Klub Ezo, część 2

Druga część opowieści, która wydarzyła się w całości w snach. Nic nie zmyśliłam, jedynie ułożyłam w miarę logiczną historię z serii śnionych i przeżywanych w stanach transu wydarzeń.

Część 1 <<<<

Ewa Sey

Klub Ezo, cd.

Byli tacy, którzy zaczęli Żywję badać i oceniać swoimi parapsychicznymi sposobami. Każde takie zerknięcie bez pozwolenia budziło ją w nocy i pozostawała świadoma wszystkich tych prób. Z ciekawości zdecydowała im się poddać. Te podsłuchane opinie miały swoje rozwijające się stopniowanie. Począwszy od: „Ona naprawdę chyba zwariowała!”, poprzez: „To anioł otoczony przez wampiry z powodu słodkiej złotej aury”, “ po: „To wszystko prawda, co mówi. Ona przejdzie kiedyś za zasłonę”… Niektórzy wynaleźli jej kamienie w pęcherzyku żółciowym, albo niemożność trawienia kilku białek roślinnego pochodzenia. Co miało okazać się prawdą za kilkanaście lat. Innych opinii życie nie potwierdziło.

Nareszcie jedna z redaktorek wydawnictwa, w którym dawno temu chciała wydać kolejną książkę, przypomniała to sobie, kazała przeszukać wszystkie szafy i odnalazła ów ręcznie pisany ślad na samym dnie redakcyjnej makulatury. Mocno ją to zbulwersowało. Zaskoczona udała się najpierw do kilku znajomych wróżbitów, a gdy wyniki ich wglądów okazały się niejasne i zagmatwane zdecydowała się pójść ze sprawą do samego jasnowidza z Cieszkowa, słynącego z nieomal stuprocentowych trafień.
Dokładnie mówiąc nie zrobiła tego osobiście, tylko wysłała do niego incognito swoją pracownicę. Aby nie zdradzać na początek żadnych danych, ani nie sugerować rozwiązań. Pracownica miała ze sobą ów pisany ręcznie list, który przeleżał tyle czasu w przepaściach redakcyjnego archiwum.

Tego dnia na seans przybyło kilka osób, w większości kobiet z różnymi tragicznymi problemami w rodzaju poszukiwania zaginionych i zebrało się milcząco w poczekalni. W końcu, gdy napięcie wśród nich nie do zniesienia wzrosło wyszła ku nim sekretarzująca jasnowidzowi jego żona. Powitała wszystkich i poprosiła o przedmioty osobiste związane z ludźmi, o których chcą się czegoś dowiedzieć. Mistrz w ogóle się nie ukazał, aby się nie dekoncentrować.
Mijała dobra godzina kolejnego oczekiwania na wyniki badań, gdy z gabinetu wychylił się osobiście starszy łysy pan będący jasnowidzem z Cieszkowa. Cichym głosem poprosił osobę związaną z listem, który trzymał w dłoni.
Pracownica redakcji, spocona z wrażenia weszła do środka, a starszy pan stojąc oddał jej list.
– To, co ujrzałem kompletnie mnie zaskoczyło. Usłyszałem głos anioła, strażnika Raju – mruknął lekko zdziwiony i jakby zakłopotany. – Anioł mówił z ruskim akcentem, zmiękczając słowa i zdania na wschodni sposób. Wyraził zdumienie, że „ona słyszy głos Boga i widzi trzy drzewa w Raju, blisko Niego”, to podobno jest niemożliwe… Przemówienie, które usłyszałem było dość długie, padły w nim jeszcze nazwiska „caria Aleksandra wtarowo” i „caria Napoleona wtarowo”. Niestety tylko to z niego zapamiętałem. A szkoda, bo ten wschodni akcent naprawdę mnie ujął.

Byli jednak również tacy, którzy uwagi Żywji o nadchodzącej wojnie traktowali jako dowód związku z diabłem. Koniecznie pragnęli udowodnić jej to powiązanie. Podtrzymywało tę opinię odżegnywanie się od duchowych mistrzów czy stosowania diet i treningów doskonalących wgląd, oczyszczających umysł i ciało i przedłużających życie. Do tego nie stroniła od alkoholu, rozrywkowego towarzystwa, nie pościła ani nie praktykowała żadnej religii. Raz spytana, czemu woli jeść mięso, pić wino, zatruwać swój organizm i obciążać sumienie krwią zwierząt odpowiedziała tylko:
– Dlatego, że od tego, za czym ty gonisz ja uciekam.
– Gonię?
– Tak. Chcesz być czysty jak szkło, widzieć i słyszeć rzeczy niewidzialne i niesłyszalne, władać energiami i magiczną mocą. I tym samym zasłużyć na życzliwą pomoc i uwagę Boga, nieprawdaż? Mam to w nadmiarze przy byle głodówce czy medytacji. I przestaję zwyczajnie funkcjonować. Zamieniam się w przestraszone i oszołomione nadmiarem wyczuwanych impulsów zwierzątko. Z tym nie da się żyć. Przynajmniej w fizycznym ciele.

Któregoś dnia zadzwonił telefon i w nim charakterystyczny głos Wiesława Kowala zapytał, czy wybiera się na najbliższe spotkanie Klubu Ezo. Pyta zaś z tego powodu, że chciałby ją tam spotkać. Ma do opowiedzenia wszystkim historię, która w dużej mierze wydaje mu się zbieżna z jej relacjami z koszmarnych ataków. Zaciekawiona Żywja obiecała pójść. W ustalonym dniu i godzinie zjawiła się w kawiarni byłego Hortexu, tak jak wcześniej.

Obecni byli tylko najstarsi klubowicze, pewnie z tego powodu, że pora wakacyjna wygnała młodszych w drogę do zarabiania pieniędzy przy prowadzeniu letnich warsztatów. Po powitaniu, zwyczajowym podaniu wszystkim zielonej herbaty (nic się tak naprawdę nie zmieniło mimo zmiany właściciela kawiarni, nawet kelner pozostał ten sam) Wiesław Kowal zatarł swoje duże dłonie i westchnąwszy zaczął mówić:
– Niektórym z was wspomniałem już o tym, co chcę teraz wszystkim opowiedzieć. Cała sprawa zaczęła się od chwili, gdy ogłosiłem przepowiednię dla świata, która niestety, jak wam wiadomo sprawdziła się w stu procentach. Dnia 11 września roku pamiętnego… Wszyscy tutaj w jakiś sposób siedzimy w Tajemnicy, nieprawdaż? Próbujemy nie tylko dociec przyszłości, ale przede wszystkim pojąć jej ukryty sens i mechanizmy, które nią sterują. Pewnie niektórym udało się coś przeczuć zawczasu. I niewiele to zmieniło, albo w ogóle nic. Rzeczywistość toczy się bezwładnie, a obecnie – śmiem uważać – ten bezwład jak gdyby przybrał na sile. Być może (powtarzam: być może!) stoją za tym konkretne siły i elity dysponujące iście szatańskimi technologiami, o których niewielu ma pojęcie. Po ostatnich moich doświadczeniach przypuszczam, że używa się ich w celu zahamowania naturalnego procesu uświadomienia sobie sieci uzależnień, w której tkwią od dawna całe społeczności.
– Ależ oczywiście! – roześmiał się hipnotyzer i zawołany spirytysta Maksym Wątpiałek, rówieśnik astrologa. – Wszyscy o tym wiedzą od lat, nawet wróble o tym ćwierkają! Co ty knujesz i do czego zmierzasz naprawdę, stary byku?

Wiesław Kowal roześmiał się z widoczną ulgą.
– Moi drodzy, wiecie jak potwornie pokopane miałem ostatnie dwa lata życia… Przewidziałem trochę z tego swoimi sposobami astrologicznymi, ale tak naprawdę wszystko, czego doświadczyłem przerosło moje najgorsze oczekiwania! A musicie przyznać, że mylę się rzadko w ocenie wagi tranzytów i progresji.
– To prawda – zgodził się mistrz różdżkarstwa, Józef Pełka. – I chyba wszyscy słyszeliśmy o twoich nieszczęściach.
– Nieszczęścia… – westchnął z powracającą powagą Kowal. – Można by je doprawdy nazwać chronicznym pechem, a w moim subiektywnym odbiorze była to wręcz klątwa!
– I ty to mówisz? Racjonalista i intelektualista? – uśmiechnął się pan Maksym, z którym od dawna byli przyjaciółmi i znali się jak łyse konie jeszcze z czasów wspólnej pracy w Polskim Stowarzyszeniu Parapsychologicznym.
– Tak, ja. Przyznaję, że pogoniły mnie (mnie! racjonalistę i intelektualistę!) nieczyste i źle mi życzące niewidzialne siły. I choć nie mogę wam niczego udowodnić, to jednak spróbuję o tym opowiedzieć.

I wtedy klubowicze usłyszeli jego przedziwną opowieść.
W zamian jednak w tym miejscu opowiadania warte przytoczenia są sny, które Żywja miała poprzedzającej owe spotkanie nocy. Dzięki nim można spróbować ujrzeć nieco więcej, niż wynikło to z samej relacji Wiesława Kowala w Klubie Ezo.

Najpierw rysowała w notatniku pojawiające się od dawna w jej snach symbole. Zestaw zaczynał się od wielkiego gada (samicy dinozaura), potem szło kilka innych mniej ważnych form istot, aż wreszcie kończył się na ogromnym niedźwiedziu z gwiazd. Wtem domyśliła się, że chodzi o gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy. To odkrycie sprawiło, że zadrżała od stóp do głowy przeszyta dojmującym przerażeniem. Zestaw kończył się obrazkiem mnóstwa drobnych i czarnych kropelek spadających z rozgwieżdżonego nieba na ziemię niczym rozsiewane z góry zarodniki ciemności.

Nadciągnął wieczór, a w obrębie ogrodzonego murem terenu wokół kościelnej katedry ciągle jeszcze stało trzech mężczyzn eksperymentujących z nader silną trucizną. Wieża kościelna miała kwadratową podstawę. Na każdej ścianie wielka okrągła tarcza zegara pokazywała nadchodzącą ostatnią godzinę. Nie działo się to pierwszy raz. Bardzo ostrożnie polewano trującymi kroplami kartkę papieru z zapisaną na niej przepowiednią obwarowaną chroniącym zaklęciem. Wszystkim obecnym było wiadomo od lat, że za każdym razem jakiekolwiek próby złamania klątwy i odczytania Tajemnicy okazywały się bardzo groźne dla ogłaszających je autorów, a śmiałkom, którzy spróbowali zawczasu przekazać ją społeczeństwu, by zmienić bieg wydarzeń – nieumiejętny kontakt z trującą energią odrywał ręce i nogi każąc im umierać w straszliwych męczarniach. Któryś z eksperymentatorów oceniał właśnie wyniki ostatniego doświadczenia. Trujące krople wyżarły większość tekstu, ale to, co pozostało i dało się odczytać z zapisu zrobionego po angielsku zdumiało wszystkich. Tajemny przekaz brzmiał: Personal birth, czyli: osobiste narodziny.

krokodil

Natychmiast pojawiła się wyczuwalna obecność jakiejś ponurej, potężnej i mrocznej świadomości. Z niezrozumiałych powodów nie atakowała jednak, ale obserwowała całe to zdarzenie z napiętą uwagą ukryta gdzieś w niewidzialnym świecie.

Wtedy plac przykościelny zamienił się w otoczony murem stary park, a katedra w kilkupiętrowy pałac. Było już blisko północy. Nagle w nieprzeniknionym mroku otworzyło się oko ukrytej w nim przerażającej istoty… Ogromne, obłe, żółte, ze źrenicą zwężoną w pionową kreskę jak u gadziego drapieżnika, węża albo krokodyla.
Chwilę potem ktoś ukazał się w pałacowym pokoju na drugim piętrze. Rozchyliwszy śmiałym ruchem czerwone zasłony stanął w oknie mały śmiejący się bezczelnie chłopiec, boski bliźniak.

Teraz położono przed Żywją odwieczną Xsięgę. Do obu jej boków przyklejone były dwie złożone jak mapki mniejsze książeczki. Żywja ostrożnie otworzyła jedną z nich i odsłoniła obrazek. Ukazywał młodego chudego mężczyznę. Leżał obnażony, z półotwartymi ustami i wykrzywioną bólem, nienawiścią i wstrętem twarzą, pokrytą kilkudniowym zarostem. Jego podniebienie było rozszczepione na dwie szczęki, obie miały po pełnym zestawie zębów. W dolnej części obrazka znajdował się szkic mutanta. Było to coś ohydnie zdeformowanego, drobnego, czarnego, zwyczajnie – diabelskie dziecko.

Żywja otworzyła drugą książeczkę. Zobaczyła portret uśmiechającej się rezolutnie zdrowej i silnej kilkuletniej dziewczynki. W uśmiechu ukazywała dwa błyszczące śnieżną bielą, wystające zabawnie spod górnej wargi siekacze.

Wtedy zaczął się atak. Żywja poczuła obecność nader nieprzyjemnej i nieprzyjaznej siły. Pokój sypialny powiększył się, a pod lampą zaczął krążyć czarny wielogłowy smoczy kształt, usiłując zgasić lub choćby maksymalnie przyćmić jej światło.
Zaczęła odruchowo wykonywać znak krzyża i robiła to jednocześnie dwiema rękami. Prawą i lewą. Natychmiast usłyszała dobiegający z oddali śpiew wielkich ludzkich tłumów. Rozpoznała maryjną pieśń kościelną.

Ni stąd ni zowąd znalazła się na przedmieściach Warszawy. Wciąż trwała noc. Szła oświetloną latarniami ulicą zmierzając do domu przyjaciół. Nagle zaszedł jej drogę zdążający tak samo jak ona po prawej stronie czarny pies rasy doberman z łypiącymi groźnie ślepiami. Zdecydowała się przejść na lewą stronę ulicy, ale już po chwili zaczęła zmierzać ku niej jakaś drobna smolista postać. Nawet nie starała się jej dobrze rozpoznać, aby nie oszaleć ze strachu.
Cofnęła się zawracając, ale dokąd ma teraz pójść? Do kogo się udać? Komu coś tak przerażającego i nieprawdopodobnego opowiedzieć? I kto jej uwierzy?

Pominięta tutaj opowieść Wiesława Kowala zawierała podobną treść. W pewnej chwili swego życia pozostał sam na sam z czymś mrocznym i wrogim, co najwyraźniej broniło mu jakiegokolwiek działania zmierzającego do naprawienia sytuacji i zapobieżenia destrukcyjnemu biegowi wydarzeń. Bez żadnej wyraźnej przyczyny stał się pastwą irracjonalnych ataków na swoją osobę, wrogich wystąpień i niechętnych deklaracji ludzi, którzy do tej pory piali na jego cześć. Odwrócili się od niego nawet najbliżsi.
– Od tamtej pory dużo o tym myślałem… Z początku oczywiście buntowałem się i próbowałem się bronić, ale sami wiecie, jakie były tego skutki, ech – orzekł Kowal machnąwszy ręką. – Zdecydowałem się potraktować te prześladowania jako wyraz woli Boga, (czyli, jak kto woli – mojej wyższej jaźni). To pozwoliło mi nabrać spokoju i wybaczyć wrogom. Mój obecny wniosek jest taki. Są rzeczy i sprawy, od których lepiej trzymać się z daleka. Nie z tchórzostwa, broń Boże! Ale dlatego, że nawet Bóg nie chce ich przeniknąć.

***

– Witaj, Żywjo! Czy coś naprawdę się zmienia…? – te uprzejme słowa wypowiedziane miłym głosem młodego mężczyzny obudziły ją w środku pierwszej nocy, którą spędzała w swoim świeżo wynajętym warszawskim mieszkaniu. Dobiegły z przedpokoju.

Zaraz potem trzasnęły drzwi i do sypialni wpadł niepoczytalnie wściekły, żądny zemsty człowiek. Wszystkie włoski stanęły jej dęba na całym ciele i pojęła, że tylko ułamek sekundy dzieli ją od śmierci.
Wtem atakujący zatrzymał się. Dosłownie w odległości centymetra od tapczanu zamarł w bezruchu, jak gdyby czymś niepomiernie zaskoczony. Zdumiało ją to równie mocno.
Chwilę potem wrzasnął na cały głos:
– O, kurwa, Jahwe!

I uciekł jak zmyty.

Reklamy

Zmienieni, część 2

Opowiadanie, które powstało na bazie snu. A tak naprawdę kilku snów, które przyszły w bliskim sobie czasie, miały wspólnych bohaterów (np. Zejmana i jego żonę, czy Panów świata) i treść. Oto jego część następna.

Część pierwsza >>

Ewa Sey

Zmienieni
część druga

VI.

Pewnym źródłem, na jakie się powołałem w rozmowie z Zeldą był Nicolas, pracownik prywatnej agencji wywiadu gospodarczego, a jednocześnie ktoś posiadający wiedzę o szczególnie drażliwych tajemnicach. Poznałem go dzięki protekcji Zeymana i odtąd kontaktowałem się z nim dość często. Oficjalne rozmowy przedzierzgnęły się szybko w osobiste spotkania w małych kawiarenkach, przy lampce wina i żarcikach na różne intymne tematy. Naprawdę polubiłem tego skoncentrowanego młodego człowieka. Był rzeczowy i wydawał mi się rozumieć sprawy, o których ja miałem zaledwie blade pojęcie. Zgłębienie ich jednak, na wzór Nicolasa zaczęło mnie pociągać.

algi

Brązowy plankton na złotym wybrzeżu nie był pierwszym dziwnym zjawiskiem na Morzu. Latem następnego roku po ataku agresywnych ryb, w rejonie upadku kosmicznego wraku na powierzchni wód pojawiły się intensywnie czerwone plamy. Okazały się efektem kwitnienia glonów jedynie z pozoru podobnych do dość powszechnych czerwonych alg morskich. Zebrano ich próbki, dzięki temu, że zainteresowani sprawą ludzie wysłali statek badawczy, nazwany nomen omen „Pequod”, mający śledzić ewentualne zmiany dokonujące się w morskiej przyrodzie. Poszukiwano także zmutowanych ryb i obrastającego już w legendę lewiatana. Widziano je jeszcze kilka razy przypadkowo z daleka, ale atak, taki jak u wrót aleksandryjskiego portu już się nie powtórzył.

Szybko odkryto szczególne cechy pobranych alg, które wynalazczy fykolodzy zastosowali w praktyce. Glony niewiele miały wspólnego z klasycznymi krasnorostami, choć wyglądało na to, że mutacja dotknęła tego właśnie gatunku. Przedsiębiorczy naukowcy, na co dzień przeciętnie wynagradzani w swoich instytutach sprzedali wynalezioną recepturę za ogromne pieniądze pewnej markowej firmie tytoniowej. Miał w niej duże udziały diuk Zeyman, stąd posiadałem informacje o tych epokowych posunięciach dosłownie z pierwszej ręki.

Firma natychmiast zajęła się uruchomieniem wytwórni nowego luksusowego produktu. Zaczęła oczywiście od opatentowania receptury chemicznej i zadbała o umieszczenie glonów w zamkniętych plantacjach. Po czym zastosowała kwitnące algi (nazywane różami lewiatana) do produkcji tzw. „cygarniaków” lub „cygarosów”. Z wyglądu przypominały zwykłe cygara i tak samo się ich też używało. Pakowano je w pozłacane i inkrustowane, pokryte dziwnymi reliefami, ręcznie robione puzdra po trzy i po jedenaście sztuk. Puzdra były oczywiście kosmicznie drogie i dostępne jedynie najbogatszym snobom. Raczyli się nimi skrycie, w zamkniętych grupach wtajemniczonych, na specjalnie organizowanych spotkaniach i biesiadach, podczas których jeden diabeł wie, co naprawdę się działo.

Nigdy na takim spotkaniu nie byłem, jednak miesiąc przed swoją zmianą Zeyman zaprosił mnie popołudniową porą do swego gabinetu. Posadził mnie w wygodnym pokrytym skórą fotelu przy zasłoniętych storami oknach, które pomagały chronić pokój przed panującym na zewnątrz nieznośnym upałem i sam usiadł naprzeciw.
– Adrianie, chciałbym z tobą wreszcie szczerze porozmawiać na pewne tematy, o których zapewne musiałeś już myśleć.

Uniosłem brwi w zdziwieniu i spojrzałem mu prosto w twarz. Jego oczy były jak zawsze nieodgadnione, pozbawione emocji, wpatrujące się we mnie badawczo bez żadnego skrępowania.
– Sprowadziłem cię przed laty z twojego biednego kraju w jakimś własnym celu. Konkretnym celu. To chyba cię nie dziwi, nieprawdaż?
– No, tak – stwierdziłem oględnie, właściwie nie wiedząc, co powiedzieć.
– Prawdę mówiąc, zgodziłem się tylko na wolę mojej żony, która lubi robić dobre uczynki. Ale z czasem musiałem przyznać, że jej wybór okazał się nadzwyczaj dla mnie trafny.
– Przyglądam ci się uważnie od dłuższego czasu – dodał po przerwie na głębszy oddech – można powiedzieć od początku i muszę przyznać, że mam w stosunku do ciebie plany. Nie są jeszcze skrystalizowane, musisz przejść pewne próby, jednak chcę, żebyś wiedział, że je przechodzisz i że czemuś większemu to służy.
– Jestem ciekaw – odpowiedziałem uprzejmie, ale ze skrywaną niepewnością w sercu, gdyż nagle pomyślałem, że ten wstęp ma coś wspólnego z Luizą.
– Najpierw zapalimy, pozwolisz? – uśmiechnął się wtedy Zeyman, wstał i otworzył puzdro leżące na biurku.
– Hm, w zasadzie nie palę – stwierdziłem zaskoczony.
– To coś szczególnego. Takiej rzeczy się nie odmawia, Adrianie – odparł Zeyman i podsunął mi puzdro, sam wyjmując z niego drugą ręką spore cygaro.
– To nie są zwykłe cygara, przyjrzyj się – dodał.

Niepewnie wyjąłem z pudełka drugie takie samo i odruchowo podniosłem do nosa, aby powąchać. Nie pachniało tytoniem, tylko jakimś takim morskim powiewem.
– To cygarniak, jak się domyślasz – uśmiechnął się Zeyman.
– O! – udałem zdziwienie – a więc tak wygląda to legendarne cudo!
– Zapalimy razem, zgodzisz się? – powiedział diuk tonem właściwie nie znoszącym sprzeciwu.
– Nie wiem czy dam radę – próbowałem się wykręcić.
– Ależ dasz bez problemu. Nie jesteś przecież takim bezgrzesznym chłopcem, za jakiego chcesz uchodzić, nieprawdaż? – uśmiechnął się Zeyman zapalając swoje cygaro. Zmrużył przy tym na chwilę oczy i nagle zerknąwszy znad zapalonego już cygarniaka puścił do mnie oko.

Poczułem się nieswojo i pozwoliłem sobie podać ogień zaciągając się w milczeniu tajemniczym zielskiem. Oczywiście, zakrztusiłem się od razu, podczas gdy Zeyman, poruszając jak ryba ustami, wypuścił kilka szybkich dymków na pokój.
– Spokojnie, nie spiesz się – robił mi wskazówki i pokazał jak sobie radzić z paleniem. Już wkrótce udało mi się po raz pierwszy mocniej zaciągnąć, choć okupiłem to łzami w oczach.
– Działanie nie ujawnia się od razu, bywa, że dopiero w nocy pojawia się efekt – objaśniał diuk. – Tym niemniej na pewno za chwilę poczujemy rozluźnienie i napływ sił umysłowych.

Kazał mi się rozsiąść wygodnie w fotelu, sam zrobił to samo naprzeciw mnie.
– Mów, co czujesz – nakazał.

Zapadłem w fotel i w siebie. Zeyman skierował rozmowę na moje wspomnienia z ojczyzny, mych rodziców, dziadków, dzieciństwo, najdalsze pamiętane historie. Z początku wracałem do tego niechętnie, lecz niepostrzeżenie zanurzyłem się w świat żywych emocji i scen, przychodzących łatwo i blisko, nieomal na wyciągnięcie ręki. I tak samo łatwo odchodzących na bok, gdy pojawiały się kolejne, dalsze. Nagle opowiedziałem Zeymanowi sen, jaki miałem jeszcze „w kolebce będąc”, jako niemowlę. Był to często i długo powracający koszmar.

– W mojej głowie odzywały się głosy. Chór głosów. Istny bełkot pomieszany z męczącym śmiechem, chichotem. Głosy szeptały, śmiały się, jazgotały, huczały, piszczały, chichotały złośliwie, wszystkie jednocześnie. Płakałem głośno ze strachu. Mama próbowała mnie utulić i pocieszyć. Daremnie.

Zeyman patrzył na mnie błyszczącymi oczami, milcząc.

– Odkąd je pamiętasz? – spytał wreszcie.

Zapadłem jeszcze głębiej w miękkie skórkowe oparcie fotela i zagapiłem się w szereg półek z książkami na przeciwległej ścianie gabinetu. Nagle przypłynął stan wewnętrzny, jakże żywy i zaskakujący!

– Ha! – parsknąłem zadziwiony – one już były w łonie matki!
– Dasz radę spojrzeć jeszcze dalej? – spytał Zeyman. Nie zwróciłem wtedy uwagi na ten fakt, że swojego cygarniaka zgasił kilka minut po zapaleniu i trzymał go w dłoni jedynie jako atrapę.
– A da się? – roześmiałem się.
– Wszystko jest możliwe, chłopcze – odparł zachęcająco diuk.

Zmrużyłem oczy wpatrując się w jasną smugę chylącego się ku zachodowi słońca padającą zza zasłoniętej story na sufit gabinetu. Wtedy ogarnęło mnie coś tak zdumiewającego i przepastnego, że drgnąłem całym ciałem. Przymknąłem oczy. Otworzyłem. Milcząc.

– I co? – spytał po długiej chwili ciszy Zeyman.

Milczałem, wciąż z nagłym wewnętrznym drżeniem przechodząc niespodziewane i niekończące się wewnętrzne metamorfozy. Działy się szybko i były jak przesuwanie się długim wąskim korytarzem podziemnym i przechodzenie z jednego do drugiego pomieszczenia, oddzielonego od siebie ścianą z żelaznych krat. Przejścia zachodziły w różnym tempie, towarzyszyły im różne odczucia, miałem wrażenie, że na początku następowały szybko, a z czasem zaczęły zwalniać i wydłużać się.
– Nic – odpowiedziałem w końcu – nie wiem jak to opisać. Nie da się.
– Może jednak spróbujesz? – zachęcił mnie Zeyman.
– Może… Kiedy ochłonę – odpowiedziałem. Cygarniak kończył się. W gabinecie wokół mnie ścielił się dym leniwie opadający ku posadzce szarymi kłębami.

Nagle zerwałem się na równe nogi i wybiegłem do łazienki. Zemdliło mnie. Zeyman wstał z fotela i przyszedł za mną. Choć jedynie przyglądał mi się stojąc oparty o framugę otwartych drzwi.

– Delikatny z ciebie chłopak – powiedział w końcu. – Ale to nic takiego.

Torsje przestały w końcu mną szarpać. Podniosłem się i spojrzałem w lustro. Byłem blady jak śmierć i drżałem na całym ciele. Nie podobało mi się to. Wziąłem prysznic i wróciłem do gabinetu w kąpielowym szlafroku, który podał mi diuk.

