inną możliwość sprawdzenia przypadku. Dostałem kopię tego dokumentu, którą Zeyman skierował swoimi kanałami w odpowiednie miejsca i do odpowiednich osób.

Oficjalnie nie wiązano ze sobą upadku wraku i pojawienia się morskiego potwora, ale plotek nie dało się zatrzymać. Zaczęły krążyć opowieści o podejrzanych eksperymentach biologicznych dokonywanych od lat na orbicie, których efekty dostały się w ziemskie środowisko i zaczęły gwałtownie mutować.

Informacje dość szybko utajniono, lecz i tak do wielu z nich miałem dostęp z racji znajomości w kręgach naukowych i rządowych, jakimi dysponował Zeyman. Co więcej, z racji swego zaawansowanego wieku uczynił mnie on swoim pełnomocnikiem do tych kontaktów. Dostałem za zadanie zbierać wszelkie nowiny na wiadomy temat i przekazywać mu w formie zwięzłej i przemyślanej.

Zacząłem od uważnej obserwacji tego, co się działo z kilkorgiem pogryzionych osób, a przede wszystkim Luizy, którą zdążyłem już całkiem dobrze poznać.

Ogarnęła mnie wprost szalona nieufność. Podejrzliwie zerkałem na nią w sytuacjach, gdy sądziła, że jest sama. Nigdy przedtem nie ośmieliłbym się zrobić czegoś podobnego, a jednak podejrzliwość, która mnie opanowała była przemożna. I co gorsze, pogłębiała się! Patrzyłem, obserwowałem, przyglądałem się, rzucałem okiem, śledziłem ją, sam stając się nieomal niewidzialny, aż wreszcie zobaczyłem coś, co głęboko mną wstrząsnęło i przeszyło zimnym dreszczem zgrozy.

Trzy dni po ukąszeniu Luiza nagle, wręcz z minuty na minutę śmiertelnie pobladła. Wyglądała jak trup, a potem… rozdwoiła się. Zobaczyłem to na własne oczy, gdyż zajrzałem tam, gdzie wcale nie spodziewała się być widziana. Wydarzyło się to w leniwej porze południowej sjesty.

Nie powiedziałem słowa na ten temat nikomu, nawet Zeymanowi, któremu nigdy do końca nie zaufałem. Nie dla tego, że ten widok przerastał wszelkie ludzkie pojęcie i pewnie nikt by mi nie uwierzył. Ale z tego powodu, że intuicyjnie zdałem sobie sprawę z rozmiaru niebezpieczeństwa, które się przy mnie oto przypadkiem odkryło.

Pozbawiony wszelkiego owłosienia na ciele nagi duplikat Luizy włożył na siebie przygotowaną wcześniej czarną perukę. Stojąc przed lustrem z wielką wprawą zrobił na swej poszarzałej twarzy szykowny makijaż. Śmiertelnie blade policzki rozjaśnił sztuczny rumieniec i wyniosły uśmiech pomalowanych warg. Nad oczami pojawiły się podkreślone zręczną kreską czarne brwi, a powieki dostały cień wielkich sztucznych rzęs. Zdążyłem w porę odpaść od uchylonych drzwi i niezauważalnie skryć się za załomem korytarza, gdy zduplikowana Luiza wyszła z toalety dla pań. Jej prawdziwe ciało rozrzedziło się i znikło bezpowrotnie.

Większość kuracjuszy powodowana szokiem po ataku rybek-niewidek zrezygnowała z dalszych wczasów w kurorcie i wróciła do swych siedzib gdzieś w świecie. Wróciłem i ja. Tam jeszcze życie zdawało się biec zwykłym torem.

V.

Po powrocie zająłem się swoimi sprawami, obowiązkami w pracy i zbieraniem informacji dla diuka, krążąc cierpliwie pomiędzy stolicą i miejscami, gdzie akurat rezydowali Zeymanowie, a było ich kilka w Europie.

Luiza długo jeszcze pozostawała w podróży, pod wpływem jakiegoś kaprysu dołączywszy do paru znajomych wędrujących po krajach północnej Afryki. Poczułem się z tego powodu dużo swobodniejszy.

Spokojnie minęły tygodnie i miesiące. A potem lata.

Któregoś kolejnego roku, pewnego letniego piątkowego przedpołudnia zjawiłem się w niewielkim mieście malowniczo położonym nad Złotą Zatoką. Po rezygnacji z dorocznych wyjazdów do Aleksandrii Zeymanowie zaczęli spędzać wakacje w miejscowości, w której dotąd zazwyczaj zimowali. Wynajęli letni pałacyk wybudowany na wzgórzu za miastem. Strzegł go i dbał o codzienne sprawy mieszkający w jego tylnym skrzydle zaufany milkliwy dozorca Rudel, z rodziną.

Drzwi otworzyła mi pani Zeymanowa, pięknie uczesana, umalowana i ubrana w elegancki łososiowy kostium. Po serdecznym powitaniu wprowadziła mnie zaraz do salonu. Od jakiegoś czasu stałem się bardziej nerwowy i nie zechciałem usiąść, choć mi zaproponowała. Zacząłem przechadzać się po wnętrzu zerkając przez wysokie okna, dotykając ozdobnych i cennych pamiątek ustawionych na meblach i gadając o ostatnich wydarzeniach z mojej codzienności, o które pytała gospodyni. Na dłużej zatrzymałem się dopiero przy schodach wiodących na piętro. Na ścianie obok nich wisiało kilka dużych rozmiarów i pełnych niepokojącego nastroju obrazów pędzla Drohobickiego, współczesnego malarza polskiego pochodzenia. Twórczość tego kontrowersyjnego artysty znałem z katalogów, które nie tak dawno temu przeglądał uważnie Zeyman.

– Właśnie to jest niespodzianka, którą chcemy ci pokazać. Co o tym myślisz? – Zeymanowa stanęła blisko mnie – Alfred kupił je niedawno na aukcji za dość śmieszną cenę. Malarz nie cieszy się estymą w swoim kraju. Jego sztuka jest znana, ale nikt nie chce posiadać tych dzieł na własność.

– Chyba rozumiem, czemu… – odparłem.

– Tak, są makabryczne.

Wszystkie obrazy przedstawiały symboliczne i mało zrozumiałe sceny owiane udzielającą się atmosferą egzystencjalnego lęku, rozpaczy, smutku i grozy. Przerażenie płynęło z zestawienia ze sobą przyciemnionych barw i delikatnej deformacji kształtów. Deformacji, jaką powoduje stopniowe więdnięcie, starzenie się i rozkład tkanek. Cechowała je głęboka dekadencja i jakaś grawitująca w mrok tajemnica, odpychając i jednocześnie magnetycznie i kusząco przyciągając uwagę patrzącego.

– To Alfred wybrał dla nich miejsce w salonie. Muszę przyznać, że czuję się tu teraz nieswojo – zwierzyła się Zeymanowa. – Mam nadzieję, że mu się znudzą. Choć dzisiaj rano oznajmił mi, że te obrazy mają w sobie „to coś”, o co IM chodzi.
– Komu? – odruchowo zadrżałem.
– Jego przyjaciołom, z którymi ostatnio intensywnie się zadaje… zapewne – odpowiedziała z zastanowieniem.

Nie powiedziałem jej jeszcze o tym, mojej starej dobrej przyjaciółce… Otóż przed dwoma tygodniami podczas mej zwykłej wizyty u Zeymana wiedziony podejrzliwością, która mnie już nie odstępowała zajrzałem ostrożnie, szukając go, do jego sypialni na piętrze. Staruszek leżał na łóżku. Jeszcze zdołał unieść ciężkie powieki i omiótł mnie przelotnie pustym wzrokiem. Obok niego znajdował się jego sobowtór. Nie zauważył mnie zajęty nadal swoją przemianą.

– Kiedy tak patrzę na te obrazy zaczynam mieć wielką ochotę napić się czegoś dobrego w zacisznych warunkach – stwierdziła po chwili Zeymanowa. – Najlepszy trunek znajduje się w piwniczce zimowego domu nad Zatoką. Przejdźmy się tam, proszę cię! Mój mąż wybiera się na raut w Zamku nad Loarą. Ma mu towarzyszyć Luiza. Zdecydowanie wolę spędzić ten czas na rozmowie z tobą. Co ty na to?
– Taki spacer może być niebezpieczny – oznajmiłem starając się nie zdradzać zaniepokojenia. – Bardzo niebezpieczny. W Złotej Zatoce dzieje się ostatnio coś dziwnego i nie wiadomo, kogo można o tej porze spotkać blisko plaży.

Zeymanowa machnęła na to ręką z rozbrajającym uśmiechem starszego człowieka, który niejedno przeżył. Dodałem więc, aby ją przekonać:
– Od jakiegoś czasu wzdłuż śródmorskich wybrzeży kwitnie mutujący brązowy plankton. Podobno powoduje niepokojące masowe ZMIANY. Wiem to z pewnego źródła.
– Nieważne – odpowiedziała Zeymanowa. – Chcę się napić i już, Adrianie… Bądź łaskaw nie stawiać dziwnych przeszkód starej kobiecie.

Była to wspaniała osoba o sile charakteru, którą od początku podziwiałem. Miała w sobie głęboki spokój i trzeźwość umysłu charakteryzujące większość członków jej rodziny. Nagle postanowiłem podzielić się z nią swoją wiedzą. Prawdopodobnie była jedyną ludzką istotą, której mogłem całkowicie zaufać i która zdolna była potraktować moje rewelacje ze zrozumieniem.

Część druga >>

Zbiorowa karma

Zaczął się nowy obrót świata, czyli revolutio solis. Słońce weszło w znak Barana rozpoczynając nowy rok astronomiczny, i astrologiczny również. Z horoskopu wiosennego wróżyło się niegdyś wydarzenia dla świata.

Podsuwam co bardziej ciekawym obraz mapy nieba na ten moment, planety i gwiazdozbiory widziane z Warszawy.

horoskop

W oczy rzuca się Mars (chyba każdy zna jego symbol, kółko ze strzałką w górę), znajdujący się prawie dokładnie w punkcie zachodu, czyli Descendentu horoskopu (to ten skraj prawy). Takie położenie, plus jeszcze wejrzenie Marsa na Wenus w aspekcie kwadratury, zapowiada rozpolitykowanie, awanturnictwo i walki słowne, aż do utraty rozsądku. Tematem będą sprawy gospodarcze i finansowe, ceny żywności, podatki (Byk), ponadto kwestie obyczajowe i kobiece, feminizm, aborcja, sztuczne zapłodnienie i prawa dla LGBT+, oraz diety (wzbiera atmosfera sekciarstwa w tej branży) i ochrona zwierząt i przyrody. Wszystko przerysowane karykaturalnie, pełne agresji, złości, krzyku, pretensji, nienawiści i obrzucania się nawzajem kalumniami. Przypomnę, ma to być w Polsce rok wyborów…

Akurat w tym noworocznym czasie przydarzyła mi się rozmowa z Pawłem Z., współ-Śniącym. A zabrzmiała tak:

PZ: Śniłaś mi się dziś…

ES: Co takiego?

PZ: Miałem intencję oczyszczenia gniewu, który zalega w mojej duszy. Bo wieczorem przyszła taka wizja, jak ta energia zalega w mojej duszy i przejawia się w życiu. Śniłem o jakiś zawodach. Później matka kazała mi zbierać czerwone porzeczki z krzaczków z różnych stron domu. Ponieważ na każde inaczej słońce świeciło i każdy krzak ma inne właściwości. Później w sypialni rodziców spotkałem Ciebie. Dyskutowałaś o mnie z jakąś kobietą. Mówiłaś o tym, że straszne rzeczy moja dusza zrobiła. I trzeba na mnie uważać. Bo mogę nieświadomie coś napsocić. A ja zaraz po tym opowiadałem Tobie o tej wizji energii gniewu.

ES: Te porzeczki to twoja karma, a może raczej nie twoja, tylko przypisana przez matrycę karmiczną, drzewo karmy, rodu. Zbierać=przyswajać.

PZ: No, właśnie mam tą porzeczkę zjeść? Bo ten gniew wypłynął dziś na górę i mnie męczy na klatce piersiowej, w splocie i gardle mi ciąży ta energia.

ES: Czemu nie? Chorobotwórcze owoce są w kolorach ciemnych, granatowym, sinym, czarnym, spleśniałe. Zdrowe owoce można jeść i przerabiać. Co do mnie to kojarzę ci się z kimś, kto wie więcej, niż można zobaczyć gołym okiem. To istota przewodnia. Może mówi o tkwiącym w tobie lęku przed sobą samym, albo coś się jeszcze wyjaśni na ten temat w przyszłości. Nie bierz odpowiedzialności za wszystkie grzechy tego świata! Po prostu oddaj to Bogu. Ufnie.

PZ: Zbierałem też czarne/granatowe owoce. Ale na koniec porzeczki. Matka mnie do tego przymusiła, robiłem to niechętnie.

ES: Te ciemne, to pewnie ów gniew. I osłabienie. Gdy mnie się śnią takie owoce to przeważnie szybko zaczynam mieć kłopot ze zdrowiem, przeziębienie albo depresja, osłabienie.

PZ: No, mnie ta energia przytłoczyła trochę i odczuwam ból w ciele z tego powodu. Jakby dusza ta energie do świadomego ja wpuściła, teraz trochę idę w stronę puszczania.

ES: Pewnie tak. Mam wrażenie, że wciąż czegoś nie rozumiesz. To nie ty, Paweł musisz dźwigać grzechy świata i walczyć o zbawienie. Zdaj ten ciężar na wyższe byty.

PZ: i chcę to rozpuścić. Hm…

ES: Niech twoja dusza to rozpuści poprzez ciebie. To taki niuans, ale ważny. Zatrzymałeś coś w ciele, bo nie jesteś w stanie tego zrobić. Nie ty, ale twoje wyższe aspekty. One to potrafią. Rozpuść znaczy roz PUŚĆ to.

PZ: Więc znak, że trzeba jeszcze popracować, bo coś się zaczyna ujawniać.

Dwa dni później:

PZ: Kontynuowałem rozpuszczanie gniewu. Śniłem o okupowanej Polsce, walkach młodych chłopców z Niemcami. I o nieudanym powstaniu przeciw Niemcom, chyba w getcie warszawskim. To chyba moje wcielenie ciąży mi z tego okresu. Na koniec obraz zalania wszystkiego krwią.

