Wspólne śnienie: Źródło obfitości

Tak naprawdę niniejszy wpis miał być poświęcony mojej poprzedniej inkarnacji, a nie temu, co widnieje w jego tytule. Jednak drogi snów bywają meandryczne i potrafią zaskakiwać świadomość. Sami się przekonacie.
Postanowiłam dać tutaj dłuższą opowieść o tym, w jaki sposób przypomniało mi się i jak je odkryłam w realu – moje inne wcielenie. Dlatego najpierw zdecydowałam się zadać śnieniu istotne pytanie, aby otrzymać odpowiedź utwierdzającą moją pewność siebie w tym temacie. Oto, co z tego wynikło.

Położyłam się wcześnie, ale wewnętrzne rozedrganie wzrastało, zamiast się uciszać. I wszystko było pomieszane. Mimo tego hałasu telepatycznego (cisza przedwyborcza!) poprosiłam czachulca, mego ibbura o temat, który sobie wcześniej wymyśliłam: Czym/kim dla mnie jest Aleksander S. Co nas łączy? Dlaczego i po co przyczepił się do mnie na tak długo?

Zasnęłam. Ze snu zapamiętałam strugę rzeczną płynącą z prawa na lewo, przegrodzoną śluzą. Staliśmy na śluzie i wypatrywaliśmy ryb w wodzie, sprawdzając przy okazji jej czystość. Śluza zwężała przepływ wody do szerokości 2/3, 1/3 albo całkowicie. O, są! Krzyknęłam pokazując jakieś nieliczne kształty pływające w wodzie po lewej stronie śluzy, ale mój niewyraźny towarzysz nie był zadowolony z ich ilości. Przeszliśmy na drugą prawą stronę, a tam zgromadziła się już spora ławica, próbując przepłynąć przez zwężony teraz do 1/3 otwór przegrody. Ucieszyło mnie to. Zależało mi na tym. Wróciliśmy na drugą stronę śluzy, tutaj z otworu wydostawały się jakby przemielone/pomniejszone/rozdrobnione rybki, które przed śluzą były całkiem spore. Było widać ich wielką ilość, ale były tak małe, że tworzyły jakby na pół bezwolną i bezkształtną raczej czarną i zwartą masę w wodzie. Poczułam rozczarowanie.

[Rozpoznałam strumień świadomości przedzielony granicą z czymś podobnym do koła karmicznego, co było małe, niejasne i ciemne.]
Ten sen jakoś wcale nie wydał mi się odpowiedzią na zadane pytanie.

Komentarz JB: Zator wodny minusowo naśladuje granice 5/6 i 8/9. Mielenie ryb to pomniejszanie ich gabarytów, mikropsja. Śluza zatem naśladuje pracę Kryształowego Wiru w sposób odwrotny czyli minusowy.

W dzień wyciągnęłam karty Tarota, aby zrozumieć ów sen. Odpowiedź jednak najwyraźniej dotyczyła pytania, które przedtem zadałam, a nie snu!

Karta snu, wybrana świadomie: 8 Kielichów (jasnowidzenie na odległość przez czas i przestrzeń, kanał świadomości)
Powód snu z przeszłości: 5 Mieczy [Była śmierć przez ugryzienie, niezabliźniona rana]
Sprawa, której dotyczy sen: X. Koło Fortuny [czyli koło karmy, intencja dotyczyła reinkarnacji]
Przesłanie snu: XX. Sąd [odrodzenie w nowej postaci, karta przedstawia człowieka wynurzającego się z grobu]
Jak zareagować na sen: VIII. Moc [zintegrować tamtą osobowość, nie odrzucać]

Dostałam jasną odpowiedź, tak, byłam kiedyś Aleksandrem i nie jest to postać, której pamięć została karmicznie dopisana z linii mojego rodu obecnego. Żadne Niemowy/Pająki nie wpisały mi jej także sztucznie, aby skrzywić moje myślenie o sobie i drodze duchowej. Moja obecna tożsamość jest oczywiście kimś innym, ale ma z nią powiązanie kontynuacji i odczucie przynależności. Jednak tej odpowiedzi nie umiałabym wysnuć ze snu o śluzie na strudze. Jak się okazało karty odpowiedziały w zadanym temacie snu z kolejnej nocy! A sen o minusowym przejściu granicznym jeszcze się rozwinie w nowy i niespodziewany dla mnie sposób.

Kolejnego wieczoru zaproponowałam Pawłowi Z. współ-śnienie w moim temacie. Który mu zdradzę później.
Przed snem wysłałam prośbę do czachulca o wyjaśnienie mi, kim naprawdę był/jest dla mnie Aleksander S. W sposób dla mnie czytelny i zrozumiały.
Ponieważ sen długo nie przychodził myśli zaczęły nawiązywać do różnych innych snów, co rusz je porządkowałam i zadawałam znowu pytanie, które w ten sposób stało się bardziej wielorakie: do czego służy ta druga osobowość i czy istnieje jakiś specjalny powód jej manifestacji? Co z tym mam zrobić?
W pewnej chwili przed zaśnięciem poczułam link z Pawłem.
W końcu zasnęłam i od razu było niezwykle.

Wpadłam w silny trans.
Ukazał mi się Aleksander, najpierw jego twarz, zauważyłam, że wygląda dziwnie, ma dwoje różnych oczu. W pierwszej chwili zidentyfikowałam jedno, prawe jako moje, a drugie jego. Ale zaraz było to jedno ludzkie oko, a drugie całe czarne, większe, „kosmiczne”. [rozumiem, że jesteśmy oboje częściami wyższej istoty]. Potem leżał na wąskim łóżku w swoim pokoju, odwrócony do mojego wzroku plecami, spał nieporuszenie. Wokół niego snuły się jakieś cienie, dwa, może trzy, jeden największy, lgnęły do niego. Może jednym z nich jestem ja teraz? – przemknęło mi przez myśl i zawołałam: Aleksandrze! Ani drgnął, może miał teraz koszmary, jak mi się śniło o tym kiedyś. Tak jakbyśmy kontaktowali się ze sobą poprzez czas, pomimo czasu, oboje w swoich aktualnych liniach życia.

Komentarz JB: Co do posiadania wcieleń, dawnych i przyszłych, to nie my mamy takowe, a nasza Dusza 7. Jednak dla niej one wszystkie są jednoczesne, jako aspekty, jak korzenie Drzewa Życia. My możemy sobie to nazywać jak chcemy – jako nasze, w porządku czasowym, ale to tylko figura retoryczna.
Tak, to jest dla mnie oczywiste i zrozumiałe od dawna.

I teraz uwaga, zaczęło się coś, co niosło wielką inspirację. I raczej nie dotyczyło już zadanego pytania. Być może do tej podróży nakłonił mnie rodzaj transu, zsynchronizowanych obu półkul mózgu (Aleksander byłby wtedy tą drugą, Jang). Tej nocy, dodam, Księżyc miał randkę z Neptunem w znaku Ryb, a to była mocna energia startowa.

niecka

Dalszy sen: Z tego transu wyszłam na jakąś przestrzeń, nie zmieniając stanu świadomości. Spotkałam tam Pawła Z. To był parking przed dużym starym halowym budynkiem na poły przemysłowym [podpowiedź odnośnie tematyki: przemysł to technologia i metoda, w jakiej dziedzinie odkryję to później], spotkanie odbyło się w jakimś samochodzie, pewnie jego [w ciele subtelnym].
Rozpoznaliśmy się i Paweł z uśmiechem zaprosił mnie do biura firmy, w której pracował, mieściła się w owym budynku nieopodal. Na korytarzu spotkałam dziewczynę Pawła. Sympatyczna, rozluźniona. Ponieważ trzeba było na kogoś poczekać ćwiczyłyśmy poruszanie się siłą umysłu, chciałam na rozkaz przepłynąć ponad podłogą tego długiego korytarza do przeciwległych drzwi, ale nie udało się ani mnie, ani jej. Trzeba było podejść zwyczajnie na nogach [samodzielne próby wpłynięcia na poziom świadomości, a z tego na bieg rzeczywistości i osiąganie celów nie mają stosownej mocy]. Nagle pojawił się Paweł [dziewczyna znikła, czyli występował w swojej wersji Jang i In na przemian, a najprawdopodobniej ubrał się w niego/nią „mój” Hermafrodyta] i zaprosił mnie do wnętrza biura.
Podał mi jakąś książeczkę w czerwonej płóciennej okładce, starą i wytartą. To miała być umowa z firmą do podpisania przeze mnie. Zajrzałam do środka, część wydrukowanego tekstu była całkowicie zatarta ze starości i nie do odczytania, ale pierwsza część książeczki była w lepszym stanie. „No, dobrze, zapoznam się” – zgodziłam się i to było równoznaczne ze złożeniem podpisu i podjęciem się pracy dla firmy (miała coś wspólnego z wydawnictwem). [Przejście przez granicę 5/6 uwarunkowane cyrografem, coś za coś].