– Nie jest wskazane, abyś teraz po napaleniu się jadł. Napij się wody, to można. I prześpij się. Tu u mnie, w gabinecie, na sofie. Nie będę ci przeszkadzał. Jutro wszystko mi opowiesz, zgoda? – oznajmił.

Poszedłem za jego radą. Zadziwiająco szybko zasnąłem. Byłem najwyraźniej bardzo osłabiony.
W nocy znowu stałem się ogromnym wijącym się w podziemiach wężem zmieniającym skórę nieskończoną ilość razy.
Obudziłem się późno, czego powodem były pewnie zasunięte story i mimo zaawansowanego poranka panujący w gabinecie półmrok. Z niepokojem spojrzałem na siebie w lustrze. Bladość na szczęście znikła, co mnie uspokoiło.

Wiedziałem ze swoich dotychczasowych dociekań, że z czasem palenie cygarniaków powoduje pogłębiającą się trwale zmianę świadomości. Zawarte w nich substancje oddziałujące na mózg i psychikę nie mieściły się w spisie zakazanych narkotyków, było to coś tak zupełnie nowego, że z łatwością ominięto prawo. Palący je nie tracili przytomności ani zdrowego rozsądku, nie popadali w żadne iluzje czy zwidy. Doznawali natomiast trwałego przebudzenia osobistej pamięci i co za tym idzie zmiany tożsamości. Lub, jak stwierdzali oględnie wynajęci psychiatrzy badający ostrożnie zjawisko: była to nie zmiana, lecz rozszerzona osobowość coraz mniej związana z posiadanym ciałem fizycznym. Pamięć dotyczyła dowolnej ilości poprzednich inkarnacji w różnych ciałach, ludzkich i nieludzkich. Była niezwykle szczegółowa i zawierała także wiedzę nabytą w najbardziej nawet oddalonych w czasie wcieleniach. Zeyman pochwalił się przede mną, że pamięta dokładnie swoje 82 minione wcielenia.

Niewielkie środowiska wpływowych ludzi, wśród których znaleźli się potomkowie starych królewskich dynastii zamarzyły o powrocie do władzy na ziemi i podporządkowaniu sobie nieświadomych mas na nowo.

VII.

Kiedy tak zastanawialiśmy się z panią Zeymanową nad sensem wyjścia z domu i spaceru po mieście, z sypialni diuka mieszczącej się na piętrze wyszedł jego sobowtór. Zszedł po schodach, mimo wczesnej pory ubrany w wieczorowy frak, z elegancką laseczką ze szczerozłotą gałką ulaną w kształcie czaszki w dłoni. Przystanął koło mnie i z czegoś bardzo zadowolony wskazał nią na jeden z obrazów Drohobickiego. Duże płótno oprawione w stylowe ramy przedstawiało wynurzający się z ciemnozielonych morskich przepaści tajemniczy upiorny krąg pokryty niezrozumiałymi hieroglifami.

– To mój ulubiony – orzekł z dumą. – Przyjaciele moi również uważają, że jest wyjątkowy… Pospólstwo nie rozumie tych symboli i lęka się ich. Ale jest w nich Wiedza pradawna, drzewiej, przed niezliczonymi tysiącami lat w otchłaniach tej planety zaklęta, całkowicie dla Nas czytelna i oko ciesząca.

Przyglądałem mu się ukradkiem. Styl jego wypowiedzi, choć wcale nie tembr głosu, zmienił się. Wyrażał się górnolotnie, z powagą i zamiłowaniem do starych, nieużywanych już dawno zwrotów. Zdałem sobie sprawę, że ci jego znajomi, podobnie jak i on sam, tak naprawdę już nie żyją, przestali istnieć, bezpowrotnie zniknęli. W zamian pojawiły się ich duplikaty ożywione jakimiś obcymi i nieludzkimi osobowościami.
Od urodzenia miałem bujną wyobraźnię, lecz w ostatnich tygodniach nabrała ona trwałych cech jasnowidzenia. Teraz w ułamku sekundy zdałem sobie sprawę z tego, co ukrywało się pod zewnętrzną formą tych, którzy podobnie jak Zeyman i Luiza zmienili się. Zresztą diuk, jak gdyby również czytając w moich myślach natychmiast wdał się w opowiadanie o nich.

– Rasa Panów w czasach niepamiętnych zjawiła się tu z czeluści kosmosu. Pozostawiła potomków swych na ziemi i niedługo powróci, gdy czas się zazębi. Rozliczy ludzi z tego, co im przykazała. Posiądzie Ziemię i ciało, przebóstwi je. Oto odwieczna Wiedza budzi się i duch Panów w służalczych ciałach rabów zwycięża.

Rozbudzonym wewnętrznym okiem natychmiast ich ujrzałem. Wyglądali jak wysokie, chude, pozbawione wszelkich cech płciowych, czteropalczaste blade humanoidy o wielkich, czarnych oczach.

– Mój drogi chłopcze – Zeyman wszedł w ton protekcjonalnie poufały. – Warto, abyś dowiedział się wreszcie o tych sprawach i głęboko je przemyślał. Zachęcam cię do ich poznawania i będę wspierał, gdy wyrazisz tylko taką chęć. Zresztą obliguje cię do tego twe znakomite pochodzenie i wola przodków twych. Siądźmy teraz na chwilę. O, niniej, naprzeciw tego obrazu…

Usadził mnie koło siebie, gdy tymczasem jego żona – samodzielnie, jak zazwyczaj – zajęła się parzeniem kawy dla nas wszystkich.

– Panowie, bogowie, władcy wszechświata panują w nim od zarania dziejów jego i będą panować do końca samego… Albowiem wraz z nim się rodzą i jedynie wraz z nim giną. Na mgnienie oka, boć tyle jeno trwa przecie bezczas, w czasie zaś nieśmiertelni są – Zeyman wdał się z wewnętrznym ogniem w swoją opowieść. – Dysponują pamięcią całkowitą i mądrością przerastającą wszelkie inne istoty rozumne, które w przeciwieństwie do nich stworzone zostały. Niewyobrażalnie dawno temu, „gdzieś daleko w odległej galaktyce” – zacytował z przymrużeniem oka – doszło wśród nich do tragicznego rozłamu. Niewielka grupa renegatów postanowiła wyłamać się z panującego zaklętego porządku i stanęła po stronie prymitywnych stworzeń, które wedle prawa były Ich odwiecznymi rabami. Doszło do pojedynku i wojny, która odbiła się wielkim echem w kosmicznych otchłaniach. Niestety, Panowie zostali otoczeni i odizolowani w jednym systemie planetarnym, a potem na jedynej planecie. W wyniku osamotnienia i rozwoju dziedzicznych chorób utracili w końcu posiadane ciała. Przestawały im służyć stopniowo, degenerując się i słabnąc. Potrafili oczywiście przenosić tożsamość Swą i umysł z ciała do ciała, lecz rasę Ich dotknęła bezpłodność i charłactwo. Dosłownie w ostatniej chwili przed zagładą elita zdołała wyemigrować z zaklętego świata i przedostać się w czasoprzestrzennym inteligentnym pojeździe poprzez eony czasu i parseki odległości na Ziemię.
– Tak, Ziemia jest szczególnym miejscem we wszechświecie, ale za długo mi teraz o tym opowiadać. W każdym razie – westchnął Zeyman – Panowie uznali, że dostali od losu szansę na odrodzenie Swej siły i potęgi pradawnej. I ponowne sięgnięcie po należne Im miejsce naczelne na wysokościach.

Słuchałem go w milczeniu. Już teraz popijając z maleńkiej porcelanowej filiżanki aromatyczny czarny płyn zaparzony rękami Zeymanowej.

– Na widok stworzeń ludzkich zamarzył Im się powrót do władzy utraconej i przyjemności tak długo niedostępnych w pozbawionych płci ciałach. Dali pierwotnemu człekoidowi geny Swe i inteligencję. Wybrali najpiękniejszych przedstawicieli nowej rasy, aby wśród nich narodzić się, cieszyć doznaniami fizycznymi i używać wszelkich radości cielesnych do woli. Oni to stworzeniu ziemskiemu ofiarowali wszelakie prawo, naukę i kult, zbudowali podwaliny społeczne i zainspirowali kulturę. Wszystko po to, aby Ich potomkowie i wybrańcy mogli zająć pozycje najwyższe i utrwalić je aż do końca. Czy rozumiesz teraz, kim byli naprawdę twoi przodkowie?

Zmrużyłem oczy, starając się nie pokazać po sobie reakcji. Mimo wszystko przecież nie byłem zaskoczony.
– Jednak dla Panów, jak i potomków Ich typowe dla ludzi poczucie sprawiedliwości nigdy się nie liczyło – ciągnął Zeyman z lekkim półuśmiechem na gładko ogolonej twarzy – Czuli się niezmiennie bogami, i taki status nadali królewskim synom Swym. Żyli niewyobrażalnie długo, dziesiątki tysięcy ziemskich lat, utrzymując ciała Swe w zdrowiu i sile dzięki tajemnicom eliksirów, znajomości rytmów kosmicznych i medytacji. Od czasu do czasu wybierali Sobie sługę najwierniejszego z wiernych i przekazywali mu niektóre fragmenty Wiedzy. Ten spisywał je w księgi, wtajemniczał własnych wybranych, tworzył kościół i tajemny zakon, chodząc odtąd w glorii proroka i kapłana Boskiej Mocy. Jej źródła jednak zawsze pod wyłączną kontrolą Panów pozostawały. Ha! Głupi sługa i jego zaślepieni uczniowie akt takiej inicjacji za błogosławieństwo i wybraństwo uważali.
– Czy tak powstały wszystkie religie? – z trudem przełknąłem ślinę w zasychających ustach. W filiżance skończyła się już kawa.
– Nie wszystkie. Kilka ważniejszych zafałszowaliśmy, tak, że służą teraz Nam, nie wrogowi Naszemu. Oryginalny przekaz pozostaje nadal ustny. I strzeżony przez Tajemny Zakon Zaklętego Kręgu – kiwnął głową Zeyman i zmierzył mnie oczami z widoczną pychą. Chwilę ją maskował, po czym znów wrócił do opowieści w trzeciej osobie – Panowie pochodzą ze świata wartości całkowicie innych, o niepojętych dla zwykłych śmiertelników korzeniach i inklinacjach. Nie byli jednak sami na tej planecie, ale o tym opowiem ci przy innej okazji.

Po chwili zupełnie uspokoił głos.

– Doszło do ogromnej katastrofy, w glob uderzyła kometa i fala zatopiła kontynent, na którym się ulokowali. Ziemia zachwiała się i inteligentny statek wraz z ich ciałami wewnątrz z dnia na dzień pokrył się wiecznym lodem. Pozostało jednak przy życiu pół-boskie potomstwo zrodzone z kobiet ludzkich, któremu przekazać władzę Swą i tajne obrzędy zdążyli. Obwarowali je klątwą i surowymi zakazami mieszania się z ludźmi spoza klanu królewskiego. Gdy Ich istnienie fizyczne skończyło się zgrupowali się w wyższym księżycowym świecie oczekując na chwilę, gdy ludzkie stworzenia osiągną odpowiedni poziom życia i panowania na planecie. Czasy oto mają dopełnić się. Lody stopnieją odkrywając prastarą tajemnicę i nowa rasa, godna przyjąć dusze Panów, udoskonalona nareszcie zostanie. Na tyle, że narodzi się dziecię doskonałe, któremu Panowie całą Swą boską moc przekażą. Ta pora zapisana i przez wieki zaszyfrowana w świętych zwojach właśnie nadchodzi, bliską jest. Ludzie przez Nich do tego wyznaczeni odczytali już i odkryli wiele. Królowie i Słudzy robią wszystko, by przygotować powrót i powitać z pokorą Panów swych w oznaczonym terminie.

VIII.

Z pomocą Zeymanowej, wyraźnie znużonej przydługim mistycznym wykładem udało mi się wreszcie skierować uwagę jej męża na bardziej codzienny temat. Ten na szczęście szykował się na uroczysty koncert i bal urządzane w starym Zamku Królewskim i dłuższą opowieść o Panach odłożył na inny czas.
Rozstaliśmy się przed domem w pełnej zgodzie. Zeyman, nieznoszący lotów samolotem, wsiadł do limuzyny, która podjechała pod pałacyk, witany przez Luizę zasiadającą już na tylnym siedzeniu. Prowadził ją Rudel, służący Zeymanów, zamieszkujący na tyłach pałacyku. Ubrany w uniform, lustrzane okulary i czapkę kierowcy wysiadł usłużnie i otworzył przed swoim patronem drzwiczki nieskazitelnie lśniącego auta, po czym starannie je za nim zatrzasnął. Po chwili diuk, skryty za przyciemnianymi szybami odjechał na swoje spotkanie w głębi kraju. W Starym Zamku rozpoczynał się właśnie kilkudniowy zjazd największych magnatów świata. W którym mieli uczestniczyć także wybrani politycy, uczeni oraz wysocy hierarchowie kościelni. Od jakiegoś czasu trąbiły o nim wszystkie najważniejsze światowe media.

Ja natomiast kilka godzin później u boku jego żony wyruszyłem pieszo ciągnącymi się wzdłuż brzegu Złotej Zatoki malowniczymi uliczkami miasta. Tego popołudnia okazały się zadziwiająco wyludnione, co było spowodowane faktem odbywającej się w innym rejonie tego starego grodu uroczystej fety urządzanej przez miejscowych notabli, z okazji zjazdu nad Loarą. Był letni weekend i postarano się o stworzenie atmosfery zabawy i beztroski w całym kraju.
Po drodze kupiliśmy w pustym sklepiku trochę najlepszego koziego sera. Wyciągnęliśmy z piwniczki zimowego domu omszałą butelkę białego wina bordoskiego, rocznik 1957 i ponad dwie godziny spędziliśmy w saloniku. Siedząc na osłoniętych pokrowcami fotelach jedliśmy ser i popijaliśmy stare wino z kryształowych kielichów. Oboje lubiliśmy przygody i „artystyczne warunki”, to nas zawsze silnie łączyło.
Odbyłem wtedy z Zeldą szczerą rozmowę. Dzięki temu, że zdecydowałem się powiedzieć prawdę uświadomiłem sobie w pełni rozmiar grożącego wszystkim niebezpieczeństwa. W zamian moja stara przyjaciółka opowiedziała mi o tajnych nocnych zebraniach, w których uczestniczył ostatnio jej mąż. Odbywały się tak często, w rozmaitych zabytkowych miejscach kraju, że trudno było nie zwrócić na ten fakt uwagi. Na tę wiadomość ogarnął mnie porażający wolę strach. Szczegóły uświadomiły mi, że nie ma się już co dalej łudzić. Zmienieni rzeczywiście przejmowali kontrolę i władzę w coraz szerszym zakresie. Działo się to niepostrzeżenie i całkowicie planowo.

Kiedy w drodze powrotnej przechodziliśmy blisko centrum tego niewielkiego miasta zerwała się zwykła o tej porze bryza znad rozgrzanego słońcem morza. Niosła ze sobą skroploną przeźroczystą substancję o konsystencji lepkiej galarety. Był to sezonowy produkt kwitnącego brązowego planktonu, który przyniesiony skądś prądami morskimi pojawił się jakiś czas temu w zatoce. Substancja opadała delikatnymi płatami tu i ówdzie na ziemię, po czym szybko wyparowywała w letnim upale. Systematycznie i codziennie wdychali ją przechodzący tamtędy ludzie.

Później dowiedziałem się o niej więcej. Niektóre sugestie przekazane mi przez Nicolasa, oparte na informacji o zainteresowaniu planktonem, jakie szybko zaczęli wykazywać badacze z zespołu „Pequod” wystarczyły w tamtym momencie, aby obudzić we mnie niepokój i w pełni uzasadnioną podejrzliwość.

Czując niebezpieczeństwo zasłoniłem odruchowo usta i nos chusteczką i rzuciłem się do pośpiesznej ucieczki, Zeymanowa mimo swego wieku również.
Gonieni przez coraz silniejsze podmuchy wiatru wbiegliśmy oboje do gmachu głównego banku znajdującego się w jednym z zaledwie kilku w tym nadmorskim mieście wieżowców z betonu i szkła. Prowadziły do niego szklane obrotowe drzwi, na nasze szczęście akurat szeroko otwarte. Jednak z hałaśliwych odgłosów dobiegających z wnętrza budynku domyśliłem się, że w banku dzieje się coś bardzo niepokojącego, bunt, rwetes. Schronienie się w gmachu mogło być równie niebezpieczne, jak pozostawanie na zewnątrz. W tej samej chwili upadł na schody wiodące w głąb strzęp wniesionej podmuchem przez zamykające się powoli za nami drzwi toksycznej plazmy. „To już koniec!” – pomyśleliśmy oboje. Zatrzymaliśmy się w przedsionku zdrętwiali, bezradni, osaczeni.

IX.

A jednak nie było nam pisane zginąć.

Tylko szczęśliwy TRAF, w którym odtąd dopatruję się ręki Najwyższego sprawił, że tego samego dnia wybuchły w stolicy wielkie rozruchy, które po południu przybrały groźne rozmiary i pojawiły się nieomal natychmiast w wielu miejscach kraju. Tłumy, podjudzone przez kilku wtajemniczonych przez Panów ludzkich wybrańców, blokowały główne ulice, paliły samochody i rozbijały szyby w luksusowych sklepach większych miast na prowincji. Hasła polityczne były oczywiście przykrywką dla całkiem innych motywów tych nielicznych, którzy sterowali niezadowolonymi masami. Spiskowcy byli żądni palenia cygarniaków na wzór i na równi z tymi, którzy raczyli się nimi od pewnego czasu w zaciszach swych pałaców. Najambitniejszy spośród sprzysiężonych postanowił wykraść tajemnicę „bogom” i przejąć władzę w imieniu ludzkości.

Akcja obliczona na polityczny przewrót o randze krajowej, a w perspektywie ogólnoeuropejskiej, toczyła się synchronicznie w kilku punktach kraju. W tym samym czasie, gdy w stolicy trwały masowe zamieszki, a ludzie wznosili polityczne hasła przeciwne magnackim planom dalszego monopolizowania gospodarki, inny, ogarnięty nienawiścią tłum dostał się do Zamku nad Loarą, podczas uroczystego balu Panów. Gdy u zamkniętej bramy żelaznego parkanu okalającego zamek wzniecono rosnącą szybko burdę z ochroną budynku, która zbiegła się tam w wielkiej liczbie, w zamkowej piwnicy pojawił się mężczyzna w uniformie kierowcy z zamkniętą czarną teczką w dłoni. Nie wzbudzając podejrzeń zaaferowanych czymś innym strażników zniknął w głębi podziemnych pomieszczeń. Kilkanaście minut później starożytne mury wysadzone w powietrze upadły, grzebiąc pod sobą razem wszystkich uczestników uroczystości i szalonego kamikadze.

Stało się to dokładnie w chwili, gdy przekraczałem z Zeymanową próg głównych drzwi wiodących do gmachu banku. Czyż nie był to cudowny dla nas obojga zbieg okoliczności?

Potężny wybuch i wstrząs w centrum kraju obiegł natychmiast falami rozszalałych informacji najczulsze punkty kontynentu i świata. Nagle uruchomił się automatyczny alarm w bankowym wieżowcu w naszym niedużym mieście nad Zatoką. Szklane drzwi zasunęły się jednocześnie od zewnątrz i od wewnątrz, zamykając nas oboje w szczelnie chronionym korytarzu przejściowym. I to właśnie był cud boski!

X.

Po tych wydarzeniach nie chciałem już przebywać dłużej na Złotym Wybrzeżu, ani też wracać do Paryża, mimo, że czasy szybko się ustabilizowały. Władza w niektórych kluczowych sektorach przeszła w inne ręce, zaprowadzono porządek i wprowadzono nowe ustawy. Spiskowcy, którzy w miejsce Zmienionych przejęli monopol na palenie róż lewiatana zajęli się rozwijaniem swojej wyższej tożsamości.

Tymczasem badacze z grupy „Pequod” dokonali kolejnego odkrycia. Właściwości brązowego planktonu, który pojawił się tego lata blisko wybrzeża okazały się równie zaskakujące, jak niegdyś róż lewiatana. Otóż ludzie, którym przydarzyło się nieświadomie wdychać trujące opary także doznawali zmiany. Lecz, niestety była ona dla nich zgubna. Po pewnym czasie następował koniec ich dotychczasowej świadomości. Trujące miazmaty wnikały w mózgowe zwoje, paraliżowały neurony i trwale zmieniały psychikę niszcząc bezpowrotnie empatyczną wrażliwość, wyobraźnię i sumienie właściwe ludzkim indywiduom. Pozostawał w nich aktywny przede wszystkim dziki instynkt trwania, złość, zwierzęca żądza, okrucieństwo.

Naukowcy ze statku „Pequod” nie byliby sobą, gdyby nie podeszli i w tym wypadku do sprawy biznesowo. Ich mocodawcy zmienili się, ale cele pozostały te same. Destrukcyjne właściwości brązowego planktonu (nazwanego czopem lewiatana) nadawały się świetnie do wykorzystania w wojnie, jaką prowadzili – na razie potajemnie – bogaci przeciw biednym.

Zróżnicowani rasowo mieszkańcy wybrzeża zostali poddani zespołowi tajnych obserwacji, które szybko przyniosły wnioski, iż w zamian za utracone cechy osobowości rodziła się w nich podatność na manipulacje o charakterze ortodoksyjnym, fanatycznym i wściekle nietolerancyjnym. Główną przyczyną zdawało się ich pochodzenie, następnie kult wyznaniowy i wreszcie przynależność polityczna. Im więcej ktoś łączył w sobie takich cech, tym silniejszy destrukcyjny wpływ substancja wywierała na jego świadomość. Można było wręcz pomyśleć, że pozbawiała go stopniowo wolnej woli, osobistej pamięci nabytych doświadczeń, panowania nad niższymi odruchami i w rezultacie – kontaktu z duszą. Specjaliści od kontroli umysłu uznali, że pojawiająca się mutacja pozwala zmienić tłum w stado bezmyślnych, posłusznych i w razie potrzeby okrutnych i żądnych krwi rabów, zarządzanych mściwymi hasłami przywódców.

Obserwowałem już ten proces dziejowy z daleka, z kraju moich przodków. Bez żalu porzuciłem luksus i bogactwo i wprowadziłem się znów w warunki proste, toporne, lecz wciąż jeszcze odpierające zarazę. Widziałem, jak ludzie z prawicowej partii, która na zachodzie przejęła rządy po Zmienionych szybko stawali się brutalni i źli. Ich dusze ciemniały. Poznawałem to widząc ich twarze i oczy w telewizyjnych wiadomościach. Ich ciała brzydły, twarze tępiały, wzrok błyszczał wstrętnie, starzeli się w niepokojącym tempie.

Dość szybko opracowali na to sposób. Dzięki wampirycznym zabiegom i hipnotycznym sztukom przekazanym im wcześniej przez Zmienionych nauczyli się przenosić ją na własne życzenie z ciała do innego ciała.

W praktyce stali się nieśmiertelni.

Zawczasu wybierali sobie osobę, dowolnej płci, której stopniowo przekazywali swoje majątkowe i urzędowe pełnomocnictwa. Jednak była ona dla nich tylko innym, młodym, posiadającym atrakcyjne cechy ciałem. W odpowiednio wybranej chwili dokonywali przenosin w nie aktem woli. Swą dawną powłokę porzucali martwą, sami zachowując pełnię władz umysłowych w nowym wcieleniu.

Prawda była ponura i tak dziwna, że nikt o zdrowych zmysłach nie byłby w stanie w nią uwierzyć. Demokracja w Europie (jak zresztą także i w najbardziej rozwiniętych krajach na innych kontynentach) przestała istnieć. Trwało za to nieustanne i ucieszne, teatralne i medialne przedstawienie. Ludzie u szczytu władzy zmieniali się, lecz tak naprawdę wciąż była to ta sama grupa spiskowców! Służyły im ogarnięte zbiorową halucynacją i bezczelnie okłamywane tłumy. W razie zagrożenia sprzeciwem smagane krwawymi atakami rozfanatyzowanych zaczopowanych. Nie mieli przy tym żadnych skrupułów. Ich moralność zanikała w równym tempie, jak piękno i młodość fizyczna, a może nigdy jej naprawdę nie mieli?

Zrozumiałem wreszcie, że ten proceder ma swoje granice i po jakimś czasie musiał się skończyć. Dlatego coraz bardziej ważne stawały się świeże, zdrowe i nieskażone moralną degrengoladą ludzkie ciała.
Takie ciała posiadali mieszkańcy dotąd niezagrożonych, bo zbyt biednych i prowincjonalnych obszarów kontynentu!

Dość szybko zdałem sobie sprawę, że nic nie robiąc, aby się zabezpieczyć, wpadniemy w ich pułapkę szybciej, niż to mogłoby nastąpić. Po prostu należało zacząć stawiać opór. Zgrupowani w jedno, coraz ściślej otaczani przez gęstniejącą chciwą ciemność staliśmy się jej nieludzko pożądanym celem.
Postanowiłem działać, nim sprawy przybiorą łatwy do przewidzenia obrót.

Zamiast epilogu

Stworzyłem w ojczyźnie wspólnotę ludzi wtajemniczonych, sprzysiężonych wokół najświętszych znaków i wartości. Objęła swoim wpływem kręgi władzy, nauki i kultury. Byliśmy świadomi, że stoją przed nami najtrudniejsze decyzje, które mogą pomóc przetrwać nieskażonemu zarazą społeczeństwu najdłużej jak się da.

Dzięki moim kontaktom i dostępowi do najskryciej przechowywanych manuskryptów rodowych obliczyliśmy czas wyznaczony na ostateczne rozstrzygnięcie i wiedzieliśmy, że musimy do wybicia tej ostatniej godziny wytrwać każdym sposobem.

Któregoś dnia przybył do nas ambasador z zachodniego kraju. Ach, jakiż uprzejmie uśmiechający się i wymuskany był ten żywy diabeł! Przyjąłem wyzwanie. Wraz z kilkoma najważniejszymi osobistościami z rządu podpisałem z nim umowę. Musieliśmy na nią przystać, nie było innego wyjścia.

W ramach zawartego traktatu Zmieniający się mieli respektować nasze prawo do zdrowego życia w obrębie granic naszych krain, w zamian za zaniechanie jakichkolwiek prób ingerowania w ich sprawy. Konwencje wyznaczał podstawowy dekalog praw. Był on tarczą chroniących nas wartości, poza którą władza piekielnych sił nie sięgała.

W ekipie towarzyszącej ambasadorowi zauważyłem Nicolasa. Zadrżałem do głębi. Kilka lat wcześniej proponowałem mu przyjazd do mnie, wspólne życie, wierną przyjaźń. Zgodził się, lecz nie pojawił w umówionym czasie. Cierpiałem, nie mogąc w żaden sposób odnowić z nim kontaktu. Teraz nie poznał mnie nawet. W jego oczach zobaczyłem błysk cudzej inteligencji…

Jestem całkowicie świadomy tego, że Zmieniający się zostawili nas na później, jako żywy zapas i źródło zdrowych ciał dla siebie. Hodują nas jak zwierzęta przeznaczone na własnych celów. Dla tych degradujących się błyskawicznie czartów w ludzkiej skórze łatwo było stworzyć plantacje brązowego planktonu, aby jego trujący zakwit rozsiewać samolotami i puszczać z nurtem wielkich rzek na obszary, które z różnych względów pragnęli najpierw morderczo skłócić, a potem podporządkować sobie. Niesione wiatrem, opadające powoli smugi trucizny, wnikającej także podziemnymi wodami na nasze terytorium, na równi z ogólnoświatowymi mediami, jazgotliwie pokazującymi wielobarwny blichtr psującego się podskórnie świata, zaczęły już potajemnie rozkładać tarczę podstawowych zasad, obyczajów i tolerancyjnych wobec siebie tradycji, ochraniających zdrowe ludzkie trwanie. Wiem dobrze: ci, którzy staną się ich ofiarami otworzą nas w końcu na niewidzialne niebezpieczeństwo czyhające wokół z apetytem dziko głodnej bestii.