ES: Niekoniecznie. To karma zbiorowa. Po prostu jesteś Rybką i cierpisz za miliony. Dobrze jest nauczyć się to rozróżniać. Wiem co mówię, bo zbiorowe historie to u mnie częste w snach.

PZ: To może być tak, że ten gniew przechwytuje moja dusza z zewnątrz i sama się piętrzy, choć źródło nie koniecznie może być związane z jej doświadczeniami?

ES: Trudno jest rozpuścić zbiorowe nastawienia i poczucie krzywdy, gniew i wściekłość. To, co możesz, to rozpuścić własny stosunek do tych zbiorowych przeżyć. Przebaczyć i poniekąd wypisać się z tej bajki. Przynajmniej zdobyć dystans, zwłaszcza, gdy się przejawiają te sprawy na zewnątrz ciebie.

PZ: Tak, ja nie chcę czyścić pół świata! Ja chcę tylko, póki co, rozpuścić gniew zebrany w mojej duszy.

ES: Te sny to telepatia, mediumizm, nazwij jak chcesz. Po prostu brak granicy ja-oni.

PZ: W sumie to pasuje do wizji gniewu w duszy. Który był jak dym, nie sposób było go uchwycić, ciągle się ruszał.

ES: Myślę, że w dość bliskich latach ujawni się dużo wrogości w społeczeństwie, naszym i za granicą. Ta karma spowoduje nowe zamieszki i krzywdy. Dlatego ważne, żeby nie brać tych rzeczy osobiście, bo cię to wciągnie. Pracuj nad odpowiednim poglądem wobec tego. Jesteś młody, możesz jeszcze wylądować w woju itp. Ech, pewnie to właśnie mówiła moja osoba w twoim śnie niedawno.

PZ: Tylko to samo mi tak wchodzi. Ja chcę swój gniew, który przejawia się w życiu, wyczyścić. A tu mi się podpina pod sny, które jak film wyglądają. Ten dzisiejszy sen był jak film.

ES: Polityka to taki kanał, którym ta chmura wyłazi, manifestuje się.

PZ: Ty tego typu sny masz często, jak czytam na blogu.

ES: Oboje należymy do neptunowych typów, ty nawet bardziej, jako Rybka. Mnie jest łatwiej rozróżnić siebie od innych i nie brać tego, co widzę osobiście. To tak, jakbym oglądała telewizję, kino, a w nim różne pouczające i wzruszające albo przerażające obrazy. Taki stosunek to chyba najlepszy sposób na zbiorową karmę w snach. Inaczej w życiu można zostać Don Kichotem.

PZ: No, tak…

ES: Nie dawaj się nabrać. Trzymaj się faktów i ziemi.

PZ: Kurczę, ale już prosiłem wyższa jaźń, duszę i nadduszę o wyczyszczenie gniewu mojej duszy, a tu filmy o 2 wojnie i podpinanie pod zbiorowy gniew, związany z 2 wojną. I stosunkiem Polaków do Niemców.

ES: Być może tacy jak my, mają w sobie jakiś ułamek duszy zbiorowej.

PZ: Ale generalnie mam trochę tego w sobie, bo od dziecka nie przepadam za Niemcami.

ES: To są wszystko zbiorowe stereotypy. I trzeba je widzieć w sobie. Wtedy nie szkodzą. Stereotypami operują politycy, grupy, a zatem jest to lina, na której są prowadzeni niewolnicy przekonań, takich czy siakich.

PZ: Chyba za bardzo na głęboką wodę chcę wypłynąć.

ES: Karma zbiorowa jest siłą bezwładną. Można utonąć, ani pisnąć.

PZ: Masz rację. Dzięki za pomoc.

ES: Z tego zdarzają się niewinnym ludziom wypadki typu: dostać w mordę od wściekłego narodowca, albo gazem w oczy podczas manifestacji pokojowej, gdy się tylko przechodziło obok po lekarstwo dla babci.

PZ: Uuu…

ES: Trzymaj dystans. Czasem trzeba się pomodlić za tych czy owych, ogarniętych amokiem zbiorowej karmy, ale za nich życia nie przeżyjemy, ani nie wyciągniemy wniosków z doświadczeń. Pewnie my już mamy je za sobą w jakimś sensie, dlatego widzimy rzeczy z góry, jak to jest zbudowane. Większość ludzi nie ma o tym pojęcia i daje się wciągnąć w grę. Taki mają los, czyli Konieczność. Zresztą, tak do końca nikt nie wie co go czeka i na niego spadnie od tej strony, nawet, gdy trzyma dystans.

PZ: Właśnie się modlę o to. Teraz usłyszałem od wyższej jaźni, że dusza sama w sobie nie żywi gniewu, tylko przez interakcje z zewnętrznym światem powstaje ten gniew jako reakcja. Ja to źle odbierałem, wychodzi na to, bo doszukiwałem się jakiegoś źródła energii gniewu w duszy. A to nie tak do końca…

Kilka rad na temat korzystania z czasu

Dla tych, którzy nie wiedzą o astrologii wiele, nie chce im się tego wiedzieć, albo i wcale w nią nie wierzą.
Dla młodych niedoświadczonych, którzy nie chcą doświadczać po raz niezliczony tego samego, czego doświadczali ci, którym się nie udawało.
Rada od astrologa.

Czas wiadomo jest iluzją, jest względny, jest wiecznym teraz i tak dalej. Ja nie o tym.
Przynajmniej na razie.
Czas składa się z rytmicznie powracających cykli. Łatwo doprawdy jest zapamiętać kilka z nich. O dwóch uczą nas od dziecka.

To cykl księżycowy – prawie miesiąc trwający, składający się z 4 kwadr, w tym dwóch najważniejszych momentów: nowiu i pełni.
Oraz cykl słoneczny – roczny, składający się z 12 odcinków miesięcznych, czterech pór i czterech przesileń.

Otóż operując już wiedzą o tych dwóch cyklach można wiele. Nie trzeba do tego skomplikowanego horoskopu. Zapamiętajcie proste zasady postępowania.

W czas nowiu i pełni niczego nie zaczynać i nie decydować na dłuższą metę. Można się bawić, uczyć, robić wycieczki, stowarzyszać, ale nic poza tym. Szkopuł w tym, że w tych momentach pokusa zaczynania czegoś poważniejszego, albo wyprawiania hucznych imprez z myślą o późniejszych zyskach bywa silniejsza, niż w inne dni. Jeśli dasz się skusić, masz przechlapane. Udaje się tylko to, co zazwyczaj i robione bez myślenia o przyszłości i długofalowych efektach. Jeśli imprezy to takie, po których długo spłacasz kredyt.
Po nowiu zaczynają się nowe okoliczności, księżyc rośnie, a wraz z nim rośliny nabierają soków, jak i nasze ciałko. Po pełni księżyc maleje, a z nim nasze apetyty. Wszystko co się rozwija, rośnie, przybiera należy zaczynać w pierwszej połowie miesiąca księżycowego. Wszystko co ma się kurczyć, schnąć, chudnąć, konserwować się, tworzyć zapas na dłużej, a także kończyć rozpoczynamy po pełni.

Roczny cykl solarny rozpoczyna się u każdego kiedy indziej, w dniu jego urodzin. I trwa do następnych urodzin. Pół roku po urodzinach słońce zajmuje pozycję naprzeciw swej urodzeniowej i niesie najwyższy wydatek energii. Do tego okresu trudzimy się nad jakimś wyznaczonym sobie lub narzuconym przez życie zadaniem, przychodzi swoiste jego wypełnienie lub rozwiązanie i od tego czasu zaczynamy widzieć świat z innej perspektywy oraz wyznaczać sobie inne cele, których zakres to kolejne pół roku.
O tym cyklu, ponadto dobrze jest wiedzieć, że na około miesiąc lub 1,5-2 przed jego zakończeniem, czyli powiedzmy na 2 miesiące przed urodzinami – niczego nie zaczynamy! To czas dopełnień, zakończeń, wypalania się energii roku. Zwróćcie uwagę, że wtedy właśnie najczęściej starzy ludzie umierają. Ewentualnie pół roku później od tego okresu. Można planować, wypełniać swoje zadania, obowiązki, ale niczego nie zaczynać! Nie przeprowadzać się, nie szukać nowej stałej pracy, nie składać podań, których realizacja jest przewidziana na rok następny, nie zapisywać się na dłuższe kursy czy studia dodatkowe, nie oświadczać osobie wybranej. To po prostu nie wyjdzie, nie wypali, co najwyżej zabłyśnie, jak gwiazdka na niebie i upadnie. Można za to zwalniać się z pracy, rozwodzić, podliczać zasoby, zadbać o zdrowie, oczyszczenie organizmu i odpoczynek, zająć się refleksją nad sprawami mijającego roku i wnioskami z tego wynikającymi, to się przyda do planu na następny rok. Jeśli coś się kończy wtedy naturalnie – dostałeś wypowiedzenie, rzuciła cię dziewczyna czy chłopak nie daj się ponieść emocjom i lękom! Nie ganiaj za nową parą, a jeśli taka się znajdzie, bądź na luzie, bo jeszcze wejdą nowe okoliczności, nie ubijaj interesów z pierwszym chętnym założyć z tobą spółkę nie na twoich warunkach, nie szukaj lokalu pod wynajem, nie inwestuj – to nie wyjdzie! Zestresujesz się jedynie, naładujesz rozczarowaniem, paniką i wejdziesz w nowy rok życia, który przecież nadchodzi jak zawsze – z poważnym ubytkiem energii i zniechęceniem. Twoje działania nie będą miały stosownej siły, albo pójdą na odkręcanie błędnych kroków, które już zdążyłeś podjąć w nieodpowiednim do tego czasie.

Istnieje jeszcze inne niebezpieczeństwo. Zaćmienie. Tak samo słońca, jak księżyca. Zasada jest taka: nigdy nie zaczynaj nic w takim momencie, który rozciąga się potem na dłuższy okres niepowodzenia, miesięcy i nawet lat. Na pewno spotka cię przykra niespodzianka, awaria, coś, czego nie wziąłeś pod uwagę, zatem, gdy to zjawisko się odbywa akurat na niebie, pozwól mu się zwyczajnie wypalić. Poznawanie nowych ludzi, spotkania z rzadko widywanymi znajomymi w tym czasie skazane są na nieprzyjemności, rozczarowanie, zgrzyty i szybkie zakończenie znajomości. W żadnym razie zatem nie zaczynaj wtedy spraw, na których ci zależy. Nigdy! A jeśli coś ważnego wtedy walnie, nie siłuj się z przeznaczeniem, szkoda twoich łez. Chyba, że złamałeś nogę, jadąc na rowerze do pracy, zajmij się rekonwalescencją, która pewnie potrwa dłużej.

Znając tylko te dwa podstawowe cykle i ich zasady będziesz się umiał poruszać po życiu w zgodzie z czasem, a nie pod włos, oszczędzisz sobie wielu stresów i zbędnych życiowych ruchów.

Są jeszcze inne cykle, z których najważniejszy jest 12-letni cykl Jowisza i 29-letni cykl Saturna. Każdy dzieli się na 4 pory, ma swój początek i pełnię. Z nich wyprowadzają się okresy 3 i 7-letnie. Ale to już głębsze wtajemniczenie, wymagające obliczeń. Można wiedzieć, że zazębienia się tych dwóch cykli, odbywające się co 20 lat mają wpływ na sprawy społeczne, państwowe, systemowe i rzadziej są odczuwane jako wyzwania w osobistym życiu.

Wnioski z tego daje wyciągnąć się takie: że najlepiej człowiekowi idzie w życiu wtedy, gdy nie przywiązuje się do efektów, planuje w zgodzie ze swoją naturą i okolicznościami, pozwala odchodzić ludziom i sprawom o ich własnej porze i bawi się każdą chwilą, błogosławiąc jednakowo każdej zasadzie, dobrze czy źle mu życzącej, rosnącej czy zanikającej.

Po śladach pamięci

Tę relację muszę zacząć od końca. Składa się z zapisków wielu,  acz nie wszystkich, wizyjnych snów, w których odtwarzało mi się czyjeś życie. Tego rodzaju przeżyć miałam dużo więcej i nie dotyczyły one tylko jednej postaci. Inne jednak podobnego typu występowały sporadycznie, dając pojedynczy  i wyrywkowy wgląd w zapis pamięci ważniejszych społecznie ludzi, istniejący w Księdze Akaszy. Ta okazała się jak dotąd najważniejsza z paru istotnych względów, choćby z tego powodu, że tych snów było mnóstwo. Być może trauma tamtego życia, nagle zakończonego, była na tyle wyryta w matrycy karmicznej, że to, co z niej pozostało wpłynęło jakoś głębiej na moje życie. Żeby to wytłumaczyć musiałabym zrobić analizę psychologiczną swego dzieciństwa, snów, ambicji, blokad i lęków, a na to brak mi już chęci i zainteresowania całą sprawą. W każdym razie dawno przestałam myśleć o tym człowieku jako o sobie, kimś, kim osobiście byłam, tylko mam wymazaną pamięć. Niemniej jest mi bardzo bliski wewnętrznie, jak brat bliźniak, ktoś pochodzący z jednego z moim źródła duchowego.
Jarosław Bzoma uważa, z czym się ostatecznie zgadzam, że z punktu widzenia świadomości Boga wszyscy, jako ludzie, jednostki, indywidua jesteśmy jedynie projekcjami Źródła odbijającymi się po wielekroć w oczach innej własnej świadomości z różnych poziomów i błąkającymi się w wyprojektowanych przestrzeniach nawet w nieskończoność, dlatego rzec można, że reinkarnacja rozumiana jako ciągłość w czasie indywidualnej świadomości jest iluzją, jak wszystko co przejawione. Doszukiwanie się ścisłych związków, albo logicznych nici zwanych jedną misją pomiędzy poszczególnymi wcieleniami może być ciekawe pod względem literackim, romantycznym, psychoanalitycznym, nawet historycznym, ale wiąże nas z obecnym ego zbyt mocno, by nie rozważyć w końcu zlekceważenia takiego poglądu i zwrócenia uwagi na Jedyny Świadomy Punkt, z którego wszyscy wyszliśmy, i do którego powrócimy z wycieczki w czasoprzestrzeń.