Wtedy wziął mnie na bok jakiś starszy (wiek 50-60) niewysoki mężczyzna. [Na drugi dzień, sprawdzając podpowiedzi ze snu w internecie odkryję, że był to Wallace D. Wattles, twórca pierwszych książek o źródle obfitości]. Zaprowadził do drugiego pokoju [przejście przez granicę 5/6]. Wnętrza były jak w mieszkaniach w starych kamienicach, wysokie pokoje i drewniane dwuskrzydłowe wysokie drzwi. Kiedy, stanąwszy pośrodku pokoju rozejrzałam się zauważyłam, że po lewej stronie na materacach położonych wprost na podłodze siedzą dwie staruszeczki w długich szatach. Wydawały się miłe, uśmiechnięte i nie zwracały na mnie uwagi. Nieco dalej, trochę za mną, w głębi, kiedy tam się odwróciłam po lewej u dołu zauważyłam jeszcze jedną, podobną. Wszystkie miały szaty w bladych błękitnawych kolorach. [Trzy Mojry, jedna przecinająca nić żywota w sferze piekielnej Ekranu snu]

Starszy pan przez chwilę o czymś gwarzył ze staruszkami, a potem podszedł do mnie i orzekł, że staję się zbyt zimna, trzeba coś z tym zrobić. „Rzeczywiście” – zauważyłam i poczułam lekki chłód w pokoju. Wiedząc, co to oznacza, [że tracę energię na rzecz minusowości] zaczęłam robić ćwiczenia gimnastyczne, wirując obiema wyprostowanymi na boki rękami i to mi szybko przywróciło ciepło, a nawet znaczne gorąco w dłoniach. Starszy pan uśmiechnął się z zadowoleniem. Potem działy się jakieś rzeczy, gdzieś byłam, coś zwiedzałam, obserwowałam z góry, wyższego piętra patrząc w dół, kilkumetrowego strażnika w ciemnoszarych dżinsach i koszuli, stojącego spokojnie i nie interesującego się mną, reszta umknęła mi z pamięci. [Pokazywano mi przestrzenie 6-8 i widziałam zapewne Kolosa/cień ludzkości w barwach poziomu 8.1].

Pojawił się znowu Paweł. Siedząc z mojej lewej pokazał mi mapę, wskazując wymownie palcem kolejno na trzy punkty na niej. Patrzył na mnie za każdym razem znacząco, jakby mówił: „Zapamiętaj położenie”. [I szło o zapamiętanie po obudzeniu ze snu].

Pierwszy punkt znajdował się na mapie Polski, w okolicy Świnoujścia, na Odrze, [lewa strona, stary teren Niemowów z 8 poziomu] wzięty ołówkiem w okrąg, drugi na przeciwległym krańcu wschodniego Pomorza, gdzieś przy granicy z Rosją [prawa strona, teren Czerwonych z małej karmy], też obwiedziony i też był tam jakiś zbiornik wodny, jezioro albo zatoka morska, to nie było wyraźne i się zmieniało, gdy patrzyłam. Trzeci zaś znajdował się aż za biegunem północnym, [na mapie kierunek północno-zachodni, punkt przekraczający biegun i znajdujący się na drugiej półkuli] gdzieś na zamarzniętej arktycznej wyspie podobnej do Grenlandii w pobliżu Ameryki, częściowo pokrytej większym od niej lądolodem. Była tam pośród lodów zatoka wzięta w kółeczko, a przy owej zatoce jakiś mniejszy zbiorniczek, nader ważny, do którego dojście i namiary do niego są trudne i zatajone. [Wszystkie punkty tworzyły istotny umowny trójkąt. Może orientacyjny].

Kiedy już wszystko zapamiętałam oczywiście udałam się w drogę do tego miejsca, zwanego miejscem obfitości, a może źródłem obfitości. Zabrali mnie wysocy żołnierze amerykańscy z oddziału lotniczego pełniący tam służbę ochronną. Mieli w sobie coś bladożółtego, może elementy mundurów i kolor samolotów [pobliże granicy 8/9]. Byli przyjaźni i mogłam robić, co zechcę. Łatwo odnalazłam zaznaczoną na mapie morską zatokę. Ograniczona betonowymi brzegami w kształcie prostokątnym miała wysokie brzegi schodzące w dół ukosem. W dole była niezamarznięta ciemnoniebieska [zło osobowe, minusowość] połyskliwa woda morska, trwająca prawie w bezruchu [niecka w wersji minusowej]. Wiedziałam, że to niebezpieczne, zostałam ostrzeżona, ale postanowiłam dostać się dalej, a to była jedyna droga. Zsunęłam się po skośnej ścianie brzegowej w dół, zamierając ze strachu. Bałam się całkowitego zatonięcia. Strażnicy patrzyli na to z góry i liczyłam w duchu, że mi pomogą, gdybym wpadła w większe tarapaty. Dostałam się do wody, ale ku swej uldze odkryłam, że woda jest tak gęsta, może od znacznej zawartości soli [jak w Morzu Martwym], a może z powodu niskiej temperatury, że nie zapadam się zbyt głęboko, najwyżej na wysokość pasa [do granicy 5/6 czyli w świecie dualizmu wartości]. Dało się chodzić w ten sposób przez wodę i oczywiście ruszyłam zaraz ku przeciwległemu brzegowi, wydostałam się bez problemu i odnalazłam owo jeziorko obfitości.

Był to maleńki, słodkowodny akwen z ciepłą jak na warunki klimatyczne Północy czystą przeźroczystą wodą, o naturalnych brzegach, w wydłużonym wrzecionowatym kształcie [Szczelina!]. Wyrastały z niego jakieś rośliny, kilka dużych grzybów o cienkich nóżkach i białych kapeluszach, podobnych do powiększonych rozmiarowo psylocybów, wznoszących się ponad taflą wody i wyległych na brzeg [symbol wizji i iluzyjnych światów]. Najpierw sprawdziłam głębokość i zawartość zbiorniczka długim cienkim kijem, czy nie mieszka w nim coś groźnego [bałam się ukrytego dinozaura], ale odezwało się i poruszyło tylko kilka maleńkich i łagodnych żyjątek. Przechodząc jego wąskim lewym dłuższym brzegiem koło kapeluszy grzybowych odsłoniłam je i zauważyłam, że pod spodem brzeg jest zasypany żółtymi ziarnami zbóż, brodziło się w nich [zachowane ziarna karmy dla odrodzenia życia, mnożenie błogosławieństw, realizowanie wizji w światach karmicznych]. Pamiętałam, to mi powiedziano wcześniej wśród lotników, że kto się zdoła w tym żywym źródle zanurzyć i napić z niego nigdy nie zazna biedy i głodu. W jego życiu będzie zawsze manifestowała się obfitość rzeczy potrzebnych do pomyślnego istnienia. To było dla mnie ważne, bo – jak mi powiedziano też – szykowano się na bliskie nadejście okresu wymierania, gdy większość żyjących ziemskich istot zazna ogromnych braków, głodu i niepokojów.

Kiedy zaczęłam wracać usłyszałam oceny, nie wiem kogo, było to kilka niewyraźnych osób [inne aspekty mojej duszy], że wyglądam bardzo młodo. Bo byłam dotąd dwudziestokilkuletnim (21-22) chłopakiem, a wyglądałam teraz na 17 albo nawet 16 lat. Miałam myśl, że to moje przyszłe wcielenie i przez nie śniłam.

Komentarz JB: Te sny to bardzo sensowna konstatacja. Źródło obfitości oczywiście dotyczy bytów samoświadomych w małej karmie, więc musi się znajdować po minusowo urojonej stronie. W urojeniowości plusowej, czyli zmysłowo namacalnej przecież takiego nie ma, no, może wyidealizowana Ameryka (wojska desantowe, spersonalizowane jako Aleksander ?). Źródło obfitości musi zatem być otoczone ową urojeniową minusowością. Samo jest tak silne, że nawet w minusowości potrafi zneutralizować lokalnie tę minusowość. To po prostu minusowa kopia Szczeliny 8-12. Badałem kiedyś podobną kwestię, czy poprzez minusowość da się dotrzeć do Nieprzejawienia 8-12. Da się. Z powrotem również.

Na drugi dzień Paweł opisał mi swoje sny z tej nocy:

PZ: Głos śnienia mi powiedział: „śni, że nie jest zadowolona z ziemskiej pracy”… [Po analizie znaczeń i odkryciach tematów sugerowanych przez sen, w dzień na jawie, owszem tak]

Potem sen jest o moście, który miał 560/590 metrów, nie został dalej skończony. [Granica 5/6 przekroczona po to, aby wyjść przez Nicość 8/9, poprzednie życie zostało nagle przerwane]. Cały szkielet stał, ale nie było drogi. Drugi most mniejszy o parę metrów był już gotowy, ale ten wcześniejszy dłuższy nie. [Jak moje obecne i poprzednie wcielenie. Tamto życie, działające z o wiele większym rozmachem nagle przerwane nie osiągnęło swych zamierzeń – ES]. Więc nie można było się poruszać tą drogą. [Aleksander nie mógł wyjść z Przejawienia, nie zakończywszy swojej pracy – ES] We śnie na kogoś krzyczałem, że to miało być już gotowe, budowlańcy oszukują i nie pracują należycie. [Przypomina to nastroje i sytuację z końca życia Aleksandra – ES]

Komentarz JB: Zator wodny [z poprzedniego snu] i most niedokończony to granica pomiędzy Źródłem obfitości, a urojeniową minusowością. Tu również [oba mosty] minusowo naśladują granice 5/6 i 8/9.

PZ: Jestem fotografem na urodzinach. Tzn. urodziny się skończyły, dziewczyna wyciąga umowę, pisze na niej 1790 zł, [moje poprzednie życie zaczęło się w 1773 roku, więc poniekąd blisko. Cyfry mówią o zasięgu ciało-dusza-duch, aż do strefy Nicości – ES], ja tak patrzę na DJ [byt nadrzędny] zdziwiony, że tak dużo za urodziny bierzemy. Przecież to nie wesele. I cena zmienia się na 2790 [pokazuje się wyższa prawdziwa ale ukryta wartość, przy czym 1 zamienia się 2, czyli coś niewidzialnego/nieznacznego ją podbija – ES], aż w końcu zostaje 1790. Myślę sobie, gdybym wiedział, że za tyle to zlecenie mamy, to bym się bardziej postarał.

