Klub Ezo, część 2

Druga część opowieści, która wydarzyła się w całości w snach. Nic nie zmyśliłam, jedynie ułożyłam w miarę logiczną historię z serii śnionych i przeżywanych w stanach transu wydarzeń.

Część 1 <<<<

Ewa Sey

Klub Ezo, cd.

Byli tacy, którzy zaczęli Żywję badać i oceniać swoimi parapsychicznymi sposobami. Każde takie zerknięcie bez pozwolenia budziło ją w nocy i pozostawała świadoma wszystkich tych prób. Z ciekawości zdecydowała im się poddać. Te podsłuchane opinie miały swoje rozwijające się stopniowanie. Począwszy od: „Ona naprawdę chyba zwariowała!”, poprzez: „To anioł otoczony przez wampiry z powodu słodkiej złotej aury”, “ po: „To wszystko prawda, co mówi. Ona przejdzie kiedyś za zasłonę”… Niektórzy wynaleźli jej kamienie w pęcherzyku żółciowym, albo niemożność trawienia kilku białek roślinnego pochodzenia. Co miało okazać się prawdą za kilkanaście lat. Innych opinii życie nie potwierdziło.

Nareszcie jedna z redaktorek wydawnictwa, w którym dawno temu chciała wydać kolejną książkę, przypomniała to sobie, kazała przeszukać wszystkie szafy i odnalazła ów ręcznie pisany ślad na samym dnie redakcyjnej makulatury. Mocno ją to zbulwersowało. Zaskoczona udała się najpierw do kilku znajomych wróżbitów, a gdy wyniki ich wglądów okazały się niejasne i zagmatwane zdecydowała się pójść ze sprawą do samego jasnowidza z Cieszkowa, słynącego z nieomal stuprocentowych trafień.
Dokładnie mówiąc nie zrobiła tego osobiście, tylko wysłała do niego incognito swoją pracownicę. Aby nie zdradzać na początek żadnych danych, ani nie sugerować rozwiązań. Pracownica miała ze sobą ów pisany ręcznie list, który przeleżał tyle czasu w przepaściach redakcyjnego archiwum.

Tego dnia na seans przybyło kilka osób, w większości kobiet z różnymi tragicznymi problemami w rodzaju poszukiwania zaginionych i zebrało się milcząco w poczekalni. W końcu, gdy napięcie wśród nich nie do zniesienia wzrosło wyszła ku nim sekretarzująca jasnowidzowi jego żona. Powitała wszystkich i poprosiła o przedmioty osobiste związane z ludźmi, o których chcą się czegoś dowiedzieć. Mistrz w ogóle się nie ukazał, aby się nie dekoncentrować.
Mijała dobra godzina kolejnego oczekiwania na wyniki badań, gdy z gabinetu wychylił się osobiście starszy łysy pan będący jasnowidzem z Cieszkowa. Cichym głosem poprosił osobę związaną z listem, który trzymał w dłoni.
Pracownica redakcji, spocona z wrażenia weszła do środka, a starszy pan stojąc oddał jej list.
– To, co ujrzałem kompletnie mnie zaskoczyło. Usłyszałem głos anioła, strażnika Raju – mruknął lekko zdziwiony i jakby zakłopotany. – Anioł mówił z ruskim akcentem, zmiękczając słowa i zdania na wschodni sposób. Wyraził zdumienie, że „ona słyszy głos Boga i widzi trzy drzewa w Raju, blisko Niego”, to podobno jest niemożliwe… Przemówienie, które usłyszałem było dość długie, padły w nim jeszcze nazwiska „caria Aleksandra wtarowo” i „caria Napoleona wtarowo”. Niestety tylko to z niego zapamiętałem. A szkoda, bo ten wschodni akcent naprawdę mnie ujął.

Byli jednak również tacy, którzy uwagi Żywji o nadchodzącej wojnie traktowali jako dowód związku z diabłem. Koniecznie pragnęli udowodnić jej to powiązanie. Podtrzymywało tę opinię odżegnywanie się od duchowych mistrzów czy stosowania diet i treningów doskonalących wgląd, oczyszczających umysł i ciało i przedłużających życie. Do tego nie stroniła od alkoholu, rozrywkowego towarzystwa, nie pościła ani nie praktykowała żadnej religii. Raz spytana, czemu woli jeść mięso, pić wino, zatruwać swój organizm i obciążać sumienie krwią zwierząt odpowiedziała tylko:
– Dlatego, że od tego, za czym ty gonisz ja uciekam.
– Gonię?
– Tak. Chcesz być czysty jak szkło, widzieć i słyszeć rzeczy niewidzialne i niesłyszalne, władać energiami i magiczną mocą. I tym samym zasłużyć na życzliwą pomoc i uwagę Boga, nieprawdaż? Mam to w nadmiarze przy byle głodówce czy medytacji. I przestaję zwyczajnie funkcjonować. Zamieniam się w przestraszone i oszołomione nadmiarem wyczuwanych impulsów zwierzątko. Z tym nie da się żyć. Przynajmniej w fizycznym ciele.

Któregoś dnia zadzwonił telefon i w nim charakterystyczny głos Wiesława Kowala zapytał, czy wybiera się na najbliższe spotkanie Klubu Ezo. Pyta zaś z tego powodu, że chciałby ją tam spotkać. Ma do opowiedzenia wszystkim historię, która w dużej mierze wydaje mu się zbieżna z jej relacjami z koszmarnych ataków. Zaciekawiona Żywja obiecała pójść. W ustalonym dniu i godzinie zjawiła się w kawiarni byłego Hortexu, tak jak wcześniej.

Obecni byli tylko najstarsi klubowicze, pewnie z tego powodu, że pora wakacyjna wygnała młodszych w drogę do zarabiania pieniędzy przy prowadzeniu letnich warsztatów. Po powitaniu, zwyczajowym podaniu wszystkim zielonej herbaty (nic się tak naprawdę nie zmieniło mimo zmiany właściciela kawiarni, nawet kelner pozostał ten sam) Wiesław Kowal zatarł swoje duże dłonie i westchnąwszy zaczął mówić:
– Niektórym z was wspomniałem już o tym, co chcę teraz wszystkim opowiedzieć. Cała sprawa zaczęła się od chwili, gdy ogłosiłem przepowiednię dla świata, która niestety, jak wam wiadomo sprawdziła się w stu procentach. Dnia 11 września roku pamiętnego… Wszyscy tutaj w jakiś sposób siedzimy w Tajemnicy, nieprawdaż? Próbujemy nie tylko dociec przyszłości, ale przede wszystkim pojąć jej ukryty sens i mechanizmy, które nią sterują. Pewnie niektórym udało się coś przeczuć zawczasu. I niewiele to zmieniło, albo w ogóle nic. Rzeczywistość toczy się bezwładnie, a obecnie – śmiem uważać – ten bezwład jak gdyby przybrał na sile. Być może (powtarzam: być może!) stoją za tym konkretne siły i elity dysponujące iście szatańskimi technologiami, o których niewielu ma pojęcie. Po ostatnich moich doświadczeniach przypuszczam, że używa się ich w celu zahamowania naturalnego procesu uświadomienia sobie sieci uzależnień, w której tkwią od dawna całe społeczności.
– Ależ oczywiście! – roześmiał się hipnotyzer i zawołany spirytysta Maksym Wątpiałek, rówieśnik astrologa. – Wszyscy o tym wiedzą od lat, nawet wróble o tym ćwierkają! Co ty knujesz i do czego zmierzasz naprawdę, stary byku?

Wiesław Kowal roześmiał się z widoczną ulgą.
– Moi drodzy, wiecie jak potwornie pokopane miałem ostatnie dwa lata życia… Przewidziałem trochę z tego swoimi sposobami astrologicznymi, ale tak naprawdę wszystko, czego doświadczyłem przerosło moje najgorsze oczekiwania! A musicie przyznać, że mylę się rzadko w ocenie wagi tranzytów i progresji.
– To prawda – zgodził się mistrz różdżkarstwa, Józef Pełka. – I chyba wszyscy słyszeliśmy o twoich nieszczęściach.
– Nieszczęścia… – westchnął z powracającą powagą Kowal. – Można by je doprawdy nazwać chronicznym pechem, a w moim subiektywnym odbiorze była to wręcz klątwa!
– I ty to mówisz? Racjonalista i intelektualista? – uśmiechnął się pan Maksym, z którym od dawna byli przyjaciółmi i znali się jak łyse konie jeszcze z czasów wspólnej pracy w Polskim Stowarzyszeniu Parapsychologicznym.
– Tak, ja. Przyznaję, że pogoniły mnie (mnie! racjonalistę i intelektualistę!) nieczyste i źle mi życzące niewidzialne siły. I choć nie mogę wam niczego udowodnić, to jednak spróbuję o tym opowiedzieć.

I wtedy klubowicze usłyszeli jego przedziwną opowieść.
W zamian jednak w tym miejscu opowiadania warte przytoczenia są sny, które Żywja miała poprzedzającej owe spotkanie nocy. Dzięki nim można spróbować ujrzeć nieco więcej, niż wynikło to z samej relacji Wiesława Kowala w Klubie Ezo.

Najpierw rysowała w notatniku pojawiające się od dawna w jej snach symbole. Zestaw zaczynał się od wielkiego gada (samicy dinozaura), potem szło kilka innych mniej ważnych form istot, aż wreszcie kończył się na ogromnym niedźwiedziu z gwiazd. Wtem domyśliła się, że chodzi o gwiazdozbiór Wielkiej Niedźwiedzicy. To odkrycie sprawiło, że zadrżała od stóp do głowy przeszyta dojmującym przerażeniem. Zestaw kończył się obrazkiem mnóstwa drobnych i czarnych kropelek spadających z rozgwieżdżonego nieba na ziemię niczym rozsiewane z góry zarodniki ciemności.

Nadciągnął wieczór, a w obrębie ogrodzonego murem terenu wokół kościelnej katedry ciągle jeszcze stało trzech mężczyzn eksperymentujących z nader silną trucizną. Wieża kościelna miała kwadratową podstawę. Na każdej ścianie wielka okrągła tarcza zegara pokazywała nadchodzącą ostatnią godzinę. Nie działo się to pierwszy raz. Bardzo ostrożnie polewano trującymi kroplami kartkę papieru z zapisaną na niej przepowiednią obwarowaną chroniącym zaklęciem. Wszystkim obecnym było wiadomo od lat, że za każdym razem jakiekolwiek próby złamania klątwy i odczytania Tajemnicy okazywały się bardzo groźne dla ogłaszających je autorów, a śmiałkom, którzy spróbowali zawczasu przekazać ją społeczeństwu, by zmienić bieg wydarzeń – nieumiejętny kontakt z trującą energią odrywał ręce i nogi każąc im umierać w straszliwych męczarniach. Któryś z eksperymentatorów oceniał właśnie wyniki ostatniego doświadczenia. Trujące krople wyżarły większość tekstu, ale to, co pozostało i dało się odczytać z zapisu zrobionego po angielsku zdumiało wszystkich. Tajemny przekaz brzmiał: Personal birth, czyli: osobiste narodziny.

krokodil

Natychmiast pojawiła się wyczuwalna obecność jakiejś ponurej, potężnej i mrocznej świadomości. Z niezrozumiałych powodów nie atakowała jednak, ale obserwowała całe to zdarzenie z napiętą uwagą ukryta gdzieś w niewidzialnym świecie.

Wtedy plac przykościelny zamienił się w otoczony murem stary park, a katedra w kilkupiętrowy pałac. Było już blisko północy. Nagle w nieprzeniknionym mroku otworzyło się oko ukrytej w nim przerażającej istoty… Ogromne, obłe, żółte, ze źrenicą zwężoną w pionową kreskę jak u gadziego drapieżnika, węża albo krokodyla.
Chwilę potem ktoś ukazał się w pałacowym pokoju na drugim piętrze. Rozchyliwszy śmiałym ruchem czerwone zasłony stanął w oknie mały śmiejący się bezczelnie chłopiec, boski bliźniak.

Teraz położono przed Żywją odwieczną Xsięgę. Do obu jej boków przyklejone były dwie złożone jak mapki mniejsze książeczki. Żywja ostrożnie otworzyła jedną z nich i odsłoniła obrazek. Ukazywał młodego chudego mężczyznę. Leżał obnażony, z półotwartymi ustami i wykrzywioną bólem, nienawiścią i wstrętem twarzą, pokrytą kilkudniowym zarostem. Jego podniebienie było rozszczepione na dwie szczęki, obie miały po pełnym zestawie zębów. W dolnej części obrazka znajdował się szkic mutanta. Było to coś ohydnie zdeformowanego, drobnego, czarnego, zwyczajnie – diabelskie dziecko.

Żywja otworzyła drugą książeczkę. Zobaczyła portret uśmiechającej się rezolutnie zdrowej i silnej kilkuletniej dziewczynki. W uśmiechu ukazywała dwa błyszczące śnieżną bielą, wystające zabawnie spod górnej wargi siekacze.

Wtedy zaczął się atak. Żywja poczuła obecność nader nieprzyjemnej i nieprzyjaznej siły. Pokój sypialny powiększył się, a pod lampą zaczął krążyć czarny wielogłowy smoczy kształt, usiłując zgasić lub choćby maksymalnie przyćmić jej światło.
Zaczęła odruchowo wykonywać znak krzyża i robiła to jednocześnie dwiema rękami. Prawą i lewą. Natychmiast usłyszała dobiegający z oddali śpiew wielkich ludzkich tłumów. Rozpoznała maryjną pieśń kościelną.

Ni stąd ni zowąd znalazła się na przedmieściach Warszawy. Wciąż trwała noc. Szła oświetloną latarniami ulicą zmierzając do domu przyjaciół. Nagle zaszedł jej drogę zdążający tak samo jak ona po prawej stronie czarny pies rasy doberman z łypiącymi groźnie ślepiami. Zdecydowała się przejść na lewą stronę ulicy, ale już po chwili zaczęła zmierzać ku niej jakaś drobna smolista postać. Nawet nie starała się jej dobrze rozpoznać, aby nie oszaleć ze strachu.
Cofnęła się zawracając, ale dokąd ma teraz pójść? Do kogo się udać? Komu coś tak przerażającego i nieprawdopodobnego opowiedzieć? I kto jej uwierzy?

Pominięta tutaj opowieść Wiesława Kowala zawierała podobną treść. W pewnej chwili swego życia pozostał sam na sam z czymś mrocznym i wrogim, co najwyraźniej broniło mu jakiegokolwiek działania zmierzającego do naprawienia sytuacji i zapobieżenia destrukcyjnemu biegowi wydarzeń. Bez żadnej wyraźnej przyczyny stał się pastwą irracjonalnych ataków na swoją osobę, wrogich wystąpień i niechętnych deklaracji ludzi, którzy do tej pory piali na jego cześć. Odwrócili się od niego nawet najbliżsi.
– Od tamtej pory dużo o tym myślałem… Z początku oczywiście buntowałem się i próbowałem się bronić, ale sami wiecie, jakie były tego skutki, ech – orzekł Kowal machnąwszy ręką. – Zdecydowałem się potraktować te prześladowania jako wyraz woli Boga, (czyli, jak kto woli – mojej wyższej jaźni). To pozwoliło mi nabrać spokoju i wybaczyć wrogom. Mój obecny wniosek jest taki. Są rzeczy i sprawy, od których lepiej trzymać się z daleka. Nie z tchórzostwa, broń Boże! Ale dlatego, że nawet Bóg nie chce ich przeniknąć.

***

– Witaj, Żywjo! Czy coś naprawdę się zmienia…? – te uprzejme słowa wypowiedziane miłym głosem młodego mężczyzny obudziły ją w środku pierwszej nocy, którą spędzała w swoim świeżo wynajętym warszawskim mieszkaniu. Dobiegły z przedpokoju.

Zaraz potem trzasnęły drzwi i do sypialni wpadł niepoczytalnie wściekły, żądny zemsty człowiek. Wszystkie włoski stanęły jej dęba na całym ciele i pojęła, że tylko ułamek sekundy dzieli ją od śmierci.
Wtem atakujący zatrzymał się. Dosłownie w odległości centymetra od tapczanu zamarł w bezruchu, jak gdyby czymś niepomiernie zaskoczony. Zdumiało ją to równie mocno.
Chwilę potem wrzasnął na cały głos:
– O, kurwa, Jahwe!

I uciekł jak zmyty.

Reklamy

Po śladach pamięci

Tę relację muszę zacząć od końca. Składa się z zapisków wielu,  acz nie wszystkich, wizyjnych snów, w których odtwarzało mi się czyjeś życie. Tego rodzaju przeżyć miałam dużo więcej i nie dotyczyły one tylko jednej postaci. Inne jednak podobnego typu występowały sporadycznie, dając pojedynczy  i wyrywkowy wgląd w zapis pamięci ważniejszych społecznie ludzi, istniejący w Księdze Akaszy. Ta okazała się jak dotąd najważniejsza z paru istotnych względów, choćby z tego powodu, że tych snów było mnóstwo. Być może trauma tamtego życia, nagle zakończonego, była na tyle wyryta w matrycy karmicznej, że to, co z niej pozostało wpłynęło jakoś głębiej na moje życie. Żeby to wytłumaczyć musiałabym zrobić analizę psychologiczną swego dzieciństwa, snów, ambicji, blokad i lęków, a na to brak mi już chęci i zainteresowania całą sprawą. W każdym razie dawno przestałam myśleć o tym człowieku jako o sobie, kimś, kim osobiście byłam, tylko mam wymazaną pamięć. Niemniej jest mi bardzo bliski wewnętrznie, jak brat bliźniak, ktoś pochodzący z jednego z moim źródła duchowego.
Jarosław Bzoma uważa, z czym się ostatecznie zgadzam, że z punktu widzenia świadomości Boga wszyscy, jako ludzie, jednostki, indywidua jesteśmy jedynie projekcjami Źródła odbijającymi się po wielekroć w oczach innej własnej świadomości z różnych poziomów i błąkającymi się w wyprojektowanych przestrzeniach nawet w nieskończoność, dlatego rzec można, że reinkarnacja rozumiana jako ciągłość w czasie indywidualnej świadomości jest iluzją, jak wszystko co przejawione. Doszukiwanie się ścisłych związków, albo logicznych nici zwanych jedną misją pomiędzy poszczególnymi wcieleniami może być ciekawe pod względem literackim, romantycznym, psychoanalitycznym, nawet historycznym, ale wiąże nas z obecnym ego zbyt mocno, by nie rozważyć w końcu zlekceważenia takiego poglądu i zwrócenia uwagi na Jedyny Świadomy Punkt, z którego wszyscy wyszliśmy, i do którego powrócimy z wycieczki w czasoprzestrzeń.

Mimo wszystko opowiem wam o tym, w jaki sposób ujawniła się osoba, z którą nie wiąże mnie najmniejsze pokrewieństwo ani znajomość, a o której pojawiający się czasem w moim dzieciństwie niewidzialny byt, wchodzący do pokoju stanowczym krokiem, gdy spałam, mówił: Jesteś nim!
Nie powoduje mną teraz ego, ale chęć zdania relacji z niezwykłego wewnętrznego doświadczenia, które było moim udziałem przez całe lata. Myślę, że wielu osobom dążącym do odblokowania tego rodzaju „wspomnień” może ona pomóc uzmysłowić sobie sposób, w jaki to się czasem u niektórych odbywa spontanicznie. W „tym życiu” jestem osobą skromną i nieśmiałą, skrajnie introwertyczną, żyjącą na uboczu, mimo, że pozostały mi zainteresowania, łącznie ze znajomością języka francuskiego, a człowiek, o którym dalej opowiem, w okresie niedojrzałym pełnił rolę mojego dziwnego półświadomego cienia.

