Klub Ezo, część 2

Druga część opowieści, która wydarzyła się w całości w snach. Nic nie zmyśliłam, jedynie ułożyłam w miarę logiczną historię z serii śnionych i przeżywanych w stanach transu wydarzeń.

Część 1 <<<<

Ewa Sey

Klub Ezo, cd.

Byli tacy, którzy zaczęli Żywję badać i oceniać swoimi parapsychicznymi sposobami. Każde takie zerknięcie bez pozwolenia budziło ją w nocy i pozostawała świadoma wszystkich tych prób. Z ciekawości zdecydowała im się poddać. Te podsłuchane opinie miały swoje rozwijające się stopniowanie. Począwszy od: „Ona naprawdę chyba zwariowała!”, poprzez: „To anioł otoczony przez wampiry z powodu słodkiej złotej aury”, “ po: „To wszystko prawda, co mówi. Ona przejdzie kiedyś za zasłonę”… Niektórzy wynaleźli jej kamienie w pęcherzyku żółciowym, albo niemożność trawienia kilku białek roślinnego pochodzenia. Co miało okazać się prawdą za kilkanaście lat. Innych opinii życie nie potwierdziło.

Nareszcie jedna z redaktorek wydawnictwa, w którym dawno temu chciała wydać kolejną książkę, przypomniała to sobie, kazała przeszukać wszystkie szafy i odnalazła ów ręcznie pisany ślad na samym dnie redakcyjnej makulatury. Mocno ją to zbulwersowało. Zaskoczona udała się najpierw do kilku znajomych wróżbitów, a gdy wyniki ich wglądów okazały się niejasne i zagmatwane zdecydowała się pójść ze sprawą do samego jasnowidza z Cieszkowa, słynącego z nieomal stuprocentowych trafień.
Dokładnie mówiąc nie zrobiła tego osobiście, tylko wysłała do niego incognito swoją pracownicę. Aby nie zdradzać na początek żadnych danych, ani nie sugerować rozwiązań. Pracownica miała ze sobą ów pisany ręcznie list, który przeleżał tyle czasu w przepaściach redakcyjnego archiwum.

Tego dnia na seans przybyło kilka osób, w większości kobiet z różnymi tragicznymi problemami w rodzaju poszukiwania zaginionych i zebrało się milcząco w poczekalni. W końcu, gdy napięcie wśród nich nie do zniesienia wzrosło wyszła ku nim sekretarzująca jasnowidzowi jego żona. Powitała wszystkich i poprosiła o przedmioty osobiste związane z ludźmi, o których chcą się czegoś dowiedzieć. Mistrz w ogóle się nie ukazał, aby się nie dekoncentrować.
Mijała dobra godzina kolejnego oczekiwania na wyniki badań, gdy z gabinetu wychylił się osobiście starszy łysy pan będący jasnowidzem z Cieszkowa. Cichym głosem poprosił osobę związaną z listem, który trzymał w dłoni.
Pracownica redakcji, spocona z wrażenia weszła do środka, a starszy pan stojąc oddał jej list.
– To, co ujrzałem kompletnie mnie zaskoczyło. Usłyszałem głos anioła, strażnika Raju – mruknął lekko zdziwiony i jakby zakłopotany. – Anioł mówił z ruskim akcentem, zmiękczając słowa i zdania na wschodni sposób. Wyraził zdumienie, że „ona słyszy głos Boga i widzi trzy drzewa w Raju, blisko Niego”, to podobno jest niemożliwe… Przemówienie, które usłyszałem było dość długie, padły w nim jeszcze nazwiska „caria Aleksandra wtarowo” i „caria Napoleona wtarowo”. Niestety tylko to z niego zapamiętałem. A szkoda, bo ten wschodni akcent naprawdę mnie ujął.

Byli jednak również tacy, którzy uwagi Żywji o nadchodzącej wojnie traktowali jako dowód związku z diabłem. Koniecznie pragnęli udowodnić jej to powiązanie. Podtrzymywało tę opinię odżegnywanie się od duchowych mistrzów czy stosowania diet i treningów doskonalących wgląd, oczyszczających umysł i ciało i przedłużających życie. Do tego nie stroniła od alkoholu, rozrywkowego towarzystwa, nie pościła ani nie praktykowała żadnej religii. Raz spytana, czemu woli jeść mięso, pić wino, zatruwać swój organizm i obciążać sumienie krwią zwierząt odpowiedziała tylko:
– Dlatego, że od tego, za czym ty gonisz ja uciekam.
– Gonię?
– Tak. Chcesz być czysty jak szkło, widzieć i słyszeć rzeczy niewidzialne i niesłyszalne, władać energiami i magiczną mocą. I tym samym zasłużyć na życzliwą pomoc i uwagę Boga, nieprawdaż? Mam to w nadmiarze przy byle głodówce czy medytacji. I przestaję zwyczajnie funkcjonować. Zamieniam się w przestraszone i oszołomione nadmiarem wyczuwanych impulsów zwierzątko. Z tym nie da się żyć. Przynajmniej w fizycznym ciele.

Któregoś dnia zadzwonił telefon i w nim charakterystyczny głos Wiesława Kowala zapytał, czy wybiera się na najbliższe spotkanie Klubu Ezo. Pyta zaś z tego powodu, że chciałby ją tam spotkać. Ma do opowiedzenia wszystkim historię, która w dużej mierze wydaje mu się zbieżna z jej relacjami z koszmarnych ataków. Zaciekawiona Żywja obiecała pójść. W ustalonym dniu i godzinie zjawiła się w kawiarni byłego Hortexu, tak jak wcześniej.

Obecni byli tylko najstarsi klubowicze, pewnie z tego powodu, że pora wakacyjna wygnała młodszych w drogę do zarabiania pieniędzy przy prowadzeniu letnich warsztatów. Po powitaniu, zwyczajowym podaniu wszystkim zielonej herbaty (nic się tak naprawdę nie zmieniło mimo zmiany właściciela kawiarni, nawet kelner pozostał ten sam) Wiesław Kowal zatarł swoje duże dłonie i westchnąwszy zaczął mówić:
– Niektórym z was wspomniałem już o tym, co chcę teraz wszystkim opowiedzieć. Cała sprawa zaczęła się od chwili, gdy ogłosiłem przepowiednię dla świata, która niestety, jak wam wiadomo sprawdziła się w stu procentach. Dnia 11 września roku pamiętnego… Wszyscy tutaj w jakiś sposób siedzimy w Tajemnicy, nieprawdaż? Próbujemy nie tylko dociec przyszłości, ale przede wszystkim pojąć jej ukryty sens i mechanizmy, które nią sterują. Pewnie niektórym udało się coś przeczuć zawczasu. I niewiele to zmieniło, albo w ogóle nic. Rzeczywistość toczy się bezwładnie, a obecnie – śmiem uważać – ten bezwład jak gdyby przybrał na sile. Być może (powtarzam: być może!) stoją za tym konkretne siły i elity dysponujące iście szatańskimi technologiami, o których niewielu ma pojęcie. Po ostatnich moich doświadczeniach przypuszczam, że używa się ich w celu zahamowania naturalnego procesu uświadomienia sobie sieci uzależnień, w której tkwią od dawna całe społeczności.
– Ależ oczywiście! – roześmiał się hipnotyzer i zawołany spirytysta Maksym Wątpiałek, rówieśnik astrologa. – Wszyscy o tym wiedzą od lat, nawet wróble o tym ćwierkają! Co ty knujesz i do czego zmierzasz naprawdę, stary byku?

Wiesław Kowal roześmiał się z widoczną ulgą.
– Moi drodzy, wiecie jak potwornie pokopane miałem ostatnie dwa lata życia… Przewidziałem trochę z tego swoimi sposobami astrologicznymi, ale tak naprawdę wszystko, czego doświadczyłem przerosło moje najgorsze oczekiwania! A musicie przyznać, że mylę się rzadko w ocenie wagi tranzytów i progresji.
– To prawda – zgodził się mistrz różdżkarstwa, Józef Pełka. – I chyba wszyscy słyszeliśmy o twoich nieszczęściach.
– Nieszczęścia… – westchnął z powracającą powagą Kowal. – Można by je doprawdy nazwać chronicznym pechem, a w moim subiektywnym odbiorze była to wręcz klątwa!
– I ty to mówisz? Racjonalista i intelektualista? – uśmiechnął się pan Maksym, z którym od dawna byli przyjaciółmi i znali się jak łyse konie jeszcze z czasów wspólnej pracy w Polskim Stowarzyszeniu Parapsychologicznym.
– Tak, ja. Przyznaję, że pogoniły mnie (mnie! racjonalistę i intelektualistę!) nieczyste i źle mi życzące niewidzialne siły. I choć nie mogę wam niczego udowodnić, to jednak spróbuję o tym opowiedzieć.

I wtedy klubowicze usłyszeli jego przedziwną opowieść.
W zamian jednak w tym miejscu opowiadania warte przytoczenia są sny, które Żywja miała poprzedzającej owe spotkanie nocy. Dzięki nim można spróbować ujrzeć nieco więcej, niż wynikło to z samej relacji Wiesława Kowala w Klubie Ezo.

Najpierw rysowała w notatniku pojawiające się od dawna w jej snach symbole. Zestaw zaczynał się od wielkiego gada (samicy dinozaura), potem szło kilka innych mniej ważnych form istot, aż wreszcie kończył się na ogromnym niedźwiedziu z gwiazd. Wtem domyśliła się, że chodzi o gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy. To odkrycie sprawiło, że zadrżała od stóp do głowy przeszyta dojmującym przerażeniem. Zestaw kończył się obrazkiem mnóstwa drobnych i czarnych kropelek spadających z rozgwieżdżonego nieba na ziemię niczym rozsiewane z góry zarodniki ciemności.

Nadciągnął wieczór, a w obrębie ogrodzonego murem terenu wokół kościelnej katedry ciągle jeszcze stało trzech mężczyzn eksperymentujących z nader silną trucizną. Wieża kościelna miała kwadratową podstawę. Na każdej ścianie wielka okrągła tarcza zegara pokazywała nadchodzącą ostatnią godzinę. Nie działo się to pierwszy raz. Bardzo ostrożnie polewano trującymi kroplami kartkę papieru z zapisaną na niej przepowiednią obwarowaną chroniącym zaklęciem. Wszystkim obecnym było wiadomo od lat, że za każdym razem jakiekolwiek próby złamania klątwy i odczytania Tajemnicy okazywały się bardzo groźne dla ogłaszających je autorów, a śmiałkom, którzy spróbowali zawczasu przekazać ją społeczeństwu, by zmienić bieg wydarzeń – nieumiejętny kontakt z trującą energią odrywał ręce i nogi każąc im umierać w straszliwych męczarniach. Któryś z eksperymentatorów oceniał właśnie wyniki ostatniego doświadczenia. Trujące krople wyżarły większość tekstu, ale to, co pozostało i dało się odczytać z zapisu zrobionego po angielsku zdumiało wszystkich. Tajemny przekaz brzmiał: Personal birth, czyli: osobiste narodziny.

krokodil

Natychmiast pojawiła się wyczuwalna obecność jakiejś ponurej, potężnej i mrocznej świadomości. Z niezrozumiałych powodów nie atakowała jednak, ale obserwowała całe to zdarzenie z napiętą uwagą ukryta gdzieś w niewidzialnym świecie.

Wtedy plac przykościelny zamienił się w otoczony murem stary park, a katedra w kilkupiętrowy pałac. Było już blisko północy. Nagle w nieprzeniknionym mroku otworzyło się oko ukrytej w nim przerażającej istoty… Ogromne, obłe, żółte, ze źrenicą zwężoną w pionową kreskę jak u gadziego drapieżnika, węża albo krokodyla.
Chwilę potem ktoś ukazał się w pałacowym pokoju na drugim piętrze. Rozchyliwszy śmiałym ruchem czerwone zasłony stanął w oknie mały śmiejący się bezczelnie chłopiec, boski bliźniak.

Teraz położono przed Żywją odwieczną Xsięgę. Do obu jej boków przyklejone były dwie złożone jak mapki mniejsze książeczki. Żywja ostrożnie otworzyła jedną z nich i odsłoniła obrazek. Ukazywał młodego chudego mężczyznę. Leżał obnażony, z półotwartymi ustami i wykrzywioną bólem, nienawiścią i wstrętem twarzą, pokrytą kilkudniowym zarostem. Jego podniebienie było rozszczepione na dwie szczęki, obie miały po pełnym zestawie zębów. W dolnej części obrazka znajdował się szkic mutanta. Było to coś ohydnie zdeformowanego, drobnego, czarnego, zwyczajnie – diabelskie dziecko.

Żywja otworzyła drugą książeczkę. Zobaczyła portret uśmiechającej się rezolutnie zdrowej i silnej kilkuletniej dziewczynki. W uśmiechu ukazywała dwa błyszczące śnieżną bielą, wystające zabawnie spod górnej wargi siekacze.

Wtedy zaczął się atak. Żywja poczuła obecność nader nieprzyjemnej i nieprzyjaznej siły. Pokój sypialny powiększył się, a pod lampą zaczął krążyć czarny wielogłowy smoczy kształt, usiłując zgasić lub choćby maksymalnie przyćmić jej światło.
Zaczęła odruchowo wykonywać znak krzyża i robiła to jednocześnie dwiema rękami. Prawą i lewą. Natychmiast usłyszała dobiegający z oddali śpiew wielkich ludzkich tłumów. Rozpoznała maryjną pieśń kościelną.

Ni stąd ni zowąd znalazła się na przedmieściach Warszawy. Wciąż trwała noc. Szła oświetloną latarniami ulicą zmierzając do domu przyjaciół. Nagle zaszedł jej drogę zdążający tak samo jak ona po prawej stronie czarny pies rasy doberman z łypiącymi groźnie ślepiami. Zdecydowała się przejść na lewą stronę ulicy, ale już po chwili zaczęła zmierzać ku niej jakaś drobna smolista postać. Nawet nie starała się jej dobrze rozpoznać, aby nie oszaleć ze strachu.
Cofnęła się zawracając, ale dokąd ma teraz pójść? Do kogo się udać? Komu coś tak przerażającego i nieprawdopodobnego opowiedzieć? I kto jej uwierzy?

Pominięta tutaj opowieść Wiesława Kowala zawierała podobną treść. W pewnej chwili swego życia pozostał sam na sam z czymś mrocznym i wrogim, co najwyraźniej broniło mu jakiegokolwiek działania zmierzającego do naprawienia sytuacji i zapobieżenia destrukcyjnemu biegowi wydarzeń. Bez żadnej wyraźnej przyczyny stał się pastwą irracjonalnych ataków na swoją osobę, wrogich wystąpień i niechętnych deklaracji ludzi, którzy do tej pory piali na jego cześć. Odwrócili się od niego nawet najbliżsi.
– Od tamtej pory dużo o tym myślałem… Z początku oczywiście buntowałem się i próbowałem się bronić, ale sami wiecie, jakie były tego skutki, ech – orzekł Kowal machnąwszy ręką. – Zdecydowałem się potraktować te prześladowania jako wyraz woli Boga, (czyli, jak kto woli – mojej wyższej jaźni). To pozwoliło mi nabrać spokoju i wybaczyć wrogom. Mój obecny wniosek jest taki. Są rzeczy i sprawy, od których lepiej trzymać się z daleka. Nie z tchórzostwa, broń Boże! Ale dlatego, że nawet Bóg nie chce ich przeniknąć.

***

– Witaj, Żywjo! Czy coś naprawdę się zmienia…? – te uprzejme słowa wypowiedziane miłym głosem młodego mężczyzny obudziły ją w środku pierwszej nocy, którą spędzała w swoim świeżo wynajętym warszawskim mieszkaniu. Dobiegły z przedpokoju.

Zaraz potem trzasnęły drzwi i do sypialni wpadł niepoczytalnie wściekły, żądny zemsty człowiek. Wszystkie włoski stanęły jej dęba na całym ciele i pojęła, że tylko ułamek sekundy dzieli ją od śmierci.
Wtem atakujący zatrzymał się. Dosłownie w odległości centymetra od tapczanu zamarł w bezruchu, jak gdyby czymś niepomiernie zaskoczony. Zdumiało ją to równie mocno.
Chwilę potem wrzasnął na cały głos:
– O, kurwa, Jahwe!

I uciekł jak zmyty.