We śnie pojawił się tekst „fale loki koki”- w sąsiedniej miejscowości fryzjer ma taki napis. [fala spirala/zakręt i wiązka – to się tyczy energii świadomości i sposobów jej przejawiania się – ES]

Jeszcze jeden sen miałem o zatkanej ubikacji, wydalaniu kału. Woda się cofała. Wybijało szambo. Wydaliłem stolec z krwią. I tak jakby kilka osób naraz się załatwiało do jednej muszli. [Poprzednia śmierć była nagła i bolesna, Aleksander nie zdążył pozbyć się żalu za utraconymi szansami i pewnie to sprawiło, że towarzyszy mi w tym kolejnym życiu z całym zespołem swojej pamięci i cech – ES].

Paweł przejął się owym źródłem obfitości i postanowił do niego dotrzeć we śnie kolejnej nocy. Oto, co mu się przytrafiło.

PZ: Chcę się udać do źródła obfitości. Proszę o pomoc duszę, Wyższą Jaźń i zaprzyjaźnione wyższe istoty (w tym zaprzyjaźnionego Dewę).

1. Układam zmarłego (we śnie) ojca do trumny. Podmywałem mu twarz i brodę, którą miał dość długą i ciemną [w rzeczywistości nie ma brody]. Regulowałem mu nieco brwi. [Przygotowania do kontaktu z Nieprzejawieniem i synchronizacji świadomości, aby dotrzeć, jak najwyżej]

2. Moi rodzice wracają z Czech na lotnisko wraz z moją siostrą. Moja mama ma lecieć pierwszy raz samolotem [kierunek granica 8/9] i jest nieco zdenerwowana. Jest straszny korek, wszyscy w ogóle jadą w drugą stronę, jakby wracali z Czech. Ja z grupą znajomych udaję się w przeciwną stronę. Przedzieramy się przez tłum na parkingu lotniska. Wsiadam do jakiegoś samochodu i udaję się w stronę Czech [kraj symbolizujący minusową strefę].
Mam wspomnienia że trochę poobijaliśmy się tym samochodem o inne, mknące w przeciwną stronę samochody. [Strefa dualizmu. Przeszkody na drodze i spowolnienie jazdy oznaczają, że trzeba więcej czasu, aby się dostroić i uzyskać żądane informacje we śnie]

3. Jestem w klubie jako fotograf. Wróciliśmy z wakacji i wywołuję (drukuję) wykonane zdjęcia. Jak się okazało na zdjęciach, byliśmy gdzieś nad morzem. Robiłem tam zdjęcia kolegom i koleżankom, którzy byli częściowo zanurzeni w wodzie. Leżeli na plaży mając połowę ciała w wodzie. Zdjęcia te były posypane jakby złotym brokatem. Na koniec zorientowałem się że wśród tych zdjęć miałem jeszcze całkiem inne, nie tylko z tych wakacji. Niektóre nieostre i zastanawiałem się dlaczego je wszystkie wywołałem. [Cel podróży, być może osiągnięty, został zamazany w pamięci. Wywoływanie zdjęć to przypominanie sobie]

Nieusatysfakcjonowany senną podróżą Paweł ponowił temat kolejnej nocy.

PZ: Chcę kontynuować podróż do źródła obfitości i się w nim zanurzyć i napić się tej „wody”.

1. Śnię o siostrze, która we śnie mieszka w ogromnej willi w Hiszpanii, konkretnie na Majorce. Ma przepiękny ogród z bujnie rosnącymi palmami. Na podwórku biegają jej dzieci, jest szczęśliwa i zadowolona. Jej mąż dumny ze swojej pracy oprowadza mnie nieco speszony, bo zachwycam się tym pięknym domem i ogrodem. [Wyspa świadomości plusowa, ale Hiszpania jest obszarem minusowym rejonu 8/9 na mapie śnienia]
Okazuje się, że siostra wróciła z Polski tutaj do Hiszpanii. Chyba wtedy w poprzednim śnie, gdy wróciła z rodzicami z Czech na lotnisko.

2. Przechodzę przez plac, tzn. ktoś mnie prowadzi. Widzę, że na małej mównicy po prawej stronie ekranu śnienia stoi jakiś facet w smokingu i prowadzi wykład. Mówię we śnie: to pewnie będzie ten cały Wattles, o którym wspomniała Ewa. (W ogóle nie wiem kim jest Wattles – tyle tylko, co z relacji ze snu ES) Zapamiętałem jego wygląd i ON albo JAREK? albo ktoś jeszcze inny, pełniący funkcję przewodnika w tym śnie zaprowadził mnie w lewą stronę ekranu śnienia, gdzie znajdowały się przejścia chyba do różnych poziomów/wymiarów.
Wyglądało to, jak wielki słup wysokiego napięcia w kształcie krzyża. Znajdowaliśmy się na poziomej belce, tylko szczebel od samej góry. Chcę wejść na samą górę, ale napotykam niewidzialny opór/ścianę, której nie mogę przekroczyć. Przewodnik mówi mi, że muszę się rozdzielić na 2 części, by tam wejść. Więc jak gdyby nigdy nic, jakby to było jak oddychanie rozdzielam się na 2 osoby – męską i żeńską. I wchodzę na samą górę jako dwuczęściowe JA. To przejście najprawdopodobniej było 12 poziomem – tak to we śnie odbierałem.

3. Śnię o Androgynie – kobiecie z penisem.
Jak się okazało po wygóglowaniu nie był to W. D. Wattles, tylko to Charles F. Haanel!
Haanel jest twórcą systemu uniwersalnego klucza.

Końcówka tej serii snów Pawła bardzo mnie rozbawiła. Uświadomiła mi, że moja naturalna droga współpracy ze snem i odblokowywania energii prowadziła mnie tam, do źródła sama w sposób konsekwentny w długim odcinku czasu. Najpierw, kilka miesięcy wcześniej wraz z odpowiednio wysokim transem zamanifestowała się energia błogosławieństwa, którą zademonstrował mi mój wyższy aspekt pod postacią znanego kołcza. Potem androgyniczny cień, który we mnie wniknął, następnie unia z ujawniającym się stopniowo Hermafodytą, a teraz źródło obfitości! Wszystkie te śnione przypadki zachodziły ze sporymi przerwami w czasie. Również nie miałam pojęcia czym właściwie jest źródło obfitości, kojarzyłam je z baśniami o wodzie życia, a z całego wielkiego ruchu pozytywnego myślenia z przełomu XIX i XX wieku w Stanach Zjednoczonych czytałam dawno temu jedynie książkę Murphy`ego.
Hm, teraz – ponieważ jestem przekonana, że sen poprzedza jawę, przegrupowując psychikę, oczekuję, że cośkolwiek z tego zaznam w rzeczywistości. Bo inaczej po co śnić?

*

Dla chcących poznać zasady śnienia progresywnego, śnienia wspólnego i podstawowe choćby symbole możliwe do odczytania z takich snów polecam Glosariusz, czyli prościej mówiąc „Sennik Jarosława Bzomy”, którego zostałam skromną redaktorką.

Reklamy

Wspólne śnienie. T-rex

TEMAT 1

Dobraliśmy się spontanicznie, nie znając się osobiście.

Uczestnicy: Ewa Sey (ES) – spod znaku Koziorożca, Paweł Zacher (PZ) i Jola Michałowska (JM) – oboje spod Ryb.

Na wstępie zadałam pytania o koszmary oraz, czy kiedykolwiek śnili o dinozaurach. Jola zaprzeczyła w obu przypadkach. Natomiast Paweł…

ES: Miałeś koszmary?
PZ: Hmm, czasem tak. W dzieciństwie najwięcej. Aktualnie raczej nie.
ES: Czy śniły ci się kiedykolwiek dinozaury?
PZ: Taaaaak. Zjadały mnie. Zazwyczaj jakaś arena czy coś, ale to tylko w dzieciństwie. Pamiętam, że uciekałem z areny, po jakichś oponach się wspinałem wokół areny, albo że całe stado dinozaurów biegło i się kryłem.
ES: Widziałeś tyranozaura?
PZ: Tak.
ES: Jakie odczucie?
PZ: Tylko nie wiem, czy to nie z powodu filmu park jurajski. Ogromny i straszny. Zjadał mnie. Wiele razy i się budziłem. Potem już wiedziałem, że mnie zje i się obudzę.
ES: Ciekawiłoby cię pośnić w tym temacie?
PZ: Jasne.

cien

Pytanie przed pierwszym snem wspólnym: Kto/co stoi za postacią tyranozaura ze snów?
Jola nie zna pytania.