(2004 – 2014)

Zmienieni, część 1

Prezentuję, z konieczności w odcinkach, opowiadanie wyśnione dawno temu i pisane wiele lat. Miejsce akcji, niektóre nazwiska (np. Zejman) i nazwy pochodzą ze snu. Inne zostały wymyślone w konwencji utworu. Sama nie wiem do końca o czym naprawdę traktuje ta historia, czy jest prawdziwa, albo na ile jest prawdziwa, a na ile wymyślona przez wyższe byty. Wiem tylko, że sen trwał cała noc i mocno mną wstrząsnął. Na tyle, że nie nie byłam w stanie porzucić próby jego zapisania w formie literackiej.

Ewa Sey

Zmienieni

część pierwsza

Wstęp

Oto my, synowie bogów, arystokraci Ziemi, członkowie starożytnych rodów, od początku tej ery dzierżących władzę i prestiż. Dopiero przez kilka ostatnich dziesięcioleci mogliśmy żyć w spokojnym luksusie po każdej stronie rządzonego przez nas świata. Podczas zabójczego potopu rozdzieliła go na dwoje ogromna morska zatoka, która wdarła się daleko w głąb lądu błękitnym ramieniem oceanu. Na kolejne tysiąclecia ustanowiła naturalną granicę, izolującą od siebie unicestwione pradawne i rodzące się dopiero kultury, zamieszkujące trzy kontynenty, nieufne, obce sobie i nierzadko wojennie do siebie nastawione. Z powodu różnic języków, ras, religii i cywilizacji, w których przychodziło nam żyć, rzadko kontaktowaliśmy się w kręgu naszego elitarnego klanu klanów. Wielokrotnie w historii przemieszczaliśmy się z jednego brzegu Śródmorza na drugi, z półwyspu na półwysep, z wyspy na wyspę, z kontynentu na kontynent, aby ratować swoją skórę, pozycję i majątki, choć najczęściej głównym motywem były ambitne ekspansje i zawłaszczanie innych królestw. Jednak od ostatniej światowej wojny postępowe procesy demokratyczne rozpętane z wielkim rozmachem na całej planecie sprawiły, że mogliśmy zacząć swobodnie funkcjonować gdziekolwiek bądź. Nadeszły szczęśliwe czasy dla biednych i dla bogatych. A prawdziwi władcy nie musieli być teraz królami, ani nawet innymi rządzącymi, wygodnie mieszkając w zaciszu swych luksusowych posiadłości.

I.

Ten nieco przydługi wstęp ma przybliżyć Czytelnikowi moją skromną osobę, środowisko i pozycję, w jakich przyszło mi żyć. Nazywam się Adrian Gralofsky. Pochodzę z rodziny szlacheckiej mającej wiekowe koligacje w całej Europie, od zachodu po wschód. Moi pradziadkowie, dziadkowie i rodzice przeżyli okres bezwzględnych prześladowań ze strony wschodnich rewolucjonistów, lecz ja należę do pierwszego pokolenia urodzonego na wolności. Mój powrót do korzeni i klanu, który spokojnie zamieszkiwał przez cały ten ponury okres, w zachodniej Europie okazał się nadspodziewanie łatwy. Kiedy runął mur oddzielający zachód od wschodu, pierwszy wyciągnął do mnie rękę jeden z najstarszych żyjących przedstawicieli znamienitego arystokratycznego rodu. Miałem wtedy czternaście lat i można było mnie jeszcze ukształtować, wpoić odpowiednie zasady i maniery, o których moja rodzina już była zapomniała.

Diuk Zeyman był bajecznie bogatym rentierem i jednym z nielicznych potomków bocznej linii wymarłych królów z Pałacu Słońca. Mimo zaawansowanego wieku trzymał się świetnie, zawsze pełen klasy, aktywności i animuszu. Pochodził z rodu, który uciekł tuż przed Rewolucją w bezpieczniejsze rejony Europy ratując resztki majątku, pamiątki i przede wszystkim geny rodziny. Tam jego przodkowie szczęśliwie wtopili się w tło społeczne, w końcu przenikając skutecznie w kręgi nowej władzy. Robili to już przezornie pod zmienionymi nazwiskami, wżeniwszy się w bogate fabrykanckie, mieszczańskie albo bankierskie rodziny, arystokratyczne tytuły zamieniając na tytuły urzędowe bądź naukowe. Kiedy wybuchły wojny ulokowali swoje pieniądze w intratnych wojskowych interesach po stronie atakującej i ostatecznie przegranej. Szczegółów tych podejrzanych interesów dowiedziałem się o wiele później. Firmy, w których Zeyman miał udziały wyszły z dwóch ostatnich globalnych wojen ogromnie wzbogacone i rozpoczęły zwycięską ekspansję handlową na cały świat. Zmieniły cele swojej produkcji, niektóre marki, ale funkcjonowały z pełnym sukcesem wykorzystując technologie wypracowane w ogniu morderczych walk i bestialskich eksperymentów dokonywanych na jeńcach wojennych.

Dzięki niemu skończyłem najbardziej renomowane liceum w Belgii, studia na Sorbonie i dostałem wysokie stanowisko przedstawiciela w jednej z korporacyjnych firm, która rozpoczęła właśnie swoją handlową ekspansję na wschód. Moje obowiązki były dość umowne i rzadko wymagające wysiłku, dlatego miałem dużo wolnego czasu, który pożytkowałem na rozwijające się hobby antykwaryczne, życie towarzyskie oraz podróże.

Żona Zeymana, Zelda, młodsza od niego kilkanaście lat, pochodziła z rodziny zubożałego węgierskiego hrabiego, (z którym właśnie moi przodkowie byli spokrewnieni). W paryskiej śmietance liczono się z nią przede wszystkim jako ze znakomitą fotografką. Zaprzyjaźniłem się szczerze z obojgiem, choć w stosunku do diuka mogę mówić tylko o zdystansowanym szacunku, nie o uczuciu. Jego protekcjonalizm, kontrolowana ironia i uprzejma obojętność, którą niezmiennie z niego biła, nigdy nie obudziły we mnie zaufania. Lecz to właśnie pani Zeymanowa zastąpiła mi najbliższą rodzinę i matkę, którą pozostawiłem w ojczystym kraju.

II.

Nadszedł 1999 rok. Jak zawsze w sezonie letnim znalazłem się w towarzystwie Zeymanów po drugiej stronie Śródmorza, w Aleksandrii, kurorcie liczącym sobie według kronik ponad dwa tysiące lat. W rzeczywistości, jego historia, jak i dzieje wszystkich starożytnych miejsc na plażach Śródmorza, była o wiele starsza i sięgała przedpotopwej ery. Jednak wiedzieli o tym nieliczni przedstawiciele najstarożytniejszych rodów, większość od tysiącleci była zmyślnie i skutecznie oszukiwana. Z miejsca głęboko zakochałem się w tym królewskim mieście, muzeach, w których spędzałem wiele czasu, antycznych pamiątkach i pomnikach, a przede wszystkim w legendzie dziejów, jakie przeszło, a które wydawały mi się tam nadal żywe.

Zeymanom towarzyszyła Luiza, młoda i piękna dziewczyna o słomkowo jasnych długich włosach, z którą żartobliwie mnie swatano. Była siostrzaną wnuczką diuka mieszkającą w Szwecji. Zeymanowie byli bezdzietni, a ja jako zaufany przyjaciel wiedziałem, że postanowili przekazać jej w odpowiednim czasie dużą część schedy po sobie. Nie byłem przeciwny flirtowi z nią, choć moje serce jakoś nie chciało zabić szybciej w jej obecności i nie starałem się tego zmienić. Była to ambitna, pusta i powierzchowna dziewczyna, nadmiernie dbająca o zewnętrzne szczegóły z pominięciem tego, co mnie wydawało się najważniejsze. Ponieważ nie chciałem zostać zaliczony do jej kolekcji szybko porzuconych kochanków zaczęliśmy wzajemnie się znosić z czymś podobnym do przyjaźni.

Rozkoszne nadmorskie wakacje nie trwały długo.

Któregoś spokojnego dnia wydarzyło się coś, co przerwało nasz beztroski pobyt. Chcąc nie chcąc zostałem tego mimowolnym świadkiem i uczestnikiem. Na moich oczach zaczęło dziać się coś, czego nie tylko nie mogłem się wcześniej spodziewać, lecz podobna historia nawet mi się nie śniła!

III.

Nadeszło w jasny, upalny, bezchmurny dzień, nieróżniący się niczym od innych podobnych dni w tym miejscu świata. Wylegiwałem się w towarzystwie grupki błękitnokrwistych przyjaciół na rozpalonym białym piasku strzeżonej hotelowej plaży. Siedząc na leżaku pod kolorowym parasolem popijałem sok cytrusowy z lodem. Mój wzrok oparł się na równej tafli błękitnego morza znaczonej jedynie białymi grzywami spokojnie i rytmicznie nadbiegających ku brzegowi fal. Umysł pracował leniwie. Zajmowały go nieco najświeższe wiadomości przeczytane w porannej prasie. Właściwie nie różniły się skalą ważności od tych czytanych wczoraj, przedwczoraj czy rok temu.

Wtem, na czyjś jeden zdumiony głośny okrzyk poderwałem się na równe nogi. Ten głos musiał mieć w sobie coś szczególnego, inaczej nie sprawiłby tak piorunującego wrażenia na wszystkich. Już po chwili większość plażowiczów zrobiła to samo, co ja. I tak stojąc, zdumieni i zaskoczeni, patrzyliśmy z zadartymi głowami na kołujący wysoko w górze olbrzymi srebrzysty pojazd.

– Jego silniki dawno zgasły, a załoga wymarła – stwierdziłem nagle głośno pod wpływem kłującego w sercu przeczucia. Nie odrywałem od niego wzroku, obserwując zjawisko przez podręczną lornetkę.

Połyskujący w słońcu wrak niby gigantyczny latawiec zataczał z wolna coraz niższe kręgi ponad spokojnym obszarem jasnobłękitnego morza.

– Nie, to niemożliwe – powiedział ktoś. – Uszczypnijcie mnie. To mi się tylko śni!

A jednak nie był to sen, choć wszystko działo się jeszcze bardzo wysoko i w całkowitej ciszy. Nagle na naszych oczach pojazd rozłamał się na trzy człony. Jednocześnie z ust patrzących wydostał się głośny okrzyk, a potem zbiorowe westchnienie. Dwa z nich, kadłub i ogon, jeden za drugim runęły do morza w znacznej odległości od portu i plaży. Trzeci leciał jeszcze jakąś siłą bezwładu i prądu powietrza, w który trafił i znikł nam z oczu w przestworzach nieba. Musiał upaść gdzieś o wiele dalej, może w okolicach Grecji lub nawet Włoch.

Długi czas trwała głucha cisza, w którą wsłuchiwaliśmy się wciąż jeszcze z napięciem, ale ze słabnącym stopniowo zainteresowaniem. Morze zdawało się nieporuszone. Nic nie wskazywało na to, co się miało później wydarzyć. Postanowiliśmy rozejść się znów po plaży spodziewając się znaleźć wytłumaczenie wypadku w popołudniowych wiadomościach.

Miejscowe gazety i telewizyjne dzienniki skwitowały go krótką wzmianką o kontrolowanym upadku w morze starej nieużywanej stacji orbitalnej.

lewiatan.png

IV.

Czas płynął nieubłaganie. Spokój okazał się usypiający i w gruncie rzeczy pozorny.

Latem kolejnego roku w błękitnej przybrzeżnej wodzie morza, nad którym mieścił się nasz kurort pojawiły się… osobliwe ryby. Z ogromnym impetem największa z nich zaatakowała ludzi w kąpieli. Dosłownie cudem udało mi się wydostać z wody w ostatniej chwili! Pod wpływem adrenaliny z niebywałą u siebie siłą i zręcznością wdrapałem się na molo i pobiegłem kładką na suchy brzeg. Obejrzałem się za siebie tylko raz. Wyskakujący z morskiej toni straszliwy lewiatan wielkości orki zaprezentował się oczom wypoczywających w całej okazałości, od zębatej półotwartej paszczy pradawnego potwora po wymyślnie haczykowaty koniec ogona. Szybko okazało się, że towarzyszyła mu ławica małych rybek z gatunku tych, co do tej pory były całkowicie niewinne i łagodne. Teraz jednak agresywnie kąsały maleńkimi cienkimi, zagiętymi do wewnątrz ząbkami, atakując osoby taplające się na rozgrzanej płyciźnie.

W ciągu zaledwie trzech dni okazało się, że ich ugryzienie nie pozostaje bez następstw.

Wśród kilkorga pokąsanych była Luiza. Krzyczącą z przerażenia ratowałem na brzegu, gdy wybiegła z wody panicznie otrząsając się z wczepionej w łydkę rybki. Najpierw unieruchomiłem ją nieznoszącym sprzeciwu głosem, a potem zręcznie oderwałem od skóry maleńką śliską istotę o długości wskazującego palca, pociągnąwszy ją za ogon. Zostawiła po sobie ledwie widoczny ślad na nodze, z którego wypłynęła zaraz kropelka krwi. Ktoś roztropny koło mnie podsunął torebkę foliową napełnioną wodą. Szybko włożyłem do niej budzącą wstręt zdobycz. Byłem zaskoczony sam sobą. Nie straciłem głowy w tak nieprzewidzianej i nerwowej sytuacji! To właśnie wtedy po raz pierwszy przekonałem się o instynktownej sile mojej przytomności, która odzywa się w życiu rzadko, ale zawsze bezbłędnie. Nie myśląc wiele zatroszczyłem się o szczegóły. Luiza musiała zostać opatrzona, a rybkę należało przebadać pod kątem jakiejś niechcianej infekcji.

Oprócz mnie, jeszcze tylko jednemu mężczyźnie udało się schwytać wodną napastniczkę po własnoręcznym odczepieniu jej od skóry uda. W efekcie mogłem w szybkim tempie dostarczyć do laboratorium dwa żywe egzemplarze agresywnego gatunku.

Opatrzona w ambulatorium Luiza została wypuszczona z rutynowym pouczeniem lekarskim, że ma się zgłosić, gdyby tylko pojawiły się jakiekolwiek niepokojące objawy. Natomiast zaangażowani w badanie dostarczonych rybek mikrobiolodzy z miejskiego centrum badań sanitarnych stwierdzili rzecz absolutnie niebywałą. Rybki miały rzednące ciała, w ciągu kilkunastu minut po wyjęciu z wody szybko traciły kształty i gęstość, jedna po drugiej. W okularze najsilniej powiększającego mikroskopu zarysy ich komórek znikły w końcu bez śladu. Zwyczajnie przeszły w nicość, niedostępną dla wzroku i wszelkich naukowych narzędzi.

Dopiero po telefonicznej interwencji Zeymana pracownicy laboratorium sporządzili protokół zdarzenia, z którym zresztą nie wiedzieli, co zrobić, więc natychmiast wylądował w archiwum, czekając na inną możliwość sprawdzenia przypadku. Dostałem kopię tego dokumentu, którą Zeyman skierował swoimi kanałami w odpowiednie miejsca i do odpowiednich osób.

Oficjalnie nie wiązano ze sobą upadku wraku i pojawienia się morskiego potwora, ale plotek nie dało się zatrzymać. Zaczęły krążyć opowieści o podejrzanych eksperymentach biologicznych dokonywanych od lat na orbicie, których efekty dostały się w ziemskie środowisko i zaczęły gwałtownie mutować.

Informacje dość szybko utajniono, lecz i tak do wielu z nich miałem dostęp z racji znajomości w kręgach naukowych i rządowych, jakimi dysponował Zeyman. Co więcej, z racji swego zaawansowanego wieku uczynił mnie on swoim pełnomocnikiem do tych kontaktów. Dostałem za zadanie zbierać wszelkie nowiny na wiadomy temat i przekazywać mu w formie zwięzłej i przemyślanej.

Zacząłem od uważnej obserwacji tego, co się działo z kilkorgiem pogryzionych osób, a przede wszystkim Luizy, którą zdążyłem już całkiem dobrze poznać.

Ogarnęła mnie wprost szalona nieufność. Podejrzliwie zerkałem na nią w sytuacjach, gdy sądziła, że jest sama. Nigdy przedtem nie ośmieliłbym się zrobić czegoś podobnego, a jednak podejrzliwość, która mnie opanowała była przemożna. I co gorsze, pogłębiała się! Patrzyłem, obserwowałem, przyglądałem się, rzucałem okiem, śledziłem ją, sam stając się nieomal niewidzialny, aż wreszcie zobaczyłem coś, co głęboko mną wstrząsnęło i przeszyło zimnym dreszczem zgrozy.

Trzy dni po ukąszeniu Luiza nagle, wręcz z minuty na minutę śmiertelnie pobladła. Wyglądała jak trup, a potem… rozdwoiła się. Zobaczyłem to na własne oczy, gdyż zajrzałem tam, gdzie wcale nie spodziewała się być widziana. Wydarzyło się to w leniwej porze południowej sjesty.

Nie powiedziałem słowa na ten temat nikomu, nawet Zeymanowi, któremu nigdy do końca nie zaufałem. Nie dla tego, że ten widok przerastał wszelkie ludzkie pojęcie i pewnie nikt by mi nie uwierzył. Ale z tego powodu, że intuicyjnie zdałem sobie sprawę z rozmiaru niebezpieczeństwa, które się przy mnie oto przypadkiem odkryło.

Pozbawiony wszelkiego owłosienia na ciele nagi duplikat Luizy włożył na siebie przygotowaną wcześniej czarną perukę. Stojąc przed lustrem z wielką wprawą zrobił na swej poszarzałej twarzy szykowny makijaż. Śmiertelnie blade policzki rozjaśnił sztuczny rumieniec i wyniosły uśmiech pomalowanych warg. Nad oczami pojawiły się podkreślone zręczną kreską czarne brwi, a powieki dostały cień wielkich sztucznych rzęs. Zdążyłem w porę odpaść od uchylonych drzwi i niezauważalnie skryć się za załomem korytarza, gdy zduplikowana Luiza wyszła z toalety dla pań. Jej prawdziwe ciało rozrzedziło się i znikło bezpowrotnie.

Większość kuracjuszy powodowana szokiem po ataku rybek-niewidek zrezygnowała z dalszych wczasów w kurorcie i wróciła do swych siedzib gdzieś w świecie. Wróciłem i ja. Tam jeszcze życie zdawało się biec zwykłym torem.

V.

Po powrocie zająłem się swoimi sprawami, obowiązkami w pracy i zbieraniem informacji dla diuka, krążąc cierpliwie pomiędzy stolicą i miejscami, gdzie akurat rezydowali Zeymanowie, a było ich kilka w Europie.

Luiza długo jeszcze pozostawała w podróży, pod wpływem jakiegoś kaprysu dołączywszy do paru znajomych wędrujących po krajach północnej Afryki. Poczułem się z tego powodu dużo swobodniejszy.

Spokojnie minęły tygodnie i miesiące. A potem lata.

Któregoś kolejnego roku, pewnego letniego piątkowego przedpołudnia zjawiłem się w niewielkim mieście malowniczo położonym nad Złotą Zatoką. Po rezygnacji z dorocznych wyjazdów do Aleksandrii Zeymanowie zaczęli spędzać wakacje w miejscowości, w której dotąd zazwyczaj zimowali. Wynajęli letni pałacyk wybudowany na wzgórzu za miastem. Strzegł go i dbał o codzienne sprawy mieszkający w jego tylnym skrzydle zaufany milkliwy dozorca Rudel, z rodziną.

Drzwi otworzyła mi pani Zeymanowa, pięknie uczesana, umalowana i ubrana w elegancki łososiowy kostium. Po serdecznym powitaniu wprowadziła mnie zaraz do salonu. Od jakiegoś czasu stałem się bardziej nerwowy i nie zechciałem usiąść, choć mi zaproponowała. Zacząłem przechadzać się po wnętrzu zerkając przez wysokie okna, dotykając ozdobnych i cennych pamiątek ustawionych na meblach i gadając o ostatnich wydarzeniach z mojej codzienności, o które pytała gospodyni. Na dłużej zatrzymałem się dopiero przy schodach wiodących na piętro. Na ścianie obok nich wisiało kilka dużych rozmiarów i pełnych niepokojącego nastroju obrazów pędzla Drohobickiego, współczesnego malarza polskiego pochodzenia. Twórczość tego kontrowersyjnego artysty znałem z katalogów, które nie tak dawno temu przeglądał uważnie Zeyman.

– Właśnie to jest niespodzianka, którą chcemy ci pokazać. Co o tym myślisz? – Zeymanowa stanęła blisko mnie – Alfred kupił je niedawno na aukcji za dość śmieszną cenę. Malarz nie cieszy się estymą w swoim kraju. Jego sztuka jest znana, ale nikt nie chce posiadać tych dzieł na własność.

– Chyba rozumiem, czemu… – odparłem.

– Tak, są makabryczne.

Wszystkie obrazy przedstawiały symboliczne i mało zrozumiałe sceny owiane udzielającą się atmosferą egzystencjalnego lęku, rozpaczy, smutku i grozy. Przerażenie płynęło z zestawienia ze sobą przyciemnionych barw i delikatnej deformacji kształtów. Deformacji, jaką powoduje stopniowe więdnięcie, starzenie się i rozkład tkanek. Cechowała je głęboka dekadencja i jakaś grawitująca w mrok tajemnica, odpychając i jednocześnie magnetycznie i kusząco przyciągając uwagę patrzącego.

– To Alfred wybrał dla nich miejsce w salonie. Muszę przyznać, że czuję się tu teraz nieswojo – zwierzyła się Zeymanowa. – Mam nadzieję, że mu się znudzą. Choć dzisiaj rano oznajmił mi, że te obrazy mają w sobie „to coś”, o co IM chodzi.
– Komu? – odruchowo zadrżałem.
– Jego przyjaciołom, z którymi ostatnio intensywnie się zadaje… zapewne – odpowiedziała z zastanowieniem.

Nie powiedziałem jej jeszcze o tym, mojej starej dobrej przyjaciółce… Otóż przed dwoma tygodniami podczas mej zwykłej wizyty u Zeymana wiedziony podejrzliwością, która mnie już nie odstępowała zajrzałem ostrożnie, szukając go, do jego sypialni na piętrze. Staruszek leżał na łóżku. Jeszcze zdołał unieść ciężkie powieki i omiótł mnie przelotnie pustym wzrokiem. Obok niego znajdował się jego sobowtór. Nie zauważył mnie zajęty nadal swoją przemianą.

– Kiedy tak patrzę na te obrazy zaczynam mieć wielką ochotę napić się czegoś dobrego w zacisznych warunkach – stwierdziła po chwili Zeymanowa. – Najlepszy trunek znajduje się w piwniczce zimowego domu nad Zatoką. Przejdźmy się tam, proszę cię! Mój mąż wybiera się na raut w Zamku nad Loarą. Ma mu towarzyszyć Luiza. Zdecydowanie wolę spędzić ten czas na rozmowie z tobą. Co ty na to?
– Taki spacer może być niebezpieczny – oznajmiłem starając się nie zdradzać zaniepokojenia. – Bardzo niebezpieczny. W Złotej Zatoce dzieje się ostatnio coś dziwnego i nie wiadomo, kogo można o tej porze spotkać blisko plaży.

Zeymanowa machnęła na to ręką z rozbrajającym uśmiechem starszego człowieka, który niejedno przeżył. Dodałem więc, aby ją przekonać:
– Od jakiegoś czasu wzdłuż śródmorskich wybrzeży kwitnie mutujący brązowy plankton. Podobno powoduje niepokojące masowe ZMIANY. Wiem to z pewnego źródła.
– Nieważne – odpowiedziała Zeymanowa. – Chcę się napić i już, Adrianie… Bądź łaskaw nie stawiać dziwnych przeszkód starej kobiecie.

Była to wspaniała osoba o sile charakteru, którą od początku podziwiałem. Miała w sobie głęboki spokój i trzeźwość umysłu charakteryzujące większość członków jej rodziny. Nagle postanowiłem podzielić się z nią swoją wiedzą. Prawdopodobnie była jedyną ludzką istotą, której mogłem całkowicie zaufać i która zdolna była potraktować moje rewelacje ze zrozumieniem.

Część druga >>

Zbiorowa karma

Zaczął się nowy obrót świata, czyli revolutio solis. Słońce weszło w znak Barana rozpoczynając nowy rok astronomiczny, i astrologiczny również. Z horoskopu wiosennego wróżyło się niegdyś wydarzenia dla świata.

Podsuwam co bardziej ciekawym obraz mapy nieba na ten moment, planety i gwiazdozbiory widziane z Warszawy.

horoskop

W oczy rzuca się Mars (chyba każdy zna jego symbol, kółko ze strzałką w górę), znajdujący się prawie dokładnie w punkcie zachodu, czyli Descendentu horoskopu (to ten skraj prawy). Takie położenie, plus jeszcze wejrzenie Marsa na Wenus w aspekcie kwadratury, zapowiada rozpolitykowanie, awanturnictwo i walki słowne, aż do utraty rozsądku. Tematem będą sprawy gospodarcze i finansowe, ceny żywności, podatki (Byk), ponadto kwestie obyczajowe i kobiece, feminizm, aborcja, sztuczne zapłodnienie i prawa dla LGBT+, oraz diety (wzbiera atmosfera sekciarstwa w tej branży) i ochrona zwierząt i przyrody. Wszystko przerysowane karykaturalnie, pełne agresji, złości, krzyku, pretensji, nienawiści i obrzucania się nawzajem kalumniami. Przypomnę, ma to być w Polsce rok wyborów…

Akurat w tym noworocznym czasie przydarzyła mi się rozmowa z Pawłem Z., współ-Śniącym. A zabrzmiała tak:

PZ: Śniłaś mi się dziś…

ES: Co takiego?

PZ: Miałem intencję oczyszczenia gniewu, który zalega w mojej duszy. Bo wieczorem przyszła taka wizja, jak ta energia zalega w mojej duszy i przejawia się w życiu. Śniłem o jakiś zawodach. Później matka kazała mi zbierać czerwone porzeczki z krzaczków z różnych stron domu. Ponieważ na każde inaczej słońce świeciło i każdy krzak ma inne właściwości. Później w sypialni rodziców spotkałem Ciebie. Dyskutowałaś o mnie z jakąś kobietą. Mówiłaś o tym, że straszne rzeczy moja dusza zrobiła. I trzeba na mnie uważać. Bo mogę nieświadomie coś napsocić. A ja zaraz po tym opowiadałem Tobie o tej wizji energii gniewu.

ES: Te porzeczki to twoja karma, a może raczej nie twoja, tylko przypisana przez matrycę karmiczną, drzewo karmy, rodu. Zbierać=przyswajać.

