Klub Ezo, część 2

Druga część opowieści, która wydarzyła się w całości w snach. Nic nie zmyśliłam, jedynie ułożyłam w miarę logiczną historię z serii śnionych i przeżywanych w stanach transu wydarzeń.

Część 1 <<<<

Ewa Sey

Klub Ezo, cd.

Byli tacy, którzy zaczęli Żywję badać i oceniać swoimi parapsychicznymi sposobami. Każde takie zerknięcie bez pozwolenia budziło ją w nocy i pozostawała świadoma wszystkich tych prób. Z ciekawości zdecydowała im się poddać. Te podsłuchane opinie miały swoje rozwijające się stopniowanie. Począwszy od: „Ona naprawdę chyba zwariowała!”, poprzez: „To anioł otoczony przez wampiry z powodu słodkiej złotej aury”, “ po: „To wszystko prawda, co mówi. Ona przejdzie kiedyś za zasłonę”… Niektórzy wynaleźli jej kamienie w pęcherzyku żółciowym, albo niemożność trawienia kilku białek roślinnego pochodzenia. Co miało okazać się prawdą za kilkanaście lat. Innych opinii życie nie potwierdziło.

Nareszcie jedna z redaktorek wydawnictwa, w którym dawno temu chciała wydać kolejną książkę, przypomniała to sobie, kazała przeszukać wszystkie szafy i odnalazła ów ręcznie pisany ślad na samym dnie redakcyjnej makulatury. Mocno ją to zbulwersowało. Zaskoczona udała się najpierw do kilku znajomych wróżbitów, a gdy wyniki ich wglądów okazały się niejasne i zagmatwane zdecydowała się pójść ze sprawą do samego jasnowidza z Cieszkowa, słynącego z nieomal stuprocentowych trafień.
Dokładnie mówiąc nie zrobiła tego osobiście, tylko wysłała do niego incognito swoją pracownicę. Aby nie zdradzać na początek żadnych danych, ani nie sugerować rozwiązań. Pracownica miała ze sobą ów pisany ręcznie list, który przeleżał tyle czasu w przepaściach redakcyjnego archiwum.

Tego dnia na seans przybyło kilka osób, w większości kobiet z różnymi tragicznymi problemami w rodzaju poszukiwania zaginionych i zebrało się milcząco w poczekalni. W końcu, gdy napięcie wśród nich nie do zniesienia wzrosło wyszła ku nim sekretarzująca jasnowidzowi jego żona. Powitała wszystkich i poprosiła o przedmioty osobiste związane z ludźmi, o których chcą się czegoś dowiedzieć. Mistrz w ogóle się nie ukazał, aby się nie dekoncentrować.
Mijała dobra godzina kolejnego oczekiwania na wyniki badań, gdy z gabinetu wychylił się osobiście starszy łysy pan będący jasnowidzem z Cieszkowa. Cichym głosem poprosił osobę związaną z listem, który trzymał w dłoni.
Pracownica redakcji, spocona z wrażenia weszła do środka, a starszy pan stojąc oddał jej list.
– To, co ujrzałem kompletnie mnie zaskoczyło. Usłyszałem głos anioła, strażnika Raju – mruknął lekko zdziwiony i jakby zakłopotany. – Anioł mówił z ruskim akcentem, zmiękczając słowa i zdania na wschodni sposób. Wyraził zdumienie, że „ona słyszy głos Boga i widzi trzy drzewa w Raju, blisko Niego”, to podobno jest niemożliwe… Przemówienie, które usłyszałem było dość długie, padły w nim jeszcze nazwiska „caria Aleksandra wtarowo” i „caria Napoleona wtarowo”. Niestety tylko to z niego zapamiętałem. A szkoda, bo ten wschodni akcent naprawdę mnie ujął.

Byli jednak również tacy, którzy uwagi Żywji o nadchodzącej wojnie traktowali jako dowód związku z diabłem. Koniecznie pragnęli udowodnić jej to powiązanie. Podtrzymywało tę opinię odżegnywanie się od duchowych mistrzów czy stosowania diet i treningów doskonalących wgląd, oczyszczających umysł i ciało i przedłużających życie. Do tego nie stroniła od alkoholu, rozrywkowego towarzystwa, nie pościła ani nie praktykowała żadnej religii. Raz spytana, czemu woli jeść mięso, pić wino, zatruwać swój organizm i obciążać sumienie krwią zwierząt odpowiedziała tylko:
– Dlatego, że od tego, za czym ty gonisz ja uciekam.
– Gonię?
– Tak. Chcesz być czysty jak szkło, widzieć i słyszeć rzeczy niewidzialne i niesłyszalne, władać energiami i magiczną mocą. I tym samym zasłużyć na życzliwą pomoc i uwagę Boga, nieprawdaż? Mam to w nadmiarze przy byle głodówce czy medytacji. I przestaję zwyczajnie funkcjonować. Zamieniam się w przestraszone i oszołomione nadmiarem wyczuwanych impulsów zwierzątko. Z tym nie da się żyć. Przynajmniej w fizycznym ciele.

Któregoś dnia zadzwonił telefon i w nim charakterystyczny głos Wiesława Kowala zapytał, czy wybiera się na najbliższe spotkanie Klubu Ezo. Pyta zaś z tego powodu, że chciałby ją tam spotkać. Ma do opowiedzenia wszystkim historię, która w dużej mierze wydaje mu się zbieżna z jej relacjami z koszmarnych ataków. Zaciekawiona Żywja obiecała pójść. W ustalonym dniu i godzinie zjawiła się w kawiarni byłego Hortexu, tak jak wcześniej.

Obecni byli tylko najstarsi klubowicze, pewnie z tego powodu, że pora wakacyjna wygnała młodszych w drogę do zarabiania pieniędzy przy prowadzeniu letnich warsztatów. Po powitaniu, zwyczajowym podaniu wszystkim zielonej herbaty (nic się tak naprawdę nie zmieniło mimo zmiany właściciela kawiarni, nawet kelner pozostał ten sam) Wiesław Kowal zatarł swoje duże dłonie i westchnąwszy zaczął mówić:
– Niektórym z was wspomniałem już o tym, co chcę teraz wszystkim opowiedzieć. Cała sprawa zaczęła się od chwili, gdy ogłosiłem przepowiednię dla świata, która niestety, jak wam wiadomo sprawdziła się w stu procentach. Dnia 11 września roku pamiętnego… Wszyscy tutaj w jakiś sposób siedzimy w Tajemnicy, nieprawdaż? Próbujemy nie tylko dociec przyszłości, ale przede wszystkim pojąć jej ukryty sens i mechanizmy, które nią sterują. Pewnie niektórym udało się coś przeczuć zawczasu. I niewiele to zmieniło, albo w ogóle nic. Rzeczywistość toczy się bezwładnie, a obecnie – śmiem uważać – ten bezwład jak gdyby przybrał na sile. Być może (powtarzam: być może!) stoją za tym konkretne siły i elity dysponujące iście szatańskimi technologiami, o których niewielu ma pojęcie. Po ostatnich moich doświadczeniach przypuszczam, że używa się ich w celu zahamowania naturalnego procesu uświadomienia sobie sieci uzależnień, w której tkwią od dawna całe społeczności.
– Ależ oczywiście! – roześmiał się hipnotyzer i zawołany spirytysta Maksym Wątpiałek, rówieśnik astrologa. – Wszyscy o tym wiedzą od lat, nawet wróble o tym ćwierkają! Co ty knujesz i do czego zmierzasz naprawdę, stary byku?

Wiesław Kowal roześmiał się z widoczną ulgą.
– Moi drodzy, wiecie jak potwornie pokopane miałem ostatnie dwa lata życia… Przewidziałem trochę z tego swoimi sposobami astrologicznymi, ale tak naprawdę wszystko, czego doświadczyłem przerosło moje najgorsze oczekiwania! A musicie przyznać, że mylę się rzadko w ocenie wagi tranzytów i progresji.
– To prawda – zgodził się mistrz różdżkarstwa, Józef Pełka. – I chyba wszyscy słyszeliśmy o twoich nieszczęściach.
– Nieszczęścia… – westchnął z powracającą powagą Kowal. – Można by je doprawdy nazwać chronicznym pechem, a w moim subiektywnym odbiorze była to wręcz klątwa!
– I ty to mówisz? Racjonalista i intelektualista? – uśmiechnął się pan Maksym, z którym od dawna byli przyjaciółmi i znali się jak łyse konie jeszcze z czasów wspólnej pracy w Polskim Stowarzyszeniu Parapsychologicznym.
– Tak, ja. Przyznaję, że pogoniły mnie (mnie! racjonalistę i intelektualistę!) nieczyste i źle mi życzące niewidzialne siły. I choć nie mogę wam niczego udowodnić, to jednak spróbuję o tym opowiedzieć.

I wtedy klubowicze usłyszeli jego przedziwną opowieść.
W zamian jednak w tym miejscu opowiadania warte przytoczenia są sny, które Żywja miała poprzedzającej owe spotkanie nocy. Dzięki nim można spróbować ujrzeć nieco więcej, niż wynikło to z samej relacji Wiesława Kowala w Klubie Ezo.

Najpierw rysowała w notatniku pojawiające się od dawna w jej snach symbole. Zestaw zaczynał się od wielkiego gada (samicy dinozaura), potem szło kilka innych mniej ważnych form istot, aż wreszcie kończył się na ogromnym niedźwiedziu z gwiazd. Wtem domyśliła się, że chodzi o gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy. To odkrycie sprawiło, że zadrżała od stóp do głowy przeszyta dojmującym przerażeniem. Zestaw kończył się obrazkiem mnóstwa drobnych i czarnych kropelek spadających z rozgwieżdżonego nieba na ziemię niczym rozsiewane z góry zarodniki ciemności.

Nadciągnął wieczór, a w obrębie ogrodzonego murem terenu wokół kościelnej katedry ciągle jeszcze stało trzech mężczyzn eksperymentujących z nader silną trucizną. Wieża kościelna miała kwadratową podstawę. Na każdej ścianie wielka okrągła tarcza zegara pokazywała nadchodzącą ostatnią godzinę. Nie działo się to pierwszy raz. Bardzo ostrożnie polewano trującymi kroplami kartkę papieru z zapisaną na niej przepowiednią obwarowaną chroniącym zaklęciem. Wszystkim obecnym było wiadomo od lat, że za każdym razem jakiekolwiek próby złamania klątwy i odczytania Tajemnicy okazywały się bardzo groźne dla ogłaszających je autorów, a śmiałkom, którzy spróbowali zawczasu przekazać ją społeczeństwu, by zmienić bieg wydarzeń – nieumiejętny kontakt z trującą energią odrywał ręce i nogi każąc im umierać w straszliwych męczarniach. Któryś z eksperymentatorów oceniał właśnie wyniki ostatniego doświadczenia. Trujące krople wyżarły większość tekstu, ale to, co pozostało i dało się odczytać z zapisu zrobionego po angielsku zdumiało wszystkich. Tajemny przekaz brzmiał: Personal birth, czyli: osobiste narodziny.

krokodil

Natychmiast pojawiła się wyczuwalna obecność jakiejś ponurej, potężnej i mrocznej świadomości. Z niezrozumiałych powodów nie atakowała jednak, ale obserwowała całe to zdarzenie z napiętą uwagą ukryta gdzieś w niewidzialnym świecie.

Wtedy plac przykościelny zamienił się w otoczony murem stary park, a katedra w kilkupiętrowy pałac. Było już blisko północy. Nagle w nieprzeniknionym mroku otworzyło się oko ukrytej w nim przerażającej istoty… Ogromne, obłe, żółte, ze źrenicą zwężoną w pionową kreskę jak u gadziego drapieżnika, węża albo krokodyla.
Chwilę potem ktoś ukazał się w pałacowym pokoju na drugim piętrze. Rozchyliwszy śmiałym ruchem czerwone zasłony stanął w oknie mały śmiejący się bezczelnie chłopiec, boski bliźniak.

Teraz położono przed Żywją odwieczną Xsięgę. Do obu jej boków przyklejone były dwie złożone jak mapki mniejsze książeczki. Żywja ostrożnie otworzyła jedną z nich i odsłoniła obrazek. Ukazywał młodego chudego mężczyznę. Leżał obnażony, z półotwartymi ustami i wykrzywioną bólem, nienawiścią i wstrętem twarzą, pokrytą kilkudniowym zarostem. Jego podniebienie było rozszczepione na dwie szczęki, obie miały po pełnym zestawie zębów. W dolnej części obrazka znajdował się szkic mutanta. Było to coś ohydnie zdeformowanego, drobnego, czarnego, zwyczajnie – diabelskie dziecko.

Żywja otworzyła drugą książeczkę. Zobaczyła portret uśmiechającej się rezolutnie zdrowej i silnej kilkuletniej dziewczynki. W uśmiechu ukazywała dwa błyszczące śnieżną bielą, wystające zabawnie spod górnej wargi siekacze.

Wtedy zaczął się atak. Żywja poczuła obecność nader nieprzyjemnej i nieprzyjaznej siły. Pokój sypialny powiększył się, a pod lampą zaczął krążyć czarny wielogłowy smoczy kształt, usiłując zgasić lub choćby maksymalnie przyćmić jej światło.
Zaczęła odruchowo wykonywać znak krzyża i robiła to jednocześnie dwiema rękami. Prawą i lewą. Natychmiast usłyszała dobiegający z oddali śpiew wielkich ludzkich tłumów. Rozpoznała maryjną pieśń kościelną.

Ni stąd ni zowąd znalazła się na przedmieściach Warszawy. Wciąż trwała noc. Szła oświetloną latarniami ulicą zmierzając do domu przyjaciół. Nagle zaszedł jej drogę zdążający tak samo jak ona po prawej stronie czarny pies rasy doberman z łypiącymi groźnie ślepiami. Zdecydowała się przejść na lewą stronę ulicy, ale już po chwili zaczęła zmierzać ku niej jakaś drobna smolista postać. Nawet nie starała się jej dobrze rozpoznać, aby nie oszaleć ze strachu.
Cofnęła się zawracając, ale dokąd ma teraz pójść? Do kogo się udać? Komu coś tak przerażającego i nieprawdopodobnego opowiedzieć? I kto jej uwierzy?

Pominięta tutaj opowieść Wiesława Kowala zawierała podobną treść. W pewnej chwili swego życia pozostał sam na sam z czymś mrocznym i wrogim, co najwyraźniej broniło mu jakiegokolwiek działania zmierzającego do naprawienia sytuacji i zapobieżenia destrukcyjnemu biegowi wydarzeń. Bez żadnej wyraźnej przyczyny stał się pastwą irracjonalnych ataków na swoją osobę, wrogich wystąpień i niechętnych deklaracji ludzi, którzy do tej pory piali na jego cześć. Odwrócili się od niego nawet najbliżsi.
– Od tamtej pory dużo o tym myślałem… Z początku oczywiście buntowałem się i próbowałem się bronić, ale sami wiecie, jakie były tego skutki, ech – orzekł Kowal machnąwszy ręką. – Zdecydowałem się potraktować te prześladowania jako wyraz woli Boga, (czyli, jak kto woli – mojej wyższej jaźni). To pozwoliło mi nabrać spokoju i wybaczyć wrogom. Mój obecny wniosek jest taki. Są rzeczy i sprawy, od których lepiej trzymać się z daleka. Nie z tchórzostwa, broń Boże! Ale dlatego, że nawet Bóg nie chce ich przeniknąć.

***

– Witaj, Żywjo! Czy coś naprawdę się zmienia…? – te uprzejme słowa wypowiedziane miłym głosem młodego mężczyzny obudziły ją w środku pierwszej nocy, którą spędzała w swoim świeżo wynajętym warszawskim mieszkaniu. Dobiegły z przedpokoju.

Zaraz potem trzasnęły drzwi i do sypialni wpadł niepoczytalnie wściekły, żądny zemsty człowiek. Wszystkie włoski stanęły jej dęba na całym ciele i pojęła, że tylko ułamek sekundy dzieli ją od śmierci.
Wtem atakujący zatrzymał się. Dosłownie w odległości centymetra od tapczanu zamarł w bezruchu, jak gdyby czymś niepomiernie zaskoczony. Zdumiało ją to równie mocno.
Chwilę potem wrzasnął na cały głos:
– O, kurwa, Jahwe!

I uciekł jak zmyty.

Reklamy

Po śladach pamięci

Tę relację muszę zacząć od końca. Składa się z zapisków wielu,  acz nie wszystkich, wizyjnych snów, w których odtwarzało mi się czyjeś życie. Tego rodzaju przeżyć miałam dużo więcej i nie dotyczyły one tylko jednej postaci. Inne jednak podobnego typu występowały sporadycznie, dając pojedynczy  i wyrywkowy wgląd w zapis pamięci ważniejszych społecznie ludzi, istniejący w Księdze Akaszy. Ta okazała się jak dotąd najważniejsza z paru istotnych względów, choćby z tego powodu, że tych snów było mnóstwo. Być może trauma tamtego życia, nagle zakończonego, była na tyle wyryta w matrycy karmicznej, że to, co z niej pozostało wpłynęło jakoś głębiej na moje życie. Żeby to wytłumaczyć musiałabym zrobić analizę psychologiczną swego dzieciństwa, snów, ambicji, blokad i lęków, a na to brak mi już chęci i zainteresowania całą sprawą. W każdym razie dawno przestałam myśleć o tym człowieku jako o sobie, kimś, kim osobiście byłam, tylko mam wymazaną pamięć. Niemniej jest mi bardzo bliski wewnętrznie, jak brat bliźniak, ktoś pochodzący z jednego z moim źródła duchowego.
Jarosław Bzoma uważa, z czym się ostatecznie zgadzam, że z punktu widzenia świadomości Boga wszyscy, jako ludzie, jednostki, indywidua jesteśmy jedynie projekcjami Źródła odbijającymi się po wielekroć w oczach innej własnej świadomości z różnych poziomów i błąkającymi się w wyprojektowanych przestrzeniach nawet w nieskończoność, dlatego rzec można, że reinkarnacja rozumiana jako ciągłość w czasie indywidualnej świadomości jest iluzją, jak wszystko co przejawione. Doszukiwanie się ścisłych związków, albo logicznych nici zwanych jedną misją pomiędzy poszczególnymi wcieleniami może być ciekawe pod względem literackim, romantycznym, psychoanalitycznym, nawet historycznym, ale wiąże nas z obecnym ego zbyt mocno, by nie rozważyć w końcu zlekceważenia takiego poglądu i zwrócenia uwagi na Jedyny Świadomy Punkt, z którego wszyscy wyszliśmy, i do którego powrócimy z wycieczki w czasoprzestrzeń.

Mimo wszystko opowiem wam o tym, w jaki sposób ujawniła się osoba, z którą nie wiąże mnie najmniejsze pokrewieństwo ani znajomość, a o której pojawiający się czasem w moim dzieciństwie niewidzialny byt, wchodzący do pokoju stanowczym krokiem, gdy spałam, mówił: Jesteś nim!
Nie powoduje mną teraz ego, ale chęć zdania relacji z niezwykłego wewnętrznego doświadczenia, które było moim udziałem przez całe lata. Myślę, że wielu osobom dążącym do odblokowania tego rodzaju „wspomnień” może ona pomóc uzmysłowić sobie sposób, w jaki to się czasem u niektórych odbywa spontanicznie. W „tym życiu” jestem osobą skromną i nieśmiałą, skrajnie introwertyczną, żyjącą na uboczu, mimo, że pozostały mi zainteresowania, łącznie ze znajomością języka francuskiego, a człowiek, o którym dalej opowiem, w okresie niedojrzałym pełnił rolę mojego dziwnego półświadomego cienia.

W nocy 25 czerwca 1997 roku wszystko zaczęło się podwyższonymi wibracjami rozchodzącymi się w górę całego ciała od czakry podstawy, które wprowadziły mnie w głęboki trans i pojawił się prędko przesuwający się pod zamkniętymi powiekami film cudzego życia z wyraźnie słyszanymi głosami bohaterów.

Znalazłam się w salonie szlachty polskiej (sądząc po strojach był to początek XIX wieku) na co tygodniowym spotkaniu towarzyskim, gdzie dyskutowano na aktualne polityczne tematy, siedząc przy stolikach z filiżankami kawy, grając w karty i dobierając się w grupki osób jednej płci i w podobnym wieku. Rozmowa toczyła się w fascynującej dla mego współczesnego ucha staropolszczyźnie i byłam bardzo zdumiona spostrzeżeniem, jak dalece zmienił się od tamtej pory akcent w języku polskim. Grupka kilku podstarzałych pań, siedzących na sofie wymieniała właśnie najnowsze wiadomości i w ich rozmowie padło nazwisko generała Sierakowskiego. Chwilę potem stałam już w ogromnym tłumie ludzi słuchających z nabożeństwem i przejęciem w katedralnym kościele kazania jakiegoś księdza-patrioty. [Przypuszczam teraz, że był to ksiądz Piotr Skarga]. Głos księdza, nabrzmiały patetycznym uczuciem rozlegał się w ciszy świątyni nad głowami licznie zgromadzonych wiernych. Cytował właśnie słowa Jezusa z Ewangelii o tym, że „nie przyszedłem po to, aby przynieść pokój, ale miecz”, co było wezwaniem do walki o wolność kraju, wcielonego niedawno w granice Rosji. Następnie stałam przy wezgłowiu łóżka, na którym leżała jakaś stara kobieta, jej twarz była nieostra. Chwilę potem już jej tam nie było, umarła, a ja widziałam swoją dłoń trzymającą poręcz – dużą, męską. Wszystkim tym scenom towarzyszył monotonny męski głos relacjonujący wydarzenia, wydający opinie i oceny aktualnej sytuacji politycznej. Nic nie pozostało mi w pamięci z tego jakby czytanego monologu [bohater przypomnienia okazał się być pisarzem].

Spróbowałam wysnuć jakieś wnioski, ale to było za trudne. Ujrzałam jeszcze z bliska, patrząc jakby z dołu ku górze, (co oznacza jego ważną, prestiżową rolę społeczną) twarz młodego, przystojnego mężczyzny. Miał silną szczękę o zdecydowanym męskim zarysie i wyraziste wargi. Jego oczy wydały mi się zasłonięte czymś, co przypominało okrągłe ciemne okulary. Na tym skończył się wyświetlany w umyśle dziwny „historyczny film” i podwyższone wibracje wkrótce znikły.