W nocy 25 czerwca 1997 roku wszystko zaczęło się podwyższonymi wibracjami rozchodzącymi się w górę całego ciała od czakry podstawy, które wprowadziły mnie w głęboki trans i pojawił się prędko przesuwający się pod zamkniętymi powiekami film cudzego życia z wyraźnie słyszanymi głosami bohaterów.

Znalazłam się w salonie szlachty polskiej (sądząc po strojach był to początek XIX wieku) na co tygodniowym spotkaniu towarzyskim, gdzie dyskutowano na aktualne polityczne tematy, siedząc przy stolikach z filiżankami kawy, grając w karty i dobierając się w grupki osób jednej płci i w podobnym wieku. Rozmowa toczyła się w fascynującej dla mego współczesnego ucha staropolszczyźnie i byłam bardzo zdumiona spostrzeżeniem, jak dalece zmienił się od tamtej pory akcent w języku polskim. Grupka kilku podstarzałych pań, siedzących na sofie wymieniała właśnie najnowsze wiadomości i w ich rozmowie padło nazwisko generała Sierakowskiego. Chwilę potem stałam już w ogromnym tłumie ludzi słuchających z nabożeństwem i przejęciem w katedralnym kościele kazania jakiegoś księdza-patrioty. [Przypuszczam teraz, że był to ksiądz Piotr Skarga]. Głos księdza, nabrzmiały patetycznym uczuciem rozlegał się w ciszy świątyni nad głowami licznie zgromadzonych wiernych. Cytował właśnie słowa Jezusa z Ewangelii o tym, że „nie przyszedłem po to, aby przynieść pokój, ale miecz”, co było wezwaniem do walki o wolność kraju, wcielonego niedawno w granice Rosji. Następnie stałam przy wezgłowiu łóżka, na którym leżała jakaś stara kobieta, jej twarz była nieostra. Chwilę potem już jej tam nie było, umarła, a ja widziałam swoją dłoń trzymającą poręcz – dużą, męską. Wszystkim tym scenom towarzyszył monotonny męski głos relacjonujący wydarzenia, wydający opinie i oceny aktualnej sytuacji politycznej. Nic nie pozostało mi w pamięci z tego jakby czytanego monologu [bohater przypomnienia okazał się być pisarzem].

Spróbowałam wysnuć jakieś wnioski, ale to było za trudne. Ujrzałam jeszcze z bliska, patrząc jakby z dołu ku górze, (co oznacza jego ważną, prestiżową rolę społeczną) twarz młodego, przystojnego mężczyzny. Miał silną szczękę o zdecydowanym męskim zarysie i wyraziste wargi. Jego oczy wydały mi się zasłonięte czymś, co przypominało okrągłe ciemne okulary. Na tym skończył się wyświetlany w umyśle dziwny „historyczny film” i podwyższone wibracje wkrótce znikły.

Następnego dnia wybrałam się do czytelni w miejskiej bibliotece, aby poszperać w Herbarzu polskim i być może odnaleźć jakieś inne, uzupełniające szczegóły. Wertowałam długo i bezskutecznie kartki poświęcone historii życia członków rodzin Sierakowskich, Sarbiewskich, Sanguszków i Sapiehów i przez cały czas towarzyszyło mi specyficzne mrowienie energii, rozchodzące się od stóp w górę oraz bardzo ciekawe, w zestawieniu z odmienną płcią mojego ciała, poczucie bycia ważnym, silnym i głęboko zrozpaczonym mężczyzną.

aleksander_sapieha

Teraz jednak bardziej zrozumiałe wydało mi się to, co usłyszałam w nocy 1 lipca 1995 roku od ducha mego ojca, który zjawił się po odsłuchaniu przed snem kasety medytacyjnej Katabasis L. E. Stefańskiego. Obudziłam się wtedy w stanie transu czując jego znajome, mrowiące ciepło na plecach i usłyszałam jak szepcze mi do ucha historię o poprzednim życiu, które pamięta do tej pory moje ciało. Otóż byłam kiedyś polskim szlachcicem, mającym swoje posiadłości na kresach wschodnich. Słowa mojego przewodnika rozmazywały się w świadomości i w dziwny sposób szybko umykały z pamięci. Zostało mi z nich tylko kilka wyrazów. Jugosławia… Turcja… rezygnacja (lub dymisja) z (czegoś) z powodu niezgody na posunięcia rządu… nagła śmierć. Korzystając z okazji spytałam go jeszcze, jak długo będę tu przebywać. Odpowiedział: – Hm, jeszcze długo. Ale – to dodał jakby na pociechę – efektem będzie zupełne rozdzielenie…

Wspomnę o panoramicznym śnie, który zdarzył mi się któregoś ranka 1993 roku, zatem kilka lat wcześniej. Jego akcja toczyła się w tamtej XIX-wiecznej epoce. Zapamiętałam z niej bardzo niewiele, jedynie obraz kościoła i otaczającego go muru, w którym była kuta z żelaza brama. Ktoś powiadomił mnie, że ten kościół (lub coś w tym kościele) ufundowała księżna Siemiaszko, pozostająca potem w wielkiej żałobie po swoim zbyt wcześnie zmarłym synu.

siemiatycze

W 2001 roku odnalazłam i rozpoznałam tę właśnie bramę i mur. Należą one do parafialnego kościoła Wniebowzięcia NMP z przylegającym doń dawnym klasztorem w Siemiatyczach. Nazwisko księżnej było przeinaczone, łącząc informacje, ponieważ to niewielkie miasto na Podlasiu zostało rozbudowane i wzorcowo zagospodarowane w XVIII wieku przez księżnę Annę Jabłonowską z Sapiehów, siostrę matki bohatera moich przypomnień.

I jeszcze zapisek z sierpnia 1995 roku: W medytacji poprosiłam wewnętrznego mistrza o ostateczne wyjaśnienie mi tego, kim jestem. We śnie ukazała mi się piwnica, jako świat podświadomej pamięci, a w niej dwie postacie męskie (były obwiedzione graficzną kreską). Z akcji snu, strzępków zapamiętanych słów i wydarzeń wynikło, że jedna z tych osób miała coś wspólnego z jugosłowiańską arystokracją i tureckim władcą o imieniu zaczynającym się na Ad… (Aleksander?). Na koniec pojawił się gruby kucharz, albo raczej karczmarz goniący… świnię, co już całkiem zamieszało mi w głowie. Potem zobaczyłam pomniejszonego do rozmiarów karzełka, podskakującego ze szczęścia człowieczka, który w pewnej chwili zaczął przypominać mnie samą. Na dnie piwnicy otworzyła się studnia, która była przejściem do innego świata i w jej głębi ukazała się nieludzka, śnieżnobiała, płaska twarz z wielkimi czarnymi oczami i ustami wyciągniętymi w ciup, przypominała dziwną maskę. Usta tworzyły zarys maleńkiego dysku i dobiegł mnie stamtąd głęboko wibrujący przenikliwy głos. Niestety nic nie zapamiętałam z tego, co powiedział.

W 1999 roku kilkakrotnie ujrzałam w wizjach szczupłego mężczyznę w mundurze polskiego szwoleżera. Siedział na koniu odwrócony tyłem do innego jeźdźca, który miał na sobie ciemny, długi płaszcz, a na głowie – znany mi dobrze z lekcji historii – pierogowy kapelusz. Pojawiła się także, jak żywa, twarz Stanisława Staszica i obraz zapełnionego po sufit książkami wysokiego, bibliotecznego wnętrza.
Innym razem wnętrze i kuluary starego teatru, z pustymi lożami nad widownią.
Zarysy wieży kościelnej na tle jakiegoś miasteczka.
Wyglądająca z okna na piętrze pałacu twarz uśmiechniętego mężczyzny w barokowej peruce na głowie.
Stara, szczupła kobieta w czarnej sukni wożona przez służących po kościelnym wnętrzu z zawieszonym na ścianie rzędem obrazów, przedstawiających historię rodu oraz kilkunastoletnia dziewczynka, wyjaśniająca płynnie swojemu nauczycielowi znaczenie patriotycznych symboli użytych na tych obrazach.
Kiedy indziej głos carskiego urzędnika ogłaszającego uroczyście po rosyjsku wyrok w procesie karnym, zasądzającego grzywnę do zapłacenia, po czym, gdy przeszedł na język polski, rzucił nazwisko niejakiego pana Kę… „z którym miałem sprawę”.

W nocy 7 lutego 1999 roku, ledwie przymknęłam oczy, weszłam w trans i przeniknęła mnie uroczysta muzyka orkiestrowa. Wsłuchałam się w nią, a całe moje ciało wydawało się współbrzmieć z tymi dźwiękami. Był to utwór podobny do operowej uwertury o przyjemnej dla ucha melodii. Chwilę potem pod powiekami ukazał się obraz. Przedstawiał nieruchomą scenę, jak gdyby zdjęcie. Było to wnętrze ogromnej sali. Mozaikowa posadzka na podłodze. Znajdowałam się pośrodku niej, czując, że z obu stron stoją licznie zgromadzeni ludzie, a mój wzrok padał na odgrodzone barierkami podwyższenie i siedzącego za nimi mężczyznę. Za nim widać było ścianę ze sklepioną, łukową wnęką. Przez głowę przemknęło mi skojarzenie z katedrą i ołtarzem w świątyni, choć nie było tam ołtarza ani żadnych przedmiotów kultu. Na krześle siedział mężczyzna z szeroko rozstawionymi nogami, w jasnym ubraniu. Rysy jego okrągławej twarzy były jednak zatarte. Po jego prawej stronie w specjalnej niszy w ścianie stało coś w rodzaju złotego popiersia.
Kiedy uważnie wpatrywałam się w całą scenę, usiłując zauważyć i zapamiętać jak najwięcej szczegółów, rozległ się w moich uszach, wciąż na tle orkiestrowej muzyki – śmiech. Głośny, coraz głośniejszy. Jednocześnie poczułam silne mrowienie w lewym ramieniu i odniosłam przedziwne wrażenie, że śmiech, który słyszę rozlega się właśnie stamtąd, z jednego punktu w mojej ręce! Z początku był to śmiech niewątpliwego triumfu i zwycięstwa. Zarozumiały, pełen władczej pychy. Wkrótce nabrał cech groźnej, złowróżbnej i okrutnej diaboliczności. Na koniec stał się upiornym śmiechem kogoś zrozpaczonego. Mężczyzna śmiał się przez łzy, jakby na przekór przegranej sytuacji, ale nawet przegrany nie przestawał wstrętnie chichotać.
Następnego dnia poszperałam w szczegółach biografii księcia Aleksandra i dotarłam do opisu radosnego powitania wojsk napoleońskich przez mieszkańców Wilna 28 czerwca 1812 roku. Cesarz Francuzów, kreujący się na mściciela krzywd polskiego narodu i wyzwoliciela Polaków i Litwinów spod carskiego jarzma, podczas spotkania z prezydentem miasta zażądał wielkich dostaw dla wojska. Rozmowę tłumaczył z francuskiego przybyły z nim na Litwę śniący mi się książę. W chwili, gdy prezydent skwapliwie obiecał 6 tysięcy porcji, Napoleon zareagował nagle wściekłym śmiechem i brutalnym poleceniem: Sto tysięcy! Natychmiast! Całemu zajściu przysłuchiwała się duża grupa przygodnych widzów.
Inne elementy tego wizyjnego przeżycia dają się odnieść do przebiegu uroczystości odnowienia Unii Polsko-Litewskiej w katedrze wileńskiej w dniu 14 lipca 1812 roku. Dopełniło je darmowe przedstawienie Krakowiaków i Górali (stąd mogła pochodzić uwertura, którą słyszałam w transie) i wielki bal śmietanki towarzyskiej i politycznej w pałacu Paca. Wieczorem, na krótko (gdyż musiał ruszyć na wojnę) cesarz zaszczycił przyjęcie swoją obecnością.
Śmiech, który usłyszałam mógł być symbolicznie skróconym przedstawieniem jego ambicji zapanowania w całej Europie, przełamania hegemonii Anglii na świecie, a następnie klęski jego politycznych zamiarów po tym jak wkrótce, opętany pychą, zupełnie wbrew rozsądkowi porwał się na rosyjskiego niedźwiedzia, co doprowadziło do dozgonnego uwięzienia go na wyspie.

Nadchodząca nieuchronnie śmierć mamy zaczęła uwalniać dodatkowe wspomnienia. I tak ujrzałam ją pewnego razu jako moją ówczesną młodszą siostrę, nieco sztywną i bardzo grzeczną księżniczkę z długimi włosami, zaplecionymi starannie w dwa warkoczyki spięte z tyłu głowy, we wnętrzu wysokiej, pałacowej komnaty z ogromnym żyrandolem i licznymi rycinami wiszącymi na ścianach, umierającą nagle, ku rozpaczy wszystkich najbliższych tuż przed wyznaczonym terminem jej ślubu.

Kiedy indziej przypomniał mi się wiejski dworek, miejsce umierania Aleksandra. Było to wnętrze ascetycznie urządzonego pokoju ze stojącym w centrum dużym łóżkiem z mosiężnymi okuciami. W mojej lewej stopie pojawiło się rozchodzące się stopniowo i nieubłaganie od dużego palca ku górze śmiertelne mrowienie, które mnie obudziło.

W 1999 roku natrafiłam w bibliotece wojewódzkiej na biografię, która mimo, że nie podawała – z powodu braku dokumentacji – ważnych faktów, przypominających mi się uporczywie, to powiązała w całość rozrzucone jak puzzle fragmenty wspomnień.

sapieha

Daruję tutaj jej streszczenie, można w tym celu sięgnąć do Wikipedii.
W skrócie powiem, że Aleksandrowi, podróżnikowi po Bałkanach będących wtedy pod władzą Turcji, pisarzowi, członkowi Polskiego Towarzystwa Naukowego, organizatorowi oddziału polskich szwoleżerów, szambelanowi Napoleona, twórcy wywiadu na Kresach, piszącemu memoriały bezpośrednio dla Bonapartego, nie udało się w porę odwieść, jak wszyscy to wiemy z historii, cesarza Francuzów od zamiaru prowadzenia walk zimą w Rosji lub, chociaż uczciwie go przestrzec przed możliwością poniesienia sromotnej klęski. Złożył dymisję w sytuacji, gdy zarysowała się szansa zdystansowania Poniatowskiego i odbudowania Polski, gdyby tylko cesarz zdecydował się zatrzymać swoją ekspansję na wschód. Zmarł nagle na skutek gangreny po ugryzieniu przez świnię na podwórzu jakiejś karczmy, gdzie zatrzymał się w drodze do domu, po uzyskaniu czasowego urlopu ze służby dla podratowania zdrowia. Był bowiem w ciężkiej i pogłębiającej się gwałtownie depresji. Oddał ducha w małym miasteczku na Polesiu i tam w pobliżu kościoła został pochowany. Po kilku latach ekshumowany leżał jakiś czas na starym cmentarzu w Wisznicach, co pewnego razu kazało mi odbyć wakacyjną wyprawę autostopem w to miejsce. Grobu nie znalazłam, ponieważ nie wiedziałam jeszcze, że legalna żona wyciągnęła go z niego raz jeszcze i pochowała w rodowym grobowcu w swojej posiadłości, gdzie na koniec spoczęła obok, jak wierna małżonka. Jego matka przeżyła go o 5 lat, pogrążona do końca swego życia w melancholii.

Pamięć i sny

Pamiętam to od dziecka. Jakaś duchowa, jak najbardziej wyczuwalna osobowość pojawiała się jako niewidzialny hipnotyzer, tłumaczący mi, że wskrzesza we mnie pewne cele zza grobu (ogromnie mnie to przerażało), namawiający mnie do poddania się jego sile. W snach ukazywał się jako młodzieniec o magnetycznym spojrzeniu. Był trochę podobny do młodego Adama Mickiewicza, namalowanego na portrecie, wiszącym w dużym pokoju domu moich dziadków, gdzie mieszkałam w dzieciństwie. Przepowiadał mi napisanie kilku książek i odnalezienie w przyszłości ważnych dla mnie osób.

Wisznice

Wiele razy w koszmarnych snach budziłam się jako żywy trup, leżący w grobie, rozkładający się, ale w pełni świadomy swojej śmierci. Czasem mój trup był wiotki i ciepły, choć sparaliżowany śmiercią i zdany na wielką samotność. Któregoś razu, błądząc w podobnym śnie po cmentarzu znalazłam zasypane piaskiem wejście do starego grobowca, w którym odkryłam leżące na katafalku zwłoki młodego księcia i wyschniętą obok niego krew. Niekiedy trup mojego (żyjącego jeszcze wtedy) ojca wstawał z grobu i pojawiał się jako niewidzialna postać, ubrana zjawa. Z grobowca na cmentarzu wypływała rzeka czystej wody, którą zaspokajałam swoje pragnienie. Napisy na nagrobkach zawierały jakieś mistyczne, inicjacyjne teksty i arystokratyczne nazwiska. Z jednego wyfrunął zegar ze skrzydłami i odleciał, a ja przedzierałam się przez wielką rzekę i trzy wielkie mosty, aby koniecznie odnaleźć to dziwne stworzenie.

Którejś nocy ukazał mi się w transie duch ojca oraz drugi, podający się za moją dawną znajomą. Oba wspólnie stwierdziły, że mój obecny dom został zbudowany na fundamentach zrujnowanej średniowiecznej kamienicy – należącej niegdyś do znanego mistyka i obywatela – której cegły weszły w skład nowych ścian, co ściąga teraz na to miejsce cierpienie z powodu nie załatwionych dawno temu spraw.

Innym razem przyszyto mi cudzą głowę, która z pełną świadomością patrzyła na swoje nowe ciało, leżąc przedtem odcięta na stole. Albo stawałam się mnichem wysłanym poprzez czas w średniowiecze, osamotnionym z powodu niemożności porozumienia się z otoczeniem językiem z przyszłości, którego jeszcze nikt nie znał i który zapisywał swoje przeżycia po to, aby w przyszłości ktoś (może on sam?) mógł je odszyfrować i właściwie zrozumieć. Razu pewnego zmaterializowało się obok mojego łóżka milczące widmo starej kobiety w czarnej, żałobnej, koronkowej sukni z XIX wieku.

Tym snom i przeżyciom towarzyszyło czasem pojawianie się niewidzialnej kuli silnie oddziałującej energii, która zawisała nade mną przez chwilę, przypatrując mi się w milczeniu. Bałam się tego, choć „kula” nigdy nie zrobiła mi krzywdy, emitując uczucie przyjaźni i pełną miłości akceptację. Był to straszny dla mnie okres głębokiej nerwicy, który trwał kilka lat, ale w rezultacie doprowadził do tego, że z mojego deklarowanego ateizmu nic nie pozostało.

To wszystko miało istotny związek z odzyskiwaniem świadomości korzeni. Od przypomnienia własnej przeszłości zależała moja integracja psychiczna, z którą nie radziłam sobie przez długi czas. Nie pomagało studiowanie prac psychoanalityków ani dyskusje z zaprzyjaźnionymi psychologami i psychiatrami. Nieskuteczne przez wiele lat okazały się też niekonwencjonalne metody, w rodzaju zabiegów reiki, szamańskiego okadzania, świecowania Hopi, dywinacji tarotowej i astrologicznej oraz wieloletnie  afirmacje, pozytywne wizualizacje i autosugestia.