PZ: No, właśnie mam tą porzeczkę zjeść? Bo ten gniew wypłynął dziś na górę i mnie męczy na klatce piersiowej, w splocie i gardle mi ciąży ta energia.

ES: Czemu nie? Chorobotwórcze owoce są w kolorach ciemnych, granatowym, sinym, czarnym, spleśniałe. Zdrowe owoce można jeść i przerabiać. Co do mnie to kojarzę ci się z kimś, kto wie więcej, niż można zobaczyć gołym okiem. To istota przewodnia. Może mówi o tkwiącym w tobie lęku przed sobą samym, albo coś się jeszcze wyjaśni na ten temat w przyszłości. Nie bierz odpowiedzialności za wszystkie grzechy tego świata! Po prostu oddaj to Bogu. Ufnie.

PZ: Zbierałem też czarne/granatowe owoce. Ale na koniec porzeczki. Matka mnie do tego przymusiła, robiłem to niechętnie.

ES: Te ciemne, to pewnie ów gniew. I osłabienie. Gdy mnie się śnią takie owoce to przeważnie szybko zaczynam mieć kłopot ze zdrowiem, przeziębienie albo depresja, osłabienie.

PZ: No, mnie ta energia przytłoczyła trochę i odczuwam ból w ciele z tego powodu. Jakby dusza ta energie do świadomego ja wpuściła, teraz trochę idę w stronę puszczania.

ES: Pewnie tak. Mam wrażenie, że wciąż czegoś nie rozumiesz. To nie ty, Paweł musisz dźwigać grzechy świata i walczyć o zbawienie. Zdaj ten ciężar na wyższe byty.

PZ: i chcę to rozpuścić. Hm…

ES: Niech twoja dusza to rozpuści poprzez ciebie. To taki niuans, ale ważny. Zatrzymałeś coś w ciele, bo nie jesteś w stanie tego zrobić. Nie ty, ale twoje wyższe aspekty. One to potrafią. Rozpuść znaczy roz PUŚĆ to.

PZ: Więc znak, że trzeba jeszcze popracować, bo coś się zaczyna ujawniać.

Dwa dni później:

PZ: Kontynuowałem rozpuszczanie gniewu. Śniłem o okupowanej Polsce, walkach młodych chłopców z Niemcami. I o nieudanym powstaniu przeciw Niemcom, chyba w getcie warszawskim. To chyba moje wcielenie ciąży mi z tego okresu. Na koniec obraz zalania wszystkiego krwią.

ES: Niekoniecznie. To karma zbiorowa. Po prostu jesteś Rybką i cierpisz za miliony. Dobrze jest nauczyć się to rozróżniać. Wiem co mówię, bo zbiorowe historie to u mnie częste w snach.

PZ: To może być tak, że ten gniew przechwytuje moja dusza z zewnątrz i sama się piętrzy, choć źródło nie koniecznie może być związane z jej doświadczeniami?

ES: Trudno jest rozpuścić zbiorowe nastawienia i poczucie krzywdy, gniew i wściekłość. To, co możesz, to rozpuścić własny stosunek do tych zbiorowych przeżyć. Przebaczyć i poniekąd wypisać się z tej bajki. Przynajmniej zdobyć dystans, zwłaszcza, gdy się przejawiają te sprawy na zewnątrz ciebie.

PZ: Tak, ja nie chcę czyścić pół świata! Ja chcę tylko, póki co, rozpuścić gniew zebrany w mojej duszy.

ES: Te sny to telepatia, mediumizm, nazwij jak chcesz. Po prostu brak granicy ja-oni.

PZ: W sumie to pasuje do wizji gniewu w duszy. Który był jak dym, nie sposób było go uchwycić, ciągle się ruszał.

ES: Myślę, że w dość bliskich latach ujawni się dużo wrogości w społeczeństwie, naszym i za granicą. Ta karma spowoduje nowe zamieszki i krzywdy. Dlatego ważne, żeby nie brać tych rzeczy osobiście, bo cię to wciągnie. Pracuj nad odpowiednim poglądem wobec tego. Jesteś młody, możesz jeszcze wylądować w woju itp. Ech, pewnie to właśnie mówiła moja osoba w twoim śnie niedawno.

PZ: Tylko to samo mi tak wchodzi. Ja chcę swój gniew, który przejawia się w życiu, wyczyścić. A tu mi się podpina pod sny, które jak film wyglądają. Ten dzisiejszy sen był jak film.

ES: Polityka to taki kanał, którym ta chmura wyłazi, manifestuje się.

PZ: Ty tego typu sny masz często, jak czytam na blogu.

ES: Oboje należymy do neptunowych typów, ty nawet bardziej, jako Rybka. Mnie jest łatwiej rozróżnić siebie od innych i nie brać tego, co widzę osobiście. To tak, jakbym oglądała telewizję, kino, a w nim różne pouczające i wzruszające albo przerażające obrazy. Taki stosunek to chyba najlepszy sposób na zbiorową karmę w snach. Inaczej w życiu można zostać Don Kichotem.

PZ: No, tak…

ES: Nie dawaj się nabrać. Trzymaj się faktów i ziemi.

PZ: Kurczę, ale już prosiłem wyższa jaźń, duszę i nadduszę o wyczyszczenie gniewu mojej duszy, a tu filmy o 2 wojnie i podpinanie pod zbiorowy gniew, związany z 2 wojną. I stosunkiem Polaków do Niemców.

ES: Być może tacy jak my, mają w sobie jakiś ułamek duszy zbiorowej.

PZ: Ale generalnie mam trochę tego w sobie, bo od dziecka nie przepadam za Niemcami.

ES: To są wszystko zbiorowe stereotypy. I trzeba je widzieć w sobie. Wtedy nie szkodzą. Stereotypami operują politycy, grupy, a zatem jest to lina, na której są prowadzeni niewolnicy przekonań, takich czy siakich.

PZ: Chyba za bardzo na głęboką wodę chcę wypłynąć.

ES: Karma zbiorowa jest siłą bezwładną. Można utonąć, ani pisnąć.

PZ: Masz rację. Dzięki za pomoc.

ES: Z tego zdarzają się niewinnym ludziom wypadki typu: dostać w mordę od wściekłego narodowca, albo gazem w oczy podczas manifestacji pokojowej, gdy się tylko przechodziło obok po lekarstwo dla babci.

PZ: Uuu…

ES: Trzymaj dystans. Czasem trzeba się pomodlić za tych czy owych, ogarniętych amokiem zbiorowej karmy, ale za nich życia nie przeżyjemy, ani nie wyciągniemy wniosków z doświadczeń. Pewnie my już mamy je za sobą w jakimś sensie, dlatego widzimy rzeczy z góry, jak to jest zbudowane. Większość ludzi nie ma o tym pojęcia i daje się wciągnąć w grę. Taki mają los, czyli Konieczność. Zresztą, tak do końca nikt nie wie co go czeka i na niego spadnie od tej strony, nawet, gdy trzyma dystans.

PZ: Właśnie się modlę o to. Teraz usłyszałem od wyższej jaźni, że dusza sama w sobie nie żywi gniewu, tylko przez interakcje z zewnętrznym światem powstaje ten gniew jako reakcja. Ja to źle odbierałem, wychodzi na to, bo doszukiwałem się jakiegoś źródła energii gniewu w duszy. A to nie tak do końca…

Po śladach pamięci

Tę relację muszę zacząć od końca. Składa się z zapisków wielu,  acz nie wszystkich, wizyjnych snów, w których odtwarzało mi się czyjeś życie. Tego rodzaju przeżyć miałam dużo więcej i nie dotyczyły one tylko jednej postaci. Inne jednak podobnego typu występowały sporadycznie, dając pojedynczy  i wyrywkowy wgląd w zapis pamięci ważniejszych społecznie ludzi, istniejący w Księdze Akaszy. Ta okazała się jak dotąd najważniejsza z paru istotnych względów, choćby z tego powodu, że tych snów było mnóstwo. Być może trauma tamtego życia, nagle zakończonego, była na tyle wyryta w matrycy karmicznej, że to, co z niej pozostało wpłynęło jakoś głębiej na moje życie. Żeby to wytłumaczyć musiałabym zrobić analizę psychologiczną swego dzieciństwa, snów, ambicji, blokad i lęków, a na to brak mi już chęci i zainteresowania całą sprawą. W każdym razie dawno przestałam myśleć o tym człowieku jako o sobie, kimś, kim osobiście byłam, tylko mam wymazaną pamięć. Niemniej jest mi bardzo bliski wewnętrznie, jak brat bliźniak, ktoś pochodzący z jednego z moim źródła duchowego.
Jarosław Bzoma uważa, z czym się ostatecznie zgadzam, że z punktu widzenia świadomości Boga wszyscy, jako ludzie, jednostki, indywidua jesteśmy jedynie projekcjami Źródła odbijającymi się po wielekroć w oczach innej własnej świadomości z różnych poziomów i błąkającymi się w wyprojektowanych przestrzeniach nawet w nieskończoność, dlatego rzec można, że reinkarnacja rozumiana jako ciągłość w czasie indywidualnej świadomości jest iluzją, jak wszystko co przejawione. Doszukiwanie się ścisłych związków, albo logicznych nici zwanych jedną misją pomiędzy poszczególnymi wcieleniami może być ciekawe pod względem literackim, romantycznym, psychoanalitycznym, nawet historycznym, ale wiąże nas z obecnym ego zbyt mocno, by nie rozważyć w końcu zlekceważenia takiego poglądu i zwrócenia uwagi na Jedyny Świadomy Punkt, z którego wszyscy wyszliśmy, i do którego powrócimy z wycieczki w czasoprzestrzeń.

Mimo wszystko opowiem wam o tym, w jaki sposób ujawniła się osoba, z którą nie wiąże mnie najmniejsze pokrewieństwo ani znajomość, a o której pojawiający się czasem w moim dzieciństwie niewidzialny byt, wchodzący do pokoju stanowczym krokiem, gdy spałam, mówił: Jesteś nim!
Nie powoduje mną teraz ego, ale chęć zdania relacji z niezwykłego wewnętrznego doświadczenia, które było moim udziałem przez całe lata. Myślę, że wielu osobom dążącym do odblokowania tego rodzaju „wspomnień” może ona pomóc uzmysłowić sobie sposób, w jaki to się czasem u niektórych odbywa spontanicznie. W „tym życiu” jestem osobą skromną i nieśmiałą, skrajnie introwertyczną, żyjącą na uboczu, mimo, że pozostały mi zainteresowania, łącznie ze znajomością języka francuskiego, a człowiek, o którym dalej opowiem, w okresie niedojrzałym pełnił rolę mojego dziwnego półświadomego cienia.

W nocy 25 czerwca 1997 roku wszystko zaczęło się podwyższonymi wibracjami rozchodzącymi się w górę całego ciała od czakry podstawy, które wprowadziły mnie w głęboki trans i pojawił się prędko przesuwający się pod zamkniętymi powiekami film cudzego życia z wyraźnie słyszanymi głosami bohaterów.

Znalazłam się w salonie szlachty polskiej (sądząc po strojach był to początek XIX wieku) na co tygodniowym spotkaniu towarzyskim, gdzie dyskutowano na aktualne polityczne tematy, siedząc przy stolikach z filiżankami kawy, grając w karty i dobierając się w grupki osób jednej płci i w podobnym wieku. Rozmowa toczyła się w fascynującej dla mego współczesnego ucha staropolszczyźnie i byłam bardzo zdumiona spostrzeżeniem, jak dalece zmienił się od tamtej pory akcent w języku polskim. Grupka kilku podstarzałych pań, siedzących na sofie wymieniała właśnie najnowsze wiadomości i w ich rozmowie padło nazwisko generała Sierakowskiego. Chwilę potem stałam już w ogromnym tłumie ludzi słuchających z nabożeństwem i przejęciem w katedralnym kościele kazania jakiegoś księdza-patrioty. [Przypuszczam teraz, że był to ksiądz Piotr Skarga]. Głos księdza, nabrzmiały patetycznym uczuciem rozlegał się w ciszy świątyni nad głowami licznie zgromadzonych wiernych. Cytował właśnie słowa Jezusa z Ewangelii o tym, że „nie przyszedłem po to, aby przynieść pokój, ale miecz”, co było wezwaniem do walki o wolność kraju, wcielonego niedawno w granice Rosji. Następnie stałam przy wezgłowiu łóżka, na którym leżała jakaś stara kobieta, jej twarz była nieostra. Chwilę potem już jej tam nie było, umarła, a ja widziałam swoją dłoń trzymającą poręcz – dużą, męską. Wszystkim tym scenom towarzyszył monotonny męski głos relacjonujący wydarzenia, wydający opinie i oceny aktualnej sytuacji politycznej. Nic nie pozostało mi w pamięci z tego jakby czytanego monologu [bohater przypomnienia okazał się być pisarzem].

Spróbowałam wysnuć jakieś wnioski, ale to było za trudne. Ujrzałam jeszcze z bliska, patrząc jakby z dołu ku górze, (co oznacza jego ważną, prestiżową rolę społeczną) twarz młodego, przystojnego mężczyzny. Miał silną szczękę o zdecydowanym męskim zarysie i wyraziste wargi. Jego oczy wydały mi się zasłonięte czymś, co przypominało okrągłe ciemne okulary. Na tym skończył się wyświetlany w umyśle dziwny „historyczny film” i podwyższone wibracje wkrótce znikły.

Następnego dnia wybrałam się do czytelni w miejskiej bibliotece, aby poszperać w Herbarzu polskim i być może odnaleźć jakieś inne, uzupełniające szczegóły. Wertowałam długo i bezskutecznie kartki poświęcone historii życia członków rodzin Sierakowskich, Sarbiewskich, Sanguszków i Sapiehów i przez cały czas towarzyszyło mi specyficzne mrowienie energii, rozchodzące się od stóp w górę oraz bardzo ciekawe, w zestawieniu z odmienną płcią mojego ciała, poczucie bycia ważnym, silnym i głęboko zrozpaczonym mężczyzną.

aleksander_sapieha

Teraz jednak bardziej zrozumiałe wydało mi się to, co usłyszałam w nocy 1 lipca 1995 roku od ducha mego ojca, który zjawił się po odsłuchaniu przed snem kasety medytacyjnej Katabasis L. E. Stefańskiego. Obudziłam się wtedy w stanie transu czując jego znajome, mrowiące ciepło na plecach i usłyszałam jak szepcze mi do ucha historię o poprzednim życiu, które pamięta do tej pory moje ciało. Otóż byłam kiedyś polskim szlachcicem, mającym swoje posiadłości na kresach wschodnich. Słowa mojego przewodnika rozmazywały się w świadomości i w dziwny sposób szybko umykały z pamięci. Zostało mi z nich tylko kilka wyrazów. Jugosławia… Turcja… rezygnacja (lub dymisja) z (czegoś) z powodu niezgody na posunięcia rządu… nagła śmierć. Korzystając z okazji spytałam go jeszcze, jak długo będę tu przebywać. Odpowiedział: – Hm, jeszcze długo. Ale – to dodał jakby na pociechę – efektem będzie zupełne rozdzielenie…

Wspomnę o panoramicznym śnie, który zdarzył mi się któregoś ranka 1993 roku, zatem kilka lat wcześniej. Jego akcja toczyła się w tamtej XIX-wiecznej epoce. Zapamiętałam z niej bardzo niewiele, jedynie obraz kościoła i otaczającego go muru, w którym była kuta z żelaza brama. Ktoś powiadomił mnie, że ten kościół (lub coś w tym kościele) ufundowała księżna Siemiaszko, pozostająca potem w wielkiej żałobie po swoim zbyt wcześnie zmarłym synu.

siemiatycze

W 2001 roku odnalazłam i rozpoznałam tę właśnie bramę i mur. Należą one do parafialnego kościoła Wniebowzięcia NMP z przylegającym doń dawnym klasztorem w Siemiatyczach. Nazwisko księżnej było przeinaczone, łącząc informacje, ponieważ to niewielkie miasto na Podlasiu zostało rozbudowane i wzorcowo zagospodarowane w XVIII wieku przez księżnę Annę Jabłonowską z Sapiehów, siostrę matki bohatera moich przypomnień.

I jeszcze zapisek z sierpnia 1995 roku: W medytacji poprosiłam wewnętrznego mistrza o ostateczne wyjaśnienie mi tego, kim jestem. We śnie ukazała mi się piwnica, jako świat podświadomej pamięci, a w niej dwie postacie męskie (były obwiedzione graficzną kreską). Z akcji snu, strzępków zapamiętanych słów i wydarzeń wynikło, że jedna z tych osób miała coś wspólnego z jugosłowiańską arystokracją i tureckim władcą o imieniu zaczynającym się na Ad… (Aleksander?). Na koniec pojawił się gruby kucharz, albo raczej karczmarz goniący… świnię, co już całkiem zamieszało mi w głowie. Potem zobaczyłam pomniejszonego do rozmiarów karzełka, podskakującego ze szczęścia człowieczka, który w pewnej chwili zaczął przypominać mnie samą. Na dnie piwnicy otworzyła się studnia, która była przejściem do innego świata i w jej głębi ukazała się nieludzka, śnieżnobiała, płaska twarz z wielkimi czarnymi oczami i ustami wyciągniętymi w ciup, przypominała dziwną maskę. Usta tworzyły zarys maleńkiego dysku i dobiegł mnie stamtąd głęboko wibrujący przenikliwy głos. Niestety nic nie zapamiętałam z tego, co powiedział.

W 1999 roku kilkakrotnie ujrzałam w wizjach szczupłego mężczyznę w mundurze polskiego szwoleżera. Siedział na koniu odwrócony tyłem do innego jeźdźca, który miał na sobie ciemny, długi płaszcz, a na głowie – znany mi dobrze z lekcji historii – pierogowy kapelusz. Pojawiła się także, jak żywa, twarz Stanisława Staszica i obraz zapełnionego po sufit książkami wysokiego, bibliotecznego wnętrza.
Innym razem wnętrze i kuluary starego teatru, z pustymi lożami nad widownią.
Zarysy wieży kościelnej na tle jakiegoś miasteczka.
Wyglądająca z okna na piętrze pałacu twarz uśmiechniętego mężczyzny w barokowej peruce na głowie.
Stara, szczupła kobieta w czarnej sukni wożona przez służących po kościelnym wnętrzu z zawieszonym na ścianie rzędem obrazów, przedstawiających historię rodu oraz kilkunastoletnia dziewczynka, wyjaśniająca płynnie swojemu nauczycielowi znaczenie patriotycznych symboli użytych na tych obrazach.
Kiedy indziej głos carskiego urzędnika ogłaszającego uroczyście po rosyjsku wyrok w procesie karnym, zasądzającego grzywnę do zapłacenia, po czym, gdy przeszedł na język polski, rzucił nazwisko niejakiego pana Kę… „z którym miałem sprawę”.

W nocy 7 lutego 1999 roku, ledwie przymknęłam oczy, weszłam w trans i przeniknęła mnie uroczysta muzyka orkiestrowa. Wsłuchałam się w nią, a całe moje ciało wydawało się współbrzmieć z tymi dźwiękami. Był to utwór podobny do operowej uwertury o przyjemnej dla ucha melodii. Chwilę potem pod powiekami ukazał się obraz. Przedstawiał nieruchomą scenę, jak gdyby zdjęcie. Było to wnętrze ogromnej sali. Mozaikowa posadzka na podłodze. Znajdowałam się pośrodku niej, czując, że z obu stron stoją licznie zgromadzeni ludzie, a mój wzrok padał na odgrodzone barierkami podwyższenie i siedzącego za nimi mężczyznę. Za nim widać było ścianę ze sklepioną, łukową wnęką. Przez głowę przemknęło mi skojarzenie z katedrą i ołtarzem w świątyni, choć nie było tam ołtarza ani żadnych przedmiotów kultu. Na krześle siedział mężczyzna z szeroko rozstawionymi nogami, w jasnym ubraniu. Rysy jego okrągławej twarzy były jednak zatarte. Po jego prawej stronie w specjalnej niszy w ścianie stało coś w rodzaju złotego popiersia.
Kiedy uważnie wpatrywałam się w całą scenę, usiłując zauważyć i zapamiętać jak najwięcej szczegółów, rozległ się w moich uszach, wciąż na tle orkiestrowej muzyki – śmiech. Głośny, coraz głośniejszy. Jednocześnie poczułam silne mrowienie w lewym ramieniu i odniosłam przedziwne wrażenie, że śmiech, który słyszę rozlega się właśnie stamtąd, z jednego punktu w mojej ręce! Z początku był to śmiech niewątpliwego triumfu i zwycięstwa. Zarozumiały, pełen władczej pychy. Wkrótce nabrał cech groźnej, złowróżbnej i okrutnej diaboliczności. Na koniec stał się upiornym śmiechem kogoś zrozpaczonego. Mężczyzna śmiał się przez łzy, jakby na przekór przegranej sytuacji, ale nawet przegrany nie przestawał wstrętnie chichotać.
Następnego dnia poszperałam w szczegółach biografii księcia Aleksandra i dotarłam do opisu radosnego powitania wojsk napoleońskich przez mieszkańców Wilna 28 czerwca 1812 roku. Cesarz Francuzów, kreujący się na mściciela krzywd polskiego narodu i wyzwoliciela Polaków i Litwinów spod carskiego jarzma, podczas spotkania z prezydentem miasta zażądał wielkich dostaw dla wojska. Rozmowę tłumaczył z francuskiego przybyły z nim na Litwę śniący mi się książę. W chwili, gdy prezydent skwapliwie obiecał 6 tysięcy porcji, Napoleon zareagował nagle wściekłym śmiechem i brutalnym poleceniem: Sto tysięcy! Natychmiast! Całemu zajściu przysłuchiwała się duża grupa przygodnych widzów.
Inne elementy tego wizyjnego przeżycia dają się odnieść do przebiegu uroczystości odnowienia Unii Polsko-Litewskiej w katedrze wileńskiej w dniu 14 lipca 1812 roku. Dopełniło je darmowe przedstawienie Krakowiaków i Górali (stąd mogła pochodzić uwertura, którą słyszałam w transie) i wielki bal śmietanki towarzyskiej i politycznej w pałacu Paca. Wieczorem, na krótko (gdyż musiał ruszyć na wojnę) cesarz zaszczycił przyjęcie swoją obecnością.
Śmiech, który usłyszałam mógł być symbolicznie skróconym przedstawieniem jego ambicji zapanowania w całej Europie, przełamania hegemonii Anglii na świecie, a następnie klęski jego politycznych zamiarów po tym jak wkrótce, opętany pychą, zupełnie wbrew rozsądkowi porwał się na rosyjskiego niedźwiedzia, co doprowadziło do dozgonnego uwięzienia go na wyspie.

Nadchodząca nieuchronnie śmierć mamy zaczęła uwalniać dodatkowe wspomnienia. I tak ujrzałam ją pewnego razu jako moją ówczesną młodszą siostrę, nieco sztywną i bardzo grzeczną księżniczkę z długimi włosami, zaplecionymi starannie w dwa warkoczyki spięte z tyłu głowy, we wnętrzu wysokiej, pałacowej komnaty z ogromnym żyrandolem i licznymi rycinami wiszącymi na ścianach, umierającą nagle, ku rozpaczy wszystkich najbliższych tuż przed wyznaczonym terminem jej ślubu.

Kiedy indziej przypomniał mi się wiejski dworek, miejsce umierania Aleksandra. Było to wnętrze ascetycznie urządzonego pokoju ze stojącym w centrum dużym łóżkiem z mosiężnymi okuciami. W mojej lewej stopie pojawiło się rozchodzące się stopniowo i nieubłaganie od dużego palca ku górze śmiertelne mrowienie, które mnie obudziło.

W 1999 roku natrafiłam w bibliotece wojewódzkiej na biografię, która mimo, że nie podawała – z powodu braku dokumentacji – ważnych faktów, przypominających mi się uporczywie, to powiązała w całość rozrzucone jak puzzle fragmenty wspomnień.

sapieha

Daruję tutaj jej streszczenie, można w tym celu sięgnąć do Wikipedii.
W skrócie powiem, że Aleksandrowi, podróżnikowi po Bałkanach będących wtedy pod władzą Turcji, pisarzowi, członkowi Polskiego Towarzystwa Naukowego, organizatorowi oddziału polskich szwoleżerów, szambelanowi Napoleona, twórcy wywiadu na Kresach, piszącemu memoriały bezpośrednio dla Bonapartego, nie udało się w porę odwieść, jak wszyscy to wiemy z historii, cesarza Francuzów od zamiaru prowadzenia walk zimą w Rosji lub, chociaż uczciwie go przestrzec przed możliwością poniesienia sromotnej klęski. Złożył dymisję w sytuacji, gdy zarysowała się szansa zdystansowania Poniatowskiego i odbudowania Polski, gdyby tylko cesarz zdecydował się zatrzymać swoją ekspansję na wschód. Zmarł nagle na skutek gangreny po ugryzieniu przez świnię na podwórzu jakiejś karczmy, gdzie zatrzymał się w drodze do domu, po uzyskaniu czasowego urlopu ze służby dla podratowania zdrowia. Był bowiem w ciężkiej i pogłębiającej się gwałtownie depresji. Oddał ducha w małym miasteczku na Polesiu i tam w pobliżu kościoła został pochowany. Po kilku latach ekshumowany leżał jakiś czas na starym cmentarzu w Wisznicach, co pewnego razu kazało mi odbyć wakacyjną wyprawę autostopem w to miejsce. Grobu nie znalazłam, ponieważ nie wiedziałam jeszcze, że legalna żona wyciągnęła go z niego raz jeszcze i pochowała w rodowym grobowcu w swojej posiadłości, gdzie na koniec spoczęła obok, jak wierna małżonka. Jego matka przeżyła go o 5 lat, pogrążona do końca swego życia w melancholii.

Pamięć i sny

Pamiętam to od dziecka. Jakaś duchowa, jak najbardziej wyczuwalna osobowość pojawiała się jako niewidzialny hipnotyzer, tłumaczący mi, że wskrzesza we mnie pewne cele zza grobu (ogromnie mnie to przerażało), namawiający mnie do poddania się jego sile. W snach ukazywał się jako młodzieniec o magnetycznym spojrzeniu. Był trochę podobny do młodego Adama Mickiewicza, namalowanego na portrecie, wiszącym w dużym pokoju domu moich dziadków, gdzie mieszkałam w dzieciństwie. Przepowiadał mi napisanie kilku książek i odnalezienie w przyszłości ważnych dla mnie osób.

Wisznice

Wiele razy w koszmarnych snach budziłam się jako żywy trup, leżący w grobie, rozkładający się, ale w pełni świadomy swojej śmierci. Czasem mój trup był wiotki i ciepły, choć sparaliżowany śmiercią i zdany na wielką samotność. Któregoś razu, błądząc w podobnym śnie po cmentarzu znalazłam zasypane piaskiem wejście do starego grobowca, w którym odkryłam leżące na katafalku zwłoki młodego księcia i wyschniętą obok niego krew. Niekiedy trup mojego (żyjącego jeszcze wtedy) ojca wstawał z grobu i pojawiał się jako niewidzialna postać, ubrana zjawa. Z grobowca na cmentarzu wypływała rzeka czystej wody, którą zaspokajałam swoje pragnienie. Napisy na nagrobkach zawierały jakieś mistyczne, inicjacyjne teksty i arystokratyczne nazwiska. Z jednego wyfrunął zegar ze skrzydłami i odleciał, a ja przedzierałam się przez wielką rzekę i trzy wielkie mosty, aby koniecznie odnaleźć to dziwne stworzenie.