Mimo wszystko opowiem wam o tym, w jaki sposób ujawniła się osoba, z którą nie wiąże mnie najmniejsze pokrewieństwo ani znajomość, a o której pojawiający się czasem w moim dzieciństwie niewidzialny byt, wchodzący do pokoju stanowczym krokiem, gdy spałam, mówił: Jesteś nim!
Nie powoduje mną teraz ego, ale chęć zdania relacji z niezwykłego wewnętrznego doświadczenia, które było moim udziałem przez całe lata. Myślę, że wielu osobom dążącym do odblokowania tego rodzaju „wspomnień” może ona pomóc uzmysłowić sobie sposób, w jaki to się czasem u niektórych odbywa spontanicznie. W „tym życiu” jestem osobą skromną i nieśmiałą, skrajnie introwertyczną, żyjącą na uboczu, mimo, że pozostały mi zainteresowania, łącznie ze znajomością języka francuskiego, a człowiek, o którym dalej opowiem, w okresie niedojrzałym pełnił rolę mojego dziwnego półświadomego cienia.

W nocy 25 czerwca 1997 roku wszystko zaczęło się podwyższonymi wibracjami rozchodzącymi się w górę całego ciała od czakry podstawy, które wprowadziły mnie w głęboki trans i pojawił się prędko przesuwający się pod zamkniętymi powiekami film cudzego życia z wyraźnie słyszanymi głosami bohaterów.

Znalazłam się w salonie szlachty polskiej (sądząc po strojach był to początek XIX wieku) na co tygodniowym spotkaniu towarzyskim, gdzie dyskutowano na aktualne polityczne tematy, siedząc przy stolikach z filiżankami kawy, grając w karty i dobierając się w grupki osób jednej płci i w podobnym wieku. Rozmowa toczyła się w fascynującej dla mego współczesnego ucha staropolszczyźnie i byłam bardzo zdumiona spostrzeżeniem, jak dalece zmienił się od tamtej pory akcent w języku polskim. Grupka kilku podstarzałych pań, siedzących na sofie wymieniała właśnie najnowsze wiadomości i w ich rozmowie padło nazwisko generała Sierakowskiego. Chwilę potem stałam już w ogromnym tłumie ludzi słuchających z nabożeństwem i przejęciem w katedralnym kościele kazania jakiegoś księdza-patrioty. [Przypuszczam teraz, że był to ksiądz Piotr Skarga]. Głos księdza, nabrzmiały patetycznym uczuciem rozlegał się w ciszy świątyni nad głowami licznie zgromadzonych wiernych. Cytował właśnie słowa Jezusa z Ewangelii o tym, że „nie przyszedłem po to, aby przynieść pokój, ale miecz”, co było wezwaniem do walki o wolność kraju, wcielonego niedawno w granice Rosji. Następnie stałam przy wezgłowiu łóżka, na którym leżała jakaś stara kobieta, jej twarz była nieostra. Chwilę potem już jej tam nie było, umarła, a ja widziałam swoją dłoń trzymającą poręcz – dużą, męską. Wszystkim tym scenom towarzyszył monotonny męski głos relacjonujący wydarzenia, wydający opinie i oceny aktualnej sytuacji politycznej. Nic nie pozostało mi w pamięci z tego jakby czytanego monologu [bohater przypomnienia okazał się być pisarzem].

Spróbowałam wysnuć jakieś wnioski, ale to było za trudne. Ujrzałam jeszcze z bliska, patrząc jakby z dołu ku górze, (co oznacza jego ważną, prestiżową rolę społeczną) twarz młodego, przystojnego mężczyzny. Miał silną szczękę o zdecydowanym męskim zarysie i wyraziste wargi. Jego oczy wydały mi się zasłonięte czymś, co przypominało okrągłe ciemne okulary. Na tym skończył się wyświetlany w umyśle dziwny „historyczny film” i podwyższone wibracje wkrótce znikły.

Następnego dnia wybrałam się do czytelni w miejskiej bibliotece, aby poszperać w Herbarzu polskim i być może odnaleźć jakieś inne, uzupełniające szczegóły. Wertowałam długo i bezskutecznie kartki poświęcone historii życia członków rodzin Sierakowskich, Sarbiewskich, Sanguszków i Sapiehów i przez cały czas towarzyszyło mi specyficzne mrowienie energii, rozchodzące się od stóp w górę oraz bardzo ciekawe, w zestawieniu z odmienną płcią mojego ciała, poczucie bycia ważnym, silnym i głęboko zrozpaczonym mężczyzną.

aleksander_sapieha

Teraz jednak bardziej zrozumiałe wydało mi się to, co usłyszałam w nocy 1 lipca 1995 roku od ducha mego ojca, który zjawił się po odsłuchaniu przed snem kasety medytacyjnej Katabasis L. E. Stefańskiego. Obudziłam się wtedy w stanie transu czując jego znajome, mrowiące ciepło na plecach i usłyszałam jak szepcze mi do ucha historię o poprzednim życiu, które pamięta do tej pory moje ciało. Otóż byłam kiedyś polskim szlachcicem, mającym swoje posiadłości na kresach wschodnich. Słowa mojego przewodnika rozmazywały się w świadomości i w dziwny sposób szybko umykały z pamięci. Zostało mi z nich tylko kilka wyrazów. Jugosławia… Turcja… rezygnacja (lub dymisja) z (czegoś) z powodu niezgody na posunięcia rządu… nagła śmierć. Korzystając z okazji spytałam go jeszcze, jak długo będę tu przebywać. Odpowiedział: – Hm, jeszcze długo. Ale – to dodał jakby na pociechę – efektem będzie zupełne rozdzielenie…

Wspomnę o panoramicznym śnie, który zdarzył mi się któregoś ranka 1993 roku, zatem kilka lat wcześniej. Jego akcja toczyła się w tamtej XIX-wiecznej epoce. Zapamiętałam z niej bardzo niewiele, jedynie obraz kościoła i otaczającego go muru, w którym była kuta z żelaza brama. Ktoś powiadomił mnie, że ten kościół (lub coś w tym kościele) ufundowała księżna Siemiaszko, pozostająca potem w wielkiej żałobie po swoim zbyt wcześnie zmarłym synu.

siemiatycze

W 2001 roku odnalazłam i rozpoznałam tę właśnie bramę i mur. Należą one do parafialnego kościoła Wniebowzięcia NMP z przylegającym doń dawnym klasztorem w Siemiatyczach. Nazwisko księżnej było przeinaczone, łącząc informacje, ponieważ to niewielkie miasto na Podlasiu zostało rozbudowane i wzorcowo zagospodarowane w XVIII wieku przez księżnę Annę Jabłonowską z Sapiehów, siostrę matki bohatera moich przypomnień.

I jeszcze zapisek z sierpnia 1995 roku: W medytacji poprosiłam wewnętrznego mistrza o ostateczne wyjaśnienie mi tego, kim jestem. We śnie ukazała mi się piwnica, jako świat podświadomej pamięci, a w niej dwie postacie męskie (były obwiedzione graficzną kreską). Z akcji snu, strzępków zapamiętanych słów i wydarzeń wynikło, że jedna z tych osób miała coś wspólnego z jugosłowiańską arystokracją i tureckim władcą o imieniu zaczynającym się na Ad… (Aleksander?). Na koniec pojawił się gruby kucharz, albo raczej karczmarz goniący… świnię, co już całkiem zamieszało mi w głowie. Potem zobaczyłam pomniejszonego do rozmiarów karzełka, podskakującego ze szczęścia człowieczka, który w pewnej chwili zaczął przypominać mnie samą. Na dnie piwnicy otworzyła się studnia, która była przejściem do innego świata i w jej głębi ukazała się nieludzka, śnieżnobiała, płaska twarz z wielkimi czarnymi oczami i ustami wyciągniętymi w ciup, przypominała dziwną maskę. Usta tworzyły zarys maleńkiego dysku i dobiegł mnie stamtąd głęboko wibrujący przenikliwy głos. Niestety nic nie zapamiętałam z tego, co powiedział.

W 1999 roku kilkakrotnie ujrzałam w wizjach szczupłego mężczyznę w mundurze polskiego szwoleżera. Siedział na koniu odwrócony tyłem do innego jeźdźca, który miał na sobie ciemny, długi płaszcz, a na głowie – znany mi dobrze z lekcji historii – pierogowy kapelusz. Pojawiła się także, jak żywa, twarz Stanisława Staszica i obraz zapełnionego po sufit książkami wysokiego, bibliotecznego wnętrza.
Innym razem wnętrze i kuluary starego teatru, z pustymi lożami nad widownią.
Zarysy wieży kościelnej na tle jakiegoś miasteczka.
Wyglądająca z okna na piętrze pałacu twarz uśmiechniętego mężczyzny w barokowej peruce na głowie.
Stara, szczupła kobieta w czarnej sukni wożona przez służących po kościelnym wnętrzu z zawieszonym na ścianie rzędem obrazów, przedstawiających historię rodu oraz kilkunastoletnia dziewczynka, wyjaśniająca płynnie swojemu nauczycielowi znaczenie patriotycznych symboli użytych na tych obrazach.
Kiedy indziej głos carskiego urzędnika ogłaszającego uroczyście po rosyjsku wyrok w procesie karnym, zasądzającego grzywnę do zapłacenia, po czym, gdy przeszedł na język polski, rzucił nazwisko niejakiego pana Kę… „z którym miałem sprawę”.

W nocy 7 lutego 1999 roku, ledwie przymknęłam oczy, weszłam w trans i przeniknęła mnie uroczysta muzyka orkiestrowa. Wsłuchałam się w nią, a całe moje ciało wydawało się współbrzmieć z tymi dźwiękami. Był to utwór podobny do operowej uwertury o przyjemnej dla ucha melodii. Chwilę potem pod powiekami ukazał się obraz. Przedstawiał nieruchomą scenę, jak gdyby zdjęcie. Było to wnętrze ogromnej sali. Mozaikowa posadzka na podłodze. Znajdowałam się pośrodku niej, czując, że z obu stron stoją licznie zgromadzeni ludzie, a mój wzrok padał na odgrodzone barierkami podwyższenie i siedzącego za nimi mężczyznę. Za nim widać było ścianę ze sklepioną, łukową wnęką. Przez głowę przemknęło mi skojarzenie z katedrą i ołtarzem w świątyni, choć nie było tam ołtarza ani żadnych przedmiotów kultu. Na krześle siedział mężczyzna z szeroko rozstawionymi nogami, w jasnym ubraniu. Rysy jego okrągławej twarzy były jednak zatarte. Po jego prawej stronie w specjalnej niszy w ścianie stało coś w rodzaju złotego popiersia.
Kiedy uważnie wpatrywałam się w całą scenę, usiłując zauważyć i zapamiętać jak najwięcej szczegółów, rozległ się w moich uszach, wciąż na tle orkiestrowej muzyki – śmiech. Głośny, coraz głośniejszy. Jednocześnie poczułam silne mrowienie w lewym ramieniu i odniosłam przedziwne wrażenie, że śmiech, który słyszę rozlega się właśnie stamtąd, z jednego punktu w mojej ręce! Z początku był to śmiech niewątpliwego triumfu i zwycięstwa. Zarozumiały, pełen władczej pychy. Wkrótce nabrał cech groźnej, złowróżbnej i okrutnej diaboliczności. Na koniec stał się upiornym śmiechem kogoś zrozpaczonego. Mężczyzna śmiał się przez łzy, jakby na przekór przegranej sytuacji, ale nawet przegrany nie przestawał wstrętnie chichotać.
Następnego dnia poszperałam w szczegółach biografii księcia Aleksandra i dotarłam do opisu radosnego powitania wojsk napoleońskich przez mieszkańców Wilna 28 czerwca 1812 roku. Cesarz Francuzów, kreujący się na mściciela krzywd polskiego narodu i wyzwoliciela Polaków i Litwinów spod carskiego jarzma, podczas spotkania z prezydentem miasta zażądał wielkich dostaw dla wojska. Rozmowę tłumaczył z francuskiego przybyły z nim na Litwę śniący mi się książę. W chwili, gdy prezydent skwapliwie obiecał 6 tysięcy porcji, Napoleon zareagował nagle wściekłym śmiechem i brutalnym poleceniem: Sto tysięcy! Natychmiast! Całemu zajściu przysłuchiwała się duża grupa przygodnych widzów.
Inne elementy tego wizyjnego przeżycia dają się odnieść do przebiegu uroczystości odnowienia Unii Polsko-Litewskiej w katedrze wileńskiej w dniu 14 lipca 1812 roku. Dopełniło je darmowe przedstawienie Krakowiaków i Górali (stąd mogła pochodzić uwertura, którą słyszałam w transie) i wielki bal śmietanki towarzyskiej i politycznej w pałacu Paca. Wieczorem, na krótko (gdyż musiał ruszyć na wojnę) cesarz zaszczycił przyjęcie swoją obecnością.
Śmiech, który usłyszałam mógł być symbolicznie skróconym przedstawieniem jego ambicji zapanowania w całej Europie, przełamania hegemonii Anglii na świecie, a następnie klęski jego politycznych zamiarów po tym jak wkrótce, opętany pychą, zupełnie wbrew rozsądkowi porwał się na rosyjskiego niedźwiedzia, co doprowadziło do dozgonnego uwięzienia go na wyspie.

Nadchodząca nieuchronnie śmierć mamy zaczęła uwalniać dodatkowe wspomnienia. I tak ujrzałam ją pewnego razu jako moją ówczesną młodszą siostrę, nieco sztywną i bardzo grzeczną księżniczkę z długimi włosami, zaplecionymi starannie w dwa warkoczyki spięte z tyłu głowy, we wnętrzu wysokiej, pałacowej komnaty z ogromnym żyrandolem i licznymi rycinami wiszącymi na ścianach, umierającą nagle, ku rozpaczy wszystkich najbliższych tuż przed wyznaczonym terminem jej ślubu.

Kiedy indziej przypomniał mi się wiejski dworek, miejsce umierania Aleksandra. Było to wnętrze ascetycznie urządzonego pokoju ze stojącym w centrum dużym łóżkiem z mosiężnymi okuciami. W mojej lewej stopie pojawiło się rozchodzące się stopniowo i nieubłaganie od dużego palca ku górze śmiertelne mrowienie, które mnie obudziło.