ES: sny z nocy 1.VII. 2018
Od razu poczułam jego bliskość. Co za potworność! Byłam w lekkim śnie, właściwie półśnie, dlatego udawało mi się trzymać dystans. Prosiłam też o ochronę wszystkie moje aspekty, czachulca i odmówiłam kilka razy modlitwę pańską, która mnie zawsze uspokaja. Panowała ciemność, pustka, zniszczenie, groza, cienie, wszystko atrybuty Pola umarłych koni, poziomu Nicości na granicy 8/9. Trudno oddać to, co czułam. Były to zmienne nastroje, podminowane paniką mojego „zwierzątka podświadomości” i jednocześnie chęcią przyjrzenia się grozie bliżej i panowania nad sobą. Lękałam się też trochę o współspaczy, może niepotrzebnie wkręcam niewinnych ludzi w taki ponury i, a nuż niebezpieczny temat? Potem weszłam w głębszy sen.
Pamiętam jakąś pochyloną upadającą instalację, była lekka, jakby z plastiku w pastelowych barwach jasnej żółci, pomarańczu i błękitu, przypominała regał z półkami, na których były okrągłe wgłębienia, jak na talerzyki czy kubki, poplamione nieco jakimiś rozlanymi nieczystymi płynami. Akcja toczyła się we wnętrzu mojego domu, który był inny, niż w rzeczywistości i ciemny w środku. Jakiś młody mężczyzna [przewodnik snu] nagrał wideoklip [taśma pamięci], a nic nie pamiętałam. Poprosiłam go, aby odtworzył i przypomniał mi, w czym brałam udział. Powróciłam w ten sposób do czasu, gdy grałam w siatkówkę z drużyną przeciwną. Nie grało się piłką, ale liściem czerwonej kapusty, który był właściwie siny, ciemnogranatowy. Odbijało się go nie rękami, ale trzymaną w ręku pałką w kształcie dużej drewnianej warząchwi [Karma]. Liść był lekki, zwiędły, ja niezbyt silna, uderzałam w nadlatującą kapustę, ale ona nie leciała prosto za siatkę, tylko jak to liść unosiła się w górę i opadała bezwładnie obok. Nawet, gdy udało mi się ją kilka razy trafić, to i tak upadła po naszej stronie boiska. W końcu przy ostatnim gemie dramatycznie chwyciłam nieprzepisowo ów liść i przerzuciłam go rękami za siatkę. Za siatką rozpoznałam w jednej z przeciwniczek dawną znajomą (homoseksualistkę-artystkę), uśmiechającą się z przekąsem na te moje wysiłki, była już starsza i brzydsza, niż ją pamiętam z jawy. Wstrząsnęło mną to, bo była to osoba, która nie cierpiała mojego „determinizmu” i poddawania się „woli gwiazd”, zamiast uporczywie szukać szczęścia wbrew niej. I nagle śpiąca z głową w dole prawej stronie (lekko za mną) Ekranu Snu moja domowniczka zaczęła się wybudzać z tego wideoklipu. Było w niej teraz coś gadziego (pokrewnego z grozą tyranozaura), ponurego, okrutnego, bezwzględnego. Powiedziała coś szybko przez sen, ale nikt nie zrozumiał co. Tym bardziej ona natychmiast to zapomniała, albo nie była tego w ogóle świadoma. Przez chwilę zdawało mi się, że przez jej usta padła obietnica, że wywlecze mnie na 13 metrów za dom w samych skarpetkach i tak zostawi. Zmroziło mnie to, ale we śnie zdawałam sobie sprawę, że nałożyły się warstwy świadomości i nie wiadomo co jest czym i czego dotyczy, i z jakiego czasu pochodzi.
Potem znalazłam się z innym młodym mężczyzną w jakimś wnętrzu. Pomyślałam od razu, że to Paweł. Odnawialiśmy pusty pokój pomalowany na biało. To miała być nasza pracownia. Trzeba było najpierw przetrzeć zabrudzenia na ścianie, poznaczonej czarnymi rysami i zadrapaniami, aby ją znów pobielić. Robiliśmy to każde w innym rogu pokoju. Nagle doszliśmy do jednej konkluzji. Spod białej farby zaczęło się wyłaniać czarne tło, poznaczone białymi liniami drobnych napisów, robionych jakby wydrapanymi kreseczkami/rytami. [Tak się śnią tzw. klątwy rodowe, negatywne zapisy w kodzie genetycznym rodu rzutujące na fatalne wydarzenia w życiu]. Poczułam myśl Pawła, że to jego pamięć dawnych egzorcystycznych zainteresowań i wnętrze zostało stworzone pierwotnie przez jego mistrza-czarnego maga. Nie została usunięta, ale tylko zamaskowana!
– Spierdalajmy stąd! – wykrzyknął i uciekliśmy stamtąd jednocześnie.
Zasnęłam jeszcze raz przed porą wstania. Pamiętam tylko siebie i Pawła we wnętrzu niewielkiego namiotu foliowego (cieplarni) w kształcie piramidy [matrix]. Konstrukcja była z cienkich drewnianych prętów, folia stara i słabo prześwitująca, taka tymczasowa szopka obliczona ledwie na kilka sezonów trwania. [Materiały minusowe, podróbka].
Wstałam nieco rozbita emocjonalnie, rozchybotana. To po pewnym czasie zwykłej codziennej pracy unormowało się.

Ten sen ma różne warstwy znaczeniowe. W najprostszej zapowiedział konflikt w życiu osobistym, (atak destrukcji, na szczęście opartej na fałszywej przesłance jak to film, wydarzył się z ogromną mocą kilka dni później) i zachwiał mocno moim poczuciem stabilizacji. Rozbudzając depresyjne wnioski z dotychczasowego życia, że poddałam się bezwładnie okolicznościom, zamiast walczyć o swoje i odparowywać odważnie ciosy i zarzuty.
W innej warstwie ilustruje sposób przegrywania ogólnie rzecz biorąc. Mówią ci na starcie, że jesteś be, nie mieścisz się w standardzie, że trafisz za to, kim/czym jesteś, co czujesz i co robisz do piekła, bo Bóg tak powiedział, albo obyczaj czy tradycyjne prawo odrzuci cię na margines społecznego bytowania, opluje, wyśmieje, wydrwi albo ukamienuje. I popadasz w zmieszanie, zwątpienie, autodestrukcję, niewiarę w swój potencjał i postawę, wybory i decyzje. Wzmacniasz tym byt „zła osobowego” i trudzisz się bez sukcesu albo bez satysfakcji. Tracąc dojście do źródła mocy w sobie, okradziona/y z energii. Na tym polega ziemska rozgrywka, igranie z „potępieniem wiecznym” i poddaniem się losowi, określonemu przez mniemanie większości.
Jednak był to sen na życzenie, mający zawierać odpowiedź na zadane pytanie. Dlatego znaczenie dywinacyjne i psychologiczne/psychoterapeutyczne znalazło się w nim przy okazji.
Ta sama treść rozpatrywana topograficznie mówi: Tyranozaur (czymkolwiek/kimkolwiek jest owa istota śniąca się pod tą postacią) buszuje na poziomie 8, jako niszczyciel, strach i śmierć. Dotarł tam jako kontroler. Kiedy się tam pojawił instalacja światów zachwiała się. Wielu upadło ze swych zdawało się – stałych i wygodnych pozycji. Istoty z Nieprzejawienia prowadzą niejedną grę, przerzucając na siebie winę (liść kapusty w kolorze „zła osobowego”, kapusta jest warstwowa, więc chodzi o fragmentaryczną świadomość ciała 1-5, popadającą w iluzję tego lub owego, potępioną przez prawo – czerwień i wepchniętą w minusowość – kolor granatowy, przez co musi powtarzać doświadczenia w Małej Karmie) i igrając z potępieniem, które jest urojeniem patrząc z wyższych poziomów. Jedna ze stron wykazała bezwład – dała sobie odebrać na jakiś czas pewność swego, co spowodowało, że zachwiała się równowaga, choć w ostatniej chwili zerwała z przyjętymi zasadami, by jednak mimo wszystko wygrać rundę. Odtworzenie minionego czasu z taśmy video to pętla czasowa, czyli informacja o zamkniętym/odizolowanym świecie, w którym świadomość kręci się deterministycznie w kółko, i musi zdobyć się na nadzwyczajny wysiłek, aby się z niego wydostać. Tyranozaur zapowiedział (opętując świadomość teraźniejszą – nie ma więc mocy pojawić się osobiście – stamtąd, gdzie tkwi, w przeszłości, stąd film we śnie), że dotrze aż do zwierciadła (13) i przepędzi boskich graczy (homoseksualistka=androgyn) zostawiając ich w materii (skarpetki) bez pomocy odgórnej. Może być zatem formą cienia Stwórcy, który chce przejąć dyktat w tej grze. Najstraszliwszą maską Boga. Mój cień ze snu, opętany przez przypomnienie jakiegoś aspektu duszy, który w minionym cyklu brał udział w grze po stronie gadziej, zdradził zamiary tamtej istoty/rasy.
Znajdujemy się w świecie, którego zasady są zdominowane przez ciemność i podyktowane przez gadziego kontrolera. Można się łudzić, że wystarczy myślenie pozytywne/praktyka duchowa i oczyszczająca, aby przestawić rozwój w materii i oczyszczonym ciele 1-5 na dobre i pomyślne tory, zmienić przeznaczenie i osiągnąć stan wyzwolenia. Odkrywamy, że tak nie jest. Że światło zostało zmanipulowane i odcięte od źródła nawet na wysokim poziomie (biel to poziom Nadduszy), w świecie przejawionym jest pozorem, zakrywającym prawdę budzącą paraliżującą grozę (czerń jest barwą Nicości i granicy 8/9, przejścia przez śmierć w Poza-czas). Tego biegu spraw strzeże jakaś stara klątwa, umowa między światłem i ciemnością (barwy były zrównoważone – na czarnym tle białe napisy, na białym – czarne). Naszą siłą jest uświadomienie sobie tego i ucieczka w porę. Skąd? Z materialnej przestrzeni, obwarowanej fatalnym przeznaczeniem nie do przezwyciężenia od wewnątrz. Nim krwiożercza bestia zaatakuje w zgodzie z umową odgórnych potęg. Być może ów zryw i świadomość mają się zrodzić dokładnie w chwili, lub tuż przed atakiem (czymkolwiek on ma być) tyranozaurusa rexa, czyli króla tyrana dinozaurów?
Foliowa piramida/ uosobienie systemu doskonalenia, nietrwała drewniana-minusowa i przemijająca konstrukcja mówi, że Czas zakłamanej Wiedzy o świecie się kończy. Czas jest bliski. Iluzja pryśnie (a raczej się rozsypie, jak słaby tymczasowy stelaż). 

A jakże, szukałam informacji w tekstach Jarka Bzomy. Znalazłam to, co u wszystkich, filozofów, buddystów, zenowców, psychologów głębi i psychiatrów. On nie śnił dinozaurów. (Zdaje się, jest nas śniących o nich spontanicznie, stosunkowo niewielu). Dla uzupełnienia wniosków daję wypis na temat zbliżony. A jednak inny, bo mowa jest o humanoidalnej istocie, a nie Zwierzu (tak, muszę wziąć tę hipotezę pod uwagę, że jest tym samym Zwierzęciem/Bestią, o którym opowiada widzenie Jana!).