Którejś nocy ukazał mi się w transie duch ojca oraz drugi, podający się za moją dawną znajomą. Oba wspólnie stwierdziły, że mój obecny dom został zbudowany na fundamentach zrujnowanej średniowiecznej kamienicy – należącej niegdyś do znanego mistyka i obywatela – której cegły weszły w skład nowych ścian, co ściąga teraz na to miejsce cierpienie z powodu nie załatwionych dawno temu spraw.

Innym razem przyszyto mi cudzą głowę, która z pełną świadomością patrzyła na swoje nowe ciało, leżąc przedtem odcięta na stole. Albo stawałam się mnichem wysłanym poprzez czas w średniowiecze, osamotnionym z powodu niemożności porozumienia się z otoczeniem językiem z przyszłości, którego jeszcze nikt nie znał i który zapisywał swoje przeżycia po to, aby w przyszłości ktoś (może on sam?) mógł je odszyfrować i właściwie zrozumieć. Razu pewnego zmaterializowało się obok mojego łóżka milczące widmo starej kobiety w czarnej, żałobnej, koronkowej sukni z XIX wieku.

Tym snom i przeżyciom towarzyszyło czasem pojawianie się niewidzialnej kuli silnie oddziałującej energii, która zawisała nade mną przez chwilę, przypatrując mi się w milczeniu. Bałam się tego, choć „kula” nigdy nie zrobiła mi krzywdy, emitując uczucie przyjaźni i pełną miłości akceptację. Był to straszny dla mnie okres głębokiej nerwicy, który trwał kilka lat, ale w rezultacie doprowadził do tego, że z mojego deklarowanego ateizmu nic nie pozostało.

To wszystko miało istotny związek z odzyskiwaniem świadomości korzeni. Od przypomnienia własnej przeszłości zależała moja integracja psychiczna, z którą nie radziłam sobie przez długi czas. Nie pomagało studiowanie prac psychoanalityków ani dyskusje z zaprzyjaźnionymi psychologami i psychiatrami. Nieskuteczne przez wiele lat okazały się też niekonwencjonalne metody, w rodzaju zabiegów reiki, szamańskiego okadzania, świecowania Hopi, dywinacji tarotowej i astrologicznej oraz wieloletnie  afirmacje, pozytywne wizualizacje i autosugestia.

Samo przypomnienie odbywało się stopniowo. Ale, gdy któregoś dnia stanęłam przed półkami antykwariatu ze starodrukami szukając „własnej” książki, wydanej w 1811 roku, poczułam, że życie zaczyna mnie nie tylko cieszyć, ale i bawić, i że zaczynam czuć się wreszcie sobą. Nastąpiło coś nieprawdopodobnego: przyłączenie do świadomości doświadczeń poprzedniej osobowości, która uparcie zakłócała moją wewnętrzną równowagę przez 37 lat życia!

Błędny duch

Przeprowadzanie zagubionego w zaświatach ducha zmarłego zdarza się jak najbardziej, i śnienie w moim przypadku gra w tym procesie najważniejszą rolę. Nie mam zdolności, które posiada pan Krzysztof Jackowski, jasnowidzenia na jawie. Choć nie powiem, że się coś takiego nie przytrafiło w moim życiu. Jednak większość spotkań z duchami miałam i nadal mam przede wszystkim we śnie, ściślej mówiąc w stanie sennego transu.

Każdej śmierci towarzyszą znaki szczególne, zbiegi okoliczności, przeczucia. Doświadczają ich najbliżsi osoby odchodzącej. Rodzą się jednak ludzie, zapewne jest to jedna osoba na kilka-kilkanaście tysięcy, która pełni specjalną, acz niewidzialną rolę odprowadzacza duchów w swojej społeczności. To jest wrodzona zdolność, poparta zainteresowaniem tamtą stroną, łatwością wchodzenia w trans, naznaczona wrażliwością, a nawet nadwrażliwością na niewidzialne sygnały. W środowiskach wiejskich z dawien dawna byli tacy ludzie, domorośli egzorcyści, szeptuni, wieduni, zielarze okadzający, zamawiacze, zaklinacze, radiesteci, babki i czarownicy. Doprawdy, nie wiem do końca, jak to jest z nimi w mieście. Pamiętam, że zamieszkanie w Warszawie było dla mnie połączone z przeżyciem traumy, jaką to miasto przeszło podczas Powstania, powitaniem z duchami poległych, rozpaczą i bólem, która w nim tkwi. Decyzja o wyprowadzce na wieś była tym niejako przyspieszona.

Po zamieszkaniu na odludnej podlaskiej kolonii w starej wynajętej chatynce otoczyła mnie wielka cisza. W której zdolności jasnosłyszenia, sny na jawie i kontakty z duchami powróciły w swojej zwykłej dla mnie formie. Co to znaczy?
Mieszkając od urodzenia w niewielkiej miejscowości doświadczałam od czasu do czasu wizyt duchów nieznanych mi osobiście świeżo zmarłych osób, mieszkańców okolicznych wsi i miasteczka. Nie było to jakoś częste, ale zawsze dość spektakularne. Zawsze byli to ludzie, którzy zmarli nagle, zaginęli na krótko przed śmiercią lub samobójcy. Jednym słowem duchy błądzące. Czemu zjawiały się u mnie? Któregoś razu zadałam to pytanie któremuś z nich i otrzymałam odpowiedź: Ciebie widać z daleka. Świecisz…

Samo takie spotkanie do przyjemnych nie należy. Najpierw pojawia się silny dyskomfort psychiczny, zupełnie nagle i bez powodu. Zawroty głowy, mdłości, dosłownie zasypianie na stojąco, brak energii, drżenie mięśni, osłabienie nieomal omdlewające. Niemożność zrobienia czegokolwiek innego, niż położenie się spać choćby w środku dnia i poprzez zaśnięcie nawiązanie kontaktu z potrzebującym. Co oczywiście w miarę możliwości czynię.

Zamieszkanie w mało ludnym otoczeniu pośród lasów i pól, wespół ze zwierzętami, dzikimi i hodowanymi kazało mi najpierw zapoznać się w podobny sposób z duchami, których pamięć przechowywała stara drewniana chata. Nie były to duchy zaginione, ot przypisane miejscu ślady pamięci, niemniej były to dość szczególne spotkania. Pewnego razu duch starej babci, która przeżyła w owej chacie kilkadziesiąt lat pomógł mi ugotować kapuśniak dla robotników! Byłam tak zestresowana nowymi warunkami i pośpiechem, że zapomniałam dodać do garnka najważniejszych przypraw, między innymi suszonych grzybów. Kiedy sobie o tym przypomniałam, było za późno na dorzucenie specjału. Tymczasem w zupie jakimś cudem się znalazły i panowie bardzo sobie chwalili obiad. Jednym słowem, babcia wyraziła swoją aprobatę mojej osoby, co – słysząc różne podlaskie opowieści o nowych mieszkańcach starych chat straszonych przez zmarłych właścicieli – jest warte podkreślenia.

W innych wypadkach wizytowały mnie w sennych koszmarkach miejscowe zmarłe szeptunki. Przeważnie wchodziły przez furtkę i stawały w którymś oknie, zaglądając ciekawie do środka. Mogłam się im dobrze przyjrzeć. Dowiadywałam się o nich później, rozpytując miejscowych kto, gdzie, kiedy i jak wyglądał. Zgadzało się.

Wypracowałam sobie pewne metody przeprowadzania zbłąkanego. W czym zawsze pomaga mi jednak najbardziej jakaś niewidzialna wyższa siła, która się przeze mnie podczas takiego egzorcyzmu przejawia. He, sądząc po minach owych przeprowadzanych oraz prędkości z jaką to robią, to widzą wtedy coś, co je zaskakuje lub przeraża tak bardzo, że zmykają tam, gdzie trzeba. Pojawia się wielkie światło z nieba, czasem robi się przy tym otwór w suficie. Przyszło mi do głowy, że to musi być postać smoka lub podobnie strasząca maska. Ale niekoniecznie dzieje się to zawsze. Zapewne pojawia się przeze mnie istota odpowiednia do świadomości potrzebującego pomocy ducha, z taką mocą, która wypycha go poza granicę ziemskiej grawitacji.

Na prawosławnej wiosce, gdzie zamieszkałam nieco później, nie zdarzały mi się już takie spotkania. Doszłam do wniosku, że powodem jest inna kultura i religia, tutejsi w razie czego mają „swoich” odprowadzaczy.
Niemniej jednak kilka lat temu zdarzyło się, że zmarł nasz sąsiad, wiekowy już człowiek, z którym bardzo lubiłam rozmawiać. Miał on do religii stosunek sceptyczny, do cerkwi nie chodził z przekonania. Toteż nie zdziwiło mnie, gdy kilka nocy po pogrzebie ktoś zastukał w szybę pokoju. Za szybą ujrzałam znajomą twarz, ale jakże wychudłą, siną, z pałającymi oczami, wyglądającą wprost jak głodny duch! W jednej chwili zrobiłam znak krzyża (to jedno z moich akcesoriów egzorcystycznych, ale w zasadzie odpowiednie zachowanie dzieje się samo w takim transie, czyli całkowicie odruchowo) wymawiając stosowną formułkę. Duch natychmiast ujrzał we mnie coś, co go bezgranicznie przeraziło i w jednej chwili znikł, rozpuścił się, przeszedł ostatecznie granicę życia i śmierci.

W ostatnim czasie wydarzyło się coś, co przekonało mnie jednak, że i miejscowe duchy ludzi całkiem mi nieznajomych, zaczęły mnie „widzieć”.
Historia zaczęła się od tego, że najpierw zmarł pewien staruszek na naszej wiosce. Odszedł spokojnie, bez niepokojenia, z wszelkimi stosownymi ceremoniałami pogrzebowymi. Jednak jakiś tydzień później moja domowniczka stwierdziła:
– Miałam dziwny sen. Przyszedł do nas jakiś staruszek z sąsiedniej wsi, zapomniałam już jak się nazywa, i powiedział, że będzie u nas jeszcze jeden pogrzeb…

Jakoś tej, albo najbliższej nocy w lesie opodal rozsiadła się sowa i dalejże pohukiwać do późnej pory bez przerwy! To zawsze tworzy „klimacik”, ponieważ nasi wioskowi współmieszkańcy z dziada pradziada wróżą sobie, że jak sowa zahuka tak blisko, to ktoś niechybnie umrze. Tak naprawdę sowy pohukują co roku o tej porze blisko domostw, zlatując się w ślad za gryzoniami, które schodzą się z lasów i pól do ludzkich siedzib. I nie zawsze zdarza się pogrzeb na wsi. Tym razem jednak zjawisko poprzedził ów sen.

Nie minęło dwa tygodnie, gdy w sąsiedniej wsi zaginął staruszek, dziadek Sieroża. Nie znałam go, ani on mnie, ale wszyscy go znali, jak to tutejszego. Miewał zaniki pamięci. Ostatni raz widziano go 6 grudnia około 15 wychodzącego drogą za wieś. Poszukiwania nie dały rezultatu, a ta bezksiężycowa noc okazała się nader mroźna. Dalsza mobilizacja służb i poszukiwania różnymi sposobami, także z psami, nie przyniosły rezultatów. Pogoda była kiepska, najpierw silny nocny mróz i szron, potem silne długotrwałe opady deszczu. Nadzieja właściwie żadna.
Wiedziałam o tym, bo domowniczka przyniosła wiadomość z miasteczka, ale zapomniałam z czasem. Jednak w nocy 10 grudnia spadł na mnie dziwny sen.

Odwiedziłam sąsiednią wieś, w której mieszka kolega, który w moich snach pełni rolę Strażnika Małej Karmy. Była dość gęsto zaludniona, zabudowana starymi chatami, pola odgrodzone od siebie murami przypominającymi średniowieczne zwieńczenia zamkowe, z czerwonej cegły. Wszędzie ruina, bałagan i syf. Podobnie w obejściu owego Strażnika Czerwonej Granicy. Te symbole wskazywały na minusową strefę trzeciego, zielonego poziomu wyobrażeniowego z przejściami na poziom 5 karmiczny, czyli na strefę odwiedzaną i zamieszkiwaną przez głodne duchy, tj. tych, którzy pozostali przy swych starych formach zza życia i stracili więź ze swą duszą bytującą powyżej czerwonej granicy.

Zajęłam się głaskaniem małych źrebiąt, których było na podwórzu przed chatą kilka, chyba trzy. Puchate rude kasztanki, milutkie jak psy [Cerber, strażnik czerwonego przejścia, konie symbolizują przestrzeń, a więc chęć drogi w wyższe duchowe rejony w wyższym pojeździe świadomości]. Jednego namaściłam jakimś olejem, który znalazłam w białej butelce. Zabrakło trochę, ale rozsmarowałam wszystko dokładnie na koniku rękami, zwłaszcza na głowie, za uszami, na szyi i tułowiu. Wreszcie pomknął z resztą źrebaków poza obręb podwórza. Strażnik Granicy tymczasem ciągnął wodę z wioskowej studni do starego ocynkowanego garnka, który potem dźwigał w rękach ostrożnie do chaty [ważny obraz, który wskazywał na okoliczności odnalezienia zaginionego, co zrozumiem później]. Wracając zauważył, że nasmarowałam konika, stwierdził, że niedobrze, bo ten pachnący olejek przyciągnie owady [krwiopijców, czyli głodne duchy]. Zdziwiłam się, bo według mnie olej miał chronić przed nimi.

Zapragnęłam stamtąd wyjść, ale nijak nie mogłam znaleźć wyjścia. Otworzyłam, będąc w środku chaty jakieś drzwi, sądząc, że prowadzą do wyjścia, a tam była druga izba, odnawiana teraz przez chłopa, kobieta ze smętną miną stała przy kuchni. Obcy ludzie. Przeprosiłam za najście, wyszłam następnymi drzwiami, tam znów jakaś izba… W końcu wyskoczyłam oknem na podwórze, a tam inne mury wokół obejścia, włości znajomego Strażnika gdzieś dalej we wsi. Nie wiem gdzie jestem jednym słowem! Jakoś udało mi się zawrócić i trafić w bardziej znany rejon blisko strażniczej chaty.

Tam spotkałam młodziutkie dziewczyny, z których w jednej rozpoznałam koleżankę z dzieciństwa. Jakaż ona ładna się zrobiła! I jaka delikatna, wrażliwa! Do tego pięknie śpiewa. Zaśpiewała jakąś piosenkę na moją prośbę wysokim sopranowym głosem, byłam zachwycona [niechybnie pojawiła się wysokowibracyjna istota, którą aniołem można nazwać, i pokierowała umysłem i sercem zagubionego, którym śniłam]. Częstowałam resztę dziewczynek plackami z cukrem. Oj, smakowało [nakarmiłam zatem głodne duchy, które się zbiegły, przed którymi ostrzegł Strażnik]. Wreszcie pomyślałam, że czas na mnie. Wróciłam tylko jeszcze po mój portfel, który zostawiłam przed chatą Strażnika. Okazało się, że portfel zeżarł jego pies, bury włochaty brytan, został tylko strzępek. Byłam niepocieszona i zaniepokojona, bo trzymałam tam dowód i wszystkie dokumenty [identyfikator tożsamości, pamięć kim jestem, ziemskie ego]. Strażnik stwierdził cierpko, że wiedziałam, że ma psa, po co zostawiłam to na jemu na żer. I że teraz muszę zgłosić na policji, że zgubiłam dokumenty, aby nikt się nie podszył. Posterunek był otwarty tego sobotniego dnia do 11. Jak się pospieszę do zdążę. Trudno, wróciłam do domu, ale tam coś innego mnie wkręciło i nie zdążyłam zgłosić.

Pierwszym moim wnioskiem po obudzeniu się było: no, tak, ktoś zbłąkany przykleił się do mnie i śniłam jego oczami. I uwaga na głodne duchy!
Ledwie rano otworzyłam internet, pokazało się ogłoszenie o poszukiwaniach zaginionego 6 grudnia po południu dziadka Sieroży, wraz ze zdjęciem. Teraz też zwróciłam tylko zwykłą uwagę, współczując staruszkowi, który się pewnie zabłąkał w polu albo lesie. Ostatnie przymrozki nocne raczej nie dały mu możliwości przeżycia.
I całkiem nagle poczułam silne osłabienie, drżenie mięśni, znany mi świetnie ubytek energii. Można by to przypisać spadkowi poziomu jakichś witamin, małej ilości świeżego powietrza i światła w te krótkie grudniowe dnie, ale czemu aż tak gwałtownie? Już po chwili wiedziałam. Dziadek Sieroża znalazł mnie, przykleił się i sny mnie o tym powiadomiły!

Usiadłam do modlitwy, w skupieniu odmówiłam kilka razy modlitwę pańską, bezskutecznie próbując sobie przypomnieć jakąkolwiek po cerkiewnemu. W końcu przeżegnałam się po prawosławnemu w lewą stronę w imię Atca, Syna i Swiatoho Ducha Amin i rozłożyłam cztery karty tarota na wzór tego znaku. Wypadły na teraz: Kochankowie i 9 Mieczy zmierzające do Pustelnika: wszyscy szukają zaginionego dziadka, dyskutując w którą stronę poszedł. W przyszłości wypadł siódmy wielki arkan Rydwan, zostanie znaleziony. Ale ducha muszę odprowadzić ja, pokazując mu twardo kierunek w górę.
– Znajdą go siódmego dnia od zaginięcia. Gdzieś przy drodze, na rozwidleniu, zabłąkanego, leżącego, jakby pijany, albo spragniony…

Rydwan

Po południu pokazało się ogłoszenie, że dnia następnego, 11 grudnia odbędzie się akcja poszukiwawcza mieszkańca naszej gminy, zbiórka o godzinie 9:00 przy stacji paliw i rodzina prosi wszystkich o udział w akcji.
Wieczorem, gdy szykowałam w kuchni kolację, stojąc przy oknie od lasu usłyszałam znowu pohukiwanie sowy. Dziwne, bo wewnątrz domu raczej ptaków nie słychać z zewnątrz, tym razem było. Dwa-trzy całkiem głośne huknięcia. Po położeniu się spać, ledwie przymknęłam oczy zapadłam w trans. Ktoś wszedł od strony łazienki i kuchni do pokoju. Usłyszałam cichy szept koło siebie. Poprosiłam dwa razy, aby powtórzył głośniej. Powtórzył, ale tak samo cicho i niezrozumiale. I ocknęłam się. Tak naprawdę, nie wydałam z siebie żadnego głosu na jawie.

Zaraz potem pokazał się obraz. Dwaj ludzie patrzą na mapę, która jest obrócona do nich i mojego wzroku skosem, prawym górnym rogiem. Ich oczy zakrywa jakby czarna przepaska. Prostokąt poznaczony siatką kartograficzną, tyle rozróżniam. Nie wiem, czy to mapa samej wioski, czy terenu gminy. Człowiek z lewej pokazuje dłonią na górny róg mapy. Tymczasem na mapie widzę jakieś maleńkie znaczki wiodące w dół. Wyglądają jak “łezki” z mapy góglowej, tyle, że wewnątrz świeci się jakiś kształt. Przypomina róg jelenia, albo kości żeber. Łezki są w środku granatowe albo ciemnofioletowe. Jest ich dwie-trzy i są w dole mapy, przy samej dolnej krawędzi.

Trzeba było wypuścić koty, więc wstałam w środku nocy. W łazience przekonałam się, że kocur sypiający na pralce zrzucił na posadzkę sweter, na którym sypia. Musiał nagle zeskoczyć z nastawionymi pazurami, zaczepił się. Coś go w takim razie nagle wystraszyło.

Rano hipnagog: wynoszą skądś ostrożnie ciało, bezwładne, kładą ostrożnie na białej przyczepce, może wkładają do białego pogotowia, niewyraźne.

Tym razem kolejnego dnia źle się czuła moja domowniczka, wykazując wszelkie objawy doczepionego ducha, osłabienie, drżenie, zawroty głowy. Zrobiłam jej zabieg reiki, ale ona była wciąż niespokojna.
– Wiem, co mi pomoże! Muszę zjeść racuchy! Tylko to!
Była zaraz po obiedzie, ten przypływ apetytu był niezrozumiały na tyle, że zażartowałam:
– Wiem, dziadek Sieroża marzył o plackach z cukrem przed śmiercią. Nie odejdzie, póki go nie nakarmisz. Prosił o coś w nocy, pewnie o to! Ja, jako bezglutenowa, nie mogłabym spełnić życzenia.
Usmażyła talerz pachnących racuszków, posypała cukrem pudrem i zjadła kilka pod rząd, częstując przy okazji psy. Objawy osłabienia znikły natychmiast. Ja ich nie miałam już od nocnej wizyty.

Poszukiwania 11 grudnia były mocno emocjonujące, nie przyniosły rezultatu, zaginiony nie znikał z moich myśli.
Obliczyłam horoskop horarny na pytanie: gdzie jest ciało? Rzuciłam temat tego horoskopu na grupie astrologicznej. Odezwało się dwoje doświadczonych w takich interpretacjach astrologów, sugerując, że dziadek żyje. W co uwierzyć już nie mogłam.

hor

Kolejnej nocy mimo, że koncentrowałam się na temacie, a sowa wtórowała głośno, nic się już w temacie zaginionego nie wydarzyło, znikł, rozpuścił swoją dotychczasową ziemską formę i przeszedł poza granicę małej karmy. Moje zadanie, odprowadzacza, zostało zatem wypełnione.

12 grudnia, siódmego dnia od zaginięcia znaleziono ciało dziadka Sieroży. Na grupie astrologicznej odbyła się tymczasem taka rozmowa, której najważniejsze konkluzje brzmiały następująco:

ES: Mój wniosek wstępny: udał się na południe, w dalszą drogę, niż sądzi otoczenie. Za sygnifikator staruszka, który już najpewniej nie żyje (na co wskazuje również Pluton w zenicie) biorę Saturna. Księżyc w sekstylu do Jowisza w 8 domu to mobilizacja ludności do poszukiwań. Służby (policja, strażacy i ochrona pogranicza) go nie znalazły, to Mars w mylącej koniunkcji z Neptunem. Ascendent i jego władczyni Wenus to pewnikiem moja skromna osoba, którą „gnębi” dyspozytor Pluton, czyli duch zmarłego, próbując nadać kierunek poszukiwaniom. Co do Wenus i Jowisza to jest takie prawidełko: „Należy uwzględnić położenie Jowisza i Wenus, które z natury są korzystne i rzadko powodują coś złego. Negatywnie działają zwłaszcza jako władcy 6, 8 i 12 domu.” Wenus nie jest co prawda władczynią 6 domu, ale w nim przebywa, no, i rządzi częścią 12 domu. A Jowisz włada 8 domem śmierci. Pan ów zniknął na końcu wsi, skąd droga wiedzie do przynajmniej dwóch innych wsi. Trzy transsaturniki są ustawione bardzo treściwie. Neptun myli drogę, Pluton wskazuje na nieboszczyka moim zdaniem, a Uran na miejsce ukryte na uboczu, być może odkrycie w niespodziewanym miejscu i przypadkiem.

Mirosław Czylek: Spróbuję się pobawić. Sygnifikatorem dziadka może być Mars, władca siódmego domu („ktoś tam”, nie sąsiad, nie wujek, nie ojciec). Mars jest po niedawnej koniunkcji z Neptunem (zaginięcie), w pobliżu gwiazdy Archenar, oznaczającej ujście rzeki. Archenar to gwiazda dobrotliwa, bo oznacza koniec saturnicznej drogi, koniec jakiegoś męczenia się. Ale ponieważ Merkury, potencjalny władca derywowany śmierci „lubi” Marsa, nie powinna zezwolić mu umrzeć. Myślę też, że Mars też nie jest w złej kondycji, jest w swoim żywiole, nie znosi też śmierci. Myślę, że niedługo nastąpi odnalezienie, kiedy większość postawiła krzyżyk na nim. Koncepcja meliny, utraty pamięci czy … zatrucia ewentualnie, ale nie natychmiastowej śmierci, też możliwa. Nie tylko z racji wieku. Jednak nie mam weny, gdzie on może być.

ES: Mirku, to byłby rzeczywiście cud. Jednak upieram się przy tym, że Mars to służby, szukające przy pomocy różnych detektorów, pojazdów, psów na przysłowiowy oślep. Można także brać pod uwagę Marsa jako sygnifikatora nagłego przypływu młodzieńczego wigoru u staruszka, który zapomniał co i jak, ale siła go rozpierała i postanowił odwiedzić kogoś znanego w młodości w którejś sąsiedniej wsi. I tak pobłądził, wywiedziony na manowce przez Neptuna. A ciągnąc myślenie dalej, jeśli Mars wywiódł go, a jest zarządzany przez Jowisza w 8 w Strzelcu, w bliskiej kwadraturze, to mamy dom śmierci i zew drogi w jej kierunku. Mars w Rybach wskazywałby na wodę, otóż w tych okolicach takiej raczej nie ma. Jeśli brać pod uwagę położenie Saturna to mamy takie okoliczności – pola, płoty, pastwiska, dalszą drogę, pagórek, a także świątynię. Sprawdziłam też godzinę i datę zaginięcia. Saturn wypada w tym horoskopie w 8 domu. Ścisła koniunkcja Marsa z Neptunem w 10. Księżyc w koniunkcji z Jowiszem zmierzał przez 6 dom do nowiu na Dsc (masowa mobilizacja poszukiwaczy), ale po drodze zahaczając kwadraturę Marsa (dzikie zwierzęta nocą?) i Neptuna. Niestety, widzę tu wciąż potwierdzenie moich wniosków. Asc w Bliźniętach, a Merkury w 6 w Skorpionie, rozwidlenie dróg mi się kojarzy [choć jest i wodny znak Merkurego].

Anna Maria Skórska: Też zgadzam się z Mirkiem. Poszukiwany pan to Mars. Kondycja Marsa jest bardzo słaba, ponieważ jako planeta gorąca i sucha znajduje się w znaku zimnym i wilgotnym. Ostatni aspekt Mars robił ze Słońcem (kwadratura) i z Neptunem (koniunkcja). Najpierw Mars spotkał się ze Słońcem (może jakiś problem z sercem, ponieważ Słońce jest naturalnym sygnifikatorem serca i włada radykalnym domem V w tym horoskopie), a potem natknął się na Neptuna (dużo wody). Mars znajduje się na gwieździe Achernar, co może wprost wskazywać na okolice ujścia jakiejś rzeki na południowy wschód (sektor od ASC do MC). Pocieszające jest jedynie to, że Mars nie robił ostatnio żadnego aspektu z sygnifikatorem śmierci, ani radykalnym (Jowisz), ani derywowanym (Merkury). Niemniej jednak Mars znajduje się we władzy Jowisza, a nad Merkurym „za chwilę” władzę straci. Co do Saturna, naturalnego sygnifikatora starszych ludzi, to on też znajduje się w koniunkcji przez antiscion ze Słońcem. Jest też taka możliwość, że skoro Mars znajduje się na wierzchołku domu XII (system domów Regiomontanusa), to może on na skutek zaniku (Neptun) świadomości (Słońce) trafił do jakiegoś szpitala lub innego tego typu miejsca. W każdym bądź razie bardzo dużo wody znajduje się przy tym Marsie (znak Ryb, Neptun i gwiazda Achernar, czyli ujście rzeki)…

ES: Najpierw się ustosunkuję, może jakąś strugę tam po drodze dałoby się znaleźć, ale w okolicy nie ma żadnych wielkich wód, oprócz może pojedynczych glinianek leśnych. Szpital najbliższy jest 50 km stąd. To naprawdę odludne klimaty! A teraz powiem tak: skupiacie się na szukaniu żywego człowieka, a horoskop postawiony jest konkretnie na pytanie: gdzie znajduje się ciało zaginionego? Dlatego patrzę na Saturna. Pan ów miał blisko 90 lat.