W 1999 roku natrafiłam w bibliotece wojewódzkiej na biografię, która mimo, że nie podawała – z powodu braku dokumentacji – ważnych faktów, przypominających mi się uporczywie, to powiązała w całość rozrzucone jak puzzle fragmenty wspomnień.

sapieha

Daruję tutaj jej streszczenie, można w tym celu sięgnąć do Wikipedii.
W skrócie powiem, że Aleksandrowi, podróżnikowi po Bałkanach będących wtedy pod władzą Turcji, pisarzowi, członkowi Polskiego Towarzystwa Naukowego, organizatorowi oddziału polskich szwoleżerów, szambelanowi Napoleona, twórcy wywiadu na Kresach, piszącemu memoriały bezpośrednio dla Bonapartego, nie udało się w porę odwieść, jak wszyscy to wiemy z historii, cesarza Francuzów od zamiaru prowadzenia walk zimą w Rosji lub, chociaż uczciwie go przestrzec przed możliwością poniesienia sromotnej klęski. Złożył dymisję w sytuacji, gdy zarysowała się szansa zdystansowania Poniatowskiego i odbudowania Polski, gdyby tylko cesarz zdecydował się zatrzymać swoją ekspansję na wschód. Zmarł nagle na skutek gangreny po ugryzieniu przez świnię na podwórzu jakiejś karczmy, gdzie zatrzymał się w drodze do domu, po uzyskaniu czasowego urlopu ze służby dla podratowania zdrowia. Był bowiem w ciężkiej i pogłębiającej się gwałtownie depresji. Oddał ducha w małym miasteczku na Polesiu i tam w pobliżu kościoła został pochowany. Po kilku latach ekshumowany leżał jakiś czas na starym cmentarzu w Wisznicach, co pewnego razu kazało mi odbyć wakacyjną wyprawę autostopem w to miejsce. Grobu nie znalazłam, ponieważ nie wiedziałam jeszcze, że legalna żona wyciągnęła go z niego raz jeszcze i pochowała w rodowym grobowcu w swojej posiadłości, gdzie na koniec spoczęła obok, jak wierna małżonka. Jego matka przeżyła go o 5 lat, pogrążona do końca swego życia w melancholii.

Błędny duch

Przeprowadzanie zagubionego w zaświatach ducha zmarłego zdarza się jak najbardziej, i śnienie w moim przypadku gra w tym procesie najważniejszą rolę. Nie mam zdolności, które posiada pan Krzysztof Jackowski, jasnowidzenia na jawie. Choć nie powiem, że się coś takiego nie przytrafiło w moim życiu. Jednak większość spotkań z duchami miałam i nadal mam przede wszystkim we śnie, ściślej mówiąc w stanie sennego transu.

Każdej śmierci towarzyszą znaki szczególne, zbiegi okoliczności, przeczucia. Doświadczają ich najbliżsi osoby odchodzącej. Rodzą się jednak ludzie, zapewne jest to jedna osoba na kilka-kilkanaście tysięcy, która pełni specjalną, acz niewidzialną rolę odprowadzacza duchów w swojej społeczności. To jest wrodzona zdolność, poparta zainteresowaniem tamtą stroną, łatwością wchodzenia w trans, naznaczona wrażliwością, a nawet nadwrażliwością na niewidzialne sygnały. W środowiskach wiejskich z dawien dawna byli tacy ludzie, domorośli egzorcyści, szeptuni, wieduni, zielarze okadzający, zamawiacze, zaklinacze, radiesteci, babki i czarownicy. Doprawdy, nie wiem do końca, jak to jest z nimi w mieście. Pamiętam, że zamieszkanie w Warszawie było dla mnie połączone z przeżyciem traumy, jaką to miasto przeszło podczas Powstania, powitaniem z duchami poległych, rozpaczą i bólem, która w nim tkwi. Decyzja o wyprowadzce na wieś była tym niejako przyspieszona.

Po zamieszkaniu na odludnej podlaskiej kolonii w starej wynajętej chatynce otoczyła mnie wielka cisza. W której zdolności jasnosłyszenia, sny na jawie i kontakty z duchami powróciły w swojej zwykłej dla mnie formie. Co to znaczy?
Mieszkając od urodzenia w niewielkiej miejscowości doświadczałam od czasu do czasu wizyt duchów nieznanych mi osobiście świeżo zmarłych osób, mieszkańców okolicznych wsi i miasteczka. Nie było to jakoś częste, ale zawsze dość spektakularne. Zawsze byli to ludzie, którzy zmarli nagle, zaginęli na krótko przed śmiercią lub samobójcy. Jednym słowem duchy błądzące. Czemu zjawiały się u mnie? Któregoś razu zadałam to pytanie któremuś z nich i otrzymałam odpowiedź: Ciebie widać z daleka. Świecisz…

Samo takie spotkanie do przyjemnych nie należy. Najpierw pojawia się silny dyskomfort psychiczny, zupełnie nagle i bez powodu. Zawroty głowy, mdłości, dosłownie zasypianie na stojąco, brak energii, drżenie mięśni, osłabienie nieomal omdlewające. Niemożność zrobienia czegokolwiek innego, niż położenie się spać choćby w środku dnia i poprzez zaśnięcie nawiązanie kontaktu z potrzebującym. Co oczywiście w miarę możliwości czynię.

Zamieszkanie w mało ludnym otoczeniu pośród lasów i pól, wespół ze zwierzętami, dzikimi i hodowanymi kazało mi najpierw zapoznać się w podobny sposób z duchami, których pamięć przechowywała stara drewniana chata. Nie były to duchy zaginione, ot przypisane miejscu ślady pamięci, niemniej były to dość szczególne spotkania. Pewnego razu duch starej babci, która przeżyła w owej chacie kilkadziesiąt lat pomógł mi ugotować kapuśniak dla robotników! Byłam tak zestresowana nowymi warunkami i pośpiechem, że zapomniałam dodać do garnka najważniejszych przypraw, między innymi suszonych grzybów. Kiedy sobie o tym przypomniałam, było za późno na dorzucenie specjału. Tymczasem w zupie jakimś cudem się znalazły i panowie bardzo sobie chwalili obiad. Jednym słowem, babcia wyraziła swoją aprobatę mojej osoby, co – słysząc różne podlaskie opowieści o nowych mieszkańcach starych chat straszonych przez zmarłych właścicieli – jest warte podkreślenia.

W innych wypadkach wizytowały mnie w sennych koszmarkach miejscowe zmarłe szeptunki. Przeważnie wchodziły przez furtkę i stawały w którymś oknie, zaglądając ciekawie do środka. Mogłam się im dobrze przyjrzeć. Dowiadywałam się o nich później, rozpytując miejscowych kto, gdzie, kiedy i jak wyglądał. Zgadzało się.

Wypracowałam sobie pewne metody przeprowadzania zbłąkanego. W czym zawsze pomaga mi jednak najbardziej jakaś niewidzialna wyższa siła, która się przeze mnie podczas takiego egzorcyzmu przejawia. He, sądząc po minach owych przeprowadzanych oraz prędkości z jaką to robią, to widzą wtedy coś, co je zaskakuje lub przeraża tak bardzo, że zmykają tam, gdzie trzeba. Pojawia się wielkie światło z nieba, czasem robi się przy tym otwór w suficie. Przyszło mi do głowy, że to musi być postać smoka lub podobnie strasząca maska. Ale niekoniecznie dzieje się to zawsze. Zapewne pojawia się przeze mnie istota odpowiednia do świadomości potrzebującego pomocy ducha, z taką mocą, która wypycha go poza granicę ziemskiej grawitacji.

Na prawosławnej wiosce, gdzie zamieszkałam nieco później, nie zdarzały mi się już takie spotkania. Doszłam do wniosku, że powodem jest inna kultura i religia, tutejsi w razie czego mają „swoich” odprowadzaczy.
Niemniej jednak kilka lat temu zdarzyło się, że zmarł nasz sąsiad, wiekowy już człowiek, z którym bardzo lubiłam rozmawiać. Miał on do religii stosunek sceptyczny, do cerkwi nie chodził z przekonania. Toteż nie zdziwiło mnie, gdy kilka nocy po pogrzebie ktoś zastukał w szybę pokoju. Za szybą ujrzałam znajomą twarz, ale jakże wychudłą, siną, z pałającymi oczami, wyglądającą wprost jak głodny duch! W jednej chwili zrobiłam znak krzyża (to jedno z moich akcesoriów egzorcystycznych, ale w zasadzie odpowiednie zachowanie dzieje się samo w takim transie, czyli całkowicie odruchowo) wymawiając stosowną formułkę. Duch natychmiast ujrzał we mnie coś, co go bezgranicznie przeraziło i w jednej chwili znikł, rozpuścił się, przeszedł ostatecznie granicę życia i śmierci.

W ostatnim czasie wydarzyło się coś, co przekonało mnie jednak, że i miejscowe duchy ludzi całkiem mi nieznajomych, zaczęły mnie „widzieć”.
Historia zaczęła się od tego, że najpierw zmarł pewien staruszek na naszej wiosce. Odszedł spokojnie, bez niepokojenia, z wszelkimi stosownymi ceremoniałami pogrzebowymi. Jednak jakiś tydzień później moja domowniczka stwierdziła:
– Miałam dziwny sen. Przyszedł do nas jakiś staruszek z sąsiedniej wsi, zapomniałam już jak się nazywa, i powiedział, że będzie u nas jeszcze jeden pogrzeb…

Jakoś tej, albo najbliższej nocy w lesie opodal rozsiadła się sowa i dalejże pohukiwać do późnej pory bez przerwy! To zawsze tworzy „klimacik”, ponieważ nasi wioskowi współmieszkańcy z dziada pradziada wróżą sobie, że jak sowa zahuka tak blisko, to ktoś niechybnie umrze. Tak naprawdę sowy pohukują co roku o tej porze blisko domostw, zlatując się w ślad za gryzoniami, które schodzą się z lasów i pól do ludzkich siedzib. I nie zawsze zdarza się pogrzeb na wsi. Tym razem jednak zjawisko poprzedził ów sen.

Nie minęło dwa tygodnie, gdy w sąsiedniej wsi zaginął staruszek, dziadek Sieroża. Nie znałam go, ani on mnie, ale wszyscy go znali, jak to tutejszego. Miewał zaniki pamięci. Ostatni raz widziano go 6 grudnia około 15 wychodzącego drogą za wieś. Poszukiwania nie dały rezultatu, a ta bezksiężycowa noc okazała się nader mroźna. Dalsza mobilizacja służb i poszukiwania różnymi sposobami, także z psami, nie przyniosły rezultatów. Pogoda była kiepska, najpierw silny nocny mróz i szron, potem silne długotrwałe opady deszczu. Nadzieja właściwie żadna.
Wiedziałam o tym, bo domowniczka przyniosła wiadomość z miasteczka, ale zapomniałam z czasem. Jednak w nocy 10 grudnia spadł na mnie dziwny sen.

Odwiedziłam sąsiednią wieś, w której mieszka kolega, który w moich snach pełni rolę Strażnika Małej Karmy. Była dość gęsto zaludniona, zabudowana starymi chatami, pola odgrodzone od siebie murami przypominającymi średniowieczne zwieńczenia zamkowe, z czerwonej cegły. Wszędzie ruina, bałagan i syf. Podobnie w obejściu owego Strażnika Czerwonej Granicy. Te symbole wskazywały na minusową strefę trzeciego, zielonego poziomu wyobrażeniowego z przejściami na poziom 5 karmiczny, czyli na strefę odwiedzaną i zamieszkiwaną przez głodne duchy, tj. tych, którzy pozostali przy swych starych formach zza życia i stracili więź ze swą duszą bytującą powyżej czerwonej granicy.

Zajęłam się głaskaniem małych źrebiąt, których było na podwórzu przed chatą kilka, chyba trzy. Puchate rude kasztanki, milutkie jak psy [Cerber, strażnik czerwonego przejścia, konie symbolizują przestrzeń, a więc chęć drogi w wyższe duchowe rejony w wyższym pojeździe świadomości]. Jednego namaściłam jakimś olejem, który znalazłam w białej butelce. Zabrakło trochę, ale rozsmarowałam wszystko dokładnie na koniku rękami, zwłaszcza na głowie, za uszami, na szyi i tułowiu. Wreszcie pomknął z resztą źrebaków poza obręb podwórza. Strażnik Granicy tymczasem ciągnął wodę z wioskowej studni do starego ocynkowanego garnka, który potem dźwigał w rękach ostrożnie do chaty [ważny obraz, który wskazywał na okoliczności odnalezienia zaginionego, co zrozumiem później]. Wracając zauważył, że nasmarowałam konika, stwierdził, że niedobrze, bo ten pachnący olejek przyciągnie owady [krwiopijców, czyli głodne duchy]. Zdziwiłam się, bo według mnie olej miał chronić przed nimi.

Zapragnęłam stamtąd wyjść, ale nijak nie mogłam znaleźć wyjścia. Otworzyłam, będąc w środku chaty jakieś drzwi, sądząc, że prowadzą do wyjścia, a tam była druga izba, odnawiana teraz przez chłopa, kobieta ze smętną miną stała przy kuchni. Obcy ludzie. Przeprosiłam za najście, wyszłam następnymi drzwiami, tam znów jakaś izba… W końcu wyskoczyłam oknem na podwórze, a tam inne mury wokół obejścia, włości znajomego Strażnika gdzieś dalej we wsi. Nie wiem gdzie jestem jednym słowem! Jakoś udało mi się zawrócić i trafić w bardziej znany rejon blisko strażniczej chaty.

Tam spotkałam młodziutkie dziewczyny, z których w jednej rozpoznałam koleżankę z dzieciństwa. Jakaż ona ładna się zrobiła! I jaka delikatna, wrażliwa! Do tego pięknie śpiewa. Zaśpiewała jakąś piosenkę na moją prośbę wysokim sopranowym głosem, byłam zachwycona [niechybnie pojawiła się wysokowibracyjna istota, którą aniołem można nazwać, i pokierowała umysłem i sercem zagubionego, którym śniłam]. Częstowałam resztę dziewczynek plackami z cukrem. Oj, smakowało [nakarmiłam zatem głodne duchy, które się zbiegły, przed którymi ostrzegł Strażnik]. Wreszcie pomyślałam, że czas na mnie. Wróciłam tylko jeszcze po mój portfel, który zostawiłam przed chatą Strażnika. Okazało się, że portfel zeżarł jego pies, bury włochaty brytan, został tylko strzępek. Byłam niepocieszona i zaniepokojona, bo trzymałam tam dowód i wszystkie dokumenty [identyfikator tożsamości, pamięć kim jestem, ziemskie ego]. Strażnik stwierdził cierpko, że wiedziałam, że ma psa, po co zostawiłam to na jemu na żer. I że teraz muszę zgłosić na policji, że zgubiłam dokumenty, aby nikt się nie podszył. Posterunek był otwarty tego sobotniego dnia do 11. Jak się pospieszę do zdążę. Trudno, wróciłam do domu, ale tam coś innego mnie wkręciło i nie zdążyłam zgłosić.