J. Bzoma: „Przy przekraczaniu Nicości (8/2) najpierw trzeba pokonać nasz największy cień, Czarnego kolosa (8/1), którego uosabia się z Diabłem czy demonem. To najdłuższy cień, jaki stworzyła nasza ludzka świadomość pod przewodnictwem duszy indywidualnej, uwięziona w Małej (1-5) i Wielkiej (6-8) Karmie. Często jego, czyli naszym przewodnikiem jawi się biały lub czarny pies, pojedynczy z jedną głową, nie tak jak strażnik granicy 5/6 trójgłowy lub trójosobowy Cerber. To Nigredo i Albedo. Pojawiają się albo jeden albo drugi. Albo nas wprowadzają w głąb Nicości 8, albo nas odganiają. Oczywiście czarny dryblas jest naszym odbiciem w niewidocznym stąd zwierciadle, w ścianie Szczeliny 8-12, która stąd wydaje się czarna. Jeżeli uda się nam rozpuścić ów cień pójdziemy dalej.”

Hm, jedynym sposobem na „rozpuszczenie” tyranozaura-smoczego nielota jest dać mu się zjeść. Przejść przez jego gardło i odbyt. Gdzie wtedy trafimy, porażeni największym przerażeniem z możliwych do zniesienia?

Ha, o smoku, jak wszyscy królowie intelektu, też Topograf napisał. Posłuchajmy.

Smok zapewne odpowiada upadłemu aniołowi, Smokowi Przedwiecznemu, ale to nic innego jak wola zstępująca w Przejawienie, wyłaniająca się ze Szczeliny 8-12, pierwotne byty przejawiające się (dualizm skrzydeł), wychodzącymi z Nieprzejawienia przez bramy Nicości 8/2 (ogień). Z tymi aniołami bywa inaczej, niż nam się wmawia. Najpierw muszą „upaść” w Przejawienie, aby potem „wzlecieć” ku Nieprzejawieniu. Smok, czyli skrzydlaty wąż często bywał utożsamiany z Jezusem, tj. ukrzyżowanym wężem. Alchemicy określali go Merkuriuszem. Umarł i zmartwychwstał, mamy zatem w symbolu smoka-węża/Jezusa-Szatana (czyli Logosa) zawartą całą historię Przejawienia.”

Otóż nie mogę uznać tyranozaura za smoka/węża skrzydlatego, ani upadłego anioła, bo nie ma on skrzydeł w tych snach, wygląda dokładnie tak jak tyranozaur, dziki, obdarzony niesamowitym refleksem, sprytem i instynktem przetrwania, upstrzony barwnymi łatami, biegnący z głosem przypominającym wysoki, częściowo niesłyszalny, paraliżujący gwizd, kłapiący zabójczo zębatą szczęką gadzi potwór. W moich snach był istotą dziką i nieokiełznaną w swojej prymitywnej okrutnej pierwotności. Acz szczelnie zamkniętą do wyznaczonego czasu w przestrzeni zawarowanej i pilnie strzeżonej. Historia Przejawienia jest chyba bardziej skomplikowana, niż streszczona w zacytowanym powyżej zdaniu, a prędkie utożsamienia jednego z drugim mogą wprowadzić czytelnika w pomieszanie pojęć. Być może zresztą o to chodzi owej bestii, która wlazłszy gdzie nie trzeba zaczęła odgrywać w świetle projektora/Zwierciadła (poziom 13) boskie formy Wielkiego Czarnego, Demiurga, Serafina, cienia samego nieprzejawionego Boga. I zwodzić na manowce tych, którzy gną przed nimi kolano. Przynajmniej ja, czytając coś takiego, nie tylko u Topografa, popadam w szczególną czujną ostrożność. 

Sny Pawła z tej samej nocy, a raczej poranka:

Jestem w domu, podchodzę do okna, jest noc, widzę na niebie statek ufo! I to dość blisko, nagle zakręca i leci w stronę domu. Wystrzeliwuje coś do piwnicy. Ale nic nie wybucha. Uciekamy całą rodziną do piwnicy. Wchodzą obcy w skafandrach i strzelają, chowamy się. W piwnicy staję twarzą w twarz z jednym z nich. Patrzę mu prosto w oczy, wydaje się być jak bestia, dzikie zwierzę, które można opanować. Wyciągam rękę przed siebie, żeby we mnie nie strzelał. On we mnie celuje. Otwiera kask i wręcza mi broń. Jest po naszej stronie? Początkowo mówię, żeby zabrał broń, bo szli kolejni, którzy, jak zobaczą, że mam broń to nas zabiją, a tylko ten jeden był dla nas miły, strzela do nich. Ja chyba też strzelałem. Coś się podziało i jest walka z ogromną anakondą. Która umie latać.

W drugim śnie: śnił mi się dziadek, który umarł 3 miesiące temu. W śnie wydaje się, jakby żył, tzn. jakby wrócił. Umarł, ale wrócił i jest z nami znowu. Mówił: dlaczego nie chcemy mu pomóc i znaleźć jakiejś innej formy leczenia. Dziadek szukał aparatu do pomiaru cukru, wśród papierów z wynikami badań. Miało być jakieś badanie krwi. Jestem z ojcem jakby w szpitalu. Trzymam ogromną strzykawkę. Ojciec się śmieje, że gdybym nią się wkuł w żyłę, to ją całą przetnę i się wykrwawię – mowa była o aorcie. Pod koniec snu byliśmy smutni licząc na to, że jest szansa, by dziadek znowu ożył???

Piwnica traktuje o czymś z przeszłości. To światy podziemne i minusowe. Zejście do niej jest zstąpieniem do niższego świata, aby się schronić przed skutkami czegoś na niebie. W efekcie wojny w przestworzach 6-8, czyli legendarnej wojny bogów? Jest w nim podłączenie do gadzich istot, niekoniecznie do końca wrogich. Współpraca z nimi zostaje zawarta jakby pod presją innego wspólnego zagrożenia (anakonda). Wąż to postać energii, fali, ale także genetyki, latający, może chodzi o jej możliwości wzbicia się/ewoluowania na wyższe poziomy?
W drugim śnie uosobieniem tej umarłej pamięci/zakończonej fazy doświadczenia jest dziadek. Jego powrót to pętla czasu, świat zamknięty w obrębie koła karmicznego. Cukier oznacza słodycz, miłość, coś odwrotnego do agresywności i złości gadoidów. Uporczywe poszukiwanie sposobu na wejście na wyższy poziom w posiadanej, starej ludzkiej formie. Czyli gra ewolucyjna toczy się od dawna na Ziemi (stąd arena w Pawłowych snach o tyranozaurze) i wraca w powtarzających się cyklach czasu ciągle do punktu wyjścia. Strzykawka symbolizuje chęć wkłucia się w serce (aorta).

„Duchowe serce, mistyczne, a nie organ, to nic innego jak punkt połączenia/kauzal 5” – pisze J. Bzoma – „ Niektórzy sufi mówią, że to miejsce słodkiej wizji, brama boskiej miłości, większość sufich jednak uważa, że to pole bitwy dwóch armii”.
I jeszcze: „Serce z poziomu 8/3 zamknięte, lub otwarte dla poziomu 7/7+ równa się zgodzie, albo jej brakowi przy wstępowaniu w Szczelinę Nieprzejawienia 8-12. Gdy pełne krwi to doświadczenie spotkania z Czerwonym <10.” Czyli z Panem Wielkiej Karmy.

Dziadkowi nie zależy na tym spotkaniu, czyli w poprzednim cyklu chciano kwestię krwawej ofiary ominąć i przezwyciężyć przeznaczenie naszego świata określone przez Wielką Karmę. Smutek jest zastanawiający. Czyżby ktoś chciał/lub już podjął znowu próbę wskrzeszenia czegoś z przeszłości? Co nie wykazało się stosowną dozą empatii i zostało wykasowane w minionej erze?

PZ: Tak sobie myślę. O tym, że są to gadoidy, to już wcześniej wiedziałem. Generalnie w wizji przed zaśnięciem widziałem jakby naukowców, którzy kreowali ten sen w jakimś stopniu, jakby tego tyranozaura sami specjalnie ustawiali. Żeby coś osiągnąć.
Ten wąż mnie ciekawi bardzo. Chyba zapytam o niego dziś w nocy, bo oni wszyscy z nim walczyli, byli tam też inni ludzie. To wyglądało, jakby go nie chcieli wypuścić dalej, tego węża. Żeby się nie przedostał dalej, ale spotkanie oko w oko z tym obcym też było ciekawe bardzo. W jego oczach była zwierzęca natura.

anakonda

Ciekawa jest sprawa z anakondą. Być może to genotyp starych olbrzymich istot, gigantów, biblijnych Nefilim, które zostały wyniszczone z najwyższego polecenia. Jest to w końcu wąż, którego wielkość i długość obrosła w pradawne legendy. Można sobie o nim poczytać choćby w Wikipedii, pod hasłami Sucuriju gigante (anakonda olbrzymia) i Anakonda zielona.

Jarek Bzoma tak wyjaśnia postać węża:

Wszelkie węże we śnie to reprezentacja przestrzeni Duszy szeroko pojętej 6-8. Tak umysł interpretuje falowód tej przestrzeni, jako wodę/ocean, albo jako węża/węże. Fala nie płynie, tylko stoi. Rozwinięcie Kundalini jest tak naprawdę rozprostowaniem zwiniętej i zaburzonej karmicznie fali tego oceanu. Na poziomie 7, gdzie znajduje się biblijny Raj, może pojawić się we śnie ogromny rajski wąż, z którym spotkanie nie jest przyjemne i budzi wielki lęk. Jest strażnikiem uniemożliwiającym powrót przez granicę 5/6.”