Następnego dnia wybrałam się do czytelni w miejskiej bibliotece, aby poszperać w Herbarzu polskim i być może odnaleźć jakieś inne, uzupełniające szczegóły. Wertowałam długo i bezskutecznie kartki poświęcone historii życia członków rodzin Sierakowskich, Sarbiewskich, Sanguszków i Sapiehów i przez cały czas towarzyszyło mi specyficzne mrowienie energii, rozchodzące się od stóp w górę oraz bardzo ciekawe, w zestawieniu z odmienną płcią mojego ciała, poczucie bycia ważnym, silnym i głęboko zrozpaczonym mężczyzną.

aleksander_sapieha

Teraz jednak bardziej zrozumiałe wydało mi się to, co usłyszałam w nocy 1 lipca 1995 roku od ducha mego ojca, który zjawił się po odsłuchaniu przed snem kasety medytacyjnej Katabasis L. E. Stefańskiego. Obudziłam się wtedy w stanie transu czując jego znajome, mrowiące ciepło na plecach i usłyszałam jak szepcze mi do ucha historię o poprzednim życiu, które pamięta do tej pory moje ciało. Otóż byłam kiedyś polskim szlachcicem, mającym swoje posiadłości na kresach wschodnich. Słowa mojego przewodnika rozmazywały się w świadomości i w dziwny sposób szybko umykały z pamięci. Zostało mi z nich tylko kilka wyrazów. Jugosławia… Turcja… rezygnacja (lub dymisja) z (czegoś) z powodu niezgody na posunięcia rządu… nagła śmierć. Korzystając z okazji spytałam go jeszcze, jak długo będę tu przebywać. Odpowiedział: – Hm, jeszcze długo. Ale – to dodał jakby na pociechę – efektem będzie zupełne rozdzielenie…

Wspomnę o panoramicznym śnie, który zdarzył mi się któregoś ranka 1993 roku, zatem kilka lat wcześniej. Jego akcja toczyła się w tamtej XIX-wiecznej epoce. Zapamiętałam z niej bardzo niewiele, jedynie obraz kościoła i otaczającego go muru, w którym była kuta z żelaza brama. Ktoś powiadomił mnie, że ten kościół (lub coś w tym kościele) ufundowała księżna Siemiaszko, pozostająca potem w wielkiej żałobie po swoim zbyt wcześnie zmarłym synu.

siemiatycze

W 2001 roku odnalazłam i rozpoznałam tę właśnie bramę i mur. Należą one do parafialnego kościoła Wniebowzięcia NMP z przylegającym doń dawnym klasztorem w Siemiatyczach. Nazwisko księżnej było przeinaczone, łącząc informacje, ponieważ to niewielkie miasto na Podlasiu zostało rozbudowane i wzorcowo zagospodarowane w XVIII wieku przez księżnę Annę Jabłonowską z Sapiehów, siostrę matki bohatera moich przypomnień.

I jeszcze zapisek z sierpnia 1995 roku: W medytacji poprosiłam wewnętrznego mistrza o ostateczne wyjaśnienie mi tego, kim jestem. We śnie ukazała mi się piwnica, jako świat podświadomej pamięci, a w niej dwie postacie męskie (były obwiedzione graficzną kreską). Z akcji snu, strzępków zapamiętanych słów i wydarzeń wynikło, że jedna z tych osób miała coś wspólnego z jugosłowiańską arystokracją i tureckim władcą o imieniu zaczynającym się na Ad… (Aleksander?). Na koniec pojawił się gruby kucharz, albo raczej karczmarz goniący… świnię, co już całkiem zamieszało mi w głowie. Potem zobaczyłam pomniejszonego do rozmiarów karzełka, podskakującego ze szczęścia człowieczka, który w pewnej chwili zaczął przypominać mnie samą. Na dnie piwnicy otworzyła się studnia, która była przejściem do innego świata i w jej głębi ukazała się nieludzka, śnieżnobiała, płaska twarz z wielkimi czarnymi oczami i ustami wyciągniętymi w ciup, przypominała dziwną maskę. Usta tworzyły zarys maleńkiego dysku i dobiegł mnie stamtąd głęboko wibrujący przenikliwy głos. Niestety nic nie zapamiętałam z tego, co powiedział.

W 1999 roku kilkakrotnie ujrzałam w wizjach szczupłego mężczyznę w mundurze polskiego szwoleżera. Siedział na koniu odwrócony tyłem do innego jeźdźca, który miał na sobie ciemny, długi płaszcz, a na głowie – znany mi dobrze z lekcji historii – pierogowy kapelusz. Pojawiła się także, jak żywa, twarz Stanisława Staszica i obraz zapełnionego po sufit książkami wysokiego, bibliotecznego wnętrza.
Innym razem wnętrze i kuluary starego teatru, z pustymi lożami nad widownią.
Zarysy wieży kościelnej na tle jakiegoś miasteczka.
Wyglądająca z okna na piętrze pałacu twarz uśmiechniętego mężczyzny w barokowej peruce na głowie.
Stara, szczupła kobieta w czarnej sukni wożona przez służących po kościelnym wnętrzu z zawieszonym na ścianie rzędem obrazów, przedstawiających historię rodu oraz kilkunastoletnia dziewczynka, wyjaśniająca płynnie swojemu nauczycielowi znaczenie patriotycznych symboli użytych na tych obrazach.
Kiedy indziej głos carskiego urzędnika ogłaszającego uroczyście po rosyjsku wyrok w procesie karnym, zasądzającego grzywnę do zapłacenia, po czym, gdy przeszedł na język polski, rzucił nazwisko niejakiego pana Kę… „z którym miałem sprawę”.

W nocy 7 lutego 1999 roku, ledwie przymknęłam oczy, weszłam w trans i przeniknęła mnie uroczysta muzyka orkiestrowa. Wsłuchałam się w nią, a całe moje ciało wydawało się współbrzmieć z tymi dźwiękami. Był to utwór podobny do operowej uwertury o przyjemnej dla ucha melodii. Chwilę potem pod powiekami ukazał się obraz. Przedstawiał nieruchomą scenę, jak gdyby zdjęcie. Było to wnętrze ogromnej sali. Mozaikowa posadzka na podłodze. Znajdowałam się pośrodku niej, czując, że z obu stron stoją licznie zgromadzeni ludzie, a mój wzrok padał na odgrodzone barierkami podwyższenie i siedzącego za nimi mężczyznę. Za nim widać było ścianę ze sklepioną, łukową wnęką. Przez głowę przemknęło mi skojarzenie z katedrą i ołtarzem w świątyni, choć nie było tam ołtarza ani żadnych przedmiotów kultu. Na krześle siedział mężczyzna z szeroko rozstawionymi nogami, w jasnym ubraniu. Rysy jego okrągławej twarzy były jednak zatarte. Po jego prawej stronie w specjalnej niszy w ścianie stało coś w rodzaju złotego popiersia.
Kiedy uważnie wpatrywałam się w całą scenę, usiłując zauważyć i zapamiętać jak najwięcej szczegółów, rozległ się w moich uszach, wciąż na tle orkiestrowej muzyki – śmiech. Głośny, coraz głośniejszy. Jednocześnie poczułam silne mrowienie w lewym ramieniu i odniosłam przedziwne wrażenie, że śmiech, który słyszę rozlega się właśnie stamtąd, z jednego punktu w mojej ręce! Z początku był to śmiech niewątpliwego triumfu i zwycięstwa. Zarozumiały, pełen władczej pychy. Wkrótce nabrał cech groźnej, złowróżbnej i okrutnej diaboliczności. Na koniec stał się upiornym śmiechem kogoś zrozpaczonego. Mężczyzna śmiał się przez łzy, jakby na przekór przegranej sytuacji, ale nawet przegrany nie przestawał wstrętnie chichotać.
Następnego dnia poszperałam w szczegółach biografii księcia Aleksandra i dotarłam do opisu radosnego powitania wojsk napoleońskich przez mieszkańców Wilna 28 czerwca 1812 roku. Cesarz Francuzów, kreujący się na mściciela krzywd polskiego narodu i wyzwoliciela Polaków i Litwinów spod carskiego jarzma, podczas spotkania z prezydentem miasta zażądał wielkich dostaw dla wojska. Rozmowę tłumaczył z francuskiego przybyły z nim na Litwę śniący mi się książę. W chwili, gdy prezydent skwapliwie obiecał 6 tysięcy porcji, Napoleon zareagował nagle wściekłym śmiechem i brutalnym poleceniem: Sto tysięcy! Natychmiast! Całemu zajściu przysłuchiwała się duża grupa przygodnych widzów.
Inne elementy tego wizyjnego przeżycia dają się odnieść do przebiegu uroczystości odnowienia Unii Polsko-Litewskiej w katedrze wileńskiej w dniu 14 lipca 1812 roku. Dopełniło je darmowe przedstawienie Krakowiaków i Górali (stąd mogła pochodzić uwertura, którą słyszałam w transie) i wielki bal śmietanki towarzyskiej i politycznej w pałacu Paca. Wieczorem, na krótko (gdyż musiał ruszyć na wojnę) cesarz zaszczycił przyjęcie swoją obecnością.
Śmiech, który usłyszałam mógł być symbolicznie skróconym przedstawieniem jego ambicji zapanowania w całej Europie, przełamania hegemonii Anglii na świecie, a następnie klęski jego politycznych zamiarów po tym jak wkrótce, opętany pychą, zupełnie wbrew rozsądkowi porwał się na rosyjskiego niedźwiedzia, co doprowadziło do dozgonnego uwięzienia go na wyspie.

Nadchodząca nieuchronnie śmierć mamy zaczęła uwalniać dodatkowe wspomnienia. I tak ujrzałam ją pewnego razu jako moją ówczesną młodszą siostrę, nieco sztywną i bardzo grzeczną księżniczkę z długimi włosami, zaplecionymi starannie w dwa warkoczyki spięte z tyłu głowy, we wnętrzu wysokiej, pałacowej komnaty z ogromnym żyrandolem i licznymi rycinami wiszącymi na ścianach, umierającą nagle, ku rozpaczy wszystkich najbliższych tuż przed wyznaczonym terminem jej ślubu.

Kiedy indziej przypomniał mi się wiejski dworek, miejsce umierania Aleksandra. Było to wnętrze ascetycznie urządzonego pokoju ze stojącym w centrum dużym łóżkiem z mosiężnymi okuciami. W mojej lewej stopie pojawiło się rozchodzące się stopniowo i nieubłaganie od dużego palca ku górze śmiertelne mrowienie, które mnie obudziło.

W 1999 roku natrafiłam w bibliotece wojewódzkiej na biografię, która mimo, że nie podawała – z powodu braku dokumentacji – ważnych faktów, przypominających mi się uporczywie, to powiązała w całość rozrzucone jak puzzle fragmenty wspomnień.

sapieha

Daruję tutaj jej streszczenie, można w tym celu sięgnąć do Wikipedii.
W skrócie powiem, że Aleksandrowi, podróżnikowi po Bałkanach będących wtedy pod władzą Turcji, pisarzowi, członkowi Polskiego Towarzystwa Naukowego, organizatorowi oddziału polskich szwoleżerów, szambelanowi Napoleona, twórcy wywiadu na Kresach, piszącemu memoriały bezpośrednio dla Bonapartego, nie udało się w porę odwieść, jak wszyscy to wiemy z historii, cesarza Francuzów od zamiaru prowadzenia walk zimą w Rosji lub, chociaż uczciwie go przestrzec przed możliwością poniesienia sromotnej klęski. Złożył dymisję w sytuacji, gdy zarysowała się szansa zdystansowania Poniatowskiego i odbudowania Polski, gdyby tylko cesarz zdecydował się zatrzymać swoją ekspansję na wschód. Zmarł nagle na skutek gangreny po ugryzieniu przez świnię na podwórzu jakiejś karczmy, gdzie zatrzymał się w drodze do domu, po uzyskaniu czasowego urlopu ze służby dla podratowania zdrowia. Był bowiem w ciężkiej i pogłębiającej się gwałtownie depresji. Oddał ducha w małym miasteczku na Polesiu i tam w pobliżu kościoła został pochowany. Po kilku latach ekshumowany leżał jakiś czas na starym cmentarzu w Wisznicach, co pewnego razu kazało mi odbyć wakacyjną wyprawę autostopem w to miejsce. Grobu nie znalazłam, ponieważ nie wiedziałam jeszcze, że legalna żona wyciągnęła go z niego raz jeszcze i pochowała w rodowym grobowcu w swojej posiadłości, gdzie na koniec spoczęła obok, jak wierna małżonka. Jego matka przeżyła go o 5 lat, pogrążona do końca swego życia w melancholii.

Pamięć i sny

Pamiętam to od dziecka. Jakaś duchowa, jak najbardziej wyczuwalna osobowość pojawiała się jako niewidzialny hipnotyzer, tłumaczący mi, że wskrzesza we mnie pewne cele zza grobu (ogromnie mnie to przerażało), namawiający mnie do poddania się jego sile. W snach ukazywał się jako młodzieniec o magnetycznym spojrzeniu. Był trochę podobny do młodego Adama Mickiewicza, namalowanego na portrecie, wiszącym w dużym pokoju domu moich dziadków, gdzie mieszkałam w dzieciństwie. Przepowiadał mi napisanie kilku książek i odnalezienie w przyszłości ważnych dla mnie osób.

Wisznice

Wiele razy w koszmarnych snach budziłam się jako żywy trup, leżący w grobie, rozkładający się, ale w pełni świadomy swojej śmierci. Czasem mój trup był wiotki i ciepły, choć sparaliżowany śmiercią i zdany na wielką samotność. Któregoś razu, błądząc w podobnym śnie po cmentarzu znalazłam zasypane piaskiem wejście do starego grobowca, w którym odkryłam leżące na katafalku zwłoki młodego księcia i wyschniętą obok niego krew. Niekiedy trup mojego (żyjącego jeszcze wtedy) ojca wstawał z grobu i pojawiał się jako niewidzialna postać, ubrana zjawa. Z grobowca na cmentarzu wypływała rzeka czystej wody, którą zaspokajałam swoje pragnienie. Napisy na nagrobkach zawierały jakieś mistyczne, inicjacyjne teksty i arystokratyczne nazwiska. Z jednego wyfrunął zegar ze skrzydłami i odleciał, a ja przedzierałam się przez wielką rzekę i trzy wielkie mosty, aby koniecznie odnaleźć to dziwne stworzenie.

Którejś nocy ukazał mi się w transie duch ojca oraz drugi, podający się za moją dawną znajomą. Oba wspólnie stwierdziły, że mój obecny dom został zbudowany na fundamentach zrujnowanej średniowiecznej kamienicy – należącej niegdyś do znanego mistyka i obywatela – której cegły weszły w skład nowych ścian, co ściąga teraz na to miejsce cierpienie z powodu nie załatwionych dawno temu spraw.

Innym razem przyszyto mi cudzą głowę, która z pełną świadomością patrzyła na swoje nowe ciało, leżąc przedtem odcięta na stole. Albo stawałam się mnichem wysłanym poprzez czas w średniowiecze, osamotnionym z powodu niemożności porozumienia się z otoczeniem językiem z przyszłości, którego jeszcze nikt nie znał i który zapisywał swoje przeżycia po to, aby w przyszłości ktoś (może on sam?) mógł je odszyfrować i właściwie zrozumieć. Razu pewnego zmaterializowało się obok mojego łóżka milczące widmo starej kobiety w czarnej, żałobnej, koronkowej sukni z XIX wieku.

Tym snom i przeżyciom towarzyszyło czasem pojawianie się niewidzialnej kuli silnie oddziałującej energii, która zawisała nade mną przez chwilę, przypatrując mi się w milczeniu. Bałam się tego, choć „kula” nigdy nie zrobiła mi krzywdy, emitując uczucie przyjaźni i pełną miłości akceptację. Był to straszny dla mnie okres głębokiej nerwicy, który trwał kilka lat, ale w rezultacie doprowadził do tego, że z mojego deklarowanego ateizmu nic nie pozostało.

To wszystko miało istotny związek z odzyskiwaniem świadomości korzeni. Od przypomnienia własnej przeszłości zależała moja integracja psychiczna, z którą nie radziłam sobie przez długi czas. Nie pomagało studiowanie prac psychoanalityków ani dyskusje z zaprzyjaźnionymi psychologami i psychiatrami. Nieskuteczne przez wiele lat okazały się też niekonwencjonalne metody, w rodzaju zabiegów reiki, szamańskiego okadzania, świecowania Hopi, dywinacji tarotowej i astrologicznej oraz wieloletnie  afirmacje, pozytywne wizualizacje i autosugestia.

Samo przypomnienie odbywało się stopniowo. Ale, gdy któregoś dnia stanęłam przed półkami antykwariatu ze starodrukami szukając „własnej” książki, wydanej w 1811 roku, poczułam, że życie zaczyna mnie nie tylko cieszyć, ale i bawić, i że zaczynam czuć się wreszcie sobą. Nastąpiło coś nieprawdopodobnego: przyłączenie do świadomości doświadczeń poprzedniej osobowości, która uparcie zakłócała moją wewnętrzną równowagę przez 37 lat życia!

Błędny duch

Przeprowadzanie zagubionego w zaświatach ducha zmarłego zdarza się jak najbardziej, i śnienie w moim przypadku gra w tym procesie najważniejszą rolę. Nie mam zdolności, które posiada pan Krzysztof Jackowski, jasnowidzenia na jawie. Choć nie powiem, że się coś takiego nie przytrafiło w moim życiu. Jednak większość spotkań z duchami miałam i nadal mam przede wszystkim we śnie, ściślej mówiąc w stanie sennego transu.

Każdej śmierci towarzyszą znaki szczególne, zbiegi okoliczności, przeczucia. Doświadczają ich najbliżsi osoby odchodzącej. Rodzą się jednak ludzie, zapewne jest to jedna osoba na kilka-kilkanaście tysięcy, która pełni specjalną, acz niewidzialną rolę odprowadzacza duchów w swojej społeczności. To jest wrodzona zdolność, poparta zainteresowaniem tamtą stroną, łatwością wchodzenia w trans, naznaczona wrażliwością, a nawet nadwrażliwością na niewidzialne sygnały. W środowiskach wiejskich z dawien dawna byli tacy ludzie, domorośli egzorcyści, szeptuni, wieduni, zielarze okadzający, zamawiacze, zaklinacze, radiesteci, babki i czarownicy. Doprawdy, nie wiem do końca, jak to jest z nimi w mieście. Pamiętam, że zamieszkanie w Warszawie było dla mnie połączone z przeżyciem traumy, jaką to miasto przeszło podczas Powstania, powitaniem z duchami poległych, rozpaczą i bólem, która w nim tkwi. Decyzja o wyprowadzce na wieś była tym niejako przyspieszona.

Po zamieszkaniu na odludnej podlaskiej kolonii w starej wynajętej chatynce otoczyła mnie wielka cisza. W której zdolności jasnosłyszenia, sny na jawie i kontakty z duchami powróciły w swojej zwykłej dla mnie formie. Co to znaczy?
Mieszkając od urodzenia w niewielkiej miejscowości doświadczałam od czasu do czasu wizyt duchów nieznanych mi osobiście świeżo zmarłych osób, mieszkańców okolicznych wsi i miasteczka. Nie było to jakoś częste, ale zawsze dość spektakularne. Zawsze byli to ludzie, którzy zmarli nagle, zaginęli na krótko przed śmiercią lub samobójcy. Jednym słowem duchy błądzące. Czemu zjawiały się u mnie? Któregoś razu zadałam to pytanie któremuś z nich i otrzymałam odpowiedź: Ciebie widać z daleka. Świecisz…

Samo takie spotkanie do przyjemnych nie należy. Najpierw pojawia się silny dyskomfort psychiczny, zupełnie nagle i bez powodu. Zawroty głowy, mdłości, dosłownie zasypianie na stojąco, brak energii, drżenie mięśni, osłabienie nieomal omdlewające. Niemożność zrobienia czegokolwiek innego, niż położenie się spać choćby w środku dnia i poprzez zaśnięcie nawiązanie kontaktu z potrzebującym. Co oczywiście w miarę możliwości czynię.

Zamieszkanie w mało ludnym otoczeniu pośród lasów i pól, wespół ze zwierzętami, dzikimi i hodowanymi kazało mi najpierw zapoznać się w podobny sposób z duchami, których pamięć przechowywała stara drewniana chata. Nie były to duchy zaginione, ot przypisane miejscu ślady pamięci, niemniej były to dość szczególne spotkania. Pewnego razu duch starej babci, która przeżyła w owej chacie kilkadziesiąt lat pomógł mi ugotować kapuśniak dla robotników! Byłam tak zestresowana nowymi warunkami i pośpiechem, że zapomniałam dodać do garnka najważniejszych przypraw, między innymi suszonych grzybów. Kiedy sobie o tym przypomniałam, było za późno na dorzucenie specjału. Tymczasem w zupie jakimś cudem się znalazły i panowie bardzo sobie chwalili obiad. Jednym słowem, babcia wyraziła swoją aprobatę mojej osoby, co – słysząc różne podlaskie opowieści o nowych mieszkańcach starych chat straszonych przez zmarłych właścicieli – jest warte podkreślenia.

W innych wypadkach wizytowały mnie w sennych koszmarkach miejscowe zmarłe szeptunki. Przeważnie wchodziły przez furtkę i stawały w którymś oknie, zaglądając ciekawie do środka. Mogłam się im dobrze przyjrzeć. Dowiadywałam się o nich później, rozpytując miejscowych kto, gdzie, kiedy i jak wyglądał. Zgadzało się.

Wypracowałam sobie pewne metody przeprowadzania zbłąkanego. W czym zawsze pomaga mi jednak najbardziej jakaś niewidzialna wyższa siła, która się przeze mnie podczas takiego egzorcyzmu przejawia. He, sądząc po minach owych przeprowadzanych oraz prędkości z jaką to robią, to widzą wtedy coś, co je zaskakuje lub przeraża tak bardzo, że zmykają tam, gdzie trzeba. Pojawia się wielkie światło z nieba, czasem robi się przy tym otwór w suficie. Przyszło mi do głowy, że to musi być postać smoka lub podobnie strasząca maska. Ale niekoniecznie dzieje się to zawsze. Zapewne pojawia się przeze mnie istota odpowiednia do świadomości potrzebującego pomocy ducha, z taką mocą, która wypycha go poza granicę ziemskiej grawitacji.