Samo przypomnienie odbywało się stopniowo. Ale, gdy któregoś dnia stanęłam przed półkami antykwariatu ze starodrukami szukając „własnej” książki, wydanej w 1811 roku, poczułam, że życie zaczyna mnie nie tylko cieszyć, ale i bawić, i że zaczynam czuć się wreszcie sobą. Nastąpiło coś nieprawdopodobnego: przyłączenie do świadomości doświadczeń poprzedniej osobowości, która uparcie zakłócała moją wewnętrzną równowagę przez 37 lat życia!

Błędny duch

Przeprowadzanie zagubionego w zaświatach ducha zmarłego zdarza się jak najbardziej, i śnienie w moim przypadku gra w tym procesie najważniejszą rolę. Nie mam zdolności, które posiada pan Krzysztof Jackowski, jasnowidzenia na jawie. Choć nie powiem, że się coś takiego nie przytrafiło w moim życiu. Jednak większość spotkań z duchami miałam i nadal mam przede wszystkim we śnie, ściślej mówiąc w stanie sennego transu.

Każdej śmierci towarzyszą znaki szczególne, zbiegi okoliczności, przeczucia. Doświadczają ich najbliżsi osoby odchodzącej. Rodzą się jednak ludzie, zapewne jest to jedna osoba na kilka-kilkanaście tysięcy, która pełni specjalną, acz niewidzialną rolę odprowadzacza duchów w swojej społeczności. To jest wrodzona zdolność, poparta zainteresowaniem tamtą stroną, łatwością wchodzenia w trans, naznaczona wrażliwością, a nawet nadwrażliwością na niewidzialne sygnały. W środowiskach wiejskich z dawien dawna byli tacy ludzie, domorośli egzorcyści, szeptuni, wieduni, zielarze okadzający, zamawiacze, zaklinacze, radiesteci, babki i czarownicy. Doprawdy, nie wiem do końca, jak to jest z nimi w mieście. Pamiętam, że zamieszkanie w Warszawie było dla mnie połączone z przeżyciem traumy, jaką to miasto przeszło podczas Powstania, powitaniem z duchami poległych, rozpaczą i bólem, która w nim tkwi. Decyzja o wyprowadzce na wieś była tym niejako przyspieszona.

Po zamieszkaniu na odludnej podlaskiej kolonii w starej wynajętej chatynce otoczyła mnie wielka cisza. W której zdolności jasnosłyszenia, sny na jawie i kontakty z duchami powróciły w swojej zwykłej dla mnie formie. Co to znaczy?
Mieszkając od urodzenia w niewielkiej miejscowości doświadczałam od czasu do czasu wizyt duchów nieznanych mi osobiście świeżo zmarłych osób, mieszkańców okolicznych wsi i miasteczka. Nie było to jakoś częste, ale zawsze dość spektakularne. Zawsze byli to ludzie, którzy zmarli nagle, zaginęli na krótko przed śmiercią lub samobójcy. Jednym słowem duchy błądzące. Czemu zjawiały się u mnie? Któregoś razu zadałam to pytanie któremuś z nich i otrzymałam odpowiedź: Ciebie widać z daleka. Świecisz…

Samo takie spotkanie do przyjemnych nie należy. Najpierw pojawia się silny dyskomfort psychiczny, zupełnie nagle i bez powodu. Zawroty głowy, mdłości, dosłownie zasypianie na stojąco, brak energii, drżenie mięśni, osłabienie nieomal omdlewające. Niemożność zrobienia czegokolwiek innego, niż położenie się spać choćby w środku dnia i poprzez zaśnięcie nawiązanie kontaktu z potrzebującym. Co oczywiście w miarę możliwości czynię.

Zamieszkanie w mało ludnym otoczeniu pośród lasów i pól, wespół ze zwierzętami, dzikimi i hodowanymi kazało mi najpierw zapoznać się w podobny sposób z duchami, których pamięć przechowywała stara drewniana chata. Nie były to duchy zaginione, ot przypisane miejscu ślady pamięci, niemniej były to dość szczególne spotkania. Pewnego razu duch starej babci, która przeżyła w owej chacie kilkadziesiąt lat pomógł mi ugotować kapuśniak dla robotników! Byłam tak zestresowana nowymi warunkami i pośpiechem, że zapomniałam dodać do garnka najważniejszych przypraw, między innymi suszonych grzybów. Kiedy sobie o tym przypomniałam, było za późno na dorzucenie specjału. Tymczasem w zupie jakimś cudem się znalazły i panowie bardzo sobie chwalili obiad. Jednym słowem, babcia wyraziła swoją aprobatę mojej osoby, co – słysząc różne podlaskie opowieści o nowych mieszkańcach starych chat straszonych przez zmarłych właścicieli – jest warte podkreślenia.

W innych wypadkach wizytowały mnie w sennych koszmarkach miejscowe zmarłe szeptunki. Przeważnie wchodziły przez furtkę i stawały w którymś oknie, zaglądając ciekawie do środka. Mogłam się im dobrze przyjrzeć. Dowiadywałam się o nich później, rozpytując miejscowych kto, gdzie, kiedy i jak wyglądał. Zgadzało się.

Wypracowałam sobie pewne metody przeprowadzania zbłąkanego. W czym zawsze pomaga mi jednak najbardziej jakaś niewidzialna wyższa siła, która się przeze mnie podczas takiego egzorcyzmu przejawia. He, sądząc po minach owych przeprowadzanych oraz prędkości z jaką to robią, to widzą wtedy coś, co je zaskakuje lub przeraża tak bardzo, że zmykają tam, gdzie trzeba. Pojawia się wielkie światło z nieba, czasem robi się przy tym otwór w suficie. Przyszło mi do głowy, że to musi być postać smoka lub podobnie strasząca maska. Ale niekoniecznie dzieje się to zawsze. Zapewne pojawia się przeze mnie istota odpowiednia do świadomości potrzebującego pomocy ducha, z taką mocą, która wypycha go poza granicę ziemskiej grawitacji.

Na prawosławnej wiosce, gdzie zamieszkałam nieco później, nie zdarzały mi się już takie spotkania. Doszłam do wniosku, że powodem jest inna kultura i religia, tutejsi w razie czego mają „swoich” odprowadzaczy.
Niemniej jednak kilka lat temu zdarzyło się, że zmarł nasz sąsiad, wiekowy już człowiek, z którym bardzo lubiłam rozmawiać. Miał on do religii stosunek sceptyczny, do cerkwi nie chodził z przekonania. Toteż nie zdziwiło mnie, gdy kilka nocy po pogrzebie ktoś zastukał w szybę pokoju. Za szybą ujrzałam znajomą twarz, ale jakże wychudłą, siną, z pałającymi oczami, wyglądającą wprost jak głodny duch! W jednej chwili zrobiłam znak krzyża (to jedno z moich akcesoriów egzorcystycznych, ale w zasadzie odpowiednie zachowanie dzieje się samo w takim transie, czyli całkowicie odruchowo) wymawiając stosowną formułkę. Duch natychmiast ujrzał we mnie coś, co go bezgranicznie przeraziło i w jednej chwili znikł, rozpuścił się, przeszedł ostatecznie granicę życia i śmierci.

W ostatnim czasie wydarzyło się coś, co przekonało mnie jednak, że i miejscowe duchy ludzi całkiem mi nieznajomych, zaczęły mnie „widzieć”.
Historia zaczęła się od tego, że najpierw zmarł pewien staruszek na naszej wiosce. Odszedł spokojnie, bez niepokojenia, z wszelkimi stosownymi ceremoniałami pogrzebowymi. Jednak jakiś tydzień później moja domowniczka stwierdziła:
– Miałam dziwny sen. Przyszedł do nas jakiś staruszek z sąsiedniej wsi, zapomniałam już jak się nazywa, i powiedział, że będzie u nas jeszcze jeden pogrzeb…

Jakoś tej, albo najbliższej nocy w lesie opodal rozsiadła się sowa i dalejże pohukiwać do późnej pory bez przerwy! To zawsze tworzy „klimacik”, ponieważ nasi wioskowi współmieszkańcy z dziada pradziada wróżą sobie, że jak sowa zahuka tak blisko, to ktoś niechybnie umrze. Tak naprawdę sowy pohukują co roku o tej porze blisko domostw, zlatując się w ślad za gryzoniami, które schodzą się z lasów i pól do ludzkich siedzib. I nie zawsze zdarza się pogrzeb na wsi. Tym razem jednak zjawisko poprzedził ów sen.

Nie minęło dwa tygodnie, gdy w sąsiedniej wsi zaginął staruszek, dziadek Sieroża. Nie znałam go, ani on mnie, ale wszyscy go znali, jak to tutejszego. Miewał zaniki pamięci. Ostatni raz widziano go 6 grudnia około 15 wychodzącego drogą za wieś. Poszukiwania nie dały rezultatu, a ta bezksiężycowa noc okazała się nader mroźna. Dalsza mobilizacja służb i poszukiwania różnymi sposobami, także z psami, nie przyniosły rezultatów. Pogoda była kiepska, najpierw silny nocny mróz i szron, potem silne długotrwałe opady deszczu. Nadzieja właściwie żadna.
Wiedziałam o tym, bo domowniczka przyniosła wiadomość z miasteczka, ale zapomniałam z czasem. Jednak w nocy 10 grudnia spadł na mnie dziwny sen.

Odwiedziłam sąsiednią wieś, w której mieszka kolega, który w moich snach pełni rolę Strażnika Małej Karmy. Była dość gęsto zaludniona, zabudowana starymi chatami, pola odgrodzone od siebie murami przypominającymi średniowieczne zwieńczenia zamkowe, z czerwonej cegły. Wszędzie ruina, bałagan i syf. Podobnie w obejściu owego Strażnika Czerwonej Granicy. Te symbole wskazywały na minusową strefę trzeciego, zielonego poziomu wyobrażeniowego z przejściami na poziom 5 karmiczny, czyli na strefę odwiedzaną i zamieszkiwaną przez głodne duchy, tj. tych, którzy pozostali przy swych starych formach zza życia i stracili więź ze swą duszą bytującą powyżej czerwonej granicy.

Zajęłam się głaskaniem małych źrebiąt, których było na podwórzu przed chatą kilka, chyba trzy. Puchate rude kasztanki, milutkie jak psy [Cerber, strażnik czerwonego przejścia, konie symbolizują przestrzeń, a więc chęć drogi w wyższe duchowe rejony w wyższym pojeździe świadomości]. Jednego namaściłam jakimś olejem, który znalazłam w białej butelce. Zabrakło trochę, ale rozsmarowałam wszystko dokładnie na koniku rękami, zwłaszcza na głowie, za uszami, na szyi i tułowiu. Wreszcie pomknął z resztą źrebaków poza obręb podwórza. Strażnik Granicy tymczasem ciągnął wodę z wioskowej studni do starego ocynkowanego garnka, który potem dźwigał w rękach ostrożnie do chaty [ważny obraz, który wskazywał na okoliczności odnalezienia zaginionego, co zrozumiem później]. Wracając zauważył, że nasmarowałam konika, stwierdził, że niedobrze, bo ten pachnący olejek przyciągnie owady [krwiopijców, czyli głodne duchy]. Zdziwiłam się, bo według mnie olej miał chronić przed nimi.

Zapragnęłam stamtąd wyjść, ale nijak nie mogłam znaleźć wyjścia. Otworzyłam, będąc w środku chaty jakieś drzwi, sądząc, że prowadzą do wyjścia, a tam była druga izba, odnawiana teraz przez chłopa, kobieta ze smętną miną stała przy kuchni. Obcy ludzie. Przeprosiłam za najście, wyszłam następnymi drzwiami, tam znów jakaś izba… W końcu wyskoczyłam oknem na podwórze, a tam inne mury wokół obejścia, włości znajomego Strażnika gdzieś dalej we wsi. Nie wiem gdzie jestem jednym słowem! Jakoś udało mi się zawrócić i trafić w bardziej znany rejon blisko strażniczej chaty.

Tam spotkałam młodziutkie dziewczyny, z których w jednej rozpoznałam koleżankę z dzieciństwa. Jakaż ona ładna się zrobiła! I jaka delikatna, wrażliwa! Do tego pięknie śpiewa. Zaśpiewała jakąś piosenkę na moją prośbę wysokim sopranowym głosem, byłam zachwycona [niechybnie pojawiła się wysokowibracyjna istota, którą aniołem można nazwać, i pokierowała umysłem i sercem zagubionego, którym śniłam]. Częstowałam resztę dziewczynek plackami z cukrem. Oj, smakowało [nakarmiłam zatem głodne duchy, które się zbiegły, przed którymi ostrzegł Strażnik]. Wreszcie pomyślałam, że czas na mnie. Wróciłam tylko jeszcze po mój portfel, który zostawiłam przed chatą Strażnika. Okazało się, że portfel zeżarł jego pies, bury włochaty brytan, został tylko strzępek. Byłam niepocieszona i zaniepokojona, bo trzymałam tam dowód i wszystkie dokumenty [identyfikator tożsamości, pamięć kim jestem, ziemskie ego]. Strażnik stwierdził cierpko, że wiedziałam, że ma psa, po co zostawiłam to na jemu na żer. I że teraz muszę zgłosić na policji, że zgubiłam dokumenty, aby nikt się nie podszył. Posterunek był otwarty tego sobotniego dnia do 11. Jak się pospieszę do zdążę. Trudno, wróciłam do domu, ale tam coś innego mnie wkręciło i nie zdążyłam zgłosić.

Pierwszym moim wnioskiem po obudzeniu się było: no, tak, ktoś zbłąkany przykleił się do mnie i śniłam jego oczami. I uwaga na głodne duchy!
Ledwie rano otworzyłam internet, pokazało się ogłoszenie o poszukiwaniach zaginionego 6 grudnia po południu dziadka Sieroży, wraz ze zdjęciem. Teraz też zwróciłam tylko zwykłą uwagę, współczując staruszkowi, który się pewnie zabłąkał w polu albo lesie. Ostatnie przymrozki nocne raczej nie dały mu możliwości przeżycia.
I całkiem nagle poczułam silne osłabienie, drżenie mięśni, znany mi świetnie ubytek energii. Można by to przypisać spadkowi poziomu jakichś witamin, małej ilości świeżego powietrza i światła w te krótkie grudniowe dnie, ale czemu aż tak gwałtownie? Już po chwili wiedziałam. Dziadek Sieroża znalazł mnie, przykleił się i sny mnie o tym powiadomiły!

Usiadłam do modlitwy, w skupieniu odmówiłam kilka razy modlitwę pańską, bezskutecznie próbując sobie przypomnieć jakąkolwiek po cerkiewnemu. W końcu przeżegnałam się po prawosławnemu w lewą stronę w imię Atca, Syna i Swiatoho Ducha Amin i rozłożyłam cztery karty tarota na wzór tego znaku. Wypadły na teraz: Kochankowie i 9 Mieczy zmierzające do Pustelnika: wszyscy szukają zaginionego dziadka, dyskutując w którą stronę poszedł. W przyszłości wypadł siódmy wielki arkan Rydwan, zostanie znaleziony. Ale ducha muszę odprowadzić ja, pokazując mu twardo kierunek w górę.
– Znajdą go siódmego dnia od zaginięcia. Gdzieś przy drodze, na rozwidleniu, zabłąkanego, leżącego, jakby pijany, albo spragniony…

Rydwan

Po południu pokazało się ogłoszenie, że dnia następnego, 11 grudnia odbędzie się akcja poszukiwawcza mieszkańca naszej gminy, zbiórka o godzinie 9:00 przy stacji paliw i rodzina prosi wszystkich o udział w akcji.
Wieczorem, gdy szykowałam w kuchni kolację, stojąc przy oknie od lasu usłyszałam znowu pohukiwanie sowy. Dziwne, bo wewnątrz domu raczej ptaków nie słychać z zewnątrz, tym razem było. Dwa-trzy całkiem głośne huknięcia. Po położeniu się spać, ledwie przymknęłam oczy zapadłam w trans. Ktoś wszedł od strony łazienki i kuchni do pokoju. Usłyszałam cichy szept koło siebie. Poprosiłam dwa razy, aby powtórzył głośniej. Powtórzył, ale tak samo cicho i niezrozumiale. I ocknęłam się. Tak naprawdę, nie wydałam z siebie żadnego głosu na jawie.

Zaraz potem pokazał się obraz. Dwaj ludzie patrzą na mapę, która jest obrócona do nich i mojego wzroku skosem, prawym górnym rogiem. Ich oczy zakrywa jakby czarna przepaska. Prostokąt poznaczony siatką kartograficzną, tyle rozróżniam. Nie wiem, czy to mapa samej wioski, czy terenu gminy. Człowiek z lewej pokazuje dłonią na górny róg mapy. Tymczasem na mapie widzę jakieś maleńkie znaczki wiodące w dół. Wyglądają jak “łezki” z mapy góglowej, tyle, że wewnątrz świeci się jakiś kształt. Przypomina róg jelenia, albo kości żeber. Łezki są w środku granatowe albo ciemnofioletowe. Jest ich dwie-trzy i są w dole mapy, przy samej dolnej krawędzi.

Trzeba było wypuścić koty, więc wstałam w środku nocy. W łazience przekonałam się, że kocur sypiający na pralce zrzucił na posadzkę sweter, na którym sypia. Musiał nagle zeskoczyć z nastawionymi pazurami, zaczepił się. Coś go w takim razie nagle wystraszyło.

Rano hipnagog: wynoszą skądś ostrożnie ciało, bezwładne, kładą ostrożnie na białej przyczepce, może wkładają do białego pogotowia, niewyraźne.

Tym razem kolejnego dnia źle się czuła moja domowniczka, wykazując wszelkie objawy doczepionego ducha, osłabienie, drżenie, zawroty głowy. Zrobiłam jej zabieg reiki, ale ona była wciąż niespokojna.
– Wiem, co mi pomoże! Muszę zjeść racuchy! Tylko to!
Była zaraz po obiedzie, ten przypływ apetytu był niezrozumiały na tyle, że zażartowałam:
– Wiem, dziadek Sieroża marzył o plackach z cukrem przed śmiercią. Nie odejdzie, póki go nie nakarmisz. Prosił o coś w nocy, pewnie o to! Ja, jako bezglutenowa, nie mogłabym spełnić życzenia.
Usmażyła talerz pachnących racuszków, posypała cukrem pudrem i zjadła kilka pod rząd, częstując przy okazji psy. Objawy osłabienia znikły natychmiast. Ja ich nie miałam już od nocnej wizyty.

Poszukiwania 11 grudnia były mocno emocjonujące, nie przyniosły rezultatu, zaginiony nie znikał z moich myśli.
Obliczyłam horoskop horarny na pytanie: gdzie jest ciało? Rzuciłam temat tego horoskopu na grupie astrologicznej. Odezwało się dwoje doświadczonych w takich interpretacjach astrologów, sugerując, że dziadek żyje. W co uwierzyć już nie mogłam.

hor

Kolejnej nocy mimo, że koncentrowałam się na temacie, a sowa wtórowała głośno, nic się już w temacie zaginionego nie wydarzyło, znikł, rozpuścił swoją dotychczasową ziemską formę i przeszedł poza granicę małej karmy. Moje zadanie, odprowadzacza, zostało zatem wypełnione.