Reklamy

Klub Ezo, część 1

Niniejsze opowiadanie powstało na kanwie serii snów, jakie miałam na początku XXI wieku. Były to historie tak pełne autentyzmu, zapełnione prawdziwymi postaciami, znanymi mi z relacji znajomych, lektury, prasy, radia czy telewizji, że prosiły się wręcz o jakiś zapis literacki i utrwalenie. Dawały mi wgląd w polskie środowisko ezoteryczne przede wszystkim, z którym na jawie miewam sporadyczny kontakt osobisty i to głównie za pośrednictwem facebooka. Zresztą nie było to jedyne środowisko, na które patrzyłam oczami któregoś z jego członków, ale o to mniejsza. Akcja opowieści pochodzi w całości ze snów, postacie mają jedynie zmienione imiona i nazwiska. Narratorką jest moje drugie ja, które obdarzyłam imieniem i nazwiskiem zastępczym. To postać nieco mnie w życiu przypominająca, ale nie zawsze ostatecznie bywa mną, jak to się zdarza w snach. Opowieść sięga przyszłości i zagadki proroctw.

Ewa Sey

Klub Ezo

Pamiętająca czasy socjalistycznej świetności kawiarnia Hortexu w mieście Łodzi, od początku pełnych zmian lat osiemdziesiątych XX wieku na długo stała się miejscem zebrań Klubu Ezo. Zaczęło się niewinnie, prawie ukradkowo. A potem przeszło w rutynę i szyk. Przez całe lata, także dziewięćdziesiąte, spotkania przypadały zawsze w jednakowym terminie, to jest w każdą pierwszą sobotę miesiąca.
Pierwotnie była to inicjatywa na poły prywatna i taki charakter zachowała właściwie przez cały czas istnienia. Klub stworzyli zaprzyjaźnieni ze sobą ludzie, będący członkami różnych hobbystycznych zrzeszeń, później nawet zarejestrowanych. Parapsychologicznych, radiestezyjnych, astrologicznych. Wydawały one już w czasach stanu wojennego, przeważnie na drukarskich powielaczach broszury, pisma i pisemka krążące sposobem domowym i prywatnym, z rąk do rąk. Jakimś cudem potrafiły dotrzeć nawet w najdalsze zakamarki miasteczek i wsi.

Historia znalezienia się Żywji Siedliszczanki w tym miejscu nie była skomplikowana. W jedynym i największym polskim piśmie ezoterycznym „Niewidzialne Światy” ukazały się pod rząd jej dwa artykuły traktujące o alchemii i aniołach w systemie chronologii użytym przez Nostradamusa. Za trzecim razem pokusiła się o wytłumaczenie symbolicznego znaczenia jego horoskopu urodzenia. Wkrótce potem za pośrednictwem redakcji dostała zaproszenie na spotkanie słynnego Klubu Ezo w mieście Łodzi. Ktoś stamtąd najwidoczniej ją docenił.

Pierwsza wizyta wypadła na tyle interesująco, że została zaproszona na kolejną. Nie zaproponowano jej jednak statusu stałego członka na żadnym ze spotkań. Możliwe, że taki status w ogóle nie istniał i klubowicze zbierali się po prostu spontanicznie. Była kimś z zewnątrz, o nieznanych powiązaniach, zaciekawiającym z trudnych do ustalenia powodów. Jej wygląd też nieco dziwił, zwłaszcza ludzi starszej daty. Wiek pomiędzy trzydziestką a czterdziestką, niski wzrost, silne okulary zniekształcające wygląd oczu, krótko ścięte włosy, całkowity brak ozdób i makijażu, zwykłe szare i proste ubranie sprawiały, że czasem trudno ją było nawet zauważyć, gdy pojawiała się pogrążona w jakichś swoich myślach i roztargnieniu.
Gdy zaczynała mówić zbyt cichym głosem, który z nieśmiałości szybko przechodził w nerwowe pokasływanie trzeba było uwzględnić fakt, że jej styl opisu jest niewprawny. Brakowało mu giętkości języka i pewności siebie wykładowców przyciągających uwagę ludzi poszukujących autorytetu. Co prawda informacje wyciągnięte z analizy snów i wizji, które rzuciła kilka razy w luźnej klubowej rozmowie wydały się niektórym na tyle interesujące, że nikt ich tam nie skrytykował, ale także nie potraktował tego, co mówi poważnie.

W następnym miesiącu Żywja znalazła się w Łodzi z prywatnych względów i w całkiem przypadkowym dniu, niezwiązanym z terminami spotkań klubowiczów. Po prostu w drodze na dworzec, przechodząc obok wiadomej kawiarni mimochodem zauważyła karteczkę z ogłoszeniem zrobionym znajomym charakterem pisma, wetkniętą w drzwi.

Dziś nieczynne, przepraszamy. Wstęp tylko dla członków Klubu

Miała prawie trzy godziny do odjazdu powrotnego pociągu do stolicy, w której od niedawna zamieszkiwała. Skuszona tą niespodziewaną reklamą weszła do środka, aby napić się aromatycznej kawy ze śmietanką. Od obsługi w szatni dowiedziała się, że to ostatni dzień prosperowania firmy będącej dotąd właścicielem kawiarni. Już zaraz miała wejść z remontem następna, która przejęła lokal. Znajomy szatniarz wymownie wskazał dłonią na kręcących się na zapleczu robotników. Szefostwo starej firmy siedziało jednak jeszcze przy stole na pożegnalnym bankiecie wraz z kilkoma zaprzyjaźnionymi członkami Klubu. Byli to ci, którzy od lat wykazywali się tajemną pomocą w jego projektach i przedsięwzięciach. Między nimi zasiadał astrolog, Wiesław Kowal. Dzięki niemu Żywja została przyjaźnie powitana i zaproszona do nieplanowanej wcześniej rozmowy.

– Cóż tam w stolicy nowego? – pytał głośno ze zwykłą u siebie jowialną serdecznością, unosząc nad stołem swoje duże ciało i z dala kiwając ręką, aby ją przywołać. Żywja podeszła blisko i chętnie usiadła na wskazanym wolnym krześle obok. Niewiele myśląc wspomniała o królewskiej gwieździe Fomalhaut, która zaczęła pojawiać się znacząco w jej snach od początku tego roku.
– Ach, magiczne Oko Saurona… – astrolog z jakiegoś powodu zdziwił się i przejęty umilkł na dłuższą chwilę. Po czym zaczął rozpytywać o stanowisko ojca bogów w dniu jej urodzin. Jak się zaraz okazało miał na myśli babilońskiego Marduka. Żywja przyznała, że niewiele wie na temat babilońskiej astrologii i w zamian spytała skąd przyszło mu takie porównanie.
– Zbieg okoliczności – odparł zdawkowo Wiesław Kowal i zainteresował się jej horoskopem. Wprawnie narysowała mu swoje kółko na kawiarnianej serwetce. Zmarszczył krzaczaste, już częściowo posiwiałe brwi przyglądając się szkicowi dłuższą chwilę. Po czym zwrócił uwagę, że olbrzymia stała gwiazda Betelgeza z gwiazdozbioru Oriona oświetla w nim z naprzeciwka planetę Wenus i tworzy problematyczny kwinkunks ze starym władcą Wodnika Saturnem. A w tym znaku znajduje się od dość dawna wiele progresywnych planet jej horoskopu. Potrwa to, jego zdaniem jeszcze od kilku do kilkunastu lat, w ciągu których nie może liczyć na otwarty i jasny bieg wypadków.
– Wydaje się, że nie pasujesz do żadnego środowiska, a ludzie boją się ciebie. Tak samo zresztą, jak ty ich. Pisz jednak! I nie cackaj się z niczym, co schematyczne i konserwatywne – rzucił szybki wniosek po tej uwadze. – Betelgeza daje celność i strategię w myśleniu i działaniu.
Natomiast w chwili, gdy wpływ kosmicznego olbrzyma zostanie zneutralizowany ruszą w jej życiu niespotykane energie, uzupełnił.
– Kiedy?
– Gdy Wodnik uderzy falą w Paszczę Wieloryba.

Jedna z obecnych na spotkaniu kobiet, dyrektorka szybko rozwijającego się wydawnictwa, spostrzegłszy zainteresowanie najbardziej hołubionego w kraju astrologa, wręczyła Żywji wizytówkę i zaproszenie na spotkanie w gronie współpracowników redakcji. Miało się ono odbyć w Warszawie. Zaraz Wiesław Kowal zadeklarował, że chętnie się tam z nią spotka, więc chcąc nie chcąc Żywja przystała na propozycję. I tylko z tego powodu rzeczywiście zjawiła się na przyjęciu.

klub

Odbyło się ono w pomieszczeniach wydawnictwa „Trzecie oko”. W największym z nich ustawiono szwedzki stół. Gdy weszła do środka napotkała od progu gromadę polskich bioenergoterapeutów, ufologów, zielarzy, numerologów, jasnowidzów, wróżów i radiestetów z niemaskowanym apetytem zajadających różne wegetariańskie smakołyki. Rozejrzała się po obfitej zastawie i zapragnęła sama coś zjeść. Wtedy okazało się, że nigdzie nie ma już wolnego talerza.
Widząc jej zagubienie jakaś dobra kobieta szepnęła z boku, że poczęstunek, oczywiście należy jej się, tylko musi poprosić o swój przydział. To już przekraczało jej śmiałość. Wyszła do drugiego pomieszczenia, aby dyskretnie przejrzeć półki. Owszem, znalazła na nich jakieś czyste naczynia, ale wszystko do soku, herbaty i kawy, żadnych talerzy ani talerzyków czy też sztućców innych, niż łyżeczka. Nie chcąc kłopotać organizatorów wróciła bez niczego do zapełnionej gośćmi sali. Nie przejęła się, po prostu uznała, że niczego nie pragnie. Była tego dobra strona: nie musiała zważać na siorbanie, sos skapujący przypadkiem na odświętną bluzkę albo frustrację, że znowu zjadła za dużo.

Rozejrzała się uważniej pomiędzy zgromadzonymi ludźmi. W jednym z nich rozpoznała popularnego od czasu kilku artykułów na temat snów o mocy maga. Na wpół odwrócony sprawiał wrażenie jakby nie chciał jej wcale zauważyć, więc usunęła się całkiem z pola jego widzenia.
Jednak inny spośród nich, słowianofil Jerzy Laszuk, zwany przez przyjaciół Super-szamanem, mężczyzna średniego wzrostu o błyszczących oczach, z charakterystycznie zmierzwioną brodą i gęstą ciemną czupryną, wykorzystując przerwę w ogólnej rozmowie zwrócił się w jej stronę z zagajeniem dyskusji. Okazało się, że pamiętał ją z fotografii zamieszczonej w internetowej sieci, a ośmielony faktem, że kilka razy wymienili niezobowiązujące mejle od razu poruszył temat koszmarnych snów, z którymi kojarzono jej osobę.

cie

Otóż pierwsza żona Laszuka była specjalistką od tybetańskiej religii buddyjskiej i starej tradycji bon. Interesowały ją zwłaszcza przerażające dla ludzi z Zachodu rytuały cie odprawiane na miejscach kremacji. Podczas nich adepci przyzywali upadłe duchy, upiory, demony i gniewne bóstwa oraz intensywnie wyobrażali sobie własne umieranie i rozkład ciała. Miało to służyć – poprzez ostateczne przezwyciężenie stanu opętania – zapanowaniu nad lękiem przed śmiercią. Ponieważ jego żona robiła nawet wykłady na ten temat, on został niejako automatycznie wprowadzony w pewne tajemne szczegóły, z którymi nota bene nie do końca się zgadzał. Znał konkretne przykłady z praktyk, o których publicznie nie wspominał żaden z wziętych buddyjskich mistrzów.

Teraz skomentował z pewnym sarkazmem metody medytacji propagowane przez niektórych z nich. Według niego, ci azjatyccy nauczyciele wprowadzali białym ludziom zgoła dziwne wizje do głów. Na przykład zalecali mantrowanie nazwiska Adolf Hitler w celu uruchomienia mocy. Laszuk uważał, że w tym wypadku mogło się to okazać groźne dla homeostazy rodowitego mieszkańca zachodniego świata, przede wszystkim Europejczyka.
Jedni przytakiwali dezaprobacie Jerzego, ale inni milczeli. Żywja mogła jedynie opowiedzieć własne psychotyczne doświadczenie ataku ducha Hitlera oraz wizję koźlogłowego Bafometa.
– Nie wiem na ile to zetknięcie się, istna psychoza strachu, mogło być wywołane faktem, że moi przodkowie po mieczu kilka pokoleń wstecz byli Niemcami – pokusiła się na koniec o jakiś wniosek. – A to Niemcy właśnie przywołali na pomoc piekielne siły próbując przejąć ich moc. Teraz, aby wrócić na jasną drogę muszą stawić im najpierw czoło, spojrzeć samym sobie w oczy. I przezwyciężyć je.
Nikt nie podjął dalszej rozmowy, nie próbował ocenić ani zaklasyfikować do czegokolwiek jej doświadczeń, które były, jakie były. Wypowiedź została wysłuchana, przyjęta i na tym koniec. Zapadła cisza. Ponieważ rozmowa przestała się kleić, a z dyskusji nic nie wyszło, Żywja przesunęła się dalej pośród gości.

Wkrótce zagadnął ją Leonard Skręcki, świetnie prosperujący finansowo mistrz neurolingwistycznego programowania mózgu. Niewysoki, trzydziestokilkuletni, ciemnowłosy mężczyzna z kilkudniowym zarostem, pulchną twarzą i zaokrąglonym brzuszkiem zasiadał na krześle pod ścianą otoczony wianuszkiem znajomych pań w różnym wieku. Żywja zauważyła, że na ścianie gromadzą się przy nim duże tłuste karaluchy. Przypadkiem stąpnęła na jednego i zgniotła go swoim ciężarem. Wylał się z niego wstrętny ciemny płyn.
Zaczęła polemizować z Leonardem na temat jego twierdzeń głoszonych pewnym siebie tonem.
– Zaspokojenie każdej materialnej zachcianki na mocy manipulowania przekonaniami podświadomości nie równa się wtajemniczeniu duchowemu – stwierdziła chrząkając, bo głos utknął jej na chwilę w gardle. – Wręcz przeciwnie, sprawia, że naturalna harmonia rozwijających się potrzeb zostaje poważnie zakłócona. Przez ego, które nie zna planu życia w wyższym zakresie. Pogłębia to chaos wewnętrzny i może przynieść nieprzewidywalne skutki.
– Jakież to? – zapytał drwiąco Leonard. A otaczające go panie wbiły w Żywję swoje jeszcze bardziej kpiące spojrzenia.
– Można by je przyrównać do poltergeistu – wyjaśniła. – Prędzej czy później w życiu pojawią się serie przypadków i nieprzewidzianych drobnych, ale nękających zdarzeń wprawiających człowieka w przestrach, chaos i depresję.
Karaluchy jednak broniły nieświadomości Leonarda Skręckiego złażąc się i uparcie krążąc blisko niego. Żywja szybko porzuciła tę rozmowę i usunęła się w głąb sali.

Chwilę później pewna kobieta w zbliżonym wieku, Anna Maria Cudna, naciągnęła ją na zwierzenia. Sama jej się przedstawiła i oznajmiła ściszonym modulowanym głosem, że jest wróżką, mianowicie tarocistką. Miała wielkie brązowe oczy pomalowane w staroegipskim stylu, proste, długie do ramion czarne włosy i godne podziwu przekonanie o swych nadzwyczajnych zdolnościach i posłannictwie.
– Niestety, chociaż znam Tarot, umiem się nim posłużyć, to jednak nie mam żadnej pewności, że potrafię go prawidłowo odczytać. Nawet po latach używania – przyznała szczerze Żywja.
Anna Maria Cudna odgarnęła włosy za ucho delikatnymi palcami i wstrzymała oddech wpatrując się w nią dłuższą chwilę błyszczącym wzrokiem, nie mrugnąwszy ani razu. W końcu stwierdziła kategorycznym głosem, że tak, Żywja będzie jeszcze w swoim życiu szczęśliwa. Żywję ogarnął natychmiast niezrozumiały głęboki smutek. Przezwyciężyła go siłą woli i odeszła.