Na prawosławnej wiosce, gdzie zamieszkałam nieco później, nie zdarzały mi się już takie spotkania. Doszłam do wniosku, że powodem jest inna kultura i religia, tutejsi w razie czego mają „swoich” odprowadzaczy.
Niemniej jednak kilka lat temu zdarzyło się, że zmarł nasz sąsiad, wiekowy już człowiek, z którym bardzo lubiłam rozmawiać. Miał on do religii stosunek sceptyczny, do cerkwi nie chodził z przekonania. Toteż nie zdziwiło mnie, gdy kilka nocy po pogrzebie ktoś zastukał w szybę pokoju. Za szybą ujrzałam znajomą twarz, ale jakże wychudłą, siną, z pałającymi oczami, wyglądającą wprost jak głodny duch! W jednej chwili zrobiłam znak krzyża (to jedno z moich akcesoriów egzorcystycznych, ale w zasadzie odpowiednie zachowanie dzieje się samo w takim transie, czyli całkowicie odruchowo) wymawiając stosowną formułkę. Duch natychmiast ujrzał we mnie coś, co go bezgranicznie przeraziło i w jednej chwili znikł, rozpuścił się, przeszedł ostatecznie granicę życia i śmierci.

W ostatnim czasie wydarzyło się coś, co przekonało mnie jednak, że i miejscowe duchy ludzi całkiem mi nieznajomych, zaczęły mnie „widzieć”.
Historia zaczęła się od tego, że najpierw zmarł pewien staruszek na naszej wiosce. Odszedł spokojnie, bez niepokojenia, z wszelkimi stosownymi ceremoniałami pogrzebowymi. Jednak jakiś tydzień później moja domowniczka stwierdziła:
– Miałam dziwny sen. Przyszedł do nas jakiś staruszek z sąsiedniej wsi, zapomniałam już jak się nazywa, i powiedział, że będzie u nas jeszcze jeden pogrzeb…

Jakoś tej, albo najbliższej nocy w lesie opodal rozsiadła się sowa i dalejże pohukiwać do późnej pory bez przerwy! To zawsze tworzy „klimacik”, ponieważ nasi wioskowi współmieszkańcy z dziada pradziada wróżą sobie, że jak sowa zahuka tak blisko, to ktoś niechybnie umrze. Tak naprawdę sowy pohukują co roku o tej porze blisko domostw, zlatując się w ślad za gryzoniami, które schodzą się z lasów i pól do ludzkich siedzib. I nie zawsze zdarza się pogrzeb na wsi. Tym razem jednak zjawisko poprzedził ów sen.

Nie minęło dwa tygodnie, gdy w sąsiedniej wsi zaginął staruszek, dziadek Sieroża. Nie znałam go, ani on mnie, ale wszyscy go znali, jak to tutejszego. Miewał zaniki pamięci. Ostatni raz widziano go 6 grudnia około 15 wychodzącego drogą za wieś. Poszukiwania nie dały rezultatu, a ta bezksiężycowa noc okazała się nader mroźna. Dalsza mobilizacja służb i poszukiwania różnymi sposobami, także z psami, nie przyniosły rezultatów. Pogoda była kiepska, najpierw silny nocny mróz i szron, potem silne długotrwałe opady deszczu. Nadzieja właściwie żadna.
Wiedziałam o tym, bo domowniczka przyniosła wiadomość z miasteczka, ale zapomniałam z czasem. Jednak w nocy 10 grudnia spadł na mnie dziwny sen.

Odwiedziłam sąsiednią wieś, w której mieszka kolega, który w moich snach pełni rolę Strażnika Małej Karmy. Była dość gęsto zaludniona, zabudowana starymi chatami, pola odgrodzone od siebie murami przypominającymi średniowieczne zwieńczenia zamkowe, z czerwonej cegły. Wszędzie ruina, bałagan i syf. Podobnie w obejściu owego Strażnika Czerwonej Granicy. Te symbole wskazywały na minusową strefę trzeciego, zielonego poziomu wyobrażeniowego z przejściami na poziom 5 karmiczny, czyli na strefę odwiedzaną i zamieszkiwaną przez głodne duchy, tj. tych, którzy pozostali przy swych starych formach zza życia i stracili więź ze swą duszą bytującą powyżej czerwonej granicy.

Zajęłam się głaskaniem małych źrebiąt, których było na podwórzu przed chatą kilka, chyba trzy. Puchate rude kasztanki, milutkie jak psy [Cerber, strażnik czerwonego przejścia, konie symbolizują przestrzeń, a więc chęć drogi w wyższe duchowe rejony w wyższym pojeździe świadomości]. Jednego namaściłam jakimś olejem, który znalazłam w białej butelce. Zabrakło trochę, ale rozsmarowałam wszystko dokładnie na koniku rękami, zwłaszcza na głowie, za uszami, na szyi i tułowiu. Wreszcie pomknął z resztą źrebaków poza obręb podwórza. Strażnik Granicy tymczasem ciągnął wodę z wioskowej studni do starego ocynkowanego garnka, który potem dźwigał w rękach ostrożnie do chaty [ważny obraz, który wskazywał na okoliczności odnalezienia zaginionego, co zrozumiem później]. Wracając zauważył, że nasmarowałam konika, stwierdził, że niedobrze, bo ten pachnący olejek przyciągnie owady [krwiopijców, czyli głodne duchy]. Zdziwiłam się, bo według mnie olej miał chronić przed nimi.

Zapragnęłam stamtąd wyjść, ale nijak nie mogłam znaleźć wyjścia. Otworzyłam, będąc w środku chaty jakieś drzwi, sądząc, że prowadzą do wyjścia, a tam była druga izba, odnawiana teraz przez chłopa, kobieta ze smętną miną stała przy kuchni. Obcy ludzie. Przeprosiłam za najście, wyszłam następnymi drzwiami, tam znów jakaś izba… W końcu wyskoczyłam oknem na podwórze, a tam inne mury wokół obejścia, włości znajomego Strażnika gdzieś dalej we wsi. Nie wiem gdzie jestem jednym słowem! Jakoś udało mi się zawrócić i trafić w bardziej znany rejon blisko strażniczej chaty.

Tam spotkałam młodziutkie dziewczyny, z których w jednej rozpoznałam koleżankę z dzieciństwa. Jakaż ona ładna się zrobiła! I jaka delikatna, wrażliwa! Do tego pięknie śpiewa. Zaśpiewała jakąś piosenkę na moją prośbę wysokim sopranowym głosem, byłam zachwycona [niechybnie pojawiła się wysokowibracyjna istota, którą aniołem można nazwać, i pokierowała umysłem i sercem zagubionego, którym śniłam]. Częstowałam resztę dziewczynek plackami z cukrem. Oj, smakowało [nakarmiłam zatem głodne duchy, które się zbiegły, przed którymi ostrzegł Strażnik]. Wreszcie pomyślałam, że czas na mnie. Wróciłam tylko jeszcze po mój portfel, który zostawiłam przed chatą Strażnika. Okazało się, że portfel zeżarł jego pies, bury włochaty brytan, został tylko strzępek. Byłam niepocieszona i zaniepokojona, bo trzymałam tam dowód i wszystkie dokumenty [identyfikator tożsamości, pamięć kim jestem, ziemskie ego]. Strażnik stwierdził cierpko, że wiedziałam, że ma psa, po co zostawiłam to na jemu na żer. I że teraz muszę zgłosić na policji, że zgubiłam dokumenty, aby nikt się nie podszył. Posterunek był otwarty tego sobotniego dnia do 11. Jak się pospieszę do zdążę. Trudno, wróciłam do domu, ale tam coś innego mnie wkręciło i nie zdążyłam zgłosić.

Pierwszym moim wnioskiem po obudzeniu się było: no, tak, ktoś zbłąkany przykleił się do mnie i śniłam jego oczami. I uwaga na głodne duchy!
Ledwie rano otworzyłam internet, pokazało się ogłoszenie o poszukiwaniach zaginionego 6 grudnia po południu dziadka Sieroży, wraz ze zdjęciem. Teraz też zwróciłam tylko zwykłą uwagę, współczując staruszkowi, który się pewnie zabłąkał w polu albo lesie. Ostatnie przymrozki nocne raczej nie dały mu możliwości przeżycia.
I całkiem nagle poczułam silne osłabienie, drżenie mięśni, znany mi świetnie ubytek energii. Można by to przypisać spadkowi poziomu jakichś witamin, małej ilości świeżego powietrza i światła w te krótkie grudniowe dnie, ale czemu aż tak gwałtownie? Już po chwili wiedziałam. Dziadek Sieroża znalazł mnie, przykleił się i sny mnie o tym powiadomiły!

Usiadłam do modlitwy, w skupieniu odmówiłam kilka razy modlitwę pańską, bezskutecznie próbując sobie przypomnieć jakąkolwiek po cerkiewnemu. W końcu przeżegnałam się po prawosławnemu w lewą stronę w imię Atca, Syna i Swiatoho Ducha Amin i rozłożyłam cztery karty tarota na wzór tego znaku. Wypadły na teraz: Kochankowie i 9 Mieczy zmierzające do Pustelnika: wszyscy szukają zaginionego dziadka, dyskutując w którą stronę poszedł. W przyszłości wypadł siódmy wielki arkan Rydwan, zostanie znaleziony. Ale ducha muszę odprowadzić ja, pokazując mu twardo kierunek w górę.
– Znajdą go siódmego dnia od zaginięcia. Gdzieś przy drodze, na rozwidleniu, zabłąkanego, leżącego, jakby pijany, albo spragniony…

Rydwan

Po południu pokazało się ogłoszenie, że dnia następnego, 11 grudnia odbędzie się akcja poszukiwawcza mieszkańca naszej gminy, zbiórka o godzinie 9:00 przy stacji paliw i rodzina prosi wszystkich o udział w akcji.
Wieczorem, gdy szykowałam w kuchni kolację, stojąc przy oknie od lasu usłyszałam znowu pohukiwanie sowy. Dziwne, bo wewnątrz domu raczej ptaków nie słychać z zewnątrz, tym razem było. Dwa-trzy całkiem głośne huknięcia. Po położeniu się spać, ledwie przymknęłam oczy zapadłam w trans. Ktoś wszedł od strony łazienki i kuchni do pokoju. Usłyszałam cichy szept koło siebie. Poprosiłam dwa razy, aby powtórzył głośniej. Powtórzył, ale tak samo cicho i niezrozumiale. I ocknęłam się. Tak naprawdę, nie wydałam z siebie żadnego głosu na jawie.

Zaraz potem pokazał się obraz. Dwaj ludzie patrzą na mapę, która jest obrócona do nich i mojego wzroku skosem, prawym górnym rogiem. Ich oczy zakrywa jakby czarna przepaska. Prostokąt poznaczony siatką kartograficzną, tyle rozróżniam. Nie wiem, czy to mapa samej wioski, czy terenu gminy. Człowiek z lewej pokazuje dłonią na górny róg mapy. Tymczasem na mapie widzę jakieś maleńkie znaczki wiodące w dół. Wyglądają jak “łezki” z mapy góglowej, tyle, że wewnątrz świeci się jakiś kształt. Przypomina róg jelenia, albo kości żeber. Łezki są w środku granatowe albo ciemnofioletowe. Jest ich dwie-trzy i są w dole mapy, przy samej dolnej krawędzi.

Trzeba było wypuścić koty, więc wstałam w środku nocy. W łazience przekonałam się, że kocur sypiający na pralce zrzucił na posadzkę sweter, na którym sypia. Musiał nagle zeskoczyć z nastawionymi pazurami, zaczepił się. Coś go w takim razie nagle wystraszyło.

Rano hipnagog: wynoszą skądś ostrożnie ciało, bezwładne, kładą ostrożnie na białej przyczepce, może wkładają do białego pogotowia, niewyraźne.

Tym razem kolejnego dnia źle się czuła moja domowniczka, wykazując wszelkie objawy doczepionego ducha, osłabienie, drżenie, zawroty głowy. Zrobiłam jej zabieg reiki, ale ona była wciąż niespokojna.
– Wiem, co mi pomoże! Muszę zjeść racuchy! Tylko to!
Była zaraz po obiedzie, ten przypływ apetytu był niezrozumiały na tyle, że zażartowałam:
– Wiem, dziadek Sieroża marzył o plackach z cukrem przed śmiercią. Nie odejdzie, póki go nie nakarmisz. Prosił o coś w nocy, pewnie o to! Ja, jako bezglutenowa, nie mogłabym spełnić życzenia.
Usmażyła talerz pachnących racuszków, posypała cukrem pudrem i zjadła kilka pod rząd, częstując przy okazji psy. Objawy osłabienia znikły natychmiast. Ja ich nie miałam już od nocnej wizyty.

Poszukiwania 11 grudnia były mocno emocjonujące, nie przyniosły rezultatu, zaginiony nie znikał z moich myśli.
Obliczyłam horoskop horarny na pytanie: gdzie jest ciało? Rzuciłam temat tego horoskopu na grupie astrologicznej. Odezwało się dwoje doświadczonych w takich interpretacjach astrologów, sugerując, że dziadek żyje. W co uwierzyć już nie mogłam.

hor

Kolejnej nocy mimo, że koncentrowałam się na temacie, a sowa wtórowała głośno, nic się już w temacie zaginionego nie wydarzyło, znikł, rozpuścił swoją dotychczasową ziemską formę i przeszedł poza granicę małej karmy. Moje zadanie, odprowadzacza, zostało zatem wypełnione.

12 grudnia, siódmego dnia od zaginięcia znaleziono ciało dziadka Sieroży. Na grupie astrologicznej odbyła się tymczasem taka rozmowa, której najważniejsze konkluzje brzmiały następująco:

ES: Mój wniosek wstępny: udał się na południe, w dalszą drogę, niż sądzi otoczenie. Za sygnifikator staruszka, który już najpewniej nie żyje (na co wskazuje również Pluton w zenicie) biorę Saturna. Księżyc w sekstylu do Jowisza w 8 domu to mobilizacja ludności do poszukiwań. Służby (policja, strażacy i ochrona pogranicza) go nie znalazły, to Mars w mylącej koniunkcji z Neptunem. Ascendent i jego władczyni Wenus to pewnikiem moja skromna osoba, którą „gnębi” dyspozytor Pluton, czyli duch zmarłego, próbując nadać kierunek poszukiwaniom. Co do Wenus i Jowisza to jest takie prawidełko: „Należy uwzględnić położenie Jowisza i Wenus, które z natury są korzystne i rzadko powodują coś złego. Negatywnie działają zwłaszcza jako władcy 6, 8 i 12 domu.” Wenus nie jest co prawda władczynią 6 domu, ale w nim przebywa, no, i rządzi częścią 12 domu. A Jowisz włada 8 domem śmierci. Pan ów zniknął na końcu wsi, skąd droga wiedzie do przynajmniej dwóch innych wsi. Trzy transsaturniki są ustawione bardzo treściwie. Neptun myli drogę, Pluton wskazuje na nieboszczyka moim zdaniem, a Uran na miejsce ukryte na uboczu, być może odkrycie w niespodziewanym miejscu i przypadkiem.

Mirosław Czylek: Spróbuję się pobawić. Sygnifikatorem dziadka może być Mars, władca siódmego domu („ktoś tam”, nie sąsiad, nie wujek, nie ojciec). Mars jest po niedawnej koniunkcji z Neptunem (zaginięcie), w pobliżu gwiazdy Archenar, oznaczającej ujście rzeki. Archenar to gwiazda dobrotliwa, bo oznacza koniec saturnicznej drogi, koniec jakiegoś męczenia się. Ale ponieważ Merkury, potencjalny władca derywowany śmierci „lubi” Marsa, nie powinna zezwolić mu umrzeć. Myślę też, że Mars też nie jest w złej kondycji, jest w swoim żywiole, nie znosi też śmierci. Myślę, że niedługo nastąpi odnalezienie, kiedy większość postawiła krzyżyk na nim. Koncepcja meliny, utraty pamięci czy … zatrucia ewentualnie, ale nie natychmiastowej śmierci, też możliwa. Nie tylko z racji wieku. Jednak nie mam weny, gdzie on może być.

ES: Mirku, to byłby rzeczywiście cud. Jednak upieram się przy tym, że Mars to służby, szukające przy pomocy różnych detektorów, pojazdów, psów na przysłowiowy oślep. Można także brać pod uwagę Marsa jako sygnifikatora nagłego przypływu młodzieńczego wigoru u staruszka, który zapomniał co i jak, ale siła go rozpierała i postanowił odwiedzić kogoś znanego w młodości w którejś sąsiedniej wsi. I tak pobłądził, wywiedziony na manowce przez Neptuna. A ciągnąc myślenie dalej, jeśli Mars wywiódł go, a jest zarządzany przez Jowisza w 8 w Strzelcu, w bliskiej kwadraturze, to mamy dom śmierci i zew drogi w jej kierunku. Mars w Rybach wskazywałby na wodę, otóż w tych okolicach takiej raczej nie ma. Jeśli brać pod uwagę położenie Saturna to mamy takie okoliczności – pola, płoty, pastwiska, dalszą drogę, pagórek, a także świątynię. Sprawdziłam też godzinę i datę zaginięcia. Saturn wypada w tym horoskopie w 8 domu. Ścisła koniunkcja Marsa z Neptunem w 10. Księżyc w koniunkcji z Jowiszem zmierzał przez 6 dom do nowiu na Dsc (masowa mobilizacja poszukiwaczy), ale po drodze zahaczając kwadraturę Marsa (dzikie zwierzęta nocą?) i Neptuna. Niestety, widzę tu wciąż potwierdzenie moich wniosków. Asc w Bliźniętach, a Merkury w 6 w Skorpionie, rozwidlenie dróg mi się kojarzy [choć jest i wodny znak Merkurego].

Anna Maria Skórska: Też zgadzam się z Mirkiem. Poszukiwany pan to Mars. Kondycja Marsa jest bardzo słaba, ponieważ jako planeta gorąca i sucha znajduje się w znaku zimnym i wilgotnym. Ostatni aspekt Mars robił ze Słońcem (kwadratura) i z Neptunem (koniunkcja). Najpierw Mars spotkał się ze Słońcem (może jakiś problem z sercem, ponieważ Słońce jest naturalnym sygnifikatorem serca i włada radykalnym domem V w tym horoskopie), a potem natknął się na Neptuna (dużo wody). Mars znajduje się na gwieździe Achernar, co może wprost wskazywać na okolice ujścia jakiejś rzeki na południowy wschód (sektor od ASC do MC). Pocieszające jest jedynie to, że Mars nie robił ostatnio żadnego aspektu z sygnifikatorem śmierci, ani radykalnym (Jowisz), ani derywowanym (Merkury). Niemniej jednak Mars znajduje się we władzy Jowisza, a nad Merkurym „za chwilę” władzę straci. Co do Saturna, naturalnego sygnifikatora starszych ludzi, to on też znajduje się w koniunkcji przez antiscion ze Słońcem. Jest też taka możliwość, że skoro Mars znajduje się na wierzchołku domu XII (system domów Regiomontanusa), to może on na skutek zaniku (Neptun) świadomości (Słońce) trafił do jakiegoś szpitala lub innego tego typu miejsca. W każdym bądź razie bardzo dużo wody znajduje się przy tym Marsie (znak Ryb, Neptun i gwiazda Achernar, czyli ujście rzeki)…

ES: Najpierw się ustosunkuję, może jakąś strugę tam po drodze dałoby się znaleźć, ale w okolicy nie ma żadnych wielkich wód, oprócz może pojedynczych glinianek leśnych. Szpital najbliższy jest 50 km stąd. To naprawdę odludne klimaty! A teraz powiem tak: skupiacie się na szukaniu żywego człowieka, a horoskop postawiony jest konkretnie na pytanie: gdzie znajduje się ciało zaginionego? Dlatego patrzę na Saturna. Pan ów miał blisko 90 lat.

Anna Maria Skórska: …Jeśli Saturn to rzeczywiście nasz zaginiony, to należy go szukać na południu, z lekkim odchyleniem na zachód, może w pobliżu ruin jakiejś świątyni albo starego cmentarza (w każdym bądź razie czegoś koziorożcowatego i sakralnego zarazem). Nie wiem, czy w tych rejonach są takie miejsca, ale tylko takie możliwości widzę.

ES: No, więc został znaleziony dzisiaj ok. południa. Poszedł na południe w całkiem inną stronę, niż przypuszczano. W stronę wsi, która słynie w regionie ze stawów rybnych! Nie dotarł do niej, ciało znaleziono w jakieś przydrożnej studzience, szczegółów nie znam, ale woda jest! Zatem kości staruszka spoczną jak przystało na cmentarzu, co dodał horoskop horarny. I taki dodatek, dziadek kierował się w perspektywie swojego zamiaru na górę Grabarkę, czemu odpowiadałby Saturn w 9 domu. Było za daleko, aby mógł tam dotrzeć o własnych silach, ale to starcze przeczucie, chyba zapowiadające pożegnanie się z życiem. Wychodzi, że pytanie wcale nie było źle zadane. Jednak mieliście rację, że trzeba było iść za Marsem.

Mirosław Czylek: Archenar wskazywał na koniec pewnej drogi u ujścia, a kanał jest jak najbardziej ujściem. Woda musiała być, co prawda spodziewałem się jej w formie podanej w celach konsumpcyjno – leczniczych, ale i ten związek pasuje.

ES: Zważ, że zdążał na Grabarkę, słynnej z leczącej studzienki i strugi. [To owa butelka z karty Rydwan, która wypadła mi na opisanie kierunku drogi, gdzie szukać] Cały czas jednak zaznacza się Saturn w 9, starzec, góra, świątynia. Po prostu mnie przykuło do tego Saturna, jak spojrzałam. Jednak warto gromadzić takie spostrzeżenia i doświadczenia, żeby nie ulegać subiektywnościom przy innych analizach.

Mirosław Czylek: Jest parę takich gwiazd symboli w astrologii, które oznaczają rozwidlenie, rozdroże, koniec. Ich natury są różne. Archenar, Aldebaran, Fonalhaut, Szczypce (szalki Wagi) czy Spika. To się bardzo przydaje. Ja to nawet stawiam jako najmocniejszy wskaźnik i tutaj jestem antykanoniczny.

I na tym zakończmy dywagacje. Nauki zostały przyjęte i uświadomione. Niechaj zmarły odnaleziony spoczywa w spokoju.

Wspólne śnienie: Źródło obfitości

Tak naprawdę niniejszy wpis miał być poświęcony mojej poprzedniej inkarnacji, a nie temu, co widnieje w jego tytule. Jednak drogi snów bywają meandryczne i potrafią zaskakiwać świadomość. Sami się przekonacie.
Postanowiłam dać tutaj dłuższą opowieść o tym, w jaki sposób przypomniało mi się i jak je odkryłam w realu – moje inne wcielenie. Dlatego najpierw zdecydowałam się zadać śnieniu istotne pytanie, aby otrzymać odpowiedź utwierdzającą moją pewność siebie w tym temacie. Oto, co z tego wynikło.