Pierwszym moim wnioskiem po obudzeniu się było: no, tak, ktoś zbłąkany przykleił się do mnie i śniłam jego oczami. I uwaga na głodne duchy!
Ledwie rano otworzyłam internet, pokazało się ogłoszenie o poszukiwaniach zaginionego 6 grudnia po południu dziadka Sieroży, wraz ze zdjęciem. Teraz też zwróciłam tylko zwykłą uwagę, współczując staruszkowi, który się pewnie zabłąkał w polu albo lesie. Ostatnie przymrozki nocne raczej nie dały mu możliwości przeżycia.
I całkiem nagle poczułam silne osłabienie, drżenie mięśni, znany mi świetnie ubytek energii. Można by to przypisać spadkowi poziomu jakichś witamin, małej ilości świeżego powietrza i światła w te krótkie grudniowe dnie, ale czemu aż tak gwałtownie? Już po chwili wiedziałam. Dziadek Sieroża znalazł mnie, przykleił się i sny mnie o tym powiadomiły!

Usiadłam do modlitwy, w skupieniu odmówiłam kilka razy modlitwę pańską, bezskutecznie próbując sobie przypomnieć jakąkolwiek po cerkiewnemu. W końcu przeżegnałam się po prawosławnemu w lewą stronę w imię Atca, Syna i Swiatoho Ducha Amin i rozłożyłam cztery karty tarota na wzór tego znaku. Wypadły na teraz: Kochankowie i 9 Mieczy zmierzające do Pustelnika: wszyscy szukają zaginionego dziadka, dyskutując w którą stronę poszedł. W przyszłości wypadł siódmy wielki arkan Rydwan, zostanie znaleziony. Ale ducha muszę odprowadzić ja, pokazując mu twardo kierunek w górę.
– Znajdą go siódmego dnia od zaginięcia. Gdzieś przy drodze, na rozwidleniu, zabłąkanego, leżącego, jakby pijany, albo spragniony…

Rydwan

Po południu pokazało się ogłoszenie, że dnia następnego, 11 grudnia odbędzie się akcja poszukiwawcza mieszkańca naszej gminy, zbiórka o godzinie 9:00 przy stacji paliw i rodzina prosi wszystkich o udział w akcji.
Wieczorem, gdy szykowałam w kuchni kolację, stojąc przy oknie od lasu usłyszałam znowu pohukiwanie sowy. Dziwne, bo wewnątrz domu raczej ptaków nie słychać z zewnątrz, tym razem było. Dwa-trzy całkiem głośne huknięcia. Po położeniu się spać, ledwie przymknęłam oczy zapadłam w trans. Ktoś wszedł od strony łazienki i kuchni do pokoju. Usłyszałam cichy szept koło siebie. Poprosiłam dwa razy, aby powtórzył głośniej. Powtórzył, ale tak samo cicho i niezrozumiale. I ocknęłam się. Tak naprawdę, nie wydałam z siebie żadnego głosu na jawie.

Zaraz potem pokazał się obraz. Dwaj ludzie patrzą na mapę, która jest obrócona do nich i mojego wzroku skosem, prawym górnym rogiem. Ich oczy zakrywa jakby czarna przepaska. Prostokąt poznaczony siatką kartograficzną, tyle rozróżniam. Nie wiem, czy to mapa samej wioski, czy terenu gminy. Człowiek z lewej pokazuje dłonią na górny róg mapy. Tymczasem na mapie widzę jakieś maleńkie znaczki wiodące w dół. Wyglądają jak “łezki” z mapy góglowej, tyle, że wewnątrz świeci się jakiś kształt. Przypomina róg jelenia, albo kości żeber. Łezki są w środku granatowe albo ciemnofioletowe. Jest ich dwie-trzy i są w dole mapy, przy samej dolnej krawędzi.

Trzeba było wypuścić koty, więc wstałam w środku nocy. W łazience przekonałam się, że kocur sypiający na pralce zrzucił na posadzkę sweter, na którym sypia. Musiał nagle zeskoczyć z nastawionymi pazurami, zaczepił się. Coś go w takim razie nagle wystraszyło.

Rano hipnagog: wynoszą skądś ostrożnie ciało, bezwładne, kładą ostrożnie na białej przyczepce, może wkładają do białego pogotowia, niewyraźne.

Tym razem kolejnego dnia źle się czuła moja domowniczka, wykazując wszelkie objawy doczepionego ducha, osłabienie, drżenie, zawroty głowy. Zrobiłam jej zabieg reiki, ale ona była wciąż niespokojna.
– Wiem, co mi pomoże! Muszę zjeść racuchy! Tylko to!
Była zaraz po obiedzie, ten przypływ apetytu był niezrozumiały na tyle, że zażartowałam:
– Wiem, dziadek Sieroża marzył o plackach z cukrem przed śmiercią. Nie odejdzie, póki go nie nakarmisz. Prosił o coś w nocy, pewnie o to! Ja, jako bezglutenowa, nie mogłabym spełnić życzenia.
Usmażyła talerz pachnących racuszków, posypała cukrem pudrem i zjadła kilka pod rząd, częstując przy okazji psy. Objawy osłabienia znikły natychmiast. Ja ich nie miałam już od nocnej wizyty.

Poszukiwania 11 grudnia były mocno emocjonujące, nie przyniosły rezultatu, zaginiony nie znikał z moich myśli.
Obliczyłam horoskop horarny na pytanie: gdzie jest ciało? Rzuciłam temat tego horoskopu na grupie astrologicznej. Odezwało się dwoje doświadczonych w takich interpretacjach astrologów, sugerując, że dziadek żyje. W co uwierzyć już nie mogłam.

hor

Kolejnej nocy mimo, że koncentrowałam się na temacie, a sowa wtórowała głośno, nic się już w temacie zaginionego nie wydarzyło, znikł, rozpuścił swoją dotychczasową ziemską formę i przeszedł poza granicę małej karmy. Moje zadanie, odprowadzacza, zostało zatem wypełnione.

12 grudnia, siódmego dnia od zaginięcia znaleziono ciało dziadka Sieroży. Na grupie astrologicznej odbyła się tymczasem taka rozmowa, której najważniejsze konkluzje brzmiały następująco:

ES: Mój wniosek wstępny: udał się na południe, w dalszą drogę, niż sądzi otoczenie. Za sygnifikator staruszka, który już najpewniej nie żyje (na co wskazuje również Pluton w zenicie) biorę Saturna. Księżyc w sekstylu do Jowisza w 8 domu to mobilizacja ludności do poszukiwań. Służby (policja, strażacy i ochrona pogranicza) go nie znalazły, to Mars w mylącej koniunkcji z Neptunem. Ascendent i jego władczyni Wenus to pewnikiem moja skromna osoba, którą „gnębi” dyspozytor Pluton, czyli duch zmarłego, próbując nadać kierunek poszukiwaniom. Co do Wenus i Jowisza to jest takie prawidełko: „Należy uwzględnić położenie Jowisza i Wenus, które z natury są korzystne i rzadko powodują coś złego. Negatywnie działają zwłaszcza jako władcy 6, 8 i 12 domu.” Wenus nie jest co prawda władczynią 6 domu, ale w nim przebywa, no, i rządzi częścią 12 domu. A Jowisz włada 8 domem śmierci. Pan ów zniknął na końcu wsi, skąd droga wiedzie do przynajmniej dwóch innych wsi. Trzy transsaturniki są ustawione bardzo treściwie. Neptun myli drogę, Pluton wskazuje na nieboszczyka moim zdaniem, a Uran na miejsce ukryte na uboczu, być może odkrycie w niespodziewanym miejscu i przypadkiem.

Mirosław Czylek: Spróbuję się pobawić. Sygnifikatorem dziadka może być Mars, władca siódmego domu („ktoś tam”, nie sąsiad, nie wujek, nie ojciec). Mars jest po niedawnej koniunkcji z Neptunem (zaginięcie), w pobliżu gwiazdy Archenar, oznaczającej ujście rzeki. Archenar to gwiazda dobrotliwa, bo oznacza koniec saturnicznej drogi, koniec jakiegoś męczenia się. Ale ponieważ Merkury, potencjalny władca derywowany śmierci „lubi” Marsa, nie powinna zezwolić mu umrzeć. Myślę też, że Mars też nie jest w złej kondycji, jest w swoim żywiole, nie znosi też śmierci. Myślę, że niedługo nastąpi odnalezienie, kiedy większość postawiła krzyżyk na nim. Koncepcja meliny, utraty pamięci czy … zatrucia ewentualnie, ale nie natychmiastowej śmierci, też możliwa. Nie tylko z racji wieku. Jednak nie mam weny, gdzie on może być.

ES: Mirku, to byłby rzeczywiście cud. Jednak upieram się przy tym, że Mars to służby, szukające przy pomocy różnych detektorów, pojazdów, psów na przysłowiowy oślep. Można także brać pod uwagę Marsa jako sygnifikatora nagłego przypływu młodzieńczego wigoru u staruszka, który zapomniał co i jak, ale siła go rozpierała i postanowił odwiedzić kogoś znanego w młodości w którejś sąsiedniej wsi. I tak pobłądził, wywiedziony na manowce przez Neptuna. A ciągnąc myślenie dalej, jeśli Mars wywiódł go, a jest zarządzany przez Jowisza w 8 w Strzelcu, w bliskiej kwadraturze, to mamy dom śmierci i zew drogi w jej kierunku. Mars w Rybach wskazywałby na wodę, otóż w tych okolicach takiej raczej nie ma. Jeśli brać pod uwagę położenie Saturna to mamy takie okoliczności – pola, płoty, pastwiska, dalszą drogę, pagórek, a także świątynię. Sprawdziłam też godzinę i datę zaginięcia. Saturn wypada w tym horoskopie w 8 domu. Ścisła koniunkcja Marsa z Neptunem w 10. Księżyc w koniunkcji z Jowiszem zmierzał przez 6 dom do nowiu na Dsc (masowa mobilizacja poszukiwaczy), ale po drodze zahaczając kwadraturę Marsa (dzikie zwierzęta nocą?) i Neptuna. Niestety, widzę tu wciąż potwierdzenie moich wniosków. Asc w Bliźniętach, a Merkury w 6 w Skorpionie, rozwidlenie dróg mi się kojarzy [choć jest i wodny znak Merkurego].

Anna Maria Skórska: Też zgadzam się z Mirkiem. Poszukiwany pan to Mars. Kondycja Marsa jest bardzo słaba, ponieważ jako planeta gorąca i sucha znajduje się w znaku zimnym i wilgotnym. Ostatni aspekt Mars robił ze Słońcem (kwadratura) i z Neptunem (koniunkcja). Najpierw Mars spotkał się ze Słońcem (może jakiś problem z sercem, ponieważ Słońce jest naturalnym sygnifikatorem serca i włada radykalnym domem V w tym horoskopie), a potem natknął się na Neptuna (dużo wody). Mars znajduje się na gwieździe Achernar, co może wprost wskazywać na okolice ujścia jakiejś rzeki na południowy wschód (sektor od ASC do MC). Pocieszające jest jedynie to, że Mars nie robił ostatnio żadnego aspektu z sygnifikatorem śmierci, ani radykalnym (Jowisz), ani derywowanym (Merkury). Niemniej jednak Mars znajduje się we władzy Jowisza, a nad Merkurym „za chwilę” władzę straci. Co do Saturna, naturalnego sygnifikatora starszych ludzi, to on też znajduje się w koniunkcji przez antiscion ze Słońcem. Jest też taka możliwość, że skoro Mars znajduje się na wierzchołku domu XII (system domów Regiomontanusa), to może on na skutek zaniku (Neptun) świadomości (Słońce) trafił do jakiegoś szpitala lub innego tego typu miejsca. W każdym bądź razie bardzo dużo wody znajduje się przy tym Marsie (znak Ryb, Neptun i gwiazda Achernar, czyli ujście rzeki)…

ES: Najpierw się ustosunkuję, może jakąś strugę tam po drodze dałoby się znaleźć, ale w okolicy nie ma żadnych wielkich wód, oprócz może pojedynczych glinianek leśnych. Szpital najbliższy jest 50 km stąd. To naprawdę odludne klimaty! A teraz powiem tak: skupiacie się na szukaniu żywego człowieka, a horoskop postawiony jest konkretnie na pytanie: gdzie znajduje się ciało zaginionego? Dlatego patrzę na Saturna. Pan ów miał blisko 90 lat.

Anna Maria Skórska: …Jeśli Saturn to rzeczywiście nasz zaginiony, to należy go szukać na południu, z lekkim odchyleniem na zachód, może w pobliżu ruin jakiejś świątyni albo starego cmentarza (w każdym bądź razie czegoś koziorożcowatego i sakralnego zarazem). Nie wiem, czy w tych rejonach są takie miejsca, ale tylko takie możliwości widzę.

ES: No, więc został znaleziony dzisiaj ok. południa. Poszedł na południe w całkiem inną stronę, niż przypuszczano. W stronę wsi, która słynie w regionie ze stawów rybnych! Nie dotarł do niej, ciało znaleziono w jakieś przydrożnej studzience, szczegółów nie znam, ale woda jest! Zatem kości staruszka spoczną jak przystało na cmentarzu, co dodał horoskop horarny. I taki dodatek, dziadek kierował się w perspektywie swojego zamiaru na górę Grabarkę, czemu odpowiadałby Saturn w 9 domu. Było za daleko, aby mógł tam dotrzeć o własnych silach, ale to starcze przeczucie, chyba zapowiadające pożegnanie się z życiem. Wychodzi, że pytanie wcale nie było źle zadane. Jednak mieliście rację, że trzeba było iść za Marsem.

Mirosław Czylek: Archenar wskazywał na koniec pewnej drogi u ujścia, a kanał jest jak najbardziej ujściem. Woda musiała być, co prawda spodziewałem się jej w formie podanej w celach konsumpcyjno – leczniczych, ale i ten związek pasuje.