Ta dość nieokreślona sytuacja towarzyska trwała do czasu, gdy ukazał się w „Niewidzialnych Światach” jej nowy artykuł. Pisała go długo, kilka lat. Powodowana przejmującymi snami, po których czuła się zmuszona szukać potwierdzeń nie tylko w dziejach różnych państw świata, ale i literaturze pięknej i profetycznej. Zawarła w nim interpretację starożytnych proroctw przepowiadających rozpoczęcie publicznej działalności kilkorga zwiastowanych całe wieki wcześniej boskich inkarnacji. Był wśród nich przywódca jednego ze światowych mocarstw, któremu Żywja przypisała rolę nostradamusowego króla grozy. Którego miał opanować potężny daimonion Echnatona, Aleksandra Macedońskiego i Napoleona.
Ten artykuł wzbudził wielkie zainteresowanie czytelników. Redakcja została zalana listami i mejlami, a ludzie, których Żywja poznała na spotkaniach zdecydowali się nawet przeczytać jej ostatnią książkę. Długo niewiele do niej z tego docierało, póki nie zadzwonił telefon i głos głównego redaktora „Niewidzialnych Światów” nie zaprosił jej na spotkanie w redakcji.
– Odbędzie się tylko w gronie naszych stałych współpracowników – namawiał ją z zaangażowaniem i wyjaśniał skwapliwie – To jest istotne dla omówienia szczegółów ważnych spraw, które ostatnio wynikły w sensie ogólnym. Chcemy posłuchać, co w trawie piszczy, aby ustalić strategię wydawniczą na dłużej i zorientować się w tzw. duchu czasów.
Poszła. Redaktor naczelny był elokwentny i nieustępliwy, przekonywał zawsze aż do skutku, nie umiała się oprzeć.

I tak znów znalazła się w sali pełnej różnych osobistości. Było dość tłoczno. Jak zwykle nikt jej tam nie zauważał. Przywitana przez naczelnego i obdarowana sokiem brzoskwiniowym w wysokiej szklance (niewielu spośród zaproszonych pijało alkohol, dlatego odstąpiono od częstowania gości zwyczajowym wytrawnym winem) zaszyła się szybko w kącie, rozglądając nieśmiało po wnętrzu.
Wtedy ze zdziwieniem zdała sobie sprawę, że kilkoro obecnych rozmawia o jej ostatnim artykule, przeważnie w tonie krytycznym i ironizującym.

Prym w tym ironizowaniu wiódł starszy niski drobny pan w starannie odświeżanym garniturze. Zaaferowany rzucał argumentami przeciwko jej wywodom ostro i twardo, jak kamieniami z procy. Niechcący podsłuchała go w chwili, gdy klarował komuś, że „na Zachodzie tylko się czeka na coś takiego”, ale to jest „czysty wymysł”, nie poparty żadnymi faktami, a z jej strony to niewątpliwie próba ambicjonalnego wejścia na szczyt. Na koniec wyśmiał liczbowe zasady użyte przez nią do interpretacji starożytnych przepowiedni.

Miała już zamiar niepostrzeżenie stamtąd wyjść, ale temat uległ zmianie. Niewykluczone, że ktoś zauważył jej przybycie i dyskretnie dał znak dyskutantom, aby zamilkli. Teraz towarzystwo zaczęło z aprobatą omawiać artykuł Wiesława Kowala zamieszczony w najnowszym numerze „Niewidzialnych Światów”. Artykuł traktował o możliwościach zmiany przyszłości, o ile jednostka nie ulegnie manipulacjom stosowanym przez masowe media i systemy reklam, tudzież polityków promujących swoje obietnice i idee tak jak proszek do prania czy pastę do zębów. Manipulacje te dają się dokładnie odczytać z tranzytów dalekich planet, a uświadomienie sobie zawczasu ich sensu może przynieść autentyczną wolność od wpływów. Gdy zaczną one oddziaływać w życiu codziennym.

W takim razie jedna z obecnych pań rzuciła przykład, w którym jej klientce ze zdiagnozowanym już złośliwym nowotworem żołądka choroba cofnęła się całkowicie wbrew nieugiętym przewidywaniom medycznym. Ktoś inny zaraz zripostował opowiadając o częstych faktach uzależniania się klientów odwiedzających wróżki i astrologów w doborze partnerów i partnerek życiowych. Znał konkretne przykłady, w których zadeklarowane już zaręczyny i ustalone daty ślubu zostały cofnięte po konsultacji z wyższym wymiarem.
– Tak, to wymaga ostrożności i doświadczenia – orzekła pani od opowieści o raku. – W żadnym wypadku nie należy ludzi straszyć, a koncentrować się raczej na pozytywnych aspektach, które zawsze występują.

Przysłuchiwała się temu z boku młoda pulchna kobieta mająca niewyraźną minę. Jak się okazało także astrolog. Gdy kontrowersyjny dyskutant odszedł, pani od raka zwróciła się do niej pocieszająco i pouczająco zarazem, powołując się na usłyszane przed chwilą zdanie przedmówcy.
– Zastanów się, czy twoja samotność nie wynika jednak ze zbyt wielkiej krytyczności przy badaniu horoskopów kandydatów do ręki.
– Ha! – parsknęła młoda astrologini – Trzeba w ogóle mieć takie horoskopy. U mnie to już prawdziwa samotność.
Po czym odeszła w inne miejsce sali witając się z parą wziętych feng-szueistów, którzy pomagali jej przestawić odpowiednio meble w mieszkaniu oraz radzili umieścić w nim dodatkowe symbole przyciągające miłość i radość.

Dopiero pod koniec zjawił się spóźniony (jak zazwyczaj) Wiesław Kowal. Od progu zajął się rozmową z naczelnym redaktorem i niewiele zwracał uwagi na zgromadzonych, a tym mniej na wbitą w kąt Żywję. Wtedy to, zmobilizowany jego obecnością znów wyruszył z krucjatą przeciwko niej chudy staruszek, który znalazł tyle błędów merytorycznych w artykule.
Nadzwyczajnie podniecony zaczął robić kilku chętnym słuchaczom wykład o dyktatorach, którzy byli wcieleniami Szatana. Wymienił rząd postaci historycznych władców, Nerona i jego parę, Robespierre`a i Napoleona, a jako ostatnich w kolejności Stalina i Adolfa Hitlera. Jest ich wszystkich sześciu, ponieważ to liczba Bestii i w ogóle opozycji.
– Wszyscy oni działali pod przemożnym wpływem znaku Skorpiona w swoich horoskopach – orzekł starszy pan autorytatywnie. Po czym zaperzony stwierdził drwiąco (odnosząc się do przepowiedni z artykułu i być może samej Żywji), że:
– Kobiety u władzy zdarzają się jedynie w krajach protestanckich, a poza tym, ażeby uzyskać autorytet i pozycję w jakimkolwiek państwie kobieta zawsze musi być mężatką.

W tym samym momencie szala przeważyła. Żywję ogarnęła fala gniewu i wojowniczy nastrój. Ruszyła ku niemu napełniona nienaturalną u siebie siłą i zapędziła krytykanta na krzesło. A gdy usiadł zaskoczony oznajmiła głośno i dobitnie, pochylając się tuż przed jego twarzą, że jej spodobało się uważać inaczej i że jeszcze zobaczą, kto z nich ma rację.

Po tym spotkaniu, na które żałowała, że w ogóle poszła, nad ranem coś lub ktoś chciało się do niej zbliżyć, ale wtedy z jej splotu słonecznego „szurnęły” ku niemu smoki i ogniste węże i natychmiast zlikwidowały zagrożenie. Ocknęła się do głębi zdumiona.

Te i podobne zdarzenia mocno ją przygnębiły i obudziły minione lęki. Nieśmiałość i skrytość znów powróciły i zaszyła się w mieszkaniu na wiele tygodni, chyłkiem wychodząc jedynie rano i wieczorem na spacer z psem. Albo niekiedy do pobliskiego pubu na piwo ze znajomymi, którzy nie mieli żadnych powiązań z uduchowionym towarzystwem. Wolała rozmawiać ze zwykłymi ludźmi o codziennych nadziejach, kłopotach i sprawach.
Trapiły ją koszmary. Wdrapywała się z mozołem na wysoką stromą górę i gdy była już prawie u szczytu, w cieniu najtrudniejszej do pokonania zwisającej skały porzucała ambitny zamiar i spadała w dół, gdzie czekało stado czyhających na jej upadek uśmiechających się zjadliwie wrogów… Albo atakowały ją w wodzie krwiożercze piranie, bądź rzucał się na nią lew lub tygrys w zamiarze przegryzienia jej gardła.
Przeczucie takiego nastawienia do niej całej grupy ludzi miało swoje realne uzasadnienie, gdyż czasem dostawała jakiś dziwnie pocieszający mejl lub telefon w tonie współczującym i litościwym. Zrobiło się wokół niej niejasno i cicho.

Któregoś razu cofnęła się w medytacji do źródeł swego życia. Ukazał się jej Książę, zasiadający na tylnym siedzeniu samochodu. Przypominał filmowego aktora, Zbyszka Cybulskiego. Towarzyszyła mu Księżna, wyraźnie czymś zaniepokojona. Książę z jowialnym uśmiechem na twarzy zachowywał pełen spokój.
– Czuwam nad swoim dzieckiem – oznajmił w końcu dobitnie – ale ruszę się dopiero w ostateczności. Ma się nauczyć samodzielności.
A gdy Księżna spojrzała na niego niepewnie, dodał szybko:
– Przecież posiada wrodzoną siłę mojego charakteru, a z nią na pewno sobie poradzi.

Cd. >>>

(Rysunek pochodzi z bloga Babci Ezoterycznej i został zrobiony jej ręką)

Zbiorowa karma

Zaczął się nowy obrót świata, czyli revolutio solis. Słońce weszło w znak Barana rozpoczynając nowy rok astronomiczny, i astrologiczny również. Z horoskopu wiosennego wróżyło się niegdyś wydarzenia dla świata.

Podsuwam co bardziej ciekawym obraz mapy nieba na ten moment, planety i gwiazdozbiory widziane z Warszawy.

horoskop

W oczy rzuca się Mars (chyba każdy zna jego symbol, kółko ze strzałką w górę), znajdujący się prawie dokładnie w punkcie zachodu, czyli Descendentu horoskopu (to ten skraj prawy). Takie położenie, plus jeszcze wejrzenie Marsa na Wenus w aspekcie kwadratury, zapowiada rozpolitykowanie, awanturnictwo i walki słowne, aż do utraty rozsądku. Tematem będą sprawy gospodarcze i finansowe, ceny żywności, podatki (Byk), ponadto kwestie obyczajowe i kobiece, feminizm, aborcja, sztuczne zapłodnienie i prawa dla LGBT+, oraz diety (wzbiera atmosfera sekciarstwa w tej branży) i ochrona zwierząt i przyrody. Wszystko przerysowane karykaturalnie, pełne agresji, złości, krzyku, pretensji, nienawiści i obrzucania się nawzajem kalumniami. Przypomnę, ma to być w Polsce rok wyborów…

Akurat w tym noworocznym czasie przydarzyła mi się rozmowa z Pawłem Z., współ-Śniącym. A zabrzmiała tak:

PZ: Śniłaś mi się dziś…

ES: Co takiego?

PZ: Miałem intencję oczyszczenia gniewu, który zalega w mojej duszy. Bo wieczorem przyszła taka wizja, jak ta energia zalega w mojej duszy i przejawia się w życiu. Śniłem o jakiś zawodach. Później matka kazała mi zbierać czerwone porzeczki z krzaczków z różnych stron domu. Ponieważ na każde inaczej słońce świeciło i każdy krzak ma inne właściwości. Później w sypialni rodziców spotkałem Ciebie. Dyskutowałaś o mnie z jakąś kobietą. Mówiłaś o tym, że straszne rzeczy moja dusza zrobiła. I trzeba na mnie uważać. Bo mogę nieświadomie coś napsocić. A ja zaraz po tym opowiadałem Tobie o tej wizji energii gniewu.

ES: Te porzeczki to twoja karma, a może raczej nie twoja, tylko przypisana przez matrycę karmiczną, drzewo karmy, rodu. Zbierać=przyswajać.

PZ: No, właśnie mam tą porzeczkę zjeść? Bo ten gniew wypłynął dziś na górę i mnie męczy na klatce piersiowej, w splocie i gardle mi ciąży ta energia.

ES: Czemu nie? Chorobotwórcze owoce są w kolorach ciemnych, granatowym, sinym, czarnym, spleśniałe. Zdrowe owoce można jeść i przerabiać. Co do mnie to kojarzę ci się z kimś, kto wie więcej, niż można zobaczyć gołym okiem. To istota przewodnia. Może mówi o tkwiącym w tobie lęku przed sobą samym, albo coś się jeszcze wyjaśni na ten temat w przyszłości. Nie bierz odpowiedzialności za wszystkie grzechy tego świata! Po prostu oddaj to Bogu. Ufnie.

PZ: Zbierałem też czarne/granatowe owoce. Ale na koniec porzeczki. Matka mnie do tego przymusiła, robiłem to niechętnie.

ES: Te ciemne, to pewnie ów gniew. I osłabienie. Gdy mnie się śnią takie owoce to przeważnie szybko zaczynam mieć kłopot ze zdrowiem, przeziębienie albo depresja, osłabienie.

PZ: No, mnie ta energia przytłoczyła trochę i odczuwam ból w ciele z tego powodu. Jakby dusza ta energie do świadomego ja wpuściła, teraz trochę idę w stronę puszczania.

ES: Pewnie tak. Mam wrażenie, że wciąż czegoś nie rozumiesz. To nie ty, Paweł musisz dźwigać grzechy świata i walczyć o zbawienie. Zdaj ten ciężar na wyższe byty.

PZ: i chcę to rozpuścić. Hm…

ES: Niech twoja dusza to rozpuści poprzez ciebie. To taki niuans, ale ważny. Zatrzymałeś coś w ciele, bo nie jesteś w stanie tego zrobić. Nie ty, ale twoje wyższe aspekty. One to potrafią. Rozpuść znaczy roz PUŚĆ to.

PZ: Więc znak, że trzeba jeszcze popracować, bo coś się zaczyna ujawniać.

Dwa dni później:

PZ: Kontynuowałem rozpuszczanie gniewu. Śniłem o okupowanej Polsce, walkach młodych chłopców z Niemcami. I o nieudanym powstaniu przeciw Niemcom, chyba w getcie warszawskim. To chyba moje wcielenie ciąży mi z tego okresu. Na koniec obraz zalania wszystkiego krwią.

ES: Niekoniecznie. To karma zbiorowa. Po prostu jesteś Rybką i cierpisz za miliony. Dobrze jest nauczyć się to rozróżniać. Wiem co mówię, bo zbiorowe historie to u mnie częste w snach.

PZ: To może być tak, że ten gniew przechwytuje moja dusza z zewnątrz i sama się piętrzy, choć źródło nie koniecznie może być związane z jej doświadczeniami?

ES: Trudno jest rozpuścić zbiorowe nastawienia i poczucie krzywdy, gniew i wściekłość. To, co możesz, to rozpuścić własny stosunek do tych zbiorowych przeżyć. Przebaczyć i poniekąd wypisać się z tej bajki. Przynajmniej zdobyć dystans, zwłaszcza, gdy się przejawiają te sprawy na zewnątrz ciebie.

PZ: Tak, ja nie chcę czyścić pół świata! Ja chcę tylko, póki co, rozpuścić gniew zebrany w mojej duszy.

ES: Te sny to telepatia, mediumizm, nazwij jak chcesz. Po prostu brak granicy ja-oni.

PZ: W sumie to pasuje do wizji gniewu w duszy. Który był jak dym, nie sposób było go uchwycić, ciągle się ruszał.

ES: Myślę, że w dość bliskich latach ujawni się dużo wrogości w społeczeństwie, naszym i za granicą. Ta karma spowoduje nowe zamieszki i krzywdy. Dlatego ważne, żeby nie brać tych rzeczy osobiście, bo cię to wciągnie. Pracuj nad odpowiednim poglądem wobec tego. Jesteś młody, możesz jeszcze wylądować w woju itp. Ech, pewnie to właśnie mówiła moja osoba w twoim śnie niedawno.

PZ: Tylko to samo mi tak wchodzi. Ja chcę swój gniew, który przejawia się w życiu, wyczyścić. A tu mi się podpina pod sny, które jak film wyglądają. Ten dzisiejszy sen był jak film.

ES: Polityka to taki kanał, którym ta chmura wyłazi, manifestuje się.

PZ: Ty tego typu sny masz często, jak czytam na blogu.

ES: Oboje należymy do neptunowych typów, ty nawet bardziej, jako Rybka. Mnie jest łatwiej rozróżnić siebie od innych i nie brać tego, co widzę osobiście. To tak, jakbym oglądała telewizję, kino, a w nim różne pouczające i wzruszające albo przerażające obrazy. Taki stosunek to chyba najlepszy sposób na zbiorową karmę w snach. Inaczej w życiu można zostać Don Kichotem.