Jeśli był to ów strażnik, to sen traktuje o wspólnym interesie ludzi i gadoidów, tych co zleciały z nieba, (dinozaury drapieżne, według niektórych nie są stricte ziemskim gatunkiem i pojawiły się nagle ni stąd ni zowąd pośród całkiem inaczej ewoluujących ziemskich gadów), uwięzionych w niższej przestrzeni naszej planety. Chcą się wydostać, tak jak my, na poziom, gdzie możliwa jest rajska nieśmiertelność.

Kolejna noc z zadaniem na temat tyranozaura, a raczej teraz anakondy ze snu PZ. Niestety u Pawła i mnie – sny nie na temat. Śniła za to Jola (JM). Przypominam, że nie znała tematu naszego wspólnego śnienia.

JM: Hej. Śniły mi się dzieci w korytarzu, w takim przedpokoju. Biegające, rozrabiające, takie dzikie. Odpowiedź: „takie jak dzieci w wieku przedszkolnym.”
ES: Dużo było tych dzieci, jeszcze jakieś charakterystyczne szczegóły?
JM: Kilkoro. Grupa. Niby razem, ale każde osobno. Tak jak naprawdę przedszkolaki razem w grupie, ale każde w swoim świecie.
ES: Barwy, nastrój…?
JM: Nastrój dzikość. Ściany drewnem obite. Taka boazeria.
ES: Wrażenie ciasnoty, zamknięcia?
JM: Tak. Mało miejsca miały. Obijały się o siebie.
ES: Nie były na to złe?
JM: Tak, raczej nie bardzo wiedziały, w którą stronę biegać. Były takie dzikie i zdezorientowane. Po ścianach biegały nawet. I był półmrok. Nie było jasno, słaba żarówka.

Jola śniła o włączeniu starej świadomości w nowe formy, próbie ewolucyjnego ucywilizowania jej przez wprowadzenie do gry. Korytarze to zwoje mózgowe, intelekt, logika. To też symboliczny labirynt, a więc pułapka karmiczna 1-5. Drewniana boazeria mówi o minusowości, czyli zmierzeniu się z pojęciem zła, bycia złym, potępionym. Ludzkość jest taką próbą stworzenia nowego rodzaju istoty, łączącej w sobie pradawną dzikość i agresywność z mocą rozumu i serca. A raczej mającą zdecydować, w którą stronę rozwoju podąży. Jeśli, oczywiście ukończy wstępne przedszkolne nauki.

18 lipca Paweł znów śnił na temat.

PZ: Byłem na jakiejś wyspie, wędkowaliśmy i ktoś wyłowił niby suma, który okazał się ogromnym aligatorem. Trzymali mu pysk, a potem już nie dali rady i zmienił się w tyranozaura. Wspiąłem się na ogrodzenie wokół wyspy (znowu jakby arena), rozbiłem szybę, zeskoczyłem i zacząłem uciekać przed nim. Mówił, że zawsze będzie mnie gonił, aż mnie dopadnie. Zawsze będzie tuż za mną.

Jak cień. Rodem z przeszłości. Hm, swoista gwarancja wiecznego postępu.

Jarosław Bzoma:

„Cień to poziom 8/1 Nigredo/Albedo, jego wielkie zniekształcenia, które wypełniamy urojeniową treścią indywidualną na każdym z poziomów Świadomości Przejawionej, stąd wielość cieni. Cień jest tej samej płci, co doświadczający jego obrazu. Może śnić się jako postać za plecami, niesiona na plecach, bagaż na plecach, lub jako osoba widziana od pleców okiem śniącego stojącego z tyłu za nią (wtedy to opętanie przez cień lub głodnego ducha). Jak zwykł mawiać Jung; im bliżej Źródła Światła, tym rzucany przez nas cień staje się potężniejszy, oczywiście urojeniowo. To nic innego, jak osobista karma czyli forma, która nas tu organizuje, póki nad nią nie zapanujemy.”

Zamieściłam na Transwizjonie „Opowieść Ogrodnika”, żeby przekazać sprawę tyranozaura z moich snów. Przemyka tam jako cień rzucany z zewnątrz na zasłonięte okna pałacu Ogrodnika (w którym było centrum zarządzania). Nie był humanoidem, ani nawet skrzydlatym smokiem. Czyim więc mógł być cieniem?
Nie jest to jedyny sen o nim, ani jedyne opowiadanie napisane na bazie przekazu we śnie. Postaram się istotne fragmenty tych dalszych opowieści dać z czasem na blogu. Rzucą pewnie więcej światła na tę historię, na dzieje świata, w którym wszyscy w końcu tkwimy i choć jest on ponoć iluzją, i nasze cielesne i osobowościowe formy też są iluzją, to jednak warto może odkryć co jest w naszych przekazach i snach baśnią, co symbolem/przenośnią, co skrótem myślowym/informatycznym, co absurdalnym przedmiotem wiary, i jak się miały ha, iluzyjne fakty do jakże iluzyjnej prawdy. Jeśli progresywne śnienie nie pomoże znaleźć tej odpowiedzi, to już tylko wypada nam uruchomić wehikuł czasu i przenieść się w pradzieje Ziemi, aby poznać rzeczywistość i rzeczywiste przyczyny obecnych kłopotów ludzkości.

PZ: Hmm, ciekawe. Fajnie się czyta. Wychodzi na to, że tyranozaur to pierwotna dzika i „zła” energia, którą ciężko ujarzmić i teraz znowu na ziemi mamy szansę zmienić tego dzikiego zwierza wewnątrz planety i pójść w stronę braterstwa, jako planeta. A skubaniec mnie gonił nawet poza areną we śnie! [Potwierdzenie, że dotarł aż do granicy 8/9! i sterroryzował wyższe istoty jako pan czasu] On jest częścią naszej natury w takim razie. Albo tym, co trzeba zmienić, krzyżując z naszą wrodzoną naturą?

23.VII.2018 PZ: Hej, tyranozaur znowu mi się śnił. [Przy okazji innej intencji, którą sobie zadał i która brzmiała:] Jaki jest poziom urzeczywistnienia Namkhai Norbu?

Czogjal Namkhai Norbu – ur. 8.XII.1938 w Derge we wschodnim Tybecie (Kham), buddyjski nauczyciel przekazujący nauki Dzogczen i Anujogi. [Wikipedia]

okladka

Pomijam tu pierwszy sen, który odpowiedział na to pytanie, jako będący nie na temat. Zainteresowanych poziomem urzeczywistnienia mistrza i porównaniem go z Tenzinem Wangyalem Rinpocze odsyłam bezpośrednio do Pawła. W następnych snach – można powiedzieć – Namkhai Norbu osobiście zaszczycił nas pomocą w zrozumieniu badanej kwestii!

PZ: Wczoraj śniłem, że Namkhai Norbu zabrał nas na wyprawę w góry. Był naszym przewodnikiem. Wyglądał na takiego, który robi to od lat, urywał nam zbędne dyskusje i wyruszyliśmy w drogę wchodząc pod lekką górkę. Chciałem nazbierać grzybów, po lewej stronie ekranu śnienia był las. Niestety, Namkhai Norbu skarcił mnie delikatnie, że nie mamy czasu na takie odstępstwa od wędrówki. I nikomu te grzyby nie są potrzebne, tylko przez nie stracimy czas i nie dotrzemy do celu w wyznaczonym czasie.
Dziś. Poprosiłem moją duszę, by udała się do Namhkai i zobaczyła jego najskrytsze myśli, których nikt nie zna. Podczas wyrażania intencji miałem wrażenie ruchu i jakbym wskoczył w pole auryczne mistrza. Zasnąłem.
Ktoś wyjaśnia mi, czym jest naturalny stan umysłu, a raczej ja sam. Było nas 2. Obserwator i ja Paweł. Odczuwam ten stan, mówię: kurczę, to nie ma żadnych fajerwerków tylko obecność bez żadnych wyobrażeń typu jakieś jidamy, przestrzenie itd. Tylko obecność, świadomość, ale to piękne uczucie, choć odrobinę inne, niż z medytacji. Widocznie w medytacji sam coś dokładam, a to była czysta natura umysłu (rigpa)?
Byłem z ojcem nad rzeką (Wisła), w wodzie znajdowało się mnóstwo ryb i to różnego rodzaju, w tym nawet kolorowe, tropikalne, spotykane na rafach koralowych. Ryby się nie bały i swobodnie przepływały obok nas, nawet dawały się dotykać rękoma po swoich ciałach. Uznaliśmy z ojcem, że jest to super miejsce na wędkowanie. Tylko na Wiśle trzeba wykupić opłatę za połów.
Brodząc w wodzie do pasa znalazłem żółwia! I to nie żółwia wodno-lądowego, tylko typowego lądowego żółwia, który wyglądał na wyrzuconego przez ludzi. Miał wielkość zaciśniętej pięści. Zabrałem biedaka na ręce i jak się okazało, w żółwiej skorupie mieszkał mały TYRANOZAUR! Który się dość rzucał i chciał mnie ugryźć. Matka przechodząc obok prawie została przez niego ugryziona. Postanowiłem, że zatrzymam malucha i oswoję go, choć rodzice mi to wybijali z głowy. Uznałem, że jak się nie sprawdzi to wstawię post na facebooka, że znaleziono żółwio-dinozaura i czy ktoś przygarnie.