12 grudnia, siódmego dnia od zaginięcia znaleziono ciało dziadka Sieroży. Na grupie astrologicznej odbyła się tymczasem taka rozmowa, której najważniejsze konkluzje brzmiały następująco:

ES: Mój wniosek wstępny: udał się na południe, w dalszą drogę, niż sądzi otoczenie. Za sygnifikator staruszka, który już najpewniej nie żyje (na co wskazuje również Pluton w zenicie) biorę Saturna. Księżyc w sekstylu do Jowisza w 8 domu to mobilizacja ludności do poszukiwań. Służby (policja, strażacy i ochrona pogranicza) go nie znalazły, to Mars w mylącej koniunkcji z Neptunem. Ascendent i jego władczyni Wenus to pewnikiem moja skromna osoba, którą „gnębi” dyspozytor Pluton, czyli duch zmarłego, próbując nadać kierunek poszukiwaniom. Co do Wenus i Jowisza to jest takie prawidełko: „Należy uwzględnić położenie Jowisza i Wenus, które z natury są korzystne i rzadko powodują coś złego. Negatywnie działają zwłaszcza jako władcy 6, 8 i 12 domu.” Wenus nie jest co prawda władczynią 6 domu, ale w nim przebywa, no, i rządzi częścią 12 domu. A Jowisz włada 8 domem śmierci. Pan ów zniknął na końcu wsi, skąd droga wiedzie do przynajmniej dwóch innych wsi. Trzy transsaturniki są ustawione bardzo treściwie. Neptun myli drogę, Pluton wskazuje na nieboszczyka moim zdaniem, a Uran na miejsce ukryte na uboczu, być może odkrycie w niespodziewanym miejscu i przypadkiem.

Mirosław Czylek: Spróbuję się pobawić. Sygnifikatorem dziadka może być Mars, władca siódmego domu („ktoś tam”, nie sąsiad, nie wujek, nie ojciec). Mars jest po niedawnej koniunkcji z Neptunem (zaginięcie), w pobliżu gwiazdy Archenar, oznaczającej ujście rzeki. Archenar to gwiazda dobrotliwa, bo oznacza koniec saturnicznej drogi, koniec jakiegoś męczenia się. Ale ponieważ Merkury, potencjalny władca derywowany śmierci „lubi” Marsa, nie powinna zezwolić mu umrzeć. Myślę też, że Mars też nie jest w złej kondycji, jest w swoim żywiole, nie znosi też śmierci. Myślę, że niedługo nastąpi odnalezienie, kiedy większość postawiła krzyżyk na nim. Koncepcja meliny, utraty pamięci czy … zatrucia ewentualnie, ale nie natychmiastowej śmierci, też możliwa. Nie tylko z racji wieku. Jednak nie mam weny, gdzie on może być.

ES: Mirku, to byłby rzeczywiście cud. Jednak upieram się przy tym, że Mars to służby, szukające przy pomocy różnych detektorów, pojazdów, psów na przysłowiowy oślep. Można także brać pod uwagę Marsa jako sygnifikatora nagłego przypływu młodzieńczego wigoru u staruszka, który zapomniał co i jak, ale siła go rozpierała i postanowił odwiedzić kogoś znanego w młodości w którejś sąsiedniej wsi. I tak pobłądził, wywiedziony na manowce przez Neptuna. A ciągnąc myślenie dalej, jeśli Mars wywiódł go, a jest zarządzany przez Jowisza w 8 w Strzelcu, w bliskiej kwadraturze, to mamy dom śmierci i zew drogi w jej kierunku. Mars w Rybach wskazywałby na wodę, otóż w tych okolicach takiej raczej nie ma. Jeśli brać pod uwagę położenie Saturna to mamy takie okoliczności – pola, płoty, pastwiska, dalszą drogę, pagórek, a także świątynię. Sprawdziłam też godzinę i datę zaginięcia. Saturn wypada w tym horoskopie w 8 domu. Ścisła koniunkcja Marsa z Neptunem w 10. Księżyc w koniunkcji z Jowiszem zmierzał przez 6 dom do nowiu na Dsc (masowa mobilizacja poszukiwaczy), ale po drodze zahaczając kwadraturę Marsa (dzikie zwierzęta nocą?) i Neptuna. Niestety, widzę tu wciąż potwierdzenie moich wniosków. Asc w Bliźniętach, a Merkury w 6 w Skorpionie, rozwidlenie dróg mi się kojarzy [choć jest i wodny znak Merkurego].

Anna Maria Skórska: Też zgadzam się z Mirkiem. Poszukiwany pan to Mars. Kondycja Marsa jest bardzo słaba, ponieważ jako planeta gorąca i sucha znajduje się w znaku zimnym i wilgotnym. Ostatni aspekt Mars robił ze Słońcem (kwadratura) i z Neptunem (koniunkcja). Najpierw Mars spotkał się ze Słońcem (może jakiś problem z sercem, ponieważ Słońce jest naturalnym sygnifikatorem serca i włada radykalnym domem V w tym horoskopie), a potem natknął się na Neptuna (dużo wody). Mars znajduje się na gwieździe Achernar, co może wprost wskazywać na okolice ujścia jakiejś rzeki na południowy wschód (sektor od ASC do MC). Pocieszające jest jedynie to, że Mars nie robił ostatnio żadnego aspektu z sygnifikatorem śmierci, ani radykalnym (Jowisz), ani derywowanym (Merkury). Niemniej jednak Mars znajduje się we władzy Jowisza, a nad Merkurym „za chwilę” władzę straci. Co do Saturna, naturalnego sygnifikatora starszych ludzi, to on też znajduje się w koniunkcji przez antiscion ze Słońcem. Jest też taka możliwość, że skoro Mars znajduje się na wierzchołku domu XII (system domów Regiomontanusa), to może on na skutek zaniku (Neptun) świadomości (Słońce) trafił do jakiegoś szpitala lub innego tego typu miejsca. W każdym bądź razie bardzo dużo wody znajduje się przy tym Marsie (znak Ryb, Neptun i gwiazda Achernar, czyli ujście rzeki)…

ES: Najpierw się ustosunkuję, może jakąś strugę tam po drodze dałoby się znaleźć, ale w okolicy nie ma żadnych wielkich wód, oprócz może pojedynczych glinianek leśnych. Szpital najbliższy jest 50 km stąd. To naprawdę odludne klimaty! A teraz powiem tak: skupiacie się na szukaniu żywego człowieka, a horoskop postawiony jest konkretnie na pytanie: gdzie znajduje się ciało zaginionego? Dlatego patrzę na Saturna. Pan ów miał blisko 90 lat.

Anna Maria Skórska: …Jeśli Saturn to rzeczywiście nasz zaginiony, to należy go szukać na południu, z lekkim odchyleniem na zachód, może w pobliżu ruin jakiejś świątyni albo starego cmentarza (w każdym bądź razie czegoś koziorożcowatego i sakralnego zarazem). Nie wiem, czy w tych rejonach są takie miejsca, ale tylko takie możliwości widzę.

ES: No, więc został znaleziony dzisiaj ok. południa. Poszedł na południe w całkiem inną stronę, niż przypuszczano. W stronę wsi, która słynie w regionie ze stawów rybnych! Nie dotarł do niej, ciało znaleziono w jakieś przydrożnej studzience, szczegółów nie znam, ale woda jest! Zatem kości staruszka spoczną jak przystało na cmentarzu, co dodał horoskop horarny. I taki dodatek, dziadek kierował się w perspektywie swojego zamiaru na górę Grabarkę, czemu odpowiadałby Saturn w 9 domu. Było za daleko, aby mógł tam dotrzeć o własnych silach, ale to starcze przeczucie, chyba zapowiadające pożegnanie się z życiem. Wychodzi, że pytanie wcale nie było źle zadane. Jednak mieliście rację, że trzeba było iść za Marsem.

Mirosław Czylek: Archenar wskazywał na koniec pewnej drogi u ujścia, a kanał jest jak najbardziej ujściem. Woda musiała być, co prawda spodziewałem się jej w formie podanej w celach konsumpcyjno – leczniczych, ale i ten związek pasuje.

ES: Zważ, że zdążał na Grabarkę, słynnej z leczącej studzienki i strugi. [To owa butelka z karty Rydwan, która wypadła mi na opisanie kierunku drogi, gdzie szukać] Cały czas jednak zaznacza się Saturn w 9, starzec, góra, świątynia. Po prostu mnie przykuło do tego Saturna, jak spojrzałam. Jednak warto gromadzić takie spostrzeżenia i doświadczenia, żeby nie ulegać subiektywnościom przy innych analizach.

Mirosław Czylek: Jest parę takich gwiazd symboli w astrologii, które oznaczają rozwidlenie, rozdroże, koniec. Ich natury są różne. Archenar, Aldebaran, Fonalhaut, Szczypce (szalki Wagi) czy Spika. To się bardzo przydaje. Ja to nawet stawiam jako najmocniejszy wskaźnik i tutaj jestem antykanoniczny.

I na tym zakończmy dywagacje. Nauki zostały przyjęte i uświadomione. Niechaj zmarły odnaleziony spoczywa w spokoju.

Z dziennika snów, zapis 12

Ciągnę dalej zapis snów z 2000 roku. Mając już pewne narzędzie ich rozumienia w postaci topografii śnienia i Glosariusza Jarosława Bzomy pojmuję je lepiej, widzę ciąg informacji, jak najbardziej spójnych ze sobą, dotyczących dziejów Przejawienia, a także Powrotu Świadomości do Źródła, którego jestem iskierką. To był trudny dla mnie czas w życiu na jawie, sny dawały mi siłę, swoją intensywnością, głębią, niezwykłością, a także podtrzymywały na duchu w otchłani kompletnej samotności, w jakiej utknęłam. Tam niewątpliwie „ktoś był”, ukazywały się jakieś istoty, na poły boskie, na poły demoniczne, i miały dla mnie zainteresowanie, zaufanie, przedziwną opowieść o dziejach mojej duszy…

*

4 maja 2000. Wieczorne ognisko pod gwiazdami. Samotna wycieczka rowerem nad leśne jezioro w dalszej wsi. Siedząc w spróchniałej dłubance czytałam „Tajemnice piramid” Eugeniusza Stelmaszuka. Stada kijanek, złoto-zielone furkoczące ważki, błotna żaba ze złotymi oczami i jastrząb przelatujący nad jeziornym błotem – moje jedyne przyjemności.

6 maja 2000. Dzień naładowany niezidentyfikowanym smutkiem. Pojechałam z nim nad jeziorko, tam analizowałam Księgę Daniela. W nocy dopadły mnie prawie od razu sny i zwidy związane z Panem Ciemnej Strony [teraz powiedziałabym: Wielkim Czarnym], szarpał mnie w postaci mojego męczącego ojca, atakował (tym razem niezbyt agresywnie), nie dawał spokojnie zasnąć, budziłam się co chwila. W końcu wyrwana ze snu o jakimś dużym domu [Pałacu bogów z Nieprzejawienia], w którym mieszkała moja całkiem liczna rodzina i były schody do piwnicy, nad którymi unosiła się upiorna aura uwięzionych w niej pozbawionych ciała dusz zmarłych [minusowa otchłań Przejawienia], co wzbudzało moje wielkie współczucie, a mojego tamtejszego brata sprowokowało do wejścia tam i zamieszkania pośród nich jako budzący lęk Władca Podziemi. A także o podwójnych i mnożących się matematycznie okrągłych molekułach oznaczonych znakami „-” [minusowość!] gdzieś w kosmosie, nagle usłyszałam pogardliwie okrutny głos Szatana, mego brata w Grze: Gdyby nie ja, oni wszyscy zjedliby cię teraz żywcem!… – i pewnie szło mu o głodne duchy.

Obudziło mnie z tego bolesne westchnienie kobiety [Dobrej Matki], rozlegające się gdzieś w głębi pokoju.

Rano sen: mieszkaliśmy w wielkim, luksusowym domu w Stanach Zjednoczonych (stan Oklahoma) [dwie możliwości, albo był to dom dusz, gromadzący jej aspekty, albo pustynia to rejon granicy 8/9, czerwień nazwy – która pochodzi z języka Indian Choctaw, okla humma, dosłownie oznacza czerwonych ludzi – wskazywałaby na rejon Wielkiej Karmy, ewentualnie dusz zgromadzonych w strefie nadduszy 7-7+]. Nagle, patrząc przez okna zauważyłam, że poruszamy się wraz z domem, przesuwanym jakąś siłą do przodu. Był to katastroficzny huragan, zbliżający się do naszych rejonów, wielu ludzi zaczęło się przenosić na Wschodnie Wybrzeże razem z nami. Wkrótce wnętrze domu przybrało pewien charakter wagonu w jadącym pociągu. W sali, w której przebywałam było raczej pusto, toteż, gdy przeszłam do sąsiedniej, gromada różnych ludzi z wyglądu snobujących się, rozgadanych zrobiła na mnie trochę szokujące wrażenie. Znalazłam sobie małą grupkę znajomych i usiedliśmy w kręgu na podłodze, tymczasem chciała ze mną nawiązać znajomość prosta dziewczyna ze wsi. Miała ze sobą gitarę i namolnie proponowała, że zaśpiewa w naszym gronie. Wydała mi się naiwna, niepasująca do nas i próbowałam jej koniecznie uniknąć. Wśród nas był jakiś mężczyzna, który parał się magią, zobaczyłam go, jak odkrywa karty z ognistymi literami, podobnymi do hebrajskich, robił spore wrażenie. „Prostaczka” zdołała się jednak przysiąść, nieświadoma wrogości, jaką wzbudza, ale jeszcze zanim zaczęła się produkować – na niebie ukazał się wielki, bury stwór podobny do ogromnego nietoperza, ze skrzydłami prehistorycznego ptaka, składającymi się w połowie na zewnątrz. Nadlatywał w naszą stronę i to było niebezpieczne. Wyciągnęłam gorączkowo rękę do kogoś, pokazując mu na migi, że chcę dostać jakąś broń i ten ktoś włożył mi tam nóż z zastawy. Nietoperz tymczasem zbliżył się i opadł nagle na plecy owej dziewczyny z gitarą [ha, czyli byłam to ja, dotknięta niskim poczuciem własnej wartości]. Zerwałam się z krzykiem i grożąc mu nożem odpędziłam go na pewną odległość, cofał się jednak zbyt wolno, więc bohatersko pogoniłam go, dźgając groźnie nożem w powietrze. Nietoperz okazał się niską, drobną dziewczyną ze skrzydłami, która wyciągnęła również swój nóż i spróbowała nim nas wszystkich wystraszyć. Nóż w jej rękach błysnął raz ognistym światłem, jakby strzelał laserową energią, ale nie popuściłam i przegnałam ją aż do progu. Tam nagle przewróciła się, nieprzytomna i bezwładna. Podniosłam ją na nogi, taką omdlałą i nagle – wszedłszy w podwyższony stan świadomości w transie – zrozumiałam, że zła energia, z którą tak zażarcie walczyłam egzorcyzmami była moją własną energią! To był mój cień! Nie będąc do końca utożsamiona ze swoim ciałem, jeśli coś komuś zarzucam, tak naprawdę wysyłam to na siebie, w cudzym interesie. Zaczęłam o tym odkryciu opowiadać zgromadzonym w kółku znajomym, opowiadając też w natchnieniu o Szatanie, który ma tarczę, dlatego moje próby zniszczenia go notorycznie zawodzą, ponieważ ja takowej w ogóle nie posiadam i notorycznie przyjmuję własne pociski, odbite rykoszetem od cudzego ego. W tym kontekście także dręcząca mnie klątwa jest także moją własną aranżacją i wyszła z moich własnych ust…

Hipnagog: jezioro, drewniany pół-mostek, spod którego wyciąga szyję nieduży, zabawny brązowo-złoty koń. [Strażnik Hayagriva, Końskoglowy]

7 maja 2000. Wszystko wokół mnie zmienia się od wewnątrz, nabiera innego znaczenia. Jak gdyby szykował się nowy akt przedstawienia i aktorzy stoją już z wzbierającą niecierpliwością za kulisami, wyczekując na swoje wejście na scenę ze zmienionymi dekoracjami. Chyba nie ma żadnego przypadku w tym, że w rodzinie wszyscy od jakiegoś czasu mają problemy z 3 i 4 czakrą. Serial wrzodów żołądka i wymioty u siostrzenic, omdlenie (na tle sercowym) u jednej, ciągłe kłopoty żołądkowe mamy.

Sen wizyjny: wieczorem na przystanek autobusowy [granica 5/6] zajeżdża ogromna, czerwona [poziom przyczynowy] ciężarówka typu TIR. Zakręca ostro i boję się, że się na nas wywróci, ale udało jej się utrzymać równowagę i zatrzymać nam przed nosem. Wsiadam po wysokich schodkach z tyłu do przyczepy, która służy do przewozów ludzi. Chwytam za poręcze, podciągam się, ale to jest diabelnie wysoko i niewygodnie, czuję się ciężka i niezgrabna, zawisam na trochę w powietrzu, a ludzie za mną podpierają mnie i popychają w górę, w końcu się udało, siadam wśród innych pasażerów tego dziwnego pojazdu i pojadam sobie jeszcze zabraną z obiadu kość kurczaka.
Potem siedzę w jakimś pustym pomieszczeniu, koło mnie fotel, koło drzwi słyszę jakiś ruch, ktoś się przemyka, trochę się boję, ale okazuje się, że to dziewczyna, młoda, szczupła, nieznana mi, ale przyjazna. Podchodzi bliżej, siada w fotelu. (Tu wchodzę w świadomy trans). Jest trochę zażenowana i zakłopotana czymś. W końcu mówi, zerkając na mnie niepewnie i wykonując gesty rękami, jak gdyby nie wiedziała, czy ma mnie dotknąć, czy nie:
– Wiesz, nie wolno mi ciebie pamiętać.
– Dlaczego? – pytam roztropnie.
– Nie wiem.
– Kto ci tak powiedział? – staram się wykorzystać stan słyszalności w transie, aby wyciągnąć jak najwięcej informacji. Ona wymawia jakieś imię i nazwisko, ale to jest właściwie bełkot.
– Krystyna…? – próbuję coś z tego wyłapać.
– Krys…? – dziewczyna zastanawia się zdziwiona – Nie, nie tak… Inaczej…
Patrzy na mnie zaskoczona, tak jakby bezskutecznie usiłując coś sobie przypomnieć, ja czekam na jakąkolwiek podpowiedź, ona milczy i na tym budzę się na jawie. Z nagłą myślą, że szło o słowo „królowa”, a nie Krystyna.