PZ: No, tak…

ES: Nie dawaj się nabrać. Trzymaj się faktów i ziemi.

PZ: Kurczę, ale już prosiłem wyższa jaźń, duszę i nadduszę o wyczyszczenie gniewu mojej duszy, a tu filmy o 2 wojnie i podpinanie pod zbiorowy gniew, związany z 2 wojną. I stosunkiem Polaków do Niemców.

ES: Być może tacy jak my, mają w sobie jakiś ułamek duszy zbiorowej.

PZ: Ale generalnie mam trochę tego w sobie, bo od dziecka nie przepadam za Niemcami.

ES: To są wszystko zbiorowe stereotypy. I trzeba je widzieć w sobie. Wtedy nie szkodzą. Stereotypami operują politycy, grupy, a zatem jest to lina, na której są prowadzeni niewolnicy przekonań, takich czy siakich.

PZ: Chyba za bardzo na głęboką wodę chcę wypłynąć.

ES: Karma zbiorowa jest siłą bezwładną. Można utonąć, ani pisnąć.

PZ: Masz rację. Dzięki za pomoc.

ES: Z tego zdarzają się niewinnym ludziom wypadki typu: dostać w mordę od wściekłego narodowca, albo gazem w oczy podczas manifestacji pokojowej, gdy się tylko przechodziło obok po lekarstwo dla babci.

PZ: Uuu…

ES: Trzymaj dystans. Czasem trzeba się pomodlić za tych czy owych, ogarniętych amokiem zbiorowej karmy, ale za nich życia nie przeżyjemy, ani nie wyciągniemy wniosków z doświadczeń. Pewnie my już mamy je za sobą w jakimś sensie, dlatego widzimy rzeczy z góry, jak to jest zbudowane. Większość ludzi nie ma o tym pojęcia i daje się wciągnąć w grę. Taki mają los, czyli Konieczność. Zresztą, tak do końca nikt nie wie co go czeka i na niego spadnie od tej strony, nawet, gdy trzyma dystans.

PZ: Właśnie się modlę o to. Teraz usłyszałem od wyższej jaźni, że dusza sama w sobie nie żywi gniewu, tylko przez interakcje z zewnętrznym światem powstaje ten gniew jako reakcja. Ja to źle odbierałem, wychodzi na to, bo doszukiwałem się jakiegoś źródła energii gniewu w duszy. A to nie tak do końca…

Kilka rad na temat korzystania z czasu

Dla tych, którzy nie wiedzą o astrologii wiele, nie chce im się tego wiedzieć, albo i wcale w nią nie wierzą.
Dla młodych niedoświadczonych, którzy nie chcą doświadczać po raz niezliczony tego samego, czego doświadczali ci, którym się nie udawało.
Rada od astrologa.

Czas wiadomo jest iluzją, jest względny, jest wiecznym teraz i tak dalej. Ja nie o tym.
Przynajmniej na razie.
Czas składa się z rytmicznie powracających cykli. Łatwo doprawdy jest zapamiętać kilka z nich. O dwóch uczą nas od dziecka.

To cykl księżycowy – prawie miesiąc trwający, składający się z 4 kwadr, w tym dwóch najważniejszych momentów: nowiu i pełni.
Oraz cykl słoneczny – roczny, składający się z 12 odcinków miesięcznych, czterech pór i czterech przesileń.

Otóż operując już wiedzą o tych dwóch cyklach można wiele. Nie trzeba do tego skomplikowanego horoskopu. Zapamiętajcie proste zasady postępowania.

W czas nowiu i pełni niczego nie zaczynać i nie decydować na dłuższą metę. Można się bawić, uczyć, robić wycieczki, stowarzyszać, ale nic poza tym. Szkopuł w tym, że w tych momentach pokusa zaczynania czegoś poważniejszego, albo wyprawiania hucznych imprez z myślą o późniejszych zyskach bywa silniejsza, niż w inne dni. Jeśli dasz się skusić, masz przechlapane. Udaje się tylko to, co zazwyczaj i robione bez myślenia o przyszłości i długofalowych efektach. Jeśli imprezy to takie, po których długo spłacasz kredyt.
Po nowiu zaczynają się nowe okoliczności, księżyc rośnie, a wraz z nim rośliny nabierają soków, jak i nasze ciałko. Po pełni księżyc maleje, a z nim nasze apetyty. Wszystko co się rozwija, rośnie, przybiera należy zaczynać w pierwszej połowie miesiąca księżycowego. Wszystko co ma się kurczyć, schnąć, chudnąć, konserwować się, tworzyć zapas na dłużej, a także kończyć rozpoczynamy po pełni.

Roczny cykl solarny rozpoczyna się u każdego kiedy indziej, w dniu jego urodzin. I trwa do następnych urodzin. Pół roku po urodzinach słońce zajmuje pozycję naprzeciw swej urodzeniowej i niesie najwyższy wydatek energii. Do tego okresu trudzimy się nad jakimś wyznaczonym sobie lub narzuconym przez życie zadaniem, przychodzi swoiste jego wypełnienie lub rozwiązanie i od tego czasu zaczynamy widzieć świat z innej perspektywy oraz wyznaczać sobie inne cele, których zakres to kolejne pół roku.
O tym cyklu, ponadto dobrze jest wiedzieć, że na około miesiąc lub 1,5-2 przed jego zakończeniem, czyli powiedzmy na 2 miesiące przed urodzinami – niczego nie zaczynamy! To czas dopełnień, zakończeń, wypalania się energii roku. Zwróćcie uwagę, że wtedy właśnie najczęściej starzy ludzie umierają. Ewentualnie pół roku później od tego okresu. Można planować, wypełniać swoje zadania, obowiązki, ale niczego nie zaczynać! Nie przeprowadzać się, nie szukać nowej stałej pracy, nie składać podań, których realizacja jest przewidziana na rok następny, nie zapisywać się na dłuższe kursy czy studia dodatkowe, nie oświadczać osobie wybranej. To po prostu nie wyjdzie, nie wypali, co najwyżej zabłyśnie, jak gwiazdka na niebie i upadnie. Można za to zwalniać się z pracy, rozwodzić, podliczać zasoby, zadbać o zdrowie, oczyszczenie organizmu i odpoczynek, zająć się refleksją nad sprawami mijającego roku i wnioskami z tego wynikającymi, to się przyda do planu na następny rok. Jeśli coś się kończy wtedy naturalnie – dostałeś wypowiedzenie, rzuciła cię dziewczyna czy chłopak nie daj się ponieść emocjom i lękom! Nie ganiaj za nową parą, a jeśli taka się znajdzie, bądź na luzie, bo jeszcze wejdą nowe okoliczności, nie ubijaj interesów z pierwszym chętnym założyć z tobą spółkę nie na twoich warunkach, nie szukaj lokalu pod wynajem, nie inwestuj – to nie wyjdzie! Zestresujesz się jedynie, naładujesz rozczarowaniem, paniką i wejdziesz w nowy rok życia, który przecież nadchodzi jak zawsze – z poważnym ubytkiem energii i zniechęceniem. Twoje działania nie będą miały stosownej siły, albo pójdą na odkręcanie błędnych kroków, które już zdążyłeś podjąć w nieodpowiednim do tego czasie.

Istnieje jeszcze inne niebezpieczeństwo. Zaćmienie. Tak samo słońca, jak księżyca. Zasada jest taka: nigdy nie zaczynaj nic w takim momencie, który rozciąga się potem na dłuższy okres niepowodzenia, miesięcy i nawet lat. Na pewno spotka cię przykra niespodzianka, awaria, coś, czego nie wziąłeś pod uwagę, zatem, gdy to zjawisko się odbywa akurat na niebie, pozwól mu się zwyczajnie wypalić. Poznawanie nowych ludzi, spotkania z rzadko widywanymi znajomymi w tym czasie skazane są na nieprzyjemności, rozczarowanie, zgrzyty i szybkie zakończenie znajomości. W żadnym razie zatem nie zaczynaj wtedy spraw, na których ci zależy. Nigdy! A jeśli coś ważnego wtedy walnie, nie siłuj się z przeznaczeniem, szkoda twoich łez. Chyba, że złamałeś nogę, jadąc na rowerze do pracy, zajmij się rekonwalescencją, która pewnie potrwa dłużej.

Znając tylko te dwa podstawowe cykle i ich zasady będziesz się umiał poruszać po życiu w zgodzie z czasem, a nie pod włos, oszczędzisz sobie wielu stresów i zbędnych życiowych ruchów.

Są jeszcze inne cykle, z których najważniejszy jest 12-letni cykl Jowisza i 29-letni cykl Saturna. Każdy dzieli się na 4 pory, ma swój początek i pełnię. Z nich wyprowadzają się okresy 3 i 7-letnie. Ale to już głębsze wtajemniczenie, wymagające obliczeń. Można wiedzieć, że zazębienia się tych dwóch cykli, odbywające się co 20 lat mają wpływ na sprawy społeczne, państwowe, systemowe i rzadziej są odczuwane jako wyzwania w osobistym życiu.

Wnioski z tego daje wyciągnąć się takie: że najlepiej człowiekowi idzie w życiu wtedy, gdy nie przywiązuje się do efektów, planuje w zgodzie ze swoją naturą i okolicznościami, pozwala odchodzić ludziom i sprawom o ich własnej porze i bawi się każdą chwilą, błogosławiąc jednakowo każdej zasadzie, dobrze czy źle mu życzącej, rosnącej czy zanikającej.

Sny wiedzy

1.
Wokół trwa kosmiczna, przepastna noc, ciemność nieskończona, przetykana gdzieniegdzie maleńkimi iskierkami gwiazd. Mroczna otchłań rządzona przez prastare nad-inteligentne istoty, skazane na nieuchronne zniszczenie w chwili końca wszechświata. Pozbawione jakiejkolwiek nadziei, radości, ponure i złe rządzą uniwersum aż po jego kres. Dalej ich władza nie sięga. Idziemy na spotkanie z nimi, dokładnie określonymi szykami, liczba za liczbą. Odważni straceńcy, ginący szeregami po to, aby świat ludzki mógł dotrwać do Wielkiej Chwili i otworzyć oczy, gdy odwieczna noc pierzchnie. Była nas określona liczba, jak 144 tysiące oznakowanych. Przejmujące odczucie bezwzględnie dołującego smutku w kontakcie z Panami Mroku, obudziło mnie.

2.
Należę do tajemnego ugrupowania, jako jedna z mnóstwa jego szeregowych członków. Na anonimowej tablicy ogłoszeń wielu z nas prezentuje swoje obliczenia i analizy wróżebnych odpowiedzi Księgi I-Cing, omawiając orzeczenia tak, aby zapowiadane przez nie wypadki, wywołujące konieczną przemianę nie były już potrzebne. Niestety, każda przepowiednia zawsze realizuje się całkowicie i literalnie, bez wyjątku. Ten brak postępów źle wróży na przyszłość. Może nie udać się plan storpedowania zapowiedzianego niszczącego końca ery uzyskaniem odpowiednio wysokiego poziomu zbiorowej świadomości.
Linie zmienne z obliczonych starannie na początku ery heksagramów dla poszczególnych odcinków czasów symbolizują piętra świadomości, na których byli ci, którzy prowadzili całe ugrupowanie w czasie. Po kolei wraz z mijającymi okresami i wiodącymi wróżbami zmieniali się także nasi tajemni szefowie. Zaczynamy w końcu rozmawiać między sobą w grupach jednego poziomu, wymieniając się spostrzeżeniami i zaniepokojeniem. Szef powinien być ogarnięty najwyższym światłem i według niego prowadzić stowarzyszenie. Tymczasem za każdym razem, krótko po zmianie przywódcy zagarniała go ciemność. Wyłaniała się ze studni Czeluści istota z głową gwiazdy włochatej, o piekielnej twarzy i straszliwym wyrazie oczu i pożerała go.

  • Co robimy? – pada dramatyczne pytanie.
  • Walczymy dalej, walczymy do końca – nasza odpowiedź jest zgodna i w skupieniu rozchodzimy się każde do swych prac i zadań.

nephilim-giant-sumerian-anunnaki

3.
W grupie specjalistów trwają dociekania lingwistyczne nad zestawieniem różnych informacji wyciągniętych z kilku starożytnych tekstów hebrajskich, częściowo biblijnych, częściowo talmudycznych, odrzuconych apokryfów, glinianych tablic i rytych w kamieniu napisów dawnych bliskowschodnich kultur. Wracamy do przechowanych w archiwach prywatnych i na uczelniach, zapisów i notatek robionych przez nieżyjących już archeologów i poszukiwaczy źródeł. Śnię jednym z badaczy. Odkrywamy wreszcie, składając ze sobą różne podania i wersety, pewne tajemnice ukryte pod nazwami olbrzymów i mitycznych postaci. Ujawnia się nam nie tylko historia pojawienia się dziwnych nad-istot w dziejach żydostwa, ale i ich starannego ukrycia w kanonicznych pismach świętych. Znajdujemy zaszyfrowane nazwy miejsc i starożytne ośrodki ich kultu i przekazu w czasie. To były ponure i bezbożne istoty, budzące niezrozumiałą grozę. Miały jakiś swój interes w uzależnieniu od siebie ludzi rządzących, a poprzez nich reszty. Osób świadomych owego kultu i zachodzących kontaktów było w dziejach bardzo niewiele. Pisma zostały dawno temu tak zamaskowane, że trudno jest odróżnić kult owych istot od czci oddawanej bogom pogańskim, także od przekazu o Bogu i od Boga. Ujawnia się oto przed nami starannie zakryta w starożytności droga do Przybyszy, straszliwych Innych. Oni nadal istnieją, w konkretnych miejscach, ale ukryci. Czekają.

4.
Stoję w kościele, pośród zgromadzonych licznie ludzi. Moją matką jest wysoka, bogata kobieta, darzona tutaj dużym szacunkiem. Przedstawia właśnie wszystkim swego przyjaciela, żydowskiego rabbiego. Przyprowadziła go po to, aby mógł nas pouczyć. Z pewnym zaskoczeniem bąkam, stojąc z boku, że doszły mnie słuchy, iż ci rabini, wtajemniczeni w kwestię klątw dziedziczą klucz do mocy dzięki pokrewieństwu, gdyż należą do starożytnego rodu ludzi jednej krwi. Matka lekceważy moją uwagę, macha dłonią stwierdzając, że „to tylko głupia plotka”.
Stary rabbi demonstruje przed zgromadzeniem magiczny wisiorek. Na splecionych ze sobą pracowicie sznureczkach wisi symbol przypominający tarotowe słońce, uśmiechnięte i promieniste. Aby uruchomić energie – objaśnia uczony starzec – podciąga się do góry specjalną koszulkę, która odkrywa drugą ciemną stronę znaku. Słońce jest tam straszliwie wykrzywione i ciska pioruny.
Słuchacze rabbiego nie chcą słyszeć o używaniu w ten sposób amuletu. Nie podciągają koszulki i błogosławią jedynie jasną stroną, drugą pozostawiając w nieświadomości. Rabbi, po kilku próbach przekonania ich do pierwotnej metody zaklinania, nagle wpada w szał. Ściąga koszulkę ze słońca. Gwałtowny ruch rozrywa sznurki, kryształowy amulet upada na posadzkę roztrzaskując się na kawałki. Rabbi krzyczy z rozpaczą i w wielkim wzburzeniu, głos mu drży i załamuje się:
– Niechaj przyjdzie przekleństwo i zło, które wywołaliście swoim tępym uporem. Prawda i Wiedza nie ima się waszych umysłów i serc, więc doznacie kary, która spada na tego, kto nie chce ich znać! Przeklinam was! Oby to stało się dla was nauką, jeśli nie chcieliście uwierzyć w moje słowa!

Obudziła mnie fala szalonego gniewu.