Położyłam się wcześnie, ale wewnętrzne rozedrganie wzrastało, zamiast się uciszać. I wszystko było pomieszane. Mimo tego hałasu telepatycznego (cisza przedwyborcza!) poprosiłam czachulca, mego ibbura o temat, który sobie wcześniej wymyśliłam: Czym/kim dla mnie jest Aleksander S. Co nas łączy? Dlaczego i po co przyczepił się do mnie na tak długo?

Zasnęłam. Ze snu zapamiętałam strugę rzeczną płynącą z prawa na lewo, przegrodzoną śluzą. Staliśmy na śluzie i wypatrywaliśmy ryb w wodzie, sprawdzając przy okazji jej czystość. Śluza zwężała przepływ wody do szerokości 2/3, 1/3 albo całkowicie. O, są! Krzyknęłam pokazując jakieś nieliczne kształty pływające w wodzie po lewej stronie śluzy, ale mój niewyraźny towarzysz nie był zadowolony z ich ilości. Przeszliśmy na drugą prawą stronę, a tam zgromadziła się już spora ławica, próbując przepłynąć przez zwężony teraz do 1/3 otwór przegrody. Ucieszyło mnie to. Zależało mi na tym. Wróciliśmy na drugą stronę śluzy, tutaj z otworu wydostawały się jakby przemielone/pomniejszone/rozdrobnione rybki, które przed śluzą były całkiem spore. Było widać ich wielką ilość, ale były tak małe, że tworzyły jakby na pół bezwolną i bezkształtną raczej czarną i zwartą masę w wodzie. Poczułam rozczarowanie.

[Rozpoznałam strumień świadomości przedzielony granicą z czymś podobnym do koła karmicznego, co było małe, niejasne i ciemne.]
Ten sen jakoś wcale nie wydał mi się odpowiedzią na zadane pytanie.

Komentarz JB: Zator wodny minusowo naśladuje granice 5/6 i 8/9. Mielenie ryb to pomniejszanie ich gabarytów, mikropsja. Śluza zatem naśladuje pracę Kryształowego Wiru w sposób odwrotny czyli minusowy.

W dzień wyciągnęłam karty Tarota, aby zrozumieć ów sen. Odpowiedź jednak najwyraźniej dotyczyła pytania, które przedtem zadałam, a nie snu!

Karta snu, wybrana świadomie: 8 Kielichów (jasnowidzenie na odległość przez czas i przestrzeń, kanał świadomości)
Powód snu z przeszłości: 5 Mieczy [Była śmierć przez ugryzienie, niezabliźniona rana]
Sprawa, której dotyczy sen: X. Koło Fortuny [czyli koło karmy, intencja dotyczyła reinkarnacji]
Przesłanie snu: XX. Sąd [odrodzenie w nowej postaci, karta przedstawia człowieka wynurzającego się z grobu]
Jak zareagować na sen: VIII. Moc [zintegrować tamtą osobowość, nie odrzucać]

Dostałam jasną odpowiedź, tak, byłam kiedyś Aleksandrem i nie jest to postać, której pamięć została karmicznie dopisana z linii mojego rodu obecnego. Żadne Niemowy/Pająki nie wpisały mi jej także sztucznie, aby skrzywić moje myślenie o sobie i drodze duchowej. Moja obecna tożsamość jest oczywiście kimś innym, ale ma z nią powiązanie kontynuacji i odczucie przynależności. Jednak tej odpowiedzi nie umiałabym wysnuć ze snu o śluzie na strudze. Jak się okazało karty odpowiedziały w zadanym temacie snu z kolejnej nocy! A sen o minusowym przejściu granicznym jeszcze się rozwinie w nowy i niespodziewany dla mnie sposób.

Kolejnego wieczoru zaproponowałam Pawłowi Z. współ-śnienie w moim temacie. Który mu zdradzę później.
Przed snem wysłałam prośbę do czachulca o wyjaśnienie mi, kim naprawdę był/jest dla mnie Aleksander S. W sposób dla mnie czytelny i zrozumiały.
Ponieważ sen długo nie przychodził myśli zaczęły nawiązywać do różnych innych snów, co rusz je porządkowałam i zadawałam znowu pytanie, które w ten sposób stało się bardziej wielorakie: do czego służy ta druga osobowość i czy istnieje jakiś specjalny powód jej manifestacji? Co z tym mam zrobić?
W pewnej chwili przed zaśnięciem poczułam link z Pawłem.
W końcu zasnęłam i od razu było niezwykle.

Wpadłam w silny trans.
Ukazał mi się Aleksander, najpierw jego twarz, zauważyłam, że wygląda dziwnie, ma dwoje różnych oczu. W pierwszej chwili zidentyfikowałam jedno, prawe jako moje, a drugie jego. Ale zaraz było to jedno ludzkie oko, a drugie całe czarne, większe, „kosmiczne”. [rozumiem, że jesteśmy oboje częściami wyższej istoty]. Potem leżał na wąskim łóżku w swoim pokoju, odwrócony do mojego wzroku plecami, spał nieporuszenie. Wokół niego snuły się jakieś cienie, dwa, może trzy, jeden największy, lgnęły do niego. Może jednym z nich jestem ja teraz? – przemknęło mi przez myśl i zawołałam: Aleksandrze! Ani drgnął, może miał teraz koszmary, jak mi się śniło o tym kiedyś. Tak jakbyśmy kontaktowali się ze sobą poprzez czas, pomimo czasu, oboje w swoich aktualnych liniach życia.

Komentarz JB: Co do posiadania wcieleń, dawnych i przyszłych, to nie my mamy takowe, a nasza Dusza 7. Jednak dla niej one wszystkie są jednoczesne, jako aspekty, jak korzenie Drzewa Życia. My możemy sobie to nazywać jak chcemy – jako nasze, w porządku czasowym, ale to tylko figura retoryczna.
Tak, to jest dla mnie oczywiste i zrozumiałe od dawna.

I teraz uwaga, zaczęło się coś, co niosło wielką inspirację. I raczej nie dotyczyło już zadanego pytania. Być może do tej podróży nakłonił mnie rodzaj transu, zsynchronizowanych obu półkul mózgu (Aleksander byłby wtedy tą drugą, Jang). Tej nocy, dodam, Księżyc miał randkę z Neptunem w znaku Ryb, a to była mocna energia startowa.

niecka

Dalszy sen: Z tego transu wyszłam na jakąś przestrzeń, nie zmieniając stanu świadomości. Spotkałam tam Pawła Z. To był parking przed dużym starym halowym budynkiem na poły przemysłowym [podpowiedź odnośnie tematyki: przemysł to technologia i metoda, w jakiej dziedzinie odkryję to później], spotkanie odbyło się w jakimś samochodzie, pewnie jego [w ciele subtelnym].
Rozpoznaliśmy się i Paweł z uśmiechem zaprosił mnie do biura firmy, w której pracował, mieściła się w owym budynku nieopodal. Na korytarzu spotkałam dziewczynę Pawła. Sympatyczna, rozluźniona. Ponieważ trzeba było na kogoś poczekać ćwiczyłyśmy poruszanie się siłą umysłu, chciałam na rozkaz przepłynąć ponad podłogą tego długiego korytarza do przeciwległych drzwi, ale nie udało się ani mnie, ani jej. Trzeba było podejść zwyczajnie na nogach [samodzielne próby wpłynięcia na poziom świadomości, a z tego na bieg rzeczywistości i osiąganie celów nie mają stosownej mocy]. Nagle pojawił się Paweł [dziewczyna znikła, czyli występował w swojej wersji Jang i In na przemian, a najprawdopodobniej ubrał się w niego/nią „mój” Hermafrodyta] i zaprosił mnie do wnętrza biura.
Podał mi jakąś książeczkę w czerwonej płóciennej okładce, starą i wytartą. To miała być umowa z firmą do podpisania przeze mnie. Zajrzałam do środka, część wydrukowanego tekstu była całkowicie zatarta ze starości i nie do odczytania, ale pierwsza część książeczki była w lepszym stanie. „No, dobrze, zapoznam się” – zgodziłam się i to było równoznaczne ze złożeniem podpisu i podjęciem się pracy dla firmy (miała coś wspólnego z wydawnictwem). [Przejście przez granicę 5/6 uwarunkowane cyrografem, coś za coś].

Wtedy wziął mnie na bok jakiś starszy (wiek 50-60) niewysoki mężczyzna. [Na drugi dzień, sprawdzając podpowiedzi ze snu w internecie odkryję, że był to Wallace D. Wattles, twórca pierwszych książek o źródle obfitości]. Zaprowadził do drugiego pokoju [przejście przez granicę 5/6]. Wnętrza były jak w mieszkaniach w starych kamienicach, wysokie pokoje i drewniane dwuskrzydłowe wysokie drzwi. Kiedy, stanąwszy pośrodku pokoju rozejrzałam się zauważyłam, że po lewej stronie na materacach położonych wprost na podłodze siedzą dwie staruszeczki w długich szatach. Wydawały się miłe, uśmiechnięte i nie zwracały na mnie uwagi. Nieco dalej, trochę za mną, w głębi, kiedy tam się odwróciłam po lewej u dołu zauważyłam jeszcze jedną, podobną. Wszystkie miały szaty w bladych błękitnawych kolorach. [Trzy Mojry, jedna przecinająca nić żywota w sferze piekielnej Ekranu snu]

Starszy pan przez chwilę o czymś gwarzył ze staruszkami, a potem podszedł do mnie i orzekł, że staję się zbyt zimna, trzeba coś z tym zrobić. „Rzeczywiście” – zauważyłam i poczułam lekki chłód w pokoju. Wiedząc, co to oznacza, [że tracę energię na rzecz minusowości] zaczęłam robić ćwiczenia gimnastyczne, wirując obiema wyprostowanymi na boki rękami i to mi szybko przywróciło ciepło, a nawet znaczne gorąco w dłoniach. Starszy pan uśmiechnął się z zadowoleniem. Potem działy się jakieś rzeczy, gdzieś byłam, coś zwiedzałam, obserwowałam z góry, wyższego piętra patrząc w dół, kilkumetrowego strażnika w ciemnoszarych dżinsach i koszuli, stojącego spokojnie i nie interesującego się mną, reszta umknęła mi z pamięci. [Pokazywano mi przestrzenie 6-8 i widziałam zapewne Kolosa/cień ludzkości w barwach poziomu 8.1].

Pojawił się znowu Paweł. Siedząc z mojej lewej pokazał mi mapę, wskazując wymownie palcem kolejno na trzy punkty na niej. Patrzył na mnie za każdym razem znacząco, jakby mówił: „Zapamiętaj położenie”. [I szło o zapamiętanie po obudzeniu ze snu].

Pierwszy punkt znajdował się na mapie Polski, w okolicy Świnoujścia, na Odrze, [lewa strona, stary teren Niemowów z 8 poziomu] wzięty ołówkiem w okrąg, drugi na przeciwległym krańcu wschodniego Pomorza, gdzieś przy granicy z Rosją [prawa strona, teren Czerwonych z małej karmy], też obwiedziony i też był tam jakiś zbiornik wodny, jezioro albo zatoka morska, to nie było wyraźne i się zmieniało, gdy patrzyłam. Trzeci zaś znajdował się aż za biegunem północnym, [na mapie kierunek północno-zachodni, punkt przekraczający biegun i znajdujący się na drugiej półkuli] gdzieś na zamarzniętej arktycznej wyspie podobnej do Grenlandii w pobliżu Ameryki, częściowo pokrytej większym od niej lądolodem. Była tam pośród lodów zatoka wzięta w kółeczko, a przy owej zatoce jakiś mniejszy zbiorniczek, nader ważny, do którego dojście i namiary do niego są trudne i zatajone. [Wszystkie punkty tworzyły istotny umowny trójkąt. Może orientacyjny].

Kiedy już wszystko zapamiętałam oczywiście udałam się w drogę do tego miejsca, zwanego miejscem obfitości, a może źródłem obfitości. Zabrali mnie wysocy żołnierze amerykańscy z oddziału lotniczego pełniący tam służbę ochronną. Mieli w sobie coś bladożółtego, może elementy mundurów i kolor samolotów [pobliże granicy 8/9]. Byli przyjaźni i mogłam robić, co zechcę. Łatwo odnalazłam zaznaczoną na mapie morską zatokę. Ograniczona betonowymi brzegami w kształcie prostokątnym miała wysokie brzegi schodzące w dół ukosem. W dole była niezamarznięta ciemnoniebieska [zło osobowe, minusowość] połyskliwa woda morska, trwająca prawie w bezruchu [niecka w wersji minusowej]. Wiedziałam, że to niebezpieczne, zostałam ostrzeżona, ale postanowiłam dostać się dalej, a to była jedyna droga. Zsunęłam się po skośnej ścianie brzegowej w dół, zamierając ze strachu. Bałam się całkowitego zatonięcia. Strażnicy patrzyli na to z góry i liczyłam w duchu, że mi pomogą, gdybym wpadła w większe tarapaty. Dostałam się do wody, ale ku swej uldze odkryłam, że woda jest tak gęsta, może od znacznej zawartości soli [jak w Morzu Martwym], a może z powodu niskiej temperatury, że nie zapadam się zbyt głęboko, najwyżej na wysokość pasa [do granicy 5/6 czyli w świecie dualizmu wartości]. Dało się chodzić w ten sposób przez wodę i oczywiście ruszyłam zaraz ku przeciwległemu brzegowi, wydostałam się bez problemu i odnalazłam owo jeziorko obfitości.

Był to maleńki, słodkowodny akwen z ciepłą jak na warunki klimatyczne Północy czystą przeźroczystą wodą, o naturalnych brzegach, w wydłużonym wrzecionowatym kształcie [Szczelina!]. Wyrastały z niego jakieś rośliny, kilka dużych grzybów o cienkich nóżkach i białych kapeluszach, podobnych do powiększonych rozmiarowo psylocybów, wznoszących się ponad taflą wody i wyległych na brzeg [symbol wizji i iluzyjnych światów]. Najpierw sprawdziłam głębokość i zawartość zbiorniczka długim cienkim kijem, czy nie mieszka w nim coś groźnego [bałam się ukrytego dinozaura], ale odezwało się i poruszyło tylko kilka maleńkich i łagodnych żyjątek. Przechodząc jego wąskim lewym dłuższym brzegiem koło kapeluszy grzybowych odsłoniłam je i zauważyłam, że pod spodem brzeg jest zasypany żółtymi ziarnami zbóż, brodziło się w nich [zachowane ziarna karmy dla odrodzenia życia, mnożenie błogosławieństw, realizowanie wizji w światach karmicznych]. Pamiętałam, to mi powiedziano wcześniej wśród lotników, że kto się zdoła w tym żywym źródle zanurzyć i napić z niego nigdy nie zazna biedy i głodu. W jego życiu będzie zawsze manifestowała się obfitość rzeczy potrzebnych do pomyślnego istnienia. To było dla mnie ważne, bo – jak mi powiedziano też – szykowano się na bliskie nadejście okresu wymierania, gdy większość żyjących ziemskich istot zazna ogromnych braków, głodu i niepokojów.

Kiedy zaczęłam wracać usłyszałam oceny, nie wiem kogo, było to kilka niewyraźnych osób [inne aspekty mojej duszy], że wyglądam bardzo młodo. Bo byłam dotąd dwudziestokilkuletnim (21-22) chłopakiem, a wyglądałam teraz na 17 albo nawet 16 lat. Miałam myśl, że to moje przyszłe wcielenie i przez nie śniłam.

Komentarz JB: Te sny to bardzo sensowna konstatacja. Źródło obfitości oczywiście dotyczy bytów samoświadomych w małej karmie, więc musi się znajdować po minusowo urojonej stronie. W urojeniowości plusowej, czyli zmysłowo namacalnej przecież takiego nie ma, no, może wyidealizowana Ameryka (wojska desantowe, spersonalizowane jako Aleksander ?). Źródło obfitości musi zatem być otoczone ową urojeniową minusowością. Samo jest tak silne, że nawet w minusowości potrafi zneutralizować lokalnie tę minusowość. To po prostu minusowa kopia Szczeliny 8-12. Badałem kiedyś podobną kwestię, czy poprzez minusowość da się dotrzeć do Nieprzejawienia 8-12. Da się. Z powrotem również.

Na drugi dzień Paweł opisał mi swoje sny z tej nocy:

PZ: Głos śnienia mi powiedział: „śni, że nie jest zadowolona z ziemskiej pracy”… [Po analizie znaczeń i odkryciach tematów sugerowanych przez sen, w dzień na jawie, owszem tak]

Potem sen jest o moście, który miał 560/590 metrów, nie został dalej skończony. [Granica 5/6 przekroczona po to, aby wyjść przez Nicość 8/9, poprzednie życie zostało nagle przerwane]. Cały szkielet stał, ale nie było drogi. Drugi most mniejszy o parę metrów był już gotowy, ale ten wcześniejszy dłuższy nie. [Jak moje obecne i poprzednie wcielenie. Tamto życie, działające z o wiele większym rozmachem nagle przerwane nie osiągnęło swych zamierzeń – ES]. Więc nie można było się poruszać tą drogą. [Aleksander nie mógł wyjść z Przejawienia, nie zakończywszy swojej pracy – ES] We śnie na kogoś krzyczałem, że to miało być już gotowe, budowlańcy oszukują i nie pracują należycie. [Przypomina to nastroje i sytuację z końca życia Aleksandra – ES]

Komentarz JB: Zator wodny [z poprzedniego snu] i most niedokończony to granica pomiędzy Źródłem obfitości, a urojeniową minusowością. Tu również [oba mosty] minusowo naśladują granice 5/6 i 8/9.

PZ: Jestem fotografem na urodzinach. Tzn. urodziny się skończyły, dziewczyna wyciąga umowę, pisze na niej 1790 zł, [moje poprzednie życie zaczęło się w 1773 roku, więc poniekąd blisko. Cyfry mówią o zasięgu ciało-dusza-duch, aż do strefy Nicości – ES], ja tak patrzę na DJ [byt nadrzędny] zdziwiony, że tak dużo za urodziny bierzemy. Przecież to nie wesele. I cena zmienia się na 2790 [pokazuje się wyższa prawdziwa ale ukryta wartość, przy czym 1 zamienia się 2, czyli coś niewidzialnego/nieznacznego ją podbija – ES], aż w końcu zostaje 1790. Myślę sobie, gdybym wiedział, że za tyle to zlecenie mamy, to bym się bardziej postarał.

We śnie pojawił się tekst „fale loki koki”- w sąsiedniej miejscowości fryzjer ma taki napis. [fala spirala/zakręt i wiązka – to się tyczy energii świadomości i sposobów jej przejawiania się – ES]

Jeszcze jeden sen miałem o zatkanej ubikacji, wydalaniu kału. Woda się cofała. Wybijało szambo. Wydaliłem stolec z krwią. I tak jakby kilka osób naraz się załatwiało do jednej muszli. [Poprzednia śmierć była nagła i bolesna, Aleksander nie zdążył pozbyć się żalu za utraconymi szansami i pewnie to sprawiło, że towarzyszy mi w tym kolejnym życiu z całym zespołem swojej pamięci i cech – ES].

Paweł przejął się owym źródłem obfitości i postanowił do niego dotrzeć we śnie kolejnej nocy. Oto, co mu się przytrafiło.

PZ: Chcę się udać do źródła obfitości. Proszę o pomoc duszę, Wyższą Jaźń i zaprzyjaźnione wyższe istoty (w tym zaprzyjaźnionego Dewę).

1. Układam zmarłego (we śnie) ojca do trumny. Podmywałem mu twarz i brodę, którą miał dość długą i ciemną [w rzeczywistości nie ma brody]. Regulowałem mu nieco brwi. [Przygotowania do kontaktu z Nieprzejawieniem i synchronizacji świadomości, aby dotrzeć, jak najwyżej]

2. Moi rodzice wracają z Czech na lotnisko wraz z moją siostrą. Moja mama ma lecieć pierwszy raz samolotem [kierunek granica 8/9] i jest nieco zdenerwowana. Jest straszny korek, wszyscy w ogóle jadą w drugą stronę, jakby wracali z Czech. Ja z grupą znajomych udaję się w przeciwną stronę. Przedzieramy się przez tłum na parkingu lotniska. Wsiadam do jakiegoś samochodu i udaję się w stronę Czech [kraj symbolizujący minusową strefę].
Mam wspomnienia że trochę poobijaliśmy się tym samochodem o inne, mknące w przeciwną stronę samochody. [Strefa dualizmu. Przeszkody na drodze i spowolnienie jazdy oznaczają, że trzeba więcej czasu, aby się dostroić i uzyskać żądane informacje we śnie]

3. Jestem w klubie jako fotograf. Wróciliśmy z wakacji i wywołuję (drukuję) wykonane zdjęcia. Jak się okazało na zdjęciach, byliśmy gdzieś nad morzem. Robiłem tam zdjęcia kolegom i koleżankom, którzy byli częściowo zanurzeni w wodzie. Leżeli na plaży mając połowę ciała w wodzie. Zdjęcia te były posypane jakby złotym brokatem. Na koniec zorientowałem się że wśród tych zdjęć miałem jeszcze całkiem inne, nie tylko z tych wakacji. Niektóre nieostre i zastanawiałem się dlaczego je wszystkie wywołałem. [Cel podróży, być może osiągnięty, został zamazany w pamięci. Wywoływanie zdjęć to przypominanie sobie]

Nieusatysfakcjonowany senną podróżą Paweł ponowił temat kolejnej nocy.

PZ: Chcę kontynuować podróż do źródła obfitości i się w nim zanurzyć i napić się tej „wody”.

1. Śnię o siostrze, która we śnie mieszka w ogromnej willi w Hiszpanii, konkretnie na Majorce. Ma przepiękny ogród z bujnie rosnącymi palmami. Na podwórku biegają jej dzieci, jest szczęśliwa i zadowolona. Jej mąż dumny ze swojej pracy oprowadza mnie nieco speszony, bo zachwycam się tym pięknym domem i ogrodem. [Wyspa świadomości plusowa, ale Hiszpania jest obszarem minusowym rejonu 8/9 na mapie śnienia]
Okazuje się, że siostra wróciła z Polski tutaj do Hiszpanii. Chyba wtedy w poprzednim śnie, gdy wróciła z rodzicami z Czech na lotnisko.