ES: Zważ, że zdążał na Grabarkę, słynnej z leczącej studzienki i strugi. [To owa butelka z karty Rydwan, która wypadła mi na opisanie kierunku drogi, gdzie szukać] Cały czas jednak zaznacza się Saturn w 9, starzec, góra, świątynia. Po prostu mnie przykuło do tego Saturna, jak spojrzałam. Jednak warto gromadzić takie spostrzeżenia i doświadczenia, żeby nie ulegać subiektywnościom przy innych analizach.

Mirosław Czylek: Jest parę takich gwiazd symboli w astrologii, które oznaczają rozwidlenie, rozdroże, koniec. Ich natury są różne. Archenar, Aldebaran, Fonalhaut, Szczypce (szalki Wagi) czy Spika. To się bardzo przydaje. Ja to nawet stawiam jako najmocniejszy wskaźnik i tutaj jestem antykanoniczny.

I na tym zakończmy dywagacje. Nauki zostały przyjęte i uświadomione. Niechaj zmarły odnaleziony spoczywa w spokoju.

Sny wiedzy

1.
Wokół trwa kosmiczna, przepastna noc, ciemność nieskończona, przetykana gdzieniegdzie maleńkimi iskierkami gwiazd. Mroczna otchłań rządzona przez prastare nad-inteligentne istoty, skazane na nieuchronne zniszczenie w chwili końca wszechświata. Pozbawione jakiejkolwiek nadziei, radości, ponure i złe rządzą uniwersum aż po jego kres. Dalej ich władza nie sięga. Idziemy na spotkanie z nimi, dokładnie określonymi szykami, liczba za liczbą. Odważni straceńcy, ginący szeregami po to, aby świat ludzki mógł dotrwać do Wielkiej Chwili i otworzyć oczy, gdy odwieczna noc pierzchnie. Była nas określona liczba, jak 144 tysiące oznakowanych. Przejmujące odczucie bezwzględnie dołującego smutku w kontakcie z Panami Mroku, obudziło mnie.

2.
Należę do tajemnego ugrupowania, jako jedna z mnóstwa jego szeregowych członków. Na anonimowej tablicy ogłoszeń wielu z nas prezentuje swoje obliczenia i analizy wróżebnych odpowiedzi Księgi I-Cing, omawiając orzeczenia tak, aby zapowiadane przez nie wypadki, wywołujące konieczną przemianę nie były już potrzebne. Niestety, każda przepowiednia zawsze realizuje się całkowicie i literalnie, bez wyjątku. Ten brak postępów źle wróży na przyszłość. Może nie udać się plan storpedowania zapowiedzianego niszczącego końca ery uzyskaniem odpowiednio wysokiego poziomu zbiorowej świadomości.
Linie zmienne z obliczonych starannie na początku ery heksagramów dla poszczególnych odcinków czasów symbolizują piętra świadomości, na których byli ci, którzy prowadzili całe ugrupowanie w czasie. Po kolei wraz z mijającymi okresami i wiodącymi wróżbami zmieniali się także nasi tajemni szefowie. Zaczynamy w końcu rozmawiać między sobą w grupach jednego poziomu, wymieniając się spostrzeżeniami i zaniepokojeniem. Szef powinien być ogarnięty najwyższym światłem i według niego prowadzić stowarzyszenie. Tymczasem za każdym razem, krótko po zmianie przywódcy zagarniała go ciemność. Wyłaniała się ze studni Czeluści istota z głową gwiazdy włochatej, o piekielnej twarzy i straszliwym wyrazie oczu i pożerała go.

  • Co robimy? – pada dramatyczne pytanie.
  • Walczymy dalej, walczymy do końca – nasza odpowiedź jest zgodna i w skupieniu rozchodzimy się każde do swych prac i zadań.

nephilim-giant-sumerian-anunnaki

3.
W grupie specjalistów trwają dociekania lingwistyczne nad zestawieniem różnych informacji wyciągniętych z kilku starożytnych tekstów hebrajskich, częściowo biblijnych, częściowo talmudycznych, odrzuconych apokryfów, glinianych tablic i rytych w kamieniu napisów dawnych bliskowschodnich kultur. Wracamy do przechowanych w archiwach prywatnych i na uczelniach, zapisów i notatek robionych przez nieżyjących już archeologów i poszukiwaczy źródeł. Śnię jednym z badaczy. Odkrywamy wreszcie, składając ze sobą różne podania i wersety, pewne tajemnice ukryte pod nazwami olbrzymów i mitycznych postaci. Ujawnia się nam nie tylko historia pojawienia się dziwnych nad-istot w dziejach żydostwa, ale i ich starannego ukrycia w kanonicznych pismach świętych. Znajdujemy zaszyfrowane nazwy miejsc i starożytne ośrodki ich kultu i przekazu w czasie. To były ponure i bezbożne istoty, budzące niezrozumiałą grozę. Miały jakiś swój interes w uzależnieniu od siebie ludzi rządzących, a poprzez nich reszty. Osób świadomych owego kultu i zachodzących kontaktów było w dziejach bardzo niewiele. Pisma zostały dawno temu tak zamaskowane, że trudno jest odróżnić kult owych istot od czci oddawanej bogom pogańskim, także od przekazu o Bogu i od Boga. Ujawnia się oto przed nami starannie zakryta w starożytności droga do Przybyszy, straszliwych Innych. Oni nadal istnieją, w konkretnych miejscach, ale ukryci. Czekają.

4.
Stoję w kościele, pośród zgromadzonych licznie ludzi. Moją matką jest wysoka, bogata kobieta, darzona tutaj dużym szacunkiem. Przedstawia właśnie wszystkim swego przyjaciela, żydowskiego rabbiego. Przyprowadziła go po to, aby mógł nas pouczyć. Z pewnym zaskoczeniem bąkam, stojąc z boku, że doszły mnie słuchy, iż ci rabini, wtajemniczeni w kwestię klątw dziedziczą klucz do mocy dzięki pokrewieństwu, gdyż należą do starożytnego rodu ludzi jednej krwi. Matka lekceważy moją uwagę, macha dłonią stwierdzając, że „to tylko głupia plotka”.
Stary rabbi demonstruje przed zgromadzeniem magiczny wisiorek. Na splecionych ze sobą pracowicie sznureczkach wisi symbol przypominający tarotowe słońce, uśmiechnięte i promieniste. Aby uruchomić energie – objaśnia uczony starzec – podciąga się do góry specjalną koszulkę, która odkrywa drugą ciemną stronę znaku. Słońce jest tam straszliwie wykrzywione i ciska pioruny.
Słuchacze rabbiego nie chcą słyszeć o używaniu w ten sposób amuletu. Nie podciągają koszulki i błogosławią jedynie jasną stroną, drugą pozostawiając w nieświadomości. Rabbi, po kilku próbach przekonania ich do pierwotnej metody zaklinania, nagle wpada w szał. Ściąga koszulkę ze słońca. Gwałtowny ruch rozrywa sznurki, kryształowy amulet upada na posadzkę roztrzaskując się na kawałki. Rabbi krzyczy z rozpaczą i w wielkim wzburzeniu, głos mu drży i załamuje się:
– Niechaj przyjdzie przekleństwo i zło, które wywołaliście swoim tępym uporem. Prawda i Wiedza nie ima się waszych umysłów i serc, więc doznacie kary, która spada na tego, kto nie chce ich znać! Przeklinam was! Oby to stało się dla was nauką, jeśli nie chcieliście uwierzyć w moje słowa!

Obudziła mnie fala szalonego gniewu.

5.
Rozmawiam z Rosjanką. Wysoka, długowłosa, w długiej sukni i czepcu na głowie. Opowiada mi szczegółowo i z powagą to, co jest już wiadome w grupie wtajemniczonych rosyjskich wiedunów. Otóż przyszłość uległa sporemu skróceniu, z powodu przyspieszenia rozwoju zbiorowej świadomości. Z możliwych początkowo 155 lat (rozumiem, że trzeciego milenium naszej ery) całe przeznaczenie ma wypełnić się do 95 roku.
Pytam o Polskę.
– Ach, Polacy – uśmiecha się tak, jakby coś mało ważnego właśnie sobie przypomniała. – Tak, odegracie pewną rolę w latach 30. i 40.tych…

dzieci o czarnych oczach

6.
Śnię młode pokolenie. Zaatakowane przez ryby. Dziwne ryby, drapieżne. Odkryliśmy, że Ziemię dawno temu namierzyła rasa Rybonów. To istoty, które były skazane w Planie Boskiej Ewolucji na całkowitą przegraną, od nich – ryb – jak od dna odbiły się istoty niebiańskie próbujące rozwoju w materii. Teraz odbywa się skryta manipulacja. Rybony stworzyły własne nośniki cielesne w wodach i zaczyna to być widoczne. Mało tego, w pewnym momencie w skafandrach ludzkich pojawiły się wśród ludzi. Rozpoznaję jednego po obcym spojrzeniu wielkich czarnych oczu bez białek. Postanowiły odwrócić rozwój w swoją stronę, one na szczycie drabiny ewolucji.

7.
Widzę okiem Molocha ludzi, którzy mu służą i są jego pokarmem. Zamieniają się w cyborgi, nie wiedząc o tym. Mogliby dowiedzieć się jedynie wtłoczeni przemocą w przyrodę, a tego nigdy nie uczynią. Na jej tle czują się dziwnie nieswojo i przybierają miny i pozy, których ludzie-ludzie nie pojmują. Budują sobie para-naturę, starannie zabetonowane chodniki i podwórka, malowane parkany, strzyżone trawniki, zdalnie otwierane garaże, szyfrowe zamki w drzwiach. Zza nich nie muszą widzieć tego, co jest istotą życia, planety, Ziemi. Lecz mając władzę nad komunikacją medialną głoszą wyższość wygodnego i sterylnego cyborżańskiego świata nad ludzkim. Są opakowaniami dla rasy Panów, która szykuje się do ostatniej ekspansji w ziemski wymiar. Na szczęście owa rasa nie cierpi zapachów wsi i przyrody, więc kto żyw w swoim ciele i sercu, a nie bojący się zwyczajnych ludziom odorów, dla dobra własnego i swych dzieci ucieka ze sztucznego świata. Jeszcze jest trochę czasu.

8.
Czytam powieść fantastyczną w maszynopisie. Tekst wygląda dwojako, część opisuje regularną czcionką stan jawy, druga pisana italikiem dotyczy akcji dziejącej się we śnie. Autor jest znawcą techniki świadomego śnienia. Opisał sposoby unieszkodliwiania skutków ataków koszmarnych istot, wynurzających się co rusz z różnych pod-, nad- i bocznych światów. Ch`th`ummy unieszkodliwił odcinając je od przyszłości i od przeszłości. Jest tego mnóstwo, każda przygoda koszmarniejsza od drugiej. Powieść może służyć jako podręcznik dla świadomych spaczy i treningów stanów oobe. Bieg spraw jest jednak taki, że ów mistrz sennego karate im więcej koszmarów zlikwidował, tym bardziej koszmarniał na jawie, zamieniając się ostatecznie w potwora w ludzkiej skórze.

9.
Przebywam od niedawna w Londynie i wszystko mnie tu wzrusza. Właśnie zmarła królowa-matka i trwają przygotowania do uroczystości pogrzebowych. Książę Karol jeszcze się nie pokazał publicznie, ale pod kościołem zbierają się już tłumy. Dotarłam tam z dzielnicy pełnej Polaków, autobusem, w którym puszczano żałobną muzykę, zachwycona, że mogę brać bezpośredni udział w tym światowym wydarzeniu. Wśród gapiów mają swoje stragany handlujący różnymi pamiątkami, przystaję przy sprzedających zabawki. Moi londyńscy znajomi dorobili się już dwóch córeczek i wypada im kupić jakiś prezent. Nadarza się okazja, rozkładana skrzyneczka pełna drewnianych klocków. Wszystko kosztuje raptem 41 (złotych?), więc szybko się decyduję.
Zajęta kupowaniem zgubiłam moją towarzyszkę, z którą się tam wybrałam. Mamy spotkać się w umówionym punkcie miasta, więc zabrawszy ze sobą zakup idę jej szukać. Błądząc trafiam w jakąś boczną uliczkę, gdzie mój wzrok nabiera ostrości, a barwy rzeczywistości stają się wyraźne i mocne. Spotykam tam starego druida. Siedzi wprost na trawie przy ogromnym drzewie porośniętym zielono-szarym mchem. Pokazuje mi tajemny zapis na długim zwoju. Czytam w nim, że dokładnie za 2,1 roku od tego wydarzenia (czyli pogrzebu królowej) zajdą w Anglii straszne i ponure wypadki. Ludzie zaatakują jeden drugiego, a najbardziej zagrożone będą dzieci, skazane na brutalną śmierć. Potrwa to 3,11 lat. Podczas lektury obserwuję kilkoro niedorozwiniętych dzieciaków ogryzających omszałą korę z drzewa, przy którym stanęłam.

10.
Pracuję w nowoczesnym wysokim oszklonym budynku giełdy, skąd z okien rozciąga się widok na wspaniały park zabudowany kolosalnymi płóciennymi górami. Wymalowano na nich barwne i egzotyczne sceny z epoki jurajskiej. Nagle w jednej chwili zrobiło się na niebie ciemno, nadciąga straszna nawałnica. Ogromny piorun uderza w jedną z gór, po czym burza prędko się kończy. Zbiegamy się do okien, my pracownicy, bo widok zdaje się przerażający i dziwny zarazem. Jak gdyby ożywiony piorunem poruszył się namalowany na tle góry ogromny dinozaur i rusza na miasto! Na szczęście koniec burzy unieruchomił go wpół ruchu. Ktoś podszedł do tej gigantycznej maszyny i zaczyna ją ustawiać na miejscu.
– Mogło być naprawdę źle – słyszę z boku.
– Skąd! Może z innym, ale nie z Grzybem. On należy do Billa Gatesa… – odpowiada na to ktoś drugi.

Ten sen poprzedził sławetny krach na giełdzie nowojorskiej w 2008 roku.