5.
Rozmawiam z Rosjanką. Wysoka, długowłosa, w długiej sukni i czepcu na głowie. Opowiada mi szczegółowo i z powagą to, co jest już wiadome w grupie wtajemniczonych rosyjskich wiedunów. Otóż przyszłość uległa sporemu skróceniu, z powodu przyspieszenia rozwoju zbiorowej świadomości. Z możliwych początkowo 155 lat (rozumiem, że trzeciego milenium naszej ery) całe przeznaczenie ma wypełnić się do 95 roku.
Pytam o Polskę.
– Ach, Polacy – uśmiecha się tak, jakby coś mało ważnego właśnie sobie przypomniała. – Tak, odegracie pewną rolę w latach 30. i 40.tych…

dzieci o czarnych oczach

6.
Śnię młode pokolenie. Zaatakowane przez ryby. Dziwne ryby, drapieżne. Odkryliśmy, że Ziemię dawno temu namierzyła rasa Rybonów. To istoty, które były skazane w Planie Boskiej Ewolucji na całkowitą przegraną, od nich – ryb – jak od dna odbiły się istoty niebiańskie próbujące rozwoju w materii. Teraz odbywa się skryta manipulacja. Rybony stworzyły własne nośniki cielesne w wodach i zaczyna to być widoczne. Mało tego, w pewnym momencie w skafandrach ludzkich pojawiły się wśród ludzi. Rozpoznaję jednego po obcym spojrzeniu wielkich czarnych oczu bez białek. Postanowiły odwrócić rozwój w swoją stronę, one na szczycie drabiny ewolucji.

7.
Widzę okiem Molocha ludzi, którzy mu służą i są jego pokarmem. Zamieniają się w cyborgi, nie wiedząc o tym. Mogliby dowiedzieć się jedynie wtłoczeni przemocą w przyrodę, a tego nigdy nie uczynią. Na jej tle czują się dziwnie nieswojo i przybierają miny i pozy, których ludzie-ludzie nie pojmują. Budują sobie para-naturę, starannie zabetonowane chodniki i podwórka, malowane parkany, strzyżone trawniki, zdalnie otwierane garaże, szyfrowe zamki w drzwiach. Zza nich nie muszą widzieć tego, co jest istotą życia, planety, Ziemi. Lecz mając władzę nad komunikacją medialną głoszą wyższość wygodnego i sterylnego cyborżańskiego świata nad ludzkim. Są opakowaniami dla rasy Panów, która szykuje się do ostatniej ekspansji w ziemski wymiar. Na szczęście owa rasa nie cierpi zapachów wsi i przyrody, więc kto żyw w swoim ciele i sercu, a nie bojący się zwyczajnych ludziom odorów, dla dobra własnego i swych dzieci ucieka ze sztucznego świata. Jeszcze jest trochę czasu.

8.
Czytam powieść fantastyczną w maszynopisie. Tekst wygląda dwojako, część opisuje regularną czcionką stan jawy, druga pisana italikiem dotyczy akcji dziejącej się we śnie. Autor jest znawcą techniki świadomego śnienia. Opisał sposoby unieszkodliwiania skutków ataków koszmarnych istot, wynurzających się co rusz z różnych pod-, nad- i bocznych światów. Ch`th`ummy unieszkodliwił odcinając je od przyszłości i od przeszłości. Jest tego mnóstwo, każda przygoda koszmarniejsza od drugiej. Powieść może służyć jako podręcznik dla świadomych spaczy i treningów stanów oobe. Bieg spraw jest jednak taki, że ów mistrz sennego karate im więcej koszmarów zlikwidował, tym bardziej koszmarniał na jawie, zamieniając się ostatecznie w potwora w ludzkiej skórze.

9.
Przebywam od niedawna w Londynie i wszystko mnie tu wzrusza. Właśnie zmarła królowa-matka i trwają przygotowania do uroczystości pogrzebowych. Książę Karol jeszcze się nie pokazał publicznie, ale pod kościołem zbierają się już tłumy. Dotarłam tam z dzielnicy pełnej Polaków, autobusem, w którym puszczano żałobną muzykę, zachwycona, że mogę brać bezpośredni udział w tym światowym wydarzeniu. Wśród gapiów mają swoje stragany handlujący różnymi pamiątkami, przystaję przy sprzedających zabawki. Moi londyńscy znajomi dorobili się już dwóch córeczek i wypada im kupić jakiś prezent. Nadarza się okazja, rozkładana skrzyneczka pełna drewnianych klocków. Wszystko kosztuje raptem 41 (złotych?), więc szybko się decyduję.
Zajęta kupowaniem zgubiłam moją towarzyszkę, z którą się tam wybrałam. Mamy spotkać się w umówionym punkcie miasta, więc zabrawszy ze sobą zakup idę jej szukać. Błądząc trafiam w jakąś boczną uliczkę, gdzie mój wzrok nabiera ostrości, a barwy rzeczywistości stają się wyraźne i mocne. Spotykam tam starego druida. Siedzi wprost na trawie przy ogromnym drzewie porośniętym zielono-szarym mchem. Pokazuje mi tajemny zapis na długim zwoju. Czytam w nim, że dokładnie za 2,1 roku od tego wydarzenia (czyli pogrzebu królowej) zajdą w Anglii straszne i ponure wypadki. Ludzie zaatakują jeden drugiego, a najbardziej zagrożone będą dzieci, skazane na brutalną śmierć. Potrwa to 3,11 lat. Podczas lektury obserwuję kilkoro niedorozwiniętych dzieciaków ogryzających omszałą korę z drzewa, przy którym stanęłam.

10.
Pracuję w nowoczesnym wysokim oszklonym budynku giełdy, skąd z okien rozciąga się widok na wspaniały park zabudowany kolosalnymi płóciennymi górami. Wymalowano na nich barwne i egzotyczne sceny z epoki jurajskiej. Nagle w jednej chwili zrobiło się na niebie ciemno, nadciąga straszna nawałnica. Ogromny piorun uderza w jedną z gór, po czym burza prędko się kończy. Zbiegamy się do okien, my pracownicy, bo widok zdaje się przerażający i dziwny zarazem. Jak gdyby ożywiony piorunem poruszył się namalowany na tle góry ogromny dinozaur i rusza na miasto! Na szczęście koniec burzy unieruchomił go wpół ruchu. Ktoś podszedł do tej gigantycznej maszyny i zaczyna ją ustawiać na miejscu.
– Mogło być naprawdę źle – słyszę z boku.
– Skąd! Może z innym, ale nie z Grzybem. On należy do Billa Gatesa… – odpowiada na to ktoś drugi.

Ten sen poprzedził sławetny krach na giełdzie nowojorskiej w 2008 roku.

11.
Obudził mnie w nocy strzał gdzieś w lesie. Polowanie? Rozglądam się po okolicy panoramicznym okiem. Strzał po chwili powtórzył się i ze zdumieniem stwierdzam, że musi to być wyrzutnia rakietowa. Huknęło, pocisk poleciał skądś z zagranicznych wschodnich terenów ku zachodowi i upadł daleko w lesie. Chwilę później rozlega się następny strzał. Tym razem trajektoria nieco się zmieniła, ku mojej wsi.
I kolejny huk, tym razem rakieta rusza dokładnie w moją stroną, w naszą pograniczną wieś i dokładnie dom. Zrywam się z łóżka z okrzykiem: Padnij! i jednocześnie pocisk trzaska mi nad głową. Wrażenie tak rzeczywiste, iż uświadamiam sobie, że to sen dopiero, gdy widzę obywatela Johna Smitha z amerykańskiego filmu, jako niezależnego dziennikarza, ewakuowanego na linie do góry przez śmigłowiec z dymiącego zniszczeniami miasta.

Dziwny, bo jakby świadomy traf chciał, że gdy przed świtem zapisywałam treść tego snu nagle rozległ się wielki huk. Niespodziewany grzmot burzy idącej od wschodu. Chwilę później następny. Trzeci grzmot zastał mnie już w łóżku. I na tym wszystko umilkło, bez kropli deszczu.
Tak to na kilka lat wcześniej zapowiedział się konflikt rosyjsko-ukraiński i aneksja Krymu.

A kiedy zasnęłam śniłam o sztucznie zaszczepionej zarazie dziesiątkującej ludzi z wielkich i mniejszych miast Europy.

11.
Młodzi kupili małe mieszkanie, urządzili się, po latach kupili większe, przeprowadzają się. Złożyła im wizytę matka. Stara się im pomóc, na tyle, ile potrafi, rozpala pod blachą ogień. Drzwiczki piecyka są pęknięte, cegły w rozsypce, ale ogień jeszcze jara się niezgorzej. Napełniając całe mieszkanko przytulnym ciepłem. Duch uniósł mnie i usłyszałam jego komentarz:
– Świat będzie się rozwijał jeszcze do 2030 roku. Na trzy lata wcześniej, w 2027 zaczną się kłopoty, by narosnąć i uderzyć ogromną epidemią, która łatwo się nie skończy. Cywilizacja już się z tego nie podźwignie. Wszystko się zmieni.

12.
Posiadam rasową krowę i stado kóz. W chacie mieszka kilkoro młodych ludzi. Dwaj młodzieńcy, dwie dziewczyny i ja, samotna właścicielka. Proponuję im układ.
– Dam wam do dyspozycji dom, gospodarstwo i możliwość utrzymywania się za codzienną pracę. Każde z was musi każdego dnia wykonać określone obowiązki. Oprócz tego dostanie możliwość rozwijania jakichś hobbystycznych zainteresowań. Ktoś może prowadzić pracownię fotograficzną, ktoś tkacką, ktoś garncarską, bo takie sprzęty są w domu. Zarobki z robienia serów kozio-krowich i innych przetworów pójdą do wspólnej kasy, z której opłacać się będzie dom, żywność, karmę dla zwierząt, media, podatki i ubezpieczenia. Zajęcia hobbystyczne mogą być źródłem indywidualnych zarobków przeznaczanych na inne przyjemności, typu kino, teatr, książki, wypady do miasta.
Młodzi słuchają mnie w milczeniu. Z jednej strony propozycja wydaje się im kusząca, ale z drugiej wahają się.
– I co wy na to? Proponuję wam dach nad głową i utrzymanie. Ja sama rodziny nie mam i już nie założę, więc to propozycja na lata albo do końca życia.
Jeden z chłopców ma w planie pójść do technikum zaocznego, pięcioletniego i choć propozycja bardzo mu się podoba, jest w rozterce. Mówię łagodnie:
– Przemyśl to. Do czego przydać ci się może wiedza ze specjalistycznego technikum za pięć lat, gdy w 27 roku ma wybuchnąć w całej Europie wielka zaraza bydła i ludzi i nie wiadomo, czy w ogóle przeżyjemy. Mamy większą szansę na wsi, dbając o podstawy życia, niż w mieście, zajmując się cywilizacyjnymi udogodnieniami, które zawalą się bardzo szybko.

13.
Wysiadam z pociągu. W którymś mieście zachodniej Europy, w przyszłości. Miasto zdaje się zupełnie wyludnione. Na pustych ulicach pojawiają się z rzadka grasujące jeszcze bandy kradnące resztki żywności. Znajduję sobie schronienie w opuszczonym, na poły podziemnym budynku. W ręku trzymam ostatni herbatnik, który liżę, a nie jem, aby na dłużej starczyło. Sklepy już dawno są doszczętnie ogołocone. Patrzę przez okno na zewnątrz. Naprzeciw stoi wysoki blok, jeden z wielu w tej niegdyś ludnej i bogatej dzielnicy. Opustoszały, jak wszystkie inne. Choć zauważam czasem, wpatrując się w niego z nudów przez wiele minut, nieznaczny ruch w pojedynczych oknach. Nieliczni ludzie trwają jeszcze w blokowiskach, żywiąc się zapewne zgromadzonymi wcześniej zapasami, lub wykradając takie zasoby z opuszczonych mieszkań.
Jestem młodą dziewczyną, niedawno jacyś grasanci zgwałcili mnie na ulicy. Pozostaję nieufna, ale rozmyślam o sposobie ratunku z tej beznadziejnej sytuacji. Wiem, że żywność można wyprodukować jedynie na wsi, dlatego trzeba mi się wydostać z miasta i dotrzeć do jakiejś wspólnoty rolniczej. Tylko jak to zrobić?
Wtedy zjawiają się w „moim” budynku trzej chłopcy w podobnym do mojego wieku. Boję się ich, ale wychodzę z ukrycia i przedstawiam im plan na przyszłość. Z miejsca zaznaczając, że nie przetrwamy, jeśli będziemy egoistycznie walczyć jedno przeciw drugiemu. Musimy się zjednoczyć i pomagać sobie wzajemnie z poświęceniem, Tylko tak mamy szansę przeżyć.
Sen kończy wizja obserwatora rozległych blokowisk, pustych, bez ludzi, wymarłych.

14.
I nadchodzi taka chwila, gdy bezpowrotnie milkną wszelkie media. Nastaje głucha cisza. Nikt już nie określa zbiorowych celów, nie narzuca nikomu wzorców, nie ocenia i nie wyznacza kierunków, zadań, wartości. Ani obowiązków do wypełnienia. Jednego dnia, tak samo zwykłego, jak każdy inny znikły rządy i rządzący, planiści, dyrektorzy i kierownicy robót, a razem z nimi pieniądze. Z początku nikt nie mógł w to uwierzyć i sprawy szły swoim biegiem, ale szybko góra od samego szczytu zaczęła się kruszyć i walić aż do podstaw. Uwolnieni z odwiecznego przymusu ludzie częściowo działają pod wpływem nawyków i nieodwołanych nakazów. Jednak i one z dnia na dzień okazują się ułudą. Prawda wyłazi zza prującej się szybko zasłony i stawia wszystkich wobec oczywistości. System po prostu przestał istnieć. Nic, naprawdę nic go już nie podtrzymuje.

Mnóstwo ludzi zdecydowało się zbiec ze swoich domów, bloków i opuścić niezdatne dla przeżycia miasto. Jego infrastruktura szybko, z dnia na dzień, wraz ze zużywaniem się ostatnich zapasów paliwa, przestaje działać. Około-miejskie lasy pełne są błędnych wędrowców. Śpią czujnie pod daszkami robionymi z ubrań albo ręczników. Nawet, jeśli ktoś ma ze sobą namiot to go nie rozbija, z pośpiechu, by czasu nie tracić, albo w obawie przed kradzieżą lub najściem strażników leśnych, którzy kazaliby go i tak zwinąć. Bo bywają jeszcze strażnicy, próbujący utrzymać dawny porządek. Ale to się szybko kończy. Nagłe tąpnięcie rozchodzące się od środka sprawia, że wszyscy uwalniają się od swoich funkcji i zawodów, najpierw w miastach, potem na prowincji, w ciągu dni rozchodzą się każde w swoją przypadkową stronę. Podobnie w mieście są jeszcze, (tylko siłą rozpędu i trudu topniejącej garstki pracowników instytucji publicznych), prąd, gaz i woda, ale to też się kończy siłą inercji.

Mieszkam na najwyższym piętrze apartamentowca, w dwukondygnacyjnym, urządzonym ze smakiem mieszkaniu. Przeglądam w zamyśleniu półki regału z książkami. Między nimi stoją też moje. Owiane wielkim i długo wyczekiwanym sukcesem, kilka niedawno wydanych tomów w kolorowych okładkach, do tego jakieś kasety i nagrania. Wszystko teraz nagle się zawaliło, sukces okazuje się nieważny, nikomu niepotrzebny, gra się skończyła, jakie to dziwne!

Wybieram swoje dzieła spośród szeregu tomów na półce, układam je w pudle i ukrywam w niewielkiej skrytce pod podłogą w łazience. Może kiedyś do nich jeszcze wrócę, może będzie można znów pisać, tworzyć, chwalić się, zarabiać?… Wtedy, gdy rzeczy wrócą na swoje miejsca, zrobią się na nowo ważne. Robię tak, choć w to nie wierzę. Z uporem nie chcę uciekać, zostawić bezpiecznego, wygodnego miejsca i wpaść w szpony obudzonego chaosu. Przecież ludzie się ockną, przywrócą jakiś porządek. Powrócą.

Napełniam wiadra i każde puste naczynie coraz wolniej cieknącą wodą z kranu, wiedząc, że nie wystarczy jej na długo, nawet, gdy będę ją oszczędzać. Co z myciem? Na razie przestaję się myć. Ubikacja jeszcze działa, ale spłuczka już nie funkcjonuje. Jem cokolwiek z posiadanych zapasów, szczęściem utraciłam całkiem apetyt. Światło pali się szczodrze w każdym pokoju, i tak nie ma już opłat, ale decyduję się je zgasić, bo coś się nagle zaczęło dziać z prądem. Poczułam swąd przegrzanych przewodów. I ja też przez chwilę zaczęłam płonąć, ale udaje mi się ogień ugasić, narzucając na siebie koc.