2. Przechodzę przez plac, tzn. ktoś mnie prowadzi. Widzę, że na małej mównicy po prawej stronie ekranu śnienia stoi jakiś facet w smokingu i prowadzi wykład. Mówię we śnie: to pewnie będzie ten cały Wattles, o którym wspomniała Ewa. (W ogóle nie wiem kim jest Wattles – tyle tylko, co z relacji ze snu ES) Zapamiętałem jego wygląd i ON albo JAREK? albo ktoś jeszcze inny, pełniący funkcję przewodnika w tym śnie zaprowadził mnie w lewą stronę ekranu śnienia, gdzie znajdowały się przejścia chyba do różnych poziomów/wymiarów.
Wyglądało to, jak wielki słup wysokiego napięcia w kształcie krzyża. Znajdowaliśmy się na poziomej belce, tylko szczebel od samej góry. Chcę wejść na samą górę, ale napotykam niewidzialny opór/ścianę, której nie mogę przekroczyć. Przewodnik mówi mi, że muszę się rozdzielić na 2 części, by tam wejść. Więc jak gdyby nigdy nic, jakby to było jak oddychanie rozdzielam się na 2 osoby – męską i żeńską. I wchodzę na samą górę jako dwuczęściowe JA. To przejście najprawdopodobniej było 12 poziomem – tak to we śnie odbierałem.

3. Śnię o Androgynie – kobiecie z penisem.
Jak się okazało po wygóglowaniu nie był to W. D. Wattles, tylko to Charles F. Haanel!
Haanel jest twórcą systemu uniwersalnego klucza.

Końcówka tej serii snów Pawła bardzo mnie rozbawiła. Uświadomiła mi, że moja naturalna droga współpracy ze snem i odblokowywania energii prowadziła mnie tam, do źródła sama w sposób konsekwentny w długim odcinku czasu. Najpierw, kilka miesięcy wcześniej wraz z odpowiednio wysokim transem zamanifestowała się energia błogosławieństwa, którą zademonstrował mi mój wyższy aspekt pod postacią znanego kołcza. Potem androgyniczny cień, który we mnie wniknął, następnie unia z ujawniającym się stopniowo Hermafodytą, a teraz źródło obfitości! Wszystkie te śnione przypadki zachodziły ze sporymi przerwami w czasie. Również nie miałam pojęcia czym właściwie jest źródło obfitości, kojarzyłam je z baśniami o wodzie życia, a z całego wielkiego ruchu pozytywnego myślenia z przełomu XIX i XX wieku w Stanach Zjednoczonych czytałam dawno temu jedynie książkę Murphy`ego.
Hm, teraz – ponieważ jestem przekonana, że sen poprzedza jawę, przegrupowując psychikę, oczekuję, że cośkolwiek z tego zaznam w rzeczywistości. Bo inaczej po co śnić?

*

Dla chcących poznać zasady śnienia progresywnego, śnienia wspólnego i podstawowe choćby symbole możliwe do odczytania z takich snów polecam Glosariusz, czyli prościej mówiąc „Sennik Jarosława Bzomy”, którego zostałam skromną redaktorką.

Z dziennika snów zapis 11

Relacja z kwietnia 2000. Przychodziły wtedy sny z wyższych wymiarów od istot duchowych, być może wiązały się z dziejami „mojej” przygody w światach przejawionych. Pamiętać należy – wiatr i huk to oznaki Ducha świętego. Zdarzały się też dziwne trzaski i rozładowania na jawie. Padają nazwy kosmiczne. Pojawia się Czarny Pająk. Tak naprawdę zwiastował nadchodzącą nieuchronnie śmierć mojej matki. Była to istota z Czarnej Granicy 8/9. Dość zabawne spotkanie we śnie z aniołem Satanaelem. I inne przypomnienia o procesie schodzenia w niższe wymiary. Poza tym kilka wizji odnoszących się do dziejów Ziemi i zapisów ze świętych ksiąg różnych kultur.

drabina

1 kwietnia 2000. Schody na piętro, na nim biurko, za biurkiem siedział ktoś ważny, za jego plecami stała kobieta o imieniu Barbara. Wszyscy wiedzieli, że jest trudna, nieprzystępna, wrogo nastawiona do każdego, kto chce ją bliżej poznać, pełniła rolę strażniczki (ochroniarza). Właśnie patrzyła na mnie teraz dość nieprzyjemnie i odpuściłam sobie próbę zbliżenia się. Po prawej stała inna para ludzi. Nagle zjawił się Pan (był nim mój ojciec) i poczułam powiew lekkiego wiatru. Dmuchnął na Barbarę i ta, ku mojemu zaskoczeniu uśmiechnęła się do mnie i sama rozpoczęła rozmowę, wyraźnie mając ochotę na zaprzyjaźnienie się. Usłyszałam w głowie głos Ojca: DWUNASTU…

Sen: śpię w jakimś pokoju, w którym są 2 tapczany, jeden za drugim. Na tym „nade mną” śpi mama. U jej wezgłowia na regale stoi małe, przenośne radyjko, grające teraz koncert Zbyszka Hołdysa. Wsłuchuję się z przyjemnością w muzykę, jest łagodna i spokojna, tylko głos Hołdysa trochę się chwilami załamuje pod wpływem wzruszenia i słychać, że walczy z płaczem. Po jakichś dwóch-trzech utworach zakończonych długą linią melodyczną już bez słów, nocny program radiowy chyba się skończył, bo zapadła cisza. Po dłuższej chwili tę usypiającą ciszę rozdarł przykry wielki huk, dźwięk przypominający intensywny szum pomiędzy stacjami. Moja mama, wyrwana nagle ze snu krzyknęła z zaskoczenia i trochę trwało, zanim się zorientowała, co się dzieje. Najpierw zaczęła robić mi wyrzuty, że to ja czegoś nie dopilnowałam, że trzymają się mnie głupie żarty. Ja tymczasem pogrążona byłam w głębokim transie, moje ciało spało, a kiedy usiłowałam jej odpowiedzieć wydawało mi się, że mówię na jawie głosem trochę monotonnym, jak ludzie przez sen. Odpowiedziałam: Czego ode mnie chcesz? To ty przecież nie wyłączyłaś radia… Wtedy usłyszałam nieznany mi kobiecy głos, mówiący: UDZIELAM CI NAUKI.

Sny poranne miały zabarwienie wizyjnych, ale była w nich szczególna panoramiczność i przestrzenność widzenia, dlatego nie zapamiętałam ich w całości: mignął mi Ojciec, byłam nim, a jednocześnie sobą, jakieś pomieszczenie pełne przechodzących ludzi. Pewna drobna kobieta chciała koniecznie przejść poza kolejnością przez drzwi, wiodące gdzieś na zewnątrz, do których dostępu broniła krata, strażnicy i kolejka ludzi przepuszczanych przez nie pojedynczo. Miała z tym kłopoty, bo schroniła się za plecami mojego Ojca, gdy pojawiła się w powietrzu ścigająca ją głowa mężczyzny o strasznych, ognistych oczach, oraz próbował dopaść niewielki płaski dysk, krążący dość długo wokół nich w powietrzu z zamiarem ucięcia jej głowy. Dysk nie ośmielił się jednak przekroczyć jakiejś niewidzialnej granicy wokół Ojca. Namówiła mnie, abym ją zabrała ze sobą podstępem. W tym celu poszłyśmy do sąsiedniego pokoju i tam starannie owinęłam ją w długi kawał nieco powycinanego, cienkiego materiału, aby ją przenieść przez Drzwi, podobnie jak Kleopatrę zawiniętą w dywan wniesiono do pałacu Cezara. Zawijając ją, zaczęłam ją rozpytywać o różne rzeczy, tłumacząc się tym, że piszę książkę i chcę, aby wszystko w niej było zgodne z prawdą.
– Którą książkę piszesz? Starą, czy nową? – zapytała.
– Starą. Drugą, ciągle jeszcze tę samą… (tu przebiegło mi przez myśl, że następna będzie jednak dotyczyć przypomnień z innych światów) Kim jesteś? Czy z planety Szarych?
– Nie, jestem z innej rasy, nie tych małych istot z okrągłymi oczami… [miała zatem na myśli niewielkie stare istoty z oczami jak dno kieliszków, a nie chude twardoskóre szaraki z migdałowymi czarnymi oczyskami]. Pochodzę z planety Ceta Reguli (Tauri???? tu pojawiło się we mnie jakieś skojarzenie ze znakiem Byka)
[Słyszenie głosów na tym poziomie nie jest wyraźne, poza tym pamięć potem szwankuje. Być może istota podała nazwę gwiazdy tau Ceta w gwiazdozbiorze Wieloryba]
– Czy jesteś mną?
– Nie, nie jestem.
– Czemu to wszystko służy? Czy będziesz zawsze razem z moim Ojcem, czy jesteście jednością?
– To jest tymczasowy układ. Spotkaliśmy się przypadkiem, połączyliśmy, ale nie wiadomo, co będzie wyżej, co przyjdzie nam jeszcze przeżyć, i czy pozostaniemy ze sobą w wyższych światach, raczej jest to wątpliwe.
Pojawiły się graficzne sceny wizyjne ilustrujące mi zamiary i cel, do którego ona zdąża.

Nostromo

Zobaczyłam ciemną sylwetkę człowieka, przypominającego przerażającego mutanta z IV części „Obcego” z Nostromo, z którym kobieta zamierzała się połączyć, przeszedłszy przez drzwi. Ich seksualne złączenie wyglądało dziwnie, mężczyzna stał na głowie, a kobieta usiadła na nim okrakiem.
W dzień przejrzałam Atlas nieba gwiaździstego i znalazłam na mapie (oprócz gwiazdozbioru Zeta Reticuli) gwiazdozbiór Cetus (Wieloryb), graniczący jednym ze swych boków z gwiazdozbiorem Taurus (Byka).

2 kwietnia 2000. W nocy przeżyłam spotkanie z istotą z mroku i było to coś strasznego. Przypominała wielkiego, smolistego, drapieżnego, wieloodnóżastego pająka, który wczepił się w moje plecy i przemocą manipulował w okolicach prawej łopatki i żołądka. Kiedy próbowałam zrobić w stronę tego niewyobrażalnie ohydnego stwora znak krzyża, moja ręka napotykała tak ogromny opór, że właściwie zostałam sparaliżowana. To przeżycie zszokowało mnie na cały dzień.
Spotkanie z nim poprzedziło nieubłaganą diagnozę lekarską postawioną mojej mamie.

7 kwietnia 2000. Sen o wizycie w Obozie Birkenau, który można znaleźć we wpisie „Nieme ścieżki”.

10 kwietnia 2000. Czytam tekst wiersza, bardzo ładnego, w stylu Adamowym. Potem w dużej bankowej kasie pozamykanej szczelnie ze wszystkich stron, jak pancerny szary sejf siedzi jakiś uprzykrzony, lub tylko miotający się w środku uparcie (?) karzeł. Nagle ktoś z zewnątrz rozwala okienko młotem, mówiąc: DOSTANIESZ WSZYSTKO OPRÓCZ MIŁOŚCI! Obudził mnie śpiew dwóch kobiet, tekst brzmiał: „Kochał w życiu tylko dwie kobiety, tylko córkę i żonę…”

15 kwietnia 2000. Sen miał coś wspólnego z kosmitami i świadomością, że oni są gotowi w każdej chwili pojawić się u mnie. Zakończył go charakterystyczny, elektryczny trzask gdzieś pod sufitem pokoju, który mnie obudził.

16 kwietnia 2000. Zaczęło się już w dzień. O 17.40 z trzaskiem i rumorem coś spadło z góry przed dom, do ogródka (odgłos podobny do upadającej blachy). Po chwili przybiegła sąsiadka, mieszkająca dwa domy dalej, na ogół niekomunikatywna i jej syn. Byli mocno zaaferowani, ponieważ zauważyli coś jak iskrę, wielki błysk w okolicy naszego domu. Pytali, czy nie ma kłopotów z prądem. Nie było żadnych. Doszli do wniosku, że był to gołąb, który zahaczył o druty i spowodował spięcie elektryczne.
Przed snem czytałam książkę Janusza Andrzejewskiego „Dusze boga Re” i zastanawiałam się nad Enneadą bogów egipskich. W stanie półsnu pokazało się kilka migających obrazów: ohydnie wykrzywiona złością twarz jakiejś bogini (Izydy? Neftydy?). Lecę pomiędzy drzewami w wielkiej puszczy, zręcznie i błyskawicznie je wymijając, jak w komputerowej grze. Ściga mnie przewrócone na ziemię… drzewo, korzeniami pokrytymi szarą, wyschniętą ziemią do przodu… Czuję się w tym locie ogromną prehistoryczną ważką.

W nocy sen: mój ojciec odłożył sobie starannie zapasy jedzenia na 3 półkach w lodówce, a ja z nich przyrządziłam sobie posiłek i usiadłam do stołu, aby go zjeść. Na talerzu leżały dwie, przecięte połówki jakiegoś podłużnego, okrągłego placka. Kiedy pojawił się ojciec próbowałam zastawić się stołem-ławą. Ojciec był wściekły, gotowy zabić. Nagle przeleciała przeze mnie świadomość niewielkiej, kosmicznej istoty, jak przypomnienie czegoś z zamierzchłej przeszłości. Myśl: Gra! przychodzi mi przegrać! muszę się na to zgodzić, bo tak się umówiliśmy wcześniej! On ma taką rolę i odgrywa ją właśnie, zwyciężając. Oraz pewność: nie pożyję już długo, to moje ostatnie godziny… Nie było we mnie buntu wobec tego, co miało się stać. To uczucie wydobywało się gdzieś z głębi żołądka. Ojciec był straszliwie rozgniewany, szalony, nieprzewidywalny, a ja go kochałam i nie mogłam nic zrobić, aby się obronić. Obudził mnie odgłos jakby spadającej z nieba wielkiej kropli (łzy?). I bolesny skurcz w splocie słonecznym.

[Ten sen miał powiązanie z jawą takie, że miała dotrzeć do mnie wiadomość o nieuchronnej śmierci matki na raka żołądka]

Chwilę potem znów zasnęłam i znów pojawił się Ojciec. Z zabójczą pasją wpadł do pokoju i podszedł do mnie wielkimi, zdecydowanymi krokami. Obudziłam się nagle wiedząc, że lepiej będzie, jeśli nie zasnę, bo zmierzenie się z tym w transie przerasta moje siły.
Długo nie spałam. Byłam zlana potem, czułam silne uciski w dwóch punktach na skroniach, na czubku głowy i ból głowy, rozchodzący się od czoła. Podczas rozmyślań pojawiła się w końcu charakterystycznie „uśmiechnięta” twarz Szatana. Zaistniała z tyłu mojej głowy. Poczułam ponure i napięciowe energie wokół siebie, ale nie było to zastraszanie z jego strony, tylko zaznaczenie swojej obecności i jak gdyby propozycja, wysunięta znowu wobec mnie: „Słuchaj, w każdej chwili mogę ci pomóc, jak stary kumpel, jeśli tylko poprosisz…”. Miałam wewnętrzną przestrzeń, w której mogłam czuć się niezależna. Pomyślałam, że wolę zginąć z rąk rozgniewanego Ojca, jeśli rzeczywiście na to zasłużyłam, niż wejść w układ z ciemną siłą.
Rano obraz wizyjny: podwójna istota ludzka, jak bracia syjamscy przyklejeni do siebie, idzie w półokrągłych butach przed siebie.

diplodok

26 kwietnia 2000. Obrazy: twarzyczka „człowieka z drewna” [w Popol Vuh nazwa pierwszej nieudanej rasy ludzkiej skonstruowanej przez wyższe istoty], wielkie oczy lemura, w kształcie kwadratu, niewielki wzrost, który sprawił, że wzięłam go z początku za skrzata. Następnie długa, potężna szyja diplodoka zaglądającego między drzewa. Groźniejsza i nieco inna, niż na filmie BBC.

29 kwietnia 2000. Obraz: niewielka kosmiczna istota w skórze człowieka leży zupełnie bezradnie na ziemi, a na jej piersiach stoi kilkoma odnóżami czarny, pająkowaty, smoliście czarny stwór ze sfery Mroku.
Sen: siedzę za biurkiem w jakimś biurze. Wszystko szło dobrze, póki koleżanka z działu bankowego nie powiedziała mi poważnym, spokojnym głosem o jakiejś niewykonanej na czas wpłacie pieniężnej, co może skończyć się karą. Przeszukuję biurko, nic. Zaglądam w końcu do szafki koleżanki i tam chwyta mnie coś w rodzaju prądu, nie idzie zajrzeć głębiej. Ogłaszam wszystkim: Tam nie mogę sprawdzić, bo zobaczcie! i pokazuję im swoją lewą dłoń. Czubek małego palca wykrzywiał się sam do wewnątrz, resztą palców czułam silne, odpychające napięcie. Z szafki wypada prawie pusty pojemnik po tuszu do drukarki, wrzucam go tam z powrotem, zamykam trzaśnięciem szafkę i siadam przy swoim biurku. Raz sprowokowane jednak złe moce ujawniły się i z szafki wydostaje się anioł Satanael. Ubrany w biały, atłasowy strój kapłański z „rogatą”, kanciastą czapką w kolorze biało-różowo-czerwonawym na głowie. Zaczynam egzorcyzmy krzycząc wielkim głosem, odważnie: Diable, wypędzam cię! Diable, wypędzam cię! i robiąc wielkie znaki krzyża w jego kierunku. W pomieszczeniu zaczyna wiać świszczący wiatr i wylatywać przez otwarte drzwi. Satanael jednak pozostaje na miejscu, uśmiecha się w milczeniu, a ja obudziłam się nieco zdezorientowana, co do jego intencji.
Jasnowidzenie: czarna, niewielka kulka nadlatuje w kierunku mojej twarzy, lękam się, że to znowu jakiś implant, ale nic nie mogę zrobić, budzę się.

30 kwietnia 2000. Czekamy na Ra, który przylatuje co 145.500 lat i podsumowuje postępy świadomości na Ziemi. Istoty, które są z Nim mają odpowiednie przyrządy, którymi badają jakość dawnych populacji, dotykając nimi starych kości. Urządzenie wyświetla im poziom toksyn, choroby i obciążenia organizmów, które żyły przed wiekami. Do porównań ze stanem współcześnie zastanym – służą im mumie. Zdarza się, że przylatują istoty z otoczenia Ra w mniejszych odstępach czasu, one „doglądają ziemski ogród” i zabierają ze sobą tych, którzy już doszli do ich poziomu rozwoju. W takim właśnie czasie, teraz zostaje zabrana na ich pokład moja matka, już zupełnie niezainteresowana ziemskim życiem. Ojciec zaś zapada w senny trans. Pozostaje mi jedynie stara babka (szczupła, uśmiechnięta, pomarszczona, podobna do znajomej „gwiezdnej”), bardzo chętna mi pomóc i pomimo starości wcale nie spiesząca się do odejścia.
Potem schodzę z piętra mojego domu po drabince. Najpierw muszę przecisnąć się przez pofalowane kraty, ale one przybierają kształt zgodny z moim ciałem, więc nie są zbyt wielką przeszkodą. Mimo to wysokość grozi katastrofą w razie upadku. Trzymam się kurczowo brzegu okienka, na parapecie leży śnieg, brzeg drabinki jest oblodzony. Udaje mi się jednak dość zręcznie dostać do niej i schodzę co drugi stopień w dół kilkoma „krokami”. Ostatni stopień jest przerwany w połowie i nieumiejętne schwytanie go dłonią przy schodzeniu na ziemię (drabinka kończy się na tyle wysoko, że trzeba zeskakiwać) sprawia mi ból. Poza tym mam na nogach tylko jeden, prawy but, lewa stopa jest goła i trafiam przy zeskakiwaniu na raniący gruz, leżący pod ścianą, ale jakoś się w końcu udaje.

Cdn.

Z dziennika nocnych wejść i wyjść zapis 10

Relacjonuję okres marca 2000 roku. Odebrałam wtedy przepowiednie mające odniesienia do biblijnych proroctw odnośnie końca obecnego cyklu czasu. Sny symboliczne, w których wystąpiły ważne postaci, znanego polskiego astrologa spod znaku Byka, zapewne figury istoty, którą już widziałam i opisałam jako boskiego astrologa, czy też kogoś powieszonego na uschłym drzewie. Są w nich istotne informacje do odkodowania (o wężu-tasiemcu – Apopisie – żywiącym się w wodach, o schodzących i wchodzących bliźniaczych rasach – Bolka i Lolka). Wizyta w światach podziemnych, spotkanie z ognistym pająkiem, i innymi tego typu „sieciowymi” stworami, których J. Bzoma zidentyfikował jako „Bóga” – stwórców objawień i pierwotnych kontrolerów iluzji Przejawienia, zetknięcie z „szatańskim ojcem” oraz inne ciekawostki.

powieszony

6 marca 2000. We śnie widzę dno morza [Ocean Przyczyn, strefa Duszy], jakieś niewielkie, jakby akwariowe rybki, które się odławia do innych akwariów. Z góry na dno opada jakiś płyn, przybiera chwilami kształt gwiazdy, myślę: Kwas siarkowy? Wtedy pada nazwisko: Kwaśniewski [czerwony prezydent, czyli Czerwony >10] i jeszcze: „Papież wtedy nie będzie widziany (albo: słyszany…)” i widzę XVII kartę Tarota: Gwiazda. Pada informacja, że wszyscy ludzie są zaprogramowani na nową erę i program uruchomi się w odpowiedniej chwili.
Ocknęłam się z tego, bo nagle ktoś się koło mnie pojawił. Poprzedzał go leciutki powiew świeżego wiatru. Nieco zaniepokojona spytałam w myślach:
– Kim jesteś?
Ten ktoś przysiadł na moment na brzegu łóżka, tuż koło mnie i usłyszałam spokojną odpowiedź:
– Pan… – po czym natychmiast znikł, a ja obudziłam się na jawie.
Po dłuższym czasie znów w transie słyszałam informacje (i widziałam jakby wertowane strony Xięgi, albo pliki) o tym, że będą liczne i wielkie katastrofy klimatyczne na Ziemi, które zdarzały się już wielokrotnie na końcu Cykli, oraz coś, co zapisano w postaci liter „iii” ustawionych w kształt piramidy schodkowej w trzech rzędach.

7 marca 2000. Pojawiają się mignięcia związane z Ciemnym Bogiem, zdaje się dla kogoś jest to problem do zgryzienia, bo odbieram czyjąś myśl: „Pokopię w tym…” i wtedy rozlega się w mojej głowie mechaniczny męski głos: „To kop!”