Paweł dostroił się do poziomu Obserwatora, czyli 7. Różnorodne ryby – to różne rasy i cywilizacje z obszarów 6-8 (tropiki, laguny, archipelagi). Wisła to strumień Świadomości ku Przejawieniu w formie ludzkiej (polska rzeka, Polacy w naszych snach to ziemska rasa w ogólności). Żółw – podpora Ziemi, jego skorupa symbolizuje w I-Cing sferę wokółziemską i mapę świata, zatem tyranozaur opanował całkowicie jeden ze światów, „wyżerając go od środka” i choć pochodzi ze sfery małej karmy to „wyrzucony” na czas rozwoju ludzkości znalazł się w przestrzeni wyższej 1-8 (jako zwierz ziemski 1-5 w wodzie 6-8). W skali wszechświata to lokalny ewenement, ale zajęto się nim, usiłując włączyć odizolowaną groźną formę w pole świadomych istot, przyłączyć pierwotną agresję i dzikość do Świadomości. Oswajaniem go mieli zająć się niebiańscy ochotnicy, z własnej nieprzymuszonej woli.
Swoją drogą, jeśli największą tajemnicą nauczyciela buddyjskiego jest wiedza o tyranozaurze, to można zinterpretować nauki buddyjskie pomijające kwestie moralistyczne jako pewien kamuflaż. Motywowany niepotrzebnością skupiania się na grzybobraniu (braniu halucynogenów czyli wchodzeniu w iluzyjne światy po drodze do odzyskania pełnej Świadomości) w zielonym lesie duchowych wyobrażeń, gdyż cel jest gdzie indziej (dalej/wyżej), inny i ważniejszy. Buddyzm nie straszy Bestią, jak chrześcijaństwo, starając się przejść cichaczem mimo, nie budząc niepotrzebnie niepokoju, ani jego źródła. Choć wychodzi na to, że przynajmniej niektórzy urzeczywistnieni mistrzowie o nim wiedzą.

PZ: Zadałem kolejne pytanie: „Co mam z nim zrobić” albo: „co on oznacza”, już sam nie pamiętam.
Jestem na budowie u kolegi, mówi, że zmienił pracę i mu tu dobrze. Rozleniwiony siedział na fotelu – miał właśnie przerwę i opowiadał, że my na nic nie mamy czasu, bo nas wciąga internet, on nawet telefonu nie ma ze sobą i praca mu idzie wyśmienicie i jeszcze do tego ma kupę czasu na relaks.
Wychodzę przed dom, widzę ogromny kombajn, który właśnie skończył żniwa i podjechał, by zsypać zboże do przyczepy. Podchodzę do niego i nie widzę żadnych ostrzy, które cięły słomę. Trochę mi się to wydaje dziwne. Za to z przodu jest pojemnik pełen zboża i różnego rodzaju robactwa oraz pełno węży! Są dość kolorowe, czarno żółte, bądź czarno niebiesko fioletowe.
Kombajnistów było dwóch, jeden łysy. Strasznie się z nich lał pot, mieli poubierane skórzane kombinezony. Byłem zdziwiony, że pomimo takiego upału oni chodzą w skórzanych strojach. Wspominali, że są od rana na tym polu i jedli śniadanie o 12, byli po drodze na pole w sklepie kupując coś do picia i ekspedientka ich strasznie oszukała, bo skasowała im za napoje około 50 zł.
Poszedłem gdzieś dalej i ukąsił mnie w lewą goleń wąż! Był to mały, czarny lub brązowy zaskroniec. Miał wielki łeb i cienki tułów, podobny był do kijanki, po ugryzieniu od razu umarł jak pszczoła. Miał może 10 cm długości, a łeb wielkości pięści. Nagle pojawiło się krzesło, na którym siadłem i trzymałem nogi w górze, by żaden inny mnie nie ukąsił. Siostra wraz ze szwagrem przybiegli mi na ratunek przed wężami, byli zdziwieni, że nie wołałem o pomoc, przecież byli nieopodal. Ułożyli na trawie kilka poduszek, po których przeszedłem. Na podwórku przy domu rozmawiałem z dziadkiem, który mówił, że rana mi się otwiera, ale mam szczęście, że to zaskroniec.

Na spokojnej dotąd planecie, oddalonej od prężnego i nowoczesnego życia wszechświata (internet – wymiana informacji, ewolucja Świadomości)  pojawia się coś, co psuje zbiory, pożera je i zmienia/różnicuje genetykę (robaki i węże). Pojawiają się strażnicy – dwóch strumieni świadomości (jeden łysy), pochodzą zza zasłony (poziom 12, ubrania ze skóry) i działają na poziomie 8 (upał), Żniwiarze, Monroe-owscy „zbieracze luszu”. Coś niepomyślnego dzieje się na poziomie 5, nie mogą skończyć pracy, tracą energię i równowagę karmiczną (50 zł). Brak zębów w kombajnie może oznaczać system nie potrzebujący do tej pory ostrych rozwiązań, cięć, zbyt łagodny, aby sobie poradzić z pasożytami. Zaskroniec nie jest jadowity, ale jest gadem. To może jakiś rozłam w gadzich rasach? Niektóre ofiarnie (jak pszczoła) posłużyły do połączenia swojej krwi z krwią wizytujących istot, które w ten sposób poczuły się bezpieczniej i rozsiadły się w ziemskiej przestrzeni (krzesło) zasiedlając i oswajając ją niejako (poduszki to zabezpieczenia przed zimnem, ciepło, anty-minusowość), strzegąc także zasad duchowego rodzaju (uniesione stopy nie dotykające ziemi). Połączenie z gadzią bezkrwawą rasą bywa przykre i bolesne dla niektórych, ale nie jest tak straszne, jak atak drapieżnego tyranozaura. Poza tym, są to atawizmy psychiczne z dalekiej przeszłości, której warunki i formy wymarły. Sposobem ich przezwyciężenia jest osiągnięcie stabilnego stanu umysłu i ze świadomością wyrozumiałe znoszenie bólu/cierpienia/niepomyślności, którego źródłem jest negatywna karma. Pojawia się też myśl, że ugryzienie tyranozaura, a nie tylko zaskrońca przynosi o wiele gorsze skutki. W rodzaju trwałego pozostawania w dolnych światach przejawionych? piekłach? A może wyrzucenia świadomości w czas początku i rozpoczynanie ewolucji od nowa? Hm, przyzwoity buddysta o wiecznym potępieniu z pewnością nic nie powie, ani nawet pomyśli. 

PZ: Obudziłem się i poprosiłem o wprowadzenie mnie w ten stan przez Namkhai Norbu, bądź przez jakiegoś innego mistrza.

Śnię, że jestem na wycieczce, zwiedzamy jakiś obszar, jest to park zabaw? Są tam różnego rodzaju nowoczesne technologie, zabawki dla dzieci. Maszyny robiące maskotki itd. Moja dziewczyna chciała już iść, ale ja jeszcze zostałem, robiąc zdjęcia pięknych widoków. Przy fotografowaniu zauważyłem, że cała ta posiadłość jest jakby na ruchomej platformie i obraca się w lewo względem terenu, który tworzy tło! Przedziwne!
Moja dziewczyna gdzieś zniknęła i pojawili się moi koledzy. Chcieliśmy wracać, ale właściciel posesji nas zawrócił i zaproponował nam coś do zwiedzania. Zwiedziliśmy i znów chcieliśmy wrócić do domu, ale właściciel i jego pracownicy zaczęli być dziwnie stanowczy, byśmy jeszcze zostali na kolacji.
Zaczęliśmy jeść, ja zjadłem tylko odrobinę po czym przekazałem kolegom, żeby się wstrzymali, bo w jedzeniu są narkotyki! Zaczęło do nas przychodzić i kręcić się wokół mnóstwo pracowników, którzy piekielnie bali się szefa. Jeden z kolegów zjadł za dużo i był kompletnie naćpany, ja odrobinkę, ale czułem lekko objawy i zacząłem uciekać. Wyskoczyłem poza platformę, ale złapali mnie wojownicy od właściciela. Którzy chcieli mnie wręcz zabić! Byli w tubylczych strojach, spódnicach z liści. Mieli w ręku dzidy. Jak się okazało właściciel chciał, byśmy tam byli jak najdłużej, byśmy zostawili wszystkie pieniądze jakie mamy!
Początkowo mogliśmy odejść, ale im dłużej tam byliśmy, tym szef mniej był skory do pozwolenia nam opuszczenia jego świata, bo miał same zyski z nas!

Obrót w lewo – wir cofający Świadomość w czasie. Zapewne Paweł uległ złudzeniu, będąc w nieruchomym centrum widział świat obracający się w prawo. Narkotyki wprowadzają ją w coraz większą iluzję. Która wydaje się być na rękę szefa, Boga – bo to on jest przecież właścicielem centralnej posiadłości, ale który dla uczestników zaczyna grać rolę odwróconą, tj. istnego piekielnika, można w nim wyczuć kogoś strasznego, jak tyranozaur, który się nie pojawia osobiście, ale ma swoje sługi – działa zza zasłony? Dzicy ludzie to pierwotna prymitywna energia rodem z przeszłości, wyznawcy Zwierza uzurpującego miejsce i rolę boskiej istoty, który ma ambicję ujarzmić najwyższą Świadomość i stać się jej panem. Żąda ofiary z ludzi o wyższej/innej świadomości.
Kreator tego przejawienia nie chce wypuścić aktorów, którzy w nim utknęli wyżej. A może ich świadomość tak uległa złudzeniu, że zaczynają widzieć w Stwórcy bestię? Przedarcie się przez iluzję i strach, jaki budzi utrata przejawionej formy dla umysłu, wydają się wręcz niemożliwe. Jeśli nie zgodzić się świadomie na zostanie ofiarą/złożenie ofiary ze swego iluzyjnego życia. Nie ma z tej iluzji innego wyjścia.
Ot, nauczyciel pozwolił Pawłowi zjeść znalezionego w lesie grzyba.