Tymczasem w miastach dalszych od stolicy ludzie podejmują jeszcze próby opanowania sytuacji. Istnieją urzędowe oddziały porządkowe i grupy chodzące po blokach. Działają siłą rozpędu, lękając się złamania rozkazu. Zależność może przecież jeszcze wrócić. Wywołują według dawno ustalonej listy staruszków, by zabrać ich nie wiadomo gdzie i w jakim celu. Panują najgorsze podejrzenia o tym, że dla dobra interesów firm ubezpieczeniowych są w specjalnych obozach po prostu kasowani. Dwie staruszki ukrywają się w ciasnej garderobie, podczas gdy rodzina rozmawia w progu z komisją stojącą w drzwiach. Ktoś tłumaczy, że babcie są im potrzebne, bo wiedzą, co robić w trudnych warunkach, są poza tym zdrowe i samodzielne. Komisja nie naciska zbyt mocno, nic nie jest pewne, wszystko daje się załatwić, mimo poleceń wykonywanych siłą rozpędu i strachu, za którymi nic już nie stoi.

Wychodzę na zewnątrz. Bierne czekanie jest straszniejsze. Na ulicach kłębią się zdezorientowani ludzie, grupkami i pojedynczo. Jeździ jeszcze tramwaj, może ostatni. Ktoś kogoś goni. Ktoś w biegu wsiada do przepełnionego wagonu, nie zdążam za nim wskoczyć. Słyszę tylko daremne wołanie: Ewa! Ewa! Chodź tu!

Zostaję sama na ulicy, bez domu, bez celu, bez sensu.

[Zapis ciekawszych sennych zwidów z ostatnich 15 lat]

Tropy 1: Nic

Przyszedł czas na kolejne opowiadanie, w którym znów pojawia się Paryż, ten znany mi ze snów, bo na jawie nigdy – przynajmniej w tym życiu – w nim nie byłam. Pojawia się także wzmianka o panu de Fauris, poznanym w „Pojedynku z cieniem” i zagadka, jaką zostawił Nostradamus do rozwiązania, a o której będą traktować jeszcze dwie następne, powiązane z tą, nowele. Wszystkie napisałam na podstawie snów, wymyślając jedynie imię i nazwisko swej wyższej śniącej formie, jak i nazwisko francuskiego badacza zagadek, o którym śniłam dwa razy i z tych snów pochodzą informacje padające w rozmowie bohaterów „Niczego”. Treść rozmowy, którą ubrałam w słowa przyszła do mnie w dużej mierze drogą bezpośrednią, telepatycznie, towarzyszyły temu wizje tekstów i zapisów w głębszym transie.

Ewa Sey

Tropy

TWOJE PÓŹNE nastanie CEZARZE NOSTRADAMIE, mój synu, pozwoliło mi poświęcić wiele swojego czasu nieustannym nocnym czuwaniom na to, by zastrzec pisemnie tobie pozostawienie pamięci, po cielesnym zgaśnięciu twego progenitora, ku zarazem korzyści ludzkości, o tym, co Boska esencja poprzez astronomiczne obroty dała mi poznać. I stąd, że spodobało się Bogu nieśmiertelnemu, byś nie był ubrany we wrodzoną światłość na tej ziemskiej niwie, & nie chce objawić twych lat, które jeszcze-ć nie nadeszły, aliści twoje miesiące Marsowe niezdolne są przyjąć w swoje słabe zrozumienie tego, co będę zmuszony po mych dniach określić; przeto nie jest możliwym zostawić ci na piśmie tego, co ma być zębem czasu zatarte; albowiem dziedziczne słowo tajemnej przepowiedni będzie w moim żołądku zawarte.

(Michel Nostradamus „List do syna Cezara” 1-3)

Nic

Język francuski uwiódł Żywję Siedliszczankę dawno temu. I pozostawał w sercu ciągle. Jak perła budowana w bolesnym znoju przez morskiego małża.
Szczególna atmosfera Gare du Nord, na którym wysiadała po długiej podróży pociągiem jadącym z Warszawy przez Berlin budziła w niej zawsze namiętną i długo potem odczuwaną tęsknotę za Paryżem. Niekiedy krążyła po dworcowych halach, odbierając wszystkimi zmysłami wszelkie wonie, smaki i słysząc przejmujący gwar tego miejsca. Wysiadywała na peronowych ławkach witając przyjeżdżające i odprawiając odjeżdżające podmiejskie i dalekobieżne pociągi. Obserwowała wymijających ją ludzi z bagażami i bez, innojęzycznych podróżnych o różnych kolorach skóry obładowanych plecakami i torbami turystycznymi toczonymi na kółkach, wypatrując pośród nich znajomych nieznajomych. Niekiedy witała się z długo oczekiwanymi osobami, które znała tylko tam, w tym szczególnym mieście. Albo żegnała z nimi ze ściśnięciem serca i łzami, które o poranku spływały spod powiek schnąc szybko na policzkach. Miała wrażenie, że w tym wyraźnym, choć wyśnionym świecie znali się głęboko i blisko od zawsze lub też łączyła ich wspólna pasja.

Montmartre

Spacerowała nieraz szerokimi bulwarami, albo zagłębiała się w wąskie brukowane  uliczki, zachodząc do nastrojowych kafejek w starych kamienicach w porach najmniejszego ruchu. Choćby po to, aby zza kawiarnianej szyby pogapić się na przechodniów. Albo spotkać tam i porozmawiać z kimś wyczekiwanym. Tak jak to się stało i tym razem.

Gaweł, młody i nader delikatny mężczyzna ubrany w połyskliwą rubaszkę ze śnieżnobiałego jedwabiu, wyszywaną na mankietach i przy kołnierzu w czerwono-błękitne ruskie wzory, poeta i lingwista znający świetnie kilka języków, przyjaciel od kilkunastu lat, z którym nieczęsto się spotykała, ale bardzo obficie niekiedy korespondowali, przyniósł jej właśnie do pokazania rzadki literacki rarytas. Było to dzieło niszowego, acz znanego na świecie francuskiego wieszcza, wydane w osobliwy sposób. Składało się z wielu krótszych i dłuższych utworów, które ich autor pisał i publikował każdego roku przez szesnaście ostatnich lat swego życia. Każda strona była doskonałą kopią wydań oryginalnych. Robionych na czerpanym pergaminowym papierze w różnych rozmiarach i o rozmaitej fakturze.

teksty.gif

Tekst, odbity oryginalnie ręczną prasą był drukowany bardzo różnymi czcionkami, od dużej do maleńkiej, kursywą lub majuskułą, miejscami zamiast liter zdarzały się jakieś dziwne pojedyncze znaczki lub piktogramy. Niektóre wyrazy były specjalnie zapisane z błędem, dodaniem niepotrzebnej litery albo odjęciem potrzebnej, z rzadka niespodziewanie kolorowane. Czasem pochodziły z innych języków, katalońskiego, prowansalskiego, romańskiego, łaciny czy greki. To wszystko miało coś znaczyć, jak wyjaśnił Gaweł.

Od setek lat głowili się nad zagadkowymi zapisami uczeni pasjonaci twórczości poety, uchodzącego powszechnie za wielkiego proroka przyszłości, oraz różni nawiedzeni ignoranci i maniacy z całego świata.
Ponadto wybrane strofy miały swoje numery, ale nie były to numery kolejne. Utrudniało to dodatkowo sam proces czytania i rozumienia treści.

Dzięki tym rękodzielniczym cechom oryginalny tekst sprawiał wręcz czarodziejskie wrażenie. Fascynował tajemniczą i drobiazgowo przemyślaną formą, strukturą i zawartością. Niemożliwą do zrozumienia wprost, a jednocześnie uderzającą silnie w inne zmysły, wzroku, smaku, węchu, dotyku.

– To też ma swoje znaczenie i cel – wyjaśnił Gaweł, sam od czasu do czasu zajmujący się pisaniem własnej poezji i wydawaniem jej w niewielu pomysłowych egzemplarzach. – Całość oddziałuje jednocześnie na obie półkule mózgowe, uruchamiając skojarzenia i wglądy. Przynajmniej u niektórych uzdolnionych ku temu czytelników.

Ponadto żadne tłumaczenie ze starofrancuskiego oryginału nie oddawało szyfru w nim zawartego. W innych językach trzeba było wieloznaczne szczegóły mozolnie omawiać w długich i nudnych przypisach.

– Ten szyfr zdaje się coś ukrywać, ale w istocie nie niesie żadnego sensu – stwierdził w końcu Gaweł. Miał zmęczony wyraz twarzy. Ślęczał nad tłumaczeniem wybranych fragmentów od kilku tygodni, zarywał noce, aby w końcu poczuć to, co właśnie oznajmił.
– Jak to? – zdziwiła się Żywja – Facet tak się przez lata napracował, aby ukryć NIC? Pustkę?
– Raczej Pustość, może w sensie buddyjskim? – wymruczał Gaweł. Zamówił u ładnej kelnerki ciastko z kremem i kawę. Alkohol od kilku lat szkodził mu na żołądek, nawet wino. Miał słabą głowę. Popadał po nim w dziwne i nieprzyjemne stany.
– Takie mam podejrzenie – podkreślił na koniec, z wegetariańskim apetytem zlizując słodki krem z ciastka. – Właściwie osobistą subiektywną pewność. Żeby do tego dojść musisz rzecz dokładnie sama zbadać tak, jak ja.

Żywja z niedowierzaniem zagłębiła się w kilka rymowanych strof na jednej z nieco już pożółkłych pergaminowych płacht.
– Oczywiście opinie mogą być różne – dodał Gaweł. – Na przykład niedawno znalazłem dwa eseje, dwadzieścia lat temu wydane w kilkudziesięciu egzemplarzach w niszowym periodyku ezoterycznym, przez pewnego pasjonata naszego proroka. Interesujące pod kilkoma względami. Zobacz sama – i wyciągnął z papierowej teczki plik kopii reklamowanych utworów.
Żywja sięgnęła po nie z ciekawością. Tekst okazał się trudny do odcyfrowania. Drobny druk, częściowo niewyraźnie odbity na kopiarce, było w nim mnóstwo cytatów pisanych jeszcze drobniejszą kursywą i odniesień do rozległych i licznych przypisów na końcu.
– Możesz przybliżyć temat? Widzę, że poradzę sobie z odczytaniem dopiero w domu, potrzebuję na to więcej czasu.

– Autor tych omówień, wieloletni badacz dzieła wieszcza, nazywa się André Dupont. Nic mi o nim nie wiadomo, poza kilkoma wzmiankami o nim w pracach jednego z bardziej znanych francuskich specjalistów tematu. Dupont zajmuje się (albo zajmował, bo nie wiadomo, czy jeszcze żyje) wyszukiwaniem w oryginalnych pierwszych wydaniach utworów naszego poety właśnie takich niezrozumiałych znaków, sylab, wetkniętych w zdanie znienacka obcych słówek, piktogramów, a także barwionego druku. Starannie je zebrał i poklasyfikował. To on właśnie uznał, że należy je czytać w pierwotnej czasowej kolejności, nie stosując się do numeracji wersetów. Ona być może służy zmyleniu poszukiwaczy kodu. Choć ma też inny cel.
– Czyli najciemniej jest pod latarnią – uśmiechnęła się ze zrozumieniem Żywja.
– Dupont spisał owe znaki, litery i sylaby w rzędy, zgodnie z utworami i datami ich wydawania. Po czym podzielił na „wyrazy” według podanej w tekstach swoistej numeracji. Liczba kolejna wskazywała według niego na ilość liter w wyrazie, bądź odliczał owe litery w wersetach według wskazanej przez autora cyfry. To bardzo skomplikowane. Bawił się w to wiele lat. Najpierw spisując wszystko i licząc ręcznie, z czasem przeszedł na komputer.
– Co takiego miał zamiar w ten sposób odkryć? – zaciekawiła się Żywja.
– Wyszedł z samych deklaracji naszego poety. Że nadejdą czasy, gdy pojawią się jego przyjaciele wcielający tajemnicę, i wtedy zostanie ona zrozumiana.
– Ach, mówisz o braciach krwi, spadkobiercach Poselstwa i szwadronie Boga – kiwnęła głową Żywja. – Rzeczywiście coś takiego napisał.
– Otóż Dupont uznał, że w zrobionych przez niego wyciągach znaków i liter są informacje o tych osobach z przyszłości, ich nazwiska, daty urodzenia i inne szczegóły. Mało tego, także wskazówki na temat ich różnych ziemskich wcieleń. Jego samego interesowała głównie postać naszego poety. Szukał potwierdzenia dla rewelacji pewnego mało znanego jasnowidza, który głosił na podstawie swej wizji, że inkarnował on trzy razy. Wcześniej jako biblijny prorok Daniel, a później jako pewien francuski erudyta i miłośnik starych manuskryptów, żyjący na przełomie wieków XVIII i XIX.
– Czy coś udało mu się odczytać?

Gaweł pochylił się nad jedną ze stron kopii i po krótkiej chwili poszukiwania wzrokiem pokazał wybrany fragment palcem.
– Może to są jakieś nazwiska, trudno potwierdzić, trudno zaprzeczyć. Owa trzecia inkarnacja proroka nazywała się według Duponta: dNeyar. Lub podobnie.

Żywja zagłębiła się na dłuższą chwilę w tekście. Zmarszczyła brwi. Podany szereg dziwnych znaków i bełkotliwie brzmiących słów niewiele jej mówił.

– Prawda? – roześmiał się nagle Gaweł, spoglądając jej prosto w oczy.
– Co takiego?
– Każdy szuka najpierw własnego nazwiska. Ja też się na to nabrałem…
– Prawda – przyznała Żywja. – Ale coś znalazłam. Patrz!
Wskazała palcem nazwisko mLene Vnneav. W przypisach badacz stwierdzał, że podany zapis jest nieadekwatny, bo czcionki, które podaje jako nn w oryginale były odwróconymi do góry nogami literami vv.
– Uwzględniając też fakt, że niegdyś używano czcionki U i V zamiennie, można je odczytać jako Unneau, jakaś woda. Albo Vuve/vive eau – żywa woda. Albo odwracając je jak w lustrze Nuveau, lub nawet Neuv-an.
– Niu ejdż? – Gaweł podniósł brwi.
– Tak jakoś, niwa nowego wieku.
– I co z tego? Podobnie można rozczytać wiele z innych podanych wyrazów, zlepków sylab.
– Znam Marlenę Nuveau. Ze snów.
– O!
– To anioł. Jak sądzę. Choć nie przeczę, że mogła się urodzić jako człowiek, nawet wielokrotnie. Tak samo może być i z innymi. Zastanowię się. Dziękuję za wysiłek, jaki temu poświęciłeś – stwierdziła Żywja. I na koniec zapytała ni w pięć, ni w dziewięć:

– Sam pomyśl. W jaki sposób Pustość mogłaby zrodzić Coś? Jak Nic mogłoby stać się Czymś, a nawet Kimś? Jeśli Nic pozostaje na zawsze tym, czym jest, czy raczej nie jest, to może jedynie podszywać się pod Coś, ubierać w jego formę, udawać i mieszać Coś. A może także na swój sposób żywić się Czymś, zmieniając w Nic, lub coś zbliżonego do Niczego.
– W takim razie może wyczuwam taką grę? Czegoś z Niczym? Lub może prawie z Niczym, bo przecież zero absolutne z definicji nie istnieje – stwierdził spokojnie Gaweł i spytał po chwili:
– Wierzysz w anioły?
– Hm. Nie wierzę w nic poza tym, czego sama doświadczam. Jednak im nie przeszkadza pojawiać się w moich snach. Nie wiem kim lub, czym są. Mają swoje opowieści, poszczególną historię, pamięć, cele, charaktery, życiorysy, imiona. Kochają i nienawidzą, boją się i wierzą, trochę jak my, ludzie. Być może niektórzy z nas mają z nimi więcej wspólnego, niż inni. Kto to wie? Może jedynie nasz autor zagadek.

Gaweł nic nie odrzekł, tylko wpatrywał się w Żywję z nieznacznym uśmiechem na twarzy.
– Ależ nie! Nikim takim nie jestem! – zaprzeczyła gwałtownie Żywja – Albo tak! Jestem nikim albo niczym ubranym w coś czy raczej w kogoś. Oto cała prawda. Której nawet nie muszę udowadniać. Tak jest oczywista.
I wstała od stolika, by udać się w kierunku czegoś, co wciąż spało głębokim snem w swoim łóżku. Coś otworzyło oczy, nic nie rozumiejąc ze snu, który właśnie rozpuszczał się w świetle wschodzącego dnia. A może było na odwrót? Nic otworzyło czyjeś oczy.