8 marca 2000. Sen: zabieram się z jakimś kolegą jego dziwnym, prostopadłościennym samochodzikiem z trzema siedzeniami, ciągniętym przez kanciasty motocykl [podróż ku granicy 8/9]. Dosiada się obok, przy kierownicy jeszcze koleżanka z banku, więc zostawiam ich oboje w samochodzie, a sama jadę motorem z przodu. Zatrzymujemy się przy rzece, na moście [granica], na drodze wiodącej do cmentarza. Wokół ciągną się rozległe przestrzenie pól, krzewów, drzew, niedaleko na prawym brzegu stoi chyląca się i zmurszała drewniana stodoła ze strzechą obrośniętą mchem. Patrząc na to odczuwam przypływ ogromnej miłości do Polski i ze wzruszenia mam łzy w gardle, gdy mówię do stojących na moście (wśród nich jest Adam, moje męskie odbicie w snach), że przecież Polska do przepiękny kraj, choć jednocześnie wydaje mi się, że jestem zbyt sentymentalna, czyniąc to biblijne porównanie. Patrzymy na poobcinany z gałęzi pień starego drzewa rosnącego przy brzegu rzeki, niedaleko mostu. Pochylony niebezpiecznie, ktoś wbił w niego jakieś haki, z których zwisa kawałek liny. Słyszę komentarz, że to ślady po miejscowym legendarnym „kimś” (?), który tutaj został powieszony.
Koło stodoły znajduję leżącą na ziemi, zgubioną przez kogoś maleńką książeczkę z wierszami i jakimiś tekstami. Zdziwiona stwierdzam, że przypominają moje teksty. Wstęp zawiera fragmenty komentarza pióra astrologa Leszka Weresa. Nagle coś jakby się nakłada w moim umyśle z innego czasu i była to jakby rozmowa toczona z Weresem o tym, że wtedy na drodze, w chwili podniesienia książeczki z ziemi, we wtorek spotkałam kosmitów z jakiejś odległej gwiazdy, że oni mnie rozpoznali, namierzyli i mogą się tu zjawić w przeciągu pół godziny.

Obraz: potężna głowa plezjozaura wynurzająca się z wody, szaroczarna. Ogromne fale wzburzonego morza zalewające brzegi lądów.

13 marca 2000. We śnie toczyłam rozmowę z Leszkiem Weresem, który opowiadał o zrobionych niedawno niezwykłych zdjęciach. Sfotografowano na nich straszliwe, przerażające potwory przebywające w głębinach ziemi, w zupełnych ciemnościach. Są podejrzenia, że ich świat zdominował biegun Jang na Ziemi. Widziałam jakiegoś wyłowionego z kanałów ściekowych mężczyznę (działo się to na rynku w mojej miejscowości, w punkcie studzienki kanalizacyjnej na skrzyżowaniu), który umarł tam, w trakcie spotkania się z nimi oko w oko. Głos snu oznajmił, że człowiek, jako korona stworzenia nie może degradować się w głąb. Próbowano go przywrócić do życia i zadysponowano zaniesienie go do księdza. Pomyślałam, że to jednak prawda i Ziemia jest pod okupacją sił Ciemności. Weres zaproponował mi pokazanie zdjęć tych „przerażających majestatycznych istot”, ale po namyśle uznałam, że lepiej mi tego nie robić, bo mam zbyt sugestywną wyobraźnię i odmówiłam. Po chwili wznosiłam się wzdłuż jakiejś liny, czy linii w górę, ku Światłu i obudziłam się. Z przezwyciężanym w sobie rozpaczliwym płaczem, którego źródłem była myśl o odepchnięciu mnie przez ukochaną osobę [przełamanie iluzji oddzielności od Źródła].

15 marca 2000. Na brzegu wody siedzi stary Ojciec i jego dwaj synowie, Bolek i Lolek, obaj łowią ryby. Lolek wyciągnął z radością wielką rybę, a Bolek – węża, który okazał się nieskończenie długi i wijący się w morzu [jak tasiemcowy wąż Apopis]. Było jeszcze coś o powstrzymaniu się przed degradacją i scho+dzeniem w dół, oraz na koniec szłam z kimś wodami mojej Rzeki Życia, która okazała się niebezpiecznie głęboka i woda prawie zaczęła mi sięgać głowy.

17 marca 2000. Wyrwało mnie ze snu wrażenie, że coś przed chwilą zrobiono mi z tyłu czaszki, a istoty, które mnie odwiedziły pochodzą z ciemnej strony. Nie wystraszyłam się, ale kiedy się zjawiły odruchowo zaczęłam recytować modlitwę Ojcze nasz. Czułam potem wokół głowy silną i zagadkową wibrację. Po chwili zapadłam w sen wizyjny: byłam w nim kimś, kto trzymając się liny umocowanej na brzegu zagląda w głąb ciemnej jaskini w ziemi. Światło reflektora odkryło mi, że znajduję się w przeogromnej podziemnej pieczarze, a jej dno ginie gdzieś w nieodgadnionym mroku. Wystraszyłam się i obudziłam.
Chwilę potem znów znalazłam się w tym samym śnie, tym razem jednak już w o wiele głębszym miejscu. Okazało się, że rozpoczęłam wędrówkę (cały czas trzymając się liny) poprzez podziemne, niekończące się światy ciemności. Usłyszałam komentarz, że na poziomie takim-to-a-takim (głęboko, ale jeszcze nie najgłębiej, jakieś 60% drogi do końca) wyjdzie mi na spotkanie istota z piątego wymiaru, zamieszkująca te obszary. Nie zobaczyłam jej, ale odczułam silny powiew energii (w moim umyśle pojawiła się „barwa ognia”), rodzaj wiatru, który wzbudził moją ostrożność i znów zaczęłam odruchowo recytować Ojcze nasz. „Wiatr” omiótł mnie i zdałam sobie sprawę, że mnie sprawdza, równie nieufny jak ja. „Zajrzał” mi do ucha i wtedy zaczęłam słyszeć swoje myśli, tak jak słyszy się głos z zewnątrz, a usłyszawszy moją modlitwę jak gdyby się otworzył („odetchnął” z ulgą) i poczułam przypływ czegoś, co w jakiś sposób było podobne do przyjaźni i ciepła. Nie widziałam tej istoty, ale wyobraziłam ją sobie, jako rodzaj wielkiego pajęczastego stwora. Wkrótce potem ocknęłam się spokojnie na jawie.

21 marca 2000. We śnie leżę na tapczanie i pojawia się obok mnie pijany ojciec [androgyn z Nieprzejawienia]. Jest nieprzyjemny, atakujący, nie chce wyjść i dać mi spokój, choć go o to proszę. Zaczynam widzieć scenę: grupa mężczyzn w kilku rzędach w dziwnych majtkach, to właściwie jedynie czarne kapturki naciągnięte na członek. Wykonują jakieś ruchy grupowo, to chyba występ publiczny, dość egzotyczny. Jeden z nich ma kapturek sięgający jedynie do połowy członka i on przykuwa na moment moją uwagę. Naprzeciw nich siedzi potężna, szeroka, ogromna postać Brodatego Starca, mającego członek ukryty w dużym, niezgrabnym worku, robi ukłon tak głęboki, że jego długa, patriarchalna broda zagina się do góry i zakrywa mu twarz, jak zasłona. Wraca sytuacja z moim męczącym ojcem. Uśmiechając się szczególnie mówi: „A więc nie boisz się ani diabłów, ani mnie?”… i wtedy rozpoznaję w nim Szatana, mojego dziwnego przyjaciela. Potwierdzam, że nie, nie boję się i on znika.

22 marca 2000. Poranne widzenia: najpierw szkielet młodego chłopca, właściwie same żebra z kręgosłupem, bez głowy, z resztkami rozkładającego się ciała na kościach, wypadający z klatki, podobnej do drewnianej skrzyni. Pojawiło się we mnie uczucie współczującego żalu, coś jakby wielka miłość do niego za życia. Nastrój widzenia zabarwił się klimatem właściwym dla obrazów Zdzisława Beksińskiego (prymitywna zwierzęcość śmierci i fizycznego ciała podlegającego rozkładowi).
Następnie ujrzałam szeroką ulicę starożytnego miasta pełną półnagich, białych ludzi, przeważnie mężczyzn z wygolonymi starannie łysymi głowami i w przepaskach na biodrach. [Wyglądało to na starożytny Egipt]. Jasne słońce. Upał. Wśród nich, górując nad tłumem na ulicy pojawiła się przedziwna istota. Była o wiele wyższa od ludzi (miała jakieś 3 metry wzrostu), kosmata (to wyglądało na sterczącą sierść, podobną do kociej), w kolorze ciemnobrązowym i jego różnych odcieniach, z wielką głową o ciemnych, szeroko rozstawionych oczach pszczoły i z potężnym, zagiętym dziobem drapieżnego ptaka. Jakie to dziwne, to jakby pół-człowiek, pół-ptak, a może to tylko maska starożytnego boga, nałożona na głowę przez kapłana-olbrzyma? [Egipcjanie przedstawiali boga Ra z ptasią głową, ale zwali go także Kotem].
Jakby w odpowiedzi zobaczyłam wykluwanie się z jaja maleńkiej, podobnej do larwy, białej istotki-glistki [zapewne to symbol spirali DNA], którą ktoś delikatnie i z wielką uwagą wyjął ze skorupki i przełożył do pudełka, gdzie siedziała już dorosła postać kosmatego brązowego ptaka-duszy, który miał pełnić rolę rodzicielskiego opiekuna tego, co się dopiero narodzi wewnątrz ziemskiego systemu (symbolizowanego przez skrzynię). Następnie zamknął je razem, a pudełko włożył do drewnianej klatki [symbol matrixa]. Na koniec patrzyłam na wysypujące się z koszy, pod nogi białych dziesiątki uciętych murzyńskich głów [prymitywne magiczne koncepcje światopoglądowe], po chwili zasłonił je widok przechodzących obok mężczyzn, dźwigających na ramionach ustawione w czterech rzędach na drewnianym podnośniku, szczelnie zamknięte butelki z jakimś płynem. Pomyślałam: krew? a może wino? [narodziny posłańców Boga, zmieniających ofiary krwawe na chleb i wino].

23.III.2000. We śnie czytam na papierze przypadkiem znaleziony starożytny tekst-przepowiednię. Dwie zwrotki mówią o tym, że w Dniach Ostatnich urodzi się kilku dawnych proroków, występujących z Ramienia Pana (tu widzę na końcu rysunek otwartej dłoni). Głos mówiący potwierdzająco o „tygodniu” i o „trzech”.

25 marca 2000. W czasie, gdy rozważałam sens kabalistycznej Księgi Jecirah obudziłam się w transie. W miejscu łóżka stało biurko, coś przy nim pisałam, gdy nagle wewnątrz pokoju zaczął wiać wiatr, coraz silniejszy. Wirował nade mną, owiewając mi twarz i głowę. Zdumiona przerwałam swoje zajęcie, myśląc, że przecież okno jest zamknięte. Nagle zdałam sobie sprawę, że to Księga Jecirah uruchamia we mnie bezpośredni kontakt z Bogiem, z JHWH i że właściwe jej zrozumienie to klucz do Jego drzwi.
Ojciec jest dziesiątką, Jednym dzielącym się na dwa, potem trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, a potem dziewięć, każdy podział ma swój rodzaj, kształt i specyficzny charakter (wibrację i przestrzeń oddziaływania), po czym znów staje się dziesiątką, ale już o kolejne oczko wyżej, tym razem 10.0.
Wieczorny ból głowy wzmógł się nie do zniesienia. Nad ranem najpierw pojawił się sen, w którym jakaś grupka młodych ludzi, dyskutujących ze sobą na korytarzu szkoły (było wokół ciemno) wypowiadała się pozytywnie o idei, podobnej do tego, co mi przekazano [na temat numeracji poziomów świadomości], a niektórzy z zapałem deklarowali się, że przejdą na „religię tego Persa” [haha, nie zdziwiłabym się, gdyby nie chodziło o grupę śniących trenujących obecnie pod patronatem Jarka Bzomy].
Potem ból skoncentrował się zwłaszcza koło czubka głowy, uporczywie myślałam o obciętych gałęziach drzew, które targałam w dzień na kupkę w ogrodzie (wydały mi się podobne do „pajęczych” istot z Głębi), aż w końcu wpadłam w stan wizyjny: ukazał mi się ekran telewizora, a na nim jakieś energetyczne, ogniste, podłużne błyski, pomyślałam o innej planecie i zaczęłam zapadać w trans. Upadłam na kolana czując coś takiego jak przed rozbłyśnięciem boskiego pioruna i otworzyłam się na jego ukazanie się, ale mimo pogłębiania się stanu oderwania uwagi od zjawisk na ekranie piorun nie pojawił się. Za to usłyszałam pieśń kogoś, kogo wzięłam za Szatana. Towarzyszyło jej z początku przejmujące syczenie węży zgromadzonych wokół niego, potem przekształciła się w jakiś utwór w stylu gotyckiego rocka, a ten ktoś, jako solista śpiewał w dziwnym nieziemskim języku. Zrobiłam na sobie kilka razy znak krzyża, ale jego obecność nie znikała. W końcu jego głos przybrał barwę jakiegoś polskiego rockmana i zrozumiałam kilka słów: „On jest Panem, a ja Jego Cieniem…”, (a może: „Jestem Panem, Jego wcieleniem…”?), po czym zjawisko znikło.
Ból głowy jakby zelżał. Wkrótce ukazała mi się kolorowa, soczysta wizja: kawiarnia, przy jednym stoliku siedzi dwóch redaktorów, jeden drugiemu pokazuje jakiś tekst, dołączam do nich. Sekundę potem widzę, że siedzi tam rzędem chyba sześć dziwnych postaci, podobnych nieco do stylizowanych królów z dawnych portretów rodowych. Do pierwszego z brzegu zwracano się per: Stanlaj…(?), więc mógł mieć coś wspólnego z Anglią, przedostatni był żydowskim rabinem, koło niego siedział inny, brodaty król o stożkowej głowie (rozszerzającej się ku dołowi), ten przypominał polskiego króla, może Jagiellona. Rozmawiali ze sobą i chwilami sprzeczali się, zwłaszcza rabin wydawał się trochę nabzdyczony i uparty, twardo pozostający przy swoim. W rozmowie padła liczba 2000, ale nie zapamiętałam, czego dotyczyła. Pomyślałam, że to 7 aniołów zarządzających poszczególnymi prądami kulturotwórczymi w zachodnim świecie.
Następnie ujrzałam mapę świata, w centrum była Afryka i Europa, po bokach inne kontynenty. I usłyszałam zapłakany wzruszony głos (może mój), wypowiadający po angielsku proste zdanie o Bogu (był w nim zwrot „my God”), jak wyznanie absolutnej wiary.
Przebudziłam się i znów zaraz wróciły wizje. Tym razem zobaczyłam grupę młodych, roześmianych postaci, dziewczyn i chłopców ubranych w przedziwne stroje, rodzaj szat z owiniętej wokół ciała lekkiej materii od stóp do głów w kolorze jasnej krwi. Biegły przed siebie, wśród beztroskich chichotów i przekomarzań, nawołując między sobą: „Obywatelko, obywatelu, chodźmy pobawić się na tym dziwnym Cieniu…”. Usłyszałam w głowie komentarz: „To pokolenie 96…” i ujrzałam, że na spotkanie grupki czerwonych postaci wyszła grupka podobnych ludzi okutanych w czerń. Czarni poprosili: „Użyczcie nam pędzli do malowania”, ale Czerwoni kategorycznie odmówili im jakiejkolwiek pomocy i zgodnie odwróciwszy się do tamtych plecami, odeszli.

Rano sen: wybrałam się w podróż samochodem w jakieś zimne, pokryte lodem miejsce [minusowość] turystyczne. Nocowałam w wielkim szkolnym budynku [poziom 6]. Do pokoju zajrzała gruba niezgrabna pani w niebieskawo-fioletowej sukience, była to tutejsza sprzątaczka, która niespodziewanie powiedziała kilka wrogich zdań pod moim adresem, zarzucając mi coś, co zrobiłam, czy powiedziałam w przeszłości do niej w innym miejscu. Nie mogłam sobie przypomnieć żadnej takiej sprawy. Potem zjawili się jacyś ludzie, zrobiło się tłoczno. Usiłowałam przepowiadać im przyszłość, mówiąc o wizji Czerwonych i Czarnych, którą zinterpretowałam jako zapowiedź Przemienienia i oddzielenia Światła od Ciemności, które wydarzy się w 2014 roku (1996+18=2014), ale oni nie wydawali się zbytnio zainteresowani, pogrążeni w innych, dość przypadkowych rozmowach. W końcu jeden z młodych mężczyzn, siedząc w otoczeniu reszty robił mi wykład, czy też doradzał sposób kontrolowania umysłem zewnętrznych zjawisk, mówiąc: „Znając porę i godzinę jakichś zdarzeń będziesz mogła spotykać się, z kim chcesz i decydować o tym, ile i kiedy będziecie się widywać…”. W wyobraźni pozostała mi postać kropkowanego jaguara.

27 marca 2000. Przed zaśnięciem ukazywały mi się krótkie migawki z Podziemi. Była tam przedziwna pieczara z wieloma głębokimi korytarzami odchodzącymi gdzieś w mrok, ozdobionymi kolumnadą wyglądającą na zbudowaną świadomie, ale mającą niezliczoną ilość lat i z tego powodu przypominającą twór natury. Mignęła mi jakaś istota z czarną, drobną, spotworniałą głową. W dole smolistej twarzy pozbawionej podbródka miała maleńkie wargi, z których sterczały ostre kły i szereg drobnych, szarych zębów, jak u drapieżnego zwierzęcia. Spróbowałam jej się lepiej przyjrzeć, mimo że była bardzo ohydna, ale szybko znikła. Moja percepcja miała w sobie niesamowity spokój władcy tej strasznej krainy i zdałam sobie sprawę, że patrzę „okiem Śiwy”.
W środku nocy wyrwało mnie ze snu skrobanie na czubku głowy, słyszałam zgrzyt kości, bolało, ale poddałam się temu z ufnością. Jednocześnie pojawiły się w moim umyśle informacje o tym, że służy to wzmocnieniu przepływu czystej świetlistej energii duchowej, która będzie miała moc chronienia mnie w życiu.
W następnym śnie obudziło mnie intensywne syczenie węży z tyłu za plecami i ból w kręgosłupie. Na wysokości splotu słonecznego umieszczano mi jakiś półokrągły implant, opasujący jeden z kręgów. Okropnie bolało i płakałam, także ze strachu. Wkrótce jednak wszystko znikło i na jawie poczułam intensywne ciepło rozchodzące się w dół od miejsca z implantem.

28 marca 2000. Znalazłam się w głębokim transie, z którego trudno jest mi się ocknąć, czuję jakieś uderzenia w prawe biodro i fragmentem świadomości rejestruję, że to moja własna ręka uciska to miejsce ciała. Pochłania mnie to, co widzę w sobie. To wąska uliczka w Krakowie. Idę za plecami grupki kilku księży, która zajmuje prawie całą jej szerokość. Jacy oni szczupli i wysocy! Mają ze 3 metry wzrostu. Wszyscy przechodnie schodzą im posłusznie z drogi, nawet księża, malutcy przy nich jak karzełki, przeciskają się boczkiem przy rusztowaniach. Przez głowę przebiega mi myśl o jakiejś sekcie i jej potężnym przywódcy i wychylam się, żeby lepiej go zobaczyć zza pleców innych. Jestem taka niska jak dziecko. Jakaś postać idzie na czele grupy wysokich kapłanów (wszyscy jednak mają w sobie coś z wyglądu żydowskich rabinów) z rozłożonymi niby ptak rękami, szerokie rękawy w kolorze czerwonym tworzą skrzydła, wieje od niego wielką mocą, pomieszaną z grozą. Na głowie ma dziwny kaptur zrobiony ze skóry zwierzęcej, czapka, jak głowa drapieżnika, zachodzi mu na twarz. Oprócz niego idzie trzech innych, bardzo podobnych, i razem tworzą zwarty szereg. Za nimi podążają gapie. Tak, to sam prorok Daniel i jego trzej towarzysze! W końcu przeciskam się do przodu i wyrasta pode mną wielki pies, szary wilczur, niosąc mnie jak koń na swoim grzbiecie.

30 marca 2000. W moim ogrodzie, przez dziurę w płocie po lewej stronie wbiega piekielny pies o czarnym pysku przypominającym nieco twarzyczkę diabła. Zdobywam się na bohaterstwo, wstaję i wielkimi okrzykami: W imię Ojca, i Syna i Ducha świętego! oraz: W imię Jezusa Chrystusa wypędzam cię! wyganiam bestię poza obręb ogrodu. Czuję w sobie wzrastającą moc i pewność siebie. Pies odbiega dość niechętnie, oglądając się za siebie, ale jest posłuszny.
Po obudzeniu się, w stanie półsnu ukazywały mi się kształty konarów z gałęziami, pieńków z wyrastającymi z nich licznymi cienkimi pędami, białych wieloodnóżastych stworów podobnych do kosarzy, pomyślałam, że istoty z 5 wymiaru mają wygląd tworów sieciowych, głowonogów, ośmiornic, krabów i pająków. Teraz ukazywały się w jasnych, białych, lub różowawo-pomarańczowych kolorach i poczułam ciepło w okolicach implantu w kręgosłupie na wysokości splotu słonecznego.

Opowieść Phila

Przerywam na chwilę wątek zapisu przeżyć sennych w Dzienniku Wzięć. Przedstawiam fragment opowiadania, które zapisałam po intensywnej nocy wizyjnego snu, transu i odbierania informacji w podwyższonym stanie umysłu. Stało się to w 2003 roku. Wtedy przychodziło do mnie wiele takich historii. Sny były tak szczegółowe, rozbudowane fabularnie i całkiem nie moje, że czułam silną potrzebę dania im formy literackiej. Pewnie w taki sposób zeszło i wciąż schodzi na ziemską niwę wiele utworów, opowiadań, powieści, obrazów, poezji, uznanych potem przez ludzi za w jakiś sposób wyprzedzające swój czas. Ta historia też wyprzedzała czas, choć mojego osobistego rozwoju. Sen opowiedział mi zdarzenie kompletnie dla mnie zaskakujące. Miałam wówczas rzadki dostęp do internetu, który po polskiej stronie nie był tak rozbudowany jak teraz. Dopiero kilka lat później, gdy dysponowałam w miarę stałym łączem i lepszym komputerem, odkryłam w sieci rzeczywistego człowieka, którego poznałam w owym śnie. Nazywał się Phil Schneider, i nie żył już, gdy mi się śnił. Niektóre szczegóły zostały przeze mnie dodane (nazwiska, imiona, miejsce), ustalone domyślnie, niektóre padły we śnie (Tutenchamon, Japończycy, Los Alamos), treść rozmowy z Philem i Jarhlem jednak pozostaje niezmieniona, choć zamieniona w dialog. We śnie był to przekaz informacji z umysłu do umysłu, bezpośredni.