W nocy 8 maja 2000 roku znalazłam się w Krainie Zachodniej, przemierzając drogę po śmierci na wzór podróży Ba, opisanej w egipskiej Księdze Bram. Tam, zmanipulowana i zwiedziona, zostałam przyciągnięta przez Seta, który ukazał mi się jako chuda świnia z pyskiem podobnym do tego, który widziałam na malowidłach egipskich. Przyciągnięcie polegało na tym, że moja osobowość utożsamiła się z właściwościami, które reprezentował i niejako stałam się nim. Kiedy do tego doszło pojęłam swój błąd i odzyskałam świadomość, ale było już za późno. Zaczęły dręczyć mnie demony i straszne stany psychiczne, nasyłane przez czarną świnię. Przeciwstawiłam się im i wreszcie przyszedł czas rozjaśnienia, gdy mogłam wyjść z pułapki mroku. Dalsza droga wiodła po schodach w górę. Zobaczyłam tam grupę ludzi, obwiązanych złotym pasem, który był przytwierdzony do czoła dowodzącego nimi młodego, pięknego, długowłosego człowieka. Pas wydawał się być zrobiony ze złotego pyłu i chronił wszystkich, którzy wierzyli w swojego nauczyciela i przestrzegali jego nauk.
Obejrzałam się do tyłu i zobaczyłam siebie w postaci Seta-świni. Pomyślałam, że mam za sobą doświadczenia, których czyści ludzie nie mają i zwątpiłam, czy mogę do nich dołączyć, czy jestem tyle samo warta, czy mrok nie będzie wlókł się za mną bez końca. Wtedy pojęłam, że to jeszcze jeden podstęp ciemności, aby mnie zatrzymać. Ruszyłam po schodach w górę. Tam dowiedziałam się o zbliżającym się wielkimi krokami, wyczekiwanym od tysięcy lat przez niezliczone pokolenia i narody, przybyciu żniwiarza, Słońca-Re, które zapoczątkuje odrodzenie szczęśliwej, nieśmiertelnej ludzkości.

15 maja 2000. Czytałam długo w noc w łóżku. Nagle kątem oka zobaczyłam wyraźny rozbłysk złotego światła pod sufitem i poczułam szczególne, przenikające całe ciało wibracje. Odłożyłam lekturę i spróbowałam zasnąć, aby dowiedzieć się, co jest grane. Nie czułam lęku. I weszłam w sen, z którego pamiętam jedynie nieliczne sceny.

żółw

Najpierw był obraz wnętrza oceanu, w którym pływał gigantyczny żółw, oraz wąż wodny o wystających wściekle i okrutnie zębach. Mignęła także ogromna ryba. Dalej przedstawiły mi się dzieje mojej współpracy z Szatanem (to imię padło we śnie), z którym odbyliśmy wyprawę (podróż?) w głąb świata Mroku. W którymś momencie wycofałem się [sic!] z tego i Wąż starodawny zaatakował mnie, kąsając boleśnie we wnętrze ud, narządy płciowe i dół brzucha. Był okrutny, bezwzględny, a ja śniąca wytrzymałam to jedynie dlatego, że wierzyłam, że to tylko sen, z którego zaraz się obudzę. Następnie ten sam Mrok, w postaci gigantycznej chmury ciemności przesunął się blisko Ziemi jako przepowiedziana z dawna kometa, była w tym liczba 14.

18 maja 2000. Z mamą na badaniach w wojewódzkiej przychodni zdrowia. USG wykazało zupełny brak zmian w narządach wewnętrznych, jest zatem zdrowa!

23 maja 2000. Kim jestem? Wczoraj, słuchając ulubionej undergroundowej muzyki rozpłakałam się z miłości i tęsknoty do mojego tamtejszego brata i otworzyły się moje wszystkie rany, a także serce i wątroba i podarowałam mu swoją żywą krew bez najmniejszego sprzeciwu. [Stan rozkawałkowania świadomości]

Rano obrazy: niebywale wysokie drzewo sięgające nieba, jak topola. Jest decyzja, aby je ściąć i widzę, jak spadają jego gałęzie w dół i wysokość się zmniejsza, choć nie mam pojęcia, kto albo, co to robi. Myślę, że może ścinają je ludzie z helikopterów, choć nie widać żadnych pojazdów na czystym niebie. Drzewo zostało obniżone mniej więcej do połowy, w dole, wokół niego widać domy i drogi jakiejś małej miejscowości. Przyglądając się jednak lepiej dostrzegam ze zdziwieniem, że wysokość wcale się nie zmniejszyła i to, że zostało ścięte to tylko złudzenie dla krótkowidzów. Owszem, zostało dokładnie ogołocone z liści, w pewnym miejscu, ok. połowy sterczy tylko sam pień. To jakby drzewo w połowie widzialne i w połowie niewidzialne i to cud, jakie ono jest i że w ogóle jest. Górna połowa jak gdyby wyłania się wprost z nieba;

Noc, widzę zarys wysokiej czarnej wieży z wąskimi, wysokimi okienkami. Na niebie błyska się groźnie [wizja kryształowego Wiru];

Dwóch braci, jeden mniejszy, drugi to prawdziwy siłacz, obejmuje tego mniejszego od strony pleców ciepłym, opiekuńczym gestem i obaj tworzą zwartą, dwuosobową całość.

Po południu sen wizyjny: Ojciec zauważył coś w moim gardle i nagle chwycił to palcami. To taki mały, czarny robaczek, przyklejona do wnętrza podniebienia glistka, rodzaj pijawki. Otworzyłam szerzej usta, aby mu ułatwić oderwanie stworka, choć wiedziałam, że będzie boleć. I na tym się obudziłam.

26 maja 2000. Zasypiałam, martwiąc się o stan zdrowia mamy i modląc o pomoc. W moim splocie słonecznym szalał stres, odbierany telepatycznie, ściskanie, trema, przejęcie. W końcu trzy razy pod rząd wyrwał mnie ze snu realistyczny sen o tym, że mimo nocy dzwoni telefon w kuchni i muszę biec odebrać.
Mama mimo dobrych wyników wygląda źle, błyszczące oczy, zaczerwienione wargi, chudość. Wymiotuje. Robię jej zabiegi energetyzujące, w jej splocie słonecznym coś dziwnie pulsuje.

Jakiś czas później. W czasie, gdy – po raz pierwszy od prawie tygodnia, który upłynął od momentu otrzymania wiadomości o śmiertelnej chorobie mamy – zdołałam wreszcie na kilka godzin zasnąć. Weszłam świadomie w świat snu.

Spotkałam tam dwie istoty: piękną, młodą kobietę Julię i jej nieco starszego przyjaciela, ubranego w czarny garnitur. Pokazali mi najważniejsze problemy mojego dotychczasowego życia. Julia wyraziła wielkie współczucie, gdy zatrzymałam się po drodze, aby koniecznie odnaleźć jeden z pantofli, który wpadł mi do śmietnika, a potem – ponieważ czas naglił – ruszyłam przez miasto w jednym bucie, nie zważając na śmiech otoczenia. Zwrócili uwagę na siłę, którą już w sobie odkryłam i gdy podniosłam obie ręce do góry w geście błogosławieństwa, wyleciały mi z dłoni chmury kolorowych liter i cyfr, sprawiając wrażenie cudu, rodzącego się jedynie siłą woli. Następnie wyjaśnili mi, że eony lat temu, na Ziemi utworzyła się gigantyczna kula plazmy, która w wyniku walk ewolucyjnych w Grach nazwanych Żółwiem i Rybą, oderwała się od planety i poszybowała w kosmos. Stamtąd oddziałuje na ludzkość, bombardując świat pociskami, sprowadzającymi nieuleczalne choroby, zarazy, depresje, nieszczęścia, zło. Ściągane są na Ziemię siłą negatywnych przekonań, które tworzą coś w rodzaju zasysającego leja. Otóż mój dom (w wyniku starej klątwy karmicznej) długo był pod obstrzałem tej energii, a to, co mogło spaść na moich bliskich, przechwytywałam i brałam na siebie. Wiedząc, że należy zrobić wszystko, aby zneutralizować złe moce kuli.

Od tego snu zaczęłam wychodzić z kryzysu, mimo że długo jeszcze w moim życiu trwał zastój i osamotnienie.

Cdn.

Z dziennika wzięć, czyli wejść i wyjść zapis 9

Kontynuuję opowiadanie. Szeregu kontaktów z niewidzialną Drugą Stroną, podjętych z jej inicjatywy i ciągnących się, jak dotąd już rok drugi.

aztec-pyramid

11.II.2000. Zasnęłam w trakcie rozmyślań o podziale na 4 ciała [Ich opis zamieściłam na blogu nostradamicznym we wpisie o złotym ciele]. Zauważyłam w tym krzyż. Dalej śniła mi się ta sama kwestia w postaci znajomej młodej aktorki [Gracz rodem z Nieprzejawienia], która zamieszkała w Moskwie [poziom 5 przyczynowy, a pewnie jego centrala na 10] i nie chciała wrócić do kraju, mimo biedy, w którą popadła [brak energii zasilającej z dołu?]. Przysłała nam jednak kwadratową płytę kompaktową, każdy z czterech brzegów miał osobną linię nagrania. Wiedza bezpośrednia: każda z ras, powstających z kolejnych podziałów pełniła role „bogów” i opiekunów wobec ras, które z niej powstały, zasiedlając niższy wymiar. Można było sięgnąć świadomością z ich ciał wyżej, o 2, 3 stopnie, ale to były rzadkie przypadki. W końcu jednak ludzie dotarli do granicy „płaskości” (tu zobaczyłam ową aktorkę pokazującą coś na ściennej mapie), od której powinni się odbić w górę, ale… oni zaczęli mieć dzieci ze zwierzętami.
Obudziłam się i w tym momencie usłyszałam w pokoju męski, nieco mechaniczny głos, który powiedział: PIĘTNAŚCIE. I jest to dla mnie absolutna zagadka.

[Obecnie mogę domniemać, na podstawie ustaleń Jarka Bzomy, iż głos Nieprzejawienia powiadomił mnie, że wszystkich poziomów rozwoju tego Wszechświata jest piętnaście.]

12.II.2000. W czytelni bibliotecznej długo przeglądałam albumy o dinozaurach. A potem w nocy czytałam „Dzieje świata” Herberta Wellsa. Sny wizyjne. Widzę ogromną wirującą Galaktykę, mój ojciec dotarł już prawie do samego Centrum, gdy nagle odwrócił się znowu w moją stronę, wraca w swoją przeszłość, pomimo że musi złożyć bardzo prymitywną ofiarę ze swojej krwi i oto nagle przenika mnie Jego boska świadomość JAM JEST…
Następnie trafił do kawiarni w naszej miejscowej remizie, gdzie oblegany przez panie szybko zapomniał, po co tu przybył, podpił sobie i wcale nie chciał przyjść do domu. Poszłam do niego razem z siostrą, mówiąc: „Zajrzałeś do nas tylko na jedno popołudnie, a teraz już od dwóch dni siedzisz tam bez przerwy, chcę cię trochę mieć dla siebie”, ale on wcale nie był chętny naprawić sytuacji. Wyjrzał na chwilę i znów został. W budynku remizy, w sąsiednim pomieszczeniu miał tymczasem otwarty swój „sklepik” jakiś mi nieznany, nadzwyczaj spokojny mężczyzna. Gdy do niego zajrzałyśmy czytał książkę, panował u niego wielki spokój, który w porównaniu z chaosem panującym wokół ojca jeszcze bardziej mnie zdenerwował. Na rogu ulicy ojciec zostawił 2 połączone ze sobą na wzór tandemu rowery, ktoś mógł je ukraść. Były już stare i trochę zardzewiałe, pomalowane żółtą i zieloną farbą, rozszczepiłam je i postawiłam obok siebie… Obudził mnie żal i jakieś takie rozpłakanie, wznoszące się z 2 czakry.
Na podwórzu naszego starego domu pojawiło się wiele osób. Na kocu po środku, otoczony gromadą słuchaczy rozsiadł się Ole Nydhal. Chciałam zaprosić go na nocleg, ale nie umiałam się z nim porozumieć. Pokazałam mu wreszcie swoją książkę [sennik] i powiedziałam po francusku jakieś niezdarne zdanko wyjaśniające, że to ja ją napisałam. Zrozumiał je po chwili, ale nie wydawał mi się zbytnio zainteresowany.
Pole, mnóstwo ludzi, zmierzch, przed nami wysoki, zrujnowany, kilkupiętrowy budynek. Grupa magów „z lewej ręki”, dowodzona przez człowieka o dziwnie blond-tłustej [świńskiej], charakterystycznej twarzy z grubymi, wywiniętymi wargami popisuje się tym, co potrafi. Wymawiają jakieś zaklęcia i oto płyty tworzące ściany ostatniego piętra budynku odpadają same i nawet księżyc zrobił się czarny i zniknął z nieba (jak gdyby odleciał, zjedzony przez czarną plamę Rahu). Tych „magów” jest stosunkowo niewielu, ale robią silne wrażenie, którego my nie pochwalamy i staramy się przed skutkami podziwiania tych sztuczek ostrzec przyglądających się tłumnie ludzi. Nocuję potem w namiocie „cyrkowców”. Jest już stary, jasnoniebieski od wewnątrz, ale niewielkie okienko już nawet nie prześwituje, „zalutowane” czymś z drugiej strony. Słychać wiejący na zewnątrz groźny wiatr, ale w środku jest spokojnie i cicho, przynajmniej na razie. Ktoś jest obok mnie i zaczynam się z nim kochać. W tej samym pomieszczeniu śpi jeszcze ktoś inny, i ta druga osoba również z kimś innym się kocha.
Zmieniamy teren „przedstawienia”, planujemy iść do innej wsi. Martwię się, że nie ma tam wody do umycia się, jest jedynie maleńka, ale brudna struga. Trafiamy jednak (znów pole, ludno). I okazuje się, że jest tam wielka szeroka rzeka (płynie tak jakby w miejscu Luciąży). Jeden z nas, starszy pan wchodzi do niej i okazuje się, że woda sięga mu ledwie do pasa przez całą szerokość rzeki. Obserwujemy go z brzegu i z góry (jak gdyby frunąc nad nim). Mężczyzna trafia przy drugim brzegu na głębinę, odważnie idzie w jej kierunku, aby ją zmierzyć, woda podnosi się i sięga mu już do brody. Wystraszona wołam do niego, aby tego nie robił, nie szedł dalej, bo utonie.
I znów jestem z moim ojcem, na jakiejś górze. Planujemy coś, rozważamy. On jest jakiś taki nieodgadniony, choć sympatyczny i towarzyski, aż za bardzo nawet. W końcu namówił mnie do wspólnego zjazdu w dół, obiecując, że reszta znajomych dotrze tam zaraz za nami. Dałam się namówić i spłynęliśmy w dół stromym strumieniem wody, górską, rwącą rzeką, wypływającą spod budynku na szczycie góry – płynąc dwójkowym kajakiem. Kiedy znalazłam się jednak na dole i spojrzałam na przebytą drogę zdałam sobie sprawę, że nie mam możliwości swobodnego powrotu do miejsca wyjścia, a towarzysze nie wiadomo czy prędko się zjawią. Można tu było jedynie bezradnie czekać. Góra z kwadratowym budynkiem świątyni na szczycie i opadające z jej obu brzegów wody rzek przypominała z wyglądu jakąś meksykańską piramidę. Poczułam lekką złość na ojca, że mnie w to wszystko wplątał. Wtedy usłyszałam głos mówiący: „Ratujemy SAMI SIEBIE” i ten głos mnie przebudził.

17 lutego 2000. Sen wizyjny: w jakiejś starej szopie ze słomą i sianem znaleziono stare indiańskie [czerwone – poziom 5 przyczynowy, drewno – urojeniowość minusowa] bóstwo. Jest to rozgałęziający się kij z dwiema czarnymi głowami na końcach [dualizm wartości, rozszczepienie nurtu czarnego, zstępującego]. Zaczyna się je pokazywać u płotu gospodarstwa [granica ziemskiego wymiaru], ludzie zewsząd masowo pielgrzymują do niego. Zjawiam się i ja (za plecami, jak cień stoi mi jakiś ksiądz), staję w pierwszym rzędzie i podchodzimy z innymi do płotu, wyciągnąwszy dłonie przed siebie, jakby w geście prośby o łaskę. Bóstwo zaczyna „działać” i wtedy moje ręce rozświetla wokół białe, czyste światło. Niestety, z innymi jest inaczej. Na ludzi pada straszna zaraza, wydostaje się diabelska, złośliwa energia, przed którą nie ma żadnego schronienia. Jakoś daje się częściowo zażegnać niebezpieczeństwo, umieszczamy porażonych w jednym miejscu kwarantanny, leżą pokotem, chorzy, ale ich życiu nie grozi niebezpieczeństwo. Robię nad nimi znak krzyża i odchodzę. Spieszę się do domu, gna mnie niepokój o bliskich. Przy schodach (wejście i dom były inne, parterowe) stoją rzędem rowery, zasłaniając drzwi – czuję niecierpliwość. W końcu wchodzę, przeskoczywszy je jakoś, w środku pusto, meble porozrzucane, chaos w środku… a więc trafiło tutaj… Budzi mnie ogromny lęk, rozpacz, wstrząs.
Wizja: nad jakimś wiejskim podwórzem [planeta Ziemia] nadlatujący spodek, brązowy. Toczy się walka z innym spodkiem. Działo się coś intensywnie i wysoko, bardzo prędko, bezwzględnie. Pamiętam Białą Istotę i wieść, że jestem jednym z Dziewięciu. Kiedy się nagle obudziłam czułam ból we wnętrzu pępka jak po wkłuciu cieniutkiej igły.

21 lutego 2000. Nad ranem wizja: piszę na komputerze, chcę wcisnąć polecenie: „Zapisz”, ale na ekranie ukazuje się zestaw dziwnych opcji i nie wiem, jak z tego wyjść. Tymczasem zaczyna się błyskać na dworze, chyba idzie na burzę i muszę coś prędko zrobić, aby uratować tekst. Widzę iskrę strzelającą z kontaktu i odskakuję w głąb pokoju. Rozlega się huk przejeżdżającego pociągu. Przez okno dostrzegam lokomotywę pociągu, jadącą na wschód [poziom przyczynowy, karmiczny], mój dom staje się jakby wagonem, który ona ciągnie. Słyszę z sąsiedztwa okrzyk zdumionej sąsiadki-dewotki: „O Boże!”…
Rano wizja: diaboliczny młody człowiek, widzę go na ekranie TV, albo w oknie, nie pamiętam. Niemiły.

[Tu muszę wtrącić, że ten sen, oprócz przeżycia transformującej – symbol pociągu – drogi w kierunku granicy 8/9 (życia i śmierci) był zapowiedzią trudów zaczynającego się roku. W ciągu kilku następnych miesięcy okaże się, że moja matka choruje na śmiertelną postać raka, czeka mnie opieka nad umierającą, jej śmierć i opuszczenie rodzinnego domu, oto co było wtedy jeszcze przede mną, kompletnie tego nieświadomą]

23 lutego 2000. Przed snem obraz: obejmuje mnie od lewej strony z przodu coś mającego gadzią skórkę, długiego, spłaszczonego na końcu, ciemno połyskującego. Postanowiłam się temu przyjrzeć lepiej i zobaczyłam, że jest to dłoń.

[Dłoń – to Atman z poziomu 7 i powyżej. Jak widać niekoniecznie musi być błękitna, ani nawet humanoidalna]

Pojawiały się krótkie obrazy wizyjne, a w nich znani z „Nieznanego Świata” ezoterycy, a potem sen z ich udziałem. Badali mnie na odległość, próbując różnych diagnoz. [Sny o tych badaniach, całkiem liczne, jak dotąd – hehe – się nie sprawdziły, ale ze względu na spore ciekawostki może je kiedyś zamieszczę]. Nad ranem coś się jakby chciało do mnie zbliżyć, ale wtedy z okolic splotu słonecznego „szurnęły” ku niemu moje smoki i ogniste węże i natychmiast zlikwidowały zagrożenie. Jasny gwint!