Jarosław Bzoma „Czy Bóg jest zbiorem wszystkich Dusz?”:

„Obrót w prawo powoduje powstawanie czasu i przestrzeni. Wszechświat musi wirować w prawo i to ten ruch jest przyczyną powstania wszystkiego, co powstało. Dlatego Hindusi mówią o ubijaniu masła przez Boga w czasie stworzenia świata. Materia „wykrzepia się”/„koaguluje” w czasie ruchu wirowego Nieprzejawienia dokoła osi. Wtedy też powstaje czas i przestrzeń. Rdzeń jest w samym środku obrotu wszechświata. Tu powstaje pierwsza materia (Wielki Wybuch) i rozprzestrzenia się, „ciągnąc” za sobą przestrzeń. Ruch jest warunkiem podziału na postrzegającego i postrzegane, do tego właśnie „potrzebuje” czasu i przestrzeni aby wlec z opóźnieniem obwodu względem centrum. […] Wir, który obraca się w prawo, jest kobiecy, rodzi wszechświaty. Stan, Centrum, względem którego wiruje Nieprzejawienie, jest Bogiem. Względem Wiru obraca się pozornie w lewo. Albo odwrotnie, to Wir obraca się pozornie w prawo, bo Centrum wiruje w lewo. To nie do ustalenia, bo to jedynie iluzja obserwującego ten ruch „z zewnątrz”. Kiedy wiruje w lewo czas się „cofa”, a przestrzeń kurczy. Kiedy Wiry się znoszą w Punkcie Źródłowym mamy do czynienia ze Źródłem w stanie potencjalnym. Siłą rzeczy ta pozorność ruchu wnętrza i zewnętrzna powoduje, że zawsze obydwa ruchy są identyczne i sobie równoważne! A ich stan równowagi jest wieczną teraźniejszością.
Ruch w prawo wydobywa. Ruch w lewo pochłania. Gdyby ruch został zatrzymany, Świadomość przestałaby być świadoma samej siebie, czyli przestałaby być sobą. To dziwne, ale wydawałoby się, że końcem ruchu nawet takiego równoważącego się jest bezruch, ale bezruch można spostrzec jedynie względem czegoś co się porusza!”

Warto też zajrzeć do świętej Księgi Majów Kicze „Popol Vuh”, gdzie – jak domniemam – opisano przebieg ziemskiej gry od początku do końca (tego, który jest jeszcze przed nami-więźniami czasoprzestrzeni), a w niej pojedynek z zarozumiałą istotą uzurpującą sobie rolę bycia światłem stworzenia w czasach, gdy „nie było jeszcze widać słońca i księżyca”. Tu znajduje się w necie moja nader prosta (darujcie, ale zapisałam ją prawie 20 lat temu) próba wyjaśnienia tego starożytnego zapisu, czyli przetłumaczenia mitu z języka snu na język jawy.

Tak, zdaję sobie sprawę, że to dopiero początek… 😉 Drapieżne dinozaury w snach oznaczają też terror, terroryzm, korporacje „niszczące Ziemię”, tyranię systemu, fanatyzm, rasizm, dziki kapitalizm, totalitarny ucisk, niszczącą wojnę, masowy strach prowadzący do zezwierzęcenia. Tyranozaur oznacza przede wszystkim apokaliptyczną Bestię i koniec czasów, a zatem przeznaczenie/fatum, jak i samospełniającą się przepowiednię. Sterowanie umysłami poprzez sianie strachu. Z innej strony patrząc uosabia boską nieokiełznaną moc, źródło niszczącej energii, które nie poddaje się kontroli rozumu, pierwotny instynkt przetrwania, a zatem wolę życia przezwyciężającą śmierć. Pojawia się tyle pytań przy każdej z tych konkluzji, że może lepiej pomodlić się znowu o uświadamiający sen? 

Początek

sfery

Pamiętam. Frunęłam nad moją rodziną, tatą, mamą prowadzącą wózek z moją maleńką siostrą i nad sobą, jadącą za nimi na białym składanym rowerku. To był sen wizyjny i z przyszłości, bo taki rowerek dostałam po kilku latach, jako prezent na pierwszą komunię.

O innym śnie długo byłam przekonana, że zdarzył się naprawdę. Już będąc dorosłą osobą zapytałam o to zdarzenie mamę. Nie potwierdziła. Czyli śniłam o tym, że w ogrodzie przy domu, w słoneczny letni dzień pochylałam się nad kwiatem róży. I wtedy wpadła mi do nosa pszczoła. Poczułam ogromny ból, po czym z nosa buchnął mi gwałtowny strumień czerwonej krwi. Krzyczałam ze strachu, nadbiegli dorośli i wyjęli owada przy pomocy szczypiec.
Ufolodzy traktują takie przypomnienia jako zakamuflowany w pamięci efekt wzięcia i instalowania w ciele implantu obcych. Służącego śledzeniu, bądź kontroli rodem z wyższego wymiaru. Analizując to, co mi się później przytrafiało w świecie niejawnym – nie zaprzeczę, że tak właśnie mogło być. Ale pewności ani dowodów nie mam, więc powstrzymuję się od twierdzenia.

Powtarzały się też iście demoniczne koszmary, o czarnym, śmiejącym się złośliwie wilku, czyhającym na mnie pod łóżkiem albo na szafie. Kilka razy usiłował chwycić mnie za rękę, raz nawet udało mu się ją odgryźć, na czym natychmiast obudziłam się.

Wkrótce moi rodzice zaczynają budować dom. I już jest prawie zbudowany, stoi wersja surowa, na parterze stolarz urządził sobie warsztat, są już zamykane na klucz drzwi wejściowe, niektóre drzwi wewnętrzne, podłogi na parterze, ale piętro jeszcze całkiem surowe, brakuje łazienki, pieca itp. Mama niekiedy, w porze kłótni z ojcem, zabierała mnie i siostrę do nowego domu. Miałyśmy wtedy jakieś 8-7 lat. Pewnej nocy, kiedy spałyśmy we trzy w prowizorycznie urządzonym pokoju na parterze usłyszałam ciężkie stąpanie, dobiegające z piętra. Kroki bardzo powolne, ciężkie, wyraźne. Jakby kogoś starego, kto poruszał się bardzo powoli. Zamarłam, łudząc się, że mi się zdaje, albo śni. I wtedy okazało się, że nie. Mama spytała głośno i bohatersko, drżącym głosem:

– Kto tam?

Nikt nie odpowiedział. Po chwili ciszy niewidzialne nogi znów zaczęły kroczyć. Tym razem schodziły z góry, powolutku, po schodach, stopień po stopniu. Ku nam, leżącym w pokoju bez drzwi. I odrętwiałym z potwornego strachu.

Kroki zeszły i… zapadła zupełna cisza. Do rana nic się nie wydarzyło.

Nie zapomniałam o tym nigdy. Gdzieś tkwiło pod skórą zdeklarowanej ateistki. Minęło trochę czasu. Mam teraz oto jakieś 20 lat. Przebywam w domu sama z ojcem, mama z siostrą wyjechały na wczasy. Oboje oglądamy telewizję w pokoju ojca na parterze. Mój pokój jest na piętrze, niedawno wykończony. Ojciec usypia na nudnym filmie. Ja jeszcze oglądam. Gdy nagle… znów te kroki. Powolne, głośne, posuwiste, szurające po podłodze, z pewnością starego człowieka. I znów, drżąc cała w sobie, łudzę się, że może mi się zdaje… Wtedy ojciec budzi się na chwilę. I nagle krzyczy na cały głos:

– Kto tam, do jasnej cholery chodzi?!

Kroki po chwili cichną. Ojciec znów zasypia. Rano nic nie pamięta ze zdarzenia.
Obejrzałam program telewizyjny do samego końca, ale wreszcie musiałam, z duszą na ramieniu, pójść do siebie na górę… Nic więcej się nie stało.

Znów minęło wiele lat i przeszło mnóstwo spotkań po tamtej stronie. W kwietniu 2005 roku przyszedł sen na jawie… a wraz z nim pojawił się dziwny starzec, w moim ówczesnym warszawskim mieszkaniu. Opisałam to dokładnie na blogu Transwizje (kliknij), więc tutaj nie będę tego spotkania powtarzać. Kto chce, może się zapoznać ze szczegółami. Był to jednak sen, nie jawa ani zjawisko materialne, doświadczane przez kilka osób równocześnie.

Jarek Bzoma od snów progresywnych radzi zadać pytanie przed snem. Niedawno wróciły do mnie wspomnienia starczych kroków i takie pytanie zadałam, owszem. We śnie znalazłam się w swoim dawnym pokoju na piętrze, leżąc na łóżku ustawionym przy ścianie z wmurowanymi w nią szklanymi drzwiami balkonowymi, (choć w rzeczywistości nie było tam balkonu, ani tym bardziej oszklonej ściany). Owe szklane drzwi były zasłonięte zasłonką. Zerknęłam za nią i zauważyłam ze zdumieniem czającą się z zewnątrz przy murze, na wysokości parteru, więc niżej, postać młodej dziennikarki. Czyhała na jakąkolwiek możliwość podejrzenia mnie przez szybę! Odwróciłam się i spojrzałam na ścianę naprzeciw wezgłowia łóżka. I szczęka mi opadła. Nie było żadnej ściany, tylko uchylone wielkie czyste okno, wychodzące na nieskończoną jasną przestrzeń…

Czy była to jakaś odpowiedź, albo choćby podpowiedź? Nie mam pojęcia. Świat pomiędzy, granice światów, wgląd i podgląd… W tej sprawie nie potrafię wyciągnąć wniosków ze snu-odpowiedzi. Ani pojąć języka, w którym mi jej udzielono. A nawet jeśli jakieś są, to czy mogę w nie wierzyć?