Autor: Ewa Sey

Pakt z diabłem

Nazywam się George Romantzef. Jestem urodzonym Amerykaninem rosyjskiego pochodzenia. Przez wiele lat byłem dziennikarzem radiowym, odnoszącym niejakie sukcesy. Trwały one do czasu, gdy pod koniec lata 1995 roku udało mi się nawiązać pewien interesujący kontakt. Z anonimowym człowiekiem, który zadzwonił do naszego radia. Było to w trakcie prowadzonej przeze mnie raz w tygodniu nocnej audycji o spiskowych teoriach i UFO. Cieszyła się ona popularnością w całej środkowej Ameryce. Rozmówca udzielił kilku istotnych wstępnych wyjaśnień. Pracował w jednej z baz wojskowych na terenie naszego stanu. W której więzi się kilka dziwnych obcych istot. Nocne światła na niebie widywane w pobliżu bywają ich statkami. Przerwał wywiad nagle, tłumacząc się, że został namierzony przez służbowy podsłuch. Zadzwonił ponownie na drugi dzień, już poza anteną. Umówiliśmy się na konkretny dzień i godzinę w pewnym odległym miejscu naszego stanu.
O całej sprawie wiedział tylko John Bozz, mój szef. Dał mi kilka dni wolnego na zebranie nowych, być może nietuzinkowych materiałów dziennikarskich.

Droga wiodła daleko w głąb pustyni Nevada. Po kilku godzinach nieprzerwanej jazdy przez pustkowie, gdy szary zmierzch zbliżał się właśnie wielkimi skokami, zajechałem przed niewielki przydrożny motel. Tak, jak w podanej wskazówce znajdował się w nim otwarty całą dobę bar, mieszczący – jak się okazało – zaledwie kilka stolików dla niezbyt często i licznie witających w nim gości.
Na schodkach wiodących na taras okolony metalową barierką i przyległy bezpośrednio do baru, w nieruchomej pozie kontrolującego strażnika stał potężny, czarno ubrany mężczyzna. Biła z niego skupiona siła i zdecydowanie. Musiałem niejako wciągnąć brzuch, by przecisnąć się obok niego idąc tamtędy do drzwi. Będąc człowiekiem dość niskim i tęgawej budowy poczułem się przy nim niepewnie i trochę jak dziecko. Nie poruszył się, żeby ustąpić mi miejsca, ale też nie zabronił iść dalej.
Zatrzymałem się na chwilę w drzwiach wejściowych i rozejrzałem bacznie po wnętrzu nie zawieszając na niczym wzroku, aby na wszelki wypadek nie budzić zbędnego zainteresowania. Zamówiłem przy bufecie u dochodzącego skądś z zaplecza pomarszczonego drobnego barmana, kawę i hamburgera z dużą ilością sałatki i dopiero potem odwróciłem się twarzą do środka. Zdecydowanie zająłem miejsce przy pierwszym z brzegu wolnym stoliku. Byłem jeszcze lekko oszołomiony kilkugodzinną samotną jazdą samochodem, może z tego powodu nie odczuwałem zdenerwowania ani nawet ciekawości. Która mnie przecież tutaj przywiodła.

Położyłem na blacie stołu, obok szybko dostarczonego mi posiłku oprawny w brązową skórę notes i długopis, musnąłem palcami górną kieszeń marynarki i wyczułem uspokajający płaski kształt dyktafonu. Poczułem się przygotowany. Miałem w planie wszystko dokładnie i wszelkimi dostępnymi sposobami zanotować i zapamiętać z tego, co będzie się działo.
Zjadając hamburgera rozejrzałem się uważnie po nielicznych współobecnych. Nastawiłem uszu, aby nie uronić żadnego słówka z tego, o czym podejrzewałem, że się w tym miejscu może rozmawiać.

Po mojej lewej stronie pod ścianą siedział milczący, budzący zaufanie mężczyzna około pięćdziesiątki. Był silnej budowy, z białymi włosami wystającymi spod wojskowej czapeczki z daszkiem, mimo wieczornego chłodu tylko w dżinsach i bawełnianej jasnej koszulce, krótkie rękawki odsłaniały znaczne muskuły jego ramion zakończonych szerokimi dłońmi. Zajmował samotnie stolik w kącie, popijając leniwie jakiś napój. Zdawał się nie interesować poza tym niczym więcej. Ledwie jednak wszedłem do środka, gdy od razu powstał pewien ruch. Podszedł do niego ktoś z głębi pomieszczenia.
Był to bardzo wysoki, na oko czterdziestoletni osobnik, mocno szczupły, wręcz chudy. Stwierdziłem, że obaj mężczyźni musieli się już wcześniej znać lub choćby widywać, gdyż chudemu udało się od razu zagaić rozmowę.
– Przepraszam, czy jesteś Phil?
– Tak – uśmiechnął się, wcale niezdziwiony bezpośredniością starszy z nich.
– Jahrl – przedstawił się chudy wyciągając do niego dłoń.

Pomieszczenie baru było na tyle małe, że niektóre słowa i nawet całe zdania z ich rozmowy dobiegały wyraźnie moich uszu.

Chudy dostał przyzwolenie i dosiadł się do Phila. Rzucił temat wspólnej służby w armii na terenie pobliskiej bazy w zakazanej strefie. Phil chętnie dał się wciągnąć w rozmowę i zauważyłem po jednym jego rzucie oka na mnie, że nie przeszkadza mu, że jej słucham.
– Owszem, służyłem tu w okolicach. Przed laty, nieco wcześniej od ciebie – odparł z uśmiechem. – Mogę także cośkolwiek powiedzieć na temat pewnych oficjalnie ukrytych szczegółów działań naszego rządu, które poznałem osobiście. Potwierdzić niektóre plotki, a niektórym zaprzeczyć. Czemu nie?

Wymienili ze sobą jeszcze kilka zdań nieco bardziej ściszonymi głosami i mogłem jedynie z poruszeń ich ciał, rąk, spojrzeń i wyrazów twarzy domyślić się, że rozmawiają także o mnie. Starszy z mężczyzn patrzył w moją stronę jasnym wzrokiem zupełnie bez skrępowania, gdy tymczasem Jahrl zadał mu jakieś pytanie. Phil skinął głową na potwierdzenie i już po chwili okazało się to równoznaczne z pozwoleniem udzielenia mi wyjaśnień.
Jahrl, wstając od stolika klepnął Phila dłonią po ramieniu i zdecydowanym krokiem ruszył w moją stronę. Nieomal w tej samej chwili stał wprost przede mną. Starszy spokojnie przyglądał się tej scenie z boku zupełnie nie wtrącając się w jej przebieg.

Przedstawiłem się mojemu informatorowi szybko i zdawkowo. Z bliska zauważyłem, że Jahrl trzyma cały czas swoje zaciśnięte w pięści dłonie w kieszeniach motocyklowej kurtki z brązowej skóry. Okazało się też, że nie ma zamiaru siadać. Stał po drugiej stronie stołu, naprzeciwko, wysoki i cienki jak pęd trzciny, wybujały w górę na jakieś sześć i pół stopy, co wprawiło mnie w zmieszanie. Musiałem zadzierać głowę, aby widzieć jego pozbawioną zarostu bladą twarz i nie uronić żadnego słowa. Utrudniało to znacznie pisanie w notesie. Tymczasem chudzielec bez zbędnych wstępów, ani nawet sprawdzenia moich dokumentów potwierdzających tożsamość rozpoczął swoją opowieść.

Z początku próbowałem ją notować. Chciałem z tych zapisków zbudować dłuższy szczegółowy tekst, dlatego, gdy już zaczął opowiadanie kilkakrotnie usiłowałem mu przerwać prosząc o powtórzenie umykających mi informacji. Ale on od początku zachowywał się tak, jakby w ogóle mnie nie słyszał. Mówił prędko, cały czas wyprostowany jak struna, z oczami świecącymi niby dwie zapalone latarki. Słowa biegły za sobą ciurkiem coraz szybciej i szybciej, aż ledwie nadążałem ze zrozumieniem tego, co mi przekazywał.
Zorientowałem się, że nie dam rady uprosić go o wolniejsze tempo i chcąc nie chcąc porzuciłem notowanie. Tuż przed rozmową włączyłem dyktafon ukryty na piersi i teraz miałem nadzieję, że przy jego pomocy ostatecznie odtworzę wszelkie informacje. Spróbowałem jedynie wsłuchać się w padające słowa, aby maksymalnie dużo zapamiętać z tego dziwnego wykładu.
Mam wieloletnią wprawę w robieniu wywiadów i reportaży, dlatego nie traciłem nadziei, że reszta automatycznie przypomni mi się podczas pisania.

Umysł mojego informatora z jakichś nieznanych przyczyn funkcjonował według parametrów, których nikt z ludzi, przynajmniej nikt zwyczajny, po prostu nie posiada.
– Może został specjalnie wytrenowany przy pomocy jakiejś supertajnej technologii – pomyślałem, usiłując z trudem zdążyć za seriami skojarzeń, obrazów, faktów, liczb, numerów, dat, nazw, miejsc, imion padających z prędkością karabinu maszynowego. Pamięć Jahrla zdawała się magazynować nieskończoną ilość informacji encyklopedycznych. Na dokładkę potrafił z nich swobodnie i do woli korzystać. Z równą prędkością zmieniał temat, a raczej poszerzał go o poboczne uzupełnienia i uzupełnienia uzupełnień.
Z powodu mechanicznego, wręcz nieludzkiego tempa jego mowy pozbawionej wszelkiej tonacji, w mojej pamięci pozostały jedynie strzępy kilku powiązanych ze sobą opowieści. Powtórzyłem je sobie kilka razy w myślach, gdy już ten szalony przekaz ustał. Wszystko po to, aby napisać choćby to żałośnie krótkie opowiadanie.

tuts-xray-of-skull

Teraz jestem pewien jedynie tego, że Jahrl rozpoczął od historii znalezienia przed wielu laty w starym grobowcu na pustyni ciał kilku zamordowanych istot kosmicznych. Każda zawinięta była w półprzeźroczysty biały muślinowy całun. Najdelikatniejsze płótna stosowano przy pochówku członków królewskich rodów, jednak grobowiec do królewskich nie należał. Jedna z nich miała drewnianą nogę. Badania tomograficzne i genetyczne owej mumii potwierdziły jej pokrewieństwo z linią królów przed nią i po niej. Była jednak pół-człowiekiem, kosmiczną hybrydą. Ta historia jest powszechnie znana jako odkrycie grobowca Tutenchamona. Odnaleziono w nim jednak ciała niepasujące do założeń archeologów.

Niebywała prędkość relacji zmusiła mnie do nadzwyczajnej koncentracji umysłu i uwagi. Słuchając pilnie straciłem niezauważalnie kontakt z otoczeniem, ba, nawet czuciem własnego ciała. Prawdopodobnie nawet popadłem w jakiś rodzaj hipnozy wywołanej monotonnym głosem Jahrla. Opowiadał dalej o plemieniu Danitów, które pełniło w Egipcie ważną rolę. Znali rytuały, modlitwy i sposoby zamykające najstraszliwszą ze straszliwych energię w zaklętym kręgu, potrafili ją postawić na straży i chronić się przed nią. W mojej pamięci pozostał obraz mężczyzny w średnim wieku ubranego w starożytny strój ortodoksyjnego żyda. Dotąd nie miałem pojęcia, jak ubierali się Żydzi przed tysiącami lat, ale zaintrygowany sprawdziłem w źródłowych książkach. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że ujrzałem coś rzeczywistego, choć tego wcześniej zupełnie nie wiedziałem. Mężczyzna nosił przepasaną plecionym sznurem szarą płócienną tunikę. Na jego twarzy o wybitnie semickich rysach sterczała egipska czarna zwężająca się bródka, taka sama jak te, które nosili faraonowie. Czy dane mi zostało zobaczyć Mojżesza? A może Józefa? Syna kulawego Jakuba, którego biodro zesztywniało po walce z nienazwaną istotą? Nie potrafię tego stwierdzić, ale zauważyłem, że w momencie, gdy Jahrl opowiadał o tym człowieku Phil lekko uśmiechnął się pod nosem do swoich myśli.
– To właśnie on uczestniczył w nadzwyczaj ważnym tajnym spotkaniu zwołanym z ramienia dominującego w starożytnym świecie imperium. Spotkanie odbyło się w skalnej jaskini, wokół której rozciągała się bezludna kamienista pustynia. Tam ZABIŁ sześć osób spośród tych, co ku niemu wyszli. Powodem było to, że rozpoznał, iż NIE MA W NICH NIC LUDZKIEGO.

Jahrl dodał na koniec, że tajny Wspólny Rząd składający się z przedstawicieli kilku najwyżej zaawansowanych technologicznie krajów Ziemi nawiązał już kontakt z owymi istotami penetrującymi naszą planetę od dawien dawna. Po raz pierwszy oficjalnie zameldowali o nich żołnierze kawalerii amerykańskiej, którzy w pogoni za bandytami weszli do pewnej pieczary znajdującej się na granicy z Meksykiem. Wydarzyło się to na początku wieku.
– One z pewnych powodów nie są dobre – Jahrl zwolnił w tym momencie tempo i spojrzał mi głęboko w oczy.
– Czemu? – zapytałem, z trudem przełykając ślinę. Ponieważ, jak się okazało zaschło mi w ustach.
I chudzielec znów rozpędził się z wyjaśnieniami.
– Chodzi o ważną, potężną, mroczną i straszną istotę, która stoi za nimi. Sprawuje kontrolę nad nieświadomym jej istnienia światem. Jest to pojedyncza istota, prastara, ponura, zawzięta i kompletnie nieprzewidywalna.
– Jak wygląda?
– Chudy nieprzyjemny humanoid drobnej postury z krogulczym nosem – tu jakimś cudem telepatii nieomal ukazał się cień tego obrazu w moim umyśle. Po tej odpowiedzi słuchałem dalej nie przerywając:
– Kontakty przedstawicieli ziemskiego rządu z tym starym władcą zachodzą w ścisłej tajemnicy. Towarzyszą im zawsze elitarne oddziały komandosów.

Nagle pomyślałem przez ułamek ułamka sekundy, (bo na tyle pozwalał mi mój informator), o tych młodych, wybitnie inteligentnych, wykształconych, specjalnie dobranych i wytrenowanych ludziach, którzy ujrzeli na własne oczy przerażająco mroczną obcość i nie zwariowali. Kim są? A może jeden z nich stoi teraz przede mną?
– Ludzie z ziemskiego rządu najchętniej zerwaliby męczący ich i dręczący pakt z ową istotą, ale boją się straszliwych konsekwencji tego zerwania dla niewinnych obywateli. Zdecydowali się podjąć z nią pojedynek, najtrudniejszy z trudnych – zakończył swoją przyspieszoną perorę Jahrl.

Zaczęła wracać mi świadomość jawy. Okazało się, że obok mnie siedzi przy stoliku uśmiechający się Phil kiwający głową ze zrozumieniem. Musiał dosiąść się do nas w trakcie mojego wywiadu z chudzielcem, czego zaaferowany, w ogóle nie zauważyłem. Jahrl o pałającym spojrzeniu skończył właśnie swoją nieludzko przyspieszoną relację. I krótko przedstawił mi osobę swego starszego towarzysza.
– Phil jest już na emeryturze i zgodził się opowiedzieć coś niecoś o swojej pracy i doświadczeniu.
Phil kiwnął głową i przejął opowieść. Przywróciło mi to poczucie rzeczywistości. On przynajmniej wydawał się normalnym człowiekiem.

– Jestem z zawodu geologiem. Pracowałem przy budowie wielu podziemnych baz wojskowych na terenie Stanów. Niejedno widziałem, nie wiem jednak, co cię najbardziej interesuje. Będę się trzymał głównego tematu poruszonego przez Jahrla.
– Zgoda – chwyciłem za notes i długopis, wreszcie mogły mi się do czegoś przydać.

Phil-Schneider

– Pracowałem między innymi w bazie Los Alamos, która ma wiele kondygnacji ukrytych pomieszczeń wiodących głęboko pod ziemię. Natomiast na ogromnej pustynnej powierzchni za wysokim szczelnym ogrodzeniem ze stalowej siatki sterczy w górę wiele długich rzędów ciemnych tarcz, anten, kamer i reflektorów. Są to urządzenia monitorujące i stanowiące część systemu energetycznego tego miejsca.
– Według ciebie, do czego służy to laboratorium?
– Oficjalnie do badań nad energią atomową, przewidywania niebezpieczeństw związanych z jej pozyskiwaniem i używaniem oraz do ostrzegania. Niektórzy jednak wykorzystują jego najnowocześniejsze w świecie urządzenia do kontrolowania wszystkich i wszystkiego – odpowiedział Phil. I zaraz dodał:
– Sprzęt monitorujący i wszystkie czujniki połączone ze sobą zdalnym komputerowym systemem zostały zaprojektowane i wybudowane przez Japończyków. Oni najlepiej znają się na elektronice, miniaturyzacji i mają najnowsze technologie na świecie. Sądzę, że chodzi im o to samo, co naszym. Zbudowanie sztucznej inteligencji.
– Aha – spojrzałem mu wprost w oczy domyślając się – dlatego naszych trapi myśl, że prowadzone tam badania i zebrane informacje nie są do końca bezpieczne, bo twórcy oprogramowania nie są Amerykanami i nadal dysponują jego planami.
– Owszem – przyznał Phil, uśmiechnąwszy się wieloznacznie. – Dlatego tym gorzej dla twórców.
Po czym opowiedział mi o swoim spotkaniu z obcymi na dnie wierconej sztolni, którą daremnie usiłował pogłębić w podziemnych przepaściach bazy wraz ze swoim geologicznym zespołem. Nikt z kilkudziesięciu wysłanych wcześniej przed nim żołnierzy nie przeżył spotkania. Jedynie on, dzięki użyciu pistoletu zdołał się wydostać, ciężko raniony i napromieniowany jakimś świństwem, wyciągnięty w ostatniej chwili na powierzchnię przez ofiarnego strażnika.
– Oni dają się zabić, choć z trudem. Nie są duchami. Mają ciała, ale ich struktura przypomina bardziej grzyba, niż jakikolwiek inny żywy organizm. Zamieszkują iście piekielne groty i oddychają smrodliwymi gazami – orzekł na koniec, jakby lekko zdziwiony tym faktem i dodał filozoficznie – Gdy pakt zostanie zerwany nie wątpię, że ujawni się coś, co od tysiącleci tkwi skryte w głębi, w czeluściach otchłani i ono bezwzględnie zaatakuje wszystkich.

Wręcz nieludzki bieg słów Jahrla i moja wzmożona koncentracja umysłu sprawiły, że po powrocie do domu musiałem poświęcić kilka dni na dojście do siebie. Ostatnia scena spotkania z nim, gdy wreszcie podał mi na pożegnanie skrywaną w kieszeni kurtki rękę i uścisnąłem sześciopalczastą szczupłą chłodną dłoń w milczącym zaskoczeniu, zapadła mi najgłębiej w pamięć. I długo się otrząsałem z nienazywalnego wrażenia.

John Bozz, mój szef odezwał się zaraz po mym powrocie, ciekaw wyników spotkania.
– Masz coś interesującego? Warto było jechać? – dopytywał przez telefon.
Tymczasem byłem, mimo przespanej nocy i spokojnej powrotnej jazdy samochodem przez pustynię, zmęczony i rozczarowany. Umówiłem się z nim następnego rana w siedzibie radia. Miałem jeszcze trochę czasu na zebranie informacji w całość i wszystko, co się z tym wiąże, a więc na sprawdzenie źródeł merytorycznych i dokumentów związanych z tematem w archiwach bibliotecznych i prasowych.
Przede wszystkim najbardziej rozczarowujący fakt był taki, że dyktafon nie zadziałał. Mimo, że taśma przesuwała się nie nagrał się na niej żaden dźwięk, poza kilkunastosekundowym piskliwym wstępem. Dysponowałem jedynie notatkami z rozmowy z Philem oraz zapisem kilku zapamiętanych przez siebie z tyrady Jahrla informacji.
Było to oczywiście za mało, aby przedstawić słuchaczom mojej audycji jakiekolwiek niezbite dowody na odbyte spotkanie oraz podać jego treść, choćby w zarysie.

Mogłem jedynie ująć wszelkie zapamiętane szczegóły w opowiadanie, co niniejszym właśnie czynię. Jak każdemu dziennikarzowi, nie daje mi to jednak żadnej satysfakcji. Czy na tym zależało moim informatorom? Aby ich relacja straciła wartość dokumentu, wyszła poza ramy rzeczywistości i faktu i zyskała najwyżej status jeszcze jednego pomysłu w stylu naukowej fantastyki?