 

Kim jestem?

O Obserwatorze i tożsamości, która w snach może się dowolnie i całkowicie niezauważalnie dla śniącego zmieniać już pisałam na tym blogu tu i tu, oraz tam i tam. Poniższe opowiadanie powstało na bazie jednego przeżycia nocnego bodaj z 2003 roku i właściwie niewiele w nim dodałam od siebie. Dialogi, imiona, skojarzenia. Śniłam ów sen, a może wcale nie był to sen? swoim umysłem, jako ja. Do postaci, którą śniłam doszłam metodą logiczną. Literacka forma stała się dla mnie koniecznym sposobem ujarzmienia konfuzji, w jaką popadłam po nocnej rozmowie z S. Teraz mogę pamiętać rzecz w trzeciej osobie i trzymać dystans. Zresztą, nie była to jedyna historia, jaką przekazały mi istoty metodą umysł-umysł i bohaterowie niebiańskich mitów. Posłuchajcie jednej z nich.
Jej narratorem jest żydowski król Ahab, żonaty z Izabel. Występuje także prorok Elizeusz. Rzecz trzyma się bazy mitu o rudej Lilith, nierządnicy Babilonu, ale przecież w tym śnie staje się obrazem proroczym dla pewnej nacji, dwulicowej, o wielu twarzach, poglądach i ukrytym pośród siebie wszetecznym zamyśle.

Prorok

Kim jestem?

Jakiś kanał otworzył się w mojej głowie i nagle poczułem w sobie prześmiewczą tożsamość Szatana. Trwało to ułamek sekundy, ale zdążyłem się zatrwożyć.
– Czyżbym to ja nim był? – zapytałem sam siebie zaskoczony i zdumiony, gdy stan utożsamienia znikł tak samo nagle, jak się pojawił.
– Wątpisz w to jeszcze? – zachichotał w odpowiedzi Szatan.
– Jest jeszcze czas. Mogę wygrać – zmobilizowałem siły, aby jakoś oprzeć mu się od wewnątrz.
– Rzeczywiście, masz wybór, ale to jeszcze tylko jedno mgnienie oka. Sam pomyśl, czy cię na to stać.
– Co mogę zrobić?
– Spójrz – odpowiedział mi szatański chichot – Oto leży przed tobą trup Jezusa Chrystusa, cały czerwony, przemieniony w żywą krew. Spróbuj go, zjedz! Zapewniam cię, że jest rozkosznie słodki… Jeśli zdołasz stać się taki jak on, wtedy wygrasz na pewno… – i zaraz potem zapadła głucha cisza.

Pod wpływem tego niesamowitego przebłysku ogarnęły mnie wspomnienia.

Już raz uciekaliśmy z naszej zburzonej stolicy, w kierunku pogórza rozciągniętego gdzieś w głębiach lądu. Trzeba było wrócić do początku i od nowa próbować zmienić bieg spraw. Gwałtownie pociemniałe nad naszymi głowami niebo na długo zakryło się brunatnymi, gęstymi chmurami. Byliśmy świadomi, że musimy znaleźć schronienie, aby przetrwać okres mroku zapadłego po katastrofalnej nawałnicy. Ziemia podległa zjawisku o rozmiarach kosmicznych, a nie lokalnych, jak działo się do tej pory.
Z pociemniałego nieba, na którym nie było widać słońca spadały jeszcze niekiedy pojedyncze kamienie. Upadek każdego wzniecał wiele pyłu, pogłębiał zmrok i gubiliśmy się wtedy z oczu.
Śpieszyłem na czele tych, którzy uciekali i poganiałem maruderów. Niektórzy ciągle jeszcze zwlekali wiedząc, że najgorsze przyjdzie o wiele później. Udało nam się zabrać ze zniszczonej stolicy odwieczną wiedzę zapisaną w świętych zwojach, a także obliczenia czasów i pór, które teraz pracowicie zaszyfrowaliśmy, by nie wpadły w ręce niepowołanych. Nauczyliśmy się haseł i metod rozwiązywania zagadek, żeby odnaleźć drogę w chwili, gdy nadejdą bardziej mroczne i niszczące pamięć czasy. Uczyliśmy ich także nasze dzieci.
Nareszcie, po długiej wędrówce znaleźliśmy dla siebie bezpieczną równinę zamieszkaną przez prymitywną ludność, która pozwoliła nam osiedlić się pośród siebie. Tak samo jak język i stroje, z zapobiegliwym sprytem stopniowo przejęliśmy na własność również większość ich domów. W naszej mieścinie, symbolicznie obwołanej stolicą, połączyliśmy je w jedno, dzięki istniejącemu w tym miejscu pradawnemu systemowi podziemnych schronów, długich korytarzy i rynien doprowadzających świeże powietrze i wodę. Były podobne do tych, z których wyszliśmy szczęśliwie daleko stąd. Przypominały labirynt. Można się było pomiędzy nimi poruszać bezpiecznymi przejściami i schodami nie będąc widzianym z zewnątrz. Mieliśmy przed sobą jeszcze dużo czasu, aby przywyknąć do nowych i obcych warunków, wybrać sobie ulubione zajęcia, towarzystwo, zadzierzgnąć bliskie związki i układy.

Spotkałem tam pewną pannę o płomieniście rudych włosach. Zamieszkała ze mną, obiecawszy mi wierność i najlepszy z możliwych efekt naszej pracy. Imponowała jej panująca pośród nas lojalność, inteligencja, wiedza, spryt i brak względów dla obcych. Była ambitna, wierzyła w możliwość sukcesu i podała mi sposób na pchnięcie przyszłych dziejów w stronę, która mogłaby przynieść nam tym razem zwycięstwo, a nie klęskę. Czasem ogarniały mnie jednak wątpliwości i wtedy zastanawiałem się czy ruda panna jest dobra, czy może zła. Były chwile, gdy wątpiłem w jej uczciwość i oddanie. Była jednak szalona jak nikt z nas, kochała wolność przede wszystkim, a jej twórcza wyobraźnia zdawała się nie mieć granic. W końcu pogubiłem się i przestałem odróżniać, co jest ideą, grą iluzji, a co rzeczywistością i jawą. Tak, to wówczas po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać, kim jestem i co tu naprawdę robię.
Dostałem od niej w prezencie wróżebne karty zawierające prastare runy. Były najgłębszym wtajemniczeniem rodu, z którego pochodziła. Ukryłem talię w królewskim skarbcu. Była pięknie odbita z pieczęci rytych przez mistrza mistrzów, ręcznie malowana i pozłacana, zapakowana w inkrustowane z niezwykłym smakiem puzdro. Karciana wyrocznia przepowiedziała mi „potęgę i chwałę”, a ruda panna zdecydowała się zostać moją żoną.
– Będę żoną króla Ziemi, to postanowione! – oznajmiła stanowczo – A dzięki tym znakom wrytym w pamięć, każdy z tych, którym je przekażemy przypomni sobie wszystko, co będzie potrzebne do wykonania jego misji. I naszego zwycięskiego planu.

W miasteczku dominowali jednak tchórzliwi dewoci bez wyobraźni. Bali się wiedzy zaklętej nie tylko w znakach wyroczni, ale nawet w komentarzach do Xięgi, które rozkazałem spisać. Dokonanych niegdyś przez mędrców ze świętego miasta Atlów i przekazywanych sobie ustnie w obrębie kapłańskiej kasty. Przypisywali im zło, czary i manipulację. Utknęli w swoim uporze jak szaleńcy. Próbowałem ich wielokrotnie przekonywać i nauczać, ale grozili mi klątwą Boga. Za co szczerze Go nienawidziłem. Przyczyną sporu była ona. Kobieta, z którą się związałem. Isabaal. Pogardzali nią, a ona nimi. Dochodziło do kłótni i sporów, także do niszczących starć. Napuszczali na mnie opętanych zabobonnym strachem starców, którzy uwłaczali mi drwiąco.

Już wtedy jasnym się stawało, że marnujemy dany nam czas i wciąż niewiele wskóraliśmy. Niebo, po okresie przejaśnienia znów zaciągało się z wolna, ale nieubłaganie ciemnobrunatnymi obłokami, nieprzepuszczalnymi dla światła. Ich stężała, brudna i ponura barwa dręczyła mnie w snach, zdawała mi się już sięgać głębin niebiańskich przestworzy.

Któregoś posępnego dnia stąpając powoli w górę po wąskich kamiennych schodach pałacu dotarł do mnie starzec Eli. Przysłało go zgromadzenie przerażonych moją nieugiętością mieszkańców miasteczka. Dzierżył w rękach pasterską laskę. Tę samą, którą zapamiętałem w rękach innego starca, sprzed wielu lat, jego nauczyciela. Uspokoił wzburzonych, ale przystanąwszy na progu mej komnaty popadł w prorocze widzenie. Zaczął je wykrzykiwać podniesionym głosem tak, aby tłoczący się za nim zwartą gromadą mężczyźni wszystko słyszeli.

– Królu, przepowiadam czasy, gdy stanie się na wszystko za późno! Nie licz na to, że cokolwiek cię ochroni! Przed Bogiem nigdy nigdzie nikt się nie ukrył, pamiętaj! Oto widzę: spadają na nas z nieba wielkie kamienie. Lecą zrazu wolno, pojedynczo, potem coraz szybciej. Nadciąga potężny deszcz meteorów! Gdy nadejdzie pojmiesz, że nawet w naszych ukrytych i zabezpieczonych podziemnych domach nie przetrwamy, bo jednego dnia, o jednej godzinie runą wszystkie od niebiańskiej ulewy. Będziesz próbował ukryć się w piwnicach, jak szczur, ale nie ma ich wiele. Wciąż za mało, zbyt płytko, aby przetrwać… Słyszysz, królu? Nadciąga burza, o której przecież wiedziałeś od początku! Nie zdążysz niczemu zapobiec. Dosięgnie cię przepowiednia! Żałuj za grzechy póki masz jeszcze czas! Proś o wybaczenie, a być może zostanie ci dane!

Chudy starzec uginał się jakby pod ciężarem sypiących się na niego coraz szybciej niewidzialnych głazów i jęczał już tylko dramatycznie:
– Łup, łup, łuuup!
Ta jego pełna teatralnej ekspresji prorocka opowieść i krzyk obudziły mnie nagle na jawie. Otworzyłem oczy w zupełnej ciszy szarego świtu.

– Masz jeszcze czas. Ale to naprawdę mgnienie oka – chichotał w mojej głowie Szatan.

(2003)

Z dziennika wzięć zapis 6

Przewidywanie przyszłości, którą od dziecka intuicyjnie postrzegałam jako już spełnioną, ale jeszcze przede mną, przed nami wszystkimi, szybko stało się moją główną pasją. Stąd wzięło się studiowanie systemów wróżebnych. Od astrologii przez Tarota i I-Cing, po sny i symbole. Nie uważam się za kogoś wybitnego w tej materii. Ani tym bardziej jasnowidzącego. Mój umysł na jawie działa jak najbardziej racjonalnie, nie jestem skora do zbytniego entuzjazmu, zachwytu i bezkrytyczność mi nie grozi. Nawet, jeśli coś zdarzy mi się zobaczyć we śnie, czy w hipnagogicznych obrazach, to nigdy nie jestem pewna swej interpretacji danego zwidu. Dlatego wolę go opisać bez wyciągania wniosków. Tyle razy, wróżąc z tego i owego, przekonałam się, że umysł racjonalizujący „znaki” i symbole zbyt skory jest iść na skróty w stronę najbardziej przez siebie ulubioną, a całkiem niezgodną z przekazem symbolicznym, jak się potem okazuje. Staram się więc teraz zostawić „prywatę” i skupić się na jak najściślej opisanym widzeniu.

W niniejszym odcinku zwracam uwagę na notatkę o widzeniu Tronującej Bezimiennej Istoty, nawiązującej do wielu ikonograficznych przedstawień i malunków na suficie kopuły kościołów Tronującego Chrystusa.

tronujący.jpg

*

28 maja 1999 roku. Sen wizyjny: widzę dwie długie, starożytne, śródziemnomorskie ulice. Wiele domów zburzonych, zaniedbanych, wyludnionych. Obok nich rośnie gęsta i wysoka, dawno niestrzyżona trawa. Praży ostre letnie słońce Południa. Nieliczne grupki ludzi wałęsają się bez celu. Wiedzą, że umrą i urządzają sobie orgie w rodzaju weneckiego karnawału śmierci z czasów epidemii dżumy.

14 czerwca 1999 roku. Widzę młodego mężczyznę w żołnierskim, polowym mundurze zwisającego głową w dół z helikoptera, jest podtrzymywany za nogi. Wkrótce stopniowo zaczyna się zsuwać, jak gdyby ktoś go puścił. U publiczności wieje grozą, że spadnie, ale nie! Wisi tak do góry nogami w powietrzu, niczego się nie trzymając! Myśl, że używa energii antygrawitacyjnej. Wtedy rozlega się w moich uszach szatański śmiech, istny chichot bestii.
Tymczasem niżej, jakby na jakiejś półce (cała akcja dzieje się w starożytnej, olbrzymiej, kamiennej sali) stoi niewysoki, grubawy zakonnik w beżowym habicie i obiema rękami robi jakieś znaki. Widzę pył czystej złotej energii rozsypujący się wokół niego. W pewnej odległości, jakby w tle, stoi jeszcze ktoś, mnich, ale wysoki, szczupły, ubrany na czarno, słabiej widoczny, jak gdyby jego cień. Wkrótce człowiek wiszący głową w dół zaczyna z wolna opadać.

8 lipca 1999 roku. Widzę Włochy ogarnięte niesamowitymi, gwałtownymi przemianami pod wpływem terroru czarnego Niszczyciela, zmuszającego kapłanów do samobójstw. Ukazuje się grupa czarno ubranych mnichów, na pół spalonych i żywcem rozkładających się. Wstrętnych, z pałającymi demonicznie oczami, którzy w nasuniętych na głowy kapturach, wchodzą jeden za drugim po schodach w górę. To straszna sekta rodem z najgłębszego piekła, wychodząca na powierzchnię zewnętrznego świata i pnąca się do władzy.
Innym razem, jako kontrę wobec tamtej siły widzę na tle morza ognia potężnego, walczącego rycerza w srebrzystej zbroi. Wizja grupy rycerzy, młodych ludzi w hełmach, pancerzach, w płaszczach z krzyżami i niebieskich dżinsach powtórzyła się kilkakrotnie.

6 września 1999 roku. Ukazały mi się cztery małe, bliźniacze ludziki, staruszkowie, drobne karzełki z idealnie okrągłymi, jak dno kieliszków, wytrzeszczonymi oczami bez powiek. Wprowadzali mnie do czegoś podobnego do wielkiej instytucji charytatywnej. Oznajmili, że to coś strasznego, co musi się wydarzyć, a czego wszyscy się boją, będzie służyło wielkiemu dobru w przyszłości i żeby starać się nie bać, ufać i w pełni zaakceptować ten proces.

cropped-czaszka-aztecka-z-narodowego-muzeum-ant.jpg

[Z powodu wyglądu owych staruszków polubiłam glinianą główkę aztecką z podobnym do nich motywem oczu i stąd znalazła się ona na czółku tego bloga.]

8 września 1999 roku. Ze snu wizyjnego o czymś wrogim i złym obudziła mnie w drugim ciele obecność, gdzieś na wysokości splotu słonecznego, węża. Nagle zaatakował i ukąsił mnie dwoma zaostrzonymi i szeroko rozstawionymi zębami w twarz, u podstawy nosa. Nie czułam bólu ani strachu (byłam chroniona) i ocknęłam się zupełnie spokojna.
Wkrótce, na jawie, usłyszałam znajome trzaski koło ucha. Były to jakieś magnetycznie chłodne, przyjemne i oczyszczające oddziaływania z tyłu głowy. I z tego nagle rozległ się śpiew. Śpiewała, pochylając się blisko przy mojej głowie, drobna, żeńska istota (poznana wcześniej jako Pippi Langstrumpf), wysokim, cienkim głosem w nieznanym języku. Melodia była bardzo prosta, oparta na kilku nutach, rytmiczna jak w mantrze. Postanowiłam się włączyć i w myślach zanuciłam wraz z nią, posługując się sylabami „la, la, la”.
Wtedy wpadłam w trans i zaczęłam słyszeć pewną rozmowę z przyszłości, oraz zobaczyłam sytuacje dziejące się po śmierci mojej mamy. [W owym czasie mama miała się dobrze, zachorowała jednak śmiertelnie w 2000 roku]. W którymś momencie zjawił się „ojciec”, dotknął mojego ramienia i powiedział uspokajającym tonem: „Nie martw się, przyjdzie jeszcze taki czas, gdy poczujesz, że ten świat nie jest taki ważny (lub: wart uwagi)…”.