Anna Maria Skórska: …Jeśli Saturn to rzeczywiście nasz zaginiony, to należy go szukać na południu, z lekkim odchyleniem na zachód, może w pobliżu ruin jakiejś świątyni albo starego cmentarza (w każdym bądź razie czegoś koziorożcowatego i sakralnego zarazem). Nie wiem, czy w tych rejonach są takie miejsca, ale tylko takie możliwości widzę.

ES: No, więc został znaleziony dzisiaj ok. południa. Poszedł na południe w całkiem inną stronę, niż przypuszczano. W stronę wsi, która słynie w regionie ze stawów rybnych! Nie dotarł do niej, ciało znaleziono w jakieś przydrożnej studzience, szczegółów nie znam, ale woda jest! Zatem kości staruszka spoczną jak przystało na cmentarzu, co dodał horoskop horarny. I taki dodatek, dziadek kierował się w perspektywie swojego zamiaru na górę Grabarkę, czemu odpowiadałby Saturn w 9 domu. Było za daleko, aby mógł tam dotrzeć o własnych silach, ale to starcze przeczucie, chyba zapowiadające pożegnanie się z życiem. Wychodzi, że pytanie wcale nie było źle zadane. Jednak mieliście rację, że trzeba było iść za Marsem.

Mirosław Czylek: Archenar wskazywał na koniec pewnej drogi u ujścia, a kanał jest jak najbardziej ujściem. Woda musiała być, co prawda spodziewałem się jej w formie podanej w celach konsumpcyjno – leczniczych, ale i ten związek pasuje.

ES: Zważ, że zdążał na Grabarkę, słynnej z leczącej studzienki i strugi. [To owa butelka z karty Rydwan, która wypadła mi na opisanie kierunku drogi, gdzie szukać] Cały czas jednak zaznacza się Saturn w 9, starzec, góra, świątynia. Po prostu mnie przykuło do tego Saturna, jak spojrzałam. Jednak warto gromadzić takie spostrzeżenia i doświadczenia, żeby nie ulegać subiektywnościom przy innych analizach.

Mirosław Czylek: Jest parę takich gwiazd symboli w astrologii, które oznaczają rozwidlenie, rozdroże, koniec. Ich natury są różne. Archenar, Aldebaran, Fonalhaut, Szczypce (szalki Wagi) czy Spika. To się bardzo przydaje. Ja to nawet stawiam jako najmocniejszy wskaźnik i tutaj jestem antykanoniczny.

I na tym zakończmy dywagacje. Nauki zostały przyjęte i uświadomione. Niechaj zmarły odnaleziony spoczywa w spokoju.

Wspólne śnienie: Źródło obfitości

Tak naprawdę niniejszy wpis miał być poświęcony mojej poprzedniej inkarnacji, a nie temu, co widnieje w jego tytule. Jednak drogi snów bywają meandryczne i potrafią zaskakiwać świadomość. Sami się przekonacie.
Postanowiłam dać tutaj dłuższą opowieść o tym, w jaki sposób przypomniało mi się i jak je odkryłam w realu – moje inne wcielenie. Dlatego najpierw zdecydowałam się zadać śnieniu istotne pytanie, aby otrzymać odpowiedź utwierdzającą moją pewność siebie w tym temacie. Oto, co z tego wynikło.

Położyłam się wcześnie, ale wewnętrzne rozedrganie wzrastało, zamiast się uciszać. I wszystko było pomieszane. Mimo tego hałasu telepatycznego (cisza przedwyborcza!) poprosiłam czachulca, mego ibbura o temat, który sobie wcześniej wymyśliłam: Czym/kim dla mnie jest Aleksander S. Co nas łączy? Dlaczego i po co przyczepił się do mnie na tak długo?

Zasnęłam. Ze snu zapamiętałam strugę rzeczną płynącą z prawa na lewo, przegrodzoną śluzą. Staliśmy na śluzie i wypatrywaliśmy ryb w wodzie, sprawdzając przy okazji jej czystość. Śluza zwężała przepływ wody do szerokości 2/3, 1/3 albo całkowicie. O, są! Krzyknęłam pokazując jakieś nieliczne kształty pływające w wodzie po lewej stronie śluzy, ale mój niewyraźny towarzysz nie był zadowolony z ich ilości. Przeszliśmy na drugą prawą stronę, a tam zgromadziła się już spora ławica, próbując przepłynąć przez zwężony teraz do 1/3 otwór przegrody. Ucieszyło mnie to. Zależało mi na tym. Wróciliśmy na drugą stronę śluzy, tutaj z otworu wydostawały się jakby przemielone/pomniejszone/rozdrobnione rybki, które przed śluzą były całkiem spore. Było widać ich wielką ilość, ale były tak małe, że tworzyły jakby na pół bezwolną i bezkształtną raczej czarną i zwartą masę w wodzie. Poczułam rozczarowanie.

[Rozpoznałam strumień świadomości przedzielony granicą z czymś podobnym do koła karmicznego, co było małe, niejasne i ciemne.]
Ten sen jakoś wcale nie wydał mi się odpowiedzią na zadane pytanie.

Komentarz JB: Zator wodny minusowo naśladuje granice 5/6 i 8/9. Mielenie ryb to pomniejszanie ich gabarytów, mikropsja. Śluza zatem naśladuje pracę Kryształowego Wiru w sposób odwrotny czyli minusowy.

W dzień wyciągnęłam karty Tarota, aby zrozumieć ów sen. Odpowiedź jednak najwyraźniej dotyczyła pytania, które przedtem zadałam, a nie snu!

Karta snu, wybrana świadomie: 8 Kielichów (jasnowidzenie na odległość przez czas i przestrzeń, kanał świadomości)
Powód snu z przeszłości: 5 Mieczy [Była śmierć przez ugryzienie, niezabliźniona rana]
Sprawa, której dotyczy sen: X. Koło Fortuny [czyli koło karmy, intencja dotyczyła reinkarnacji]
Przesłanie snu: XX. Sąd [odrodzenie w nowej postaci, karta przedstawia człowieka wynurzającego się z grobu]
Jak zareagować na sen: VIII. Moc [zintegrować tamtą osobowość, nie odrzucać]

Dostałam jasną odpowiedź, tak, byłam kiedyś Aleksandrem i nie jest to postać, której pamięć została karmicznie dopisana z linii mojego rodu obecnego. Żadne Niemowy/Pająki nie wpisały mi jej także sztucznie, aby skrzywić moje myślenie o sobie i drodze duchowej. Moja obecna tożsamość jest oczywiście kimś innym, ale ma z nią powiązanie kontynuacji i odczucie przynależności. Jednak tej odpowiedzi nie umiałabym wysnuć ze snu o śluzie na strudze. Jak się okazało karty odpowiedziały w zadanym temacie snu z kolejnej nocy! A sen o minusowym przejściu granicznym jeszcze się rozwinie w nowy i niespodziewany dla mnie sposób.

Kolejnego wieczoru zaproponowałam Pawłowi Z. współ-śnienie w moim temacie. Który mu zdradzę później.
Przed snem wysłałam prośbę do czachulca o wyjaśnienie mi, kim naprawdę był/jest dla mnie Aleksander S. W sposób dla mnie czytelny i zrozumiały.
Ponieważ sen długo nie przychodził myśli zaczęły nawiązywać do różnych innych snów, co rusz je porządkowałam i zadawałam znowu pytanie, które w ten sposób stało się bardziej wielorakie: do czego służy ta druga osobowość i czy istnieje jakiś specjalny powód jej manifestacji? Co z tym mam zrobić?
W pewnej chwili przed zaśnięciem poczułam link z Pawłem.
W końcu zasnęłam i od razu było niezwykle.

Wpadłam w silny trans.
Ukazał mi się Aleksander, najpierw jego twarz, zauważyłam, że wygląda dziwnie, ma dwoje różnych oczu. W pierwszej chwili zidentyfikowałam jedno, prawe jako moje, a drugie jego. Ale zaraz było to jedno ludzkie oko, a drugie całe czarne, większe, „kosmiczne”. [rozumiem, że jesteśmy oboje częściami wyższej istoty]. Potem leżał na wąskim łóżku w swoim pokoju, odwrócony do mojego wzroku plecami, spał nieporuszenie. Wokół niego snuły się jakieś cienie, dwa, może trzy, jeden największy, lgnęły do niego. Może jednym z nich jestem ja teraz? – przemknęło mi przez myśl i zawołałam: Aleksandrze! Ani drgnął, może miał teraz koszmary, jak mi się śniło o tym kiedyś. Tak jakbyśmy kontaktowali się ze sobą poprzez czas, pomimo czasu, oboje w swoich aktualnych liniach życia.

Komentarz JB: Co do posiadania wcieleń, dawnych i przyszłych, to nie my mamy takowe, a nasza Dusza 7. Jednak dla niej one wszystkie są jednoczesne, jako aspekty, jak korzenie Drzewa Życia. My możemy sobie to nazywać jak chcemy – jako nasze, w porządku czasowym, ale to tylko figura retoryczna.
Tak, to jest dla mnie oczywiste i zrozumiałe od dawna.

I teraz uwaga, zaczęło się coś, co niosło wielką inspirację. I raczej nie dotyczyło już zadanego pytania. Być może do tej podróży nakłonił mnie rodzaj transu, zsynchronizowanych obu półkul mózgu (Aleksander byłby wtedy tą drugą, Jang). Tej nocy, dodam, Księżyc miał randkę z Neptunem w znaku Ryb, a to była mocna energia startowa.

niecka

Dalszy sen: Z tego transu wyszłam na jakąś przestrzeń, nie zmieniając stanu świadomości. Spotkałam tam Pawła Z. To był parking przed dużym starym halowym budynkiem na poły przemysłowym [podpowiedź odnośnie tematyki: przemysł to technologia i metoda, w jakiej dziedzinie odkryję to później], spotkanie odbyło się w jakimś samochodzie, pewnie jego [w ciele subtelnym].
Rozpoznaliśmy się i Paweł z uśmiechem zaprosił mnie do biura firmy, w której pracował, mieściła się w owym budynku nieopodal. Na korytarzu spotkałam dziewczynę Pawła. Sympatyczna, rozluźniona. Ponieważ trzeba było na kogoś poczekać ćwiczyłyśmy poruszanie się siłą umysłu, chciałam na rozkaz przepłynąć ponad podłogą tego długiego korytarza do przeciwległych drzwi, ale nie udało się ani mnie, ani jej. Trzeba było podejść zwyczajnie na nogach [samodzielne próby wpłynięcia na poziom świadomości, a z tego na bieg rzeczywistości i osiąganie celów nie mają stosownej mocy]. Nagle pojawił się Paweł [dziewczyna znikła, czyli występował w swojej wersji Jang i In na przemian, a najprawdopodobniej ubrał się w niego/nią „mój” Hermafrodyta] i zaprosił mnie do wnętrza biura.
Podał mi jakąś książeczkę w czerwonej płóciennej okładce, starą i wytartą. To miała być umowa z firmą do podpisania przeze mnie. Zajrzałam do środka, część wydrukowanego tekstu była całkowicie zatarta ze starości i nie do odczytania, ale pierwsza część książeczki była w lepszym stanie. „No, dobrze, zapoznam się” – zgodziłam się i to było równoznaczne ze złożeniem podpisu i podjęciem się pracy dla firmy (miała coś wspólnego z wydawnictwem). [Przejście przez granicę 5/6 uwarunkowane cyrografem, coś za coś].

Wtedy wziął mnie na bok jakiś starszy (wiek 50-60) niewysoki mężczyzna. [Na drugi dzień, sprawdzając podpowiedzi ze snu w internecie odkryję, że był to Wallace D. Wattles, twórca pierwszych książek o źródle obfitości]. Zaprowadził do drugiego pokoju [przejście przez granicę 5/6]. Wnętrza były jak w mieszkaniach w starych kamienicach, wysokie pokoje i drewniane dwuskrzydłowe wysokie drzwi. Kiedy, stanąwszy pośrodku pokoju rozejrzałam się zauważyłam, że po lewej stronie na materacach położonych wprost na podłodze siedzą dwie staruszeczki w długich szatach. Wydawały się miłe, uśmiechnięte i nie zwracały na mnie uwagi. Nieco dalej, trochę za mną, w głębi, kiedy tam się odwróciłam po lewej u dołu zauważyłam jeszcze jedną, podobną. Wszystkie miały szaty w bladych błękitnawych kolorach. [Trzy Mojry, jedna przecinająca nić żywota w sferze piekielnej Ekranu snu]

Starszy pan przez chwilę o czymś gwarzył ze staruszkami, a potem podszedł do mnie i orzekł, że staję się zbyt zimna, trzeba coś z tym zrobić. „Rzeczywiście” – zauważyłam i poczułam lekki chłód w pokoju. Wiedząc, co to oznacza, [że tracę energię na rzecz minusowości] zaczęłam robić ćwiczenia gimnastyczne, wirując obiema wyprostowanymi na boki rękami i to mi szybko przywróciło ciepło, a nawet znaczne gorąco w dłoniach. Starszy pan uśmiechnął się z zadowoleniem. Potem działy się jakieś rzeczy, gdzieś byłam, coś zwiedzałam, obserwowałam z góry, wyższego piętra patrząc w dół, kilkumetrowego strażnika w ciemnoszarych dżinsach i koszuli, stojącego spokojnie i nie interesującego się mną, reszta umknęła mi z pamięci. [Pokazywano mi przestrzenie 6-8 i widziałam zapewne Kolosa/cień ludzkości w barwach poziomu 8.1].

Pojawił się znowu Paweł. Siedząc z mojej lewej pokazał mi mapę, wskazując wymownie palcem kolejno na trzy punkty na niej. Patrzył na mnie za każdym razem znacząco, jakby mówił: „Zapamiętaj położenie”. [I szło o zapamiętanie po obudzeniu ze snu].

Pierwszy punkt znajdował się na mapie Polski, w okolicy Świnoujścia, na Odrze, [lewa strona, stary teren Niemowów z 8 poziomu] wzięty ołówkiem w okrąg, drugi na przeciwległym krańcu wschodniego Pomorza, gdzieś przy granicy z Rosją [prawa strona, teren Czerwonych z małej karmy], też obwiedziony i też był tam jakiś zbiornik wodny, jezioro albo zatoka morska, to nie było wyraźne i się zmieniało, gdy patrzyłam. Trzeci zaś znajdował się aż za biegunem północnym, [na mapie kierunek północno-zachodni, punkt przekraczający biegun i znajdujący się na drugiej półkuli] gdzieś na zamarzniętej arktycznej wyspie podobnej do Grenlandii w pobliżu Ameryki, częściowo pokrytej większym od niej lądolodem. Była tam pośród lodów zatoka wzięta w kółeczko, a przy owej zatoce jakiś mniejszy zbiorniczek, nader ważny, do którego dojście i namiary do niego są trudne i zatajone. [Wszystkie punkty tworzyły istotny umowny trójkąt. Może orientacyjny].

Kiedy już wszystko zapamiętałam oczywiście udałam się w drogę do tego miejsca, zwanego miejscem obfitości, a może źródłem obfitości. Zabrali mnie wysocy żołnierze amerykańscy z oddziału lotniczego pełniący tam służbę ochronną. Mieli w sobie coś bladożółtego, może elementy mundurów i kolor samolotów [pobliże granicy 8/9]. Byli przyjaźni i mogłam robić, co zechcę. Łatwo odnalazłam zaznaczoną na mapie morską zatokę. Ograniczona betonowymi brzegami w kształcie prostokątnym miała wysokie brzegi schodzące w dół ukosem. W dole była niezamarznięta ciemnoniebieska [zło osobowe, minusowość] połyskliwa woda morska, trwająca prawie w bezruchu [niecka w wersji minusowej]. Wiedziałam, że to niebezpieczne, zostałam ostrzeżona, ale postanowiłam dostać się dalej, a to była jedyna droga. Zsunęłam się po skośnej ścianie brzegowej w dół, zamierając ze strachu. Bałam się całkowitego zatonięcia. Strażnicy patrzyli na to z góry i liczyłam w duchu, że mi pomogą, gdybym wpadła w większe tarapaty. Dostałam się do wody, ale ku swej uldze odkryłam, że woda jest tak gęsta, może od znacznej zawartości soli [jak w Morzu Martwym], a może z powodu niskiej temperatury, że nie zapadam się zbyt głęboko, najwyżej na wysokość pasa [do granicy 5/6 czyli w świecie dualizmu wartości]. Dało się chodzić w ten sposób przez wodę i oczywiście ruszyłam zaraz ku przeciwległemu brzegowi, wydostałam się bez problemu i odnalazłam owo jeziorko obfitości.

Był to maleńki, słodkowodny akwen z ciepłą jak na warunki klimatyczne Północy czystą przeźroczystą wodą, o naturalnych brzegach, w wydłużonym wrzecionowatym kształcie [Szczelina!]. Wyrastały z niego jakieś rośliny, kilka dużych grzybów o cienkich nóżkach i białych kapeluszach, podobnych do powiększonych rozmiarowo psylocybów, wznoszących się ponad taflą wody i wyległych na brzeg [symbol wizji i iluzyjnych światów]. Najpierw sprawdziłam głębokość i zawartość zbiorniczka długim cienkim kijem, czy nie mieszka w nim coś groźnego [bałam się ukrytego dinozaura], ale odezwało się i poruszyło tylko kilka maleńkich i łagodnych żyjątek. Przechodząc jego wąskim lewym dłuższym brzegiem koło kapeluszy grzybowych odsłoniłam je i zauważyłam, że pod spodem brzeg jest zasypany żółtymi ziarnami zbóż, brodziło się w nich [zachowane ziarna karmy dla odrodzenia życia, mnożenie błogosławieństw, realizowanie wizji w światach karmicznych]. Pamiętałam, to mi powiedziano wcześniej wśród lotników, że kto się zdoła w tym żywym źródle zanurzyć i napić z niego nigdy nie zazna biedy i głodu. W jego życiu będzie zawsze manifestowała się obfitość rzeczy potrzebnych do pomyślnego istnienia. To było dla mnie ważne, bo – jak mi powiedziano też – szykowano się na bliskie nadejście okresu wymierania, gdy większość żyjących ziemskich istot zazna ogromnych braków, głodu i niepokojów.

Kiedy zaczęłam wracać usłyszałam oceny, nie wiem kogo, było to kilka niewyraźnych osób [inne aspekty mojej duszy], że wyglądam bardzo młodo. Bo byłam dotąd dwudziestokilkuletnim (21-22) chłopakiem, a wyglądałam teraz na 17 albo nawet 16 lat. Miałam myśl, że to moje przyszłe wcielenie i przez nie śniłam.

Komentarz JB: Te sny to bardzo sensowna konstatacja. Źródło obfitości oczywiście dotyczy bytów samoświadomych w małej karmie, więc musi się znajdować po minusowo urojonej stronie. W urojeniowości plusowej, czyli zmysłowo namacalnej przecież takiego nie ma, no, może wyidealizowana Ameryka (wojska desantowe, spersonalizowane jako Aleksander ?). Źródło obfitości musi zatem być otoczone ową urojeniową minusowością. Samo jest tak silne, że nawet w minusowości potrafi zneutralizować lokalnie tę minusowość. To po prostu minusowa kopia Szczeliny 8-12. Badałem kiedyś podobną kwestię, czy poprzez minusowość da się dotrzeć do Nieprzejawienia 8-12. Da się. Z powrotem również.

Na drugi dzień Paweł opisał mi swoje sny z tej nocy:

PZ: Głos śnienia mi powiedział: „śni, że nie jest zadowolona z ziemskiej pracy”… [Po analizie znaczeń i odkryciach tematów sugerowanych przez sen, w dzień na jawie, owszem tak]

Potem sen jest o moście, który miał 560/590 metrów, nie został dalej skończony. [Granica 5/6 przekroczona po to, aby wyjść przez Nicość 8/9, poprzednie życie zostało nagle przerwane]. Cały szkielet stał, ale nie było drogi. Drugi most mniejszy o parę metrów był już gotowy, ale ten wcześniejszy dłuższy nie. [Jak moje obecne i poprzednie wcielenie. Tamto życie, działające z o wiele większym rozmachem nagle przerwane nie osiągnęło swych zamierzeń – ES]. Więc nie można było się poruszać tą drogą. [Aleksander nie mógł wyjść z Przejawienia, nie zakończywszy swojej pracy – ES] We śnie na kogoś krzyczałem, że to miało być już gotowe, budowlańcy oszukują i nie pracują należycie. [Przypomina to nastroje i sytuację z końca życia Aleksandra – ES]

Komentarz JB: Zator wodny [z poprzedniego snu] i most niedokończony to granica pomiędzy Źródłem obfitości, a urojeniową minusowością. Tu również [oba mosty] minusowo naśladują granice 5/6 i 8/9.

PZ: Jestem fotografem na urodzinach. Tzn. urodziny się skończyły, dziewczyna wyciąga umowę, pisze na niej 1790 zł, [moje poprzednie życie zaczęło się w 1773 roku, więc poniekąd blisko. Cyfry mówią o zasięgu ciało-dusza-duch, aż do strefy Nicości – ES], ja tak patrzę na DJ [byt nadrzędny] zdziwiony, że tak dużo za urodziny bierzemy. Przecież to nie wesele. I cena zmienia się na 2790 [pokazuje się wyższa prawdziwa ale ukryta wartość, przy czym 1 zamienia się 2, czyli coś niewidzialnego/nieznacznego ją podbija – ES], aż w końcu zostaje 1790. Myślę sobie, gdybym wiedział, że za tyle to zlecenie mamy, to bym się bardziej postarał.

We śnie pojawił się tekst „fale loki koki”- w sąsiedniej miejscowości fryzjer ma taki napis. [fala spirala/zakręt i wiązka – to się tyczy energii świadomości i sposobów jej przejawiania się – ES]

Jeszcze jeden sen miałem o zatkanej ubikacji, wydalaniu kału. Woda się cofała. Wybijało szambo. Wydaliłem stolec z krwią. I tak jakby kilka osób naraz się załatwiało do jednej muszli. [Poprzednia śmierć była nagła i bolesna, Aleksander nie zdążył pozbyć się żalu za utraconymi szansami i pewnie to sprawiło, że towarzyszy mi w tym kolejnym życiu z całym zespołem swojej pamięci i cech – ES].

Paweł przejął się owym źródłem obfitości i postanowił do niego dotrzeć we śnie kolejnej nocy. Oto, co mu się przytrafiło.

PZ: Chcę się udać do źródła obfitości. Proszę o pomoc duszę, Wyższą Jaźń i zaprzyjaźnione wyższe istoty (w tym zaprzyjaźnionego Dewę).

1. Układam zmarłego (we śnie) ojca do trumny. Podmywałem mu twarz i brodę, którą miał dość długą i ciemną [w rzeczywistości nie ma brody]. Regulowałem mu nieco brwi. [Przygotowania do kontaktu z Nieprzejawieniem i synchronizacji świadomości, aby dotrzeć, jak najwyżej]

2. Moi rodzice wracają z Czech na lotnisko wraz z moją siostrą. Moja mama ma lecieć pierwszy raz samolotem [kierunek granica 8/9] i jest nieco zdenerwowana. Jest straszny korek, wszyscy w ogóle jadą w drugą stronę, jakby wracali z Czech. Ja z grupą znajomych udaję się w przeciwną stronę. Przedzieramy się przez tłum na parkingu lotniska. Wsiadam do jakiegoś samochodu i udaję się w stronę Czech [kraj symbolizujący minusową strefę].
Mam wspomnienia że trochę poobijaliśmy się tym samochodem o inne, mknące w przeciwną stronę samochody. [Strefa dualizmu. Przeszkody na drodze i spowolnienie jazdy oznaczają, że trzeba więcej czasu, aby się dostroić i uzyskać żądane informacje we śnie]

3. Jestem w klubie jako fotograf. Wróciliśmy z wakacji i wywołuję (drukuję) wykonane zdjęcia. Jak się okazało na zdjęciach, byliśmy gdzieś nad morzem. Robiłem tam zdjęcia kolegom i koleżankom, którzy byli częściowo zanurzeni w wodzie. Leżeli na plaży mając połowę ciała w wodzie. Zdjęcia te były posypane jakby złotym brokatem. Na koniec zorientowałem się że wśród tych zdjęć miałem jeszcze całkiem inne, nie tylko z tych wakacji. Niektóre nieostre i zastanawiałem się dlaczego je wszystkie wywołałem. [Cel podróży, być może osiągnięty, został zamazany w pamięci. Wywoływanie zdjęć to przypominanie sobie]

Nieusatysfakcjonowany senną podróżą Paweł ponowił temat kolejnej nocy.

PZ: Chcę kontynuować podróż do źródła obfitości i się w nim zanurzyć i napić się tej „wody”.

1. Śnię o siostrze, która we śnie mieszka w ogromnej willi w Hiszpanii, konkretnie na Majorce. Ma przepiękny ogród z bujnie rosnącymi palmami. Na podwórku biegają jej dzieci, jest szczęśliwa i zadowolona. Jej mąż dumny ze swojej pracy oprowadza mnie nieco speszony, bo zachwycam się tym pięknym domem i ogrodem. [Wyspa świadomości plusowa, ale Hiszpania jest obszarem minusowym rejonu 8/9 na mapie śnienia]
Okazuje się, że siostra wróciła z Polski tutaj do Hiszpanii. Chyba wtedy w poprzednim śnie, gdy wróciła z rodzicami z Czech na lotnisko.

2. Przechodzę przez plac, tzn. ktoś mnie prowadzi. Widzę, że na małej mównicy po prawej stronie ekranu śnienia stoi jakiś facet w smokingu i prowadzi wykład. Mówię we śnie: to pewnie będzie ten cały Wattles, o którym wspomniała Ewa. (W ogóle nie wiem kim jest Wattles – tyle tylko, co z relacji ze snu ES) Zapamiętałem jego wygląd i ON albo JAREK? albo ktoś jeszcze inny, pełniący funkcję przewodnika w tym śnie zaprowadził mnie w lewą stronę ekranu śnienia, gdzie znajdowały się przejścia chyba do różnych poziomów/wymiarów.
Wyglądało to, jak wielki słup wysokiego napięcia w kształcie krzyża. Znajdowaliśmy się na poziomej belce, tylko szczebel od samej góry. Chcę wejść na samą górę, ale napotykam niewidzialny opór/ścianę, której nie mogę przekroczyć. Przewodnik mówi mi, że muszę się rozdzielić na 2 części, by tam wejść. Więc jak gdyby nigdy nic, jakby to było jak oddychanie rozdzielam się na 2 osoby – męską i żeńską. I wchodzę na samą górę jako dwuczęściowe JA. To przejście najprawdopodobniej było 12 poziomem – tak to we śnie odbierałem.