11.
Obudził mnie w nocy strzał gdzieś w lesie. Polowanie? Rozglądam się po okolicy panoramicznym okiem. Strzał po chwili powtórzył się i ze zdumieniem stwierdzam, że musi to być wyrzutnia rakietowa. Huknęło, pocisk poleciał skądś z zagranicznych wschodnich terenów ku zachodowi i upadł daleko w lesie. Chwilę później rozlega się następny strzał. Tym razem trajektoria nieco się zmieniła, ku mojej wsi.
I kolejny huk, tym razem rakieta rusza dokładnie w moją stroną, w naszą pograniczną wieś i dokładnie dom. Zrywam się z łóżka z okrzykiem: Padnij! i jednocześnie pocisk trzaska mi nad głową. Wrażenie tak rzeczywiste, iż uświadamiam sobie, że to sen dopiero, gdy widzę obywatela Johna Smitha z amerykańskiego filmu, jako niezależnego dziennikarza, ewakuowanego na linie do góry przez śmigłowiec z dymiącego zniszczeniami miasta.

Dziwny, bo jakby świadomy traf chciał, że gdy przed świtem zapisywałam treść tego snu nagle rozległ się wielki huk. Niespodziewany grzmot burzy idącej od wschodu. Chwilę później następny. Trzeci grzmot zastał mnie już w łóżku. I na tym wszystko umilkło, bez kropli deszczu.
Tak to na kilka lat wcześniej zapowiedział się konflikt rosyjsko-ukraiński i aneksja Krymu.

A kiedy zasnęłam śniłam o sztucznie zaszczepionej zarazie dziesiątkującej ludzi z wielkich i mniejszych miast Europy.

11.
Młodzi kupili małe mieszkanie, urządzili się, po latach kupili większe, przeprowadzają się. Złożyła im wizytę matka. Stara się im pomóc, na tyle, ile potrafi, rozpala pod blachą ogień. Drzwiczki piecyka są pęknięte, cegły w rozsypce, ale ogień jeszcze jara się niezgorzej. Napełniając całe mieszkanko przytulnym ciepłem. Duch uniósł mnie i usłyszałam jego komentarz:
– Świat będzie się rozwijał jeszcze do 2030 roku. Na trzy lata wcześniej, w 2027 zaczną się kłopoty, by narosnąć i uderzyć ogromną epidemią, która łatwo się nie skończy. Cywilizacja już się z tego nie podźwignie. Wszystko się zmieni.

12.
Posiadam rasową krowę i stado kóz. W chacie mieszka kilkoro młodych ludzi. Dwaj młodzieńcy, dwie dziewczyny i ja, samotna właścicielka. Proponuję im układ.
– Dam wam do dyspozycji dom, gospodarstwo i możliwość utrzymywania się za codzienną pracę. Każde z was musi każdego dnia wykonać określone obowiązki. Oprócz tego dostanie możliwość rozwijania jakichś hobbystycznych zainteresowań. Ktoś może prowadzić pracownię fotograficzną, ktoś tkacką, ktoś garncarską, bo takie sprzęty są w domu. Zarobki z robienia serów kozio-krowich i innych przetworów pójdą do wspólnej kasy, z której opłacać się będzie dom, żywność, karmę dla zwierząt, media, podatki i ubezpieczenia. Zajęcia hobbystyczne mogą być źródłem indywidualnych zarobków przeznaczanych na inne przyjemności, typu kino, teatr, książki, wypady do miasta.
Młodzi słuchają mnie w milczeniu. Z jednej strony propozycja wydaje się im kusząca, ale z drugiej wahają się.
– I co wy na to? Proponuję wam dach nad głową i utrzymanie. Ja sama rodziny nie mam i już nie założę, więc to propozycja na lata albo do końca życia.
Jeden z chłopców ma w planie pójść do technikum zaocznego, pięcioletniego i choć propozycja bardzo mu się podoba, jest w rozterce. Mówię łagodnie:
– Przemyśl to. Do czego przydać ci się może wiedza ze specjalistycznego technikum za pięć lat, gdy w 27 roku ma wybuchnąć w całej Europie wielka zaraza bydła i ludzi i nie wiadomo, czy w ogóle przeżyjemy. Mamy większą szansę na wsi, dbając o podstawy życia, niż w mieście, zajmując się cywilizacyjnymi udogodnieniami, które zawalą się bardzo szybko.

13.
Wysiadam z pociągu. W którymś mieście zachodniej Europy, w przyszłości. Miasto zdaje się zupełnie wyludnione. Na pustych ulicach pojawiają się z rzadka grasujące jeszcze bandy kradnące resztki żywności. Znajduję sobie schronienie w opuszczonym, na poły podziemnym budynku. W ręku trzymam ostatni herbatnik, który liżę, a nie jem, aby na dłużej starczyło. Sklepy już dawno są doszczętnie ogołocone. Patrzę przez okno na zewnątrz. Naprzeciw stoi wysoki blok, jeden z wielu w tej niegdyś ludnej i bogatej dzielnicy. Opustoszały, jak wszystkie inne. Choć zauważam czasem, wpatrując się w niego z nudów przez wiele minut, nieznaczny ruch w pojedynczych oknach. Nieliczni ludzie trwają jeszcze w blokowiskach, żywiąc się zapewne zgromadzonymi wcześniej zapasami, lub wykradając takie zasoby z opuszczonych mieszkań.
Jestem młodą dziewczyną, niedawno jacyś grasanci zgwałcili mnie na ulicy. Pozostaję nieufna, ale rozmyślam o sposobie ratunku z tej beznadziejnej sytuacji. Wiem, że żywność można wyprodukować jedynie na wsi, dlatego trzeba mi się wydostać z miasta i dotrzeć do jakiejś wspólnoty rolniczej. Tylko jak to zrobić?
Wtedy zjawiają się w „moim” budynku trzej chłopcy w podobnym do mojego wieku. Boję się ich, ale wychodzę z ukrycia i przedstawiam im plan na przyszłość. Z miejsca zaznaczając, że nie przetrwamy, jeśli będziemy egoistycznie walczyć jedno przeciw drugiemu. Musimy się zjednoczyć i pomagać sobie wzajemnie z poświęceniem, Tylko tak mamy szansę przeżyć.
Sen kończy wizja obserwatora rozległych blokowisk, pustych, bez ludzi, wymarłych.

14.
I nadchodzi taka chwila, gdy bezpowrotnie milkną wszelkie media. Nastaje głucha cisza. Nikt już nie określa zbiorowych celów, nie narzuca nikomu wzorców, nie ocenia i nie wyznacza kierunków, zadań, wartości. Ani obowiązków do wypełnienia. Jednego dnia, tak samo zwykłego, jak każdy inny znikły rządy i rządzący, planiści, dyrektorzy i kierownicy robót, a razem z nimi pieniądze. Z początku nikt nie mógł w to uwierzyć i sprawy szły swoim biegiem, ale szybko góra od samego szczytu zaczęła się kruszyć i walić aż do podstaw. Uwolnieni z odwiecznego przymusu ludzie częściowo działają pod wpływem nawyków i nieodwołanych nakazów. Jednak i one z dnia na dzień okazują się ułudą. Prawda wyłazi zza prującej się szybko zasłony i stawia wszystkich wobec oczywistości. System po prostu przestał istnieć. Nic, naprawdę nic go już nie podtrzymuje.

Mnóstwo ludzi zdecydowało się zbiec ze swoich domów, bloków i opuścić niezdatne dla przeżycia miasto. Jego infrastruktura szybko, z dnia na dzień, wraz ze zużywaniem się ostatnich zapasów paliwa, przestaje działać. Około-miejskie lasy pełne są błędnych wędrowców. Śpią czujnie pod daszkami robionymi z ubrań albo ręczników. Nawet, jeśli ktoś ma ze sobą namiot to go nie rozbija, z pośpiechu, by czasu nie tracić, albo w obawie przed kradzieżą lub najściem strażników leśnych, którzy kazaliby go i tak zwinąć. Bo bywają jeszcze strażnicy, próbujący utrzymać dawny porządek. Ale to się szybko kończy. Nagłe tąpnięcie rozchodzące się od środka sprawia, że wszyscy uwalniają się od swoich funkcji i zawodów, najpierw w miastach, potem na prowincji, w ciągu dni rozchodzą się każde w swoją przypadkową stronę. Podobnie w mieście są jeszcze, (tylko siłą rozpędu i trudu topniejącej garstki pracowników instytucji publicznych), prąd, gaz i woda, ale to też się kończy siłą inercji.

Mieszkam na najwyższym piętrze apartamentowca, w dwukondygnacyjnym, urządzonym ze smakiem mieszkaniu. Przeglądam w zamyśleniu półki regału z książkami. Między nimi stoją też moje. Owiane wielkim i długo wyczekiwanym sukcesem, kilka niedawno wydanych tomów w kolorowych okładkach, do tego jakieś kasety i nagrania. Wszystko teraz nagle się zawaliło, sukces okazuje się nieważny, nikomu niepotrzebny, gra się skończyła, jakie to dziwne!

Wybieram swoje dzieła spośród szeregu tomów na półce, układam je w pudle i ukrywam w niewielkiej skrytce pod podłogą w łazience. Może kiedyś do nich jeszcze wrócę, może będzie można znów pisać, tworzyć, chwalić się, zarabiać?… Wtedy, gdy rzeczy wrócą na swoje miejsca, zrobią się na nowo ważne. Robię tak, choć w to nie wierzę. Z uporem nie chcę uciekać, zostawić bezpiecznego, wygodnego miejsca i wpaść w szpony obudzonego chaosu. Przecież ludzie się ockną, przywrócą jakiś porządek. Powrócą.

Napełniam wiadra i każde puste naczynie coraz wolniej cieknącą wodą z kranu, wiedząc, że nie wystarczy jej na długo, nawet, gdy będę ją oszczędzać. Co z myciem? Na razie przestaję się myć. Ubikacja jeszcze działa, ale spłuczka już nie funkcjonuje. Jem cokolwiek z posiadanych zapasów, szczęściem utraciłam całkiem apetyt. Światło pali się szczodrze w każdym pokoju, i tak nie ma już opłat, ale decyduję się je zgasić, bo coś się nagle zaczęło dziać z prądem. Poczułam swąd przegrzanych przewodów. I ja też przez chwilę zaczęłam płonąć, ale udaje mi się ogień ugasić, narzucając na siebie koc.

Tymczasem w miastach dalszych od stolicy ludzie podejmują jeszcze próby opanowania sytuacji. Istnieją urzędowe oddziały porządkowe i grupy chodzące po blokach. Działają siłą rozpędu, lękając się złamania rozkazu. Zależność może przecież jeszcze wrócić. Wywołują według dawno ustalonej listy staruszków, by zabrać ich nie wiadomo gdzie i w jakim celu. Panują najgorsze podejrzenia o tym, że dla dobra interesów firm ubezpieczeniowych są w specjalnych obozach po prostu kasowani. Dwie staruszki ukrywają się w ciasnej garderobie, podczas gdy rodzina rozmawia w progu z komisją stojącą w drzwiach. Ktoś tłumaczy, że babcie są im potrzebne, bo wiedzą, co robić w trudnych warunkach, są poza tym zdrowe i samodzielne. Komisja nie naciska zbyt mocno, nic nie jest pewne, wszystko daje się załatwić, mimo poleceń wykonywanych siłą rozpędu i strachu, za którymi nic już nie stoi.

Wychodzę na zewnątrz. Bierne czekanie jest straszniejsze. Na ulicach kłębią się zdezorientowani ludzie, grupkami i pojedynczo. Jeździ jeszcze tramwaj, może ostatni. Ktoś kogoś goni. Ktoś w biegu wsiada do przepełnionego wagonu, nie zdążam za nim wskoczyć. Słyszę tylko daremne wołanie: Ewa! Ewa! Chodź tu!

Zostaję sama na ulicy, bez domu, bez celu, bez sensu.

[Zapis ciekawszych sennych zwidów z ostatnich 15 lat]

Tropy 3: Ostatni strażnik

Był to jeden długi sen z kilkoma wejściami w głębszy trans, podczas których patrzyłam oczami innych osób, starszego mężczyzny i młodej kobiety. Szczegóły, jakie z tych odtworzeń (bo w ten sposób, dość charakterystyczny i nie do pomylenia odtwarza się pamięć inkarnacyjna własna i cudza) na tyle były wyraźne, że na ich podstawie udało mi się odnaleźć człowieka, którego oczami dane było mi spojrzeć. Dzięki Wikipedii ustaliłam, że szło o pana Alexandra de Fauris, prezydenta Aix-en-Provence żyjącego na przełomie wieków XVIII i XIX. Osoby jego młodej kochanki oczywiście nie ma tam wymienionej, jednak w tych wspomnieniach była istotną cząstką gry zatartej w czasie. Tym sposobem złożyły mi się w całość części układanki z innych snów, które stały się kanwą dwóch pierwszych nowelek cyklu „Tropy”. Golfor jest imieniem z innego snu, o duszku pośredniczącym miedzy wysokimi i niższymi poziomami bytu, zapewne merkurialnego rodzaju. Le golfe po francusku to zatoka, odmęt morski, jaki się tworzy w ciasnym kanale między lądami, zatem imię znaczy: kanałujący (channelinkowy), kontaktujący ze sobą dwie dalekie sobie obce strefy. Całość śniłam jego oczami, biorąc je za swoje, niemniej dziewczyna, którą spotkałam była zobrazowaniem mnie samej, zatem z powodów logicznych musiało dojść do literackiego rozdzielenia podmiotów.

Ewa Sey

Ostatni strażnik

[…] naprzeciw siebie ujrzałem rozwijającego się bez końca ze swych zwojów, potwornie ogromnego CZERWONEGO WĘŻA wzmiankowanego w pergaminach, słono i gorzko, ogromne zwierzę uwolnione z łańcucha opowiada pieszemu o tej białej górze, czerwone z gniewu.