John nawykły do takich spudłowanych zleceń zlecił jednak rutynowe zbadanie dyktafonowej taśmy radiowemu dźwiękowcowi. I tu okazało się, że piskliwy dźwięk zarejestrowany na początku poddaje się obróbce. Zwolniony wielokrotnie i obniżony odpowiednio dla ludzkich uszu pozwolił nam usłyszeć pierwsze zdanie wypowiedziane przez Jahrla do mnie.
– Witaj, Romantzev. Jestem tu po to, aby pomóc ci zrozumieć, kim jesteś…

(Fragment większej całości)

Z dziennika wzięć zapis 8

Gady, węże i prehistoryczne potwory i ważki, Gra z Szatanem tocząca się na Ziemi od najdawniejszych czasów… W mojej głowie odtwarzały się bez ustanku przedziwne historie. Których daremnie szukać w świętych annałach ludzkości.

plezjo

2 lutego 2000 w nocy zaczęłam rozmyślać o Wężu Śesza. Odniosłam wrażenie, że moje ciało zawiera pamięć prehistorycznej ery, w której wąż pojawił się na Ziemi. Uwalniały się jakieś obrazy, wstręty, biologizmy, nastroje, ale wszystko zbyt ulotne, żeby opisać. Nagle weszłam w trans.
Ujrzałam ogromne wężowe zwierzę wodne, podobne do Potwora z Loch Ness i usłyszałam bardzo groźne dźwięki, przypominające warczenie, a raczej porykiwanie. Było to pełne ogromnej, ale kontrolowanej siły. W pewnym momencie potężny ryk przemienił się w głos, który oznajmił: „Największą winę ponosi ten, kto potępia własne ciało!”, po czym głos zaczął śpiewać w nieznanym mi języku. Była to pieśń mocy. Wśród niezrozumiałych słów Wąż wymówił z przyjaźnią moje imię, Ewa, co wzięłam za błogosławieństwo. Po czym ocknęłam się na jawie.

ważka

Po krótkim następnym śnie obudził mnie odgłos zjawienia się jakiejś istoty. Niewielka, chwilę stała w nogach tapczanu, po czym jak spory, dźwięczący w powietrzu sztywnymi skrzydłami owad (gigantyczna ważka) przefrunęła na moje plecy i usiadła na karku, po czym natychmiast wrażenie obecności znikło. Ogromna ważka nasunęła mi wyobrażenie pierwotnych lasów prastarej Ziemi i tak już zostało. Pod zamkniętymi powiekami mignął mi nagle siedzący mi na karku… tygrys w brązowo-żółto-czerwone pasy, a właściwie 2 tygrysy, siedzące jeden drugiemu na plecach. Balamowie [opisani w Popol-Vuh]? A więc oni istnieją naprawdę! Obserwowałam siebie. Nie bałam się, więc istota była przyjazna. Już wkrótce coś się zaczęło dziać z moją głową, jak gdyby dziwna energia rozsadzała ją od środka, a czaszka była dla niej zbyt „sztywna” i twarda, aż do lekkiego bólu. To trwało dość długo. Zapadałam w krótkie transy i sny. Raz usłyszałam piękny kobiecy głos, który zawołał: „Ziem!”. Innym razem poczułam charakterystyczny ból w języku, w miejscu, w którym Indianie przewlekali sobie otwór, aby nawiązać kontakt z bóstwami, a wraz z wrażeniami astralnymi dotyku usłyszałam odgłosy jakiejś rozmowy pomiędzy mężczyzną i kobietą. Mężczyzna próbował „ujarzmić”, „zmusić do czegoś” kobietę, która mówiła do niego dziwnie ostro.

Następnego wieczoru, gdy czytałam książkę o staroegipskich kultach, w pokoju coś wyraźnie i z trzaskiem błysnęło złotym kolorem tuż pod sufitem i poczułam się podłączona do dziwnego prądu, który wydał mi się znajomy. Postanowiłam zasnąć, aby dowiedzieć się czyja to wizyta.
Tej nocy przypomniało mi się, jak wraz z kimś, kogo nazwałam Szatanem (z dużej litery), odbyliśmy wspólnie kilka Gier w innych eonach czasu. Uczestniczyliśmy razem w Grze o kryptonimie Żółw, (która doprowadziła do ukształtowania się skorupiaków z pierwotnej żywej materii w ziemskim oceanie, a potem wyjścia płazów na ląd). W Grze pod nazwą Ryba porzuciłem eksperyment, tj. wnikanie świadomością w ciemność, uznając bezcelowość dalszego podążania w głąb przestrzeni pozbawionej wiedzy o sobie. Wtedy dopadł mnie wściekły wąż zamieszkujący zewnętrzną sferę wibracji pierwszej czakry, raniąc mnie agresywnym i wściekłym kąsaniem.
Było to straszne, bolesne przeżycie i udało mi się je przejść tylko dlatego, że teraz podczas przypomnienia tego ataku ciągle pamiętałam, że to tylko sen, z którego się w końcu obudzę. Szatan jednak pozostał w przymierzu z Mrokiem, aby tu, w świecie ludzi, dokończyć mecz. W ten sposób zajrzałam w głąb czeluści i na jej dnie zobaczyłam twarz diabła. Paradoksalnie rozpoznałam w niej swoje odbicie, własny cień.

W innych snach uzupełnił mi tę historię. Był w niej nagły żal za zmarnowanie czasu na trwanie w iluzyjnym przekonaniu o wysokiej pozycji władcy Ziemi, podczas, gdy inni mistrzowie zdobywali tymczasem kolejne punkty i „ozdobne tatuaże” na swoich ciałach, straszny gniew na siebie i determinacja, aby wykazać się na koniec i w każdy możliwy sposób wspomóc proces ratowania efektów Planu. W którymś momencie swojego rozwoju zauważył, że oszalał i w konsekwencji „odstaje”, czyli pojął swój błąd. Zaczął go osobiście – wraz z tymi, którzy poszli za nim w trudną powrotną drogę – skrupulatnie wszystko naprawiać, odwróciwszy się od samego siebie z przeszłości.

Później jeszcze kilkakrotnie ogarnęła mnie chmura energii, sprowadzająca przedziwną ekstazę. Męski głos zaśpiewał pieśń po hebrajsku, po czym przeszedł na polski i na tle undergroundowej muzyki rockowej, której towarzyszyło niesamowite syczenie „płaszcza węży” zza moich pleców, oznajmił, przenikając sobą każdą komórkę mojego ciała:

– Jestem szatanem i jestem Śiwą. Jestem panem. Jestem twoim cieniem.

Innego razu obudziłam się w stanie snu na jawie i ze zdumieniem wymacałam i zobaczyłam w swojej pościeli liczne, ogromne, zielonkawe węże, czuwające nade mną z wielką uwagą i spokojem.

4 lutego 2000. Pojawiły się za mną wielkie, syczące przejmująco węże (nie był to język dinozauroidów), znieczuliły i unieruchomiły mnie tym głosem, pozostała mi jednak jasność umysłu. Po czym wierciły twardym wiertłem wprost w podstawie mojej czaszki, gdzie wcześniej wetknął mi implant wieloodnóżasty potwór. Towarzyszył im dziwny, podobny do pająka stwór z energii, koloru ognia, wielkości stołu, stojący w głębi pokoju. Odniosłam wrażenie, że pochodził z głębi Ziemi, ze sfer płynnej lawy i był jakimś „aniołem”, czyli istotą pozamaterialną, kontrolującą niższe światy.

Następnej nocy znowu zjawiło się w pokoju coś podobnego. Wiedziałam, bo czułam to, że pochodzi z ciemnej strony, ale zachowywało dystans, stojąc w okolicy regału z piramidką. Chyba było świadome, że mogłoby mnie zbyt przerazić, gdyby się zbliżyło. Dostałam od tej istoty sen, który wyjaśnił mi zasady odwróconej gry, wymyślonej dawno temu przez szatana, wchodzącego w ewolucyjny układ z mrokiem.

[J. Bzoma o pajęczych istotach:
„Pająki mogą to być twórcy objawień. Byty pierwotne, które same siebie nazywają Bóga. Wyglądają jak dziwny pojazd czy pająk, skłębienie korzeniopodobnych odnóży, który nogami może sięgać horyzontu.”]

Przez cztery dni odczuwałam dziwne bóle rąk i pod obiema pachami, przypominały ból po ukąszeniach, ale nie było najmniejszego śladu ukłuć, ugryzień, czy obrzmiałości. Pojawiły się też różne uciski, mrowienia i swędzenia u podstawy czaszki.

8.II.2000. Sen z przepływem informacji o zasadach gry, które wymyślił Szatan. Polegały na tym, że niektórzy uprzywilejowani w ziemskim systemie inkarnowali co jakiś czas z pomocą całego piekła. Ono sprzyjało im do jakiegoś ściśle obliczonego momentu (ten moment wyznaczała ilość zabitych i zgubionych ludzi w ciągu poprzedniego życia, dlatego im zbrodni było więcej, tym lepiej), po czym opuszczało go i zabierało po śmierci do siebie. Wiedza o sposobach wywoływania diabłów i takich zasad została ukryta i można się do niej dokopać. Na ciekawskich czyha już przygotowany piekielny haczyk.

Obudziła mnie obecność czegoś ciemnego, z głębi, ale… przyjaznego. Stało w okolicach regału z piramidą. Zrobiłam znak krzyża, nie uciekło. Może ten sen był informacją od niego.

Rano słyszałam muzykę polskich zespołów rockowych, tekst traktował o Bogu. Przyśniły mi się także jadowite osy atakujące dom i włażące w każdą szparę przez zamknięte okna i drzwi. Uciekaliśmy wcześniej, ale one były bardzo namolne. Podlewałam je trutką. Jedna zagryzła dwie inne, całkiem czarne, z wściekłością frunęła ku górze, ale tam nagle rozbiła się o sufit i upadła.

[J. Bzoma o osach:
„Osy, gniazdo os to kościół katolicki, „żywiący się papierem”, „przeżuwający papier” i „budujący z papieru”, którego przedstawiciele potrafią boleśnie i wspólnie atakować każdego, kto przeczy ich budowli i nie wyznaje obyczaju. Kontrastowe pasy na odwłoku i żądła pełne jadu to zjadliwa agresja.”]

9.II.2000. Ktoś zrobił mi zastrzyk w miejsce po zębie trzonowym i oznajmił: „Martwica!”, co mnie zaniepokoiło, że pod dziąsłem znajduje się jakaś czarna kość. Resztę pamiętam tak fragmentarycznie, że nie nadaje się do zapisu. W wyobraźni pojawia się postać młodego mężczyzny w długiej czerwonej szacie.

apopis

10 lutego 2000. Sen: Wąż starodawny [Obraz, który mi się ukazał w przeżyciu łudząco przypominał staroegipskie, rysunkowe przedstawienia Węża Apopisa w tekstach piramid], czarno-szary, nieskończenie długi, przypominający wijącego się w niezliczonych splotach tasiemca z wielozębną paszczą, kłapiącą wokół siebie z ogromną złością – jest wściekły. Spadł tu na Ziemię dawno temu, podarował swoją wiedzę wybranym. Tymczasem jego ludzie niewiele z niej pamiętają i przystąpią do rozgrywki kompletnie nieprzygotowani.

Obudził mnie gwałtowny i bolesny atak na splot słoneczny. Zdawało mi się, że leżę odwrotnie (zjawisko odbierałam w trzecim ciele), a u wezgłowia tapczanu szalał szary wijący, kłębiący i miotający się Cień. Uderzenia w splot były nieporównywalne z niczym, czego dotychczas zaznałam, gwałtowne i głębokie skurcze prawie zapierały mi dech. Zaczęłam powtarzać imiona, aby odnaleźć równowagę. Czułam, że to gdzieś jest, tuż za bramą świadomości.

I rzeczywiście, ledwie zapadłam w półsen, już wróciło. Tym razem było to coś wrogiego, atakującego od strony pleców. Sięgnęłam lewą ręką; ugryzły mnie i wściekle podrapały dzikie, czarne koty. Pamiętałam, że to świat astralny, toteż nie cofnęłam ręki, choć bardzo bolało i zaczęłam je wyrzucać stamtąd, mówiąc w myślach: „W imię Jezusa Chrystusa wypędzam was!” Zrobiłam kilka razy znak krzyża, na co zareagowały cofnięciem się. W końcu odskoczyły i wybiegły przez otwarte drzwi z pokoju, nadal wściekłe i groźnie oglądające się za siebie na progu. Przypominały raczej koto-psy, a może niewielkie pantero-wilki, o charakterystycznie pochylonej sylwetce hien. Było ich przynajmniej pięć, może sześć.

Identyfikacja

Jedno z dziwniejszych spotkań po drugiej stronie. Jakże długo mnie ono zastanawiało! Zwłaszcza kwestia identyfikacji istoty, która mi się ukazała. W owym czasie wzięłam ją za Szatana, ale nie tego z rogami i kopytami, lecz Szatana modernistów, Buntownika, Przeciwnika w Grze, Satanaela, ewentualnie jego poplecznika Lucyfera. Dopiero po latach, zupełnie niedawno, odkryłam kim, a raczej czym dla mnie jest owa istota. Z czasem zapewne wyjaśnię jej status bliżej, lecz wymaga to poruszenia jeszcze kwestii poprzedniego życia, czyli reinkarnacji. W każdym razie identyfikacja wartości, jak i tożsamości w owej wizji, jak i w snach w ogólności, bywa zaskakująca, odwrotna, i nie należy mieć pewności, kto „tam” i „tu” jest dobry albo zły, ciemny albo jasny. Podział wartości na dobre i złe jest istotny tylko w świecie małej karmy (1-5).

powieszony

1.II.2000. Sen wizyjny: leżę z mamą w pokoju na piętrze. Już niedużo zostało czasu na sen, bo zegar pokazuje przed 6 (albo 7.00), a tu wchodzi nieproszony pijany ojciec (niższy, niż w rzeczywistości). Boję się trochę o mamę, a poza tym chcę jeszcze trochę pospać przed pójściem do pracy. [W tym czasie od dawna już nie pracowałam w systemie, a ojciec nie żył kilkanaście lat]. On tymczasem jakby nie słyszał, usiadł w fotelu, przewracał w jakimś transie oczami, po czym zasnął. Dopiero po dłuższym czasie obudził się, ja krzyknęłam: „Idź sobie!” i on posłusznie poszedł na dół. Zobaczyłam z okna, że wszedł do pomieszczenia klubu piłkarskiego, na którego progu siedział piłkarz ubrany w polskie barwy narodowe.

[Pijany ojciec to androgyn ze strefy nieprzejawionej schodzący w Grę, czyli w przejawiony wyższy – a dla niego niższy – świat rozgrywających Grę. Rozważając zaś sen jako projekcję to osobnik ów – jako Ja z wysokiej półki – pokazał mi mnie samą. Żyjąc w materii śpię i śnię, pozostając w iluzji – bo to oznacza stan pijany – owszem, bywam w transie – przewracanie oczami – ale niewiele jeszcze z tego rozumiem. Obudzę się później i zapewne zrobię coś, po co tu zeszłam, albo z czym siebie tam posłałam…]

Przebudziłam się i zupełnie nagle spadł na mnie istny koszmar. Ogrom straszliwej, paraliżującej do trzewi energii. Wstrząs zetknięcia bezwzględnie uniósł mnie do góry i chwilę w ten sposób trzymał pod sufitem [to granica 8/9]. Akurat weszła do pokoju mama, znieruchomiała w progu oniemiała z przerażenia, patrząc na mnie szeroko otworzonymi oczami. [Moja ziemska mama była osobą trzymającą się kurczowo dogmatów w obliczu wszystkiego, co wydało jej się szalone i chore, choć wystarczyło, że było tylko inne]. Pomyślałam, że „chwyciło mnie” coś naprawdę dziwnego. Po chwili ocknęłam się w łóżku, w miarę spokojna.
Po jakimś czasie łagodnie weszłam w trans. Poczułam, że zjawiły się jakieś istoty i robią zabieg na moim prawym górnym zębie trzonowym, delikatnie i bez bólu, więc się nie wystraszyłam. Z tego nagle przeniosłam się do wyższej rzeczywistości.

Znalazłam się we wnętrzu drogiego samochodu osobowego, limuzyny, na tylnym siedzeniu. Koło mnie siedział nieduży drobnej budowy mężczyzna, niezbyt piękny, którego najpierw odruchowo wzięłam za mojego ojca. Mogłam z nim rozmawiać świadomie, nie było żadnych zakłóceń. Spytałam go o to, kim jestem… Odpowiedział nie wprost: „No, tak, byłem kiedyś taki jak ty, ale muszę powiedzieć, że nie podoba mi się twoje ciało i ubranie [albo: braki?]. Trudno, już się z tym pogodziłem”.
Zrobiło mi się z jakiegoś powodu przykro, a jego twardość zaskoczyła mnie. Nie spodziewałam się tego po własnym tacie. Przyjrzałam mu się w takim razie lepiej.

Miał kobiece, niezbyt duże piersi pod białą bawełnianą koszulką, twarz o charakterystycznym uśmiechu podniesionych sztucznie dwóch kącików ust [podobnie do istoty towarzyszącej Pippi Langstrumpf w psiej czapce] i ten zaskakujący chłód w obejściu. Chciałam go zapytać o jakieś przepowiednie, ale zapomniałam. On wybiegł na chwilę z samochodu i rozmawiał z jakimiś ludźmi w innym, stojącym z boku, zobaczyłam siedzącą w nim podobnie, jak ja na tylnym siedzeniu ładną młodą dziewczynę o białej gładkiej twarzy. Akcja toczyła się w nowoczesnym mieście, widziałam bloki i ulice. Nagle wpadł mi do rąk przez uchylone okienko w samochodzie pozłacany pieniążek z cyfrą 4 Gr, obejrzałam go i ucieszyłam się, że dostałam coś na pamiątkę od Ojca. Następnie wrócił (przez ułamek sekundy widziałam go jako śnieżnobiałą istotę z czarnymi oczami, która dosłownie wefrunęła do wnętrza limuzyny i przybrała poprzednią postać) i jeszcze o czymś rozmawialiśmy, ale pozostało mi po tej rozmowie rozczarowanie i zwątpienie w siebie.

[4 grosze wskazują na minusowy świat z poziomu 4 mentalnego, w którym wtedy tkwiło moje myślenie o sobie. Była to w istocie podpowiedź-rada, że muszę podnieść swoje poczucie wartości. Niemniej zastanowiła mnie ta duża litera w słowie Grosze.]

Opowiedział mi, że wszystko wygląda inaczej, niż z pozoru się sądzi. O systemie Boga, że to rodzaj stalinizmu, gdzie ciemne masy utrzymują w równowadze Jedynego ze swoimi Sługami. A na pytanie, które mu zadałam odparł: „Jesteś ofiarą Mroku”… i to mną wstrząsnęło. Ocknęłam się na jawie i zaczęłam analizować całe spotkanie.

I znów zapadłam w trans, unosiłam się w jakiejś ciemnej przestrzeni i usłyszałam głos Boga, rozróżniam go, tak wibruje głos Tysiącletniej Istoty. Spytałam Go, czy to prawda, że jest ich dwóch i że toczy walkę ze swoim Ciemnym Bratem. [Pytania zadawały mi się same] Odpowiedział, że tak i coś jeszcze, co zapomniałam, a co kazało mi myśleć, że ta walka jest zaaranżowaną Grą w niższych światach, mającą na celu tworzenie życia i nowych świadomych istot.

Znów się przebudziłam i znów wylądowałam w świecie tej istoty, którą mogłabym wtedy nazwać Przeciwnikiem [a raczej teraz powiedziałabym, to ja byłam jego Przeciwniczką], nie zapytawszy jej przez gapiostwo o imię. Bloki, ulice, jacyś ludzie przechadzający się obok. Przeciwnik był jednym z nich i niczym się nie wyróżniał. Pokazywał mi swój świat. Nie bałam się go. Trochę ogarniał mnie lęk, gdy z nagła ktoś przechodził, ale nikt mi nie robił krzywdy. Tylko postacie były nieco dziwne, niektóre jakby zakapturzone. Jeden z mężczyzn miał na głowie klatkę z drutu (pomyślałam, że w ochronie przed drapieżnymi ptakami wydziobującymi oczy). Jakieś stare kobiety pod kioskiem rozmawiały o nim z wielkim współczuciem, jako o kimś, kogo tam wśród nich nie ma. Podobno został gdzieś „zamrożony”. [Zamrożenie wskazuje na utknięcie w minusowości]. Kobiety miały stare, pomarszczone twarze i szeroko otwierały usta, co przypominało opadniętą szczękę trupa [tak śnią się istoty spoza granicy 8/9, gdzie nikt nie jest żywy względem Przejawienia].

Sam Przeciwnik oprowadzał mnie po swoich włościach z pewną dumą. Zaproponował mi, abym zaczęła dla niego pracować, w zamian zostanę „boginką”. Nie był namolny z tą propozycją. A mnie wydała się tylko tak nieprawdopodobna, że aż zabawna. W pewnej chwili zauważyłam, że starannie unika odkrycia, kim jest przez ludzi, których mijaliśmy. Kiedy mówiłam do niego wprost coś w rodzaju: „to wszystko przecież z siebie wykreowałeś”, on nagle zrobił porozumiewawczą minę, abym umilkła, gdyż obok siedział na parkowej ławce jakiś młody chłopak.
I znów się obudziłam na jawie. Czułam wielkie ciepło na plecach. To budzenie się służyło chyba lepszemu zapamiętaniu spotkania, dlatego było mi dawkowane w pamięci. Bo dość szybko wróciłam do świata ze snu.

Teraz pokazano mi wyroki karzące na niektórych. Zobaczyłam młodego mężczyznę w wielkim, niebieskim szalu na szyi, na którego z prawdziwą złością rzuciła klątwę kobieta (piękna, wściekła), mówiąc: „A tego powiesić! Tak, aby poczuł!”. I został powieszony „na suchej gałęzi” wysokiego uschłego drzewa rosnącego w kącie. Krzyczał z panicznego strachu, a sznur zaciskał się powoli na jego szyi, tak, że żył długo, szarpiąc się i wyjąc z narastającego bólu. Próbował owinąć sobie szyję niebieskim szalem, zarzucił go sobie na głowę, ale pętla zaciskała się nieubłaganie. [Tę sekwencję mogłabym poniekąd przypisać bolesnym skutkom emocjonalnym, których doświadczałam od dziecka, począwszy od trudnych 3-dniowych narodzin z owiniętą pępowiną na szyi].
To się zaczęło przeplatać ze snem i zapamiętałam z niego bardziej sens, niż przebieg akcji. Śniłam poprzez kobietę o jakichś niezwykłych zdolnościach, która ogłosiła publicznie swoje 3 imiona (tu zobaczyłam je napisane coś jak: Than. Ta-Na-Ga?) i działała wraz z drugą kobietą na wielką skalę. Odmawiały wszelkiej współpracy z jakimś ruchem (tu zobaczyłam je schodzące z szerokich schodów przed budynkiem pałacowym), została także mianowana na kogoś w rodzaju doradcy prezydenta i robiła niesamowitą wprost karierę. Oraz wyrwane z kontekstu sceny, które zostały mi w pamięci:
– Stoję w gromadce jakichś ludzi. Ktoś podał mi miękki słodki owoc, gryzę go, ale okazuje się w środku twardy, więc go wypluwam na dłoń. Przypomina brzoskwinię o fioletowym odcieniu. Stojący koło mnie niski chłopak, który mnie nim poczęstował pyta: „Zjesz go, czy mam ci to podać w zastrzykach?”…
– Coś się dzieje z moim komputerem. Ekran gaśnie. Na drukarce jest niewielkie „okienko”, które rozbłyskuje niebieskim światłem.

[Zapewne była to odpowiedź na moje zapomniane pytanie o przepowiednię].