3. Śnię o Androgynie – kobiecie z penisem.
Jak się okazało po wygóglowaniu nie był to W. D. Wattles, tylko to Charles F. Haanel!
Haanel jest twórcą systemu uniwersalnego klucza.

Końcówka tej serii snów Pawła bardzo mnie rozbawiła. Uświadomiła mi, że moja naturalna droga współpracy ze snem i odblokowywania energii prowadziła mnie tam, do źródła sama w sposób konsekwentny w długim odcinku czasu. Najpierw, kilka miesięcy wcześniej wraz z odpowiednio wysokim transem zamanifestowała się energia błogosławieństwa, którą zademonstrował mi mój wyższy aspekt pod postacią znanego kołcza. Potem androgyniczny cień, który we mnie wniknął, następnie unia z ujawniającym się stopniowo Hermafodytą, a teraz źródło obfitości! Wszystkie te śnione przypadki zachodziły ze sporymi przerwami w czasie. Również nie miałam pojęcia czym właściwie jest źródło obfitości, kojarzyłam je z baśniami o wodzie życia, a z całego wielkiego ruchu pozytywnego myślenia z przełomu XIX i XX wieku w Stanach Zjednoczonych czytałam dawno temu jedynie książkę Murphy`ego.
Hm, teraz – ponieważ jestem przekonana, że sen poprzedza jawę, przegrupowując psychikę, oczekuję, że cośkolwiek z tego zaznam w rzeczywistości. Bo inaczej po co śnić?

*

Dla chcących poznać zasady śnienia progresywnego, śnienia wspólnego i podstawowe choćby symbole możliwe do odczytania z takich snów polecam Glosariusz, czyli prościej mówiąc „Sennik Jarosława Bzomy”, którego zostałam skromną redaktorką.

Tropy 3: Ostatni strażnik

Był to jeden długi sen z kilkoma wejściami w głębszy trans, podczas których patrzyłam oczami innych osób, starszego mężczyzny i młodej kobiety. Szczegóły, jakie z tych odtworzeń (bo w ten sposób, dość charakterystyczny i nie do pomylenia odtwarza się pamięć inkarnacyjna własna i cudza) na tyle były wyraźne, że na ich podstawie udało mi się odnaleźć człowieka, którego oczami dane było mi spojrzeć. Dzięki Wikipedii ustaliłam, że szło o pana Alexandra de Fauris, prezydenta Aix-en-Provence żyjącego na przełomie wieków XVIII i XIX. Osoby jego młodej kochanki oczywiście nie ma tam wymienionej, jednak w tych wspomnieniach była istotną cząstką gry zatartej w czasie. Tym sposobem złożyły mi się w całość części układanki z innych snów, które stały się kanwą dwóch pierwszych nowelek cyklu „Tropy”. Golfor jest imieniem z innego snu, o duszku pośredniczącym miedzy wysokimi i niższymi poziomami bytu, zapewne merkurialnego rodzaju. Le golfe po francusku to zatoka, odmęt morski, jaki się tworzy w ciasnym kanale między lądami, zatem imię znaczy: kanałujący (channelinkowy), kontaktujący ze sobą dwie dalekie sobie obce strefy. Całość śniłam jego oczami, biorąc je za swoje, niemniej dziewczyna, którą spotkałam była zobrazowaniem mnie samej, zatem z powodów logicznych musiało dojść do literackiego rozdzielenia podmiotów.

Ewa Sey

Ostatni strażnik

[…] naprzeciw siebie ujrzałem rozwijającego się bez końca ze swych zwojów, potwornie ogromnego CZERWONEGO WĘŻA wzmiankowanego w pergaminach, słono i gorzko, ogromne zwierzę uwolnione z łańcucha opowiada pieszemu o tej białej górze, czerwone z gniewu.

(„Czerwony Wąż” z „Tajnych Zapisków Henri Lobineau”)

Hanna Bielańska, ostatnia żyjąca przedstawicielka arystokratycznej rodziny Gralowskich, zaliczającej się do strażników legendarnego Graala, przeszedłszy wreszcie na emeryturę zajęła się długo odkładanym odczytaniem przepowiedni na temat narodzin zbawczego potomka świętego rodu pod koniec czasów. Dysponowała niepełnymi zapisami z częściowo uszkodzonej w toku historii księgi rodowej. Zechciała je porównać z innymi podobnymi należącymi do rodzin skoligaconych dawniej z jej własną. Pewnego razu stał jej się niezbędny pewien program komputerowy służący do skomplikowanych genealogicznych zapisów, umożliwiający prześledzenie także rozwoju linii żeńskich. Wydało go kilka lat wcześniej popularne kobiece czasopismo i przez jakiś czas był powszechnie dostępny w kioskach, na bazarach i u ulicznych sprzedawców starej prasy. Po czym zniknął siłą bezwładu. Pożyczyła go kiedyś mnie, swemu młodszemu znajomemu. Wgrałem go do swego komputera, a płytę przez zwykłe u siebie roztargnienie gdzieś z biegiem czasu zapodziałem. Potem sam zupełnym przypadkiem program skasowałem i tak ostatecznie przepadł.
Zawstydzony swoją nieodpowiedzialnością, poczułem się zobowiązany do zaradzenia niespodziewanemu kłopotowi. Czym prędzej udałem się do siedziby redakcji pisma, które wydało niegdyś ów program. Chciałem zapytać wprost u źródła, czy nie pozostała im w archiwach jakaś niesprzedana płytka.

Biuro okazało się puste, mimo jeszcze stosunkowo wczesnej popołudniowej pory. Zastałem w nim jedynie sprzątaczkę. Dość niska kobieta bliska czterdziestki, o smutnej szarobladej twarzy i zmęczonych oczach wyłączyła odkurzacz i wpuściła mnie do wnętrza. Niespodziewanie rozpoznała mnie od razu, wykrzykując na mój widok: Och, Golfor, witaj!, a ja zdziwiony udałem, że wiem, kim ona jest. Nieznajoma znajoma powitała mnie z ogromną radością. Natychmiast zaczęła, porzuciwszy odkurzacz w kącie korytarza, opowiadać wylewnie, co teraz robi. Stałem słuchając w milczeniu fali słów. Nadal zmieszany faktem, że jej nie pamiętam.

Moja niespodziewana rozmówczyni zaledwie od niedawna mieszkała w stolicy i cieszyła się, że w ogóle zdobyła jakąkolwiek pracę. Co prawda nie była zadowolona z tego, że brak stosownego wykształcenia powoduje, iż wciąż proponowano jej niskie stanowiska. Takie, jak na przykład to tutaj w redakcji.

Wtedy nareszcie przypomniałem ją sobie. Znałem ją dawno temu ze szkoły! Wówczas była tak samo ambitną dziewczyną marzącą o tym, by wyrwać się z zapadłej wioski w nieokreślony wielki świat. Miała na imię Ewa.

Skończyła właśnie sprzątanie i szła już do domu. Okazało się, że w tym samym kierunku, co ja. Po drodze rozmawialiśmy, a raczej to ja dość niecierpliwie wysłuchiwałem jej opowiadań, tym razem o planach na przyszłość. Bo Ewie zamarzyło się stanowisko w owym kobiecym czytadle. Z tego powodu zapragnęła pójść wreszcie na studia, gdyż pismo zajmowało się głównie tematem kosmetyki i pielęgnacji ciała, o czym nie miała wielkiego pojęcia.

Była zima, dość łagodna tego roku. Na ulicy leżał kilkudniowy udeptany śnieg. Przerwałem nagle tę wspomnieniową i w gruncie rzeczy nudzącą mnie rozmowę. Zapominając się, z dziecięcą radością zacząłem ślizgać się w miejscach wytyczonych przez przechodniów, przede wszystkim dzieci. Przemieszczałem się do przodu zgrabnymi ślizgami nóg, utrzymując równowagę rozłożonymi jak ptak rękami i wybuchając co chwila głośnym śmiechem. Niepostrzeżenie znalazłem się w ukochanej Francji. Tego szczęścia nie sposób było od razu nie poczuć.
Ewa ze skrępowaną powagą zdążała za mną.

Mirabeau14

W Aix-de-Provence po obu stronach Cours Mirabeau, pięknej obsadzonej drzewami i zdobionej fontannami alei wyłożonej brukową kostką, ciągnęły się stylowe kamieniczki zabytkowych hoteli.
Stanęliśmy przed rzędem przylepionych do siebie starych dwupiętrowych budynków. Ich parter usiany był długim szeregiem wejściowych drzwi.

Wtem z wnętrza któregoś z nich wychyliła się drobna przykurczona postać. Z radosnym zaskoczeniem Ewa rozpoznała swego dawnego znajomego, bibliotekarza, pana Utopinetza. Staruszek mimo upływu czasu nic się nie zmienił. Pukał najpierw zgiętym palcem w szybę otwartego okna, aby zwrócić na siebie uwagę, po czym zapytał:
– Zapewne znacie soczyste opowieści Rabelais`go i poezje Villona, tworzącego w czasach dobrego króla René, wielkiego mecenasa kultury, który zmarł w tym mieście. Pisał o nim potem pewien znakomity obywatel Aix, Alexandre de Fauris.
Ewa zastanawiała się tylko chwilkę
– Tak. Wilhelm z Lorris, Villon, Rabelais, Brantôme…Te książki wydawano swego czasu w okładkach z zielonego płótna. Ależ oczywiście, świetnie pamiętam!… Rozlatywały się nawet trochę od mojej lektury… – stwierdziła.
– No, więc można tu teraz zwiedzić jedno z mieszkań, autentyczne, które zamieszkiwał niegdyś pan de Fauris. Chcielibyście je zobaczyć?
– Oczywiście. Gdzie to jest?
– Licząc stąd siódme drzwi. Można wejść.
Policzyłem oczami do siedmiu, ale gdy podszedłem, otwarte okazały się drzwi ósme. Nie wnikałem już w pomyłkę, tylko wraz z nieodstępującą szkolną koleżanką wszedłem do środka. Dwupiętrowa kamieniczka nosiła numer 14.
Wraz z wejściem do budynku już od progu zagarnęły mnie jak żywe zapisane w jego murach cudze wspomnienia.

Alexandre-de-Fauris-Saint-Vincent

Oto mamy początek XIX wieku. Do kamienicy wkracza pan de Fauris. Zażywny, obdarzony posuwającą się łysiną, znany z poczucia humoru i ciętego dowcipu mężczyzna już prawie siedemdziesięcioletni. Postanowił zamieszkać w apartamencie należącego do niego od dwóch pokoleń hotelu. Do tej pory był on wynajmowany. Pragnie w odosobnieniu zająć się pracą literacką, której poświęca cały swój wolny czas.
Ów adres zajmuje w tej chwili pewien młody oficer. Mieszka w nim już dość długo wspólnie z siostrą, starą panną. Wychodzi na spotkanie pana de Fauris wolno, odkrzykując coś pod nosem i choć wydaje się zaskoczony tak wczesną dla swoich zwyczajów wizytą uprzejmie wpuszcza gościa głębiej.
Panu de Fauris rzuca się od razu w oczy brudna podłoga. Otwarte w korytarzu drzwi do salonu ukazują poranny bałagan. Siostra gospodarza mieszkania ukradkiem zgarnia nogą jakieś walające się okruszki i posuwa je w niewidoczne zakamarki pokoju. To wynik hulaszczego trybu życia młodzieńca, siostra już dawno przestała się starać o zachowanie porządku, jedynie dba o jego pozory.
Pan de Fauris lustruje mieszkanie okiem właściciela. Widzi odrapany, lepiący się od brudu kredens kuchenny, stare pachnące kurzem i stęchlizną pokojowe meble, wypłowiałe dywany i nigdy nieprane, ani nawet trzepane draperie.
Mieszkanie mimo wszystko jest świetnie położone, jasne i ma wiele pomieszczeń. Przy odrobinie wysiłku można je będzie wygodnie urządzić. Wchodzi ostrożnym wolnym krokiem po trzeszczącej drewnianej podłodze do środka.

W małym pokoju, do którego jest wejście z korytarza znajduje się buduar siostry młodego wojskowego. Na wprost drzwi duże wysokie okno, z boku stoi sekretarzyk i przy ścianie łóżko z baldachimem. Pokoik jest przechodni, wchodzi się z niego do dużego salonu, dalej sypialni. A stamtąd do jadalnego, potem do pomieszczeń kuchennych, służbówki, na koniec do dużego pokoju z wielkim oknem. Wiszą w nim teraz na wieszaku odprasowane męskie spodnie wojskowego kroju, stoi wąski stół i jakieś przyrządy miernicze. Pachnie intensywnie pastą do butów i końskim potem.
– Jak widzę, to pracownia krawiecka i przebieralnia, męski pokój – orientuje się pan de Fauris i z wyrozumiałym uśmiechem patrzy na młodego mężczyznę, który mu towarzyszy z lekko zaspanym i nieobecnym wyrazem twarzy. Ten lubi się stroić i wychodzić na miasto jak galant.

Teraz jednak, po ponad dwustu latach mieszkanie było idealnie sprzątnięte. W saloniku postawiono, jako główny mebel starą autentyczną sofę. Jej oparcie wygięło się i zapadło już ze starości. Gdy usiadłem na niej wraz z Ewą, zaskrzypiały pod nimi nadwyrężone sprężyny. Zawiesiłem przy tym na chwilę oczy na zaczesanych za uszy cienkich i nieokreślonego koloru włosach Ewy, ciemnych brwiach i charakterystycznym profilu z cofniętą żuchwą i wąskim chudym nosem z wyraźnym garbkiem, ostro zaznaczonym na tle światła dnia padającego z okna. Zaraz zagarnęła mnie dalsza fala wspomnień. Pamięć pana de Fauris niezauważalnie rozsunęła się i wpuściła w siebie inną.

*

To właśnie na tej sofie pan de Fauris leży właśnie z młodą dziewczyną. Jest nią niezamężna siostra młodego oficera, która pod pozorem zarządzania domem została jego bliską przyjaciółką. Spoglądam teraz jej oczami. Dotyka dłonią jego nagiego, nieco nalanego, pokrytego rzadkimi jasnymi włosami brzucha i wyczuwa na nim twardy guz.
– Co to? – pyta ze zdziwieniem.
Ale pan de Fauris zdaje się w ogóle nie zwracać na to uwagi. Pomija pytanie milczeniem, zmieniając temat. Młoda kobieta nie kontynuuje. Myśli z powagą i niespodziewanym smutkiem, że jej podstarzały kochanek ma już niewiele czasu przed sobą…

Pan de Fauris od wielu miesięcy nie zwraca uwagi na uporczywe dolegliwości, powtarzającą się gorączkę i bóle, zwłaszcza po posiłkach, do których codziennie wypija zwyczajną porcję wina. Targające nim poty i bolesne kolki przypisuje jesieni. Nadchodzi listopad. Gorączkowo, w coraz rzadszych przerwach od bólu i złego samopoczucia, lub mimo nich, szuka, bada, porównuje i zapisuje jakieś swoje koncepcje. Jakby się spieszył, by zdążyć.
W całym mieszkaniu leży mnóstwo książek, druków, żurnali i notatek, porozkładanych i porozrzucanych chaotycznie na wszystkich meblach, półkach, stołach, krzesłach i szafkach. Najbardziej obłożone nimi jest łóżko. I sofa.

Od dziesiątek lat pilnie rozwijane zainteresowania pana de Fauris sprawiły, że przestudiował wiele trudno dostępnych dzieł i starych manuskryptów, z których czyni notatki do publikowanych niekiedy w monitorach artykułów, albo na własny użytek. Z pasją bada też starożytne inskrypcje, próbując między innymi dojść umiejscowienia legendarnego skarbu Rzymian, ponoć skradzionego i ukrytego przez galijskie plemiona w czasach upadku cesarstwa gdzieś na południu Francji. Nie jest to zdaje się jedyny temat jego zainteresowań. Wśród porozrzucanych wszędzie książek najwięcej widać religijnych, psałterzy, zbiorów pieśni, modlitw i litanii. Czegoś w nich szuka, jakiegoś klucza. Uważa, że to ten sam klucz, zagadka czasu i miejsca, którym posłużono się do zaszyfrowania najistotniejszych kwestii trwającej ery. Skarb czeka na spadkobiercę. Spadkobierca ma się narodzić i otworzyć go. Klucz został ukryty lub zgubiony. Dla dobra sprawy, gdyż czyhają na niego wilki, przebrane w owczą skórę. Które niczego bardziej się nie boją, jak jego odnalezienia.

Młoda przyjaciółka prowansalskiego notabla stara się zaprowadzić w tym nieporządku jakiś ład, choćby pozorny. Nabrała w tym wprawy podczas wspólnego zamieszkiwania z bratem. Przecież także ogromnym bałaganiarzem. Przy okazji zerka z zaciekawieniem na pisma swego pracodawcy i kochanka. Kartki niektórych ksiąg pokryte są mnóstwem dziwnych zapisków robionych piórem wprost na marginesach, w pionowych kolumnach, maczkiem. Zawierają greckie i hebrajskie litery, pojedyncze słowa, a niekiedy także krótkie zdania, tłumaczone przeważnie z łaciny.
Ocierając z kurzu jedną z ksiąg otwiera ją na przypadkowej stronie. Na marginesie znajduje odręczną notatkę, dotyczącą młodej kobiety, która nosi na czubku głowy czerwony znak spirali zawartej w elipsie. Podobno został uczyniony przed jej narodzeniem przez niewidzialne humanoidalne istoty. W jakimś celu blokuje pamięć. A może jej strzeże. Pod tą dziwną notką umieszczony jest rysunek, zrobiony tuszem przez pana de Fauris. Przedstawia szkic profilu dziewczęcej głowy i tego wężowego znaku na jej szczycie, sama pieczęć uczyniona jest czerwonym inkaustem.

*

Wstałem nagle z sofy i ruszyłem na obchód mieszkania.
– Spójrz, a co to? – Ewa pokazała na coś dłonią.
Dopiero teraz zwróciłem uwagę na wąskie, pokryte miękką tapicerką drzwi w rogu pokoju przy oknie. Niewiele myśląc otworzyłem je.
Tuż za nimi znajdowały się drugie, takie same. Pchnąłem je i ze zdumieniem zobaczyłem, że otwierają się w sąsiednim mieszkaniu! Być może nawet w budynku obok. Właśnie wchodzili tam do pokoju jacyś zagadani ze sobą dwaj mężczyźni. Tknięty jakimś przeczuciem szybko zamknąłem jedne i drugie drzwi. Zrozumiałem, po co była na nich ta tapicerka. Służyła wyciszeniu wszelkich odgłosów.

Tym sposobem trop od siódmego, jako ósmego do dziewiątego tajemniczo znikał.

(Skończone w 2018 roku)

Pojedynek z cieniem

Przedstawiam moje opowiadanie, które powstało na bazie wizyjnego snu z bodajże 2003 roku. Długo bohaterowie nie mieli swoich prawdziwych nazwisk, tylko miejsce określiłam szybko i precyzyjnie. Odnajdując stare ryciny ukazujące wygląd Bastylii i okalających ją przestrzeni. O ile tekst, który recytował mi szybko i monotonnie głos śnienia także udało się zidentyfikować, a także dwóch panów rewolucjonistów, przewodniczącego Towarzystwa Przyjaciół Czarnych i tego, który usiłował ostrzec króla Ludwika przed szykującym się wzburzeniem tłumów, to narrator, postać, przez którą śniłam, był dla mnie zagadką najdłużej. Odkryłam go dość skomplikowaną drogą śnienia, skojarzeń i poszukiwań. A zaczęło się od pamięci proroka Daniela, która mnie dawno temu zagarnęła całkiem na jawie, a potem we śnie, w którym dowiedziałam się, że Daniel był poprzednią inkarnacją Nostradamusa, i że miał on jeszcze trzecią, ostatnią, urodzonego w XVIII wieku francuskiego erudyty zajmującego się zagadkami. Wystąpił on w innym śnie wizyjnym, w którym odtworzyły mi się szczegóły z jego życia oraz jego wygląd. Posłużyły do identyfikacji, gdy pewnego razu, szukając przy okazji wpisu blogowego informacji o dziedzicach portretu Nostradamusa, namalowanego przez jego syna trafiłam na biografię tego człowieka we francuskiej Wikipedii! Równie długo trwała identyfikacja więźnia Bastylii ogarniętego przez cień. Dopiero zerknięcie na portret starego markiza de Sade przekonało mnie zupełnie, kim była ta postać ze snu. Treść rozmowy dwóch nieznajomych była we śnie podana drogą bezpośrednią, z umysłu do umysłu, może więc zawierać moje niedoskonałe przekręcenia przy ubieraniu sprawy w słowa. A oto opowiadanie.

Ewa Sey

Pojedynek z cieniem

Późną wiosną 1771 roku pogoda była doskonała, zachęcająca do spacerów. Paryż, w którym od kilku tygodni przebywałem, wciąż mnie pociągał i każdego dnia nie potrafiłem oprzeć się pokusie wielogodzinnej przechadzki. Z początku poznawałem stolicę dość chaotycznie i przypadkowo, przebiegając bogate centrum i brudne ulice, śmierdzące rozkrzyczane rynki i nędzne przedmieścia, zaglądając do sięgających nieba gotyckich kościołów i zapełnionych starymi księgami i woluminami magazynów w poszukiwaniu czegoś, co trudno było mi nazwać.
Wszędzie znajdowałem zbutwiały zapach jakiegoś pradawnego świata, którego wielokrotnie w czasie kopiowane ślady już dawno skryły się w głębinach ziemi, w ciszy bezmiaru nocy i krzyku bezliku dni, które nad nim przeszły i przechodzić będą. Woń stęchlizny i czegoś jeszcze, jak narkotyk wciągającego wyobraźnię i serce, nie dawała mi zasnąć, budziła często i zrywała każdego ranka wcześnie, nakazując iść jej tropem. Koniecznie. Nie wiem, po co. I ku czemu.
Wcale nie szło mi o zyskanie uszczęśliwionego poczucia, że oto patrzę na świat jak Paryżanin. Mimo, że byłem prowincjuszem, młokosem nieznającym jeszcze życia, chętnym jego używania, ambitnym i łasym sukcesów. Zdążając za głosem serca, szukałem przede wszystkim jakiegoś impulsu, o którym mógłbym wreszcie pomyśleć, że wprawił mnie w ukierunkowany trwale ruch. I z którym mógłbym wrócić do swego tradycjonalistycznego świata, nie pytając o nic więcej.

W zarozumiałości swojej, a może w skromności, trudno mnie to oceniać, oczekiwałem wizji ukazującej mi sens życia, nie mojego, ale wszystkich ludzi, bo moja droga została już wyznaczona przez nobliwych przodków i rodzinę. I na to wpływu nie miałem. Jednak wierzyłem, że spojrzawszy na swoje zaplanowane życie stąd, z Paryża, serca Europy, niejako z lotu ptaka zobaczę własne zadanie w jakimś niepowtarzalnie szerokim kontekście. Może zrozumiem sens tajemniczych inskrypcji, run, reliefów i płaskorzeźb rytych odwiecznie na murach i portalach kościołów, pałaców i kamienic, wśród kolumn, stiuków i kamiennych figur, albo układanych w mozaikach i witrażach katedry Notre-Dame, wybitych na starych medalach i monetach, na płytach cmentarnych, zapisanych w pachnących kurzem i pleśnią zwojach, traktujących o ukrytym grobowcu Jezusa, lub zaginionych skarbach Rzymian? Od dziecka nosiłem w sobie przekonanie, że na takie zagadki doskonale znam odpowiedź, tylko ją po prostu zapomniałem. I winienem, co najwyżej obudzić swoją pamięć.

Paryż jednak, mimo swej wielkości i przedziwnego piękna, choć wprawiał mnie w pożądane natchnione drżenie, wciąż nie dawał żadnego wyjaśnienia. Jedynie budził zmienne nastroje, jak u rozkapryszonego dziecka, czy dorastającej panienki. Wewnętrzny niedosyt wcale nie znikał i może właśnie z tego powodu, któregoś razu, na przekór wewnętrznemu rozedrganiu uciszyłem swój umysł, zwolniłem kroku.
Przechadzałem się ulicami i alejami wolno, uważnie, bez żadnego celu i planu, śledząc własne myśli i odczucia na widok kamiennych form, posągów i groteskowych zdobień, które odruchowo przykuwały moją uwagę. W końcu zaczęły mi się one wszystkie zdawać jakimś niezrozumiałym pradawnym pismem, mieszczącym dawno zapomniane wyklęte treści i zawierającym opisy zdarzeń, o których nikt z nas, przechodniów nie miał pojęcia. Oglądane z marszu pismo owo przesuwało się na obrzeża umysłu, który już po godzinie zapadał w jakiś półsen, pół jawę, ciało zaś wykonywało przyrodzone ruchy i wybierało samo dla siebie kierunek.

Pewnego dnia niespodziewanie, w trakcie takiej długiej bezmyślnej wędrówki aż za rogatki miasta natknąłem się na coś, co mnie zaciekawiło i jak gdyby przebudziło z paryskiego transu. Przystanąłem, aby przyjrzeć się temu, co tak zainteresowało dwóch ludzi, którzy zatrzymali się i dyskutowali ze sobą najwyraźniej już od dłuższego czasu.

bastylia

Po drugiej stronie placu wznosiła się murowana z kamienia i cegły średniowieczna forteca, od kilku wieków służąca za więzienie. Ponieważ przebywałem w stolicy po raz pierwszy w życiu, od razu zacząłem przyglądać się potężnemu budynkowi okiem rysownika, oceniając i starając się zapamiętać wszelkie architektoniczne detale. Żałowałem, że tym razem nie wziąłem ze sobą szkicownika. Mimo wszystko postanowiłem uwiecznić na papierze tę imponującą budowlę zaraz po powrocie do wynajmowanego mieszkania.

W grubych kamiennych ścianach narożnej baszty wchodzącej w skład zamkowych umocnień z rzadka rozmieszczone były w jednej pionowej linii zakratowane okna wpuszczające do środka niewielką doprawdy ilość światła. Szczyt został zbudowany na szerszej podstawie i okolony zabezpieczającą barierą z kutego żelaza. Tworzyło to na dachu taras widokowy, zapewne – jak sobie natychmiast wyobraziłem – znakomicie nadający się do obserwacji miejskiego życia.
Z dołu, gdzie się znajdowałem widać było teraz stojącego tam szlachcica. Mógł być tak samo naczelnikiem więzienia, jak i jakimś znacznym więźniem, nie potrafiłem tego ocenić. Ubrany w jasne pończochy, atłasowe spodnie i haftowany żakiet włożony na kamizelę i koronkową koszulę z żabotem, w peruce na głowie patrzył nieruchomo przed siebie oparłszy dłonie o żelazną barierkę. Ręce usztywnione przy tym w łokciach i sylwetka odchylona nieco do tyłu zdradzały człowieka pewnego siebie i przywykłego do rozkazywania. Wzrok wbił gdzieś w daleką perspektywę miasta rozciągającą się ze szczytu więziennej budowli.