24 lutego 2000. Sen: siedzę na sankach [minusowość] na drodze w kierunku sąsiedniej miejscowości. Półmrok. Gdzieś blisko jest stacja PKP (tory) [poziom granicy 8/9] , a koło mnie, poufale, ale z dystansem leży listonosz z miejscowej poczty. Obok przykuca kierownik poczty, starszy, o którym wiem, że łasy jest na kobiety. Rozmawiamy o piwie, którego sporą dostawę sprowadził z Ameryki listonosz. Kiedy nam o tym opowiada wstaje i gestykuluje żywo, z rozmachem. Na to nakłada się inna rozmowa, z kobietą. Ona pyta mnie o „tysiąc i sześćset stadiów” wytłoczonej krwi z wizji św. Jana, a ja tłumaczę, że chodzi o podział zysków pomiędzy Niebo (liczba 1000) i Piekło (liczba 600), dodaję też coś o Żniwiarzu i dochodzę do wniosku, że ptaki jedzące trupy to zmiana koncepcji cielesnej, szykująca się w masowej skali. Zauważam nagle koło siebie, na prętach sanek leżącego żółtego małego kotka w pomarańczowe okrągłe łatki. Z pyszczka przypomina lwa, albo lamparta. Jest trochę niezgrabny, ale budzi moją czułość i chcę go pogłaskać. Kociak zrywa się i przechodzi na leżący po prawej stronie kocyk, siada na brzegu i patrzy na mnie błyszczącymi oczkami. Stwierdzam, że nie będę go zmuszać, bo to wolne stworzenie, widocznie zbyt niedotykalskie.

25 lutego 2000. Chwilami przed snem nagłe odczucie jakby odtykania uszu, lub dokręcania „śrubki” nad uchem. Wizyjne elementy ze snu przedstawiały najpierw barana o dwóch wielkich rogach i kozła z wizji Daniela, leżące na moim podwórzu, oraz przeźroczyste, gęste piwo marki „Magnum” w niskiej szerokiej szklance (czy należy czytać Mag Num?), potem „braci Kumarów” przemieniających się w Białe Istoty, oraz wiadomość, że przez wiele lat tkwiły we mnie specjalnie założone przez nich „zamki”, blokujące ukryte w pamięci rzeczy.

26 lutego 2000, rano 2 razy pod rząd ktoś wchodził do mojego pokoju i znikał przy tapczanie.

cdn.

Z dziennika wzięć zapis 3

W przedstawianych dzisiaj zapiskach są wizje diaboliczne i obecność anielska, Stara lovecraftowska Istota i wężowy humanoid, skrzydlaty smok, tarcza, oraz UFO zwiastujące śmierć w rodzinie. Wciąż mam wrażenie, że przedstawiciele innych światów, z wyży i z niży, paradowali przede mną po kolei, demonstrując siebie, swoje „moce” i rodzaj świadomości. Przedstawiało mi się Źródło we wszystkich swych przejawieniach i wymiarach. Jaki był tego cel nie mam pojęcia. Nie było w tym, mimo pozorów podobieństwa – brutalnego niszczycielstwa i lekceważenia – z jakim spotykają się na ogół ofiary różnorakich wzięć. Demony nie opętały mnie, gadoidy nie zgwałciły, humanoidy nie użyły jako inkubatora. Być może to także jest przyczyną, że moim przypadkiem nie zainteresował się żaden ufolog, ani teolog, ani egzorcysta, ani ezoteryk.
Niektóre istoty i zjawiska były przerażające, ale jednocześnie w dziwny sposób nie mogły mi zaszkodzić. Owszem, popadłam w silny kryzys nerwowy w pewnym momencie, ale udało mi się z niego wykaraskać stosunkowo szybko o własnych siłach. Wizyty, zabiegi, ataki, implantowanie i wyciąganie implantów lub wstawianie kontr-implantów przeplatać się zaczęły z apokaliptycznymi wizjami przyszłości ludzkiego świata. To one sprawiły, że zajęłam się kilka lat później tłumaczeniem nieznanych u nas tekstów Nostradamusa (można je przeczytać na moim blogu Nostradamus po polsku), w poszukiwaniu jakiegokolwiek potwierdzenia, czy wyjaśnienia tych obrazów.

aliens-et

W nocy 14 lutego 1999 roku ni stąd ni zowąd obudziła mnie ich obecność. Wytwarzali podwyższony poziom energii w całym mieszkaniu, niezwykle czystej, spokojnej, uduchowionej. Takiej energii na pewno nie wydzielają ludzie uwikłani w emocje, iluzje i różnego rodzaju pożądania. Zaczęłam w myślach spontanicznie powtarzać mantrę Om namaha śivaja. W ten sposób dość prędko dostroiłam się do nich i odniosłam wrażenie, że – na ich wzór – zmienia się moja świadomość i sposób odbierania świata. Myślałam o samej sobie zanurzonej w materii i badanych osobach z otoczenia (skądś wiedziałam, że coś takiego dzieje się w sąsiednim mieszkaniu) jako o bardzo interesujących przypadkach z ciekawego świata, który jednak nie jest moim światem. Postrzegałam materię i czas z innej, wyższej perspektywy, trudnej do opisania słowami, abstrakcyjnej i bezosobowej. Była w niej całkowita wolność od ego. W ich sposobie oglądania życia nie było nawet odrobiny emocji. Posiadają naukową ciekawość i pasję intelektualisty, ale zupełnie nie pojmują, co to jest strach o własne ciało, cierpienie, ból, pragnienie czy zachwyt, są to dla nich zjawiska zewnętrzne, naukowo opisywalne i pilnie studiowane „szkiełkiem i okiem”. Bardzo szybko odczułam brak jakiegokolwiek ciepła z ich strony i zatęskniłam za obecnością „mojego ojca”.
Wpadłam w trans i obudziłam się na poziomie drugiego ciała, leżąc na prawym boku. Ktoś stał za mną i poczułam, jak wbija mi w dół pleców grubą igłę. Zabolało, ale nie szarpałam się, tylko jęknęłam i w końcu rozpłakałam się (czując się przy tym jak małe dziecko u lekarza). Istota milczała i spokojnie, fachowo robiła swoje. Nie była wroga. Grubość igły mogła mieć nawet 1,5-2 mm średnicy i sięgała głęboko. Usłyszałam odgłos bulgotania jakiegoś rzadkiego płynu (z pewnością nie była to krew), zasysanego przez tłok. Ocknęłam się po chwili na jawie w zupełnej ciszy. W miejscu pobrania próbki narastał bardzo przykry do zniesienia ból, który odczuwałam jeszcze przez dwa dni. Wymacałam tam wyraźny ślad po ukłuciu, które odbyło się przez kołdrę, tak jakby nie stanowiła żadnej przeszkody.

Wieczorem 14 lutego 1999 roku TVP1 nadała film dokumentalny o sektach satanistycznych. Nie obejrzałam go, ale poczułam narastający niepokój już w kilka minut po emisji. Tej nocy, aż do rana walczyłam z czymś, co spadło na mnie i ogarnęło jak wielki i straszny, nieskończenie mroczny cień. Intuicyjnie zaczęłam powtarzać imię Sai Baby. Nasunęło mi się samo pewnie dlatego, że niedawno rozmawiałam ze znajomym, entuzjastycznie w niego zapatrzonym. Natychmiast moje myśli nabrały mocy dźwięku, słyszałam je, jak gdyby wypowiadane głosem. Cień nie sforsował serca i znikł. Obudziłam się spokojna i bardzo wdzięczna.
Ledwie się zdrzemnęłam, zjawił się ponownie. Tym razem oglądałam go z zewnątrz. Był smoliście czarny. Miał postać rogatego, obupłciowego, hybrydycznego kozła. Baphomet straszył, atakując demoniczną aurą, która usiłowała mnie zagarnąć i wessać w siebie opętańczo. W którymś momencie odniosłam wrażenie, że za chwilę usłyszę – całkiem na jawie –- syczący, przenikliwy głos, przypominający brzmieniem głos dinozauroida, który mnie niedawno odwiedził. Rozlegał się zza otwartych drzwi do drugiego pokoju. Ten głos miał moc, by obudzić mnie z przerażającego transu i czuwał nad zjawami powstającymi w moim mózgu. Kontrolował je!
Kolejny raz zaatakował znienacka. Obudziłam się nagle na poziomie drugiego ciała [tj. astralnej odbitki]. Widziałam nad swoją głową wirującą czarną, niewątpliwie ludzką postać. Wykrzykiwałam w wielkiej panice imię Sai. Wszystko nagle ustało i obudziłam się spokojnie na jawie. Następnym razem ukazał mi się na mgnienie oka ów demoniczny duch. Miał twarz Adolfa Hitlera.
Nad ranem przyśniło mi się, że widzę na ekranie telewizora diabelską postać, wyłączam telewizor z kontaktu, a potem otwieram pudło ze sterującymi guzikami przypominające klawiaturę komputera, które jest częścią odbiornika i znajduję w nim kartę z błogosławieństwem z okazji chrztu i pierwszej komunii świętej… uff, prawdziwa ulga. Odeszło.
Tego samego wieczoru znów jednak poczułam narastanie dziwnego niepokoju. Nauczona doświadczeniem wpatrywałam się przez jakąś godzinę w podarowane mi zdjęcie Sai Baby. Dzięki temu, kiedy położyłam się spać jego wyobrażona postać „położyła się” obok mnie. Ledwie zapadłam w pierwszy półsen, znów zaczął się atak ciemnej siły, nie był już jednak tak straszny jak poprzedni. Nagle poczułam, że otula mnie cudownie świetlista aura i mroczna energia nie ma do mnie najmniejszego dostępu! Czyjś nieznany męski głos próbował daremnie wedrzeć się do mojej psychiki, ale nie sforsował Światła i wkrótce znikł.

Powrót do równowagi emocjonalnej był już teraz kwestią godzin. Przez dwa następne dni prześladowało mnie tylko dziwne wyobrażenie. Była to spalona, smolista ciemność otaczająca mnie zewsząd w postaci łuszczącej się i rozpadającej czarnej skorupy. Nie stanowiła żadnego niebezpieczeństwa, gdyż była tylko tłem, spoza którego przenikało mnie wielkie, krystaliczne, czyste światło. Stopniowo rozpadła się zupełnie i znikła.

15 lutego 1999 roku. Wizja rozżarzonego czerwonawą, radioaktywną poświatą nieba na zachodzie. W umyśle bezpośrednie informacje o ostatecznym złamaniu i zniszczeniu bariery rozciągającej się wokół Ziemi, utrzymującej dotąd wielkie rzesze ludzi w całkowitej ignorancji i iluzji, co do spraw ducha.

Happy cartoon dragon flying

18 lutego 1999 roku. Pojawił się nagle obraz jadowitego węża, wypełzającego zza kamienia. Obudziła mnie z tego silnie wibrująca energia, rozprzestrzeniająca się nad moim ciałem, jak gdyby z jakiejś prostokątnej płaskiej tarczy. Była tak dziwnie falująca, potężna i nieodgadniona, że rozpłakałam się ze strachu (w drugim ciele) i zawołałam w jej kierunku, że bardzo się boję, bo nie rozumiem, co się dzieje. Nie przerywając oddziaływania wibracjami to „coś” pochyliło się nade mną i… polizało dużym, szerokim, psim językiem kilka razy po karku. Ta dziwna i potężna istota miała w sobie czystą, głęboką, opiekuńczą kobiecość jak matka. Jej gest budził zaufanie i całkowicie mnie uspokoił. Zresztą zaraz potem wszystko znikło, tylko w mojej wyobraźni pozostawał jeszcze dość długo obraz długiego, zielono czerwonego latającego smoka.

19 lutego 1999 roku. Poczułam obecność niewidzialnej, potężnej, anielskiej istoty o czystych wibracjach, którymi napełniła całe mieszkanie. Jednocześnie pojawił się proporcjonalnie wobec niej niewielki, wściekle warczący wilk. Istota przemówiła z początku w języku, którego nie znałam i nie potrafiłam zidentyfikować, nie był to żaden europejski ani współczesny język (mógł to być starohebrajski, a może aramejski). Po intonacji zorientowałam się, że jest to, wypowiadana z gorliwą wiarą modlitwa do Boga. Następnie głosem papieża Jana Pawła II powiedziała mi wprost do ucha:
– Wszyscy będą spokojnie zasiadać (wieczorem? w nocy? w ciemności?) przed telewizorami, kiedy niespodziewanie ujawni się straszna zbrodnia. (Tu przemknęła mi myśl o nagłym upadku jakiejś ważnej wpływowej osoby). To zaskoczy i zdziwi wszystkich. Po pierwszym szoku najpierw zapadnie cisza, ale później zacznie się hałas, zamęt i nic już odtąd nie będzie takie, jakie było.
Zaraz potem Anioł jednym ruchem ręki wydostał mnie z ciała i pofrunęłam nad przepięknym widnokręgiem, symbolicznie przedstawiającym moje przyszłe życie. Spotkałam tam nieznanych ludzi, którzy wspominali o tym, co mnie jeszcze czeka, a co rzeczywiście zaczęło się spełniać jakieś dwa lata później.

 

hełm

1 marca 1999 roku. Zaczęłam czytać Apokalipsę. W nocy ukazały się hipnagogiczne odpowiedzi na pytania. Zobaczyłam żołnierza w mundurze khaki i hełmie na głowie. Jego twarz przypominała mapę, wydłużoną ku dołowi, składającą się jakby z dwóch części, w których rozpoznałam: u dołu Afrykę, u góry – południową Europę. Kontury wybrzeży, okalających Morze Śródziemne były smoliście czarne, w środku wiele ciemnych cieni. Robiło to bardzo ponure wrażenie, bo wyglądało jak czaszka dziwnego strasznego stwora. Wkrótce twarz-mapa przemieniła się w ludzką, człowiek ten miał jednak ohydnie długi, niezwykle gruby i zakrzywiony ku dołowi, nochal. Kiedy zadałam pytanie o los religii chrześcijańskiej w Europie, ujrzałam wieżę kościelną z naszego parafialnego kościoła. Jej szczyt był poszarzały, jak gdyby wypalony i pozbawiony dzwonu. Przypominał pusty, ziejący martwą ciemnością oczodół.

6 marca 1999 roku. Nad ranem poczułam najpierw intensywne wibracje w miejscach nad uszami, po czym ukazały się obrazy z przyszłości: Smoliście i upiornie czarny mrok. Ziemia zasnuta przerażającymi chmurami, gdzieniegdzie tylko na obrzeżach chmur błyskało blade światełko. Cienie budynków, wielkich bloków mieszkalnych. Od czasu do czasu błyskały światła pojedynczych, ręcznych latarek, tak jakby ludzie szukali się albo sprawdzali sytuację.
Potem linia czasu jako podziałka na linijce. Wyraźnie zaznaczony na niej próg oddzielał jedno „tysiąclecie” od drugiego. Od strony przyszłości zmierzały ku niemu liczne niewysokie i podobne do siebie jak krople wody humanoidy. Wystający próg zamienił się nagle w dołek. Zrozumiałam, że symbolizuje wielki niespodziewany kryzys.

10.III.1999r. Śr. Od kilku dni zanik apetytu. Jem symbolicznie i raczej z rozsądku. Piję dużo czystej wody, zamiast herbaty, czy kawy. Czuję silne czyszczenie energii, osłabiające nieco ciało fizyczne, bo uruchamia ono toksyny. Pojawiła się także nadwrażliwość na głośniejsze dźwięki. Skurcz lękowy jest bardzo intensywny, czego przyczyną jest także mama, z którą pozostaję ostatnio w jedynym układzie towarzyskim. Wyczuwa, że coś się ze mną dzieje. Brakuje mi ludzi, którzy wzięliby to, co wiem na poważnie, którzy pomogliby mi się wyrównać. Do tego tekst Apokalipsy jest napisany w tak pełnym grozy języku, że dodaje mi tylko ciężaru do niesienia. Wszystko, na co spojrzę wydaje mi się straszne, makabryczne. Nie mogę oglądać telewizji i uśmiechniętych ludzi (w mojej wyobraźni spływa z nich krew, hektolitry krwi), wciąga mnie jakiś ponury lej, rozedrganie, pojawiają się skurcze przełyku i odruchy wymiotne, czasem całe moje ciało drga w jakichś niekontrolowanych skurczach (raz poczułam wtedy silne pulsowanie na karku), prawie nic nie jem.
Mantrowałam, ale w stresie. Pomodliłam się o pomoc, o wsparcie, o miłość, która wyrwałaby mnie z tej przepaści lękowej i wsparła w życiu. Jestem z tym zupełnie sama. W nocy zjawili się. Była to czyjaś przyjazna, czysta Obecność, bez ingerencji. Nad łóżkiem (dużym, małżeńskim moich rodziców) w ścianie było gniazdko, w które wetknięto aż 3 wtyczki z przewodami jednocześnie. 2 z nich rozchodziły się wzdłuż ściany, na prawo i lewo, a trzecia była jakoś połączona z moim ojcem, który leżał w łóżku i był z nią kłopot energetyczny, iskrzyła. Ojciec leżał na odwrót w łóżku, nogami do ściany, a ja obejmowałam go od strony pleców i głaskałam uspokajająco po głowie, próbując przemówić do rozsądku i pocieszyć. Był inny, niż w rzeczywistości, przede wszystkim młodszy (może w moim wieku teraz), miał inny głos, ale za to narzekał i biadał dokładnie jak kiedyś. Przepełniały go rozpaczliwe żale do świata i na swój los. Skarżył się, że kiedy wypełni komuś kupon Toto-lotka, to ten ktoś wygrywa, a jemu nigdy się to nie udało. Perswadowałam mu cierpliwie, że nie czas teraz tym się zajmować, że jest już na to za późno.
[Sen odczytuję w odwróceniu. Istota przybierająca postać ojca usiłowała mnie pocieszyć i wytłumaczyć, że dręczę się podobnie, jak robił to kiedyś mój ojciec. Co sprawia kłopot w przesyłaniu energii i kontakcie.]

ctulhu

12 marca 1999 roku. W świadomym śnie szłam z ojcem ulicą miasta i na nocnym niebie spostrzegłam trzy światła szybko zmieniające kurs. Zaaferowana pokazałam pojazdy ojcu, a on stanowczym tonem kazał mi zatrzymać się i nie ruszać. W tej samej chwili obudziłam się na poziomie drugiego ciała i ujrzałam jak z jednego ze świecących pojazdów wynurza się w błyskawicznym tempie ogromna, pozbawiona głowy i oczu istota. Była ciemna, bezkształtna, właściwie sam olbrzymi korpus, z którego sterczało wiele, wiele kończyn. Skojarzyła mi się ze Starą Istotą z opowiadań H. P. Lovecrafta. To trwało dosłownie ułamek sekundy. Wbiła mi ostrą igłę pod podstawę czaszki, umieściła tam coś i natychmiast znikła. Ból ściągnął mnie błyskawicznie do ciała fizycznego, czyli na jawę i odczuwałam go jeszcze przez dwa dni. Potem pojawiał się sporadycznie, ale intensywnie przez kilka lat.