10 września 1999 roku. Pisałam we śnie tekst o tożsamości apokaliptycznego jeźdźca na białym koniu z Sai Babą. W pewnej chwili ekran komputera przygasł, a wyłączony – działał nadal, ukazując na czarnym ekranie jedynie słowo name i kiedy zdumiona zastanawiałam się, co z tym zrobić, nagle pojawiła się w pokoju, po mojej lewej stronie, na tle okna wychodzącego na wschód, pionowa czerwona iskra energii w powietrzu, jak zminiaturyzowany piorun. Zasyczała charakterystycznie i z mocą, a ja poczułam to samo, co wtedy, gdy przedstawiał mi się „Kriszna” rozbłyskiem lampy i telewizora, wyłączonego z sieci. Stan umysłu nie do opisania – „skwierczący”, jakby z wewnątrz pioruna.

Po chwili zauważyłam, że w pokoju zrobiło się jaśniej. Spojrzałam w górę, żeby znaleźć źródło oświetlenia i zobaczyłam, że sufit stał się przeźroczysty, jak ze szkła, stanowiąc teraz coś podobnego do (niewidzialnej, ale konkretnej) granicy pomiędzy wymiarami, że tamtędy pada światło dziennego słońca, a także, że stamtąd, z góry, jakby z tronu wiszącego w powietrzu spogląda na mnie w dół uśmiechająca się serdecznie i żartobliwie postać (obrysowana graficznym konturem), szarawa, niewysoka, spowita w jakąś długą, spływającą jak zasłona wokół tronu, szatę, o bardzo niewyraźnych rysach twarzy, jakby za mgłą, ale wyraźnie i znajomo błyszczących oczach, z głową okoloną także znajomą wielką, czarną czupryną. I na tym się skończyło.

*

W ostatnim przypadku podaję notatki z różnych wypowiedzi Jarka Bzomy:

Drganie Źródłowego Punktu wraz ze swym odbiciem wystarcza, aby wykreować cały widzialny świat. W snach doświadczamy go jako zgrzytliwą jak szkło wibrację oddzielania się, która daje się usłyszeć jako głos Orła czy Ducha Świętego, zależnie od systemu przekonań śniącego. Głos drapieżnego ptaka, wibracja Kryształowego Wiru, Głos Ducha Świętego, wibracja tworząca Przejawienie wyłania się z Nicości, z Bramy Szczeliny 8-12.

Widok do góry nogami na suficie (lub postać stojąca na głowie) to przekroczenie granicy 8/9.

Szklana ściana oznacza granicę czasu. Ale w nieco innym sensie, niż to nam się wydaje. To element kryształowego muru na granicy ze Szczeliną 8-12. Ma związek z podróżowaniem w czasie, bo za tą szklaną ścianą nie ma już czasu.

Włosy jak piorunki, sterczące naokoło głowy miewają bóstwa planetarne, byty apollińskie, bóg Słońca.

Czarne Słońce to pojęcie alchemiczne, związane z fazą Nigredo, bóstwo poziomu 8.

Poziom 8 – brahmaniczny, trójwarstwowy, to: Złota korona 8.3; szata, czasem inne królewskie/kapłańskie atrybuty. Przechodzi w zasłonę bytu/Zwierciadło, Paroket 8/9, generuje impuls do przejawiania się Nieprzejawienia Szczeliny 8-12 i do szukania form swojego wyrazu. Śni się jako stożkowy, złoty pełen ornamentów płaszcz pusty w środku. Przypomina strój liturgiczny prawosławnego popa, czy kapłański w ogólności.

Androgyn – w Nieprzejawieniu 8-12 ich androgyniczność początkowo jawi się jako albo Matka albo Ojciec, po czym, im wyżej, czyli na poziomie 11 i 12, tym są coraz bardziej jednym równocześnie, aż do fazy Androgyna o uszminkowanej cyrkowo twarzy. Im bliżej punktu Źródłowego, im szybciej porusza się wir, tym bardziej Androgyn jest zrównoważony.

Co do nazwania owej istoty. Najbardziej pasuje do niej/niego określenie Bezimienny (stąd na ekranie ukazał się tylko wyraz name, a nie konkretne imię). Obraz zawierał wszelkie cechy prowadzące w górę. Metatron, który jest czarny, posiada płaszcz i swój tron, jawi się jednak po tej stronie granicy 8/9. Twarz za mgłą brahmaniczną to tożsamość bóstwa, jawiącego się w Nicości powyżej granicy Nieprzejawienia jako Czarne Słońce alchemików. Był to zapewne androgyn, uśmiechający się dowcipnie, zamiast sennej symboliki w postaci umalowanej twarzy.

Z dziennika wzięć zapis 5

Zawsze interesowały mnie proroctwa i wiele na ten temat czytałam i rozmyślałam. Jako dziecko zastanawiałam się na temat proroków (biblijnych i innych), i zadawałam sobie pytania, w jaki sposób widzieli przyszłość. Co się wtedy dzieje z człowiekiem? Jak to jest jasnowidzieć? I wiedzieć, że przemawia przez ciebie/kogoś Bóg albo anioł, nie człowiek. Mało tego, znać daty i być skądś pewnym ich spełnienia. Czy to nie jakieś szaleństwo? Wymysł? Fantazja? Halucynacja?
Nie znajdowałam na nie odpowiedzi czytając dzieła znanych psychologów, psychoanalityków i psychiatrów. Niewiele ich było w filozofii. I nawet, gdy już wpadły mi do rąk teksty mistyków chrześcijańskich, czy teozofów dalej nie rozumiałam, jak to się dzieje w praktyce i skąd się bierze. Wróżąc z Tarota nigdy nie miałam żadnych nadzwyczajnych odczuć czy widzeń. Choć zdarzało mi się śnić problemy jakiejś osoby jeszcze przed samym spotkaniem z nią.
Tymczasem w okresie, z którego zdaję tutaj relację zaczęły pojawiać się autentyczne widzenia przyszłości. Atmosfera tych widzeń była tak niesamowita, że do tej pory ich wspomnienie nie jest mi obojętne. Przez długi czas nie potrafiłam odnaleźć w sobie dystansu do nich, dlatego moja książka, w której się znalazły nie nabrała odpowiednich lotów. Zabrakło najzwyczajniej dowcipu.

prorok
To trudne, przekazywać innym, którzy nigdy nie doświadczyli podobnych stanów, takie treści. Pewnie łatwiej zostać szaleńczym prorokiem tarzającym się w piasku pustyni na oczach drwiącego tłumu i wykrzykującym groźby zagłady w imieniu Boga. Niż potraktować je jak każdą inną rzecz możliwą na tym świecie, zewnętrzną, zracjonalizowaną. Ostatecznie ma się drugą opcję (Cienia): samemu drwić z innych, napawając się świadomością, że zginą marnie, gdy nadejdzie czas ostatni i wyznaczony na bezpowrotne wyjście z materii.
Ale dość o tym. Co było dalej, sami posłuchajcie…

*

Po spotkaniu z boskim astrologiem, obudził mnie ogromny, zygzakowaty piorun rozdzierający niebo na pół i uderzający z hukiem i grozą w jakieś miejsce daleko na zachodzie. Wrażenie było tak realne, że kiedy ocknęłam się z tego na jawie w łóżku, nie udało mi się już zasnąć do samego rana.

27 kwietnia 1999. Sen w głębokim transie ukazał mi dalszą przyszłość. Najpierw będzie kilka lat kryzysu i nadzwyczajnej mobilizacji sił wszystkich ludzi, po którym przyjdzie pokój i wielka radość. Sucho, gorąco. Potem pojawił się ogromny i groźny wir w ciemnym morzu i na moją głowę spadło z góry coś ogromnego, twardego jak kamień, bezwzględnie niszczącego. Nic z tym nie da się zrobić. Pojawiła się data: 2020 rok, jako jakiś ważny nieuchronny fakt. Dalej było mokro, deszczowo, coraz bardziej mokro, zaczęłam się bać, myślałam o jakimś dachu nad głową i ten lęk mnie obudził.

29 kwietnia 1999. Wieczorem przeglądałam atlas geograficzny i wpatrywałam się w mapę naszego kontynentu. W nocy weszłam w głęboki stan wizyjny.
Ukazała mi się płaska, przypominająca trójwymiarową, kolorową płytkę mapa Europy, unosząca się na wodach oceanu. Duża część kontynentu od południa zaznaczona była ciemnym kolorem. Cień pokrywał półwyspy Apeniński i Bałkański, Wybrzeże Dalmatyńskie, połowę Francji i tylko niewielkie wyspy na północy oraz cała Wschodnia Europa świeciły jasną, słoneczną barwą. Polskę oddzielał od strefy cienia jedynie wąski paseczek lądu. Kiedy przyglądałam się temu płyta kontynentu nagle mocno zadrżała i podniosła wody Morza Śródziemnego, zalewając znaczny obszar Półwyspu Apenińskiego i południowej Francji. Mój wzrok przesunął się nad całą planetą (przypominającą kolorowy globus) i zobaczyłam, że ziemia trzęsie się także po drugiej stronie półkuli, w okolicach Ameryki Środkowej i Północnej. Kontynent amerykański zaczął się gwałtownie zmieniać, a wody oceanu wtargnęły daleko w głąb lądu.
Następny obraz to zapełniony ludźmi stadion piłkarski. Przyglądałam się zgromadzonej widowni jak gdyby okiem kamery, rejestrującej wydarzenia, raz robiąc plan ogólny, a innym razem zbliżenia obrazu. Na widowni zauważyłam puste miejsca, nieliczne i przez to niewidoczne z daleka. To byli ci, którzy znikną na zawsze z materii, mistrzowie Gry. [Po latach nie jestem pewna słuszności tego wniosku. Puste miejsca mogły oznaczać równie dobrze tych, którzy na ową radość się nie załapią, a zatem stosunkowo niewielu ich]. Widownia obrazowała resztę ludzi, którzy w wyniku Wielkiego Meczu dostąpią ewolucji świadomości. Było tam wiele młodych, radosnych, niesamowicie szczęśliwych osób. Chwilę potem ujrzałam boisko piłkarskie, przedzielone kreską pośrodku. Obydwie jego części błyszczały oślepiająco białym światłem.

Kiedy się obudziłam i odzyskałam kontakt z fizycznym ciałem, moje uszy rejestrowały jeszcze długo przetworzone dźwięki płynące z ulicy. Ilekroć przejeżdżał jakiś samochód, jego warkot odbijał się jak gdyby od licznych cienkich płytek anteny telewizyjnej, zamontowanej na balkonie i docierał do mojego umysłu jako chóralne, pełne entuzjazmu okrzyki wielkiej rzeszy młodych ludzi zgromadzonych na stadionie: Dziękujemy! Dziękujemy! Dziękujemy! Okrzyki te słyszałam nawet po otwarciu oczu i całkowitym oprzytomnieniu.

6 maja 1999 roku. Znalazłam się w nieprzyjemnym transie. Coś mnie bezwzględnie i bardzo silnie wyciągało z ciała, przyłożywszy do kręgosłupa, w okolicy kości ogonowej i karku dwie „przyssawki”, czyli gorące, mrowiące plastry. Wyskoczyłam szybko, siłą woli na jawę. Okazało się, że jestem dość spokojna, nie czułam strachu, który zawsze wzbudza demoniczna energia, ale dziwne „plastry” oddziaływały cały czas z wielką siłą. Zaczęłam powtarzać mantrę Om namaha śivaja, potem imię Jezusa Chrystusa, aby skupić umysł. Osiągnęłam tyle, że dotarła do mnie telepatycznie aura osobowości jakiejś istoty (lub istot).
Była to gromada istot tworzących specyficzny, totalitarny świat, w którym ich wspólna świadomość pozostawała zogniskowana na czymś wyższym względem nich, podającym się za jedynego boga, co sprowadzało pojedyncze istnienie do roli bio-robota. Odczułam ich zamierzchłość i pomyślałam, że pewnie wyewoluowały dawno temu i odegrały ważną rolę w wykreowaniu materialnej potęgi jakiegoś starożytnego lądu, może Atlantydy.
Podczas mantrowania bez problemu wizualizowałam Sai Babę jako obrońcę oraz znak krzyża, i to dziwne, złowrogie oddziaływanie nie miało na mnie wpływu. Usłyszałam kilka razy w pokoju jakieś stuki i przesunięcia. Poczułam także dotknięcie na karku, u podstawy czaszki, a potem przy lewym uchu. Ilekroć się zdrzemnęłam, od razu wciągała mnie ta straszna siła i musiałam się szybko budzić. Na jawie nie bałam się, ale czekałam z utęsknieniem, aż to wszystko się skończy. Dzięki wzywaniu imienia Sai udało mi się nie zasnąć aż do świtu.

[Dziś powiedziałabym, że było to spotkanie z egregorem imperium, rodem z Atlkantydy, po potopie Egipskiego, Babilońskiego, potem Rzymskiego i obecnie Kościoła Katolickiego, energetyczne plastry informowały o zakresie poziomów, przez niego objętych zasadą pożywiania się, obejmujących całe Przejawienie 1-8]

15 maja 1999 roku. Wieczorem mój umysł uporczywie krążył wokół różnych apokaliptycznych zagadnień, i nie zauważyłam nawet, jak te myśli przeszły w sen. Niespodziewanie coś strzeliło i zastukało w pokoju, cały czas byłam przekonana, że to jawa. I wtedy nagle, na ułamek sekundy pojawił się obraz jasnego księżyca w zenicie na czystym nocnym niebie i troszkę na ukos pod nim, (ale blisko) mignęła biała, okrągła, pełna miłości twarz i wielkie, kochające oczy znanej mi skądś dobrze istoty.
Potem zdawało mi się, że krążą koło mnie dwie lub trzy małe kulki połyskliwej, malachitowej zieleni, i niespodziewanie poczułam coś takiego, jakby wychyliła się ze mnie uduchowiona, męska postać o natchnionym wyrazie twarzy (ogarnęło mnie zdumienie, że tak wzniośle wygląda moje ciało subtelne i potrafię być w tak głębokiej ekstazie) i już po chwili wracałam skądś, przez nocne podwórze, schody, ganek, pokój do sypialni… położyłam się, a w łóżku – ja, śniąca teraz o tym, że idę!
Wniknęłam w ciało, głowa zaczęła pulsować energią, słyszałam brzęczenie w uszach, to trochę trwało, zanim nastąpiło całkowite sklejenie w jedno.
Przejrzałam zasoby pamięci, ale nic prócz tego, co opisałam, w niej nie znalazłam. Czułam jeszcze przez chwilę mrowienie w kilku (trzech) palcach prawej dłoni, jak gdyby były niematerialne i teraz dopasowywały się do ciała fizycznego.

Pamiętam inne przeżycia tego rodzaju, gdy czułam odklejanie się od ciała fizycznego, które mimo to pozostawało całkowicie świadome, co przypominało dwie kalki niezbyt ściśle nałożone na siebie. Zdarzyło mi się też kilka razy odruchowo poprawiać na sobie kołdrę, albo drapać się po nosie… trzecią ręką.

18 maja 1999 roku. Jeszcze przed zaśnięciem zapadłam w zmieniony stan świadomości. Część mnie była na wyższym poziomie wibracji, ale świadomość jawy utrzymywała zwykłe rozeznanie, co tworzyło napięcie i niemożność skupienia się. Pojawiały się wewnętrzne obrazy, które wyrywały mnie natychmiast ze snu. Cały czas była w nich przestrzeń.

narajana
W ten sposób – nagły i wyrywający – ukazało mi się wnętrze wielkiego, gotyckiego kościoła. W miejscu ołtarza, w wysokiej łukowatej kamiennej wnęce stała bardzo szczupła i wysoka aż po sklepienie, kilkumetrowa postać Pana, z ośmioma, może dziesięcioma długimi cienkimi rękami. Uśmiechał się pięknym i subtelnym uśmiechem młodego Syna Boga.

Babaji

Miał twarz podobną do Babajiego, którą znam z fotografii. Temu obrazowi towarzyszył niezwykły nastrój wcielonej bożej mocy, nie do opisania słowami.