(„Czerwony Wąż” z „Tajnych Zapisków Henri Lobineau”)

Hanna Bielańska, ostatnia żyjąca przedstawicielka arystokratycznej rodziny Gralowskich, zaliczającej się do strażników legendarnego Graala, przeszedłszy wreszcie na emeryturę zajęła się długo odkładanym odczytaniem przepowiedni na temat narodzin zbawczego potomka świętego rodu pod koniec czasów. Dysponowała niepełnymi zapisami z częściowo uszkodzonej w toku historii księgi rodowej. Zechciała je porównać z innymi podobnymi należącymi do rodzin skoligaconych dawniej z jej własną. Pewnego razu stał jej się niezbędny pewien program komputerowy służący do skomplikowanych genealogicznych zapisów, umożliwiający prześledzenie także rozwoju linii żeńskich. Wydało go kilka lat wcześniej popularne kobiece czasopismo i przez jakiś czas był powszechnie dostępny w kioskach, na bazarach i u ulicznych sprzedawców starej prasy. Po czym zniknął siłą bezwładu. Pożyczyła go kiedyś mnie, swemu młodszemu znajomemu. Wgrałem go do swego komputera, a płytę przez zwykłe u siebie roztargnienie gdzieś z biegiem czasu zapodziałem. Potem sam zupełnym przypadkiem program skasowałem i tak ostatecznie przepadł.
Zawstydzony swoją nieodpowiedzialnością, poczułem się zobowiązany do zaradzenia niespodziewanemu kłopotowi. Czym prędzej udałem się do siedziby redakcji pisma, które wydało niegdyś ów program. Chciałem zapytać wprost u źródła, czy nie pozostała im w archiwach jakaś niesprzedana płytka.

Biuro okazało się puste, mimo jeszcze stosunkowo wczesnej popołudniowej pory. Zastałem w nim jedynie sprzątaczkę. Dość niska kobieta bliska czterdziestki, o smutnej szarobladej twarzy i zmęczonych oczach wyłączyła odkurzacz i wpuściła mnie do wnętrza. Niespodziewanie rozpoznała mnie od razu, wykrzykując na mój widok: Och, Golfor, witaj!, a ja zdziwiony udałem, że wiem, kim ona jest. Nieznajoma znajoma powitała mnie z ogromną radością. Natychmiast zaczęła, porzuciwszy odkurzacz w kącie korytarza, opowiadać wylewnie, co teraz robi. Stałem słuchając w milczeniu fali słów. Nadal zmieszany faktem, że jej nie pamiętam.

Moja niespodziewana rozmówczyni zaledwie od niedawna mieszkała w stolicy i cieszyła się, że w ogóle zdobyła jakąkolwiek pracę. Co prawda nie była zadowolona z tego, że brak stosownego wykształcenia powoduje, iż wciąż proponowano jej niskie stanowiska. Takie, jak na przykład to tutaj w redakcji.

Wtedy nareszcie przypomniałem ją sobie. Znałem ją dawno temu ze szkoły! Wówczas była tak samo ambitną dziewczyną marzącą o tym, by wyrwać się z zapadłej wioski w nieokreślony wielki świat. Miała na imię Ewa.

Skończyła właśnie sprzątanie i szła już do domu. Okazało się, że w tym samym kierunku, co ja. Po drodze rozmawialiśmy, a raczej to ja dość niecierpliwie wysłuchiwałem jej opowiadań, tym razem o planach na przyszłość. Bo Ewie zamarzyło się stanowisko w owym kobiecym czytadle. Z tego powodu zapragnęła pójść wreszcie na studia, gdyż pismo zajmowało się głównie tematem kosmetyki i pielęgnacji ciała, o czym nie miała wielkiego pojęcia.

Była zima, dość łagodna tego roku. Na ulicy leżał kilkudniowy udeptany śnieg. Przerwałem nagle tę wspomnieniową i w gruncie rzeczy nudzącą mnie rozmowę. Zapominając się, z dziecięcą radością zacząłem ślizgać się w miejscach wytyczonych przez przechodniów, przede wszystkim dzieci. Przemieszczałem się do przodu zgrabnymi ślizgami nóg, utrzymując równowagę rozłożonymi jak ptak rękami i wybuchając co chwila głośnym śmiechem. Niepostrzeżenie znalazłem się w ukochanej Francji. Tego szczęścia nie sposób było od razu nie poczuć.
Ewa ze skrępowaną powagą zdążała za mną.

Mirabeau14

W Aix-de-Provence po obu stronach Cours Mirabeau, pięknej obsadzonej drzewami i zdobionej fontannami alei wyłożonej brukową kostką, ciągnęły się stylowe kamieniczki zabytkowych hoteli.
Stanęliśmy przed rzędem przylepionych do siebie starych dwupiętrowych budynków. Ich parter usiany był długim szeregiem wejściowych drzwi.

Wtem z wnętrza któregoś z nich wychyliła się drobna przykurczona postać. Z radosnym zaskoczeniem Ewa rozpoznała swego dawnego znajomego, bibliotekarza, pana Utopinetza. Staruszek mimo upływu czasu nic się nie zmienił. Pukał najpierw zgiętym palcem w szybę otwartego okna, aby zwrócić na siebie uwagę, po czym zapytał:
– Zapewne znacie soczyste opowieści Rabelais`go i poezje Villona, tworzącego w czasach dobrego króla René, wielkiego mecenasa kultury, który zmarł w tym mieście. Pisał o nim potem pewien znakomity obywatel Aix, Alexandre de Fauris.
Ewa zastanawiała się tylko chwilkę
– Tak. Wilhelm z Lorris, Villon, Rabelais, Brantôme…Te książki wydawano swego czasu w okładkach z zielonego płótna. Ależ oczywiście, świetnie pamiętam!… Rozlatywały się nawet trochę od mojej lektury… – stwierdziła.
– No, więc można tu teraz zwiedzić jedno z mieszkań, autentyczne, które zamieszkiwał niegdyś pan de Fauris. Chcielibyście je zobaczyć?
– Oczywiście. Gdzie to jest?
– Licząc stąd siódme drzwi. Można wejść.
Policzyłem oczami do siedmiu, ale gdy podszedłem, otwarte okazały się drzwi ósme. Nie wnikałem już w pomyłkę, tylko wraz z nieodstępującą szkolną koleżanką wszedłem do środka. Dwupiętrowa kamieniczka nosiła numer 14.
Wraz z wejściem do budynku już od progu zagarnęły mnie jak żywe zapisane w jego murach cudze wspomnienia.

Alexandre-de-Fauris-Saint-Vincent

Oto mamy początek XIX wieku. Do kamienicy wkracza pan de Fauris. Zażywny, obdarzony posuwającą się łysiną, znany z poczucia humoru i ciętego dowcipu mężczyzna już prawie siedemdziesięcioletni. Postanowił zamieszkać w apartamencie należącego do niego od dwóch pokoleń hotelu. Do tej pory był on wynajmowany. Pragnie w odosobnieniu zająć się pracą literacką, której poświęca cały swój wolny czas.
Ów adres zajmuje w tej chwili pewien młody oficer. Mieszka w nim już dość długo wspólnie z siostrą, starą panną. Wychodzi na spotkanie pana de Fauris wolno, odkrzykując coś pod nosem i choć wydaje się zaskoczony tak wczesną dla swoich zwyczajów wizytą uprzejmie wpuszcza gościa głębiej.
Panu de Fauris rzuca się od razu w oczy brudna podłoga. Otwarte w korytarzu drzwi do salonu ukazują poranny bałagan. Siostra gospodarza mieszkania ukradkiem zgarnia nogą jakieś walające się okruszki i posuwa je w niewidoczne zakamarki pokoju. To wynik hulaszczego trybu życia młodzieńca, siostra już dawno przestała się starać o zachowanie porządku, jedynie dba o jego pozory.
Pan de Fauris lustruje mieszkanie okiem właściciela. Widzi odrapany, lepiący się od brudu kredens kuchenny, stare pachnące kurzem i stęchlizną pokojowe meble, wypłowiałe dywany i nigdy nieprane, ani nawet trzepane draperie.
Mieszkanie mimo wszystko jest świetnie położone, jasne i ma wiele pomieszczeń. Przy odrobinie wysiłku można je będzie wygodnie urządzić. Wchodzi ostrożnym wolnym krokiem po trzeszczącej drewnianej podłodze do środka.

W małym pokoju, do którego jest wejście z korytarza znajduje się buduar siostry młodego wojskowego. Na wprost drzwi duże wysokie okno, z boku stoi sekretarzyk i przy ścianie łóżko z baldachimem. Pokoik jest przechodni, wchodzi się z niego do dużego salonu, dalej sypialni. A stamtąd do jadalnego, potem do pomieszczeń kuchennych, służbówki, na koniec do dużego pokoju z wielkim oknem. Wiszą w nim teraz na wieszaku odprasowane męskie spodnie wojskowego kroju, stoi wąski stół i jakieś przyrządy miernicze. Pachnie intensywnie pastą do butów i końskim potem.
– Jak widzę, to pracownia krawiecka i przebieralnia, męski pokój – orientuje się pan de Fauris i z wyrozumiałym uśmiechem patrzy na młodego mężczyznę, który mu towarzyszy z lekko zaspanym i nieobecnym wyrazem twarzy. Ten lubi się stroić i wychodzić na miasto jak galant.

Teraz jednak, po ponad dwustu latach mieszkanie było idealnie sprzątnięte. W saloniku postawiono, jako główny mebel starą autentyczną sofę. Jej oparcie wygięło się i zapadło już ze starości. Gdy usiadłem na niej wraz z Ewą, zaskrzypiały pod nimi nadwyrężone sprężyny. Zawiesiłem przy tym na chwilę oczy na zaczesanych za uszy cienkich i nieokreślonego koloru włosach Ewy, ciemnych brwiach i charakterystycznym profilu z cofniętą żuchwą i wąskim chudym nosem z wyraźnym garbkiem, ostro zaznaczonym na tle światła dnia padającego z okna. Zaraz zagarnęła mnie dalsza fala wspomnień. Pamięć pana de Fauris niezauważalnie rozsunęła się i wpuściła w siebie inną.

*

To właśnie na tej sofie pan de Fauris leży właśnie z młodą dziewczyną. Jest nią niezamężna siostra młodego oficera, która pod pozorem zarządzania domem została jego bliską przyjaciółką. Spoglądam teraz jej oczami. Dotyka dłonią jego nagiego, nieco nalanego, pokrytego rzadkimi jasnymi włosami brzucha i wyczuwa na nim twardy guz.
– Co to? – pyta ze zdziwieniem.
Ale pan de Fauris zdaje się w ogóle nie zwracać na to uwagi. Pomija pytanie milczeniem, zmieniając temat. Młoda kobieta nie kontynuuje. Myśli z powagą i niespodziewanym smutkiem, że jej podstarzały kochanek ma już niewiele czasu przed sobą…

Pan de Fauris od wielu miesięcy nie zwraca uwagi na uporczywe dolegliwości, powtarzającą się gorączkę i bóle, zwłaszcza po posiłkach, do których codziennie wypija zwyczajną porcję wina. Targające nim poty i bolesne kolki przypisuje jesieni. Nadchodzi listopad. Gorączkowo, w coraz rzadszych przerwach od bólu i złego samopoczucia, lub mimo nich, szuka, bada, porównuje i zapisuje jakieś swoje koncepcje. Jakby się spieszył, by zdążyć.
W całym mieszkaniu leży mnóstwo książek, druków, żurnali i notatek, porozkładanych i porozrzucanych chaotycznie na wszystkich meblach, półkach, stołach, krzesłach i szafkach. Najbardziej obłożone nimi jest łóżko. I sofa.

Od dziesiątek lat pilnie rozwijane zainteresowania pana de Fauris sprawiły, że przestudiował wiele trudno dostępnych dzieł i starych manuskryptów, z których czyni notatki do publikowanych niekiedy w monitorach artykułów, albo na własny użytek. Z pasją bada też starożytne inskrypcje, próbując między innymi dojść umiejscowienia legendarnego skarbu Rzymian, ponoć skradzionego i ukrytego przez galijskie plemiona w czasach upadku cesarstwa gdzieś na południu Francji. Nie jest to zdaje się jedyny temat jego zainteresowań. Wśród porozrzucanych wszędzie książek najwięcej widać religijnych, psałterzy, zbiorów pieśni, modlitw i litanii. Czegoś w nich szuka, jakiegoś klucza. Uważa, że to ten sam klucz, zagadka czasu i miejsca, którym posłużono się do zaszyfrowania najistotniejszych kwestii trwającej ery. Skarb czeka na spadkobiercę. Spadkobierca ma się narodzić i otworzyć go. Klucz został ukryty lub zgubiony. Dla dobra sprawy, gdyż czyhają na niego wilki, przebrane w owczą skórę. Które niczego bardziej się nie boją, jak jego odnalezienia.

Młoda przyjaciółka prowansalskiego notabla stara się zaprowadzić w tym nieporządku jakiś ład, choćby pozorny. Nabrała w tym wprawy podczas wspólnego zamieszkiwania z bratem. Przecież także ogromnym bałaganiarzem. Przy okazji zerka z zaciekawieniem na pisma swego pracodawcy i kochanka. Kartki niektórych ksiąg pokryte są mnóstwem dziwnych zapisków robionych piórem wprost na marginesach, w pionowych kolumnach, maczkiem. Zawierają greckie i hebrajskie litery, pojedyncze słowa, a niekiedy także krótkie zdania, tłumaczone przeważnie z łaciny.
Ocierając z kurzu jedną z ksiąg otwiera ją na przypadkowej stronie. Na marginesie znajduje odręczną notatkę, dotyczącą młodej kobiety, która nosi na czubku głowy czerwony znak spirali zawartej w elipsie. Podobno został uczyniony przed jej narodzeniem przez niewidzialne humanoidalne istoty. W jakimś celu blokuje pamięć. A może jej strzeże. Pod tą dziwną notką umieszczony jest rysunek, zrobiony tuszem przez pana de Fauris. Przedstawia szkic profilu dziewczęcej głowy i tego wężowego znaku na jej szczycie, sama pieczęć uczyniona jest czerwonym inkaustem.

*

Wstałem nagle z sofy i ruszyłem na obchód mieszkania.
– Spójrz, a co to? – Ewa pokazała na coś dłonią.
Dopiero teraz zwróciłem uwagę na wąskie, pokryte miękką tapicerką drzwi w rogu pokoju przy oknie. Niewiele myśląc otworzyłem je.
Tuż za nimi znajdowały się drugie, takie same. Pchnąłem je i ze zdumieniem zobaczyłem, że otwierają się w sąsiednim mieszkaniu! Być może nawet w budynku obok. Właśnie wchodzili tam do pokoju jacyś zagadani ze sobą dwaj mężczyźni. Tknięty jakimś przeczuciem szybko zamknąłem jedne i drugie drzwi. Zrozumiałem, po co była na nich ta tapicerka. Służyła wyciszeniu wszelkich odgłosów.

Tym sposobem trop od siódmego, jako ósmego do dziewiątego tajemniczo znikał.

(Skończone w 2018 roku)