Po dłuższej chwili kontemplowania z zadartą głową jego sylwetki, rozejrzałem się uważnie wokół siebie. Stwierdziłem, że znajduję się w zacnym towarzystwie dwóch energicznych mężczyzn w sile wieku, którzy przechadzając się po placu wolnym krokiem przystanęli blisko mnie i także przyglądali się ogromnej budowli. Moją mimowolną współobecność przyjęli bez najmniejszego zdziwienia i ani na moment nie ściszyli głosu w rozmowie, którą ze sobą toczyli. Odniosłem wrażenie, że obaj znali już ten bastion od środka i widok człowieka stojącego na szczycie ożywił w nich jakieś wspomnienia. Umilkli jednak na chwilę i spojrzeli na mnie przenikliwie, choć życzliwie, oceniając moją osobę jednym rzutem oka. Kiedy zauważyli, że właśnie na nich patrzę delikatnie skłonili się przede mną, każdy po kolei, kładąc przy tym jedną rękę na sercu, a drugą ujmując w palce trzymany pod pachą trójgraniasty kapelusz.
Zdjąłem i ja swoje nakrycie głowy i przedstawiłem się w zgodzie z dobrymi manierami, które mi okazali pierwsi.
– Pozwolą panowie, jestem Alexandre de Fauris, pochodzę z Aix-en-Provence.
Jednak w zamian nie raczyli dać mi się poznać z imienia i nazwiska, a szybko powrócili do przerwanej rozmowy. Co prawda odniosłem odtąd wrażenie, że natychmiast uprościli swe wywody, abym i ja mógł coś wynieść z ich dyskursu.

– Już od naszych narodzin jesteśmy świadkami procesu, który został wywołany przez zastosowanie wysublimowanej techniki – tłumaczył jeden z nich, wyraźnie skierowując objaśnienie ku mnie. – Wyjątkowo silna i specjalnie skonstruowana camera obscura, która jak księżycowa soczewka skupia światło słonecznej laterna magica od dawna rzuca promień, który w pewnym momencie ma całkowicie rozjaśnić od wewnątrz osłonięty świat. Ta niezwykła technologia sprawi, że w pewnej określonej chwili w jego środku samoistnie zrodzi się monstrum. Zostanie przywołane postanowieniami, działaniami, wyobrażeniami i uczuciami wszystkich jej uczestników. Oczywiście proces inkubacji potwora trwa dłuższy czas. Na koniec pojawi się rzeczywiście pośród ludzi jako jeden z głównych bohaterów, obdarzony świadomością i możliwością podejmowania decyzji.

Musiałem mieć nietęgą minę, gdy zorientowałem się, że przebywam z ludźmi, o których zajęciu i stanie nie mam najmniejszego wyobrażenia. Uznałem jednak szybko, że są filozofami, a zapewne także pisarzami dyskutującymi o jakichś sobie tylko znanych koncepcjach.
– Można wiedzieć, czemu ma to wszystko służyć? – zdecydowałem się włączyć do rozmowy i podjąłem swą rolę przygodnego słuchacza.
– Hm, sprawa jest w istocie bardzo skomplikowana – odparł grzecznie drugi z zagadniętych. – Ale spróbuję ją panu przystępnie objaśnić. Otóż do tej pory stosowano manipulację światem z zewnątrz. Wszelkie święte teksty i nieziemskie postacie, do których modlił się lud, a także trony, wobec których pełzał na kolanach były kreowane i stanowione na wyższym poziomie. Jeśli ukazywały się w niższym świecie to na zasadzie ruchomego obrazu, który odbierał hołdy lub odpowiednio przerażał gawiedź. Sterowało to rozwojem systemów i przekonaniami ludzi, a bóstwom i ich wynagradzanych stanowiskami sługom pozwalało kontrolować wydarzenia w zgodzie z własnymi interesami. Lud zachowywał dzięki temu harmonię ze środowiskiem, ale także pewien rodzaj bierności duchowej i poddaństwa, które czynił z niego nieświadomy tłum niewolników.

Zaiste, styl owej wypowiedzi zdumiał mnie jeszcze bardziej. W mojej głowie zaczęły lęgnąć się pytania przede wszystkim na temat pochodzenia owych ludzi, z którymi wdałem się w rozmowę. Używali pojęć, których nie rozumiałem, mówili o rzeczach niebywałych słowami, które brzmiały w mych uszach obco i dziwacznie. Kim byli? I o czym w istocie rozprawiali?

– Panowie, wybaczcie – skłoniłem się wtedy przed nimi – choć możecie mnie brać za młokosa, to znam dzieła Jana Jakuba Rousseau, czytałem też pisma Monteskiusza i Diderota. Mimo, że rozprawiacie z takim oświeceniem i pewnością siebie o rzeczach boskich i ludzkich, nie jesteście, jak sądzę do końca zwolennikami uzdrawiającego powrotu do natury, zrównania stanów ani oświeconego ateizmu, prawda?

Mężczyźni spojrzeli po sobie z lekkimi uśmiechami na twarzach.

– I tak, i nie – usłyszałem zdawkową odpowiedź – paradoksy istnienia sięgają źródła źródeł i dotyczą wszystkich stworzonych i bytujących odwiecznie istot. Tym niemniej pozwoli pan, że dokończymy naszą rozmowę niezależnie od tego, co pan z niej zdoła dla siebie wynieść.
– Jesteście panowie filozofami, czyż tak? – zapytałem jeszcze.
– Poniekąd tak. Poniekąd nie tylko – odpowiedział pierwszy z mych przygodnych znajomych.
– Zatem nie przeszkadzam – poddałem się – i słucham panów z całą powagą.
– Proces, który dopełnia się w naszych czasach ma na celu ostateczne obudzenie się świadomości duchowego przeznaczenia u wszystkich bez wyjątku rozumnych istot w obrębie tego zawarowanego świata – mój współrozmówca wrócił prędko do tematu.
– Już został zainicjowany bieg zdarzeń wiodących ku wielkiej rewolucji. Ma przynieść ona samoistne obudzenie mocy zawartej w środku utrzymywanych dotąd w złudzeniu niższych światów – podjął spokojnie wywód drugi z mężczyzn. – To, co się ukaże w rezultacie inspirowanych zjawisk nie będzie „domalowane” na planszy przez twórców zastraszających efektów specjalnych na ziemskiej scenie, jak to robiono do tej pory. A ludzie nie będą śnili na jawie za pośrednictwem aktorów o spotkaniu z potworem, gdyż pojawi się on rzeczywiście między nimi. Jednym słowem zrodzi się spośród nich.
– Proszę mi coś wyjaśnić – zadrżałem. – Jeśli diabeł jest naszą wspólną ogólnoludzką projekcją, niejako zmaterializowaną mocą naszych grzesznych pożądań, to nie zaprzeczycie chyba panowie, że na tej samej zasadzie może istnieć także Bóg.
– Co do tego to musi pan uwierzyć nam na słowo, że Bóg istnieje rzeczywiście i niezależnie od nas – uśmiechnął się mój rozmówca.
Podjąłem wspólną zabawę i zacząłem brnąć w swój wywód zgodnie z ich domniemaną koncepcją wszechrzeczy.
– Bóg jednak może nas wchłonąć z powrotem w siebie w każdej chwili?
– Dokładnie tak jak kończy się przedstawienie w teatrze. Zapada kurtyna, gasną światła, aktorzy znikają ze sceny, autor wraca do domu.
– A więc jest prawdziwym potworem! – wykrzyknąłem.
– Sam pan widzi, że każdy medal ma dwie strony – roześmiał się pierwszy z mężczyzn.
– Z tego powodu wymyślił sobie zniszczenie nas w tak okropny sposób? Pozwalając nam, swemu niedoskonałemu i ograniczonemu stworzeniu przemienić się w diabła! A zapewne następnie przykładnie go ukarać unicestwieniem!
– Nadal pan nie rozumie… – spoważniał drugi z nieznajomych i przemówił, zaiste z dziwną pewnością swego – Bóg pokochał ludzi tak bardzo, że postanowił zniknąć dla ich świadomości, przestać istnieć, jeśli ludzie tego tylko chcą. Obdarzył swoje stworzenie wolnością wyboru. To ono samo postanowi o swej przyszłości.
– Ludzkość wciąż nie zna mocy własnej wyobraźni i woli, która zresztą była do tej pory wyręczana i zręcznie sterowana – zamyślił się pierwszy z mężczyzn. – Oto nadchodzą czasy uwolnienia. Ludzie zrobią, co zechcą.
– Wszyscy rozumiemy, że dominuje w nas czynnik grzechu i skłonność do upadku. To ogromne ryzyko… – zasmuciłem się.
– Z tego powodu już od dawna ludzie nie są sami – odparł tajemniczo mój rozmówca.
– Czemu jednak mają być tego aż tak straszliwe konsekwencje? Nie rozumiem.
– To najskuteczniejszy sposób na obudzenie się ze snu i uświadomienie sobie własnej mocy. A tkwienie w grze to przecież nieustanny sen duszy – odpowiedział spokojnie drugi z mężczyzn.
– Strach paraliżuje, ale także mobilizuje wolę przetrwania w stopniu, którego ludzie nie przeczuwają. Cóż to za bóg, który nigdy nie zmierzył się z diabłem i nie zwyciężył go? A przecież powiedziano „bogami jesteście”.
– Łatwo to chyba mówić wam, panowie, którzy stoicie… z boku – stwierdziłem z przekąsem.
– Myli się pan. Bierzemy udział w tej rozgrywce osobiście – pierwszy z nieznajomych niespodziewanie parsknął śmiechem.

Umilkliśmy. Byłem oszołomiony. I nagle poczułem ogarniającą mnie dziwną słabość.
– Cóż ci to, Prowansalczyku? – usłyszałem zaciekawiony i jakby lekko ubawiony głos drugiego z moich rozmówców. Wtem zdało mi się, że ów jego głos oddala się ode mnie i brzmi coraz ciszej – Dotąd nie wierzył pan w diabła, prawda? Niechaj się pan wesprze na mnie…
– Nie, zaraz mi przejdzie – odparłem, ale poczułem, jak krew uderza mi do głowy gwałtowną falą. Doprawdy nie rozumiem, co się ze mną w tamtym momencie stało. Do tej pory pozostaje to dla mnie zagadką. Nie mam pojęcia, czemu pamiętam obrazy, a nie słowa z tego, o czym rozmawiali moi przygodni znajomi.

condorcet

Bo przecież widziałem na własne oczy, pozostając jednocześnie na placu paryskiego przedmieścia, jak pośród ożywionego ruchu w całym kraju zaczyna wyróżniać się pewien znaczny mężczyzna. Było ich w istocie wielu, lecz ten wydał mi się podobny do jednego z moich napotkanych przygodnie na placu rozmówców. Nosił się czarno, wszystkie elementy jego stroju, od stóp do głów były czarne, nawet koszula i żabot oraz pióro u dwurożnego kapelusza.

Mirabeau

W pewnej chwili pojawił się u jego boku inny. Z twarzą szeroką i poważną, z bystrym spojrzeniem wielkich, nieco wybałuszonych oczu przemawiał ze swadą stojąc wprost przed królem w pałacowej sali. Jego poza była pełna uszanowania, lecz ruchy i ton głosu zdecydowane i mocne. Królu, Sire – przemawiał – racz usłuchać dobrej rady, nim stanie się najgorsze!
– Kim jesteście? – wyszeptałem zdumiony.\
Moi towarzysze uśmiechnęli się do siebie.
– Nasze nazwiska nic jeszcze panu nie powiedzą. Tym niemniej grzeczność wymaga przedstawienia się – orzekli. I każdy po kolei wymienił swoje miano, skłaniając przede mną głowę:
– Condorcet.
– Mirabeau. Nota bene, pochodzę z pańskiego miasta, panie de Fauris. Nadzwyczajny zbieg okoliczności, nieprawdaż?
Rzeczywiście, niewiele mi to powiedziało, ale jeszcze raz pochyliłem się przed nimi uniżenie.
– Otóż, panie de Fauris, działamy na rzecz sprawy, która okaże się istotną dla całego świata już za jakieś dwie dziesiątki lat. Proszę posłuchać… – powiedział ściszonym głosem pan Condorcet kładąc przy tym palec na ustach.

W odpowiedzi dobiegł mych uszu płynący jakby wprost z nieba męski głos. Odczytywał szybko monotonnym tonem długi urzędowy tekst jakiejś ważnej prawnej deklaracji.

Ludzie rodzą się i pozostają wolnymi i równymi w prawach. Podstawą różnic społecznych może być tylko wzgląd na pożytek ogółu. Celem wszelkiego zrzeszenia politycznego jest utrzymanie przyrodzonych i niezbywalnych praw człowieka. Prawa te to: wolność, własność, bezpieczeństwo i opór przeciw uciskowi… Wolność polega na tym, że wolno każdemu czynić wszystko, co tylko nie jest ze szkodą drugiego… 

– Wolność, równość, braterstwo! I ty staniesz się świadkiem narodzin nowego przymierza podyktowanego przez niebo, a podpisanego przez wcielone moce ciemności – skomentował wszystko pan Mirabeau. – To początek ostatecznej rozgrywki światła i mroku na tym padole.
– Wyższe stany zachowują się od dawna jak szare króliki. Tymczasem nawet genialnie uzdolnieni ludzie z najniższych klas nie mogą zyskać dla siebie żadnej możliwości rozwoju. Idea światłego władcy chroniącego społeczeństwo we wszystkich aspektach skompromitowała się całkowicie – dodał pan Condorcet.

Kiedy tak staliśmy zamyśleni spojrzałem w kierunku baszty. Wydało mi się, że po jej kamiennych ścianach wspina się wiele pojedynczych ciemnych i anonimowych postaci. Przycupnęły na razie unikając zauważenia z dołu przez możliwych obserwatorów.

Wtedy znów usłyszałem szum własnej krwi w uszach i pulsowanie, które poprzedziło otrzeźwienie. I ocknąłem się. Spojrzałem bardziej bystro i przytomnie. Musiałem stwierdzić, że zapadający zmierzch zaległ już szarością na wysokim szczycie baszty, a pojawiające się na tle nieba dymy z kominów nad kamieniczkami przedmieścia świadczyły, że Paryżanie powrócili do mieszkań i zajęli się przygotowywaniem posiłków.
– Sprzedawcy dymów mnożą się. Zanieczyszczenie, brud i smród zwiększa się wraz z rozwojem miasta i napływem nowych mieszkańców – skomentował ten widok pan Mirabeau. – Taką trującą atmosferę lubią złe duchy. Zbliża się nieuchronnie czas wielkiego przewrotu.
– Panowie, nie udawajcie – stwierdziłem. – Przecież to zostało zaplanowane. Nie byłoby cienia, gdyby najpierw Bóg, czy też bogowie jak twierdzicie, nie dali ludziom prawa i nie zakazali tego, co grzeszne. Mówicie o efektach własnej złośliwej pracy.

Pan Mirabeau spojrzał mi prosto w oczy. Jego twarz była jasna, rysy wygładzone i spokojne, spojrzenie pełne mądrości.
– Pomyśl inaczej, miły młody panie de Fauris. Gdyby nie ta manipulacja, nigdy nie doszłoby do rozdzielenia dobra od zła, miłości od nienawiści, światła od ciemności, Boga od diabła.
– Komu służycie, panowie? – dociekałem uparcie. – Bogu, czy diabłu właśnie?
– Młody człowieku, odpowiedź masz w swoim sercu. Kochamy Go bezwzględnie i pozwalamy Mu być takim, jakim akurat chce być, dobrym czy może złym.
– To szalona miłość – wszedł mu w słowa pan Condorcet. – Na Jego życzenie i z miłości do Niego nie żal nawet podjąć się diabelskiego zadania.

Zasmuciło mnie to wszystko, choć jednocześnie zdało mi się, że zaczynam pojmować sens istnienia cienia.
– Słusznie myślisz – pan Mirabeau położył mi rękę na ramieniu i lekko uścisnął. – Tylko wzajemne przebaczenie i miłość potrafią uruchomić i właściwie skierować drzemiącą w cieniu wszechmoc.
– Musi przecież istnieć plan, który storpeduje demoniczne zakusy – nabrałem nadziei.
– Być może. Nie stanie się to jednak prędko. Ale przyjrzyjmy się temu, co wydarzy się jeszcze za twego życia, panie de Fauris.

**

Markiz de Sade, pomimo ostracyzmu, z którym wciąż się stykał sprawiał wrażenie pozbawionego absolutnie wątpliwości. Oceniał ludzi z dystansem i ironiczną wzgardliwością. Znał ich od ciemnej strony, której często nawet oni sami nie znali, nie chcieli znać. Potrafił ich nawet za to na swój sposób kochać, tak jak kochał samego siebie, bezwzględnie. Przyglądał się ludzkiej naturze, własnej naturze jak uczony grzebiący w odchodach w poszukiwaniu rzadkiego robaka. Był taki zawsze. Nie mieściło mu się w głowie, że coś mogłoby przerosnąć jego wolę i inteligencję.
Porę codziennego wypoczynku na świeżym powietrzu w kolejnym więzieniu, w którym go osadzono poświęcał przeważnie na swobodne puszczenie wodzy wyobraźni, rozluźnienie myśli. Wielogodzinne pisanie w ciemnej chłodnej celi, po ciężkiej nocy przeznaczonej na szczegółowe obmyślenie kolejnej partii tekstu, aby przy pisaniu nie marnować papieru i inkaustu, o które wciąż musiał prosić, nawet domagać się, czekać na nie, pożerało go fizycznie i psychicznie. Stracił apetyt, wychudł. Nie znosił widoku innych więźniów, przeważnie zwykłych rzezimieszków i złodziei. Reagował na nich nerwowo i gwałtownie, na tyle nieprzyjemnie, że swoim uporem wymusił na naczelniku zgodę na taką osobną formę spaceru.
Z dachu bastylii rozciągała się wspaniała panorama Paryża pogrążającego się właśnie w zapadającym zmierzchu. Z kominów domów i kamienic przedmieścia Saint-Antoine, dość luźno rozrzuconych pośród licznych wysokich drzew wznosiły się w górę cienkie smużki szarych dymów. Gdzieś w oddali połyskiwała w ostatnich, ale ostrych promieniach słońca woda Sekwany.
Pozostający w niższych partiach więzienia strażnik zadzwonił jeden raz. Był to sygnał dla markiza, że za kilka minut będzie musiał zejść na dół, pójść ciemnym wilgotnym korytarzem do swojej celi, wrócić do tego, co jeszcze powinien napisać.

de-sade

Książka, w którą zanurkował jak szczupak i do której tak się przywiązał, że właściwie kolejny pobyt w kamiennej twierdzy ledwie zauważał, dawała mu przestrzeń niosącą ulgę, kuszącą wizją osobistej wielkości, a nawet nieśmiertelności. Pisząc ją, cyzelując, ważąc każde słowo, przeżywając scena po scenie rósł we własnych oczach i sięgał po coś, po co niewielu ludzi odważyło się kiedykolwiek w dziejach sięgnąć świadomie. Wyglądał z radością przez okno szeroko otwarte w mroku na tajemniczy ogród okropieństw rozsiewających mdlące i upajające wonie. Wdychał je swobodnie. Nic go tutaj nie mogło zaskoczyć, przestraszyć, kochał odruch wstrętu, to pierwsze uczucie zetknięcia się z zabronieniem, obwarowanym karą zakazem. Kiedy je łamał, z wiekiem coraz łatwiej i prędzej, odkrywał ich absurdalność jak teatralną sztuczkę, na którą tylu się nabrało! I pozwoliło uwięzić w świecie konwenansu, recytowanych bezmyślnie praw i zasad, porządku ustalonego nie wiadomo przez kogo i kiedy. W świecie obłudnym, wykastrowanym, egzaltowanym do rozpęku, nieprawdziwym i nudnym. Gardził nimi i tymi, którzy ich bezmyślnie przestrzegali. Tyle samo, ile siebie wielbił i podziwiał. Za to, że potrafi patrzeć ponurej, okrutnej prawdzie prosto w oczy i jeszcze czerpać z tego przyjemność. Tej przyjemności nigdy nie będzie końca. Starzenie się, ból, choroba, samotność mogą być jej wspaniałą pożywką. Umysł patrzący jasno i czysto, obserwujący naturę bez lęku, przesądów i odrazy pozostaje wolny zawsze i w każdej postaci. Nieśmiertelny, subtelny, obiektywny, dysponujący mocą nieznaną przestraszonym religią i obyczajem rabom i niewolnikom.

Miasto widziane z góry dodawało markizowi energii. Wierzył, że ma mu coś ważnego do przekazania, unaocznienia, uświadomienia. Bo są w nim ludzie, jednostki zaledwie, ale tych nigdy nie było i nie ma wiele, mężczyźni i kobiety, którzy zdolni są pojąć jego przesłanie i ponieść je dalej. Aby uwolnić choćby samych siebie.
W celi czekał na niego manuskrypt „120 dni Sodomy”. Starannie i powoli rozwijał w nim swój twórczy zamysł. Wkraczał stopniowo w nowe przestrzenie, coraz mroczniejsze i bardziej zakazane. Łamał te zakazy, aby w końcu według natchnionego planu, który ujrzał w przebłysku geniuszu na samym początku, dotrzeć do granicy instynktu przetrwania i woli przeżycia fizycznego ciała, pierwotnego dzikiego lęku, który jest podstawą wszelkiego istnienia na tym świecie. I przekroczyć ją. Z rozkoszą. Na którą stać jedynie bogów.
Nie czekając na kolejny sygnał niecierpliwego dzwonka ruszył w kierunku wyjścia z dachu. Nabrał wigoru.

*

Mijały lata. Któregoś razu, gdy markiz jak zazwyczaj schodził do swej kamiennej celi, ktoś w tym samym czasie postanowił wejść tą samą drogą na górę. I nie był to więzienny strażnik, któremu już dawno znudziła się ta codzienna czynność i wolał grać z kolegą w karty w swej strażniczej ciupie.
Po drewnianych, skrzypiących ze starości spiralnych wąskich schodach miarowym krokiem wspinała się ciemna postać, kompletnie nierozpoznawalna w słabo oświetlonym wnętrzu. W istocie był to zlewający się z szarym tłem, nieco tylko od niego ciemniejszy cień.
Zdążający w dół zdecydowanym krokiem markiz widział chwilami wyraźnie jedynie jego połyskujące oczy. Kiedy się zbliżył nie mógł uwierzyć w to, co w nich nagle wyczytał. Jarzyła się w nich krańcowa drwina i bezczelność, szalona pewność siebie i wzgarda.

Markizowi nie mieściło się w głowie, aby ktokolwiek w tym ciasnym miejscu nie ustąpił mu drogi, nie cofnął się i nie skrył w jakimś zakamarku, aby ten mógł go swobodnie wyminąć, nienarażony na jakiekolwiek dotknięcie ani nawet muśnięcie jego oddechu. Tym bardziej, gdy przechodzący nie był z równego mu stanu. Nie zwalniając kroku i nie czyniąc żadnych ostrzegawczych gestów dotarł do miejsca zetknięcia się z niewyraźną postacią.
Nie ustąpiła na krok i nadal wpatrywała się w niego wprost przenikliwymi oczami. Spróbował w takim razie chwycić ją za ubranie, aby – jeśli się i wtedy nie cofnie – zepchnąć ją przemocą w dół. Ku jego zaskoczeniu jednak mroczny kształt majaczący w załomku schodów uchylił się tak szybko i zręcznie przed jego dłońmi, że pan de Sade objął jedynie powietrze. Jednocześnie wydało mu się, że słyszy złośliwie drwiący śmiech. Choć równie dobrze mógł to być poświst wiatru wpadający przez okno w grubym kamiennym murze.
Tego było już za wiele!
– Kim jesteś? – zapytał markiz syczącym z oburzenia głosem. Daremnie usiłował przejrzeć kłębowisko szarości zalegającej w kącie schodów. Dostrzegał w nim niewyraźnie przygarbiony kształt przypominający człowieka. – Jakim prawem w ogóle cię tu widzę? Gadaj zaraz!
– Jestem twoim cieniem – zadrwiła tajemnicza postać, głosem chropawym i o szczególnym brzmieniu. – I dlatego tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.
– Rozkazuję ci natychmiast ustąpić! – wykrzyknął pan de Sade przyjmując budzącą respekt pozę. – To oburzające i godne najwyższej kary stawać mi na drodze!
– I ty mówisz mi o karze? – zachichotała rechotliwie cienista postać – Na Boga! Znam wszystkie twoje grzechy, perwersje, okrucieństwa, zdrady i niesprawiedliwości. Pamiętam każde złamanie prawa, każdą krzywdę i ból, każde zgorszenie, które zasiałeś. Wylęgałem się długo w mroku i długo dojrzewałem do tego wspaniałego momentu. Czas chyba stanąć do pojedynku – śmiał się cień. – Wiem, że brzydzisz się mnie dotknąć, ba, nawet odetchnąć tym samym powietrzem, co ja, ale sam pomyśl… Jestem tobą, twoim prawdziwym ja. I przychodzę po swoją wyłączną własność.
– Nic ci się nie należy, bezczelny głupcze! – wycharczał zduszonym od wściekłości głosem markiz.
– Mylisz się! Moją prawdziwą własnością jest twoje ciało. Jeszcze tylko tego brakuje mi do pełni zaistnienia – szydził cień.

Pan de Sade uznał wtedy, że sprawa zaszła za daleko. Nagle udał, że chwyta za szpadę, której jako więzień został przecież pozbawiony i że dobywa ją. Z wyciągniętym z kieszeni zamiast niej piórem ruszył w rejon, który do tej pory daremnie usiłował prześwietlić wzrokiem.
– Albo się ukorzysz, albo…! – wykrzyknął zadając nagle markowane pchnięcie wprost w ciemny kąt, gdzie skrywał się dziwny wróg.

Pośród nieprzeniknionej szarości nadal spokojnie stała postać sprawiająca wrażenie ulepionej ze zgęstniałego mroku. Markiz spróbował ją chwycić za ubranie na piersiach i w tej samej chwili owionął go przeszywający chłód i odór starego wilgotnego lochu. Cień przesunął się ku niemu i mimo, że trudny do uchwycenia w ręce niespodziewanie oplótł się wokół rozgniewanego mężczyzny. Przez moment sprawiali wrażenie siłujących się ze sobą, gdy niespodziewanie cień okazał się mocniejszy od człowieka. Zupełnie nagle rozrzedził się. Błyskawicznie wniknął we wnętrze pana de Sade i całkowicie zapanował nad jego ciałem.

*

Minęło kilka dni. Była pełnia lata. Na przedmieściu Saint-Antoine trwał zwykły ruch i wymiana towarów. W gorące wczesne popołudnie markiz, jak co dzień przyglądał się z góry ludziom kręcącym się gromadnie na placu u stóp więzienia. Tego dnia oczy markiza pałały szczególną gorączką. W ciągu jednej nocy jego twarz zmieniła się, zbrzydła i postarzała. Coś dziwnego stało się z jego górną wargą, która podciągnęła się do góry w kątach ust tuż nad kłami i już ciągle pozostawała w szczególnie nieprzyjemnym skurczu. Odsłaniała dwa stępiałe na końcach, lekko już pożółkłe zęby, które ukazywał w nieustająco drwiącym uśmiechu.

Sade

Zawisł rękami na żelaznych kratach chroniących okno celi próbując wychylić głowę jak najdalej w kierunku ludzkiego motłochu poruszającego się chaotycznie pod fortecą, niby mrówki na kupie rozrzuconych odpadków. Wtem z jego gardła wydobył się piskliwy zniewieściały głos. Wkładając w niego całą siłę płuc wrzasnął z buńczucznym i prześmiewczym szyderstwem:
– Ratunku! Ratunku! Mordują więźniów Bastylii!

Kilka dni później lud zdobył więzienie i zburzył je.

(Pisane w latach 2004-2017)