26 marca 1999 roku. Poprzedniego wieczoru, o godz. 19.05 zaobserwowałam na rozgwieżdżonym niebie – stojąc na podwórzu – przelot jasnego światła na wschód od strony księżyca będącego wtedy prawie w zenicie. Światło było wielkości Wenus i leciało w linii prostej, nie przypominając samolotu. Kiedy jednak znalazło się nade mną, nagle rozbłysło o wiele jaśniej jak lampa, a potem dość szybko zmniejszyło się do rozmiarów punktu i błyskawicznie znikło.
Tej nocy przeżyłam w transie jazdę samochodem, masaż serca, który robił mi jakiś lekarz i trzy-cztery bolesne zastrzyki w klatkę piersiową.

Dwa dni później zmarł nagle, na czwarty zawał serca, w drodze do szpitala mój wujek, wieziony pogotowiem reanimacyjnym. Choć brzmi to jak w bajce o gasnących gwiazdach, to światło podczas lotu rozbłysło dokładnie nad jego domem.

zielony

W środku nocy 31 marca 1999 roku ni stąd ni zowąd zaczęłam rozmyślać o pokrętnych sposobach stosowanych przez gadzie istoty, które najwidoczniej umieściły mi na karku swój implant, a w wyobraźnię wsączyły lęk i zwątpienie. Toteż, kiedy teraz nagle ktoś zjawił się w pokoju, wzięłam go za gada. Ogarnęła mnie znajoma demoniczna energia i instynktownie wykonałam w samoobronie znak krzyża. Natychmiast poczułam, że negatywne wrażenie znika, tak jak maska spadająca z twarzy aktora, ale istota stała dalej, co spowodowało, że wpadłam w panikę i powtarzałam z wielką determinacją, a w końcu nawet złością, formułkę: „W imię Jezusa Chrystusa wypędzam cię!”. Postać ta zachowała jednak stoicki spokój i usiłowała wyciągnąć mi implant z podstawy czaszki, wstrzyknięty tam przez lovecraftowskiego potwora. W końcu szybkim, sprawnym ruchem umieściła coś w okolicy nosa po lewej stronie na mojej twarzy i dokręciła jak śrubkę. W trakcie tej czynności wdała się ze mną, tonem zabawnie opryskliwym, w rozmowę. Był to mężczyzna, niewielkiego wzrostu (ok. 1,2 metra). Dotknęłam jego dłoni, aby sprawdzić, czy nie ma szponów. Miał długie, ostre paznokcie, które wydały mi się na tyle podejrzane, że nie przestawałam protestować. „No, więc pokażę ci się. Możesz mi się przyjrzeć…” – zdecydował się nagle i lekko zeskoczył zza moich pleców na podłogę przy tapczanie, ukucnął, czekając, aż na niego spojrzę. Zasłoniłam sobie oczy, aby nie móc tego zrobić. Bałam się jego widoku i tego, że zobaczę wężową istotę, co już kompletnie odbierze mi rozum. „No, to się baj!” – zrezygnował w końcu i wymówiwszy te wieloznaczne słowa szybko znikł z pokoju, przez okno. W jego głosie było zniecierpliwienie i rodzaj lekkiego pogardliwego rozbawienia wobec mojej panicznej reakcji. Natychmiast pożałowałam, że nie skorzystałam z okazji zobaczenia jednego z moich nocnych gości. I wtedy natychmiast ukazała mi się pod powiekami twarz tej istoty. Głowa kształtem przypominała innych humanoidów – duża, łysa czaszka z niewielkim podbródkiem, wielkie, ciemne, skośne oczy bez białek, ale skóra była zielonkawa, pokryta wężowymi, drobnymi łuskami.

Cdn.

Z dziennika wzięć zapis 2

Jak poprzednio powstrzymuję się od komentarzy. Zwłaszcza, że gadoidy, czyli reptilianie są modnym tematem od jakiegoś czasu. Wtedy, gdy zdałam sobie sprawę z ich obecności i roli, jaką zajmują na polu Świadomości, wiedziałam o nich dość mało. Najwięcej, jak się okazało, z ksiąg indyjskich. Teraz, przeszukując popularne zasoby grafik internetowych w gadzim temacie niewiele znalazłam rysunków choćby z grubsza podobnych do istot, które widziałam i wyczuwałam.
Zwracam też uwagę, że spotkania z drugą stroną były naprzemienne, jeśli chodzi o coś, co z ludzkiego punktu widzenia można nazwać: dobro i zło, jasne i ciemne. Strach był dozowany i pod jakąś kontrolą. Istoty były różnego autoramentu, włączając także wśród nich bogów i anioły. Zwracam uwagę na wizytę pary w psiej czapce.

anunnaki

19 stycznia 1999 roku. Krótko po północy na dworze zaczęło się coś dziać. Mój stary, kilkunastoletni pies obszczekiwał z młodzieńczą zajadłością i wyraźną wrogością trasę wzdłuż ogrodzenia sąsiada przed domem. Zaniepokoiło mnie to. Poczułam ogarniające mnie wbrew woli nastroje i myśli, które można by scharakteryzować jako demoniczne, złe, opętańcze. I nagle coś się pojawiło koło tapczanu. Byłam zawinięta w kołdrę aż po czubek głowy, ale strach, który poczułam, jeżący włosy na całym ciele, kazał mi się ukryć jeszcze szczelniej. Zaczęłam jak katarynka powtarzać słowa pacierza, a lęk tak się wzmógł, że pomyślałam, iż muszę się przygotować na śmierć.
Odniosłam wrażenie, że to „coś” usiłuje do mnie dotrzeć. Obwąchiwało mnie jak pies, dotykało, muskając kołdrę z zewnątrz i odniosłam wrażenie, że ma szponiaste, zakończone bardzo długimi i ostrymi pazurami, palce. W końcu chyba ustaliło sobie to, co miało ustalić i zaraz usłyszałam dziwny i obcy dźwięk – jego głos. Było to ciche mamrotanie, ostro świszcząco-syczący szept, wypowiadający jakieś niezrozumiałe „mantry”, być może miało mnie uśpić lub coś mi zasugerować, gdyż poczułam, że nie panuję nad swoją świadomością, choć nie straciłam przytomności. Po chwili ujrzałam pod zamkniętymi powiekami wpatrujące się we mnie uważnie i bez mrugnięcia, ogromne, szeroko otwarte, migdałowe oko. Przez dłuższą chwilę istota lustrowała zawartość mojego umysłu, a potem tak samo błyskawicznie jak się pojawiła – znikła z pokoju, przez okno.

dinozaur

Przypominała dinozaura, drapieżnego i groźnego, pochylonego, na zręcznych silnych nogach, bardzo prędkiego, o zwierzęco – zupełnie inaczej, niż ludzkie – wyostrzonych zmysłach, refleksie i percepcji. Była bezwzględnie obojętna i nie bawiła się w dostosowywanie się do ludzkiego świata, tak jak czynili to wcześniej odwiedzający mnie humanoidzi. Znała skuteczne chwyty i używała ich bez liczenia się ze skutkami dla mojej osoby. Mimo to (może właśnie z tego powodu) wydała mi się szczególnie fascynująca, niezwykła i pełna mocy. W trakcie spotkania czułam intensywne oddziaływania na splocie słonecznym, tak jakbym miała tam stalową tarczę [w mojej wyobraźni pokrytą jakimiś dziwnymi runami]. Wydawało mi się także, że jestem szczelnie wraz z głową przykryta kołdrą, ale gdy wszystko minęło okazało się, że jednak twarz mam odkrytą.

20 stycznia 1999 roku. Zaczęło się gorącym, energetycznym „plastrem” na plecach. Następnie pojawiło się coś z tyłu nad głową mające płaską, kwadratową powierzchnię, która zaczęła emitować silnie mrowiącą energię. To oddziaływanie spowodowało drgania w przełyku (w fizycznym ciele) i już po chwili całe gardło i krtań były w ten sposób „potrząsane” i „otrzepywane” z blokujących je drobnych skurczów mięśni. Wszystko trwało kilkanaście sekund, nie więcej. Poczułam silny przepływ energii, tak swędzącej, że zaczęłam pokasływać. Przyłożyłam tam ręce. Po tym zabiegu odczułam także muśnięcie nieco delikatniejszej energii w dolnej partii ciała, która natychmiast usunęła ból receptorów w stopach, dokuczający mi od kilku dni.
W końcu ktoś się nagle zjawił. Drobny nieznajomy mężczyzna. Położył się wzdłuż mojego ciała i wydawało mi się, że w jakiś sposób widzę jego zarys jako szczupły, niewyraźny cień. Powiedział, że ponieważ mam takie możliwości (pomyślałam, że chodzi mu o inicjacje reiki), uruchomi teraz we mnie przepływ energii przez dłonie i już po chwili porobił jakieś znaki. I rzeczywiście, zaraz poczułam, że dłonie robią się bardzo gorące, a trzymanie ich na grasicy i przy gardle łagodzi denerwujące podrażnienie w przełyku (wystarczyło je odjąć, aby od razu się rozkasłać). A on szybko zabrał się do bardziej mechanicznego zabiegu, gdyż poczułam, że usiłuje wbić mi igłę w udo pod lewym pośladkiem. Gdy zabolało, poruszyłam nerwowo nogą, raz, potem drugi, bolało. Usłyszałam nagły szelest w pokoju, gwałtowny ruch, i jednak zdecydowanie zdołał zrobić swoje. Zapiekło. Po czym wszystko natychmiast znikło. Na moim ciele pojawił się jednak wyraźny ślad po ukłuciu, mimo że zastrzyk dostałam bez odsuwania kołdry, tak jakby wcale jej nie było.

21 stycznia 1999 roku. Raz i na bardzo krótko pojawił się ktoś (a może raczej coś?), co ujrzałam kątem oka, jako poruszający się szybko cień. Poczułam niewielki ból po nakłuciu w miejscu starej blizny po ospie na lewym ramieniu. Drobne ukłucia tak szybko następowały po sobie jak w maszynie do szycia, a igła podnosiła się błyskawicznie po jednej linii („nitki”) i od razu ponownie uderzała w ciało. Na koniec „aparat” bardzo szybko i bezboleśnie „wyciągnął” coś znad moich zębów w górnej szczęce po lewej stronie (było to dokuczające mi sporadycznie od roku ognisko zapalne w zatoce okołoszczękowej) i znikł.

Pippi

25 stycznia 1999 roku w nocy nagle zorientowałam się, że dzieje się coś dziwnego. Usłyszałam specyficzny buczący dźwięk wokół siebie, który generował fale energii i uświadomiłam sobie, że unoszę się w powietrzu! Zsunęłam lewą rękę w dół, stwierdzając, iż rzeczywiście – wiszę jakieś 10 centymetrów nad tapczanem. Zaraz potem usłyszałam koło siebie nieznany męski głos przemawiający do mnie łagodnie w stylu: „Dobrze, a ponieważ jesteś taka grzeczna zasłużyłaś sobie na nagrodę…” i w jednej chwili moje usta otworzyły się same i poczułam ukłucie igły w górne dziąsło, nad przednimi zębami. Zabolało i trochę się przestraszyłam. Mogłam jednak otworzyć oczy i ujrzałam jakichś ludzi. Szczupłego lekarza w białym kitlu (dość szybko jednak usunął się z mojego pola widzenia) oraz niewysoką drobną pielęgniareczkę, stojącą z posłusznym pochyleniem głowy i wysłuchującą pilnie poleceń „pana doktora”. Była niska, w nieskazitelnie białym fartuszku, z grzecznym uśmiechem na piegowatej buzi okolonej rudymi włosami, wystającymi spod pielęgniarskiego czepka. Skojarzyła mi się z Pippi Langstrumpf i to mnie rozbawiło, mimo głupiej sytuacji, w której się znajdowałam. Z zapałem powtórzyła polecenie „pana doktora”, w którym było zdanie o „dwóch wiewiórkach”, co nasunęło mi pomysł, że przyjdą jeszcze jakieś nowe wiewiórko-podobne istoty z innej rasy. Tak się jednak nie stało, istoty musiały mówić o moich dwóch zębach-siekaczach, wiewiórczym atrybucie z plakatów reklamujących dzieciom szczoteczkę i pastę do zębów.

[Z podręcznego sennika: Dwa przednie zęby w symbolice snu oznaczają rodziców, w tym wypadku Matkę i Ojca ze sfery nieprzejawionej].

Obudziłam się z tego nagle, leżąc na wznak, tak jak zasnęłam. Szybko otworzyłam jedno oko, nikogo wokół mnie nie było. Tylko w ustach działo się jeszcze coś dziwnego. Na powierzchni całego górnego podniebienia czułam mechaniczne oddziaływanie jakiejś energii, wygładzającej dziąsła od wewnątrz i rozsuwającej bardzo delikatnie zęby. Prawa dwójka trochę mnie zabolała, gdy docisnęłam szczęki, ale to szybko minęło.

3 lutego 1999 roku. Przy pomocy cienkich wierteł (trochę grubszych od zwykłej igły) istoty umieściły przynajmniej kilka implantów w moich plecach, krzyczałam z bólu, ocknąwszy się w drugim ciele, daremnie. Pod obiema łopatkami i w okolicach obu nerek, także przy kręgosłupie. Głos, o zupełnie innym, niż dotychczas znane brzmieniu (pogłębionym emocjonalnie i wydobywającym się jak gdyby z okolic brzucha), mówiący z początku płynnie po angielsku! (nie znam tego języka) przygotował mnie na otrzymanie jakichś ważnych wiadomości, które mam zapisać i przekazać innym.
Z tekstu lejącego się szybko, bez akcentu, przecinków i kropek, i bez powtórek zapamiętałam informację, że istnieje jakiś ważny prezes, którego osobiste ingerencje są wielką rzadkością, a który polecił zająć się szczególnie moją osobą (a raczej tym, co robię), gdyż zależy mu na współpracy z tymi, którzy potrafią „mędrkować” (przy tym słowie głos jakby się zaciął, próbując utworzyć polskie słowo na bazie rzeczownika mądrość, efekt wyraźnie go nie zadowolił), „a ta dziewczyna potrafi”.

[Hm, prawdopodobnie szło o to, że w żadnej z takich dziwnych sytuacji nie reagowałam psychozą, fanatyzmem religijnym, ani schizofrenią, czyli nie biegłam do księdza czy lekarza, tylko sięgałam do książek, samodzielnie próbując cokolwiek zrozumieć].

4 lutego 1999 roku. Złożyłam długo odwlekaną wizytę dentystce, prosząc o zaplombowanie dolnej lewej trójki, która od miesiąca zaczęła boleśnie dawać o sobie znać. Ku mojemu zdumieniu okazało się, że ząb jest całkowicie zdrowy i nie ma w nim najmniejszego śladu po ubytku, który był tam jeszcze wczoraj.

13 lutego 1999 roku około 23.30 najpierw zgasło światło w całym domu, a po kilku minutach, mimo wyłączenia zapaliło się samo w drugim pokoju, w którym nikt nie spał. Prawie jednocześnie rozpłakało się na cały głos, obudzone czymś znienacka dziecko siostry, śpiące w mieszkaniu na piętrze. Całą noc byłam dziwnie napięta i czujna, w końcu koło piątej zjawiła się jakaś istota. Jej obecność oznajmiło, przypominające zgniatanie w palcach szeleszczącego papieru, „trzeszczenie powietrza” przy moim uchu. To zaraz wprowadziło mnie w sen. Mimo to wiem dobrze, że robiono mi tej nocy jakieś zabiegi.
Co pewien czas wracałam do przytomności i wyłapywałam nieliczne wrażenia, po czym znów zabierał mnie w nieświadomość usypiający kulisty pocisk energii. Rano okazało się, że pamiętam jednak strzępki wydarzeń, fragmenty snów. Słyszałam głos istoty, przemawiającej na wysokości mojej głowy przy tapczanie. Był inny, niż dotychczas poznane, bardziej bełkotliwy (tak, jakby istota sepleniła, czyli „miała kluski w buzi”). Z potoku monotonnych wyrazów zapamiętałam jedynie słowo „śledziona” i że był to wykład na temat funkcjonowania tego organu w ciele.
Dopiero w dzień nagle przypomniałam sobie, że w pewnym momencie w sąsiednim pokoju pojawiło się coś w rodzaju dwóch buzujących energią, niewidzialnych kul (był to rodzaj odkształcenia w zewnętrznej rzeczywistości, trójwymiarowego zakrzywienia przestrzeni, przesuwającego się swobodnie w powietrzu), które błyskawicznie znalazły się przy moim tapczanie i, przyjąwszy postacie humanoidalnych istot rozsiadły się w fotelach. Jedna z nich była kobietą, druga mężczyzną. Mignęła mi jego poważna, nieco płaska i bez właściwej ludziom mimiki – twarz. Był łysy, o ziemistej cerze, miał spiczaste uszy, głębokie, ciemne oczy, płaskie i bardzo szerokie usta, oraz wystający zdecydowanie, a nawet ze sporą brutalnością, ostry podbródek. Chwilę potem jego obraz zamienił się w negatyw, twarz stała się czarna, jak gdyby zasłonięta czarną maską, a tylko oczy (i uszy) jaśniały. Żeńska istota przybrała kształt niskiej kobiety o wydatnym biuście, ale twarzy nieokreślonej, a na jej głowie zobaczyłam brązową czapkę z doszytymi po obu stronach długimi psimi uszami, a la disneyowski pies Pluto.

[Kilka tygodni później otworzyłam przypadkowo książkę o mitologii greckiej, i przeczytałam na tej stronie, że bóg podziemi Hades (Pluton) pojawiał się między ludźmi w czapce-niewidce z uszami psa. W takim razie jego towarzyszka musiała być Prozerpiną, córką Demeter.]

Z dziennika wzięć zapis 1

Tych zdarzeń komentować nie zamierzam. Niech mówią same za siebie. Notatki z nocnych przeżyć robiłam bardzo skrupulatnie każdego dnia, rozumiejąc, że podlegam jakiemuś szczególnemu „odgórnemu” procesowi, któremu mimo wszystko muszę zaufać. Bo nie mam innego wyjścia. Wizyty nocne powtarzały się zrazu co noc, potem nieco rzadziej aż do 2003 roku. Z czasem zastąpiły go rozbudowane wizyjne sny z „wyższej półki”. Niniejszy zapis wszedł w skład mojej książki „Przemiany w ultrafiolecie” wydanej w 2003 w Wydawnictwie Brama.

*

7 stycznia 1999 roku. Coś się wydarzyło w nocy, czego nie zapamiętałam, a po czym poczułam się bardzo dziwnie. Spędziłam potem prawie cały dzień siedząc nieruchomo na krześle, w specyficznym obezwładnieniu ciała i umysłu.

11 stycznia 1999 roku. Przyśniła mi się postać w mnisim habicie i kapturze, stojąca za drzwiami mojego pokoju. Obudziły mnie… prawdziwe zastrzyki w lewy pośladek.

13 stycznia 1999 roku. W środku nocy ocknęłam się z jakiegoś niepamiętanego transu w swoim łóżku jako… Jezus Chrystus, cały w uśmiechach, bardzo, bardzo szczęśliwy.

14 stycznia 1999 roku. Otworzyłam nagle oczy, wyrwana na jawę z głębokiego snu z jedną tylko, ale za to jakże radosną myślą: „Pochodzę z przyszłości!”

15 stycznia 1999 roku około 3:00 w nocy obudziło mnie nagle coś podobnego do gwałtownego rumoru i okrzyk mamy śpiącej w sąsiednim pokoju, krótki, urwany, jak gdyby napadnięto ją z zaskoczenia. Kiedy jednak ocknęłam się, okazało się, że w domu panuje kompletna cisza, więc uznałam wszystko za sen. Tylko bez żadnego powodu serce biło mi jak oszalałe i nie wiem, z jakiego powodu myślałam uporczywie o białym kosmicie widzianym kiedyś za oknem. Jak gdyby w odpowiedzi na te myśli (i wewnętrzne perswazje w rodzaju: to był tylko sen, nie jawa) rozległy się kilka razy głośne stuknięcia w blaszany parapet okna od zewnątrz i po chwili z pewnej odległości na podwórzu zaszczekał pies – krótko, bez agresji, ale ostrzegawczo.
Nie mogłam zasnąć. Uporczywie analizowałam zapamiętane strzępki snu, z którego właśnie się obudziłam. Majaczyli mi w głowie dwaj moi koledzy, horoskopowi bliźniacy, którzy trzymając się za ręce wyfrunęli z pokoju przez okno, także troje śpiewających dzieci oraz dwie wypalone świece w lichtarzu. Druga zgasła na moich oczach, co mnie zdumiało, gdyż byłam przekonana, że dopiero co nową zapaliłam, a tu tymczasem zostały tylko resztki stearyny i kawałek wypalonego knota. Na koniec zjawiał się w pamięci króciusieńki obraz kilku (może trzech) białych, szczupłych, niewysokich istot w moim pokoju i męski, mechaniczny głos mówiący, że trzeba będzie jeszcze pokłonić się trzy razy. Poza tym bolało mnie prawe biodro i czułam wzmożone mrowienia w gardle. Zdziwił mnie także fakt, że termofor, którym zawsze rozgrzewam stopy w zimie jest jeszcze o tej porze ciepły, zazwyczaj szybko stygnie i powinien już być chłodny.
Około 5:00 rano (odróżniałam tę godzinę, gdyż sąsiad o tej porze codziennie wyjeżdżał do pracy samochodem) zdałam sobie sprawę, że wchodzę w trans. Znienacka poczułam na plecach obecność mężczyzny, znanego mi od lat z wielu wizyt. Uznałam go za ducha mojego ojca. Teraz szeptał mi jakieś informacje do lewego ucha, a ja wiedziałam, że to nie jest mój ojciec! Jego głos brzmiał o wiele młodziej i miał mechaniczne zabarwienie. Jego słowa docierały do mnie niewyraźnie. Słychać było lekki szum i trzaski zakłócające odbiór, trochę jak w źle dostrojonym odbiorniku radiowym. Zrozumiałam tylko, że ostrzega mnie przed spotkaniem z czymś złym w przyszłości, a także podkreśla znaczenie tego, co zaczęłam właśnie zapisywać w komputerze.
– To prawdziwy skarb, pilnuj go – mówił tak najwyraźniej o moich zapiskach, co mnie zdziwiło. Nie miałam o nich (ani tym bardziej o sobie) zbyt wielkiego mniemania. Ponieważ z trudem docierała do mnie treść jego słów, kilkakrotnie poprosiłam go o powtórzenie informacji, a on bardzo cierpliwie powtarzał wszystko od początku. Na koniec zapytał, czy chcę wiedzieć coś jeszcze.
– Tak, powiedz mi, co się wydarzy w moim życiu osobistym.
Skwapliwie i życzliwie przepowiedział mi bieg wypadków, a kiedy skończył, zorientowałam się, że wokół mnie kręci się więcej osób. Naliczyłam trzy. Dwaj krótko ostrzyżeni bruneci we współczesnych ubraniach. Mieli jakieś czarne aparaty w rękach, które wydały mi się podobne do podręcznych magnetofonów, trochę większych od telefonu komórkowego. Obaj byli bliźniaczo do siebie podobni. Rozmawiali swobodnie, a ton ich głosów (taki specyficznie mechanicznie bezosobowy, jak u oddanych pracowników reklamujących wyroby swojej firmy) kazał mi myśleć, że spełniają ściśle określone obowiązki. Ten, co ze mną rozmawiał pozostawał cały czas, jak niewidzialny sobowtór, z tyłu za moimi plecami i do końca nie udało mi się zobaczyć jego twarzy. Jego głos jednak, w porównaniu z bliźniakami był bardziej indywidualny, emocjonalny i tym samym bardziej ludzki. Trzecia, a właściwie czwarta osoba zdawała się bardziej interesująca.

jadeit
Stary człowiek, wyglądający tak, jakby skórę twarzy miał nałożoną jak maskę na swoją głowę, uśmiechał się, a kąciki ust opadały mu po bokach. To samo działo się z jego oczami, które z kolei sprawiały wrażenie większych od otworów na oczy. Poza tym same oczy były przedziwne. Olbrzymie, migdałowe, jasne (w kolorze zielonkawego jadeitu), pokryte kilkoma błonami, zachodzącymi na gałkę oczną z czterech stron, od dołu, z góry i z obu boków, jak cztery jasne półksiężyce. Był kimś innym, na pewno o wiele ważniejszym od dwóch „specjalistów” kręcących się wokół mnie, co dało się wywnioskować z ich zachowania, gdyż on sam żadnym gestem nie podkreślał swej roli.
Zorientowałam się, że robią mi jakiś zabieg, ponieważ ten z tyłu pokazał na dłoni wyciągnięty (pewnie z moich pleców) dość długi pręcik (przypominał cienki, jasnobrązowy gwoździk), otoczony strzępkiem białej, tłustej tkanki. Padł z jego ust krótki komentarz: – No tak…
Bałam się bólu, ale nie poczułam go.
Starzec sprawiał wrażenie, mimo wielkiej brzydoty, kogoś sympatycznego i bliskiego. Jego uśmiech i spojrzenie były pełne dobrotliwej, wyrozumiałej i żartobliwej miłości. Promieniował nią. Uśmiechał się z miłością dosłownie całym sobą. Budził wielkie zaufanie, jak niezwykle kochający, mądry ojciec. Zadawałam pytania, które jednak padały w próżnię. Obserwując specjalistów zastanawiałam się nad światem, w którym przebywają, poza znaną mi, karmicznie uwarunkowaną czasoprzestrzenią, tam gdzie panują inne prawa i skąd można obserwować i kontrolować materię oraz ludzi takich jak ja. Interesowały mnie moje przyszłe wcielenia i to, ile ich jeszcze będzie. Tymczasem jeden ze specjalistów rzucił mimochodem wiadomość, że Franek K. urodzi się jeszcze trzy razy. Pytałam jednak o siebie, nie o niego, a oni udawali, że nie słyszą, zajęci swoimi sprawami.
Ten z tyłu wciąż mnie obejmował w pasie, co silnie mrowiło. Postanowiłam przedstawić swój problem starcowi, a pytając go, czułam się jak małe, ciekawskie dziecko siedzące u stóp mądrego ojca (musiało nastąpić, niepostrzeżenie dla mnie, jeszcze dodatkowe rozdzielenie ciał subtelnych). Patrzył na mnie wciąż uśmiechającymi się oczami. Skóra maski-twarzy zwisała mu zwłaszcza w dolnej partii głowy, tak jakby wcale nie miał podbródka. Ponieważ nie kwapił się do odpowiedzi, zmieniłam w końcu pytanie.

– A ty ile masz lat?

– Tysiąc – odpowiedział po prostu. I dodał – Ale ty będziesz miała już niedługo 250.

Nie dostałam żadnego innego wyjaśnienia. „Specjaliści” (czy może asystenci) wspomnieli jedynie, że przez jakiś czas po zabiegu mogę odczuwać brak energii.
I obudziłam się jak gdyby nigdy nic w swoim łóżku. Do rana ciągnęły się sny wizyjne, z których wyrwał mnie niezbyt głośny męski głos, wydobywający się z mojej prawej ręki, oznajmiający radośnie:
– Wiadomości od Boga!

16 stycznia 1999 roku. Tej nocy męczyło mnie pragnienie. W końcu zmobilizowałam się, usiadłam na brzegu tapczanu i wtedy usłyszałam kilka niezrozumiałych dźwięków, jak gdyby coś szybko odsunęło się ode mnie i potrąciło przy okazji o stolik (sprawdziłam, nie zahaczyłam o nic ręką ani nogą). Wyszłam z lekkim zawrotem głowy do kuchni, napiłam się wody, a gdy wróciłam i zgasiłam światło, zobaczyłam dwie ciemne plamy przed sobą, gdzieś na wysokości ramion (tj. około metra), odsuwające się prędko w głąb pokoju. Trochę się bałam, w łóżku poczułam się bezpieczniej, ale przez dłuższy czas, nim zasnęłam, czułam się dziwnie. Jak gdyby zamieszkała we mnie świadomość (i tożsamość) prastarej, niezwykle mądrej, kosmicznej istoty, nawet „miałam” wielkie, czarne oczy, jak ona. Wtedy zdałam sobie sprawę, że ta tożsamość ogarnęła mnie nie po raz pierwszy w życiu, znam ją z przynajmniej kilku głębokich medytacji. Rano to wrażenie stopniowo zanikło.

17 stycznia 1999 roku. Miałam wizytę przyjaciół. Długo w noc gadaliśmy o głupstwach przy wytrawnym winie. Położyliśmy się spać o pierwszej po północy, a ja myślałam sobie z nadzieją, że chociaż tej nocy będę mieć spokój z powodu obecności ludzi w domu. Nagle zjawił się dobrze mi znany strach. Chwilę potem coś szybko przeturlało się po podłodze. I znów jakiś hałas. Przeleżałam, nie śpiąc prawie do świtu. A rano zobaczyłam ze zdumieniem, że poduszka spod mojej głowy leży dokładnie po środku pokoju, na podłodze!

Cdn.

Nocni goście

W styczniu 1998 roku przypadkowo trafiłam na zjazd gwiezdnych ludzi, zorganizowany prywatnie w Lublinie. Poznałam na nim kilka osób, uważających się za inkarnacje istot kosmicznych, które z jakichś powodów utknęły w ziemskim świecie. W większości nie były z tego zadowolone (zresztą, kto jest zadowolony?) i narzekały na nieumiejętność zintegrowania się z (ludzkim, tj. obcym) otoczeniem. Był między nimi Franek K., 40-letni chemik z Puław, zabawny, gadatliwy i pełen wyobraźni artysta-malarz i poeta, który przez kilka lat przeżywał bezpośrednie spotkania ze „swoimi towarzyszami z gwiazd” we własnej sypialni. Spędziliśmy wiele godzin na burzliwych rozmowach i opowieściach, ale, mimo że temat nas oboje pasjonował i wysłuchiwałam Frankowych rewelacji z tych spotkań bardzo uważnie, długo nie potrafiliśmy się porozumieć. Oceniałam przeżycia Franka jako iluzje senne, mimo że niezwykle realne, to jednak czysto symboliczne przekazy, powiązane z manifestowaniem się w jego umyśle form astralnych i bytów przejściowo nieposiadających ciała fizycznego. Skłaniałam się do poglądu Gustawa Junga wyrażonego w jego książeczce „Nowoczesny mit. Rzeczy widywane na niebie”, gdzie okrągłe pojazdy i światła kwalifikował jako manifestacje Jaźni z poziomu nieświadomości zbiorowej.
Szybko spowodowało to rozłam między nami, gdyż Franek uważał swoje przygody za absolutnie prawdziwe, a pojawianie się istot kosmicznych za realne tak samo, jak odbiera się świat jawy, w którym każdy z nas jest zanurzony na co dzień. Jednej nocy naprawiły mu złamany nos, na co miał dowód, zdjęcie rentgenowskie zrobione dzień wcześniej. O ile mogliśmy spierać się tak naprawdę o słowa i nazwy, i oboje mieć jakąś rację, to fakt ingerencji zjawy sennej/iluzyjnej w życie na jawie i stan fizycznego ciała nieco się kłócił z koncepcją halucynacji rozszczepionego z ciałem umysłu. Choć, ostatecznie, nauka zna przypadki samouleczeń z pomocą siły sugestii. Tu jednak w ciągu nocy zrosła się kość, a poza tym Frankowi, mimo jego nadwrażliwości i zacietrzewienia w poglądach, daleko było do fanatyzmu czy mistycyzmu.
W końcu musiałam przyznać mu rację. Stało się to na przełomie 1998-99 roku, w czasie, gdy Franek został przez swoich towarzyszy i nocnych gości zupełnie opuszczony.

czacha

W czerwcu 1998 roku, podczas popołudniowej medytacji ukazał mi się obraz wielkiej księgi-otwartego oka, z której żywą złotą falą wylewały się znaki, symbole i litery, zlatując na mnie z góry jak oświecająca kaskada. Wnikały przez otwarty czubek głowy i przemieniały moje ciało na swój wzór i podobieństwo. Oddychałam rytmicznie. Było to niezwykle przyjemne doznanie. W modlitwie poprosiłam o wiedzę i mądrość rozróżniającą.
Następnie późnym wieczorem, ledwie odłożyłam wałkowaną od jakiegoś czasu lekturę (nader nudnej) Księgi Mormona i ułożyłam się do snu, gdy przeleciała mi przez głowę złożona informacja, co i jak i abym się nie bała, a potem zjawiło się coś potężnego i budzącego grozę.
Mignęła mi prędko wychylająca się ku mnie z ciemności biała czaszka o wielkich, czarnych, przepastnych oczodołach. Spojrzała z bliska w sam środek mnie. Równie prędko sięgnęła dwoma „szczypcami” (twarde, długie) i wcisnęła mi coś do głowy, lub też objęła czymś mózg w czaszce i dokręciła. Poczułam ucisk dwóch podłużnych „wkrętów” nad lewym i prawym uchem po obu stronach głowy, które wibrowały. I zaraz otworzyłam oczy, zupełnie przytomna, gdyż ingerencja tak samo nagle jak się pojawiła – znikła.

Szybko przeanalizowałam to zdarzenie. Pamiętałam dobrze strzępki podanej informacji, ale zadziwiała mnie jej forma. Przekazana mi wiedza była oczywista, bezpośrednia i poza słowami. Skoncentrowana w rodzaj pigułki i wsunięta do mojej głowy dawała się odczytywać na różne sposoby myślami i wyobrażeniami i ku mojemu zdumieniu to, co wydawało się trwać ułamek sekundy rozciągało się w długie, skomplikowane zdania, gdy tylko skierowałam na jakiś szczegół uwagę.

Nie chcemy zrobić ci krzywdy. Niczego się nie bój, przestraszysz się, ale to minie. Jesteśmy SPOZA.

DZIAŁAMY I INGERUJEMY W WASZ ŚWIAT STĄD, GDZIE PRZEBYWAMY. ZMIENIAMY TERAZ COŚ WAŻNEGO U SIEBIE, CO JEST WAŻNE TAKŻE DLA WAS. JESTEŚCIE DLA NAS KLUCZEM.

Zaczęłam analizować zapamiętany obraz i wkrótce zauważyłam, że patrzyła na mnie śnieżnobiała (świetlista) twarz bez nosa, z niewielkim podbródkiem, łysą głową i przeogromnymi czarnymi oczami, a nie żadna czaszka. Cały czas czułam silny ucisk po obu stronach głowy i mrowienie, które przekonywały mnie wciąż na nowo, że to nie jest sen. Przez kilka minut przeraźliwie wyły psy przed domem. Dokładnie tak samo reagują na wysokie, niesłyszalne dla człowieka dźwięki i na duchy, o czym przekonałam się w noc przed pogrzebem ojca. Byłam spokojna, choć zaintrygowana, czujna. Zwiększyła się zdolność widzenia plastycznych obrazów pod zamkniętymi powiekami. Próbowałam coś w ten sposób „zobaczyć”.

Wchodzenie w głąb ziemi, czarnej, mrocznej. Wyszłam stamtąd.

Duża powierzchnia złożona z jakichś drobnych, plecionych części, tworząca jak gdyby rozległą metaliczną sieć, ciemno-szaro-brązowa.

Psy umilkły w końcu na dworze i znów ogarnęły mnie podwyższone wibracje. Mrowienie. Wtedy najzwyczajniej w świecie pojawiła się czyjaś spokojna dłoń o długich, szczupłych, węźlastych palcach. Dotknęła mojej głowy tuż koło lewego ucha i chwilę podtrzymywała. Zachowałam cały czas przytomność, ale wolałam nie otwierać oczu. Potem dotyk znikł, a pod zamkniętymi powiekami ukazały się obrazy.

Przedstawiały twarze dwóch-trzech istot, z profilu i en face. Białe, bez żadnego wyrazu, głowy pozbawione nosów, o ogromnych migdałowych, czarnych oczach. Istoty były niewielkie i bez wyraźnych cech płciowych. Przypominały dzieci, nie tylko zewnętrznie, ale i poprzez rozsiewaną wokół siebie sympatyczną, dobrotliwą i niewinną aurę.

I znów obrazy. Fragment szczupłej, czteropalczastej dłoni, pomiędzy trzema długimi palcami szara sierść, jak u szczura lub myszy. Płaskie, szerokie usta bez warg istoty, którą ujrzałam przed chwilą, a która wtedy przecież prawie nie miała ust. Wewnątrz twarde płytki kostne (fiszbiny) służące do miażdżenia pokarmu, z początku białe, potem szare. Poruszały się, trąc o siebie, a usta jakby mówiły. Czasem wylewała się z nich czysta woda.

I na tym przekaz się skończył. Oszołomiona jeszcze długo przewracałam się w pościeli. Rozejrzałam się dokładnie wokół siebie. Przez okno wpadało, jak co noc, światło ulicznej lampy i rzucało blady cień na ścianę koło tapczanu. Na skraju tego cienia błyszczała jasna, biała plamka światła, wielkości złotówki. Zaintrygowało mnie to. Rozejrzałam się, nie było żadnego powodu, który usprawiedliwiałby istnienie tego światełka akurat w tym miejscu (w oknie nie było zasłon ani żaluzji, za oknem również niczego, co powodowałoby takie punktowe rozjaśnienie). Nie potrafiłam sobie przypomnieć, czy ta plamka bywa tam zawsze. Podniosłam się i zbliżyłam twarz do światełka, aby lepiej mu się przyjrzeć. I zbaraniałam! Ze światełka spojrzało na mnie ogromne, rozwarte, czarne oko, jak gdybym zajrzała w okular powiększającej lunety!
Wystraszona zamknęłam oczy i nakryłam się kołdrą po czubek głowy. Po kilku godzinach zdołałam w końcu zasnąć. Później wielokrotnie w nocy sprawdzałam to miejsce na ścianie. W bladym blasku lampy wpadającym z ulicy nie pojawiła się już nigdy żadna, choćby odrobinę jaśniejsza plamka.

Cdn.

PS.1 Szukając ilustracji do tego wpisu w internetowych zasobach nie znalazłam odpowiedniej. Żaden wariant obcych zapamiętanych przez wziętych nie pasuje do wyglądu istoty, która mnie odwiedziła. Przede wszystkim jej nieproporcjonalnie wielka głowa miała tylko oczy, brakowało nosa i ust, lub były tak śladowe, że ich nie zauważyłam. Istota była niewielka, choć trudno oceniać wielkość, bo to jest między wymiarami sprawa względna, potrafiła się pod tym względem zmieniać, ale ogólnie dałabym jej jakieś 60–70 cm wzrostu. Szczupłe, czteropalczaste dłonie. I przede wszystkim przeczysta świetlistość całej postaci.

PS.2 Analizując znaczenie obrazów wizyjnych, które towarzyszyły spotkaniu, były to istoty, które wyewoluowały na Ziemi-Alfa, o której wspomniała mi dużo wcześniej Xięga.